Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 7 maja 2023

NASZE "RODZIME" BYDEŁKO!

I NAPRAWDĘ NIE DZIWMY SIĘ ŻE POWSTAŁ

OBÓZ ODOSOBNIENIA W BEREZIE KARTUSKIEJ



 Dziś kilka przykładów skrywanej (mniej lub bardziej) piątej moskiewskiej kolumny działającej w Polsce, którą trzeba bezwzględnie ścigać, ujawniać i wyłapywać - bo to są ludzie groźni, działający w interesie obcego, wrogiego nam państwa.


PIERWSZY Z BRZEGU:








"BEZPAŃSTWOWIEC" 😆





"CO ZROBILI?"





DŁOŃ "JEGO EKSCELENCJI" POWINNA BYĆ UCAŁOWANA





"WYZWALACZE?" 🤔



DO BEREZY - NATYCHMIAST!!!




ARKADIUSZ I WERONIKA 



CZYŻBY Zzzz...JEBY?











TACY LUDZIE WSPIERAJĄ "POLSKI RUCH ANTYWOJENNY"




CZASY SIĘ ZMIENIAJĄ, A MIŁOŚNICY POKOJU WCIĄŻ CI SAMI, I CIĄGLE WIDZĄ TYLKO POKÓJ ZAPROWADZONY NA MOSKIEWSKICH BAGNETACH



Notabene bardzo ciekawym jest fakt, że "Polski Ruch Antywojenny" założony przez Leszka Sykulskiego i wspierany przez ludzi pokroju Pieti Panasiuka lub Pitonia, jakoś dziwnym trafem nie demonstruje haseł pokojowych pod ambasadą głównego prowodyra całej tej wojny. Gdybym bowiem był osobą która chciałaby wesprzeć ruch antywojenny, to bym się bardzo zdziwił, po pierwsze: dlaczego ci ludzie nie idą pod ambasadę Rosji i tam nie żądają zakończenia wojny, a po drugie: dlaczego w tym środowisku jest tylu rusofilów - wręcz patologicznych (a często debilnych, ale to już chyba taki klimat w tym środowisku). Przecież to od razu rzuca się w oczy, że coś w tym wszystkim jest nie tak i że nie chodzi tutaj o żaden pokój (podobnie jak w kwestii pedofili w kościele nie chodzi o ochronę dzieci). Cel jest zupełnie inny, w tym przypadku wsparcie rosyjskiej inicjatywy propagandowej i próba przekonania Polaków do wyparcia się i porzucenia Ukrainy (a w drugim przypadku oczywiście chodzi o jawną walkę z kościołem, co akurat nie dziwi bo w Stanach Zjednoczonych już są już nawet... obowiązkowe lekcje z satanizmu. Natomiast wszelkie przejawy pedofili należy tępić i wypalać ostrym żelazem, a ludzi którzy się tego dopuścili karać z całą surowością prawa).



 Zauważyłem też jeszcze jedną ciekawa rzecz. A mianowicie ci ludzie próbują zarówno podważyć naszą pomoc Ukrainie, a jednocześnie wykorzystują do tego celu kwestie historyczne (szczególnie Zbrodnię Wołyńską, która jest odmieniana tam przez wszystkie przypadki). Tak naprawdę jednak nie interesuje ich ani Wołyń, ani Polska, ich tylko interesuje rasija, czego dowodzi fakt, że jeżeli gdziekolwiek pojawia się konflikt pomiędzy Rosją a Polską (w jakiejkolwiek formie - choćby symbolicznej), oni zawsze stają po stronie moskowi. Zauważcie to, ci ludzie nie są ani polskimi patriotami, ani nie są żadną prawicą - to są zwykłe sowieckie,  ruskie parszywe onuce, które powinny natychmiast trafić do obozu odosobnienia podobnego Berezie Kartuskiej, tak dla zdrowia psychicznego zarówno naszego jak i ich samych. Trochę ćwiczeń, trochę dyscypliny, trochę pracy powinno zrobić swoje i być może wreszcie ci ludzie znaleźliby sens własnego istnienia i przestali żyć w gównie, wysługując się sowieciarzom.



WYCIECZKA 




5 maja w Głubczycach usunięto jeden z ostatnich w Polsce pomników wdzięczności Armii Czerwonej. Ponoć zostało ich jeszcze około trzydziestu. Przyznam się szczerze, że nie wierzę w to, że ponad 30 lat po odzyskaniu suwerenności wciąż stoi na polskiej ziemi symbol sowieckiego zniewolenia - tego nie rozumiem (w II Rzeczpospolitej symbol rosyjskiego zniewolenia rozebrano zaraz po zakończeniu wojny z sowietami w roku 20-tym, czyli w kilka lat po odzyskaniu Niepodległości)






A na zakończenie jeszcze informacja do tych wszystkich miłośników pokoju, tych z Polskiego Ruchu Antywojennego i wszelkich jemu podobnych formacji w Europie i na Świecie. Wiecie co należy zrobić, żeby wojna się zakończyła? Jak nie wiecie to popatrzcie:



sobota, 6 maja 2023

SZURIA...?

CZY NIEBEZPIECZNA AGENTURA WYPŁYWU?




 Ponieważ wczoraj podjąłem się tematu pokazania istniejącej wciąż w Polsce lewicowo-lyberalnej i postkomunistycznej jaczejki, że to dziś pragnąłbym podjąć się tematu pokazania prawicowej szuri, często nawet groźniejszej od tamtej (bowiem postkomunistyczne wieprze, uwłaszczone na majątku narodowym w latach 90-tych, przynajmniej częściowo uważają że zarówno ten majątek jak i nasza Ojczyzna należy do nich. Oczywiście wybory 2015 roku nieco to przekonanie podważyły, ale mimo wszystko wciąż sądzą oni że zdołają odzyskać koryto, a wraz z nim cały kraj). Mam tutaj na myśli środowisko związane z Grzegorzem Braunem, Leszkiem Sykulskim, Pitoniem i tym całym Piotrem (Pietią) Panasiukiem. Tych ludzi bowiem postrzegam jako bardzo niebezpiecznych agentów wpływu, którzy robią to co robią (czyli działają jawnie w interesie Moskowi) albo z własnej bezgranicznej głupoty, albo motywowani do tego moskiewskimi subwencjami (a może i jedno i drugie). Powód dla którego to robią nie ma dla mnie jednak najmniejszego znaczenia. Znaczenie ma tylko to, że oni to robią i to już stawia ich bezpośrednio w pozycji agentów wpływu obcego państwa (państwa odwiecznie nam wrogiego, co należy podkreślać - odwiecznie wrogiego). Ja zaś należę do ludzi, którzy starają się na co dzień nie używać ostrych słów (w tym również przekleństw), mało tego, jestem osobą która uważa że każdemu człowiekowi należy dać w życiu szansę na poprawę złego nastawienia (a trzeba pamiętać że ludzie nie dzielą się na dobrych i złych, tylko na tych, którzy żyją czyniąc zło i na tych którzy starają się żyć tak aby to zło eliminować ze swego życia, bowiem każdy z nas jest tak naprawdę połączeniem piekła i nieba i tylko od nas zależy której stronie naszej natury pozwolimy wziąć górę). Jednak patrząc na ludzi, którzy jawnie wspierają bandycki reżim Putina, jedyne co ciśnie mi się na usta to są wulgaryzmy.

Od dłuższego czasu śledzę twitterowe wpisy niejakiego Piotra (Pieti) Panasiuka, czyli człowieka który wypisuje takie androny, iż wydaje mi się że on realnie nie może występować jako agent rosyjskiego wpływu, (choć oczywiście mogę się mylić). W każdym razie ten człowiek stosuje jawną kremlowską propagandę, połączoną z bezczelnym kłamstwem i manipulacją faktami. Czytając Panasiuka od razu przypomina mi się inny moskalofilski szur (bo inaczej ich nazwać nie można, nawet jeśli są to jawni agenci wpływu), czyli nijaki Olszański/Jabłonowski, który to niedawno wyszedł z więzienia za jawne nawoływanie do popełniania mordów na przeciwnikach mateczki rassij. Ponoć więzienie znacznie go zmieniło, przestał być już takim kozakiem (czy też ruską nucą, bo to określenie bardziej do niego pasuje), uspokoił się nawet i może nieco zreflektował (być może nie chce ponownie wracać do więzienia) i zapewne to jest powodem jego przemiany (ale ja prywatnie nie wierzę w to, że ten człowiek zdołał realnie się zmienić). Zastanawia mnie tylko jakim trzeba być człowiekiem, żeby wspierać coś tak parszywego, tak podłego i tak przesiąkniętego moralną zgnilizną, jak dzisiejsza (a również dawniejsza, bo tutaj żadnej różnicy historycznej nie ma) Rosja? Co trzeba sobą reprezentować, jaki wyznawać światopogląd i jak bardzo ostatecznie się skurwić, żeby zostać wycieraczką kremlowskich bandytów? Nie pojmuję tego nie rozumiem. Jednak tak naprawdę zastanawiające jest nie to,że tacy ludzie jak Panasiuk czy Jabłonowski a także Sykulski czy Braun w ogóle istnieją i głoszą swoje propagandowe antypolskie teorie, tylko zastanawia mnie fakt, że w ogóle ktokolwiek tego słucha i że znajdują się ludzie którzy wierzą w to, że Rosja jest jakąkolwiek ostoją konserwatyzmu, jakąkolwiek opoką i obrona przed lewicowymi szaleństwami ideologii gender, lgbtarianizmu, ekologizmu etc. etc. Co trzeba mieć w głowie żeby uważać Rosję za normalny kraj, a nie zwykłą nazistowską zbieraninę patologicznych kłamców i zbrodniarzy?




