Łączna liczba wyświetleń

piątek, 15 lipca 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LVI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 
 
 
 

II

ŻYCIE PO ŚMIERCI:

MITY I RZECZYWISTOŚĆ

Cz. I

 
 
 

 
 
TYBETAŃSKA KSIĘGA ZMARŁYCH
 
 
 Nielicznym z czytelników wiadomo, że religia starożytnego Egiptu obejmowała także wiarę w "Ka", co oznaczało mniej więcej to samo, co tak zwane dziś ciało astralne lub eteryczne człowieka. Należy zaznaczyć, że "Ka" nie było ani ludzką duszą ani duchem lecz czymś w rodzaju naczynia, w którym mieści się dusza (owo "Ka" można by porównać z ciałem widmowym polinezyjskich Kahunów, o czym pisze Long w pracy: "Wiedza tajemna za cudami"). "Ka" nieraz odwiedzało swą mumię, o czym mówią liczne rzeźby starożytnego Egiptu. Ciekawa pod tym względem jest tybetańska księga zmarłych, przetłumaczona w roku 1927 na język angielski, a wydana przez drukarnię Uniwersytetu w Oxfordzie. Tytuł książki: "Bardo Thodol". Napisał ją Guru Padmasambhava, mnich tybetański, żyjący około 749 roku n.e., lecz manuskrypt, według którego dokonano tłumaczenia, nie ma więcej niż 170-220 lat. Treść tej księgi nie odbiega wiele od podobnej, lecz znacznie starszej księgi egipskiej. Z naszego, europejskiego punktu widzenia, tybetańska księga ujęta jest jakby nieco rozsądniej i w wielu punktach nauki jej odpowiadają naszym nowoczesnym poglądom okultystycznym. Krótkie streszczenie tej książki z pewnością zainteresuje polskiego czytelnika. 
 
Gdy zanosi się na czyjąś śmierć, w Tybecie sprowadza się do konającego specjalnego lamę, którego obowiązkiem jest wspierać umierającego. Lama ma mu pomóc w przejściu na tamten świat. W tym celu kapłan przede wszystkim uciska konającemu tętnicę szyjną. Celem tego jest utrzymanie umierającego jak najdłużej w stanie przytomności, aby w ostatnich jego chwilach móc odpowiednio pokierować jego świadomością. Albowiem stan świadomości w chwili zgonu decyduje o późniejszym stanie "kompleksu duchowego". Życie bowiem polega na kolejnych przemianach i przejściach z jednego stanu świadomości w inny. Uciskanie tętnic reguluje drogę, którą siła duchowa uchodzi z człowieka. Właściwa droga bowiem prowadzi przez "otwór Monro'ego". Gdy oddech konającego ustaje, odwraca się go na prawy bok. Nadal należy uciskać tętnice po obu stronach szyi. Jeżeli konający wykazuje tendencje do spania, należy przeciwdziałać temu silnym lecz delikatnym uciskaniem tętnic. W ten sposób siła życiowa nie może opuścić pewnych części układu nerwowego i uchodzić będzie tylko tak zwanym "otworem braminów". W każdym razie należy pilnować, aby twarze obu ciał (fizycznego i astralnego) pokrywały się ze sobą. W takiej chwili każda istota dostrzeże pierwszy, słaby blask "bardo", czyli Światła Rzeczywistości. Przez cały okres konania lama upomina umierającego, aby zachował równowagę ducha, aby mógł jasno widzieć Światło Rzeczywistości i w nim się zanurzyć, a nie dał się zwieść złudzeniom zmysłów, halucynacjom i różnym kształtom myślowym, nie mającym realnego istnienia. Lama czuwa przy konającym cały czas od początku oddzielenia się ciała astralnego od ciała fizycznego, aż do zgonu. To trwa zazwyczaj od 3,5 do 4 dni, jeżeli nie ma przy tym lamy zwanego bapha-bo , czyli "wyzwalającego świadomość". I choć takiemu kapłanowi uda się we właściwy sposób przeprowadzić prawidłowe oddzielenie się ciała astralnego od ciała fizycznego, mija zazwyczaj kilka dni, zanim zmarły zorientuje się i zrozumie, że już nie żyje na świecie fizycznym. Jeżeli świadomość konającego nie jest dostatecznie skupiona na "jasnym świetle" może zajść taka sytuacja, że widzi on dziesiątki demonów i diabłów. Lecz książka wyraźnie zaznacza, że są to złudzenia i wytwory fantazji, postacie nie istniejące w rzeczywistości, lecz wytworzone przez myśli. Istnieją one tylko w świadomości konającego. Ich znaczenie jest symboliczne. Świadomość potrafi utworzyć je w myślach, tak jak to się dzieje z naszymi conocnymi snami. Umierający musi przejść, przedrzeć się przez te postacie stojące na drodze ku jasnemu światłu przestrzeni. Im wcześniej tego dokona, tym prędzej urzeczywistni się jego wyzwolenie.
 
Nauki o ciele w tybetańskiej księdze zmarłych są jasne i krótkie: Gdy zbudzisz się z okresu nieświadomości spowodowanej śmiercią, wówczas twe prawdziwe "Ja" musi się tobie pokazać w swej pierwotnej postaci, a ciało promieniste, podobne do dawnego ciała fizycznego, musi być widoczne. Zwiemy je ciałem pragnień. O ciele "bardo" powiedziano, że przenosi ono wszystkie wrażenia zmysłów. Możność swobodnego poruszania się wskazuje na to, że obecne ciało, które jest tylko ciałem pragnień, nie może być materialne. W rzeczywistości masz możność cudownego przenoszenia się z miejsca na miejsce. Będziesz wędrował z miejsca na miejsce bez ustanku i mimo twej woli. Wszystkim, którzy po tobie płaczą, musisz mówić: tu jestem, nie płaczcie. Lecz gdy oni ciebie nie widzą, pomyślisz sobie: "więc jestem martwy". Lecz trzymaj się. Będzie cię otaczała szarawa poświata (za dnia, w nocy i w ogóle po wsze czasy). I chociaż będziesz szukał jakiegoś ciała, twoją nagrodą będzie tylko daremny trud. Staraj się stłumić w sobie pragnienie posiadania znów ciała i niechaj twój duch pozostanie w stanie wyrzeczenia się. Tak postępuj. To są wskazówki, jak należy odbywać wędrówki w ciele astralnym, w "Sidpa Bardo". 
 
W "Bardo Thódol" znajdujemy również informacje o sądzie, jaki czeka każdego umarłego. Zmarłeś i stoisz teraz przed obliczem boga śmierci. Na próżno starasz się zaprzeczyć twoim złym uczynkom. W lustrze najwyższego sędziego przewijają się odbicia wszystkich twoich czynów. Wiedz, że wszystkie postacie, które widzisz w twoim stanie pośmiertnym, zwanym w języku tybetańskim "bardo", w rzeczywistości nie istnieją. Są to tylko twory twej wyobraźni. Promieniują z ciebie, wysyłasz je bezwiednie, przerażają ciebie, a ty nie rozpoznajesz swoich własnych uczynków. Lustro, w którym sędzia zmarłych zdaje się oglądać twoje uczynki, to tylko twoja własna pamięć, która przypomina ci twoje własne uczynki, które oceniasz według własnych kryteriów, według własnych poglądów na dobro i zło. To ty sam wydajesz na siebie wyrok. Nie istnieje żaden straszliwy Bóg, który wydaje na ciebie wyroki. Wiedz bowiem, że poza twoimi własnymi metafizycznymi projekcjami, nie istnieją ani bogowie ani demony. Nie ma żadnych sędziów sądzących zmarłych. Nie istnieje nawet owo "bardo", o którym mówi nasza religia. Zrozum to wreszcie i stań się istotą wolną.
 
 
 
 
 
DONIESIENIA Z TAMTEGO ŚWIATA
 
 
 Na sympozjum psychologów w Zurychu w dniu 31 marca 1966 roku wygłoszono szereg ciekawych referatów naukowych na temat życia po śmierci. Relacje umieszczone w referatach pochodziły z różnych lat i z różnych krajów (najciekawszy był referat prof. dr. W. Hinza z Uniwersytetu w Goettingen). Wiadomości otrzymywano doń bądź to na drodze medialnej bądź bezpośrednio od zjaw. Teksty stenografowano albo nagrywano na taśmę mganetofonową. Poniżej przedstawiamy najciekawsze przekazy. Raport ten pochodzi z Zurychu z dnia 7 marca 1962 roku. Nie stanowi on nic nowego. Podobny przebieg konania obserwowali często jasnowidze.
 
- Od jakiegoś czasu byłem poważnie chory. Kiedy zbliżał się mój koniec, byłem bardzo osłabiony i nie miałem siły mówić, chociaż słyszałem jak rozmawiano dookoła mnie. Jeść także już nie mogłem. Nie miałem nawet siły, aby zwracać uwagę na to, co się dzieje wokół. Widziałem natomiast rzeczy inne, choć nie wszystko z tego mogłem zrozumieć. Nie wiedziałem czy śnię, czy widzę coś na jawie. W oddali stali moi zmarli rodzice, a obok nich inni moi krewni, których nie było już na fizycznym świecie. Wszyscy oni z daleka kiwali rękami. Widziałem ich wszystkich wyraźnie, lecz nie miałem sił, aby im dać znać lub się do nich odezwać. Tak więc nie mogłem należycie skupić uwagi ani na tym, ani na tamtym świecie. Po chwili ukazała się nad moim łóżkiem jakaś zwiewna istota i robiła coś z moją osobą, lecz nie mogłem się zorientować co. Istota ta głaskała rytmicznie moją głowę i moje ciało w tę i w tamtą stronę. Chętnie bym podał jej ręce, ale byłem na to za słaby. Czułem jednak, że to by mi dobrze zrobiło. Potem wystąpiło u mnie uczucie całkowitej pustki, tak że nie spostrzegłem ani owej istoty, ani moich zmarłych rodziców. Usłyszałem natomiast wyraźne głosy otaczających mnie żywych krewnych. Nawet udało mi się wyszeptać kilka słów. Lecz teraz zaczęli się do mnie zbliżać moi rodzice. Widziałem ich całkiem wyraźnie przed sobą. Do istoty unoszącej się znów nade mną dołączyła się druga taka postać. One zdawały się mnie głaskać, aż mogłem im wreszcie podać ręce. Oczywiście, nie były to już teraz ręce materialne. Zdawało mi się także, że już odczepiłem się od mojego ziemskiego ciała. Unoszące się nade mną istoty powiedziały do mnie. Teraz umarłeś. Oto tam leży twoje martwe ciało. Usłyszałem też głos któregoś z krewnych: Już umarł. Najpierw unosiłem się wraz z owymi istotami w pokoju, chybocząc w powietrzu, jak balonik na wietrze, po czym zabrano mnie stamtąd. Moich rodziców już nie widziałem. Zniknęli. Z początku czułem się odrętwiały i zamroczony. Nie orientowałem się, gdzie jestem. Wypłynąłem z mojego pokoju jakby mnie wywiał wiatr i nagle znalazłem się w innym świecie. To jest "tamten świat" - powiedziano mi. - Każdy musi tu przyjść. Po czym obie zwiewne postacie, które mi poprzednio pomogły opuścić moją ziemską powłokę, pożegnały się ze mną słowami: Nasze zadanie w stosunku do ciebie jest już skończone. Wówczas stanęli nagle przede mną moi rodzice. 
 
Tyle mówi ów skromny raport o śmierci człowieka i pobudza jedynie ciekawość czytelników, którzy chcieliby wiedzieć, jak też wygląda "tamten świat", dokąd przeniósł się zmarły. Autor liczy się z tym, że czytelnicy będą może zgorszeni dalszym ciągiem relacji, jak to już często bywało. Albowiem dla ludzi tamtego świata, w każdy razie dla duchów zamieszkujących płaszczyznę astralną najbliższą naszej Ziemi, ich świat prawie niczym nie różni się od świata fizycznego. Ich ciała astralne mają tam całkiem ziemski wygląd. Fakty te wydają się wielu ludziom niewiarygodne, lecz, jak się dalej przekonamy, wszystkie relacje z tamtego świata są do siebie uderzająco podobne. A poza tym zmarli, którzy nam o tym opowiadają, muszą chyba wiedzieć lepiej jak wygląda świat, w którym przebywają. A oto sprawozdanie odebrane w Oxfordzie dnia 3 października 1913 roku. Mówi matka duchownego Ovena do swego syna:
 
- Opowiem Ci coś niecoś o warunkach, w jakich znajdują się zmarli bezpośrednio po ich śmierci i po przybyciu na tak zwany u was "tamten świat". Oczywiście, poziom intelektualny przybywających jest bardzo różnorodny. Każdego więc traktuje się indywidualnie. Wielu przybyszów długo nie może zrozumieć, że już nie żyją w waszym pojęciu. Wydają się sobie żywi i ruchomi, myślą, że posiadają nadal ciało. Poza tym trudno im się pozbyć niejasnych poglądów o stanie pośmiertnym człowieka. W takich przypadkach staramy się wszystkim przybywającym przede wszystkim wyjaśnić, że w świecie materialnym już nie istnieją. Robimy to na różne sposoby. Mimo wszystko w bardzo wielu przypadkach nie możemy nic zdziałać i to częściej, niż ktokolwiek by przypuszczał. Należy bowiem pamiętać, iż charakter człowieka buduje, tworzy i umacnia się latami, a myśli, jakie powstają, ryją głębokie bruzdy. Jednak osoby duchowo dojrzałe od razu zdają sobie sprawę z tego, że przeszły do innego świata, a wówczas nasze zadanie jest łatwe. 
 
