Łączna liczba wyświetleń

sobota, 15 czerwca 2019

AUSCHWITZ - POCZĄTEK

ROCZNICA PIERWSZEGO TRANSPORTU I

PIERWSZEJ UCIECZKI Z NIEMIECKIEGO

OBOZU ZAGŁADY W 

AUSCHWITZ-BIRKENAU






W dniu wczorajszym minęła 79 rocznica pierwszego transportu do niemieckiego-nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz - pierwszy transport - SAMI POLACY! To, że obóz zagłady w Auschwitz-Birkenau został zaprojektowany przez Niemców do masowej eksterminacji narodu polskiego, dziś nie jest jeszcze powszechnie wiadomym faktem (szczególnie na Zachodzie, w samych Niemczech czy USA, o Izraelu nawet nie wspominając). Postuluje bowiem (powielany w szkołach, gdzie wiele się mówi na temat Holokaustu samych Żydów) przekonanie, że w obozach koncentracyjnych, a szczególnie w Auschwitz ginęli tylko Żydzi (dokłada się jeszcze oczywiście homoseksualistów, Cyganów i jeńców sowieckich - choć o tych ostatnich też już raczej się nie pamięta), natomiast nikt nie mówi o pierwszej nacji, dla której cały ten obóz w ogóle został zbudowany - o POLAKACH! Tak, to Polacy było zarówno pierwszym, jaki i (do 1942 r.) najliczniejszym narodem, jaki był masowo uśmiercany w tym niemieckim obozie zagłady (zresztą tak na dobrą sprawę to i tak Polacy byli najliczniej mordowaną tam nacją do końca Wojny, jako że przecież Żydzi którzy tam zginęli, w ogromnej wiekszości nie tylko pochodzili z Polski, ale byli jej obywatelami - czyli byli Polakami. W Auschwitz nie ginęli więc Żydzi obywatele Izraela - bo takiego państwa wówczas jeszcze nie było - ale albo Żydzi - obywatele polscy, albo po prostu Polacy. Dopiero w dalszej kolejności byli to jeńcy sowieccy, Żydzi pochodzący z innych europejskich krajów zajętych przez niemiecki Wehrmacht, Cyganie, homoseksualiści, a także (nieliczni co prawda) niemieccy przeciwnicy narodowego socjalizmu). Tak więc wygląda stopień zagłady ludności zarówno w samym Auschwitz, jak i w czasie całej II Wojny Światowej: na pierwszym miejscu Żydzi - obywatele polscy, następnie Polacy, potem długo, długo nic - potem jeńcy sowieccy, Żydzi z innych krajów a następnie cała wyżej wymieniona reszta ludności.

Swoją drogą ciekawe czy dzień 14 czerwca - czyli dzień pierwszego transportu do obozu w Auschwitz, jest również wymieniany na lekcjach historii na temat II Wojny Światowej i Holokaustu? Mogę się założyć że nie, gdyż po pierwsze byli to sami Polacy (728 osób z Tarnowa), po drugie obóz w Auschwitz aż do 1942 r. był zdominowany przez więźniów - Polaków, po trzecie Holokaust dotyczy Żydów i tylko Żydów (tak przynajmniej to wygląda w oficjalnym przekazie), a jak wiadomo nikt nie lubi konkurencji nawet (a może przede wszystkim) w ilości doznanych cierpień i pomordowanej ludności. Pod tym względem jednak nikt nie może się z nami równać. Byliśmy bowiem notorycznie mordowani zarówno przez samych Niemców jak i przez Rosjan (Sowietów), a także Ukraińców, Litwinów, nawet Czechów, o stratach materialnych nawet nie wspomnę (bo już wielokrotnie je opisywałem), ale dodać muszę, że kwota ponad 700 000 000 000 (miliardów) dolarów, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce za II Wojnę Światową (Grecja żąda ponad 200 000 000 000 dolarów) jest śmiesznie niska. Realnie kwota ta nie powinna być mniejsza niż 1 000 000 000 000 (bilion) dolarów, a i to nie zadośćuczyniłoby nawet połowie zbrodni i zniszczeń, jakie oni tutaj popełniali. Oczywiście uzyskanie takich odszkodowań na razie jest mało prawdopodobne, ale... różnie już bywało w historii, oj różnie - myśmy nawet już kiedyś z Mongolią graniczyli... i pod Legnicą 😊. Wszystko jest więc możliwe - tylko trzeba być konsekwentnym i oczywiście przedstawić stronie niemieckiej pełny rachunek naszych strat, żeby dokładnie wiedzieli za co płacą - w ogólności - za GŁUPOTĘ swoich przodków!




WARSZAWA PO PAŹDZIERNIKU 1944


 
W szkołach nie uczy się zresztą nie tylko o pierwszym (i kolejnych, także złożonych głównie z Polaków, bowiem w kolejnych transportach byli już nieliczni Żydzi), transporcie do Auschwitz, ale również nic nie mówi się o pierwszej udanej ucieczce z tego niemieckiego obozu śmierci, dokonanej też 79 lat temu (niedługo będzie rocznica) - 6 lipca 1940 r. i również oczywiście przez Polaka - Tadeusza Wiejowskiego. Ten, urodzony w maju 1914 r. w Kołaczycach na Podkarpaciu - szewc, został w sierpniu 1939 r. (tak jak większość innych mężczyzn) zmobilizowany i wziął udział ze swoją jednostką w walkach o Małopolskę (Armia Kraków). Po sowieckim uderzeniu z 17 września 1939 r. i klęsce Wojny Obronnej, udało mu się uniknąć niemieckiej niewoli i wrócić do domu - do Kołaczyc. Już jesienią 1939 r. zawiązał lokalne struktury konspiracyjne. Gestapo aresztowało go z końcem kwietnia 1940 r. i trafił na początek do więzienia w Tarnowie. Wiejowski całą nadzieję pokładał we Francji, gdyż wówczas została ona zaatakowana przez Wehrmacht, jednak 14 czerwca, gdy pierwszy transport więźniów do Auschwitz (wysłany z Tarnowa 13 czerwca) dotarł do obozu, tego właśnie dnia skapitulował Paryż a niemieckie jednostki wkroczyły do stolicy Francji. Wkrótce potem cała Francja podpisała akt kapitulacji (22 czerwca 1940 r.). Wiejowski kompletnie się wtedy załamał, stracił bowiem wiarę że ta wojna może się skończyć niemiecką klęską. 14 czerwca, w pierwszym apelu obozowym, on i inni więżniowie usłyszeli z ust zastępcy komendanta obozu - Karla Fritzscha, takie oto słowa: "Nie przybyliście tutaj do sanatorium, lecz do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Jeśli w transporcie są Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, pozostali trzy miesiące". Żydów nie było, ale znalazło się kilku księży katolickich. 


TADEUSZ WIEJOWSKI

 

Następnie wytatuowano Wiejowskiemu na przedramieniu numer 220 i od tej chwili to było jego obozowe imię. Przydzielono go do bloku więźniów czyszczących cegły, pochodzące z rozbiórki i noszących cement pod budowę krematorium i nowych baraków. Podczas tych prac, nawiązał on kontakt z obozowymi elektrykami, też Polakami i wówczas to w jego głowie zakiełkował plan ucieczki (każdy bowiem dzień w obozie wyczerpywał jego siły, należało więc uciec szybko, póki jeszcze jest się sprawnym fizycznie). Owych pięciu elektryków było członkami Związku Walki Zbrojnej - czyli konspiracyjnej organizacji niepodległościowej i to oni (a konkretnie jeden z nich - Józef Patek), zorganizowali mu kombinezon roboczy potrzebny do ucieczki. Plan został opracowany na 6 lipca, po porannym apelu. Wówczas to Wiejowski niepostrzeżenie wśliznął się do jednej z izb w bloku nr. 15 (gdzie pracowali owi elektrycy). Tam ściągnął swój obozowy pasiak i włożył strój roboczy. Następnie razem wyszli z bloku, kierując się do bramy obozu. Minęli strażników i szybko znaleźli się za bramą, po czym skierowali na pobliską stację kolejową. Tam Tadeusz Wiejowski wsiadł (a raczej wskoczył) do pociągu towarowego (dostał jeszcze na drogę od Patka trochę pieniędzy), jadącego na południe i po kilku dniach podróży dotarł do swojej rodzinnej miejscowości. Tymczasem w obozie już wiedziano o ucieczce, więc natychmiast zarządzono apel i ściągnięto wszystkich więźniów (1 300) z bloku nr. 1 (w którym przebywał Wiejowski) a Fritzsch nakazał by zgłosili się ci, którzy wiedzą coś na temat ucieczki więźnia 220. Nikt się nie odezwał, więc każdemu wymierzono karę 25 kijów (bito gdzie popadło, również po głowie). Wszyscy musieli też stać na baczność długie godziny, a kto nie wytrzymywał i osuwał się na ziemię, był polewany wodą i ponownie bity. Łącznie więźniowie stali tak przez 20 godzin, przy czym tylko 10 z nich dotrwało do końca, w postawie na baczność, inni leżeli na ziemi i ze zmęczenia nie reagowali już nawet na ciosy esesmanów. 

Tymczasem zarządzone po okolicy poszukiwania Wiejowskiego nic nie dały, ale 8 lipca znaleźli się więźniowie, którzy wskazali na elektryków, jako tych, którzy mieli pomóc Wiejowskiemu w ucieczce. Oczywiście elektrycy nie przyznali się do winy, ale poddano ich brutalnemu sześciodniowemu śledztwu, w wyniku którego byli bici do nieprzytomności - lecz nie załamali się i nie przyznali do umożliwienia ucieczki Wiejowskiemu. Skazano ich więc na trzy lata obozu w Mauthausen w Austrii (wcześniej byli pracownikami zatrudnionymi przy rozbudowie obozu) i tam większość z nich (Józef Patek, Emil Kowalewski, Jerzy Muszyński i Stanisław Mrzygłód) została zamordowana - przeżył tylko jeden Bolesław Bicz. Natomiast Tadeusz Wiejowski także nie dożył końca wojny. We wrześniu 1941 r. (już po ataku Niemiec na Związek Sowiecki), został zadenuncjowany do Gestapo przez jednego z mieszkańców Kołaczyc (popełnił błąd, że wrócił w rodzinne strony). Trafił następnie do więzienia w Jaśle, gdzie przeszedł bardzo brutalne śledztwo (był nieludzko torturowany), a ostatecznie w grudniu 1941 r. rozstrzelany, wraz z grupą innych polskich więźniów, blisko nieczynnego szybu naftowego w okolicach Gorlic. Tak więc Tadeusz Wiejowski był nie tylko jednym z więźniów pierwszego transportu do Auschwitz, ale również pierwszym, który skutecznie uciekł z tego niemieckiego obozu śmierci. Nigdy o tym nie zapominajmy!      






PS1: 
NA OSTATNIEJ KONFERENCJI PRASOWEJ PREZYDENTÓW DUDY I TRUMPA (PODCZAS WIZYTY ANDRZEJA DUDY W USA - GDZIE RZECZYWIŚCIE, WITANY BYŁ NICZYM KRÓL, CO RZADKO SIĘ ZDARZA), I NIE WCHODZĄC W SZCZEGÓŁY TEGO, CO ONI TAM WYNEGOCJOWALI - PADŁY WAŻNE SŁOWA, ODNOSZĄCE SIĘ RÓWNIEŻ DO II WOJNY ŚWIATOWEJ, SOWIECKIEJ OKUPACJI CZY WOJNY POLSKO-BOLSZEWICKIEJ






PS2:
PIĘKNY MECZ ZAGRALI POLSCY PIŁKARZE Z IZRAELEM, AŻ MIŁO BYŁO POPATRZEĆ NA TO POPATRZEĆ

POLSKA  4 : 0  IZRAEL 





 CDN.
 

piątek, 14 czerwca 2019

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. I

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ




 

"JEŚLI SIĘGNIEMY W PRZESZŁOŚĆ, PRZEKONAMY SIĘ, ŻE KAŻDA UCZONA NIEWIASTA BYŁA WSTYDLIWA"

JAN LUDWIK VIVES
"O WYCHOWANIU NIEWIASTY CHRZEŚCIJANKI"
(1524 r.)



