Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 7 maja 2017

SUKCESY ODRODZONEJ, NIEPODLEGŁEJ II RZECZPOSPOLITEJ A SUKCESY "TRANSFORMOWANEJ" III RZECZYPOSPOLITEJ

PODSUMOWANIE 

ZYSKÓW I STRAT Z LAT 

1918-1939 i 1989-2017




Począwszy od XV wieku, poprzez cały wiek XVI i XVII Rzeczpospolita Obojga Narodów była jednym z najpotężniejszych państw Europy. Jak pisze Antoni Wacyk: "Od bram Kremlinu po Karpat Łuki, od łach kurlandzkich po ujścia Istru - słowo Polska znaczyło moc, władztwo, budziło szacunek i poważanie". Prawie cztery wieki potęgi politycznej, militarnej i gospodarczej, państwo stworzone przez wolnych obywateli dla dobra powszechnego wszystkich w nim żyjących narodowości i grup religijnych pod przemożnym wszakże przewodem narodu polskiego, istniało w świadomości ludzi żyjących na tych terenach (Rzeczpospolitan), nawet wówczas gdy Polski już nie było, gdy agresywni sąsiedzi podzielili między sobą Jej ziemie, gdy Rzeczpospolita znacznie osłabła w XVIII wieku. Nasza potęga w wiekach wcześniejszych uwidaczniała się również w demografii, bowiem w XVI wieku Rzeczpospolita liczyła sobie 10 milionów mieszkańców, podczas gdy ówczesna Rosja (Wielkie Księstwo Moskiewskie i później Carstwo Rosyjskie), jedynie... 4,2 miliony, a Prusy (które potem zjednoczą niemieckie państewka w jedną niemiecką Rzeszę) zaledwie 1 milion mieszkańców. Jednak już w dwa wieki później, w latach 70-tych XVIII wieku Rzeczpospolita liczy zaledwie 12 milionów mieszkańców, podczas gdy Rosja 19 milionów a Prusy 4 miliony. Polska utraciła już wówczas pozycję mocarstwa i stała się państwem podległym Rosji (od 1768 r. realnie a od 1775 r. oficjalnie). W XVIII wieku staliśmy się więc prawdziwą rosyjską kolonią, a polscy posłowie na sejmach przysięgali na wierność... imperatorowej Wszechrusi Katarzyny II, mimo iż byliśmy oddzielnym państwem i mieliśmy własnego króla. Wprost NIE DO POMYŚLENIA, ale tak właśnie było. 

Posłowie, którzy wówczas płaszczyli się przed rosyjskim ambasadorem (będącym de facto prawdziwym władcą kraju), niepomni tego, że ich przodkowie uważali Moskali za barbarzyńców i sami chcieli ich cywilizować, rozbijając ogromne armie rosyjskie w pył i zdobywając Moskwę, czyniąc tam co tylko chcieli. Dziś Rosjanie ustanowili swoim świętem narodowym rocznicę wypędzenia Polaków z Kremla (1612 r.) - ja przyznam się szczerze że jestem dumny z tego faktu, że Rosjanie czczą wydarzenie, gdy kopyta polskich koni słychać było na kremlowskim bruku i Placu Czerwonym i gdy rosyjski car, bił pokłony przed majestatem polskiego tronu, ściągnięty do Warszawy jako pobity władca pokonanego kraju. Tylko Polakom, ze wszystkich Europejczyków, udało się opanowanie rosyjskiej stolicy. Dokonał tego co prawda jeszcze cesarz Napoleon Wielki, ale należy pamiętać że wkroczył on do opustoszałego i niebronionego miasta, oraz że wówczas to nie Moskwa a Petersburg był stolicą Rosji (zresztą, pierwszą formacją Wielkiej Armii, która wkraczała do Moskwy w 1812 r. był pułk polskich huzarów). Przez kolejne dziesięciolecia niewoli, ta pamięć dawnej wielkości i jedności narodów Rzeczpospolitej, przetrwała wśród Rzeczpospolitan i wielokrotnie dawała o sobie znać, podczas kolejnych powstań narodowych (1830-1831, 1846, 1848, 1863-1864). Dopiero po roku 1864 postawiono na pracę organiczną i budowanie potęgi ekonomicznej Polaków w podzielonym między trzech zaborców kraju, aby mieć fundusze na przyszłą, kolejną, ostateczną już walkę.

Należy też przecież pamiętać że marazm ekonomiczny, polityczny i militarny, jaki dosięgną kraj w XVIII stuleciu (gdzie szlachta cieszyła się że kraj jest słaby, bowiem rozumowała w tak dziecinny sposób że skoro jesteśmy słabi to nikt się nas nie musi obawiać i dzięki temu nikt nas nie zaatakuje), utrzymywany przez dziesięciolecia za rosyjskie, pruskie i austriackie pieniądze, zakończył się dziełem samych Polaków. Rzeczpospolita póki była słaba, rzeczywiście nie toczyła wojen, ani też nikt na Nią nie napadał, bowiem była realną kolonią rosyjską, a rosyjskie wojska hulały sobie tutaj jak u siebie. Problem zaczął się z chwilą, gdy Polacy zapragnęli zmienić ten niekorzystny i w konsekwencji zabójczy model polityczno-ustrojowy, przeprowadzając na Sejmie Wielkim (1788-1792) szereg najróżniejszych reform, przede wszystkim ustanawiających stałe podatki i wzmacniających armię, oraz regulujących stosunki pomiędzy stanami. Kwintesencją tych reform było ogłoszenie 3 maja 1791 r. pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowoczesnej Konstytucji. Konstytucja definitywnie znosiła system podległości Polski Rosji z 1768 r. co godziło przede wszystkim w rosyjskie interesy. Nic wiec dziwnego że wojna wybuchła nie wtedy, gdy byliśmy słabi i nic nie znaczyliśmy, ale właśnie wtedy, gdy obudziliśmy się z tego marazmu i postanowiliśmy zawalczyć o należne nam miejsce w Europie - wówczas to Rosja zaatakowała (1792 r.). Wojna ta została przegrana, ale nie na froncie (polskie zwycięstwa pod Zieleńcami, Dubienką czy Markuszowem), ale w gabinetach polityków, szczególnie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, który obawiając się gniewu carycy Katarzyny, poddał się i zakończył wojnę. 

Tak więc pamięć dawnej potęgi i tego, że w dniach totalnego upadku, gdy wydawało się że już gorzej być nie może, Polacy sami naprawili wiodący ku katastrofie system polityczny, uchwalając reformy i zmiany, których kwintesencją była właśnie Konstytucja 3 Maja (zauważmy że np. Hiszpanie, którzy również w XVII/XVIII stuleciu przeżywali załamanie polityczno-gospodarcze, sami przez długie dziesięciolecia nie potrafili z tego wyjść. Potrzebna była dopiero inwazja Francji w 1808 r. aby zaczęto myśleć o konstytucji i jakichkolwiek zmianach skostniałego, wręcz średniowiecznego systemu politycznego Kortezów i wszechwładzy inkwizycji). I właśnie z tej pamięci wciąż odradzała się konieczność odbudowy Rzeczypospolitej w dawnej potędze i mocy.


   SUKCESY 

II RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ 

Cz. I

 
 
PODTRZYMAĆ PAMIĘĆ - PODTRZYMAĆ NADZIEJĘ,
ZBUDZIĆ KRÓLA-DUCHA




 Ogromną rolę w kształtowaniu pamięci Rzeczpospolitan o dawnej potędze i dawaniu nadziej na przyszłość, pełnili pisarze i kompozytorzy (bardowie narodowi). Wśród nich do najpopularniejszych należeli: Adam Mickiewicz, autor takich narodowych epopei jak: "Dziady" (II, IV, III i I część pisane w latach 1823-1860, z czego niewątpliwie najważniejsza jest III część Dziadów z 1832 r.), "Konrad Wallenrod" (1828 r.), "Pan Tadeusz" (1834 r.), Juliusz Słowacki: "Kordian" (1833 r.), "Król Duch" (1845-1849), "Balladyna" (1834 r.), "Lillia Weneda" (1839 r.), "Sen Srebrny Salomei" (1843 r.), Aleksander Fredro: "Zemsta" (1838 r.), Józef Ignacy Kraszewski: cykl "Dzieje Polski" 29 części (1876-1889), w tym "Stara Baśń" (1876 r.), Henryk Sienkiewicz: laureat Nagrody Nobla z 1905 r. - "Trylogia" czyli "Ogniem i Mieczem" (1884 r.), "Potop" (1886 r.) i "Pan Wołodyjowski" (1888 r.), opowieść o starożytnym Rzymie i cierpieniach pierwszych chrześcijan "Quo Vadis" (1896 r.), "Krzyżacy" (1900 r.), "W pustyni i w puszczy" (1912 r.), Bolesław Prus: "Placówka" (1886 r.), "Lalka" (1890 r.), "Faraon" (1897 r.), Maria Konopnicka: "Rota" (1908 r.), Eliza Orzeszkowa: "Nad Niemnem" (1888 r.), "Gloria Victis" (1910 r.), a także Fryderyk Chopin, Adam Asnyk, Aleksander Świętochowski, Maria Skłodowska-Curie czy wielu, wielu innych.

Ich praca była niezwykle ważna dla podtrzymania Ducha w narodzie, ale i tak trafiała głównie do elit arystokratycznych lub ludzi wykształconych, większość zaś narodu żyła jakby poza tymi wydarzeniami. Ok. 1900 r. analfabetyzm był prawdziwą plagą, szczególnie na ziemiach zabranych przez Austrię (tzw.: Galicja). Nie potrafiło tam czytać i pisać ponad dwie trzecie ludności, a tamtejsi chłopi polscy uważali się za cesarskich, gdyż określenie "Polak", traktowali jako obrazę. Wincenty Witos, późniejszy polityk i założyciel partii ludowej, tak oto pisał o polskich chłopach przełomu XIX i XX wieku: "O Polsce na wsiach nie wspominano (...) Wszyscy z niesłychanym szacunkiem i zaufaniem odnosili się natomiast do cesarza Franciszka Józefa, uważając go za wcielenie sprawiedliwości. W wieczornych pogwarkach chłopi najwięcej mówili o czarach i demonach (...) Na wszystkie choroby ludzkie używano tych samych leków, a to: zaklęć,wody z plebańskiej studzienki, kwiatu lipowego, rozparzonego owsa, świeżego chleba (...) smarowania spirytusem albo gorącą śmietaną. Pomagało. Pożaru od pioruna nie powinno się gasić, pod grozą grzechu śmiertelnego". Znacznie lepiej pod tym względem było w zaborze rosyjskim, czyli i Kongresówce, gdzie praktykowano kursy rolniczo-gospodarskie. Kongresówka była jednym z najbogatszych prowincji Imperium Rosyjskiego, dostarczającym swe towary na ogromny rosyjski teren (dochodziło nawet na tym tle do konfliktów pomiędzy przedsiębiorcami rosyjskimi a polskimi, gdyż ci pierwsi domagali się od cara wprowadzenia cła, na towary polskie z Kongresówki - zwano to w latach 70-tych, 80-tych i 90-tych XIX wieku: "Wojną łódzko-moskiewską"). Rosyjscy przedsiębiorcy nie w stanie gospodarczo konkurować z Polakami, gdyż byli po prostu zalewani przez znacznie lepsze towary polskie z Kongresówki. Nic więc dziwnego że wielu ziemian oraz przemysłowców polskich, była przeciwna powstaniom, gdyż niepodległość Polski i odłączenie się od Rosji, godziło w ich interesy.
Najbogatsze były jednak polskie ziemie zachodnie, te będące pod zaborem prusko-niemieckim.

W takich też warunkach, rodziło się podglebie pod kolejny narodowowyzwoleńczy zryw, który tym razem miał już przynieść wymarzoną wolność. Jej prekursorem po upadku Powstania Styczniowego 1863 r. był niejaki Zygmunt Miłkowski, który w Szwajcarii w 1887 r., na zamku Hilfikon pod Zurychem założył Ligę Polską. Organizacja ta, za swój cel główny stawiała sobie dalszą walkę zbrojną z zaborcami (głównie z Rosją) o odrodzenie Ojczyzny. W 1893 r. Liga Polska przekształciła się w Ligę Narodową pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, który coraz częściej zaczął iść na ugodę z rosyjskim zaborcą i widział korzyści płynące dla Polski i Polaków, we wspólnej zgodzie i jedności z Rosją. Nie podobało się to Miłkowskiemu, więc wycofał się z życia politycznego w organizacji i teraz działał na własną rękę dla sprawy Niepodległości (w 1900 r. rozmawiał nawet w tej sprawie z prezydentem USA - Williamem McKinleyem). Aktywni stali się też socjaliści, którzy od 1892 r. zaczęli głosić przede wszystkim kwestię niepodległości, a dopiero w dalszej kolejności socjalizmu. Bez wątpienia główny ton w tej organizacji wiódł Józef Piłsudski, dla którego kwestia niepodległości Polski była kwestią kluczową, a socjalistą został właśnie dlatego, że to ta organizacja była najbardziej aktywna w walce z rosyjskim zaborcą (Po latach Piłsudski wspominał, że kilkukrotnie w tym czasie próbował zebrać się, aby przeczytać "Kapitał" Karola Marksa, ale nigdy mu się to nie udało i odrzucił tę książkę. Natomiast zawsze, w każdą podróż zabierał ze sobą Trylogię Sienkiewicza, choć najbardziej lubił twórczość Juliusza Słowackiego. W 1918 r. stwierdził zaś że wysiadł z czerwonego tramwaju na przystanku: "Niepodległość" i oto chodziło - chodziło tylko o Niepodległość, nic innego nie zaprzątało głowy Piłsudskiego. Zresztą, do socjalistów, którzy się do niego zwrócili o utworzenie rządu w listopadzie 1918 r. odpowiedział: "Wam panowie, kury szczać prowadzać, a nie za politykę się brać").

