Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 13 sierpnia 2023

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLIV

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXIII




PRZEJAŻDŻKA SUŁTANA PO BOSFORZE




ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XVII



GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE
Cz. II


 Cesarz Karol V spędził u boku swego brata Ferdynanda Habsburga w Innsbrucku cztery dni (9-12 lipca 1543 r...). Już kiedyś był w tym mieście trzynaście lat wcześniej (wkrótce po swej cesarskiej koronacji w Bolonii). Od tamtego czasu to miasto niewiele się zmieniło, chociaż cesarz i tak większość czasu spędzał w otoczeniu rodziny, odpoczywał, ponownie się relaksował zrzucając z siebie ciężar władzy. Tyle zmartwień trapiło jego głowę i w Innsbrucku odnalazł znów kilka dni spokoju. Niestety, nie było czasu na dłuższy odpoczynek, należało bowiem czym prędzej ruszyć w dalszą podróż ponieważ stawką tej zbliżającej się kampanii było nie tylko ocalenie Niderlandów przed kolejnymi łupieżczymi najazdami Francuzów, ale przede wszystkim ostateczny triumf Cesarstwa nad francuskim lisem - Franciszkiem Walezjuszem, sojusznikiem osmańskiego antychrysta Sulejmana. 12 lipca cesarz opuścił więc to spokojne tyrolskie miasto i udał się w dalszą - męczącą - drogę przez Niemcy. 22 lipca dotarł do Stuttgartu, a dopiero 12 sierpnia do Moguncji. Podróż była długa i uciążliwa i nie chodziło tylko o upalną pogodę do której zresztą Hiszpanie byli przyzwyczajeni, ale o ogólne bezpieczeństwo (chociaż maszerowano głównie przez kraje katolickie), dlatego też robiono częste i dosyć długie postoje. 20 sierpnia cesarski orszak wojskowy dotarł do Bonn, 50 km. od tego miasta znajdowała się twierdza Düren, należąca do sojusznika Franciszka, księcia Cleves. Twierdza była dobrze umocniona i obsadzona silną załogą, gdyż książę Cleves spodziewał się ataku Karola V (jako że należał do jego najbardziej radykalnych przeciwników w Rzeszy). Cesarz musiał się śpieszyć, gdyż była już końcówka lata, a potem przyjdą jesienne słoty i trzeba będzie znowu zawrzeć zimowy rozejm. 22 sierpnia podszedł więc pod Düren z 45 000 piechoty i 6500 jazdy w skład których wchodzili zarówno Hiszpanie, Włosi, Niemcy, Flamandowie oraz Walonowie księcia Orańskiego. 24 sierpnia nad ranem artyleria cesarska rozpoczyna ostrzał tej twierdzy, a po południu następuje szturm. Dopiero przy trzecim szturmie podjętym tego samego dnia już pod wieczór, udaje się Hiszpanom wedrzeć do twierdzy - i zaczyna się masakra obrońców oraz mieszkańców (cesarz karze oszczędzić jedynie kobiety i dzieci).

To niesamowicie szybkie zwycięstwo, prawdziwy ówczesny blitzkrieg, a także zmasakrowanie obrońców twierdzy Düren, podziałało niczym kubeł zimnej wody na pozostałe twierdze w tym regionie. Tak więc kilka dni później kolejno poddawały się bez walki: Jülich i Roermund, a gdy na początku września 1543 r. cesarz rozbił swój obóz naprzeciwko twierdzy Venloo w której znajdował się książę Cleves - ten, nie widząc szansy na francuską odsiecz, poddał się Karolowi V (7 września książąt Cleves upadł na kolana przed siedzącym na tronie cesarzem Karolem V i oddał mu swój miecz). Był to duży sukces cesarza, zmusił bowiem do kapitulacji jednego z najbardziej radykalnych krytyków jego polityki w samej Rzeszy i sojusznika Francuzów, mógł więc czuć się zwycięzcą tej  kampanii roku 1543, jeszcze przed ochłodzeniem i pojawieniem się pierwszych śniegów. Do najwybitniejszych doradców armii cesarza Karola V należeli wówczas - tam pod Venloo - włoski szlachcic i z nadania Karola wicekról Sycylii - Ferrante Gonzaga, Hiszpan, kapitan Alvaro dr Sande oraz Wilhelm Orański. Ci dowódcy - jak i przede wszystkim sami żołnierze - których przywiódł ze sobą cesarz Karol V, budzili prawdziwe przerażenie wśród okolicznych mieszkańców miast, a ci, którym udało się w jakiś sposób wydostać z twierdzy Düren,  opowiadali o Hiszpanach niestworzone historie, mówiąc że nie walczyli z ludźmi ale z samymi diabłami, że Hiszpanie są mali i o nieco przysmalonej skórze, ich paznokcie przypominają szpony, ich oblicza są obrzydliwie nieludzkie a oni sami przyklejali się do murów i ścian budynków niczym nietoperze. To wszystko budziło prawdziwe przerażenie i powszechną niechęć do walki z najeźdźcami i ludzie - aby uniknąć zniszczeń oraz prawdopodobnej rzezi - woleli już się poddać. Teraz "Cezar" ponownie odzyskał pewność siebie - nieco nadwątloną po klęsce w Algierze - i był przekonany że wystarczy jeszcze tylko mały wysiłek, trzeba tylko docisnąć jeszcze Franciszka i zmusić go do zawarcia pokoju na warunkach dogodnych dla Cesarstwa, a cała kampania - a co za tym idzie ta wojna - zakończy się pełnym sukcesem. Optymistyczne były również wieści z Hiszpanii, które słał cesarzowi przewodniczący Królewskiej Rady Kastylii - Ferdynand Valdes.




Z początkiem sierpnia 1543 r.- po długim postoju w Prowansji (który to wpływał deprymująco na osmańskiego wielkiego admirała - Hizir Reisa Barbarossę - o czym pisałem już w jednej z poprzednich części), wreszcie wyruszyła w morze owa francusko turecka flota. Francuzami dowodzili Diuk d'Enghien (18 okrętów), kapitan Polin, baron de La Gardie (prowansalscy ochotnicy) i Leone Strozzi (toskańscy sojusznicy), a cała wyprawa skierować się miała przeciwko Nicei - stolicy księstwa Sabaudii, będącej we władaniu księcia Karola III Dobrego. 5 sierpnia flota ta dobiła do Villefranche, skąd kapitan Polin wydał odezwę do mieszkańców Nicei aby poddali się królowi Franciszkowi Walezjuszow, gdyż - jak twierdził - w interesie mieszkańców powinno być pozostanie we władzy silnego króla który mógłby zapewnić im bezpieczeństwo, niż trwanie u boku słabego księcia. Obrona twierdzy nicejskiej była nieliczna, składała się z ok. 300 żołnierzy piechoty i sześciu kompanii arkebuzerów, mimo to Nicejczycy odrzucili ultimatum barona de la Gardie, co doprowadziło do tego, że 6 sierpnia Turcy podjęli pierwszy szturm murów miasta. Wydawałoby się że przy tak nielicznej obronie tego jakby nie było dużego miasta, uda się Turkom szybko przełamać siłę obrońców. Okazało się jednak że nie jest to wcale takie proste, a osmański szturm został odparty przy dość dużych stratach jakie ponieśli poddani sułtana Sulejmana. Mimo to kapitan Polin wystosował drugie ultimatum do mieszkańców miasta, żądając w nim bezwarunkowej kapitulacji i podporządkowania się królowi Franciszkowi, w przeciwnym razie - jak groził - miasto zostanie zniszczone, a ludność oddana w niewolę Turkom. Włoski poseł który przyniósł władzom miejskim tę oto wiadomość (Giovanni Benedetto Grimaldi), został uwięziony, wychłostany a następnie powieszony - i taka właśnie była odpowiedź mieszkańców na francuskie ultimatum. Hizir Reis tym razem jednak nie podejmuje się kolejnego ataku, a wręcz przeciwnie, twierdzi że miasto trzeba otoczyć ścisłym kordonem i zmusić do kapitulacji głodem. Tak też się dzieje, ustawione zostają trzy reduty: jedna na wzgórzu Cimiez, druga na zboczach góry Boron i trzecia na zboczu Mont-Gros.




Kolejne dni nie przynosiły jednak istotnej zmiany dla atakujących, chociaż mury Nicei były nieustannie bombardowane zarówno z armat ustawionych na lądzie jak i z morza. Dopiero 15 sierpnia udało się tureckim galerom dokonać wyłomu w murach sabaudyjskiego miasta (120 galer nieustannie pluło kulami w jedno miejsce, nieopodal bramy Pairoliere i dzięki temu udało się poczynić ów wyłom). Wówczas do ataku ruszyli Turcy, Toskańczycy i Prowansalczycy wdzierając się przez wyrwę w murze sieją popłoch wśród obrońców, którzy poczynają ustępować. Wydawało się że Nicea tym razem już upadnie, ale wówczas zdarzył się prawdziwy cud. Oto pewna kobieta - zwykła praczka o imieniu Catherine Segurane, widząc że żołnierze poczynają ustępować pod naporem atakujących, sama rzuca się na tureckich żołnierzy ze zwykłą kijanką w ręku (dla tych co nie wiedzą wyjaśnię, że było to urządzenie służące do ubijania lub oklepywania mocno namoczonej odzieży). Ci, nie spodziewając się ataku kobiety (tym bardziej nieposiadającej żadnej broni), stają jak wryci, co wykorzystuje owa Katarzyna wyrywając jednemu z Turków sztandar, który ten miał już zatknąć na szczycie murów i wymachując nim mobilizuje do ataku pozostałych obrońców. Tak oto napastnicy ponownie zostają odparci, tracąc w walce 300 zabitych i nieznaną liczbę rannych. Po początkowym zdezorientowaniu i zdziwieniu faktem, że pokonani zostali tak naprawdę przez kobietę, ani Turcy ani Francuzi nie zamierzają jednak zaprzestać kolejnych ataków i znów rozpoczyna się bombardowanie miasta oraz następne nieudane (lecz nieustannie ponawiane) szturmy. Straty wśród obrońców też zaczynają rosnąć i gdy kończy im się amunicja a rannych wciąż przybywa, postanawiają ostatecznie poddać się królowi Franciszkowi, ale pod warunkiem zachowania życia i własnego majątku. Francuzi są skłonni przystać na tę propozycję, ponieważ im realnie zależy na zdobyciu miasta, ale Turcy mają co do tego odmienne zdanie. Im nie zależy na tym, aby Nicea wpadła pod władzę króla Francji, im zależy na zdobyciu i obrabowaniu miasta, oraz wzięciu ludności w jasyr - co miałoby ostatecznie zrekompensować straty, jakie tutaj ponieśli. Wybuchł więc konflikt pomiędzy dotychczasowymi sojusznikami, a Turcy zamierzali teraz uderzyć na cytadelę i dzięki temu próbować opanować miasto od tej strony (20 sierpnia).

