Łączna liczba wyświetleń

niedziela, 20 października 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XIV

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA
Cz. XIV





 Sejm, na którym 17 grudnia 1650 r. uchwalono podatki na 51 000 armię (36 000 żołnierzy w Koronie i 15 000 na Litwie), dobiegł końca tuż przed Bożym Narodzeniem 23 grudnia. Co prawda do Czehrynia wysłane zostało jeszcze królewskie poselstwo (w skład którego wszedł wojewoda bracławski - Stanisław Lanckoroński i wojewoda kijowski - Adam Kisiel) które przywiozło Chmielnickiemu żądania zaprzestania kontaktów z obcymi dworami i trzymania wojsk zaporoskich "tam gdzie my każemy" nie mogło w żaden sposób załagodzić zbliżającego się konfliktu (a zapewne czytając ów list od króla, Chmielnicki musiał mieć z tego niezły ubaw, wiedząc już że ma pewne poparcie Tatarów, a także Turków, gdyż jeszcze w grudniu 1650 r. przyszedł doń list od sułtana Mehmeda IV, w którym ten otwarcie brał Kozaków w opiekę i wysłał Chmielnickiemu kaftan oraz sztukę złotogłowiu na znak swojej protekcji). Mimo to Chmielnicki oficjalnie w swoim liście do króla "padał czołobitnie pod nogi Jego Królewskiej Mości" wciąż deklarując i zapewniając o swej wierności Rzeczypospolitej. Jednak tak naprawdę w Koronie już nikt nie wierzył w utrzymanie pokoju i nawet opowiadający się za tym do końca Adam Kisiel był przekonany, że jest on niemożliwy do utrzymania. Zaczęło się teraz formowanie oddziałów i zbieranie ochotników (na tym minął cały styczeń i większa część lutego 1651 r.). Chmielnicki wydał rozkaz aby każdy Kozak zgromadził 5 funtów prochu i 5 kul, ale ogólnie rzecz biorąc podchodzono do tego polecenia bardzo swobodnie (prawie nikt tego nie uczynił, a ci, którym się to udało i tak wcześniej czy później przepijali to za łyk okowity lub miodu pitnego), a z raportów donoszono Chmielnickiemu iż: "Koło Dniepru i po wszystkiej Ukrainie nic chłopi nie robią, jeno piją na każdy dzień". Nastroje były oczywiście bardzo wojownicze, wszyscy oczekiwali wojny i wszyscy liczyli na łupy oraz łatwe i szybkie zwycięstwo nad Lachami, chociaż chłopi coraz częściej skarżyli się na Kozaków, iż ci zabierają im co popadnie, mówiąc: "Wolelibyśmy dziesięć razy bardziej Lachów niż Kozaków, gdyż gdybyśmy oddali czynsz, bylibyśmy wolni od danin, a tak nie ma żadnej sprawiedliwości i kto przyjdzie, ten zabiera, co jest pod ręką".

Kłopoty z utrzymaniem posłuszeństwa wśród czerni i kozactwa, nie były jednym problemem Chmielnickiego. Miał on również spore kłopot z własną żoną - Anną, o której nieciekawa opinia krążyła po całym Zaporożu. Często wybuchały między nimi kłótnie, w czasie których Chmielnicki zamykał swą żonę w domu, lub kazał ją pilnować czy aby nikt się do niej nie zbliża. Wieści o tym że żona przyprawia mu rogi, były też zapewne powodem jego postępującego alkoholizmu, gdyż w tym czasie pił już w zasadzie non stop (z niewielkimi przerwami na sen i na porannego kaca, którego ponownie leczył alkoholem). A tymczasem z Krymu ruszyła Orda jako wsparcie dla Kozaków w wojnie z Rzeczpospolitą, ze Stambułu przyszedł list do Chmielnickiego od wielkiego wezyra Meleh Ahmeda paszy potwierdzający turecką "opiekę" nad kozaczyzną, a 15 stycznia 1651 r. król Jan II Kazimierz wydał potrójne wici, nakazujące szlachcie zebranie pospolitego ruszenia. Wojna stała się faktem. Tymczasem kłopotem dla Chmielnickiego okazał się pułkownik bracławski Daniło Neczaj, który na bracławszczyźnie (idąc na czele ok. 30 000 Kozaków) już rozprawiał się z tą szlachtą, która powróciła do swoich majątków. Nie było to na rękę atamanowi, gdyż takie działanie mogło zbyt wcześnie sprowokować wojnę, co przy braku jeszcze posiłków tatarskich, nie było korzystne dla powstania (poza tym Neczaj mógł stanowić osobistą konkurencję dla Chmielnickiego, gdyż był bardzo popularny w wojsku zaporoskim, szczególnie jego otwarta niechęć do Lachów, stawiała go w kontrze do często niejasnych poczynań Chmielnickiego). Przeciwko niemu już w lutym na bracławszczyznę z 12 000 żołnierzy wkroczył hetman polny koronny Marcin Kalinowski, którego wspierał wojewoda bracławski - Stanisław Lanckoroński (miał on z Neczajem osobiste porachunki, gdyż Neczaj z zimną krwią zamordował jego posłów, wysłanych do Chmielnickiego i teraz pragnął się zemścić).




Kozacy Neczaja zdobyli Szarogród i ruszyli pod Bar - potężną twierdzę założoną ponad 100 lat wcześniej przez królową Bonę Sforzę (nazwa Bar wzięła się właśnie od jej włoskiego księstwa Bari). Tam, otrzymawszy wieści o zbliżaniu się oddziałów Kalinowskiego, zawrócił do Krasnego, licząc na co najmniej kilkudniowy odpoczynek, nim Polacy realnie podejdą pod miasto (nocą 20 lutego 1651 r. Neczaj i jego Kozacy urządzili w Krasnym imprezę, połączoną z piciem, tańcami i chędożeniem miejscowych dziewek). Oddziały polskie podeszły pod Krasne jeszcze tej samej nocy 20 lutego. Szybko zlikwidowano straże przednie i konnica pędem wpadła do miasta, pełnego ucztującego kozactwa i lokalnych mieszkańców. Początkowe zaskoczenie szybko jednak minęło i co sprawniejsi Kozacy - a także ludność miejscowa - zaczęli się bronić. Doszło do tego że oddziały Kalinowskiego prawie zostały wyparte z miasta, ale przyszedł im w sukurs rotmistrz Adam Hieronim Kazanowski ze swoim oddziałem, który uderzył z drugiej strony. Nastąpiła rzeź kozactwa w Krasnem. Wielu z nich padło trupem, część uciekła, część zaś schroniła się w dobrze ufortyfikowanym zamku kraśnieńskim. Oblężenie zamku trwało przez dwa kolejne dni, a hetman Kalinowski w tej walce dawał przykłady osobistego męstwa, pokazując żołnierzom że nie tylko potrafi dowodzić, ale również walczyć. Kozacy nie widząc dla siebie szansy na ratunek, postanowili uciec z twierdzy, ale gdy podjęli taką próbę nocą, oddziały polskie szybko zaalarmowane ruszyły na nich i cały pułk bracławski został zlikwidowany. Pozostali musieli wrócić do twierdzy, choć większość z nich była poważnie ranna. Następnego dnia rano gdy Polacy wdarli się na zamek, większość obrońców albo była umierająca, albo ledwie trzymała się na nogach - jak pisał Radziwiłł: "Kiedy nasi wpadli na zamek leżał tam na kobiercu trup Neczaja i siedziało przy nim czterech popów schizmatyckich z bratem zmarłego; wszystkich ścięto szablami. Chytry Chmielnicki chwalił to zdarzenie, gdyż ów przekroczył granice zawartego układu". Kozackie straty w czasie walk w Krasnem obliczył Radziwiłł na jakieś 10 000, choć wydaje się że ta liczba jest znacznie zawyżona.

Po czterech dniach odpoczynku, Kalinowski ruszył dalej, w głąb Ukrainy. Po drodze bez walki opanował Murachwę, Szarogród i Czernijowce, jednak gdy doszedł do silnie umocnionej twierdzy zwanej Ścianą, leżącej nad rzeką Rusawą, mieszkańcy odpowiedzieli ogniem, a także zaczęli w stronę Polaków "wypinać swe zadki". Szturm jaki powzięto na miasto, został odparty, a Kalinowski (nie chcąc tracić przy szturmach kolejnych żołnierzy), rozpoczął pertraktacje z mieszkańcami, co na drugi dzień poskutkowało zapłaceniem przez nich okupu w wysokości 4 000 czerwonych złotych i odstąpieniem od oblężenia Ściany przez hetmana Kalinowskiego. Ten następnie zawrócił do Czernijowiec, skąd 6 marca wysłał oddział na zdobycie Jampola. Twierdza ta padła, gdyż użyto tutaj głównie podstępu, a mianowicie wysłano przodem Wołocha dobrze znanego obrońcom, który twierdził, że został przysłany przez Chmielnickiego i nakazywał im być szczególnie czujnym wobec zbliżających się Polaków. Nocą podjęto szturm, który całkowicie zaskoczył obrońców a miasto szybko zostało opanowane - zdobyto w nim również znaczne łupy (np. w domu jednego greckiego kupca znaleziono 60 000 zł). Jampol spalono, a Kalinowski ruszył teraz na północ, ku Winnicy nad Bohem. Miasto to jednak już wcześniej opanował pułkownik kalnicki - Iwan Bohun (jeden z antybohaterów pierwszej części sienkiewiczowskiej trylogii: "Ogniem i mieczem"). Pierwszy do miasta zbliżył się pułk Lanckorońskiego, a ten podjął szturm z marszu który zakończył się znacznymi stratami. Gdy dotarły główne siły Kalinowskiego (11 marca), miasto nadal się broniło. Zdając sobie jednak sprawę z trudności swego położenia Kozacy postanowili wycofać się (wraz z ludnością miasta) do pobliskiego monasteru, gdzie zamierzano długo się bronić, aż do nadejścia odsieczy Chmielnickiego. Tak też uczyniono, a walki pod monasterem trwały kolejny tydzień (Kozakom w obronie pomagali mieszkańcy Winnicy - którą opuściwszy spalono, okoliczni chłopi, a także kilkudziesięciu szlachciców ruskich). Zaproponowana przez Bohuna zapłata w naturze (gdyż Kozakom brakowało pieniędzy), została przez Kalinowskiego odrzucona, a ten zażądał bezwarunkowej kapitulacji i wydania samego Bohuna w polskie ręce. Walki więc trwały nadal, a wówczas z odsieczą Bohunowi przyszedł pułk humański Jesyfa Głuchego i w starciu pod monasterem Kalinowski został pokonany, musząc się wycofać na południe (pozostawił na miejscu całą artylerię, tabory i rannych). Poszedł do Baru, następnie do Latyczowa i ostatecznie zatrzymał się w Kamieńcu Podolskim nad Dniestrem.




Ta poniesiona porażka stała się powodem nie tylko kłótni wśród dowódców (Kalinowskim i Lanckorońskim), ale także upadku ducha wśród żołnierzy, do czego też znacznie przyczynił się głód - panujący w oddziałach Kalinowskiego po utracie taborów. To też spowodowało, że żołnierze brutalnie rabowali okoliczne wioski w poszukiwaniu prowiantu. Co prawda po drodze znoszono mniejsze oddziały kozackie, ale w niczym nie poprawiło to nastrojów panujących w Kamieńcu Podolskim. Wcześniej, bo 14 lutego 1651 r. do Moskwy ruszyło poselstwo kasztelana sandomierskiego - Stanisława Witowskiego i pisarza litewskiego - Filipa Kazimierza Obuchowicza. Miało ono zawrzeć sojusz z Moskwą wymierzony zarówno przeciwko Turcji i Tatarom, jak również przeciwko Kozakom Chmielnickiego. Car Aleksy jednak stwierdził że taki sojusz będzie możliwy dopiero wówczas, gdy Rzeczpospolita ostatecznie rozprawi się z buntem kozackim na swoich ziemiach. Nie zgodził się też aby wojska polskie uderzyły na Kozaków od wschodu, przechodząc przez ziemie rosyjskie. Znacznie więcej sukcesów odniósł w tym czasie na polu dyplomatycznym chmielnickim, który uzyskał od cara Aleksego zapewnienie że nie wejdzie w sojusz z Rzeczpospolitą, od sułtana że ma jego poparcie i przykazał Tatarom aby wiernie trwali przy Kozakach do końca tej wojny, zapewnienie księcia Jerzego Rakoczego z Siedmiogrodu że uderzy na Kraków od południa, a także podporządkował sobie hospodara Bazylego Lupula po swoim zeszłorocznym wypadzie na Mołdawię. Do Tatarów Chmielnicki pisał: "Przychodźcie wybierać miód z Polski, kiedy my zakurzywszy pod nos Lachom, jak pszczoły z ula wyganiać ich będziemy!" Ale nie dosyć na tym. Chmielnicki bowiem opracowywał wielką akcję dywersyjną, która miała wybuchnąć na tyłach wojsk polskich w sytuacji, gdy te będą zmierzały na Ukrainę. Akcją tą kierować miał pułkownik Stasieńko, a pomoc uzyskać od księcia Rakoczego. W liście do władcy Siedmiogrodu Chmielnicki pisał tak: "Szlachta polska za królem idąc, zostawia bez obrony miasta i wsie swoje. Namówiłem chłopów, aby schwytawszy oręż, z tyłu uderzyli niespodzianie na nieprzygotowanych i zajętych wojną ze mną. Uderz nagle szlakiem Turcji, Siedmiogrodu i Węgier, zdobądź stary gród Wawel, na co dwóch dni wystarczy, a znajdziesz tam bogate łupy". Rakoczy zapewniał Chmielnickiego że tak postąpi, ale ostatecznie nie odważył się na taki krok. Natomiast dywersja Stasieńka wkrótce przyniesie efekty, czego przykładem będzie chociażby bunt Aleksandra Kostki Napierskiego na sądecczyźnie, a także chłopskie powstanie w Wielkopolsce (o tym wkrótce opowiem bardziej szczegółowo).