Tyle ogólnych uwag o zachowaniu się nowo przybyłych. Na ogół, po pewnym okresie zamroczenia, następują wpierw powitania z różnymi przyjaciółmi i członkami rodziny, zmarłymi dawniej. Potem następuje okres wypoczynku, czyli pewnego rodzaju sen adaptacyjny. Poniżej kilka sprawozdań o takich wypadkach. Mówi duch kobiety na seansie w dniu 3 stycznia 1962 roku.
 
- Z początku byłam zupełnie zamroczona i zapytywałam siebie, czyżbym rzeczywiście już umarła? Dotykałam mego ciała i myślałam: jeżeli ciało nie żyje, to przecież i ja nie mogę już żyć! Wcale nie myślałam o jakimś duchu czy duszy. Dotykałam mego ciała astralnego. Miałam ręce zdolne do chwytania, miałam nogi i stopy, mogłam więc chodzić. Miałam także głowę, miałam włosy, suknię. Wszystko to było więc dla mnie niezrozumiałe.
 
Inne sprawozdanie z tej dziedziny spisano 8 stycznia 1964 roku. Pochodzi ono od ducha mężczyzny, który zabił się, spadając w górach w czasie wspinaczki w przepaść.
 
- Kiedy obudziłem się po tamtej stronie życia, starałem się szeroko otworzyć moje psychiczne oczy, aby zobaczyć moje nowe otoczenie. Równocześnie czułem się niezmiernie zmęczony. Chciało mi się bardzo spać. Wszystko dookoła mnie było nowe i robiło na mnie silne wrażenie, lecz czułem się tu obco. Widziałem liczne twarze, a w oddali, jak mi się wydawało, stali moi rodzice, a także różni znajomi. Przede wszystkim jednak dominowało we mnie pragnienie snu i spokoju. Zaprowadzono mnie w zaciszne miejsce, gdzie mogłem spokojnie spać. Jak później zauważyłem, nie ja jedyny byłem w takim stanie, lecz i inni, którzy się tam znaleźli. Nie wiem, jak długo spałem i nie interesowałem się tym. Jednak, kiedy otworzyłem oczy, poczułem się nagle silny i wypoczęty. Przyniesiono mi coś do picia. Wcale mnie to nie zdziwiło, że tu, po drugiej stronie życia doczesnego, czymś mnie poczęstowano. Przyjąłem to jak rzecz, którą się rozumie samą przez się. 
 
Jeszcze jeden opis podobny do poprzednich. Pochodzi od ducha mężczyzny. Podyktowano go 3 maja 1964 roku.
 
- Kiedy przybyłem do świata duchów, powitali mnie rodzice. Lecz było tam także wiele innych istot. Niektóre były mi nawet znane. Wzięto mnie pod ramiona, choć czułem się całkiem dobrze. Poprzednio chorowałem długo i nim zmarłem bardzo cierpiałem. Obecnie, kiedy już pozbyłem się ciała fizycznego, czułem się całkiem dobrze. Dwaj astralni przyjaciele, którzy mi towarzyszyli, wprowadzili mnie do jakiejś sali pośród pięknego ogrodu. Tam położono mnie na tapczan, abym przede wszystkim wypoczął. Słyszałem co się dzieje dookoła mnie, lecz czułem się już dość zmęczony. Zasnąłem, lecz nie wiem na jak długo.
 
O takim śnie adaptacyjnym wypowiedziała się jakaś wyższa istota na seansie w Monachium w roku 1895 w sposób następujący:
 
- Stan duszy po śmierci fizycznej jest zawsze uzależniony od poziomu jej rozwoju. Im wyższy poziom rozwoju duchowego, tym krócej trwa jej sen pośmiertny, względnie okres wypoczynku. Albowiem o sile lub energii duszy decyduje jej stan moralny i ewolucyjny. U osób stojących na poziomie niskim, na przykład pijaków lub opętanych innymi namiętnościami, dusza jest otępiała, a po śmierci wpada w stan odrętwienia. Ten stan może trwać długo i ustępuje powoli. Dusze wszystkich ludzi dobrych przechodzą po śmierci okres snu, lecz stan ten nie może być porównywany ze snem ludzi fizycznych. U niektórych sen trwa krótko i przypomina nieco senne marzenia. Dusza nabiera przy tym świadomości egzystencji i zaczyna rozumieć, jakie możliwości psychiczne dla niej istnieją. Dusze, których ciała ostatnio przed śmiercią doczesną bardzo cierpiały i których odłączenie się od ciała fizycznego połączone było z cierpieniami, śpią potem spokojnie otulone fluidami ich ducha opiekuńczego (anioła stróża?). Ten duch dostarcza im odpowiedniego pożywienia wzmacniającego i uzupełniającego energię psychiczną. Zatem wypoczynek po śmierci jest obowiązujący dla dusz pochodzących z takiego świata jak nasz. A w jakim stanie znajdują się dusze po przebudzeniu się z takiego snu adaptacyjnego? Jakkolwiek dziwne będzie się to ludziom wydawało, lecz dusze te w swych ciałach astralnych mają ubiory. Zaś rodzaj szaty odzwierciedla ściśle duchowy poziom istoty. W sferach średnich tamtego świata, czyli przyziemnych, wybór ubioru jest pozostawiony samej istocie, bywa zatem podobny do ziemskich ubrań. 
 
Jak objaśnił uczestników seansu pewien zmarły amerykański adwokat, a było to w Londynie w roku 1913.
 
- Będzie się wam wydawało to wręcz absurdalne, lecz nosimy tam takie same ubiory jak wy. Tu jednak nie potrzeba na ubrania tylu szaf. Nie widuje się ich wcale. Co prawda przebywam w tym nowym świecie dopiero od niedawna. 
 
Dusza pewnego kowala powiedziała na seansie w dniu 3 lipca 1963 roku co następuje:
 
- Było dla mnie całkiem jasne, że moje ciało fizyczne opuściłem i że żyję nadal w moim ciele astralnym. Oczywiście, miałem na sobie ubiór, jednak on mi się nie podobał. Taki był jakiś dziwny. Nigdy w życiu nie miałem czegoś podobnego na sobie. Rzuciło mi się także w oczy, że istnieje tu duża różnorodność ubiorów. Jedni byli ubrani zwyczajnie, jak za życia. Inni znów mieli na sobie długie, powłóczyste szaty, co moim zdaniem nie było ani praktyczne, ani ładne. Było dla mnie jasne, że spotykam tu istoty pochodzące nie tylko z Europy, lecz także z innych części świata. Widuję tu: Chińczyków, Japończyków, Hindusów, a każdy nosi się inaczej.
 
Pewna wyższa istota powiedziała na seansie w dniu 6 stycznia 1961 roku tak:
 
- Kiedy po śnie adaptacyjnym otworzyłem oczy, miałem na sobie białą, gładką, powłóczystą szatę. Była ona skromna, lecz rodzaj tkaniny był tak delikatny, jakiego nigdy w życiu nie widziałem. Istoty z zaświatów na poziomie wyższym poznaje się po jakości i rodzaju wspaniałych tkanin, z których mają zrobione ubiory. 
 
W następnych urywkach opisów będzie mowa o stosunku zmarłych do otoczenia oraz o ich sposobie poruszania się (o skrzydłach nikt nigdy nie wspominał). A więc z kolei urywek oświadczenia, złożonego dnia 2 maja 1962 roku przez istotę niezbyt inteligentną.
 
- Obudziłem się potem na jakimś świecie, który wywołał moje zdumienie. Właściwie to wszystko przypominało mi moje dawne życie. Wszystko było tu takie samo jak tam, na Ziemi, a więc lasy, rzeki, domy... wszystko, wszystko! Lecz nie byłem tu wcale głodny, ani nie miałem pragnienia. Nigdy nie ma nocy, zawsze jest jednostajnie i równomiernie jasno, a atmosfera przyjemna. Pojęcia czasu nie ma. 
 
Dnia 4 kwietnia 1962 roku zgłosiła się na seansie jakaś żeńska istota. A oto, co opowiadała:
 
- Po przebudzeniu się na tamtym świecie miałam w pierwszej chwili wrażenie, że to jest jeszcze stary świat fizyczny, tak było wszystko podobne. Widziałam łąki, ogrody, lasy. Widziałam zwierzęta, a gdzieniegdzie domy. Lecz domy te były zbudowane inaczej, niż tam, w świecie ludzi żyjących. 
 
Duch jakiegoś młodego człowieka, zmarłego w wieku 17 lat powiedział na seansie w dniu 2 czerwca 1965 roku:
 
- Odwiedziłem na tamtym świecie swoją babkę, która ma tu własny domek. Podziwiałem urządzenie wnętrza oraz liczne drobiazgi leżące tam. Powiedziałem babci, że jest to dziwne, iż na tym nowym świecie wszystko jest tak, jak w poprzednim życiu fizycznym. Wyobrażałem sobie wszystko inaczej. Ludzie z fizycznego świata bardzo by się dziwili, gdyby to wszystko tutaj zobaczyli na własne oczy!
 
 

 
Dalsze słowa zanotowano na seansie w dniu 7 lutego 1962 roku. Duch przemawiający do zebranych oświadczył wówczas, iż w czasie, kiedy żył jeszcze na świecie fizycznym, wiódł życie na wskroś materialne i egoistyczne, choć przyjemne.
 
- Nie cierpiałem długo. Kiedy później otworzyłem oczy, stwierdzając, że znajduję się na innym świecie, byłem bardzo zdziwiony, że moja śmierć nie oznaczała końca istnienia. Niebawem pojawiła się przy mnie moja zmarła matka i po powitaniu powiedziała do mnie: "Teraz będą ciebie sądzić. Jesteś w państwie Boga!" Zwracałem mało uwagi na jej słowa, bo byłem jeszcze bardzo zamroczony i odrętwiały. Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że wszystko jest tu podobne do świata fizycznego, z którego przybyłem. Czyżby życie rzeczywiście trwało dalej? Ale przecież moja matka zmarła dość dawno, a tymczasem ja widzę ją tu jak żywą przed moimi oczami?
 
Niejedno wyjaśniają także słowa kobiecej zjawy, wypowiedziane na seansie w Anglii w dniu 5 września 1962 roku.
 
- Nie miałam pojęcia, jak to właściwie jest na tamtym świecie. Nie spodziewałam się tego, co zobaczyłam. Przypuszczałam, że życie nie kończy się wraz ze śmiercią fizyczną, lecz tam - na Ziemi - wyobrażałam sobie to wszystko całkiem inaczej. Kiedy znów otworzyłam oczy po tamtej stronie życia, stali przede mną moi rodzice. Rozglądałam się dookoła, lecz byłam jeszcze zamroczona. Czułam się jak nowo narodzona. Nie miałam żadnych bólów. Wyszczuplałam i mogłam swobodnie oddychać. Jakże łatwo można było przenosić się z miejsca na miejsce bez śladu zmęczenia. Wraz z moim towarzystwem weszłam pod górę po jakiejś skarpie i miałam wrażenie, że płynę w powietrzu. Stanąwszy na górze, podziwiałam piękne kwiaty, rozległe łany zboża, a dalej wspaniałe lasy. 
 
W dniu 4 września 1964 roku na seansie jakaś istota męska opowiadała o swym śnie adaptacyjnym. 
 
- Obudziłem się i rozglądałem dookoła. Miałem wrażenie, że mnie gdzieś unoszą. Spojrzałem w dół i zdawało mi się, że ziemia ucieka mi spod stóp. Oczywiście, stawiałem kroki, lecz nie miały one znaczenia w porównaniu z szybkością poruszania się. 
 
Wspomniany poprzednio informator z seansu w dniu 3 maja 1964 roku tak mówił o swoich wrażeniach z pierwszych chwil pobytu na tamtym świecie i śnie adaptacyjnym:
 
- Przede wszystkim postanowiłem sobie obejrzeć okolicę i poznać ją bliżej. Była przepiękna. Znajdowałem się w jakimś ogrodzie na wsi. W dolinie otoczonej górami i lasami. Po zboczu kaskadami spływał strumień, a krople wody iskrzyły się we wspaniałym promieniu jakby tęczowego światła. Co chwilę przecierałem oczy, bo ten piękny widok wydawał mi się nieprawdopodobny. 
 
Jeszcze raz cytujemy naszego informatora z seansu w dniu 8 stycznia 1964 roku (po przebudzeniu się ze snu).
 
- Stały przy mnie jakieś trzy wspaniałe istoty. Pomogły mi wstać i podprowadziły mnie kawałek drogi. Rozglądałem się dookoła. Wszystko promieniowało wspaniałymi barwami. Czułem się wesoły i szczęśliwy. Mijały nas różne piękne postacie, które pozdrawiały nas rękami. Droga prowadziła pod górę, gdzie napotkaliśmy duży, wspaniały budynek. Stamtąd roztaczał się piękny widok. 
 
W Londynie na seansie w lutym 1929 roku odebrano takie oto informacje. Na wstępie mowa o śnie adaptacyjnym.
 