Francuzi ostatecznie zapragnęli przyłączyć się do tego ataku, ale nagle okazuje się że brakuje im prochu. Barbarossa wpada we wściekłość i wykrzykuje na cały głos: "Te niewierne psy woleli załadować w Marsylii na statki wino niż rzeczy potrzebne do prowadzenia wojny". Nie zamierza też Hizir Reis więcej patyczkować się z Francuzami i postanawia zakuć francuskich dowódców w kajdany na własnym statku. Nim jednak do tego doszło, w ręce sprzymierzonych wpadła wiadomość wysłana dowódcy obrony miasta od księcia Sabaudii Karola Dobrego, w której władca prosił komendanta, by ten wytrzymał jeszcze parę dni zanim nadejdzie odsiecz. Francuzom odechciało się dalszej walki, Turkom zresztą też, tym bardziej że sojusznik sprawiał więcej problemów niż pożytku. Nim jednak odpłynięto od brzegów Nicei, kapitan Polin otrzymał wiadomość o zbliżaniu się do Villefranche hiszpańskiej floty pod wodzą Andrea Dorii i tą wiadomość przekazał Barbarossie, pragnąc go przekonać do zaatakowania Hiszpanów na morzu. Hizir Reis początkowo rzeczywiście zamierzał wykorzystać tę wiadomość i wyruszył na spotkanie nieprzyjacielskiej floty, ale gdzieś na wysokości Antibes zatrzymał się i zrezygnował z ataku. Francuzi byli tym nieco zaskoczeni, ale Barbarossa uczynił tak aby odpłacić się Dorii za jego gest, jaki ten poczynił w Prewezie w 1538 r. Wówczas Doria odpłynął po pierwszych sukcesach tureckich, chociaż mógł kontynuować walkę dalej i dzięki temu Barbarossa stał się wielkim zwycięzcą tej bitwy. W tamtych czasach pojęcie honoru i wdzięczności - nawet pomiędzy ludźmi innej wiary - było bardzo silne, a szczególnie wśród tych, którzy parali się taką samą profesją. Barbarossa więc odpuścił Dorii z wdzięczności za tamta bitwę i skierował się do portu w Tulonie, gdzie król Franciszek zaproponował mu bezpieczny postój na zimę. Nicea zaś przetrwała, obroniła swą niezależność i sprzymierzeni nie osiągnęli tutaj żadnego zamierzonego wcześniej celu. Opór i determinacja obrońców okazała się zbawienna, a czyn i postawa Katarzyny Segurane został zapamiętany przez historię (pomimo jej niskiego pochodzenia społecznego i faktu - który był determinujący mimo wszystko - iż była niewiastą, to dlatego jej atak spowodował takie zdziwienie wśród Turków iż praktycznie w miejscu oniemieli).




Nieliczne okręty francuskie zaatakowały też niewielkie asturyjskie miasto Luarka w Hiszpanii, ale również bez powodzenia. Miejscowi również bronili się dzielnie i zatopili jeden francuski statek, oraz wzięli do niewoli dziewięciu francuskich marynarzy (zostali oni następnie wychłostani i obcięto im uszy, na co wspomniany wyżej Ferdynand Valdes pytał się w liście do cesarza Karola czy nie postąpiono z nimi jednak zbyt okrutnie). Informacje te były bardzo korzystne dla Karola V, a jeszcze korzystniejsze dla niego okazało się oburzenie chrześcijańskiej Europy na fakt, iż arcykatolicki król Francji pozwolił muzułmanom przezimować w Tulonie (oczywiście wcześniej cała ludność została wysiedlona na rozkaz króla, gdyż - jak głosił królewski nakaz - "Nie przystoi mieszkańcom zostać na miejscu i dbać o naród turecki"). Oburzenie jednak na postępowanie Francuzów, a szczególnie króla Franciszka było bardzo silne i to do tego stopnia, że cesarz wręcz uważał że jeszcze tego samego 1543 r. na fali owego oburzenia będzie mógł wkroczyć do Francji i zająć Paryż jako obrońca religii Chrystusowej. Tak więc cesarz Karol V rozpoczął przygotowania do jesiennej inwazji na Francję. A tymczasem w opuszczonym Tulonie ("opuszczonym" nie znaczy że nie było tam żadnych Francuzów, a wręcz przeciwnie, gdyż miasto zostało jedynie opróżnione z mieszkańców, ale w tamtejszym porcie wciąż kotwiczyły francuskie okręty barona de la Gardie i innych królewskich oficerów) Barbarossa zachowywał się jak zdobywca który zajął miasto - lecz niczego nie niszczył i nie rabował - utrzymując jednocześnie ścisłą dyscyplinę wśród swoich żołnierzy. Francuzi byli pod wielkim wrażeniem dyscypliny jaka panowała wśród Turków, gdzie każdy znał swoje miejsce, wiedział jaką pracę ma wykonać i to czynił. Ponieważ flota francuska i osmańska kotwiczyła w jednym porcie, starano się w jakiś sposób zakopać niedawny topór wojenny i oficerowie poczęli przekazywać sobie najróżniejsze prezenty (często ze złota i srebra). Poza tym flota turecka pozostawała na utrzymaniu skarbu francuskiego i co miesiąc Barbarossa otrzymywał z tego tytułu 30 000 dukatów. (Nie mówiąc już o dostarczaniu obfitego jadła, istnieje bowiem długa lista produktów jakie Francuzi dostarczali na stół kapudana paszy, a były wśród nich kurczęta, koźlęta, króliki i oczywiście owoce). To wszystko bardzo mocno obciążało francuski budżet, a król starał się część tej sumy scedować na lokalnych książąt oraz hrabiów (np. hrabia Strozzi aby wywiązać się z tego zadania mocno się zapożyczył), nie mówiąc już oczywiście o miastach i wsiach, które również musiały płacić za pobyt Turków na francuskiej ziemi.




W czasie gdy nie toczono wojny Turcy byli tylko utrapieniem i nie chodzi już nawet o sam fakt łożenia na nich ogromnych sum pieniędzy oraz dostarczania im znacznych ilości upolowanych zwierząt. Przede wszystkim jednak Francja bardzo mocno na tym układzie traciła wizerunkowo, a w czasach gdy religia stanowiła realną podstawę życia każdego mieszkańca (bardziej bowiem utożsamiano się z daną religią, niż z państwem, królem czy narodowością). Tym bardziej iż szpiedzy króla Franciszka informowali go, że Karol V szykuje się do jesiennej inwazji na Francję. Francuzi znaleźli się w prawdziwym klinczu, nie mogli bowiem użyć Turków jako sojuszników w walkach na lądzie - a teraz taki właśnie front stawał się najważniejszy - jednocześnie ponosili ogromne koszty utrzymania ludzi, którzy byli śmiertelnymi wrogami wiary wyznawanej na kontynencie europejskim, a co za tym idzie Francja spadała do roli pomocnika "Belzebuba Sulejmana, wroga religii Chrystusowej". Nic więc dziwnego że Francuzi coraz częściej i coraz bardziej otwarcie starali się informować Barbarossę, że już nie musi im pomagać i może wreszcie odpłynąć do siebie. Problem polegał tylko na tym, że Hizir Reis nie widział obecnie korzyści w odpłynięciu z Francji, a wręcz przeciwnie - nie musząc narażać życia swoich żołnierzy otrzymywał pokaźne pieniądze, to tak jakby nic nie robiąc wciąż dostawał łupy za to tylko że jest - tylko głupi nie chciał by z tego korzystać maksymalnie jak najdłużej. Nic więc dziwnego że zaczęło dochodzić do kilku nieprzyjemnych incydentów, z których najpoważniejszym było zabójstwo dwóch Turków w Conil koło Busset (poza tym francuscy kronikarze zaczęli wymyślać historie o porwaniach mężczyzn, kobiet i dzieci, torturach i zabójstwach jakich mieli dokonywać Turcy. Nie miało to jednak żadnego potwierdzenia w rzeczywistości, ponieważ Francuzom bardzo zależało na tym, aby Turcy wreszcie odpłynęli z ich ziemi i w tym celu można było tworzyć najróżniejsze teorie spiskowe. Turkom się jednak nie spieszyło, gdyż nie tylko zyskiwali na tym materialnie, ale również Prowansja zaczęła im się po prostu podobać (np. Sinan Cavus - turecki kronikarz który opisywał wyprawę Barbarossy do Francji, nie mógł się nachwalić pięknem tamtejszej przyrody i zapachem kwiatów oraz śpiewem ptaków - szczególnie słowików).




Sytuacja powoli stawała się nie tylko nieprzyjemna ale wręcz niebezpieczna dla Francji i nie chodzi wcale o obawy przed planowaną inwazją cesarza Karola V (można by nawet rzec, iż owa inwazja w najmniejszym stopniu spędzała sen z powiek króla Franciszka). Znacznie poważniejsze było wykluczenie Francji z grona państw chrześcijańskich, a to już było poważne niebezpieczeństwo o skali wręcz egzystencjalnej. Coraz więcej francuskich dyplomatów przekonywało się o tym dosłownie na własnej skórze (jak choćby kardynał du Bellay, który gdy przybył na sejm Rzeszy w Spirze, nie tylko nie został dopuszczony na obrady, ale wręcz zakomunikowano mu otwarcie że tutaj uważa się króla Francji "za takiego samego wroga chrześcijaństwa jakim jest Turek"). W tym czasie król Franciszek podróżował pomiędzy Paryżem a pałacem w Fontainebleau (gdzie w tym czasie znajdowała się Gioconda - namalowana przez Leonarda da Vinci, czyli sławna po dziś dzień Mona Lisa, nabyta przez dwór francuski w 1500 r. za 4000 złotych talarów we Florencji. Notabene warto by było kiedyś przedstawić pełną listę wynalazków Leonarda da Vinci wraz z ich opisem. Mam ją gdzieś spisaną i skatalogowaną tylko muszę poszukać, w każdym razie facet miał głowę, w tamtych czasach opracować prototyp samolotu, okrętu podwodnego a nawet armii robotów przypominających rycerzy, którzy walczyliby w bitwie zamiast prawdziwych ludzi - prawdziwy szacun. Istnieje też ciekawa teoria na temat owego geniuszu Leonarda, która mówi że ten człowiek był po prostu przybyszem z przyszłości który się "zaplątał" w średniowieczu i nie mógł powrócić do swoich czasów. Oczywiście teoria ta musiałaby automatycznie zaprzeczyć geniuszowi owego człowieka, ale trzeba powiedzieć że jednak mimo wszystko nie ma aż takich zbiegów okoliczności, a w przypadku Leonarda tych wynalazków było mnóstwo, zaś część z nich w dzisiejszych czasach jest jeszcze mało możliwa do realizacji, tak więc wciąż pozostaje ten element niepewności). 




Król Franciszek przebywał również chętnie na Zamku w Chambord (po raz ostatni przed swą śmiercią w końcu 1545 r.), który sam kazał zbudować (prace rozpoczęły się w 1523 r.). Tam właśnie ów dobiegający pięćdziesiątki monarcha o dużym orlim nosie, obwisłych policzkach i małych oczach (nigdy nie był zbyt przystojny, ale z wiekiem rzeczywiście coraz bardziej uwidaczniała się jego fizyczna brzydota, chodź wrodzona elegancja i niesamowity czar jaki otaczał jego osobę, skutecznie te fizyczne mankamenty zakrywały), wpadł na pomysł jak wreszcie pozbyć się z Francji przykrego "sojusznika".




CDN.

sobota, 12 sierpnia 2023

LIBERATOR... - Cz. I

NIE KAŻDY CEZAR MA SWEGO BRUTUSA, 

ALE KAŻDY JUSTYNIAN MA SWEGO BELIZARIUSZA!




 Użyte przeze mnie w nagłówku słowa, są moją prywatną opinią na temat wybitnych ludzi w dziejach świata, którzy choć nie zawsze byli pozbawieni życia w wyniku jakichś wstrząsów politycznych czy przewrotów "pałacowych", to jednak zawsze musieli zmagać się z obecnością u swego boku ludzi prawie tak samo wielkich jak oni, a częstokroć nawet sławniejszych. Taka opinia przyszła mi do głowy analizując życiorys Louisa Nicolasa Davout'a - bez wątpienia najgenialszego marszałka napoleońskiej Francji, któremu zazdrościł (a nawet w pewien sposób jego sławy się obawiał) sam wielki Cesarz. I rzeczywiście Marszałek Davout wydaje się, że militarnie był większym geniuszem od Bonapartego - tak więc obawy cesarza nie były wcale bezpodstawne (a jak wiadomo nikt nie lubi konkurencji, szczególnie w dziedzinie, w której sam uważa się za mistrza). W polityce (szczególnie w polityce, ale nie tylko) już tak jest, że jeśli ktoś może rzeczywiście zagrozić pozycji pełniącemu dotąd władzę "cezarowi", staje się automatycznie jego konkurentem do władzy i przeciwnikiem (a niekiedy nawet wrogiem), dlatego też ci najbardziej pozbawieni skrupułów, moralności i sumienia "cesarze" - fizycznie eliminowali takich przeciwników.