 Jak wychować przykładną żonę a jak dobrego męża? Te pytania stawiali sobie już starożytni i mieli w tej kwestii zaprawdę wiele ciekawych porad. Dziewczęta i chłopców oczywiście wychowywano oddzielnie i czego innego uczono. Na przykład w poradniku dla młodych panien autorstwa Klementyny z Tańskich Hoffmanowej pt.: "Pamiątka po dobrej matce" z 1819 r., można przeczytać m.in. takie zdanie odnośnie stosunku żony do męża: "Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem. To sposób najlepszy przywiązania sobie na zawsze męża. Skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, uprzyjemnianiem każdej chwili, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie". Hoffmanowa pisze dalej że rozpadowi związków małżeńskich w ogromnej większości winne są kobiety, gdyż nie potrafią dogodzić swemu małżonkowi a potem skarżą się że ten staje się im obojętny. Pani Hoffmanowa pisze dalej tak: "Dobra żona powinna więc nie tylko dostosować się do humorów współmałżonka, lecz także pamiętać, żeby nie oczekiwać od niego zbyt wiele. Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka". A należy pamiętać że praktycznie do końca XIX stulecia, książka Hoffmanowej była prawdziwą biblią dla matek, chcących przygotować swoje córki do życia w społeczeństwie (czyli do zamążpójścia - gdyż to był pierwszy z dwóch najważniejszych celów każdej kobiety, drugim było urodzenie dziecka - im więcej tym lepiej - a szczególnie synów). Dziewczęta powinny więc być wstydliwe, umieć się ładnie kłaniać, "trzymać rączki w małżyk" (dłonie złożone na krzyż, wewnętrzną powierzchnią do siebie), nie przystoi im śmiać się na głos a jedynie lekko uśmiechać przygryzając wargi, nie powinny też podczas przyjęć dotykać jadła a jedynie lekko moczyć usta w winie.

Nie wolno jednak dopuścić aby młode kobiety przez takie wychowanie stały się próżne i leniwe. Dlatego też należy im wynajdować pracę, która będzie dla nich odpowiednia. Powinny więc umieć prząść wełnę i len i oczywiście zdobywać umiejętności przygotowywania posiłków (ale nie mają to być jakieś wyszukane potrawy, kuchnia dla niewiast ma być lekka, zdrowa i prosta, chyba że ów posiłek przeznaczony jest dla męża). Panna z dobrego domu powinna też oczywiście posiąść wiedzę w czytaniu i pisaniu, oraz znajomości przynajmniej jednego języka obcego. Ale nie powinny być za mądre i dyskutować na równi z mężczyznami, gdyż to powoduje iż: "wyzbywają się wstydliwości i skromności niewieściej" - jak pisał Jan Ludwik Vives. Dobra żona powinna być wizytówką męża, powinna dbać o podtrzymanie ogniska domowego. "Dom to warsztat kobiety" - jak pisał Francois Fenelon - "o ile ten dom będzie prowadzony umiejętnie i porządnie, będzie miły mężowi, a zarazem będzie najodpowiedniejszym terenem wychowania zdrowych, normalnie rozwijających się dzieci". O ile wiek XVIII można nazwać wiekiem upadku pruderii i niesamowitej wręcz seksualnej emancypacji kobiety, o tyle wiek XIX to powrót do starych zasad ścisłej moralności i ponownego ujarzmienia rozbuchanej kobiecej (seksualnej) natury. Po krwawej Rewolucji Francuskiej i wojnach okresu napoleońskiego, Europa wróciła do sztywnych zasad moralnych, w tym również do ścisłej kontroli moralności (głównie, choć oczywiście nie tylko) wśród kobiet. O tym właśnie zamierzam napisać. Jednak nie byłbym sobą, gdybym ograniczył się jedynie do wieku XIX lub całego okresu nowożytnego. Aby bowiem zaprezentować kontekst całościowy wychowania młodych mężczyzn i kobiet, należy cofnąć się nieco dalej - co najmniej do epoki Grecji klasycznej, okresu hellenistycznego i starożytnego Rzymu. Przejdźmy więc tam czym prędzej:      





 GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.) 

Cz. I






 "KTO NIE POTRAFI CZYTAĆ I PŁYWAĆ - 
NIE JEST CZŁOWIEKIEM"

ATEŃSKIE PRZYSŁOWIE


Ateńczycy uważali że umiejętność czytania i pisania jest gwarantem nie tylko obywatelskości i umiejętności włączenia się w społeczne życie polityczne miasta, ale przede wszystkim jest gwarantem człowieczeństwa. Z tej umiejętności zwolnione były tylko dwie kategorie ludności - niewolnicy (mam tutaj na myśli ogół niewolników wykonujących wiele zleconych zadań, bowiem byli przecież bardzo dobrze wykształceni niewolnicy-pedagodzy, których oczywiście to kryterium nie obejmowało) i kobiety. Oczywiście kształcenie dziewczynek należało do prywatnej sprawy obywateli i każdy ojciec mógł indywidualnie podchodzić do tej kwestii. jednak głównym celem życia kobiety było przygotowanie się do roli żony i matki - i tego głównie uczyły się przez całe swoje życie. Dlatego też kobiet nie postrzegano w społeczeństwie ateńskim (szczególnie od V wieku p.n.e.) jako ludzi, gdyż z reguły nie potrafiły one "ani czytać ani pływać".


NARODZINY DZIECKA


Ideałem była męska jurność i kobieca płodność a wzorem choćby tacy mityczni herosi jak Herakles (co jednej tylko nocy zdeflorował pięćdziesiąt dziewic), czy Tezeusz (który na równi zabijał potwory i pozbawiał cnoty młode niewiasty). Popularne stały się słowa, wypowiedziane przez Demostenesa: "Dla potrzeb ducha mamy hetery, dla uciech ciała mamy kurtyzany, a żony po to, aby rodziły nam synów i strzegły domowego ogniska". I w zasadzie pozycja kobiety greckiej (a w szczególności ateńskiej) sprowadzała się do tych dwóch na dobrą sprawę funkcji - "naczynia miłości" i "strażniczki domowego ogniska", przy czym te dwie funkcje nie tylko że się ze sobą nie łączyły, ale były wręcz postawione jako swoiste przeciwieństwo. Żona nie mogła stać się heterą (czyli luksusową kurtyzaną), a hetera nie była godna by stać się żoną jakiegokolwiek mężczyzny (przypadki małżeństw klientów z kurtyzanami co prawda się zdarzały, ale były bardzo rzadkie i raczej nie był to powód do chluby). Od żony wymagano przede wszystkim czystości, skromności i godności, od hetery seksapilu, umiejętności uwodzenia i bezpośredniego charakteru. Hetery były prostytutkami do wynajęcia (co prawda luksusowymi prostytutkami - ale jednak), i nawet te, którym udało się wyjść za mąż (z reguły na starość większość z nich kończyła podobnie - jako burdelmamy prowadzące domy publiczne i podsyłające młode niewolnice swym byłym klientom i sponsorom), nie były traktowane jak żony. Przykładem może być tutaj choćby hetera Neera z Koryntu (żyjąca w połowie IV wieku p.n.e.), która namówiła niejakiego Stefanosa, by ten się z nią ożenił, lecz nie była akceptowana przez inne kobiety, a wielu mężczyzn znało ją z jej wcześniejszych erotycznych umiejętności, a niektórzy wręcz opisywali najintymniejsze zakamarki jej ciała (jak pisze Demostenes: "Tam spało z nią, kiedy się upiła (...) wielu innych, nawet słudzy Chabriasa").

Przejdźmy jednak do żon, bo to one rodziły prawowitych obywateli i przedłużały rody swych mężów. Na przełomie VI i V wieku p.n.e. zmieniła się zupełnie pozycja greckiej (ateńskiej - gdyż wpływ Aten oddziaływał również i na inne helleńskie polis) kobiety, można wręcz powiedzieć że doszło wówczas do prawdziwej rewolucji obyczajowej, z tym że realnie była to rewolucja pozbawiająca kobietę jej podmiotowości prawnej a nawet seksualności. W czasach mykeńskich i homeryckich kobiety w zasadzie niewiele różniły się w swej pozycji społecznej od mężczyzn - oczywiście żona, która wchodziła do domu męża (z reguły to kobieta przechodziła do domu mężczyzny, bardzo rzadko działo się na odwrót) i tam zajmowała swe kobiece obowiązki, związane z prowadzeniem domu, to jednak jej pozycja była dość duża, a w każdym razie była ona wolna i mogła nie tylko swobodnie poruszać się po mieście bez pozwolenia małżonka, ale również dziedziczyć jego majątek. Jeśli żona zdradziła męża, ten mógł się z nią natychmiast rozwieść (małżeństwo zresztą w tym okresie nie było jeszcze tak bardzo zinstytucjonalizowane i opierało się po prostu na obopólnej zgodzie na wspólne życie - było to więc bardziej partnerstwo życiowe niż małżeństwo rozumiane w dzisiejszych kategoriach) i nie był do tego potrzebny ani kapłan ani nawet urzędnik. Zdrada żony była powodem natychmiastowego rozwodu, ale zdrada męża nie była adekwatna, wręcz przeciwnie, mąż mógł (nawet we własnym domu) obcować z niewolnicami lub sprowadzanymi tancerkami i nie był to dla żony powód do rozwodu. Rzadko jednak dochodziło do takich sytuacji, aby żona i kochanka męża mieszkały pod jednym dachem (natomiast np. u Celtów było naturalne że mąż utrzymywał w swym domu oficjalną kochankę lub kochanki, które mieszkały z jego żoną, lecz zawsze to żona musiała wyrazić zgodę na ich wspólne zamieszkanie). Pierwsze zmiany pojawiły się już z początkiem VI wieku p.n.e.




