Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 12 czerwca 2023

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXV

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(CYWILIZACJA FILISTYŃSKA)

(ok. 1200 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)

Cz. X






FILISTEA
CZASY EKSPANSJI
(ok. 1100 r. p.n.e. - 925 r. p.n.e.)
Cz. IX






KRÓL DAWID 
(ok. 1006 r. p.n.e. - ok. 965 r. p.n.e.)
Cz. II


"TAJEMNY AKORD KIEDYŚ BRZMIAŁ,
PAN CIESZYŁ SIĘ GDY DAWID GRAŁ,
ALE MUZYKI DZIŚ TAK NIKT NIE CZUJE..."


 Kolejne lata, jakie minęły po 990 r p.n.e. znamionowały częste kampanie wojenne oraz trwały sojusz pomiędzy królestwem Izraela a serenami Pentapolis i Szefeli. Dawidowi nieustannie towarzyszy oddział filistyńskich wojowników z Gat, na których czele stał niejaki Ittaj (2 Sm. 15,19-22). Wraz z nimi wyprawił się król Dawid przeciwko ludowi Moabitów, leżącemu po drugiej stronie Morza Słonego (zwanego w tamtych czasach Morzem Araby). Główną miastem ludu Moabitów w tym czasie było Kir-Chareszet, zaś Dawid prawdopodobnie stoczył z tym ludem bitwę w rejonie rzeki Arnon a następnie wymusił na tamtejszych władcach wypłatę corocznej daniny. Mówi się również że następnie Dawid wyprawił się przeciwko królowi Damaszku i Syrii (Aramu) Adadowi i jego również miał pokonać. Nie wiem jednak czy kampania w kierunku Damaszku rzeczywiście miała miejsce, Dawid był przecież wciąż lennikiem władców Gat, czyli filistyńskiego miasta-państwa Szefeli i wydaje się mało prawdopodobne aby sięgnął w kierunku Damaszku, tym bardziej że Józef Flawiusz pisze również, iż Dawid pokonał Adada nad Eufratem, co wydaje się już w ogóle aberracją. Nie znajduję potwierdzenia ekspansji Izraela w czasach rządów Dawida aż tak daleko na północny-wschód i podobnie jak wcześniejsze opisy walk Izraelitów w czasach Jozuego i Sędziów o Kanaan, tak i te walki wydają się być jedynie opisem tworzonym bardziej ku pokrzepieniu serc, niż rzeczywistym wydarzeniem historycznym. Niewątpliwie jednak Dawid dotrzeć mógł do kraju Geszurytów, leżącym za jeziorem Kinneret na drodze w kierunku Damaszku. Z tego kraju pochodziła Maaka, jedna z żon Dawida, córka Talmaja - władcy Geszur i matka Absaloma. Prawdopodobnie jednak były dwie krainy o tej samej nazwie, jedna leżąca właśnie na północy, a druga na południu na Synaju za Negebem w drodze do Egiptu. Pewnym jest też, że kraj Geszurytów znajdował się pod silnym wpływem Filistynów, tylko nie wiadomo czy chodzi tutaj o ten kraj z północy, czy też z południa?

Zwyciężyć miał Dawid również pod Rabbą Hanona - władcę Ammonitów (kraju leżącego na północ od Moabu i na południe od Geszur północnego), dzięki tym kampaniom zdobył znaczne tereny (a raczej podporządkował je swej woli, nakładając nań daniny). Tym samym powstała sytuacja w której Dawid, jako zależny od Filistynów z Gat lennik, jednocześnie był panem plemion leżących za Jordanem i Morzem Słonym. Nie chcę się tutaj skupiać na okresie tych walk, bo są one według mnie nieprawdziwe (to znaczy nie wszystkie opisy jakie znaleźć można w dziełach chociażby Józefa Flawiusza czy w Starym Testamencie są autentyczne), dlatego podaję jedynie te wyprawy które według mnie rzeczywiście mogły mieć miejsce. Znacznie ciekawiej  wyglądają wewnętrzne sprawy, jakie Dawid urządził w swoim królestwie. Przede wszystkim trzeba powiedzieć że Dawid - wbrew temu co można przeczytać w Starym Testamencie - nie był wcale takim fanatycznym wyznawcą Jahwe jak można by sądzić, a wręcz przeciwnie. To nie Salomon (jak chce Biblia), ale już jego ojciec Dawid wyznawał wiarę w innych bogów m.in. Baala czy El Eliona (dawnego Boga Jebuzytów z Jerozolimy, którego świątynia prawdopodobnie wciąż istniała w czasach Dawida). Można wyrobić sobie tego typu przekonanie, gdy uświadomimy sobie że w tych czasach istniało powiedzenie o Dawidzie, które brzmiało: "Tyś kapłanem na wieki, według porządku Malchicedeka". Żeby to dobrze zrozumieć należy pewne rzeczy wyjaśnić, a mianowicie to, że słowa te padły w kontekście odnowienia przymierza z Jahwe, czyli wystawienia ołtarza tego Boga na klepisku za miastem zakupionym przez króla od niejakiego Arawny - Filistyna mieszkającemu w Jerozolimie, ale też należy pamiętać że w tradycji żydowskiej nie istnieje coś takiego jak król-kapłan, dlatego też Dawid nie mógł nim być. Dlaczego jednak nazwano go kapłanem i podkreśloną że jest nim według porządku Malchicedeka? A kim był Malchicedek? Był on dawnym królem Jebuzytów w Jerozolimie, który właśnie wystawił świątynię boga El Eliona. Czyżby więc Dawid został kapłanem świątyni pogańskiego bożka? Wiele na to wskazuje pamiętajmy bowiem że według Starego Testamentu Bóg zakazał Dawidowi wzniesienia świątyni ku swej czci na owym klepisku zakupionym od Arawny i dodał że dopiero jego syn wzniesie ową Świątynię. Zatem Dawid chciał wznieść świątynię Jahwe, ale zapewne mu to uniemożliwiono. Po pierwsze dlatego, że przybytek ten miał powstać na ziemi należącej wcześniej do poganina - Filistyna, a po drugie dlatego że Dawid... był już kapłanem obcego boga.




Zresztą wiele wskazuje na to, że Dawid realnie wyznawał wiarę w obce bóstwa, o czym świadczy chociażby jego taniec wokół Arki Przymierza (jest to opisane w Biblii), a to nie spodobało się jego żonie - Michal (córce Saula), która zganić miała Dawida za jego zachowanie. Taniec wokół boga (czy też raczej posągu boga), nigdy nie należał do tradycji mojżeszowej, a był raczej częścią kultury kananejskiej/filistyńskiej, którą Dawid przyswoił (m.in. jako lennik i przyjaciel serenów z Gat). O tym, że Dawid był wyznawcą obcych kultów (co oczywiście nie znaczy że nie czcił Jahwe), świadczy chociażby imię jednego z jego synów - Eliady (co jest jawnym nawiązaniem do boga Ela). Spotkałem się także ze stwierdzeniem że sam Dawid przed wstąpieniem na tron nosił imię - Elchanan ("Łaska Ela"). Wydaje się też że w tamtych czasach nie było z tym większych problemów (pisałem już o tym, jakie związki z Filistynami miał Samson - jeśli w ogóle istniał, a nie był tylko przyswojeniem sobie przez Izraelitów filistyńskich opowieści - a także prorokini Debora, której imię nie ma nic wspólnego z tradycją mojżeszową), tym bardziej że Dawid utrzymywał kontakt z prorokiem Natanem, który wbrew pozorom wcale nie ganił go za jego odstępstwa od wiary w Jahwe, a wręcz przeciwnie, twierdził iż: "Twój tron będzie uświęcony na wieki". Czy więc Natan był zwykłym konformistą, czerpiącym korzyści z przebywania na królewskim dworze i pragnącym przypodobać się władcy, czy też rzeczywiście był to duch tamtej epoki, który nie różnicował wyznań, ani nie wprowadzał ścisłego fanatyzmu religijnego jaki będzie cechował Żydów w późniejszych okresach? Bardziej prawdopodobną wydaje się (według mnie) ta druga ewentualność. Co ciekawe, dla przyszłych pokoleń Izraelitów, panowanie Dawida to był okres pokoju i dobrobytu, prawdziwy Złoty Wiek w którym niepodzielnie panował Jahwe. Cóż, mity i legendy też mogą służyć propagandzie i stanowić podbudowę oficjalnej ideologii (religijnej czy jakiejkolwiek innej), tylko dlatego, że ludzie nie mają wiedzy jak rzeczywiście mogła wyglądać prawda.

Jedno jeszcze należy Dawidowi przyznać (co potwierdzić można w wielu źródłach), był on bowiem wielkim miłośnikiem muzyki i  pięknie grywał na harfie (oraz śpiewał pieśni ku czci Jahwe - być może nie tylko Jahwe) już od najmłodszych lat. Gdy Dawid wstąpił na tron zorganizował chór który złożony miał być ponoć z 5 000 muzyków (co znów jest mało prawdopodobne) któremu przewodził niejaki Asafow. Pomagał on królowi układać wiersze i pieśni żałobne oraz komponować muzykę do Psalmów i Psałterza (jednak te psalmy które znajdują się w Biblii z dużym prawdopodobieństwem nie są autorstwa Dawida, a zostały stworzone w czasach późniejszych. Chociaż nie należy wykluczyć i tego, że owi autorzy czerpali z jakichś wcześniejszych źródeł, być może właśnie z czasów Dawida). Król uwielbiał bowiem nie tylko grać i śpiewać ale również tańczyć (o czym wspomniałem wyżej, gdy tańczył wokół Arki Przymierza, co nie spodobało się jego żonie Michal). To tyle jeśli chodzi o Dawida. Jego następcą ostatecznie wybrany został Salomon (wśród Izraelczyków nie istniała zasada dziedziczenia przez najstarszego syna i każdy królewski potomek męski mógł pretendować do władzy nad krajem. Królem został Salomon - ok. 965 r. p.n.e. - tylko dlatego że wybrał go Dawid na łożu śmierci, ale nie był to syn którego on najbardziej cenił. Bez wątpienia bowiem najbardziej szanował, cenił i kochał Absaloma, który zbuntował się przeciwko niemu i w konsekwencji został zabity ku wielkiej rozpaczy ojca).


CDN.

sobota, 10 czerwca 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. V

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I
DEMETRIUSZ POLIORKETES

(337-283 r. p.n.e.)