Ostatnio dotarły do mnie kolejne informacje o moskiewskich zbrodniach na Ukrainie, o tym co robili (i co nadal robią) tam te bandy, ta chodząca hołota z bronią w ręku, która oficjalnie zwie się rosyjskim wojskiem. Moskiewscy bandyci po wejściu do jednej z miejscowości na wschodzie Ukrainy, zgwałcili matkę na oczach małego jej czteroletniego dziecka, to dziecko podczas gwałtu osiwiało... Gdzieś indziej zgwałcili noworodka - noworodka. Jeszcze gdzieś indziej skatowali ojca rodziny tak bardzo że nie był w stanie oddychać, a mimo to zmusili go żeby patrzył jak gwałcą jego żonę i kilkuletnią córeczkę. Ja tutaj oczywiście podaję najbardziej łagodne z popełnianych przez tych bandytów zbrodni, takie, które dla ludzi którzy to doświadczyli są uważane za łagodne a ludzie ci za szczęśliwców, bo przecież mogli zostać zamordowani po długich i bolesnych torturach podczas których odkrajano by im poszczególne części ciała na żywca i to zarówno rodzicom jak i dzieciom. Ja szczególnie jestem szczególnie wrażliwy na krzywdę dzieci (w ogóle krzywda każdej istoty w tym zwierzęcia - a przecież na Ukrainie są i przypadki znęcania się nad zwierzętami, gdzie ruskie trolle nie tylko mordują, ale wręcz pastwią się nad psami, kotami i innymi zwierzakami - jest dla mnie przykrym doświadczeniem). Nie jestem też w stanie oglądać płaczących dzieci, bo jest to dla mnie widok nie do zniesienia, szczególnie jeśli te dzieci cierpią z bólu. A co dopiero powiedzieć o potworach którzy z pełną premedytacją popełniają zbrodnie wojenne nie tylko gwałcąc, okaleczając i mordując w okrutny sposób dorosłych, ale również znęcając się nad dziećmi. Z zimna krwią zabijają dzieci, do czego dochodzi otwarcie pod Bachmutem i do czego niektórzy wagnerowcy (którzy tam operowali) skruszeni prawdopodobnie sumieniem, teraz opowiadają (a są to opowieści typu: "Był rozkaz że mamy wszystko wyczyścić, wchodzimy do piwnicy a tam jest 300-400 osób, w tym jakieś 40 dzieci. Niektóre płaczą ale był rozkaz nie można pozwolić im wejść - oczyściliśmy więc piwnicę"). Ci ruscy zbrodniarze (a oficjalnie ruskie wojsko) zachowują się jak najgorsze nazistowskie kanalie podczas II Wojny Światowej i wcale się tego nie wstydzą (może tylko czasem gryzie ich sumienie).

To są żołnierze? Czy moskale w ogóle rozumieją co znaczy honor żołnierza co znaczy z plamienie munduru żołnierza krwią niewinnych cywili? Chyba nie wiedzą, no ale skąd bydło wyrwane z zapadłej dziury rosyjskiej Gubiński, z głębokiej umysłowej i fizycznej niewoli jaką poddawani są tam wszyscy którzy urodzili się na tej przeklętej ziemi - ma wiedzieć jak postępują ludzie cywilizowani? Żaden żołnierz nie splamiłby się zamordowaniem cywila (inna sprawa to dywersanci którzy cywili udają, ale to jest zupełnie inny temat, bo chyba nie możemy przyjąć że ukraińskie dzieci są faszystami jak twierdzi moskiewska propaganda i że sabotują dzieło "specjalnej operacji wojskowej", a poza tym nawet dywersant czy kolaborant musi stanąć przed sądem, a nie być od razu rozstrzelany - tak przynajmniej postępują ludzie cywilizowani), żadne, bo to jest potworna plama na honorze żołnierza tym bardziej oficera. Gen. Bolesław Wieniawa-Długoszowski (ulubieniec Marszałka) mawiał, że tylko wódka nie plami munduru żołnierza i to jest święta racja, gdyż nie na darmo istnieje coś takiego jak żołnierski honor, który pierwotnie narodził się w średniowieczu, w czasach rycerskich. Ale przecież w moskowi nigdy nie było epoki średniowiecza, bo tam od razu z wczesnego okresu wschodniosłowiańskiego przeszli oni pod zamordyzm tatarsko-mongolski i to ustawiło ich na zupełnie innych krańcach cywilizacji europejskiej.

Kastrowanie jeńców, obcinanie im głów i inne wymyślne tortury (których nie chce mi się nawet przytaczać), otwarcie już sytułują tę wschodnią dzicz według mnie nawet nie jako wytwór innej cywilizacji, ale wręcz jako nie-ludzi. Ponieważ jednak w moskowi jest dosyć duże poparcie społeczne dla tej zbrodniczej wojny, której sprawcą co prawda jest Putin, ale to nie on kastruje jeńców, to nie on ich torturuje i nie on ich uśmierca. To robią jebani moskale (przepraszam za ostre słowa, ale nie jestem w stanie pohamować się od powiedzenia prostym językiem tego co myślę). To nie jest wcale wojna Putina (jak chcą ją widzieć w Niemczech, we Francji czy nawet we Włoszech), to jest wojna moskiewskich s-synów, którzy wypełźli ze swojej gubinki, (gdzie żyli jak zniewolone bydło), a teraz dano im do ręki karabin i poczuli się ważni, po raz pierwszy w życiu poczuli że cokolwiek od nich zależy, że mają władzę nad czyimś życiem i śmiercią, że to oni teraz są panami losu kogoś innego. I zaczęło się od strzelania do psów i kotów, od tortur na zwierzętach a skończyło na gwałtach, pobiciach, znęcaniu się, obcinaniu kończyn, kastrowaniu a wreszcie na mordowaniu niewinnych dzieci. Jeśli te kanalie myślą że spokojnie dożyją sobie starości gdzieś na jakiejś zapadłej dziurze do której wrócą znowu jako niewolnicy ruskiego miru, to bardzo się mylą, już teraz bowiem istnieją instytucje i działają ludzie, którzy wyłapują takich zbrodniarzy, demaskują ich i te bestie w ludzkiej skórze nie zaznają już nigdy spokoju (przynajmniej nie na tym świecie).




I tutaj powracam do tego całego szurostwa związanego ze środowiskiem Grzegorza "szczęść Boże" Brauna, Sykulskiego (którego notabene pamiętam kiedyś słuchałem, jakże to człowiek nieświadomie może wejść w bagno), całym tym środowiskiem związanym z wRealu24 (które też kiedyś lubiłem a ich filmiki wstawiałem na tym blogu), oraz z towarzyszem Panasiukiem i jemu podobnymi ruskimi trollami, którzy jawnie sieją dezinformację a przede wszystkim dążą do destabilizacji sytuacji politycznej w Polsce - co jest już coraz bardziej widoczne. Czy nam, jako Polakom, jako polskim patriotom powinno zależeć na tym, żeby sytuacja w Polsce była zdestabilizowana w sytuacji konfliktu zbrojnego na Ukrainie, czy też żeby była stabilna? Odpowiedź jest bardzo prosta tutaj nie trzeba być filozofem aby domyślić się komu służy destabilizacja sytuacji w naszym kraju, dlatego też tacy ludzie jak Panasiuk, Sykulski (i cała reszta bandy moskiewskich onuc), powinni być już pod okiem ABW (być może są, nie wiem, nie mam takiej wiedzy). Takich ludzi natychmiast trzeba eliminować z przestrzeni publicznej i kierować do miejsc odosobnienia (w których przebywał do niedawna pan Jabłonowski vel Olszański), gdyż ich działalność jest jawnie szkodliwa dla państwa polskiego, a ich propaganda wpływa również na umysły ludzi młodych i niedoświadczonych, którzy nie mają ani wiedzy, czasu i chęci żeby wyłapać co jest prawdą, a co fałszem. Panie pułkowniku Wacławie Kostek-Biernacki, jakże bardzo dziś brakuje nam ludzi takich jak pan, aby to całe antypolskie szambo na usługach obcych państw, wywiadów i mocarstw przećwiczyć trochę w miejscu odosobnienia, tak żeby mieli czas pomyśleć nad swoim życiem i postępowaniem.




A tak na zakończenie chciałbym tylko dodać, że ja już nie uważam Rosjan za żaden naród, co najwyżej za zbiorowisko postsowieckich mętów, wyznawców ruskiego miru i zniewolonych mentalnie i realnie robów. To nie jest żaden naród, a Rosja to nie jest żaden kraj, to zbiorowisko ciemiężców i morderczych "wyzwolicieli" (a że moskale lubią wyzwalać to wiemy od dawna, szczególnie wyzwalać nas z naszych majątności, ziem oraz życia), jest to swoisty Mordor, który z opowieści Tolkiena jakimś cudem przeszedł do naszego świata. A teraz parafrazując słowa Putina chciałbym się zapytać - wyobrażacie sobie jak piękny byłby świat bez Rosji, jak spokojny jak bezpieczny?
Chciałbym dożyć czasu kiedy to parszywe państwo ostatecznie rozpadnie się na atomy (a że tak się stanie jestem pewien, to tylko kwestia czasu). I z tym czasem właśnie jest problem bo nawet w sytuacji jawnego rozkładu i rozpadu tego państwa jestem przekonany że Amerykanie i Chińczycy będą chcieli utrzymać pozór całości tego tworu, obawiając się, że po rozpadzie może tam powstać coś bardziej nieprzewidywalnego niż obecnie. Ja uważam że nic bardziej nieprzewidywalnego a już na pewno nic gorszego nie może powstać od tego co jest obecnie i tego co było w historii wcześniej. Rozpad jest nieunikniony i im szybciej to nastąpi, tym lepiej, zarówno dla świata jak i dla tych ludzi którzy tam mieszkają. Oczywiście całe to społeczeństwo (jeżeli w ogóle można to tak jeszcze nazwać), musi zostać dogłębnie poddane denazyfikacji, derusyfikacji i totalnemu wyleczeniu się z myśli o jakimkolwiek ruskim mirże w przyszłości. Nie może to być na zasadzie takiej, jaką podjęto w stosunku do Niemców po zakończeniu II Wojny Światowej, gdyż wówczas jedynie połowicznie udało się zdenazyfikować naród niemiecki. Moskali musimy wyleczyć z myśli o ruskim mirze totalnie, jednocześnie pokazując nim że można żyć inaczej, że mogą żyć jak ludzie wolni, nie jak poddani swojego cara - tylko jak ludzie wolni, którzy mają wpływ nie tylko na swoje własne życie, ale również na życie swojej lokalnej społeczności, swego miasta, że mogą żyć jak ludzie, a nie mieszkać w rozpadających się domach gdzie nie ma ogrzewania (a czasem i szyb w oknach). Ludzie cywilizacji łacińskiej (do której moskalom daleko jest o lata świetlne), nie są ludźmi o mentalności zbrodniarzy. Nikt nie chce nikogo mordować, nikogo zabijać i nikogo niewolić (jak głosi kremlowska propaganda). Chcemy po prostu żyć jak ludzie i nie musieć obawiać się że przyjdzie jakiś ruski sołdat i zabije nam dzieci, a jednocześnie chcemy wam dać możliwość życia jak ludzie (wam czyli społeczeństwu dzisiejszej Rosji). Im szybciej to zrozumiecie, tym lepiej dla was samych, bo świat bez Rosji - wierzcie mi - byłby przepięknym rajem na ziemi.