Wcześniej bowiem kobieta mogła dziedziczyć majątek zarówno po mężu jak i po ojcu (dostawała co prawda mniejszą część niż synowie, ale jednak). Po reformie Solona z 594 r. p.n.e. córka nie mogła już odziedziczyć żadnej nieruchomości po ojcu, choć wciąż mogła nią rozporządzać (gdy np. była jedynaczką i nie miała braci). Nie była to jej własność według prawa, lecz własność rodziny jej ojca (której jurysdykcji podlegała) i choć to ona realnie zarządzała nieruchomością, musiała ją przekazać jakiemuś innemu mężczyźnie (niekoniecznie z rodziny ojca, mógł to być np. jej mąż lub syn), który prawnie byłby jej właścicielem. Po roku 507 p.n.e. i reformach demokratycznych Kleistenesa, małżeństwo stało się nie tyle już dobrowolnym, ile prawnym instrumentarium demokratycznego ustroju miasta (taka funkcja małżeństwa obowiązywała już od czasów Solona, z tym że wówczas dopuszczano również i związki pozamałżeńskie i zrodzone z nich dzieci - jako przyszłych obywateli). Małżeństwo stawało się teraz uświęcone, a zrodzone z niego dzieci były jedynymi pełnoprawnymi obywatelami ateńskiej polis. Od reformy Kleistenesa, tylko dzieci poczęte z w małżeństwie miały prawo dziedziczenia i pełne przywileje związane z posiadaniem obywatelstwa ateńskiego, natomiast po 451 r. p.n.e. i reformie Peryklesa, nie tylko dzieci zrodzone z małżeństw miały pełne prawa obywatelskie, ale również takich małżeństw, w których oboje rodzice byli Ateńczykami. W czasach Peryklesa co prawda pozycja prawno-społeczna kobiety została drastycznie obniżona, ale wprowadzono też pewne bezpieczniki w prawie, które gwarantowały kobiecie bezpieczeństwo w przypadku rozwodu (takie jak zwrot posagu, który żona wniosła do związku w chwili ślubu, oraz możliwość zawarcia związku przez ubogie dziewczęta, których nie było stać na wniesienie posagu - ich potomstwo, jeśli były one Atenkami - również stawało się legalne i zaliczane do pełnoprawnych obywateli - ponoć te przepisy wymogła na Peryklesie jego kochanka - Aspazja z Miletu, dla której to porzucił żonę i swoje legalne dzieci).

Małżeństwa nie zawierano jednak od tak sobie dla przyjemności czy nawet z miłości. Celem głównym i podstawowym każdego małżeństwa było spłodzenie potomstwa. Dlatego też prawo nakazywało małżonkowi (który lubował się często w orgiach - zwanych przez Greków sympozjonami) co najmniej trzy razy w miesiącu odwiedzać łoże żony. Urodzenie dziecka (a konkretnie - syna, gdyż córki traktowane były w Atenach jak osoby drugiej a może nawet trzeciej kategorii i nie wliczały się jako osoby przedłużające ród ojca), było priorytetem każdej kobiety - to była podstawa każdego związku małżeńskiego. Żona w czasie ciąży przebywała z reguły (gdyż należy rozgraniczyć, im dom był majętniejszy, tym pozycja kobiety była mniejsza, im zaś biedniejszy i ograniczający się do jednej izby, tym pozycja kobiety niewiele różniła się od pozycji jej męża) w pomieszczeniu dla kobiet zwanym gyneceum. Tam w otoczeniu niewolnic i przyjaciółek oczekiwała rozwiązania (notabene, o ile mężczyźni mogli cały czas obcować z innymi kobietami, sprowadzając sobie hetery - lub nawet zwykłe sprzedajne dziewki - na sympozjony, o tyle żona była zupełnie pozbawiona jakichkolwiek możliwości kontaktu z innymi mężczyznami jeśli jej mąż nie odwiedzał ją w gyneceum. Dlatego też nie należy się dziwić, że kobiety radziły sobie w trochę inny sposób, a mianowicie podczas wzajemnych odwiedzin niektóre damy wypożyczały sobie drewnianego olisbosa. Było to zwykłe dildo, wykonane z drewna, wypolerowane i nasmarowane oliwą z oliwek. Można było taki "instrument" zamówić u szewca, ale należało uważać aby mąż nie znalazł tej rzeczy, gdyż - za karę - mógł np. odebrać żonie możliwość wychodzenia z domu, zmykając gyneceum na klucz. Grecy bowiem, choć sami kopulowali i rozsiewali swe nasienie na prawo i lewo, uważali że jeśli pozwoli się kobiecie na zbytnią niezależność, to ta zamieni się w niewyżytą seksualnie wiedźmę, która jedyne o czym będzie myślała, to o zaspokojeniu własnej chuci. Takie przeświadczenie, choć nam może wydawać się dziwne lub zgoła niedorzeczne, wcale takowym nie było dla Greków, gdyż jedyne o co często prosiły żony swych mężów to było właśnie... zbliżenie cielesne. Kobiety były bowiem wyposzczone, pozbawione bliskości swego męża, siedziały same w swoim towarzystwie bez jednego nawet "męskiego cienia". Nic więc dziwnego, że gdy odwiedzał je małżonek, lub wspólnie spożywali posiłek, żony starały się zaciągnąć go do łoża. W oczach Greków powstał jednak obraz ciągle napalonej, bezrozumnej istoty, która nie potrafi zaakceptować faktu że mężowie potrzebują jej tylko do rodzenia synów i do niczego więcej).




Kobiety postrzegano więc jako ułomne, ciągle napalone (dosłownie) syreny, którym należy jasno i otwarcie pokazać gdzie jest ich miejsce. I tak gdy mąż wprowadzał żonę do swego domu w utworze Ksenofonta pt.: "Oikonomikos" ("O gospodarstwie"), mówił jasno że jej głównym zadaniem jest dać mu syna (lub synów), a następnie rozdzielił pomiędzy nią obowiązki domowe, mówiąc: "Ponieważ Bóg tak ukształtował ciało i duszę mężczyzny, iż ten lepiej znosi chłód, skwar, forsowny marsz i wyprawy wojenne - powierzył mu też prace poza domem (...) Będąc zaś świadomym, iż celem kobiety jest opieka nad nowo narodzonymi dziećmi, obdarzył ją, w większej mierze niż mężczyznę, zdolnością kochania potomstwa". Kobieta jako obdarzona "bojaźliwą naturą", przeznaczona jest więc do przebywania w domu i pielęgnowania domowego ogniska. Podział obowiązku był więc prosty i jasny - prace w domu wykonuje kobieta, prace poza domem - mężczyzna. Dlatego też, gdy wreszcie zaczynał się poród... mężczyźni kompletnie znikali z domu, a poród odbierały albo sprowadzone piastunki, albo przyuczone do tego niewolnice. Po urodzeniu dziecko owijano materiałem i wiązano spiralnie, tworząc zawiniątko (w Sparcie czegoś takiego nie robiono). Dziecko przebywało wraz z matką w gyneceum. Tam też była drewniana kołyska, w której go usypiano. Atenki (jak większość Greczynek) często osobiście karmiły swoje dziecko i bardzo rzadko korzystanły z usług niewolnic lub piastunek (tylko wtedy, gdy matka nie miała pokarmu, lub miała go zbyt mało). Ponieważ gynecea były ulokowane na piętrze, część kobiet zamieniała się pokojami ze swymi mężami (aby w ciemności nie spaść z niemowlakiem ze schodów i łatwiej go nakarmić), którzy jak ów Eufiletos, godzili się przenieść wówczas na piętro, do pokoju żon (czyli do gyneceum). Zaś ona zajmowała cały parter (czyli główne pomieszczenia domu), tłumacząc że tak łatwiej będzie jej zajmować się niemowlakiem (potem okazało się że żona Eufiletosa, którego namówiła na tę zmianę, przyjmowała na dole także i swojego kochanka).

W zamożniejszych domach bywało jednak tak, że co prawda to matka karmiła swoje dziecko, ale następnie oddawała go do ukojenia piastunce lub niańce (co samo w sobie nie musiało się wykluczać). Ojcowie zaś praktycznie nigdy nie zajmowali się swymi dziećmi, a utwory gdzie jest to pokazane (jak choćby w "Chmurach" Arystofanesa), mają na celu wyśmianie tego typu praktyk. To matki lub piastunki śpiewały dziecku w kołysce piosenki i tuliły go do snu. Gdy dziecko podrosło na tyle, że rozumiało już wypowiadane do niego słowa, a nie słuchało się matki - straszono je różnymi dziwadłami z bajek (np. z bajek Ezopa). Mówiono też że jeśli będzie niegrzeczne, to porwie je wilk (z bajki o "Wilku i starusze" Ezopa). Dzieciom opowiadano też bardzo dużo bajek (np. Sokrates znał wszystkie bajki na pamięć, jakie opowiadała mu matka w dzieciństwie i aż do końca życia mógł je powtarzać. Zaś siedząc w celi śmierci tuż przed swą egzekucją, zaczął nawet... układać do nich rymy). Jednak wróćmy do narodzonego niemowlaka. Otóż, siódmego dnia po narodzinach odbywało się święto, podczas którego matka (lub piastunka) obnosiła dziecko wokół ołtarza domowego, przy którym rozpalano ogień. Było to święto rodzinne, na które sprowadzano gości (głównie członków rodziny), a dom na tę okoliczność pięknie dekorowano (drzwi domu zaś ozdabiano wieńcem laurowym - jeśli urodził się chłopiec i wełną - jeśli na świat przyszła dziewczynka), po czym następowała uczta (była to jedna z nielicznych publicznych okazji, podczas których żona mogła ucztować przy boku męża. Z reguły bowiem przyjęcia odbywały się tak, że kobiety udawały się na piętro do gyneceum, zaś mężczyżni w otoczeniu muzykantek i tancerek - czy też heter - organizowali sobie sympozjum na parterze. Żona jadała z mężem posiłek tylko wówczas gdy byli sami, choć też nie zawsze, wszystko bowiem zależało od tego, czy mąż chciał spożyć go w obecności żony).

Dziesiątego dnia po narodzinach, organizowano zaś uroczystość nadania dziecku imienia (z reguły ojciec, za zgodą matki nadawał mu imię po członkach swojej rodziny i jeśli urodził się syn, z reguły dostawał imię po dziadku). Znów spraszano gości i po złożeniu ofiar przez ołtarzem Hery, ponownie kładziono się do uczty (zarówno Grecy jak i Rzymianie nie spożywali posiłków na siedząco a tylko  na leżąco - jedynym wyjątkiem od tej reguły były śniadania, które rzeczywiście spożywano siedząc na krzesłach. Potem zaś, gdy chrześcijaństwo zaczęło zdobywać coraz większe znaczenie, uznano leżący rodzaj spożywania pokarmu za niegodny wobec Boga). Tego dnia goście przynosili niemowlakowi zabawki, oraz wręczali prezenty matce (głównie jakieś naczynia domowe). Zabawki, jakie wówczas otrzymywało dziecko, to były głównie grzechotki. Przez pierwszych siedem lat dzieci chowały się w gyneceach pod okiem matki, piastunki lub niańki i to zarówno chłopcy jak i dziewczynki. W tym czasie pojawiały się nowe zabawki, takie jak gliniane lalki z ruchomymi rączkami i nóżkami dla dziewczynek, gliniane zwierzęta dla chłopców (żółwie, zające, kaczki, a nawet małpy), drewniane okręty (wyściełane skórami) lub wozy z obracanymi kółkami, które można było ciągnąć. Za nieposłuszeństwo stosowano kary w postaci bicia dziecka sandałem lub paskiem (a raczej linką, którą używano do spięcia kobiecych chitonów). Gdy zaś dziecko kończyło 7 rok życia, następowała gwałtowna zmiana i odtąd chłopiec szedł do szkoły, zaś dziewczynka... nadal pozostawała przy matce w gyneceum. Od tej chwili drogi rodzeństwa rozchodziły się i brat przygotowywał się do roli obywatela oraz żołnierza stojącego na straży interesów swego polis, zaś siostra szykowała się do roli... "nosicielki dzieci" (jak w Atenach nazywano matki) i posłusznej żony przyszłego męża. O tym jednak w kolejnej części.      

             




 CDN.

środa, 12 czerwca 2019

NIEWOLNICY DO ZADAŃ SPECJALNYCH - Cz. VI

CZYLI JAKIE BYŁY NAJWIĘKSZE 

OŚRODKI HANDLU NIEWOLNIKAMI W

STAROŻYTNOŚCI I ŚREDNIOWIECZU.