Na przykład Stalin pod koniec swego życia wpadł już w taką paranoję, że praktycznie każdego ze swego otoczenia podejrzewał o spisek. Być może jednak wcale nie było w tym większej przesady, ponieważ duża część sowieckiego establishmentu po prostu się Stalina obawiała i wyczekiwali oni chwili, kiedy wreszcie ta bestia wyda swoje ostatnie tchnienie - a niektórzy prawdopodobnie pomogli Stalinowi opuścić ten padół. Gdy więc dyktator stracił przytomność po nocnej popijawie (z 4 na 5 marca 1953 r.) w Kuncewie i gdy wszyscy goście rozjechali się już do domów, osobisty strażnik ochrony Stalina pukając do jego drzwi i nie otrzymując żadnej odpowiedzi, odważył się wreszcie wejść do środka (miał facet jaja, mogło się to bowiem dla niego skończyć egzekucją, tak jak dla tego żołnierza, który, aby nie budzić towarzysza Stalina odgłosem żołnierskich butów na kremlowskim korytarzu, założył na te buty wełniane onuce zrobione mu przez żonę na drutach. Stalin - gdy nie słyszał kroków żołnierza na korytarzu - wpadł w popłoch. Wezwał tego żołnierza do siebie, porozmawiał z nim i gdy usłyszał że owe onuce włożył po to, żeby nie budzić wodza podczas snu swoimi krokami, Stalin uśmiechnął się do niego, podziękował mu i pożegnał. Na drugi dzień zaś tego żołnierza aresztowało NKWD i natychmiast rozstrzelało. Stalin bowiem czuł się bezpiecznie tylko wtedy, kiedy słyszał nie tylko kroki, ale gwar swoich żołnierzy, bo wtedy był pewien że jest w miarę bezpieczny. Natomiast gdy ich nie słyszał, to obawiał się że taki żołnierz mógłby go zamordować - choćby podczas snu. Jak to się mówi, niestety dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane). 




Tak więc gdy ów szef osobistej ochrony Stalina wszedł do jego gabinetu, zastał "wodza" leżącego na podłodze przy łóżku, Stalin już się nie ruszał, choć jeszcze coś rzęził pod nosem. Przerażony oficer - zamiast od razu wezwać lekarza - najpierw zadzwonił do Berii (obawiał się bowiem podjęcia decyzji bez konsultacji z "wyższymi czynnikami"). Beria kazał mu przestać panikować i odłożył telefon. Po jakimś czasie jednak ów szef ochrony Stalina po raz drugi zadzwonił do Berii, ponieważ stan zdrowia Stalina nie poprawiał się, a wódz już w ogóle nie kontaktował (ustało nawet owo rzężenie), poprosił też towarzysza Berię o jak najszybszy przyjazd do daczy Stalina w Kuncewie. Tak też się stało, była jeszcze noc 5 marca 1953 r. gdy kierowca służbowym autem przywiózł kompletnie pijanego Berię. Ten nachylił się nad głową Stalina, popatrzył na niego, po czym ledwo trzymając się na nogach mocno zrugał szefa ochrony osobistej wodza, informując że "Towarzysz Stalin śpi i nie należy go budzić do rana". Zakazał też wzywać lekarza, po czym odjechał do siebie. Lekarza wezwano dopiero po kilku godzinach nad ranem, było już za późno - Stalin już nie żył. Większość prominentnych członków aparatu partyjnego Komunistycznej partii Związku Sowieckiego odetchnęła z ulgą. Ten, który dotąd trzymał całe państwo w okowach strachu i terroru zakończył swój żywot.




W tej jednak serii - którą nazwałem "Liberator", nie zamierzam pisać ani o Stalinie, ani o Berii, ani też o Napoleonie czy marszałku Davout'e. W tej serii zamierzam przenieść się do okresu historycznego który co prawda już rozpocząłem w jednym z tematów, ale dotyczy on większego zagadnienia niż ten który chciałbym tutaj przedstawić. Mianowicie chciałem napisać o człowieku, któremu rzeczywiście należy się przydomek "liberator", ponieważ to właśnie on wyzwolił szereg terenów, które niegdyś należały do Imperium Romanum, a które w czasach kryzysu V wieku odpadły od Cesarstwa Rzymskiego. Mam tutaj oczywiście na myśli owego przytoczonego przeze mnie w nagłówku wodza cesarza Justyniana Wielkiego - Belizariusza i wszystko co bezpośrednio związane jest z jego osobą. Może też nie jestem zbyt sprawiedliwy pisząc jedynie o samym Belizariuszu, bowiem trzeba też pamiętać że są ludzie, którzy często z pozoru wydają się nie pasować do pewnych ról które nakłada na nich los, a którzy wywiązują się potem z tych zadań w sposób wręcz wyborny. Taką osobą był na przykład Narses, inny sławny wódz Justyniana. Ten eunuch bowiem, który większość życia spędził wśród kobiet, zajmując się układaniem kwiatów i wyborem materiałów na stroje i suknie i który swą posturą w żadnym razie nie przypominał wojownika, potem odznaczył się jako dzielny i niezwykle skuteczny wódz, i to tak naprawdę w dużej mierze opanowanie Italii w latach 50-tych VI wieku naszej ery było właśnie jego udziałem. Postaram się więc - opowiadając o samym Belizariuszu - nie pominąć jednak Narsesa, i gdy tylko będzie można nieco więcej napiszę również o tym człowieku, ponieważ tak to już w życiu jest że nie zawsze to, co wydaje się na pierwszy rzut oka niewłaściwe lub niepasujące do pewnych utartych schematów - rzeczywiście takowym jest. Narses nie miał żadnego wyszkolenia wojskowego, był bowiem niewolnikiem, potem wyzwoleńcem któremu odebrano męskość. Jednak odznaczał się wybitną inteligencją i to, czego osobiście nie doświadczał w praktyce, starał się uzupełniać wiedzą teoretyczną. 

Historia skrywa wiele takich postaci, ludzi wybitnych którzy odznaczali się w swoich czasach inteligencją i odwagą, a jednocześnie zawsze mieli trochę tego przysłowiowego szczęścia w życiu. Nie wszystkie te postaci są znane do dziś, wiele pokryły piaski czasu, inne nie miały tyle szczęścia aby napotkać na swej drodze ludzi, którzy opowiedzieliby potem ich historię. Uważam jednak że warto doceniać ludzi którzy wyrośli pomimo przeciwności losu, otoczenia w którym żyli oraz ludzi którzy gotowi byli ich zniszczyć tylko za to że nie należeli do pewnej grupy społecznej, pewnego środowiska politycznego, albo też pozbawieni byli finansowego wsparcia, a co za tym idzie realnie skrzydeł dających wolność. Mimo to ci ludzie pokonali trapiące ich przeciwności losu i za to - tak uważam - należy im się przynajmniej przypomnienie że w ogóle kiedykolwiek żyli. Mówię to, kierując się jednocześnie mottem które kiedyś wypowiedział Marszałek Józef Piłsudski i które mocno przypadło mi do gustu, a mianowicie: "My nie jesteśmy ani dla prawicy, ani dla lewicy, my jesteśmy dla wszystkich!".




CDN.

środa, 9 sierpnia 2023

DEMETRIUSZ, PYRRUS, ARATOS... - Cz. IX

CZYLI, PRAWDZIWI "CELEBRYCI" 
EPOKI HELLENISTYCZNEJ





I

DEMETRIUSZ POLIORKETES

(337-283 r. p.n.e.)

Cz. IX






 Nim na równinach Persydy doszło do pierwszego starcia pomiędzy armią Eumenesa i Antygona Jednookiego, miało miejsce jeszcze jedno ciekawe wydarzenie w owym 317 r. p.n.e. Mianowicie zamknięci już od trzech lat przez Antygona w jednej z anatolijskich twierdz, oficerowie z armii Alketasa (brata Perdikkasa), stwierdzili że nadszedł dogodny czas, aby zbiec ze swego więzienia. Attalos, Polemon, Dokimos, Antypater (nie był to oczywiście ów zmarły w 319 r. p.n.e. regent Królestwa Macedonii, tylko jakiś inny Antypater) i Filotas przekupili kilku żołnierzy strzegących owej twierdzy w której siedzieli aby ich uwolnili, a gdy tak się stało zajęli arsenał - gdzie się uzbroili - i choć było ich tylko ośmiu, górowali znacznie determinacją i wyszkoleniem nad 400 żołnierzami strzegącymi twierdzy. Pochwycili dowódcę straży Ksenopejtesa i zrzucili go w przepaść z wysokości murów, a następnie wdali się w walkę z pozostałymi żołnierzami (którzy pozbawieni dowództwa szybko zaczęli ustępować), a gdy padło ich wystarczająco wielu, rzucili się do ucieczki. Tak oto ośmiu byłych oficerów Aleksandra Wielkiego zmusiło do ucieczki garnizon złożony z 400 żołnierzy macedońskich, zdobywając całą twierdzę, a wraz z nią broń i zaopatrzenie. Zdołali też przyciągnąć na swoją stronę ok. 50 żołnierzy będących poza twierdzą, ale nie mieli jasnej wizji co robić dalej. Antygon ruszył przeciwko Eumenesowi do Górnych Satrapii, dlatego też Dokimos twierdził, że należy opuścić twierdzę i połączyć się z Eumenesem w Persydzie. Przeciwni temu pomysłowi byli jednak Attalos i jego brat Polemon - którzy sądzili że twierdza jest w stanie się obronić, mieli tam pod dostatkiem żywności i broni, natomiast poza murami byliby łatwym celem (tym bardziej że było ich niewielu). Zwyciężyło stanowisko Attalosa, jednak żołnierze okolicznych twierdz wierni Antygonowi bardzo szybko się zmobilizowali i w liczbie 500 macedońskich falangitów, 400 konnych hetajrów i ok. 3000 miejscowej różno-plemiennej ludności, podeszli pod twierdzę i przystąpili do jej oblężenia. Diokimos, zdając sobie sprawę że na dłuższą metę (bez wsparcia ze strony wojsk Eumenesa lub Poliperchona, co w ogóle nie wchodziło w rachubę) nie da się utrzymać twierdzy, szukał możliwości ucieczki stamtąd, a przede wszystkim przejścia na drugą stronę. Udało mu się znaleźć boczne wyjście z twierdzy, którym to wysłał swego posłańca do Stratoniki - małżonki Antygona - oferując jej swą służbę. Posłaniec jednak nie powrócił, więc Diokimos sam wydostał się z twierdzy i stanął przed obliczem Stratoniki, ta jednak nie uwierzyła mu i kazała go aresztować. A tymczasem Attalos, Polemon i inni ich towarzysze (dzięki swemu męstwu,  doświadczeniu wojskowemu i determinacji), skutecznie odpierali kolejne ataki sił wiernych Antygonowi, jednak ze względu na ich nieznaczną liczbę, bez wsparcia z zewnątrz nie mieli szans na zwycięstwo.