W kwietniu król polecił hetmanowi Kalinowskiemu wycofać się do Sokala, gdzie miała nastąpić główna koncentracja sił koronnych przed atakiem na Ukrainę. Ten uczynił to 22 kwietnia, ale wkrótce potem pod Kamieniec Podolski podeszli Kozacy pod wodzą Asanda Demki, którzy podjęli szturm na tę dobrze umocnioną twierdzę. Kolejne szturmy nic jednak nie dawały i przynosiły tylko coraz większe straty po stronie kozactwa i ostatecznie - gdy Demka dowiedział się że Kalinowskiego nie ma w twierdzy - zwinął oblężenie i ruszył za nim w pogoń. Dogonił go 12 maja w czasie przeprawy pod Kupczyńcami, gdzie doszło do bitwy. Zakończyła się ona całkowitym zwycięstwem strony polskiej (głównie dzięki znakomitym oddziałom Aleksandra Koniecpolskiego i Marka Sobieskiego - starszego brata przyszłego króla Rzeczpospolitej Jana III Sobieskiego). Zginęło kilku kozackich wodzów, a sporo z nich dostało się do niewoli (nie było wśród nich jednak Demki, który zdążył uciec). Następnie w drodze do Sokala Kalinowski ominął zajęty przez Kozaków Zborów, na zamku w Pomorzanach pozostawił rannych (zniszczył tam też dwie swoje armaty, których nie było sensu dalej ciągnąć) i przybył do Sokala 22 maja, prowadząc ze sobą trochę ponad 6 000 żołnierzy (z 12 000 z jakimi ruszał na początku tej kampanii). Król Jan Kazimierz wyjechał mu na spotkanie, ale w samym obozie było wiele wzajemnej zawiści pomiędzy dowódcami (Kalinowski np. miał zatarg z hetmanem wielkim Mikołajem Potockim, który nie ustąpił nawet w obliczu wojennego zagrożenia). Mimo to rozbudowa armii szła bardzo szybko i sprawnie (można by rzec że wyjątkowo sprawnie), a już w czerwcu 1651 r. król Jan Kazimierz dysponował prawie 70 000 dobrych bitnych żołnierzy (dominowała oczywiście jazda - jak to zawsze u nas było, w tym oczywiście niezwyciężona husaria, jazda pancerna, rajtaria, dragonia i chorągwie polskich Tatarów). Poza tym pod Bobrujskiem na hetman polny litewski Janusz Radziwiłł zgromadził 15 000 żołnierzy, których celem miało być opanowanie Kijowa. Szykowała się wojna, w której Kozacy i cała Ukraina miała zostać wzięta w żelazne kleszcze z dwóch stron. 





PS: Tak na marginesie chciałbym dodać, że obserwując ostatnie wydarzenia dziejące się w kwestii teoretycznego pokoju jaki ma zapaść na Ukrainie (śpieszą się przed wyborami w USA i przed praktycznie pewnym zwycięstwem Donalda Trumpa), w którym o Ukraińcach rozmawiają Amerykanie, Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy, natomiast nie ma tam najważniejszego członka, czyli nas, jako że nasz kraj jest nie tylko życiodajną linią pozwalającą w ogóle przetrwać Ukrainie, ale również przyjęliśmy pod swój dach kilka milionów ukraińskich uchodźców, ofiarowaliśmy Ukrainie kilkaset naszych czołgów (o innej broni nawet nie wspominając). Nasz wkład w to że Ukraina może w ogóle dalej istnieć i walczyć jest nieporównywalny z quadem żadnego innego państwa - ŻADNEGO! A mimo to rysuje się na horyzoncie nowe Monachium. Najwidoczniej niczego się w tej tak zwanej starej Europie nie nauczono. Nadal nas się traktuje jak małe dzieci, które nie zasługują na mocarstwowe ambicje, mało tego, którym nie można pozwolić na posiadanie takich ambicji. 

No cóż według mnie sprawa jest prosta na tym całym pajacu żeleńskim już dawno postawiłem krzyżyk. Według mnie powinniśmy na Ukrainie wspierać  propolskie elementy i jednostki (a takowych nie brakuje, podobnie jak chociażby w owym roku 1651 na sejmie uszlachcono kilku Kozaków wiernych Rzeczypospolitej). Wydaje mi się też (choć może to zabrzmieć dosyć dziwnie, a środowiska konfederackie i narodowe zapewne się ze mną nie zgodzą), ale uważam że powinniśmy finansować ukraińską armię. No, może nie całą, ale główne jej elementy, tak bowiem jak od XVI wieku tworzyliśmy rejestr kozacki, tak dziś potrzeba nam stworzyć nowy rejestr kozacki na Ukrainie i polonizować ten kraj poprzez jego kadrę oficerską, a następnie schodząc niżej poprzez zwykłych żołnierzy. Nie można bowiem pozwolić na to, żeby ci ludzie po zakończeniu konfliktu (z traumą jaka bez wątpienia pojawia się w czasie trwania działań wojennych) rozlali się po naszym kraju, bo to doprowadzi do nie tylko ogromnego wzrostu przestępczości, ale przede wszystkim do niestabilności wewnętrznej, a my tego nie potrzebujemy. Rejestr kozacki, nowy rejestr XXI wieku jest więc nam bardzo potrzebny. 


LISOWCZYK



Druga sprawa "polscy wagnerowcy", a raczej oddziały sił szybkiego reagowania, które nie będą bezpośrednio powiązane z naszym państwem, a będą służyć jako siły reagujące (na przykład likwidować wrogów Rzeczpospolitej na Ukrainie i wszędzie w tym rejonie, nawet na Białorusi czy w Rosji), ale zawsze będzie można powiedzieć To nie my, oni nie mają z nami nic wspólnego. I tutaj przychodzą mi na myśl Lisowczycy którzy byli właśnie taką siłą w końcu XVI i w XVII wieku. Siłą, która nie ciągnąc za sobą taborów, jednym wypadem była w stanie zajechać nieprzyjaciela od tyłu, podejść pod Moskwę, czy nad granicę z Iranem i powrócić do Rzeczpospolitej po wykonaniu tych misji (oczywiście ich szlak znamionowały płonące wioski i miasta oraz tysiące trupów, bo byli oni przede wszystkim najemnikami, ale jednocześnie odwalali dla nas w tamtym czasie kawał dobrej roboty). To trzeba stworzyć koniecznie, jako siłą którą będzie można wykorzystywać do "zadań specjalnych", a od której oficjalnie będzie można się odciąć - "Nie, to nie my, my jesteśmy za pokojem", a tam już kilka/kilkanaście trupów wrogów Rzeczpospolitej leży 😉. Wiem że to co piszę nie jest może przyjemne ani fajne (tym bardziej biorąc pod uwagę inne moje tematy, które tworzę na tym blogu), ale przyznam się szczerze że już zaczyna mnie wkurzać to jawne pogardzanie Rzeczpospolitą. Może wreszcie czas oprzytomnieć i przestać marzyć o "europejskim domu" (który coraz częściej przypomina niemiecki obóz koncentracyjny) a w którym mamy być tylko (i to w najlepszym przypadku) odźwiernym, a zacząć wykuwać naszą przyszłość i to nie tylko w Europie, ale również na świecie. Może wreszcie wtedy nabiorą do nas szacunku.


NOWE MONACHIUM
(Z czego te pacany się cieszą?)



CDN.

czwartek, 17 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VI

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. II




 Zmniejszenie niebezpieczeństwa że strony ZSRS zostało okupione niewielkim pogorszeniem polskiej pozycji wobec Niemców. Dopóki Czechosłowacja była nieżyczliwa wobec III Rzeszy, Wehrmacht nie mógł wyprowadzić głównego uderzenia na Warszawę ze Śląska, narażonego na ewentualne uderzenie armii czechosłowackiej. Możliwości zamiany Śląska w niemiecki place d'armes Polacy nie mogli zapobiec, udało się natomiast przygotować do ewentualnego militarnego wykorzystania Słowacji przez Niemców. Wyzwalając Zaolzie i przejmując wkrótce potem Czadczyznę, Polacy przerwali linie kolejowe biegnące na wschód Słowacji i na Zakarpacie. Następnie wspólnie z Węgrami rozpoczęli operacje dywersyjne opatrzone kryptonimem "Łom". Mimo że nie przyniosły błyskawicznego sukcesu, sprawiły jednak, że druga linia kolejowa biegnąca na wschód Słowacji i Zakarpacie została opanowana przez Węgrów. Gdy się patrzy na mapę, może się wydawać, że późniejsze - z marca 1939 roku - podporządkowanie Słowacji III Rzeszy doprowadziło do "głębokiego oskrzydlenia Rzeczypospolitej od południa" i do znacznego osłabienia polskiego potencjału obronnego, nie jest to jednak prawdą. W planowaniu działań militarnych nie liczy się długość wspólnej granicy, a jedynie dostępność linii kolejowych, a te były w rękach Polaków i Węgrów. W rękach Niemców, Słowaków, Czechów - właściciele zmieniali się kilkukrotnie w ciągu roku - pozostała tylko jedna linia kolejowa, a na takiej kruchej podstawie nie można planować działań zbrojnych.

Dla Czechów umowa monachijska okazała się prawdziwym szokiem. Władze państwowe przekonywały ich obywateli, że są jedynym demokratycznym państwem w Europie Środkowej, że ich armia jest potężna, bitna i dobrze wyposażona; że fortyfikacje - na które płacili olbrzymie podatki - nie mają w sobie równych, a zresztą Praga prowadzi rozsądną politykę zagraniczną: ma przyjaciół wśród mocarstw i gardzi słabszymi. Wszystko to okazało się kłamstwem. Czechosłowacja nie stosowała zasad demokratycznych wobec mniejszości narodowych, w wywołanym przez to konflikcie nie mogła liczyć na własną armię, a fortyfikacje okazały się bezużyteczne. Polityka zagraniczna okazała się katastrofą - pogardzani do niedawna zachodni sąsiedzi urośli w siłę, a kontakty z państwem Stalina zamiast pomocy przyniosły niechęć Europy. Czesi poczuli się zdradzeni - przede wszystkim przez swojego prezydenta, który szybko opuścił kraj. W kolejnych latach niechęć do Benešia została przekierowana - postarali się o to zarówno propagandyści "beneszowcy", jak i komunistyczni - w niechęć do Zachodu (charakterystyczne jest to - chociażby ze względu na pytanie przeciwko komu wymierzony był alians Moskwy i Pragi - że nie zwraca się uwagi na niewypełnienie zobowiązań sojuszniczych przez Moskwę, a jedynie przez Francję i Wielką Brytanię, która notabene sojusznikiem Czechosłowacji nie była!). Wydarzenia jesieni 1938 roku powszechnie określa się więc w Czechach jako: "zrada Zapadu", "Mnichovska zrada", czy też "zrada spojencü" (zdrada sojuszników). W rzeczywistości właśnie sojusznicy mogli czuć się zdradzeni przez Pragę. Nie chodzi nawet o to, że państwo to prowadziło awanturniczą - stojącą na granicy bolszewizmu - politykę wewnętrzną i zagraniczną, ale o to, że nie miało dość sił, żeby ponieść jej konsekwencje. 

