Łączna liczba wyświetleń

środa, 16 września 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XIV

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA






I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA" 

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XIII






"NIEZMIENNE TRWAJĄ LOSY TWEGO LUDU"



 Septymiusz Sewer zorganizował Ludi Saeculares (Igrzyska Wieku) w roku 204, czyli dokładnie w 220 lat po pierwszych i najsławniejszych tego typu igrzyskach, które uroczyście inaugurował cesarz Oktawian August w 17 r. p.n.e. (o tym, dlaczego Rzymianie liczyli jeden wiek nie jako 100 kolejno mijających po sobie lat, a jako 110-letnie okresy czasu - wyjaśniłem już w poprzedniej części, teraz wspomnę jedynie, że było to związane z przyjętymi i zaakceptowanymi obliczeniami Eratostenesa dotyczącymi upadku Troi, które to wydarzenie zostało przez niego zdefiniowane na 1183 r. p.n.e. i od tej daty pierwotnie liczono tysiąclecie upadku Rzymu - czyli dziesięć wieków przepowiedziane przez wieszczkę Sybillę - na 183 r. p.n.e. Gdy ta data okazała się nieprawdziwa i nie doszło wówczas do upadku Rzymu, przyjęto - częściowo z Etrurii a częściowo z Egiptu - zasadę 110-letnich "wieków naturalnych" i od nich to właśnie zaczęto teraz obliczać owe dziesięć wieków istnienia Imperium Rzymskiego). Rok upadku Troi wyznaczony przez Eratostenesa, przez długi czas był jedynym wyznacznikiem z którego można było czerpać chronologie pod przyszłe wydarzenia, jako że data założenia Rzymu - 753 r. p.n.e. - została skorygowana dopiero przez Marka Terencjusza Warrona (żył w latach 116 - 27 p.n.e.), a wcześniej była płynna. Jednak licząc dziesięć wieków po 110 lat od upadku Troi, wychodzi nam rok 83 p.n.e. który to miał być ostatnim w dziejach Rzymu. Co prawda doszło wówczas do wznowienia wojny domowej między stronnictwami optymatów i popularów, zakończonej zwycięstwem tych pierwszych i dyktaturą Lucjusza Korneliusza Sulli - to jednak upadek państwa rzymskiego wówczas nie nastąpił. I znów pojawiły się problemy z chronologią, więc zaczęto to sobie tłumaczyć cudem, którego sprawcą był ów Sulla Felix (Sulla Szczęśliwy - wybraniec bogów) jako duchowy mąż Sybilli. To on doprowadził do odroczenia o dziesięć lat zapowiadanej przez wieszczkę zagłady. Gdy jednak w roku 73 p.n.e. (w którym to wybuchło Powstanie Spartakusa) Rzym również nie upadł, datę przesunięto o kolejne dziesięć lat, biorąc teraz za wyjaśnienie przypowieść o "trzech ciosach", poprzedzanych dziesięcioletnimi przerwami. Jednak w roku 63 p.n.e. (zawiązany został wówczas spisek Lucjusza Sergiusza Katyliny, który ponoć zagrażał Republice - a przynajmniej Cyceron tak właśnie to prezentował), Rzym także nie został zniszczony i nie nastąpił zapowiadany koniec świata (choć należy przyznać że w wymienionych latach działy się rzeczy niezwykle istotne dla Imperium, a nawet takie, które zdecydowanie zagrażały jego stabilizacji, choć z pewnością nie mogły doprowadzić do jego upadku).

Co więc czynić, gdy przepowiednie Sybilli - narodowej wieszczki Rzymu, która przecież nie mogła się mylić - nie sprawdzały się. Wówczas to Publiusz Wergiliusz wystąpił z nową datą, określaną na 39 r. p.n.e. a wybrał ją, kierując się poprzednimi Igrzyskami Wiekowymi, urządzonymi w 149 r. p.n.e. i licząc 110-letni wiek, wyszło mu że koniec zapowiadanych przez Sybillę dziesięciu wiekach Rzymu, nastąpi w owym 39 p.n.e., który to rok będzie jednocześnie rokiem odrodzenia i wejścia w nowy, złoty wiek ludzkości (przypowieść o czterech wiekach - od najświetniejszego wieku ludzkości do najbardziej haniebnego - reset - i wszystko od początku), który nastanie po okrutnym "wieku żelaza". W tym jednak okresie również nie doszło do żadnej rewolucyjnej zmiany, jednak zarówno Wergiliusz, jak i inni mistyczni poeci rzymskich dziejów, doczekali czasów rządów Oktawiana Augusta i nastania epoki pokoju - która to potem będzie uznawana właśnie za odrodzenie owego złotego wieku ludzkości. Dlatego też można było założyć że choć chronologia kompletnie nie trzymała się kupy, to jednak co do zasady przepowiednie Sybilli okazały się trafne. Ale dlaczego August ogłosił swoje Igrzyska Wieku na rok 17 p.n.e.? Data ta przecież nie trzyma się już żadnej chronologii, a to właśnie na niej wzorował się Septymiusz Sewer. I żeby znów odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do samych początków Ludi Saeculares i spróbować (w jak najprzystępniejszy sposób) wyjaśnić to zagadnienie.  Pierwszą datą, kiedy odprawiono Igrzyska Wieku, jest rok 449 p.n.e.. czyli pierwsze dekady istnienia Republiki - czas życia owego sławnego Cyncynata i rok pierwszych spisanych praw w rzymskich dziejach (Prawo Dwunastu Tablic). Ponoć pierwsze tego typu igrzyska były wzorowane na doświadczeniach etruskich (etruska legenda o "wypełnieniu się czasu", zwana również "Legendą Wieków"). Tam również istniała wieszczka o imieniu Wegona, która przybyła do Italii z Lidii w Azji Mniejszej (zapewne z Troady), tuż w ślad za Tagesem (dziecięciem siwowłosym - będącym symbolem upadku ludzkości wieku żelaza i jednocześnie zwiastunem odrodzenia nowego wieku złotego). Przepowiadała ona trwanie "ośmiu pokoleń" (osiem wieków naturalnych  - liczonych w najdłuższych granicach ludzkiego żywota, obliczanych na sto lat) po których nastąpi "koniec imienia etruskiego". Przepowiednie Wegony miał spisać niejaki Arruns Weltumnus (z którego potem ponoć czerpał Warron), a według nich, najwyższy bóg burz i piorunów - Tinja (rzymski Jowisz), wybrał sobie ziemię etruską jako swoją własność i wyznaczył do zarządzania tą ziemią "osiem pokoleń". Wiek ósmy, będzie wiekiem chciwości, gwałtu oraz zbrodni i będzie "prawie ostatnim" (prawdopodobnie to ostatnie zdanie powstało już w czasach rzymskich, jako że przecież zgodnie z przepowiednią Sybilli wszystkich wieków od upadku Troi po kres istnienia Rzymu, miało być dziesięć). Miejscem kultu Wegony było etruskie miasto Voltumna w południowej Etrurii (skąd zapewne jej kult przybył do Rzymu) i dlatego zwana była przez Rzymian: "Sybillą etruską".




Tak więc (jeśli w ogóle do nich doszło) pierwsze rzymskie Igrzyska Wieku, zostały zorganizowane w 449 r. p.n.e. Kolejne miały miejsce w sto lat później, ale też nie ma żadnej pewności że rzeczywiście do nich doszło. Pierwsze źródłowo poświadczone Ludi Saeculares, odbyły się dopiero w 249 r. p.n.e. za konsulatu Publiusza Klaudiusza Pulchra i Lucjusza Juniusza Pulla, zostały zorganizowane i przewidziane na 500 rocznicę założenia Rzymu (data założenia miasta wówczas jeszcze była datą płynną). Iż były to pierwsze tego typu igrzyska w Rzymie, świadczy fakt, że dla ich organizacji specjalnie zaproszono z Tarentu wykształconego Greka, który pokazałby Rzymianom jak odprawiać te igrzyska na wzór igrzysk urządzanych w Tarencie i który "modliłby się do bogów według obrzędu cudzoziemskiego, lecz z duszą obywatelską". Tym zaproszonym wówczas do Rzymu Tarentyjczykiem był niejaki Andronikos (który potem otrzymał obywatelstwo, przyjął nowe imię: Marek Liwiusz Andronikus i stał się prekursorem rzymskiej poezji). To właśnie Andronikus miał wyrobić wśród Rzymian przekonanie, że Ludi Saeculares są kontynuacją starorzymskiego obrzędu inauguracji nowego wieku, a nie wprowadzeniem nieznanej wcześniej formy owych uroczystości. Mając już jednak tę tradycję, w sto lat później zorganizowali Rzymianie kolejne (oficjalnie już drugie) Igrzyska Wieku, a miało to miejsce w roku wybuchu trzeciej i ostatniej Wojny Punickiej z Kartaginą, będącej ostatecznym przypieczętowaniem losu tej krainy i zamieszkującej ją ludności. Następne igrzyska przypadały już zgodnie (z przyjętą w latach 80-tych I wieku p.n.e.) zasadą 110-letnich wieków, czyli termin kolejnych uroczystości wiekowych wypadał na 39 r. p.n.e. (ten właśnie rok uznał Wergiliusz za datę graniczną pomiędzy mijającymi dziesięcioma wiekami "żelaza" i zaczynającą się epoką odrodzenia ludzkości złotego wieku). W tym jednak czasie do żadnych igrzysk nie doszło, a było to oczywiście spowodowane wciąż nie rozstrzygniętą sytuacją polityczną (Imperium było wówczas mocno rozbite na poszczególne dzielnice i tak: Gajusz Cezar Oktawian był na Zachodzie, Marek Antoniusz na Wschodzie, Marek Emiliusz Lepidus w Afryce i Sekstus Pompejusz na Sycylii), do tego trwały zamieszki w Rzymie (odcięcie Italii od dostaw zboża z Egiptu i Afryki przez piracką flotę Pompejusza) i wiele innych niedogodności, związanych z wciąż trwającą wojną domową. Dopiero po zwycięstwie nad Antoniuszem i Kleopatrą, zakończeniu stanu wojny (11 stycznia 29 r. p.n.e. z polecenia Oktawiana zamknięto bramy świątyni boga Janusa, będące symbolem nastania czasów pokoju) i przyznaniu przez senat (na wniosek Munacjusza Plankusa) 16 stycznia 27 r. p.n.e. zwycięskiemu Oktawianowi tytułu Augusta i władzy imperialnej na lat dziesięć (w 23 r. p.n.e. August otrzymał dożywotnią władzę trybuna ludowego - stając się reprezentantem ludu rzymskiego - innymi słowy stawał się nietykalnym dożywotnim władcą z wszystkimi prerogatywami monarchy, jedynie bez monarchistycznych oznak i tytułów. Ale to przecież nie był problem, tym bardziej że trybunem ludowym August - jako patrycjusz - też być nie mógł, awładzę trybuńską posiadał), zaś rok ten uznawany jest powszechnie za koniec Republiki i początek Cesarstwa (choć sam Oktawian chwalił się że tego właśnie roku zdołał przywrócić dawny ustrój Republiki, co oczywiście było jedynie propagandową formą wytłumaczenia powstania nowego ustroju, który w oczach Rzymian miał być po prostu kontynuacją "ustroju przodków").


