Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 14 czerwca 2016

NIEWOLNICE - Cz.VI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI



HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. VI




W trakcie rozmowy Robin patrzył na Serenę z rodzajem fascynacji, póki coś w głębi sali nie przyciągnęło jego uwagi. Tam skierował wzrok i na moment zainteresowanie Sereną zniknęło. Dla mnie jakby otworzyło się okno. Pokiwał jeszcze kilka razy głową, poufale klepnął Serenę po udzie i odszedł. Gdy tylko książę przysiadł się do sąsiedniego stolika, Eddie, jego przydupas i prawa ręka, teleportował się na fotel obok mnie. Śliski facet, nigdy nie było wiadomo, kiedy się przy tobie pojawi. On również miał dbać o nasz komfort. Wypytywał o nasze potrzeby, wybałuszając oczy, jakby za chwilę miały wyskoczyć mu z oczodołów i wylądować na cyckach Destiny. Czyżbyśmy miały „zabawiać" przyjaciół księcia? Na tym miało polegać uczestnictwo w przyjęciach? Nie wiedziałam, skąd to rozczarowanie u mnie. Z pewnością nie byłam tak wyczulona, gdy chodziło o klientów Crown Club. Czy jest czysty? Czy ma pieniądze? Czy jest w miarę normalny, a przynajmniej czy nie jest typem zabójcy? To były jedyne kryteria. Ta podróż coś zmieniła, gdyż w mojej głowie zalęgła się myśl, że zostanę kochanką księcia.

Eddie się ulotnił. Podeszło dwóch innych facetów. Dan i Winston. Przywitali się. Wyglądało na to, że dobrze się znają z Sereną i Ari, nie przyprawili mnie o gęsią skórkę jak Eddie, zresztą też po chwili poszli dalej. Występowały trzy utalentowane piosenkarki, zmieniając się co kilka kawałków, a do zaoferowania miały tanią składankę malajskich i amerykańskich piosenek pop. Pod koniec nocy szczypałam się w uda, żeby powstrzymać opadające powieki. Czułam się jak w przegrzanej klasie szkolnej na lekcji matematyki, kiedy to strzelałam gumką na nadgarstku, broniąc się przed snem. Książę skończył obchód sali i spoczął na fotelu pod ścianą obok Fiony. Z drugiej strony stał pusty fotel i chociaż wiele osób podchodziło do księcia i rozmawiało z nim, nikt tego fotela nie tknął. 
Mężczyźni przysiadali się do stolików i pili z azjatyckimi dziewczynami. Niektórzy obejmowali je ramieniem lub trzymali za rękę. Nami już nikt się nie interesował. Zastanawiałam się, czy oczekuje się ode mnie czegoś więcej niż siedzenia w fotelu i popijania szampana, ale byłam zbyt zmęczona, żeby o to pytać. O skandalicznie późnej godzinie światła przygasły jeszcze bardziej i z głośników rozbrzmiał taneczny przebój sprzed dwóch lat. Parkiet błyskawicznie zapełnił się dziewczętami, panowie tylko im się przyglądali. Wczepiona w fotel jak pukla zesztywniałam od bezruchu, więc gdy Destiny wzięła mnie za rękę i poprowadziła na parkiet, nie protestowałam.

Szło się tam wąskim przesmykiem wzdłuż ściany i trzeba było przejść przed fotelem księcia. Cały wieczór obserwowałam ukłony defilujących przed nim kobiet. Teraz miałam szansę pokazać, co potrafię. Naśladując je, zbliżyłam się posuwistym krokiem i zgiąwszy się w pasie, zwiesiłam głowę w głębokim ukłonie. Niemal oczekiwałam, że wykrzyknie: "To zadziwiające!" jak Yul Brynner w musicalu Król i ja. W ogóle się nie odezwał. Czułam jednak na sobie jego gorące spojrzenie, krew napłynęła mi do twarzy. Czy tylko dlatego, że wykonałam tak niski skłon? Destiny przeszła z wyzywająco podniesioną głową.
- Jestem Amerykanką, do cholery - syknęła, gdy byłyśmy już poza zasięgiem uszu Robina. - Sorry, ale karku nie zginam.

Przez morze ciał udało mi się dojrzeć księcia, który z głową przechyloną do ucha Fiony słuchał jej szeptu. Wszystkie oczy były wbite w Destiny, ale jego nie. Robin patrzył na mnie. Przeszył mnie elektryzujący dreszcz - typowa reakcja, gdy jest się obserwowanym - i rozbłysłam jak żarówka pod zwiększonym napięciem. Piękni tego świata muszą stale tego doświadczać. Odwróciłam wzrok, ale moje stopy pewniej sunęły po podłodze, a ruchy bioder perfekcyjnie zsynchronizowały się z linią basową. Po godzinie dyskotekowej zabawy Robin wstał. Mężczyźni wyczuli to szóstym zmysłem i poderwali się z krzeseł w ułamku sekundy. Z kilkoma pożegnał się podaniem ręki i wyszedł z nieodłącznym Eddiem. Jak tylko pokonał schody i zniknął z pola widzenia, muzyka ucichła i rozbłysły światła. Goście zgromadzili się przy drzwiach, gdzie z ręką na walkie-talkie zagradzała przejście Madge - niczym rewolwerowiec gotowy do strzału. Kilka minut później, gdy z jej biodra dobiegły trzaski i odezwał się niewyraźny głos, wyciągnęła walkie-talkie zza paska i podziękowała temu komuś na linii. Dopiero wtedy usunęła się na bok. Wszyscy, zmęczeni, zaczęli wychodzić. Nawet mężczyźni mieli zobojętniałe miny striptizerów odbierających wypłatę po nocy. Z sali wychodzili inni ludzie niż ci, którzy byli tam pół godziny temu.
- Na co czekaliśmy przed wyjściem? - zapytałam Ari, gdy szłyśmy do wózków golfowych. 
- Trzeba czekać, póki nie wyjdzie z budynku, bo może zmienić zamiar i wrócić. Nie zdarzyło się, żeby kiedyś wrócił. Po prostu lubił wiedzieć, że ludzie na niego czekają.

Książę był czarujący, dynamiczny, tajemniczy, był graczem w polo, playboyem, ministrem finansów. I w ogóle nie zwracał na mnie uwagi. Pod koniec pierwszego tygodnia pozostawałam wciąż na marginesie brunejskiego imprezowego mikrokosmosu. Serena znajdowała się w jego centrum, chociaż nie rozumiałam, na czym to polegało. Destiny, osoba specyficznego gatunku, gwizdała na wszystko. Ari, jak każdy profesjonalny marketingowiec, była fajna i przystępna, ale miała serce biznesmena i nie zdradzała żadnych sekretów firmy. Zbliżała się połowa mojego pobytu, a tymczasem wbrew ambitnym planom nie złapałam żadnej opalenizny, ani razu nie wzięłam do ręki rakiety tenisowej, nie zakochałam się w księciu i nie straciłam na wadze ani grama. Czas przeciekał w Brunei między palcami. Zanim na dobre przetarłam oczy, dzień miał się ku końcowi. Czasami trochę czytałam. Zwykłe pomalowanie paznokci stawało się wielkim dokonaniem. Zestaw taśm do nauki francuskiego, który przywiozłam, stał nierozpakowany na półce. Którejś nocy dzięki Ari mogłam zadzwonić do rodziców. Dowiedziałam się, że stan zdrowia ojca się poprawia, chociaż nie na tyle, iżbym mogła się pozbyć choć części poczucia winy. Ojciec mówił to, co zawsze, ale jakby uszło z niego trochę powietrza. Matka miała głos znużony. Nie przedłużałam rozmowy.

We wtorki, czwartki i soboty przyjęcia ciągnęły się aż do wpół do piątej nad ranem. W pozostałe dni kończyły się o wpół do czwartej. Nie kładłyśmy się do łóżek wcześniej niż o piątej rano, na szczęście gęste zasłony pozwalały spać do pierwszej, drugiej po południu. Zapuchnięte, skacowane, potwornie głodne, schodziłyśmy w szlafrokach do kuchni, gdzie w wielkich pojemnikach ustawionych rzędem na blacie czekał lunch, który pochłaniałyśmy z wilczym apetytem i potem w salonie na górze zwalałyśmy się na kanapę i oglądałyśmy filmy z płyt. Czasami zdołałyśmy się wybrać do przypałacowej siłowni lub na basen, żeby złapać ostatnie promienie popołudniowego słońca. Potem obiad i znowu trzeba było się szykować na nocną imprezę. Byłam rozczarowana Brunei i sobą. Nie udało mi się błysnąć na żadnym z przyjęć, noce upływały w otumanieniu na głupich rozmowach i piciu szampana. Jedyną korzyścią wynikającą z tego, że pozostawałam niezauważana podczas tych długich nocy, była możliwość obserwowania subtelnych gierek uprawianych w tym towarzystwie. Na przyjęciach rozwijały się błyskawicznie żywe zażyłości i jeszcze żywsze animozje niczym drobnoustroje w laboratorium na pożywce.

Zorientowałam się, że stoliki są rozmieszczone według kryterium narodowości. Malezja, Tajlandia, Filipiny, Indonezja. Istniała hierarchia prestiżu. Nie uszeregowałabym dokładnie wszystkich, ale dziewczęta z Filipin plasowały się najwyżej, a Tajki najniżej. Filipinki zawdzięczały swój status Fionie, która była faworytą księcia, jedyną, która mogła siedzieć obok niego. Inne dziewczyny liczyły się, jeżeli udało im się zdobyć szczególną łaskawość księcia lub któregoś z jego kumpli, co znaczyło, iż przesuwały się często w rankingu, a to pociągało za sobą antagonizmy i sojusze wewnątrz obozów i między obozami. Dla przykładu Winston miał kiedyś dziewczynę w obozie indonezyjskim, ale wypadła z łask i jej miejsce zajęła Tootie związana z grupą, którą nazwałam "małą Tajlandią". Teraz więc tajskie dziewczyny i indonezyjskie praktycznie toczyły ze sobą wojnę gangów, niemal niedostrzegalną, oczywiście, dla otoczenia. Preferowały jednak cichsze okrucieństwo niż walkę wręcz czy strzały z jadącego samochodu. Dziewczęta zwykle unikają napaści fizycznej, one ranią duszę. Taką ranę trudniej wyleczyć.




Dowiedziałam się, że tajskie dziewczyny namówiły tajskie kelnerki do preparowania drinków Indonezyjek. W niektóre noce miały dostawać wzmocnione drinki, w inne bardzo słabe. Chodziło o to, by traciły kontrolę nad piciem, jednego wieczoru upijały się i ośmieszały, a kolejnego ograniczały liczbę słabych drinków i siedziały drętwe, nienaturalnie spięte. Taka zabawa mogła potrwać kilka dni, do czasu gdy potrzeba zawarcia sojuszu znowu z wrogów uczyni przyjaciół. Tego typu poufne informacje uzyskiwałam od pięknej Tajki imieniem Yoya, z którą się zaprzyjaźniłam. Zdobyła sobie miejsce na liście ulubienic księcia, ale sama nie wiedziała, na ile znaczące. Yoya była okrągłym cukiereczkiem, z błyszczącymi oczami, pucułowatą dziecinną buzią i grubym jak koński ogon warkoczem, który omiatał jej pośladki. Bystra i zuchwała, chętnie ćwiczyła angielski, w którym to języku znała niewiele wyrazów. 