Kapitulacja Czechosłowacji oznaczała utratę kontroli nad czeskim przemysłem zbrojeniowym, w który Francuzi wpompowali olbrzymią ilość pieniędzy oraz technicznego know-how. Niemcy nie tylko dostali fabryki produkujące doskonałe uzbrojenie, ale mieli możliwość zapoznania się z najnowszymi francuskimi technologiami (i brytyjskimi - to huty czeskie produkowały płyty pancerne dla najnowszych okrętów liniowych Royal Navy). Co więcej, sojusznicy Francji - m.in. Jugosławia i Rumunia - miały armie uzbrojone głównie w sprzęt produkowany na terenie Czech - na terenie kontrolowanym przez Niemców. Bardzo często historykom umyka fakt, że kapitulując przed niemieckim dyktatorem, to właśnie Czechosłowacja zdradziła swoich aliantów (a nie na odwrót). Nie tylko zerwała wszystkie dotychczasowe układy sojusznicze, ale związała się z Hitlerem. Przyjęła bowiem od III Rzeszy gwarancje bezpieczeństwa. Oznaczało to faktyczne powstanie sojuszu wojskowego pomiędzy Pragą a Berlinem - tak samo jak późniejsze przyjęcie przez Polskę gwarancji brytyjskich oznaczało sojusz Warszawy i Londynu. Stanięcie po stronie Berlina armii czechosłowackiej (...) wymusiło na Francuzach i Brytyjczykach rozbudowę ich własnych sił zbrojnych. Niemieckie zwycięstwo na konferencji w Monachium - pomimo okazywania entuzjazmu przez zachodnich polityków -  zostało odebrane w Paryżu i Londynie jako bardzo wyraźny sygnał alarmowy. Do września 1938 roku III Rzesza była cenionym członkiem europejskiej społeczności. Może nie najbardziej godnym, ale znów nie tak najgorszym - w końcu obozy koncentracyjne wymyślili Brytyjczycy (w czasie wojny z holenderskimi Afrykanerami zasiedlającymi państwa południowej Afryki: Transwal i Oranię w latach 1899-1902), rasistowskie prawodawstwo zostało zniesione w Stanach Zjednoczonych dopiero w 1965 roku, a krwawe walki o władzę zdarzały się i w kulturalnej Francji (podczas "kryzysu 6 lutego" w 1934 roku na ulicach Paryża zginęło 17 osób, a 2329 było rannych). To konferencja w Monachium - i następująca wkrótce po tym noc kryształowa - udowodniły, że Niemcy nie zamierzają spocząć na laurach i usatysfakcjonować się dotychczasowymi sukcesami, ale występują przeciwko porządkowi europejskiemu. 

I Brytyjczycy, i Francuzi zaczęli działać. Neville Chamberlain mógł krzyczeć do tłumów: "Przywiozłem wam pokój na miarę naszych czasów", ale gdy zasiadł tylko w fotelu premiera, jego główną troską były zbrojenia. Wielka Brytania rozpoczęła rozbudowę sił lądowych o ponad 20 dywizji, zainicjowała rozbudowę floty i lotnictwa (wciąż kiepsko to wyglądało we wrześniu roku 1939, można powiedzieć że Brytyjczycy uważali, że co najmniej do końca roku 1940 - a w zasadzie do 1941 - będą dopiero gotowi do realnego użycia swoich sił zbrojnych w tej wojnie). Francuzi czynili podobnie - być może nawet nieco jawniej, bo samoloty bojowe zamawiali za granicą. I choć większość kontraktów zgarnęły wytwórnie amerykańskie, to samoloty dla Francji produkowali też Belgowie i Holendrzy. Zapytania ofertowe wysyłano nawet do Związku Sowieckiego - ten nie dysponował jednak nowoczesnymi samolotami (trzeba też powiedzieć że ogromną rolę w ponownym uzbrojeniu zarówno III Rzeszy jak i Związku Sowieckiego odegrały Stany Zjednoczone. Amerykańscy inżynierowie modernizowali Związek Sowiecki w latach 30-tych, unowocześnili też Armię Czerwoną. Jedynie sowieckie lotnictwo - a szczególnie marynarka wojenna - została przez Amerykanów pominięta i trudno się temu dziwić. W końcu oni doskonale wiedzieli że zmodernizowany sprzęt - w tym silna flota wojenna - zostanie wcześniej czy później wykorzystana przeciwko nim samym. W czasie II Wojny Światowej sowieckie lotnictwo było bardzo mało skuteczne, a jeszcze mniej skuteczna była sowiecka marynarka wojenna - która przez większość wojny pozostała w portach. Natomiast wojnę wygrała Armia Czerwona stworzona przez Amerykanów. Należy też dodać że amerykańskie banki również finansowały modernizację Wojska Polskiego, aczkolwiek w porównaniu z tym co dano Niemcom, to była prawdziwa kropla w morzu, a stosunek ten można przedstawić co najmniej jako 20-1). W gruncie rzeczy oznaczało to obniżenie pozycji Moskwy - i to nie tylko ze względu na zapóźnienia techniczne. Po klęsce w Hiszpanii, po porażkach na Dalekim Wschodzie, po bankructwie idei frontów ludowych, po wielkiej czystce, po wymordowaniu kadry dowódczej, po upadku Czechosłowacji - Związek Sowiecki przestawał być odbierany jako jasne i oczywiste zagrożenie. A to oznaczało, że antybolszewickie Niemcy nie są potrzebne Europie. Dyplomatyczna hossa Berlina się skończyła. 






Co więcej, gorączkowe zbrojenia Francuzów i Brytyjczyków były tajemnicą poliszynela. Doskonale zdawali sobie z nich sprawę Niemcy. Niestety, rozumieli je w sposób paranoidalny - nie widzieli w nich reakcji na niemieckie poczynania, a akcję wymierzoną w III Rzeszę. Co gorsza, władzę w Berlinie sprawowali ludzie niewykształceni, niewykwalifikowani, niedoświadczeni i niezrównoważeni emocjonalnie. Brak kompetencji niemieckich decydentów wynikał z wielu czynników. Przede wszystkim z partyjnego charakteru państwa, przestrzegania zasady wodzowskiej oraz postanowień układu wersalskiego. Urzędnicy państwowi awansowali nie ze względu na kwalifikacje, ale ze względu na poparcie partii, a w skrajnych przypadkach byli zastępowani przez funkcjonariuszy partyjnych (albo nawet partyjnych sponsorów - jak to miało miejsce w wypadku zastąpienia po konferencji monachijskiej ministra spraw zagranicznych od roku 1932 Konstantina von Neuratha przez Joachima von Ribbentropa - handlarza win i mecenasa partii nazistowskiej, wynagrodzonego w 1935 roku stanowiskiem ambasadora w Londynie). Istotne jest również i to, że większość polityków i urzędników III Rzeszy była ludźmi młodymi - nie tylko pozbawionymi edukacji i doświadczenia, lecz także niecierpliwymi. Chcieli sukcesów i chcieli ich natychmiast. Równie niewykształcone i niedoświadczone były kadry wojskowe. Dowódcy alianccy - dla przykładu Edmund Ironside, Maurice Gamelain i Edward Śmigły-Rydz - szlify generalskie otrzymali w czasach wielkiej wojny. Dowódcy niemieccy byli zaś w czasie tamtej wojny oficerami młodszymi, rzadko majorami. Po traktacie wersalskim przez długie 15 lat nie mogli zdobywać doświadczenia sztabowego, rozwijać zdolności przywódczych czy nawet poznawać problemów dowodzenia wielkimi jednostkami - nie w armii, której liczebność ograniczono do 7 dywizji. Gdy natomiast odbudowano niemiecki sztab generalny, młodym niemieckim generałom nie miał kto przekazywać doświadczeń i wiedzy: większość sztabowców z czasów wielkiej wojny straciła - w czasie wymuszonego rozbratu z wojskiem - kontakt z nowoczesną wiedzą wojskową. 

Najważniejszym czynnikiem był jednak Adolf Hitler. Wiązało się to z pruskim umiłowaniem dyscypliny i ścisłym przestrzeganiem führerprinzip - zasady wodzostwa, polegającej na bezwzględnym podporządkowaniu się poleceniom przełożonych, przekonaniem o ich nieomylności, oraz niemal religijnym kulcie przywódcy (to wszystko prawda, ale należy pamiętać że już Wehrmacht w 1939 roku przyjął zasadę, że w przypadku śmierci wyższego dowódcy, każdy żołnierz szczebel niżej wie co ma dalej robić i nie musi automatycznie pytać się o zdanie przełożonych w sytuacji braku z nimi kontaktu lub konieczności podjęcia szybkich decyzji. Niestety w Wojsku Polskim zasada była jednak bardziej wodzowska, a mniej skierowana na innowacyjność szybkim podejmowaniu decyzji w przypadku utraty dowództwa). Gdyby jeszcze "wódz" wyróżniał się na tle swoich podkomendnych... Niestety dla Europy - a przede wszystkim dla Niemców - Adolf Hitler był niewykształcony, jego kwalifikacje dotyczące dyplomacji były mizerne, odpowiednie dla pięcioletniego jedynie doświadczenia, które zdobył od 1933 roku. Był osobą bardzo emocjonalną, wprost irracjonalną. Co gorsza, odniósł właśnie pasmo sukcesów - więc czuł się niezwyciężony, a żaden z doświadczonych dyplomatów nie miał wystarczającego prestiżu - czy może odwagi - żeby wyjaśnić mu oczywistą prawdę: europejskie mocarstwo osiągające sukcesy zraża do siebie inne mocarstwa...

Czy dałoby się uniknąć wojny, gdyby Hitler spasował w tej licytacji i wybrał politykę obłaskawienia swoich sąsiadów zaniepokojonych nadmiernym wzrostem potęgi III Rzeszy? (...) Wydaje się że tak (my musimy pamiętać również, że nasze położenie było tragiczne nie tylko z punktu widzenia geopolitycznego i militarnego, ale również politycznego. Europa za wszelką cenę chciała uniknąć wojny - oczywiście my też - problem polegał tylko na tym, że oni w zamian za udobruchanie Hitlera byli gotowi zapłacić mu naszymi ziemiami zachodnimi, i to nie tylko Brytyjczycy, ale również Francuzi, a także - a może przede wszystkim w tym wariancie - Amerykanie. Gdyby Hitler nie doszedł do władzy w Niemczech, człowiek który totalnie rozbił budowaną skrupulatnie przez ministra spraw zagranicznych Rzeszy Gustava Stresemanna politykę udobruchania mocarstw zachodnich i wejścia w tyłek Amerykanom - głównie poprzez umożliwienie im inwestycji na niemieckim rynku - to sytuacja byłaby taka, że wojna i tak by wybuchła, bo jak pisał Ignacy Matuszewski w 1932 r. "nie damy oderwać od Polski choćby skrawka polskiej ziemi", więc albo byśmy musieli zgodzić się na międzynarodowy arbitraż w tej kwestii, albo na wojnę z Niemcami, z tym że nie byłyby to Niemcy hitlerowskie. Hitler jednak zdobywając władzę po prostu kopnął ten stolik, wywracając wszystkie figury i zaczął w sposób brutalny i podlany ideologicznym sosem rasizmu realizować swoją politykę, co automatycznie zraziło do Niemiec zarówno Francuzów jak i Brytyjczyków, a także Amerykanów). Przede wszystkim Francja i Wielka Brytania nie były aż tak zainteresowane ani obroną status quo - o wojnie prewencyjnej nie wspominając - żeby zdecydować się na agresję przeciwko Niemcom. Rzeczpospolita była zadowolona z pokojowych stosunków z Rzeszą, poza tym dbała o zachowanie równowagi w stosunkach ze wschodnim i zachodnim sąsiadem. Państwa europejskie właśnie wychodziły z kryzysu i wolały się skupić na rozwoju gospodarczym, a nie militarnym. 




Ekonomia wskazywała zresztą na sukces aliantów - Niemcy w pewnym momencie musiałyby spłacać kredyty zaciągnięte na rozbudowę Wehrmachtu (warto tutaj wspomnieć że już w roku 1939 ceny w Niemczech poszły znacznie w górę o jakieś 25%, przy czym pensje pozostały na niezmienionym poziomie. Dziś przyjęło się uważać że sześcioletnie rządy Hitlera to była prosperita gospodarcza. Owszem, w dużej mierze tak, ale była ona podobna do tej, jaka nastąpiła w Polsce w czasach Edwarda Gierka w pierwszej połowie lat 70-tych - czyli prosperita na kredyt. Rok 1939 był bodajże pierwszym rokiem, w którym Rzesza nie odnotowała wzrostu gospodarczego, a zaczynała się stagnacja. Tym bardziej że trzeba było zacząć spłacać kredyty, a to oznaczało dramatyczne pogorszenie stopy życiowej społeczeństwa niemieckiego. Hitler oczywiście nie mógł sobie na to pozwolić, dlatego wybuch wojny był przez niego wypatrywany z nadzieją, tym bardziej że w jego przekonaniu to miała być "szybka, zwycięska wojna" ze "słowiańskimi małpami" i "francuskimi obłudnikami", a po tych zwycięstwach Wielka Brytania miała otrzymać od Niemiec propozycję pokojową, czyli miał nastąpić podział wpływów: Europa do Niemiec, kolonie i świat dla Wielkiej Brytanii). Swego czasu propagowany był nawet pogląd, że III Rzesza weszła na ścieżkę wojenną w chwili rozpoczęcia zbrojeń. Nikomu chyba nie przyszło do głowy, że koszty wojny byłyby najprawdopodobniej większe niż cena kryzysu gospodarczego wywołanego brakiem wojny.


CDN.
 