 RZECZYWIŚCIE OKTAWIAN JAKO PRZYBRANY SYN CEZARA, UZNAŁ BRUTUSA I KASJUSZA ZA WROGÓW LUDU I ZDRAJCÓW Z KTÓRYMI NALEŻAŁO WALCZYĆ (W LATACH 44-31 p.n.e. ZGINĘLI WSZYSCY MORDERCY JULIUSZA CEZARA). JEDNAK GDY JUŻ UTWIERDZIŁ SWĄ WŁADZĘ, NIE TYLKO PRZEBACZAŁ POZOSTAŁYM JESZCZE PRZY ŻYCIU ZWOLENNIKOM BRUTUSA I KASJUSZA, ALE NAWET WYZNACZYŁ LUCJUSZA SESTIUSZA KWIRYNA (SERDECZNEGO PRZYJACIELA BRUTUSA) KONSULEM ROKU 23 p.n.e. DAJĄC TYM SAMYM DOWÓD ŻE NIE ZAMIERZA SIĘ MŚCIĆ ZA PRZESZŁOŚĆ, A CHCE WRAZ Z INNYMI POLITYKAMI BUDOWAĆ NOWĄ PRZYSZŁOŚĆ RZYMU



Od tej chwili zaczął August rozmyślać nad zorganizowaniem i dokończeniem Igrzysk Wiekowych, które ze względów wojennych nie doszły do skutku w wyznaczonym czasie. Nie było to jednak możliwe od razu, ze względu na obowiązki ciążące nad nowym "Imperatorem" (August jeszcze w owym 27 r. p.n.e. wyjechał do Hiszpanii na wojnę z plemionami pirenejskich górali - Asturów i Kantabrów, z którymi toczył walki przez dwa kolejne lata, a potem w Alpach Zachodnich - 25 r. p.n.e. - gdzie zmagał się z ludem celtyckich Salasów i powrócił do Rzymu dopiero w 24 r. p.n.e.) Dlatego też August wyznaczył nową datę odrodzenia Rzymu, czyli igrzyska Ludi Saeculares na rok 23 p.n.e. A miał ku temu powód podwójny. Po pierwsze w tymże roku otrzymał dożywotnią władzę trybuna ludowego i zagwarantowaną oficjalnie nietykalność osobistą. A po drugie, tego właśnie roku swój pierwszy urząd publiczny - edylat (edylowie zajmowali się pilnowaniem porządku w mieście, zarządzali pracami budowlanymi i sprawowali nadzór nad organizacją igrzysk) pełnił siostrzeniec Augusta - Marek Klaudiusz Marcellus. Ten młodzieniec był uznawany przez Oktawiana za jego następcę i aby tę myśl urzeczywistnić Imperator gotów był uczynić bardzo wiele (poróżniony z Marcellusem, Marek Agryppa - choć należał do najpotężniejszych ludzi tamtego czasu i był przyjacielem Oktawiana z lat młodzieńczych - musiał udać się na luksusowe i krótkie, lecz przymusowe, wygnanie na Lesbos). Marcellus w 25 r. p.n.e. (zaraz po powrocie z Hiszpanii, gdzie towarzyszył wujowi w dowodzeniu walką z Kantabrami, tak jak prawie trzydzieści lat wcześniej młody Oktawian przebywał w obozie swego wuja - Juliusza Cezara, gdy ten toczył walki w Galii) poślubił córkę Augusta - Julię, co właśnie miało być dowodem jego wyniesienia. Oktawian nie był obecny na ślubie (wówczas leczył się z nabytej w Hiszpanii choroby, zażywając kąpieli w gorących źródłach u stóp Pirenejów). Jednak po jego powrocie do Rzymu los również nie sprzyjał organizacji Igrzysk Wiekowych w wybranym wcześniej terminie, gdyż z początkiem 23 r. p.n.e. August ponownie zachorował i to tak poważnie, że wszyscy sądzili że to są już jego ostatnie dni życia. Nie miał jeszcze 40 lat, a już marniał w oczach z każdym dniem i żegnał się z rodziną oraz przyjaciółmi, powierzając co niektórym swoje godności. Najbardziej jednak niezadowolony z tego stanu rzeczy był właśnie Marcellus, który wówczas niczego nie dostał. August od dawna szykował go na swojego następcę, ale w tym okresie był on jeszcze zbyt młody, aby sprawować władzę nad krajem i stąd zapewne nie został przez wuja niczym obdarowany.

A tymczasem, gdy stan zdrowia Oktawiana drastycznie się pogorszył, sprowadzono doń nowego lekarza o imieniu - Antoniusz Muza. On zaproponował zupełnie odmienne od dotychczasowego i dość radykalne leczenie, a mianowicie hydroterapię. August został zanurzony w zimnej wodzie, a spowodowany tym wstrząs termiczny okazał się zbawienny i Imperator szybko wrócił do zdrowia, odzyskując siły (żył jeszcze prawie drugie tyle - czyli 36 kolejnych lat). Zaś Antoniusz Muza stał się bardzo bogatym człowiekiem, uważanym za najlepszego lekarza w całym Imperium. Gdy więc niebezpieczeństwo minęło, rozpoczęto zakrojone na ogromną skalę przygotowania do Igrzysk Wiekowych, które miał (jako edyl) organizować i nadzorować właśnie Marcellus. Dysponując pokaźnym budżetem przeznaczonym na tego typu atrakcje (Rzymianie przede wszystkim żądali od władzy "Chleba i Igrzysk", czyli darmowego przydziału zboża, oraz co jakiś czas urządzanych atrakcji cyrkowych, polegających na walkach gladiatorów, wyścigach rydwanów lub walkach z dzikimi zwierzętami), jako pierwszy w historii, nakazał też rozwiesić wielkie płótna w Cyrku Wielkim dla osłony widzów przed prażącym słońcem w upalne dni, jak również kazał zainstalować podobną wielką płachtę na Forum Romanum. Ale to było wszystko czego zdołał dokonać, gdyż wkrótce potem sam się poważnie rozchorował i w kilka dni potem zmarł w wieku zaledwie 19 lat (Antoniusz Muza, który również leczył Marcellusa hydroterapią, niewiele tu zdziałał, a być może nawet pogorszył stan zdrowia młodzieńca). W rodzinie cesarskiej zapanowała żałoba, choć najbardziej oczywiście rozpaczała matka zmarłego i siostra Augusta - Oktawia, która do końca życia nie mogła już wyjść z traumy po stracie syna i podejrzewała o jego otrucie Liwię - żonę Augusta, która była zazdrosna o faworyzowanie Marcellusa kosztem jej synów z pierwszego małżeństwa (nie ma jednak żadnych dowodów na to, że to właśnie Liwia otruła owego "pięknego, zdolnego i skromnego" młodzieńca, aczkolwiek też nie można tego do końca wykluczyć). Od tej chwili Oktawia stała się najgorszym wrogiem Liwii, którą częstokroć podczas publicznych przyjęć obrażała i wyśmiewała się z jej synów (zresztą Oktawia przez ostatnie jedenaście lat swego życia obrażała wszystkie matki, których synowie żyli).




August też bardzo mocno przeżył śmierć siostrzeńca, a jego ciało rozkazał złożyć w niedawno ukończonym (28 r. p.n.e.) Mauzoleum Juliuszów na Polu Marsowym (Marcellus był pierwszym przedstawicielem tej dynastii który tam spoczął). Horacy, który właśnie w owym 23 r. p.n.e. zakończył pisać swoją "Eneidę", zawarł w niej wiele odniesień do żałoby panującej wówczas w rodzinie cesarskiej i osobistej rozpaczy Oktawii i Augusta (np. taką: "Synu, nie pytaj o straszną potomków twoich żałobę! Losy go tylko pokażą narodom ziemi i dłużej żyć nie pozwolą (...) Obyś, chłopcze nieszczęsny, mógł losy okrutne przełamać! Ty bowiem będziesz Marcellem!" Ze względu na żałobę, odroczono Ludi Saeculares na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednak w 20 r. p.n.e. August odniósł ogromny sukces polityczny, odzyskując w wyniku porozumienia zawartego z władcą Partów - Fraatesem IV, zarówno znaki legionowe, utracone przez Marka Krassusa w bitwie pod Carrhae (53 r. p.n.e.), i zwolnienie wziętych do niewoli żołnierzy rzymskich z wyprawy Marka Antoniusza z 36 r. p.n.e. Był to ogromny sukces, gdyż August zdobył to wszystko nie wyciągając nawet miecza (Senat nakazał uczcić to wydarzenie łukiem triumfalnym wzniesionym na Forum Romanum), dlatego też coraz częściej zaczął rozmyślać nad wznowieniem Igrzysk Wiekowych. W tym celu polecił kapłanom kolegium Pontyfików dokonanie ponownych obliczeń i wyznaczenie nowej, dokładnej daty dla organizacji takich igrzysk. Po skrupulatnym zbadaniu pism etruskich, Pontyfikowie doszli do wniosku, że wyznaczona wcześniej data igrzysk na 23 r. p.n.e. była błędna i po wniesieniu poprawek, wyznaczyli rok 17 p.n.e (nie mam pojęcia w jaki sposób to liczyli). Przystąpiono więc do organizacji wspaniałych uroczystości, jakich "nikt jeszcze nie widział i nigdy nie zobaczy". Z całej Italii, a nawet prowincji ściągały do Rzymu tłumy ciekawskich aby ujrzeć, jakimi to atrakcjami zamierzano się pochwalić. Pierwsze ceremonie otwarcia zaczęły się już 29 maja (Ludi Saeculares  miało trwać dokładnie trzy dni i trzy noce) lecz właściwe uroczystości zaczęły się dopiero w nocy z 31 maja na 1 czerwca, tuż przy ołtarzu bóstw podziemnych Plutona i Prozerpiny. W świetle rozpalonych tysięcy pochodni, złożono wówczas ofiary boginiom losu (Mojrom) i odprawiono odpowiednią modlitwę (której tekst zachował się do naszych czasów). A brzmiała ona tak: "Boginie Przeznaczenia! (...) aby lepiej się wiodło Kwirytom (ludowi rzymskiemu), niech stanie się wam ofiara z dziewięciu owiec i dziewięciu kóz. Proszę Was i błagam, abyście: powiększały państwo i potęgę Kwirytów, w wojnie i w pokoju; miały zawsze w swej pieczy imię latyńskie; dały wieczną całość, zwycięstwo i zdrowie Kwirytom; sprzyjały Kwirytom (...) i zachowały w powodzeniu Republikę Kwirytów".

1 czerwca August i Marek Agryppa złożyli każdy po jednym białym byku na ołtarzu Jowisza Największego Najlepszego na Kapitolu. Tego również dnia specjalni urzędnicy (kwindecymwirowie), nakazali wdowom, by te "jeśli zdarzy się słuszny powód do radości powszechnej", przerwały swą żałobę i cieszyły się z igrzysk wraz z całym rzymskim ludem. W nocy z 1 na 2 czerwca cesarz złożył bezkrwawą ofiarę i modlił się do bogiń porodu - Ilityj. Rano zaś Agryppa złożył ofiarę z białej krowy bogini Junonie na Kapitolu, wokół którego klęczały rzymskie matrony. W nocy z 2 na 3 czerwca, Imperator złożył na polu nad Tybrem ofiarę ze świni bogini Gai. Zaś 3 czerwca przed świątynią Apollina na Palatynie, cesarz złożył bezkrwawą ofiarę temu bogu i jego siostrze - Dianie. Następnie 27 chłopców i 27 dziewczynek w białych szatach (oznaczających ich niewinność), których oboje rodzice żyli - odśpiewali specjalnie skomponowaną na tę okazję pieśń. Tak oto zakończyła się oficjalna - ta religijna - część igrzysk, po czym następowała jednodniowa przerwa i zaczynały się - trwające siedem dni - igrzyska cyrkowe (biegi wokół Tybru, walki dzikich zwierząt, przedstawienia teatralne i to zarówno po łacinie jak i po grecku oraz wyścigi rydwanów w Cyrku Wielkim. Ostatnią uroczystością był pochód błaznów, noszących popiersia bogów i sławnych mężów stanu. Tak kończyła się odrodzona uroczystość Igrzysk Wiekowych, które to w następnych dekadach będą również świętowane dowolnie. Kolejne Ludi Saeculares zorganizował cesarz Klaudiusz w 47 r. naszej ery, aby uczcić 800 rocznicę założenia Rzymu. Następne igrzyska tego typu przeprowadził w 88 r. (o 6 lat za wcześnie, idąc chronologią wyznaczoną przez Augusta) cesarz Domicjan. 900 zaś rocznicę założenia Rzymu, świętowano w 147 r. uroczystościami zorganizowanymi przez Antoninusa Piusa, zaś po raz ostatni w rzymskich dziejach, Igrzyska Wiekowe odbyły się w tysiąclecie założenia miasta w 248 r., a organizował je cesarz Marek Filip Arab. Potem zaś, wraz z postępami chrześcijaństwa, tego typu "wiekowe zabawy" zostały zapomniane. Nas jednak obecnie interesują igrzyska, zorganizowane w 204 r. przez Septymiusza Sewera i na nich to (i dalszych losach tego władcy) teraz się skupimy. 