Piłsudski zaczął być szczególnie aktywny ok. 1904 r. organizując kontakty w Japończykami i dążąc do przy ich pomocy wybuchu powstania narodowego w Polsce przeciwko Rosji. W Tokio w lipcu 1904 r wręczył władzom japońskim memoriał, w którym m.in. pisał: "Siła Polski i jej znaczenie wśród części składowych państwa rosyjskiego daje nam śmiałość stawiania sobie jako celu politycznego - rozbicie państwa rosyjskiego na główne części składowe i usamowolnienie przemocą wcielonych w skład imperium krajów (...) Stawiając sobie tan poważny cel, partia nasza zdaje sobie jasno sprawę, że uskutecznić go inaczej jak drogą rewolucyjną niepodobna". Potem wybuchła Rewolucja 1905 r. Piłsudski założył w łonie Polskiej Partii Socjalistycznej - Frakcję Rewolucyjną (listopad 1906 r.) a potem były dalsze próby wybudzenia narodu z coraz bardziej powszechnego uśpienia i swoistego pogodzenia się z zaistniałą sytuacją niewoli. Następnie założył "Związek Walki Czynnej" (czerwiec 1908 r.) - tajną organizację wojskową, mającą szkolić i przygotowywać przyszłą kadrę oficerską Wojska Polskiego. Potem był "Rozkaz dany na Bezdany" - akcja pod Bezdanami, przeprowadzona 26 września 1908 r. i mająca na celu opanowanie rosyjskiego pociągu pocztowego, pełnego pieniędzy i kosztowności, które miały wesprzeć budżet Związku Walki Zbrojnej. Akcja zakończyła się sukcesem, zdobyto pieniądze (niektóre miały państwowe stemple rosyjskie, tych więc nie brano), 50 worków ze srebrem, i złoto, oraz pakunki i skrzynie pełne kosztowności i pieniędzy. Mimo to do Piłsudskiego na lata przywarło określenie: "Bandyta z Bezdan", rozgłaszane głównie wśród niechętnych mu endeków i ziemian.


"W KOLORZE KRWI OBJAWIŁ DIABEŁ SIĘ,
CZERWONA GWIAZDA JEGO ZNAK"
 (...)
PROWADZĄ BÓG-OJCZYZNA-HONOR I GNIEW,
DOPÓKI SZABLA W DŁONI A W ŻYŁACH KREW,
DOPÓKI SAM KOMENDANT WIEDZIE NAS NA BÓJ,
NIE ZGINIESZ POLSKO - KRAJU MÓJ!"



Piłsudski żalił się w 1912 r.: "Nie tylko myśl zbrojna upadła u nas, nawet myśl o niepodległości Polski zanikła w środowiskach i zjazdach kulturalnych, znikła nawet u socjalistów. Naród zaniemógł i opuścił ręce". W 1910 r. powołano (m.in.: z inicjatywy Piłsudskiego) do życia Związek Strzelecki, będący paramilitarną organizacją mającą przygotowywać i szkolić żołnierzy do przyszłej wojny światowej, która w założeniach miała doprowadzić do odrodzenia się Polski. Przygotowanie bojowe miało być gruntowne, a trzon przyszłego Wojska Polskiego jednocześnie oddani kwestii Niepodległości (zresztą zgłaszali się tam ludzie gównie o takich właśnie przekonaniach, jak we "Wspomnieniach" pisał Józef Piłsudski: "Ludzie porzucali szkoły, uniwersytety doskonałe, posady, pracując od piątej rano na błoniach podmiejskich nad żołnierzami, potem na strzelnicy, wykładach dla podkomendnych, wieczorem zaś słuchając wykładów dla siebie, późną nocną godziną rozwiązywali zadania lub pracowali nad regulaminem, lub instrukcjami, tak że czasem nie było czasu na zjedzenie obiadu"), ale Piłsudski przestrzegał przed zbytnim popadaniem w euforyczne złudzenia co do gotowości i siły: "Należy się wystrzegać, aby praca nie zeszła na tory złe łatwych popisów publicznych i zewnętrznych czysto efektów". Efektem tej tytanicznej pracy (wielu podkomendnych późniejszego Marszałka, mówiło wprost: "Porwaliśmy się z motyką na słońce"), było stworzenie Pierwszej Kompanii Kadrowej, już po wybuchu I Wojny Światowej - 3 sierpnia 1914 r. Jeszcze wcześniej, bowiem w nocy z 2 na 3 sierpnia, granicę austriacko-rosyjską przekroczyła tzw.: "Siódemka Beliny" o której obszerniej pisałem tutaj

6 zaś sierpnia ruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa, entuzjazm w tych młodych chłopakach, którzy byli zalążkiem przyszłego Wojska Polskiego, był ogromny, major Roman Starzyński (brat prezydenta Warszawy z lat 1934-1939 Stefana Starzyńskiego), pisał po latach: "Dostaliśmy karabiny i po 120 ładunków. Karabiny był bez pasów i trzeba je było ze sznurka zaimprowizować, ładownic nie było, trzeba było ładunkami wypychać plecak i kieszenie (...) Nie wszyscy mieli mundury, niektórzy maszerowali w bucikach spacerowych. Ale humor był, bo mieliśmy nareszcie broń! Słup z dwugłowym orłem. To granica! Każdy czuje się w obowiązku słup ów kopnąć, walnąć kolbą i... runął, by już nigdy więcej nie powstać. Polska jest teraz wszędzie tam, gdzie stąpnął nogą żołnierz polski. Braliśmy 12 sierpnia przed świtem w posiadanie tę ziemię umęczonego narodu w przekonaniu, że Polska niepodległa już jest i nigdy swej niepodległości stracić nie może". Ale bardzo szybko przyszło otrzeźwienie, okazało się bowiem że Polakom w Kongresówce znacznie bliżej jest do Rosjan, niż do Polaków z Galicji. Przykre, wręcz bolesne było to doświadczenie, gdy się słyszało że okoliczni Polacy uciekają przez wkraczającymi Legunami "do swoich" - czyli do rosyjskiego wojska. Uczestnik tych wydarzeń - Michał Sokolnicki tak o tym pisał: "Z terenów, przez które przechodziliśmy, uciekali ludzie do swoich, do rosyjskiego wojska. Wielkie dwory są bezwzględnie wrogie; po wsiach panuje strach zabobonny i ślepe przywiązanie do istniejącego dotąd panowania i bata (...) Pustka na ulicy; okna i drzwi domów zabite deskami; ani jednego człowieka, ani bydlęcia czy kury".

Jan Dąbrowski zaś dodawał: "W Warszawie panuje orientacja rosyjska - aż boleśnie (...) Ludzie przybyli z Warszawy opowiadają, że panie obsypują kwiatami wojsko rosyjskie, ochotnicy idą do szeregów rosyjskich (...) Są ludzie, którzy wierzą, że Rosja da nam po wojnie autonomię. Rosja zwycięska! Rosja, która miesiąc temu nie pozwalała radzić po polsku o zamiataniu ulic". I znów Roman Starzyński: "Nikt nie wita, nikt nie pozdrawia.Nikt nie wyniesie szklanki wody, nikt nie poda kromki chleba. To już nie Krakowskie, nie polska Galicja, to Rosja, zaludniona szczepem mówiącym po polsku, ale czującym po rosyjsku (...) Traktowano nas jak okupantów. Portrety carskie starannie pochowano, abyśmy ich nie zniszczyli, starano się zachować język rosyjski w aktach, zachować 100 % lojalności wobec rządu rosyjskiego". Zdarzały się też czynne napaści na legionistów, jak na przykład we wsi Bolesław pod Sławkowem, gdzie grupa chłopów z kijami i widłami napadła na batalion uzupełniający Legionów. Padły strzały - dwóch napastników zostało zastrzelonych. Wkrótce też Austriacy uznali że cała ta operacja poniosła klęskę, bowiem nie udało się zorganizować antyrosyjskiego powstania w Kongresówce i dążyli do rozwiązania Legionów Polskich Piłsudskiego, tym bardziej że nie spodobała im się odezwa, wystosowana przez najbliższych współpracowników Piłsudskiego - Walerego Sławka i Leona Wasilewskiego do Polaków w Kongresówce, która brzmiała: "Niesiemy całemu narodowi rozkucie kajdan (...) cały naród skupić się winien w jednym obozie pod kierownictwem Rządu Narodowego". Austriacy pytali: "Co to jest? Bunt przeciwko monarchii austro-węgierskiej?", dlatego też wówczas trzeba było zmienić retorykę i dalsze działania. 

Ale rozgoryczenie Legionistów co do rodaków w Królestwie Kongresowym pozostało i wyraziło się w ostatniej zwrotce "Pierwszej Brygady" (potem zresztą usuniętej): "Nie chcemy już od was uznania, ni waszych słów, ni waszych łez. Skończyły się dni kołatania do waszych serc - jebał was pies". Piłsudski również dał wyraz swemu rozczarowaniu atmosferą w Kongresówce i stosunkiem miejscowych Polaków do Rosji i wkraczających Legionów Polskich. Kwaterując w grudniu 1914 r. w majątku państwa Rudzińskich, zapytany przez panią domu, w czasie poobiedniej pogawędki: "I co będzie, panie brygadierze, z naszą kochaną Polską, po wojnie?", Piłsudski odpowiedział z wyraźnym gniewem: "I co właściwie ma być, proszę pani, z Polską, z tym narodem, który nigdy nie jest zdolny do żadnego czynu, który jest hańbą Europy i trzydziestomilionową plamą na ludzkości?". Piłsudski nie był też zwolennikiem uzyskania jakichkolwiek politycznych gwarancji dla Polski ze strony Austrii czy Niemiec, zapytany dlaczego, stwierdził wprost: "A na jakiego diabła potrzebne mi gwarancje, jeśli oni tę wojnę przegrają?". Podsumowując wiec ów pierwszy sukces II Rzeczypospolitej - było nią ponowne odrodzenie Ducha w narodzie, zbudzenie owego Króla-Ducha o którym pisał Słowacki i danie narodowi polskiemu nadziei nie tylko na Niepodległość, ale również na przetrwanie. Przecież z pokolenia owych młodych chłopaków, wyrosła późniejsza, zwycięska kadra Wojska Polskiego, która w 1920 r. spuściła taki łomot Sowietom, że ci nie wiedzieli w którą stronę mają uciekać (do niemieckich Prus Wschodnich czy w kierunku Moskwy). Ich zaś dzieci, wychowane już w Niepodległej Polsce i wyrosłe na bohaterskich czynach swych ojców i wiary w potęgę odrodzonego państwa, zapisały piękna kartę zarówno podczas Wojny Obronnej 1939 r. jak i później podczas całej II Wojny Światowej. 






To pokolenie, które walczyło przeciwko dwóm morderczym totalitaryzmom - niemieckiemu nazizmowi i rosyjskiemu bolszewizmowi - było kwintesencją cudu, jaki się stał wówczas na ziemiach polskich. Cudu, w wyniku którego społeczeństwo, które już zaczynało "czuć po rosyjsku" i uważać rosyjskie wojsko za swoje własne - wystawiło czwartą największą armię w koalicji antyniemieckiej z lat 1939-1945 i stworzyło jedyne w swoim rodzaju Państwo Podziemne, nie mówiąc już o całej liście bohaterów, których działania w taki lub inny sposób doprowadziły albo do uratowania życia niewinnych ludzi (w tym Żydów - Polacy są przecież najliczniejszą grupą obdarowanych tytułem "Sprawiedliwi Wśród Narodów Świata", a przecież należy pamiętać, że okupacja w Polsce nie przypominała ani okupacji Francji czy Danii, tutaj za ukrywanie Żydów nie ryzykowało się utratą pracy, lecz karą śmierci - natychmiastowej śmierci dla całej rodziny, na miejscu, bez sądu. A należy też pamiętać, że aby ukryć jednego Żyda, musiało ze sobą współpracować kilku a nawet kilkunastu Polaków), albo też do szybszego zakończenia II Wojny Światowej (to polski wywiad dostarczył do Londynu plany niemieckiej broni V-1 i V-2, a wcześniej przekazał Brytyjczykom i Francuzom rozszyfrowane kody niemieckiej maszyny szyfrującej - Enigma, którą Niemcy uważali za nie do rozpracowania i używali do końca wojny. Polacy rozszyfrowali Enigmę już w... styczniu 1933 r. Trzech polskich matematyków tego dokonało, co zresztą pokazuje że polska szkołą matematyczna - dzieląca się na Szkołę Lwowską i Warszawską, była jedną z najlepszych na świecie). 

Takich właśnie ludzi zarówno Niemcy jak i Rosjanie/Sowieci skrupulatnie mordowali, obawiając się (słusznie zresztą), że jeśli pozwolą im żyć, nie uda im się skutecznie podbić Polski. W latach 1939-1963 byli ścigani niczym zwierzyna łowna, choć sami potrafili skutecznie uderzyć i to w takich miejscach, w których nieprzyjaciel wcale się nie spodziewał. Katowani i mordowani w katowniach Gestapo, Abwehry, NKWD, Urzędu Bezpieczeństwa i Informacji Wojskowej - mieli przepaść na wieczność, a pamięć o Nich miała zostać skutecznie wymazana. To się nie udało i dziś młode pokolenie wraca do swych bohaterów, ludzi którym przyświecały najwyższe cnoty, takie jak Bóg-Honor- Ojczyzna, Męstwo i Poświęcenie. Ale to już jest temat nie o II ale o III Rzeczpospolitej.