środa, 16 października 2024

TRIANON - WĘGIERSKA TRAUMA - Cz. I

I DO DZIŚ NIEZABLIŹNIONA RANA




 Był szczególnie brzydki piątek 4 czerwca 1920 r. Chociaż to już było lato, dzień był chłodny, pochmurny, wyjątkowo nieprzyjemny, a słońca praktycznie nie widać było za gęstych chmur, które przetaczały się po niebie. W zasadzie dzień ten oddawał nastrój ludzi, zebranych na Placu Bohaterów w Budapeszcie, którzy tego właśnie dnia rozpoczynali swoją narodową żałobę, trwającą tak naprawdę do dziś dnia (czyli już ponad 100 lat). Cóż takiego się wydarzyło, że naród węgierski do dzisiaj postrzega tamto wydarzenie jako narodową tragedię, wręcz rozbiór państwa, które było jednym z największych w Europie, a skończyło jako niewiele znaczący ogryzek Europy Środkowej (choć akurat tutaj też liczą się elity, co współcześnie pokazuje chociażby przykład Wiktora Orbana, czy premiera Słowacji Roberta Fico - którzy są wielkimi przywódcami małych państw. Natomiast zarówno Węgry jak i Słowacja, Czechy, Rumunia, Bułgaria, te wszystkie kraje zachowały swoją pierwotną elitę polityczną, która co prawda nieco się zmieniła w czasach komunistycznych, ale nie aż tak bardzo jak to miało miejsce u nas. Nasza elita kończyła w dołach śmierci w Katyniu, w Palmirach, w niemieckich obozach koncentracyjnych i w sowieckich łagrach, a ci którym udało się przetrwać,  osiedli na Zachodzie {tam też osiadło również wielu wybitnych polskich naukowców, którzy później przez lata pracowali na wielkość USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy innych krajów, tylko nie Polski - bo tutaj najpierw Sowieci z Niemcami urządzili krwawą łaźnię, a następnie przez lata komunistycznego zniewolenia tak naprawdę nie dało się ani pracować, ani żyć wybitnym jednostkom}. Nasze nowe "elity" przyjechały na sowieckich tankach ze Wschodu, a w ciągu kolejnych dekad jedynie dokooptowano do tego towarzystwa technokratów {i najróżniejszych politycznych cwaniaków}, którzy aby przetrwać, musieli działać i mówić tak jak tamci. Węgrom ta katastrofa została oszczędzona, dlatego też dzisiaj Węgry mają węgierskiego Orbana, a my mamy niemieckiego Tuska).

Węgry zostały zranione, mocno zranione, choć w ich przekonaniu kara jaka została im zadana, była niewspółmierna do ich ewentualnej winy. Bo cóż też było miało być tą winą? Że Węgry w dualistycznej monarchii z Austrią, razem walczyły po stronie Państw Centralnych w Wielkiej Wojnie? A jaki miały wybór? Żadnego! tym bardziej że cesarz z rodu Habsburgów (rezydujący głównie w Wiedniu) był równocześnie ich królem. Z tego też powodu przedstawiciele zwycięskich mocarstw uznali to państwo za pokonane i wrogie, a tym samym narzucili mu tak drakońskie warunki, jakich nie narzucono żadnemu innemu państwu z którym Ententa toczyła Wielką Wojnę. Tak więc 4 czerwca 1920 r. dokładnie o godzinie 16:15 w Pałacu Trianon pod Paryżem, dwaj węgierscy przedstawiciele: minister spraw socjalnych Ákos Benárd i ambasador Alfréd Drasche-Lázár (w towarzystwie Ivána Praznovszkyego, hrabiego Istvána Csáskyego, radcy ambasady Jánosa Wettsteina i sekretarza Arnó Bobrika) podpisali dokument hańby, który realnie oznaczał rozbiór Wielkich Węgier. Przyglądało się temu 22 przedstawicieli Ententy i państw z nią stowarzyszonych, oraz 4 przedstawicieli doproszonych z Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Republiki Południowej Afryki. Po stronie węgierskiej dokument ten podpisywało przedstawicielstwo o tak niskiej hierarchii dyplomatycznej, ponieważ żaden inny polityk na Węgrzech nie chciał podpisać tego traktatu, aby nikt nie kojarzył owej hańby z jego nazwiskiem. Wyznaczono więc do tego ludzi pośrednich, gdyż ktoś musiał to podpisać bo inaczej Węgry stałyby się pariasem Europy i chcąc nie chcąc zostały do tego zmuszone, ale Węgrzy w swej świadomości wypierali tę hańbę (i wypierają ją poniekąd po dziś dzień).

Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego Węgrzy odczuwają tak wielką stratę, jaką ponieśli na korzyść państw sąsiednich: głównie Rumunii (utracono obszar 103 095 km² i 5 257 467 ludności), Czechosłowacji (61 633 km² i 3 517 568 ludności), Królestwa Serbii, Chorwacji i Słowenii - od 1929 r Jugosławii (20 551 km² i 1 509 295 ludności), Austrii (4 020 km²), Włoch (jakiś niewielkie tereny na Słowacji), a także Polski (dwie wioski na Spiszu, zamieszkałe łącznie przez 230 osób). Kraj który jeszcze w 1918 r. liczył 282 870 km² i 18 264 000 ludności, w roku 1920 liczył już 92 963 km² i 7 615 117 ludności, czyli zmniejszył się o ponad 10 649 000 mieszkańców, z czego jakieś 30% to byli rodowici Węgrzy. Zresztą zarówno w Siedmiogrodzie (przyłączonym do Rumunii), jak również na Słowacji (która stała się częścią Czechosłowacji), Węgrzy zamieszkiwali głównie miasta, a także stanowili lokalną elitę. Wszystkie zamki na Słowacji, jak również wszystkie dwory w Siedmiogrodzie należały do Węgrów, natomiast Słowacy (i Rumunii) to byli głównie chłopi. Włoski podróżnik Claudio Magris tak opisywał słowacką ziemię: "Większość panów zamieszkujących te posiadłości stanowili Węgrzy. Dla słowackich chłopów pozostawały drevenice, chaty lub małe domy z desek, połączonych słomą lub suchym nawozem. (...) ręce chłopek z leżącej u podnóża zamku wioski dziś jeszcze są barwy ziemi, wysuszone i sękate niczym korzenie drzew, torujące sobie drogę pośród kamieni. (...) przez wieki Słowacy byli ludem ignorowanym, nieznanym substratem i tkanką swego kraju, podobnym owej słomie i suchemu nawozowi spajającemu drevenice". Wielkie Węgry, Węgry historyczne przeszły do historii, pozostał ogryzek, którym obecnie włada Wiktor Orban.




Nim jeszcze w Pałacu Trianon przedstawiciele Węgier zostali zmuszeni do podpisania owego haniebnego traktatu, który nazwano traktatem pokojowym - czyli 4 czerwca 1920 r. (a więc na zaledwie jeden dzień przed rozpoczęciem ofensywy Siemiona Budionnego na Ukrainie, gdyż od 7 maja 1920 r. Wojsko Polskie przebywało w Kijowie a front stał na Dnieprze, Białej Cerkwi, Samhorodku, Piskowie, Hajsynie,  Bracławiu aż do Dniestru), już od rana, od godziny 8:00 na Placu Bohaterów w Budapeszcie (przed ustawionym w 1895 r. Panteonem węgierskich królów) zaczął gromadzić się gęsty tłum. W tłumie tym licznie znajdowali się uchodźcy z ziem które od Węgier odpadały, a którzy przybyli do stolicy aby zamanifestować swój sprzeciw wobec rozpadu kraju, sprzeciw wobec rozbioru Węgier po ponad tysiącletniej jego historii. Przybyli oni tam z transparentami ziem, które odpadały od węgierskiej macierzy i można było wówczas przeczytać nazwy owych ziem: Górne Węgry (czyli dzisiejsza Słowacja), Siedmiogród, Kraina Południowa (dzisiejsza Wojwodina). Obok czerwono-biało-zielonych sztandarów powiewały tam również czarne, żałobne proporce i proporcjonalnie było ich znacznie więcej niż flag narodowych Węgier. Ok. godziny 9:30 tłum sprzed Placu Bohaterów ruszył aleją Andrássyego ku Bazylice św. Stefana, gdzie też o godzinie 10:00 miało się odbyć nabożeństwo żałobne. Po drodze śpiewano hymn narodowy na przemian z węgierskimi pieśniami patriotycznymi, a także dały się słyszeć tu i ówdzie pojawiające się okrzyki: "Precz z Ententą!", "Sprawiedliwość dla Węgier!", "To nie pokój!". Tuż przed godziną 10:00 we wszystkich kościołach w Budapeszcie rozdzwoniły się dzwony, stanęły wszystkie tramwaje, a na 5 minut również pociągi i statki na Dunaju. Mszę w Bazylice św. Stefana odprawił opat Kálmán Kovács (gdyż biskup István Zadravecz był wówczas chory), który w ostatnich słowach swego kazania zwrócił się do zebranych: "Pokażemy, że chcemy żyć i żyć będziemy. Nie zgorzknienie i nie nienawiść wiodą nas, gdyż wierzymy w odrodzenie, lepszą przyszłość, w którą z pomocą boską nieustannie ufamy". Na zakończenie tłum odśpiewał hymn, po czym ludzie przeszli pod pomnik narodowego poety Sándora Patöfiego, gdzie również odśpiewano hymn i rozwiązano zgromadzenie. Udając się do swych domów ludzie szli w smutku, niektórzy płakali - potworna żałoba spadła wówczas na Węgry.

O godzinie 11:05 zebrało się Zgromadzenie Narodowe, a głos zabrał reprezentujący komitat Veszprém - István Rokovszky, który po odczytaniu krótkiego oświadczenia parlamentu Węgier w tej sprawie, wypowiedział na koniec takie oto słowa: "W dniu dzisiejszym Węgry znalazły się w historycznym punkcie zwrotnym. Dziś podpisany zostanie układ pokojowy, który oznacza rozdrobnienie naszego tysiącletniego państwa. Nazywają traktatem pokojowym to, co nie gwarantuje wiecznego pokoju, lecz wieczny niepokój" (z sali wówczas dało się słyszeć głosy: "Właśnie, właśnie...!"). (...) "Nikogo nie można przymusić do czegoś, co jest niewykonalne" - kontynuował Rokovszky i zwrócił się do tych Węgrów, którzy: "są dziś od nas odcinani: po tysiącletnim wspólnym życiu i losie musimy się rozejść, ale nie na zawsze!" (z sali padły głosy: "Nie na zawsze!", "Nigdy!"). Co doprowadziło Węgry do takiej tragedii, której efekty tak naprawdę ciążą na nich po dziś dzień? Wielu Węgrów uważało że głównym spirytus movens owej hańby traktatu z Trianon do której zostali zmuszeni, był premier Francji Georges Clemenceau. Opowiadano sobie że wpływ na to miał jego osobiste doświadczenia, a mianowicie to, że jego syn poślubił Węgierkę - Idę Michnay, z którą później się rozwiódł. Powodem rozwodu miał być romans, w jaki wydałaś się Ida w czasie, gdy młody Clemenceau był na froncie. Georges raczej nie utrzymywał dobrych stosunków ze swym synem, natomiast z synową dosyć ożywione, wspierał ją i pomagał, ale jego stosunek również się zmienił po tym, jak wyszło na jaw, że Ida rzeczywiście zdradzała jego syna (ten porzucił ją wówczas z dwojgiem dzieci). Na Węgrzech uznano więc oficjalnie że powodem niechęci Francuzów - a szczególnie właśnie Clemenceau do Węgier, była jego osobista, rodzinna trauma, której następnie dawał on wyraz, dyktując Węgrom tak okrutne warunki pokojowe.

Jaka była jednak prawda? Kto zawinił, kto rzeczywiście ponosił odpowiedzialność i gdzie należy jej szukać? Czy wśród przedstawicieli państw Ententy którzy na mapie Europy w Wersalu nie byli w stanie znaleźć Wisły tylko dlatego, że była ona tam zapisana po niemiecku? Czy może jednak winę ponosili sami Węgrzy, którzy należąc do dualistycznej monarchii również przegrali wojnę, a Austriacy pociągnęli ich na dno za sobą? O tym opowiem już w kolejnej części tej nowej serii, która jednocześnie jest pierwszą na temat Węgier jako takich. 