 

CDN.

poniedziałek, 14 września 2020

DZIENNIKI ZBRODNIARZA - Cz. XI

CZYLI OPIS I KOMENTARZ DO

DZIENNIKÓW JOSEPHA GOEBBELSA





 

1926

 

DZIENNIKI DLA JOSEPHA GOEBBELSA

od 9 CZERWCA 1925 r.

do 8 LISTOPADA 1926 r.

Cz. III



 

 

13 KWIETNIA 1926 r.


 W środę wyjazd do Monachium. (...) Parówki i piwo. Monachijskie życie! Kołtuńsko miłe! Wspaniałe miasto! Do tego świeci słońce. Z powrotem do hotelu. Telefonował Hitler. Chce nas przywitać. Dzwonimy do niego z kawiarni. W kwadrans już jest. Wielki, zdrowy, pełen życia. Bardzo go lubię. Jest dla nas zawstydzająco dobry (...). Zostawia nam auto na popołudnie. (...) Wieczorem o godz. 8 autem do Bürgerbräu (sławna ogromna piwnica w Monachium, w której mieściła się piwiarnia. Było to tradycyjne miejsce spotkań narodowych socjalistów w czasach ich walki o władzę). Hitler już tam jest. Serce wali mi jak młot. W sali. Burzliwe przywitanie. Człowiek przy człowieku. Głowa przy głowie. Otwiera Streicher. Potem przemawiam dwie i pół godziny. Daję z siebie wszystko. Hałaśliwa wrzawa. Na koniec Hitler mnie obejmuje. Łzy stają mi w oczach. Jestem szczęśliwy. Przez blokujący przejście tłum do auta. Okrzyki "Heil!", odjazd. Hitler czeka na mnie sam w hotelu. Potem jemy razem kolację. Jest gospodarzem. A jaki jest przy tym wielki! (...) 

Piątek rano. Pfeffer i Kaufmann robią mi wyrzuty. Moje przemówienie było jakoby niedobre. Czyżby Kaufmann był zazdrosny? Fuj, co też ja myślę! Nastrój podniecenia. Do biura partii. Praca przebiega bez zakłóceń. Hess: najrozsądniejszy, spokojny, przyjazny, mądry, z rezerwą: prywatny sekretarz (Hitlera). Schwarz: zredukowany urzędnik, mały idealizm, przykry w sprawach pieniężnych, monachijski pyskacz, przyjazny z twarzy: kasjer. Ekscelencja Heinemann (Bruno Heinemann - w latach 1921-1927 przewodniczący najwyższego partyjnego sądu NSDAP): generał w stanie spoczynku, zadaje pytania, pozbawiony zdolności myślenia. Chodzący kodeks honorowy: sędzia w sprawach honoru. Bouhler (Philipp Bouhler - dziennikarz i członek NSDAP, autor kilku książek, w latach 1939-1941 odpowiadał za program eutanazji upośledzonych i niepełnosprawnych osób. Typowany na gubernatora niemieckiej Afryki Wschodniej. Po klęsce Niemiec popełnił samobójstwo w alianckim obozie internowania w Dachau): mały, pilny, przyjazny: zarządca. May: berlińska klapa. Nieprzyjemny: szef propagandy. Przychodzi mistrz. Do jego pokoju. Kaufmann zostaje napomniany. Z powodu grubiańskiego listu do Bouhlera. Nic nie mówi. (...) Czemu jednak i ja zostałem zwymyślany? Potem cała kolekcja oskarżeń. Godnie i miło przedstawione. Cóż to jednak za facet z tego Hitlera! Dr Ley i Bauschen intrygowali. Dostało się mnie i Gregorowi Straßerowi. Każde nieopatrznie wypowiedziane słowo zostało wyolbrzymione. Mój Boże, co za świnie! (...) Na końcu dochodzi do porozumienia. Hitler jest wielki. Podaje nam wszystkim serdecznie rękę. (...) 

Biuro. Hess sam. Rozmowa. Jest całkiem miłym facetem. Przychodzi Hitler. Pryncypialne zagadnienia: polityka wschodnia, problem socjalny. Dowodzenie w stylu Bambergu. Mówi 3 godziny. Znakomicie. Mógłby niejednego przyprawić o szaleństwo. Włochy i Anglia naszymi sojusznikami. Rosja chce nas pożreć. Wszystko to można znaleźć w jego broszurze i drugim tomie Mein Kampf, który niebawem wyjdzie drukiem (Mein Kampf wychodził początkowo w formie wspomnień i rozliczeń Hitlera po nieudanym puczu monachijskim z listopada 1923 r. Najpierw pojawiło się "Rozliczenie", wydane drukiem w lipcu 1925 r. A dopiero potem "Ruch narodowosocjalistyczny", który pojawił się w grudniu 1926 r. Obie części w formie książki zaczęto wydawać od 1930 r.). Zbliżamy się do siebie. Pytamy. Odpowiada wyśmienicie. Uwielbiam go. Problem socjalny. Całkiem nowe spojrzenie. Wszystko przemyślał. Jego ideał: mieszanka kolektywizmu i indywidualizmu. Ziemia i wszystko co na niej dla ludu. Produkcja, jako że jest twórcza, indywidualistyczna. Koncerny, trusty, produkcja finalna, komunikacja etc. zsocjalizowane. O tym dałoby się pomówić. (...) Przy nim kompletnie się uspokajam. To człowiek, który traktuje wszystko tylko w całokształcie. Taki zapaleniec może być moim wodzem. Chylę czoło przed tym większym, tym politycznym geniuszem! Serdeczne pożegnanie. Wszyscy trzej otrzymujemy mocne potwierdzenie. Teraz powinien być między nami pokój. (...)



 16 KWIETNIA 1926 r.


 Jeszcze w Monachium. Wczoraj wieczorem spotkałem się z Hitlerem. Zaprosił mnie potem na kolację. Była też milutka młoda dama (Angela "Geli" Raubal - siostrzenica Hitlera, popełniła samobójstwo w wieku 23 lat, strzelając do siebie z pistoletu Hitlera - 18 września 1931 r., nie godząc się na totalną kontrolę, jaką jej wuj nad nią roztoczył). Piękny wieczór. (...) 

Dzisiaj rano o godz. 10 zostałem zawieziony do Hitlera. Wręczyłem mu kwiaty, z czego się bardzo ucieszył. Następnie rozmawialiśmy przez dwie godziny o polityce wschodniej i zachodniej. Jego sposób argumentacji jest niezbity. Sądzę jednak, że jeszcze nie w pełni rozpoznał problem Rosji. Również i ja muszę na nowo przemyśleć pewne kwestie. (...)


ANGELA "GELI" RAUBAL

 
 

 19 KWIETNIA 1926 r.


 (...) Stuttgart. (...) Przemawiam do wielotysięcznej masy 2 godziny, panuje boska cisza. Na koniec zrywa się burza. Wyjazd! Do innej sali. Przemawia jeszcze Hitler. W ekstazie. Burzliwa aprobata. Potem jeszcze ja muszę przemawiać pół godziny. Jak to jest ciężko. Na posiłek. Hitler, zobaczywszy mnie, bierze w objęcia. Mówi mi wiele pochwał. Wierzę, że przyjął mnie do swojego serca jak nikogo innego (homo-dodatni związek na całe życie 😅). Do domu. Siedzę jeszcze do późna w noc z Munderem (Eugen Munder - usunięty z partii w 1927 r. za krytykę stylu życia Hitlera, w 1935 r. ponownie przyjęty do NSDAP) i filozofuję. Munder - myśliciel, ja - kaznodzieja. 

Niedziela: on (Hitler) przemawia przed okręgiem. Dobrze. Ja mówię pół godziny o "naszej pracy w Zagłębiu Ruhry". Ludzie wychodzą. Wtedy on wraca. Dokonuje podsumowania. Rozbrzmiewa to niczym karabin maszynowy. "Wolność jest naszym celem!"

U pani dr Voelter na kawie. Świętujemy urodziny Hitlera. Kończy 37 lat. 37 świec płonie wokół kwiatów. Opowiada o 9 listopada 1923 roku (pucz monachijski). Adolfie Hitlerze, kocham cię, ponieważ jesteś wielki i prosty zarazem. To jest to, co nazywa się geniuszem. Pożegnanie z nim. Bądź zdrów! (...)



8 MAJA 1926 r.


 (...) Następnego dnia Bayreuth. Miasto Wagnera. Czuję się wyniesiony. Przez deszcz! Do H. St. Chamberlaina. Jego żona, córka Wagnera, prosi mnie na górę. Poruszająca scena: Chamberlain na łożu spoczynku. Złamany, bełkotliwy, ze łzami w oczach. Trzyma moją rękę i nie chce mnie puścić. Jego wielkie oczy płoną ogniem. Bądź pozdrowiony ojcze naszego ducha. Ten, który utorował i przygotował drogę! Jestem poruszony do głębi. Pożegnanie. Bełkoce, chce coś powiedzieć, ale nie może i wtedy wybucha płaczem jak dziecko! Długi, długi uścisk dłoni! Bądź zdrów! (...)

Następnego dnia autem przez Bayreuth. Odwiedziny Wahnfried. Pani Wagner (żona Siegfrieda) zabiera mnie na posiłek (Winifred Wagner - żona syna Ryszarda Wagnera. Dyrektorka Festiwalu Wagnerowskiego w Bayreuth w latach 1930-1944. Przyjaciółka Hitlera). Rasowa kobieta. One wszystkie powinny być takie. I fanatycznie po naszej stronie. Miłe dzieciaki. Natychmiast zostajemy przyjaciółmi. Zwierza się ze swojego zmartwienia. Siegfried jest taki bez energii. Fuj! Powinien się wstydzić wobec mistrza. Jest również Siegfried. Zniewieściały. Dobroduszny. Nieco dekadencki. Trochę taki bojaźliwy artysta. Co to daje? Czy bycie artystą nie oznacza przynajmniej odwagi cywilnej? Jego żona mi się podoba. Chciałbym mieć ją za przyjaciółkę. Prowadzi mnie przez pokój mistrza. Tu jego fortepian, jego obraz, jego biurko. Wszystko jak wtedy. Jego Tannhäuser (opera wagnerowska) obudził moją młodość. Miałem wtedy 13 lat. Myślę o tym teraz. Dzieci dokazują w całym domu. Dziecięcy śmiech tam, gdzie niegdyś rozbrzmiewała muzyka. To wszystko to samo: dary Boga. Stoimy w korytarzu długo gawędząc. Przez cudowny park. Kilka cichych chwil przy grobie mistrza. Młoda kobieta płacze, ponieważ syn mistrza nie jest taki jak on. Pożegnanie. Uśmiech! Uścisk dłoni! (...)