Tymczasem Antygon (w końcu czerwca 317 r. p.n.e.) przekroczył Tygrys (budując most pontonowy na rzece), połączył się z armią Seleukosa i Pithona (o którym to pisałem w poprzedniej części) i ruszył do Suzy, której komendant - Ksenofilos, miał go wesprzeć finansowo. Ksenofilos otrzymał jednak wcześniej rozkaz od Eumensa z zakazem wpuszczania Antygona do twierdzy i udzielania mu jakiejkolwiek pomocy - w tym również finansowej, a rozkaz ten poparty był wsparciem że strony królów (jeszcze wówczas nie wiedziano, że Olimpias kazała zamordować Filipa III Arridajosa i jego małżonkę - królową Eurydykę). Tak więc Antygon podszedł pod Suzę i zażądał od Ksenofilosa aby wpuścił go do twierdzy (oraz miasta), a następnie oddał mu tam zgromadzony skarb. Ksenofilos odmówił, więc Antygon mianował Seleukosa satrapą tej krainy i polecił mu zdobyć Suzę, sam zaś wyruszył przeciwko Eumenesowi. Tymczasem Eumenes wkroczył do kraju Uksjów (wolnego plemienia) i dotarł do rzeki Kopratas (dopływ Tygrysu) zaledwie dzień drogi od Suzy. Postanowił rozlokować posterunki na całej długości rzeki, tak, aby mieć pewność w którym miejscu Antygon postanowi ją przekroczyć. Ponieważ jednak nie dysponował tak dużymi siłami, posłał gońca do Peukestasa (satrapy Persydy, o którym pisałem w poprzedniej części), z rozkazem aby przyprowadził mu wsparcie. Peukestas jednak (rozczarowany tym, że to wódz Srebrnych Tarcz Antygenes, wyszedł zwycięsko z ich konfliktu - o którym również pisałem w poprzedniej części), odmówił wsparcia. Wzburzone emocje jednak szybko ustąpiły, gdy Peukestas uświadomił sobie, że po zwycięstwie Antygona on również utraci swoją satrapię (a najprawdopodobniej i życie) zatem szybko zmienił zdanie i osobiście przyprowadził na pomoc Eumenesowi 10 000 perskich łuczników (stało się to w ciągu zaledwie jednego dnia, dzięki doskonale opracowanemu perskiemu systemowi komunikacji, który polegał na tym, że obserwatorzy stali na wzgórzach na odległość ludzkiego głosu i przekazywali sobie w ten sposób informacje, czasem też - ale rzadziej - używano sygnałów świetlnych - czyli rozpalano ogniska). Był początek lipca gdy Antygon (w potwornym upale panującym na tych terenach), maszerował na spotkanie Eumenesa. Pochód w dzień był tak zabójczy, że aby uniknąć strat w ludziach (których uniknąć i tak się nie dało z powodu wysokich temperatur i odwodnienia organizmu) maszerowano nocą. Gdy wreszcie wojsko Antygona dotarło do rzeki Kopratas, uszczęśliwieni żołnierze pragnęli rzucić się w nurt tej rzeki, aby ochłodzić ciało, po drugiej jednak stronie stały siły Eumenesa gotowe do walki. Ci, którzy pierwsi weszli do rzeki, zginęli w wyniku strzał wystrzelanych z łuków, tak więc reszta szybko zrezygnowała z planów kąpieli w owej rzece.

Antygon i Eumenes mogli się sobie teraz przyglądać z obu brzegów rzeki (było to ich pierwsze spotkanie, od czasu opuszczenia przez Eumenesa twierdzy Nora). Antygon jednak aby zwyciężyć, musiał przeprawić się przez rzekę, a to nie było łatwe, ponieważ jej nurt był zdradliwy. Poza tym żyło w niej również wiele różnych niebezpiecznych zwierząt, które mogły stanowić pewną przeszkodę przy przeprawie, jednak 
nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ celem było pokonanie sił Eumenesa i wygranie tej wojny. Szukając dogodnego miejsca do przeprawy (tak, aby nie napotkano tam wojsk Eumenesa). Znalazłszy takie miejsce, Antygon przerzucił na drugi brzeg 9000 żołnierzy piechoty i 400 jeźdźców swej armii, licząc że uda mu się zaskoczyć Eumenesa, uderzając nań z flanki. Eumenes jednak (otrzymawszy wiadomość o przeprawie), zebrał 4 000 falangitów (głównie Srebrnych Tarcz) i 1400 żołnierzy jazdy i wyruszył drogą okrężną przez most na Tygrysie - tak, aby obejść wojska Antygona od tyłu. Spadł na nich nagle, tak, iż nie byli gotowi nie tylko na odparcie ataku, ale wręcz byli zaskoczeni nagłym pojawieniem się wojsk Eumenesa na ich tylnej pozycji - tuż przy samej rzece. Siły złożone z lokalnych wojowników natychmiast rzuciły się do ucieczki, walkę podjęli jedynie Macedończycy, ale trwała ona krótko i oni również woleli wybrać albo niewolę albo ucieczkę. Większość chciała uciekać, jednak łodzi było zbyt mało aby pomieścić ich wszystkich, tak więc, gdy powsiadali na nie, łodzie te zaczęły tonąć, a wraz z nimi zebrani tam żołnierze. Niektórzy zrzucili się aby przepłynąć rzekę wpław, nie był to jednak dobry pomysł ze względu na silny nurt tam panujący. Większość więc którzy podjęli się ucieczki potonęła w odmętach rzeki Kopratas i tylko dosłownie garstce udało się przedostać na drugi brzeg. Zaś 4 000 (nie umiejących pływać) żołnierzy Antygona, poddało się Eumenesowi. Antygon zaś przyglądał się temu z drugiego brzegu rzeki i nic nie mógł zrobić aby pomóc swym żołnierzom, ze względu na niewystarczającą liczbę łodzi jakimi dysponował. Tak więc po raz kolejny los okazał się łaskawy dla "wybrańcy bogów" czyli Eumenesowi (oczywiście większość tego szczęścia które spadało na Eumenesa, nie było wynikiem zbiegu okoliczności czy przypadku, ale często przemyślaną i wykalkulowaną akcją, ogromną rolę miała w tym również inteligencja oraz spryt Eumenesa. Należy jednak dodać, że przynajmniej w tych 30 może 20% był on dzieckiem szczęścia).




Po tej porażce skierował się teraz Antygon do miasta Badake w Suzjanie, jednak marsz w tym kierunku była kolejną morderczą drogą dla jego żołnierzy (wielu z nich po drodze zmarło z powodu wysokich temperatur). Jednak gdy już dotarli do Badake, spędzili tam kilka dni regenerując siły i uzupełniając zapasy. Antygon wyznaczył teraz kolejny cel - Ekbatana Medyjska, do której dotarcie jednak nie było takie proste. Wiodły tam dwie drogi, pierwsza: przez kraj Kolonów i ich stolicę Kolonos - leżącą na szlaku starej perskiej Drogi Królewskiej, wiodącej do Suzy i Efezu w Azji Mniejszej; oraz druga: przez górskie ziemie plemienia Kassjanów. Obie miały swoje plusy i minusy. Pierwsza - choć była dłuższa - to jednak łatwiej było na niej zaopatrzyć się w żywność i w wodę, jednak wybranie tej trasy oznaczało kilkudziesięciodniowy marsz w potwornym upale, czego żołnierze już nie chcieli. Druga trasa była mniej bezpieczna, bo wiodąca przez górskie szlaki gdzie trudno było zaopatrzyć się w żywność, posiadała jednak taki plus, że tam, w rześkim górskim klimacie upał nie doskwierał by tak bardzo żołnierzom. Zdając sobie sprawę że żołnierze nie wytrzymają już kolejnego piekielnego marszu, wybrał Antygon drogę górską, jednak wówczas pojawił się kolejny problem. Plemię Kassjanów - przez które to ziemie miano przejść, było plemieniem wolnym, a jednocześnie plemieniem dzikim i barbarzyńskim. Zamieszkiwali oni górskie jaskinie i żywili się żołędziami, grzybami oraz wędzonym mięsem upolowanych górskich zwierząt. Należało też - przechodząc przez ich tereny - uzyskać mimo wszystko ich zgodę, a to oznaczało że trzeba było im zapłacić za przejście. Antygon jednak posiadając przy sobie znaczną armię i uważając że zwycięskim Macedończykom nie godzi się opłacać barbarzyńcom, zamierzał przyjść przez te tereny siłą, wysyłając jako straż przednią lekkozbrojnych peltastów (włóczników), wspartych łucznikami i procarzami - którzy mieli wyrzucić z jaskiń Kassjanów i tym samym zażegnać ewentualne niebezpieczeństwo grożące z ich strony. Dowódcami tych sił mianował Antygon Nearcha z Krety (dawnego towarzysza Aleksandra Wielkiego, satrapę Licji i Pamfilii, a także dowódcę floty w 326 r. p.n.e.) oraz Pithona. Mieli oni oczyścić teren i zabezpieczyć swobodne górskie przejście dla falangitów Antygona. Niestety, oddziały te dotarły za późno i udało się wyeliminować tylko pierwsze pozycje Kassjanów, reszta zdołała umknąć i kryjąc się za skałami, skutecznie razić z łuków wojska Nearcha i Pithona. Ich straty były coraz większe, a jednocześnie nie udało się osiągnąć zakładanego celu - czyli wygnać z górskiego szlaku Kassjanów.

Tak więc gdy na te tereny weszli falangici Antygona (również prowadząc ze sobą słonie - ową broń pancerną starożytności), znaleźli się wręcz w potrzasku. Kasjanowie atakowali ich zewsząd, zasypując setkami strzał i spuszczając na ich głowy ogromne głazy. Żołnierze Antygona nie byli na to przygotowani, nie mogli się też ochronić przed strzałami ze względu na zbyt mało miejsca - gdyż stłoczeni byli dosłownie niczym sardynki w puszce, a to ułatwiało Kassjanom ataki. Wielu żołnierzy poległo, wielu spadło w górskie przepaście (zginęło też kilka słoni), i Antygon teraz pożałował, że nie opłacił się Kassjanom za bezpieczne przejście przez ich ziemie, ale było już na to za późno i teraz należało czym prędzej wyjść z górskiego szlaku aby zminimalizować ponoszenie dalszych strat. Gdy zaś wreszcie (po dziewięciu dniach marszu) udało się opuścić niebezpieczny teren, wielu było rannych (nie mówiąc już o tych którzy zginęli) co budziło powszechne niezadowolenie wśród żołnierzy Antygona jako ich wodza. Całe to niezadowolenie szybko mogło przemienić się w otwarty bunt przeciwko Antygonowi, o czym ten zdawał sobie doskonale sprawę i gdy tylko dotarli do Medii, zapewnił żołnierzom wszelką możliwą pomoc i wsparcie. Siadał z nimi, rozmawiał, jadał z nimi, nawet osobiście zajmował się rannymi, wszystko po to, aby żołnierze nie porzucili służby i nie pozbawili go marzeń jakie zapewne miał, widząc już siebie w roli króla co najmniej Azji Mniejszej, a być może także Syrii i kto wie - Egiptu? Ostatecznie załagodził więc ów konflikt, jednocześnie wysyłając Pithona aby w całej Medii szukał koni i jeźdźców, którzy mogliby wesprzeć jego armię. Pithon przywiódł ze sobą 2000 jeźdźców medyjskich, 1000 koni wraz z uprzężą, oraz ogromną liczbę zwierząt jucznych, co uzupełniło straty armii Antygona (konie i zwierzęta oddał on swoim żołnierzom, czym ponownie zyskał ich szacunek i poparcie). Tymczasem Eumenes - widząc rozprężenie jakie pojawiło się w jego obozie, gdy poszczególni satrapowie dowiedzieli się, że Antygon jest już w Medii i może zagrozić ich władzwu - postanowił wyruszyć do Persepolis (dawnej religijnej stolicy władców Persji z rodu Achemenidów, założonej przez króla Dariusza I Wielkiego w 518 r. p.n.e.) aby zapewnić ochronę Górnym Satrapiom. Droga jaka ich wiodła do celu obliczona była na dwadzieścia cztery dni marszu, przy czym mniej więcej połowa wiodła przez ziemie pustynne, na których praktycznie nie było możliwości uzupełnienia zapasów, a jednocześnie trzeba było maszerować w potwornym upale; dopiero druga połowa marszu wiodła przez tereny górzyste, o rześkim powietrzu, na których można było zaopatrzyć się nie tylko w owoce (które porastały wysoczyznę), ale również w dzikie zwierzęta.