Poza tym jak to mówi się w tym przysłowiu: "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki". Węgrom należy oddać szacunek, jako że bez ich wsparcia, a przede wszystkim bez ich amunicji - którą dostarczyli nam w kluczowych dniach Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. przegralibyśmy tę bitwę (gdyż nie mieliśmy już czym strzelać, a wszystkie fabryki amunicji w naszym kraju zostały zniszczone kompletnie w czasie Wielkiej Wojny) i co za tym idzie Sowieci doszliby do Niemiec, a prawdopodobnie również do Francji, Włoch i Hiszpanii. Powstałaby nowa komunistyczna, zjednoczona Europa, zbudowana oczywiście na milionach zamordowanych "wrogów socjalizmu". W 1939 r Hitler chciał aby Węgry również uczestniczyły w agresji na Polskę, ale premier Węgier Pál Teleki powiedział, że jakakolwiek akcja wymierzona przeciwko Polsce ze strony Węgier jest niemożliwa ze względu na zaszłości historyczne i względy moralne, a przez jakąkolwiek akcję rozumie również przemarsz przez węgierskie terytorium wojsk niemieckich i zapowiedział że jeżeli Niemcy nadal będą naciskać i usiłować wymusić takie działania, to gotów jest użyć siły. Potem po klęsce w 1939 r. Węgrzy bardzo często przymykali oko na internowanych na Węgrzech żołnierzy polskich. Dochodziło do tego, że Polacy chodzili sobie po mieście zupełnie nie pilnowani, a wielu z nich już nie wracało do obozu internowania, tylko przedzierali się dalej do Francji, do tworzonego tam Wojska Polskiego, aby dalej walczyć z niemieckim okupantem które zniszczył nam kraj. Węgrzy też pomagali nam w czasie rzezi na Wołyniu w 1943 r. chroniąc ludność polską przed ukraińskimi nacjonalistami z OUN-UPA, a także w Powstaniu Warszawskim 1944 r. Odpłaciliśmy im się w roku 1956 w czasie Powstania Węgierskiego gdy Sowieci niszczyli wolnościowy zryw Węgrów. Wówczas w Polsce organizowano powszechną pomoc dla krwawiących Węgier, oddawano masowo krew, polskie dzieci wysyłały zabawki dla dzieci węgierskich, przygotowywano leki, środki opatrunkowe, ubrania nawet żywność. To wspólne wsparcie z Bratankami poniekąd przetrwało do dziś.





PS: Kochani ostatnio jestem tam tak zawalony pracą, że dosłownie nie wiem w co ręce mam włożyć, dlatego też nieco mniej angażuję i tutaj na tym blogu, aczkolwiek być może szybko się to zmieni. Zobaczymy jak szybko uda mi się pewne sprawy uporządkować (i to sprawy które się nagle niestety zwaliły mi się na głowę i wymagają niezwłocznej interwencji). Cóż, nikt nie powiedział że będzie łatwo (a nie chcę nie będę się tutaj skarżyć).


CDN.

niedziela, 13 października 2024

SŁOWA KTÓRE UCZĄ MYŚLEĆ - Cz. V

CZYLI SENTENCJE I AFORYZMY OD 

STAROŻYTNOŚCI PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





PITAGORAS
Cz. II





 Pitagoras od wczesnej młodości (jeszcze będąc na Samos), otoczony był licznymi myślicielami i nauczycielami (o niektórych z nich, jak: Hermodamas z Samos czy Bias z Prienne pisałem w poprzedniej części). Jednym z nich był niejaki Ferycydes z Syros - autor zaginionego dzieła Heptamychii - filozof mitologiczny (bowiem skupiał się głównie na mitologii, aczkolwiek nieco ją pozmieniał, uznając np. że królem bogów Olimpu nie jest Zeus, tylko Zas - "Ten, który żyje", jego zaś ojcem nie był Kronos, tylko Chronos {"czas"}, twórca ziemi, powietrza, ognia i wody. Chronos i Zas zaś walczą z Ofionem {człowiekiem-wężem}, po którego pokonaniu Chronos utkał chiton {czyli szatę}, która to zmieniła się w Ziemię). Ferycydes ponoć jako pierwszy z greckich autorów miał również pisać o nieśmiertelności ludzkiej duszy (przynajmniej tak twierdził Cyceron, a za nim św. Augustyn) i zaliczany był do Siedmiu Mędrców antycznej Grecji. O tym że miał on nauczać Pitagorasa wspomina jedynie grecki historyk z III wieku naszej ery - Diogenes Laertios, oraz Nikomach z Gerazy - pitagorejczyk i jeden z najsławniejszych matematyków starożytności (żył w latach ok. 60 do 120 r.). Twierdził on, że zarówno Ferycydes jak i Pitagoras mieli zdolności profetyczne, że gdy Ferycydes umierał na wyspie Delos, Pitagoras wrócił z Italii aby po raz ostatni się z nim spotkać i pożegnać, a także że Ferycydes miał twierdzić, iż Pitagoras znacznie przewyższa go mądrością (tak miał twierdzić tyran Samos, niejaki Duris, który ponoć dysponował listem Ferycydesa w którym tak właśnie pisał. No to będę Duris urodził się ok. 340 r. p.n.e. na wyspie Samos, które w czasach jego młodości było zajęte i okupowane przez Ateńczyków {a konkretnie przez ateńskich kolonistów - czyli kleruchów} w latach 352-324 p.n.e. Duris więc już jeszcze za młodu wyjechał do Aten, gdzie stał się uczniem Teofrasta z Erezusu, a zapewne w 324 r. p.n.e. lub cztery lata później, odniósł zwycięstwo na Igrzyskach Olimpijskich w boksie {napisałem "zapewne", gdyż na liście zwycięzców z tego okresu nie mogę znaleźć Durisa - być może więc ta lista jest niepełna, albo...}. Nie wiadomo też w jakim okresie Duris został tyranem Samos {szukałem listy tyranów poszczególnych greckich polis, ale w przypadku Durisa nie mogę tego okresu podporządkować chronologicznie, może gdybym się postarał to dałbym radę, tylko że wydaje się to w tym momencie pozbawione sensu 🥱}. Wiadomo tylko, że okres jego tyranii był dosyć pomyślnym czasem dla wyspy, a poza tym Duris zasłynął jako historyk - pod jego ręki wyszła monumentalna rozprawa historyczna dziejów Grecji, rozpoczynająca się od klęski Spartan w bitwie z Tebanami pod Leuktrami w 371 r. p.n.e. i prowadzona aż do śmierci Lizymacha w roku 281 p.n.e. poza tym sporządził również roczniki Samos ułożone chronologicznie, według list kapłanów Hery, a także był autorem biografii tyrana Agatoklesa z Syrakuz, który panował tam w latach 317-304 p.n.e.. Oczywiście wszystkie te dzieła nie zachowały się).

Jeszcze inni autorzy antyczni twierdzili, że Pitagoras był uczniem samego Orfeusza (jego późniejsza filozofia przeplatana jest wątkami orfickimi, a o Orfeuszu i orfizmie pisałem już w innym temacie), miał też wziąć udział w inicjacji misteriów orfickich w Lejbetrze z rąk kapłana Aglofama. Ale wśród nauczycieli i mistrzów Pitagorasa byli nie tylko mężczyźni, lecz znalazła się tam również kobieta, kapłanka delficka - Temistoklea (tak bowiem twierdzić miał Arystoksenos z IV wieku p.n.e. a po nim powtórzył Diogenes Laertios), od której miał nauczyć się większości swoich późniejszych doktryn moralnych (potwierdza to również Porfiriusz, z tym że zmienia on imię kapłanki na Arystoklea). Porfiriusz (powtarzając za Antyfonem) twierdzi też, że będąc jeszcze na Samos Pitagoras założył tam szkołę filozoficzną o nazwie "półkole", gdzie debatowano nie tylko nad kwestiami filozofii, ale również polityki (według Antyfona Pitagoras zamieszkał wówczas w jaskini, gdzie zajmował się studiowaniem pism wcześniejszych mistrzów filozofii i tylko okazjonalnie zabierał głos w różnych kwestiach). Jednak ok. 530 r. p.n.e. w wieku 40 lat Pitagoras opuścił swoją rodzinną wyspę Samos i wyruszył w świat (według większości autorów piszących o tej postaci, uczynił tak, ponieważ nie godził się z tyranią Polikratesa - o którym to pisałem w poprzedniej części. Nikomach zaś dodaje że było to związane z ogromnym umiłowaniem wolności przez Pitagorasa. Jest też druga wersja mówiąca dlaczego wówczas Pitagoras opuścił Samos, choć jest w znacznej mniejszości, a mianowicie miał być tak obciążony sprawami publicznymi, że po prostu nie dawał już rady i chciał odpocząć od polityki i od Samos). Udał się więc do Egiptu aby tam zgłębiać nauki starożytności (Izokrates i Antyfon są pewni - chociaż oczywiście nigdy Pitagorasa na oczy nie widzieli, gdyż żyli w innych epokach - że był on w Egipcie i tam uzyskał tajemną wiedzę od kapłanów Amona-Re). Ponoć zjawił się też na dworze faraona Chnemibre Ahmose II (Amazisa) z którym się zaprzyjaźnił i który to nauczył go mówić w języku egipskim. Studiował też nauki z egipskimi kapłanami w Tebach królewskich (greccy autorzy nazywali to miasto Diospolis), i ponoć jako jedyny cudzoziemiec wziął udział w nabożeństwie ku czci Amona-Re. Plutarch pisał w swym traktacie "O Izydzie i Ozyrysie", że Pitagoras pobierał nauki od kapłana Onefisa z Heliopolis (Platon pisał o Sechtupisie z Heliopolis, a chrześcijański teolog Klemens Aleksandryjski - żyjący w latach ok. 150-215 - twierdził że jego mentorem był niejaki Sochis - arcykapłan tebański). Ponoć tam zgłębić miał wiedzę na temat geometrii, a także metampsychozy -  którą potem również się posługiwał już w Italii (miał tam również dowiedzieć się o istniejącym przed wiekami kontynencie zwanym Atlantyda, który to pochłonięty został przez morze).




Egipt nie był jednak jedynym celem podróży Pitagorasa, odwiedził on również Persję, choć wcześniej (według Diogenesa Laertiosa) odwiedził Kretę, gdzie wszedł do świętej jaskini Ida. Potem udał się do Fenicji, gdzie nauczył się arytmetyki. Chaldejczycy z Babilonu nauczali go astronomii, zaś w Jerozolimie zgłębiał nauki o bogu Jahwe, który miał być jedynym bogiem (żyjący w II wieku p.n.e. Antoniusz Diogenes powątpiewa w te wszystkie podróże i twierdzi, że Pitagoras sam do wszystkiego doszedł, interpretując własne sny). W Persji Pitagoras poznawać miał nauki magów zorastryjskich, a są autorzy którzy twierdzą że udał się jeszcze dalej na Wschód do Indii (Filostrat - żyjący w III wieku naszej ery), a także na Zachód, do kraju Celtów i Iberów (Jamblich - żyjący w latach ok. 250-326). W każdym razie po tych wszystkich wędrówkach (jeśli w ogóle do nich doszło) udał się do greckiej kolonii Krotonu w Wielkiej Grecji (dziś Kalabria). Być może miało to miejsce ok. 520 r. p.n.e., a Pitagoras miał wówczas około 50 lat. Szybko zdobył wpływ na elity Krotonu i stał się ich doradcą. Tam też poślubił kobietę z Krety o imieniu Teane - córkę Pytenaksa, a także sporo kobiet należało do założonej przez niego w Krotonie szkoły pitagorejskiej (co ciekawe według Porfiriusza Pitagoras miał z Teane troje dzieci: dwóch synów - Telaugesa i Arignota oraz córkę Miję - która była "pierwszą wśród dziewcząt w Krotonie, a gdy wyszła za mąż, pierwszą wśród kobiet zamężnych" {choć Jamblich wymienia tylko jednego syna Pitagorasa - Mnesarchosa, a Suda pisze o czwórce dzieci, wszystkich wymienionych wyżej}; aczkolwiek Pitagoras był przeciwnikiem miłości cielesnej i powtarzał, że seks uprawiają tylko ci, którzy ostatecznie okazują się słabszymi od samych siebie). Pitagoras (jako doradca elit rządzących Krotonu), częstokroć wygłaszał przemowy do ludu i pisał ustawy, które wchodziły w życie. W ten też sposób zdołał przekonać mieszkańców miasta, aby porzucili swój dotychczasowy wygodny styl życia i zajęli się pracą oraz przemyśleniami filozoficznymi. Po 10 latach jakie spędził Pitagoras w Krotonie, miasto to obchodziło właśnie swoją 200 rocznicę założenia (ok.710 r. p.n.e.). Zaprzyjaźnił się z wieloma mieszkańcami miasta, szczególnie zaś z wielokrotnym zwycięzcą Igrzysk Olimpijskich - Milionem z Krotonu. Ten zapaśnik bowiem przez 26 lat swej kariery, zwyciężał we wszystkich kolejnych Igrzyskach Olimpijskich (6 razy), Igrzyskach Pytyjskich (odprawianych co 4 lata od 582 r. p.n.e. w Delfach ku czci Apolla, czyli w trzecim roku Igrzysk Olimpijskich - także odniósł zwycięstwo sześciokrotnie), na Igrzyskach Istmijskich (odprawianych nieopodal Koryntu, na przesmyku zwanym w starożytności istmijskim - obecnie zaś korynckim, także od 582 r. p.n.e., odbywały się one co dwa lata, rok przed Igrzyskami Olimpijskimi i rok po ich zakończeniu; Milon odniósł tam zwycięstwo 10 raz z rzędu), oraz na Igrzyskach Nemejskich - organizowanych w Nemei na pamiątkę śmierci Ofeltesa, syna Likurga z Nemei, który zginął zaduszony przez węża, przez nieuwagę jego piastunki Hypsypile. Odbywały się one co dwa lata wraz z Igrzyskami Istmijskimi (Milon zwyciężał tutaj dziewięciokrotnie).