ORAZ SKĄD I Z JAKICH 

WARSTW SPOŁECZNYCH NAJCZĘŚCIEJ

POCHODZILI KANDYDACI

NA NIEWOLNIKÓW




 I

ANTYCZNA GRECJA

i ŚWIAT HELLENISTYCZNY

(V wiek p.n.e. - II wiek p.n.e.)

Cz. VI


ALEKSANDRIA

STOLICA ŚWIATA

(NIEWOLNICZEGO) ZAMIESZKAŁEGO

(III - I wiek p.n.e.)

Cz. II




Paidarion (paidaria) - czyli niewolnicy (jak ich potocznie - w prywatnych listach lub w rachunkowości - nazywano w Egipcie Ptolemeuszy. Z reguły zaś do niewolników zwracano się po imieniu lub używając słowa: "παῖς" - "pais" - "ty", lub też pieszczotliwie: "παιδῖσκη" - "paidiski" - "dzieciaczki". Znacznie rzadziej i tylko w oficjalnych dokumentach tytułowano ich "doulos" i "andrapodon" - czyli "niewolnik" lub "człowiek". Ponieważ forma "paidarion" - "młodzieniec/niewolnik", była powszechna, to właśnie nią będę się posługiwał), wykorzystywani byli do wielu ciężkich prac, związanych z funkcjonowaniem egipskiej gospodarki i handlu. Do prac polowych najczęściej używano Syryjczyków. Byli oni najczęstszą grupą wśród niewolników egipskich, których przeznaczano do pracy na roli i obsługi winnic (inną dość liczną grupą, byli zaś... rodzimi Egipcjanie, którzy jako robotnicy sezonowi zaciągali się do takich prac, pobierając jednocześnie dzienne lub miesięczne wynagrodzenie - nazywano ich "ergatai" lub "somata" - w zależności od umowy na którą się zgodzili i wypłacanego wynagrodzenia). Innych niewolników kierowano do wypasania owiec lub do prac w zakładach rzemieślniczych, pozostali zaś stanowili tzw.: "personel domowy" (przy czym, jeśli właściciel posiadał kilkunastu niewolników, to z reguły większość z nich kierował do prac polowych lub rzemieślniczych, np. jeśli niejaki Laptines z III wieku p.n.e. posiadał 13 niewolników o imionach greckich i 3 o imionach egipskich - nie oznaczało to że byli to Grecy czy Egipcjanie, gdyż właściciel mógł dowolnie nazwać swych niewolników - to 12 z nich przeznaczał do prac poza domem, a tylko czterech do służby w domu).

W domach przeważały kobiety-niewolnice (choć w ogólnej liczbie niewolnic zawsze było mniej niż niewolników). Kobiety przeznaczano też do pracy w szwalniach (największe manufaktury tekstylne w Egipcie istniały w Memfis). Powstał też specjalny podatek od posiadania niewolnika, ale z reguły był on symboliczny i tak od 263 r. p.n.e. (gdy po raz pierwszy wprowadził go Ptolemeusz II Filadelfos) wynosił on 3 obole rocznie i został zmniejszony ok. 245 r. p.n.e. do 1,5 obola (za niewolnika bez względu na jego płeć). Co 14 lat odbywały się powszechne spisy ludności w Egipcie Ptolemeuszy (obejmujące również niewolników) i na tej podstawie ustalano kwotę na kolejne 14 lat. Wśród niewolników była też oczywiście odpowiednia hierarchia a to oznaczało że kontrola pracy odbywała się także za pośrednictwem samych niewolników (w 257 r. p.n.e. Zenon, który zaopatrywał w niewolników greckich i egipskich wytwórców, napisał skargę na postępowanie niejakiego Apolloniosa, który miał ukarać chłostą za jakieś przewinienie krawca Iol;asa - sprowadzonego przez Zenona. O winie Iollasa natomiast poinformowała Apolloniosa pewna kobieta o imieniu Bria - która była jego niewolnicą - jest bowiem tam wymieniona jako "paidaria". Ona również kontrolowała dostawę materiału i rozdzielała go pomiędzy innych niewolników, poza tym towarzyszy jej też niejaka Kasja - druga nadzorczyni). Zaufani niewolnicy byli też często wysyłani też po odbiór materiału (jak choćby niejaka Sfragis, która skarży się w podaniu z roku 258 p.n.e. iż skradziona wełna, jaka padła łupem rabusiów - została odnaleziona i ona w imieniu swego pana, prosi Leontiskosa - dowódcę oddziałów porządkowych tzw.: "phylaciti" - o zwrot wełny). W szwalniach pracowały w większości kobiety, przy pracach polowych mężczyźni (przy czym niewolnicy w tej gałęzi gospodarki byli w znacznej mniejszości, gdyż państwo wspierało tradycyjny model egipski, polegający na wykorzystywaniu do pracy w polu okolicznych chłopów lub - co też było dość rzadkie ale jednak występowało - wynajętych robotników sezonowych).

Mężczyźni pracowali również przy produkcji cegieł i w wielu innych zakładach rzemieślniczych oraz dominowali w handlu a także jako posłańcy listów i podarków od pana. Wszelkie prace, związane z ciężką pracą fizyczną poza domem (jak np. produkcja smoły) zarezerwowane były dla męskich niewolników, natomiast dom obsługiwany był w większości przez niewolnice (czasem tylko męski personel stanowili np. kucharz, woźnica czy masażysta). Zajęcia domowe dla kobiet podzielone były zaś następująco - przygotowywanie posiłków (np. mielenie ziarna, skubanie kurcząt, pieczenie chleba, przyrządzanie potraw) oraz obsługę pana domu, jego rodziny i gości. Niewolnice również przędą i sporządzają odzież, oraz zajmują się praniem. Istnieją też niewolnice które umilają czas swym właścicielom graniem na różnych instrumentach (jak choćby niejaka Satyra, należąca do wspomnianego wyżej Apollodorosa, która gra na kitarze i jest ulubienicą swego pana - należąc do kategorii uprzywilejowanych, czyli takich niewolników którzy nie musieli ciężko pracować). Poza tym w zamożnych domach były i tancerki i aktorzy. Czasem zdarzało się też przekazywanie niewolników do pracy w zamian za długi (czas i efekty pracy niewolnika, należącego do dłużnika - poświęcany wierzycielowi - stanowił formę spłaty długu). Ciekawe są również testamenty, w których właściciele przekazują w spadku swych niewolników. I tak niejaki Peisias z Licji (zamieszkały w Aleksandrii), osoba żyjąca w III wieku p.n.e. - przekazuje swemu synowi prócz okazałej posiadłości w Aleksandrii i domu w osadzie Boubastos, także syryjskich niewolników o imionach: Dionizios, Eutychos, Absila (i jej córkę) Eirene. Swojej żonie zaś ofiarowuje także syryjską niewolnicę o imieniu - Lybission. Inny bogacz - Filon (zmarły w latach 50-tych III wieku p.n.e.), zapisuje żonie i córce swój dom i pole a także dwie niewolnice - Partenios i Myrinę, kilku niewolników oraz pewnego wolnego człowieka, odpracowującego niewolę za długi. 




Zakupy w mieście również z reguły wykonywali niewolnicy płci męskiej (przy czym w zamożnych domach było nawet i tak - co wyśmiewa Teofrast w "Charakterach" - iż wysyłano dwóch niewolników, jednego aby sprawdził ceny i drugiego, który dopiero robił zakupy). Zdarzało się też że właściciele wysyłali niewolnice, aby te wykarmiały dzieci w domach, w których matki nie miały pokarmu (inkasując za to oczywiście odpowiednią kwotę). W wielu (szczególnie zamożnych) domach, życie niewolników było nie tylko znośne, ale i nawet całkiem wygodne a ich status niewiele tylko różnił się od statusu członków rodziny (np. w liście niejakiego Menona z II wieku p.n.e., wymienia on pozdrowienia dla swego brata Hermokratesa i pisze: "Mam nadzieję, że jesteś zdrów. My również czujemy się dobrze, zarówno ja, jak i Afrodisia, nasza rodzina, jak i niewolnica ze swoją rodziną" (sam fakt że niewolnica została wymieniona w tekście, oznacza iż jej pozycja była bardzo dobra i w zasadzie niewiele mniejsza od pozycji małżonki owego Menona, co może też sugerować, że być może była ona jego kochanką). Relacje na linii pan-niewolnik stawały się często tak silne, że mogły uratować życie, jak choćby w przypadku opisanym przez Herondasa w jego "Mimach", w którym stosunek miłości matczynej zamożnej kobiety o imieniu Bitynna do jej niewolnicy (traktowanej jak córka) Kydilli, ratuje życie niejakiemu Gastronowi - niewolnikowi Bitynny, który jest też jej kochankiem. Gastron zdradza swą panią z jedną z niewolnic, za co ona każe go biczować (wymierzając karę 2 000 batów - czyli realnie skazując go na śmierć) oraz napiętnować rozgrzanym żelazem. Wówczas w obronie Gastrona staje właśnie Kydilla, która prosi Bitynnę o łaskę dla tego niewolnika i... otrzymuje ją, ratując mu jednocześnie życie. 

Zdarzały się też związki małżeńskie pomiędzy panami a niewolnicami lub paniami i niewolnikami. Małżeństwo jednak samo w sobie nie oznaczało wyzwolenia, lecz oznaczało przekazanie niewolnikowi pewnej własności, której on był tylko posiadaczem (bowiem w normalnej sytuacji każda własność należąca do niewolnika i tak była własnością jego właściciela). Poza tym taki niewolnik odpowiada osobiście wobec prawa za każdy popełniony przez siebie czyn, przy czym niewolnicy, którzy weszli w związki małżeńskie z wolnymi ludźmi, nie byli (z reguły) poddawani torturom podczas przesłuchań przy składaniu zeznań (bowiem zeznanie niewolnika przeciwko człowiekowi wolnemu nie miało żadnej wartości, jeśli wcześniej nie został on poddany torturom by wykluczyć kłamstwo i ocenić prawdomówność). Natomiast potomstwo zrodzone z takich związków, stawało się wolne i przejmowało status rodzica wolnego (zarówno mężczyzny jak i kobiety). Poza tym jeśli niewolnik zranił osobę wolną - według prawa otrzymywał 100 batów, chyba że jego właściciel zgodził się finansowo zadośćuczynić pokrzywdzonemu. To tyle jeśli idzie o Aleksandrię i Egipt "greckich papirusów", przejdźmy zatem teraz na małą, grecką wysepkę Delos - która od lat 60-tych II wieku p.n.e. stała się jednym z największych centrów niewolniczych i stanowiła prawdziwą konkurencję dla Aleksandrii oraz potem dla rynków sycylijskich i południowo-italskich. 



