Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 23 marca 2015

KAJIRA - "SIŁĄ KOBIETY SĄ JEJ GRZECHY!"

W miesięczniku "Generation Egoist" ukazał się następujący tekst pani Mariny Komissarowej: 


"Jestem za tym by kobiety wiązały się z mężczyznami i oddawały im siebie na niepodzielny użytek" 



"Im większą rozkosz przeżywa mężczyzna, tym trwalsza jest jego fiksacja na danej kobiecie, tym silniejszy jest pociąg do niej, a uzależnienie bardziej nieuchronne. Bez żadnej wątpliwości to samo odnosi się do kobiet, do ich rozkoszy, fiksacji i popędów. Co się nam podoba, to chcielibyśmy mieć przy sobie. Szczególnie dotyczy to ukochanych osób. 

Poprą mnie feministki, gdy powiem, że miłość kobiety do mężczyzny jest jej dobrowolną niewolą. Najbardziej zradykalizowane sawantki, z gatunku tych, które dla ideologii zmieniły nawet orientację seksualną, będą się jeszcze bardziej cieszyć, bo pomyślą, że potępiam niewolę, mężczyzn i związki heteroseksualne. Wprost przeciwnie - jestem natchnioną propagatorką tego wszystkiego. 

Jestem za tym, żeby kobiety wiązały się z mężczyznami jak najmocniej i koniecznie oddawały im siebie na niepodzielny użytek. Pięć i pół tysiąca lat temu na Ziemi królował złoty wiek matriarchatu. Dopiero potem mężczyźni i kobiety zaczęli się między sobą kłócić, walczyć o władzę. Ostatnia matriarchalna królowa, Medea, została sromotnie wygnana z Aten, otruła się i otruła swoje potomstwo, gdyż sądziła, że patriarchalny król Tezeusz sprowadzi na świat jakieś paskudztwo. I właśnie z tego powodu zalecam wszystkim kobietom uległość wobec mężczyzn.
 
Tak właśnie sobie poczynały starożytne kapłanki wysoko rozwiniętych cywilizacji. I mogły sobie na to pozwolić, ponieważ, w przeciwieństwie do współczesnych pań, absolutnie nie czuły w tym ujmy dla siebie. To my mamy frustracje, fiksacje i Freuda. Kapłanki matriarchalne, wierzcie mi na słowo, miały zupełnie uregulowany seksualizm. Ich krew szumiała, kiedy trzeba było, oczy się mąciły, serce biło itd. A teraz, Czytelniku bez różnicy płci, powiedz szczerze i uczciwie, bo i tak nikt nie słyszy: czy choć raz w życiu doświadczyłeś takiego stanu? A jeśli akurat tak, to co w takiej chwili miałeś ochotę zrobić?
 
Mężczyzna np. doprowadzony do ekstremalnego poziomu pożądania ma ochotę zgwałcić kobietę, a najlepiej udusić, żeby nic nie przeszkadzało w rozkoszy. To oczywiście ideał, dlatego że współcześni mężczyźni zasadniczo nie są zdolni do odczuwania pożądania na takim poziomie.
 
Inaczej ma się rzecz z kobietą. Nie może ona zgwałcić mężczyzny, a już wcale nie ma powodów, dla których miałaby go dusić. Podniecona kobieta u szczytu swojego seksualizmu zaczyna... dogadzać mężczyźnie. Ekstremum jest zawsze takie samo: to, co zrobiła mądra Kleopatra, która kazała swoim niewolnikom zanieść ją i położyć u stóp Cezara, by mogła jego nogi obsypać pocałunkami. Co się dalej stało z cesarzem, to wiemy (choć Cezar miał opinię człowieka o podejrzanej orientacji).
Równie trudno mnie, jak i wam, wyobrazić sobie zdrowego psychicznie mężczyznę, który by udusił ukochaną, jak też poczytalną kobietę, ściągającą zdumionemu dżentelmenowi mokasyny i skarpety, jednakże proponuję nie spuszczać oka z tych ekstremalnych przypadków, żebyśmy mieli jasność, kto komu powinien służyć.
 
Podejrzewam, że mniej przykre jest dla współczesnego człowieka wyobrażenie sobie gwałciciela, niż kobiety, która traci resztki honoru. Honor to dla damy bardzo ważna rzecz. A zwłaszcza dla takiej, w której poza honorem nie ma nic więcej godnego uwagi. Dziś kobiety żyją przeciętnie siedemdziesiąt lat, z których w najlepszym razie gdzieś przez dwadzieścia są obiektem męskiego zainteresowania. Panie z wyższych sfer spędzają te wspaniałe dwadzieścia lat na pewnym dystansie od polityki i pracy zawodowej, w dumnym oddaleniu od mężczyzn, zakładając, że ich niezależny styl życia i tajemniczy wygląd wywoła u płci przeciwnej nieprzezwyciężone pożądanie i nieszczęśnicy zaczną błagać o litość.