Milon z Krotonu swoje pierwsze zwycięstwo zapaśnicze na Igrzyskach Olimpijskich odniósł w roku 540 p.n.e. na 60 Igrzyskach Olimpijskich (startując wówczas jeszcze w kategorii chłopców). Po raz pierwszy w kategorii mężczyzn zwyciężył 62 Igrzyska w roku 532 p.n.e. i potem aż do 66 Igrzysk Olimpijskich w roku 516 p.n.e. zdobywał laury (po raz ostatni uczestniczył w Igrzyskach Pytyjskich w 514 r p.n.e. Pierwszy raz przegrał zawody zapaśnicze na 67 Igrzyskach Olimpijskich w roku 512 p.n.e., walcząc z dużo młodszym od siebie Timasiteusem - również pochodzącym z Krotonu, który początkowo bał się nawet do niego zbliżyć. Nigdy później już nie uczestniczył w żadnych igrzyskach, chociaż nimb niezwyciężonego wciąż go opromieniał). Był imponującym atletą, a jego współcześni nazywali go drugim Heraklesem, tym bardziej że pozował właśnie na takowego (chodzi praktycznie nago, przyodziany jedynie skórą lamparta, a w ręku trzymał maczugę - zupełnie jak Herakles, czy też jak chcieliby Rzymianie - Herkules). Dzięki swojej sławie i odnoszonym zwycięstwom był też dosyć majętny, (ponoć zjadał aż 8 kg mięsa dziennie, a pewnego razu na Igrzyska Olimpijskie na własnym grzbiecie przyniósł małego byka, którego następnie zabił i zjadł). Lubił się też wielokrotnie popisywać własną siłą (np nosząc na rękach przerzucone przez ramię kilka kobiet jednocześnie, albo też ściskając w dłoni tak mocno owoc granatu, że nikt nie był w stanie mu go wyrwać, a jednocześnie nie uszkodził samego owocu. W innym przypadku zawiązywał sobie sznur wokół głowy i tak napinał mięśnie czaszki, że ten sznur pękał). Milon miał ocalić życie Pitagorasowi, gdy zwalił się na niego dach budowanego przez niego domu (chodź w tym przypadku nie ma zgody czy rzeczywiście był to ten Pitagoras, gdyż trenerem zapaśniczym Milona miał być inny Pitagoras i to właśnie jemu Milon miał ocalić życie, więc nie wiadomo jaka tu jest prawda). Milon poślubił córkę Pitagorasa Miję i stał się zięciem, oraz uczniem Pitagorasa (oprócz zapasów zajmował się też Milon muzyką i poezją). Gwoli ciekawostki jeszcze odnośnie tego zapaśnika, to francuska poczta w czasie Igrzysk Olimpijskich w Paryżu w roku 1924 wydała znaczki pocztowe właśnie z postacią Milona atlety. On sam zaś miał zginąć zagryziony przez wilki, gdy przeceniając swoją siłę włożył dłoń w korę drzewa, która następnie tam utknęła i nie był w stanie jej wyrwać. Próbował wyrwać samo drzewo, ale to mu się nie udało, a ponieważ mocował się z tym przez kilka dni, opadł z sił, a gdy pojawiły wilki, zaatakowały go i zagryzły. Tak odszedł sławny antyczny atleta z Krotonu i jeden z najsławniejszych greckich zapaśników w dziejach.




Pitagoras zdobył więc znaczną sławę i poważanie w Krotonie. Był jednocześnie wrogiem demokracji, uważając rządy ludu za niegodne, gdyż według niego nie każdy był godzien do tego, aby podejmować decyzje wagi państwowej i aby sprawować funkcje publiczne (co ciekawe jednocześnie Pitagoras uważał że nie ma aż tak wielkich różnic mentalnych - czy raczej intelektualnych - pomiędzy mężczyznami a kobietami i kobiety również godne są tego aby je nauczać. Ponoć jego żona Teano także napisała jakieś dzieło oparte na filozofii pitagorejskiej, aczkolwiek o tym wspomina jedynie Diogenes Laertios i nie podaje tytułu, ani żadnych większych szczegółów na ten temat. Faktem jest jednak że kobiety uczestniczyły w wykładach szkoły pitagorejskiej w Krotonie). Tak więc ok. 510 r. p.n.e. pod wpływem mów i nauk Pitagorasa, mieszkańcy Krotonu postanowili wreszcie rozprawić się z wrogimi im, a mieszkającymi na północy Sybarytami. O mieście Sybaris - założonym nad Zatoką Tarencką ok. 720 r. p.n.e. przez kolonistów z Achai, pod przewodnictwem Isosa z Helicji - pisałem wcześniej już kilkukrotnie. Miasto to w VI wieku p.n.e. dzięki licznej (ale kontrolowanej migracji - bo też mogę podać przykłady niekontrolowanej migracji w świecie greckim, która zakończyła się totalną katastrofą dla mieszkańców miast które zgodziły się na taką migrację, idziesz nastąpiła zamiana, mieszkańcy stali się ludnością podległą, a często zniewoloną, a ci którzy przybyli, stali się ich panami, od początkowo deklarowali chęć asymilacji - bo nie jest to słowo wymyślone współcześnie), stało się licznym i bardzo bogatym miastem, w swoim czasie bodajże najsławniejszym i najbogatszym miastem Italii i jednym z największych w świecie greckim. Bogactwo sybaris było tak wielkie, że w mieście powstała sieć kanalizacyjna odprowadzająca nieczystości, a także za pomocą specjalnych rur dostarczająca wodę do większości domostw (nie wiem czy to prawda, ale niektórzy autorzy sugerują również że była tam woda zimna i ciepła, czyli musiała być w jakiś sposób podgrzewana za pomocą skonstruowanych już wówczas bojlerów). Teren wokół miasta był bardzo żyzny, a ziemia rodziła wiele wspaniałych owoców i warzyw (notabene obecnie teren wokół ruin Sybaris - odkopanych po raz pierwszy przez rząd włoski w roku 1879 i 1887 - jest niezdrowy i nie nadaje się pod uprawy). Sybaryci dodatkowo zajmowali się handlem, więc miasto się bogaciło. Liczba ludności napływowej zaczęła być z czasem tak duża, że Sybaryci przedsięwzięli wyprawy, kolonialne, zakładając w Italii nowe miasta, takie jak: Posidonia, Laus czy Skidrus. Pomimo odwiecznej wrogości pomiędzy Sybaris a Krotonem, w obu tych polis władali oligarchowie, więc do otwartej wojny nie dochodziło. Zmieniło się to jednak ok. 511 r. p.n.e. gdy demokraci przejęli władzę w Sybaris i wypędzili stamtąd dotychczas rządzących oligarchów. Ci znaleźli schronienie właśnie w Krotonie i uprosili tamtejsze władze, aby pomogły im przepędzić demokratów (ogromną rolę w tej sprawie uczynił sam Pitagoras, który w swych mowach do władz napominał je, aby ocalili mieszkańców Sybaris przed "rządami motłochu"). Tak też się stało, w roku 510 p.n.e. mieszkańcy Krotonu wystawili armię, którą dowodził Milon-atleta i choć byli mniej liczni od hoplitów z Sybaris, to jednak pełni nadziei na zwycięstwo, gdyż prowadzeni przez niezwyciężonego Milona. Krotonianie odnieśli całkowite zwycięstwo, zdobyli Sybaris i zniszczyli kompletnie miasto (wygnani oligarchowie nie mieli więc już gdzie wracać). Nie dość na tym, aby miasto to nigdy już nie zostało odbudowane, skierowali wody pobliskiej rzeki Kratis tak, aby płynęła teraz przez centrum dawnego Sybaris. Spora część mieszkańcy tego miasta zdołała uciec na okrętach do swych kolonii, (głównie zaś do Laus i Skidrus), a ci którzy pozostali, wiedli odtąd marne życie (w porównaniu z tym, które mieli przed agresją Krotonu) James Berard pisał że w Sybaris nastały teraz "Czarne noce pod jarzmem Krotonu", aż do czasu gdy Ateńczycy (na wniosek Peryklesa) nie wyślą kolonistów w celu odrodzenia Sybaris, tym razem już pod nazwą Turioi (444/443 r. p.n.e.), ateńskiej kolonii w Italii.

Pitagoras więc wybitnie przysłużył się zniszczeniu Sybaris (najwidoczniej jego niechęć do demokratów była tak silna, że pewne jego nauki filozoficzne, a także te, związane z nieśmiertelnością ludzkiej duszy oraz z metampsychozą, musiały zostać odłożone na bok. A być może rzeczywiście wierzył że Krotonianie pomogą jedynie oligarchom sybaryckim odzyskać władzę, a samo miasto nie zostanie zniszczone - być może tak było, tego nie wiadomo). W każdym razie demokratyczne nowinki zaczęły coraz częściej przenikać do Krotonu. Stało się tak, ponieważ rządy ludu były coraz popularniejsze, szczególnie po wypędzeniu z Aten tyrana  Hippiasza w roku 510 p.n.e. i demokratycznych reformach Klejstenesa (509/508 p.n.e. - choć nie była to jeszcze ta demokracja klasyczna po reformach Efialtesa i Peryklesa z 463/462 p.n.e. którą znamy współcześnie). Na czele stronnictwa demokratycznego w Krotonie stanął niejaki Ninon, który zaproponował nową, demokratyczną konstytucję dla miasta. Propozycja ta spotkała się kategorycznym sprzeciwem (a po części również z oburzeniem) Pitagorasa i jego uczniów. Pitagoras nawoływał aby "rządy motłochu" nie dotarły do Krotonu - który jest teraz społeczeństwem (prawie) idealnym, i aby nie zyskały tutaj poparcia. Pitagorejczycy zwalczali więc ostro wszelkie próby demokratyzacji ustroju miasta Kroton. Do demokratycznego stronnictwa Ninona dołączył były pitagorejczyk (wykluczony ze zgromadzenia za jakieś przewiny, prawdopodobnie za gwałt lub kradzież) Kylon, który od tej pory pałał rządzą zemsty na Pitagorasie i jego uczniach. Nadarzyła się ku temu okazja ok. 498 r. p.n.e. gdy Pitagoras opuścił Kroton, aby udać się na Delos, do swego umierającego mentora i przyjaciela Ferycydesa (o którym pisałem wyżej). Wówczas to Kylon postanowił uderzyć na pitagorejczyków i zniszczyć ich zgromadzenie. Do ataku doszło gdy uczniowie Pitagorasa zebrali się w domu Milona, wówczas zwolennicy Ninona i Kylona zabarykadowali wejście, a następnie podpalili budynek. Wielu pitagorejczyków zginęło w płomieniach, części zaś udało się wydostać i uciec z płonącego budynku, ale ścigani przez demokratów musieli na zawsze opuścić miasto. Głodni, bez grosza przy duszy ruszyli drogą na południe do Lokrydy Epizefryjskiej, prosząc mieszkańców aby ich wpuścili i nakarmili i pozwolili im zostać, a w zamian deklarowali że gotowi są służyć nawet jako niewolnicy. Mieszkańcy Lokrydy odmówili wpuszczenia pitagorejczyków, jednak ofiarowali im trochę żywności aby tylko nie pomarli na ich ziemi (większość była bowiem tak wymęczona i głodna, że ledwie stała na nogach o własnych siłach). Uczniowie Pitagorasa ruszyli więc teraz na Północ, do miasta Metapontum nad Zatoką Tarencką. Tamtejsi mieszkańcy również nie byli chętni ich przygarnąć, ale wpuścili ich do świątyni Muz, obiecując że przyniosą jakieś jedzenie. Przez 40 dni nikt się jednak nie zjawił, a wszyscy pitagorejczycy - bezpośredni uczniowie Pitagorasa - pomarli tam z głodu. 


PITAGOREJCZYCY ODDAJĄ CZEŚĆ WSCHODZĄCEMU SŁOŃCU



Pitagoras zaś, gdy tylko powrócił z Delos i dowiedział się o losie jaki spotkał jego uczniów, jak zostali wypędzeni z Krotonu i jak następnie pomarli w świątyni Muz w Metapontum, popadł w depresję, która ostatecznie doprowadziła go do samobójstwa (ok. 497 r. p.n.e.). Tak też miał zakończyć życie sławny filozof, który był autorem wielu teorii i to nie tylko filozoficznych czy moralnych, a nawet ezoterycznych, ale również matematycznych (np. twierdzenie Pitagorasa - które to w szkole przychodziło mi bardzo opornie... ale w końcu się go nauczyłem 🥴😊). W kolejnej części opowiem zaś jak była zbudowana szkoła pitagorejska w Krotonie i czego nauczał Pitagoras.




CDN.

czwartek, 10 października 2024

NA LUZIE...