DELOS

MAŁA WYSPA - WIELKI RYNEK

(II wiek p.n.e. - I wiek po Chrystusie)




Przez bardzo długi czas greckiej historii, wyspa Delos nic nie znaczyła. Położona w archipelagu Cyklad na Morzu Egejskim i wciśnięta pomiędzy dwie większe wyspy: Reneę i Mykonos, była jakby oderwaną od nich łupiną orzecha. Grecy jednak traktowali tę wyspę z pewną atencją, jako że to właśnie tutaj miał się narodzić Apollon. Na wyspie istniała więc świątynia Apollona i Artemidy (boskiego rodzeństwa) jak również Dionizosa oraz krąg świątynny Zeusa. Staraniem mieszkańców było zamienienie wyspy w jedno z centrów religijnych Hellady, oraz najważniejszego sanktuarium ludów jońskich. Dlatego też zawiązali sojusz z Atenami, rządzonymi wówczas przez tyrana Pizystrata, który w latach 30-tych VI wieku p.n.e. dopomógł Delijczykom przeprowadzić akcję "oczyszczania" świętego okręgu wokół świątyni Apolla z grobów. Wszystkie groby zostały więc rozkopane i wyjęto z nich ciała (lub to co zostało) i przewieziono na dwie okoliczne wyspy. Spowodowało to że od ok. 530 r. p.n.e. Delos stała się miejscem pielgrzymek do świątyni Apollina - czyli jej funkcja skupiała się jedynie na aspekcie religijnym. W 490 r. p.n.e. wyspę (podobnie jak i całe Cyklady z takimi wyspami jak Naksos, Paros czy Andros), zajęli Persowie, zdążający na podbój Hellady pod wodzą Datysa i Artafernesa. Cyklady zrzuciły perską zależność dopiero po morskiej interwencji Aten i Sparty na wiosnę 479 r. p.n.e. Pozycja polityczna Delos znacznie wzrosła na przełomie 478/477 r. p.n.e. gdy w małej, doryjskiej kolonii położonej w cieśninie bosforańskiej - Byzantion (późniejszym Konstantynopolu), pod przewodnictwem Arystydesa Sprawiedliwego z Aten (który miał oświadczyć zebranym że: "Dopóki słońce świeci nad Ziemią, dopóty Ateny będą walczyć z Persją"), powołano do życia Związek Morski. Delos stało się odtąd centrum związkowym i (jako jeden z nielicznych członków), posiadało do końca istnienia Związku (czyli do klęski w wojnie peloponeskiej w 404 r. p.n.e.) status członka autonomicznego.

Na wyspie znajdował się również skarbiec Symmachii i tam też odbywały się zebrania Rady Związku Morskiego. Zmieniło się to w roku 454 p.n.e. gdy pod wpływem niepowodzeń egipskiego buntu Inarosa i klęski ateńskiej "wyprawy egipskiej", obawiano się ataku ze strony Persji i postanowiono przenieść skarbiec Związku Delijskiego do Aten (oczywiście jak twierdzono jedynie na czas trwania konfliktu, jednak nigdy już nie wrócił on na Delos) i od tej pory z pełną premedytacją można nazywać to morskie porozumienie helleńskich polis - Ateńskim Związkiem Morskim. Zmieniono również charakter składek, jakie członkowie mieli wpłacać do wspólnego skarbca. Teraz już nie wymagano dostarczenia okrętów wojennych na wojnę Związku z Persami, teraz jedynie wymagano cyklicznych składek pieniężnych, z których to Ateńczycy... sami zbudowali potęgę swojej floty wojennej. Świadomość tego iż dobrowolny Związek morskich polis, pragnących uchronić się przed perską inwazją, stał się teraz całkowicie odgórnie kontrolowaną przez Ateńczyków organizacją wymuszającą haracze, bardzo powoli docierał do przekonania poszczególnych członków. Jednak prawdziwe krwawe masakry dokonywane przez Ateńczyków na Karystos, Naksos, Tazos i na Eginie (za odmowę zapłaty składek do związkowej kasy), uświadomiły członkom Związku że nie są już wolnymi polis, tylko stanowią część prawdziwego morskiego ateńskiego imperium. Tak więc uciekając od Persów, wpadli w sidła Ateńczyków, którzy zmienili ich w swoich poddanych.

Przykładem swoistego upokorzenia członków Związku Morskiego, były uroczystości, jakie odbywały się w Atenach co cztery lata - zwane Wielkimi Panatenajami (ku czci bogini Ateny). Podczas procesji na "Świętej Drodze" wiodącej na Akropol, młodzieńcy ateńscy w białych tunikach nieśli transparenty z nazwami miast, które... już wpłaciły pieniądze do kasy Związku, natomiast niewolnicy w czarnych tunikach nieśli nazwy miast, które nie wpłaciły tych pieniędzy. Zresztą środki te szły nie tylko na rozbudowę floty, lecz także na wiele innych inwestycji, w tym na rozbudowę i upiększanie samych Aten. Przedstawiciele państw związkowych na Wielkich Panatenajach (Małe Panatenaje organizowano co roku) mogli podziwiać ostatnie prace wykończeniowe Fidiasza i jego pracowników w Partenonie (budowanym w latach 447-432 p.n.e.), z monumentalnym posągiem Ateny Promachos (prace nad posągiem trwały w latach ok. 466-456 p.n.e.), górującym nad Akropolem. Obserwowano również wspaniałe wejście na Akropol - zwane Propylejami autorstwa Mneskilesa i wielu innych budowli (np. świątynię i posąg Nike, świątynię Hefajstosa zwaną Tezejonem po zachodniej stronie Agory, świątynię Posejdona na Sunion, czy teatr Dionizosa), dzięki którym gwałtownie zmniejszyło się bezrobocie wśród ateńskiego ludu (co nie znaczy że do tych prac najmowano tylko obywateli, wręcz przeciwnie - większość i tak stanowili albo niewolnicy, albo przybyli do miasta artyści). Niechęć, granicząca wręcz z nienawiścią do Ateńczyków, brała się również stąd, iż tam gdzie prace budowlane (ze względu na brak środków spowodowane ateńskimi wymuszeniami) stanęły, w Atenach budownictwo kwitło w całej swojej pełni (do dziś można podziwiać na ateńskim Akropolu wzniesione wówczas budowle z Partenonem na czele). Po roku 454 p.n.e. stanęła np. budowa nowej świątyni Apollina i Artemidy na Delos, ponieważ skarbiec Związku został przeniesiony do Aten i nie  było z czego sfinansować prac.




Członkowie Związku skarżyli się że skarbiec należy do wszystkich Greków należących do sojuszu, a nie tylko Ateńczyków, oraz że pieniądze przeznaczone na walkę z Persami, wyzyskuje się na ozdabianie Aten "niczym wszetecznicy" (jak pisał Plutarch). Niewiele te głosy sprzeciwu jednak zmieniły, gdyż Ateńczycy twierdzili że to oni zapewniają bezpieczeństwo członkom Związku Morskiego i na nich to spoczywa największy ciężar wysiłku wojennego, natomiast prace budowlane są organizowane dla tych, którzy... nie mogą walczyć. Dosyć pokrętne tłumaczenie, ale przedstawiciele poszczególnych związkowych polis nie mieli innego wyjścia niż je przyjąć i zaakceptować. Inną formą niechęci wobec Aten był fakt, że miasto to zmuszało pozostałych swych "sojuszników" do przyjęcia demokratycznej (kontrolowanej przez Ateny) formy rządów. Tak samo jak Sparta w swoim Związku Peloponeskim wspierała (ale nie narzucała siłą - co bardzo ważne) system oligarchiczny, tak Ateny wszędzie wymagały od polis związkowych bezwzględnego zaakceptowania demokracji, jako obowiązującego ustroju politycznego. Próby buntów kończyły się wysłaniem floty i armii ateńskiej i masakrą lokalnej ludności. Dopiero po klęsce Aten w długiej wojnie ze Spartą (zwanej peloponeską, toczonej w latach 431-404 p.n.e.), dokonanej na własne życzenie (Ateńczycy w procesach politycznych skazali na śmierć zwycięskich oficerów bitwy na Wyspach Arginuzach z 406 r. p.n.e. co w kolejnym roku przyniosło klęskę pod Ajgospotamoj i zniszczenie całej floty, co zaś musiało doprowadzić do kapitulacji wygłodzonych Aten i przyjęcia srogich warunków przez zwycięski Lacedemon (w tym zniszczenia murów ateńskich i Długich Murów, narzucenia Atenom ustroju oligarchicznego, zainstalowania spartańskich oddziałów na Akropolu i oczywiście rozwiązania Związku Morskiego), członkowie Związku odzyskali wolność.

Klęska Aten uwolniła podporządkowane polis (na straży tego podporządkowania stały również ateńskie kleruchie - czyli kolonie obywateli ateńskich zakładane w krajach "sprzymierzonych") w tym i Delos. Późniejsza hegemonia spartańska zupełnie nie odcisnęła swego wpływu na wyspach (zresztą była krótkotrwała i nie miała tak tyrańskiego charakteru). W 378 r. p.n.e. Delos nie dołączyła do odtworzonego II Związku Morskiego (istniejącego oficjalnie do 338 r. p.n.e. a realnie nieaktywnego już od 355 r. p.n.e.). W czasie trwania wojny peloponeskiej, miał miejsce na wyspie pewnie niespotykane wcześniej wydarzenie, a mianowicie ok. 426 r. p.n.e. zabroniono mieszkańcom Delos... umierać i rodzić się na tej wyspie, gdyż poświęcono ją bogu Apollinowi (od tego czasu organizowano tam również tzw.: Igrzyska Delijskie). Teraz mieszkańcy aby umrzeć, musieli opuścić wyspę, podobnie było w przypadku narodzin (jeśli nie chcieli popełnić świętokradztwa, zresztą miało to i swoje dobre strony, bowiem na wyspie nie można było też nikogo pozbawić życia). W 338 r. p.n.e. po klęsce Ateńczyków i Tebańczyków w bitwie z Macedończykami Filipa II i jego syna Aleksandra pod Cheroneą, Delos weszło w skład zaprojektowanego w Koryncie (337 r. p.n.e.) anty-perskiego Związku (zwanego od miejsca założenia) Korynckim. Ale swoją drugą, realną pozycję polityczną w świecie greckim, osiągnęła Delos dopiero po śmierci Aleksandra Wielkiego (323 r. p.n.e.) i na początku wojen o władzę jego wodzów (diadochów), tworząc swój własny "Związek Morski".        





CDN.

wtorek, 11 czerwca 2019

HUMOR POSTERUNKOWEGO...

CZYLI KILKA ZABAWNYCH FRAZ,

WYPOWIEDZIANYCH PRZEZ

POSTERUNKOWEGO Z SERIALU:

"RODZINA ZASTĘPCZA"


DZIŚ KRÓTKO!


 Cóż, miałem pisać zupełnie o czym innym, a konkretnie o dziejących się obecnie próbach narzucenia swojej ideologii przez coraz bezczelniejszych wyznawców równości" spod tęczowego znaku LGBT, gender i tym podobnych. Ale ponieważ jako człowiek pracy, cenię swój wolny czas i tzw.: "mir domowy", wolny od wszelkiego tałatajstwa - nie mam jak na razie ochoty aby ten temat ruszać, choć bez wątpienia i tak on powróci, jako że obecnie jesteśmy (nie tylko jako Polska, jako Europa, a nawet bardziej, jako Cywilizacja Białego Człowieka), po prostu w stanie wojny. Toczy się ona już od ładnych kilkudziesięciu lat, przy czym jej natężenie miało miejsce mniej więcej od dekady, a obecnie to już jest zupełnie histeryczny atak ludzi, którzy widzą że nie wszystko zaczyna układać się tak, jak od dziesięcioleci sobie to zaplanowali (i to pomimo faktu iż wiele już zostało zrobione, jak choćby przekonanie społeczeństw do akceptacji zboczeń i "tolerancji" wszelkich odchyleń od normy, a na milionach obcych, muzułmańskich "kardiochirurgach" z Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu - kończąc). Teraz okazuje się że te wszystkie społeczeństwa, którym przez dziesięciolecia bito po głowie pałką "tolerancji i równości" dla dewiacji, zaczynają bardzo powoli, ale jednak coraz częściej się buntować. Jeszcze ci ludzie nie wiedzą dokładnie jak skutecznie działać ani nawet jak sformułować swój przekaz, ale sam fakt że podnoszą głowę po tylu dekadach, gdy już wydawało się że dawno powinni być zaorani - jest wybitnie niepokojący dla ludzi, którzy finansują i wspierają owe ideologiczne dewiacje. Powiem więcej, ci ludzie już nie mają czasu, nie ma czasu na długie, ponowne przekonywanie społeczeństw do do "tolerancji" (czyli afirmacji - bowiem to właśnie oznacza owa tolerancja). Oni muszą już teraz zaorać zarówno Europę, jak i w dużej mierze inne kraje (kręgu cywilizacji chrześcijańskiej) świata, w tym szczególnie USA. Dlatego atakują z taką furią i tak bezmyślnie, bo czynią to na oślep, po prostu wywijają swoją pałką ideologiczną, pragnąc wbić tym, którzy się buntują z całą siłą swój przekaz - co oczywiście nie może być skuteczne.