  
KOBIETA FATALNA
 
Musimy uczciwie przyznać, że kapłankami to my nie jesteśmy. Mniej się znamy na czarach i mężczyźni nie patrzą na nas wzrokiem pokornego sługi. Na dobitek żadna z nas nie ma takiej ilości niewolników, jak Kleopatra.
 
Jednakże te nasze nader istotne braki nie są jeszcze powodem do przybierania niezależnej pozy lisa z bajki Ezopa, La Fontaine’a i Kryłowa. Ów lis, zamiast posłużyć się swym przysłowiowym sprytem, wolał dumnie opuścić winnicę. O ile ktoś pomyśli, że apeluję do pań o aktywność, to się myli. Aktywność kobiety mija się z celem, gdyż prawie zawsze, jeśli mężczyzna jest bierny, to rzecz go nie interesuje.
 
Sądzicie, że Kleopatra wykazała się aktywnością? Przyniesiono ptaszynę zawiniętą w jedwabny kobierzec i rzucono na podłogę przed Cezarem. Myślicie, że uczepiła się jego stóp? Ani nawet się nie poruszyła w swoim tobołku. Chcesz, to mnie odwiń, a nie chcesz, to zostaw tak bodaj na kilka dni.
 
Kiedy nieszczęśnicę odwinięto, też pozostała nieruchoma, tylko oczy jej błyszczały zza zasłony rzęs. Nawet wtedy, kiedy cisza stała się nieznośnie idiotyczna, Kleopatra nie podpełzła do stóp cesarza, w przeciwnym razie Cezar, nie daj Jowiszu, z zaskoczenia kopnąłby ją i przewrotne plany Kleopatry spełzłyby na niczym. Nic z tych rzeczy. Po prostu sobie leżała pokornie, z czułością oczekując, aż najjaśniejszy sandał raczy zbliżyć się do jej ust.
 
Tak Kleopatra dała Cezarowi do zrozumienia, co następuje: jestem twoja i rób ze mną, co chcesz. Chcesz, to bierz, a nie chcesz, to idź w swoją stronę. Inna sprawa, jak długo rzeczywiście by wytrzymała. Patetycznie zakładano, że miała umrzeć z nieodwzajemnionej miłości, ale coś mi się zdaje, że takich kobiet mężczyźni tak łatwo nie rzucają.
 
Przypuszczam, że większość Czytelniczek mnie nie zrozumie. Ten świat opiera się na stereotypach, jak na barkach Atlantów. A stereotypem kobiety fatalnej nie jest nimfetka, drżąca pod krzakiem ze wzruszenia i chłodu. Kobieta fatalna nie drży - jej świetne ciało jest otulone futrami. Ciało kobiety fatalnej wcale zresztą nie musi być świetne. Nikt nigdy nie odważy się opowiadać, jak wygląda kobieta fatalna bez futra, ponieważ obnażanie się nawet nie przychodzi jej na myśl. A tym bardziej wobec mężczyzny. Portret kobiety fatalnej to wspomniany wyżej dumny profil i długi papieros z filtrem, z którego popiół spada trochę rzadziej, niż kolejna męska ofiara pada trupem. Jednakże taka wizja wampa jest dziedzictwem Srebrnego Wieku, kiedy to Piękna Pani nic nie miała do roboty poza siedzeniem i paleniem. Mężczyźni może i lubili wtedy tarzać się u damskich stóp, ale raczej nie obrażali ich seksem; Don Kichot uważał, że nie może proponować Dulcynei tego, co było w sam raz dla Sancho Pansy.
 
Istnieje znacznie potężniejszy archetyp kobiety fatalnej, a jest nim syrena. Dla nieoświeconego oka syrena to prawie to samo, co wamp. W tym miejscu, gdzie u kobiety mieszczą się pragnienia, syrena ma rybi ogon. W związku z tym tej ostatniej nie pozostaje nic innego, niż topienie facetów dla rozrywki. W przeciwieństwie do wampa syrena patrzy czule i przyzywająco, czasem nawet wydaje z siebie syreni śpiew, jednakże im bardziej mężczyzna się zbliża, tym syrena dalej odpływa.
W istocie rzeczy sprawa syren wygląda o wiele sprytniej. Ja osobiście nie mam cienia wątpliwości, że gdyby współczesna kobieta zrozumiała ten archetyp, jej relacje z mężczyznami natychmiast weszłyby w stadium bezwarunkowej harmonii.