CHWAŁA BOHATEROM I CZEŚĆ ICH       
NIEŚMIERTELNEJ PAMIĘCI



"ŻOŁNIERZU NIEZŁOMNY, NAGRODĄ CI BLIZNY
DROGOWSKAZEM ZAWSZE BÓG-HONOR-OJCZYZNA"
 



"O BOŻE SKRUSZ TEN MIECZ CO SIECZE KRAJ
DO WOLNEJ POLSKI NAM POWRÓCIĆ DAJ,
BY STAŁ SIĘ TWIERDZĄ NOWEJ SIŁY
NASZ DOM, NASZ KRAJ!"




"65 LAT ABY PRZYWRÓCIĆ GODNOŚĆ"
 UROCZYSTOŚCI POGRZEBOWE PUŁKOWNIKA ZYGMUNTA SZENDZIELARZA "ŁUPASZKI" Z UDZIAŁEM PREZYDENTA RZECZYPOSPOLITEJ - ANDRZEJA DUDY

24 kwietnia 2016 r.

 (TAK KOŃCZYLI ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI, KTÓRZY NIE GODZILI SIĘ NA NIEMIECKIE A POTEM SOWIECKIE ZNIEWOLENIE - ZAMORDOWANI I WRZUCENI DO BEZIMIENNYCH DOŁÓW, W KTÓRYCH MIELI SCZEZNĄĆ A PAMIĘĆ O NICH MIAŁA ZOSTAĆ DOSZCZĘTNIE ZATARTA)
 






"ZA TO ŻE WOLNYM CHCIAŁEM BYĆ, 
ŚCIGAJĄ MNIE JAK SFORA PSÓW,
CI CO NA SMYCZY WOLĄ ŻYĆ 
I NIE PODNIOSĄ NIGDY ŁBÓW.
MOJA WOLNOŚCI NIE ZNAŁ CIĘ
ŻADEN NIEWOLNIK, ŻADEN PIES.
OBROŻA DLA NICH ZWYKŁA RZECZ, 
DLA MOJEJ SZYI PĘTLĄ JEST.
 DLA MEJ WOLNOŚCI - MOJEJ WOLNOŚCI"



CDN.

sobota, 6 maja 2017

CHRZEŚCIJANIE I ŻYDZI - Cz. XVIII

CZYLI JAK DOSZŁO DO PODZIAŁU?


PODSUMOWANIE ŻYDOWSKIEJ

KULTURY I TRADYCJI RELIGIJNEJ

Cz. III






Żydzi znaleźli się w Egipcie ok. 1360 r. p.n.e. za panowania faraona Amenhotepa III. Biblijny Józef miał wówczas swojego odpowiednika w osobie niejakiego Aper-Ela, Azjaty, przybyłego do Egiptu prawdopodobnie z terenów Syro-Palestyny. Uzyskał on na dworze królewskim wielkie wpływy i bardzo silną pozycję, podobnie jak ów biblijny Józef. Szybko jednak (prawdopodobnie jeszcze za życia Amenhotepa III), plemię Habiru zostało zniewolone i zmuszone do ciężkich prac budowlanych. Izraelici (prawdopodobnie plemię Habiru), osiedlili się początkowo we wschodniej Delcie, w pobliżu Pitom (czyli w biblijnej ziemi Goszen). Potem jednak zapewne skierowani zostali do najróżniejszych części egipskiej Delty (Papirus z Lejdy mówi o Apiru - "pokrytych piaskiem, zakurzonych", zatrudnionych w pobliżu królewskiego haremu w Fajum). Najprawdopodobniej to właśnie wówczas zaczęła się kształtować monoteistyczna religia Izraelitów, tym bardziej że napotkała ona na podatny grunt, w zafascynowanym orientalizmem azjatyckim i monoteizmem atońskim - Egipcie. Prawdopodobnie to właśnie wówczas nastąpiło trwałe zwycięstwo Jahwe nad innymi bogami ludu Habiru (Azazelem i Molochem). 

Duży wpływ na przejście z politeizmu na monoteizm wywarła zapewne również bliskość egipskiego ośrodka kultowego w Heliopolis (czyli egipskim Junu - zwanym "Miastem Słupem"). Tamtejsi kapłani konkurowali o palmę pierwszeństwa z kapłanami królewskich Teb, co powodowało, że dość przychylnym wzrokiem zerkali w stronę monoteizmu. Czcili tam boga Atuma, który miał być stworzycielem ludzkości (ludzie mieli powstać z se spadającego na ziemię jego nasienia, gdy onanizował się nie mając partnerki) i rzucał wyzwanie tebańskiemu Amonowi. Arcykapłan z Heliopolis nosił nawet tytuł: "Wielkiego Widzącego" ("ur-mau"). Tak więc za panowania Amenhotepa III, jego syna Amenhotepa IV Echnatona i kilku następnych, panujących krótko władców - Izraelici mogli kształtować swoją wiarę w Jahwe jako monoteistyczną. Pod tym względem nie czyniono im przeszkód, choć oczywiście wciąż byli niewolnikami i wykorzystywani byli do ciężkich prac fizycznych (m.in. brali udział w budowie miasta Pi-Ramzes za panowania faraona Ramzesa II). Potem nastąpiło wyjście, czyli Eksodus, który w historii Egiptu został przedstawiony jedynie jako wzmianka na steli Merenptaha (z ok. 1207 r. p.n.e.), na której czytamy: "Książęta padli na twarz mówiąc: pokój! Pomiędzy Dziewięciu Łukami nikt nie podnosi głowy, Tehenu (Libia) jest spustoszona, Hatti jest w pokoju, Aszkelon uprowadzony w niewolę, opanowano Gezer. Jonoam jest jakby jej nie było. Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia. Charu (Palestyna) jest jak wdowa wobec Egiptu. We wszystkich krajach zaprowadzono pokój".

Stela ta odnosi się więc przede wszystkim do zwycięstwa nad Libijczykami i ujarzmieniu innych ludów, zaś plemię Izraela zostało tam wymienione jako jedno z wielu, wcale nie najważniejsze. Tak więc w dziejach Egiptu, wyjście Izraelczyków nie było niczym ważnym ani znaczącym, nie znamy co prawda okoliczności owego Eksodusu (poza relacją biblijną), ale nie wpłynął on znacząco na dalsze dzieje Egiptu. Natomiast dla Żydów Eksodus miał znaczenie fundamentalne (prawdopodobnie dlatego też został on przedstawiony w sposób niezwykle cudowny, z zagładą armii egipskiej, która miała zatonąć w wodach Morza Czerwonego). To właśnie wówczas tak naprawdę zaczyna kształtować się jedność kulturowa tego (a może raczej tych, gdyż początkowo była to zbieranina najróżniejszych ludów z Syro-Palestyny i pewnie Mezopotamii) plemienia. Wyjście miało miejsce ok. 1210 r. p.n.e. czyli tzw.: niewola egipska Żydów, liczyłaby sobie ok. 150 lat. Tradycja biblijna ukazuje nam tutaj osobę Mojżesza, który miał kierować całym procesem Wyjścia i stał na czele formującego się narodu Izraela. Według Biblii Mojżesz został wyłowiony z wód Nilu, z wiklinowej kołyski, do której włożyła go jego matka Jochabela, przez córkę faraona o imieniu Termutis. I rzeczywiście, imię Mojżesz oznaczało w języku egipskim: "Tego, który wydobył z wody". Prawdopodobnie relacja o Mojżeszu jest prawdziwa, ale jednocześnie ukazuje ona relacje tamtej epoki, gdzie zdarzało się że majętni Egipcjanie adoptowali dzieci swych niewolników (tak jak pewna egipska dama, żyjąca w tym okresie, która wyzwoliła i adoptowała trzech niewolników urodzonych w jej domu, ustanawiając ich nawet spadkobiercami swojego majątku.




Jeśli więc Mojżesz został adoptowany przez królewską córkę, to choć nie miał praw do tronu, mógł żyć jak książę na egipskim dworze, na którym pełno było dzieci syro-palestyńskich władców, których ich ojcowie musieli odsyłać na egipski dwór w ramach gwarancji bezpieczeństwa i lojalności wobec Egiptu. Tacy książęta przechodzili gruntowną naukę w duchu egipskim, poznając egipskie dzieła, kulturę sztukę i osiągnięcia. Chodziło oczywiście o to, aby potem, gdy już obejmą trony po swych ojcach, byli wiernymi wasalami Egiptu we własnych państewkach. Mojżesz po latach, wyprowadził ową niewolniczą zbieraninę ludów, czyniąc z nich jeden lud o nazwie Izrael. Być może Eksodus miał pełne poparcie egipskich władz, jako że obcych w kraju zaczynało być już tylu, iż obawiano się powtórki z wojen religijnych okresu atońskiego sprzed ponad stu lat. Tym bardziej że grupa która wyszła pod wodzą Mojżesza... wcale nie była jedyna, bowiem są wzmianki o innych grupach "pokrytych piaskiem", które opuszczały wówczas Egipt. Być może ich wyjście było powodem umieszczenia przez faraona Merenptaha (syna Ramzesa II) na steli swego imienia, określenia: "Izrael został zniszczony, nie ma już nasienia", które odnosić się miało właśnie do pozbycia się owego problemu. Należy też oczywiście pamiętać, że nie wszyscy Żydzi i Azjaci opuścili wówczas Egipt, tym bardziej że niektórzy z nich, w dalszym ciągu robili kariery na królewskim dworze (jak choćby niejaki Ben-Azen jeden z dostojników dworu Merenptaha).

Według Księgi Wyjście droga Izraelitów następnie wiodła od Morza Sitowia (14,9.30), przez pustynię Szur (15,22), Marę (15,23), Refidim (17,1) i pustynię Synaj (19,1). Następnie Sukkot (12,31), Etam (13,20) i Pi-Hachirot naprzeciw Baal-Sefon (14,2). Najprawdopodobniej nie jest to realna trasa pochodu Izraelitów (a przynajmniej nie w całości), jako że w rejonie Baal-Sefon w Palestynie znajdował się silny egipska twierdza (Migdol) i droga, którą armia egipska przemierzała z Palestyny do kraju. Nie jest więc możliwe, aby Izraelici zamierzali rzucać wyzwanie Egipcjanom, tym bardziej że sami zmagali się z problemem głodu i zniechęcenia. Mojżesz w tym czasie na górze Synaj miał ofiarować ("spisane ręką" Boga), kamienne tablice z Dziesięciorgiem Przykazań, które również stały się podstawą religii i kultury Izraela. W tym zaś czasie, gdy Mojżesz rozmawiał z Bogiem na górze Synaj, lud, który wyprowadził z niewoli egipskiej począł tworzyć sobie kamiennych (w Biblii mowa jest o "Złotym Cielcu") bogów. I tu jest ciekawy przykład, który dobitnie opisuje nam to, że następnie Mojżesz aż czterdzieści lat błąkał się po Synaju nie wchodząc do kraju Kanaan. Początkowo uważałem, że owe czterdzieści lat jest jedynie metaforą, ale gdy przypomniałem sobie o cielcu, zaświtała mi w głowie taka myśl - a może to było celowe działanie, może właśnie tak miało być? Zauważmy, ludzie których Mojżesz wyprowadził z egipskiej niewoli, urodzili się i byli wychowywani na niewolników, ich mentalność była mentalnością niewolników, nawet wówczas, gdy już zyskali wolność. Więc może owe czterdzieści lat było rzeczywistym działaniem, mającym na celu doprowadzić do wymarcia pokolenia niewolników, tak aby nowe, urodzone już na wolności nie miało ich kompleksów, bowiem z ludźmi o mentalności niewolników Mojżesz nie miał szans w podbiciu ziemi Kanaan. Mogli to osiągnąć jedynie jego następcy, ludzie wolni, nieznający niewolniczego poddaństwa i związanego z tym strachu.

I ta mądrość dotyczy wszystkich epok i narodów - zawsze pokolenie, wyrosłe w niewoli musi odejść, aby nastąpiły jakiekolwiek realne zmiany, dlatego też np. w Polsce pokolenie ludzi urodzonych w latach 50-tych i 60-tych musi odejść, bowiem to byli ludzie wyrośli w innej epoce i innej geopolitycznej rzeczywistości. Dla nich potęga Związku Sowieckiego a potem Rosji była czymś oczywistym, Ruskich więc nie należało prowokować, bo zrobią nam tutaj drugi Katyń. Natomiast Zachód (szczególnie w latach 70-tych) był przedmiotem pożądania wszystkich, którzy żyli w marazmie realnego socjalizmu. Opowieści tych, którzy tam się znaleźli o pełnych pułkach w sklepach i innym, lepszym, łatwiejszym życiu - działały niezwykle silnie na wyobraźnię. I właśnie dziś ci sami ludzie, którzy w latach swej młodości marzyli o otwarciu Polski na Zachód, wrobią wszystko dla Europy, nawet dadzą się pokroić, bowiem w ich mentalności wciąż istnieje obraz "lepszego Zachodu i biednej Polski". Nie dostrzegają zmian, nie widzą że te proporcje powoli, ale nieuchronnie zamieniają się miejscami, że dzisiejsza Europa, to już nie jest kontynent wyśniony przez nich w latach młodości - to kontynent szerzącej się lewicowej (lewackiej) ideologii i nieuchronnej islamizacji (wprowadzanej już nawet w modzie dla kobiet - ciekawe prawda, nawet projektanci mody już szykują kobietom Europy Zachodniej łatwiejsze zaakceptowanie konieczności noszenia hidżabów). Dlatego też to stare pokolenie musi naturalnie ustąpić miejsca pokoleniu wyrosłemu już na wolności i nie mającemu kompleksów swych ojców i dziadków którzy dziś zasilają jeszcze topniejące ale wciąż ideologicznie silne szeregi KOD-u lub wszelkich "marszy wolności". Zauważcie że na tych marszach nie sposób odnaleźć młodzież (poza młodzieżówkami partyjnymi, lemingami i gimbazą) oraz... ludzi bardzo starych, pamiętających jeszcze II Wojnę Światową. Bo tamci ludzie też nie mieli kompleksów, oni byli wychowani w wolnej Polsce w kulcie siły i potęgi Rzeczypospolitej, więc nie ma ich dziś także ma marszach kod-omitów i im podobnych. Dlatego też Mojżesz wiedział co robi - pokolenie niewolników musi wymrzeć, aby naród mógł cokolwiek wartościowego osiągnąć.