Wrócę do tego jeszcze w którymś z kolejnych tematów i wyjaśnię czym jest owa "tolerancja" dla LGBT, gender, feminizmu etc. etc. napiszę też o tej (wymienianej przez wszystkie przypadki) mitycznej "równości" o którą z takim zapałem szczególnie walczą feministki i mniejszości seksualne (swoją drogą - ktoś widział kiedykolwiek jakąkolwiek "równość", gdziekolwiek w którymś z okresów w dziejach świata? Jeśli nie, to trzeba być albo kompletnym debilem - albo też cynicznym graczem, działającym z pełną premedytacją - aby uważać że kiedykolwiek i komukolwiek uda się zbudować ustrój społeczny oparty na równości. Równość dla wszystkich można osiągnąć tylko w jednym aspekcie, ale tego akurat żaden progresywista nie chciałby wdrażać - przynajmniej w teorii. Boli mnie tylko fakt, iż tak wielu ludzi (wydawałoby się rozsądnych i myślących) daje się wpuszczać w te ideologiczne brednie o "równości" i "tolerancji" (wyjaśnię co się konkretnie kryje pod tymi, tak pięknie opakowanymi pojęciami, pod którymi każdy człowiek w zasadzie mógłby się podpisać, pod warunkiem że nie ma pojęcia, jakie są ich realne cele.Dlatego jak słyszę że ktoś zaczyna w mojej obecności prawić o "równości" - to zbiera mi się na wymioty i zaczynam się zastanawiać, czy osoba która mówi takie słowa, warta jest w ogóle mojej uwagi (jak choćby aplikujących w sprawie pracy. Miałem ostatnio rozmowę z pewną młodą panienką, która coś napomknęła przy mnie o równości - choć ja nie przeprowadzałem owej rozmowy kwalifikacyjnej. Zapytałem ją jednak czy może mi podać okres w dziejach świata, w którym udało się wprowadzić społeczną równość. Dziewczyna zaczęła się plątać - bo oczywiście takiego okresu w dziejach świata nigdy nie było, skąd więc ta pewność że kiedykolwiek powstanie, skoro wcześniej nikomu się to nie udało? Na końcu dodałem że istnieje tylko jedna równość, której podlegamy wszyscy - RÓWNOŚĆ... cmentarna. Równość dołów katyńskich i pieców krematoryjnych w obozach zagłady. Jedyna równość do której (wcześniej czy później) sprowadzają się wszystkie te pięknie opakowane hasła o "tolerancji" i "miłości". Nie lubię otaczać się głupimi ludźmi, a ktoś, kto opowiada o "równości" - jest dla mnie albo głupi, albo cyniczny. W obu przypadkach nie są to cechy które w jakikolwiek sposób by mi odpowiadały. Tyle!

Dlatego też postanowiłem przejść do lekkiego i swobodnego tematu i zaprezentować kilka zabawnych fraz - używanych przez posterunkowego z serialu "Rodzina zastępcza", które wydają mi się zabawne i które utkwiły mi w pamięci. Zacznijmy więc:







 POSTERUNKOWY CHCE ZOSTAĆ POETĄ


 "OKAZAŁO SIĘ PANI ANIU ŻE MAM TALENT"
(...)
"MOŻE DZIŚ JAKĄŚ POWIEŚĆ SOBIE STRZELĘ" 😄


UDAJE SIĘ WIĘC W TYM CELU DO ALUTKI KOSOŃ - PISARKI, ŻONY JĘDRULI


"PANI ALUTKO I JAK, PODOBA SIĘ PANI?"

"NIE WIEM, TO WYMYKA SIĘ W OGÓLE MOIM PERCEPCJOM POJĘCIOWYM"

"ZNACZY - DOBRZE CZY ŹLE?"

"MÓWIĘ ŻE NIE WIEM, PRZECIEŻ NASZE UMYSŁOWOŚCI DZIELI KILKA EPOK, MOŻE NAWET KILKANAŚCIE. PRZECIEŻ OŚWIECENIE PANA UMYSŁU NIE OBEJMUJE, MOŻE ŚREDNIOWIECZE - WCZESNE. ANTYK TEŻ ODPADA. O - JASKINIA W LASCAUX... TYLKO ŻE JA SIĘ NIE ZNAM NA RYSUNKACH ŚCIENNYCH"

"ALE JAKIE RYSUNKI, PANI ALUTKO, BO JA POWIEŚĆ NAPISAŁEM?" 😂







     
POSTERUNKOWY MUSI ZDAĆ EGZAMIN SPRAWNOŚCIOWY W POLICJI I PRZYGOTOWUJE GO DO TEGO ZADANIA DZIADEK KUBY



"PANI ANIU, WIE PANI CO U NAS W POLICJI WYMYŚLILI - KURS SPRAWNOŚCIOWY"

"TO CHYBA DOBRZE ŻEBY POLICJA BYŁA FIZYCZNIE SPRAWNA? ..."

"TAK, ALE TACY ATTYTT... ARRTTYT... ANTYTERRORYŚCI TO TAK, ALE JAK KTOŚ MA UMYSŁ LOGICZNY,  TAK JAK JA - TO PO CO MI TO?"

"ALE PO CO MI PAN TO OPOWIADA, TO JA MAM ZA PANA ZDAĆ TEN EGZAMIN?"

NIE, ZA MNIE SIĘ NIE DA. ALE MOŻE ZNA PANI JAKIEGOŚ LEKARZA, KTÓRY MÓGŁBY MI WYSTAWIĆ ZWOLNIENIE?"

"DZIADEK KUBY JEST LEKARZEM..."

"PUŁKOWNIK? ALE ON TAKI COŚ NERWOWY JEST. TRUDNO, SPRÓBUJĘ"

 (...)


"... I TAK WŁAŚNIE WYGLĄDA SPRAWA, PANIE PUŁKOWNIKU KOCHANY"

"WRESZCIE SIĘ ZA WAS WZIĘLI. PAMIĘTAM JAK BYŁEM W WOJSKU W 1963 r.  MINUS DWADZIEŚCIA STOPNI, A MY BEZ ZIMOWYCH MUNDURÓW"

"TO SIĘ PRZEZIĘBIĆ MOŻNA"

"PRZEZIĘBIĆ? CZŁOWIEKU - MYŚMY WALCZYLI ŻEBY NIE ZAMARZNĄĆ ŻYWCEM I NIKT SIĘ NIE SKARŻYŁ, DOBRY ŻOŁNIERZ TO TWARDY ŻOŁNIERZ"

"JA WŁAŚNIE CHCIAŁEM PROSIĆ O ZWOLNIENIE... LEKARSKIE"



 (...)


"PANIE JĘDRULA KOCHANY, NIECH MNIE PAN PRZECHOWA, BO DZIADEK KUBY KWIATKOWSKICH TO MNIE ZNAJDZIE, A U PANA NIE BĘDZIE SZUKAŁ"

"SŁYSZAŁEM, TRENUJE PANA, TAK?"

"TRENUJE? TO JEST JAKIŚ WARIAT, WIE PAN CO ON MI OSTATNIO KAZAŁ ROBIĆ - POMPKI Z KLASKANIEM. JAK WYRŻNĄŁEM GŁOWĄ W PODŁOGĘ, TO SIĘ JEDNA KLAPKA OBLUZOWAŁA. A ON TYLKO NAKLEIŁ MI NA NOS PLASTER I... NA MARSZOBIEG" 😀


I JESZCZE:


POSTERUNKOWY I JĘDRULA
NIE PRZEPADAJĄ ZA SOBĄ





 

ALUTKA - ŻONA JĘDRULI


 

DOBRANOC!




 

niedziela, 9 czerwca 2019

GDY RZYM NIE BYŁ RZYMEM - Cz. IV

CZYLI JAK WYGLĄDAŁO

WIECZNE MIASTO W CZASACH

NIEWOLI AWINIOŃSKIEJ

I COLA DI RIENZI?





INNOCENTY III

CESARZ KOŚCIOŁA I PAPIEŻ EUROPY

Cz. III


"KTO DOTYKA SMOŁY, TEN SIĘ POBRUDZI"

SŁOWA PAPIEŻA INNOCENTEGO III NA TEMAT PODEJRZEŃ W SPRAWIE FINANSOWANIA WYPRAWY KRZYŻOWEJ DO "ZIEMI ŚWIĘTEJ"



ŚLEPY STARZEC I MIASTO NA LAGUNIE


 ENRICO DANDOLO



 Z końcem 1198 r. przybył do Wenecji legat papieski - Soffredo z Santa Prassede, który przywiózł weneckiemu doży list od papieża Innocentego III, informujący o przygotowaniach do rozpoczęcia krucjaty. Był to pierwszy papieski wysłannik do tej morskiej republiki, który miał za zadanie poinformować i zmobilizować Wenecję do przygotowania transportu dla rycerstwa krucjatowego. Z końcem 1200 r. zaś zorganizowano drugie poselstwo do Wenecji, złożone z sześciu "najlepszych" reprezentantów Szampanii, Flandrii i Blois, którzy zostali zaopatrzeni we wszelkie możliwe prerogatywy, w tym listy uwierzytelniające od swoich władców i pieniądze (niezbędne zawsze w służbie dyplomatycznej) a także papieskie koncesje (na handel Wenecji z Egiptem). Było ich sześciu - Godfryd z Villehardoin i Emilian z Brabancji (przedstawiciele hrabiego Tybalda z Szampanii), Konon z Bethune i Alard Maquereau (reprezentujący hrabiego Baldwina z Flandrii) oraz Walter z Gaudonville i Jan z Friaise (rycerze hrabiego Ludwika z Blois). Dotarli oni do Wenecji z początkiem lutego 1201 r. i stanęli przed Wielką Radą, oraz dożą Enrico Dandolo. Dandolo w tymże roku był już prawie stuletnim (94 lata), ledwie poruszającym się o własnych siłach, niewidomym przewodnikiem Republiki św. Marka. Należał do kupieckiego rodu arystokratycznego, szczycącego się pokrewieństwem ze św. Łukaszem (choć tak naprawdę ród Dandolo nie miał przed Enricem żadnych godnych uwagi przedstawicieli). Nim Enrico został dożą, zbił pokaźny majątek na handlu. Jego błyskotliwa kariera polityczna zaczęła się na poważnie dopiero po roku 1171 i wydarzeniach, jakie miały wówczas miejsce w Konstantynopolu.