KOBIETA - FATAMORGANA

Syreny, rusałki, najady, zwane też nimfami Neptuna, tylko w wyobrażeniach mitologicznych porosły w rybie ogony. Rzeczywistymi ich pierwowzorami były służki w świątyniach Posejdona, o których informuje nas Herodot. Świątynie Posejdona były rozsiane po całym wybrzeżu starożytnej Anatolii. Istnieje legenda, zgodnie z którą te kapłanki posiadały niezwykły urok erotyczny i zdolność do hipnotyzowania mężczyzn.
 
Lęk żeglarzy przed „syrenami” był tak silny, że gdy mijali brzegi Anatolii, zawiązywali sobie oczy, aby nie stać się ofiarą ich czarów. Mężczyzna, który raz się zetknął z taką kobietą, uważany był za straconego, gdyż potem wciąż od nowa poszukiwał jej miłości.
 
Hipotezy naukowe o specyficznych falach ultradźwiękowych, pojawiających się czasem na morzu i doprowadzających ludzi do obłędu, znacznie bardziej wyglądają na zmyślenie, niż mit o syrenach.
Herodot pisze, iż żeglarze często widzieli na dziobie okrętu wizje pięknych kobiet, które skłaniały ich do skierowania żagli w stronę brzegu. Czasem nawet słyszeli czułe, namiętne głosy, wyliczające rozkosze, którymi mogą zostać obdarzeni. Pokusa była czasem tak silna, że marynarze rzucali się z okrętu w morze, by dostać się wpław do brzegu.
 
Na pierwszy rzut oka - co może przyjść współczesnej kobiecie z archetypu syreny? Nie znamy technologii odtworzenia własnego sobowtóra o melodyjnym głosie, który mógłby wyruszyć na łowy, wyszukując mężczyzn wartych tego i przyprowadzając ich nam. Poza tym gdyby nawet eteryczny sobowtór oddzielił się od naszego ciała fizycznego, to nadal jest mocno wątpliwe, czy na potencjalnej ofierze potrafiłby wywrzeć równie niezatarte wrażenie, jak piękna syrena.
 
Co innego, gdy w grę wchodzi miłość. Widząc ukochaną na własne oczy i na własne uszy słysząc jej głos, mężczyzna może zapomnieć, że od brzegu dzielą go mile. Pociąg fizyczny o charakterze amoku może wywołać u mężczyzny (u kobiety zresztą też) tylko obiekt dobrze znany. To zresztą za mało powiedziane - taki, z którym wiążą się silne przeżycia seksualne. W ten sposób majtek istotnie mógł dać nurka za syreną do morza jak ryba, ale tylko w przypadku, gdy przed tygodniem, miesiącem czy rokiem łączył go z nią w tych stronach wystarczająco wyrazisty związek erotyczny.
 
W związku z tym jeśli nawet warto odwoływać się do syrenich czarów, to nie do przepisu na rozdwojenie ani nawet nie do techniki kuszenia, lecz do sztuki dawania rozkoszy. Im większą rozkosz przeżywa mężczyzna, tym trwalsza jest jego fiksacja na danej kobiecie, tym silniejszy jest pociąg do niej, a uzależnienie bardziej nieuchronne. Bez żadnej wątpliwości to samo odnosi się do kobiet, do ich rozkoszy, fiksacji i popędów.
 
Co się tyczy władzy, to w czasach matriarchalnych była podzielona wyjątkowo mądrze. W dolnej sferze, na poziomie społecznym mężczyzna służył kobiecie, w sferze fizycznej, na poziomie seksualnym kobieta służyła mężczyźnie, w sferze astralnej, na poziomie uczuć, emocji role były wymienne, a w sferze mentalnej kobieta robiła wszystko w kierunku realizacji twórczego pierwiastka mężczyzny.
 
Może to dziwne, ale ta struktura do dziś walczy o przetrwanie. Choć kobiety nie mają niestety władzy politycznej i takie, jakimi są dzisiaj, nie są do niej zdolne, mężczyźni nadal im służą na poziomie społecznym: żywią i ubierają swoje żony. Najszlachetniejsi mężczyźni służą kobietom także na poziomie uczuć: ciągle pragną kochać jeśli nie rzeczywistą kobietę, to swoje o niej wyobrażenie.
 
Gorzej rzecz się ma z paniami. Nie tylko prawie nic nie wiedzą o służeniu sztuce, ale też nie pragną fizycznie podporządkowywać się mężczyznom.