Ja potrzebowałam odetchnąć od Amerykanek, które mnie maksymalnie znudziły i budziły wręcz mordercze instynkty. Zanim na imprezie pokazywali się pierwsi mężczyźni, zaczynałam ziewać nad espresso, nie będąc w stanie słuchać niewiarygodnych, okraszonych nazwiskami gwiazd opowieści Sereny o hollywoodzkich przyjęciach ("Byłam wtedy na Halloween party i był tam ten gość, wyobraź sobie, w czarnym make-upie ... i przez całą noc próbował mnie podrywać, a ja wiedziałam, że znam ten głos, już, już rozpoznawałam faceta, a zgadnij, kto to był? No, spróbuj zgadnąć. Okay, to sam Jack Nicholson! Właściwie mi się nie podobał, ale dałam mu swój numer telefonu i dzwoni od czasu do czasu: - Cześć dziecinko, mówi twój tatuś ..."). Nie wytrzymywałam tego i spływałam do "małej Tajlandii". Liii, najbliższa przyjaciółka mojej Yoi, wskakiwała sąsiadce na kolana, robiąc miejsce dla mnie. Dziewczyny przytulały się do siebie i opowiadały mi niestworzone historie. Yoya zawsze mówiła o sobie w trzeciej osobie. 

- Wczoraj Yoya iść na siłownię nago. 
- Tak, to prawda - przytaknęły inne dziewczyny, kiwając głowami.
- Poszłaś ćwiczyć nago? No nie! Dlaczego? 
- Ktoś gdzieś nas podgląda - powiedziała dramatycznym szeptem i rozejrzała się naokoło dla wzmocnienia efektu. - Robin nas podgląda. 
Byłam pewna, że mnie nabierają. 
- Pieprzycie. 
- Yoya nie pieprzyć. Iść nago. I być na stepper. Było strasznie. —
- Yoya jest taka nieśmiała - podpuszczała ją Liii. —
- Yoya jest nieśmiała - potwierdziła Yoya. 
Nie byłam pewna, czy mówi szczerze, czy z ironią. Może jedno i drugie. Jej deklaracja wydawała się komiczna po tym, co wcześniej usłyszałam, ale dziewczyna mogła być z natury nieśmiała.

Yoya nie musiała mi mówić, że Robin jest tutaj jedynym punktem odniesienia. Każda impreza była spektaklem robionym pod niego, pod jednoosobową widownię. Mężczyźni, nawet ci uchodzący za najbliższych przyjaciół, byli opłacanymi kompanami tak samo jak kobiety. Ponieważ jednak Robin nie wykazywał żadnego zainteresowania mną, pomyślałam o innej publiczności, jaka być może zechce docenić moje talenty. Piłam szampana i wpatrzona w kryształowe żyrandole snułam plany o karierze aktorskiej. Jak dostać się na casting prowadzący do sukcesu? Gdzie spotkać właściwych ludzi? Czy sprawdzę się w prawdziwym aktorstwie? Co porabia ten dupek Sean i czy tęskni za mną wbrew rozumowi? Czy wróci do mnie, kiedy to się skończy i wszystko pójdzie w niepamięć? Co się dzieje w The Wooster Group? Czy Penny finiszuje ze swoją sztuką? Jak się ubiorę na przyjmowanie Oscara, chociaż uważam te nagrody za sztampę i przeżytek? 

Gdy tak dumałam, zaskoczył mnie Eddie, który klapnął na fotel obok i w typowo brunęjski sposób, czyli bez zbędnych wstępów, zastrzelił mnie pytaniem: 
- Czy zaśpiewasz jutro?
Właściwie to nie było pytanie. Jeżeli Eddie prosił mnie o coś, to znaczyło, że tak mu kazał Robin. Spojrzałam na Robina i Fionę, patrzyli na mnie i obydwoje zachęcająco skinęli głowami. Potraktowałam to jako żarcik z ich strony, a mimo to poczułam się szczęśliwa, że wreszcie dano mi szansę pokazania, że nadaję się do czegoś jeszcze poza odgrywaniem roli mebla. 
- Oczywiście. Z przyjemnością.
Eddie tryskał zadowoleniem. Ludzie w Brunei, nawet zdroworozsądkowi jak Madge, zachowywali się tak, jakby każda najdrobniejsza rzecz była sprawą życia i śmierci. Tak jakby moja odmowa miała się skończyć doraźną egzekucją. Nie wiedzieli, że piosenkarką trochę jestem. Przez całe lata przy akompaniamencie fortepianu ojca śpiewałam wieczór w wieczór piosenki z jego muzycznego repertuaru. Idę o zakład, że zaśpiewam każdy musicalowy przebój, jaki sobie tylko zażyczycie. I potrafię aktorsko ożywić występ, dzięki czemu nie zauważycie, że nie mam szczególnie dobrego głosu.

Odciągnęłam Anthony'ego - keyboardzistę - na stronę. - Jaka jest ulubiona piosenka Robina? Boja wiem? Lubi parę malajskich, jakieś amerykańskie. Tak naprawdę nie wiem. Co możesz zaśpiewać?
- Zaśpiewam malajską.
- Ile masz czasu? 
- Do jutra. 
- Nie damy rady. 
Naszą rozmowę usłyszała Angélique, najlepsza z tutejszych piosenkarek i, jak wieść niosła, obiekt nieodwzajemnianych westchnień księcia Sufriego. Przerwała nam. 
- Zaśpiewaj Kasih. To jego ulubiona. Nauczysz się jej. Pomogę ci. 
Wydarła czystą kartkę z jednego z wielu kołonotatników Anthony'ego. Za kontuarem baru znalazła jakieś pióro. Wytarła powierzchnię blatu przed sobą i zaczęła fonetycznie - krągłym pismem nastolatki - zapisywać słowa. 
- To piosenka miłosna. Kasih znaczy "kochanie". 
Następnie uczyła mnie tekstu słowo po słowie, poprawiając wymowę. Anthony wręczył jej kasetę z nagraniem, którą zawinęła w kartkę z tekstem. 
- Śpiewaj to z naturalnością - powiedziała. - Dasz radę. 
Wzruszyła mnie jej życzliwa zachęta. Gdy wciskała mi w rękę kasetę, przemknęło mi przez głowę, że kiedyś ta dziewczyna będzie dobrą matką. Wróciłam na swoje miejsce, Serena spojrzała na mnie spod zmrużonych powiek. 
- Masz śpiewać jutro? - zapytała. - Co zaśpiewasz? 
- Kasih. 
- Oh, Boże! Tak ci podpowiedział Anthony? Mówił, że Robin ją lubi, sugerował coś takiego? Ja nienawidzę tych strasznych popowych przebojów. Ja też jutro wystąpię.
- Co zaśpiewasz?
- Jestem piosenkarką jazzową. Lubię jazz. Mam w repertuarze Fever. Robin uwielbia słuchać, jak to śpiewam. Wciąż śpiewam ten przebój dla niego.



CDN.
 

poniedziałek, 13 czerwca 2016

NIEWOLNICE - Cz.V

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI 

NIEWOLNICAMI



HISTORIA PIERWSZA

LAUREN

AMERYKAŃSKA NIEWOLNICA SZEJKA BRUNEI

Cz. V




Dzień śmignął, zaskoczyła mnie noc i godzina rozpoczęcia imprezy. Na koniec ledwie zdążyłam zmienić buty. Ubierając się na przyjęcie, wybrałam kostium, w którym wyglądałam seksownie i który był najdroższym strojem w moim posiadaniu. Miałam nadzieję, że przynajmniej będę wzbudzać zaufanie. Destiny, Serena i ja czekałyśmy na Ari na dole w holu. Ukradkiem się lustrowałyśmy i każda punktowała i niedoskonałości, i atuty rywalek. Górowałam nad Destiny i jej akrylowymi szponami urodą, choć nie drapieżnością, a nad Sereną i jej oczami porcelanowej lalki elegancją, lecz urodą niekoniecznie. 

Pałac był za daleko, żeby iść tam pieszo, więc pojechałyśmy wózkami golfowymi parkującymi pod naszym domem. Ari jechała z Destiny, ja z Sereną, która w milczeniu prowadziła wózek oświetlonymi alejkami, mijając baseny, korty tenisowe i palmy. Powietrze było parne i przesycone zapachem tropikalnych kwiatów. Nie upłynęła godzina od wyjścia spod natrysku, a już się spociłam. W głowie huczało mi od planów. Wykorzystam czas tutaj jak najlepiej, postanowiłam. Podciągnę się w grze w tenisa. Opalę się. Odchudzę. Być może nawet rozkocham w sobie księcia i całe moje życie ulegnie olśniewającej i nieoczekiwanej odmianie. Jak zawsze marzyła mi się magiczna pigułka, która by uciszyła ten cholerny niepokój we mnie. Nie wiem, dlaczego uważałam, że znajdę ją w Brunei, ale z pewnością nie byłam pierwszą osobą wyskakującą z samolotu na drugiej półkuli z przekonaniem, iż tu czeka na nią prawdziwa tożsamość.

Gdy podjeżdżałyśmy pod pałac, przypomniało mi się oglądane kiedyś zdjęcie zamku Hearsta. Złote kopuły, kolumny i dwa ciągi marmurowych schodów, które jak wstęgi wiodły do głównego wejścia.
- Wchodzimy zwykle z boku, żeby oszczędzić nogi, ale chcę wam pokazać główne foyer - powiedziała Ari. - Na pewno się wam spodoba. 
Na szczyt schodów dotarłyśmy potężnie zasapane. Weszłyśmy do pomieszczenia wielkości katedry, z fontanną pośrodku. Miałam wrażenie, że znalazłam się w wytwórni MGM z lat trzydziestych na planie filmowej wersji Salome. I że za chwilę grupa dziewcząt w spodniach aladynach spłynie ze schodów i odtańczy rewię według choreografii Busby'ego Berkeleya.

- Tu wszystko jest prawdziwe - powiedziała Serena. 
- O czym mówisz? 
- Złote nici w dywanach są naprawdę ze złota. Rubin jest prawdziwym rubinem - powiedziała, wskazując porcelanowego tygrysa ustawionego przy fontannie, który trzymał w pysku okrągły czerwony klejnot wielkości piłki tenisowej. Naprzeciwko wejścia dostrzegłam obraz, z daleka wyglądał mi na Picassa i z góry założyłam, że to też autentyk. Szłyśmy grzecznie za Ari, bokiem wzdłuż ściany, do miejsca, gdzie w połowie długości foyer zaczynał się korytarz. Tu na piedestale stała rzeźba Degasa, kilkunastoletnia tancerka uwieczniona w brązie. Ręce złączone z tyłu, piersi wyzywająco wysunięte do przodu, stopy w pozycji trzeciej. Wyglądała zupełnie tak samo jak ta, którą uwielbiałam odwiedzać, gdy przy specjalnych okazjach w jakąś niedzielę ojciec zabierał mnie do Metropolitan Museum of Art.

Ari zauważyła, że przyglądam się rzeźbie, i nie omieszkała powiedzieć, iż Robin jest zapalonym kolekcjonerem sztuki. Ma przy tym niekończące się kilometry ścian do dekorowania. Jest właścicielem trzech innych pałaców, w których mieszka sam, i kolejnych trzech, które zajmują jego trzy żony, wieżowców służących mu za biura, no i wreszcie hoteli oraz posiadłości w Singapurze, Londynie i Los Angeles. Dodała, że wiele ulubionych dzieł sztuki zgromadził właśnie tutaj. Stałyśmy w pałacu, w którym szukał odprężenia, tu było jego sanktuarium rozrywki. 
- Chodźmy już - ponagliła Ari, jakby z lekką nutą niepokoju.