- Radość, spokój i pogodny nastrój wywołały u mnie jakieś szczególne i niespodziewane uczucie szczęścia i zadowolenia. Wstałem i rozejrzałem się. Okolica była piękna i podobna do angielskich krajobrazów wiejskich. Najbardziej zaintrygował mnie brak perspektywy. Przedmioty odległe nie wydawały się mniejsze, jak to jest w świecie fizycznym. Poza tym, każdy przedmiot, dom itp. widziałem równocześnie ze wszystkich stron, a mój wzrok przenikał je nawet na wskroś. Zrozumiałem, że patrzenie oczami duszy odbywa się inaczej i daje inne możliwości.
 
W latach dwudziestych naszego stulecia duchowny angielski - Thomas, notował podczas seansu wiadomości otrzymywane od zmarłego ojca. A oto w skrócie odebrane relacje:
 
- Jeżeli ludzie na świecie fizycznym pragną uzmysłowić sobie jak wygląda życie pozagrobowe, zazwyczaj wymyślają obrazy niepodobne do tych, które widuje się na Ziemi. Główna różnica między życiem doczesnym, a życiem na tamtym świecie polega przede wszystkim na braku wszelkich chorób. Poza tym żadne fizyczne wpływy nie mogą nikogo nastroić negatywnie do czegokolwiek. Wyraz "fizyczne" jest tu ważny, albowiem świat fizyczny nie jest wyłącznie tylko fizyczny. W świecie fizycznym życie psychiczne odgrywa dużą rolę, my zaś w świecie pozagrobowym mamy na przykład atmosferę chemiczną, a więc fizyczną. Dalej, mamy jakieś ciało. Mamy także ubranie, jest to bowiem przyzwyczajenie myślowe, zabrane ze świata fizycznego, aby chodzić ubranym. Lecz na ubranie nie trzeba brać miary. Tworzymy je myślowym aktem woli. Kto tego z początku jeszcze nie potrafi, temu zrobią to chętnie inni. Ja na przykład robię dalekie spacery, bo za życia zawsze lubiłem chodzić. Lecz nie muszę tego robić. Mogę do woli unosić się i płynąć w powietrzu. Z przyzwyczajenia jednak stawiam nogi na ziemi. Z pewnością spyta mnie ten i ów po czym ja właściwie chodzę, czy po prawdziwej ziemi, czy po czymś innym. Oczywiście, że chodzę po jakiejś ziemi, która dla mnie jest taka twarda, jak dla was ziemia fizyczna. Jednak za pomocą mojej energii psychicznej mógłbym, gdybym chciał, w tę moją ziemię zapaść się lub ją przeniknąć. U nas są takie same drogi jak u was, lecz nie ma na nich brudu, błota, śmieci i innych nieprzyjemnych rzeczy. Nasze drogi są elastyczne przy chodzeniu, więc chodzenie po nich należy do przyjemności. Wielu ludzi myśli, że my żyjemy tu w jakimś półśnie i jakimś życiem wyłącznie myślowym. Tak nie jest. Nawet w świecie, gdzie nie można być aktywnie czynnym za pomocą energii myślowej, potrzebny jest jakiś materiał do obróbki, materiał, nad którym pracujemy. Lecz materiał ten daje się łatwo formować, przerabiać i obrabiać. Im ktoś u nas stoi na wyższym poziomie, tym łatwiej materia ta poddaje się jego woli. Oczywiście, nasza materia różni się całkowicie od waszej. Nazywam to po prostu materią, bo brak mi na to odpowiedniejszego określenia. Przedmioty z materiału stałego są u nas elastyczne, piękne i dają się do woli od nowa formować. Możemy to robić za pomocą aktów woli. Nowo przybyli nie potrafią tego, tak jak i u was noworodki nie potrafią rzeźbić. 
 
Tyle powiedział ojciec duchownego. O podatności tamtejszej materii do obróbki i przetwarzania istnieje bardzo dużo relacji. Istota żyjąca w zaświatach na wyższej płaszczyźnie potrafi na przykład, za pomocą koncentracji myśli, utworzyć dowolny przedmiot. Na zakończenie humorystyczna relacja o sile myślowej i o jej możliwościach na tamtym świecie. Zajście to opowiadał w roku 1937 na seansie duch pana Alberta Paucharda, czyli w cztery lata po jego śmierci fizycznej. Pan Pauchard za życia na naszym świecie był przewodniczącym Towarzystwa Parapsychologicznego w Genewie. Na tamtym świecie spotkał kiedyś dobrego znajomego ubranego we frak i cylinder, z kwiatkiem w butonierce i małym egzemplarzem Biblii w ręce. Po przywitaniu się pan Pauchard złożył starszemu panu życzenia z powodu odmłodzonego wyglądu i spytał: "Dlaczego się pan tak świątecznie ubrał?", "Jak to - odrzekł znajomy - na takim świecie jak ten należy włożyć na siebie to, co się ma najlepszego". Po chwili rozmowy zauważył, że ów pan nie ma już w swojej ręce tomu Biblii. Po prostu przestał o niej myśleć i Biblia się ulotniła. Pan Pauchard nie radził mu szukać zgubionego tomu, bo to jest - jak powiedział - rzecz zupełnie beznadziejna. Albowiem należy sobie uprzytomnić, że gdy się na tamtym świecie czegoś szuka, to się przy tym myśli, że się tego czegoś nie ma i wobec tego nie można tego czegoś odzyskać! Należy postąpić zatem tak: intensywnie myśleć, że się Biblię ma - "O, proszę, Biblia znów jest!!!". "Pana zawsze trzymają się dowcipy, jak za dawnych dobrych czasów, a przecież teraz jesteśmy na tamtym świecie!" - obruszył się znajomy. "Należy pamiętać - skończył pan Pauchard swe opowiadanie - że mój znajomy był na tamtym świecie dopiero od trzech dni". 
 
Na tym zakończymy te ciekawe sprawozdania i relacje z tamtego świata. Jak widzimy, czeka na nas tam niejedna niespodzianka, choć udało nam się tylko rzucić okiem przez wąską szczelinę na ten nieznany nam świat.
 
 
 
PS: W kolejnej części będzie o tym w co wierzymy, oraz jak to się realnie przekłada na to, co spotykamy i spotkać możemy po śmierci na "Tamtym Świecie".
 
 
PS2: Raz jeszcze powrócę i przypomnę, gdyż dzisiejszy temat mi nieco tę sprawę uporządkował, a mianowicie pamiętam doskonale, jak na kilka dni przed swą śmiercią moja babcia (którą przywiozłem do siebie, gdyż sama mieszkała dość daleko i stały kontakt z nią nie był fizycznie możliwy, choć oczywiście miała tam opiekunkę, ale wydaje mi się że jednak starszy człowiek chciałby w ostatnich dniach, tygodniach a może miesiącach być blisko rodziny), mówiła do mnie dość dziwne rzeczy. Mianowicie opowiadała mi (leżąc w łóżku, gdyż już nie mogła chodzić, a w szpitalu w którym leżała zrobiły jej się dodatkowo bolesne odleżyny, które to musieliśmy zaleczyć) że nocą przychodzi do niej moja (zmarła dosłownie dwa tygodnie wcześniej) mama, niczym wróżka i... tańczy przy jej łóżku. Przyznam się szczerze, że wówczas nieco mnie tym zadziwiała, a nawet lekko... przerażała, tym bardziej, jak opowiadała że nocami odwiedzają ją jacyś ludzie. Mój dom znajduje się w pewnej odległości od miejskiego szpitala i babcię właśnie mieli odwiedzać ludzie z tego szpitala, notabene... zmarli ludzie. Opowiadała mi o dziewczynce, która siadała przy jej łóżku i zostawała tam do rana, a nawet dłużej, bo niekiedy gdy ja lub moja kobieta przynosiłem jej śniadanie, to mówiła że owa dziewczynka wciąż tu jest i ciągle przy niej siedzi. Mówiła o człowieku, który stał przy oknie z psem i innych, odwiedzających ją (jak twierdziła) ludzi ze szpitala. W kilka dni później zmarła w hospicjum, w dniu, w którym ją tam przewiozłem (aby zapewnić jej lepszą opiekę). Odeszła zupełnie spokojnie, bez żadnego bólu, po prostu zasnęła i już się nie obudziła. Przeżyła 85 lat, w tym niemiecką okupację (jako dziecko służyła u Niemca jako pomoc kuchenna), ale potem doskonale sobie poradziła w życiu. Pierwsze jej małżeństwo co prawda było nieudane (przyznam się szczerze, że swojego dziadka - czyli ojca mej mamy - to ja nawet nie znałem i widziałem go tylko raz w życiu, gdy jako nastolatek odwiedziłem go w jego nowym domu. Wtedy już był łagodnym staruszkiem). Nie był on zbyt dobrym mężem i babcia potem wielokrotnie wspominała jak ją bił, jak przepijał wypłatę (miał jakiś stopień wojskowy, ale nie pamiętam jaki, i służył w Ludowym wojsku Polskim w latach 40-tych i 50-tych), jak okradał własne dzieci (np. raz zabrał i sprzedał rower swego syna - mego wuja, tylko po to, by mieć za co trunkować). Nie pamiętam, aby też kiedykolwiek babcia powiedziała o nim dobre słowo (nawet po latach). Drugie małżeństwo babci było już znacznie lepsze, a ona sama należała do kobiet, które potrafią się w życiu ustawić. Wyjechała na Pomorze, tam ponownie wyszła za mąż, a po śmierci męża miała wszystko, mieszkanie, działki etc. etc. Jednak babcia należała też do osób, którym wciąż było mało i wielokrotnie pisywała listy do najróżniejszych instytucji, odnośnie zadośćuczynienia za lata wojennej pracy przymusowej, a potem w kwestii swego drugiego męża, a to za Obronę Helu (gdzie ponoć w 1939 r. miał walczyć), a to za obóz do którego trafił. Niestety, potem okazało się, że (śmieszna historia) on rzeczywiście walczył, tylko, że tak powiem od tej strony "od Odry na wschód" 😉. A babcia dalej walczyła o odszkodowanie, mimo że małżonek służył w mundurze z hitlerowską "gapą" na piersi 😏 i rzeczywiście bronił Wybrzeża, ale w 1944/45 przez Sowietami i idącym z nimi Wojskiem Polskim (cóż, każdy miał jakąś przeszłość). Tak się zastanowić, to w jakiej ja się rodzinie wychowałem? Ojciec mojej babci był ideowym komunistą i zginął (1943?) w niemieckim obozie zagłady w Gross Rosen, dziadek od strony mamy był niegodny tego, aby nazwać go ojcem lub dziadkiem, a drugi mąż mej babci służył w Wehrmachcie. Co prawda moja rodzina od strony ojca też miała niemieckie korzenie, ale tu nie było takich ekstremalnych przypadków. Nie było tam ani komunistów, ani walczących po niemieckiej stronie (pradziadek odmówił w 1940 r. podpisania volkslisty i wstąpienia do Wehrmachtu, twierdząc że jest Polakiem, w domu zaś zabronił mówienia po niemiecku, a wcześniej w 1920 r. walczył na odcinku obrony Warszawy, był osobistym kierowcą gen. Józefa Hallera - również spolonizowanego Niemca - a potem należał do Związku Hallerczyków). 
 
 
 
 
W każdym razie, przechodząc do meritum, to właśnie na kilka tygodni przed śmiercią, babcia opowiadała mi o jakimś cudnym domku w środku pięknego lasu, gdzie mieszkała wraz z moją mamą i... ze mną. Biorąc pod uwagę powyższe relacje, mogę stwierdzić że niekoniecznie musiał to być jej przedśmiertny wymysł, tym bardziej że obraz owego domku zmaterializował się w mym umyśle. Ciekawe...    
 
 
CDN.
 

środa, 13 lipca 2022

WOJNA 39 - Cz. X

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.





NIECHCIANY SOJUSZ

CZYLI RELACJE POLSKO-NIEMIECKIE

(1934-1939)

Cz. VII



 



ZBLIŻENIE POLSKO-SOWIECKIE
(1932)
Cz. VI
 
 
 
NIEPEWNY POKÓJ I NOWA "WOJNA"
(UKRAINA - BIAŁORUŚ - LITWA)
 
 
 Po raz pierwszy niepodległość Białorusi ogłoszona została przez Radę Białoruskiej Republiki Ludowej (powstałej 9 marca 1918 r. z przemianowania Komitetu Wykonawczego Rady I Wszechbiałoruskiego Zjazdu, który 21 lutego ogłosił się najwyższą władzą cywilną na Białorusi) 25 marca 1918 r. Nowe państwo obejmować miało ziemie Mińszczyzny, Witebszczyzny, Mohylewszczyzny, Grodzieńszczyzny (z Białymstokiem), oraz część Wileńszczyzny, Smoleńszczyzny i Czernihowszczyzny, jednak od samego początku nowe państwo napotkało problemy nie tylko z międzynarodowym uznaniem dla Białoruskiej Republiki Ludowej, ale nawet z akceptacją jej granic, czy choćby samego istnienia. Polacy, Litwini czy Rosjanie chcieli budować własne państwa, a teren Białorusi był w ich planach częścią składową odrodzonych republik (w przypadku Rosjan po pokonaniu bolszewików). Realnie więc władza Rady Białoruskiej Republiki Ludowej szybko została zmarginalizowana, tym bardziej gdy na Białoruś wkraczały kolejno wojska bolszewickie i polskie. Po raz drugi odrodzenie Białorusi (w pewnym związku federacyjnym z Polską) próbował stworzyć gen. Stanisław Bułak-Bałachowicz, który (w porozumieniu z Borysem Sawinkowem, a także przy wsparciu dowództwa Wojska Polskiego, które pomagało uzupełnić skład liczebny oddziałów Bułak-Bałachowicza) 25 października 1920 r. przekroczył granicę rozejmu w Wojnie polsko-bolszewickiej, ustaloną w preliminariach ryskich 12 października 1920 r. (zawieszenie broni na froncie weszło w życie 18 października). Od razu też Bułak-Bałachowicz wydał dwie depesze. W Pierwszej - wystosowanej do Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego - powiadamiał, iż przystępuje do walki o niepodległą Białoruś (tak naprawdę bez inicjatywy Piłsudskiego i ludzi z jego otoczenia, sformowanie armii Bułak-Bałachowicza byłoby niemożliwe, a to oznacza że Piłsudski nie godził się z warunkami pokoju uzgadnianymi przez reprezentantów sejmu w Rydze i poprzez fakty dokonane próbował zmienić owe warunki. Tak udało mu się uczynić w Wilnie poprzez akcję "zbuntowanych" wojsk gen. Żeligowskiego i tak samo próbował uczynić w kwestii polskiego Mińska, za sprawą równie "zbuntowanych" formacji gen. Bułak-Bałachowicza); w Drugiej zaś depeszy, skierowanej do gen. Piotra Nikołajewicza Wrangela - dowódcy Armii Ochotniczej (Sił Zbrojnych Południa Rosji) również powiadamiał o tym samym.