CDN.
        

środa, 3 maja 2017

KOMUNIZM - CZYM BYŁ, CZYM JEST, DO CZEGO DĄŻY? - Cz. VII

ANALIZA NAJKRWAWSZEJ I

NAJBARDZIEJ TOTALITARNEJ TYRANII

W DZIEJACH LUDZKOŚCI


POZWOLĘ SOBIE ZREZYGNOWAĆ Z OPISYWANIA POSZCZEGÓLNYCH ETAPÓW KSZTAŁTOWANIA SIĘ CHRZEŚCIJAŃSTWA (O TYM JEST ZUPEŁNIE INNY TEMAT), NATOMIAST SKUPIĆ SIĘ BEZPOŚREDNIO NA PROBLEMATYCE ROZWOJU ZARÓWNO MISTYKI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ, JAK I POCZĄTKÓW KOMUNIZMU (NAJRÓŻNIEJSZYCH JEGO ODŁAMÓW), KTÓRY W DUŻEJ MIERZE POWSTAŁ JAKO FORMA ZAPRZECZENIA NA ZAISTNIAŁĄ RZECZYWISTOŚĆ I BYŁ WYMIERZONY BEZPOŚREDNIO W CHRZEŚCIJAŃSTWO I RELIGIĘ JAKO TAKĄ. DLATEGO TEŻ, ABY MÓC LEPIEJ OPISAĆ CAŁY TEN PROCES, ZREZYGNUJĘ Z OPISU KSZTAŁTOWANIA SIĘ CHRZEŚCIJAŃSTWA W STAROŻYTNOŚCI, A SKUPIĘ JEDYNIE NA MISTYCE I DOKTRYNIE CHRZEŚCIJAŃSKIEJ, ABY NASTĘPNIE MÓC JUŻ PRZEJŚĆ DO IDEOLOGII KOMUNISTYCZNEJ


NAUCZANIE JEZUSA CHRYSTUSA






Pierwsze swe publiczne kazanie Jezus Chrystus miał wygłosić w wieku lat piętnastu. Miało to miejsce w Świątyni Jerozolimskiej, a młody Jezus zwrócił się do zebranych religijnych dostojników żydowskich tymi oto słowy (wybrane fragmenty z Biblii Tysiąclecia): "Duch Pana Boga nade mną, bo Pan mnie namaścił. Posłał mnie, by głosić dobrą nowinę ubogim, by opatrywać rany serc złamanych, by zapowiadać wyzwolenie jeńcom i więźniom ducha swobodę; aby obwieszczać rok łaski Pańskiej i dzień obrachunku naszego Boga (...) Szukajcie dobra a nie zła, abyście żyli, wtedy Pan Bóg zastępów będzie z wami (...) przestańcie czynić zło, zaprawiajcie się w tym, co dobre; troszczcie się o sprawiedliwość, wspomagajcie uciśnionego. Oddajcie słuszność sierocie, w obronie wdowy stawajcie. Z czym stanę przed Panem i pokłonię się Bogu wysokiemu? Czy stanę przed nim z ofiarą całopalną, z cielętami rocznymi, czy Pan się zadowoli tysiącami baranów, miriadami potoków oliwy? (...) Powiedziano ci, człowiecze, co jest dobre. I czego żąda Pan od ciebie, jeśli nie pełnienia sprawiedliwości, umiłowania życzliwości i pokornego obcowania z Bogiem twoim. Do kogoż to przyrównacie Boga, tego, co mieszka nad kręgiem ziemi? Podnieście oczy w górę i patrzcie, kto stworzył te gwiazdy? (...) On czyni wszystkie te rzeczy wielkością swej mocy, spod takiej potęgi i olbrzymiej siły nikt się nie uchyli. On dodaje mocy zmęczonemu i pomnaża siły omdlałego. Nie lękaj się, bo ja jestem z tobą; nie trwóż się, bom ja twoim Bogiem. Umacniam cię jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą, albowiem ja, Pan, twój Bóg, ująłem cię za prawicę, mówiąc ci: nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą". Był to dzień szabatu, czyli dzień święty dla Żydów, a miało to miejsce w roku 9 naszej ery.

Jezus w tym czasie pracował jako cieśla na utrzymanie swojej matki. Nie były to lata zbyt dobre, tym bardziej że rodzina od chwili śmierci Józefa w Seforis, podczas pracy przy budowie rezydencji rzymskiego gubernatora (wrzesień 8 r. naszej ery), znacznie finansowo podupadła. Mimo to Jezus nie przejmował się przeciwnościami losu i dalej wykonywał od rana do wieczora, wyuczony po swym ojczymie zawód cieśli. Dom Marii, Jezusa i jego braci, odwiedzał wówczas niejaki Chazan z Nazaretu, któremu Jezus bardzo imponował i który twierdził że w przyszłości zostanie on wielkim nauczycielem. Mijały lata, Jezus zgromadził wokół siebie dwunastu uczniów i począł nauczać (ok. 27 r.). Na Jego przemowach gromadziły się tłumy. Od początku nauczał o Nowym Królestwie ("Wybiła godzina Królestwa (...) które wkrótce mój Ojciec zaprowadzi w sercach swoich ziemskich dzieci, będzie panowaniem wiecznym (...) Oświadczam wam, że mój Ojciec nie jest Bogiem Żydów czy nie-Żydów (...) Moc tego królestwa nie będzie opierać się na sile wojska, ani na potędze bogactwa, ale raczej na chwale Boskiego ducha (...) To jest braterstwo miłości (...) jest pragnieniem dobrych ludzi ze wszystkich epok, nadzieją całej Ziemi i wypełnieniem mądrych obietnic wszystkich proroków. Wasze posłanie dla świata powinno brzmieć: szukaj najpierw królestwa Bożego i jego prawości a gdy je znajdziesz, wszystkie inne rzeczy potrzebne do wiecznego życia będą z tym przydane (...) królestwo mojego Ojca nie przyjdzie z ostentacyjnym pokazem mocy czy niestosownym widowiskiem. Nie będziecie więc mogli iść i głosić królestwo, mówiąc, "jest tutaj" czy "jest tam", bo to królestwo, którego nauczacie, jest Bogiem w was") i o Bogu Ojcu wszystkich ludzi ("Kiedy jesteście poddanymi tego królestwa, naprawdę możecie słyszeć prawo Wszechświatowego Władcy, ale kiedy za przyczyną tej ewangelii królestwa, którą ja przyszedłem głosić, wasza wiara odkryje, że wy sami jesteście jego synami, przestaniecie wtedy traktować siebie jako poddane prawu istoty, stworzone przez wszechmocnego króla a uznacie się za uprzywilejowanych synów kochającego, Boskiego Ojca").

Jezus mówił też o jedności duchowej wszystkich ludzi z Bogiem ("Kiedy ja was uczyłem, że wszyscy macie widzieć rzeczy tak samo? Przyszedłem na ten świat głosić duchową wolność tak dalece, żeby śmiertelnicy mogli żyć przed Bogiem indywidualnym życiem, oryginalnym i wolnym. Nie życzę sobie, żeby społeczna zgoda i braterski pokój okupione były poświęceniem wolności osobistej i duchowej oryginalności (...) to jest jedność duchowa (...) Nie musicie widzieć jednakowo, czy czuć tak samo, czy nawet myśleć podobnie, aby być jednakowi duchowo. Jedność duchowa wywodzi się z tej świadomości, że każdy z was jest zamieszkały i coraz bardziej zdominowany przez duchowy dar niebiańskiego Ojca. Wasza apostolska zgodność musi wynikać z tego, że duchowa nadzieja w każdym z was ma identyczne pochodzenie, naturę i przeznaczenie"). Jezus, pomimo że starał się przestrzegać religijnych świąt i zwyczajów żydowskich, nigdy nie utożsamiał się z Jahwe, On mówił o Bogu Żywym, Bogu Jedynym (który nie jest ani bogiem Żydów ani nie-Żydów, jest Bogiem wszystkich ludzi), Najwyższym Ojcu. Wedle przekazów Jezusa, Królestwo Niebieskie zaczyna się na Ziemi, w sercach i umysłach ludzi. Bardzo duże znaczenie w jego naukach ma również kwestia Miłości: ("Ale ja wam oświadczam, że mój Ojciec w Raju włada wszechświatem wszechświatów zniewalającą siłą swojej miłości. Miłość jest największą ze wszystkich duchowych rzeczywistości. Prawda jest wyzwalającym objawieniem, ale miłość jest najwyższym powinowactwem. I nie ma znaczenia, jakie błędy popełnią w zarządzaniu dzisiejszym światem wasi współbracia ludzie; w epokach, które nadejdą, ta ewangelia, którą ja wam głoszę, będzie rządziła tym właśnie światem. Ostatecznym celem rozwoju ludzkości jest pełne czci uznanie ojcostwa Boga i urzeczywistnienie przepełnionego miłością braterstwa człowieka").
 



Głosił też konieczność samokontroli i panowania nad własnymi namiętnościami, co jednak nie miało oznaczać umartwiania się i dążenia do cierpienia, co stało się wyznacznikiem chrześcijaństwa, już w kilka dekad po śmierci Jezusa na krzyżu: ("Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, ten, który włada samym sobą jest większy od tego, który zdobywa miasto. Panowanie nad sobą jest miarą moralnej natury człowieka i wskaźnikiem jego duchowego rozwoju. W starym porządku pościliście i modliliście się; jako nowe istoty, narodzone ponownie w duchu, nauczani jesteście wierzyć i weselić się. W królestwie Ojca staniecie się nowymi istotami, stare rzeczy przeminą; spójrzcie, a ja wam ukażę, jak wszystkie rzeczy staną się nowe. I przez waszą miłość, jednego do drugiego, przekonacie świat, że przeszliście z niewoli do wolności, od śmierci do wiecznego życia"). Jego nauki dotyczyły również kwestii cierpienia i jego sensu w życiu człowieka - swoją drogą, jakże to są proste rzeczy, a jednocześnie jak trudno przyswajalne dla ogółu ludzkości ("Ojciec nie zsyła nieszczęść celowo na swoje dzieci. Człowiek sam ściąga na siebie niepotrzebne nieszczęścia, dlatego, że uparcie nie chce chodzić lepszymi drogami Boskiej woli. Zło utajone jest w nieszczęściu, ale wiele zła jest wynikiem grzechu i nikczemności. Wiele niezwykłych wypadków zdarzyło się na tym świecie, więc nie należy się dziwić, że wszyscy myślący ludzie mogą być zdumieni widokiem cierpień i nieszczęść, których są świadkami. Ale jednej rzeczy możesz być pewny: Ojciec nie zsyła nieszczęścia jako arbitralnej kary za złe uczynki. Niedoskonałości i wypaczenia powstałe w wyniku zła są naturalne; kary w rezultacie grzechu są nieuniknione; niszczące konsekwencje nikczemności są nieubłagane. Człowiek nie powinien winić Boga za te nieszczęścia, które są naturalnym wynikiem życia, jakim zechciał żyć, tak samo człowiek nie powinien narzekać na te doświadczenia, które są częścią życia, jakim się żyje na tym świecie. Jest wolą Ojca, żeby śmiertelny człowiek pracował wytrwale i konsekwentnie w kierunku poprawy warunków swego życia na Ziemi. Inteligentne wysiłki umożliwiłyby człowiekowi pokonanie większości jego ziemskiej niedoli").

Bardzo szybko, poprzez swoje nauki i uzdrowienia, Jezus stał się niezwykle popularną osobą w Palestynie, zaczął też (prócz już istniejących dwunastu uczniów), gromadzić wokół siebie kobiety. O tym się dziś nie mówi i różnie się te kwestie interpretuje, ale kobiety również pełniły ważną rolę w ewangelizacyjnym nauczaniu Mistrza. Było to wyjątkowo śmiałe posunięcie jak na tamte czasy i jak na bardzo patriarchalne społeczeństwo żydowskie, dla którego hańbą było, aby rabbi rozmawiał publicznie z kobietą - istotą jak się powszechnie uważało - nieczystą. Na wszelkie argumenty, które padały również i ze strony Jego uczniów, odnośnie kobiet w Jego otoczeniu, odpowiadał: "W królestwie nieba nie ma ani bogatych ani biednych, wolnych czy niewolników, mężczyzn czy kobiet, wszyscy na równi są synami i córkami Boga". I rzeczywiście, bardzo silna pozycja kobiet była normą w chrześcijaństwie trzech pierwszych wieków. Pełniły one w nim funkcję diakonis i częstokroć przewodziły całym lokalnym gminom chrześcijańskim, a wiele z nich (jak na przykład niejaka Marcelina czy Marcja - obie żyjące w II wieku), były prawdziwymi teologami. Jednak w III wieku zabroniono kobietom wszelkiej posługi kapłańskiej a funkcję diakonis rozwiązano (powodem była comiesięczna "nieczystość" kobiet). Na początku IV wieku, synod w Elwirze postanowił że kobietom nie wolno pisać listów pod własnym imieniem, miały to czynić odtąd anonimowo. Potem polecono, aby nawet podczas modlitwy ich usta poruszały się niezauważalnie i bezdźwięcznie, a w 846 r. na synodzie w Paryżu uzgodniono, że kobieta nie ma wstępu do miejsc, w których przebywa kapłan. Była to wyraźna zmiana co do pierwotnych nauk Mistrza, które wówczas i tak większość papieży i kapłanów interpretowało według własnego widzimisię.