Weszłyśmy do sali, gdzie niemal każdy centymetr wytwornej tapicerki obsiadły piękne dziewczyny. Gości rozmieszczano tu grupkami wokół licznie rozstawionych niskich stołów ze szklanymi blatami, podpieranymi przez wyrzeźbione w drewnie srebrne i złote tygrysy. Dlatego azjatyckie dziewczyny dekorujące wygodne fotele i kanapy natychmiast skojarzyły mi się z przyczajonymi na skałach tygrysicami w zoo. Rzucały się w oczy ich długie i lśniące czarne włosy oraz to, że siedziały ramię przy ramieniu, jakby podtrzymując się nawzajem w pozycji wyprostowanej. Wszystko to na tle niebieskich mebli, nefrytowej zieleni zasłon, ciemnego brązu wielkiego baru i kremowej wykładziny. Dziewczęta były różnej narodowości: Tajki, Filipinki, Indonezyjki, Malajki, a na oko było ich około czterdziestu. W odległym kącie sali znajdował się parkiet taneczny i tam migotała dyskotekowa lustrzana kula, leniwie rzucając naokoło refleksy świetlne. Gdy wchodziłyśmy, wszyscy utkwili w nas oczy z wyjątkiem dziewczyny, która z zamkniętymi oczami zatraciła się w karaoke.




Wejście Ari zauważyła stojąca przy barze kobieta - nieatrakcyjna, z szerokim czołem, w drucianych okularach na nosie - i natychmiast podeszła do nas. To była Madge, brunejski odpowiednik Julie - dyrektorki rejsu ze Statku miłości. Madge, Brytyjka, organizowała przyjęcia, zarządzała personelem rezydencji i ogólnie czuwała nad tym, żeby wszystko przebiegało zgodnie z planem i książę Jefri był zawsze zadowolony. Z jednej strony paska miała zaczepiony telefon komórkowy, w tamtych czasach wciąż jeszcze rzadkość, z drugiej walkie-talkie. Ari i Madge uścisnęły się czule i wymieniły niezdawkowe uprzejmości, a potem Madge poprowadziła nas do przyznanego nam królestwa. Miałyśmy bowiem honorowe miejsca, prawie na wprost drzwi. Destiny i ja, małpując Ari i Serenę, zagłębiłyśmy się w przepastne fotele i zamówiłyśmy szampana u jednego z kelnerów, których cała armia stała w pogotowiu. Alkohol był w Brunei objęty zakazem spożywania publicznie, ale na imprezach księcia lał się strumieniami. Sączyłam go ostrożnie. Wyczuwałam, że wszyscy rozmawiają wyłącznie o nas.

Ari i Madge plotkowały o Londynie i ludziach, których jeszcze nie znałam. Po jakimś czasie zadzwonił telefon Madge i gdy wyszła z sali, żeby swobodnie porozmawiać, Ari skorzystała z okazji i zaczęła nas instruować, bo za chwilę miałyśmy poznać członków rodziny królewskiej, ministrów, generałów lotnictwa i VIP-ów z międzynarodowej finansjery. 
- Mężczyźni, którzy przyjdą z księciem, to jego najbliżsi przyjaciele. Nie odzywajcie się do nich, póki was nie zagadną. Pamiętajcie, że pokazywanie podeszwy buta jest źle widziane; w krajach muzułmańskich uważa się to za zniewagę. 
- Twoja głowa nie może być wyżej niż głowa Robina. Ukłoń się, jeżeli będziesz przechodziła koło niego, gdy siedzi - pouczała nas Ari. 
- Jak mam się kłaniać? 
- Zobaczysz. 
Miałam wrażenie, iż doświadczam déjà vu. Jestem na musicalu Król i ja. "Kiedy ja siadam, ty siadasz. Kiedy ja klękam, ty klękasz" - mówił król Syjamu. 
I baczcie na to, co mówicie. Myślicie, że was nie słyszą, a ktoś jednak słyszy. Myślicie, że was nie widzą, a ktoś widzi - mówiła Ari. 
Dawala do zrozumienia, że w Brunei inwigilacja jest na porządku dziennym, nawet w łazienkach; stąd te lustra. Wśród dziewcząt to był przedmiot niekończących się spekulacji i paranoi. Więc niezupełnie jak w musicalu Król i ja.

Z sofy naprzeciwko podniosła się Filipinka i nie zmieniając znudzonej miny, szła w naszym kierunku, zatrzymując się, żeby zamienić parę słów przy tym czy innym stoliku. Wyglądało na to, że jest jedyną kobietą, której na tej imprezie wolno przełamywać niewidzialne bariery między grupkami dziewcząt. Miała więcej lat niż przeciętna osoba na sali i w czarnej sukni bez dekoltu ze zwisającymi z uszu brylantowymi kolczykami wyglądała trochę jak matrona. Gdy się przedstawiała, wyczułam lekki akcent brytyjski. 
- Jestem Fiona. Witajcie w Brunei. 
Serena wstała i ucałowała ją w obydwa policzki. Witały się z entuzjazmem studentek z jednej korporacji spotykających się po długim rozstaniu, które mogą się wreszcie podzielić ostatnimi plotkami. Gdy Fiona odeszła, Serena rzuciła kąśliwą uwagę: 
- Widzę, że nadal nie zgoliła wąsów.

Fiona była wrogiem numer jeden Sereny i wkrótce miała zostać moim najbliższym sprzymierzeńcem. Po półgodzinie byłam na siebie wściekła za wybór stroju. W małym czarnym kostiumie czułam się jak sztywniak przy Serenie ubranej w zalotną, powiewną suknię i uczesanej w kok a la Grace Kelly.  Nagle karaoke ucichło, przygasły światła, a DJ stanął przed konsolą. Półsenne dekoracje na kanapach zmieniły się z przygarbionych znaków zapytania w wykrzykniki. Ślicznie ułożyły nogi i patrzyły na kobietę, która stanęła obok didżeja. Zaczęła śpiewać przebój Lisy Stanfield "All Around the World". Czułam, że nadchodzi, zanim zobaczyłam go w drzwiach. Tamtego wieczoru książę Jefri pojawił się w szortach i sportowej bluzie od Sergia Tacchiniego. Niósł rakietę do squasha, jakby właśnie zszedł z kortu. Dziewczyny rozkwitły, mając się do kogo wdzięczyć. Zdjęcia nie kłamały. Był przystojnym mężczyzną mimo niemodnie nastroszonych włosów i rzadkiego wąsika. Fala charyzmy płynęła przed nim przez salę. Za nim kroczyło z dziesięciu podobnie ubranych mężczyzn. Towarzysząca mu świta zastygła w bezruchu, gdy stanął w miejscu, żeby ogarnąć wzrokiem salę.

Zatrzymał oczy na nas, dłużej na Serenie. Udał zdziwienie i podszedł wolnym krokiem, pocałował Serenę i Ari w policzki. Z bliska zauważyłam, iż jest krzepko zbudowany, mięśnie grały mu pod napiętą skórą. Pachniał zbyt intensywnie drogą wodą kolońską. Przysiadł lekko na oparciu fotela Ari. Ari przedstawiła mnie i Destiny Robinowi, zaszczycił nas wyćwiczonym uśmiechem i przestał zauważać. Zwrócił się do Sereny, która dała nietuzinkowy pokaz wstydliwych gestów i zalotnych spojrzeń - broda w dół, oczy zerkające na niego, subtelny chichocik, potrząsanie główką, ledwie widoczne wygładzanie sukni, delikatne sygnały dłońmi. Zastrzeliła mnie. Miewałam różne wcielenia, ale nigdy, niestety, nie byłam subtelną panienką.







CDN.     
 

niedziela, 12 czerwca 2016

KOMPRADORSKA, POSTKOLONIALNA ELITA ZASTĘPCZA!

CZYLI WRAŻENIA Z OSTATNIEGO

MARSZU KOD





Nie, nie byłem na żadnym marszu KOD. Nie chodzę na takie "imprezy", gdyż mam o wiele ciekawsze rzeczy do zrobienia, niż pajacowanie w piknikowej atmosferze, grupy "pajaców" którzy nie mają PODSTAWOWEJ wiedzy, po co i dlaczego ktoś każe im protestować (zresztą z tymi protestami to też jest komiczna historia, teraz gdy coraz bardziej widać że albo KOD połączy się z Nowoczesną, albo sam zamieni się w partię polityczną, ruch ten staje się coraz mniejszy. Podczas ostatniej demonstracji KOD-owców z 4 czerwca, było jakieś 10 tys. ludzi - to i tak bardzo dobry wynik według mnie). Zauważcie, Polacy są ludźmi inteligentnymi. Gdy więc widzą że ktoś im na siłę wciska ładnie opakowany produkt, który jest spróchniały lub zardzewiały w środku, to się do czegoś takiego przyłączać nie będą. A KOD ma już oficjalne poparcie tych wszystkich międzynarodowych sił, które pragną powrócić do swego dawnego, protekcyjnego stanowiska nad Polską i jej polityką.

Ten post będzie krótki, pragnę bowiem jedynie zaprezentować szanownym Czytelnikom tego bloga, filmik z kanału Atora - wideoprezentacje na YouTube. Nie będę tego komentował, gdyż każda inteligentna osoba, sama sobie wyciągnie wnioski z tej przedziwnej zbieraniny, która nie wie nawet po co wyszła (chyba na spacer, no i pogwizdać "na Kaczora" - bo tylko to najwyraźniej potrafią). 

Nie będę tego komentował, choć zrobię jeden mały, malutki wyjątek. Chodzi mi o parę z 1:20. Ten jeden wyjątek czynię właśnie dlatego, aby pokazać jaki poziom intelektualny mają ludzie, którym blisko jest do poglądów pana Petru (i tutaj mała informacja: pisząc "poglądy" pana Petru, robiłem sobie jaja, gdyż poglądy to on ma, jak sobie poogląda ... kury na podwórku jak się zbiegną. Nie będę się jednak nad nim pastwił, gdyż podejrzewam że on nie ma nawet matury - zostawmy więc tego biednego Swetru w spokoju. Chociaż rozbraja mnie jeszcze jedno - poziom intelektualny jego współpracownic, szczególnie pani Gasiuk-Pihowicz, która sądzi że inwokacja to inwektywa). 

 Przejdźmy zatem do pary z 1:20. Vonsky z kanału Vonsky Kanał zadaje pytanie najpierw dziewczynie: "Słyszałem tutaj skandowanie że bronimy konstytucji, której konstytucji my bronimy?", odpowiedź tej pani: "polskiej?", Vonsky podpowiada: "W sensie obecnej, tej co jest teraz?", odpowiedź: "Tak". "Ok." - kontynuuje Vonsky - "a kiedy ona była ustanowiona, bo to nie jest chyba ta 3 Maja?", odpowiedź dziewczynki brzmi: "No nie ... no tak ... Konstytucja 3 Maja", reakcja Vonskiego jest jedyną z możliwych w takiej sytuacji, aby nie zdradzić się z wybuchem niekontrolowanego śmiechu, który mnie się jednak uświadczył. 


Ale powiem Wam Kochani, że KOD ma rację, skoro protestuje przeciwko temu "strasznemu Kaczorowi", który chce nam odebrać naszą Konstytucję 3 Maja. Chce nas wyprowadzić z Unii ten podły Kaczor, z Unii ... Polsko-Litewsko-Ruskiego Międzymorza zwanego wówczas Rzeczpospolitą Obojga Narodów. No cóż, sam przyłączyłbym się do takiej demonstracji. Kaczorowi trzeba głośno i wyraźnie powiedzieć: "Nie wyprowadzisz nas z tej Unii, nie po to dom Giedymina rozsiadła się w Krakowie, nie po to Jogaiłła (Jagiełło) poślubił Jadwigę, by teraz jakiś podły Kaczor wyprowadzał nas z tej potężnej, umiłowanej Unii. Także jasne i wyraźne: "No pasaran". 