GEN ZAPRZAŃSTWA I GEN WOLNOŚCI - Cz. II

  CZYLI O KONSTYTUCJI I NIE TYLKO


DOKOŃCZENIE CZĘŚCI PIERWSZEJ 






 Po przyjęciu Konstytucji Nihil Novi z 1505 r., już w roku następnym na polecenie nowego króla Zygmunta I Jagiellończyka (Aleksander bowiem zmarł w sierpniu 1506 r w Wilnie), kanclerz wielki koronny prymas Jan Łaski zrobił spis wszystkich istniejących dotąd unii polsko-litewskich, konstytucji sejmowych, przywilejów szlacheckich, praw miejskich, przywileju dla Żydów z 1264 r. oraz umów i traktatów międzynarodowych i zebrał to w jednym statucie, tak aby urzędnicy i historycy mieli szybszą i łatwiejszą możliwość zapoznania się z panującym prawem. Wydrukowanie Statutów Łaskiego w 1506 r. nie oznaczało jednak przyjęcia kodeksu praw, o co król znów toczył boje ze szlachtą. Szlacheckiej braci nie podobało się bowiem to, że król Zygmunt w swej polityce woli opierać się na senacie i arystokracji magnackiej i nie pali się do częstego zwoływania sejmów. W przyjętej w 1505 r. Konstytucji Nihil Novi wprowadzono ustrój demokracji szlacheckiej, lecz szlachta uważała że król tę demokrację łamie i otwarcie domagano się odeń respektowania praw Rzeczypospolitej. Podczas ostatniej wojny z Zakonem Krzyżackim w 1520 r. w obozie pod Bydgoszczą wymuszono na królu i senacie że co dwa lata będą się zbierać sejmy zwyczajne, a co cztery lata sejmy nadzwyczajne (wtedy też padło po raz pierwszy hasło egzekucji praw, które potem znacznie się nasili). W 1532 r król Zygmunt powierzył sędziemu krakowskiemu Mikołajowi Taszyckiemu misję stworzenia kodeksu prawa, zwanego Korekturą Praw (niesłusznie też nazywanego "Korekturą Taszyckiego" - niesłusznie, gdyż jest to nazwa późniejsza, nieużywana w czasach kiedy owa korektura powstawała). Jednak w grudniu 1534 r. gotową Korekturę Praw szlachta odrzuciła, w zamian domagając się egzekucji praw.

Ruch egzekucyjny szlachty domagał się opodatkowania kleru (tutaj dochodziło do konfliktu pomiędzy duchownymi a szlachtą, gdyż hierarchowie kościelni twierdzili zgodnie z prawdą, że przecież szlachta także nie płaci np. na wzmocnienie armii a wszelkie koszty przerzuca na chłopów), następnie rewindykację dóbr królewskich, nieprawnie wcześniej zajętych lub rozdanych przez monarchów, unię zupełną z Litwą, Prusami i księstwami śląskimi, uporządkowanie sądownictwa, za prowadzenie kontroli szlacheckiej nad administracją królewską i jako osobny punkt (choć nie zawsze wyliczany do ruchu egzekucji praw) -  założenie kościoła narodowego. Część tych postulatów udało się wprowadzić w życie (na przykład na sejmie lubelskim 1569 r. doprowadzono do włączenia do Korony litewskich prowincji: Podlasia, Wołynia i Kijowszczyzny, którym to ziemiom nadano odrębne przywileje i zachęcano szlachtę do ich zasiedlania. Poza tym w Lublinie 4 lipca 1569 r. ostatecznie Korona i Litwa zjednoczyły się w Rzeczpospolitą Obojga Narodów na zasadzie federacyjnej. Odtąd był tylko jeden wspólnie wybierany władca, jeden wspólny sejm, wspólna polityka zagraniczna i wspólna moneta. Odrębne pozostawały urzędy, skarb, wojsko i sądownictwo, a szlachta miała możliwość swobodnego osiedlania się: zarówno polska na Litwie i Rusi jak i litewska w Koronie. Wcześniej, bo 16 marca tego roku doprowadzono do ostatecznej unifikacji Prus Królewskich (czyli Pomorza) z Polską. Na mocy królewskiego dekretu posłowie pomorscy weszli do polskiego sejmu a Prusy utrzymały własny skarb, prawo sądowe i prawo do obsadzania urzędów przez ludzi urodzonych w tej prowincji.




Kolejna istotna zmiana w polskim systemie polityczno-prawnym, nastąpiła po wygaśnięciu dynastii Jagiellonów w 1572 r. Wówczas to wprowadzono nie tylko zasadę wolnej elekcji, czyli wyboru nowego władcy przez ogół narodu (szlachty),  ale również uchwalono kolejną istotną polską konstytucję, która przetrwała do końca istnienia państwa polskiego i była jedynie uzupełnieniem tej konstytucji z 1505 r. Od maja 1573 r. zaczęto spisywać postulaty, które musiał zaprzysiąc każdy kolejny władca Rzeczypospolitej. Zwały się one Artykułami Henrykowskimi (od imienia pierwszego elekcyjnego króla - francuskiego królewicza Henryka Walezego) i pactami conventami i były one zarówno spisem obowiązujących już praw stałych praw Rzeczypospolitej (Artykuły Henrykowskie) jak i jednorazowymi wymaganiami, oczekiwanymi od każdego nowego monarchy (pacta conventa). I to był również niepodważalny element panującego w Rzeczpospolitej ustroju, niezmienny i zdecydowanie egzekwowany wobec każdego kandydata do polskiej korony. Ten system polityczny trwał niezmiennie przez cały wiek XVII i większość wieku XVIII i znany był pod hasłem "Złotej Wolności" szlacheckiej. Jej obrończynią i protektorką w XVIII wieku stała się caryca Rosji Katarzyna II, szczególnie gdy jej kochanek - Stanisław August Poniatowski został wybrany w 1764 r. królem Polski.

Rządy Poniatowskiego początkowo były korzystne dla państwa, wprowadzono wiele reform w ciągu pierwszych czterech lat panowania nowego króla i co ciekawe realnie zlikwidowano wówczas liberum veto (Rafał Ziemkiewicz zastanawia się dlaczego Sejmu Wielkiego z lat 1788-1792 nie obalono przy pomocy weta poselskiego. Otóż odpowiadam - veto nie obowiązywało wówczas w Polsce już od 1764 r., ostatni sejm zerwany w ten sposób, to był sejm nadzwyczajny, który rozjechał się po zaledwie dwóch dniach obrad w kwietniu 1761 r.). A teraz pytanie-ciekawostka, dlaczego podczas 30 lat panowania króla Augusta III Wettyna (1733-1763) zerwane zostały wszystkie sejmy poza jednym, a za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego (1764-1795) nie został zerwany ani jeden sejm za pomocą liberum veto? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta, otóż w czasach rządów Wettynów (1697-1763) Rosja nie kontrolowała jeszcze Rzeczpospolitej w dostatecznym stopniu i instytucja veta była jej niezwykle potrzebna żeby blokować wszelkie możliwe pojawiające się plany oraz propozycje naprawy państwa. Wówczas wystarczył tylko jeden przekupiony (lub namówiony hasłem utraty Złotej Wolności) poseł, który powiedział "Nie pozwalam" i nie musiał nawet argumentować dlaczego nie pozwala, wystarczyło tylko to jedno jego słowo "weto". Z chwilą jednak wyboru na króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego, rosyjska kontrola nad Rzeczpospolitą stawała się pełniejsza i wówczas instytucja weta mogła być szkodliwa, bo wystarczyłby jeden poseł-patriota którym mógłby unieważnić wszelkie ustawy przedstawiane przez rosyjskich ambasadorów na polecenie carycy Katarzyny II. Dlatego też ochraniająca wówczas pole sejmowe armia rosyjska pilnowała, żeby nikt nie ośmielił się nie pozwolić na te propozycje, które imperatorowa sobie życzyła (ci zaś, którzy się nie podporządkowali, mogli być pewni że skończą podobnie jak owi członkowie konfederacji radomskiej, którzy w październiku 1767 r. zostali porwani podczas obrad sejmu i wywiezieni na Syberię Byli to: biskup krakowski - Kajetan Sołtyk, biskup kijowski - Józef Andrzej Załuski i hetman polny koronny - Wacław Rzewuski z synem Sewerynem. Byli to pierwsi polscy zesłańcy polityczni wysłani na Syberię. Szczególnie zabawny w tym momencie jest fakt, że Polska w tamtym czasie - przynajmniej teoretycznie - wciąż była niezależnym krajem 😔).


Niezwykle autentycznie pokazane funkcjonowanie polskiego sejmu w czasach panowania liberum veto, na przykładzie zabawnej kreskówki o Kapitanie Bombie



W październiku 1767 r. narzucony przez ambasadora Rosji Nikołaja Repnina traktat gwarancyjny, realnie uzależniał Rzeczpospolitą od Moskwy. Potem wybuchła Konfederacja Barska (czyli pierwsze polskie powstanie przeciwko Rosji z lat 1768-1772), doszło do pierwszego rozbioru ziem Polski (1772), a w kwietniu 1775 r. utworzono Radę Nieustającą, czyli pierwszy stały rząd złożony z króla i konsyliarzy (18 senatorów i 18 posłów), który był całkowicie podległy w Moskwie i głównie wykonywał polecenia imperatorowej. To był realnie funkcjonujący rząd Polski, a ustrój Rzeczpospolitej był połączeniem wcześniej wprowadzonych Konstytucji (tych od 1505 r. plus praw odnośnie mieszczan i chłopów z 1496 r., poprzez Artykuły Henrykowskie, po traktat gwarancyjny i Radę Nieustającą). To wszystko zniszczyli "zamachowcy", którzy wprowadzili bezprawną )co trzeba otwarcie powiedzieć) Konstytucję 3 Maja 1791 r. gdyż została ona uchwalona podstępem (bo w normalnej procedurze prawnej nie miałaby szansy zostać przyjęta), Tak więc targowiczanie (czyli ci wszyscy zaprzańcy polityczni XVIII wieku, którzy doprowadzili Ojczyznę naszą do upadku) to tak naprawdę byli obrońcy praworządności, a twórcy Konstytucji byli "łamaczami" prawa.