Ponieważ znaczną część składu narodowościowego armii Bałachowicza tworzyli Rosjanie (Białorusinów było nieco mniej), to na wyzwalanych od bolszewików terenach wprowadzali oni administrację rosyjską, a ci drudzy białoruską, więc aby zapobiec wzajemnym utarczkom Bułak-Bałachowicz dla rozdzielenia i pilnowania stron musiał zorganizować oddział polskiej żandarmerii. Bałachowicz liczył na wybuch powstania chłopskiego na Białorusi, dzięki czemu planował zająć całą Białoruś aż do Dniepru, co nie było pozbawione sensu, gdyż "zielona armia" chłopska stanowiła poważne zagrożenie dla "czerwonych", którzy masowo dezerterowali z najbardziej zagrożonych garnizonów (np. z Borysowa), a poza tym 15 października dodatkowo Wojsko Polskie zajęło Mińsk (co prawda tylko na prawie pięć godzin i jeszcze tego samego dnia musiano się stąd wycofać zgodnie z zawartymi porozumieniami w Rydze, ale gdyby Bałachowicz nieco podgonił marszu, pewnie miasto zostałoby przekazane w jego ręce, ale nie udało mu się tam wówczas dotrzeć, gdyż przebywał z niepełną jeszcze armią w Turowie). Armia Bułak-Bałachowicza składała się z ok. 20 000 ludzi (1, 2 i 3 Dywizja Piechoty, Pieszej Brygady Włościańskiej, 1 Dywizji Kawalerii, pułku kozaków dońskich, Tubylczego Pułku Kawalerii, prywatnych sotni Bałachowicza i jego brata Józefa, pułku artylerii ciężkiej, pułku kolejowego, eskadry lotniczej oraz jednostek tyłowych; nie wszyscy jednak wzięli udział w walce i realnie udało się przerzucić przez granicę zaledwie ok. 11 000 (dokładnie 10 700) żołnierzy. Dopiero więc 10 listopada zajęto Mozyrz (tamtejszy rosyjski oddział Armii Czerwonej poddał się i przeszedł na stronę wojsk Bułak-Bałachowicza - łącznie ok. 300 bagnetów). Sam baćka Bałachowicz przybył do miasta 12 listopada, gdzie tego samego dnia w otoczeniu biało-czerwono-białych flag białoruskich, proklamował powstanie Białoruskiej Republiki Ludowej. Tam też przeniosły się z Turowa władze Białoruskiego Komitetu Politycznego, będącego najwyższym cywilnym przedstawicielstwem niepodległej Białorusi na wyzwolonych terenach. 14 listopada wybrano pierwsze władze miejskie Mozyrza (w większości złożone z Białorusinów i Żydów) a jako oficjalny język w sądownictwie i urzędach oprócz białoruskiego, uznano język polski i jidysz.

17 listopada ogłoszony został w Mozyrzu Manifest do Narodu Białoruskiego, w którym uznano dalszą walkę o niepodległość Białorusi, zwołanie Konstytuanty, przeprowadzenie reformy rolnej i oddanie chłopom ziemi, oraz budowy niepodległej Białorusi w ścisłym związku z Polską i w sojuszu z państwami Ententy (Francji, Wielkiej Brytanii i USA), o stosunku do post-bolszewickiej Rosji miano zaś zadecydować w przyszłości, w zależności od uznania przez nią niepodległości Białorusi (w owym Manifeście Bułak-Bałachowiczowi przyznano też tytuł Naczelnika Państwa Białoruskiego). W tym samym czasie jednak, bolszewicy podjęli kontrofensywę i już wieczorem 17 listopada sowieckie oddziały podeszły pod Mozyrz. Rozpoczęła się natychmiastowa ewakuacja miasta, lecz nieprzyjaciel nie zdecydował się wejść do Mozyrza wcześniej, niż dopiero 19 listopada. Od tej pory wojska Bułak-Bałachowicza już tylko się cofały w kierunku zachodnim, ku linii rozejmowej polsko-bolszewickiej, uzgodnionej w Rydze. Przekroczył tę granicę, dnia 26 listopada i skierowany został do Łunińca, gdzie zgodnie z warunkami rozejmowymi baćka Bałachowicz został internowany wraz ze swoimi żołnierzami. Do 4 grudnia (czyli do dnia, kiedy ustało przekraczanie granicy przez rozproszone oddziały Bałachowicza), w Łunińcu internowano łącznie 884 oficerów i 6 936 żołnierzy, reszta poległa w walkach z Armią Czerwoną, zdezerterowała lub przeszła na stronę wroga (najwierniejsze okazały się formacje osobiście dowodzone przez Bałachowicza i jego brata, oraz te, złożone z Białorusinów i Polaków, najszybciej zaś dezerterowali lub przechodzili na stronę nieprzyjaciela Rosjanie i... Żydzi). Po polskiej jednak stronie oddziały Bałachowicza nie spotkały się z uznaniem. Odbierano im broń siłą a niekiedy nawet z nich drwiono, co musiało być szczególnie bolesne i przykre. Bałachowicz pragnął ocalić swoje formacje i deklarował włączenie swych żołnierzy w szeregi Wojska Polskiego lub skierowanie ich w rejon Słucka, gdzie już trwało powstanie zbrojne białoruskiej ludowej Armii Zielonego Dębu, ale pomimo starań Marszałka Piłsudskiego, sejm nawet nie chciał o tym słyszeć, stojąc na stanowisku jak najszybszego zawarcia pokoju z bolszewicką Rosją.




Białoruska Włościańska Partia Zielonego Dębu utworzona została w Turowie, w obozie baćki Bałachowicza jesienią 1920 r. Na jej czele stanął Wiaczesław Adamowicz, syn popa ze wsi Widze (północna Białoruś), który w armii carskiej dosłużył się stopnia pułkownika. Symbolem partii była litewsko-białoruska Pogoń i trupia czaszka (symbol walki do końca i gotowości na śmierć), a także (na pieczęciach) trzy dębowe liście. Gdy 12 listopada Bułak-Bałachowicz wkroczył do Mozyrza, wraz z nim przeniósł się tam cały Białoruski Komitet Polityczny, w tym członkowie Partii Zielonego Dębu, zaś Wiaczesław Adamowicz otrzymał stanowisko premiera rządu Białoruskiej Republiki Ludowej. Gdy w połowie listopada nastąpiło załamanie na linii frontu nad Prypecią i musiano pospiesznie ewakuować Mozyrz, rząd Białorusi opuścił miasto wraz z wojskiem baćki Bałachowicza i po przekroczeniu polskiej granicy został internowany w Łunińcu. Tam też syn Wiaczesława Adamowicza - też Wiaczesław ps. "Dziergacz" powołał sztab Armii Zielonego Dębu, na którego czele stanął Włodzimierz Ksieniewicz ps. "Gracz" (Ksieniewicz był Polakiem i katolikiem, a jego ojciec służył w tym czasie jako komendant garnizonu w Słonimiu, ale postanowił zmienić narodowość i stał się Białorusinem, zmienił też wyznanie na baptystyczne). Po fiasku wyprawy poleskiej Bułak-Bałachowicza i internowaniu jego armii w Łunińcu, Józef Piłsudski starał się przynajmniej o przyznanie funduszy na działalność Armii Zielonego Dębu i gdy to się udało, "Dziergacz" i "Gracz" podporządkowali sobie niewielkie chłopskie przygraniczne formacje, z których zamierzali utworzyć armię, mającą wzniecić na Białorusi powstanie ludowe przeciw władzy bolszewików. 24 listopada 1920 r. rozpoczęto rejestrację chętnych do wstępowania do białoruskiego wojska (Armii Zielonego Dębu) i po sformowaniu ok. 2000 chętnych do dalszej walki, 4 grudnia przekroczono granicę i rozpoczęto działania partyzanckie po sowieckiej stronie (początkowo próbowano walczyć otwarcie, ale po porażce, poniesionej pod Jadczycami 6 grudnia i wystrzelaniu całej amunicji, rozproszono się i ukryto w lasach). Sztab Armii Zielonego Dębu przeniesiono do Hrycewicz, ale tamtejsza ludność nie była zbyt przychylnie usposobiona do żołnierzy atamana Dziergacza i ukrywała żywność, co spowodowało konieczność rabunków i konfiskat (mimo to jeszcze wówczas trzymano jaką taką dyscyplinę i nie mordowano niewinnych chłopów), a wójta wsi za ukrywanie żywności ukarano 25 uderzeniami bykowca.

Po dostarczeniu z polskiej strony granicy potrzebnej amunicji (lecz Polacy jednocześnie wycofali transport żywności dla oddziałów białoruskich, co znów zmusiło ich do konfiskat na ludności chłopskiej) Armia Zielonego Dębu podjęła walkę z bolszewikami i 10 grudnia zajęto wsie: Krzywosiółki i Nowosiółki, a nocą 11/12 grudnia wieś Staryń. Kolejnej nocy 12/13 grudnia zdobyto wieś Siemieżowo, skąd ledwie zdążył ewakuować się oddział Armii Czerwonej (zaskoczeni we śnie bolszewicy, stracili tam wielu zabitych i rannych), gdzie zdobyto cały zapas amunicji. Jednak w południe 13 grudnia bolszewicy uzupełnili straty i natarli na wieś, zmuszając białoruskich partyzantów do wycofania się z Siemieżowa. 15 grudnia przeniesiono kwaterę główną wojsk Zielonego Dębu do wsi Morocz na Polesiu. Stamtąd ponownie uderzono na Siemieżowo (17/18 grudnia) i je odbito, zaś 18/19 grudnia zajęto wieś Wizna (obie ponownie utracono 19 grudnia, gdy Armia Czerwona ściągnęła posiłki). Partyzantom znów zaczęło brakować prowiantu i amunicji, a dalsza walka wydawała się beznadziejna przy ogromnej przewadze "czerwonych". Do Morocza przybył Bułak-Bałachowicz - zwolniony z internowania w Łunińcu, gdyż posiadał obywatelstwo polskie i wstąpił w szeregi Wojska Polskiego - aby omówić warunki przejścia wojsk Zielonego Dębu na polską stronę. Dzięki temu w dniach 28-31 grudnia 1500 białoruskich żołnierzy przekroczyło granicę z Polską, zostali oni internowani w obozach w Słonimiu i w Białymstoku (realnie internowano wówczas zaledwie kilkuset oficerów i żołnierzy, większość zaś Białorusinów została zwolniona). Nie wszyscy jednak zdecydowali się zaprzestać dalszej walki. W rejonie Nieświeży wciąż operowało wówczas ok. 2500 żołnierzy pod dowództwem Dziergacza. Dołączyła do nich część oddziałów Bałachowicza (zwolniona za sprawą baćki z Łunińca), tak, iż w połowie stycznia 1921 r. oddziały te liczyły ok. 4000 żołnierzy, a w marcu prawie 6000. Podejmowano ataki i zajmowano Wiznę oraz Kopył, jednak po podpisaniu w Rydze polsko-sowieckiego układu pokojowego (18 marca 1921 r.) wśród Białorusinów zaczęło pojawiać się zniechęcenie i pierwsze większe dezercje. Żołnierze, straciwszy nadzieję na kontynuacje wojny polsko-bolszewickiej, zaczęli przejawiać oznaki niezdyscyplinowania i maruderstwa. Zaczęto napadać i grabić nawet przychylne partyzantom wsie, a tych chłopów, którzy nie chcieli oddać żywności - rozstrzeliwano na miejscu (wiadomo o co najmniej pięciu osobach, zamordowanych tak przez oddział kapitana Tymoteusza Chwiedoszczenię - jednego z dowódców Zielonego Dębu).