10 CZERWCA 1926 r.


 Ciągle jeszcze nie ma jasności. Hitler ma rozstrzygnąć w przyszłym tygodniu. (...) Wszyscy chcą mnie do Berlina w charakterze ratownika. Dziękuję za tę kamienną pustynię. Inna wersja: mam iść do Monachium jako sekretarz generalny ruchu. Już lepiej. Ale to zależy od warunków. Tylko jeśli mogę pozostać absolutnie niezależny. Pierwszego wieczoru przemawiam w Spandau. Przed 2000 ludzi. Ogromny sukces! Berlin to wielka pustynia. Następnego ranka u Gregora Straßera. Przypuszcza, że idę na kompromis z Monachium. Wybijam mu z głowy te głupoty. (...)



12 CZERWCA 1926 r.


 (...) Chciałbym już, aby Hitler wezwał mnie do Monachium. W ten sposób wylazłbym z tego całego błota.Teraz wszystko zależy od jego decyzji. Chce mnie? Tam na dole moim mottem byłoby: pracować, trzymać się na dystans od ludzi. Wszyscy to kanalie, włącznie ze mną. (...)



16 CZERWCA 1926 r.


Hitler jest tutaj od dwóch dni (...) Przywitany z wielką pompą. Przemawiał w atmosferze entuzjazmu przedwczoraj w Elberfeldzie, wczoraj w Bochum. Dzisiaj autem do Kolonii. Dzisiaj wieczorem przemawia w Essen. (...) Hitler to stary, kochany kamrat. Daje się lubić jako człowiek. I do tego jeszcze ta wybitna, duchowa osobowość. Od tej upartej głowy zawsze można się czegoś nauczyć. Jako mówca to cudowne współgranie gestu, mimiki i słowa. Urodzony podżegacz! Z tym człowiekiem można zdobyć świat. Wypuście go, a on już zachwieje posadami skorumpowanej republiki. (...)




 
6 LIPCA 1926 r.


Weimar! Jeden z najważniejszych etapów na mojej drodze. Przy tym przeżycie o nie zachwianej mocy. Przyjazd w sobotę rano. Po długiej, pełnej humoru, podróży. W Weimarze już szalony ruch (odbywał się wówczas w Weimarze drugi parteitag NSDAP - na którym Hitler przekazał "krwawą flagę" z czasów puczu monachijskiego, w ręce SS - czyniąc ją tym samym organizacją elitarną i powierzając tej organizacji zaszczyt noszenia sztandarów Deutschland Erwache, niezależnych od SA). Do hotelu Chemnitius. Śpię aż do południa. Południe! Jest Straßer! Przychodzą Rust i Dincklage. Na ulicach roi się od naszych ludzi. Muszę ściskać tysiące rąk. Kawa! Pogawędka! Na rynek! Przybywają berlińczycy! Oni wszyscy mnie lubią. Machanie i uśmiechy. (...) Przyjeżdża Hitler. Poruszenie. Berlińczycy stoją przed jego hotelem i śpiewają. Przejmujące: "Hitler wyprowadzi nas kiedyś z tej biedy!". (...) Nagle Hitler przechodzi przez rynek. Natychmiast zostaję zaproszony do towarzystwa. Bardzo się cieszy, że sprawa ma się tak dobrze. Na zewnątrz z wszystkimi panami. Z każdego kąta robi się zdjęcia. Dla komisji propagandowej i organizacyjnej. (...) Adolf przemawia do swoich Bawarczyków. Cudowny naród. (...) O godz. 2 w nocy przyjeżdżają na ciężarówkach esseńczycy, 200 osób po 35-godzinnej podróży. Któż jeszcze wątpi w przyszłość! Do łóżka! Do łóżka!

Następnego ranka o godz. 9! Do teatru. Wszędzie nasi. Człowiek przy człowieku. Przemawia Feder. 2 godziny. Stara śpiewka. Niczym na konferencji związków zawodowych. Średnio. Do teatru. Sprawozdania komisji. Rosenberg świetnie. Podobnie Straßer. Mój referat o "propagandzie". Jestem przyjmowany z radością. Moja satyra "Jeśli przychodzi mówca" budzi niekończącą się wesołość. Hitler pęka ze śmiechu. Mówi Hitler. O polityce, idei i organizacji. Głęboko i mistycznie. Prawie jak ewangelia. Przejmuje dreszcz, gdy wędruje się z nim ku otchłaniom bytu. Padło ostatnie zdanie. Dziękuję losowi, że dał nam takiego człowieka! Pochód! W samochodzie naprzeciw Straßer. Wśród nieustannych wiwatów ciasno splecionej masy ludzkiej. Nadchodzi pochód. Dołączamy do czołówki. Całe przywództwo, Hitler jako pierwszy, maszeruje z przodu. Przez cały Weimar. Na rynku. Przed nami defiluje 15 000 SA-manów. Nadciąga trzecia Rzesza. Wzbiera w piersi wiara. Niemcy się budzą! (...) 


   


24 LIPCA 1926 r.


 Rano wymarsz z Hochlenzer (hotel w Berchtesgaden). Szef mówi o problemach rasowych. Tego nie da się opowiedzieć. Trzeba przy tym być. On jest geniuszem. Z całą pewnością twórczy instrument boskiego losu. Stoję przed nim wstrząśnięty. Taki on jest: jak dziecko, kochany, dobry, miłosierny. Jak kot przebiegły, mądry i zwinny, jak lew gigantyczny i ryczący. Swój chłop, mężczyzna. Mówi o państwie. Po południu o zdobyciu państwa i o sensie politycznej rewolucji. Myśli, które przechodziły mi już przez głowę, ale ich jeszcze nie wyartykułowałem. Po kolacji siedzimy jeszcze długo w ogrodzie Domu Marynarki, a on głosi kazanie o nowym państwie i o tym, jak je wywalczymy. Brzmi to jak proroctwo. Hen na niebie formuje się biała chmura w kształcie swastyki. Migocące światło stoi na niebie, nie może to być gwiazda. Czy to znak losu? (...)

 

 

 CDN.

sobota, 12 września 2020

JOSEPH McCARTHY - MŁOT NA MARKSIZM - Cz. I

WALKA Z CZERWONĄ 

PIĄTĄ KOLUMNĄ W USA 



"W KOMUNIZMIE NIE BĘDZIE 
WYPADKÓW TRAMWAJOWYCH"




 
 Obserwując poziom postępującej neomarksistowskiej rewolucji w USA, jawnych już prób przerobienia Amerykanów na lewicową modłę (czego dobitnym przykładem jest choćby ostatni nakaz Amerykańskiej Akademii Sztuki Filmowej wprowadzający nowe zasady ubiegania się twórców filmowych o Oscara, zmuszając wszystkich do obowiązkowego wprowadzenia parytetów względem kobiet, mniejszości rasowych, mniejszości seksualnych a także osób niepełnosprawnych - swoją drogą kreatorzy "Nowego Wspaniałego Świata", nie widzą nic niestosownego w umieszczaniu kobiet i przedstawicieli innych ras obok osób z niepełnosprawnością [fizyczną lub umysłową], tak jakby płeć żeńska czy inny niż biały kolor skóry, miały świadczyć o ułomności tych osób 😒. Tak oto morduje się sztukę i nakłada kaganiec cenzury, wymuszając na obywatelach jego akceptację). Gdy nawoływania do fizycznego zamordowania prezydenta Donalda Trumpa, padają już nie tylko z ust celebrytów czy pospolitej lewackiej hołoty, ale wręcz wpływowych polityków partii demokratycznej (swoją drogą zastanawiam się do czego oni jeszcze się posuną i co się stanie w przypadku wygranej Trumpa w tych wyborach? Można jednak być pewnym że dojdzie do kolejnych prób destabilizacji kraju, a nawet... secesji typowo zlewaczałych stanów Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, takich jak np. Kalifornia. Czyli druga Wojna Secesyjna), wówczas powracam myślą do lat 50-tych (należy bowiem pamiętać że lata po zakończeniu II Wojny Światowej, a szczególnie 50-te i pierwsza połowa lat 60-tych, to był najwspanialszy okres dziejów w całej historii USA. Rozpędzona gospodarka pracowała na pełnych obrotach, bezrobocie było marginalne, powstawały nowe osiedla domów jednorodzinnych, wznoszone przez przyzwoicie zarabiających przedstawicieli amerykańskiej middle class, gdzie samotnie pracujący mężczyzna był w stanie spokojnie utrzymać całą swoją rodzinę, co dziś już jest praktycznie niemożliwe), czyli do epoki senatora (który miał jaja ze stali) Josepha McCarthy'ego, z którego amerykańska lewica uczyniła potem przykład inkwizytora i faszysty, urządzającego pogromy i rozpalającego stosy, na których płonęły niewinne "czarownice".

Ameryka miała dwa takie "przebudzenia mocy" w swej historii. Pierwszy to okres wspomnianego wyżej boomu gospodarczego lat 50-tych i 60-tych, a drugi miał miejsce z końcem lat 70-tych, czyli z chwilą zwycięstwa wyborczego prezydenta Ronalda Reagana i działalności Phyllis Schalfly (znanej chociażby z filmu "Mrs. America"), której feministki wprost nienawidziły (ze względu na jej polityczną skuteczność). O amerykańskiej kontrrewolucji konserwatywnej lat 80-tych postaram się jeszcze napisać nieco więcej, od siebie jednak dodam że bardzo lubię ten okres w historii USA, okres w którym kobiety znów zaczęły być kobiece (i jak śpiewał Merle Haggard w 1982 r.: "Czy stare czasy na dobre odeszły (...) Czasy, gdy kraj nasz był silny (...) przed Beatlesami i przed Yesterday. Chciałbym, żeby Ford i Chevrolet znów lat dziesięć jeździły, by Coca Cola nie zwała się Coke. Tak było przed piecami mikrofalowymi, kiedy dziewczyny jeszcze gotowały (...) Przestańmy staczać się z górki, powstańmy, by cześć oddać sztandarowi (...) Najlepsze z życia w wolności jest jeszcze przed nami, stare czasy jeszcze nie odeszły"), a wśród mężczyzn ponownie (po zakończeniu wojny w Wietnamie i marksistowskiej rewolucji drugiej połowy lat 60-tych) zaczęto propagować takie wartości jak patriotyzm i poświęcenie w obronie słabszych. Te wszystkie filmy na których (poniekąd) się wychowałem: Rambo, Rocky, Drużyna A, Amerykański Ninja, Szklana Pułapka, Terminator i wiele innych - były przykładem odrodzenia tradycji tej prawdziwej Ameryki, tej Ameryki z czasów "Najwspanialszego Pokolenia" lat 50-tych. To właśnie tamto pokolenie wypracowało bowiem dobrobyt Ameryki, który obecnie jest przejadany przez pokolenie nierobów, nie wiedzących dokładnie ile jest płci i wrażliwych jak płatki śniegu na wszelkie przejawy wolności słowa (definiowanej jako "mowa nienawiści"). Ale czas dobrobytu dobiega końca i przyjdzie taki moment że ci młodzi, ogłupieni wszechobecną propagandą i lewicową ideologią - czyniącą w ich głowach prawdziwą sieczkę - pewnego pięknego dnia obudzą się bez środków do życia. I nie będzie już mowy o tym czy kupić sobie nowego Iphone, czy nowe Adidasy, ale jak zdobyć chleb aby nie umrzeć z głodu. A niestety dobrobyt bierze się z pracy ludzkich rąk i z tego, co jesteśmy w stanie wyprodukować i dać innym ludziom za to, aby ci inni dali nam wyroby własnej pracy. Donald Trump - do którego można mieć wiele zastrzeżeń - zdaje się to rozumieć i widzi że polityka wielkich koncernów, które przenoszą produkcję do krajów Trzeciego Świata lub Chin (gdzie pracownikom płaci się głodowe pensje lub wręcz dostają jedynie przysłowiową miskę ryżu), jednocześnie zwalniając pracowników we własnych krajach i potęgując tym bezrobocie - jest drogą donikąd. Ta droga prowadzi do katastrofy i Trump doskonale zdaje sobie z tego sprawę, starając się na powrót ściągnąć produkcję do USA (pytanie tylko brzmi, czy Amerykanie - wyrośli na ideologii "płynnej płci" gender, feminizmu i lgbt - są jeszcze zdolni do podjęcia efektywnej pracy, tak jak czynili to ich ojcowie lub dziadowie). I to właśnie powoduje wręcz histeryczny wrzask establishmentu, który w Trumpie upatruje swego największego wroga i będzie się starał wyeliminować go z tych wyborów.