I teraz przechodzę już do sedna sprawy. Powodem, dla którego dziś to napisałem, był artykuł jaki przeczytałem w w serwisie OKO.press, a zatytułowanym: "Czy Niemcy zatrzymają łamanie praworządności w Polsce?" I przyznam się szczerze że już bardzo dawno nic tak nie podniosło mi ciśnienia, jak te krótko brzmiące słowa, zapisane w serwisie, który słynie z zajadłego atakowania wszelkich przejawów polskości, suwerenności i niezależności. Od razu też miałem przed oczyma czami tych Rzewuskich, Branickich czy Szczęsnych Potockich kołatających u bram Petersburga i wijących się u stóp carycy Katarzyny II z prośbą o ratowanie zagrożonej w Polsce praworządności Złotej Wolności. Czego jednak innego można spodziewać się po ludziach, którzy promują takie indywidua jak rasistka i szowinistka Barbara Engelking, jej kompan Grabowski, Bilewicz czy Gross. Doprawdy brak mi słów na spuentowanie ich działalności (ich antypolskiej powiedzmy to sobie otwarcie - antypolskiej działalności) i doprawdy nie jestem w stanie tego nawet wytłumaczyć faktem jakichś tam rodzinnych "faktów i mitów", przekazywanych i wpajanych z mlekiem matki na temat "demonów polskiego nacjonalizmu" - hasła wymyślonego przez michnikowszczyznę na początku lat 90-tych XX wieku (bo jeżeli wiemy o co chodzi - a rozumiem że czytelnicy tego bloga to ludzie inteligentni - to wiemy jakie w większości są konotacje rodzinne tych ludzi i jakie były przekazy w tych rodzinach, szczególnie w czasach komuny ale również i w okresie międzywojennym. A potem to wszystko podrosło, porobiło kariery w polityce w dziennikarstwie w publicystyce w biznesie no i wydało owoce. 




Nabrało się tych plew, narosło przez lata zaborów a potem komunistycznego zniewolenia. Dla mnie osobiście jest to bardzo przykre, ponieważ nigdy nie chciałbym nazywać człowieka jakimiś odhumanizowującymi terminami, typu: "plewy", "robactwo" etc. daleki jestem od takich słów i takich określeń. A jednak cholera człowieka bierze i czuję się zupełnie bezsilny wobec natłoku tego kur....a, chamstwa i takiego zwykłego parszywego wręcz zaprzaństwa. Osobiście czuję się tak jakbym się dusił będąc zanurzony w jakiejś mazi z której tak naprawdę nie widać wyjścia. Ci ludzie są moimi rodakami i mam taką naiwną nadzieję, że gdyby przyszło co do czego, gdyby doszło do sytuacji wojennej albo jakiejkolwiek podobnej, to ci ludzie być może stanęliby na wysokości zadania (być może), ale to jest tylko moja naiwna nadzieja, bo jednocześnie widzę jak oni się wysławiają, kogo oni wspierają, widzę jaki mają stosunek do niepodległego bytu państwa do potrzeby odtworzenia naszej żywotnej narodowej siły i to mnie przeraża że to są moi rodacy. 

Przeraża mnie ten gen zaprzaństwa i dusi, ale jednocześnie patrząc na takich ludzi jak Witold Pilecki, Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka", Danuta Siedzikówna "Inka" (ostatnio w "Wyborczej" zastanawiali się dlaczego Polacy coraz częściej nadają córkom imię Inka... jak kawa. Boże, ręce do ziemi opadają 😮‍💨 naprawdę jedyne ich skojarzenie z imieniem Inka wiąże się z kawą?), czy wielu im podobnych, nabieram jednak pewności że próżne ich starania. Owszem mogą jeszcze gdzieś czasowo nabruździć, kogoś upodlić, zniesławić, twierdzić że Polacy w czasie wojny za mało pomagali Żydom (choć sami byli narażeni bezpośrednio na śmierć w przypadku jakiejkolwiek pomocy - JAKIEJKOLWIEK - i to bez wyroku sądowego, no ale kogo to obchodzi prawda? przecież śmierć Polaka to jest naturalna sprawa, normalne zjawisko nic szczególnego śmierć jak śmierć jak twierdzi pani prof Engelking. Dobra, zostawmy to). Mimo wszystko jednak nie zdołają już przeszkodzić temu Odrodzeniu które już jest (ono może nie jest jeszcze widoczne, ale jest i będzie coraz silniejsze) i doprowadzi ostatecznie do odtworzenia dawnej siły, tej duchowej i moralnej ale również fizycznej politycznej militarnej i gospodarczej siły polskości która się już nie upodli. Nie pozwolimy na to żeby się ponownie upodliła.




piątek, 5 maja 2023

GEN ZAPRZAŃSTWA I GEN WOLNOŚCI - Cz. I

 CZYLI O KONSTYTUCJI I NIE TYLKO





 Raz jeszcze postanowiłem wrócić do tematu Konstytucji 3 Maja (i związanych z nią uroczystości), ponieważ po głębszym zastanowieniu chciałbym tutaj omówić pewne kwestie, których nie zdołałem przedstawić w poprzednim wpisie (popełnionym nieco na szybko). Zacząć chciałbym od tego, że ostatnio Rafał Ziemkiewicz (na swoim kanale na YouTube) przypomniał mi pewną kwestię o której zapomniałem i którą nieco bagatelizowałem, a mianowicie fakt, że Konstytucja 3 Maja nie była przecież pierwszą polską konstytucją. Oczywiście wszystkie ustawy przyjmowane Na sejmach przez brać szlachecką, były nazywane konstytucjami, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że istniały trwałe konstytucje polskie, które powstały przed uchwaleniem Konstytucji 3 Maja.

Już od XIV wieku wykształciła się bowiem zasada uczestnictwa szlachty danej ziemi w zjazdach sejmikowych, na których decydowano o istotnych sprawach dla danej ziemi, prowincji czy województwa (znaczenie sejmików znacznie wzrosło gdy uzyskały one prawo uchwalania podatków). 11 i 12 listopada 1454 r. (Po klęsce szlacheckiego pospolitego ruszenia w bitwie z Krzyżakami pod Chojnicami z 18 września tego roku) w Nieszawie szlachta wymogła na królu Kazimierzu IV Jagiellończyku swą dalszą zgodę na prowadzenie wojny z Zakonem Krzyżackim, od potwierdzenia ich dotychczasowych przywilejów i nadania nowych. Tak więc od tej pory król nie mógł nakładać nowych podatków nadzwyczajnych, zwoływać pospolitego ruszenia i ustanawiać nowych praw bez zgody sejmików ziemskich (głównie wielkopolskiego i małopolskiego, ale w ciągu kolejnych dni aż do grudnia 1454 r. przywilej ten rozciągnięto i na inne ziemie koronne). Tak oto wprowadzona została i potwierdzona królewską zgodą pierwsza oficjalna polska konstytucja, na mocy której władza w państwie należała odtąd do szlachty skupionej na zjazdach sejmikowych. Stopniowo król Kazimierz IV zaczął zwoływać sejmiki prowincjonalne (zwane generalnymi) gdzie również obradowali przedstawiciele sejmików ziemskich. Wreszcie powstała konieczność zwołania reprezentantów sejmików generalnych na wspólne spotkania z radą królewską i tak oto z tego połączenia zrodził się sejm walny, czyli złożony z dwu izb sejmowych: izby poselskiej (reprezentantów sejmików generalnych) i senatu (rady królewskiej). Pierwszy taki sejm otworzył na zjeździe piotrkowskim (18 stycznia 1493 r.) syn i następca Kazimierza IV Jagiellończyka - Jan I Olbracht (Albrecht), panujący od 27 sierpnia 1492 r. 

W marcu 1496 r. na sejmie w Piotrkowie pozycja polityczna szlachty w polskim systemie prawnym stała się całkowicie dominująca. W tym bowiem czasie król Jan wydał tzw. statuty piotrkowskie, będące realnie drugą polską konstytucją (choć jedynie umacniały one i rozszerzały polityczną władzę szlachty, wywalczoną przez nią w przywilejach nieszawskich roku 1454). Szlachecka brać zyskiwała w niej (oczywiście poza potwierdzeniem swych wcześniejszych przywilejów) również zwolnienie od ceł dla towarów przywożonych na potrzeby folwarków. Nie to jednak było najważniejsze. Najważniejszym był fakt, że od sejmu piotrkowskiego 1496 r. mieszczanie i chłopi realnie utracili prawa polityczne a nawet podmiotowość prawną. Mieszczanie zostali pozbawieni prawa nabywania majątków ziemskich (postanowienie to cofnęła dopiero Konstytucja 3 Maja po 295 latach), pod pretekstem że mieszczanie nie pełnią służby wojskowej (i te późniejsze dywagacje szlacheckie typu: "gardła nasze za Ojczyznę nadstawiamy"), utracili również mieszczanie prawo do piastowania wyższych godności cywilnych, wojskowych i duchownych; mieszczanie mieli również odpowiadać w procesach za długi przed sądami szlacheckimi, a ceny towarów w miastach ustalane miały być przez wojewodów. Najwięcej w Konstytucji Piotrkowskiej 1496 r. tracili jednak chłopi, ograniczono im bowiem możliwość przenoszenia się z jednej do innej wsi (tylko jeden chłop w ciągu roku mógł opuścić wieś i przenieść się pod władzę innego pana), tylko jeden syn z rodziny chłopskiej mógł raz w roku opuścić wieś i udać się do miasta (do nauki rzemiosła lub do szkoły); zwiększono też kary za ucieczkę chłopów z dóbr szlacheckich, powodując, iż tym samym wolni dotąd kmiecie stawali się przymusowymi robotnikami rolnymi przywiązanymi do ziemi i pracującymi na polu należącym do latyfundystów, wielkich właścicieli ziemskich czyli magnaterii i szlachty.




Wydawało się odtąd, że pozycja polityczna szlachty w państwie jest już nienaruszalna. W Polsce pojawił się jednak włoski poeta, humanista, zwolennik coraz bardziej popularnego wówczas renesansu - Filippo Buonaccorsi (urodzony w Toskanii w 1437 r.). Musiał on w lutym 1468 r. uciekać z Rzymu, gdyż zamieszany był w spisek na życie papieża Pawła II. Po krótkim pobycie w Konstantynopolu, z końcem 1469 r. zjawił się on w Krakowie, a w marcu 1470 r. pojawił się na dworze arcybiskupa lwowskiego Grzegorza z Sanoka. Po śmierci Pawła II w lipcu 1471 r. opuścił Buonaccorsi bezpieczny dwór w Dunajowie i przyniósł się do Krakowa, gdzie udało mu się dostać na dwór królewski i tym samym szybko zaskarbił sobie względy zarówno króla Kazimierza IV Jagiellończyka jak i jego małżonki, królowej Elżbiety Rakuszanki i został wychowawcą królewskich synów: Władysława, Kazimierza, Jana Olbrachta, Aleksandra i potem Zygmunta oraz Fryderyka. Najbardziej z nich wszystkich Buonaccorsi (którego już wówczas zaczęto nazywać Filipem Kallimachem) polubił właśnie Jana Olbrachta i gdy ten został królem w 1492 r. Kallimach pozostał przy jego boku jako doradca. Kallimach udzielać miał nowemu królowi rad politycznych, które sprowadzały się do apeli aby Jan oparł się w polityce na kilku zaufanych doradcach i urzędy powierzał osobom całkowicie sobie posłusznym, najlepiej z rodzin plebejskich, mieszczańskich a być może nawet i chłopskich, w każdym razie nie szlacheckich a już na pewno nie możnowładczych. Namawiał króla do ograniczenia roli senatu, zniesienia urzędu posła i jak najrzadszego zwoływania sejmów. Postulował też zorganizowanie silnej armii i twierdził, że opór szlachty można złamać, wyprawiając ją na wojnę do Mołdawii i tam wprowadzając ją w pułapkę, która zakończyłaby się śmiercią przedstawicieli możnych rodów i realnie likwidacją (albo wyraźnym osłabieniem) stanu szlacheckiego w Polsce. Szlachta oczywiście nienawidziła Kallimacha i domagała się jego usunięcia z dworu. Z pewnością więc pod wpływem kallimachowych rad na sejmie piotrkowskim 1496 r. uchwalono właśnie takie prawa, jakie wyżej przedstawiłem. 