Ważną część swych nauk, Jezus przeznaczył dla przebaczania, słowa swe zawoalował w formie przypowieści ("Ojciec w niebie miłuje swe dzieci i dlatego wy również powinniście nauczyć się kochać jeden drugiego; Ojciec w niebie wybacza wam wasze grzechy; dlatego wy powinniście nauczyć się wybaczać jeden drugiemu. Jeśli brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź do niego i taktownie oraz cierpliwie pokaż mu jego błąd. I tak zrób, żeby to było tylko pomiędzy wami. Jeśli on ciebie usłucha, wtedy pozyskałeś swojego brata. Ale jeśli twój brat nie chce cię słuchać, jeśli upiera się przy swojej błędnej drodze, weź ze sobą jednego albo dwóch wspólnych przyjaciół, żeby w ten sposób mieć dwóch czy nawet trzech świadków na potwierdzenie twojego świadectwa i na to, że działałeś sprawiedliwie i miłosiernie z twoim grzesznym bratem"). Jezus głosił że: "Tak kochać bliźniego swego, jak siebie samego", jest najwyższą etyką, czyli że człowiek powinien ujrzeć w drugim człowieku siebie samego, i czynić tak, jakby chciał sam być potraktowany. Wszystko bowiem wraca, w takiej czy innej formie i sens tego jest właśnie zawarty w przypowieściach i naukach Jezusa z Nazaretu.    

Należy od razu powiedzieć, że z chwilą aresztowania, biczowania, opluwania i uśmiercenia Jezusa Chrystusa na krzyżu, Jego uczniowie pochowali się po kątach w obawie o swoje życie (ciekawostką pozostaje że uczynili tak sami mężczyźni, prócz Jana. Kobiety zaś trwały przy krzyżu Mistrza). Jego nauki poszły w zapomnienie a obraz uciemiężonego Nauczyciela był zbyt okrutny, aby podtrzymywał wcześniejsze Jego słowa. I tutaj właśnie narodziło się chrześcijaństwo, nie w samym przekazie nauk Jezusa, a w... Jego ponownym zmartwychwstaniu i ukazaniu się uczniom. To właśnie z tą chwilą ukazania się zmartwychwstałego Jezusa, narodziła się pierwsza wspólnota chrześcijan. 






 CDN.

wtorek, 2 maja 2017

WŁADIMIR ŻYRINOWSKI - "ROSJA WSZYSTKIM POMOŻE..."

"... O KAŻDEJ PORZE, O MÓJ BOŻE!!!"


PONIŻEJ PRAGNĘ ZAPREZENTOWAĆ WYWIAD, JAKIEGO UDZIELIŁ NIEMIECKIEMU DZIENNIKARZOWI - MICHAELOWI VOGTOWI, WICEPRZEWODNICZĄCY ROSYJSKIEJ DUMY I SZEF LIBERALNO-DEMOKRATYCZNEJ PARTII ROSJI - WŁADIMIR ŻYRINOWSKI. CZYLI INNYMI SŁOWY, TAKI RUSKI BŁAZEN, KTÓREGO WYPUSZCZAJĄ, ABY MOŻNA BYŁO SIĘ TROCHĘ POŚMIAĆ. JA PRZYZNAM SIĘ SZCZERZE ŻE GDY SŁUCHAŁEM TYCH JEGO EUROAZJATYCKICH DYWAGACJI NA MIARĘ DUGINA (KOLEJNY MÓJ RUSKI ULUBIENIEC), NIE MOGŁEM POWSTRZYMAĆ ŚMIECHU, PODOBNIE JAK NIEGDYŚ ERICH HARTMAN W PROGRAMIE NIEMIECKIEJ TELEWIZJI "BOEMERANG" ("BUMERANG")




PONIŻEJ WYWIAD WRAZ Z TŁUMACZENIEM:





Vogt: Chciałbym zacząć od aneksji Krymu. W Niemczech opowiada się dużo głupot o decyzji Krymu w kontekście Prawa Narodów - atak, aneksja. Jak wygląda sytuacja na Krymie w kontekście Prawa Narodów z rosyjskiej perspektywy?

Żyrinowski: Krym to rosyjska ziemia i zawsze należał do Imperium Rosyjskiego lub Związku Sowieckiego i absolutna większość mieszkańców Krymu powróciła z radością do struktur Rosji. Nie ma żadnej aneksji, nie podbiliśmy obcego kraju i od momentu legalnego podziału Związku Sowieckiego, zawsze deklarowali swoją niezależność i zawsze żądali powrotu do Rosji. Trwało to przez 26 lat, nie było żadnych zbrojnych działań podczas przyłączenia Krymu, a teraz panuje tam radosny nastrój. Wszyscy są zadowoleni i to wszystko odpowiada woli mieszkańców Krymu i mieszkańców Rosji. 

Vogt: Całkiem normalny, demokratyczny proces.

Żyrinowski: Wszystko w ramach demokracji, wydawane są różne gazety, telewizja, używa się trzech języków. Do czasu gdy Krym należał do Ukrainy, obowiązywał tam tylko jeden język - ukraiński, a teraz rosyjski, ukraiński i krymsko-tatarski. 

Vogt: Jeśli chodzi o dalsze losy Ukrainy, nielegalny rząd praktycznie upadł, co stanie się z Ukrainą, co będzie z Donbasem?

Żyrinowski: Według mojej opinii Ukraina powinna powrócić w skład Rosji. Jeden rząd, tak jak to było za czasów cara. Jeśli Ukraińcy tego nie zechcą, to kraj stanie się jak w Afryce, rodzajem Somalii - wojna, wewnętrzne napięcia, prowokacje - nic dobrego ani dla Rosji ani dla Europy.

Vogt: Oznacza to, że Donbas się odłączy i w podobnym procesie dołączy do Rosji?

Żyrinowski: Tak, W historii Donbas zawsze był częścią Rosji, nigdy nie należał do Ukrainy. Ukraina została stworzona przez Lenina, Stalina i Chruszczowa. Ukraińska jest tylko jedna trzecia, w pobliżu Zachodu, wszystko pozostałe dała im Moskwa i to nie dlatego że jest odrębnym państwem, tylko po prostu ot tak, podobnie jak komuniści sobie robili prezenty.

Vogt: Chciałbym zapytać o temat państw sąsiadujących: Ukraina, Macedonia, Białoruś, wszędzie są tak zwane ONG, organizacje pozarządowe które podżegają tam do niepokojów. Chcą zmienić system polityczny, jak Rosja zamierza obchodzić te prowokacje.

Żyrinowski: Z Macedonią nie graniczymy, Grecja i Bułgaria z nią graniczą, to jest bardzo daleko od nas. W Macedonii są ciągle demonstracje przeciwko panowaniu Albańczyków. Celem Albańczyków jest podbicie całej Macedonii i włączenie jej do Albanii, podobnie jak to było z Kosowem, próbują podbić jeszcze jakieś terytoria i stworzyć Wielką Albanię. Na Białorusi mogą też być jakieś demonstracje, podobnie jak na całym świecie - we Francji wychodzą ludzie na ulice, podobnie jak w Ameryce. Ludzie są z czegoś niezadowoleni więc protestują.

Vogt: Czy Rosja postrzega aktywność NATO w krajach bałtyckich i w Polsce, jako wzrastające niebezpieczeństwo dla Rosji? Czy Rosja patrzy na to ze spokojem, czy też jak na sytuację krytyczną?

Żyrinowski: NATO robi to, co Hitler przed wybuchem II Wojny Światowej, weźmy Polskę. Hitler wprowadził tam wojsko, kraje bałtyckie zdążyliśmy wcześniej przygarnąć. On chciał wysłać i tam niemieckie wojska, aby być bliżej Moskwy. 22 czerwca 1941 roku podczas wojny którą rozpoczął, niemiecka armia byłaby w korzystnej sytuacji. Hitler nie mógł podbić państw bałtyckich ponieważ były w naszych rękach, a teraz stacjonują tam jednostki NATO. To jest dla nas zagrożenie i my podejmujemy odpowiednie działania, w Kaliningradzie i w innych miejscach. To jest błąd krajów bałtyckich, wkraczają w strefę wielkiego ryzyka, a ten błąd oznacza również dla Niemiec i całej Europy wielkie zagrożenie, bo wojna może się zacząć gdy jakiś pojedynczy żołnierz przez pomyłkę coś zrobi, np. w Estonii. Wojna wówczas rozpali się w całej Europie, a po co to Europejczykom?

Vogt: Czyli dość niebezpieczna sytuacja w której NATO igra z ogniem?

Żyrinowski: Po co oni to robią? My rozwiązaliśmy Układ Warszawski a NATO się umacnia, przyjmuje coraz więcej państw i podchodzi pod nasze granice. To jest bezpośredni komunikat że przygotowują jakieś działania militarne przeciwko nam. My się zewsząd wycofaliśmy a NATO tam wkracza. Oni prowokują przyszłą wojnę i to również ze strony Brukseli. Niektórzy przedstawiciele Niemiec mówią o tym, że istnieje scenariusz, według którego dojdzie do wojny pomiędzy Niemcami a Rosją na terenie Ukrainy, i to z powodu Ukrainy - istnieje taki plan. Ta wojna miała rozpocząć się latem 2016 r. ale się nie rozpoczęła, teraz planują ją na rok 2017. To jest scenariusz który oni rozgrywają, to nie jest nasz scenariusz. 

Vogt: Chciałbym porozmawiać na temat jednego punktu - wschodnie rozszerzenie NATO, również o tym w Niemczech mówi się bardzo wiele kłamstw, istniała przecież konkretna obietnica Zachodu, że NATO nie będzie się rozszerzać na Wschód. 

Żyrinowski: To błąd! Po co to się robi? Przecież obiecano nam to przy zjednoczeniu Niemiec. My prosiliśmy Niemcy aby wystąpiły z NATO i istniałyby Wielkie Niemcy bez sił okupacyjnych, najbardziej demokratyczne w Europie. Ale nie, i NRD zostało wcielone i wszyscy razem są teraz w NATO, a niemieccy żołnierze są teraz w krajach bałtyckich. Po co oni to robią, ta wojna będzie ostatnią, wszystko zostanie zniszczone, cała Europa zostanie zniszczona. Powinno się to przemyśleć, bo Ameryka jest daleko, a my mamy jeszcze za Uralem dużo ziem, a co zostanie z Europy po wojnie? 

Vogt: Pan może być pewny, że mieszkańcy Niemiec, naród niemiecki z taką polityką nie chcą mieć nic wspólnego. To jest samowola Merkel i innych.

Żyrinowski: Oczywiście że takie rzeczy zawsze robi elita, kilku urzędników, prawdopodobnie 10 ludzi, a miliony zwykłych Niemców cierpią, podobnie jak zwykli Rosjanie i zwykli Francuzi. Powinniśmy to dziś zatrzymać i nigdy więcej nie dopuścić do wojny.

Vogt: Inny temat. Istnieje projekt Jedwabnego Szlaku, połączenia pomiędzy Chinami, Rosją i Niemcami, nowy-stary szlak handlowy. Czy taka współpraca jest przyszłością dla naszych krajów?

Żyrinowski: Najpewniejsza droga jest od Władywostoku przez całą Rosję do Hamburga, a Niemcy obiecali od Hamburga do Brestu połączenie szerokotorowe, i pociągi będą mogły bez przerwy, w ciągu dziesięciu dni dostarczać wszelkie towary do Europy i dalej do Ameryki - to powinno powstać. Chiny, Jedwabny Szlak i Azja nie są godne zaufania, tam są terroryści, tam jest Azja itd. Przez Rosję jest najspokojniejsza droga, żadnych gór, prosto do Hamburga, to przyniosłoby Niemcom duży profit. Istnieje taki projekt, rura próżniowa jako droga transportu. Kontenery będą jechać pod ciśnieniem z prędkością 5000 km/h do Moskwy i dalsze półtorej godziny do Hamburga. Trzy do czterech godzin i wszystkie towary będą w Niemczech. To można urzeczywistnić, istnieją już gotowe projekty.

Vogt: Czy taki projekt i takie zbliżenie Rosji z Niemcami nie jest koszmarem Stanów Zjednoczonych? Czy nie jest to to, o czym mówił George Friedman, to co od ponad stu lat blokowali, blokują i mają zamiar blokować w przyszłości?

Żyrinowski: To trwa już 200 lat. Wielka Brytania, Francja, Ameryka, oni boją się dobrych relacji pomiędzy Rosją a Niemcami. Wtedy zapanowałby pokój, a Rosja i Niemcy stałyby się najbogatsze. Oni boją się właśnie tego, że mogłyby powstać dwie superpotęgi i Ameryka stanie się niepotrzebna, podobnie jak Anglia i Francja. Co robić? Niemcy powinny się zdecydować, my jesteśmy gotowi, mieliśmy umowę w roku 1890, ale Niemcy zdecydowały się to zmienić i sprzymierzyły się z Francją, a nasz car sprzymierzył się z Austrią i stworzyliśmy koalicję z Francją i Wielką Brytanią. A one nam ciągle przeszkadzały, one zainicjowały już dwie wojny światowe. Za każdym razem Rosjanie i Niemcy stawali przeciwko sobie. Zawsze było to tak robione i teraz też próbuje się doprowadzić do zderzenia Rosji i Niemiec z powodu Ukrainy. 

Vogt: Czy to jest powód z pańskiej perspektywy, dla którego my Niemcy jesteśmy zmuszani do zupełnie bezsensownych sankcji wobec Rosji, które tylko nam szkodzą?