 

METODY ZNIEWOLENIA

Cóż takiego zatem robiły ze swoimi żeglarzami syreny, rusałki, najady, ondyny i inne wodne kreatury? Zanim to powiem, chciałabym uspokoić (a może rozczarować) tych, którzy doszli do wniosku, że istnieje jakaś technologia ujarzmiania z zimną krwią. W relacjach seksualnych nikt nie może brać za dużo, nic w zamian nie dając. Zmuszając mężczyznę do rozkoszy, kobieta daje mu możność dawania rozkoszy jej samej. A rozkosz to narkotyk. Niech kto spróbuje o nim zapomnieć, jeśli nic lepszego dotąd mu się nie przytrafiło. 

A propos. Ostatnie dane naukowe dowodzą, że potencjał przeżyć orgazmowych wielokrotnie przekracza reakcję na najsilniejsze znane obecnie substancje narkotyczne. Współcześnie syntetyzowane kwasy działają mniej więcej dziesięć razy mocniej od heroiny. Jeśli maksimum możliwej do osiągnięcia przez ludzki mózg rozkoszy orgazmu określimy jako 100%, to reakcja na takie narkotyki wynosi zaledwie 20%. 

Trudno sobie nawet wyobrazić 100% przyjemności. Niewątpliwie w sferze takich doznań ma miejsce zmiana świadomości, przemieszczenie czasu i przestrzeni, tak że człowiekowi, który przeżył to doświadczenie, może się zdawać, że przez całą wieczność przebywał w raju. Według tej skali statystyczny orgazm mężczyzny odpowiada zaledwie 3%. Doznania fizyczne, płynące z przeżyć pozaseksualnych, przewyższają tę przyjemność. Większość mężczyzn dożywa sędziwych lat w głębokim przekonaniu, że najostrzejszy „odlot” daje skok wprost z sauny w zaspę albo setka wódki pod korniszonka. 

Gdy tylko orgazm twojego mężczyzny przesunie się po skali z rzędu wielkości 3% o parę oczek wyżej, będziesz mu droższa, niż mecz i ryby. Jeśli jego przyjemność dalej będzie rosła, to wkrótce, za przeproszeniem, nie będzie z ciebie schodził. Syreny naturalnie nie myślały o skali rozkoszy, ale za to umiały się z nią obchodzić. I niestety różnica między nimi a współczesnymi kobietami była mniej więcej taka, jak między niebem a ziemią. 

Syrenie np. nigdy nie przyszłoby do głowy upokorzenie mężczyzny bodaj gestem ani nawet zwykłe zadraśnięcie jego ambicji. Gdyby syrenie mantry przystosować do pojęć współczesnych, to jedna z nich brzmiałaby tak: "Ambicja mężczyzny to jego penis". Z tego punktu widzenia kobieta, podcinająca mężczyźnie skrzydła, podcina gałąź, na której siedzi. Gałąź się złamie, kot zamoczy łapy, a ryby i tak nie zje. 

Jeszcze jedna mantra brzmi mniej więcej tak: "Gdy mężczyźnie brakuje miłości, pragnie on władzy". Poza znaczeniem dosłownym ("zadowolony mężczyzna jada z ręki") ta mantra ma też inne. Gdy mężczyzna prześladował syrenę, odbierała ona to jako pragnienie posiadania jej. Podczas gdy współczesna kobieta w sytuacji tzw. molestowania czuje tylko własną nicość, syrena była przepełniona poczuciem własnej wartości. 

Bardziej praktyczne mantry brzmią tak: "Zamiast czekać na deszcz, lepiej stać się nim", "Na morzu fala podąża za falą" i "Ogromna perła rodzi się po pewnym czasie z małego ziarnka w pysku ostrygi". Pierwsza ma na celu przekonanie kobiety o tym, że najefektywniejszy sposób na podniecenie mężczyzny to samej się podniecić. Druga mantra przypomina, że aby zanurzyć się w morzu rozkoszy, kochankowie nie powinni spotykać się zbyt rzadko. Trzecia mantra obiecuje, że rozkosz na pewno z biegiem czasu będzie rosła wprost proporcjonalnie do liczby pocałunków. 

Nie chciałabym rozczarować tych Czytelniczek, które oczekiwały, że opowiem im, gdzie mężczyźni mają przyciski. Wszystkie przyciski mężczyzna ma naturalnie, tak samo jak kobieta, w głowie i w sercu. (Ktoś mądry powiedział, że najważniejszym narządem płciowym człowieka jest mózg). Jednakże ciało też nie jest wcale rzeczą tępą i nieczułą."