Cz. V




PTOLEMEUSZ 
SATRAPA (POTEM KRÓL) EGIPTU 



 Nie od razu Antygon Jednooki ruszył na nową wojnę z Alketasem i Attalosem (którzy wraz z Eumenesem z Kardii tworzyli swoistą trójcę przyjaciół i wodzów byłego regenta Perdikkasa - poległego nad Nilem w 321 r. p.n.e.). Pokonawszy Eumenesa i zamknąwszy go w twierdzy Nora (leżącej w górach Taurus), Antygon przejął również jego armię jak i skarbiec, przez co stał się najsilniejszym i najbogatszym macedońskim satrapą, a co za tym idzie najbardziej pewnym siebie i najbliższym zdobycia spodziewanej władzy regenta. Co prawda sędziwy już Antypater wciąż jeszcze żył, ale jego gwiazda coraz szybciej blakła, podupadał też na zdrowiu i było pewnym że jego dni są policzone. W tej sytuacji należało się spodziewać wyznaczenia nowego regenta i pojawiało się natychmiast pytanie - który z byłych wodzów Aleksandra Wielkiego jest najbardziej godnym tego tytułu. Bez wątpienia najbliżej władzy był Poliperchon Epirota, syn Symmiasza z Tymfai (mający jakieś powiązania z królewskim rodem władców Epiru), który od śmierci Aleksandra (323 r. p.n.e.) pełnił funkcję namiestnika Macedonii i miał kontrolę nad Helladą. Był on prawie rówieśnikiem Antygona. Antygon zaś stał się teraz najsilniejszym pretendentem do roli regenta, posiadał największą armię i złoto - które to mógł użyć w walce o tę władzę (będącą tylko wstępem do zapewnienia sobie i swemu rodowi odrębnej korony i wypowiedzenia posłuszeństwa marionetkowym królom Macedonii). Każdy zresztą z wodzów Aleksandra teraz działał coraz wyraźniej na własną rękę i tak naprawdę Antypater był ostatnim z wodzów, który pragnął utrzymania w całości dawnego Imperium. W walce o regencję liczył się jeszcze co prawda Ptolemeusz, ale ten całkowicie już skupił się na Egipcie i nie pragnął większej władzy. Zdając sobie doskonale sprawę że Fenicja i Syria stanowią doskonałą bazę do ataku na Egipt, zapragnął posiąść te krainy (aby wyeliminować owo zagrożenie) i z początkiem 320 r. p.n.e. posłał tam swego wodza i przyjaciela Nikanora, który szybko podporządkował sobie Syrię, biorąc do niewoli tamtejszego satrapę - Laomedonta (wyznaczonego w traktacie w Tripadejsos w 321 r. p.n.e.) i pozyskał porty Fenicji, zapewniając Ptolemeuszowi kontrolę nad całym ogromnym terytorium Celesyrii.

W tej mojej wyliczance ewentualnych pretendentów do roli regenta, pominąłem jeszcze postać Kassandra - syna Antypatra, który dotąd pełnił funkcję dowódcy jazdy w armii podległej Antygonowi. Z końcem 320 lub z początkiem 319 r. p.n.e. został on wezwany przez ojca do Pelli, by mu pomagał w sprawowaniu funkcji regenta, licząc zapewne na to że ojciec jemu właśnie przekażę ten tytuł. Kassander był rówieśnikiem Aleksandra Wielkiego i wydawało się że jest w sile wieku aby pełnić tę funkcję (miał bowiem 35/36 lat). Do Macedonii wysłany został (oczywiście za zgodą Antygona) również w tym czasie (320/319 r. p.n.e.) poseł i najwierniejszy przyjaciel zamkniętego w twierdzy Nora Eumensa, jego rodak - Hieronim z Kardii. Wszyscy oni znajdowali się w Pelli w czasie, gdy stan zdrowia Antypatra mocno już podupadł. Wiosną lub wczesnym latem 319 r. p.n.e. leżąc już na łóżku śmierci (po zaledwie dwóch latach sprawowania regencji). Antypater prosił zebranych przy jego łożu, aby utrzymali w całości Imperium Aleksandra, oraz aby nigdy nie pozwolili kobiecie stanąć na czele królestwa (chodziło oczywiście o Olimpias - matkę Aleksandra, która w tym czasie przebywała wraz z Thessaloniką - córką Filipa II i Nikesipolis w Epirze. Jej własna córka - Kleopatra przebywała bowiem nadal w Sardes w Azji Mniejszej). Umierając latem 319 r. p.n.e. Antypater wyznaczył na nowego regenta nie jednak swego syna Kassandra (zapewne uważał że jest na to jeszcze zbyt młody i niedoświadczony) tylko właśnie Poliperchona i tak też rozpoczęła się nowa regencja. Kassander jednak nie zamierzał pogodzić się z wolą ojca (oczywiście potwierdzoną potem przez Zgromadzenie Macedończyków, na którym to oficjalnie już Poliperchont został obrany regentem) i potajemnie sprzymierzył się z Antygonem oraz Ptolemeuszem, szukając możliwości obalenia nowego regenta. Natomiast Poliperchon przypadł do gustu Hieronima, który w imieniu Eumenesa przysiągł mu wierność.




W tym też czasie zamknięci w twierdzy Nora żołnierze Eumensa nudzili się niemiłosiernie. Jedzenia i wody co prawda nie brakowało, ale wszystko było monotonne, a posiłki stały się jednakowe. Poza tym nie było miejsca aby prowadzić normalne ćwiczenia wojskowe i wojsko się nieco Eumenesowi "rozłaziło". Aby nie dopuścić do swoistego "skapcowacenia" swoich żołnierzy, Eumenes czynił wszystko aby upewnić ich w przekonaniu, że los jak ich spotkał jest tymczasowy i wkrótce to oni będą ponownie "dzielić i rządzić". Posiądą też złoto, kobiety i oczywiście sławę wojenną. Jadał wraz z nimi, codziennie kogoś nowego zapraszając do swego stołu i z nim dyskutując. Tym zaś którzy przy nim wytrwali w twierdzy Nora przyznał prawo do noszenia purpurowych płaszczy i purpurowych kapeluszy na wzór królów macedońskich. Największy budynek twierdzy przeznaczył też do ćwiczeń wojskowych (nie był on duży a żołnierze maszerowali w kółko, co okrążenie przyspieszając kroku. Była to bodajże jedyna rozrywka jaką mieli tam żołnierze). Największy jednak problem był ze zwierzętami (a konkretnie z końmi) gdyż długi miesiące pozostawania w w stajni w bezruchu nie służyły ich przydatności bojowej. Ponieważ jednak w twierdzy nie było miejsca do eskapad konnych, Eumenes wymyślił inny sposób na podtrzymanie sprawności swych koni, a mianowicie za pomocą skomplikowanego systemu rzemieni, pasów i drewnianych bloków (specjalnie W tym celu skonstruowanych), powiązywał ze sobą stojące w jednym boksie konie w taki sposób, że dźwignia podnosiła je lekko do góry, jednocześnie wymuszając na nich aby cały ciężar ciała oparły na tylnych kopytach (przednie lekko tylko dotykały ziemi). Po kilkunastu takich ćwiczeniach konie przyjmowały pozycje jak do galopu i starały się utrzymać przednimi kopytami w taki sposób aby dotknąć ziemi. Trwało to tak długo, aż z ich pyska zaczęła lecieć ślina a ciało pokrywało się potem. Eumenes zdawał sobie sprawę że takie ćwiczenia są niezbędne aby utrzymać sprawność fizyczną koni w odpowiednim stanie, tak, aby jak już opuszczą twierdzę, były zdolne do działań bojowych. Tak też mijały miesiące i nadeszła jesień 319 r. p.n.e. a wszyscy z ogromną niecierpliwością wypatrywali powrotu Hieronima, spodziewając się, że ten przywiezie wreszcie dobre wieści które pozwolą opuścić im tę maleńką twierdzę.

Hieronimus jednak w swej drodze powrotnej do Nory został zatrzymany przez Antygona, który zaprosił go do siebie i przyjął nazbyt serdecznie jako przyjaciela Eumensa. Obsypywał go tam darami i zaszczytami a nawet poprosił aby Hieronim zaprzestał wyjazdu do Nory i pozostał przy nim. Hieronimus - powołując się na swą przyjaźń z Eumenesem - odmówił, ale obiecał że zawiezie do Nory przesłanie Antygona, w którym ten prosił Eumensa o sojusz wymierzony przeciwko nowemu regentowi Poliperchonowi i wsparcie dla Kassandra. W zamian Antygon oferował Eumenesowi nie tylko żądaną przez niego Kapadocję ale i znacznie więcej krain, oraz przyznawał mu pierwsze miejsce w radzie wojennej jeśli tylko wyrazi zgodę na sojusz. Hieronim wyjechał więc do Nory, gdzie został przyjęty z wielką radością i nadziejami, ale gdy przedstawił Eumenesowi propozycję sojuszu jaką zaproponował mu Antygon, ta radość nie była już tak wielka. Co prawda pięknie brzmiały obietnice przekazania Eumenesowi Kapadocji i tych krain, których zapragnie, ale był jeden mały, aczkolwiek bardzo istotny haczyk w tym wszystkim. Otóż Eumenes miał złożyć przysięgę wierności Antygonowi (oczywiście dodano tam też frazy o wierności królom, ale były one coraz mniej warte w szybko zmieniających się, niepewnych czasach). Na tym właśnie miał polegać sojusz, na podporządkowaniu się Eumensa Antygonowi. Powstał więc problem jak taką decyzję przedstawić żołnierzom, od miesięcy zamkniętym w tej łupinie orzecha jaką była Nora. Odmówić złożenia przysięgi oznaczało pozostać tam nie wiadomo jeszcze jak długo, złożyć ją, to związać się na zawsze planami wyznaczonymi przez Antygona a tym samym zapewne złamać wcześniej złożone przyrzeczenie dane Aleksandrowi Wielkiemu i jego następcom. Cóż więc było robić? Eumenes wpadł na trzecie wyjście, nie mógł odmówić złożenia przysięgi, bo to oznaczało dalsze przebywanie w twierdzy w której nikt już dłużej przebywać nie chciał. Postanowił jednak Eumenes zmienić ją nieco w swym brzmieniu, tak, aby przysięga została złożona królom, czyli Filipowi III Arridajosowi i maleńkiemu (czteroletniemu) Aleksandrowi IV. Oczywiście imię Antygona zostało w tekście zachowane, ale spadło na dalsze pozycje. Taki tekst został więc przedstawiony dowódcy Antygona oblegającemu Norę i po złożeniu przysięgi, ku wielkiej radości żołnierze Eumensa opuścili wreszcie (po roku) tę przeklętą dla nich twierdzę i udali się do Kapadocji, gdzie napływali również inni dawni weterani armii Eumenesa, uciekając głównie z oddziałów Antygona.




A tymczasem do Antygona przybył z Macedonii Kassander. Ten powitał go niczym prawdziwego regenta, obiecał mu swą pomoc i wsparcie oraz przyznał na początek 35 okrętów wojennych i 4000 żołnierzy. Natomiast Poliperchon zdołał na Zgromadzeniu Macedończyków przyjąć uchwałę, określającą zbiegłego Kassandra mianem zdrajcy i aby wzmocnić własną pozycję (oraz wyczuwając do czego dąży Antygon, próbując osłabić władzę centralną), zaprosił do Macedonii królową-matkę Olimpias (tym samym łamiąc dane na łożu śmierci Antypatrowi słowo, iż żadnej kobiety do władzy nie dopuści) aby zajęła się opieką swego wnuka - króla Aleksandra IV. Olimpias (która od dawna pragnęła władzy) oczywiście pozytywnie przyjęła zaproszenie Poliperchona, ale obawiając się wpływów Kassandra jak również królowej małżonki Filipa III Arridajosa - Eurydyki, nadal pozostała w kraju Molossów w Epirze (należy też dodać, że imię Olimpias zostało również wymienione w tekście przysięgi, jaką Eumenes złożył na ręce wodza Antygona opuszczając norę). Wkrótce potem (koniec 319 lub początek 318 r. p.n.e.) do Eumensa do Kapadocji, przyszedł list od Poliperchona, w którym ten proponował mu sojusz przeciwko Antygonowi, przyjazd do Macedonii i objęcie wraz z nim wspólnych rządów regencyjnych. Jeśli zaś Eumenes postanowiłby pozostać w Azji, otrzymałby naczelne dowództwo nad znajdującą się tam armią oraz skarb królewski znajdujący się w mieście Kyinda w Cylicji, wraz z ochraniającymi go 3000 doborowego oddziału macedońskich Srebrnych Tarcz. Eumenes przystał na tę propozycję i pomaszerował do Cylicji, obejmując w posiadanie ów skarb, jak i dowództwo nad Srebrnymi Tarczami. Weterani armii Wielkiego Króla (którzy wcześniej otrzymali rozkaz z podpisem Filipa III i Aleksandra IV) powitali Eumenesa z radością. Miał on wówczas bowiem opinię "Niezwyciężonego", ulubieńca bogini Tyche, którego los wywindował na najwyższe zaszczyty. Każdy zaś żołnierz woli służyć pod dowódcą któremu dopisuje szczęście nawet wówczas gdy przegrywa bitwę, niż takim, który pomimo zwycięstwa ostatecznie nie potrafi go wykorzystać i ponosi klęskę. Pomimo jednak całej swej niezwyciężoności i sławy, Eumenes miał jeden poważny defekt w oczach żołnierzy Aleksandra, a mianowicie był Grekiem a nie Macedończykiem, a poza tym wciąż ciążył na nim wyrok śmierci, wydany przez Zgromadzenie Macedończyków jeszcze w Tripadejsos (a w zasadzie to jeszcze nad Nilem w Egipcie w 321 r. p.n.e.) który wciąż nie został odwołany (Poliperchon co prawda obiecał że się tym zajmie ale niewiele poczynił w tym temacie). Zatem mimo sławy ciężko było Eumenesowi zapanować nad macedońską armią, a tym bardziej nad jej dowódcami, którzy przecież uważali się za lepszych i bardziej predestynowanych do dowodzenia Srebrnymi Tarczami i całą królewską armią Azji od jakiegoś Greka. Ale jak już pisałem wcześniej Eumenes był nie tylko dobrym wodzem, nie tylko dopisywało mu szczęście, nie tylko dbał o tężyznę fizyczną i sprawność bojową, ale przede wszystkim był inteligentnym i bystrym człowiekiem który niejednokrotnie wykorzystywał siłę własnego intelektu aby dopomóc losowi, który potem uważano za zrządzenie bogów. I tak też się stało tym razem.