...O ZIOMECZKACH


 Dziś postanowiłem odpuścić sobie bardziej ambitne tematy, bo ile też można (🥱) i zapodać na tym blogu jeden z odcinków Blok Ekipy. Taka odskocznia od poważnych tematów dla "śmichu", a ponieważ uznałem że ten akurat odcinek jest wyjątkowo dobry - dlatego też go tutaj umieszczam. ✌️



Ziomeczki (czyli Wału, Spejaon i Wojtas) załatwili sobie od znajomego aptekarza leczniczą marihuanę. Wypalili ją, ale uznali że jednak gostek ich oszukał, a marihuana nie zadziałała. Będąc więc na haju, rozebrali się bo zaczęli słyszeć szum morza, a gdy podbiegli do nich strażnicy miejscy - wzięli ich najpierw za ratowników, a potem Spejson uznał, że to jednak Krzyżacy i ich znokautował. Poprzebierali się w nie swoje ciuchy (bo nie wiedzieli czy jest czyje 🤭) i udali się do dyskontu spożywczego biorąc kilka rzeczy z półek (Spejson twierdził, że wziął chrupki "o smaku kota" - chociaż tak naprawdę była ta karma dla kotów 😊, a Wojtas cebulę wziął za brzoskwinie). Stojąc przed wagą zamiast kasą, uznali że skoro nikt ich nie obsługuje to mogą sobie wyjść nie płacąc. Wojtas uciekł więc do magazynu sklepowego, twierdząc że "stąd nie ma wyjścia", a Walu na to: "wszyscy tu zginiemy" (🥴). Kompletnie zjarani, nie odróżniając nawet siebie samych, zaczęli chodzić po sklepie uciekając przed ochroniarzem. Ostatecznie żeby się zemścić udali się do gostka który sprzedał im całą tą leczniczą marihuanę chcąc go ukarać za to że ona nie działa. Ostatecznie jednak wszystko skończyło się dobrze, a dla Wala nawet bardzo dobrze (😂). 




środa, 9 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. V

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. I






"PANOWIE, W POLSCE BEZPIECZNEGO KĄTA NIE MA, A WAM SIĘ TRÓJKĄT MARZY?! JESTEŚMY W TAKIEJ SYTUACJI, ŻE NAS Z KAŻDEJ STRONY MOGĄ ZAATAKOWAĆ!"

ODPOWIEDŹ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO NA PROPOZYCJE GENERAŁÓW, IŻ W ŚRODKOWEJ POLSCE NALEŻY STWORZYĆ TRÓJKĄT BEZPIECZEŃSTWA, NA KTÓRY BĘDZIE MOŻNA SIĘ WYCOFAĆ W RAZIE ZAGROŻENIA ZE WSCHODU CZY Z ZACHODU (RZECZYWIŚCIE, NASZE POŁOŻENIE BYŁO TRAGICZNE Z KAŻDEJ STRONY, CHOĆ NAJLEPIEJ WYGLĄDAŁO TO NA WSCHODZIE, GDZIE OBSZAR JESZCZE DZIAŁAŁ NA NASZĄ KORZYŚĆ, NA ZACHODZIE ZAŚ OBSZAR DZIAŁAŁ NA NASZĄ NIEKORZYŚĆ)



 Najważniejszą przyczyną wybuchu wojny we wrześniu 1939 roku był brak doświadczenia, cierpliwości i zwykłego myślenia u niemieckich przywódców. Polityka Rzeczypospolitej - a także jej sojuszników - nie była bezbłędna, ale prowadzono ją w sposób racjonalny. Politykę niemiecką trzeba natomiast określić jako irracjonalną, chaotyczną, szaloną, samobójczą. Warto zwrócić uwagę, że Niemcy są państwem bardzo młodym, pozbawionym tradycji i doświadczeń, a przez to nieprzewidywalnym. Widać to szczególnie wyraźnie, gdy porównamy je z Wielką Brytanią, kontynuującą politykę równowagi sił od czasów Elżbiety I. Tymczasem zjednoczone państwo niemieckie powstało bardzo niedawno - w 1871 roku. Przed rokiem 1871 na miejscu Niemiec istniał konglomerat królestw, księstw i republik (notabene pierwsze obywatelstwo niemieckie wprowadził dopiero Adolf Hitler w roku 1934, wcześniej bowiem Niemcy posiadali obywatelstwa państw składowych Rzeszy Niemieckiej, czyli jak byłeś obywatelem Saksonii czy Bawarii to automatycznie byłeś obywatelem Niemiec, chociaż takie obywatelstwo - oficjalnie - przed Hitlerem nie istniało. Należałoby więc obecnie zastanowić się, czy skoro państwo niemieckie jako całość istnieje tak naprawdę dzięki zbrodniarzowi, to czy nie należałoby tego procesu cofnąć? Uważam że jest to bardzo ciekawy temat do rozważenia na najbliższą przyszłość). Zresztą historia Cesarstwa Niemieckiego nie trwała nawet pół wieku, a zmiany spowodowane wielką wojną były tak istotne, że datę powstania nowoczesnych Niemiec należy przesunąć do roku 1918. (...)

Przez stulecia bowiem - z półwiekową przerwą - przymiotnik "niemiecki" kojarzył się powszechnie z cesarstwem Habsburgów, a Niemcy byli traktowani jako naród poetów i filozofów. Nowe państwo niemieckie było zatem kontynuatorem polityki "austriackiej", musiało zwracać uwagę na wschodniopruskich junkrów, przemysłowców z Zagłębia Ruhry, robotników z Westfalii, handlowców z Hamburga czy drobnych rolników z katolickiej Bawarii. W porównaniu ze swoimi sąsiadami - nawet z Polską - Rzesza Niemiecka była zapóźniona cywilizacyjnie, społecznie i politycznie. Istniał co prawda rozwinięty przemysł, ale brakowało instytucji demokratycznych, pragmatycznych rozwiązań problemów społecznych, a nawet modelu dyskursu politycznego. W latach 20 i 30 XX wieku metody, jakimi walczono o władzę w Niemczech, nie były metodami europejskimi, a raczej latynoamerykańskimi czy nawet azjatyckimi. Częste były pucze, próby zamachów stanu, powstania robotnicze, morderstwa polityczne. (...) Mordy polityczne miały charakter masowy - jak na przykład noc długich noży, podczas której zamordowano co najmniej 85 przeciwników politycznych, z byłym kanclerzem Kurtem von Schleicherem i kilkoma członkami Reichstagu na czele. Już po dokonanym fakcie Reichstag był tak uczynny, że przyjął ustawę aprobującą te morderstwa (z pogwałceniem zasady że prawo nie działa wstecz, co chyba najlepiej świadczy o kulturze prawnej Niemców).

Warto przyjrzeć się jak w porównaniu z metodami używanymi przez Niemców wyglądały te stosowane w Polsce. We wrześniu 1930 roku dokonano aresztowań przywódców Centrolewu - sojuszu socjalistów, ludowców i narodowych demokratów, zawiązanego do zwalczania rządów sanacji. W czerwcu 1930 roku proklamowali oni na Kongresie Obrony Prawa i Wolności Ludu w Krakowie "walkę o usunięcie dyktatury Józefa Piłsudskiego", do której to walki przygotowywali się na wewnętrznych spotkaniach i nawoływali na masowych wiecach. Aresztowanym politykom Centrolewu zarzucono, "że po wzajemnem porozumiewaniu się i działając świadomie, wspólnie przygotowywali zamach, którego celem było usunięcie przemocą członków sprawującego w Polsce władzę rządu i zastąpieniu ich przez inne osoby, wszakże bez zmiany zasadniczego ustroju państwowego". Brutalne aresztowanie i surowe warunki w więzieniu stały się przedmiotem dyskusji publicznej w prasie i w parlamencie. Wyroki - od uniewinnienia do trzech lat więzienia - wydano w styczniu 1931 roku (jeden z sędziów ogłosił wotum separatum, opowiadając się za uniewinnieniem wszystkich podsądnych). W kolejnych latach odbyły się rozprawy - apelacyjna, kasacyjna i ponownie apelacyjna - które wyroki otrzymały. Już w XXI wieku, podczas prób rehabilitacji skazanych, okazało się, że (...) ustalenia te były prawidłowe i zgodne z zebranymi w sprawie i ujawnionymi na rozprawie dowodami (...) nie można zatem wykazać, że skazanie oskarżonych nastąpiło z rażącym naruszeniem prawa.




Gdy w 1933 roku sformowano w Niemczech nowy rząd z Adolfem Hitlerem jako kanclerzem, większość Europy uznała to za rozsądny wybór umiarkowanej opcji politycznej (niewielu było takich, którzy już wówczas widzieli w Hitlerze niszczyciela światów, a jednym z nich był Józef Piłsudski, który właśnie w 1933 roku postanowił wprowadzić w życie plan usunięcie z Hitlera i tym samym eliminacji oczywistego zagrożenia dla Polski i Europy, ale mogło się to odbyć tylko przy poparciu Francji. Francuzi, którzy w tym w tym właśnie czasie budowali sojusz antyniemiecki, w skład którego wchodziła Czechosłowacja, Związek Sowiecki i Polska... odmówili uczestnictwa w projektowanej przez Piłsudskiego wojnie prewencyjnej, co automatycznie cały projekt niwelowało, gdyż Polska nie mogła sama uderzyć na Niemcy, jako że stałaby się wówczas zwykłym agresorem i w oczach opinii publicznej całego świata zostałaby potępiona, a wojna prewencyjna stałaby się tak naprawdę wojną oskarżycielską przeciwko Polakom. Francuzi zaś byli strasznie pacyfistyczni i problem ten nie dotyczył tylko okresu po I Wojnie Światowej kiedy - szczególnie po Verdun - zostali mentalnie wykastrowani. Francuzi przecież już w lipcu 1914 r. gdy Niemcy wkroczyły do Belgii i szły na północną Francję, cofnęły swojej siły zbrojne 10 km od granicy, aby... nie prowokować wojny. Zresztą sprawach niemieckich w okresie międzywojennym Francja orientowała się zawsze na Londyn i dopiero po uzyskaniu ewentualnej zgody Londynu co do jakichś zamierzeń, Francuzi przystępowali do działań. Ale powiedzmy sobie szczerze, Londyn też nie chciał prowokować Niemiec i odradzał Paryżowi jakiekolwiek akcje w tej kwestii, a to było niczym miód na serce Francuzów, którzy nie chcieli się angażować zbrojnie, siedząc bezpiecznie za linią Maginota {notabene politycy brytyjscy jeszcze latem 1939 r. w rozmowach z politykami francuskimi mówili takie rzeczy: "Mamy nadzieję że Polacy wreszcie się opamiętają i do wojny nie dojdzie". 😯 Co się zaś tyczy polskich możliwości uderzenia na Niemcy, to oczywiście była szansa pokonać Niemców i wedrzeć się głęboko na terytorium niemieckie {szczególnie na Górny Śląsk i do Prus Wschodnich}, gdyż co prawda armia niemiecka składała się tylko ze 100 000 żołnierzy, ale to była armia zawodowa która mogła zostać szybko powiększona za pomocą mobilizacji. Jednak Niemcy w tej wojnie szans nie mieli, jako że po prostu nie mieli czym strzelać nie mieli amunicji starczyłoby im to na jakieś dwa trzy tygodnie i koniec. Tak więc interwencja Polska była skazana na sukces - zapewne Hitler zostałby obalony i można by było narzucić nowemu niemieckiemu rządowi przede wszystkim kolejną demilitaryzację, ale opinia światowa zrobiłaby z nas agresorów i bandytów i Niemcy do dzisiaj by to podkreślali we wszystkich możliwych przypadkach, tak jak podkreślają że po II Wojnie Polacy niby zamordowali kilkaset tysięcy biednych Niemców, którzy uciekali ze Wschodu. Wstydu nie mają opowiadając takie brednie).

To poprzednie rządy były radykalne i rewizjonistyczne. Rząd Franza von Papena był całkowicie posłuszny postulatom formułowanym przez niemiecką generalicję i nazywany "rządem Reischwehry". W grudniu 1932 roku porzucono jakiekolwiek subtelności i kanclerzem został Kurt von Schleicher - a właściwie General der Infanterie von Schleicher. Tymczasem NSDAP - jako partia lewicowa - skupiona była przede wszystkim na poprawie życia robotników, sposobach wyjścia z kryzysu gospodarczego i sprawach wewnętrznych. W polityce zagranicznej narodowym socjalistom zależało na unormowaniu stosunków z sąsiadami. Jednym z dowodów na to było podpisanie w 1934 roku polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy. Podobną umowę Rzeczpospolita podpisała w 1932 roku ze Związkiem Sowieckim. Obie miały zachować ważność przez 10 lat. Druga połowa lat 30-tych przebiegała zatem w Polsce pod znakiem takiego rozegrania dyplomatycznego, żeby wygaśnięcie obu układów nie nastąpiło w tym samym czasie oraz przygotowania Wojska Polskiego do obrony kraju w momencie wygaśnięcia tych układów. Trzeba pamiętać, że w tamtym czasie zasada "pacta sunt servanda" ("umów należy dotrzymywać") była niepodważalna, a państwo łamiące ją spotykało się z najpoważniejszymi konsekwencjami. Czas powszechnego lekceważenia i łamania umów międzynarodowych miał dopiero nadejść. Mogło się zdawać, że Niemcy zostały ucywilizowane. 