 A OTO FILMIK Z KANAŁU ATORA




 Już raz jeden "Kaczor" także próbował rozbić Unię polsko-litewską. Był nim cesarz rzymski - Zygmunt Luksemburski, a miało to miejsce na zjeździe monarchów w Łucku w 1429 r. Drugi raz się nie damy, prawda KOD-iarze, w kupie siła

 







sobota, 11 czerwca 2016

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XXXVIII

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ 

POZNANIE SAMEGO SIEBIE 

Cz. VII


DALSZA CZĘŚĆ HISTORII MŁODEJ KOBIETY, KTÓRA POPRZEZ ODKRYCIE TAJEMNICY SWYCH POPRZEDNICH WCIELEŃ - POZBYŁA SIĘ WSZYSTKICH SWOICH DOTYCHCZASOWYCH LĘKÓW I FOBII, KTÓRE TRAPIŁY JĄ OD DZIECIŃSTWA I STAŁA SIĘ RADOSNĄ, PEWNĄ SIEBIE OSOBĄ, KTÓRA SAMA ... GENERUJE WŁASNĄ RZECZYWISTOŚĆ
 




FAZA III


LECZENIE PRZY UŻYCIU HIPNOZY
(WCZEŚNIEJSZE WCIELENIA - DOTARCIE DO SEDNA PROBLEMU)



Podczas kolejnej wizyty, która miała miejsce tydzień później, dr. Brian znów szybko wprowadził Annę w stan hipnozy. Zaczęła wówczas opowiadać: "Widzę kwadratowy biały dom, a przed nim piaszczystą drogę, po której jeżdżą ciągle mężczyźni na koniach. Rosną tu drzewa (...) to plantacja, wielki dom jest otoczony mniejszymi domkami, chyba niewolników. To południe (...) Wirginia? Jest rok 1873. Jestem dzieckiem. Konie i wielkie zbiory (...) kukurydzy, tytoniu. Wraz z resztą służby pracują w kuchni, Jestem Murzynką i na imię mam Abby", po tych słowach Anna nagle zesztywniała a następnie przeskoczyła do roku 1888. "Noszę starą suknię, czyszczę lustro na pierwszym piętrze domu, domu z cegły, z oknami (...) które mają mnóstwo szybek. To lustro nie jest proste, jest sfalowane i ma gałki na końcach. Właściciel domu nazywa się James Manson. Nosi śmieszny płaszcz z trzema guzikami i wielki czarny kołnierz, nosi brodę (...) nie rozpoznaję go" - Anna miała na myśli to, że ów mężczyzna nie pojawił się w jej obecnym życiu w kolejnej inkarnacji. "Traktuje mnie dobrze. Mieszkam w głównym domu, sprzątam pokoje. Jest tu szkoła, ale mnie nie wolno chodzić do szkoły. Robię także masło!".

Podczas kolejnych piętnastu minut, Anna (jako Abby), opowiedziała dr. Brianowi jak się robi masło. Była to wiedza, której Anna nie posiadała w swym obecnym wcieleniu. Następnie hipnoterapeuta polecił jej by przesunęła się do przodu w czasie - "Jestem z kimś, ale chyba nie pobraliśmy się. Śpimy razem (...) ale nie zawsze razem mieszkamy. Lubię z nim być, ale to nic specjalnego. Nie widzę żadnych dzieci. Rosną tu jabłonie, są kaczki. W oddali widzę innych ludzi. Ja zbieram jabłka. Nie wiem dlaczego oczy mnie pieką" - w tym momencie Anna wykrzywiła twarz w grymasie i zacisnęła oczy - "To dym. Wiatr wieje w moją stronę (...) dym palącego się drzewa" - Anna zaczyna kaszleć i dusić się dymem, leżąc na fotelu w gabinecie dr. Briana. "Dzieje się teraz dużo, oni wypalają te baczki w środku (...) smołują je (...) żeby były wodoodporne". Seans trwał już w tym momencie ponad 90 minut, a Anna opowiadała jedynie o swoim życiu jako służącej na południu Stanów Zjednoczonych w XIX wieku, dr. Brian pragnął jednak usłyszeć coś "bardziej" duchowego, nakazał więc Annie przenieść się do momentu jej śmierci.

"Z trudem oddycham, tak bardzo mnie boli w piersiach. Serce też mnie boli, szybko bije. Jest mi bardzo zimno (...) cała się trzęsę" - Anna zaczęła drżeć i ciężko łapać powietrze. "Przy mnie są ludzie, dają coś do picia z liśćmi.Śmiesznie pachnie. Jakiś płyn wcierają mi w piersi. Gorączka (...) ale jest mi bardzo zimno" - były to ostatnie słowa Anny, jakie opowiedziała o życiu Abby, murzyńskiej kobiety, która była jednym z jej wcześniejszych wcieleń. Zmarła w wieku sześćdziesięciu paru lat. Następnie stwierdziła że ... unosi się w powietrzu. Przez jakiś czas widziała z góry swoje zmarłe ciało, czekając jednocześnie aż ktoś do niej "podejdzie". Nagle ujrzała światło, które ją przyciągało niczym magnes. Światło stawało się coraz bardziej intensywne, że wreszcie ... Anna ponownie znalazła się w innym wcieleniu, znacznie wcześniejszym od epoki w której żyła jako Abby. 

"Widzę dużo czosnku wiszącego w otwartej izbie. Czuję go. Ten czosnek ma oczyścić krew z tego, co w niej złe, a także ciało. Czosnek rośnie także na zewnątrz, w ogrodzie na samej górze, zioła także tam rosną (...) I figi, daktyle. Te rośliny pomagają człowiekowi. Moja matka kupuje czosnek oraz inne zioła. Ktoś w domu jest chory. I jeszcze są takie dziwne korzenie. Czasem się je wkłada w usta albo w uszy, albo inne otwory ciała. One działają wewnętrznie. Widzę starego człowieka z brodą. To uzdrowiciel w wiosce. Mówi, co trzeba robić. Panuje zaraza (...) zabija ludzi. Nikogo się nie balsamuje, bo wszyscy boją się zarazić. Umarłych po prostu się grzebie. Ludzie bardzo cierpią z tego powodu. Uważają, że wskutek tego dusza nie może odejść. Bardzo dużo ludzi umarło. Bydło także pada. Woda (...) powódź (...) ludzie chorują na skutek powodzi. Ja także choruję z powodu wody. Boli mnie brzuch. Tracę tyle wody z organizmu. Jestem nad wodą, mam jej przynieść do domu. Widzę moją matkę i braci. Ojciec już umarł. Bracia są ciężko chorzy" - tutaj nastąpiła krótka przerwa zalecona przez dr. Briana. 

Był on bowiem zafascynowany ową prostotą, z jaką w każdym kolejnym wcieleniu Anna opisuje własną śmierć i to, jak różnie ją interpretuje w zależności od danej kultury w której się wychowywała. Poza tym sama śmierć wedle jej opisu zawsze przebiegała w ten sam sposób - świadoma część jej istoty po prostu opuszczała martwe ciało, unosząc się przez chwilę nad nim i czekając aż "ktoś" przyjdzie i ją zabierze. Potem pojawiało się cudowne światło, które przyciągało Annę do siebie. Potem z reguły przechodziła do opisu kolejnego wcielenia. Opis śmierci i opuszczania ciała przez duszę, nie miał zupełnie nic wspólnego z tym, czy ciało było wcześniej zabalsamowane czy nie i czy odprawiono odpowiednie uroczystości sakralne. Po krótkiej przerwie dr. Brian poprosił Annę by kontynuowała.

"Ziemia wokoło jest naga, wysuszona (...) Nie widzę żadnych gór w pobliżu, po prostu równina, płaska i sucha. Jeden z moich braci umarł. Ja czuję się lepiej, ale ciągle mnie boli" - wkrótce jednak przeskoczyła do opisu swej śmierci w tym wcieleniu, które miało miejsce niedługo po śmierci jej brata: "Leżę na sienniku czymś przykryta", następnie przeszła do szybkiego opisu swego zgonu, i ponownie znalazła się nad swym martwym ciałem. Potem pojawiło się owo światło i przyciągnęło ją. W pewnym momencie jednak zaczęła znów mówić dość dziwne rzeczy, nie związane z dotychczasowymi wcieleniami - "Oni mówią mi, że wielu jest bogów, ponieważ Bóg jest w każdym z nas" - następnie Anna zwróciła się bezpośrednio do dr. Briana - "Twój ojciec jest tu i twój syn, który jest maleńkim dzieckiem. Twój ojciec mówi, że go poznasz, ponieważ na imię ma Avrom, a twoja córka ma imię po nim. Umarł na serce. Serce twego syna także było ważne, gdyż było niedorozwinięte, tak jak u kurczaka. Powodowany miłością uczynił dla ciebie wielkie poświęcenie. Jego dusza jest na bardzo wysokim etapie (...) Jego śmierć zadośćuczyniła za winy rodziców. Chciał także ci dowieść, że medycyna nie mogła uczynić nic więcej, że jej możliwości są bardzo ograniczone" - po tych słowach Anna zamilkła, pozostawiając dr. Briana w jeszcze większym osłupieniu, niż dał to po sobie poznać dotychczas.

W pewnym momencie, nagle Anna zaczęła opowiadać historię życia rodziny dr. Briana, o której nie mogła mieć bladego pojęcia, gdyż hipnoterapeuta nigdy nic o niej nie wspominał. Trzymał się bowiem zasady, że lekarz powinien być dla swego pacjenta - zupełnie nieznaną czystą kartą. A tu nagle Anna zaczęła opowiadać o jego ojcu i zmarłym synku. Starał się zachować profesjonalny w takich wypadkach dystans i powagę, ale nie potrafił. Pierworodny syn dr. Briana - Adam, zmarł w szpitalu w 1971 r. przeżywszy zaledwie dwadzieścia trzy dni. Diagnoza już w dziesięć dni po jego narodzinach, nie pozostawiała rodzicom żadnych złudzeń: "Całkowita anomalia naczyń płucnych z wadą przegrody przedsionkowej. To się zdarza w przybliżeniu raz na dziesięć milionów urodzeń" - tak powiedział lekarz. Innymi słowy, żyły płucne, które miały pompować krew do serca, były niewłaściwie umiejscowione. Wyglądało to tak, jak gdyby jego serce było odwrócone do tyłu. Chłopiec zmarł więc w zaledwie dwa tygodnie później, czyn napełnił rodziców wielkim żalem. Jednak już w następnym roku urodził się ich drugi synek - Jordan.

Natomiast ojciec dr. Briana, w 1979 r. w wieku sześćdziesięciu jeden lat, doznał ciężkiego ataku serca. Ten pierwszy atak przeżył, ale zmarł na kolejny atak w trzy lata później, na dziewięć miesięcy przed pierwszą wizytą Anny w gabinecie jego syna - dr. Briana. W cztery miesiące po śmierci ojca, dr. Brianowi urodziła się córeczka, której nadano imię - Amy (na cześć dziadka). Teraz słysząc to wszystko, hipnoterapeuta nie wytrzymał i głośno krzyknął w kierunku Anny: - "Kto jest tutaj? Kto ci to wszystko mówi?" - "Mistrzowie" - odparła Anna - "Przewodnicy duchowi. To oni powiedzieli mi, że w formie fizycznej żyłam osiemdziesiąt sześć razy". Dr. Brian nie mógł w to wszystko uwierzyć, choć serce i intuicja podpowiadały mu że Anna mówi prawdę, to jednak lata naukowych doświadczeń, nadal przekonywały go że to nie może być prawda.Jednak coś nie dawało mu spokoju. Czy jego zmarły synek naprawdę poprzez swą śmierć wziął na siebie część karmy, która były przypisana jemu samemu? To wszystko bardzo  zdziwiło i jednocześnie zaciekawiło dr. Briana. Poprosił więc Annę by ponownie odwiedziła jego gabinet.



CDN.

piątek, 10 czerwca 2016

GODNOŚĆ - MIT - PAMIĘĆ GENETYCZNA - Cz. II

CZYLI CO NAS SPAJA?