To on oficjalnie miał objąć dowództwo nad całą armią Azji, ale zdając sobie sprawę z trudności jakie się z tym wiązały, postanowił podzielić się tym dowództwem w dość przemyślny sposób, jednocześnie pozostawiając je w swych rękach na rzymskiej zasadzie Primus Inter Pares - czyli pierwszy wśród równych. Przybywszy do Kyindy w Cylicji, natychmiast poinformował tamtejszych dowódców formacji Srebrnych Tarcz, że w nocy przyśnił mu się król Aleksander Wielki siedzący na swym złotym tronie i wydający wojsku rozkazy. Przesłanie było więc jasne - Aleksander (już jako bóg), jest z nimi nadal i to on wciąż podejmuje decyzje, on dowodzi, a skoro dowodzi któż mógłby się mu sprzeciwić, któż mógłby wystąpić przeciwko jego militarnemu geniuszowi i jego królewskiej woli. Eumenes był więc tutaj tylko przekaźnikiem woli samego boga, który wciąż dowodziłby swoją armią - trudno o bardziej miłą sercu weteranów tego króla wizję, w której to już nie jakiś tam Grek dowodził będzie macedońską armią, ale sam wielki król, który teraz stał się bogiem. Eumenes stwierdził więc że bogu Aleksandrowi należy wystawić przepiękny namiot w którym ustawi się jego złoty tron, a na nim położy jego diadem. Obok ustawi się ołtarz, na którym codziennie wodzowie składać będą ofiary ku jego czci, a On będzie z nimi podczas walk i przyniesie im zwycięstwo. Tak więc teraz wodzem stał się sam Aleksander a Eumenes był jednym z wielu członków jego sztabu (choć tak naprawdę miał głos decydujący), piękne i jakże zmyślne kupienie sobie wdzięczności zarówno dowódców (których taka wizja całkowicie satysfakcjonowała) jak i żołnierzy - dawnych weteranów Wielkiego Króla. W tym czasie większość wodzów starała się już dopasować do wizerunku króla-boga Aleksandra. Pierwszym z nich był nijaki Leonnatos (dowódca doborowego oddziału konnych hetajów), który zaraz po śmierci Aleksandra zgolił brodę i nie zamierzał zapuszczać jej już nigdy. W jego ślady poszli teraz inni wodzowie, w tym Eumenes (który golił się na gładko), jak również Antygon, a szczególnie jego syn - Demetriusz. Brodaty mężczyzna, który do tej pory był symbolem mądrości, siły i doświadczenia (szczególnie wojennego), teraz ustąpił miejsca całkowicie ogolonej męskiej twarzy, która wcześniej tożsama była z twarzą młodzieńca wykorzystywanego do homoseksualnych zabaw. Skoro jednak Aleksander stał się bogiem i trafił na Olimp (gdzie przebywał wraz z największymi Olimpijczykami), to było oczywiste że jeśli zamierzono podążać Jego śladem, to szczególnie należało utożsamić się do niego fizycznie. Oczywiście na tym nie poprzestano i już wkrótce zaczęto tworzyć przy swoich obozach wojskowych swoiste dwory, które były wyznacznikami nowego modelu rządów w rozrywanym na części Imperium Wielkiego Króla. A latem 318 r. p.n.e. nowa Druga Wojna Diadochów (czyli wodzów Aleksandra) zaczęła się już na całego.





PS. Warto też dodać nieco na marginesie, że w tym samym czasie za Adriatykiem Synowie Grodu Wilczycy, toczyli od 326 r. p.n.e. wojnę z Samnitami, którzy w 321 r. p.n.e. zadali im upokarzającą klęskę w wąwozie Kaudium (na wschód od Kapui). Rzymianie zostali zmuszeni do kapitulacji na upokarzających warunkach złożenia całej broni i przejścia pod jarzmem. Spowodowało to kilkumiesięczny chaos i żałobę jaka zapanowała w Rzymie, w ciągu roku wybrano też dwóch dyktatorów, którzy nie byli w stanie przeprowadzić wyborów, tak bardzo społeczeństwo rzymskie dotknięte zostało ową klęską i hańbą. Dopiero na początku 320 r. p.n.e. wybrano nowych konsulów - Kwintusa Publiusza Filona i Lucjusza Papiriusza Kursora (ten ostatni swój przydomek "Cursor" czyli biegacz, wziął wziął z niezwykłej wytrwałości w zawodach sportowych, głównie w biegach. Był też uważany za dobrego wodza, a nawet za rzymskiego odpowiednika Aleksandra Wielkiego i typowany był jako ten, który właśnie miał się zmierzyć z Wielkim Królem w bitwie, gdyby tamten skierował się na podbój Italii.


RZYMSKI LEGIONISTA z II wieku p.n.e.) w starciu z MACEDOŃSKIM FALANGITĄ



CDN.

czwartek, 8 czerwca 2023

O POLSCE! - Cz. I

CZYLI CO MÓWILI I PISALI ZNANI I MNIEJ ZNANI LUDZIE O POLSCE I POLAKACH?


 Dziś krótko chciałbym przytoczyć dwie ciekawe opinie o Polakach wygłoszone przez dwóch Francuzów. Pierwszym z nich jest niejaki Honore de Balzac, który w jednym ze swoich dzieł dał wyraz swemu stosunkowi do naszego narodu, drugim zaś Wiktor Hugo autor "Nędzników", który również kilkukrotnie wypowiadał się na tematy polskie. Niech więc te dwa pierwsze głosy znad Sekwany o mieszkańcach kraju nad Wisłą będą początkiem nowej serii, która opowiadać będzie o stosunku obcokrajowców do Polaków na przestrzeni wieków.



HONORE de BALZAC
(1840)




 "Słowianie są po trosze dziećmi, jak wszystkie ludy pierwotnie dzikie, które wtargnęły raczej w grono narodów cywilizowanych niż ucywilizowały się naprawdę. Rasa ta rozprzestrzeniła się jak powódź, pokrywając olbrzymią powierzchnię kuli ziemskiej. Zamieszkuje pustkowie tak niezmierzone że może się na nim swobodnie obracać; ludzie nie obijają się wzajemnie łokciami jak w Europie; ale osiągnięcie cywilizacji jest niemożliwe bez ustawicznego ocierania się o siebie zarówno umysłów jak interesów. Ukraina, Rosja, równiny naddunajskie, słowem Słowiańszczyzna jest łącznikiem między Europą i Azją, między cywilizacją i barbarzyństwem. Toteż Polacy, stanowiący najbujniejszą część ludności słowiańskiej, mają dziecinny i niestały charakter gołowąsego narodu. Posiadają odwagę, bystrość i siłę, ale ta odwaga, ta siła i ta bystrość są porażone niestałością i przez to pozbawione metody i rozsądku, gdyż Polak ma ruchliwość podobną do wiatru hulającego na olbrzymich równinach poprzerzynanych bagnami. Ma rozpęd straszliwej lawiny, która miażdży i unosi domy i tak jak ona ginie w pierwszym lepszym stawie, rozpływa się w wodzie. Człowiek zawsze coś zapożycza ze środowiska w którym żyje. Wiodąc nieustanne wojny z Turkami, Polacy przyjęli od nich upodobanie do wschodniej świetności. Często poświęcają to co niezbędne aby móc błyszczeć, stroją się jak kobiety, choć klimat obdarzył ich, jak Arabów, twardą wytrzymałością. Toteż Polak, który w cierpieniu osiąga wzniosłość, wyczerpał do mdlenia ramię swoich zaborców usiłujące go dobić. Wznowił w początkach XIX w. wrażenia, jakie wzbudzali pierwsi chrześcijanie. Gdyby dodać 10% angielskiej przewrotności do szczerego i otwartego charakteru polskiego, szlachetny orzeł biały panowałby dziś wszędzie tam, gdzie wdarł się orzeł dwugłowy. Szczypta machiavelizmu byłaby wstrzymała Polskę od ratowania Austrii, która przyczyniła się potem do jej rozbioru, od zaciągania pożyczek u Prus, które, jak lichwiarz, podkopały podstawy jej bytu, i od rozpadu wewnętrznego w chwili pierwszego rozbioru. Zła wróżka pozostawiona na chrzcinach Polski przez dobre duchy obdarzające ten uroczy naród najświetniejszymi przymiotami, zjawiła się by przepowiedzieć: "Zatrzymasz wszystkie dary moich sióstr, ale nie będziesz nigdy wiedziała czego chcesz!". Gdyby Polska zwyciężyła w bohaterskim pojedynku z Rosją, Polacy biliby się między sobą, jak dawniej, na sejmikach, byle nie dopuścić się wzajemnie do tronu. W dniu kiedy naród ten, złożony wyłącznie z ludzi nieustraszonych, zdobędzie się na rozsądek wyszukania w swym wnętrzu Ludwika XI, przystanie na jego tyranię i przyjmie jego dynastię, będzie uratowany. Czym Polska była w polityce, tym jest większość Polaków w życiu prywatnym, osobliwie w obliczu nieszczęścia. (...) Ukażcie Polakowi przepaść, natychmiast w nią skoczy. Jest to genialny naród kawalerzystów, który ufa że zdoła obalić wszystkie przeszkody i wyjść zwycięsko."

Długo było czekać ale ów przepowiadany przez Balzac'a "Ludwik XI" urodził się dopiero w grudniu 1867 r. i choć słowa przepowiedni z Tęgoborzy z 1893 r. brzmią nieco naiwnie, to jednak w zdaniu: "Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu, na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu" - kryje się pewna tajemnicza moc ukazująca piękno naszego narodu i naszej społeczności.