A to wszystko jest pokłosiem bardzo silnych w USA (szczególnie w establishmencie politycznym, wielkim biznesie spekulacyjnym i tzw. szeroko rozumianej pop-kulturze) sympatii komunistycznych. To jest proces dość odległy, sięgający jeszcze czasów sprzed wybuchu I Wojny Światowej. Przecież to finansiści z Wall Street dawali pieniądze na rozwój ruchu komunistycznego w ogarniętej rewolucją Rosji, to oni finansowali Lenina, Trockiego, Stalina a nawet Hitlera. Co prawda dla jednych komunizm był pewnym eksperymentem, który chcieli jedynie przetestować (a wiadomo, jak się ma gigantyczne pieniądze, to czasem "czacha dymi" i człowiek zaczyna wierzyć że jest Bogiem i może czynić co mu się żywnie podoba i tak sterować "historycznymi precedensami", aby jedynie sprawdzić jakie to może mieć konsekwencje. Amerykańska komedia z lat 80-tych pt.: "Nieoczekiwana zmiana miejsc" z Danem Aykroyd'em i Eddie Murphy'm, świetnie pokazuje te mechanizmy, gdzie ludzkie życie nie ma żadnego znaczenia wobec kaprysu "ludzi trzymających kasę"). Inni jednak albo realnie w to uwierzyli, albo też cynicznie wykorzystywali tę zbrodniczą ideologię - jaką był i jaką jest marksizm - w celu realizacji własnych interesów, oraz umocnienia swojej pozycji i władzy. Już w latach 20-tych i 30-tych w amerykańskiej polityce, wielu było takich, którzy wierzyli że na Ziemi rządzonej przez komunistów, Stany Zjednoczone również odnajdą własne szczęście i swoją drogę w tym "komunistycznym raju" - jak go określano. Biorąc bowiem pod uwagę same szczytne hasła (oderwane od ideologii) to należy powiedzieć że komunizm był wspaniałą ideą, dążącą do szczęścia ludzkości i wprowadzenia prawdziwego "Raju na Ziemi". Przecież te wszystkie szczytne hasła i zapowiedzi odnoszące się do marksizmu, te wizje świata pełnego sprawiedliwości, równości i braterstwa - są tak piękne, że aż przesłodzone. Bowiem ludzka natura jest niezwykle drapieżna i podporządkowana temu światu na zasadzie siły i sprytu (wygrywa najsilniejszy) i w takiej komunistycznej utopii wcale nie doszłoby do powszechnego szczęścia wszystkich ludzi, ale do powszechnej anarchii, w której zwycięzcami okazaliby się jedynie najsilniejsi, czyli ci, którzy jednocześnie narzuciliby swoją wolę całej reszcie. Raj polegałby więc na tym, że ci, którzy mieliby ku temu możliwości, stworzyliby sobie własne dominia, a ponieważ komuniści doskonale zdawali sobie z tego sprawę, dlatego też podstawowym ich celem zaraz po rewolucji (co zresztą podkreślał Karol Marks) było stworzenie policji bezpieczeństwa, która stałaby się zbrojnym ramieniem nowej, komunistycznej władzy i mogłaby krwawo spacyfikować wszelkie niepokoje.

Ponieważ więc ludzka natura jest naturą drapieżnika, przeto doprowadzenie do rewolucji i próba wprowadzenia komunistycznego "Raju na Ziemi" w pierwotnym okresie sprowadzałaby się do bezmyślnego mordowania "wrogów ludu" ("faszystów" - wrogów rewolucji, czyli wszystkich zdroworozsądkowo myślących ludzi), a w drugim etapie do wzięcia tego wszystkiego za pysk, przez odpowiednio dobrane szwadrony "obrońców rewolucji" i ustanowienia totalitarnie rządzonego społeczeństwa, podobnego do tego, jaki panuje np. w Korei Północnej. I to jest rzecz oczywista, a jedynie ludzie o "bardzo małym rozumku" mogą myśleć, że kiedykolwiek uda się zbudować powszechne szczęście ludzkości i wprowadzić równość (płci, ras etc.). W całej historii ludzkości nigdy nikt nie zdołał zbudować społeczeństwa opartego na równości wszystkich ludzi. W takim razie jakim należy być "geniuszem" aby sądzić że kiedykolwiek udałoby się to w przyszłości? Przecież gdyby było to możliwe, to w jakiejś części świata, w jakiejś społeczności ktoś mądry i sprawiedliwy wprowadziłby taki wspaniały system . A jeśli nikt taki się nie pojawił i nikt nie zdołał tego urzeczywistnić, to dzisiejsi lewaccy bojówkarze spod znaku Antify czy Black Lives Matter i wspierający ich "pożyteczni idioci" z całą pewnością również tego nie dokonają. Dlatego m.in. coraz rzadziej feministki mówią już o "równości płci" (to znaczy, wciąż się do tego odwołują, ale jedynie w chwili gdy zabraknie im argumentów i przyparte do muru nie wiedzą co odpowiedzieć, mogą wówczas rzec: "to ty jesteś wrogiem równości?"). Zresztą feminizm od swych początków nigdy nie był ideologią równości, a jedynie ideologią bezwzględnej przemocy i marksistowskiego Nowego Wspaniałego Świata. Jednak przez dekady udawało się feministkom prać mózgi (głównie młodych dziewczyn) że feminizm to walka o prawa kobiet i dążenie do równości płci. Teraz już jednak prawie o tym nie wspominają, gdyż jest coraz bardziej oczywiste, że feminizm to ruch, powstały w celu upokarzania i niszczenia mężczyzn, oraz podburzania kobiet i czynienia z nich "mięsa armatniego" w walce płci. A wszystko po to, aby feministki (bo nie chodzi tu o wszystkie kobiety, gdyż jeśli kobieta nie wyznaje feministycznej ideologii to nie jest godna zasiadać w tym matriarchalnym-marksistowskim gronie) dostały się do władzy i wykopały stamtąd tych podłych samców ("Samiec twój wróg" - spójrzcie, tyle lat minęło od Seksmisji, a jakże to jest aktualne). Feminizm jest więc ideologią niszczącą mężczyzn, podgrzewającą "wojnę płci" i potęgującą piekło kobiet (jeden szczególny fakt, który przyznają już nawet osoby o mocno lewicowych poglądach - otóż w tych krajach, w których feminizm zwyciężył, stając się poniekąd oficjalną ideologią państwową - a mam tutaj na myśli kraje skandynawskie, czyli Szwecję, Danię, Norwegię czy Finlandię - poziom gwałtów na kobietach i agresji wobec kobiet jest największy z możliwych. Niektóre feministki nazywają to "paradoksem" gdyż nie są w stanie zrozumieć dlaczego tam, gdzie zwycięża feminizm, tam poziom bezpieczeństwa kobiet drastycznie spada, a one same stają się ofiarami gwałtów, pobić czy zabójstw. I nie mam tutaj na myśli molestowania seksualnego, bowiem w feministycznym kraju, w którym brutalny gwałt jest codziennością kobiety, molestowanie seksualne stało się najlżejszą niedogodnością o której nawet się nie wspomina. I teraz chciałbym zadać feministkom pytanie - jak sądzicie, dlaczego tam, gdzie zwycięża feminizm, poziom bezpieczeństwa kobiet drastycznie spada? Aby wam ułatwić odpowiedź, przytoczę małą podpowiedź w formie pytania, które brzmi: jak to możliwe, że w komunistycznym raju stworzonym przez bolszewików dla robotników i chłopów, pozycja tychże środowisk spadła poniżej wszelkich ludzkich norm, a czasy caratu były wspominane z rozrzewnieniem, jako okres prawdziwej chłopskiej czy robotniczej wolności. Mam nadzieję że podpowiedź okaże się przydatna, choć wątpię aby kojarzenie faktów było mocną stroną feministek).


O CZYM TA KOBIETA OPOWIADA? O TYM "PŁYNNOŚCI PŁCI" I WYCHOWANIU DO ROLI KOBIET I MĘŻCZYZN. GWOLI PRZYPOMNIENIA - NAWET SAMICE MAŁP ZAMKNIĘTE W KLATCE Z ZABAWKAMI - WYBIERAJĄ LALKI I KOŁYSKI, A SAMCE SAMOCHODZIKI, PISTOLETY-ZABAWKI I KIJE. TO TEŻ OZNACZA ŻE MAŁPY SĄ ZDOMINOWANE PRZEZ "OPRESYJNĄ" KULTURĘ? A MOŻE TO DOWÓD EWOLUCJI I DOBITNY PRZYKŁAD FAKTU, IŻ MAŁPY SĄ ZNACZNIE INTELIGENTNIEJSZE OD NIEJEDNEJ FEMINISTKI 😄

 
 

Zatem człowiek o naturze zwierzęcia (a tak wygląda nasza prawdziwa natura w stanie czystym i pozbawionym wszelkich "opresyjnych" elementów kultury, takich jak prawo, tradycja, rodzina, wiara), jest zdolny do wszystkiego aby tylko przetrwać (w czasie Wielkiego Głodu na Ukrainie w latach 1932-1933 - gdy Stalin uczynił z tego kraju prawdziwą pustynię, zakazując jednocześnie migracji wygłodzonych ludzi ze wsi do miast - aby przetrwać, rodzice zjadali własne dzieci, mężowie żony - a wszędzie dominowała brutalna siła i chęć przetrwania. Oto jest prawdziwa ludzka natura w stanie czystym czyli cofniętym do pozycji "szlachetnego dzikusa"). I dlatego tak niezwykle ważne są te wszystkie filary bezpieczeństwa, które - co prawda - są oczywiście formą zinstytucjonalizowanej przemocy, ale przemocy koniecznej aby wykształcił się model człowieka, opartego na pewnych moralnych podstawach. I w tym celu tak niezbędne są zarówno elementy przymusu prawnego (np. kary za popełnione przestępstwa), jak również przymusu religijnego (kwestie "dobra" i "zła", "prawdy" i "kłamstwa" i tutaj nie ma nic płynnego czy relatywnego, tu jest jasno i prosto wyłożone: to albo tamto, czyli albo piekło, albo raj). Jest to szczególnie widoczne chociażby w kwestii samobójstw (choć często motywy ku temu wiodące mogą być bardzo złożone), gdzie religia (szczególnie religie chrześcijańskie, choć nie tylko) jasno definiują że samobójstwo to grzech śmiertelny, po popełnieniu którego człowiek pójdzie do piekła. I nawet jeśli uznamy że to pewna forma nadinterpretacji, to jednak cel, jaki jej przyświeca - jest wzniosły. Człowiek bowiem nie rodzi się po to, aby jadł, pił, kopulował, gonił za błahostkami, żył jak zwierzę oraz niszczył życie swoje i innych, by ostatecznie popełnić samobójstwo. Nasze istnienie na tym świecie jest zgoła odmienne i choć czasem trudno jest nam to pojąć - tak właśnie jest! Dlaczego bowiem potępiony został Judasz Iskariota? Czy dlatego że wydał Jezusa w ręce kapłanów Świątyni i Rzymian? Ależ nie! Judasz został potępiony za to, że dokonawszy takiego czynu, przestał wierzyć w Boże miłosierdzie i z żalu za swój postępek popełnił samobójstwo, nie starając się uzyskać przebaczenia i odmienić swego życia. 