W 1497 r. jednak król Jan Olbracht zorganizował wyprawę zbrojną do Mołdawii, która to zakończyła się klęską armii królewskiej. Celem było odzyskanie utraconych na rzecz Osmanów w 1484 r. czarnomorskich portów: Kilii i Białogrodu (Akermana), po to aby ponownie otworzyć Polski handel na rejon Morza Czarnego (idea oparcia się na tych dwóch morzach: Bałtyckim i Czarnym, była potem tak bardzo wyśmiewana przez komunistów, jako idea "Polski od morza do morza" - pewnie że tak przecież najlepsza dla nich byłaby pewnie Polska mała wciśnięta między Moskwę a Berlin). Duża, licząca ok. 50 000 żołnierzy armia królewska, została zaskoczona w lasach pod Koźminem przez 18 000 Mołdawian, wspartych przez 5000 Turków, 5000 Tatarów i 4000 Wołochów. Co prawda zaskoczony został jedynie ostatni oddział, złożony z 15 000 ludzi pod wodzą Jana Trnki, który Mołdawianie odcięli od reszty wojsk, zwalając nań odcięte drzewa. Rycerstwo małopolskie i ruskie oraz zaciężni Krzyżacy zostali zmasakrowani w nierównym boju, nienaruszone zostało jednak rycerstwo wielkopolskie i pomorskie, a król Jan Olbracht (wydostawszy się z pułapki) szybko zebrał siły i zorganizował kontratak, idąc na odsiecz stłoczony i walczącym w nierównym boju Małopolanom oraz Rusinom. Tysiąc rycerstwa pod wodzą starosty malborskiego - Jana Tęczyńskiego (za którymi osobiście podążał sam król z mieczem w ręku) uderzyło więc na atakujące Małopolan siły mołdawskie nadwornego sędziego hospodara mołdawskiego Stefana III - Boldura. Zaskoczeni niespodziewanym uderzeniem mołdawianie zaczęli się cofać a wreszcie rzucili się do ucieczki. Boldur sądził że po wyjściu z lasu na polanę uda mu się uporządkować szyki i przystąpić do walki, ale gdy tylko Mołdawianie wydostali się z gęstwin leśnych uderzyła na nie ciężkozbrojna jazda polska rozbijając ich doszczętnie. Pogoń za uciekającymi trwała do samej rzeki Seret, gdzie podczas panicznej przeprawy potopiło się wielu Mołdawian. Poległo ich łącznie kilkanaście tysięcy a Polacy utrzymali pole bitwy czyli realnie rzecz biorąc klęska pod koźminem nie była klęską, tym bardziej że wkrótce potem wojska koronne ponownie ruszyły na Czerniowce - stolicę Mołdawii. Ale straty polskie też były duże - zginęło aż 11 000 rycerzy małopolskich i ruskich, kilka tysięcy służby (choć większość wozów i artylerię ocalono). Dla szlachty te straty były jednak przerażające i otwarcie już twierdzono, że król celowo powiódł ich do Mołdawii żeby wypełnić wolę Kallimacha, którego celem było wytracenie szlachty i wzmocnienie władzy królewskiej w Polsce. To wówczas też zrodziło się hasło: "Za króla Olbrachta wyginęła szlachta". Od tej pory szlachta będzie reagowała wręcz alergicznie na jakiekolwiek próby wzmocnienia władzy królewskiej czy powiększenia armii. Kallimach zaś zmarł 1 listopada 1496 r. w Krakowie, jeszcze przed ową wyprawą.




Dominująca pozycja szlachty w państwie nie wszystkim jednak się podobała (i nie mówię tutaj o ludziach pokroju Kallimacha). Tak silna pozycja szlacheckiej braci nie podobała się bowiem możnowładcom, magnaterii, która uważała że to ona jest predestynowana do rządów w państwie, a nie jakiś tam szlachciura z Koziej Wólki, który głos ma równy wielkiemu panu. Tak więc gdy 17 czerwca 1501 r. zmarł Jan I Olbracht, jego naturalnym następcą (ponieważ nie miał dzieci) został jego młodszy brat, wielki książę litewski - Aleksander. Tę okazję postanowiła wykorzystać magnateria do zdobycia pełni władzy w kraju i gdy 19 sierpnia 1501 r. Aleksander wybrany został królem Polski, zmuszono go do podpisania w Mielniku specjalnego przywileju, który realnie zmieniał istniejący oficjalnie od 1454 r. (a nieoficjalnie od połowy wieku XIV) ustrój polityczny, w którym to szlachta miała dominujący wpływ na politykę państwa. Od tej pory (czyli od 25 października 1501 r., kiedy nowy król podpisał przywilej mielnicki), realnie zaczęła w Polsce obowiązywać nowa konstytucja, na mocy której pełnia władzy w państwie przechodziła z sejmu na senat. Zaczęła się kształtować oligarchia magnacka (która pełną skalę swej władzy i pozycji obejmie w wieku XVIII). Senat stawał się najważniejszym organem w państwie, a król był tylko jednym z senatorów, na zasadzie primus inter pares (co prawda przewodniczył senatowi, ale utracił prawo mianowania nowych senatorów), o wszystkim teraz miał decydować senat, a senatorowie mieli osobiście być podlegli i odpowiedzialni tylko przed senatem. Przywilej mielnicki ustalał też nowe zasady unii polsko-litewskiej. Od tej pory oba te kraje miały mieć wspólnego (i wspólnie wybieranego) władcę i przychodzić sobie wzajemnie z pomocą na wypadek wojny (punkt ten był pomyślany głównie z korzyścią dla Litwinów aby wyrazili zgodę na konstytucję mielnicką, ponieważ istniała obawa że Litwini ją odrzucą, a od 1500 roku toczyła się krwawa wojna litewsko-moskiewska z którą Litwini sobie nie radzili i bardzo potrzebowali wsparcia oraz posiłków z Korony, teraz te posiłki miały stać się obligatoryjne. Dlatego mówię że sytuacja z którą mierzymy się obecnie na granicy rosyjsko-ukraińskiej jest wprost niezwykła, gdyż nie mieliśmy podobnego przypadku - aby to inni walczyli za przyszłą potęgę "Korony i Litwy" w tym również za nasze bezpieczeństwo od ponad pięciuset lat). 






Notabene wojna litewsko-moskiewska trwała pomimo faktu, że wielką księżną Litwy (a potem królową Polski) była córka moskiewskiego kniazia Iwana III (należy bowiem pamiętać że tytuł cara, po raz pierwszy wprowadzony w Rosji w 1547 r. nie był uznawany przez Rzeczpospolitą aż do 1634 r. i tak właśnie należy tytułować w tym czasie panujących kolejnych władców Moskowi) - Helena Rurykowiczanka. Helena została żoną wielkiego księcia Litwy Aleksandra w lutym 1495 r. Jej posag ofiarowany ojca był niewielki (prawdopodobnie jedyne co zabrała z Moskwy, to były jej wyszywane perłami pantofle), choć moskiewskie źródła twierdzą, że otrzymała znaczny posag, po którym jednak nie ma śladu (niektórzy historycy twierdzą, że posag ten został skonfiskowany przez jej szwagra - Zygmunta I, gdy ten został już królem w 1506 r. ale mimo wszystko nie wydaje się aby rzeczywiście był on duży tym bardziej że zachował się list Heleny pisany do ojca, w którym czytamy: "Wiesz coś mi dał i com jemu ze sobą przywiozła", "jemu" czyli swemu mężowi Aleksandrowi). W każdym razie Helena przywiozła ze sobą do Wilna z Moskwy liczą świtę, wśród której byli również agenci Iwana. Aleksander jednak bardzo szybko nakazał jej pozbyć się moskiewskich dwórek i doradców i otoczył ją litewsko-polskim orszakiem dworski (z dawnego składu pozostali przy niej tylko moskiewska niania, kucharz i dwóch bojarów). Polecił jej też by nauczyła się języka polskiego co ta uczyniła. Odesłał też do ojca wszystkie jej moskiewskie suknie i wprowadził ścisłą modę polską. Gdy Aleksander został królem Polski, najpierw sam przyjechał na Wawel gdzie został koronowany, Helena dojechała do niego dopiero w lutym 1502 r. Była pierwszą w historii i jedyną w naszych dziejach Rosjanką - królową Polski. W czasie trwającej wojny moskiewsko-litewskiej, pisała do ojca listy w których prosiła go o zakończenie tej wojny. Pisała chociażby: "Od wieków nie słyszano, żeby ojciec wojował z dziećmi (...) Od kiedy przyszłam na Litwę, wszystko źle się dzieje. Oczekiwali tu, że ze mną przyjdzie z Moskwy wszystko dobre, wieczny pokój, miłość, przyjaźń, pomoc na pogaństwo, a przyszło wszystko złe: wojna, bój, pożoga grodów i włości, rozlew krwi chrześcijańskiej, wdowieństwo żon, sieroctwo dzieci, niewola, rozpacz, płacz i jęki (...) Jak mi się pokazać na oczy teściowej mojej". Ostatecznie wojna zakończyła się w marcu 1503 r. i para królewska przybyła do Polski, objeżdżając ziemie od Krakowa po Gdańsk, gdzie, jak zapisano: "weselono się od południa do wieczora". Po tym czasie stosunki córki z ojcem uległy znacznej poprawie, a ten często pisywał do niej i prosił o radę (jak na przykład w maju 1503 r. gdy poprosił ją o pomoc w znalezieniu żony dla jej brata Wasyla).