Tak więc rozpoczął się marsz, który początkowo był dość uciążliwy, ale gdy tylko armia Eumenesa dotarła do wzgórz, sytuacja natychmiast się odmieniła. Żołnierze widząc pięknie porośnięte, trawiaste równiny, wspaniałe kwietne pola, które wręcz przypominały ogrody i liczne źródła z których można było czerpać wodę - praktycznie nie chcieli stamtąd wychodzić i wydawało im się jakby trafili do krainy zmarłych, na Pola Elizejskie (wcześniej opuszczając piaszczyste i skąpane w morderczym słońcu Łąki Asfodeli). Należało jednak iść dalej i gdy opuszczono zielone łąki medyjskie a armia Eumenesa weszła do Persydy, a potem weszła do Persepolis, natychmiast Peukestes - jako satrapa tych ziem -  zewsząd ściągał zwierzęta ofiarne aby złożyć je na ołtarzach bogów (w tym Boga Aleksandra i jego ojca Filipa), w podziałce za bezpieczne dotarcie do celu. Rozlokowano też zaraz wojsko (w kręgach znajdujących się w niewielkich od siebie oddaleniach, tak aby jeden ubezpieczał drugiego w chwili ataku), a następnie Peukestes urządził w odbudowanym już nieco (po pożarze sprzed 13 lat, do którego to ponoć namówiła Aleksandra Wielkiego jego kurtyzana Tais, jako zemsta za spalenie Aten przez Persów w czasie ich inwazji na Grecję w 480 r. p.n.e.) pałacu królewskim w Persepolis, wystawną ucztę dla satrapów i wodzów walczących z Antygonem Jednookim. Ustawiono więc sofy wokół stołów (Grecy i Rzymianie spożywali obiady i kolacje na leżąco a nie na siedząco, na siedząco jadano tylko śniadania) na których znalazło się wyszukane mięsiwo i wszelkiego typu owoce, miła odmiana po trudach marszu i wojennych wyrzeczeń. Sofy jednocześnie przykryto zwisającymi z sufitu białymi kotarami, a także sprowadzono na owe przyjęcie (sympozjon?) mnóstwo lokalnych dziewcząt, które to przegrywały na fletach, grały na kitarze i lutni, a także tańczyły. Większość z nich pełniła funkcję heter i miała za zadanie sprawić radość tym mężczyznom, którzy je wynajęli (oczywiście nie należy też łączyć hetery ze zwykłą prostytutką, ale tego chyba nie muszę wyjaśniać). Tak oto oficerowie armii Eumenesa odpoczywali, relaksując się przed czekającymi ich już wkrótce kolejnymi krwawymi zmaganiami z Antygonem i jego armią.




CDN.

niedziela, 6 sierpnia 2023

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. XXIX

 RADUJMY SIĘ, BO JAK NIE TO... 

PSYM SCUJE 🥴



 Dzisiaj mała kompilacja kilku zabawnych fragmentów z polskich filmów z czasów PRL-u. Zapraszam.



KINGSAJZ
CZYLI SZUFLANDIA - KRAINA KRASNOLUDKÓW
(1987)


SZUFLANDIA 

3:05 - "Świeże macie muchy?"

"Z dzisiejszej pajęczynki" 😛



ROZMOWY KRASNOLUDKÓW POD DURSZLAKIEM

1:20 - "A tam, w Kingsajzie są takie kobiałki?!"

"Kobietki"

"A to prawda że one są takie miękkie i pachnące?" 🤔🤭



"Nie kop pana, bo się spocisz" 🥾




ZMIENNICY
KOBIETA ABY DOSTAĆ PRACĘ W WARSZAWSKIM PRZEDSIĘBIORSTWIE TAKSÓWKARSKIM - PRZEBIERA SIĘ ZA MĘŻCZYZNĘ
(1986)


GRZYBOBRANIE

9:30 - "Co pan sobie myśli, że wolno panu klepać co panu się podoba?"

"Nie strugaj pasztetówo takiej niedotykalskiej. 🤭 Uważaj do kogo się odnosisz"

"Panie prezesie, niech pan sam powie czy jemu wolno klepać mnie, albo pańskiego syna?"

"Właściwie to klepie się kobiety.🧐 Ale nie kłóćcie się, napijcie się, dajcie sobie buzi - spokój niech będzie"



KASIA DOSTAJE SIĘ DO WPT

0:40 - "Czytałam taki artykuł mamo o dziewczynie ze Śląska, która zrobiła dyplom inżyniera a nie chcieli jej przyjąć na produkcję i ona 10 lat pracowała tam, przebrana za mężczyznę, a potem została dyrektorem"

"Wiem, dyskutowałam o tym z panią Ołtarzewską, wszystkie zgodziłyśmy się że to idiotka jakaś i życie sobie zmarnowała, bo przez ten czas nie mogła sobą zainteresować żadnego faceta..."



KREDYT DLA MŁODYCH MAŁŻEŃSTW

"Chcielibyśmy kupić pralkę, lodówkę, odkurzacz i maszynę do szycia" (...) "W ramach kredytu dla młodych małżeństw"

1:00 - "Zasadniczo w porządku, tylko że pan jutro kończy 35 lat, a to oznacza, że przechodzi pan do grupy średniej i przestaje być młodym małżonkiem"

"To niech pan nam dzisiaj wszystko sprzeda"

"Tak, tylko że dzisiaj mamy na składzie ten ekspres do kawy i to ostatni egzemplarz"



PODRYWACZ

"Kobiety to takie bardziej uczuciowe są, A mężczyźni to gruboskórni (...) Taki facet to zwierzę jeden z drugim, a kobiety to bardziej delikatne, uczuciowe są"

2:20 - "Pan to ma inne podejście"

"Niekoniecznie, ja tylko mówię że faceci to świnie". 😚



POWRÓT Z IMPREZY

 "270 złotych będzie"

"Ile? dla równego rachunku będzie 500"



ZAZDROSNA ŻONA

5:0 - "Stoi menda jedna!" 😂



OKRADZIONY PREZES

1:05 - "Portfel, dokumenty, złoty długopis - okradła mnie!"

2:05 - "Panie władzo, niech pan coś zrobi, kto mi zapłaci za kurs, za postój?

"Dokumenty proszę"

2:25 - "Proszę dokumenty" 🤭

2:45 - "Na zdjęciu nie posiadacie wąsów" 🤣

4:33 - "Dowód poproszę" 😭




A NA KONIEC CRÈME DE LA CRÈME, CZYLI QUASIMODO POLSKIEJ KINEMATOGRAFII Z FILMU WNIEBOWZIĘCI (1973)


"Co to za pijaństwo?"

"A co to pana obchodzi?"

"To jest teren polskiego teatru, w tej chwili opuścić mnie 😂 Natychmiast! Bo jak nie to psym scuje" 🤣



piątek, 4 sierpnia 2023

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXVIII

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)

(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)

Cz. II




FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. II






EGIPSKI ARMAGEDDON
(925 r. p.n.e.)
Cz. II


 Kraj Dwóch Królestw - Egipt na początku XXI Dynastii ponownie rozpadł się na dwie części: północną (czyli Deltę - Dolny Egipt) i południową (Egipt Górny). Na północy władał teraz były wielki wezyr Delty - faraon Smendes (założyciel XI Dynastii), który wywodząc się z rejonu Tanis, tam właśnie postanowił przenieść nową stolicę swego państwa. Ponieważ jednak tamtejsze miasto było mało reprezentacyjne, dlatego też postanowił Smendes rozebrać Pi-Ramzes (czyli dawną stolicę Delty, wzniesioną jeszcze przez Ramzesa II Wielkiego - to ponoć właśnie przy budowie Pi-Ramzes miały pracować tzw. plemiona Habiru, czyli Hebrajczyków, których potem m.in. Mojżesz - bo z pewnością były co najmniej dwie, a prawdopodobnie trzy fale wyjścia Izraelitów z Egiptu o czym już zresztą też pisałem - wyprowadził z ziemi egipskiej do kraju Kanaan) a budulec stąd zamierzał Smendes przeznaczyć na rozbudowę i upiększenie Tanis. Na południu zaś, w Górnym Egipcie władał arcykapłan Amona-Re Herhor, były żołnierz libijski z plemienia Meszwesz, który szybko zyskał uznanie na dworze ostatniego faraona XX Dynastii - Ramzesa XI i ok. 1090 r. p.n.e. mianowany został przezeń arcykapłanem w tamtejszej świątyni w Karnaku. Zaledwie dwa lata później po objęciu najwyższej władzy kapłańskiej, ogłosił Herhor początek "ery Odrodzenia", a po śmierci Ramzesa XI (ok. 1077 r. p.n.e.) przyjął pełnię władzy nad całym południem. Teraz zapanowała tam teokracja, której nie znali Egipcjanie nawet w najdawniejszych czasach - przed powstaniem scentralizowanej monarchii Obu Krajów. 

Oczywiście pomimo podziału władzy, obaj faraonowie utrzymywali ze sobą przyjazne stosunki. Arcykapłan Amona rezydował w świątyni w Karnaku (majestatycznej budowli, upiększanej przez kolejnych faraonów począwszy od XVIII Dynastii), natomiast Smendes królował w Memfis (Tanis cały czas było rozbudowane i dopiero pod koniec życia ten władca przyniósł się tam na stałe). Smendes swoje prawo do tronu wywodził od swej małżonki Tentamon - córki Ramzesa XI, natomiast Herhor oficjalnie nie był faraonem, ale i on poślubił jedną z córek zmarłego władcy - Nodżmet, dzięki której mógł swobodnie władać całym Górnym Egiptem. Jednak ok. 1074 r. p.n.e. (po ponad piętnastu latach rządów) światło życia arcykapłana Herhora zgasło i podążył on do krainy Ozyrysa (boga zmarłych i świata podziemnego). Jego następcą z tytułem arcykapłana i władzą nad całym południem został najprawdopodobniej (piszę "najprawdopodobniej" ponieważ jego pochodzenie nie jest do końca znane) zięć Herhora - Pianchi. Pianchi również był żołnierzem, w czasach Ramzesa XI toczył walki w Nubii z tamtejszym namiestnikiem Panahesy (ok. 1080 r. p.n.e.) zaś poślubiając córkę Herhora wszedł do jego rodziny. Wiadomo też, że podczas swoich krótkich rządów (nie trwały bowiem nawet pięciu lat) na południu, Pianchi zorganizował jeszcze jedną kampanię do Nubii, która - podobnie jak wcześniejsza - również zakończyła się niepowodzeniem. Ok 1070 r. p.n.e. władzę po swym ojcu objął teraz arcykapłan Pinedżem. Ten młody człowiek wrócił teraz do polityki swego dziadka Herhora - czyli przyjaźni z władcą północy (bowiem Pianchi sam uważał się za faraona i liczył lata od objęcia przez siebie władzy. Jego syn zaś liczył lata od wstąpienia na tron Smendesa z Delty, jak również lata ustanowionej przez Herhora ery Odrodzenia).




Rządy Pinedżema to znów zmaganie się z plagą rabusiów grobów, szczególnie zaś lata 1072/1071 - 1063/1062 były okresem szczególnego natężenia takowych praktyk. Dochodziło do tego, że osobiście arcykapłan Amona-Re musiał pilnować przenoszenia kolejnych mumii dawnych faraonów do nowych miejsc ich pochówku, powiększając tylko liczbę już istniejących wspólnych grobowców. Jak już wspomniałem - obejmując władzę arcykapłańską w Karnaku, w Luksorze, w Medinet Habu, w El-Hiba i w Asuanie - Pinedżem był młodym człowiekiem (prawdopodobnie nastoletnim chłopcem), dlatego też uznawał Smendesa za swego przybranego ojca i uznawał jego władzę nad sobą. Ale z czasem dała się zauważyć pewna zmiana w jego postępowaniu, aż wreszcie ok. 1060 r. p.n.e. oficjalnie koronował się w Tebach Królewskich na faraona. Od tej chwili był więc królem i nie mógł piastować jednocześnie stanowiska arcykapłana, które to powierzył swemu kilkuletniemu synkowi - Masaharcie. Pinedżem nie zamierzał jednak zrywać kontaktów z północą, dlatego też swoją koronację tłumaczył Smendesowi jedynie koniecznością polityczną oraz zagrożeniem ze strony Nubii, a także nieustannym problemem jaki miał z rabusiami grobów królewskich. Twierdził też, że nadal uważa Smendesa za swego ojca i w dalszym ciągu liczył będzie lata od chwili jego wstąpienia na tron. Tak też się stało i to uspokoiło władcę Delty, który pozwolił nawet wykuć imię Pinedżema na kartuszach w Tanis, jako władcy południa. Tak naprawdę jednak koronacja miała ważniejszy cel i chodź Pinedżem temu zaprzeczał, to jednak realnie dzięki tej koronacji zyskiwał przewagę nad Smendesem z Delty, gdyż podział funkcji arcykapłana i króla i skupienie ich na południu odpowiadało legalizacji władzy Pinadżema - gdyż arcykapłan był rzecznikiem woli Amona na ziemi, a z woli Amona władał król.