Człowiek bowiem w życiu ma do spełnienia pewne cele, których my sami często nawet nie jesteśmy w stanie pojąć, nie mówiąc już o akceptacji. Uważamy że życie się kończy, gdy spadają na nas ciosy, które wydają się tak mocne, że nie jesteśmy w stanie się podnieść. Lecz nie ma takiego nieszczęścia, którego nie będzie można naprawić i takiej życiowej katastrofy, z której nie można wyjść (a wiem to na przykładzie mojego znajomego, o którym już kiedyś wspominałem. Ów były aktor, który stoczył się na dno tak, iż stracił dom, rodzinę - żona od niego odeszła - a on sam wylądował na ulicy, racząc się najgorszymi możliwymi trunkami i popadając w alkoholizm. Był wrakiem człowieka - a ponieważ pił głównie denaturat i temu podobne, to z czasem nawet chodzić zaczął jak robot, gdyż nogi przestały już odmawiać mu posłuszeństwa. Co ciekawe - nie chciał pomocy od nikogo, żył w swoim świecie przez prawie dwa lata, w zimie sypiając w piwnicach lub po klatkach schodowych. Jednak po pewnym czasie dotarło do niego że to droga donikąd i ostatecznie pozwolił sobie pomóc. Trafił do szpitala, po którego wyjściu stał się innym człowiekiem. Przestał pić - nie pije już ponad pięć lat - ma pracę, ma własny dom, znalazł sobie kobietę z którą założył rodzinę. Innymi słowy - odrodził się na nowo. Bo nic na tym świecie nie jest przesądzone i droga do ponownego odrodzenia jest otwarta przed każdym człowiekiem, bez względu na czyn, jakiego się wcześniej dopuścił). Natomiast marksiści lubią łatwe opowieści, które nie mają żadnego odwzorowania w rzeczywistości. Przytoczę tutaj pewną historyjkę z 1921 r. gdy podczas komunistycznego zebrania partyjnego w sowieckiej Rosji, jeden z mówców zaczął opowiadać jaki to już wkrótce zapanuje Raj na Ziemi, gdy tylko komunizm ostatecznie zwycięży na Świecie. Wszyscy będą szczęśliwi, nie będzie głodu, chłodu ani niesprawiedliwości. Tak pięknie opowiadał, aż wreszcie ktoś zapytał czy będzie się szczęśliwym nawet wówczas, gdy własna żona wpadnie pod tramwaj? Na co tamten odparł: "W komunizmie nie będzie wypadków tramwajowych". Pozostawmy to więc bez komentarza.




Kończąc jednak ten przydługi wstęp i wracając do tematu, chciałbym zaprezentować tutaj zarówno sylwetkę, jak i działalność senatora McCarthy'ego, człowieka, który opierając się pogróżkom (wysyłanym do niego prawie codziennie, w tym groźbom zamordowania jego żony i dzieci), konsekwentnie demaskował ukrytych w amerykańskiej polityce agentów Kremla i innych sympatyków komunizmu w establishmencie politycznym, biznesie oraz kulturze. O tym jednak opowiem już w kolejnej części.


 



CDN.
 

czwartek, 10 września 2020

GDY RZYM NIE BYŁ RZYMEM - Cz. X

CZYLI JAK WYGLĄDAŁO

WIECZNE MIASTO W CZASACH

NIEWOLI AWINIOŃSKIEJ

I COLA DI RIENZI?






INNOCENTY III

CESARZ KOŚCIOŁA I PAPIEŻ EUROPY

Cz. IX






 REKONKWISTA HISZPANII

CZYLI BÓG ZWYCIĘZCĄ



 Rzeczywistość średniowieczną cechowała żywa religijność, często (choć nie zawsze) połączona z głęboką wiarą. Co prawda pojawiały się najróżniejsze schizmy i sekty, ale nie umniejszało to wcale roli religii w życiu człowieka. W dzisiejszych, w ogromnej mierze zeświecczonych czasach, bardzo trudno byłoby nam zrozumieć światopogląd człowieka średniowiecza, dla którego całe życie od narodzin do śmierci obracało się wokół kwestii wiary lub mistycyzmu (ewentualnie scholastyki), choć jedno wcale nie wykluczało drugiego. W czasach pontyfikatu Innocentego III ta aktywność religijna jeszcze wzrosła - czyniąc z papieża prawdziwego przywódcę całego chrześcijańskiego świata, przed którym drżeli najpotężniejsi monarchowie ówczesnej Europy. Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż papież dysponował bronią, która była nieporównanie potężniejsza niż zaciężni rycerze walczący w armiach wielu królów. Tą bronią był zarówno interdykt (czyli zakaz odprawiania obrzędów religijnych na danym terenie) jak i ekskomunika (obłożenie klątwą danego władcy lub całego kraju). Zastosowanie choćby tylko jednej z wyżej wymienionych potężnych broni, wymuszało natychmiastową kapitulację ze strony monarchy i podporządkowanie się poleceniom papieża (pisałem już co działo się we Francji, gdy w 1199 r. Innocenty III nałożył interdykt na tamtejszego króla - Filipa II Augusta. Stosy niepochowanych i rozkładających się trupów, leżących na ulicach i placach, zakaz odprawiania pochówków, zakaz chrzcin, zakaz odprawiania modłów i dawania ostatniego namaszczenia - wszystko to razem wzięte spowodowało, że silny i pewny siebie monarcha jakim był Filip August, szybko podkulił uszy i za zniesienie interdyktu zgodził się na wszystko, czego tylko żądał od niego papież). Powszechna była wiara w Opatrzność Bożą i profetyzm (czyli wiarę w wybranych przez Boga proroków), a wiara ta często przybierała dość niespotykane rozmiary, gdy np. po śmierci jakiegoś biskupa lub też człowieka uchodzącego za świętego, dosłownie lokalna ludność obdzierała go z przyodziewku, a często też... odkrawała (czasami... odgryzała) mu różne części ciała (najczęściej palce, ręce, stopy lub zęby), aby potem nosić je na szyi jako talizmany, chroniące przed złem. Było to wówczas bardzo popularne a zdobycie części ciała takiego "świętego patrona" graniczyło często z cudem. Dlatego więc najróżniejsi hochsztaplerzy grasowali na ludzkiej naiwności, ofiarowując takie właśnie talizmany (np. gwóźdź z Grobu Świętego, fiolkę z mlekiem Maryi - matki Jezusa lub ampułkę wiatru wiejącego w stajence betlejemskiej 😄).




Byli też jednak mistycy, którzy zapowiadali nadejście nowych czasów i koniec wszelkiego cierpienia. Jednym z takich profetów był w owym czasie opat Joachim z Fiore, który zapowiedział na 1201 r. nadejście Trzeciej Ery Ludzkości. Pierwsza Era Ludzkości, to była według Joachima "Era Ojca" a jej symbolem stali się brodaci starcy ze Starego Testamentu. Wraz z narodzinami Jezusa Chrystusa, nastała "Era Syna", której symbolem byli młodzieńcy i mężczyźni pozbawieni zarostu (z czasów rozkwitu potęgi Imperium Rzymskiego, gdy rzeczywiście kanonem męskiej urody była twarz pozbawiona zarostu i krótko obcięte włosy). Trzecia Era, która - jak twierdził opat Joachim - właśnie nadchodziła, miała być "Erą Dzieci" - czyli czystych, natchnionych Duchem Świętym, pobożnych chrześcijan. Nie muszę zapewne pisać jak wielkie jego słowa wywoływały wrażenie i to nie tylko na zwykłych ludziach, ale również na arystokratach oraz monarchach (np. król Anglii - Ryszard Lwie Serce w 1190 r. spotkał się z Joachimem w Messynie na Sycylii, gdyż jak twierdził, opat posiadał w sobie: "proroczego ducha i zwykł przepowiadać, co ma się wydarzyć"). Innocenty III również wyznawał wiarę w profetyzm. Był człowiekiem gruntownie wykształconym (studiował na uniwersytetach w Bolonii i w Paryżu), znawcą prawa kanonicznego, który zdawał się łączyć głęboką wiarę i teologię z nauką (dlatego też można by go nazwać scholastą, choć on zapewne nie chciałby być zaliczany do tego grona). Jednocześnie był człowiekiem o ogromnej pracowitości i sile woli, nie znosił sprzeciwu i wymuszał posłuszeństwo nie tylko interdyktami czy ekskomuniką, ale również organizowanymi co jakiś czas wyprawami krzyżowymi (do Ziemi Świętej, do południowej Francji, do Prus i na Litwę), w tym kilkoma niezrealizowanymi (np. do Anglii, gdy poróżnił się z królem Janem bez Ziemi). Papież twierdził bowiem, że tak jak Bóg ustanowił na niebie dwa wielkie światła: "większe, by panowało dniom, i mniejsze, by panowało nocom", tak też w obrębie chrześcijaństwa istnieją dwie wysokie władze: większa czyli papieska - by panowała nad duszami i mniejsza czyli świecka, królewska - by władała ciałami. Lecz, tak jak: "księżyc światło swoje odbiera od słońca (...) tak władza królewska od mocy papieskiej otrzymuje blask swego dostojeństwa". Innymi słowy to papież, jako następca św. Piotra - jest większy od każdego innego człowieka, bez względu na jego dostojeństwo i sprawowaną władzę, gdyż odpowiada bezpośrednio przed Bogiem. 