HELENA MOSKIEWSKA



Królowa następnie przebywała na Wawelu, gdy Aleksander udał się na sejm do Radomia, gdzie szlachta już od dłuższego czasu szykowała się do podważenia zasad przyjętej w Mielniku konstytucji i powrotu do stanu sprzed 1501 r. Na trwającym od 30 marca do 31 maja 1505 r. w sejmie radomskim ponownie zmieniono ustrój Polski, uchwalając jedną z najstarszych Konstytucji, która przetrwała praktycznie do końca istnienia państwa polskiego w 1795 r. Konstytucja Nihil Novi ("Nic Nowego" - bo tak ją nazwano, jako powrót do sytuacji przyjętej po 1454 r.) stwierdzała, że odtąd wszelkie decyzje w państwie będą podejmowane WYŁĄCZNIE za zgodą szlachty i "nic nowego" bez jej zgody nie mogło już zostać przyjęte w przyszłości. Od tej pory decydować o sprawach państwa miał sejm, czyli izba poselska złożona zarówno z wybranych posłów na zjazdach sejmikowych danych ziem, jak również przedstawicieli ogółu szlachty jako takiej, która również zjeżdżała się licznie na obrady sejmowe; oraz senatu (w skład którego  również mogli wchodzić przedstawiciele wyższej hierarchii kościelnej - natomiast w izbie poselskiej nie było i nie mogło być przedstawicieli niższego kleru), ale król ponownie uzyskał prawo do mianowania członków senatu. Trzecim stanem sejmującym była również osoba panującego monarchy, który pełnił w tym systemie rolę władzy wykonawczej wprowadzając w życie podjęte przez naród ustawy. Pewną pozycję w tym systemie (wraz z reprezentacją sejmową) uzyskały również miasta, ale tylko królewskie, duże miasta, takie jak Kraków, Lwów, Wilno, Lublin, Poznań i Gdańsk, ale bez prawa decydującego głosu. 

Tę nieco upośledzoną pozycję mieszczaństwa w Polsce (którą znosiła dopiero Konstytucja 3 Maja), był fakt, iż miasta postrzegano jako całkowicie zdystansowane co do wyzwań stojących przed krajem, szlachtę odrzucała również wzajemna rywalizacja miast o intratniejsze przywileje handlowe, a także dość liczny (szczególnie w Krakowie) żywioł niemiecki (np. pierwsza drukarnia na ziemiach polskich, w Krakowie została założona w 1473 r. przez Bawarczyka - Kaspra Straube, który co prawda szybko się spolonizował (tak jak moja rodzina od strony ojca, której spolonizowanie się zajęło może kilkanaście lat (?), w każdym razie skoro mój pradziadek - syn pruskiego oficera, uciekł przed branką rosyjską w 1914 roku na zachód (bo mieszkał w tzw. Królestwie Kongresowym, gdzie się ożenił z Polką, notabene ciekawe że nie uciekł do Niemiec tylko do Francji) żeby tam potem wstąpić do Armii Hallera, tworzącej się armii polskiej - to chyba o czym świadczy) ale jednak jego korzenie były niemieckie. W tym też roku wydał on pierwszy Almanach (kalendarz ścienny) na rok 1474. Był to pierwszy druk wykonany w Polsce. Zaś w 1475 r. ukazał się pierwszy druk w języku polskim - były to Statuty Synodu Biskupstwa Wrocławskiego pisane po łacinie, uzupełnione polskimi tekstami modlitwy "Ojcze nasz", "Zdrowaś Mario" i "Wierzę w Boga"). Szybko jednak zaczęły powstawać też w Krakowie inne drukarnie i tak ok. 1491 lub 1492 r. w krakowskiej drukarni Szwaipolta Fiola wyszły pierwsze w dziejach drukowane cyrylicą ruskie księgi liturgiczne, zaś w 1503 r. założona została bodajże najsławniejsza drukarnia krakowska Kaspra Hochfedera (również Niemca), którą w 1505 r. przejął inny Niemiec (choć spojonizowany) Jan Haller. Drukarnia Hallera stała się potem znana w całej Rzeczypospolitej i w kilku krajach europejskich, drukując chociażby takie dzieła jak "Statuty Łaskiego" czy "Bogurodzicę"). Trzeba też pamiętać że od mniej więcej połowy XIII wieku (tak gdzieś może od 1257 r.) do 1537 r. w Katedrze Mariackiej w Krakowie odprawiano msze głównie w języku niemieckim. Wraz ze wzrostem idei narodowych i popularnością nauk renesansu zaczęto ograniczać ten język do kilku dni w tygodniu, a ostatecznie do jednego dnia w tygodniu w 1537 r. kiedy to język polski już całkowicie dominował w Katedrze Mariackiej w Krakowie. Było to związane nawet nie tyle ze wzrostem liczebności ludności polskiej miasta Krakowa, co z polonizacją ludności niemieckiej, która wolała mówić po polsku niż po niemiecku (tak jak mój pradziadek, który we wrześniu 1939 r. zabronił rodzinie mówienia w języku niemieckim). Stąd zapewne brała się niechęć szlachty do wzmocnienia pozycji politycznej miast w Rzeczpospolitej.







Ponieważ główna idea mojej myśli nie została tutaj do końca wyrażona, pozwolę sobie podzielić ten temat na dwie części. Druga część powstanie obligatoryjnie zaraz po pierwszej, tak aby sens mojej myśli nie został utracony, gdyż jej celem jest pokazanie iż gen zaprzaństwa i zdrady wciąż istnieje.


CDN.

czwartek, 4 maja 2023

JUTRZENKA WOLNOŚCI

 NIEŚMIERTELNA KONSTYTUCJA 3 MAJA






 Dziś bardzo krótko dosłownie słów kilka po to tylko, aby uczcić dzisiejszy dzień którego przypada 232 rocznica uchwalenia pierwszej w Europie i drugiej na świecie (po USA) nowożytnej konstytucji, czyli Konstytucji 3 Maja 1791 r. Dzięki jej uchwaleniu na Sejmie Wielkim (trwającym od 1788 r.) udało się wreszcie zakończyć okres niewydolności politycznej i anarchizacji państwa, spowodowanej zarówno wewnętrznymi interesami magnaterii, krótkowzroczności "szlacheckiej braci" jak i zewnętrznymi wpływami europejskich mocarstw. Zniesione zostało zabójcze dla państwa liberum veto, uchwalone zostało stałe stutysięczne wojsko, wprowadzono dziedziczną monarchię znosząc elekcję (która wcześniej świadczyła o fenomenie polskiej demokracji, jednak w XVIII wieku przy rosnącym absolutyzmie państw ościennych, stała się jednym z oznak słabości państwa), wprowadzono reformy administracyjne i skarbowe, przyjęto uchwałę o miastach wprowadzającą wolność mieszczan w miastach królewskich (odtąd szlachcic, który chciał zająć się intratnym handlem miejskim, mógł to uczynić a mieszczanin miał prawo nabyć posiadłość ziemską, co wcześniej było niemożliwe, mieszczanie też łatwo mogli zostać uszlachceni). Nie zniesiono co prawda pańszczyzny, ale chłopów brano odtąd w opiekę państwa (czyli króla, sejmu i rządu). Wprowadzono w Konstytucji Majowej trójpodział władzy (władza ustawodawcza: czyli sejm i senat, władza wykonawcza: czyli król i mianowana przez niego "straż praw" - innymi słowy rząd i władza sądownicza: złożona z niezawisłych sądów) i zaczęto otwarcie głosić nienaruszalność praw obywatelskich i praw człowieka. Przede wszystkim zaś podkreślono zasadę niepodległości i suwerenności narodu i państwa.

Różne były międzynarodowe reakcje na uchwalenie Konstytucji polskiej. Radośnie powitali ją brytyjski publicysta i mówca - Edmund Burke, oraz Amerykanin - Thomas Payne, chwalili ją Francuzi Volney i Sieyes, gratulacje złożyli: papież - Pius VI, elektor Saksonii (który według Konstytucji miał być następcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego) - Fryderyk August III (późniejszy władca Księstwa Warszawskiego z lat 1807-1815), posłowie króla Szwecji Gustawa III (któremu wcześniej czyniono nadzieję i który do końca liczył, że będzie następcą Poniatowskiego na polskim tronie). Konstytucję 3 Maja pozytywnie przyjął również cesarz rzymski, król Czech i Węgier - Leopold II Habsburg. Wrogo się do niej odnosili jednak zarówno król Prus Fryderyk Wilhelm III (który przerażony wizją 100-tysięcznej armii polskiej, pisał do swego posła w Warszawie - Lucchesiniego, aby ten uczynił wszystko co w jego mocy "by tego olbrzyma zadusić w kołysce", poza tym Prusakom nie podobało się wzmocnienie ruchu mieszczańskiego w Polsce, aby miasta polskie - szczególnie Warszawa, Kraków Poznań, Wilno a nawet Gdańsk nie stanowiły konkurencji dla miast i fabryk w Niemczech). Oczywiście naturalnie wroga nowej Konstytucji, była również caryca Rosji - Katarzyna II, której Konstytucja odbierała dotychczasowy wpływ na kontrolowanie Rzeczpospolitej. Katarzyna pisała: "Polacy zakasowali wszystkie szaleństwa paryskiego Zgromadzenia Narodowego" i nazywając to co się stało 3 Maja "szałem warszawskim".

Konstytucja 3 Maja dała jednak Polsce taką jedność i rozbudziła taką świadomość narodową, że choć potem mocarstwa zaborcze (głównie Rosja i Prusy do których to ostatecznie dołączyła Austria) zniszczyły Polskę jako państwo, to jednak narodu zniszczyć już nie zdołały i naród ten po 123 latach niewoli (a w zasadzie 150 licząc od pierwszego rozbioru, czyli od 1772 r. do 1922 r. kiedy to ostatecznie ukształtowano granice odrodzonego państwa polskiego) siłą swych najlepszych synów i córek, ponownie potwierdził swe nigdy nie wygasłe prawo do Życia i Niepodległego istnienia wśród Narodów Świata. Zatem:









środa, 3 maja 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. II

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





DEMETRIUSZ POLIORKETES
(337-283 r. p.n.e.)

Cz. II







 Ponieważ opowieść ta, tyczy się samego Demeteriusza i jego rodziny (czyli ojca - Antygona Jednookiego), przeto pozwolę sobie pominąć całą resztę wydarzeń, która miała miejsce po śmierci wielkiego króla w Babilonie w 323 r. p.n.e. O wojnie lamijskiej w samej Grecji i walkach diadochów w innych częściach wielkiego imperium Aleksandra opowiem w innym temacie (zapewne będzie to: "Gwałt - czy nieodzowny element kobiecego losu?"). W tej serii skupię się bezpośrednio nowych trzech wybranych bohaterach.