Polak zdolny jest bowiem do wielkich poświęceń i wielkich wyrzeczeń. Charakter nasz narodowy ukształtowany jest bowiem na romantycznych porywach serca i to właśnie pchało nas do różnych powstań, choć umysł podpowiadał aby tego nie czynić - serce rwało się do walki, nawet walki w przegranej sprawie. Może wydawać się to zarówno naiwne jak i dziecinne, a niekiedy nawet głupie - taka bohaterszczyzna, jakże to nie zrozumiałe dla Anglika, Niemca czy Francuza. Ale to właśnie owa bohaterszczyzna i te romantyczne porywy serca sformatowały naszą tożsamość, i choć oczywiście nie jest ona jednorodna, to bez wątpienia jest dominująca. To również pozwoliło nam wydać na świat tylu bohaterów i historię naszą zapisać złotymi zgłoskami wśród dziejów całego świata. Pamiętać jednak musimy niestety, że obok tych bohaterów, którzy gotowi byli poświęcić swe życie dla Niepodległej, były też i szumowiny, zdrajcy i warchoły. Naród polski który wydał tyle światłych umysłów i dzielnych synów oraz córek (bo rola kobiet w naszych dziejach również jest nieprawdopodobnie duża, o czym przekonałem się nawet ostatnio, wertując stare pamiętniki w których zaborcy pisali wręcz, że naród polski jest silny przede wszystkim dzięki dwóm postaciom. Pierwszym jest katolicki kapłan, a drugim jest polska kobieta, żona i matka, która od młodości wpajała swym dzieciom ogromne przywiązanie do wartości rodzinnych i przede wszystkim ową miłość do Ojczyzny. Stąd też Polki jako jedne z pierwszych w Europie zaraz po odzyskaniu Niepodległości w listopadzie 1918 r. uzyskały równe prawa wyborcze z mężczyznami, na długo przed Brytyjkami, Amerykankami i Francuzkami), jakoby dla swoistej równowagi wydał również mnóstwo oszczerców podłych małostkowych ludzi i zwykłych zdrajców.


JÓZEF PIŁSUDSKI O MATCE
(od 7 minuty)





Przesłuchaniu rotmistrza Pileckiego również ukazane są dwie postawy przedstawicieli narodu polskiego ta wzniosła i ta haniebna. A jednak wielkość zawsze zwycięży choćby nawet była ukrywana przez pół wieku i mocno zakopana w ziemi to wcześniej czy później zatriumfuje a moc tej wielkości wyraża się w słowach które tutaj padły wypowiedziane przez aktora grającego rotmistrza Witolda Pileckiego w stronę jego kata - Józefa Różańskiego (prawdziwe nazwisko (Josef Goldberg):

"BĘDĘ SIĘ ZA PANA MODLIŁ - DO KOŃCA"

Wszyscy bowiem zapominamy że na tym świecie jesteśmy tylko na chwilę, na moment - a śmierć jest najprzyjemniejszą ze wszystkich rzeczy jakie możemy tutaj przeżyć. Pięknie jest to pokazane w scenie śmierci Dżihangira z serialu "Wspaniałe Stulecie




Oczywiście nie znaczy to że powinniśmy dążyć do śmierci, bo życie nie na tym polega aby się zabijać, tylko aby doświadczać)



Co zaś się tyczy ostatniego zdania wypowiedzianego przez Balzaka, to również jest w tym trochę racji, naród nasz czasami bywa nazbyt brawurowy (podam przykład: tuż przed wrześniem 1939 r. pewien polski dyplomata mówił francuskim politykom w Paryżu, że jak wybuchnie wojna to niech oni zajmą się Włochami, a Niemców niech zostawią nam - my się nimi rozprawimy i nie mnie miesiąc a będziemy w Berlinie. Notabene trzeba też przyznać że dziś takie myślenie również udziela się Ukraińcom walczącym z moskalami, częstokroć przeceniają oni bowiem naszą siłę, twierdząc że Polska ma najsilniejszą armię w Europie i mówią np. że gdyby Polacy realnie włączyli się do wojny z Rosjanami, to w dwa tygodnie byłoby po wszystkim.).


WOJNA W BYŁEJ JUGOSŁAWII 



WOJNA W AFGANISTANIE 



WOJNA W IRAKU 




VICTOR HUGO
"Jestem bardzo Polakiem, ponieważ jestem bardzo Francuzem"
(1876)





"Les chants de crépuscole"
("Pieśni o zmierzchu")
1833


"Niestety, jesteś związana, zwyciężona i chylisz się ku mogile, a twoje białe ręce, zamiast synów, przyciskają do piersi skrwawiony krucyfiks. Na twojej królewskiej szacie znać jeszcze odciski butów Baszkirów, którzy przeszli po twoim ciele. Od czasu do czasu słychać brzmienie czyjegoś głosu, odgłos czyichś ciężkich kroków, widać błysk szabli, a ty pod murem, ociekającym twymi łzami, podnosząc umęczone ręce i głowę, która się chwieje, i oczy, które zdają się zachodzić mgłą śmierci, mówisz: "Siostro moja, Francjo, czy nic dla mnie nie świta?"



Francuska Izba Parów 
 (głos zabiera Victor Hugo)
1846


"...Francja rozpraszała mroki, Polska odpierała barbarzyńców. Francja szerzyła idee, Polska broniła granic. Francja była misjonarzem cywilizacji, Polska jej rycerzem. Gdyby naród polski nie dokonał swego zadania, Francja nie mogłaby spełnić swego. Polskim Leonidasem był Sobieski. Dlatego Polska zasługuje na wdzięczność świata, a naród polski, choć mały liczebnie, nie przestał być wielkim narodem..."





Przemowa Victora Hugo na bankiecie na Jersey
(29 listopada 1852 r.)


"... w tym ogromnym rumowisku ohydnych umów, które stanowią to co kancelarie nazywają obecnym prawem publicznym Europy - kramarzenie ziemiami, zakup ludów, sprzedaż narodów, - w tej obmierzłej kupie pergaminów, opatrzonych pieczęciami wszystkich cesarzy i królów, gdzie pierwszą stronę stanowi traktat rozbiorowy z r. 1772 a ostatnią traktat rozbiorowy z r. 1815, zieje otwór głęboki, straszliwy, groźny, rana otwarta, która przedziurawia plikę na wylot. Ktoż tego dokonał? Szabla polska. Iloma pchnięciami? Jednym. Kiedy? 29 listopada 1830. I oto ten naród, który był bohaterem, stał się z powrotem niewolnikiem. Odziano go znowu w łachy galernika. Monarchowie, godni katorgi, zakuli w kajdany tego katorżnika godnego aureoli. Barbarzyństwo, jak wzbierające morze, rozbijało się o brzegi Polski, a Polska mówiła barbarzyństwu: "Ani kroku dalej". Tak było przez lat trzysta. (...) Pewnego pięknego dnia, Europa, którą Polska ocaliła od Turcji, wydała Polskę Rosji. Popełniając tę zbrodnię Europa nie spostrzegła że popełniła głupstwo. Położenie na kontynencie uległo zmianie; niebezpieczeństwo nie groziło stamtąd skąd groziło wprzódy. Miejsce Turcji zajęła Rosja. Rozwarta paszcza, to nie była już Turcja, to była Rosja. Ryk rozlegał się już nie ze Stambułu lecz z Petersburga. Ale Polska pozostała na miejscu. Rzecz uderzająca, dzięki Opatrzności, położenie Polski było takie że mogła ona odpierać zarówno Turków jak Rosjan. I cóż uczyniła Europa? "Polska była posterunkiem. Europa go wydała. Komu? Wrogowi". I któż uczynił tę rzecz dla której trudno znaleźć określenie? Dyplomaci, mózgi polityczne tamtych czasów, mężowie stanu. Trzeba powiedzieć że nie tylko odpłacono się Polsce niewdzięcznością, ale zrobiono rzecz niemądrą. Był to nie tylko czyn haniebny, był to także czyn głupi. Dzisiaj Europa zbiera owoce swej zbrodni. Dzisiaj trup Polski wydaje Europę Rosji. A niebezpieczeństwo rosyjskie nie da się porównać z niebezpieczeństwem tureckim. Zarówno Rosja jak Turcja należą do Azji. Ale Turcja, to Azja ciepła, barwna, płomienna, to lawa, która może wzniecić pożar ale może użyźnić, podczas gdy Rosja, to Azja zimna, blada i lodowata, wieko grobowe które zapada na zawsze! Turcja, to był tylko islam; było to okrucieństwo pozbawione metody. Rosja, to przeszłość, która chce żyć kosztem teraźniejszości. Lepiej być ugryzionym przez lamparta niż być usciśniętym przez widmo. Turcja zwalczała tylko jedną stronę cywilizacji - chrześcijaństwo, - Rosja pragnie zdusić całą cywilizację za jednym zamachem. Despotyzm rosyjski jakby mówił: "Mam jednego wroga: ducha ludzkiego (...) Obywatele, jest w Europie człowiek, który ciąży nad Europą; który razem jest księciem duchownym, panem świeckim, despotą, autokratą, słuchanym w koszarach, uwielbianym w klasztorach, który przewodzi orężowi i dogmatom, który dla zmiażdżenia wolności na kontynencie może ruszyć imperium z 60 milionów ludzi. Tych 60 milionów ma w ręku nie jak ludzi ale jak bestie, nie jak umysły ale jak narzędzia. W swoim podwójnym charakterze - duchownego i wojskowego - nakłada ich duszom, jak ich ciałom, mundury, mówi: "Maszerować!" - i trzeba maszerować, mówi: "Wierzcie!" - i trzeba wierzyć… jest on najwyższym wyrazem wszechwładzy, może torturować, jeśli zapragnie, całe narody; wystarczy jednego gestu, - i gest ten uczynił, – by ludność Polski znalazła się na Syberii. Despota rosyjski uosabia Europę kozacką, reprezentuje Rosję, która od czasów Piotra kieruje się tylko dwiema przesłankami, - absolutyzmem i podbojem, - jest to duch ciemności w walce z duchem światłości, duch Północy walczący z duchem Południa. Potęgę swoją czerpie z morderstwa dokonanego na dziesięciu narodach."



Victor Hugo w liście do Władysława Mickiewicza - syna Adama
(20 grudnia 1865 r.)


"Pamięć Waszego Ojca jest jedną z najszczytniejszych w tym wieku i rzuca blask promienny na Waszą ojczyznę. Serce moje nigdy nie oziębi się dla Waszej cierpiącej i mężnej Polski. Nie pominę żadnej okazji żeby wyrzucać Europie jej zbrodnie, bo bezczynność jest wspólnictwem."




CDN.

poniedziałek, 5 czerwca 2023

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XXVII

NIM JESZCZE 
NAD KONSTANTYNOPOLEM
ZAŁOPOTAŁ ZIELONY
SZTANDAR MAHOMETA





III

RZYMIANKA Z WYBORU

(W TROSCE O SYNA)

Cz. I







KRÓL KRÓLÓW
Cz. I


 Rok w którym zmarła sędziwa Julia Meza (czyli babka młodego cesarza Aleksandra Sewera) był rokiem ogromnego przełomu, o czym świadczą chociażby słowa historyka Kasjusza Diona który żył w tamtym czasie, a brzmiały one: "Sytuacja staje się groźna i budzi poważne obawy nie tylko w samym Rzymie, ale i we wszystkich krajach". Cóż takiego zatem się wydarzyło, że budziło to takie obawy w całym Imperium Rzymskim? Otóż w tym że roku upadła ostatecznie panująca od 470 lat na ziemiach dzisiejszego Iranu, dynastia Arsacydów, założona przez niejakiego Arszaka (Arsakesa) - wodza koczowniczego plemienia Aparnów, który podporządkowawszy sobie pozostałe plemiona ludu Dahów (w skład którego wchodziło plemię Aparnów), czyli Ksantiów i Pissurów, oficjalnie koronował się w 247 r. p.n.e. w mieście Asaak w Dihistanie - rozpoczynając tym samym erę dynastii Arsacydów. W 238 r. p.n.e. Arszak zdobył Partię, a w kolejnych latach partyjskie królestwo Dahów zaczęło coraz bardziej wypierać hellenistyczne państwo Seleucydów (założone przez Seleukosa I jednego z wodzów Aleksandra Wielkiego). Pierwsze kontakty Dahowie (zwani już wówczas Partami) zawarli z Rzymianami w roku 92 p.n.e. wysyłając swych posłów do przebywającego w Kapadocji propretora Lucjusza Korneliusza Sulli. Prawdopodobnie po raz pierwszy Rzymianie starli się Partami już w roku w 91 p.n.e. gdy ci - wraz z Armeńczykami - wyparli z Kapadocji pro-rzymskiego władcę Ariobarzanesa, ale jeśli nawet doszło wówczas do jakichś starć, to wciąż były to jedynie walki zastępcze, prowadzone w ramach innych wojen. W czasie toczącej się III wojny Rzymu z Mitrydatesem VI Eupatorem - władcą Pontu, król ten dwukrotnie zwracał się do Partów z prośbą o pomoc (w 73 i 69 r. p.n.e.), ale partyjski władca Fraates III - mający wówczas dość trudną sytuację wewnętrzną, dwukrotnie mu odmawiał. Dowodzący wówczas w tej wojnie rzymski wódz Lucjusz Licyniusz Lukullus zawarł z Partami pierwszy układ polityczny 69 r. p.n.e. regulujący wzajemne stosunki. Układ ten został wzmocniony w roku 66 p.n.e. gdy dowództwo na Wschodzie objął Gnejusz Pompejusz Wielki, wówczas to oficjalnie wyznaczono Eufrat jako graniczną rzekę oddzielającą obie strefy wpływów rzymską i partyjską.