Tak właśnie wyglądała ideologia władzy sprawowanej przez Innocentego III i jego następców, a tymczasem było jedno miejsce w Europie, które w szczególny sposób przyciągało uwagę papieża. Nie, nie była to ani Ziemia Święta (choć i tam zerkał dość intensywnie), ani też szerzący się w południowej Francji ruch religijny albigensów i waldensów. Tak naprawdę główną uwagę w tym czasie (czyli mniej więcej po zakończeniu IV wyprawy krzyżowej, która doprowadziła do upadku greckie Cesarstwo Bizantyjskie, a na jego miejsce wprowadziła szereg luźnie ze sobą związanych księstw i hrabstw łacińskich, zatopioych w morzu wrogich sobie Bułgarów i jednocześnie toczących niekończące się wojny z greckimi tworami, powstałymi na gruzach Bizancjum) głowę papieża zaprzątała Hiszpania i tamtejszy przygasający ruch chrześcijańskiej rekonkwisty. Hiszpania (będąca od drugiej dekady V wieku pod władzą Wizygotów) została zajęta przez muzułmańskich Berberów (pod wodzą władcy Tangeru - Tarika ibn Zijada i arabskiego namiestnika Afryki - Musy ibn Nusaira) w latach 711-720. W 732 r. majordom królestwa Franków - Karol Młot rozbił w bitwie pod Poitiers wielką armie emira Abd ar-Rahmana, a bitwa ta jest powszechnie uważana za tę, która ostatecznie powstrzymała Arabów przed podbojem Zachodniej Europy i triumfem islamu (w rzeczywistości Arabowie jeszcze długo potem wyprawiali się Północ, jednak ich ataki ograniczały się już tylko do pewnych ściśle ograniczonych celów. Ostatecznie król Pepin Krótki - syn Karola Młota - w 759 r. zdobył Narbonę, przeganiając Arabów z południowej Francji). Rekonkwista jednak rozpoczęła się znacznie wcześniej, gdy w 722 r. niejaki Pelayo (Pelagiusz) z Asturii, rozgromił Arabów w bitwie pod Covadonga, dzięki czemu wyzwolił swój kraj spod arabskiej okupacji. Galicja została opuszczona przez najeźdżców w 740 r., po wybuchu powstania Berberów (którzy zapoczątkowali inwazję na Hiszpanię a potem zostali odsunięci na bok przy podziale łupów i ofiarowano im mniej zasobne tereny dawnej "Ziemi Wandalów" czyli "Al-Andalus" - jak potem Arabowie nazwali zajętą przez siebie Hiszpanię). Powstanie stłumiły dopiero w 743 r. specjalnie sprowadzone armie z Syrii, jednak owa wojna domowa (i trwający w latach 748-754 wielki głód) mocno osłabiła arabskie rządy nad Półwyspem Iberyjskim.

W 756 r. zbiegły do Hiszpanii Abd al-Rahman z dynastii Omajjadów - władającej (do 750 r.) całym arabskim imperium z Damaszku - przybrał tytuł emira Al-Andalus. Spowodowało to "efekt śnieżnej kuli" i uniezależniania się - spod władzy dynastii Abbasydów - wielu regionów oraz państw w północnej Afryce (takich jak Maghreb - czyli dzisiejsze Maroko - w 789 r. pod rządami dynastii Idrysydów, Ifrikija - czyli Tunezja i Algieria - w 800 r. pod rządami rodu Aglabidów, a potem jeszcze w 868 r. Egipt pod rządami dynastii Tulunidów, a od 969 r. Fatymidów). W X wieku istniały już tylko trzy wielkie, muzułmańskie dynastie, władające ziemiami leżącymi w basenie Morza Śródziemnego. Byli to Abbasydzi z Bagdadu, Fatymidzi z Kairu i Omajjadzi z Kordowy. Podstawą władzy al-Rahmana i jego następców w Hiszpanii, było oparcie się na ekstremalnym rygoryzmie malekitów (jednej z ortodoksyjnych szkół prawniczych islamu) oraz na kontynuacji władzy, rozpoczętej po wygaśnięciu linii Proroka. Poza tym coraz większe znaczenie w polityce i kulturze muzułmańskiej Hiszpanii (al-Andalus) zaczęli odgrywać słowiańscy niewolnicy. Już wnuk al-Rahmana, al-Hakim I (panujący w latach 796-822) stworzył sobie osobistą ochronę, złożoną tylko ze słowiańskich niewolników, którzy nie znali arabskiego (co oznaczało że emir musiał się z nimi komunikować w ich języku, a było to spowodowane tym, iż nieznajomość języka arabskiego odbierała im okazję do ulegania namowom możnych czy też ulemów ze szkół koranicznych, którzy mogliby wystąpić przeciwko władzy emira. Jednak jak twierdził al-Ghazali - zwolennik ulemów: "Tyrania sułtana przez sto lat wyrządza mniej szkód aniżeli jeden rok tyranii poddanych wobec samych siebie", lecz ów myśliciel zarazem dodawał: "W piekle jest specjalna dolina przeznaczona tylko dla tych ulemów, którzy odwiedzają królów" - co znaczyło że należy się poddać władzy nawet niesprawiedliwego i niepobożnego władcy, ale w żadnym razie nie należy go odwiedzać w pałacu i zabiegać o jego względy). IX wiek przyniósł ożywienie gospodarcze a co za tym idzie wzrost dobrobytu w Hiszpanii, oraz rozwój muzułmańskiej kultury i sztuki (co ciekawe, wówczas pojawił się oddolny ruch wśród chrześcijańskiej społeczności Al-Andalus, zwany: "dobrowolnymi męczennikami" a polegał on na zjawianiu się Hiszpanów przed obliczem islamskich urzędników i ubliżaniu Mahometowi, co skutkowało natychmiastowymi wyrokami śmierci. Ruch owych męczenników był jednak potępiany przez papieży, gdyż nic nie wnosił do polepszenia się sytuacji chrześcijan w Hiszpanii, a jedynie zmniejszał i ośmieszał chrześcijańską społeczność, tworząc męczenników, których celem nie była walko o wiarę, lecz doprowadzenie do własnej, szybkiej śmierci).




Od 844 r. rozpoczęły się też ataki Wikingów na Hiszpanię (prócz złupienia części nadmorskich miejscowości, w żadnym razie nie zagrażały one muzułmańskim rządom w Al-Andalus). W drugiej połowie IX wieku arabskie władztwo w Hiszpanii zaczęło się trząść w posadach, a to z powodu częstych buntów dawnych chrześcijan, którzy przyjęli islam (głównie ze względów ekonomicznych), gdyż wciąż domagano się od nich podatków, a jako muzułmanie mieli być zwolnieni z tej uciążliwej konieczności. Powstanie, które wybuchło w 868 r. w Meridzie, rozlało się następnie na Bajadoz, Algarve i Sierra de Ronda, siejąc destabilizację przez... sześć dekad (do 928 r.), a przez ten czas chrześcijańscy królowie Asturii kontynuowali rekonkwistę, zbliżając się do rzeki Duero, a nawet w kilku miejscach ją przekraczając. Pod rządami wybitnego emira - Abd al-Rahmana III (panował w latach 912-961), udało się (na krótko) zatrzymać rekonkwistę, a on sam w 929 r. przyjął tytuł kalifa - czyli Przywódcy Prawowiernych. Odtąd w świecie islamu było już trzech kalifów (Abbasydzi z Bagdadu i od 909 r. również Fatymidzi z Kairu). Teraz te trzy dynastie wzajemnie zaczęły ze sobą konkurować o pierwszeństwo wśród muzułmanów, a tymczasem w 939 r. w bitwie pod Simancas, al-Rahman poniósł dotkliwą klęskę w walce z chrześcijańskim królem Asturii i Leonu - Ramiro II. Klęska była spowodowana w dużej mierze zdradą arabskich wielmożów, którzy byli niezadowoleni z mianowania przez kalifa wodzem wyprawy słowiańskiego niewolnika o imieniu Naja al-Siglabi ("Siglabi" znaczy "Słowianin"), co spowodowało że sabotowali oni rozkazy i tym samym umożliwili zwycięstwo chrześcijan (w tej bitwie kalif o mało co nie stracił życia, co spowodowało że nigdy już później nie brał udziału w żadnej wyprawie wojennej). Potem jednak fortuna znów zaczęła uśmiechać się do muzułmanów i w roku śmierci kalifa Rahmana III (961) większość chrześcijańskich władców Półwyspu Iberyjskiego została zmuszona do uznania zwierzchnictwa kalifatu. Nowym kalifem został syn zmarłego władcy - al-Hakim II (którego matka - Murchana, była słowiańską niewolnicą z haremu jego ojca). To właśnie on wysłał na Północ swego agenta - Ibrahima ibn Jakuba, który dotarł do kraju rządzonego przez Mieszka I z dynastii Piastów (który w 966 r. przyjął chrzest, tworząc nowy rodział w historii narodu Lechitów, zwanych odtąd pod nazwą Polaków) i sporządził ze swej podróży bogatą relację.

Za rządów tego władcy, słowiańscy niewolnicy stali się już bardzo wpływową elitą w społeczeństwie Al-Andalus, a wyrazem tego było mianowanie w 972 r. naczelnym dowódcą armii - Galiba al-Nasira, Słowianina, który wprowadził do muzułmańskiej armii kalifatu własnych ziomków, zdobywając coraz większy wpływ na rządy krajem. Po śmierci Hakima II w 976 r. to już słowiańscy oficerowie decydowali o obsadzie tronu i choć kolejnym kalifem został 11-letni Hiszam II (który co ciekawe był homoseksualistą, a jego harem składał się nie z kobiet, lecz z samych mężczyzn), to u jego boku pojawił się jako regent, wuj - al-Muszafi. A tymczasem wpływy i znaczenie Słowian w kalifacie wzrosły jeszcze bardziej, a kolejni kalifowie Al-Andalus byli już tylko marionetkami w rękach słowiańskiej elity wojskowo-urzędniczej. Do ogromnej władzy doszedł wówczas niejaki Almanzor (również Słowianin), który już realnie tworzył lokalne słowiańskie władztwa w ramach muzułmańskiego państwa w Hiszpanii. To on od 981 r. pełnił funkcję regenta i opiekuna młodego Hiszama II (którego matka była kochanką i agentką Almanzora). Almanzor stał się realnym władcą zarówno muzułmańskiej Hiszpanii, jak i zależnego od niej Maghrebu. Kontynuował również wojnę z chrześcijańskimi królestwami Leonu i Nawarry (przecież to właśnie frankońscy i italscy chrześcijanie porywali Słowian z plemion na wschód od Łaby i na północ od Dunaju i dostarczali ich potem na niewolnicze rynki w Ratyzbonie, Narbonie i Wenecji, skąd sprzedawano ich muzułmanom. Była to praktyka tak powszechna, że wręcz słowo Słowianin w językach krajów Zachodu, całkowicie zespoliło się ze słowem niewolnik, i tak w języku angielskim: Słowianin to "Slav", a niewolnik "slave", w języku francuskim: odpowiednio "Slave" i "esclave", w języku niemieckim: "Slawisch" i "sklave", w języku włoskim: "Slavo" i "schiavo", a w języku hiszpańskim: "Eslavo" i "esclavo". Innymi słowy Słowianie byli tak samo porywani, tak samo więzieni i tak samo gnębieni, jak póżniej stało się to praktyką czarnoskórych niewolników porywanych z Afryki i przewożonych do Nowego Świata. A mimo to ani Polacy, ani Czesi, ani Rosjanie, ani Białorusini ani też Ukraińcy nie demolują miast w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Francji i nie domagają się spacjalnych praw za "lata niewolnictwa". Zresztą, powstanie zjednoczonego państwa polskiego w połowie X wieku, ostatecznie położyło kres handlu białymi, słowiańskimi niewolnikami).
 