Pozycja Pinedżema wzrosła jeszcze wcześniej, gdy poślubił on jedną z córek Ramzesa XI - Hennutawy (która urodziła mu czworo dzieci, trzech synów - w tym owego Masahartę - i jedną córkę). Co prawda Egipt w tym okresie był już tylko cieniem dawnej swej wielkości i zarówno Pinedżem na południu nie był w stanie ponownie podporządkować sobie Nubii, jak i Smendes na północy nie mógł rozciągnąć swych wpływów na ziemię Kanaanu, Filistei, Fenicji czy krainy Amurytów na północy (nie mówiąc już o ziemiach Kizuwattny - czyli Cylicji, czy o dojściu do Eufratu, z którego dawno zniknęły stele potomków Totmesa III Wielkiego z XVIII Dynastii). Egipcjanie do tego stopnia utracili poważanie (a co za tym idzie przestano się ich obawiać), że w Fenicji za drewno (które było niezbędne w kraju nad Nilem) kazano im płacić często trzykrotność danej sumy, a niekiedy też (jak choćby w przypadku Unamona królewskiego posła Ramzesa XI) po prostu na nich napadano i rabowano cały towar z jakim wracali. Smendes panował długo bo aż dwadzieścia pięć lat i zmarł ok. 1052 r. p.n.e. Uchodził on za władcę silnego (biorąc za przykład jego poprzedników z XX Dynastii), ale syn któremu pozostawił tron, imieniem - Amenemnesut, nie dorównywał swemu ojcu i to do tego stopnia że musiał się zgodzić na "opiekę" Pinedżema (chociaż Amenemnesut nie był młodzieńcem tylko dorosłym mężczyzną). Wkrótce potem Pinedżem powierzył regencję nad Amenemnesutem swemu synowi - Psusennesowi (co było niezwykle komiczne, ponieważ Psusennes był jeszcze dzieckiem i wyglądało na to, że to dziecko sprawuje regencję nad dorosłym mężczyzną). Ale i te pozory niezależności Delty zostały zlikwidowane z chwilą śmierci Amenemnesuta (ok. 1047 r. p.n.e.) i objęciem władzy nad Dolnym Egiptem przez Psusennesa I (a realnie nad Dwoma Krajami przez Pinedżema). Pinedżem realizował teraz dynastyczne plany swego ojca i dziada, zadbał też o każde ze swych dzieci powierzając im odpowiednie stanowiska. I tak Psusennes miał najpierw władać Deltą - a po śmierci Pinedżema również i południem - jednocząc ponownie kraj. Masaharta był już arcykapłanem Amona-Re w Tebach. Najmłodszy zaś z braci - Mencheperre początkowo miał władać południem (szybko jednak sytuacja się zmieniła, o czym będzie niżej). Natomiast córka Pinedżema - Maatkare (która ponoć była jego oczkiem w głowie, o czym świadczy stanowisko jakie jej powierzył) otrzymała tytuł Boskiej Małżonki Amona-Re (który odtąd miał być dziedziczny, tzn. dotychczasowa Boska Małżonka miała prawo wybrać swoją następczynię, co wcześniej nie było praktykowane), ojciec powierzył jej też kierownictwo nad zakonem kapłanek ascetek, znajdującym w jednej z oaz na pustyni.




Tak oto Pinedżem rozdzielił stanowiska władzy pomiędzy swoje dzieci i wszystko wskazywało na to, że jego ród bez żadnych zakłóceń przyjmie władzę nad całym Egiptem. Niestety, już wkrótce los okazał się Pinedżemowi nieprzychylny. Ok. 1045 r. p.n.e. zmarł arcykapłan Masaharta. Odszedł z tego świata nie mając nawet dwudziestu lat (prawdopodobnie przyczyną śmierci było zatrucie wodą - o ile bowiem stwierdzenie takie brzmi nieco komicznie, to jednak w warunkach egipskich było to dość powszechne niebezpieczeństwo. Nil bowiem niósł życiodajną wodę, Ale ta sama woda mogła być również śmiertelna, gdyż bardzo często znajdowały się w niej najróżniejsze drobnoustroje chorobotwórcze, które powodowały bóle gardła lub żołądka i często przynosiły śmierć. Dlatego też powszechną praktyką wśród elit egipskich było picie wina a nie wody, ponieważ sfermentowane wino zabijało drobnoustroje więc podawano je nawet małym dzieciom. Oczywiście tamtejsze wino było znacznie słabsze niż jego współczesne odpowiedniki, ale jednak można powiedzieć, że Egipcjanie aby ocalić życie musieli być non stop na rauszu 🤪). Śmiertelność niemowląt i dzieci w Egipcie była ogromna. Nawet jeśli dziecko przeżyło etap rozwoju noworodka, to i tak czyhało na niego mnóstwo innych niebezpieczeństw w tym dzikie zwierzęta (jak choćby krokodyle, które często zakradały się do przydomowych sadzawek i stanowiły poważne niebezpieczeństwo, dlatego też bardzo często zdarzało się że przed wejściem do takiej sadzawki najpierw kijami sprawdzano czy czegoś nie ma w wodzie). I choć egipscy lekarze słynęli w całym ówczesnym świecie za najlepszych w swym fachu, to jednak śmierć w wieku nastoletnim z powodu np. złamań kości czy skręceń nie należał wcale do rzadkości. W każdym razie Masaharta zmarł i na jego miejsce Pinedżem powołał kolejnego syna (który wcześniej miał rządzić po swym ojcu Górnym Egiptem) - Mencheperre. Pinedżem zaś opuścił Teby i przyniósł się do Tanis w Dolnym Egipcie. Ta decyzja jednak sprowokowała kapłanów Amona niższej rangi (jak również kapłanów innych bogów) do buntu przeciwko rodowi Herhora, który wyznaczył sobie najlepsze stanowiska i przejął największą władzę.




Kapłani bowiem od dawna byli uważani za realnych władców Egiptu (trzeba tutaj od razu dodać jako ciekawostkę, że pierwszym faraonem który znacznie wzmocnił pozycję kapłanów, to była kobieta-faraon Hatszepsut, która potrzebowała mężczyzn w osobach kapłana, dowódcy armii i naczelnego architekta kraju, aby uprawomocnić swoje rządy jako kobiety). Wielu z nich bardzo krzywo patrzyło na porządki wprowadzane przez libijski ród Herhora i nie chcąc się mu całkowicie podporządkować, oczekiwali właściwej chwili do buntu i odebrania władzy tej dynastii. Tak właśnie się stało z chwilą śmierci Masaharty, powierzenia stanowiska arcykapłana Amona-Re jego bratu Mencheperre i wyjazdowi Pinedżema do Tanis. Nie wiadomo dokładnie jak przebiegało owo powstanie kapłanów, wiadomo tylko że młody Mencheperre (bo nie mógł mieć więcej niż 15-17 lat) bardzo szybko je dławił. Ukarał śmiercią głównych prowodyrów buntu, a całą resztę kapłanów zesłał do oaz zachodnich (które znajdowały się wówczas pod kontrolą libijskich wodzów z plemienia Meszwesz, czyli ziomków rodu Herhora). Zdając sobie jednak sprawę z potęgi rodów kapłańskich i z realnego sterowania nawa Egiptu, wkrótce potem młody Mencheperre ułaskawił wszystkich wcześniej zesłanych do oaz i pozwolił im wrócić do ich świątyń. Ten akt łaski arcykapłana (podparty oczywiście decyzją wyroczni Amona), spotkał się z aprobatą owych kapłanów, którzy obawiali się że wysłani zostali tutaj na śmierć. W podzięce za możliwość powrotu, przesłali do Tanis różne podarki - co świadczyło że zaakceptowali rządy dynastii Herhora nad Egiptem. Wydawać by się mogło że po buncie tym, znacznie wzrosła władza i pozycja arcykapłana Amona-Re. Nic bardziej mylnego, przedstawiciele bowiem rodu Herhora obawiali się kolejnych podobnych temu buntów i dlatego nie próbowali już zwiększać swojej władzy poprzez kolejne tytuły, za to postępowali w nieco inny sposób. Zaczęli bowiem gromadzić ziemię, ale nie bezpośrednio, bo to by również wzbudziło podejrzenia. Jak więc należało rozwiązać tę sytuację, tak aby i wilk był syty i owca cała? Bardzo prosto - ziemię zaczęły w swych rękach gromadzić kobiety z rodu Herhora (przede wszystkim zaś Boskie Małżonki Amona-Re, których to stanowisko od tej chwili było realnie dziedziczne). Doszło do tego że na początku 10 wieku p.n.e. w rękach kobiet z dynastii Herhora było ok. 1/3 ziemi w Górnym Egipcie (był to dopiero wstęp pod późniejszy o trzysta lat kapłański matriarchat, o którym kiedyś już pisałem w innym temacie). W ten więc sposób ród Herhora uspokoił obawy egipskiej kasty kapłańskiej, gdyż kobiety realnie nie budziły obaw i nawet gromadzenie przez nich ziemi nie było uważane za niebezpieczne (dopiero gdy ostatecznie zlikwidowany zostanie urząd arcykapłana amonaure i w to miejsce wejdzie Boska Małżonka Amona-Re - sytuacja zmieni się diametralnie. Ale nastąpi to dopiero w połowie VIII wieku p.n.e., obecnie zaś jesteśmy w wieku XI).




Faraon Pinedżem rozstał się z tym światem ok. 1032 r. p.n.e. w Tanis (po prawię czterdziestu latach rządów), gdzie spędził ostatnie lata swego życia u boku syna - Psusennesa I. W tym czasie Izraelem władał król Saul, a Filistyni zarówno politycznie, militarnie jak i przede wszystkim gospodarczo kontrolowali praktycznie cały Kanaan. Psusennes od razu też wydał swą młodszą córkę Asetemcheb za swego brata arcykapłana Mencheperre (aby zacisnąć związek kapłańsko-królewski), starszą zaś Anchefenmut oddał swojej siostrze Maatkare aby ta przyuczyła ją do roli kolejnej Wielkiej Małżonki Amona-Re. Poza tym Psusennes ściągał do Egiptu coraz więcej libijskich najemników (oczywiście przede wszystkim, albo nawet tylko z plemienia Meszwesz), co potem pozwoli opanować kraj przez Libijczyków.





CDN.