Żyrinowski: Próbuje się zablokować bezpośrednie kontakty pomiędzy komercyjnymi strukturami, próbuje się zablokować przepływ pieniędzy i kredytów oraz wszelkich innych rzeczy, inaczej Rosja i Niemcy w XXI wieku mogłyby się wspiąć bardzo wysoko, dlatego prowokowane są te blokady i wszystko się zakłóca i tworzone są konflikty.

Vogt: A ci, którzy cierpią to oczywiście narody i ich gospodarki?

Żyrinowski: Oczywiście, Niemcy tracą na tym mnóstwo pieniędzy, podobnie jak Rosja. A kto się bogaci? Wychodzi że ten trzeci, czyli Ameryka i prawdopodobnie też Wielka Brytania. Należy temu położyć kres, Niemcy to przecież mądry naród, nadszedł czas aby się wyzwolić z pułapki, do której niemiecki naród jest od 150 do 200 lat wpędzany i zacząć wreszcie z Rosją normalnie współpracować. My się nie mieszamy do wewnętrznych spraw Niemiec, po pierwsze Niemcy powinny przestać być okupowanym krajem i jeździć do Waszyngtonu po pozwolenia, powinny być całkowicie samodzielne. Jestem pewien że większość Niemców jest za koalicją z Rosją miast ze Stanami Zjednoczonymi. Wy macie tylko węgiel brunatny a my mamy rezerwy całej planety, wy nie macie możliwości swobodnie się poruszać, Europejczykom brakuje miejsca a my mamy dużo miejsca. Kto odmawia Europejczykom z tego korzystać w pokojowy i demokratyczny sposób? 

Vogt: Czy postrzega pan dotychczasową politykę w sprawie uchodźców, jako destabilizację Europy, a w szczególności Niemiec, która służy tylko i wyłącznie Ameryce?

Żyrinowski: Oczywiście, Niemcy rozwijają się nawet mimo amerykańskiej okupacji, dlatego starają się to zahamować. Zawsze będzie dużo uchodźców z Afryki i Azji, na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna i miliony uchodźców przyszły do was, a Turcy przy każdej okazji dokładają wam kolejnych, aby Niemcom działo się coraz gorzej.

Vogt: Słowo klucz - Turcja. Jak wygląda aktualna polityka i zmiany jakie obecnie dzieją się w Turcji z rosyjskiej perspektywy?

Żyrinowski: Turcja nie została przyjęta do Unii Europejskiej, dlatego też Turcja zmienia teraz swoją politykę i odwraca się od Zachodu, oraz zaczyna spoglądać ku Północy, ku Moskwie i zaczyna wzmacniać współpracę z nami. Moglibyśmy stworzyć koalicję trzech państw: Moskwa, Berlin, Ankara. Na rosyjskim terytorium są ogromne powierzchnie, niemieccy inżynierowie, tureccy robotnicy i rosyjskie zasoby naturalne, bylibyśmy najsilniejszymi i najbogatszymi państwami na świecie.

Vogt: Ostatnie pytanie dotyczy próby zmiany rosyjskiej polityki w Syrii. Próba Zachodu przygnieść Syrię okazała się porażką. Dzięki rosyjskiej interwencji panuje tam na razie pokój i spokój. Jak wyglądają perspektywy tego kraju?

Żyrinowski: Jeśli Amerykanie nie będą się tam mieszać, uda się nam zaprowadzić tam pokój. Ale Amerykanie się tam wtrącają, usiłują stworzyć tam kurdyjskie państwo. Przeciwko temu jest Syria, Turcja, Irak i Iran dlatego napięcie będą tam trwały jeszcze przez dekady, a winę za to ponoszą Amerykanie. Chcą tam pozostać i rządzić, dlatego prowokują tworzenie nowego państwa jak w Kosowie na terytorium Serbii. Chcą stworzyć Kurdystan na terytorium Syrii, Iraku, Turcji i Iranu. To nie będzie dobre dla Niemiec. Niemcy mają Turków, Kurdów i Arabów jako imigrantów, wszędzie będą Niemcy i Rosja cierpieć a Ameryka będzie zawsze wygrywać. Co jest w tym dobrego? Dlaczego trzeba dokarmiać biedne części Europy - Grecja, Portugalia, Bułgaria i Rumunia. Wszyscy żyją na koszt Niemiec, zasoby Niemiec powinny zostać w Niemczech a nadwyżka może chętnie powędrować do Rosji. Niemcy nie potrzebują robotników, oni mogą przyjść do nas, ci Turcy niech pracują u nas.

Vogt: W Syrii, naród syryjski poprosił Rosję o pomoc, aby zwalczyć terroryzm Państwa Islamskiego. Rosja pomogła. Teraz istnieje przynajmniej pozytywna perspektywa. A takie heretyckie pytanie: gdyby również naród niemiecki poprosił o pomoc, jak zareagowałaby Rosja?

Żyrinowski: Pomoc, dla Niemiec? Tu, w Europie? My udzielamy wszelkiej pomocy, jedynie Rosja może dziś pomóc, nikt inny. Amerykanie nie potrafią walczyć, używają Kurdów zamiast walczyć samemu a w Europie używają Ukraińców. My pomożemy wszystkim, tutaj jest potęga i tutaj jest broń. To jest powołanie Rosji, udzielać pomocy w krytycznych momentach, przy militarnym rozwiązaniu każdego problemu i każdego pytania. My zabraliśmy Niemcom wschodnie tereny i daliśmy Polakom. Z jakiego powodu znajdują się Polacy dziś na niemieckich ziemiach? Można wszystko oddać Niemcom, w tym możemy pomóc. Przy niemieckich portach Memel i Kłajpeda, my możemy pomóc Niemcom odtworzyć całe Prusy, nikt nie pomaga tylko my.

Vogt: Serdecznie dziękuję za pański czas i wszystkiego dobrego.



MÓJ DO TEGO KOMENTARZ

      



"My pomożemy wszystkim", Rosja wszystkim pomoże, o każdej porze - mój Boże! Totalny odlot, choroba turanizmu, niszcząca ten kraj uwidoczniona w osobie Żyrinowskiego powoduje że trudno mi było powstrzymać się od śmiechu. No tak, jak tylko pamięcią sięgnąć to przecież Rosja rzeczywiście nic innego w swych dziejach nie czyniła, jak tylko pomagała i wyzwalała. I to wszystkich ze wszystkiego, z majątku, z ojczyzny, oraz z życia. Ten kraj nic innego nie robił, tylko zawsze "wyzwalał". Albo ten fragment wypowiedzi Żyrinowskiego szczególnie przypadł mi do gustu: "NATO robi to, co Hitler przed wybuchem II Wojny Światowej, weźmy Polskę. Hitler wprowadził tam wojsko, kraje bałtyckie zdążyliśmy wcześniej przygarnąć" - wyzwolili je z tej niepotrzebnej i głupiej niepodległości. A gdzie Hitler wprowadził wojsko przed wybuchem wojny - do Polski? Kiedy to było panie Żyrinowski? Czy wtedy, gdyście się wzajemnie umówili na podział Polski i Europy, cz wtedy go 1 września ruszyła na nas "czarna śmierć" a 17 września ze wschodu uderzyła "czerwona zaraza?" Co pan za farmazony pieprzysz. Hitlera stworzył Stalin, pomimo polskich prób (Marszałka Piłsudskiego choć nie tylko), jego obalenia, aby wywołał wojnę w Europie, której z "wyzwoleńczą odsieczą" przyjdzie oczywiście Rosja (wówczas Związek Sowiecki) i zajmie ją aż po Atlantyk. 

Polska jako pierwszy kraj oparł się tej barbarzyńskiej polityce dwóch tyranów i pozostawiona samą sobie przez naszych zachodnich "sojuszników" (Francję i Anglię), poniosła klęskę, ale mimo to nie zginęła. Stworzyliśmy największą podziemną armię świata i jedyne takie podziemne państwo w dziejach, które skutecznie walczyło nie tylko z niemieckim okupantem, ale potem również i z sowieckim "wyzwolicielem". Byliśmy już jednak wówczas zbyt słabi, aby oprzeć się jednemu i drugiemu bandycie, czekaliśmy wiec jak na boskie zmiłowanie na czołgi gen. Pattona, których pojawienie się na polskich ziemiach, spowodowałoby wybuch ogólnonarodowego powstania antysowieckiego i ponowne skopanie sowieckich dup, tak jak to było w 1920 r. A tak na marginesie - z czym wy do ludzi, pokażcie mi chociaż jedną wojnę, którą samodzielnie wygrała Rosja, choć jedną. Wszystkie ostro przegrywaliście, a już największy łomot dostaliście właśnie podczas waszego "wyzwolicielskiego" marszu na Zachód w 1920 r. II Wojnę Światową (czy raczej jak ją określacie: "Wielką Wojnę Ojczyźnianą" również byście przegrali z kretesem. Pomijając już nawet ot, że Hitler był idiotą i nie wykorzystał sytuacji, jaka się wręcz prosiła aby rozwalić Sowiety i podbić Rosję, to jednak bez wsparcia Zachodu, a szczególnie tych znienawidzonych teraz przez was Amerykanów - nie mielibyście szans. Może jeszcze opieralibyście się gdzieś tam na Syberii, ale cała europejska część Rosji, z Moskwą na czele zostałaby podbita przez Niemcy. 

Także ta wasza legenda nie jest wcale tak piękna, jak by się mogło wydawać. Przegrywaliście wszystkie współczesne wojny i choć wasz kraj jest wielki, to jesteście kolosem na glinianych nogach. Krym nigdy też nie należał do Rosji, panie Żyrinowski, został podstępnie zaanektowany przez Katarzynę Wielką dopiero w 1783 r. Wcześniej był ziemią Tatarów, więc nie pleć pan takich bzdur. Zresztą Rosja już się kończy, rozpada się. Nie wiem czy zdoła pan ów proces rozpadu ujrzeć jeszcze na własne oczy (mam nadzieję że pan dożyje tej pięknej chwili), ale jest to nieuchronne. Za wszystko w życiu trzeba zapłacić, a kraje które napędzały kłamstwo, przemoc i śmierć wcześniej czy później zostaną ukarane. Mam nadzieję że (jak w przypadku Niemiec i Rosji) skończy się tylko na rozpadzie, a nie na czymś znacznie gorszym. Ale z drugiej strony należy też zadać sobie pytanie, bo mówi pan o pokoju z Niemcami i tworzeniu nowej siły i nowego bogactwa tych narodów - czy wojna zawsze jest zła. Nie, ja tak nie uważam, wojna nie musi być zła, może z niej również wypłynąć dobro. Gdyby bowiem nie wybuchła I Wojna Światowa, najprawdopodobniej po dziś dzień nie byłoby Polski i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej. W tamtych latach oczekiwano w Polsce wojny światowej niczym życiodajnego deszczu, a Józef Piłsudski, wówczas dowódca organizacji strzeleckich i twórca Legionów mawiał do swych współpracowników: "Nie martwcie się, wojna będzie". Podobnie II Wojna Światowa, też nie byłaby niczym złym, tylko... wybuchła nie w tym momencie, kiedy powinna. A powinna wybuchnąć w 1933 r. ewentualnie w 1936 podczas remilitaryzacji przez Niemcy Nadrenii. Taka wojna jest nie tylko potrzebna, ale wręcz korzystna, bowiem jednocześnie eliminuje bandytów, których powołaniem jest podbój i utopienie kontynentu we krwi jego mieszkańców. Dlatego też uważam, że nie każda wojna jest nieszczęściem. 

Co się zaś tyczy współpracy niemiecko-rosyjskiej to należy jej zdecydowanie przeciwdziałać. Tworzyć wszelkie projekty, które będą przebiegały w poprzek tych planów. Dlatego też należy odtworzyć Międzymorze w każdej możliwej formie, nie tylko politycznej i militarnej, ale również społecznej, kulturowej i duchowej. Należy odtworzyć dawną Sarmatię, duchową jedność Rzeczpospolitan, narodów wchodzących niegdyś w skład potężnego tworu Rzeczypospolitej Obojga Narodów, który był gwarantem bezpieczeństwa i rozwoju dla Europy. Dotyczy to również projektów geopolitycznych. Należy więc porzucić szkodliwy projekt Jedwabnego Szlaku, z prostej przyczyny - Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej nie służy to, co płynie do nas z Zachodu na Wschód i ze Wschodu na Zachód, ale to, co idzie z Północy na Południe. To właśnie ten szlak musi być kluczowy dla państw Międzymorza, dla owych Rzeczpospolitan. Rozwój handlu rzecznego (dzięki któremu dawna Rzeczpospolita bogaciła się), przekopanie mierzei wiślanej i uwolnienie portu w Elblągu. Musimy ponownie zdominować handel Północ-Południe, jedyny dla nas korzystny i jedyny sensowny dla wytworzenia się przyszłej potęgi Międzymorza. 