Tak więc Godność Ludzka, to jeden z podstawowych aspektów spajających daną wspólnotę i czyniących ją silną. Zauważmy, że nic tak nie demotywuje ludzi do działania, jak wszechobecna beznadzieja i brak widoków poprawy swego stanu położenia. Człowiek który dostaje 700 (a może nawet 500), zł. zapomogi, szczególnie w małych miasteczkach, nie ma bodźca który mógłby go zmobilizować do działania na rzecz poprawy własnego losu. Po co bowiem ma iść do jakiejś nisko-płatnej pracy i tyrać od rana do wieczora, skoro ten dzień może poświęcić na spożywanie "napojów wyskokowych", na ławeczce przed sklepem, albo dokonując napadów lub włamań. Świadomość beznadziei demotywuje do podejmowania jakichkolwiek konstruktywnych działań, bowiem ta świadomość niszczy człowieka od wewnątrz i wypala w nim jakiekolwiek uczucia - w tym również uczucia patriotyczne. Czy człowiek, który doświadcza od państwa odrzucenia i zniewag (nieuki, nieudacznicy, wózkowe etc. etc.), może się czuć pełnoprawnym obywatelem danej społeczności, może chcieć bronić TEJ Polski, która wcale nie jest jego Matką a jedynie przyszywaną macochą?

Nie ma takiej możliwości, dlatego też jeśli pomożemy ludziom najuboższym, chociażby właśnie poprzez program 500+ lub Mieszkanie +, to tacy ludzie nie pójdą do monopolowego i nie przepiją tych pieniędzy, tylko będą na nie chuchać i dmuchać, mieszkania zaś nie zamienią w melinę, tylko będą się starali uczynić go swym nowym domem - w pełnym tego słowa znaczeniu. Tu bowiem wcale nie chodzi o sam fakt ofiarowania takim ludziom pieniędzy, lecz o danie im po prostu Nadziei, o zapalenie tego światełka na końcu tunelu którym kroczą, widząc przed sobą jedynie ciemność. Każdy bowiem człowiek widząc takie światełko w tunelu, zaczyna wierzyć że mu się uda dotrzeć do tego Światła, że uda mu się wyjść na swoje, stanąć na nogi. 

Dlatego też, jeśli dziś wszelkiego typu lewackio-liberalne "elyty" i "altorytety" (jak na przykład środowisko skupione wokół Gazety Wyborczej czy Krytyki Politycznej), twierdzą że program 500+ demotywuje kobiety do podejmowania pracy i jest to zwykły powrót "kobiet do garów i pieluch", to ja pytam, drogie "altorytety mineralne", czy lepszą sytuacją dla kobiety jest praca w np. Biedronce, Tesco lub Auchanie czy jakimś innym zagranicznym dyskoncie, za parę groszy, przy czym tam musi się niejednokrotnie nadźwigać ciężkich palet, nasłuchać wynurzeń i obelg klientów, a do tego wszystkiego musi być zawsze uśmiechnięta i każdemu życzyć "Miłego dnia". No ku...a, mnie by to od razu wk...o, gdyż choć jestem spokojnym człowiekiem, stroniącym od wszelkich konfrontacyjnych sytuacji, to jednak istnieje coś takiego jak "cienka czerwona linia", po której przekroczeniu przez danego agresora (nazwijmy to w taki sposób), nie dam sobie w "kaszę dmuchać". A co jest w tym wszystkim najdziwniejsze, to to, że zauważyłem iż klienci zachowują się zupełnie inaczej w dyskontach czy supermarketach, niż choćby w lokalnych małych sklepikach, czy na targach, gdzie są mili i grzeczni, choć sprzedawcy tam ani nie mówią im: "Dzień Dobry", ani też nie życzą: "Miłego Dnia". Za to potem mszczą się na bogu ducha winnych kobietach, siedzących za kasą.

Ludzie są też bardzo egocentryczni - BARDZO. Nawet w owych supermarketach, gdy idziesz z wózkiem, niektórzy się pchają przed ciebie, bo tam "cóś" zauważył i idzie nie patrzy że obija się o ciebie lub cię szturcha. Każdy ku...a myśli tylko o sobie, nikt nie patrzy ponad koniuszek własnego krótkiego noska - ja tak nie umiem, ja nie umiem przepychać się na siłę i nie powiedzieć głośno i dobitnie: "Przepraszam Panią/Pana", jeśli zaś kogoś szturchnę lub zdarzy się że w tłoku popchnę, to również za to przepraszam - bo to nie tylko kultura osobista, jaką mi wpojono, ale również świadomość że - nie jesteś na tym świecie sam człowieku, nie tylko twoje problemy są najważniejsze, obejrzyj się dookoła a zobaczysz że wielu ma znacznie gorzej niż ty. Nie potrafię pewnych rzeczy zrozumieć (zresztą nie znoszę też robić zakupów w takich miejscach, gdyż tam praca polega na akordzie, a co ciekawe, ten akord uskutecznia się też klientom, np. w postaci błyskawicznego pakowania produktów do torebek po dokonaniu za nie zapłaty, bo już za tobą stoi zniecierpliwiony inny klient).

W każdym razie Gazeta Wyborcza (której akcje ostatnio zakupił znany i poszukiwany w wielu krajach międzynarodowym listem gończym, spekulant finansowy pochodzenia "węgierskiego", bo przecież nie żydowskiego prawda? - George Soros), ostatnio wylewa krokodyle łzy nad polskimi kobietami, które nie garną się do pracy za półdarmo i wolą zostać w domu z dzieckiem, pobierając od państwa (w domyśle od nich samych, ciężko pracujących redaktorków i tego całego ich "establyshmentowego" środowiska), jakieś zupełnie im nienależne (według tych elit), pieniądze. Do takich ludzi nie przemawiają rozsądne i logiczne argumenty, które mówią że w pierwszych latach życia dziecka najważniejsza dla niego jest właśnie bliskość matki, że dziecko rozwija się dobrze, pijąc mleko matki (a nie mleko kupowane w supermarkecie), że ów program 500+, nie jest wcale niczym szczególnym (to znaczy nie może realnie odmienić bytu wielu rodzin, gdyż nie są to jednak duże pieniądze), ale daje im to co najcenniejsze: Nadzieję i możliwość spędzenia najlepszych, pierwszych lat życia dziecka w bliskości z jego mamą. 

Ale o czym ja mówię, o jakiej logice w stosunku do Wyborczej, której naczelny Adam Michnik do dziś broni swego braciszka, komunistycznego zbrodniarza sądowego - Stefana Michnika, który skazywał na śmierć wielu polskich patriotów w okresie powojennym, a który teraz mieszka sobie do Szwecji (polscy kibice co jakiś czas organizują demonstracje pod jego domem w Göteborgu, a kilka lat temu wywiesili transparent skierowany do Adama Michnika, który brzmiał: "Szechter, przeproś za brata". Szechter to oczywiście nazwisko ojca Adama Michnika - Ozjasza Szechtera, komunistycznego wywrotowca i członka Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, działającego w II Rzeczypospolitej i nawołującego m.in.: do oderwania polskich Kresów Wschodnich od Macierzy i przyłączenia ich do Związku Sowieckiego. Michnik zaś, to nazwisko matki obu braciszków - Heleny Michnik, również zagorzałej komunistki). 




Ale Godność nie sprowadza się tylko do więzi międzyludzkich, lecz również do stosunków międzypaństwowych. Weźmy na przykład obecną nagonkę na Polskę (głównie) w niemieckich mediach w Niemczech i w niemieckich mediach w Polsce (przyznać się tutaj od razu muszę, że ja w ogóle nie czytam ani też nie odwiedzam portali czy gazet wydawanych przez niemieckie spółki prasowe w Polsce. Wiecie dlaczego? Dlatego, że jeśli chciałbym sobie poczytać niemiecką prasę, to sięgam po "Frankfurter Allgemeine Zeitung", "Die Welt" (tej gazety akurat nie znoszę, więc rzadko ją przeglądam), czy "Der Tagesspiegel", bo to są gazety wydawane w Niemczech dla Niemców. Nie mam więc żadnej przyjemności w kupowaniu i czytaniu niemieckich gazet wydawanych w Polsce dla Polaków (podczas II Wojny mówiło się o takich gazetach: "gadzinówki"). Nie ma to bowiem żadnego sensu, gdyż jeślibym chciał poznać opinię niemieckiej prasy, to czytam niemieckie gazety dla Niemców, a jeśli do jasnej cholery chcę poznać opinię prasy polskiej, to chcę przeczytać (bez względu na to czy to jest prasa lewicowa, prawicowa czy jakakolwiek inna), w niej jasną obronę narodowych polskich interesów, a nie polskojęzyczną kalkę prasy niemieckiej (mam nadzieję że rząd PiS-u zrobi z tym porządek i doprowadzi do repolonizacji rynku medialnego w Polsce, gdyż jest to silna broń propagandowa kształtująca opinie i wartościująca kierunki wrażliwości społecznej).

A wiecie co jeszcze mnie zadziwia? Zobaczcie, do tej pory (to znaczy do wyborczego zwycięstwa PiS-u w wyborach prezydenckich i parlamentarnych), Polska za granicą (też gównie w Niemczech), miała prasę wprost wyśmienitą, była chwalona, stawiana za wzór etc. etc. Niczym przysłowiowy prymus, którego pani nauczycielka (np. Angela Merkel) stawia przed klasą i głaszcząc po główce, opowiada jaki to miły i grzeczny chłopiec z niego. I nagle co się stało? Do władzy dochodzi PiS, który stawia sprawę jasno, będziemy dbać przede wszystkim o narodowy interes Polski (tak jak czynią to Niemcy i każdy duży, liczący się w Europie kraj, tylko zawijają te swoje nacjonalistyczne interesy w opakowanie Unii Europejskiej). No i się zaczęło. Dziś nie ma dnia, by któraś z niemieckich gazet nie napisała czegoś negatywnego na temat Kaczyńskiego, PiS-u, Polski a pośrednio również Polaków, hasła typu: "Musimy zdusić Polskę" są w niemieckich mediach i wśród niemieckich polityków niższego szczebla, mówione zupełnie otwarcie. 

Jeśli nie wiadomo o co chodzi to wiadomo że chodzi o pieniądze i wpływy. Polska do tej pory miała status takiej quasi niemieckiej kolonii gospodarczej, rynku zbytu dla niemieckich towarów i rezerwuaru taniej siły roboczej (stąd krokodyle łzy Wyborczej nad Polkami odmawiającymi pracy za półdarmo i pobierającymi 500+). To wszystko było przed nami (przed opinią publiczną), skutecznie ukryte. Można było się czegoś domyślać, ale nie było realnych dowodów takiego stanu rzeczy. Dowody bardzo szybko się same uaktywniły wraz ze zwycięstwem PiS-u. Nagle okazało się że Polska przyjmuje jakieś dyrektywy od Komisji Europejskiej (tworu zupełnie niedemokratycznego i niekontrolowanego), że przyjeżdża jakaś Komisja Wenecka, że wydaje jakieś oświadczenie, że w Parlamencie Europejskim toczy się debata na temat "praworządności w Polsce" itd. itp. No i co? Jakim krajem byliśmy przez te osiem poprzednich lat rządów PO-PSL? Tamten rząd w ogóle nawet nie próbował prowadzić jakikolwiek podmiotowej polityki, dlatego właśnie był tak chwalony i uwielbiany na brukselskich i berlińskich salonach. 