środa, 2 sierpnia 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXIII

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. IX







GDAŃSKA ZADRA
Cz. V


 Zwycięstwo Jana Zborowskiego nad najemnikami Jana Winkelbrucha odniesione nad Jeziorem Lubiszewskim (17 kwietnia 1577 r.), co prawda uradowało samego króla, jak i przeraziło Gdańszczan, jednak bardzo szybko sytuacja uległa diametralnej zmianie. Co prawda dzięki temu zwycięstwu rozbito armię zwerbowanych przez miasto niemieckich najemników (a wydane już w początkach czerwca 1577 r. we Frankfurcie nad Menem przez Jana Łaskiego dzieło pt.: "Clades Dantiscanorum", sławiło ową bitwę jako wielkie zwycięstwo i tak też została ona rozpropagowana po Europie - notabene Batory dobrze wiedział jak umiejętnie stosować propagandę w polityce międzynarodowej), szybko jednak cała para poszła w przysłowiowy gwizdek. Po pierwsze - zwycięzcy żołnierze zaczęli teraz słać do króla prośby, by zgodnie ze staropolskim zwyczajem zezwolił im na porzucenie służby po zwycięstwie (inni chcieli oddalić się tylko na pewien czas), a Batory przecież wciąż gromadził wojsko i potrzebował każdego żołnierza, dlatego też takie prośby bardzo go irytowały (można wręcz powiedzieć, że gdy dostawał takie prośby idące wbrew jego zamierzeniom, dosłownie ręce mu opadały). Król nie zamierzał jednak się na to godzić, zakomunikował więc żołnierzom że nie jest to obyczaj polski - porzucać służbę po wygranej bitwie, bo w taki to sposób można przegrać wojnę. Wspominał też zasługi rycerstwa z dawnych czasów, w którym to: "Odnowiło się starożytne męstwo polskie" i wyraził też nadzieję że i obecnie żołnierze dochowają dyscypliny wojskowej i będą chcieli dorównać swym przodkom w ich męstwie. Po drugie zaś - Gdańszczanie bardzo szybko przystępują do odnowienia utraconej siły zbrojnej, ponownie werbują nowych najemników, gromadzą prowiant, wodę i amunicję, wzmacniają mury miejskie a wewnętrzne spory zostają wygaszone, wszystko zaczyna działać jak w dobrze naoliwionym niemieckim zegarku i już z końcem maja Gdańsk ponownie wystawia 10 000 najemnych żołnierzy. Ta konsekwencja zostaje skonfrontowana z niestety polskim słomianym zapałem, który to trwał do pierwszej zwycięskiej bitwy, po której to (szlacheckim głównie obyczajem) starano się jak najszybciej wojnę zakończyć. Nic więc dziwnego że to nie zwycięstwa mobilizowały Polaków a klęski, bowiem klęski sprawiały, że potrafili wznieść się na nieprawdopodobne wyżyny bohaterstwa i poświęceń, ale tylko do jednej, ewentualnie dwóch zwycięskich bitew - potem natychmiast zapał opadał i już szukano możliwości zawarcia pokoju. Batory mocno pragnął zmienić to nastawienie, gdyż jego celem było jak najszybsze skierowanie się ku Inflantom - które stały przed niebezpieczeństwem moskiewskiej inwazji.

Podobnie twierdził Jan Zborowski, który już 8 maja napisał do króla list, w którym ponaglał go, by czym prędzej przysłał mu większe siły, gdyż: "Nieprzyjaciel zemdlony i strachem zdjęty", przeto łatwo będzie ponownie go pobić. Król też zdawał sobie sprawę z konieczności szybkiego działania i w odpowiedzi Zborowskiemu pisał: "Cały zysk naszego zwycięstwa polega na szybkości działania, abyśmy, zanim Gdańszczanie zbiorą nowe wojska, albo Latarnię zdobyli, albo obóz między Latarnią a Gdańskiem od strony Żuławy nad Wisłą założyli i prędko most na Wiśle zbudowali, w ten sposób łatwo powstrzymamy posiłki i nowe ich wojska". Król list ten pisał już z Brodnicy na Pomorzu, choć jeszcze 1 maja był w Warszawie, gdzie (wraz z królową Anną Jagiellonką) uroczyście świętował pierwszą rocznicę swojej koronacji. Król jednak jest człowiekiem czynu, nie interesują go zabawy, kobiety ani spokojne dworskie życie, interesuje go wojna i nieustanny ruch - działanie. Pewnych rzeczy i on nie jest jednak w stanie przeskoczyć - wojsko zbiera się opieszale, poza tym na przeszkodzie wciąż staje brak pieniędzy, który jest tak uciążliwy, że doprowadza Batorego do żywej pasji. Co prawda 19 maja 1577 r. w Piotrkowie zbiera się synod prowincjonalny, zwołany przez prymasa Uchańskiego, który ma wspomóc króla finansowo - ale realnie wyższe duchowieństwo nie jest skore żeby obarczać siebie zbyt dużym jednorazowym podatkiem i dopiero pod koniec zjazdu 24 maja (widząc jak opornie idzie zbieranie funduszy na wojnę - od której duchowni starają się wymigać, mówiąc że nie są po to, aby ułożyć pieniądze na przelewanie krwi chrześcijańskiej) biskup Karnkowski rzuca na szalę 1000 zł, a prymas Uchański 3000. To nieco mobilizuje duchownych, ale łącznie zostaje zebranych 70 000 zł (czyli dokładnie taka sama kwota, jaką wziął król za zastawienie już w styczniu 1577 r. u kasztelana śremskiego - Jakuba Rokosowskiego - swojej własnej... korony królewskiej). Problemy jednak wciąż się piętrzą (np. tak wywyższony przez króla Elbląg odmawia przysłania pieniędzy a nawet puszkarzy, twierdząc że brak mu środków oraz że w mieście został tylko jeden intendent puszkarzy którego nie można przysłać. Król zatem odpowiada żeby przysłali tego jednego, a potem zadbali, aby owych intendentów było więcej). 




Jednak niesamowity wręcz królewski zapał, pracowitość i niespożyta energia Stefana Batorego, dodają siły, oraz zamykają usta wszelkim malkontentom. Gdy pojawiają się pieniądze dla wojska, pojawia się nowa broń, armaty, wszędzie ściągani są konni oraz formowana piechota, pojawia się zaopatrzenie (i to wszystko dzięki niesamowitemu wręcz zapałowi króla aby zdobyć niepokorne miasto), wówczas dopiero nastroje królewskiej armii zaczynają się zmieniać i ci, którzy do tej pory chcieli porzucić służbę po pierwszej wygranej bitwie i ci, którzy twierdzili, że miasto jest zbyt duże i zbyt silnie ufortyfikowane aby je zdobyć - więc nie ma sensu ryzykować życia, teraz gadali, że skoro jest nowa broń (zarówno ta tnąco-siekąca, jak i broń palna oraz armaty) są pieniądze, no to warto ich użyć w bitwie, żeby się nie zmarnowały. Zaczyna się rodzić zupełnie inne myślenie, król zaraża innych swoją pewnością siebie, wiarą w zwycięstwo i determinacją w działaniu. A król ma przecież wielkie plany i nie dotyczą one tylko Gdańska, który jest zaledwie wstępem do jego wielkich mocarstwowych zamierzeń. Już myśli nad stworzeniem polskiej floty bałtyckiej, która ma powstać w Elblągu; planuje wreszcie skonfrontować się z carem Iwanem IV Groźnym i wyrwać mu zagrabione twierdze w Inflantach oraz zdobyć Połock, a być może nawet Psków (i kto wie może nawet Moskwę). Ostatecznie jednak planuje wielką wyprawę na Turcję Osmańską, która byłaby wyzwolenczą kampanią dla Węgier i być może większości krajów bałkańskich, a skończyłaby się zdobyciem samego Konstantynopola. Czyż to nie wielkie i ambitne plany dla człowieka, który aby zdobyć tylko jedno miasto musiał zastawić swoją własną koronę? Ale właśnie tacy ludzie są solą zmian i to oni dyktują powstanie nowej epoki i nowych czasów; ich determinacja, zapał i poświęcenie zmienia bowiem dzieje świata. Tak było od czasów Aleksandra Macedońskiego, Hannibala, Juliusza Cezara czy... Józefa Piłsudskiego.




 Jednak nim te wielkie plany zostaną urzeczywistnione, król musi się skupić na mniejszych założeniach, zatem nakazuje sprawdzenie spławności czterech rzek: Bugu, Warty, Noteci i Gwdy. Żegluga śródlądowa jest dla Batorego niezwykle ważna, ale jeszcze ważniejsze jest powstanie i uruchomienie silnej floty morskiej - niestety brak wielkich tradycji morskich w narodzie polskim nieco tę sprawę komplikuje, ale przecież Batory wywodzi się z Siedmiogrodu - kraju który nie ma dostępu do morza, a mimo to król dostrzega sens, potrzebę i konieczność stworzenia floty wojennej i handlowej, w kraju, w którym zboże płynie Wisłą do portów w Gdańsku i Elblągu, a następnie morzem do całej Europy, do najdalszych zakątków tego Kontynentu (pisałem już kiedyś, że gdy pod koniec XVI wieku polski poseł w Niderlandach - Paweł Działyński zagroził wstrzymaniem dostaw zboża dla tego kraju, jeśli dalej będzie toczył wojnę z Hiszpanią, w Holandii wybuchło przerażenie, gdyż wstrzymanie dostaw zboża równało się realnie powstaniu klęski głodu). W połowie maja 1577 r. król był w Malborku (gdzie spędził jakieś trzy tygodnie), wyjechał stamtąd 11 czerwca z 10 000  żołnierzy (6000 jazdy i 4000 piechoty, czyli klasyk jak na polskie warunki, u nas bowiem zawsze dominowała jazda) i 22 armatami. 12 czerwca w Pruszczu Gdańskim król zwołał radę wojenną, na której przedstawił swój plan ataku na miasto - celem miało być odcięcie miasta od morza, czyli zdobycie twierdzy zwanej Latarnią (jej opanowanie bowiem uniemożliwiało drogą morską dostarczanie do miasta amunicji jak i żywności, o sprowadzaniu dalszych najemników do Gdańska nawet nie wspominając). Plan ten popierał podkanclerzy - Jan Zamoyski i dowodzący piechotą Jan Wejher z Pucka, przeciwko byli Jan Zborowski i kasztelan lubelski - Andrzej Firlej - którzy namawiali króla do bezpośredniego ataku na Gdańsk, twierdząc że istnieje tam silna partia pokojowa i jeśli tylko rozpocznie się ostrzał miasta, tamci zdobędą przewagę i rozpoczną rozmowy kapitulacyjne. Król był przeciwny bezpośredniemu atakowi na miasto, gdyż wiedział że Gdańszczanie dysponują nie tylko silnymi murami obronnymi, ale również mogą przerwać śluzy i zatopić wojska które będą próbowały ich atakować. Postanowiono więc ostrzeliwać miasto z dział, a jednocześnie zdobyć Latarnię odcinając Gdańsk od wszelkich dostaw.

14 czerwca Wejher podszedł pod Latarnię, ale ostrzał prowadzono tylko od strony południowej i południowo-zachodniej, bowiem reszta terenu została zalana przez Gdańszczan którzy zerwali śluzy, zamieniając te tereny w podmokłe grzęzawiska. Król rozłożył swój namiot na Stolzenbergu, skąd mógł obserwować zarówno działania pod Gdańskiem, jak i te prowadzone pod twierdzą Latarnia. Z obu stron przemówiły działa, jednak gdy rajcy gdańscy wysłali do obozu królewskiego swego posła, wydawało się że zarówno Zborowski jak i Firlej mieli rację i w mieście rzeczywiście istnieje partia, która pragnie porozumieć się z królem. Król posłał teraz na rozmowy do Gdańska swoich posłów pod przewodnictwem Jana Działyńskiego, ale domagali się oni od miasta bezwarunkowej kapitulacji i uznania praw króla, wypłacenia zaległych należności oraz całkowitego podporządkowania się. To nie mogło się spodobać nawet najbardziej pro-polsko (czy raczej pro-królewsko) nastawionym rajcom (zresztą nie było ich też zbyt wielu). Działyński postanowił wówczas (zapewne na polecenie króla) dokonać rozłamu pomiędzy rajcami a gdańskim mieszczaństwem i w wygłoszonej 19 czerwca z okien ratusza mowie, stwierdził, że jeśli mieszczanie gdańscy otworzą bramy miasta przed wojskami królewskimi i złożą przysięgę na wierność Batoremu, ten daruje im wszelkie wcześniejsze winy, a ukaże jedynie bezpośrednich winowajców całej tej "awantury". Niestety, mowa ta nie spotkała się z aprobatą ludu Gdańska i nie udało się królowi wbić klina pomiędzy rządzących miastem, a mieszkańcami grodu nad Wełtawą. Rozmowy jeszcze trwały, ale były coraz bardziej jałowe, gdyż Gdańszczanie domagali się coraz bardziej nierealnych zobowiązań królewskich, a król żądał od nich bezwarunkowej kapitulacji i bezwzględnego posłuszeństwa. Ponieważ obie strony nie doszły do porozumienia, 29 czerwca armaty królewskie ponownie zaczęły ostrzeliwać miasto. Kanonada ognistych, świszczących kul, wystrzeliwanych z dział wyglądała efektownie (poza może płoszeniem koni), ale była mało efektywna. Mury miejskie Gdańska były niezwykle solidne i nic nie wskazywało na to, że uda się je szybko skruszyć (czy choćby zrobić w nich większy wyłom), poza tym również pod Latarnią Wejher poniósł porażkę, gdy (za sprawą zdrady) 3 lipca o świcie jego szańce (spowite wówczas mgłą) zostały zaatakowane przez wypad załogi z Latarni, dowodzonej przez Duńczyka - Klausa Ungerna. Atak był tak silny i niespodziewany, że o mały włos nie skończył się wybiciem całego oddziału Wejhera i tylko odsiecz husarii Marcina Kazanowskiego zmusiła atakujących do odwrotu. Straty jednak wśród żołnierzy Wejhera były znaczne, zniszczono prawie cały obóz a poza tym zabrano aż 14 armat. Była to więc dotkliwa porażka poniesiona przez siły królewskie.