Szybko jednak doszło do pierwszego zgrzytu we wzajemnych stosunkach, gdy zbuntowany syn króla Armenii - Tigranesa Wielkiego, Tigranes Młodszy uciekł do Partów i poślubił jedną z córek Fraatesa III. Potem jednak dostał się on do rzymskiej niewoli (65 r p.n.e.), a gdy Fraates zażądał od Rzymian uwolnienia zięcia, Pompejusz odmówił i posłał swego podkomendnego Aulusa Gabiniusza, który przekroczył Eufrat i wdarł się na ziemie należące do Partów aż po rzekę Tygrys. Gdy Fraates zaprotestował, twierdząc iż było to złamanie zawartego wcześniej układu granicznego, Pompejusz odparł że w polityce nie liczą się układy a realna siła militarna. Doszło wówczas do pierwszego poważnego konfliktu który groził wybuchem otwartej wojny rzymsko-partyjskiej, tym bardziej że Pompejusz odmówił Fraatesowi tytułu Króla-Królów który dotąd dzierżyli władcy Persji z dynastii Achemenidów, a potem przejęli je macedońscy Seleucydzi. Fraates jednak nie dążył do konfliktu, a nawet oddał w ręce Pompejusza rozsądzenie sporu granicznego jaki toczył z Tigranesem Wielkim z Armenii. Gdy w 64 r. p.n.e. Pompejusz Wielki zajął Syrię ostatecznie obalając ostatnich przedstawicieli rodu Seleucydów, prestiż Partów podupadł, gdyż wcześniej sądzili oni że Syria będzie jednym z miejsc ich przyszłej ekspansji, a teraz stało się to niemożliwe (lub przynajmniej bardzo utrudnione). Gdy w 57 r. p.n.e. Fraates III został zamordowany przez swoich synów - Orodesa i Mitrydatesa, szybko doszło do konfliktu pomiędzy braćmi o tron. Poparcie możnowładczych klanów (szczególnie wpływowego rodu Suren ze wschodniej Partii) zyskał jednak młodszy Orodes, a pierworodny Mitrydates musiał uciekać do rzymskiej Syrii, gdzie uzyskał wsparcie prokonsula Aulusa Gabiniusza. I oto w 56 r. p.n.e. wydawało się że dojdzie do wybuchu pierwszej wojny rzymsko-partyjskiej, gdy Gabiniusz i Mitrydates przekroczyli Eufrat. Szybko jednak okazało się że Gabiniusz został odwołany z namiestnictwa Syrii i wysłany do Egiptu w celu wsparcia obalonego przez własną córkę Berenikę IV - króla Ptolemeusza XII (ojca Kleopatry VII). Z rzymską pomocą Gabiniusza Ptolemeusz w 55 r. p.n.e wrócił do władzy i własną córkę (która wcześniej odebrała mu tron) skazał na śmierć. W owym 55 r. p.n.e. walczący samotnie przeciwko bratu Mitrydates odniósł kilka zwycięstw, zajmując Babilon i Seleukię nad Tygrysem, lecz już w roku następnym Orodes odzyskał zarówno Seleukię (którą zdobył jego wódz - Suren, pierwszy wdzierając się na mury tego miasta), a następnie Babilon gdzie do niewoli dostał się Mitrydates i gdzie został zamordowany z rozkazu swego brata, teraz nowego Króla Królów - Orodesa II (54 r. p.n.e.). 




To do czego nie doszło w 56 r. p.n.e. stało się faktem w roku 54, gdy objąwszy władzę w Syrii (po odnowieniu triumwiratu w Lukce w 56 r. p.n.e. gdzie Cezar otrzymał ponownie namiestnictwo w Galii - którą podbijał, Pompejusz dostał Hiszpanię Bliższą a trzeci z triumwirów Krassus - zwycięzca Spartakusa z 71 r. p.n.e. - otrzymał właśnie Syrię) Marek Licyniusz Krassus, ruszył przeciw Partom. Oto wybuchła więc I wojna rzymsko-partyjska a Krassus w swym pochodzie ku Mezopotamii zdobył wiele twierdz, w tym Nikeforion i Zenodotion. Po tych zwycięstwach pewny swego Krassus wycofał się do Syrii na leże zimowe pozostawiając w Mezopotamii zaledwie garnizon, a z początkiem wiosny 53 r. p.n.e. ruszając ponownie po - jak sądził - łatwe zwycięstwo. Przeciwko 35 000 Rzymian, orodes posłał zaledwie 10 000 konnych (w tym 4 000 ciężkozbrojnych katafraktów) pod wodzą owego Surena - zdobywcy Seleukii (który wówczas nie miał nawet jeszcze trzydziestu lat). Do pierwszej otwartej bitwy rzymsko-partyjskiej doszło pod miejscowością Carrhae (Harran) w północnej Mezopotamii. Partowie zaczęli ostrzeliwać Rzymian gradem strzał, jednocześnie prowadząc szarże ciężkozbrojnej jazdy (katafraktów), powodując tym samym coraz większe straty w rzymskich szeregach. Widząc że jego armia ulega dezintegracji Krassus (który wcześniej w tej bitwie stracił już syna) podjął próbę nawiązania układu z Sureną, ale gdy tylko został oddzielony od swoich wojsk Partowie go zabili, wlewając mu w gardło roztopione złoto (co miało być karą za jego chciwość). Klęska pod Carrhae była ogromna, poległo aż 20 000 legionistów a 10 000 kolejnych dostało się do niewoli (po bitwie Partowie wybrali wśród jeńców najbardziej podobnego do Krassusa żołnierza, przebrali go w kobiece szaty i pokazywali reszcie wziętych do niewoli jako dowód jego tchórzostwa. Potem odesłano ich jako niewolników do Margiany.). Głowę Krassusa zaś odesłano Orodesowi w darze, który wówczas przebywał w Tigranocerii w Armenii i akurat (wraz z władcą tej krainy Artawasdesem) oglądał sztukę Eurypidesa "Bachtanki". Po tej bitwie ogromnie wzrósł prestiż rodu Arsacydów, lecz Orodes nie do końca był usatysfakcjonowany, tym bardziej gdy doniesiono mu o triumfie, jaki w Seleukii odbył zwycięski Suren. W kilka miesięcy po zwycięstwie pod Carrhae Orodes kazał go więc uśmiercić.




W kolejnych latach Partowie podjęli jeszcze działania łupieżcze w Syrii (51/50 r. p.n.e), lecz potem stosunki obopólne ponownie wróciły do stanu uśpienia. Co prawda w 48 r. p.n.e. toczący wojnę z Cezarem Pompejusz Wielki zabiegał o wsparcie Partów, ale Orodes doskonale pamiętał jak ów rzymski wódz wcześniej potraktował jego ojca - Fraatesa i żadnej pomocy nie zamierzał mu udzielać. W 45 r.p.n.e Partowie ponownie pustoszyli Syrię i zwycięski Cezar planował wielką wyprawę na Wschód śladami Aleksandra Wielkiego (zapewne namawiany również do tego przez Kleopatrę, która sądziła że tak wielkie zwycięstwo ułatwi Cezarowi zdobycie korony królewskiej w Rzymie i zjednoczenie Rzymu z Egiptem pod ich wspólnym władztwem). Do planowanej wyprawy jednak nie doszło z powodu zamordowania Cezara w Idy marcowe 44 r. p.n.e. Potem zabójcy Cezara (szczególnie zaś Kasjusz) zabiegali o wsparcie Partów, ale Orodes nie udzielił im poparcia (choć pewna część partyjskich najemników służyła w armii rzymskiej Brutusa i Kasjusza w bitwie pod Filippi w 42 r. p.n.e.). Dopiero Kwintusowi Labienusowi, (synowi Tytusa - byłego legata i przyjaciela Cezara z czasów podboju Galii, który potem przyłączył się do Pompejusza) udało się przekonać Orodesa do wystąpienia przeciwko Rzymowi (a konkretnie przeciw nowym triumwirom: Gajuszowi Oktawiuszowi Cezarowi, Markowi Antoniuszowi i Markowi Lepidusowi). W 40 r. p.n.e. rozpoczęto inwazję na Syrię, którą dowodził syn Orodesa - Pakor (Pakorus). Rozbili oni pod Apameą armię rzymskiego namiestnika Syrii - Lucjusza Decidusa Saksy, a następnie zdobyli Antiochię, Jerozolimę i Ptolemaidę/Akre, osadzając na stanowisku arcykapłana w Jerozolimie Antygona Matatiasza. W tym samym czasie Kwintus Labinus (wraz z niedobitkami z armii Brutusa i Kasjusza oraz posiłkami partyjskimi) uderzył na Azję Mniejszą i doszedł aż do Morza Jońskiego do Karii i Jonii, zdobywając dla Partów ogromne ziemie. Władcy Palmiry i arabskiego plemienia Nabatejczyków z północnej Arabii uznawali wówczas również władzę Partów. Nie udało im się jednak utrzymać tych terenów. Antoniusz wysłał do Azji Mniejszej Publiusza Wentydiusza Bassusa, który zaczął spychać siły Labienusa w kierunku gór Taurus. Tam w 39 r. p.n.e. rozbił go w bitwie pod Bramami Cylicyjskimi w której to Labienus poległ. Potem, w tym samym roku rozbił jeszcze partyjskiego wodza Farnapatesa na Przełęczy Amanus i tym samym odzyskał całą Azję Mniejszą i Syrię, skąd wycofał się Pakorus. Ponownie zaatakował on Syrię w roku 38 p.n.e. licząc na wsparcie Nabatyjczyków i innych plemion arabskich, ale został rozbity przez Bassusa w bitwie pod Gindaros, gdzie poniósł śmierć. W tej bitwie poległo kilka tysięcy Partów i Rzymianie traktowali ją jako zemstę za Carrhae.