Także z niemieckiej perspektywy lata 30-te XX wieku były czasem normalizacji stosunków - Rzesza odzyskiwała należne jej miejsce w świecie. Poprawił się klimat gospodarczy, Berlin odzyskał suwerenność nad niemieckim terytorium - Nadrenią, wojskowi zaś równouprawnienie w dziedzinie zbrojeń wojskowych, powietrznych i morskich. Wiosną 1938 roku udało się nawet doprowadzić do przyłączenia Austrii do Niemiec. Współcześnie Austriacy przedstawiają się jako pierwsze ofiary agresji Hitlera, a słowo "Anschluss" tłumaczą jako aneksję, jednak połączenie obu krajów było przede wszystkim marzeniem mieszkańców Wiednia i okolic. Lektura ówczesnej prasy - polskiej, angielskiej czy amerykańskiej - pokazuje, że niemal nikt nie uznawał tego za działania agresywne. Austria - państewko wokół Wiednia - nie była wówczas traktowana jako suwerenny kraj, spadkobierca monarchii habsburskiej, tylko jako jedna z niemieckich prowincji. Adolf Hitler był Austriakiem, tak samo jak Kant był Prusakiem, Goethe - Sasem, a Richard Strauss - Bawarczykiem. Austria dała Niemcom nie tylko takich ludzi, jak Adolf Hitler, Adolf Eichmann, Odilo Globocnik i Franz Kutchera, lecz także spuściznę w postaci konfliktu z Republiką Czechosłowacji. Przedmiotem sporu byli tzw. Niemcy sudeccy, których nazwa była niewłaściwa z dwóch powodów: mieszkali nie tylko w Sudetach i - przede wszystkim - byli oni Austriakami. Jednoczący niemieckie ziemie Adolf Hitler przedstawiał rządowi w Pradze coraz dalej idące żądania, dążąc do destabilizacji Republiki Czechosłowackiej. Jej prezydent - Edward Beneš - żądania te odrzucał, mając poparcie sojuszników i wierząc w potęgę czechosłowackich sił zbrojnych (jak badałem porównanie armii polskiej, czechosłowackiej i niemieckiej na wypadek konfliktu w roku 1938, to wyszło mi bezwzględnie, że co prawda Czesi mieli więcej artylerii ciężkiej, ale ich czołgi były w większości przestarzałe, podobnie jak lotnictwo. Poza tym opierali swoją strategię na planie defensywnym -  tak jak Francuzi, czyli na umocnieniach sudeckich, jednocześnie maksymalnie dzieląc swoje siły. Niemcy zaś - skupiając uderzenie w jednym punkcie - byli w stanie przełamać te umocnienia i wejść w głąb Republiki Czechosłowackiej. Co wtedy zrobiliby Czesi? Co się zaś tyczy naszych uderzeń w rejonie Śląska {nie mówiąc już o Pomorzu i Prusach Wschodnich}, to aby rozwinąć skuteczną ofensywę, potrzebowaliśmy na to co najmniej tygodnia, a być może nawet dwóch. Problemem oczywiście byłyby niemieckie umocnienia na Pomorzu i różnych punktach Śląska, a ich zdobywanie mogłoby zająć mnóstwo czasu. Jednocześnie w tym samym czasie Niemcy byliby już zapewne w Pradze. Cześć mieli okropny, rachityczny i skazany na klęskę plan wojenny. Nic więc dziwnego że woleli się poddać niż walczyć 🤔).




Wiosenna mobilizacja wykazała, że armia Czechosłowacka jest silna jedynie na papierze. Brak było armat przeciwpancernych i przeciwlotniczych, eskadry bombowe "istniały", ale nie miały żadnych samolotów, dywizje szybkie - dziś nazwalibyśmy je zmechanizowanymi - nie zostały wyposażone w czołgi. Najważniejsze było jednak to, że połowę armii czechosłowackiej stanowili Słowacy, Niemcy, Węgrzy, Rusini i Polacy (to był też jeden z kluczowych argumentów dla których we wrześniu 1939 r. przyjęliśmy taką a nie inną taktykę wojenną, czyli rozlokowanie sił zbrojnych na granicach, a nie na linii wielkich rzek w centrum kraju. Przecież najważniejsze zakłady przemysłowe, centrum gospodarcze, naukowe i polityczne mieściło się właśnie w zachodnich i centralnych rejonach państwa, a wschód to były "kolonie", pełne "niepiśmiennego ruskiego chłopstwa". Potrzebowaliśmy więc czasu aby ewakuować najważniejsze fabryki i centra gospodarczo-naukowe na wschód {chociaż tam też nie było gdzie ich umieścić}, a było to możliwe tylko w przypadku wojny pozycyjnej, a nie blitzkriegu jak zastosowali Niemcy. Oczywiście mogliśmy się bronić na linii wielkich rzek, i na tak zwanym Przedmościu Rumuńskim, ale należy pamiętać że żeby się skutecznie bronić trzeba mieć rezerwy, bo współczesne wojny wygrywa się rezerwami, a nie nawet najbardziej spektakularnymi zwycięskimi bitwami, które często przynoszą ogromne straty i nie ma czym później uzupełnić jednostek. Natomiast czym moglibyśmy uzupełniać nasze rezerwy w sytuacji takiej obrony, Ukraińcami, Białorusinami? Dlatego też potrzebowaliśmy czasu żeby - co tu nie mówić - najbardziej wartościowy element polski z zachodu ewakuować na wschód, a tego czasu było mniej niż zero - niestety).

Co więcej, zmieniło się także nastawienie Europejczyków do konfliktu niemiecko-czeskiego. Przez wiele lat europejska opinia publiczna była wrogo nastawiona do Niemców i sympatyzowała z - lub nie interesowała się - Czechosłowacją. W drugiej połowie lat 30-tych nastąpiła istotna zmiana: to Niemcy zyskały sympatię, a Czechosłowacja straciła zaufanie. Skąd te zmiany? Na przełomie 1934 i 1935 roku władze sowieckie wybrały - i ogłosiły to poprzez podporządkowany sobie Komintern - nową taktykę, polegającą na tworzeniu frontów ludowych. Partie komunistyczne w poszczególnych krajach miały wejść w - zabronione do tej pory - sojusze wyborcze z partiami socjaldemokratycznymi. Sowieci zdestabilizowali w ten sposób Europę Zachodnią, doprowadzając do wieloletniej wojny domowej w Hiszpanii. Ponieśli w niej klęskę, ale ponownie przypomnieli Europejczykom o agresywnej naturze komunizmu. Wobec tego zagrożenia istnienie silnych Niemiec, mogących go zwalczać, leżało w interesie prawicowej Europy. Paradoksalnie lewicowy program NSDAP miał wiele wspólnych elementów z postulatami europejskich socjalistów i postępowców, a polityczne i gospodarcze sukcesy socjalisty Hitlera przez wielu ludzi lewicy przyjmowane były z zadowoleniem. Postępowe społecznie i gospodarczo-narodowosocjalistyczne Niemcy stały się państwem dużo bardziej sympatycznym niż kajzerowsko-junkrowskie Prusy. Z kolei agresywna polityka Moskwy - szczególnie interwencja w Hiszpanii - zaszkodziła Czechosłowacji. Współpraca polityczna i militarna pomiędzy Moskwą a Pragą - akceptowalna jeszcze w 1935 roku - osiągnęła w następnych latach tak wysoki poziom, że Czechosłowacja zaczęła być postrzegana jako niezatapialny sowiecki lotniskowiec zakotwiczony w sercu Europy. W świetle sowieckich "dokonań" w Hiszpanii rządy europejskie straciły sympatie do czeskich przyjaciół Stalina, a tym samym Republika Czechosłowacka straciła poparcie mocarstw (Czechom została tak naprawdę tylko Polska, której znów Beneš nie znosił i gotów był nawet poddać się Niemcom, niż zawrzeć z Polską układ polityczno-militarny, dający Czechosłowacji szanse przetrwania).




Nic więc dziwnego, że jesienią 1938 roku, bez poparcia sojuszników, z wrogą sobie opinią publiczną Europy, z armią niegodną zaufania - sytuacja Pragi była tak trudna, że prezydent Edward Beneš skłaniał się ku kapitulacji. Już latem wysłał do Berlina sygnały, że pogodzi się z utratą części terytoriów. Gdy w połowie września Niemcy sudeccy opanowali niewielkie skrawki czechosłowackiego terytorium, Beneš nie odważył się na siłowe przywrócenie tam władzy państwowej. Francuzi i Brytyjczycy namawiali go do oporu, ale prezydent Czechosłowacji wybrał kapitulację. 30 września 1938 roku przywódcy czterech europejskich państw podpisali w Monachium porozumienie, ale nie było ono - wbrew legendzie - zgodą na rozbiór Czechosłowacji, tylko technicznym "rozkładem jazdy", opisującym tempo i sposób przejmowania ziem przez Niemców. Praga skapitulowała, Benešia na stanowisku prezydenta zastąpił Emil Hacha, a sojusz z Francją został zerwany. Sporne ziemie przekazano III Rzeszy od której przyjęto gwarancje bezpieczeństwa. Warto zauważyć, że rząd w Pradze mógł w czasie kryzysu monachijskiego liczyć na pomoc Rzeczpospolitej (pisałem już o tym kilkukrotnie) - pomimo że przez poprzednie kilkanaście lat nie odpowiadał na wysuwane przez Polaków propozycje współpracy i aliansu. Badania Marka Piotra Deszczyńskiego - opublikowane w książce "Ostatni egzamin. Wojsko Polskie wobec kryzysu czechosłowackiego" -  udowodniły, że we wrześniu 1938 roku Wojsko Polskie szykowało się do zaatakowania III Rzeszy w obronie Czechosłowacji i dopiero po kapitulacji Pragi Warszawa z zażądała zwrotu Zaolzia.

Warto poświęcić chwilę, aby zastanowić się, czy wydarzenia z jesieni 1938 roku były dla Rzeczypospolitej niekorzystne, czy też korzystne. Z perspektywy II wojny światowej, jako walki z "niemieckim, faszystowskim najeźdźcom" osłabienie Czechosłowacji może wydawać się błędem. Ale przecież II wojna światowa nie była wojną, w której agresorem byli jedni Niemcy, przede wszystkim jednak we wrześniu 1938 roku nikt nie mógł takiej wojny przewidzieć (polskie założenia wojenne też wyglądały zupełnie inaczej przed wojną, gdy więc marszałek Rydz-Śmigły zobaczył po pierwszych dniach września jak ta wojna wygląda, całkowicie zmienił swoje plany - było już jednak na to za późno). Nawet jeśli w Warszawie byli tacy, którzy zauważali nadchodzące ze strony III Rzeszy niebezpieczeństwo (w 1934 r. Marszałek Józef Piłsudski zebrał wielu polskich oficerów i zadał im zagadkę intelektualną, która brzmiała: "Które z państw: Niemcy czy Związek Sowiecki w najbliższych latach będą stanowić największe zagrożenie dla Polski?" Mieli czas na przemyślenia i odpowiedź kilka dni. Większość z nich odpowiedziała że największe zagrożenie stanowią Niemcy, gdyż na wschodzie to właśnie terytorium jest naszym zabezpieczeniem, innymi słowy mamy tam gdzie się wycofać, żeby przegrupować swoje siły i uderzyć ponownie, a na zachodzie nie ma takiej możliwości, tutaj bowiem centrum obrony musi stanowić linią wielkich rzek. Tym bardziej że w ogóle centrum naszego kraju znajduje się na zachodzie, a nie na wschodzie. Jedynie płk. Józef Beck i późniejszy marszałek Edward Rydz-Śmigły stwierdzili, że największe zagrożenie stanowi Związek Sowiecki, podobnie myślał Józef Piłsudski, który jednocześnie zdawał sobie sprawę z trudności obrony naszej zachodniej granicy, ironicznie powtarzając że tam znajdują się "pagórki, pofałdowania i wypukłości" mając na myśli pofałdowany przebieg naszej zachodniej granicy), to doskonale zdawali sobie również sprawę, że wciąż istniało zagrożenie ze strony Związku Sowieckiego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wątpił, że Czechosłowacja wzięłaby udział w sowieckiej agresji na Polskę, bo przecież Czesi występowali militarnie przeciwko Rzeczpospolitej za każdym razem, gdy tylko Polska walczyła na wschodzie (w roku 1919 i w roku 1920, nie wspominając także o tym, że Praga wspierała terrorystów ukraińskich). Rząd Czechosłowacji wielokrotnie odrzucał polskie propozycje zawiązania sojuszu (w Pradze bowiem sądzono, że to Polska będzie pierwszą ofiarą agresji niemieckiej, a być może również i sowieckiej - nie ma więc sensu wchodzić z Polakami w sojusz. Jakże się pomylili, gdy to oni stali się pierwszą ofiarą Niemców), mimo że w zamian Warszawa godziła się na utratę Zaolzia (dawnego Księstwa Cieszyńskiego, które w ponad 80% zasiedlone było przez Polaków). Z perspektywy Warszawy układ monachijski znacznie zwiększał bezpieczeństwo państwa, eliminował bowiem ryzyko zadania przez Czechosłowację ciosu w plecy Wojsku Polskiemu, gdyby przyszło mu walczyć z rosyjską agresją. 


EDWARD BENEŠ



CDN.