INNYMI SŁOWY:
Uległość, to prócz serca - najwspanialszy dar, jaki KOBIETA może ofiarować swemu MĘŻCZYŹNIE!  
 





niedziela, 22 marca 2015

GRA!

Kiedyś, wraz z moim kumplem rozegraliśmy kampanię geostrategiczną, która polegała na zdobyciu przez dane państwo jak najszerszego terytorium "kolonialnego", oraz jak największej strefy wpływów (wśród państw "neutralnych"), dla swoich towarów handlowych. Kraje którymi operowaliśmy - były dość fantastyczne - ja przewodziłem Cesarstwu Loagiriańskiemu, które za swój symbol państwowy przyjęło wilka, zaś za symbol wojskowy - orła, On - wybrał Królestwo Danueńskie - którego symbolem była siedząca na tronie Wielka Bogini - najwyższe bóstwo tego kraju. Państwa te różniły się od siebie nie tylko  formą władzy, lecz także ustrojem społecznym. U mnie dominowała armia, mój kumpel zaś postawił na rozwój dużej i silnej floty wojennej, która była niezbędna w dotarciu do nowych kontynentów i stworzenia tam swych baz, a co za tym idzie "stref wpływu". Rozpoczęła się miedzy nami wielka rywalizacja o zdobycie jak największych terenów na kolonizowanym przez siebie terenie i uzależnienie istniejących tam państw, takich jak: Sułtanat Sluagów (niezwykle wojowniczy lud, leżący na moim terenie kolonizacyjnym na południu wyspy), na północy zaś, naprzeciw Królestwa Dananu - leżał (oddzielony morzem), Kalifat Fomoregów, niżej było Księstwo Bloduwejskie i Chanat Fawryjski.

Między naszymi dwoma krajami (Loagirja - Danan), doszło rzecz jasna, do konfliktu o podział wpływów. Wybuchła więc (z góry zakładana), wojna. Mój plan był prosty - zamierzałem przeprawić się przez cieśninę (oddzielającą nasze wyspy - gdyż były trzy wyspy tamtego świata, dwie mniejsze - moja na południowym wschodzie, Jego na północnym i wielka wyspa na zachodzie, o którą wzajemnie kruszyliśmy kopie), wylądować na południu jego państwa i maszerować na północ, prosto na Jego stolicę - Danland. Tak też się stało (On pozostawał początkowo bierny, gdyż dysponował słabszą armią, ale też nie zablokował swą flotą na czas mego głównego portu, z którego dokonałem inwazji - Brugii). Ja sam przeprawiłem się przez Zatokę i wylądowałem na południowym skrawku Jego państwa. Zaraz też zdobyłem potężną twierdzę i jednocześnie wielki port morski - Getę, w którym jednak nie stacjonowała flota wojenna mego Przeciwnika. Inwazją dowodziłem osobiście (jako Cesarz Loagiryjski - Argon II, piąty władca Cesarstwa, od czasów założenia państwa przez jego pradziada - Eldara Założyciela, zwanego także Eldarem z Gór).


 ARGON II - PO ZDOBYCIU GETY


Następnie podzieliłem swe siły, sam ruszając w głąb nieprzyjacielskiego kraju, a dowództwo nad całą swoją flotą, w tym kontrolę zatoki wraz z cieśniną, oraz całego południa Dananu, powierzyłem swemu najstarszemu synowi jako wicekrólowi nowo utworzonej prowincji Gety - księciu Eldarowi:




Młodszy syn - Domar, pozostał w kraju (w mej stolicy - Cyrionie), której bezpieczeństwa miał strzec:




Tymczasem królowa Dananu (którą "dowodził" mój przeciwnik) - Morgana (dziewiąta władczyni tego kraju)...




...postanowiła zagrodzić drogę armii najezdniczej i w szybkim tempie zorganizowała siły, którymi dowodził jej małżonek - książę Turgon (władza w Dananu opierała się głównie na funkcji religijnej - władca państwa był jednocześnie kapłanem Wielkiej Bogini, dlatego też funkcję tę od początków państwa sprawowała kobieta, która przekazywała tron swej najstarszej córce - kapłance Wielkiej Bogini i królowej Dananu w jednym, mężczyźni zaś byli dowódcami armii i walczyli w polu w przypadku zagrożenia militarnego państwa).