PiS zaczyna to powoli zmieniać, ale ani ta partia, ani żadna inna niewiele by wskórała, gdyby nie zmieniła się mentalność samych Polaków. Zawsze bowiem dążyliśmy ku Zachodowi (kulturowo oczywiście), bo Wschód znaliśmy dobrze z jego turańską kulturą niszczenia ludzkiej wolności, która została wzmocniona w sposób niewspółmierny po zwycięstwie w Rosji ideologii komunistycznej, zamieniającej kraj w jeden wielki krwawy Mordor. Nic co przychodziło ze Wschodu nie mogło nas cieszyć, wszystko bowiem miało na sobie woń przemocy knuta i stęchlizny śmierci, wszystko było niewolą. Ale, ale - my tu sobie żyliśmy pod komunistyczną władzą, zakonserwowani niczym w formalinie, a na Zachodzie począwszy od lat 60-tych zaczęły tworzyć się zmiany, o których normalny Polak (tęskniący za wolnością Zachodu), nie miał po prostu pojęcia. Do głosu w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych, zaczęły dochodzić grupy skrajnie lewicowe, żeby nie powiedzieć lewackie. Zaczęto powoli wymuszać akceptację feminizmu i nie chodziło tutaj o żadne tam prawa kobiet, to wszystko było wtórne, liczyła się ideologia, a ta była nierozerwalnie związana z lewicą, a wręcz z komunizującą lewicą (choćby twórczyni biblii feminizmu - "Drugiej Płci" - Simone de Beauvoir, związana z Jeanem-Paulem Sartre, radykalnym zwolennikiem komunizmu, sama stała się komunistką i właśnie ta ideologia pchnęła ją do napisania "Drugiej Płci".). Potem przyszła zupełna demoralizacja społeczna w postaci promowania nieskrępowanego seksu a jeszcze potem agresywna promocja homoseksualizmu.

My Polacy, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że choć komunizm dogorywał w Europie Środkowo-Wschodniej, to w Zachodniej miał się znakomicie. Dziś Europa Zachodnia (a szczególnie Unia Europejska), jest ... komunistyczna. Niesamowite co? Otóż Unia Europejska nie jest już tym tworem jaki pierwotnie zakładali tzw.: "Ojcowie Założyciele" (Schumann, de Gasperi, Monnet, Adenauer i inni). Ba, Unia Europejska jest dziś zupełnie innym tworem, niż była jeszcze w roku 2004, gdy Polska i kilka innych państw Europy Środkowej i Południowej weszło do tej wspólnoty. Dzisiejsza Unia Europejska powstała w 2007 r. (a realnie jej zmiana nastąpiła 1 grudnia 2009 r. gdy wszedł w życie Traktat Lizboński). To nie Schumann i jego koncepcje dziś kształtują rozwój Unii, lecz komunistyczny działacz włoski - Altiero Spinelli, twórca tzw.: "Manifestu z Ventotene". Dziś na europejskich uniwersytetach o tym się w ogóle nie mówi, nie uczy się tego, gdyż ta wiedza jest zakazana (któż chciałby bowiem oficjalnie się przyznać, że realizuje program upadłego komunizmu?). Oczywiście, dzisiejszy komunizm różni się od tego dawnego, marksistowskiego, chociażby tym, że wyklucza działania rewolucyjne, a kładzie nacisk na ewolucyjne (jak to się mówi?) "edukowanie społeczeństw". Poza tym środki skupione są na trochę innych pryncypiach, ale cel jest taki sam - zmiana dotychczasowego modelu człowieka i stworzenie "człowieka nowego typu". 

No cóż, próbowali to zrobić już zarówno komuniści, jak i naziści (którzy też byli lewakami, twierdzenie że Adolf Hitler i stworzona przez niego ideologia śmierci miała cokolwiek wspólnego z prawicą, jest perfidnym kłamstwem, zważywszy że sami naziści nie kryli się ze swoimi lewackimi poglądami. Rożnica polegała tylko na tym, że Hitler nie chcąc być bolszewikiem podporządkowanym Stalinowi - chociaż ten wspierał go politycznie w drodze ku władzy - postanowił zmienić "coś", co mogłoby go odróżnić i wypromować jako "nową jakość". Tym czymś była właśnie zamiana pryncypiów, tam gdzie bolszewicy głosili "walkę klas", tam Hitler i jego naziści zaczęli głosić: "walkę ras". Można? Pewnie że można, ale niech nikt mi nie mówi bredni że ideologia nazistowska miała cokolwiek wspólnego np. z konserwatyzmem czy nawet z liberalizmem). Wszelkie próby "stworzenia nowego człowieka" - ZAWSZE kończyły się powszechnymi rzeziami i rzekami krwi. Bowiem filozofia jest piękną dziedziną nauki, ale filozofowie u władzy (a szczególnie filozofowie lewicujący lub lewaccy), to pewna śmierć i cierpienie milionów ludzi. I komu to służy?






PS: W kolejnym poście z tego tematu, przejdę już do opisywania mitów narodowych i tzw.: pamięci genetycznej narodów i ludów, które to są jednymi z kolejnych go Godności osobistej i międzypaństwowej - czynników spajających ludzi w jeden naród i jedną siłę. 
  


CDN. 

GODNOŚĆ - MIT - PAMIĘĆ GENETYCZNA - Cz. I

CZYLI CO NAS SPAJA?





Wczoraj (8 czerwca), ukazał się na Facebooku ciekawy wpis pisarza Stefana Twardocha, pozwolę sobie zacytować go w całości (jednocześnie podając oryginalne źródło), aby mieć cały ogląd sprawy przed oczyma i móc odpowiednio się do tego ustosunkować. Oto wpis Twardocha na Facebooku:

"Straszne skutki rozdawnictwa państwowych pieniędzy. Hołota nie chce pracować za 3 złote za godzinę. Woli narobić bachorów a za krwawicę ludzi przedsiębiorczych marnowaną w 500+ kupować alkohol i samochody, albo większe telewizory. I na dodatek pewnie wódkę, a nie wyrafinowane wina. Zamiast skromnie, jak przystało biedakom, wydawać w biedrze (w Biedzie, hehe, nie to co my w Almie) na suchy chleb i skromne, szare i zgrzebne ubranka dla dzieci. Kto będzie nam podawał nasze ośmiorniczki, kto będzie zbierał nasze truskawki, które wrzucimy sobie do kieliszka prosecco po 12 zł za kieliszek? Balcerowicz się gniewa, jak to widzi.

Dystrybutorzy klasowej pogardy dziwią się potem, że podklasa zakłada koszulki z żołnierzami wyklętymi i innymi postaciami z patriotycznego komiksu i głosuje na partię bystrzaków, która może w zasadzie zrobić wszystko, wyciąć Białowieżę do gołej ziemi i zalać betonem, wypowiedzieć wojnę Rosji zrywając jednocześnie stosunki dyplomatyczne z USA i Niemcami, wsadzić do więzienia wszystkich reżyserów filmowych, bo im źle z oczu patrzy, we wszystkich galeriach zrobić wystawy obrazów o katastrofie smoleńskiej, zamknąć teatry i wystąpić z Unii Europejskiej. Cokolwiek. A i tak wygrają kolejne wybory, jeśli tylko w kraju, w którym mediana płacy wynosi 2400 złotych netto, zarabiającym mniej niż te 2400 partia ta dostarczać będzie poczucia godności. Co akurat - jako jedyne - doskonale się jej udaje.

Polski ludowy nacjonalizm brzydzi mnie tak samo jak polskie inteligenckie, postszlachecko-liberalne, wielkomiejskie fumy, na wybory nie chodzę, władza w Polsce w istocie ma niewielki wpływ na moje życie. Tak naprawdę martwi mnie tylko to, że kiedy klasa z dolnej strony mediany 2400 netto swoje rozbudzone ostatnio patriotyczne poczucie godności postanowi wzmocnić, wieszając dystrybutorów klasowej pogardy na latarniach, to z moimi garniturkami i samochodami, na które sam sobie rzemieślniczo zarobiłem, nie zagarniając nic z niczyjej wartości dodanej i tak się rykoszetem załapię do pierwszego czy drugiego tysiąca do powieszenia. Zważywszy jeszcze na moją, najdelikatniej mówiąc, niechęć do polskich nacjonalistycznych mitów... I nikogo wtedy nie przekonam tym, że przecież mogłem pokombinować na podatkach, a zamiast kombinować grzecznie płakałem i płaciłem. Korwinistą jestem tylko przez kwadrans w roku, kiedy robię przelew do Urzędu Skarbowego i przez ten kwadrans wściekły myślę o tym, jak pięknie i elegancko mógłbym te hajsy skonsumować i jakie gustowne dobra za nie nabyć. Ale potem mi przechodzi, bo myślę sobie, że od redukcji luksusu jeszcze nikt nie umarł, a od klasowych rozruchów owszem.

Droga klaso średnia, drogie górne 10%, może więc lepiej zapłacić 20 złotych za kieliszek prosecco z truskawką, w knajpie, w której kelnerka ma umowę o pracę i przyzwoitą stawkę godzinową, klasowej pogardy dla biedoty się wyrzec, zachować dla siebie albo dzielić się nią tylko w gronie zaufanych przyjaciół, nie na łamach gazet, w zamian zaś uniknąć powieszenia?
A w planie maksimum mieć może nawet nadzieję na to, ze kolejnych wyborów nie wygra partia od wycinania lasów i wypowiadania wojny gejom, Niemcom, Rosji i cywilizacji śmierci jednocześnie?"




Tyle sam Twardoch, a teraz jeszcze prof. Zbigniew Mikołejko: 


"Edki, wózkowe, kibole, nieudacznicy zostały kupione za te 500+ i w ogóle mają oni/e w nosie naszą wolność"



A teraz pozwolę sobie to wszystko skomentować w sposób, jaki osobiście uważam za stosowny. Na samym początku od razu też dodam, że z bardzo podobnym podejściem mam styczność w środowisku, w którym się (z konieczności) obracam. Ludzie, właśnie pokroju prof. Mikołejko, mówią mi wprost (podczas prywatnych rozmów), że pracownicy zatrudnieni w ich firmach, powinni się cieszyć już z samego faktu że im się płaci JAKIEKOLWIEK pieniądze - tak właśnie, nie przesłyszeliście się - powinni się cieszyć że dostają JAKIEKOLWIEK pieniądze od swych pracodawców, którzy uważają się jednocześnie za swego rodzaju dobroczyńców (z samego faktu iż w ogóle płacą swym pracownikom pensje, bo przecież ... mogliby nie płacić, prawda?). 

Wpis Twardocha jest w tym środowisku (mam tutaj na myśli niejednorodne w swej masie, aczkolwiek bardzo wpływowe środowiska polityczno-biznesowe, medialne i naukowe, a także wszelkie do nich zbliżone, których wymieniać już nawet nie mam ochoty), pewnym ewenementem. Ja bowiem osobiście widzę jak to wygląda od strony niektórych pracodawców (a przecież nie obracam się w kręgach polityczno-biznesowych, gdzie ta pogarda dla zwykłego człowieka, zwykłego pracownika - musi być znacznie większa). I powiem Wam, że pewna część (nie wszyscy, być może nawet nie większość), wyraża swą pogardę do "Ludzi Pracy" w sposób wybitnie upokarzający ich godność (choć oczywiście nie robią tego publicznie, tylko gdy już są "bezpieczni" we własnym gronie i wśród "swoich").

A teraz przejdźmy do kwestii KOD-ziarzy (też oczywiście nie wszystkich, gdyż duża część z nich jest po prostu perfidnie zmanipulowana), których na przykład wspiera wielu moich znajomych. Zauważcie do czego doszło w tej Polsce. Oderwane od koryta uprzywilejowane postkomunistyczne (a często postubeckie), elity polityczno-finansowe kraju organizują demonstracje. Elity, których przecież tatusie i mamusie, a niekiedy dziadziusie i babcie, nie na darmo walczyli z "bandami" kryjącymi się po lasach, nie na darmo pałowali robotników i studentów w latach 60-tych, 70-tych i w stanie wojennym , krzycząc: "Warchoły do szkoły", nie na darmo pisali na siebie wzajemne donosy do Moskwy (jak chociażby w swoim czasie Gierek na Gomułkę), prezentując siebie jako szczerych komunistów i największych przyjaciół Związku Sowieckiego, a swych konkurentów jako "element niepewny socjalistycznie", nie po to kształcili swe pociechy, które miały zając po nich ich dyrektorskie z nadania klucza partyjnego posadki - aby teraz to wszystko stracić. Przecież nie po to od 1944 r. tworzyli protezę polskiej państwowości, by teraz Polska miała odzyskać jakąś tam (nieznaną im), Suwerenność. 