Były cztery wielkie zdarzenia w ostatnich trzydziestu latach przed projektowaną wyprawą papieża Innocentego III (zwaną IV wyprawą krzyżową). Pierwsza miała miejsce właśnie w owym 1171 r. i miała najsłabsze oddziaływanie na świadomość ówczesnych społeczeństw chrześcijańskiej Europy. Druga zdarzyła się w 1182 r. i choć obiła się wielkim echem na zachodnich dworach i w miastach, to nie miała żadnego przełożenia na realną politykę. Trzecią, była katastrofa roku 1187, czyli upadek całego chrześcijańskiego Królestwa Jerozolimskiego (pokazane to jest na filmie: "Królestwo Niebieskie" z 2005 r. z Orlando Bloomem, Liamem Neesonem i Jeremim Ironsem w rolach głównych), który to doprowadził do Czwartego wielkiego wydarzenia z lat 1189-1192, czyli III wyprawy krzyżowej, mającej odzyskać Jerozolimę (ostatecznie nie udało się tego wówczas osiągnąć, zdobyto jedynie nadmorski pas palestyńskich miast. Dlatego też papież Innocenty III rozpoczął przygotowania do nowej, czwartej krucjaty, która miała być znacznie lepiej przygotowana i wyposażona niż poprzednia i której zadaniem było odzyskanie Grobu Świętego w Jerozolimie z rąk niewiernych Maurów). Teraz pokrótce omówię jedynie pierwsze wydarzenie, jako że zarówno masakra Zachodnich Europejczyków (katolików) w Konstantynopolu w roku 1182 r., upadek Jerozolimy i związana z nim III wyprawa krzyżowa (choć były to znacznie donioślejsze sprawy dla ówczesnego Europejczyka), nie mają większego związku z obecnie omawianymi wydarzeniami.

Otóż na przełomie 1170 i 1171 r. Republika św. Marka zawarła trzy korzystne dla siebie traktaty handlowe - z sułtanem Egiptu (gdzie wkraczali na rynek wcześniej zdominowany przez Genuę i Pizę), z sułtanem Maghrebu i armeńskim królem Cylicji. Dawały one Wenecji znaczną przewagę handlową, nie tylko nad resztą włoskich republik morskich, ale również nad samym Bizancjum - które wciąż uważało się za protektora i suwerena "Miasta na lagunie". Cesarzem Bizancjum był wówczas Manuel I z dynastii Komnenów, który był wyjątkowo (jak na standardy Bizancjum) prozachodnim i pro-łacińskim władcą. Dwie jego żony - Berta (córka Berengara II księcia Sulzbach i siostrzenica cesarza rzymskiego - Konrada III z Hohenstaufów) i Maria z Antiochii (córka księcia Antiochii - Rajmunda z Poitiers) były katoliczkami, a on sam starał się przysposobić do zachodniej mody i zachodnich obyczajów (urządzał np. turnieje rycerskie, dotąd w Konstantynopolu nieznane. Zresztą na dworach Europejskich też mocno wówczas zwalczane przez Kościół, jako że rycerze chrześcijańscy pojedynkowali się tutaj dla zabawy a nie dla podkreślenia "Chwały Bożej" w walce z niewiernymi. Takie zabawy też często kończyły się kalectwem lub śmiercią, tak więc w niektórych krajach turnieje rycerskie były zakazane, jak choćby w paru włoskich państwach i w Anglii. Zakaz ten zniósł dopiero w 1194 r. król Anglii - Ryszard I Lwie Serce, po to aby młodzież angielska mogła się ćwiczyć na wypadek wojny z Francją). Mimo to Manuel był Grekiem, dlatego też pomimo wszelkich atrybutów zachodniego stylu życia, pozostał despotą i lubił upokarzać pokonanych lub proszących go o wsparcie łacinników (w 1158 r. władca Antiochii musiał złożyć mu hołd lenny, ale Manuel nakazał aby książę Renauld wystąpił przed nim boso, w prostej, luźnej (chłopskiej) tunice a na szyi miał zawiązany sznur. Następnie miał oddać cesarzowi swój miecz i położyć się przed nim na ziemi, leżąc tak do czasu aż cesarz zezwoli mu wstać. Zaś gdy w 1171 r. do Konstantynopola przybył król Jerozolimy - Amalryk I, prosząc cesarza (swego teścia) o pomoc w wojnie przeciwko Maurom, też musiał się pokłonić aż do ziemi przed złotym tronem cesarza (aby ten widok nie gorszył poddanych Amalryka, wokół cesarskiego tronu zaciągnięto zasłony, które odgrodziły Manuela i Amalryka od reszty zebranych tam wówczas wielmożów).

12 marca 1171 r. ów Manuel I, rozkazał natomiast aresztować wszystkich Wenecjan (bez względu na płeć), którzy przebywali na ziemiach Cesarstwa Bizantyjskiego. Nie wiadomo co było powodem tego rozkazu, być może cesarz uznał że umowy handlowe, jakie zawarła Wenecja, nie zostały z nim uzgodnione, a on przecież wciąż uważał się za suwerena Republiki św. Marka. To spowodowało wybuch powszechnego oburzenia wśród weneckiego ludu. Na procesji na placu św. Marka wznoszono anty-cesarskie i anty-greckie okrzyki i wzywano władze do natychmiastowej odpowiedzi zbrojnej. Doża Wenecji - Vitalis II jednak zwlekał, postanowił najpierw wysłać posłów do Konstantynopola, aby ci ustalili co było powodem aresztowania obywateli Wenecji w państwie bizantyjskim. Jednym z owych posłów miał być właśnie Enrico Dandolo. Posłowie jednak niczego nie ustalili, gdyż cesarz nawet nie zezwolił im na audiencję i wrócili z niczym (późniejsza legenda głosiła że to właśnie w Konstantynopolu Dandolo miał zostać poważnie zraniony w głowę, w wyniku czego zupełnie stracił wzrok, jest ona jednak fałszywa, gdyż wenecki kronikarz, który spisywał słowa posłów, zanotował iż posłowie: "powrócili bez uszczerbku" - co wówczas było bardzo ważne, gdyż nie zawsze tak bywało. Dandolo zaczął tracić wzrok dopiero ok. 1180 r. gdyż do tego czasu osobiście podpisywał wszystkie dokumenty). Wówczas to doża Vitalis, pod wpływem rozentuzjazmowanego tłumu, postanowił wysłać do Konstantynopola flotę wojenną. Centrum operacyjnym miała się stać wyspa Chios - podobnie jak w 1125 r. gdzie też straszono Bizancjum wenecką flotą - i miano powtórzyć już raz sprawdzony, skuteczny sposób zastraszania. Tym razem jednak znacznie zmieniły się okoliczności. Gdy bowiem we wrześniu 1171 r. z Wenecji wyruszyła flota wojenna, kierując się na Chios, na wyspie już panowała zaraza, która szybko przedostała się na załogi okrętów - dziesiątkując je. Gdy więc Wenecjanie dotarli pod Konstantynopol, większość załóg ich okrętów była albo chora, albo też już martwa. Tak więc niczego nie osiągnąwszy, okręty wróciły do Wenecji na wiosnę 1172 r.




Jednak ta sprawa wykopała głęboki rów pomiędzy Bizantyjczykami a Wenecjanami i ukształtowała wśród nich przekonanie o podstępnych i zdradliwych Grekach (na Zachodzie, szczególnie po 1182 r. zakiełkuje przekonanie o podstępnych, zniewieściałych, gdyż bojących się stanąć twarzą w twarz - mordercach z Konstantynopola). Vitalis został przez lud oskarżony o spowodowanie porażki i musiał ratować się ucieczką z miasta. Nie udało mu się to, został rozpoznany, upokorzony i zamordowany przez wzburzony tłum. Kolejne lata były zaś próbą odbudowania zniszczonych relacji i odtworzenia dzielnicy weneckiej w Konstantynopolu, jednak zarówno Manuel I jak i jego następcy: Aleksy II i Andronik I, długo nie wyrażali na to zgody. Co prawda po objęciu władzy przez Andronika w sierpniu 1183 r. (i masakrze łacinników, czyli ludzi Zachodu - rycerzy i ludności cywilnej w roku 1182), wydawało się że sprawa nieco ruszy i aby przypilnować odbudowy dzielnicy weneckiej w Konstantynopolu, ponownie został tam wysłany całkiem już ociemniały Enrico Dandolo (który bardzo przeżywał utratę wzroku i często podczas uczt, kazał swemu słudze kłaść włos na talerzu, a potem mówił na głos: "Zabierz z talerza ten włos", aby inni myśleli że jednak wzrok mu wraca). Oficjalnie negocjacje w tej sprawie trwały do lutego 1187 r. gdy w Złotej Bulli, cesarz Izaak III, zezwolił Wenecjanom ponownie osiedlić się w Konstantynopolu. Wenecja okupiła to zgodą na sojusz z Cesarstwem i obietnicą dostarczania okrętów na każde cesarskie żądanie. Pozostała jeszcze tylko kwestia odszkodowań za utracone przez Wenecjan mienie podczas wydarzeń marcowych 1171 r. W tej kwestii doszło do porozumienia dwa lata później, w 1189 r. Cesarstwo zapłaciło 1 500 funtów złota jako odszkodowanie (z czego 250 funtów od razu a pozostała suma została rozłożona na pięć kolejnych rocznych rat). W 1192 r. na fali popularności po zawarciu tego układu (którego on miał osobiście dopilnować), Enrico Dandolo został wybrany nowym dożą. Poparły go bez sprzeciwów dwa główne stronnictwa polityczne Wenecji - "stansowie" (przedsiębiorcy) i "procertantesi" (kupcy). Dandolo zresztą należał zarówno do jednej jak i drugiej frakcji, poza tym na jego korzyść przemawiała ślepota, co prowokowało możliwość wpływu na ociemniałego dożę (który samemu nie był w stanie nawet usiąść na krześle w Pałacu Dożów). Właśnie ze względu na jego ociemniałość, zmuszono go do podpisania deklaracji, iż wszystkie swoje decyzje będzie uzgadniał z Wielką i Małą Radą, oraz nie będzie wpływał na wybór patriarchy i samodzielnie zawierał żadnych umów z obcymi krajami. Tak więc gdy do Wenecji przybyło sześciu "najlepszych" przedstawicieli władców uczestniczących w planowanej krucjacie, długowieczny (podobnie jak większość członków jego rodu) Enrico Dandolo wciąż sprawował swą władzę.

Nim przejdę dalej, kilka słów wyjaśnienia o samej ówczesnej Wenecji, "mieście na lagunie" - jak ją wówczas tytułowano. Powszechnie przyjęło się sądzić (i tak również uważają Wenecjanie), że początki tego miasta sięgają roku 421, gdy na wyspę Rialto (sąsiadującą z wyspami Grado, Bebbe, Caorle, Iesolo, Torcello, Murano, Malamocco i Melidissa), uciekli przerażeni mieszkańcy płonącej Akwilei (Aquileia - rzymska twierdza założona w 181 r. p.n.e. jako ochrona nadpadańskiej doliny, w 90 r. p.n.e. po stłumieniu powstania Italików, została włączona w ramy miejskich municypiów i stała się pełnoprawnym rzymskim miastem). Miasto miało zostać zdobyte przez Wizygotów w tymże 421 r. a część mieszkańców - 25 marca - schroniła się na wyspie Rialto (wówczas Rivo Alto). Miała być to data założenia Wenecji. Niestety, choć do dziś postuluje to przekonanie w wielu opracowaniach (np. turystycznych), jest ono błędne. Owszem, mieszkańcy Akwilei schronili się na wyspie Rialto, ale po pierwsze była ona już zasiedlona, a po drugie... nie założyli wtedy żadnego "miasta na lagunie". Rialto (podobnie zresztą jak i pozostałe wyspy), była zasiedlona przez okolicznych rybaków iliryjskich (w czasach o których mówimy to wszystko byli już Rzymianie) i łowców morskiego ptactwa, którzy tutaj pobudowali swoje domostwa (zaopatrując w ryby i ptactwo mieszkańców Akwilei i zamożnych przedstawicieli rzymskiej nobilitas) i w zasadzie panorama tych okolic nie zmieniła się znacznie aż do początku IX wieku. W 697 r. Bizancjum nałożyło pierwszego władcę dla tych wysepek, zwanego po łacinie "dux". W wyniku późniejszej wulgaryzacji tego tytułu zmieniło się ono na dożę ("doxe"), zaś samo miasto tak naprawdę zostało zasiedlone i przyjęło kształt miejski, dopiero na przełomie 809 i 810 r. gdy lagunę nawiedzili kolejni najeźdźcy - Frankowie Karola Wielkiego.