A co się tyczy Stanów Zjednoczonych, to powiem tylko tyle. Dla nas Polaków, Stany zawsze były pewnego rodzaju wymarzonym krajem, taką wyspą wolności, gdzie wiele można zdziałać dzięki swej przedsiębiorczości i pracowitości. Ameryka była dla nas taką większą Polską, krajem naszych marzeń. Nic więc dziwnego że największa liczba Polonii na świecie jest zgrupowana właśnie w Ameryce. A wie pan, panie Żyrinowski dlaczego Polacy tak kochają Amerykę (szczególnie tę obecną, pod rządami Donalda Trumpa), ponieważ myśmy współtworzyli ten kraj, i co najważniejsze, znaleźliśmy się tam całkowicie dobrowolnie, a nie byliśmy odwożeni w bydlęcych wagonach, jak to miało miejsce chociażby w Rosji, kraju marazmu i śmierci. Stany Zjednoczone może nie zawsze będą strażnikiem świata (dziś kraj ten też zmaga się z poważną chorobą, jaką jest tamtejsze lewactwo, które zżera ten kraj od wewnątrz), ale przynajmniej na razie muszą być stabilizatorem pokoju i muszą walić w zęby wszystkich, którzy próbują tę ich rolę podważyć. Muszą być jak John Wayne i Gary Cooper, jak Wilson, Patton, MacArthur czy Reagan (który swoją polityką doprowadził do upadku owo więzienie ludów, jakim był Związek Sowiecki), muszą być niczym bohaterowie amerykańskich filmów, na których wyrosłem, którzy nie dadzą sobie w kaszę dmuchać i walą prosto z mostu. Jak bohaterowie Bonanzy, czy Rio Bravo, jak członkowie Drużyny A, jak John Rambo i Rocky Balboa i jak wielu innych filmowych i nie tylko bohaterów, jakich w swych dziejach stworzyła Ameryka. Czy Rosja stworzyła kiedykolwiek coś podobnego, co by ku niej przyciągało inne narody, prócz "ideologii wyzwolenia" polegającej na rabunku, wywózkach i mordach? Na zakończenie powiem to, co mawiali ludzie po wkroczeniu Sowietów na polskie ziemie: "bierzcie czasy i rowery, idźcie sobie do cholery".


 PIĘKNO STAREJ AMERYKI











       

poniedziałek, 1 maja 2017

LISTY Z POLSKI - Cz. I

OPINIE O POLSCE 

NA PRZESTRZENI WIEKÓW,

PRZEMIERZAJĄCYCH NASZ KRAJ

PODRÓŻNIKÓW I DYPLOMATÓW Z

EUROPY I STANÓW ZJEDNOCZONYCH


UCIECZKA HENRYKA WALEZEGO Z POLSKI
18/19 czerwca 1574 r.




"NIENAWIDZĘ TWOICH RÓWNIN, 
W KTÓRYCH ŚNIEG NIGDY NIE TAJE. 
WSTRĘTNYM MI JEST I TWÓJ NARÓD, 
I POWIETRZE, I ZWYCZAJE"


Oto fragment opinii o Polsce francuskiego podróżnika i poety - Phillippe'a Desportesa, zamieszczone w jego dwutomowym dziele: "Pożegnanie Polski" ("Adieu a la Pologne") z połowy lat 70-tych XVI stulecia. Desportes przybył do Rzeczpospolitej wraz z francuskim księciem, który został wybrany królem Polski - Henrykiem de Valois, znanym również jako Henryk Walezy lub "Pan Gaweński", którym to przydomkiem obdarzyła go polska szlachta. Zarówno Henrykowi jak i owemu Phillippe'owi nasz kraj wybitnie nie przypadł do gustu. Nie podobało mu się ograniczanie królewskiej wszechwładzy przez szlachtę na sejmach i wielokrotnie uskarżał się że go w Polsce z króla na parlamentarnego sędziego przekształcono. Poza tym Henryk miał własne upodobania, które nie były dobrze widziane w Polsce, szczególnie zaś w odniesieniu do panującego monarchy. Jego nocne wypady z kompanami z Wawelu do miasta Krakowa, gdzie nawiązywał znajomość z prostytutkami, którym potem... podpalał łona, oraz w towarzystwie swych francuskich przyjaciół, przebierał się w damskie suknie i udawał kobietę, wybitnie nie podobały się polskiej szlachcie, która chciała mieć za króla potężnego chłopa, a nie młokosa w jedwabnych pończochach i kolczykach w uszach (konkretnie w jednym uchu). Dlatego też Henryk Walezy wprost dusił się w Polsce i gdy tylko zaistniała taka okazja, po zaledwie czteromiesięcznym panowaniu, uciekł z Polski do Francji na wieść o śmierci swego brata, dotychczasowego francuskiego króla - Karola IX w czerwcu 1574 r. Wraz z nim odjechali i inni Francuzi z jego otoczenia na dworze, w tym właśnie Phillippe Desportes.

Była i też dobra strona jego panowania w Polsce, przynajmniej dla Francuzów. Mianowicie to właśnie w Krakowie, na królewskim Wawelu po raz pierwszy ujrzał nie tylko wychodki, z których nieczystości odprowadzano poza mury miejskie, ale również coś na wzór kabin prysznicowych, które umożliwiały zmycie z siebie brudu, kurzu i potu po całodziennym intensywnym dniu (np. spędzonym na polowaniu). Gdy powrócił do Francji, nakazał takie same zamontować w Pałacu Królewskim w Paryżu (należy bowiem pamiętać, że dotąd we francuskich pałacach mocz i kał oddawano wprost na korytarzach, lub do kominków, a ta tradycja była we Francji tak silna, że gdy prawie sto lat później Ludwik XIV rozbudowywał mały pałacyk w Wersalu, który miał stać się wielką królewską rezydencją i prawdziwą stolicą Francji (stolica jest tam, gdzie przebywa król ze swym dworem), to tam również nie przewidziano... ani jednej łazienki, ani jednego, choćby najskromniejszego wychodka. Tam również swoje potrzeby fizjologiczne zarówno sam Król Słońce jak i jego liczni dworzanie, oddawali wprost na korytarzach, co powodowało tak wielki smród, że służba nie była w stanie ani wywietrzyć ani też zamaskować tych nieprzyjemnych zapachów, mimo stosowania całej palety najróżniejszych pachnideł. 

Notabene, dziś historia znów się powtarza, znów zatacza koło. Francja bowiem już dawno przestała być stolicą mody i elegancji, dziś znów wracamy do czasów gdy będzie się tam (za przeproszeniem) srało po korytarzach, a kraj ponownie zamieni się  jeden wielki burdel. Zresztą dla Francuzów to nie jest nic nowego. Tyle już razy w swej historii nadstawiali innym tyłka, że doprawdy trudno nie nazwać ich inaczej niż narodem dziwek i alfonsów. Oddawali się bowiem wszystkim, kto tylko wszedł do ich kraju, a i ci którzy nie weszli, to też byli mile widziani (jak choćby Rosjanie). W czasie II Wojny Światowej Francja stała się jednym wielkim domem publicznym, a Francuzi więcej czasu spędzali na umilaniu pobytu okupacyjnych wojsk niemieckich w ich kraju, niż na walce z nimi (o czym zresztą świadczą liczby, przez cały okres okupacji Niemcy utrzymywały zaledwie 40 tys. żołnierzy formacji tyłowych w tym kraju, i to wystarczyło aby całkowicie podporządkować sobie "Wielką Francję". Notabene należy dodać że były to z reguły starsze roczniki, pozbawione broni pancernej. Ale czy można się temu dziwić, wiedząc jak totalną parodią był tzw.: "francuski ruch oporu", który jedyne co potrafił, to drukować ulotki, że nie lubią Hitlera - totalna parodia. Ja w ogóle nie pojmuję, jak można uważać Francję za jedno ze zwycięskich mocarstw II Wojny Światowej, przecież to jest obłuda tak kłująca w oczy, że może wręcz człowieka oślepić. A mimo to przedstawia się francuskich kolaborantów i dupowłazów, jako przedstawicieli zwycięskiego mocarstwa. Obłęd!).

Czy można się więc dziwić słowom Stefana Kisielewskiego, który kilka lat temu powiedział wprost: "Pocieszam się tylko, że ta stara kurwa Francja odcierpi jeszcze za naszą krzywdę, zawsze nas zdradzała i sprzedawała!" I dziś mamy już tego skutki, Francja zamienia się już nie tylko w burdel (którym była w czasie II Wojny Światowej), ale wręcz w wychodek. Dziś Francuzi nie mogą już nawet swobodnie wypłacić pieniędzy z bankomatu, bo czyhają na nich imigranci (najczęściej są to grupki dzieci), którzy wyrywają albo kartę, albo też zabierają pieniądze. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ów śmieszny kandydacik na francuskiego prezydenta - Emmanuel Macron (czy raczej Makaron), straszy Polskę jakimiś konsekwencjami po swym wyborze. Ha-ha-ha, ten człowiek najwidoczniej żyje w jakimś innym świecie i zupełnie nie dostrzega faktu że Francja już jest skończona, już teraz. To co jest, to najzwyklejsze dogorywanie. Jestem przekonany że za jakiś czas zarówno Francuzi jak i Niemcy, popadną w takie kłopoty finansowe (Francja już jest tak totalnie zadłużona, że jedyne co ją może uratować to... ogłoszenie bankructwa), że zacznie się tam prawdziwa bieda, która przerodzi się najprawdopodobniej w jakieś krwawe wojny religijne, z tym że to muzułmanie będą mordować tych francuskich lalusiów, a ich kobiety gwałcić i niewolić. W Niemczech zaś odrodzić się może ponownie dyktatura (ten kraj już jest parodią demokracji, więc będzie to tylko upadek iluzji, jaką wciąż się Niemców mami). Kończąc ten przydługi wstęp, chciałbym jedynie dodać, że obiema rękami podpisuję się pod słowami Mariana Kowalskiego na temat Macrona/Makarona i Francji jako takiej:


"KOLEJNY PIEPRZONY ŻABOJAD KTÓRY CHCE BYĆ PREZYDENTEM FRANCJI I MA ZŁE ZDANIE O POLSCE (...) MACIE NAJWIĘKSZY DŁUG W UNII EUROPEJSKIEJ PATAFIANY PIEPRZONE, CHOCIAŻ ZALALIŚCIE CAŁY ŚWIAT SWOIMI SAMOCHODAMI, WINAMI I ŚMIERDZĄCYMI SERAMI (...) CZYM ZASŁYNĘŁA FRANCJA, POWIEDZCIE MI, CZYM? CZY TO JEST KRAJ, KTÓRY MOŻNA NAŚLADOWAĆ W JAKIMKOLWIEK OBSZARZE? STOLICĄ MODY I KULTURY DAWNO PRZESTAŁA BYĆ, STRACH WYJŚĆ Z DOMU, JESZCZE TAKI FIUT RYBI, ŻABOJAD JEDEN BĘDZIE POLSKĘ STRASZYŁ - NIE STRASZ, NIE STRASZ BO SIĘ ZESRASZ!"  

       



A TERAZ PRZECHODZĘ DO TEMATU



PODRÓŻ AMBROŻEGO KONTARINIEGO

PRZEZ POLSKĘ DO PERSJI

1474 - 1477

 


W drugiej połowie XV wieku, Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie, stały się prawdziwym europejskim mocarstwem. Razem były najobszerniejszym ze wszystkich krajów Europy, a poza tym zwycięskie wojny z Krzyżakami (szczególnie zaś pod Grunwaldem w 1410 r. jak i w czasie wojny trzynastoletniej 1454-1466), wyprawy przeciwko Moskwie (1404-1408, 1442-1445 i po 1451 r.), oraz z Tatarami, spowodowały że Polska stała się prawdziwą militarną potęgą. Nic dziwnego że wielu posłów zabiegało o odtworzenie pod polskim przewodem, wielkiej wyprawy krzyżowej przeciwko Turkom Osmańskim, którzy w 1453 r. zdobyli Konstantynopol, definitywnie likwidując tym samym Cesarstwo Bizantyjskie. W owym 1474 r. do Królestwa Polskiego przybył nie tylko wenecki poseł - Ambroży Kontarini, ale i poseł z Persji (również zainteresowanej wyprawą zbrojną na Turcję), Włoch w perskiej służbie - Katerino-Zeno. Obaj oni starali się namówić polskiego monarchę - Kazimierza IV Jagiellończyka (syna Władysława II Jagiełły), do wyprawy na Konstantynopol, deklarując, że w przypadku jego zdobycia, polski władca będzie mógł przyjąć tytuł władcy Carogrodu (Konstantynopola) i rozszerzyć swoją władzę na prawie całe Bałkany. Oto osobista relacja z podróży weneckiego posła - Ambrożego Kontariniego do Królestwa Polskiego Anno Domini 1474 r.:


"Wyjechałem więc z Wenecji 23 lutego 1474 r. Miałem z sobą wielebnego Stefana Testa kapelana mego i sekretarza razem; Demetriusza Seze ekonoma i tłumacza, i dwóch pachołków. Przebrani byliśmy w prostą odzież z niemiecka; pieniądze podróżne Ksiądz Stefan miał zaszyte w szacie swojej, dla większej pewności. Wyznaj iż mi ze wstrętem przyszło opuszczać Ojczyznę; lecz wreszcie, wsiedliśmy do gondoli, która nas zaniosła do kościoła S. Michała in Murano, gdzie po wysychaniu mszy Świętej pobłogosławieni przez Przeora tamecznego, w dalszą puściliśmy się drogę, etc. Dnia 10 Marca 1474 za pomocą przewodnika naszego przybyliśmy do Norymbergi pięknego miasta z zamkiem nad rzeką; tam szukając nowego przewodnika dla dalszej podróży, dowiedziałem si od gospodarza mego, że się znajdowali w tym mieście dwaj Posłowie Króla Jegomości Polskiego. Wielce tą wiadomością ucieszony posłem zaraz przez kapelana mego, Księdza Stefana, do tych JWW. Panów oświadczenie, kto jestem, dokąd dążę i że życzyłbym odwiedzić ich i pomówić z nimi. Odpowiedzieli, że radzi mię ujrzą. Poszedłem więc i znalazłem że to byli dwaj znakomici Panowie Polscy, jeden Arcybiskup, drugi kawaler Paolo (chodzi zapewne o Pawła Jasieńskiego podczaszego sandomierskiego i kanonika krakowskiego Stanisława z Kurozwęk, wysłanych do Norymbergi przez króla Kazimierza jeszcze w 1473 r. w celu uzyskania cesarskiego potwierdzenia dla jednego z synów Kazimierza - Władysława Jagiellończyka, który w 1471 r. objął tron Czech. Cesarz zbywał posłów, tak więc spędzili tam ponad pół roku).