W KRĘGU OSZCZERSTW I KALUMNI




Trudno było w owych czerwcowych dniach 323 roku p.n.e. wybrać następcę Aleksandra, który mógłby objąć po nim władzę nad całym imperium. Najbardziej godnym zaufania był co prawda niejaki Perdikkas, rówieśnik Aleksandra. Był on jednym z najbliższych przyjaciół króla, dowódcą hetajów (macedoński jazdy), oraz należał do grona siedmiu przybocznych strażników Aleksandra (jego osobistych ochroniarzy). To właśnie jemu na łożu śmierci wielki król miał przekazać swój pierścień, mówiąc iż władzę powierza najdzielniejszemu spośród swych wodzów (choć nie sprecyzował dokładnie komu - zapewne nie miał już na to siły). Większość historyków twierdzi, że przekazanie pierścienia Perdikkasowi nie oznaczało oddania mu władzy królewskiej, a jedynie wyznaczenia go w roli regenta dla przyszłego króla (inni zaś w ogóle podważają fakt, że Aleksander wręczył komukolwiek swój pierścień). Perdikkas był dobrym wodzem i dzielnym wojownikiem, ale był też niełatwy w obcowaniu (miał bowiem trudny charakter i często wpadał w gniew). Mimo to wydaje się iż w tamtej chwili to właśnie on stał najbliżej macedońskiego tronu. Ród Argeadów jednak nie wygasł jeszcze i Aleksander miał (mimo wszystko) komu powierzyć następstwo tronu, żył przecież jego starszy przyrodni brat - Arridajos. Ten jednak miał pewien defekt - nie był w pełni władz umysłowych. Wielki król miał też kilkuletniego nieślubnego syna - Heraklesa, zrodzonego jednak z perskiej branki o imieniu Barcine, czyli realnie pozbawionego możliwości objęcia władzy nad Macedonią (a tym samym nad Imperium które stworzył). Co prawda jego małżonka (baktryjska księżniczka Roksolana) była w ciąży i do rozwiązania zostały 3 miesiące, postanowiono więc że jeśli urodzi się syn, to on zostanie następcą swego ojca. Nie wiadomo czy w ciąży też nie były dwie pozostałe żony Aleksandra - Stateira i Parysatis, jednak nie dowiemy się już tego, ponieważ Roksolana kazała je zamordować.

Ostatecznie więc armia (jeden z dowódców Leosthenes stwierdził, iż po śmierci Aleksandra wojsko "błąka się to tu, to tam i wpada samo na siebie" w rozpaczy i żalu po śmierci swego wodza i króla) oraz obecni w Babilonie wodzowie Aleksandra, zdecydowali się przyjąć rozwiązanie kompromisowe: królem wybrano szalonego Arridajosa (który przybrał imię Filipa III) i nienarodzone jeszcze dziecię Aleksandra oraz Roksolany. Czyli Macedonia po raz pierwszy w swej historii miała teraz dwóch królów panujących jednocześnie, realnie zaś nie miała żadnego (bo szaleniec i niemowlak nie mogli być za takowych uważani). We wrześniu 323 r. p.n.e. rzeczywiście narodził się chłopiec, który otrzymał imię Aleksandra IV i z chwilą swych narodzin stał się królem (królem w kołysce). Trzeba było jednak wybrać godnego regenta, który rzeczywiście mógłby władać imperium w imieniu owej dwójki "nieobecnych królów". Sprawa nie była prosta, każdy bowiem z wodzów Aleksandra uważał się za najbardziej godnego sprawowania tej funkcji. Prócz Perdikkasa największe szanse na objęcie regencji po zmarłym władcy mieli również tacy wodzowie obecni w Babilonie jak: potężny Lizymach, słynny ze swej imponującej postury i siły fizycznej; popularny w armii Ptolemeusz syn Lagosa, człowiek roztropny i mądry, który zaraz po śmierci wielkiego króla zdawał sobie sprawę że jego wielkiego imperium nie uda się utrzymać w jedności, dlatego też od początku dążył do rozbicia tego państwa i wykrojenia dla siebie jakiejś dzielnicy (traf chciał że potem padło na Egipt, a ostatnią przedstawicielką rodu Ptolemeusza była w 300 lat później niejaka Kleopatra VII, która zginęła w objęciach swego kochanka - rzymskiego wodza Marka Antoniusza, który wcześniej popełnił samobójstwo).




Oprócz tej trójki był wówczas w Babilonie obecny również niejaki Eumenes z Kardii, Grek, czyli realnie rzecz biorąc miał najmniejsze szanse na objęcie schedy po Aleksandrze Macedońskim. Eumenes nie był też żołnierzem a sekretarzem i rzadko posługiwał się mieczem, mimo to przez trzynaście lat jakie pozostawał u boku Aleksandra i wcześniej siedem lat u boku Filipa II, nabrał Eumenes dużego doświadczenia i to zarówno jako dyplomata, polityk a także wódz. Sam jednak zdając sobie sprawę że jego pozycja jest najsłabsza, dążył więc do pogodzenia zwaśnionych nad ciałem Aleksandra stron i to nawet mu się udało. Byli jednak i inni pretendenci do tytułu regenta, których wówczas nie było u boku umierającego Aleksandra w Babilonie. Jednym z nich był sędziwy już Antypater (sędziwy, gdyż miał prawie 80 lat i mógłby być ojcem samego Filipa II ojca Aleksandra). Pomimo swego wieku jednak Antypater był dość krzepki i wciąż jeszcze fizycznie sprawny, choć bez wątpienia był człowiekiem starej daty i z Aleksandrem (a nawet z jego ojcem) dzieliła go mentalna przepaść. Antypater był bowiem zwolennikiem rządów twardej ręki i uważał że najlepszym sposobem na utrzymanie macedońskich wpływów w Grecji byłoby wprowadzenie tam macedońskich oddziałów wojskowych, a przynajmniej utrzymywanie kontroli nad tymi polis poprzez wspieranie lokalnych oligarchów. Aleksander zaś traktował Greków jako wolnych sprzymierzeńców i uważał, że dopóki nie buntują się i nie sprzeciwiają woli hegemona w ramach Związku Korynckiego (hegemonem był oczywiście władca Macedonii - najpierw Filip, potem Aleksander), to mają prawo owe greckie polis rządzić się tak, jak uważają za stosowne. Antypater od 334 r. p.n.e sprawował z woli Aleksandra funkcję namiestnika Macedonii i Grecji, jednak w roku swej śmierci Aleksander wzywał Antypatra do Babilonu, a rozkaz ten zanieść miał mu niejaki Krateros, który wiódł do Macedonii 10 000 weteranów armii Aleksandra. Był on najbliższym zastępcą Aleksandra, niezmiernie lojalny i wierny, cieszył się również Krateros dużym poparciem i szacunkiem wśród żołnierzy, a Aleksander mianował go w owym 323 r. p.n.e. opiekunem swego szalonego brata Arridajosa. W chwili śmierci Aleksandra dotarł Krateros ze swą armią zaledwie do Cylicji -czyli nie zdążył powiadomić Antypatra o rozkazie Aleksandra, a co się z tym wiązało, po śmierci wielkiego króla jego rozkazy przestały obowiązywać i Antypater pozostał w Macedonii.

Spośród licznych druhów i wodzów Aleksandra, warty wymienienia jest przede wszystkim ojciec naszego głównego bohatera, czyli Antygon Jednooki. Był jednym z najlepszych (po Parmenionie - którego Aleksander w 330 r. p.n.e. skazał na śmierć), macedońskim wodzem wielkiego króla. Rówieśnik króla Filipa, podobnie jak tamten stracił jedno oko, stąd wziął się jego przydomek. W chwili śmierci Aleksandra Antygona nie było w Babilonie, przebywał we Frygii, którą to prowincją (satrapią) wraz z sąsiednimi Pamfilią i Licją - zarządzał. Antygon był sprawny fizycznie (pomimo swych sześćdziesięciu lat), ale dość szorstki w obyciu, władczy a czasem i okrutny, jednak dla tych, na których się poznał i którym zaufał, potrafił być wielkoduszny i przystępny. W roku 323 p.n.e. rozpoczynała się jednak największa batalia od czasów ataku na Persję, teraz decydowało się, kto obejmie funkcję regenta, kto tę funkcję utrzyma, kto zdobędzie największe ziemie (bo w to, że uda się utrzymać całość Imperium to raczej wierzyło niewielu) i wreszcie kto zdoła zasiąść na tronie (bo nikt też nie wierzył, że szalony Arridajos i niemowlęcy syn Aleksandra Wielkiego zdołają się utrzymać przy władzy). Mnóstwo było wzajemnych animozji, niesnasek i rodzących się spisków, w samej Macedonii Antypater toczył nieustanne boje z matką Aleksandra - Olimpias (i obaj pisali na siebie skargi do wielkiego króla - nim ten jeszcze nie wyzionął ducha), z chwilą zaś gdy to Perdikkas został mianowany regentem obu nowych królów (którzy również przebywali w Babilonie, Arridajos był tam wraz z Aleksandrem i tam też urodził się syn Roksolany), Antygon uznał ten wybór za niebezpieczny (zapewne przede wszystkim niebezpieczny dla siebie samego, ale twierdził, że jego celem jest ochrona władzy Antypatra, który jako najstarszy powinien sprawować regencję nad nowymi królami). Antygon przede wszystkim twierdził, że Perdikkas pragnie poślubić Kleopatrę, siostrę Aleksandra Wielkiego i wdowę po władcy plemienia Molossów (najpotężniejszego plemienia Epiru) - Aleksandra (który był jednocześnie jej mężem i wujkiem, gdyż był rodzonym bratem jej matki Olimpias) i który zginął w 331 r. p.n.e. podczas walk w Italii w walce z Samnitami i Lukanami.




Poślubienie Kleopatry, siostry wielkiego króla to byłoby naprawdę coś. Perdikkas bowiem był co prawda wiernym druhem i żołnierzem i ochroniarzem Aleksandra, ale gdy wielki król zmarł, uznał, że jego następcy nie są godni aby poprowadzić dalej jego dzieło i że on sam - jako najbliższy przyjaciel króla - powinien objąć po nim władzę. Ani Antypater, ani Lizymach ani też Antygon nie zamierzali się jednak na to godzić (Ptolemeuszowi jednak było to wszystko jedno, on bowiem myślał głównie o zdobyciu własnej prowincji, nie zaś o utrzymaniu Imperium Aleksandra w całości). Nie wiadomo czy Antygon otwarcie sprzeciwił się mianowaniu przez armię Perdikkasa na regenta królów Macedonii, wiadomo jednak że skierował przeciwko sobie jego uwagę i rozpoczęła się wówczas kampania zniesławiania Antygona, która miała pozbawić go najpierw władzy we Frygii, Licji i Pamfilii, a następnie (zapewne) również życia. Antygon zdawał sobie doskonale sprawę, że nie będzie w stanie na dłuższą metę oprzeć się pozycji jaką zdobył Perdikkas (wzmocnioną jeszcze poparciem armii), dlatego też zbiegł z Frygii i udał się do Pelli (321 r. p.n.e.), na dwór namiestnika Macedonii Antypatra, któremu przedstawił Perdikkasa w jak najgorszym świetle, zarzucając mu iż pragnie przejąć koronę królewską dla siebie. Wraz z ojcem do Pelli przybył wówczas z Frygii 16-letni Demetriusz, który już wówczas uczył się zasad polityki (która to sprowadzała się głównie do wzajemnych knowań, spisków i mordów oraz do  wykorzystywania słabości przeciwników na własną korzyść). Antygon wraz z synem uciekli ze swojej prowincji pod osłoną nocy, opuszczając Pergamon (główne miasto Frygii) i wsiadłszy w porcie na ateński okręt, dotarli do Macedonii. Krateros i Antypater natychmiast zwołali radę wojenną, na której postanowiono zawrzeć pokój z Etolami (z którymi toczono walki) i skierować swe siły na Wschód, bezpośrednio przeciwko Perdikkasowi. Wcześniej zawarli oni sojusz z satrapą Egiptu - Ptolemeuszem (który również nie pałał do Perdikkasa sympatią) i tak wzmocnieni, ruszyli na wojnę z regentem (321 r. p.n.e.).