Wkrótce do obozu królewskiego pod Gdańsk doszły niepokojące wieści z Inflant, gdzie w początkach lipca 1577 r. oddział Tatarów (będących na służbie Iwana IV Groźnego) pokonał w jednym ze starć słabe inflanckie siły Macieja Dembińskiego, zmuszając je do odwrotu (wkrótce potem z Inflant wycofał się administrator tej prowincji Jan Chodkiewicz). Kraj został więc oddany na łup tatarskich hord i stojącej jeszcze pod Pskowem 30-tysięcznej armii moskiewskiej. Co prawda Tatarzy miast nie atakowali, ale załogi miast inflanckich były nieliczne i gdy tylko pojawiłaby się armia moskiewska zapewne musiałyby się poddać, aby uniknąć późniejszych mąk (bowiem Moskale za opór zabijali w sposób okrutny nie tylko obrońców tych twierdz, ale i mieszkańców którzy im pomagali). 13 lipca car Iwan IV opuścił Psków kierując się z główną armią na Marienburg, zaś książę duński - Magnus (zięć cara) miał opanować zachodnią część Inflant do rzeki Gawii. Jako pierwsi Moskale 15 lipca wkroczyły na Inflanty siły kniazia Tymofieja Tubeckiego, liczące 4300 ludzi. Spustoszyli oni okolice Wolmaru i Trykatu. Poprzedzał ich książę Magnus, który wystosował apel do okolicznych twierdz, aby poddały się jemu - jako księciu duńskiemu, inaczej - gdy nadejdzie car - wszyscy mieszkańcy poniosą konsekwencje swojego uporu, a z poprzednich kilkunastu lat wszyscy wiedzieli co dokładnie to oznacza. Nic więc dziwnego że większość miast poddawała się masowo: Nitau, Szujen, Erla, Festen, Jurgensburg, Lenwardu, Asferaden i Kokenhausen nad Dźwiną (upadek tego ostatniego miasta wywołał przerażenie na Litwie, tym bardziej że rotmistrz Derpkowski - który poddał twierdzę -  otrzymał wsparcie 300 ludzi wysłanych mu przez Krzysztofa Radziwiłła - co prawda siły te dotarły pół godziny po kapitulacji miasta - a poza tym wojsko, którym dysponował Magnus pod Kokenhausen było tak nieliczne, że wręcz otwarcie oskarżono Derpkowskiego o zdradę). Natomiast książę Magnus - po kapitulacji Wendenu - ogłosił się tam królem Liwonii (uczynił to bez porozumienia ze swym teściem, co potem skończy się dla niego dość nieprzyjemnie, co tylko potwierdzi fakt, że realnie Magnus był tylko marionetką w rękach cara Iwana).




Porażka Wejhera pod Latarnią mocno wstrząsnęła Batorym, który 14 lipca zwinął swój obóz, spalił resztki zabudowań i wycofał się spod Gdańska. W mieście zaczęto się radować ze zwycięstwa, wystrzelono z armat na dowód tego, że miasto wygrało z królem - jednak radość mieszkańców była przedwczesna. Gdańszczanie nie docenili Batorego, tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy z jak upartym i konsekwentnym człowiekiem przyjdzie im toczyć walkę. Co prawda porażka pod Latarnią doprowadziła Batorego do cofnięcia się z miasta, ale to nie oznaczało wcale że zrezygnował ze zdobycia Gdańska, a wręcz przeciwnie. Przez cały drugą połowę lipca Batory snuł najbardziej dziwaczne plany zmuszenia miasta do kapitulacji (m.in. planował zmienić bieg Wisły i skierować rzekę w innym kierunku). 19 lipca 1577 r. Batory zażądał od miasta Elbląg wystawienia pierwszych okrętów, będących podstawą tworzonej na przyszłość floty wojennej. Na początek miało to być 10 okrętów, pływających pod czerwoną banderą z ramieniem trzymającym miecz (Batory dodał, że jeśli miasto nie posiada takich okrętów, to powinno je wynająć np. od Szwedów i wystawić na Bałtyk zgodnie z królewskim żądaniem). Rada Miasta Elbląga - która zdawała sobie sprawę z królewskich łask, jakie do tej pory spływały na miasto - nie zamierzała jednak nic w tej sprawie robić, dlatego też na potęgę mnożyła przeszkody i słała do króla żale, twierdząc że nic nie udało się w tej sprawie uczynić. Ciągle ktoś rzuca mi kłody pod nogi - zapewne tak właśnie myślał sobie wówczas król Batory - szlachta mamrocze pytając dlaczego nie zwołuję sejmu walnego. Chcieliby się zbierać jak sójki za morze przez trzy tygodnie, a potem przez kolejne sześć tygodni radzić jak zmusić mnie do wycofania się spod Gdańska i jak nie dać mi żadnych więcej pieniędzy. Elblążanie nie są w stanie wystawić dziesięciu okrętów floty, car Iwan zajmuje kolejne twierdze w Inflantach a Tatarzy... no właśnie, Tatarzy.

29 czerwca 1577 r. w pałacu w Bakczysaraju na Krymie zmarł chan Dewlet I Girej (panujący nad Ordą przez 26 lat). Był to silny władca Krymu, o którym sam sułtan Selim II (syn Sulejmana Wspaniałego) mówił: "Emir Krymu, szczery i lojalny przyjaciel naszego tronu". Dewlet Girej przysłużył się nieco Batoremu, organizując od 1572 r. coroczne najazdy na Moskwę. Czasem wyprawy te kończyły się niepowodzeniem Tatarów (jak ta z 1572 r.) lub pustoszeniem południowych połaci państwa Iwana Groźnego (car bowiem zajęty był głównie wojną z Polakami, Litwinami i Szwedami w Inflantach, a także mordowaniem własnych poddanych, więc na obronę państwa przed Tatarami nie starczało mu już czasu ani środków). Nie oznacza to jednak że chan tatarski działał w jakiejś zmowie z Batorym, tym bardziej, że dokonując wypraw na Moskwę, jednocześnie Tatarzy atakowali ziemie Rzeczpospolitej (głównie Ukrainę, Podole, Wołyń i Ruś Czerwoną). Tatarzy byli bowiem stepowymi piratami, atakowali sąsiednie państwa nie w celu zdobycia nowych ziem, tylko w celu rabunku - pojmania jasyru (czyli niewolników), koni, bydła i kosztowności. To było pirackie państwo, którego ekonomika opierała się w ponad 90% na rabunku i sprzedaży zrabowanego towaru. Dlatego też powstrzymać Tatarów przed najazdami można było tylko na dwa sposoby: albo im płacić za nieatakowanie danych terenów (co nazywano upominkami dla chana), albo też podbić i zlikwidować Chanat Krymski - innego sposobu powstrzymania tych najazdów nie było. Po śmierci Dewleta jego następcą został syn - Mehmed II Girej "Semiz" (czyli "Tłusty" - zwany tak ze względu na swoją wagę, która uniemożliwiała mu nawet dosiadanie konia). 17 lipca w Konstantynopolu został odnowiony akt przymierza pomiędzy Polską a Turcją (zawarty po raz pierwszy w styczniu 1533 r.), a to spowodowało że sułtan Murad III (syn Selima II) rozkazał Mehmedowi Gierejowi, aby dopomógł Rzeczpospolitej w wojnie z Moskwą. Wkrótce potem do Bakczysaraju wysłany został poseł Batorego - Jędrzej Taranowski (od którego na Krymie Tatarzy zaczęli domagać się "upominków", co było dosyć komicznym, aczkolwiek nieco żałosnym widokiem). Batory mógł się jednak spodziewać, że w zbliżającej się wojnie z Moskwą Orda Krymska stanie po stronie Rzeczpospolitej.




Król coraz bardziej tracił już cierpliwość w stosunku do Elblążan i ich wymówek odnośnie floty. W końcu wysłał tam starostę małopolskiego - Piotra Kłoczowskiego (który wcześniej wysyłany jako poseł do różnych miast hanzantyckich, miał wyrobione odpowiednie kontakty i doświadczenie). Wynajął on sześć statków holenderskich, obsadził je ośmioma działami zdjętymi z murów Elbląga i powierzył je dowództwu Bartłomieja Becka, z zadaniem zdobycia pozostałych okrętów na Gdańszczanach. A tymczasem król Stefan Batory 7 sierpnia 1577 r. z 16000 żołnierzy ponownie wraca pod Gdańsk (ku przerażeniu jego mieszkańców), a konkretnie pod Latarnię i ustawia armaty, otwierając ogień w kierunku tej twierdzy.






PS. Z okazji 79 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego chciałbym powiedzieć tylko tyle, że mam, miałem i będę miał zawsze ogromny szacunek dla ludzi, którzy mimo przeciwności losu podjęli się walki (często beznadziejnej i straceńczej, jak chociażby powstańcy warszawscy - chociaż w ich przypadku oni wierzyli, że Powstanie realnie potrwa tylko kilka dni i zakończy się zwycięstwem, bo Niemcy już są rozbite, bo widać było jak do miasta zwożą z frontu rannych niemieckich żołnierzy, którzy wyglądali żałośnie i nie przypominali już tych butnych, pewnych siebie wehrmachtowców - rycerzy tysiącletniej Rzeszy) o swoją wolność, o ludzką godność, o niepodległość swej Ojczyzny i bezpieczeństwo dla swych rodzin. Tak więc Powstańcy Styczniowi, Żołnierze Niezłomni czasów drugiej konspiracji i oczywiście Powstańcy Warszawscy, to są ci ludzie których ja podziwiam i uważam, że powinni być oni mimo wszystko (piszę "mimo wszystko" ponieważ przegrali) brani za przykład dla przyszłych pokoleń. Bo oczywiście można żyć w gównie, nawet jeśli jest się człowiekiem honoru, ale w końcu ten zapach cię zabije, a przynajmniej zabije cię bezczynność i poczucie że wewnętrznie się rozpadasz, giniesz w tym smrodzie. Dlatego też jak ktoś mówi pozytywizm, praca u podstaw, to powiem - owszem, to jest dobre i ja tego nie zamierzam wcale negować. Ale to jest dekady (a często na pokolenia) i nie tworzy ona mimo wszystko realnego podglebia pod zmiany. Spójrzmy bowiem jak to wygląda w naszej historii - Powstańcy Styczniowi byli wzorem dla tych, którzy wywalczyli nam Niepodległość w latach 1914 -1918 i obronili ją w 1920 roku. Żołnierze Niezłomni, Żołnierze Wyklęci byli zaś podglebiem współczesnych patriotów, ludzi, którzy dziś - dzięki ich poświęceniu i walce tworzą swoisty pomost pokoleniowy (a także pomost pamięci genetycznej co bardzo ważne) pomiędzy II a III Rzeczpospolitą (bo przecież nikt normalny nie powie, że PRL był jakąkolwiek formą łączności z dawną, przedwojenną Polską), a po transformacji ustrojowej - jakże żałośnie to brzmi - ludzie o pokroju Kuronia, Gieremka czy Michnika - również nie chcieli budować tego pomostu, im powiem bliżej było do PRL-u, bowiem w większości wywodzili się ze środowisk komunistycznych. Powstańcy Warszawscy są są dumą Miasta i całej Polski. To również jest pomost pokoleniowy pomiędzy starym a nowym światem, pomiędzy tradycją i tym co piękne w naszej historii, a współczesnością i naszą wzrastająca rolą w Europie i myślę że i już wkrótce także na Świecie.








CDN.