Budowę Bazyliki św. Marka miano rozpocząć już w 803 r. i ukończyć w 828 r. gdy w katedrze tej złożono (wykradzione i przewiezione w ołowianej skrzyni z Aleksandrii) relikwie kości św. Marka - który odtąd stał się patronem rodzącej się Wenecji (św. Marek Apostoł nigdy nie przebywał na legunie akwilejskiej, wiadomo tylko o jego podróży do Rzymu w połowie lat 60-tych I wieku. Był też pierwszym patriarchą Aleksandrii). W 887 r. Bizancjum (targane konfliktami i obawą agresji ze strony arabskiego kalifatu), przyznało Wenecji autonomię (jednak cesarz bizantyjski pozostał władcą tego miasta, podobnie jak dziś królowa brytyjska jest przywódcą niepodległej Australii czy Kanady), co oznaczało że doża przestał być już mianowany z Bizancjum, a stał się wybierany spośród mieszkańców "Miasta na lagunie". Wenecja rozwijała się przez cały X, XI i XII wiek. W 1142 r. po raz pierwszy u boku weneckiego doży zebrała się tzw.: "Rada Mędrców", zwaną potem "Małą Radą" (6 członków wywodzących się z arystokracji), z której trzydzieści lat później (1172 r.) wyodrębniła się "Wielka Rada" (kilkadziesiąt osób, głównie kupców i rzemieślników), którzy potem stali się zarządcami miasta i wyznaczali kierunek polityki Wenecji (w czasach jeszcze późniejszych, wejście do Rady zostało całkowicie uniemożliwione tym, którzy nie należeli do już obecnych tam rodów). Notabene "Radę Mędrców" utworzyła Wenecja jako jedno z ostatnich włoskich państw (rok później, w 1143 r. w Rzymie odnowiono instytucję senatu, którego nie było w tym mieście od VI wieku, czyli wrócono do antycznej tradycji "Miasta Wilczycy"). Enrico Dandolo był świadkiem tych wydarzeń. Urodzony w 1107 r. miał okazję na własne oczy widzieć wiele toczących się w mieście zmian.




W 1082 r. w Konstantynopolu założono dzielnicę wenecką (na mocy Złotej Bulli Aleksego I), gdzie handlowano głównie solą i zbożem (poza tym winem, oliwą, perfumami, zdobnymi tkaninami, przyprawami korzennymi i oczywiście niewolnikami). W tym czasie handel niewolniczy już jednak znacznie podupadł (sprowadzano jeszcze niewolników z terenów iliryjskich), w porównaniu z wiekami wcześniejszymi, upadek (handlu żywym towarem) zaczął się mniej więcej ok. połowy X wieku. Było to związane z powstaniem scentralizowanych państw słowiańskich, bowiem tereny Słowiańszczyzny stanowiły doskonałe pole porywania lub kupna niewolników. Bezpośrednim zaś powodem upadku tej, przynoszącej ogromne zyski gałęzi handlu średniowiecznego, było... powstanie zjednoczonego państwa polskiego (lata 50-te i 60-te X wieku). To właśnie narodziny Polski jako takiej, były powodem zmniejszenia się a następnie likwidacji procederu porywania ludzi z terenów Słowiańszczyzny (natomiast Czesi partycypowali w tym handlu bardzo długo, jeszcze nawet w XI wieku i w ogóle nie starali się położyć temu kresu. Nie pierwszy to raz w historii "pepiczków" gdy woleli płynąć "z prądem". Tak samo było podczas okupacji niemieckiej, gdzie Czesi wręcz masowo wyrażali swoje poparcie dla Niemców i ich nazistowskiej ideologii, a na masówkach poparcia z podniesioną do góry dłonią w hitlerowskim pozdrowieniu wyrażali radość z niemieckich "osiągnięć" - są na ten temat zdjęcia i filmy z tego okresu, więc niech mi tylko jakiś pajac w gazecie lub na portalu napisze że droga Czechów podczas II Wojny Światowej, czyli droga totalnego skurwienia się - podobnie zresztą jak i Francuzów - była właściwa i powinna stać się dla nas wzorem, biorąc pod uwagę zniszczenia i straty jakich doznaliśmy podczas wojny. Bzdura, lepiej umrzeć walcząc z honorem i podniesionym czołem - nawet w sytuacji beznadziejnej - co nie znaczy oczywiście głupio ginąć, bo to są dwie różne sprawy - niż żyć w takim gównie). Dzielnica wenecka została odnowiona Złotą Bullą Manuela I w 1148 r. i aż do katastrofy z 1171 r. rozwijała się dynamicznie. W 1170 r. swoje dzielnice w stolicy Bizancjum uzyskali również Genueńczycy i Pizańczycy (czyli handlowi konkurenci Wenecji, których zapewne knowania doprowadziły do wydania cesarskiego nakazu aresztowania obywateli Miasta św. Marka).

Oczywiście mógłbym na temat Wenecji jeszcze się sporo rozpisać, ale nie miałoby to sensu - zresztą uważam że wystarczająco naświetliłem ówczesną sytuację na tym terenie i uargumentowałem skąd wzięła się niechęć Wenecjan do Bizantyjczyków, która swoją erupcję weźmie po zdobyciu Konstantynopola przez rycerstwo IV krucjaty (gdy na tronie patriarchy konstantynopolitańskiego, czyli drugiego po papieżu przedstawiciela chrześcijańskiego wówczas świata, przywódcy wyprawy sadzali swoje... nagie nałożnice i kazali im odgrywać sceny z prawosławnych liturgii). Nienawiść Greków do "łacinników" czyli ludzi tzw.: "Zachodu", była tak wielka, że gdy w 2001 r. papież Jan Paweł II odwiedzał Ateny, na murach pojawiały się napisy iż jest antychrystem i przypominano cierpienia, jakich Grecy (Bizantyjczycy) doznali w przeszłości z rąk krzyżowców (ale już własnych zbrodni, jak masakra "łacinników" z 1182 r. nie pamiętali), w tym chociażby nieudzielenie pomocy oblężonemu przez Turków Osmańskich Konstantynopolowi i doprowadzenie do jego upadku w 1453 r. (notabene, po podboju miasta, jedynymi budowlami z czasów wcześniejszych które ostały się po dziś dzień, były kościoły... przemianowane na meczety. Te, które nie zostały zmienione na meczety zostały zniszczone lub same się rozpadły - gdyż chrześcijanie aż do połowy XIX wieku nie mieli prawa ani wznosić nowych kościołów, ani też naprawiać tych już istniejących - które im jeszcze pozostawiono).


 


Natomiast w Wenecji w kwietniu 1201 r. sześciu wysłanników europejskich władców podpisało z Enrico Dandolo układ, na mocy którego Wenecja miała wystawić flotę, na której Rycerze z krzyżami na płaszczach odbiorą Maurom "Grób Pana Naszego". Dandolo zapytał jedynie jak duża ma być to siła i odpowiedziano mu że jakieś 4 500 rycerzy, 20 000 piechoty i 9 000 giermków (w porównaniu z nią,poprzednia, III wyprawa krzyżowa, licząca ok. 4 000 żołnierzy była doprawdy niewielka). Republika św. Marka zobowiązała się więc wystawić okręty transportowe i ochraniające je galery wojenne (50 galer), pod warunkiem że otrzyma połowę wszystkich zdobyczy jakie wpadną w ręce armii krzyżowców, oraz jeśli krzyżowcy zapłacą kwotę 85 000 marek w srebrze (umowa spisana została do połowy 1202 r.), przy czym kwota nie podlegała zmniejszeniu nawet jeśli krzyżowcy wystawiliby mniejsze siły. Armia krzyżowców miała się zebrać w Wenecji do 29 czerwca 1202 r. Pozostawało tylko zgromadzić chętnych i ruszać na niewiernych (z tym nie było kłopotów, dzięki działalności misyjnej takich kapłanów jak Fulko z Neuilly - lud aż się garnął pod skrzydła krucjaty, a ludzie na mszach świętych wprost wyrywali sobie krzyże, które kapłani wręczali chętnym, chcącym wziąć udział w krucjacie do "Grobu Pańskiego", sam Fulko głosił - oczywiście z dużą, dużą przesadą - iż namówił do udziału w krucjacie 200 000 mężczyzn). Taka wyprawa - choć wydawała się niebezpieczna - wcale nie była niedorzeczna, szczególnie dla osób, które nie miały szans na zdobycie majątku ani ziemi. Uczestnicy wyprawy otrzymywali bowiem anulowanie wszystkich długów.

Cały majątek udającego się na wyprawę krzyżową i jego rodzina pozostająca w kraju, przechodziły pod opiekę Kościoła, a ktokolwiek podniósłby na nich rękę podlegał ekskomunice (a nie były to wówczas czcze gadania, ludzie doprawdy bardzo mocno przeżywali wszelkie zjawiska związane z życiem pozagrobowym i żaden nie chciał trafić po śmierci do piekła). Poza tym każdy chętny otrzymywał pewną sumę pieniędzy i, co szczególnie ciekawe odpust zupełny, czyli odpuszczenie wszystkich, popełnionych wcześniej grzechów wyznanych "sercem i ustami". Dla wielu biedaków - którzy nie widzieli dla siebie przyszłości w swoich rodzinnych miastach i wioskach - wyprawa krzyżowa była prawdziwym błogosławieństwem (tak jak dla wielce znanego austriackiego malarza - Adolfa Hitlera, któremu wybuch I Wojny Światowej uratował życie, gdyż w zasadzie przymierał wówczas głodem. Ostatnio też ponownie obejrzałem sobie "Celulozę" - ten komunistyczny gniot z 1953 r., w którym główny bohater też wypowiada takie słowa: "Co za życie, niech je piorun spali albo wojna" "Dlaczego wojna?" "Bo widzisz, jak jest wojna to wszystko się przewraca i można iść do góry"). Tak więc sprawa z transportem została uregulowana, teraz już tylko oczekiwano terminu ostatecznej mobilizacji i można było ruszać w pole. Powstał tylko jeden problem, którego nie zdefiniowano w umowie, a mianowicie - gdzie ruszać? Celem strategicznym pozostawała oczywiście Jerozolima i "Grób Pański", ale cel taktyczny był inny. Nieoficjalnie postanowiono uderzyć na "Babilonię" (czyli na Egipt), by przez Damiettę, lub Aleksandrię, pójść na Kair, bijąc po drodze Ajjubidów egipskich i ostatecznie dojść do Palestyny. Wszystko było więc zapięte na ostatni guzik, byli chętni do krucjaty, pieniądze zostały zebrane (choć część kanoników, którym powierzono te środki, została oskarżona o ich przywłaszczenie, stąd potem papież Innocenty III wypowiedział te oto słowa: "Kto dotyka smoły, ten się pobrudzi"). Cel też został wyznaczony, co więc poszło nie tak?         




CDN.