Mimo podróżnego ubioru mego gdym im oświadczył że mam listy do Króla a Pana ich, przyjęli mię jak najgrzeczniej, oświadczając gotową chęć towarzyszenia w podróży; jakoż dnia 14 tegoż miesiąca, puściliśmy się w drogę. Był z nami jeszcze Poseł Króla Czeskiego, starszego syna Króla Polskiego, jadący jak my, do Polski; tak dalece że kompania nasza, z dworem Posłów, wynosiła do 60 osób. Zatrzymywaliśmy się na popasy i noclegi, często po pięknych miastach i miasteczkach Niemieckich, lecz częściej po zamkach, których jest wiele porządnych i godnych widzenia; lecz że każdemu prawie znajome, często z widzenia częściej z opisania, nie będę o nich wspominał. Od dnia 14 do 26 Marca, jadąc ciągle przebywaliśmy krainy Margrabiego Brandenburskiego i Księcia Saskiego. Przybyliśmy na koniec do Frankfurtu nad Odrą, gdzieśmy zabawili do 29 Marca. Miasto owe leży w pobliżu królestwa Polskiego; dlatego więc Margrabia Brandenburski przysłał tu piękny zastęp jazdy swojej dla towarzyszenia Posłom do granic Polskich. Dnia 31 Marca, wjechaliśmy do Międzyrzecza, pierwszego miasta Polskiego; jest ono niewielkie, lecz porządne z pięknym zamkiem. Dnia 2 Kwietnia, przybyliśmy do Poznania; miasto to jest godne wspomnienia, tak dla pięknych ulic i gmachów swoich, jako też dla znacznej liczby bogatych kupców. A do dnia 9 Kwietnia, jadąc krajem Polskim, nie znaleźliśmy go tak porządnym i zaludnionym jak Niemcy. W Wielką sobotę przybyliśmy do Łęczycy gdzie się znajdował Król Jegomość Polski, Kazimierz. Monarcha ten przysłał dla przyjęcia mię dwóch dworskich swoich, którzy mi wyznaczyli dość wygodne pomieszkanie. 

Nazajutrz że to był pierwszy dzień Wielkiejnocy, nie sądziłem rzeczą przyzwoitą iść do Króla. Dnia 11 z rana, przysłał mi Król suknię czarną adamaszkową, wzywając mię do siebie; podług więc zwyczaju kraju tego, ubrałem się w tę suknię i poszedłem w towarzystwie licznych i znakomitych dworzan. Po oddanej czołobitności wedle Polskiego obyczaju, złożyłem Królowi dar Rzeczypospolitej naszej, mówiąc co należało. Król kazał mi zostać na obiad. Jedzą zwyczajem naszym; potrawy wybornie przyprawione i obfite. Po obiedzie pożegnałem Króla i wróciłem do mieszkania mego. Dnia 13 powtórnie Król przysłał po mnie i dał mi odpowiedź na to, co mu z strony Rzeczypospolitej naszej powiedziałem, lecz tak łaskawie i grzecznie, iżem się utwierdził w powszechnem o Monarsze tym mniemaniu, że niema mędrszego i sprawiedliwszego Króla jak Król Kazimierz. Rozkazał mi Król dać dwóch przewodników, jednego przez Polskę, drugiego przez Ruś dolną aż do Kijowa, czyli do Magramanu miasta już na Rusi, a należącego do Króla Polskiego. Podziękowawszy za tę łaskę Najjaśniejszemu Królowi, Imieniem Rzeczypospolitej, dnia 14 opuściłem Łęczycę wraz z przewodnikami, jadąc krajem Polskim, który cały jest w równinach i lasach, bez wygodnych mieszkań i dość ubogi. Dnia 19 Kwietnia, przybyłem do miasta zwanego Lublin; gród wygodny z zamkiem, gdzie się znajdowało czterech Królewiczów Polskich, z których najstarszy mógł mieć lat 15, a następni jeden od drugiego rokiem młodsi. Mieszkali w zamku, z arcyuczonym mistrzem swoim. Życzyli (a domyślam się że z woli ojca), abym ich odwiedził. Poszedłem więc do nich. Jeden z Królewiczów rozmawiał ze mną tak rozsądnie jak tylko być może. Uważałem, że Królewicze wielce szanują nauczyciela swego (nauczycielem i wychowawcą książąt: Kazimierza, Jana Alberta, Aleksandra i Zygmunta Jagiellończyków był oczywiście Jan Długosz). Przy pożegnaniu odprowadzili mię do drzwi.




Dnia 20 Kwietnia wyjechaliśmy z Polski i przybyliśmy do Rusi dolnej, która także do Króla Polskiego należy. Jadąc lasami, nocując czasem w zamkach, czasem w małych lepiankach, stanęliśmy dnia 25 w mieście zwanem Łuck, gdzieśmy w niemałem znaleźli się niebezpieczeństwie, z przyczyn weselnych na dniu tym godów; wielu tam było podpitych ludzi. Nie mając wina upijają się miodem, mocniejszym nierównie nad wino (Kontarini pisze "Nie mając wina" - wino oczywiście było, ale miód pitny, zmieszany z alkoholem był bardziej popularny, zresztą była cała masa najróżniejszych trunków, jakimi się nasi przodkowie raczyli, i to niekoniecznie alkoholi. Kiedyś jeszcze je opiszę, bo są tego warte). Dnia 25 Kwietnia, wieczorem przybyliśmy do Żytomierza miasta drewnianego z zamkiem; skąd ruszywszy, przez cały dzień 29 jadąc przez niebezpieczne lasy, pełne rozbójników, nie znalazłszy nigdzie mieszkania, musieliśmy nocować w borze, nie mając nic do jedzenia; musiałem całą noc straż odbywać. Dnia 30 przybyliśmy do Białogrodu gdzie jest stacja Królewska; przenocowaliśmy w niej bardzo niewygodnie. Dnia 1 Maja, przybyliśmy do Kijowa; miasto to należące do Króla Polskiego zostawało pod rządem Polaka katolika, nazwiskiem Pammartin (chodzi o Marcina Gastołda). Ten dowiedziawszy się od stanowniczego Królewskiego o moim przyjeździe, kazał mi dać dość liche mieszkanie, lecz żywności przysłał mi obficie. Miasto
Kijów leży niedaleko Tartarii; zjeżdża się tam wielu kupców z futrami, z głębi Rossii; zebrani w karawanę jadą do Kaffy. Tatarzy rozbijają ich często. Kraj tutejszy obfituje w zboże i mięso. Zwyczajem mieszkańców jest, do godziny 3 zatrudniać się sprawami swemi, po czem idą do karczmy piją i hulają.

Dnia 2 Maja, pomieniony Pan Marcin przysłał kilku dworzan swoich zapraszając mię na obiad. Po grzecznem przywitaniu oświadczył mi, iż Król jego zlecił mu przyjąć mię z największą uczciwością, strzec mię od wszelkiego złego, i starać się bym przejechał bezpiecznie aż do Kafiy. Podziękowałem mu za to. On przydał dalej, że spodziewał się Posła Królewskiego z Litwy, który miał jechać z upominkami do Cesarza Tatarskiego, który to Cesarz wysyła na przeciw niemu 200 Tatarów dla bezpieczeństwa; radził mi więc, żebym na Posła tego czekał i z nim bezpiecznie podróż tę odprawił. Jakoż tak uczynić postanowiłem. Poszliśmy do obiadu, ten suto i obficie by sporządzony. Był tam i brat jego, Biskup, i wielu innych Panów. Byli także śpiewacy którzy w ciągu obiadu śpiewali. Siedzieliśmy długo u stołu z wielkiem mojem uprzykrzeniem; gdyż więcej potrzebowałem spoczynku niż czego innego. Kijów leży nad rzeką wpadającą w Morze Czarne, zwaną od krajowców Danambre (Dnieper) a po naszemu Lerissa. Zatrzymaliśmy się w tem mieście aż do 10 Maja, w którym Poseł przybył z Litwy. Przed wyjazdem, wysłuchaliśmy mszy Swiętej po której Pan Marcin kazawszy Posłowi wziąć mię za rękę, rzek mu z żywem wzruszeniem. "Cudzoziemiec ten jest jakby osoba Królewska; odprowadźże go w całości do Kaffy". "Rozkaz Królewski" odparł poseł Litwin, "jest na mojej głowie; co się ze mną stanie to i z tym gościem naszym". Tu rozstaliśmy się, w jak najżywszych wyrazach dziękując Panu Marcinowi za wszystkie jego przez cały tu mój pobyt grzeczności; a chcąc się za nie wywiązać ofiarowałem mu konia Niemieckiego, któregom w Mestre nabył. Radzono mi bym inne konie tu zostawił, a wziął z sobą krajowe. Z stanowniczych Królewskich wyborną miałem kompanię; umiałem się znać do rzeczy. 

Z pomienionym więc Posłem z Litwy, wyjechaliśmy 11 Maja, ja w karecie tejże samej w której byłem, gdym się rozstał z Królem Jegomością, a to z przyczyny chorej nogi dla której nie mogłem jechać konno. Jadąc cały dzień, przybyliśmy do miasteczka zwanego Czerkasy, należącego do Króla Polskiego, gdzieśmy bawili do dnia 12, to jest póki nie przybyła eskorta z Tatarów, z którymi w dalszą puściliśmy się drogę. Jechaliśmy przez rozległe stepy Tartarii aż do rzeki Dniepru, który oddziela Tartarię od Rusi i który w tem miejscu ma kilka mil szerokości. Tu Tatarzy wzięli się do ścinania drzew, które powiązali jedne przy drugich, a przykrywszy je gałęziami, złożyli na tym niby statku rzeczy nasze. Po czem, poprzywiązywawszy konie ogonami do owego statku, sami rzucili się do wody, trzymając się grzyw końskich. Puściliśmy się więc i my na wodę, a wrzeszcząc i napędzając z całej siły konie, przepłynęliśmy rzekę. Ci co będą czytać moją relację, domyślą się w jakim byliśmy strachu próbując tego nowego rodzaju żeglugi. Stanąwszy na drugim brzegu, strawiliśmy cały dzień z Tatarami na układaniu naszych bagażów. Przy czem, starsi Tatarscy, podejrzliwie na nas poglądali. Jechaliśmy znowu przez stepy, gdzie nam na wszystkiem brakowało. Wkrótce potem Poseł Litewski przestrzegł mię przez swego tłumacza, że Tatarzy uznają za rzecz konieczną stawi mię u Księcia swego, bez czego niewolno by mi było jechać do Kaffy. Strapiony tą wiadomością, prosiłem tłumacza aby mię uwolnił od grożącego mi niebezpieczeństwa. Przypominałem mu polecenia Pana Marcina i wreszcie obiecałem mu, jeśli mię wybawi z kłopotu, pałasz w podarunku; okazał się być czułym na moje zmartwienie, a poradziwszy się z Posłem, jął się namawiać i pić z Tatarami; przekonał ich żem Genueńczyk, i dokazał, za ofiarą 15 dukatów, że mię z drogi zbaczać nie będą. 

Podróż ta trwała do 9 Czerwca, i dała się nam we znaki na ciele i umyśle. Wspomnę tylko, iż razu jednego przez dzień i noc całą bez wody musieliśmy się obchodzić. Stanęliśmy na koniec w miejscu gdzie Poseł Litewski i Tatarzy mieli nas opuścić, a udać się do Księcia Tatarskiego, który przebywał na ów czas w Chercher (Chersoń). Poseł Litewski dał mi Tatara za przewodnika; pożegnaliśmy się i rozjechali. Ciągle jednak obawiałem się aby Tatarzy, z którymi się rozstałem, w pogoń za mną przyjść nie zechcieli. Cieszyłem się wielce, żem się pozbył tych psów okropnie śmierdzących mięsem końskiem które żrą obficie. Noc następną przepędziliśmy pod osłoną wozów, pokrytych skórami; lecz tu wnet otoczyła nas gromada ciekawych badając co by za zacz byliśmy. Dowiedziawszy się od przewodnika, żem Genueńczyk, traktowali nas mlekiem. Nazajutrz o świcie wyjechawszy tego dnia wieczorem stanęliśmy w Kaffie. Dla podziękowania Bogu za przebyte szczęśliwie niebezpieczeństwa wszedłem milczkiem do kościoła, a tłumacza mego wysłałem do
Konsula Rzeczypospolitej, aby go uwiadomił o mojem przybyciu. Ten zrazu przysłał do mnie brata
swego z ostrzeżeniem, abym się zatrzymał gdzie byłem, do nocy, dla bezpieczniejszego sprowadzenia mię do domu swego na przedmieściu. Udaliśmy się tam o godzinie umówionej, i dobrze byliśmy przyjęci; zastałem u Konsula, Pawła Ognibene, który z polecenia prześwietnej naszej Rzeczypospolitej, trzema miesiącami pierwej przede mną był wyjechał".






To tyle jeśli chodzi o podróż Ambrożego Kontariniego, w dalszej bowiem części swojej relacji opisuje on jak to z Kaffy dotarł do Fazu, Mingrelii, Gruzji i Armenii, a potem do Isfahanu - stolicy Persji, gdzie został przyjęty przez szacha Uzun-Hassana. Potem udał się w drogę powrotną przez Gruzję (gdzie dowiedział się o zdobyciu Kaffy przez Turków Osmańskich w 1475 r. Następnie Morzem Kaspijskim do Astrachania, a stamtąd do Moskwy, rządzonej przez wielkiego księcia Iwana III. Potem znów wracał przez litewskie i polskie ziemie, o czym będzie w następnej części.






CDN.