Do pierwszej bitwy pomiędzy wrogimi armiami doszło pod miejscowością Kacah, a zakończyła się ona pogromem armii danueńskiej i całkowitym zwycięstwem Loagiryjczyków Argona II. Niestety, duże straty i trudny teren, uniemożliwiły mi pościg za uciekającym Turgonem, co uratowało jego siły od całkowitej zagłady:




Decydującym momentem bitwy, był atak mojej ciężkozbrojnej, lecz niezwykle mobilnej jazdy pancernej, której atak doprowadzał oddziały przeciwnika do panicznej ucieczki:




Po tym zwycięstwie, postanowiłem (jako Argon II), podzielić swe siły i jedną ich częścią uderzyć na największy port i bazę silnej danueńskiej floty wojennej - Ilieu, które to zadanie powierzyłem jednemu ze swych wodzów - Lonasowi. Sam zaś zająłem centrum kraju i rozbiłem obóz w oczekiwaniu na siły, które miały nadejść z odsieczą miastu Ilieu. Dotąd zająłem już ponad połowę danueńskiego kraju. Tymczasem Turgon (oczywiście jako mój szanowny Przeciwnik), po przybyciu do Danlandu, bardzo szybko zreorganizował armię i ruszył na południe. Wiedział już że podzieliłem siły, postanowił więc najpierw uderzyć na mnie, a dopiero potem...wziąć w "dwa ognie" siły Lonasa pod Ilieu. Próbował mnie zaskoczyć, ale nie udało Mu się to. Doszło więc do kolejnej bitwy, tym razem pod miejscowością Nesad.

Bitwa zakończyła się (nie chwaląc się), kolejną klęską Danueńczyków i choć zniszczyłem prawie całą Jego armię (ci co przeżyli dostali się do niewoli), ponownie nie udało mi się pojmać samego Turgona:







ARGON II W BITWIE POD NESAD



Niedługo potem Lonas zdobył Ilieu:








Sytuacja Królestwa Dananu wydawała się więc tragiczna, ale mój Przeciwnik postanowił wówczas zmienić dalszą taktykę prowadzenia wojny. Mianowicie widząc że nie jest w stanie pokonać mnie w polu, zaprzestał prób dalszej walki i postanowił ustępować mi dalej pola. Wiedząc że trzecia bitwa, tym razem w obronie Jego stolicy, gdyby zakończyła się klęską (a wszystko na to wskazywało), oznaczałaby również całkowitą klęskę militarną i polityczno-gospodarczą kraju. Nawet nie miałby możliwości poprosić o pokój, gdyż Jego kraj leżałby wówczas u moich stóp. Ja byłbym jego niepodzielnym władcą, a On nie miałby już nic co mógłby mi ofiarować w zamian za utrzymanie części władzy. Postanowił więc pozwolić mi na zajęcie Jego stolicy.

Z miasta tymczasem ewakuowano całą ludność - sama królowa Morgana, wraz z córkami jechała na wozie, zaprzężonym w woły, gdyż konie służyły armii lub użyto ich do szybszego przetransportowania wozów z żywnością dla ewakuowanych ludzi. Wycofywano się na północ, ku morzu, do licznych małych portów rozsianych na rozległym wybrzeżu. Silna flota - tylko ona pozostawała ostatnią nadzieją Danueńczyków. A tymczasem ja (czyli Argon II), wkraczałem do opuszczonej danueńskiej stolicy - Danlandu.

Miasto przypominało wyludnione cmentarzysko - wszystko co mogłoby przydać się mej armii, a czego nie zdołano zabrać - zniszczono. Nie było nawet jednej skrzyni z ziarnem, nawet jednego dzbana wina. Zajęcie "sterty" murów z pustymi budynkami, nie było żadnym sukcesem, potrzebowałem bowiem żywności, by wykarmić mych żołnierzy, oraz ludzi, którzy mogliby się zajmować "całą resztą". A tymczasem Turgon zaczął na każdym terenie, z którego się wycofywał - stosować taktykę "spalonej ziemi". Niszczono wszystko, wraz z drzewami owocowymi i krzakami agrestu - wszystko, co tylko nadawało się do zjedzenia (zabijano także okoliczną zwierzynę).