Śmierć Pakorusa załamała Orodesa. Bowiem ten, który sam zbuntował się i zamordował swego ojca Fraatesa, bardzo kochał swego syna i traktował go nie tylko jako przewidywanego następcę, ale wręcz jako współwładcę (Pakorus miał nawet prawo bić monety z własną podobizną). Co prawda Orodes miał jeszcze prawie trzydziestu synów, ale śmierć Pakorusa tak go załamała, że rozchorował się i w kilka miesięcy później zmarł (37 r. p.n.e.). Jego miejsce zajął kolejny syn (wybrany wcześniej przez Orodesa) Fraates IV, który od razu kazał zamordować wszystkich swoich braci, aby nie pozostawić żadnych ewentualnych pretendentów do tronu. Natomiast Marek Antoniusz (podbudowany zwycięstwem pod Gindaros), rozpoczął inwazję na kraj Partów. Wcześniej z Partii zbiegł i schronił się w Syrii (gdzie Antoniusz przyjął go serdecznie i oddał mu we władanie trzy miasta) jeden z przedstawicieli tamtejszej arystokracji i jednocześnie przyjaciel Pakorusa - Moneses. Antoniusz nim rozpoczął swoją inwazję, wcześniej wysłał w kierunku Armenii swego wodza Kanidiusza Krassusa (37/36 r. p.n.e.), który zmusił władcę Armenii - Artawazdesa do sojuszu z Rzymem. Następnie Antoniusz wysłał posłów do Fraatesa, oferując mu pokój w zamian za uwolnienie jeńców spod Carrhae i oddanie znaków legionowych armii Krassusa (o co Rzymianie zabiegali już od lat). Fraates odmówił i doszło do inwazji. Antoniusz prowadził ogromną armię, liczącą 60 000 legionistów i 10 000 galijskiej i hiszpańskiej jazdy, poza tym Artawazdes armeński wsparł go 7 000 piechoty i 6 000 jazdy, a pozostali sojusznicy zebrali łącznie pozostałe 30 000 żołnierzy. Celem ataku była Media Atropatene (dzisiejszy Azerbejdżan), gdzie przystąpiono do oblężenia stolicy władcy tego kraju i lennika Partów (kraj Partów składał się bowiem z takich na wpół niezależnych satrapi, płacących daniny Królowi Królów) Artawazdesa (nie należy mylić go z Artawazdesem armeńskim) Fraaspy. W ciężkim górskim terenie Rzymianie nie mogli dostatecznie rozwinąć szyku legionowego (podobnie jak pod Carrhae), a Partowie nieustannie ich szarpali podjazdowymi atakami. Gdy zaś rozbili siły eskortujące rzymskie tabory (gdzie poległo prawie 10 000 legionistów), Artawazdes armeński wycofał się z walki. A dodatkowo w rzymskim obozie (w którym zaczęło brakować żywności i wody) szerzyły się różne choroby. To zmusiło Antoniusza do odwrotu (36 r. p.n.e). Podczas morderczej przeprawy przez góry Armenii z powodu chorób i ciągłych ataków Partów - ginęli kolejni rzymscy żołnierze. Łącznie pod Fraaspą poległo 20 000 legionistów i 4 000 konnych, a pozostałe 8 000 padło w czasie morderczego odwrotu przez góry. Antoniusz był załamany rozmiarem tej klęski (ponoć do tej wyprawy namówiła go królowa Kleopatra, która pewnego razu spotkała Antoniusza łowiącego ryby w pałacowym stawie. Ten, pragnąc pochwalić się swoją zdobyczą, wyciągnął ją z wody, a okazało się że była to maleńka rybka. Kleopatra rzekła wówczas do Antoniusza: "Miast skupiać się na łowieniu ryb, skup się na tym, co wychodzi ci doskonale - łów miasta i kraje wodzu Antoniuszu"). Teraz Antoniusz miał o to do Kleopatry pretensje i przez pewien czas przebywał w Syrii, nie pragnąc jej ujrzeć.  Potem jednak powrócił do Egiptu gdzie ponownie wpadł w jej ramiona.




Celem Antoniusza (poza odzyskaniem znaków legionowych Krassusa i uwolnieniem żyjących jeszcze rzymskich jeńców jego armii, od prawie dwudziestu lat cierpiących w niewoli Partów) stało się wówczas ukaranie zdrajcy Artawazdesa armeńskiego. W 34 r. p.n.e. zaatakował więc Armenię i ją spustoszył, jednocześnie zawierając sojusz z Artawazdesem z Medii Atropatene (który w tym czasie poróżnił się z Fraatesem IV i zaoferował Antoniuszowi swą córkę Iotapę za żonę). Po sukcesie odniesionym w Armenii, Antoniusz powrócił do Aleksandrii, gdzie w przypływie triumfu jaki zgotowała mu Kleopatra, podzielił wschodnie ziemie należące do Rzymu pomiędzy dzieci egipskiej królowej. Wydarzenie to przeszło do historii jako "Darowizny Antoniusza" i miało niezwykle majestatyczną oprawę. Antoniusz i Kleopatra zasiedli na złotych tronach w Aleksandrii przebrani za bogów Dionizosa (ulubionego boga Antoniusza) i Afrodytę (dla Egipcjan były to odpowiedniki Ozyrysa i Izydy). Kleopatra została ogłoszona Królową Królów i władczynią Egiptu (choć realnie była nią już od 47 r. p.n.e. czyli od trzynastu lat). Jej syn zrodzony z Cezara - trzynastoletni Cezarion, został ogłoszony Królem Królów i współwładcą Egiptu jako Ptolemeusz XV Cezar, jednocześnie ogłoszono go z synem Boskiego Cezara (Divi Filius) i spadkobiercą całego jego majątku (czym Antoniusz realnie wydał na niego wyrok śmierci, gdyż zgodnie z testamentem Cezar na swego następcą wyznaczył Gajusza Oktawiusza, znanego odtąd jako Gajusz Juliusz Cezar Oktawianus). Dzieci Antoniusza i Kleopatry, sześcioletni bliźniacy: Aleksander Helios (otrzymał Armenię, Medię i Partię - czyli ziemie jeszcze niezdobyte przez Antoniusza), Kleopatra Selene (Cyranejka i Libia) i dwuletni Ptolemeusz Filadelfos (najmłodsze dziecko Kleopatry i Antoniusza - otrzymał Syrię, Fenicję i Cylicję) również zostali ogłoszeni królami. Antoniusz projekt owych darowizn wysłał do Senatu, licząc na to, że tam zostanie zatwierdzony. Ale oczywiście senatorowie odrzucili go w całości, uznając iż Antoniusz nie ma żadnego prawa do oddawania komukolwiek rzymskich posiadłości (a poza tym projekt ten był groźny dla Oktawiana jako adoptowanego syna Cezara, dlatego też nie mógł wejść w życie). Gdy więc ostatniego dnia grudnia 33 r. p.n.e wygasł triumwirat, rozpoczęła się otwarta wojna pomiędzy byłymi triumwirami, która ostatecznie po klęsce w bitwie morskiej pod Akcjum w 31 r p.n.e. zakończyła się klęską i śmiercią Antoniusza i Kleopatry w Aleksandrii na początku roku 30 p.n.e.






W tym też czasie (ok. 30 r. p.n.e.) w Rzymie schronił się pokonany przez Fraatesa IV władca Medii Atropatene - Artawazdes. Przybył tam również (ok. 29 r. p.n.e.) inny pretendent do partyjskiego tronu - Tirydates, który uprowadził ze sobą młodego synka Fraatesa IV - Fraatesa. W 26 roku Tirydates (z pewną rzymską pomocą) pokusił się o zdobycie partyjskiego tronu. Przybrawszy tytuł Filoromaios ("Przyjaciel Rzymian"), uderzył tak nagle i szybko, że Fraates obawiając się porażki, kazał nawet zamordować wszystkie swoje haremowe konkubiny aby nie wpadły one w ręce Tirydatesa. Ostatecznie jednak Fraates zwyciężył i zażądał od Rzymian wydania mu zbiegłego Tirydatesa i uwolnienie jego syna z niewoli. Oktawian przystał na to i w 23 r. p.n.e. odesłał Fraatesowi jego synka. Oktawian liczył że w zamian za ten gest dobrej woli Fraates odda mu znaki legionowe (Orły) Krassusa i uwolnij żyjących jeszcze ostatnich jeńców jego armii, ale Fraates nie zamierzał się na to zgodzić. Tak więc w 20 r. p.n.e. Oktawian August (prowadząc od 22 r. p.n.e. wielką inspekcję wschodnich prowincji), polecił swemu pasierbowi Tyberiuszowi, aby ten wkroczył do Armenii i osadził na tamtejszym tronie niejakiego Tigranesa (syna Artawazdesa armeńskiego), oraz zagroził Fraatesowi wojną, jeśli ten nie zgodzi się oddać Orłów Krassusa. Tyberiusz wkroczył do Armenii obalił tamtejszego władcę Artaksesa (który został zamordowany przez swoich dworzan) i na tamtejszym tronie zainstalował jego brata Tigranesa II, osobiście wkładając mu koronę na głowę. W tej sytuacji Fraates IV obawiając się ataku na swój kraj, odesłał Augustowi Orły Krassusa z 53 r. p.n.e., Orły Saksy z 41 r p.n.e. i Orły Antoniusza z 36 r p.n.e. To było wielkie zwycięstwo Augusta, który od tej chwili mógł się chełpić że pomieścił klęskę Krassusa odzyskując jego znaki legionowe. Na wieść o tym wydarzeniu senat uchwalił zbudowanie dla Augusta łuku triumfalnego na Forum Romanum, a po swym powrocie do Rzymu Oktawian złożył owe proporce w świątyni Jowisza na Kapitolu (potem zostały one przeniesione do świątyni Marsa Mściciela). Do ojczyzny wrócili wówczas ostatni, żyjący jeszcze weterani armii Krassusa. Przez 33 lata byli oni niewolnikami Partów, teraz ponownie mogli cieszyć się odzyskaną wolnością i to również było wielkie zwycięstwo Oktawiana Augusta, który bezkrwawo zdobył to, czego w kampanii wojennej nie udało się zdobyć Antoniuszowi.




CDN.

czwartek, 1 czerwca 2023

SZOŁ!

 CZYLI GRZEGORZ BRAUN W "AKCJI"




 30 maja 2023 r. w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie (placówce należącej do ambasady Niemiec, a podległej fundacji prawa publicznego im. Maxa Webera Niemieckie Instytuty Humanistyczne za Granicą, finansowany z budżetu niemieckiego Ministerstwa Edukacji i Badań) miał się odbyć wykład prof. Jana Grabowskiego pod dosyć ciekawym tytułem: "Polski (narastający) problem z historią Holokaustu". Wykład ten się rozpoczął, ale trwał zaledwie kilka minut, gdyż poseł na sejm Rzeczpospolitej Grzegorz Braun (obecny na sali) w pewnym momencie wstał ze swojego miejsca, podszedł do mównicy na której przemawiał Grabowski, zabrał mu mikrofon i rozbił go ze słowami: "Dość tego!", po czym zniszczył jeszcze sprzęt nagłaśniający. Od cały show pana posła Brauna, który potem tłumaczył się że działał pod wpływem wyższej konieczności i uczynił to co uczynił, aby położyć kres szerzącemu się w Polsce i wspieranemu przez Niemcy antypolonizmowi.