Najgorsze w tym wszystkim było uświadomienie sobie bezsensowności dalszej walki, choć w przypadku Białorusinów Bułak-Bałachowicza czy Adamowicza Dziergacza, to konsekwencja zaprzestania dalszej walki nie była jeszcze taka tragiczna, gdyż mimo wszystko mogli wrócić do Polski (przez jakiś czas zapewne byliby internowani, potem zaś zostaliby zwolnieni). Gorzej mieli ci żołnierze, którzy po zakończeniu II Wojny Światowej nadal walczyli z sowieckim najeźdźcą o wolną Polskę. Ci nie mieli już żadnego wyboru - ujawnienie się oznaczało śmierć (wcześniej czy później, a często po nieludzkich przesłuchaniach i torturach), uciec nie było gdzie (chyba że kierować się na południe ku górom i do Czechosłowacji, gdzie przejście jeszcze w latach 40-tych było najłatwiejsze, ale to też nie znaczy że bezpieczne i że granicę udałoby się przekroczyć). Pozostawała więc dalsza walka aż do śmierci z bronią w ręku (alternatywą było samobójstwo, lub... śmierć zadana rękami Sowietów lub ich polskojęzycznych pachołków, ale wówczas należało się przygotować na tortury których nie każdy byłby w stanie wytrzymać). A przecież ci żołnierze też musieli coś jeść, musieli zdobyć amunicję do dalszej walki, ale przede wszystkim żywność i jakieś środki lecznicze. Nic dziwnego, że nachodzili chłopów, którzy traktowali ich jak bandytów (kto bowiem lubi jak konfiskuje mu się żywność), tylko że ogromna większość leśnych brygad Żołnierzy Niezłomnych, żyła w prawdziwej symbiozie z okolicznymi wioskami i mogła liczyć na wsparcie chłopów (co oczywiście tragicznie kończyło się dla owych chłopów, gdy do wsi weszły oddziały Służby Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej czy NKWD. Wieś była palona, a chłopi często mordowani, jako współwinni pomocy zbrodniarzom - jak w komuszej nowomowie nazywano Żołnierzy walczących o Wolną Polskę). W serialu "Czas Honoru" jest ukazana scena, gdy Żołnierze Drugiej Konspiracji (zwani potocznie "Wyklętymi" lub "Niezłomnymi") wchodzą do wsi i proszą o prowiant. Gospodarz odpowiada im że "Nic już nie ma, wszystko zabrali", "Kto zabrał", "Ja nie wiem, taka banda, czy inna?!". I tutaj padają słowa: "My nie jesteśmy bandytami, my walczymy z bandą, która napadła na nasz kraj!".

W czerwcu 1921 r. Armia Zielonego Dębu rozpoczęła przygotowania do wywołania na Białorusi powszechnego powstania chłopskiego przeciw bolszewikom, i w tym celu zaczęto atakować większe posterunki milicji, punkty poboru rekruta i stacje kolejowe. Sowieci postanowili wówczas ostatecznie położyć kres istnieniu grup partyzanckich (nazywanych "bandyterką") i skierowali na Białoruś większe oddziały wojska i milicji. Palono całe wsie za choćby podejrzenie o wsparcie udzielone "bandytom", stosowano konfiskatę mienia, wieśniaków mordowano lub zsyłano na Sybir; z tego powodu oddziały Zielonego Dębu - aby się ratować - przekraczały polską granicę. W lipcu 1921 r. sytuacja była już bardzo poważna, a zakonspirowane komórki Zielonego Dębu w Mińsku, Homlu i kilku innych miastach Białorusi zostały rozbite. Sytuacja wyglądała coraz gorzej z każdym dniem. W sierpniu wpadła Hanna Dowgiert - najlepsza agentka i jednocześnie narzeczona samego atamana Dziergacza. Szkoda dziewczyny (była bardzo odważna, dziesięciokrotnie przechodziła granicę, niosąc rozkazy i meldunki, przenosząc amunicję i aprowizację dla oddalonych oddziałów), nie udało się jej ocalić, została rozstrzelana wraz z grupką innych konspiratorów po szybkim procesie w Mińsku. Dziergacz ze swoim sztabem we wrześniu 1921 r. musiał się ratować przejściem przez granicę do Polski, gdzie zostali oni internowani w Nowogródku, potem w Strzałkowie, Brześciu, Warszawie i Białymstoku. Rozczarowani konsekwencją, z jaką polska strona wypełniała warunki porozumienia z bolszewikami, niektórzy powstańcy Zielonego Dębu zaczęli przebąkiwać o współpracy z Sowietami i (jak choćby Konstanty Wiedukow ps. "Kruk") oferowali bolszewikom swe usługi w walce z Polską. Walki na Białorusi praktycznie się zakończyły (ostatnie, nieliczne już oddziały Armii Zielonego Dębu zostały rozbite w połowie 1923 r.). Tak zakończyła się próba wzniecenia antybolszewickiego powstania na Białorusi, ale inaczej być nie mogło, gdyż zarówno polski rząd, jak i duża część społeczeństwa marzyła już o pokoju i życiu w wolnym i niepodległym kraju. Niewielu zaś zdawało sobie sprawę, że ta niepodległość jest tylko czasowa, jest jakby wzięta na kredyt, odroczona w czasie, i że wojna o polską niepodległość i suwerenność Narodu jeszcze się nie skończyła.


PS: Swoją drogą pokolenie ludzi, którzy w latach 1914-1918 odbudowali wolną Polskę a potem w latach 1919-1920 obronili Ją i wprowadzili jako jedno z większych państw europejskich na mapę Świata, którzy potem mówili i marzyli o koloniach zamorskich i o polskiej mocarstwowości - ci wszyscy ludzie, to niestety tragiczne pokolenie. Tragiczne, ponieważ na własne oczy - przy nieprawdopodobnym wręcz wysiłku siły i woli - odrodzili Niepodległą Rzeczpospolitą, a potem... na własne oczy widzieli jeszcze Jej upadek. To wszystko bowiem wydarzyło się w ciągu życia jednego pokolenia - I Wojna Światowa (czyli dla wielu wojna o odrodzenie Polski po 123 latach niewoli i 150 latach okupacji wszystkich Jej ziem), potem Wojna z Bolszewikami i wielkie zwycięstwo. Następnie pokój i stabilizacja lat 20-tych i 30-tych, czyli umacnianie wzajemnym wysiłkiem wzniesionego domu - odrodzonej Polski, a wreszcie katastrofa, wspólny najazd hitlerowskich Niemiec i Związku Sowieckiego na nasz kraj. Nie udało się utrzymać tego, co wówczas stworzono i zdołano jedynie wyrwać te dwadzieścia lat wolności. Najlepsze dwadzieścia lat życia.           

  



 KOMEDIA z 1938 r. z "KRÓLEM KOMIKÓW" - 
STANISŁAWEM SIELAŃSKIM W ROLI GŁÓWNEJ, pt.: 

"SZCZĘŚLIWA 13-tka"




CDN.
 

sobota, 9 lipca 2022

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXX

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 


 

145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. XVI







BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. XVI
 
 
 
TEBAŃSKA REWOLUCJA
Cz. III
 
  
Aby zobrazować jaka idea zawładnęła Atenami po 403/401 r. p.n.e. i jacy politycy nadawali jej ton, muszę jeszcze powrócić do opisu życia Sokratesa, gdyż właśnie na jego przykładzie widać będzie dokładnie proces formowania się demokratycznej paranoi, jaka wówczas zawładnęła Ateńczykami, którzy szybko przeszli z jednej (oligarchicznej) skrajności, do drugiej (czyli ubóstwienia demokracji). 
 
 
 
Po powrocie z katastrofalnej bitwy pod Delion (424 r. p.n.e.) Sokrates wciąż zyskiwał na popularności, tym bardziej, że wszędzie podkreślano jego zasługi w tej bitwie oraz bohaterstwo i odwagę którymi się wykazał. W tym czasie doszło też do odprężenia w stosunkach Aten i Sparty, a obie strony uznały że potrzeba im wytchnienia od toczącej się już ósmy rok wojny i w marcu 423 r. p.n.e. zawarto jednoroczny rozejm. Tymczasem ateńskie panowanie w południowej Tracji i w Chalkidyce zaczęło się powoli rozpadać. Najpierw (w grudniu 424 r. p.n.e.) Lacedemończycy opanowali Amfipolis - największe ateńskie miasto na trackim wybrzeżu, założone w 437 r. p.n.e. przez ateńskiego stratega Hagnona. Potem (początek 423 r. p.n.e.) odpadły Skione i Mende na Półwyspie Palleńskim w Chalkidyce - a tego było już za wiele. W Atenach ponownie zapanował bojowy duch i pospiesznie zorganizowano wyprawę, mającą odzyskać owe zbuntowane miasta. Latem 423 r. p.n.e. padło Mende, a następnie Ateńczycy oblegli Skione (armia spartańska stała wówczas nieopodal, bo w Torone na Półwyspie Sitońskim też w Chalkidyce, ale nie reagowała). Gdy w marcu 422 r. p.n.e. wygasł rozejm, Ateńczycy ponownie wysłali nową armię na Północ pod przywództwem radykalnego demokraty - Kleona (wówczas zwolennicy oligarchii, czy jak to oni nazywali "ustroju przodków", nie odgrywali od 462 r. p.n.e. w polityce Aten praktycznie żadnej roli i byli totalnie zmarginalizowani, a część z nich musiała nawet szukać schronienia poza granicami ojczystej polis. Ale owi stronnicy oligarchów - nie ukazując swych prawdziwych sympatii politycznych - wspierali wówczas jedyną możliwą w tamtym czasie dla nich opcję polityczną, czyli umiarkowanych demokratów, którym przewodził Nikiasz), i w owej wyprawie ponownie udział wziął Sokrates. Warto też odpowiedzieć sobie na pytanie, czy Sokrates był jeszcze wówczas demokratą (piszę "jeszcze", ponieważ przez większość swego życia, był Sokrates szczerym zwolennikiem demokracji, ale z czasem zaczął przejawiać coraz silniejsze sympatie pro-oligarchiczne; a sam fakt, iż w 404 r. p.n.e. władzę w Atenach objęli jego uczniowie - Kritiasz i Charmides - krwawi oligarchiczni tyrani, a sam Sokrates był uważany za "człowieka z miasta" stał się potem - po odrodzeniu demokracji - kluczowym argumentem, przemawiającym za skazaniem go na karę śmierci). Tego niestety nie wiadomo, ale w tym mniej więcej czasie Sokrates miał twierdzić, że lepiej na Chalkidykę jest dostać się drogą morską, niż iść lądem przez Tesalię, kraj tradycyjnie oligarchiczny (gdzie też znalazło schronienie kilku zbiegłych ateńskich oligarchów i to pomimo faktu, iż Tesalia była sojusznikiem Aten), zatem jeszcze wówczas z pewnością nie zmienił ów filozof swych politycznych przekonań.

Wyprawa na Północ zakończyła się jednak kolejną klęską Aten w bitwie pod Amfipolis i stratą ok. 600 ludzi (z 1200 hoplitów, 300 jeźdźców i ok. 500 oddziałów sprzymierzonych), oraz ponowną ucieczką Ateńczyków z pola bitwy (Perykles na początku tego wielkiego konfliktu panhelleńskiego, jakim była Druga Wojna Peloponeska, radził Ateńczykom, aby nie angażowali się zbytnio w bitwy lądowe, gdyż pod tym względem zdecydowaną przewagę mieli Spartanie i ich sojusznicy ze Związku Peloponeskiego; dlatego też taka klęska jak ta spod Delion czy nawet ta spod Amfipolis mogła wymusić na Ateńczykach jakiś niekorzystny dla nich pokój, choć nie mogła doprowadzić ich do całkowitej klęski. Takową byłaby dopiero utrata ateńskiej floty). W bitwie tej polegli obaj wodzowie przeciwnych armii (Kleon zginął w czasie bitwy, zaś spartański dowódca - Brazydas, zmarł w wyniku odniesionych ran na drugi dzień po bitwie, choć straty Lacedemończyków były nieporównywalne z ateńskimi, gdyż polec miało zaledwie 7 spartańskich hoplitów). Niewiele wiadomo o zachowaniu Sokratesa w czasie tej bitwy, ale po powrocie do kraju, jego popularność wcale nie osłabła, ale do głosu w Atenach doszli teraz umiarkowani demokraci Nikiasza, co otworzyło w kolejnych latach kilka ataków politycznych na Sokratesa, jako związanego z radykalnym skrzydłem demokratów (np. w 421 r. p.n.e. na Dionizjach wyszydzał go Eupolis w swej komedii "Pochlebcy", a w 414 i 406 r. p.n.e. Arystofanes w "Ptakach" i "Żabach", jako antytradycjonalistę i nowinkarza. W "Ptakach" Arystofanes twierdził wręcz otwarcie iż Sokrates... cuchnie, gdyż rzadko korzysta z łaźni). Stronnictwo Nikiasza porozumiało się wówczas z eforami, którzy również byli już zmęczeni ponoszonymi kosztami prowadzenia wojny i klęskami, które nie ominęły Sparty (np. na Sfakteri w 425 r. p.n.e. - była to klęska która omal nie doprowadziła do zwycięstwa Aten w tej wojnie, a na pewno upokorzyła Lacedemończyków w sposób dotąd bezprecedensowy; a także kontynuowanie nieudanych i przynoszących straty, corocznie ponawianych najazdów na Attykę). Obie strony (Nikiasz w Atenach i król Plejstoanaks w Sparcie) doszły więc do wniosku, że należy czym prędzej zakończyć tę wojnę na zasadzie status quo sprzed wybuchu konfliktu. W marcu 421 r. p.n.e. zawarto więc układ pokojowy na pięćdziesiąt lat, zwany Pokojem Nikiasza, na mocy którego obie strony zobowiązywały się do utrzymania pokoju (co roku odnawianego) i do zwrotu zagrabionych podczas wojny ziem, miast i twierdz. Traktat ów - spisany na kamiennych stelach - uroczyście umieszczono w Świątyni Apollona w Delfach, w Świątyni Zeusa w Olimpii a także na ateńskim Akropolu, na Istmie Korynckim i w Świątyni Amiklajon w Sparcie. Pokój ten jednak długo nie przetrwał.