Do tego osobliwego grona dokooptowano po 1989 r. równie spragnionych władzy "solidaruchów" (szczególnie tych inteligenciaków, wywodzących się jak Kuroń, Michnik czy Geremek z dawnej komuny - Janusz Weiss w swej książce opowiadał że w latach jego dzieciństwa - przełom lat 40-tych i 50-tych, stoły wręcz uginały się od wszelkiego jadła i napojów, im potomkom komunistycznej nowej elity podbitej, wykrwawionej i upokorzonej przez Sowietów Polski - żyło się naprawdę dobrze, podczas gdy reszta kraju nie miała często nawet chleba, o takich frykasach jak "masło" czy herbata można było jedynie pomarzyć).




Rozumiecie jak to boli? To bardzo boli, jeśli ktoś na siłę odrywa cię od (wręcz genetycznie dziedzicznego), wywalczonego w "bohaterskich" walkach ich ojców i dziadów z "leśnymi bandami" (jak chociażby wypowiedział się o Żołnierzach Wyklętych, nieżyjący już prof. Kołakowski, który sam w młodości jeździł: "na bandy").




 I to właśnie głownie w tych środowiskach słychać największe lamenty na temat wprowadzanych właśnie przez PiS reform. Zauważcie proszę jak ci ludzie myślą (albo jak są manipulowani przez odpowiednich cwaniaków politycznych, którzy doskonale wiedzą jak mogą wykorzystać ich niechęć "do Kaczora"). Wszystko co złe, bierze się z PiS-u, wszystkie reformy są złe, Macierewicz to idiota, Ziobro to niebezpieczny bandzior, który kreuje się na walecznego szeryfa, a Kaczyński to już w ogóle zło totalne, człowiek który doprowadzi Polskę na skraj katastrofy, wyrzucą nas z Unii i Polska upadnie (bo przecież wiadomo, jak zresztą mówią i piszą niemieckie media, że "biedna Polska istnieje tylko dzięki Unii" - zostawmy na razie tę propagandę i idźmy dalej), że Kaczyński pragnie zaprowadzić autorytaryzm na wzór Putina etc. etc. etc. 

Ciekawe jest tylko, że jeśli spytasz się tak zmanipulowanego przez propagandę (notabene finansowaną z zagranicy - ja przynajmniej przyjrzałbym się skąd dokładnie i jakimi kanałami płyną pieniądze dla KOD-u, i antyrządowych mediów. A potem był ogłosił tę wiadomość publicznie, gdyż Polacy wiele mogą znieść, ale nie lubią jak się z nich publicznie robi jaja i to jaja za obce - a sądzę że głównie niemieckie pieniądze), czy popiera program 500+ lub program Mieszkanie +, to często można usłyszeć że to jest akurat dobre, że to czy tamto jest dobre, ale jeszcze przed chwilą twierdził iż WSZYSTKO co PiS wprowadza jest totalnie do bani i w ogóle w Kosmos z tym Kaczyńskim (ostatnio słyszałem ciekawe hasło, wykrzykiwane prawdopodobnie przez jakieś feministki, a brzmiało ono tak: "Jarosław, kobiety zostaw, kup sobie klocki lego i zaproś Antoniego" - uśmiałem się z tego po pachy).

Prawdziwymi wrogami programu 500 + i Mieszkanie +, są z reguły ludzi bezpośrednio powiązani z dawną władzą (w rozumieniu zarówno poprzedniej ekipy PO-PSL jak i częstokroć jeszcze dawniejszych komunistycznych powiązań). I choć nie zostawiają na tych reformach suchej nitki, to jednak w ich krytyce bardzo trudno odnaleźć jakieś racjonalne argumenty. Oni w ogóle są bardzo mało racjonalni, bardzo mało konkretni o konstruktywnej krytyce rządu z ich strony po prostu można pomarzyć, tam jest TOTALNA negacja, TOTALNE "nie" dla PiS-u. Mnie też nie podoba się wiele zmian (czy raczej zaniechań) Prawa i Sprawiedliwości, ale wiem że jest to bodajże jeden z nielicznych po 1989 r. rządów odrodzonej Polski, który REALNIE chce pomóc Polakom w wyjściu ze stanu biedy i beznadziei (w którym to stanie przebywa obecnie w Polsce wiele rodzin), realnie chcą pomóc (owszem, chodzi też o władzę, PR i poparcie obywateli, ale sam fakt że w ogóle się tego podejmują jest niezwykle znaczący i bardzo dobrze rokujący na przyszłość). 

Ja powiem z własnej perspektywy. Ani ja, ani nikt z mojej rodziny, nie załapuje się na program 500+ czy Mieszkanie + (mogę tylko pomarzyć przy moich zarobkach czy lenistwie prokreacyjnym), a jednak nie mam najmniejszych obiekcji, że również z moich podatków i moich pieniędzy są finansowane te programy dla najuboższych lub rodzin wielodzietnych. Dlaczego nie mam z tym żadnego problemu? Odpowiedź jest prosta - nie ma innego wyjścia, jak realnie obniżyć medianę społecznego ubóstwa, niż poprzez aktywne włączenie się do tego aparatu państwa. A to jest możliwe również z podatków płaconych przez wszystkich obywateli, również tych bogatszych, którzy być może nic z tych programów nie dostaną. Zauważcie jak ci najbiedniejsi ludzie są postrzegani w mediach tzw.: "głównego nurtu" - jako nieudacznicy, wózkowe, Edki, kibole oraz jako nieroby, którzy owe 500+ na pewno przepiją w najbliższym monopolowym, a mieszkanie, które otrzymają od państwa, zamienią w melinę. 

Tak właśnie postrzegani są najubożsi Polacy, pracujący w pocie czoła na utrzymanie swych rodzin, przez lokalne postkomunistyczne i postsolidarnościowe elyty "tego kraju" (bo ta fraza jest dość często używana w publicznych wypowiedziach przeróżnych "establyshmentowyh elyt"). A ja teraz powiem tak, osobiście nigdy w swym życiu nie doznałem biedy - nigdy! Pamiętam moje dziecięce lata i to że choć nie zawsze się przelewało, to jednak zawsze były prezenty, zawsze były czekolady, zawsze był zabawki, takie jakie wraz z siostrą chcieliśmy. Nasze psy co kilka dni jadły kurczaki (a raczej to, co z nich zostało). Mój ulubiony w latach dziecięcych pies - Mops (tak się wabił), wspaniały mieszaniec owczarka niemieckiego z ... czymś, karmiony był (głównie przeze mnie) szynkami i kiełbasą ze stołu (poza tym dostawał swoje pożywienie). Tata nauczył go aportować i potem miałem zabawę, gdy rzucałem mu kiełbaskę, szyneczkę lub kaszankę a on wszystko to łapał w powietrzu i od razu połykał. Często więc się zabawiałem i najpierw rzucałem mu mięsko, które lubił (kiełbaska - szyneczka - kiełbaska - kaszanka etc.), a w pewnym momencie brałem np. pomidora i gdy łapał go w locie (jak inne smakołyki), a za chwilę wypluwał, bo to już mu nie smakowało. Fajna była z niego psina - padł ze starości. 

Tak więc nie znam pojęcia biedy, bowiem nigdy jej nie doświadczyłem (gdy jako dzieci dostawaliśmy od rodziców kieszonkowe, i gdy moja młodsza siostra, która obecnie jest szczęśliwą mamą pięknego bobaska - wydała swoją cześć, potem, gdy zobaczyła np. jakąś zabawkę lub lalkę, to prosiła mnie bym jej to kupił. Pamiętam że zbierałem jej na Kena, aby miała do zabawy z lalkami Barbie, zresztą często bawiliśmy się wspólnie, również z naszym kuzynostwem), to jednak potrafię pojąć i zrozumieć to, że komuś w rodzinie może się nie przelewać, że może mieć trudności finansowe, że wpadł w spiralę zadłużenia i komornik w bandycki sposób odebrał mu cały majątek życia, że znalazł się na bruku lub że ledwie łączy koniec z końcem. Dla takich ludzi to co sam opisywałem na tym blogu o możliwości poprawy własnego losu, poprzez umiejętne skumulowanie energii myśli (czyli po prostu używanie własnego umysłu do kreowania korzystnej dla siebie rzeczywistości), jest w dużej mierze zupełnym farmazonem. 

Cóż z tego że powiem kobiecie, która ma w portfelu ostatnie 100 zł. a do końca miesiąca i kolejnego zasiłku zostaje jej jeszcze z dwa tygodnie, aby myślała pozytywnie (że użyję takiego kolokwializmu). To nic nie da, bowiem ta kobieta wie że ma ostatnie 100 zł. a w domu czekają dzieci, które ona musi jeszcze przez te kolejne dwa tygodnie jakoś wykarmić. I ona będzie myślała cały czas o tym, jak tu przeżyć przez kolejne dni, żadne słowa czy napominania nie pomogą. Jej może pomóc właśnie tylko konkret - czyli właśnie owe 500+ (które dla wielu rodzin jest prawdziwym wybawieniem). I właśnie dlatego nie mam najmniejszej pretensji że z moich podatków idzie pomoc dla takich ludzi. Bowiem w społeczeństwie tak mniej więcej wyjść z biedy samemu potrafi 1 na 100, reszta nie przetrwa bez publicznego wsparcia, a jeśli nawet przetrwa, to właśnie w owej beznadziei, z której nie będzie ucieczki. Czy naprawdę więc ci wszyscy propagandyści, twierdzący że 500+ posłuży tym ludziom jako środek na kupno kolejnych napojów alkoholowych, nie rozumieją że człowiekowi w życiu potrzebna jest nadzieja. Często człowiek bardziej doceni nie tyle to, że wskażesz mu gdzie może znaleźć wędkę, ile gdy po prostu dasz mu do ręki rybę. I taką "rybą" jest właśnie wprowadzany przez PiS (przy szumie odrywanej od koryta politycznej świniarni), program 500+ czy Mieszkanie+.



CDN.

czwartek, 9 czerwca 2016

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXVI

LIRA - KOLEBKA LUDZKOŚCI 

OD JEDNOŚCI DO WOJNY Z WEGĄ 

Cz. I

 



I znów muszę powrócić do "korzeni", czyli do opisu pierwszej ludzkiej cywilizacji, jaka powstała na nieistniejącej już planecie Avyon w konstelacji Liry, gdyż kilku rzeczy nie dopowiedziałem. Mianowicie twórcami Rodzaju Ludzkiego, byli, zamieszkujący również Avyon - Felinianie, czyli Lwi Ludzie. Przekazali oni wodnym istotom, jakie zamieszkiwały krystalicznie czystą planetę, jaką był Avyon, swój kod genetyczny, upodabniając owe wodne istoty (takie prawalenie), do siebie. Początkowo istoty te, miały status podobny do zwierząt domowych, z czasem jednak (poprzez kolejne genetyczne manipulacje i doświadczenia), zaczęły upodabniać się do swych twórców. Zdobyli umiejętność wysławiania się mową werbalną w sposób artykułowany (z czasem również nauczyli się telepatii, czyli umiejętności porozumiewania się na odległość za pomocą umysłu). Gdy istoty te, stały się już inteligentne, a ich rozwój niewiele różnił się od rozwoju Felinian, ci, postanowili dopuścić ich do wspólnego zarządzania Avyonem. 