Almanzor rozbił siły chrześcijańskie w bitwie pod Ruedą w 981 r. i zmusił króla Leonu - Ramiro III do płacenia trybutu, a gdy jego następca - Bermudo II spróbował zrzucić zależność, Almanzor w 985 r. spalił Barcelonę a w 988 r. także i Leon. W 995 r. zwyciężył i wziął do niewoli hrabiego Kastylii - Garcię Fernandeza, a w 997 r. podbił prawie całe królestwo Leonu, dochodząc do Santiago de Compostela i paląc to miasto (oszczędził jednak grób św. Jakuba Apostoła, co może sugerować że kampanie Almanzora nie tyle były skierowane przeciwko chrześcijaństwu, co raczej przeciw konkretnym chrześcijanom, którzy uważali się za "baranki Boże" a wilka mieli pod skórą. Zresztą podobnie potem czynili Krzyżacy - zakon rycerski powołany przecież do ochrony chrześcijan w Ziemi Świętej, z czasem stał się prawdziwym przedsiębiorstwem, które dążyło do poszerzania swej władzy i majętności, kosztem innych ludów i innych krajów szafując hasłem "chrystianizacji". Paweł Włodkowic na soborze powszechnym w Konstancji w 1414 r. wystąpił z mową oskarżycielską wobec Krzyżaków, jednocześnie deklarując że każdy naród ma prawo do życia na własnej ziemi, gdyż jest ona mu dana przez Boga i nawet pogan nie wolno zmuszać do chrześcijaństwa siłą oręża a raczej potęgą Chrystusowej Wiary. Ostatecznie buta krzyżacka została ukarana pod Grunwaldem w 1410 r. a potem nastąpił już tylko powolny upadek tego pseudochrześcijańskiego tworu). Almanzor aż do swej śmierci w 1002 r. pozostawał niezwyciężony i siał postrach wśród chrześcijańskich monarchów Półwyspu Iberyjskiego, zmuszając ich do uległości i opłacania się sowitymi daninami (a jednocześnie upokarzał ich, jak choćby poprzez zburzenie katedry w Santiago de Compostela, który to czyn odbił się szerokim echem w całej ówczesnej chrześcijańskiej Europie). Od 1009 r. kalifat zaczął popadać w anarchię i powolny rozpad. Wówczas to już zaczęły się tworzyć mniejsze i większe królestwa, zwane - "tajfa", a pierwszym z nich było właśnie powstałe w tymże 1009 r. królestwo Badajoz (zajmowało obszar dzisiejszej południowej i środkowej Portugalii, oraz zachodniej Hiszpanii), którego władcą został słowiański niewolnik o imieniu Sabur al-Saglabi (innymi słowy wygląda więc na to, że to Słowianie dali początek... Portugalii). W 1009 r. powstało też królestwo Tortosy (również władane przez Słowian), w 1010 r. rządy w Walencji przejęli byli słowiańscy niewolnicy, a w 1011 r. powstało królestwo Almerii, gdzie również władali Słowianie. W 1010 r. Słowianin Jusuf al-Amir al-Siglabi ogłasił się władcą w królestwie Denii (kontrolowała również Baleary). Wkrótce sytuacja wygląda tak, że Słowianie zdominowali cały wschód i cały zachód Półwyspu Iberyjskiego, zaś Berberowie stworzyli własne taify w centrum kalifatu Omajjadów. Zresztą ta dynastia dobiegła kresu w 1031 r. a kalifat ostatecznie rozpadł się na szereg lokalnych królestw.

Rozdrobnione i osłabione iberyjskie królestwa dawnego kalifatu, od lat 50-tych XI wieku płaciły daniny królestwu Leonu (czyli sytuacja się odwróciła) i choć rekonkwista na Południe nadal trwała, to jednak muzułmańskie daniny znacznie hamowały jej postępy (władcy Leonu, Aragonii, Barcelony czy Kastylii nie chcieli przecież zabijać kury, która znosiła im złote jaja i tym samym przyzwalali na dalsze trwanie muzułmańskich państewek na południowych krańcach Półwyspu Iberyjskiego). Lata 60-te, 70-te, 80-te i 90-te XI wieku, to również działalność w Hiszpaniii osławionego wojownika o imieniu Rodrigo Diaz de Vivar, zwanego też Cydem Walecznym. Walczył on zarówno w imieniu władców chrześcijańskich królestw, jak i na własną rekę oraz po stronie muzułmanów (gdy poróżnił się z królem Leonu i Kastylii - Alfonsem VI), w każdym razie jego wyczyny przeszły potem do legendy. W 1077 r. król Alfons VI ogłosił się "totius hispaniae Imperator" (władcą całej Hiszpanii) i w 1085 r. zdobył Toledo - jedno z największych miast kalifatu, oraz późniejszą pierwszą stolicę zjednoczonej Hiszpanii (Madryt stał się stolicą dopiero w 1561 r., a ostatecznie po krótkim pobycie dworu króla Filipa III w Valladolid w latach 1601-1606, już na stałe powrócono do Madrytu). W wyniku tej klęski, od 1086 r. do Hiszpanii zaczęły przenikać posiłki Almorawidów z Maroka, którzy ostatecznie do 1094 r. podporządkowali sobie lokalne muzułmańskie taify w południowo-zachodniej Andaluzji. W tym też roku miały miejsce dwa znaczące wydarzenia. Otóż Cyd Waleczny (zwany również El-Cydem), zajął arabską Walencję i władał nią aż do swej śmierci w 1099 r. (po nim zaś władała tam do 1102 r. jego małżonka). Wówczas też powstałe z Badajoz hrabstwo Porto osiągnęło niezależność i ono to właśnie zapoczątkowało późniejszą Portugalię, kontynuując rekonkwistę w kierunku południowo-zachodnim. A tymczasem Almorawidzi rozpoczeli kontrofensywę i do 1110 r. podporządkowali sobie wszystkie dotychczasowe taify, tworząc ponownie (po stu latach rozbicia) zjednoczone muzułmańskie państwo. Teraz ich celem stało się odbicie Toledo, a nawet ponowne dotarcie do Pirenejów. Owe niebezpieczeństwo stało się szczególnie widoczne, po druzgocącej klęsce jaką Almorawidzi zadali wojskom Alfonsa VI w bitwie pod Ucles w 1108 r. Lecz Toledo zamienione w twierdzę, stało się skałą, na której muzułmanie łamali sobie kości, nie mogac go opanować (miasto to jednak popadło w ruinę, gdyż zamiast się rozwijać gospodarczo i zasiedlać nową ludnością chrześcijańską, musiało cały czas utrzymywać stan pogotowia wojennego i nie mogło wyjść poza mury twierdzy).




Królestwo Leonu i Kastylii (od 1157 r. samej Kastylii) zaczęło ustępować pola swemu konkurentowi - Aragonii, w dalszej walce z muzułmanami, a władca tego państwa - Alfons I Wojowniczy w 1118 r. zdobył Saragossę, Tudelę (1119 r.), a w bitwie pod Cutandą (1120 r.) zadał Almorawidom dotkliwą klęskę. W pięć lat później Alfons Wojowniczy dokonał śmiałego rajdu wzdłuż wschodniego wybrzeża Hiszpanii, docierając aż do Malagi i uwalniając po drodze wielu chrześcijan, których potem osiedlił w swoim królestwie (w odwecie już w 1126 r. Almorawidzi wysiedlili do Maroka wszystkich chrześcijan zamieszkujących kontrolowane przez nich hiszpańskie ziemie). W 1130 r. Alfons I pokonał Almorawidów pod Cullerą, a cztery lata później, podczas oblężenia Fragi, został śmiertelnie ugodzony strzałą i wkrótce potem zmarł (Alfons Wojowniczy był władcą skupiającym się jedynie na wojaczce i sprawach obrony Wiary Chrystusowej. Nie interesowały go zaś kobiety, stąd też nie pozostawił po sobie żadnych potomków a królestwo swoje przekazał w testamencie trzem zakonom rycerskim: Templariuszom, Szpitalnikom [Joannitom] oraz Bożogrobcom [Zakonowi św. Grobu], jednak szlachta aragońska unieważniła ten testament i ogłosiła królem brata zmarłego władcy - Ramiro II, który był mnichem. Ten władca w 1136 r. spłodził córkę - Petronellę, którą w roku następnym wydał za maż za hrabiego Barcelony - Rajmunda Berengara IV, a sam zrzekł się władzy i wrócił do klasztoru. Swoją drogą było to ciekawe małżeństwo, gdyż pan młody miał w chwili ślubu 23 lata, zaś jego oblubienica zaledwie... rok [oczywiście było to jedynie złączenie obu małżonków, zaś prawdziwy ślub odbył się dopiero w 1150 r.]. Ale dzięki temu mariażowi Aragonia połączyła się z Barceloną, stając się wspólnie nierozerwalnym królestwem). A tymczasem rekonkwista trwała nadal i w 1139 r. władca Portugalii (która swą nazwę wzięła od hrabstwa Porto) Alfons I rozbił Almorawidów w bitwie pod Ourique i dzięki temu ogłosił się królem, a w 1147 r. odebrał im Lizbonę, przenosząc tam swój dwór i czyniąc z tego miasta stolicę Portugalii (którą jest do dziś). Rekonkwista ruszyła pełną parą i w 1146 r. Alfons VII Kastylijski zdobył Kordowę (główne miasto i stolicę całego kalifatu), a w 1147 r. również Almerię (najważniejsze miasto portowe Al-Andalus). 

W 1148 r. Rajmund Berengar z Aragonii zajął Tortosę, w roku nastepnym zaś Leridę i Fragę i już się wydawało że dni islamu w Hiszpanii są policzone, gdy jednak w 1148 r. Almorawidów obalili (zmuszając ich do ucieczki na Baleary) wojowniczy Almohadzi, którzy postanowili odzyskać utracone tereny i wkrótce przeszli od zapowiedzi do szynów zdobywając w 1157 r. Almerię a w 1160 r. Kordowę. Zagrożeni kolejnym atakiem Maurów chrześcijanie, poczęli tworzyć hiszpańskie zakony rycerskie, wzorowane na tych, jakie powstały w Ziemi Świętej. I tak oto w 1158 r. w Kastylii założono rycerski Zakon Calatrava, potem (1170 r.) Zakon Santiago, oraz Zakon Alcantara (1175 r.). W Aragonii zaś (ok. 1172 r.) powstał Zakon Montjoye, a w Portugalii (1167 r.) Zakon Avis. Przez kilka lat zapanował względny spokój, aż w 1171 r. kalif - Abu Jakub Jusuf I wylądował z wielką armią w Hiszpanii i za cel obrał sobie zajęcie całego kraju. Co prawda nie udało mu się opanować Toledo (1173 r.), ale zdobył Caceres i Alcantarę (1174 r.), lecz wkrótce potem opuścił Hiszpanię. W 1177 r. rozpoczęła się kontrofensywa władców Kastylii i Aragonii, a w 1179 r. zawarli oni w Cazorla układ o podziale Półwyspu Iberyjskiego, na mocy którego do Aragonii miały należeć ziemie we wschodniej Hiszpanii, zaś do Kastylii w środkowej i południowej. Przez kolejne lata trwała przeplatanka, raz atakowali muzułmanie, raz chrześcijanie i trwało tak do 1195 r. gdy wojska Almohadów w bitwie pod Alarcos, zadały druzgocącą klęskę armii kastylijskiej, zdobywając całą środkową dolinę Tagu i południową La Manchę. Nastepnie Almohadzi oblegli Madryt i zniszczyli tereny wokół Toledo. Przed kolejną klęską ocaliła Kastylijczyków interwencja Almorawidów, którzy wystąpili przeciw Almohadom w Tunisie. Jednak owa klęska, stała sie powodem zmartwień papieża, który zaczął obawiać się ponownej utraty już wydartych muzułmanom w krwawych walkach ziem na północ od Tagu. Celem papieża Innocentego III stało się teraz doprowadzenie do zjednoczenia monarchów iberyjskich pod nowym sztandarem rekonkwisty, a że nie było to wcale takie proste, świadczy fakt, iż zarówno Kastylia, Aragonia, Nawarra i Portugalia miały zupełnie inne interesy, często w ogóle nie związane z walkami na Półwyspie Iberyjskim (np. Aragonia i Nawarra orientowały się na opanowanie ziem południowej Francji). Dlatego też dyplomacja papieska poczęła intensywnie działać w celu odrodzenia idei iberyjskiej krucjaty i ostatecznego wyparcia muzułmanów z Hiszpanii.     




 

 CDN.