Rok 420 p.n.e. przyniósł w Atenach ponowną zmianę polityczną i umiarkowani demokraci Nikiasza znów musieli ustąpić miejsca radykałom, tym razem prowadzonym przez Hyperbolosa i Alkibiadesa (ucznia i wychowanka Sokratesa). Nowa, dominująca na Zgromadzeniu Ludowym frakcja, dążyła teraz do przyciągnięcia do Związku Morskiego neutralnego Argos, które miało wielosetletni konflikt z Lacedemonem. Spartańscy eforowie również poczęli teraz starać się o sojusz z polis przewodzącym Argolidzie. Argiwczycy wybrali jednak Ateny (a do nich dołączyli Mantinejczycy i Eleaci). Zawarto więc wzajemny sojusz na sto lat, który ostatecznie doprowadził do zerwania pokoju ze Spartą. Nowa wojna wybuchła więc z całą mocą wiosną 418 r. p.n.e. a Ateńczycy (pomni wsparcia Argos, Mantinei i Elei) ruszyli zbrojnie na Peloponez. W bitwie, do której doszło pod Mantineą, raz jeszcze Lacedemończycy udowodnili swoją wyższość, rozbijając całkowicie armie sprzymierzonych (w bitwie polegli dwaj ateńscy wodzowie - Nikostratos i Laches). Co prawda poległych wśród Lacedemończyków było sporo (ok. 300 hoplitów), ale to jednak oni wygrali bitwę i zmusili przeciwnika do ucieczki. Efektem tego, były zmiany polityczne, które nastąpiły zarówno w Argos jak i w Atenach. W Argos upadł rząd demokratyczny i władzę przejęli oligarchowie, którzy zerwali sojusz z Atenami i zawarli taki sam (na 50 lat) ze Spartą. W Atenach zaś owa klęska spowodowała skazanie Hyperbolosa na wygnanie i znów wprowadziła do władzy umiarkowanych demokratów Nikiasza, a Alkibiades zbliżył się wówczas do zwycięskiej frakcji (jak zawsze, służył bowiem swej ojczyźnie zawsze tylko o tyle, o ile widział w tym osobisty interes). Znów powstał pat polityczno-militarny (Spartanie np. wciąż siedzieli w Amfipolis, a Ateńczycy w Pylos w Mesenii, skąd mogli podburzać spartańskich niewolników - helotów - do buntu), ale nie na długo. Oligarchiczny rząd, jaki zainstalował się w Argos, nie dbał zbytnio o interesy mieszkańców swego polis. Zdominowany przez najbogatsze i uważające się za najbardziej godne władzy rody, w praktyce realizował interesy Lacedemonu, upatrując w sojuszu i pomocy Sparty swą władzę i przetrwanie. Ponieważ jednak oligarchowie poczęli uważać się za prawdziwych władców i traktować ludność miasta jak poddanych, rosło niezadowolenie, a gdy jeden z oligarchów zgwałcił młodą dziewczynę w dniu jej ślubu, wybuchła rewolta, która obaliła oligarchat w Argos (lato 417 r. p.n.e.). Co prawda oligarchowie spodziewali się ataku i zawczasu wzmocnili swą ochronę (a także posłali po pomoc do Sparty, ale tam wówczas odbywało się święto gimnopedii - czyli zawody sportowe ku czci Apollina i Artemidy) i Lacedemończycy zbagatelizowali ową prośbę o pomoc, nie chcąc przekładać święta. Miało to swoje konsekwencje, bowiem na ulicach Argos już toczyły się krwawe bitwy mieszkańców miasta z oligarchami i ci drudzy zaczęli ustępować. Wreszcie rzucili się do ucieczki (kto nie zdążył zbiec, ginął, często wraz z całą swoją rodziną).

Nowe, demokratyczne władze Argos, wysłały teraz poselstwo do Sparty, domagając się uznania i wydania oligarchów, którzy schronili się nad Eurotasem. Lacedemończycy długo deliberowali czy uznać nowe władze, nie mieli bowiem ochoty zbrojnie wyprawiać się na Argos (tym bardziej, że wciąż trwało święto gimnopedii) i dobrze zdawali sobie sprawę, że oligarchowie zostali tam zainstalowani w wyniku zamachu stanu, ale... pozostawienie demokratycznego rządu w Argos było bardzo niebezpieczne, tym bardziej że wojna z Ateńczykami ponownie nabierała tempa i było więcej niż pewne, że demokraci z Argos zawrą kolejny sojusz z grodem dziewiczej Pallady. Ten okres niepewności Spartan, wykorzystali Ateńczycy, a konkretnie Alkibiades, który (jesienią 417 r. p.n.e.) ponownie przybył do Argos i zaproponował nowym władzom sojusz z Atenami, oraz budowę "długich murów" do morza (aby miasto miało zapewnione połączenie z morzem, a co za tym idzie dopływ żywności i pomocy ze strony Aten, w przypadku gdyby Lacedemończycy oblegli owe polis). Przekonywał, że odległość miasta od wybrzeża jest mniejsza, od odległości, dzielącej Ateny i Pireus, a mimo to - jak twierdził - Ateńczycy sześćdziesiąt lat wcześniej postawili na niezależność i wznieśli swe słynne "Długie Mury", łączące miasto z portem w Pireusie i Faleronie. Argiwczycy, przekonani mową Alkibiadesa, wzięli się do pracy i rozpoczęli budowę "bezpośredniego połączenia z morzem" (z Aten posłano im rzemieślników, murarzy i kamieniarzy). Zimą (417/416 r. p.n.e.) do Argolidy wtargnęła armia Związku Peloponeskiego pod przewodnictwem Sparty, która zburzyła nieukończone jeszcze wówczas mury i... zawróciła do domu. Obaleni oligarchowie argiwscy naciskali jednak zarówno królów, jak i eforów, by uderzyć na Argos i obalić demokrację (a ponieważ wielu z nich straciło bliskich podczas ucieczki i pogromu jaki wówczas nastąpił, dyszeli teraz żądzą zemsty, czego dowodem było to, co uczynili w miasteczku Hyzje, podległym Argos, a zajętym przez Lacedemończyków. Doszło tam do samosądów, a każdy mężczyzna, podejrzany o najmniejsze choćby sympatie demokratyczne szedł na śmierć). Lacedemończycy jednak nie poszli za radą owych oligarchów i nie zorganizowali kolejnej wyprawy na Argos, ale też nie uznali nowych władz tego miasta, utrzymując z Argos swoisty stan "wojny w zawieszeniu".

A tymczasem w Atenach, w nowym 416 r. p.n.e. miała miejsce owa słynna (opisana przez Platona) uczta w domu Agatona. Był na niej Sokrates i był Alkibiades oraz kilkoro innych mężczyzn, będących uczniami owego filozofa o którym tutaj piszę. Wino lało się tam strumieniami, a bywalcy owej "imprezy" debatowali nad problemami natury filozoficzno-moralno-politycznej. W tym też roku Sokrates ożenił się z dużo od niego młodszą (miał już wówczas 53 lata) Ksantypą, którą potem Platon opisał jako sekutnicę, mającą do męża ciągłe pretensje o późne powroty do domu (Sokrates bowiem wracał do domu nie tylko w nocy, czy nawet nad ranem, ale przed południem, po kąpieli w czasie której relaksował się i trzeźwiał po całonocnej popijawie). Najwidoczniej jednak Sokrates niewiele sobie robił z jej narzekań, bo swego trybu życia nie zmienił, ale z pewnością nie poślubił jej dla majątku, tak, jak to uczynił jego uczeń - Alkibiades, który w 425 r. p.n.e. (w wieku ok. 25 lat) ożenił się z Hipparetą, córką Hipponika - bardzo majętnego Ateńczyka. W posagu otrzymała ona wiano w wysokości 10 talentów (aby uzmysłowić sobie jaka to była kwota, warto wiedzieć że kupno i wyekwipowanie okrętu wojennego wraz z załogą, to koszt ok. 1,5 - 2 talentów), a Hipponik obiecał Alkibiadesowi że wypłaci mu drugie tyle, jeśli tylko urodzi się pierwszy wnuk. Tak też się wkrótce stało i Hippareta powiła syna, lecz jej ojciec zapewne już tego nie doczekał, gdyż zginął wkrótce potem w bitwie pod Delion (424 r. p.n.e.). Alkibiades skierował się wówczas do brata swej małżonki - Kalliasa, żądając wypłaty obiecanych następnych 10 talentów - i je dostał (choć syn, którego powiła Hippareta wkrótce potem zmarł). Po śmierci syna, Hippareta była bardzo nieszczęśliwa, gdyż szczerze kochała swego małżonka i pragnęła by on także ją pokochał - a owoc ich miłości właśnie przeszedł do Krainy Cieni (ponoć ściągała astrologów, których pytała czy jej syn trafił na Pola Elizejskie - czyli do krainy szczęśliwości, gorąco też modliła się o to do Hadesa i Persefony. Jednak im dłużej trwało jej nieudane małżeństwo, tym bardziej obawiała się, czy jednak jej dziecię nie trafiło na Łąki Asfodeli - a było to szare, piaszczyste miejsce, gdzie trafiały dusze zwykłych śmiertelników, ani złych, ani dobrych - takich nijakich, jak jej małżeństwo z Alkibiadesem). On to bowiem miał gdzieś uczucia małżonki i zamykał ją w gyneceum (pokoju specjalnie przeznaczonym dla kobiet), a sam sprowadzał sobie hetery, kupował niewolnice z którymi potem spółkował i ściągał do domu mężatki (co było prawnie zabronione, a mąż, który przyłapałby swą żonę z kochankiem na gorącym uczynku, miał prawo oboje zabić na miejscu).


"SOKRATES UPOMINAJĄCY ALKIBIADESA W DOMU KURTYZANY"



Zachowanie Alkibiadesa nie ulegało poprawie, a upokorzona kobieta, nie mogąc dłużej znieść tej zniewagi - pod nieobecność męża - opuściła jego dom i wróciła do brata, a wkrótce potem udała się do archonta miejskiego z prośbą o anulowanie małżeństwa. Na miejsce jednak nie dotarła, gdyż małżonek porwał ją z ulicy i ponownie zamknął pod kluczem w gyneceum (Hippareta była mu bowiem potrzebna, bo poprzez nią zamierzał dobrać się do majątku jej ojca, planując nawet uśmiercenie Kalliasa - o co ten oskarżył Alkibiadesa przed Zgromadzeniem Ludowym). Brat starał się ją uwolnić, ale ponieważ kobieta sama nie mogła stanąć przed sądem i musiała poprosić archonta o wstawiennictwo, nie było to możliwe (zresztą Kallias też miał swoje na boku. Dwukrotnie się żenił, a drugą żonę wziął tylko dlatego, że... zakochał się w jej matce - Chryzylli, którą potem sprowadził do swego domu i żył z matką i córką jak mąż z dwiema żonami. Niestety, żona nie była w stanie tego znieść i dzielić się mężem z własną matką, więc próbowała popełnić samobójstwo - odratowano ją w ostatniej chwili, ale za zgodą męża opuściła jego dom. Gdy żona się od niego wyprowadziła, wkrótce potem znudził się też i jej matką, której kazał opuścić swój dom. Oficjalnym tego powodem był fakt, iż podejrzewał Chryzyllę o zdradę, a ponieważ była ona wówczas w ciąży i twierdziła że to jest dziecko Kalliasa, ten wyrzucił ją z domu, aby oficjalnie pokazać, iż nie uznaje tego dziecka za swoje. Teraz obie kobiety (żona i córka zmarłego Ischomacha), znów zamieszkały razem, a córka pomagała swej matce urodzić dziecko, którego ojcem zapewne był jej mąż (prawdziwy galimatias). W każdym razie Chryzylla urodziła syna, a Kallias po kilku latach znów ściągnął ją do siebie wraz z chłopcem (co może świadczyć że ostatecznie jednak uznał to dziecko). Niestety, Alkibiades nie mógł liczyć na majątek po Hipponiku, gdyż Kallias skutecznie trwonił wszystkie pieniądze (tak, iż na starość pozostały mu już tylko dwa talenty). Wydawał krocie nie tylko na liczne kochanki, uczty i działalność polityczną, ale przede wszystkim na sofistów, którzy skubali go jak tylko mogli. Sam Sokrates był zdziwiony jego naiwnością, a Platon w "Uczcie" pokazał z jaką łatwością przychodziło Kalliasowi wyrzucanie ogromnych pieniędzy w błoto.