To że Niemcy jawnie (coraz bardziej jawnie, co też świadczy o pewnym zagubieniu z ich strony na zmieniające się realia polityczne po 24 lutego 2022 r.) wspierają wszelkie antypolskie działania (jednocześnie publicznie deklarując że przecież jesteśmy sojusznikami, prawie przyjaciółmi, że jesteśmy razem w NATO i w Unii Europejskiej itd. itp.) jest faktem znanym nie od roku, nie od dwóch, nie od ośmiu lat, tylko od początku całej tzw. transformacji ustrojowej, czyli od ponad 30 lat, nie licząc oczywiście dekad wcześniejszych. Ja sam mając korzenie niemieckie i pewne kontakty z ludźmi, którzy należą do mojej rodziny (tej od niemieckiej strony) nigdy, nawet przez moment nie przyszłoby mi do głowy pomyśleć, iż Niemcy mogą być naszym sojusznikiem czy tym bardziej przyjacielem (należy przecież pamiętać że w polityce nie ma przyjaciół, są tylko interesy), oczywiście pomijając tutaj stronę deklaratywną i fakt że razem jesteśmy w NATO i Unii Europejskiej, co oczywiście nie ma większego znaczenia w kwestii zasad które tyczą się geopolityki). Mając niemieckie korzenie (co jeszcze raz chciałbym podkreślić) nigdy nie wierzyłem w dobre intencje Niemiec wobec Nas, NIGDY! Wystarczy bowiem przyjrzeć się całej polityce najpierw Prus, a potem zjednoczonych Niemiec względem Polski, aby dojść do wniosku że realnie siła Niemiec budowana jest na słabości Polski (nie tylko zresztą Polski, ale nasz kraj jest główną barierą przed ekonomiczną, polityczną a wcześniej również i militarną ekspansją Niemiec na wschód, jesteśmy największym, najludniejszym i najsilniejszym krajem na wschodzie przed Rosją, a to powoduje że trudno nas sobie podporządkować, a jednocześnie jesteśmy zbyt słabi aby z samodzielnie przeciwstawić się Niemcom). 

Po II wojnie światowej społeczeństwo Niemiec przeszło swoiste programowanie na nowo, oczywiście o ile kwestie denazyfikacji zostały tam poczynione po macoszemu (o czym zresztą już wielokrotnie pisałem, ilu nazistów po wojnie znajdowało ciepłe posadzki w różnych niemieckich instytucjach nowych "wyzwolonych" jak mówi Scholz a wcześniej Merkel - Niemiec. Aż by się chciało zapytać - wyzwolonych od kogo? od nazistowskiego reżimu, który Niemcy sami sobie wybrali i któremu służyli wiernie praktycznie do końca jego istnienia? Ale to tylko taki szczegół, jak stopniowa likwidacja obozów koncentracyjnych w Niemczech, tak, aby kraj ten przestano utożsamiać z ludobójczą polityką wymyśloną przez przedstawicieli tego narodu), to kwestie związane z demilitaryzacją przeprowadzono w Niemczech dosyć skutecznie, o czym świadczy obecny stan uzbrojenia i bojowego przygotowania Bundeswehry (o tym że rząd niemiecki celowo doprowadza do rozkładu tę formację nie dofinansowując jej, również już kiedyś pisałem i również dlaczego tak się dzieje też pisałem, więc nie będę teraz do tego wracał). Oczywiście nie spowodowało to upadku niemieckich pragnień hegemonii w Europie, a jedynie zastąpiono ekspansję militarną innymi rodzajami dominacji, (ekspansją polityczną i softpower - dlatego też utożsamianie Niemiec z dawnym nazistowskim reżimem tak bardzo im przeszkadza) oraz oczywiście ekspansją gospodarczą. Te więzy są często skuteczniejsze niż działania militarne, gdyż tamte nie tylko łączą się ze stratami i zniszczeniami wojennymi, to jeszcze generują potrzebę wygenerowania ogromnych środków przeznaczonych na okupację danych terenów, co w dzisiejszych czasach jest bezproduktywne i oznacza raczej element desperacji (patrz - Rosja, która mogłaby połknąć Ukrainę w sposób pokojowy, ale Putin i cała ta klika moskalskich sukinsynów wymyśliła sobie "specjalną operację wojskową", która wykopała tak głęboki rów pomiędzy Ukraińcami a moskalami, że trudno go będzie zasypać w ciągu kolejnych dziesięcioleci a jednocześnie wygenerowała problemy które widać obecnie w Unii Europejskiej). Ekspansja militarna jest więc najmniej opłacalna i jest wyrazem albo desperacji albo głupoty.




Podporządkować sobie inny kraj można przecież na wiele sposobów, np w Niemczech do 2001 (a być może do 2002 już teraz nie pamiętam) roku istniał specjalny fundusz federalny, przeznaczony bezpośrednio na... korumpowanie polskich polityków. To się zaczęło zaraz po okresie tej całej transformacji ustrojowej, czyli na początku lat 90-tych, kiedy Polska wychodziła z komunizmu jako gospodarczy bankrut. Wiele państw (a co za tym idzie koncernów i firm z tych krajów) walczyło wtedy o wpływy w rodzącym się kapitalizmie polskim. Do 1995/6 r. bardzo aktywni nad Wisłą byli np. Francuzi, ale po tej dacie ustąpili miejsca Niemcom, uznając ostatecznie, że cały Wschód należy do nich (a piszę o tym nieco z autopsji, jako że zajmowałem się tym tematem pisząc swoją pracę licencjacką, więc wiem o czym mówię. Tak, tak - licencjat pisałem z geopolitycznych stosunków francusko-niemiecko-polskich w pierwszej dekadzie po 1989 r., pracę magisterską zaś ze relacji polsko-żydowskich w całym okresie naszych dziejów). Polska stała się więc jednym z wagoników napędzającym niemiecką lokomotywę gospodarczą, która od lat 90-tych zaczęła przekładać się na znaczenie Niemiec w Unii Europejskiej (wówczas jeszcze Wspólnoty Europejskiej). W 2004 r. Polska (wraz z dziewięcioma innymi państwami Europy) weszła do Wspólnoty Europejskiej i wówczas było to dla nas bardzo korzystne, gdyż podczepieni pod niemiecką lokomotywę i uzależnieni gospodarczo od Niemiec, jednocześnie pobudziliśmy naszą własną gospodarkę by stała się bardziej konkurencyjna. Ten model zależności trwał przez dłuższy czas, aż do chwili kiedy rozwój polskiej gospodarki znacznie przyspieszył i to do tego stopnia, że staliśmy się konkurentem a nie jednym z wagoników niemieckiej gospodarki (o tym jak szybki jest wzrost polskiej gospodarki - oczywiście pomijam tutaj inflację - świadczą słowa lidera brytyjskiej Partii Pracy - Keir'a Starmera, które w lutym tego roku powiedział: "Jeśli obecna polityka gospodarcza się nie zmieni, Wielkiej Brytanii grozi to, że do 2030 r. pod względem PKB na osobę zostanie wyprzedzona przez Polskę. Brytyjczycy zostają w tyle, podczas gdy nasi europejscy sąsiedzi się bogacą, zarówno na wschodzie, jak i w krajach takich jak Francja i Niemcy. Nie czuję się z tym komfortowo; nie czuję się komfortowo z trajektorią, na której wkrótce Wielka Brytania zostanie wyprzedzona przez Polskę. Nie jestem też gotów zaakceptować tego, co oznaczałyby konsekwencje tej porażki. Nie chcę Wielkiej Brytanii, w której młodzi ludzie w naszych wielkich miastach i miasteczkach nie mają innego wyjścia, jak tylko wyjechać. Drenaż mózgów, nie tylko do Londynu lub Edynburga, ale do Lyonu, Monachium i Warszawy — to nie jest przyszłość, na którą zasługuje nasz kraj". Chodź w tych słowach pobrzmiewa nieco dawnych rasistowskich odniesień do typowo brytyjskich kolonialnych wyobrażeń, to jednak należy odczytać te słowa jako jawne przyznanie się do porażki.

W latach 2010-2021 średni roczny wzrost gospodarczy Wielkiej Brytanii wynosił 0,5 proc., podczas gdy Polski - 3,6 proc., zaś wartość PKB na jednego mieszkańca w 2021 r. wynosiła w obu krajach odpowiednio 44 tys. 979 dol. i 34 tys. 915 dol. Brytyjczycy, Francuzi i oczywiście Niemcy przyzwyczaili się bowiem do świata, w którym to na Zachodzie generuje się wszelkie bogactwo, a Wschód to jest zapyziała dziura, biedny skansen gdzie po ulicach chodzą białe niedźwiedzie a na drogach jeżdżą furmanki zaprzężone w konie (pamiętam kilka lat temu wielkie zdziwienie pewnej holenderskiej dziennikarki, która przyjechała do Polski i była bardzo zaskoczona tym, że w naszym kraju żyje się tak samo, jak na Zachodzie, a w wielu kwestiach nawet lepiej. Ona się bowiem spodziewała, że przyjeżdża do jakiegoś biednego wschodniego kraju, gdzie nie ma infrastruktury a ludzie żyją pewnie tak, jak w XIX a może w XVIII wieku. To też jednak pokazuje tępotę tych ludzi, bo przecież w dzisiejszych czasach wystarczy wejść w internet i mamy wszelkie informacje na temat danego kraju. Ale stereotypy są jednak silniejsze od inteligencji). Tak więc przeświadczenie Brytyjczyków, Francuzów, Niemców a nawet i Włochów czy Hiszpanów o tym, że na Zachodzie żyje się lepiej niż na Wschodzie, wzięło się stąd, że przez co najmniej 300 ostatnich lat Europa Środkowo-Wschodnia praktycznie nie istniała, była bowiem totalnie zdominowana przez prądy moskiewsko-germańskie które narzuciły żyjącym tutaj ludom totalną niewolę. Oczywiście rozwój gospodarczy Zachodu zaczął szybko postępować od XVI wieku, gdy zaczęło napływać złoto z Nowego Świata a koloniści europejscy zasiedlali obie Ameryki. Jednak nie stało się tak od razu i były okresy w historii gdzie Wschód (mówiąc "Wschód" Mam na myśli Europę Środkowo-Wschodnią a nie to moskiewskie badziewie) był znacznie bogatszy i to zarówno gospodarczo (wystarczy sobie chociażby poczytać relacje z wjazdu do Paryża panów polskich w 1573 r. i w 1645 r. czy z wjazdu do Rzymu orszaku Jerzego Ossolińskiego z 1633 r., aby sobie to uzmysłowić) jak i kulturowo (o wpływie jaki odegrały relacje autorów polskich na powstanie angielskich dzieł światowej sławy, jak choćby twórczości Szekspira, też już wcześniej trochę pisałem). Teraz po prostu wracamy do tego okresu, który został już dawno zapomniany, ale to nie znaczy że nigdy nie istniał.




Rozwój gospodarki polskiej jest faktem i faktem jest również, że to stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla Niemiec, dla niemieckiej gospodarki, ponieważ nie może być sytuacji w której nagle pojawiają się dwie lokomotywy pędzące w różnych kierunkach. A tak właśnie się dzieje gdy nagle polski wagonik - który był przytwierdzony do niemieckiej lokomotywy - teraz awansował do roli co prawda nieco mniejszej, ale jednak silnej i rozpędzonej lokomotywy która prze w przeciwnym kierunku. No i pojawia się problem. A do tego dochodzą jeszcze inne kwestie związane z wojną na Ukrainie, z rosnącą polityczną rolą Warszawy w tym konflikcie (notabene, pamiętam 2014 r. i pierwszy atak Rosji na Ukrainę, zabranie Krymu i Donbasu. Wówczas to Niemcy i Francja stworzyły dziwny twór zwany "formatem normandzkim", w w ramach którego oba te państwa obradowały razem z Rosją i Ukrainą starając się doprowadzić do jakiegoś kompromisu. Co z tego wyszło, widać dziś bardzo czytelnie. Ale zauważmy, w tamtym czasie ani Rosja (co oczywiste i zrozumiałe) ale również Niemcy, nie wyraziły zgody na to, aby do tego formatu dołączyć Polskę, która jest kluczowym krajem na drodze do Ukrainy i bez Polski nie ma pomocy dla Ukrainy (chciałbym aby to wybrzmiało jasno - bez Polski nie ma Ukrainy, tyle). I to w sytuacji gdy w Polsce wówczas rządził bardzo pro-niemiecki rząd Donalda Tuska a potem Ewy Kopacz. Nawet wówczas Niemcy nie odważyły się uznać Polski za równoważnego partnera w tak kluczowej kwestii, jak kwestia Ukrainy. To tyle jeżeli chodzi o naszego drogiego sąsiada i przyjaciela zza Odry). Dziś już pominięcie Polski jest niemożliwe, dziś to Polska stawia warunki - mówi Niemcom co źle robią, czego nie robią i jak powinny się zachować. To jest po prostu nieprawdopodobne i ja to rozumiem, bo kraj który do tej pory był traktowany jak pod-kolonia, nagle urósł do takiej pozycji, że z niemieckiej perspektywy staje się to już nawet nie tyle frustrujące i denerwujące co po prostu jest niebezpieczne. Niebezpieczne dla niemieckiej softpower i dla niemieckich planów zdominowania Europy (w tym przypadku Unii Europejskiej), czego głównym celem jest doprowadzenie do likwidacji prawa weta. Niemcy którzy zawsze uważali się za lepszych od Polaków, nagle muszą słuchać połajanek jakichś "biedaków" ze Wschodu, których oni do tej pory mordowali (w najgorszym przypadku), a w najlepszym traktowali jak tanią siłę roboczą. Czy to nie rodzi frustracji? Czyż to nie powoduje nerwowości a nawet pewnego zagubienia, w które to wpadła niemiecka polityka po 24 lutego 2022 r. i jak widać z której próbuje, ale nie może się otrząsnąć. 