Pierwszym ustrojem, panującym na Avyonie była oczywiście monarchia, założona przez Felinian (Dom Królewski Rodu Avyon). Pierwotnie społeczeństwem Felinian (którzy są najstarszą rasą, powstałą w naszym Wszechświecie), władały kobiety. To kobiety - Felinianki stworzyły zarówno język jak i cywilizację wczesnego Avyonu (jeszcze przed genetycznym "wyewoluowaniem" Ludzi). Potem sytuacja uległa zmianie i coraz częściej to męscy Felinianie zaczęli dominować nad społeczeństwem (obeszło się jednak bez tzw.: "Wojen Płci", które miały miejsce chociażby w społeczeństwach Reptilian, a szczególnie Reptoidów). Władza jednak nadal była dziedziczona w linii żeńskiej z matki na córkę. Potem rozpoczęto program "cywilizowania" istot morskich z których to powstali pierwsi Ludzie. Przypominali oni prawie dokładnie swych twórców. Jedyną różnicą był kształt głowy, który w przypadku dotychczasowych istot morskich, był zbliżony do dzisiejszych ludzkich twarzy (w przeciwieństwie do Felinian, których głowy przypominały pyski dzisiejszych lwów czy kotów).

Ludzie jednak pragnęli mieć własnego króla, i Felinianie zgodzili się na to. Pierwszym władcą Ludzi na planecie Avyon (kolebce Ludzkości), został niejaki ANU i tak narodził się Dom Królewski Rodu Anu. Felinianie i Ludzie żyli ze sobą na jednej planecie w zgodzie i przyjaźni, ale okazało się, że Ludzie przejawiają dużą zaborczość, która co prawda nie była skierowana przeciwko swym twórcom, tylko przeciw innym światom, które zamierzali zdobywać i kolonizować. W tym czasie najpotężniejszymi mocarstwami we Wszechświecie byli Karianie (Ptasi-Ludzie), dorównywali im stworzeni przez nich Reptilianie, oraz Insektoidy. Felinianie nie przejawiali zapędów zdobywczo-kolonizacyjnych, ale zauważyli że tokowe posiadają stworzeni przez nich Ludzie. Ponieważ Ludzkość rozmnażała się o wiele szybciej niźli społeczeństwo Felinian, bardzo szybko sam Avyon został demograficznie opanowany przez Ludzi. Felinianie zgodzili się wówczas udostępnić Ludzkości środki do przeprowadzania dalekich podróży gwiezdnych, oraz nauczyli ich metod rozumienia światła (chodziło tutaj o pojęcie znaczenia prędkości galaktycznych). Tak właśnie rozpoczęła się era ekspansji ludzkiej społeczności Avyonu. 

Kolonizowano i przesiedlano na poszczególne (głównie bezludne), planety dotychczasowych mieszkańców Avyonu. Niektóre planety-kolonie innych ras, musieli zdobywać, wdając się w krótkotrwałe wojenki (które, dzięki technologii ofiarowanej Ludziom przez Felinian, kończyły się zwycięsko). Atakowano gównie planety opanowane już przez Insektoidy (starano się natomiast nie wchodzić w konflikty z wspieranymi przez Karian i ich potężną flotę międzygalaktyczną - Reptilian) i inne mniej znane rasy galaktyczne. W ten sposób powstało wielkie ludzkie imperium, kontrolowane i zarządzane z Avyonu. W tym samym czasie, gdy Ludzie powiększali swoje międzygalaktyczne zdobycze, istniały już wielkie (choć podzielone), imperia Reptoidów i Dinoidów. Ci ostatni, kontrolowali np. system gwiezdny Oriona, oraz konstelację Margidda (Ursa Major), Hiady i Plejady. Wspierali ich Karianie z planety Aln i konstelacji Urbar. 

W galaktyce Urbar i na planecie Duku (w konstelacji Plejad), Karianie stworzyli Drakonów (Drakonidów), zwanych Musgirami - ("Najszlachetniejszymi"). Były to najbardziej gadzie ze wszystkich gadów - Smoki. Był to potężne, przerażające stworzenia, posiadające skrzydła i niezwykłą inteligencję (posługiwały się również mową artykułowaną). To właśnie od nich wziął swój początek reptiliański Ród Królewski Domu Aln (nie mylić z podobnym kariańskim rodem również z Aln). To właśnie drakońscy Musgirowie uniemożliwili Ludziom z Avyonu pierwszą kolonizację Plejad, niszcząc ich okręty gwiezdne. Był to pierwszy, bezpośredni kontakt zbrojny, pomiędzy rasą Ludzi i Reptilian, od tej chwili ludzka ekspansja zaczęła być dla Gadoidów poważnym zagrożeniem i postanowili uczynić wszystko, by ją zatrzymać a Ludzi podporządkować swojej władzy. Musgirowie potem zmusili królową Dinoidów z Nalulkara, głównej planety "serca Anduruny" jak Federacja Galaktyczna nazywa tereny Ursa Major (Orionidzi różnili się tym od Reptiodów, że stworzeni zostali z latających istot skopionych wokół cywilizacji ula, gdzie dominowała królowa, natomiast Reptiodzi, to głównie bagienne i błotne istoty, zasiedlające Aln), by podporządkowała się ich władzy. Potem zmuszono do uległości władczynie Dinoidów z Oriona. Dodatkowo wymieszano poszczególne reptiliańskie rasy i tak właśnie powstało Imperium Anchara. 

Pierwsze niepowodzenie Ludzkości w opanowaniu Plejad, nie spowodowało jednak wybuchu wielkiej wojny pomiędzy Ludźmi i Gadami. Nikomu bowiem taki konflikt wówczas nie był potrzebny, zresztą nad bezpieczeństwem, wówczas jeszcze panowała najpotężniejsza siła militarna ówczesnego Wszechświata - flota międzygalaktyczna Imperium Kariańskiego (z siedzibą w galaktyce Urbar). W każdym razie na innych terenach kolonizacyjnych, Ludzkości z Avyonu wiodło się znakomicie, opanowywali i kolonizowali kolejne światy. Reptilianie postanowili temu przeciwdziałać, a ponieważ nie mogli otwarcie zaatakować Ludzi (by nie prowokować wojny i reakcji ze strony Karian), postanowili działać inaczej - poróżnić wewnętrznie poszczególne grupy Ludzkości i skierować je przeciwko sobie. Za swój pierwszy cel obrali galaktykę Wegi, a zamieszkujących ją kolonistów z Liry (Avyonu), postanowili podburzyć i skierować przeciwko samym Lirianom.






CDN.

REPTILIAŃSKIE OPOWIEŚCI LUDÓW AFRYKI - Cz. I

"INGIYAB" ZNACZY "WIELKI WĄŻ"

 



W świadomości pierwotnych (żyjących do dziś) ludów Afryki, utrzymuje się pamięć o tzw.: "Imbulu", czyli "wężowcach", którzy przez wiekami mieli pojawić się na Ziemi i podporządkować sobie ich przodków. Wiadomości o tym, przekazują sobie plemiona, często tak odległe od siebie, że w zasadzie nie miałyby prawa wiedzieć o swym istnieniu, a łącznie jest ich ponad 500 (tych które w swych mitach i legendach opowiadają o Imbulu). Sama nazwa plemienia Zulusów, odnosi się do ... gwiazd, a raczej do przestrzeni międzyplanetarnej, zwanej w ich języku: "izulu". Dogonowie zaś twierdzą, że ich dawni władcy, byli potomkami istot, które przed wiekami przybyły z nieba i zaprowadziły tutaj swoje prawa oraz spłodziły dzieci z miejscowymi kobietami lub mężczyznami, którzy to zostali potem władcami ich plemienia. We wszystkich zaś afrykańskich legendach i opowieściach o Imbulu, dominuje jeden przekaz. Niegdyś, bardzo dawno temu, Imbulu (lub Imanujela - bo też istnieje taka nazwa), wypowiedzieli wojnę przeciwko Bogu. Ten jednak zdołał ich pokonać i poranić tak bardzo, że musieli schronić się w podziemnych jaskiniach. Odtąd żyją w nienawiści do wszelkiego bożego stworzenia, a szczególnie do Ludzi.

Opowieść ta, jest dosyć klarowna i być może nawiązuje do prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce przed milionami lat. A owa walka Imbulu z Bogiem, jest po prostu legendarną formą opisu wojen, prowadzonych przez Federację Galaktyczną z Imperium Anchara (Reptilianami) - które zresztą opisywałem w poprzednich tematach z cyklu: "Historia Życia, Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji". Mnie przynajmniej od razu pojawiło się takie skojarzenie. Według najdawniejszych afrykańskich legend, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez szamanów, przed wiekami na Ziemi pojawiły się istoty z gwiazd, zwane "Chitauli". Oni to przykazali przodkom dzisiejszych Afrykanów, że są wielkimi bogami z gwiazd i nakazali im posłuszeństwo wobec ich praw i nakazów. Co ciekawe, nie byli to Imbulu/Reptilianie, ale Ludzie, bardzo wysocy ludzie (znów moje skojarzenie oscyluje wokół Nibiruan). Istoty te, przeprowadzały eksperymenty, które zmieniły dawnych Afrykańczyków. Wprowadzili też wiele różnych języków, czym podzielili Ludzkość, a na koniec dali im innych ludzi (którzy byli ich potomkami bądź potomkami ich potomków), by nimi rządzili. Zastrzegli również, że jeśli Ludzie nie będą słuchać "synów Bogów", zostaną surowo ukarani. Nauczyli też Afrykańczyków, budowy umocnień i miast i nakazali w nich zamieszkać. Podzielili ich na poszczególne plemiona i każdemu nadali spokrewnionych ze sobą władców.

Ale nie tylko, Chitauli zmusili też ludzi do kopania wielkich kanałów i poszukiwania złota, nie tylko mężczyzn, lecz także kobiety (chodzi głównie o czarnoskóre kobiety, gdyż Afrykańczycy tak właśnie postrzegają Ludzkość, patrząc głównie na własne legendarne dzieje). "Obcy" nauczyli ludzi także obróbki metali, potem odlecieli. Ale w pradawnych legendach ludów Afryki, są opowieści nie tylko o Chitauli czy Imbulu (które często łączą się ze sobą, tworząc wrażenie tego samego), ale również o "Wuzangu" lub "Watende", co znaczy: "Białe stworzenie noszące światło". Według afrykańskich legend, są to przybyli z gwiazd "Biali Ludzie", podobni bogom, ale niegroźni (to znaczy, nie powodujący bólu i cierpienia wśród Afrykańczyków, jak np. Imbulu, Chitauli lub Manturulane, którzy to są według mnie odpowiednikami znanych w naszej kulturze Szaraków). Przybywali "z nieba" w dziwnych pojazdach, przypominających bumerang. Nie byli niebezpieczni, nie dokonywali porwań czy ... okaleczeń, jak niektóre uprowadzenia, przeprowadzane przez/lub na polecenie Imbulu. czy Chitauli (którzy według Afrykanów, wciąż przybywają na Ziemię i zmuszają ludzi, by przygotowywali ją pod ich przyszłe osiedlenie się tutaj). Wuzangu nie generują cierpienia, cą jednak dość nietypowi.

Wuzangu przybywają więc nie powodując cierpienia innym, a wzmianki o nich i ich wizerunki, są powielane wśród wielu afrykańskich plemion. Mieli pojawiać się na długo, nim Biali Ludzie przybyli do Afryki i stąd do dziś, Białego Człowieka w Afryce określa się mianem "Waleiule-wu-muinda" ("Białe stworzenie światła"), lub po prostu: "Umlungu" ("Stworzenie które wytwarza wielki wir pod ziemią"). Natomiast istnieją także opowieści uprowadzeń i doświadczeń Imbulu na zarówno czarnoskórych Afrykanach, jak i na białych mieszkańcach tego kontynentu. Przytoczę jedno z nich w kolejnej części.



CDN.