"ALKIBIADES PORYWAJĄCY HIPPARETĘ Z AGORY"



Sokrates mocno wspierał karierę polityczną Alkibiadesa, nie dostrzegając (albo nie chcąc dostrzec) iż jest to człowiek żądny jedynie poklasku, władzy i pieniędzy. Alkibiades był dobrym wodzem, rozsądnym politykiem i inteligentnym człowiekiem, ale jednocześnie przepełniała go wewnętrzna słabość, jaką było umiłowanie siebie samego i to pchało go zarówno do czynów chwalebnych, jak i haniebnych. W owym 416 r. p.n.e. doszło do takich właśnie zdarzeń, których sprawcą był Alkibiades, a wydarzenia te nie mogły przynieść mu chluby, a on sam był raczej symbolem upadku generacji "złotej ateńskiej młodzieży", wyrosłej w dobrobycie lat 40-tych i 30-tych V wieku p.n.e., czyli w czasach, gdzie dostępność szkół dla każdego chłopca była oczywistością i gdzie analfabetyzm wśród mężczyzn praktycznie został zlikwidowany do zera (co nie zawsze było takie oczywiste, gdyż pokolenia wcześniejsze, np. to, które żyło w czasie wojen perskich, było w dużej mierze złożone z analfabetów, gdzie na Zgromadzeniach Ludowych podczas sądów skorupkowych do pisarzy publicznych ustawiały się prawdziwe kolejki. Natomiast w czasach Peryklesa i późniejszych, zawód pisarza praktycznie stracił sens, gdyż 99 proc. obywateli potrafiło czytać i pisać - "obywateli" - czyli mężczyzn - i tylko nieliczni byli jeszcze tacy, którzy z różnych względów nie zdążyli ukończyć szkoły i nauczyć się alfabetu). Ateny więc lat 30-tych a nawet okresu Wojny Peloponeskiej (to właśnie w czasie tej wojny organizowano w Atenach największe sympozjony - czyli imprezy, orgie i popijawy, gdzie wino lało się strumieniami), to było dość przyjemne miejsce, oczywiście jeśli nie było się niewolnikiem, lub,,, kobietą. Dlatego też późniejsze pokolenia z rozrzewnieniem wracały do tych czasów ateńskiej supremacji i choć demokracja w IV wieku p.n.e. stała się nową ideologiczną wiarą i religią, to Ateny utraciły cały swój wcześniejszy blask i choć pojawiały się potem nieudolne próby reaktywacji dawnej potęgi, to były to już tylko cienie dawnej wielkości, które pojawiały się i znikały równie szybko, co następujące po sobie pory roku. Ale wracając do Sokratesa, człowiek ten wychował co najmniej dwa, trzy pokolenia ateńskich polityków i to z przeciwstawnych sobie obozów politycznych. Sam też ostatecznie zmienił przekonania i z radykalnego (lub szczerego) demokraty, przerodził się w sceptyka tego ustroju, który dostrzegał szereg jego mankamentów i wad. Jego zaś uczniowie to też postaci często dość negatywne (wystarczy wymienić tylko kilku: Kritiasz, Charmides, Alkibiades), czy też zwolennicy utopijnych systemów totalitarnych (Platon) i niewielu bywało takich, jak Arystodemos, Chajreffont czy Kriton o których wiadomo tylko tyle, że nie zdołali splamić swego imienia żadnym haniebnym czynem. A takowym chociażby był rozkaz wymordowania całej męskiej populacji wyspy Melos, przyjęty w 416 r. p.n.e. na Zgromadzeniu Ludowym w Atenach, właśnie za sprawą Alkibiadesa.      

 


CDN.
 

piątek, 8 lipca 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 
 
 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. X

 
 
 

 
 
KRYSZTAŁ W PIEKLE
 
 
 I am ready, I am ready, I am ready... Co rano budziłam się w tym samym brudnym pokoju, z warczącymi psami pod drzwiami i tą samą piosenką puszczaną gdzieś blisko na sprzęcie muzycznym. Nigdy wcześniej jej nie słyszałam - i nigdy potem też nie - ale w tamtym czasie każdego ranka jej powtarzające się słowa atakowały mój mózg. I am ready, I am ready, I am ready... Nie wiem, czy zaplanował to Gregor lub Pavlov, ale piosenka wywierała na mnie hipnotyczny efekt. W połączeniu z kreską koki na śniadanie, wyraźnie wzmacniała przekaz, który Gregor co rano wbijał nam, prostytutkom, do głowy: "Macie u mnie dług. Kupiłem was i musicie pracować, dopóki nie spłacicie tego, co za was zapłaciłem. Nie wciskajcie mi kitu, że coś was boli, nie gadajcie, że czujecie się do dupy. Idziecie pracować i zarabiać. W tej chwili". Słowa piosenki wirowały mi w głowie, unosząc się na morzu kokainy. I am rady, I am ready, I am ready...
 
Każdego ranka, wsiadając na tył niebieskiej furgonetki Gregora, która przewoziła mnie do miejsca pracy - jak zwykłego pracownika, tyle że dojeżdżającego do półświatka handlu seksem - byłam gotowa. W pewnym sensie stałam się robotem. Oddychałam, chodziłam i (czasami) mówiłam, ale zachowywałam się jak żywa lalka do wynajęcia na piętnaście minut. Nikt nie widział, w jakim stresie żyję. Jak miałam okazywać najmniejszy choćby cień emocji czy bólu, skoro byłam po uszy nafaszerowana narkotykami? W tamtym czasie nie wystarczały mi już kreski kokainy na zmianę ze słodkimi, ciepłymi oparami haszyszu. Zdążyłam poznać nowy rodzaj znieczulenia, które w jednej chwili odcinało mnie od całego zgiełku i bólu codzienności. Zostałam wprowadzona w osobiste piekło cracku. Bierzesz działkę kokainy w proszku i rozpuszczasz w mieszance wodorowęglanu sodu z wodą. Potem gotujesz do wytrącenia substancji z wrzącej mieszaniny. Wyciągasz ją i zostawiasz do wyschnięcia. I już masz kryształek kokainowego cracku, gotowy do użycia. Nigdy nie robiłam cracku sama - chociaż to absurdalnie proste, co jest jednym z powodów jego popularności. Nie musiałam. Dzięki wydajności i produktywności imperium Gregora narkotyk był dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę. A raczej dbano o to, żeby był dostępny. Bo crack ma jedną wielką zaletę dla dilera, ważniejszą nawet od tego, że tak łatwo go wyprodukować i że w cudowny sposób pozwala z jednego grama proszku kokainy zrobić kilkanaście pojedynczo sprzedawanych kryształków, z których każdy zawiera nie więcej niż jedną dziesiątą grama kokainy. Zaleta ta pozwala na duże zyski z handlu i jest bezwzględnie wykorzystywana - crack jest jednym z najszybciej uzależniających ze wszystkich dostępnych narkotyków. Słowo dla tych, którzy mieli tyle szczęścia, że nigdy nie zetknęli się z crackiem - naukowcy (i konsumenci) jako sposób podawania tego narkotyku wymieniają wdychanie. Inaczej mówiąc, pali się go. Kryształek umieszcza się w końcówce szklanej lufki, często zrobionej z małych wazoników na miniaturową różę. 
 
Kwiat ten zwykli ludzie - ci, którzy zaznali luksusu miłości w życiu - dają partnerom jako wyraz uczucia. Dla nas, dziewczyn pracujących w witrynach, wazoniki i różyczki stały się wyrazem rozpaczy. Wrzucasz kryształek na dno, podgrzewasz tanią zapalniczką i wdychasz opary. Skutek? Natychmiastowy odlot. A jeżeli nie miałyśmy wazonika na różę - czyli przeważnie - wykorzystywałyśmy wszystko, co wpadło nam w ręce: puszki po pepsi, plastikowe butelki po wodzie, wszystko, co mogło dostarczyć do naszych spragnionych płuc obezwładniającą dawkę cracku. Crack, którego nazwa wzięła się od odgłosu pękania, jaki podczas ogrzewania wydaje woda uwięziona w kamieniu, dostaje się do organizmu szybciej i jest silniejszy niż inne narkotyki. W ciągu niecałych dwóch sekund od chwili, kiedy opary dotrą do płuc, potężna dawka wypalonej koki ląduje w mózgu. Kiedy pierwszy raz zapaliłam crack w lufce - dostarczony, oczywiście, przez jednego z ludzi Gregora - poczułam, że gałki oczne wciągają mi się do środka i padłam jak długa, wymiotując potwornie. Tak moje ciało zareagowało na olbrzymią dawkę narkotyku. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem, i w ogóle mnie to nie obchodziło. Doskonały towar, żebym mogła dalej robić za towar. Ale haj po cracku trwa krótko, najwyżej dwadzieścia minut. I to tylko po kilku pierwszych kryształkach. Każde następne odurzenie jest nieco słabsze i krótsze. I zostawia palące pragnienie kolejnego. Zwykły głód? Nie. To bezlitosna, wszechogarniająca potrzeba. Dla osoby uzależnionej od cracku liczy się tylko to, skąd weźmie następny kryształek. Uzależnienie pojawia się niemal natychmiast. I dlatego dilerzy tak go kochają. Jedno pociągnięcie z fifki i jesteś uwiązana na całe życie, jakkolwiek krótkie czy długie by było. 
 
Moja pierwsza prawdziwa miłość - pierwszy raz, kiedy całkowicie oddałam się komuś lub czemuś w ciągu dziewiętnastu lat mego życia - była uczuciem do chemicznej substancji powstałej z podgrzewania wodorowęglanu sodu i kokainowego proszku w tanim garnku. Kiedy raz zaznałam niepamięci dzięki crackowi, stałam się jego beznadziejną niewolnicą. Kiedy goniec przyniesie następny kryształek? Czym mu zapłacić? Och, zrobiłabym wszystko - i robiłam wszystko - żeby zasmakować słodkiego zapomnienia, które gwarantowały opary płynące z lufki z crackiem. Oczywiście, nigdy nie zarabiałam dość. Crack jest tak wymagający, że nie byłam w stanie obsłużyć wystarczającej liczby klientów, wyciągnąć od nich dość napiwków, żeby płacić za mój nałóg. Ale Gregor z radością dawał mi go na krechę. I z wielkim zadowoleniem zapisywał moje długi w zeszycie. Crack w znacznym stopniu ułatwił mu pracę. Nie musiał się martwić, że zwabi mnie do siebie jakiś inny alfons. Kto inny dostarczałby mi crack? Nie potrzebował nawet usług Aniołów Piekła - gangu, który pojawił się w Dzielnicy Czerwonych Latarni i oferował swe usługi alfonsom, którzy martwili się o to, że dziewczyny mogą im uciec. Dokąd miałybyśmy uciec, skoro byłyśmy tak skutecznie przywiązane do lufki i małych kryształków cracku? Gregor, oczywiście, tolerował mój nałóg - i nałóg wszystkich swoich dziewczyn - pod warunkiem że zarabiałyśmy. Czasami napominał: "Musisz więcej zarabiać. Za dużo wydajesz na crack, za mało przynosisz pieniędzy od klientów".
 
 

 
Innym razem zachęcał nas do pracy, szczując nas psami. Działo się to u niego, na obrzeżach Dzielnicy Czerwonych Latarni, w pokoju, w którym spały wszystkie dziewczyny. Słyszałyśmy, jak idzie z Pavlovem korytarzem i jak mówią coś do psów. Nagle drzwi się otwierały. W progu stawał Gregor z psami przy nodze. Mówił coś do nich w obcym języku, a one ruszały do nas wolnym krokiem, warcząc, całe zaślinione, jakbyśmy były żywym mięsem, które miały zaraz rozszarpać. Gregor przemawiał do zwierząt, powoli, spokojnym tonem, a one zbliżały się, aż znalazły się tuż przed naszymi twarzami. Czułyśmy smród ich oddechu i jego ciepło na skórze. Wtedy je zatrzymywał - bez pomocy smyczy czy łańcucha, wystarczył jego głos. A my czekałyśmy w przerażeniu, czy nie wyda komendy: "Brać je!" Nigdy tego nie zrobił, w każdym razie nie na moich oczach, ale paraliżujący strach nas nie opuszczał ani nie słabł. Za każdym razem, kiedy chciał się z nami tak zabawić, psy przerażały nas tak samo jak wcześniej. Dzięki temu podwajałyśmy wysiłki w witrynie, spoglądając pożądliwie na klientów spacerujących po ulicy, dotykając się - albo siebie nawzajem - obscenicznie. Robiłyśmy wszystko, żeby zwabić mężczyznę do środka. Wszystko, żeby zarobić i dostać następny kryształek i stanowczo zbyt krótkie zapomnienie, jakie obiecywał. 
 
Od czasu do czasu - Bóg jeden wie, skąd brałam na to siłę i chęć - robiłam krótkie notatki z mojej codziennej żałosnej egzystencji w smutnym małym pamiętniku, który przywiozłam ze sobą do Amsterdamu. Kiedy go pakowałam, wyobrażałam sobie, że będę zapisywać w nim wszystkie szczęśliwe, ekscytujące rzeczy, które przydarzą mi się w tym pięknym mieście. Tymczasem w pamiętniku pojawiły się skromne wpisy pełne goryczy - kilka rozpaczliwych słów młodej kobiety cierpiącej podwójnie, z powodu prostytucji i narkotyków. 
 
"Czwartek: Jestem smutna. Czuję się brudna i przerażona. Brałam crack i hasz". 
 
"Sobota: Zaczynam się zastanawiać, kim jestem. Nienawidzę mężczyzn". 
 
"Wtorek: Smutna i przerażona, chcę wracać do domu". 
 
"Czwartek: Chcę się obudzić z tego koszmaru, mam dość broni, strachu, facetów, których nienawidzę. Leżę tylko i marzę, żeby minęło dziesięć minut. Ciągną się jak godziny".
 
"Sobota: Umieram, czuję się jak dziwka". 
 