Rafał Ziemkiewicz stwierdził kiedyś że Niemcy są jak maszyna a Polska jest jak roślina, i jest w tych słowach sporo prawdy, gdyż Niemcy rzeczywiście działają jak taka dobrze naoliwiona, sprawna i szybka maszyna - nawet jak mordują to działają kompleksowo jak roboty, jak maszyny. Ale wystarczy że coś się w tym mechanizmie popsuje, kilka śrubek wypadnie, odkręci się i zaczyna się problem, zaczyna się marazm, zaczyna się zastój taki jak widzimy to obecnie. I wtedy Niemcy szybko potrzebują naprawy, bo nie wiedzą co dalej mają czynić i w którym kierunku podążać. Polska zaś jest jak roślina, gdyż w naszej historii byliśmy wielokrotnie mordowani, wynaradawiani, wysiedlani, traktowani jak niewolnicy, jak ludność podległa etc. etc. Zaborcy i okupanci zabraniali nam mówić po polsku nie tylko w szkołach i urzędach, ale również na ulicach. Mordowano nasze elity, tak aby naród pozostał bez ludzi wybitnych i wykształconych, którzy wskazywali by kierunek rozwoju. Na 123 lata państwo nasze przestało istnieć, zostało wykreślone z mapy świata, potem przyszła okupacja niemiecka i sowiecka, a potem sowieckie "wyzwolenie", które zamieniło się w 45-letnią podległość Moskwie. A potem była transformacja ustrojowa i znowu wpadliśmy pod ekonomiczną zależność Zachodu (głównie Niemiec i USA). A mimo to wciąż się odradzamy jak ten Feniks z popiołów powstajemy na nowo, dlatego też jesteśmy jak roślina, która gdy się ją wytnie, to odrodzi się na nowo w innym miejscu, wypuści nowe pędy i znów zacznie się rozwijać. Dlatego też nie należy się dziwić że Niemcy czynią wszystko, aby ten rozwój zarówno polskiej gospodarki jak i siły politycznej - odradzającej się siły politycznej - zahamować, stłamsić i znów podporządkować pod swój własny but.

Co się zaś tyczy osoby znanej jako prof. Jan Grabowski, będący kimś w rodzaju historyka Holokaustu (o tym kim są historycy Holokaustu szczególnie na amerykańskich uczelniach wyższych, pisał kiedyś Richard C. Lukas, mówiąc że w USA historycy dzielą się na historyków II Wojny Światowej i historyków Holokaustu, jedni starają się opierać swoje badania na faktach i szukają źródeł z których czerpią swoje informacje, inni zaś szukają potwierdzenia już istniejących zasad i twierdzeń, czyli szukają źródeł "pod tezę", a jeśli takowych nie ma, to należy je stworzyć. I tym właśnie m.in. zajmuje się prof. Jan Grabowski. Jeśli zaś tezą jest, że trzeba mówić o tym, że Polacy mordowali Żydów w czasie Holokaustu, albo że współpracowali z Niemcami w mordowaniu Żydów - bo taka narracja na razie panuje, ale już coraz bardziej przechodzi się w narrację że to Polacy sami mordowali Żydów, natomiast Niemcy się przypatrywali, biernie patrzyli jak ta "wschodnia dzicz" morduje - to wówczas trzeba zrobić wszystko żeby taką tezę uprawomocnić, a żeby to uczynić to można nawet zmieniać fakty, zastępować je kłamstwami,mitami, wyrwanymi z kontekstu słowami które zupełnie odwracają znaczenie danych wydarzeń. 


JAN GRABOWSKI



Pięknie wyjaśnił to dr. Piotr Gontarczyk, który od lat śledzi "naukową" działalność Grabowskiego, Engelking i Grossa. Podczas niedawnego wywiadu stwierdził iż: "On (Grabowski) zabiera głos jako historyk, badacz Holocaustu. Problem o uzasadnienie jego uczestnictwa w debacie publicznej, to kwestia jego prac naukowych. Dla mnie jego publikacje są kompletnie niewiarygodne. Dopuszcza on się tam takich rzeczy, które się filozofom nie śniły. Gdybym u studentów znalazł takie rzeczy, jakie robi pan Grabowski ze źródłami, to niestety skończyłoby się natychmiastowym "wylotem" ze studiów. To są rzeczy w nauce niedopuszczalne: skracanie cytatów w sposób całkowicie zmieniający ich treść; są cytaty, które pan Grabowski skleja z różnych źródeł; są cytaty, które w publikacjach pana Grabowskiego mają charakter zmieniony na taką wersję historii, jaka mu się podoba. Żebym znalazł jeden, dwa, trzy takie przypadki. Niestety ta kolekcja to są dziesiątki, gdzie nawet w cytatach są pozmieniane pojedyncze poszczególne słowa. Oczywiście to wszystko w jedną stronę, niekorzystnie dla Polaków. Pan Grabowski nie jest wiarygodnym naukowcem. W swoich publikacjach robi rzeczy, które nigdy nie powinny się w nauce zdarzyć". W innym zaś w wywiadzie przyznaje: "Publikacje prof. Grabowskiego nie kwalifikują go do udziału w poważnej debacie. (...) Publikacje Jana Grabowskiego z ostatnich lat, które prześledziłem, nie mieszczą się w żadnych ramach poważnego piśmiennictwa naukowego. Dysponuję pokaźną kolekcją cytatów jego prac, które mają inną treść niż w oryginale. Są one zniekształcane, przeredagowywane, zamieniane są w nich pojedyncze, acz kluczowe słowa, jeszcze inne są "docinane nożyczkami" tak, że mają zupełnie inną treść i sens niż w oryginale. To są rzeczy w nauce kompletnie niedopuszczalne. Publikacje tego autora nie kwalifikują go do udziału w żadnej poważnej debacie. Przywiązywanie jakiejkolwiek wagi do wygłaszanych przez niego opinii i sądów jest po prostu nieuzasadnione i niecelowe. Intencji tego rodzaju działań mogę się tylko domyślać, ponieważ te zmiany poczynione w źródłach przez samego Grabowskiego oraz prezentowaną przez niego tzw. nową polską szkołę badań Holokaustu (Barbara Engelking et consortes) idą w jednoznacznym kierunku. Z jednej strony systematycznie znikają ze źródeł informacje niekorzystne dla Żydów, a z drugiej strony, i to wydaje się tu najważniejsze, wszystko jest tu "poprawiane" w źródłach tak, że wychodzi skrajnie negatywny fałszywy obraz postaw Polaków. Dosłownie tysiące żydowskich ofiar zamordowanych przez Niemców są tu "przepisywane" (lub z nich czyni się współwinnymi ich śmierci bez żadnych merytorycznych postaw) na Polaków. Tu widać prostą zasadę: im gorzej się Polaków opisze, tym lepiej. To jest bardzo wyraźne celowe działanie. Nie można się pomylić kilkaset razy tylko w jedną stronę. (...) Jedną z ostatnich książek pan Jan Grabowski poświęcił tematyce tzw. policji granatowej. Ta książka jest już sumą galopującego systemu przekręcania i fałszywego relacjonowania źródeł historycznych a nawet własnych, poprzednich publikacji. To zupełnie ekstremalny przypadek, jaki analizowałem. Książka ta została wydana przez pana Jana Grabowskiego jako stypendystę niemieckiej fundacji. Zwracam uwagę na to, że publikacje Grabowskiego, wydawane pod jego redakcją, w sposób nieuprawniony, jak już wspomniałem, przepisują winę za liczne zbrodnie dokonane przez Niemców na konto Polaków. Zachodzi tu pytanie, czy Niemiecki Instytut Historyczny działał w ramach nauki i działań otwartego społeczeństwa czy jest to jednak promocja karykaturalnej, zupełnie nieprawdziwej wizji historii przez niemieckie instytucje w Polsce. To jest pytanie do tejże instytucji".

Cóż tutaj dodać sprawa jest jasna i nad wyraz czytelna. Zarówno Niemcom jak i członkom społeczności żydowskiej, którzy myślą że coś ugrają na antypolonizmie (i przypisywaniu Polakom zbrodni na Żydach, podczas gdy z naszego kraju pochodzi najwięcej ludzi ratujących Żydów w czasie niemieckiej okupacji i jest to jedyny kraj - tak, JEDYNY KRAJ, gdzie realnie za pomoc Żydom groziła kara śmierci i to dla całej rodziny, nie tylko dlatego kto go ukrywał, a czasem nawet i dla całej wsi) jest ze sobą po drodze. Zresztą Grabowski, Engelking czy Gross (i im podobni na uniwersytetach w USA czy w Europie Zachodniej, tak zwani "historycy Holokaustu"), to często ludzie o mentalności rasistowskiej, czego dowodem jest choćby przykład Barbary Engelking, która kilka lat temu stwierdziła podczas jednego z wywiadów, że śmierć Polaka to była "kwestia biologiczna, śmierć jak śmierć", coś naturalnego, normalnego (prawie jak bydło - choć tego nie dodała), ale śmierć Żyda to coś niezwykłego, to spotkanie z najwyższym, to wzniosła chwilą itd. jeśli to nie jest rasizm w czystej postaci, to cóż nim jeszcze może być?


BARBARA ENGELKING



Zatem do pewnego stopnia rozumiem Grzegorza Brauna, który wziął udział w tym spędzie nienawistników, ludzi często wręcz genetycznie nienawidzących Polaków, iż mogły puścić mu hamulce i się po prostu zdenerwował, czyniąc to co uczynił. Ale Grzegorz Braun to jednocześnie człowiek bardzo spokojny, dosyć inteligentny i jeśli czyni takie eventy (pamiętam jak odwiedzał Ministerstwo Zdrowia w czasie pandemii i celowo nie zakrywał twarzy maseczką -  notabene ja również tak czyniłem, ale to nie znaczy że jesteśmy tutaj z Grzegorzem Braunem w jakiejś komitywie ideologicznej) to czyni to zapewne w jakimś celu, A cel jest raczej jasny -  dobrze mu się żyje jako posłowi i chciałby przedłużyć swoją karierę poselską w Sejmie, a ponieważ zbliżają się wybory na jesieni tego roku, to takie akcje zapewnią mu zwolenników i pozwolą ponownie zdobyć mandat, i to według mnie jest głównym powodem owego show które uczynił Braun w Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie podczas tak zwanego wykładu tak zwanego profesora Jana Grabowskiego.





A TUTAJ DŁUŻSZY FRAGMENT TEGO INCYDENTU