CIEŃ WIELKIEGO KRÓLA 




Im jednak jeszcze do tego doszło, wydarzyła się rzecz, która zmusiła Perdikkasa do rozpoczęcia działań wojennych wymierzonych bezpośrednio w Egipt. O to bowiem wysłał on z Babilonu ciało zmarłego króla Aleksandra w pięknie zdobionym wozie, zaprzężonym w sześćdziesiąt cztery muły i ozdobionym złotym baldachimem wspartym na kolumnach jońskich również wykonanych ze złota. Ciało wielkiego króla miało zostać pochowane w rodzinnej Macedonii i tam właśnie kierował się orszak wysłany przez Perdikkasa, który przemierzał poszczególne miasta Mezopotamii i Syrii, wszędzie witany przez tłumy ciekawskich, którzy pragnęli ujrzeć zarówno ciało wielkiego zdobywcy, jak również towarzyszący mu splendor i bogactwo. Konduktem tym dowodził niejaki Arridajos (nie należy go mylić z królem Filipem III Arridajosem), z którym to porozumiał się ambitny i sprytny satarapa Egiptu - Ptolemeusz, który doskonale zdawał sobie sprawę, że zdobycie ciała Aleksandra, byłoby nieprawdopodobnie wielkim prestiżem w całym hellenistycznym świecie i automatycznie wyniosłoby Egipt Ptolemeuszów do pozycji regionalnego mocarstwa, gdyż - gdyby to tam właśnie (w założonej w 332 r. p.n.e. przez wielkiego króla Aleksandrii) spoczęło jego ciało. Dlatego też Ptolemeusz "przekonał" Arridajosa (zapewne hojnie go przekupił) i orszak pogrzebowy wyruszył z Syrii do Aleksandrii. Perdikkas, gdy tylko się o tym dowiedział, musiał zmienić swoje wcześniejsze plany. Pierwotnie bowiem planował przedsięwziąć atak wyprzedzający na Trację i Macedonię, gdyż za swego największego wroga uważał właśnie Antygona Jednookiego. Gdy jednak ciało Aleksandra zostało wykradzione przez Ptolemeusza i skierowane do Aleksandrii w Egipcie, sytuacja się zmieniła (321 r. p.n.e. - Ptolemeusz rozpoczął również budowę wielkiego mauzoleum w którym spoczęłoby ciało króla. W kilkanaście lat później wprowadzono też oficjalny kult "Boskiego Aleksandra" i wyznaczono dla niego kapłanów, których imiona od tej pory określały lata, którymi mierzono czas w Egipcie Ptolemeuszy. To więc nie od imion władców, lecz od imion kapłanów kultu Aleksandra liczono lata nad Nilem w czasach rządów owej greckiej dynastii. Potem jednak ubóstwiono również poszczególnych monarchów i też zgodnie z egipskim zwyczajem uznawano ich za bogów. Gdy po swym zwycięstwie nad Antoniuszem i zajęciu Egiptu w 30 r. p.n.e. Gajusz Oktawiusz Cezar - po spotkaniu z Kleopatrą - odwiedził Mauzoleum Aleksandra, zaproponowano mu również zwiedzenie innych mauzoleum władców z rodu Ptolemeuszy, ten jednak odrzekł: "Króla chciałem zobaczyć, zwłoki mnie nie interesują"). Teraz, aby uniknąć kompromitacji regent musiał uderzyć w pierwszej kolejności na Egipt, jednocześnie broniąc się w Azji Mniejszej przed atakiem Antypatra i Kraterosa. 




Do Sardes w Lidii (gdzie przebywała księżniczka Kleopatra), Perdikkas wysłał więc Greka Eumenesa z Kardii (powierzając mu jednocześnie dowództwo nad armią w Azji Mniejszej), który złożył jej bogate dary i poprosił o zgodę na małżeństwo w imieniu regenta. W ogóle był to czas, w którym zarówno Eumenes jak i Perdikkas (pewni swego) poświęcali przede wszystkim na zabawy lub propagandę. Eumenes spędzał bowiem czas głównie wśród wygód Sardes, Perdikkas zaś ogłosił wyprawę przeciwko buntownikowi Ptolemeuszowi i wyruszając z armią na Egipt, zabrał ze sobą dwóch marionetkowych władców - Filipa III Arridajosa i dwuletniego syna Aleksandra Wielkiego, twierdząc, że to właśnie oni wydali rozkaz powstrzymania zbuntowanego egipskiego satrapy. Jednak gdy już dotarli nad Nil, szybko okazało się że wojna, która miała być łatwym spacerkiem po zwycięstwo, zamieniła się trudną i wyczerpującą przeprawę i choć obie armie realnie się ze sobą nie starły, to jednak stały po przeciwnych stronach Nilu. Doszło wówczas do zabawnych podchodów i wzajemnych gonitw wzdłuż rzeki. Armia Perdikkasa szukała bowiem jakiegoś dogodnego brodu lub mostu przez który można by było przeprawić armię na drugi brzeg Nilu, podążano więc wzdłuż tej rzeki, a po drugiej stronie równolegle kroczyła armia Ptolemeusza. Przypominało to zabawę w kotka i myszkę, jednak sytuacja była poważna, ponieważ wyczerpywały się zapasy żywności w armii Perdikkasa, a poza tym ciągłe marsze były bardzo męczące dla wojska (wbrew bowiem temu co się sądzi, macedońscy falangici nie byli przyzwyczajeni do dużych i męczących trudów wojennych - marszy i uciążliwych kampanii - a stosunki panujące w armii były, jakby to powiedzieć, nieco bardziej demokratyczne. W porównaniu z nimi w armii rzymskiej panował terror i przemoc, gdy centurioni za najmniejsze przewinienie karali swych żołnierzy chłostą, w armii macedońskiej ukaranie żołnierza chłostą było nie do pomyślenia).




Tak więc trudy nieustannych marszy, piekący upał i wszechobecne komary zrobiły swoje, żołnierze zaczęli się buntować. Perdikkas poprzysiągł sobie jednak że nie zrezygnuje i gdy dotarł do Memfis, postanowił tam właśnie rozpocząć przeprawę przez Nil bez względu na konsekwencje, tym bardziej, że wydawało się, iż w tym właśnie miejscu przejście będzie możliwe. Najpierw regent nakazał wprowadzić w koryto rzeki słonie i tak je ustawić, aby swymi ciałami tworzyły tamę, chroniącą żołnierzy przed zbyt silnym prądem. Następnie rozpoczęła się przeprawa. Woda w tym miejscu sięgała żołnierzom po szyję więc nie było tak źle i wydawało się że wszystko pójdzie dobrze. Gdy więc pierwsi żołnierze dotarli do wyspy na środku rzeki, kolejni już wchodzili do wody, która nieoczekiwanie... stawała się coraz głębsza. Im więcej ludzi wchodziło do wody, tym stawała się ona głębsza. Wreszcie coraz więcej ludzi zaczęło się topić a konni stojący przy brzegu, nie nadążali chwytać tych, których porywał prąd rzeki. Gdy wkrótce potem pojawiły się krokodyle, wybuchła panika. Słonie zaczęły ustępować z wody robiąc przejście dla drapieżników, które poczęły atakować żołnierzy. Widząc co się dzieje, Perikkas zarządził odwrót, nakazując, aby żołnierze którzy już znaleźli się na wyspie, również przeprawili się ponownie na brzeg rzeki z którego wyszli. Tak też się stało, ale wokół zaczęło napływać coraz więcej krokodyli i wreszcie doszło do rzezi, a ci, którzy mogli, uciekali już na ślepo często topiąc się w nurtach Nilu. To była masakra, prawdziwa klęska i choć nieprzyjaciel nie wyciągnął nawet miecza z pochwy, to straty w armii Perdikkasa były ogromne. Lamenty i ból rannych żołnierzy przerodził się w gniew, który skupił się bezpośrednio na wodzu tej wyprawy, co tylu żołnierzy wytracił w nurtach Nilu. Aby ratować resztki swego autorytetu Perdikkas wyprawił wspaniały pogrzeb tym, którzy zginęli, a ich szczątki obiecał na własny koszt odesłać rodzinom. Niewiele mu to jednak pomogło, gdyż po drugiej stronie rzeki żołnierze regenta widzieli wypoczęte siły Ptolemeusza i mieli już dość tej nieszczęsnej kampanii a przede wszystkim mieli dość swego wodza, który okazał się nieudolnym i niekompetentnym. Ostatecznie trzech oficerów z armii regenta weszło w nocy do jego namiotu z obnażonymi mieczami, byli to: Seleukos, Pejton i Antygenes i tak oto zakończony został żywot jednego z najwierniejszych druhów Aleksandra Wielkiego (321 r. p.n.e.).

Na drugi dzień do obozu zamordowanego Perdikkasa przybył Ptolemeusz. Wygłosił uroczystą mowę do wojska i obiecał pomoc w każdym aspekcie, szczególnie gdy dowiedział się że wojsku brakuje żywności, natychmiast otworzył dla nich własne zasoby, co wywołało powszechny entuzjazm a żołnierze gremialnie okrzyknęli Ptolemeusza nowym regentem obu królów. Ten jednak był zbyt inteligentny na tak wielki zaszczyt i wiedział że zbyt duża władza tym szybciej przybliża go do śmierci. Jemu bowiem wystarczał Egipt i tutaj chciał być jedynym panem, faraonem... bogiem. Dlatego też odmówił objęcia regencji. A tymczasem Antypater i Krateros oraz Antygon i młody Demetriusz - który już wówczas nabierał swego pierwszego w życiu wojennego doświadczenia,  wyprawili się przeciwko armii Eumenesa z Kardii stojącej we Frygii.




CDN.