Ile kryształków cracku wypaliłam? Ile dymków silnego haszu wciągnęłam do zrozpaczonych płuc? Nie mam pojęcia. Setki. Może tysiące. A ilu klientów obsłużyłam? Ilu mężczyzn wręczało mi zwitki brudnych pieniędzy za używanie mojego ciała dla własnej, egoistycznej krótkotrwałej przyjemności? Bóg jeden wie. Ile pieniędzy zarobiłam dla Gregora? Z perspektywy czasu wydaje mi się, że Gregor był milionerem. W całym Amsterdamie miał dziewczyny, które dla niego pracowały, stojąc w witrynach po siedemnaście, osiemnaście godzin dziennie. Każda prostytutka obsługiwała setki klientów tygodniowo. Poza tym prowadził biznes narkotykowy - w półlegalnych kawiarniach z haszyszem i rozprowadzając narkotyki po całym mieście. Pracowałam dla niego kilka miesięcy - chociaż, szczerze mówiąc, straciłam poczucie czasu, więc tylko się tego domyślam - kiedy w naszej sypialni pojawił się Pavlov z jakimiś tabletkami. Dał każdej z nas po jednej i kazał połknąć. Potem stał przed nami i czekał, żeby zobaczyć, co się stanie. Dwadzieścia minut później ciągle tam był, ten sam łysy zbir z wielkim czarnym pistoletem zatkniętym za paskiem. Ale jakimś cudem wydawał się mniej groźny. Po raz pierwszy odkąd pamiętam, zaczęłam się czuć dobrze. Nawet psy warczące na korytarzu nie wydawały się tak groźne. Uśmiechnęłam się do reszty dziewczyn w pokoju, a one odwzajemniły uśmiech. Pavlov chrząknął, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Usłyszałam odgłos klucza przekręcanego w zamku, ale nawet on nie wydał mi się taki straszny. Wtedy właśnie przeżyłam pierwsze doświadczenie z ecstasy. Okazało się, że Gregor uruchomił nową fabrykę masowo produkującą E. Tabletki były we wszystkich kształtach i o różnej mocy, każda oznaczona odpowiednim kolorem i charakterystycznym wzorem na otoczce. 
 
Ecstasy była stosunkowo nowym narkotykiem - nie zdążyła się jeszcze przebić z młodej sceny klubowej i trafić do szerszej międzynarodowej społeczności. Do ludzi, którzy zażywają narkotyki jedynie okazjonalnie. Główny składnik — MDMA, czyli 3,4-metylenodioksymetamfetamina, jest pochodną amfetaminy, chociaż wywołuje efekty podobne do narkotyków psychodelicznych takich jak LSD. To właśnie one wpłynęły na poprawę nastroju, którą zauważyłyśmy po zażyciu tabletek od Pavlova. Podejrzewam, że w tej początkowej fazie producentom takim jak Gregor ciężko było dobrać odpowiednie ilości i skład - za mało MDMA i tabletki nie dawały kopa, za dużo i skutki mogły się okazać niebezpieczne. Dlatego każdą zmianę receptury testował na nas. Byłyśmy jego królikami doświadczalnymi. Mógł na nas eksperymentować z każdą nową partią, żeby sprawdzić, czy narkotyki są dobrej jakości. Nigdy nie miałyśmy nic do gadania. Musiałyśmy brać tabletki. Tak właśnie jest z niewolnikami, nie trzeba ich o nic pytać, wydaje im się rozkazy. Ale nawet gdyby pytał, nie odmówiłybyśmy. Nie zamierzałyśmy się sprzeciwiać żadnemu nowemu narkotykowi, który nam rzucał, bo oznaczało to więcej zapomnienia i nowy sposób na odcięcie się od bólu spowodowanego pracą. Nigdy nie przeżyłyśmy chwili niepokoju, połykając pigułkę za pigułką. Nawet wtedy, kiedy Gregor i Pavlov rozmawiali o Brytyjce, która zmarła po zażyciu jednej tabletki ecstasy. I śmiali się, że narkotyk mógł pochodzić od nich. (była to Leah Betts, zmarła w listopadzie 1995 r. po zażyciu jednej tabliczki ecstasy. Jednak sekcja zwłok wykazała że przyczyną zgonu było spożycie przez Leah równocześnie nadmiernej ilości wody).
 
W mieście, w którym obsceniczność i wykorzystanie były normą, Gregor wyróżniał się spomiędzy setek innych dilerów i alfonsów nie tylko skalą interesów, ale też bezczelną jawnością. On i Pavlov - i wszyscy inni, którzy dla niego pracowali - nosili przy sobie broń. Nie kryli się z handlem kobietami i narkotykami. Jakby byli nietykalni. Jakby znajdowali się całkowicie i bezspornie ponad prawem. Jedno z pytań, które najczęściej słyszę, to: "Dlaczego policja ich nie powstrzymała?" Dlaczego, skoro robili tak niewiele, albo wręcz nic, żeby maskować swoje przestępcze działania, nie zostali aresztowani i postawieni przed sądem? Zgadnijcie. W Holandii są dwa rodzaje policji: regiokorpsen czyli siły regionalne i KLPD - Korps Landelijke Politiediensten - państwowe oddziały policji o zasięgu krajowym. KLPD, które przypomina trochę amerykańskie FBI, prowadzi śledztwa w sprawie większych przestępstw popełnianych na skalę krajową lub międzynarodową oraz, co najważniejsze, działalność wywiadowczą. Codzienna rutynowa służba pozostawiona jest w rękach regiokorpsen, które dbają o bezpieczeństwo w miasteczkach i miastach w całym kraju. Istnieje dwadzieścia pięć okręgów sił regionalnych. Na czele każdego stoi szef sił, który zajmuje się zarządzaniem policją w podległym mu okręgu. Cały jego sztab jest podzielony na miejscowe zespoły policyjne nazywane basiseenheden - jednostkami podstawowymi. Decyzje dotyczące egzekwowania przestrzegania prawa w okręgu - wybieranie problemów priorytetowych, na które kieruje się największą uwagę i wysiłki - należą do odrębnej zewnętrznej komisji. Zasiadają w niej przedstawiciele policji, główny prokurator okręgowy i przewodniczący największej miejscowości w okręgu. W praktyce oznacza to, że policja w miejscu takim jak Rosse Buurt znajduje się pod wpływem ludzi, którzy rządzą miastem. A ponieważ Amsterdam nie był zainteresowany zrobieniem porządku w Dzielnicy Czerwonych Latarni, miejscowe zespoły policyjne też nic w tym kierunku nie robiły. Od tamtej pory niewiele się zmieniło.
 
 

 
W lecie 2000 roku policja amsterdamska wydała piękny przewodnik o tym, jak się bezpiecznie bawić w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Kokaina, heroina, LSD, ekstazy itd. są surowo zakazane, zauważa przewodnik. Następnie wyjaśnia, że niewielkie ilości marihuany, posiadanej na użytek własny, mogą być legalnie spożywane w kawiarni, dodając pomocnie: jeżeli poczujesz mdłości po wypaleniu lub zjedzeniu kosmicznego ciastka, wypij dużą ilość wody z cukrem. Wskazówki dotyczące prostytutek bezpośrednio odnoszą się do zainteresowań "konsumenta": "Jeżeli odwiedzasz jedną z tych kobiet, chcemy ci przypomnieć, że nie zawsze są kobietami". Przewodnik napisano z zachowaniem wszelkich norm moralnych - nie krzycz ani nie używaj wyzwisk w stosunku do tych kobiet - ale początkowo zawierał również bezwstydne porady, jak najlepiej zaliczyć wizytę u prostytutki uwięzionej w szklanej klatce: "Rozliczenia załatw w drzwiach i nie bądź zbyt pijany, żeby skorzystać z usługi. Dla tych pań czas to pieniądz". Wszystkie te rady zebrał i opublikował czynny funkcjonariusz policji, który przepracował na ulicach dzielnicy dwanaście lat. Jego zdjęcie, które zdobi okładkę, ukazuje uśmiechniętego policjanta w pełnym umundurowaniu na policyjnym motocyklu. Obok niego widać reklamę Muzeum Erotyki. W Amsterdamie nie ma wiele miejsca na rygorystyczne przestrzeganie prawa. Fakt, że w 1995 roku każdy policjant, który chciałby zaprowadzić porządek w dzielnicy, niemal na pewno trafiłby na opór ze strony wielu własnych kolegów. Wszystkim rządziła prosta ekonomia - przestępstwo, które było atrakcyjne dla rady miasta, stawało się też szybko atrakcyjne dla urzędników niższego szczebla. Policjanci - w każdym razie ci najniższej rangi, z patroli ulicznych - rzadko zarabiają krocie. Gregora stać było na to, żeby co miesiąc zasilać ich portfele. Oczywiście w zamian za przymykanie oka tam, gdzie tego potrzebował. Nie chcę powiedzieć, że każdy policjant, który pełnił służbę na osiemnastu ulicach w De Wallen i Singelgebied brał łapówki, ale większość na pewno to robiła. W dodatku wynagrodzenie niekoniecznie było wypłacane w gotówce. 
 
Zabójstwo Reubena wywołało niepokój na ulicach. Nie dlatego, że został zabity. W tej dzielnicy ludzie często umierali czy znikali. Chodziło o to, że jego głowa została odrąbana i celowo porzucona kilka metrów od reszty ciała. Miało to stanowić ostrzeżenie dla innych Loverboys, ale czyn ten okazał się na tyle bezczelny, że ściągnął uwagę z zewnątrz. Pojawiły się plotki - przekazywane przez gońców i wśród dziewczyn w witrynach - że wyznaczono specjalną jednostkę policji spoza Dzielnicy Czerwonych Latarni, której zadaniem było zbadanie grup przestępczych, które stały za handlem ludźmi. Niektórzy stręczyciele, włącznie z Gregorem, przestraszyli się na tyle, że podjęli działania antyszpiegowskie. Od czasu do czasu nasyłali jakiegoś nowicjusza z gangu, żeby porozmawiał z nami, dziewczynami, podając się za funkcjonariusza specjalnej jednostki. Wszystko po to, by sprawdzić, czy któraś nie zechce zeznawać przeciwko swojemu panu. Na ogół wyczuwałyśmy prowokatorów albo ich znałyśmy. Ale i tak nie pisnęłybyśmy słowem. Mimo to podobne akcje były oznaką tego, jak niepewnie zaczęli czuć się bossowie przestępczości. W każdym razie, kiedy jestem pytana, dlaczego Gregorowi tak długo się udawało, opowiadam zazwyczaj o zabójstwie Reubena i korupcji. Robię to także wtedy, gdy ktoś docieka, dlaczego nie poszłam na policję. Później, dla lepszego zobrazowania swojej sytuacji, opowiadam o gwałcie. Narkotykowa kawiarnia Gregora znajdowała się niedaleko miejscowego komisariatu. Wszystkie wiedziałyśmy, że nasz szef opłaca część gliniarzy. Przypuszczam jednak, że z powodu narastającego napięcia i podejrzeń oni sami postanowili zachęcić nas dodatkowo do milczenia.
Było około siódmej. Zrobiło się ciemno, wilgotno i smutno, jak zwykle zimową nocą w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Wieczór płynął dość spokojnie - wielu przechodniów, ale niewielu klientów skłonnych otworzyć portfel. To oznaczało kłopoty, kiedy przyjedzie po nas Gregor. Kłopoty i niewystarczającą ilość narkotyków, żeby zaspokoić nałóg i złagodzić ból. 
 
Dlatego moje przekrwione oczy pewnie rozbłysły, kiedy zobaczyłam zbliżającą się do mojej witryny grupę siedmiu mężczyzn. Szli pewnym krokiem, nie za szybko, nie za wolno. Wyglądali na potencjalnych klientów. Podeszli do witryny i chcieli, żeby ich wpuścić, wszystkich naraz. W dzielnicy obowiązuje zasada: jeden na raz. Nigdy więcej niż jeden na raz. Dość często wpuszczałam grupki dwóch czy trzech facetów - na ogół młodych, głupich i pijanych - którzy chcieli wejść, żeby popatrzeć, jak jeden z nich pieprzy się za kasę. Zwykle tłoczyli się po to, żeby ten, który wydaje kasę, czuł się bezpiecznie, bo był zbyt przestraszony, żeby wejść samemu. Naprawdę, żałosne. Czasami do pokoju chciały wejść pary, szukając dreszczyku, który miał urozmaicić ich życie erotyczne. A może dlatego, że oboje fantazjowali o towarze do wynajęcia? Nigdy się tego nie dowiedziałam. W każdym razie, podstawowa zasada samoobrony to: jeden na raz. Tych siedmiu mężczyzn, którzy podeszli do mojej witryny, nie miało jednak zamiaru wchodzić po kolei ani się przyglądać. Ani - jak się okazało - płacić. Otworzyli szklane drzwi i pokazali policyjne legitymacje. Jeden z nich zaciągnął kotary, a drugi pchnął mnie na łóżko. Gwałcili mnie na zmianę, cała siódemka. Po wszystkim wyszli razem. Podziękowali mi - chłodno i ironicznie - za gratisowy numerek. Dlaczego nigdy nie pobiegłam na policję, nie wyjaśniłam, że jestem opiekunką i że zostałam uwięziona wbrew mojej woli, faszerowana narkotykami i zmuszana do zaspokajania dzikiej egoistycznej żądzy mężczyzn przez cały dzień? Dlaczego? Wy byście pobiegli?
 
 
 
 
 CDN.