Postanowiłem działać, skoro Turgon ucieka, zamierzałem uderzyć na jedno z pobliskich małych portów morskich, zdobyć je i zasilić kończące się zapasy...lub zmusić mego Przeciwnika do walki w obronie osady. W obu przypadkach wygrywałem, gdyż zdobycie miasta, pozwoliłoby znów uzupełnić moje zapasy, a walka w jego obronie, zakończyłaby się kolejną klęską Turgona (siły, które mógł użyć do walki były już nieliczne). Nie przewidziałem jednego, że mój szanowny Przeciwnik nie tylko nie podejmie najmniejszego nawet oporu w obronie osady, nie mówiąc już o przyjęciu bitwy. Po prostu, gdy moja armia zbliżała się do danego portu, natychmiast załadowywano okoliczną ludność, wraz z towarami na okręty danueńskiej floty i nim przybyłem pod opustoszałe miasto, oni zdążyli już odpłynąć do drugiej nadmorskiej osady, pozostawiając mi wyludnione i całkowicie pozbawione zapasów żywności i słodkiej wody - miasteczko. Próbowałem ich ścigać od portu do portu, lecz to również nie dawało żadnych rezultatów. Po prostu tam gdzie pojawiały się moje oddziały, tam osada natychmiast pustoszała, a liczna flota wojenna, ewakuowała całą okoliczną ludność, wraz z aprowizacją do kolejnego portu. Gdy zaś maszerowałem ku kolejnej osadzie, tę którą opuszczałem ponownie zajmował Turgon ze swą flotą, a ja  nie miałem aż tyle sił, by obsadzić nimi wszystkie zdobyte porty.

Sytuacja stawała się więc bardzo niebezpieczna, wojsko męczyło się długimi nadmorskimi marszami, które nie przynosiły najmniejszych rezultatów, a żywność zaczynała się kończyć. Jedyną szansą dla mnie z tej patowej i męczącej sytuacji, było rozbicie floty danueńskiej w jednej wielkiej bitwie morskiej. Wysłałem więc polecenie do swego syna - księcia Eldara, by ten zebrał flotę znad zatoki i ruszył na północ. Czekały tam jednak już na niego, okręty danueńskie, które blokowały wyjście z cieśniny:







Okręty Eldara, płynące jeden za drugim, zostały zaatakowane z boku przez flotę pod osobistym dowództwem Turgona. To była prawdziwa masakra - z posiadanych wcześniej przeze mnie 300 okrętów wojennych (w tym w zatoce było zebranych aż 270), zatonęły 172 okręty, pozostałe 98 zostały zdobyte. Mój syn - książę Eldar poległ w czasie nierównej bitwy, próbując wycofać resztki floty do portu w Brugii. Zwycięstwo Turgona w Cieśninie Brugijskiej (naprzeciwko mego największego portu morskiego - Brugii), było dla mojej armii prawdziwą katastrofą:








CO Z TEGO WYNIKA?


Zająłem wszystkie najważniejsze twierdze i miasta w kraju mego Przeciwnika, pobiłem Go w dwóch dużych bitwach lądowych, zająłem Jego największy port morski - Ilieu, oraz oczywiście samą stolicę państwa - Danland. Zająłem cały danueński kraj (prócz nadbrzeżnych kilkunastu osad, w których chronili się mieszkańcy wraz z królową Morganą i jej rodziną). Czyż nie mogłem nazwać się zwycięzcą tej wojennej kampanii? A jednak...klęska w bitwie morskiej w Cieśninie Brugijskiej, śmierć mego syna i zagłada floty, polityka "spalonej ziemi", prowadzona przez Turgona w jego kraju, a przede wszystkim głód, który bardzo szybko pojawił się w moich szeregach i zaczął dziesiątkować mi oddziały (dochodziło nawet do przypadków kanibalizmu), spowodowało że...to ja musiałem mego Przeciwnika oprosić o pokój. Zostałem uwięziony w Jego kraju, zdany na Jego łaskę i niełaskę, nie do mnie należał następny krok, mogłem tylko bezczynnie czekać, aż moja zwycięska armia powoli umiera śmiercią głodową na obcej, wyludnionej i zniszczonej ziemi.

Przegrałem wojnę - tak, pomimo zwycięstw i faktu iż Turgon nawet nie postawił stopy na moim terytorium - przegrałem tę wojnę! I to On podyktował mi warunki upokarzającego pokoju. Popełniłem ten sam błąd, który popełnił Napoleon Bonaparte atakując Rosję. Nie było najmniejszego powodu, by zdobywać Danland, tak samo jak nie było najmniejszego powodu by zajmować Moskwę. Zwycięska strategia (w moim wypadku), powinna być inna. Mianowicie miast zajmować stolicę kraju, powinienem ograniczyć się jedynie do samego Ilieu i terenów, jakie zająłem po zwycięstwie pod Nesadem. Powinienem ściągnąć nowe siły z mego kraju, wyszkolić nowe roczniki żołnierzy i powołać pod broń rezerwistów. Zająć się jednocześnie rozbudową floty, tam, gdzie mogłaby ona zagrozić flocie danueńskiej blokującej Cieśninę Brugijską, na południu mego państwa - w porcie wojennym w mej stolicy - Cyrionie:




Danueńczycy po prostu nie zapędziliby się tak daleko na południe, zważywszy że potrzebowali floty do ochrony swych wybrzeży. Mogłem poczekać, umacniając swe pozycje i rozbudowując twierdze, na już zdobytym terenie wroga. Mogłem wyrywać kolejne "kawałki" jego terytorium, zmuszając Danueńczyków do walki orężnej w ich obronie. A tutaj już dałbym sobie radę. Taka strategia zapewniłaby mi całkowite zwycięstwo:






Podobnie Napoleon. Kampania moskiewska była Jego totalnym błędem, gdyż niebezpiecznie rozciągnęła Jego siły i wydłużyła drogę dostarczania aprowizacji dla armii. Zajęcie rosyjskiej stolicy - nic nie dało (poza początkowym sukcesem propagandowym), żadnych wymiernych korzyści politycznych ni militarnych nie wniosło. Lepiej było więc pójść (jak radził książę Józef Poniatowski), na Ukrainę i wyrwać - "odkroić" Ją od Moskwy, następnie Białoruś - oderwać od Moskwy i przyłączyć do odrodzonej Rzeczypospolitej. Gdyby tak postąpił Napoleon, gwarantuję iż wygrałby kampanię rosyjską, bowiem ani car Aleksander I, ani cały jego sztab wojenny, ani wreszcie elity polityczne ówczesnej Rosji - nigdy nie pogodziłyby się z taką stratą. Rzuciliby więc swoje siły przeciwko Napoleonowi i odrodzonej Rzeczypospolitej (zasilonej nowymi zaciągami ludności żyjącej obecnie pod butem moskiewskiej tyranii i pamiętającej wolności, które posiadała w ramach dawnego polsko-litewskiego państwa).



"ROSJĘ NALEŻY RWAĆ PO "SZWACH" NARODOWYCH"

MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI







 NAPOLEON PODCZAS ODWROTU SPOD MOSKWY





Klęska Rosji byłaby wówczas całkowita, podobnie jak klęska Królestwa Dananu, gdybym nie pragnął szybkiego zwycięstwa. Różnica pomiędzy moją kampania a napoleońską, polega na tym że moja spowodowała konsekwencje jedynie w moim myśleniu, zaś ta napoleońska wpłynęła na losy Europy i Świata, rozszerzając wschodnią tyranię daleko na Zachód.
 

sobota, 21 marca 2015

SŁOŃCE TO, CZY KSIĘŻYC JEST NAD NAMI?

Chciałbym zacząć od tego, że uważam większość mężczyzn w Polsce (nie tylko zresztą w Polsce - w całej Europie, a na dobrą sprawę to na całym świecie), za tzw.: "ciapciaków", w najlepszym zaś razie - "pantoflarzy", siedzących pod pantoflem swych żon i kochanek. Mam tutaj na myśli przede wszystkim mężczyzn, rozumianych jako "grupa", "zbiorowisko", odnoszące się praktycznie jednakowo (z małymi wyjątkami), do każdego państwa na świecie.Tak, uważam że mężczyźni są "ciapciakami" i nie jest to wcale trend dzisiejszych czasów, a zjawisko znane od zarania ludzkiej egzystencji. Oczywiście (być może), piszę niesprawiedliwie, oczywiście (być może), uogólniam - jednak dobrze wiem o czym mówię, gdyż obserwuję męskie zachowania (podobnie zresztą jak i kobiece) i dostrzegam to, czego dostrzec nie pragnę - czyli "ciapciaki".

Nie oznacza to wcale że ja sam jestem od tego zjawiska jakimś szczególnym wyjątkiem - o nie. Ja również BYŁEM (co bardzo ważne), takim "ciapciakiem". Jak jednak można rozpoznać owego "ciapciaka"? Bardzo prosto - są to mężczyźni, którzy publicznie przechwalają się jacy to z nich macho i w ogóle, jak w domu to oni "rozdają karty" etc., a wystarczy jeden króciutki telefonik od żonki, by facet natychmiast stanął na baczność i bełkotał coś jedno za drugim: "Tak kochanie, oczywiście kochanie...Natychmiast? No bo wiesz, mamy tu takie...tak, tak, rozumiem Cię, ale...tak, oczywiście już wracam. Tak dobrze - kupię. Całuję". No może przesadziłem, nie wszyscy bowiem rozmawiają ze swymi "Piękniejszymi Połowicami", w taki właśnie sposób, ale czyni tak ogromna część "brzydszej" (ja wolę pisać "Silniejszej" populacji). Nawet nie dostrzegają jacy są w tym wszystkim śmieszni. No cóż, są i tacy, którzy oddają kobiecie całe swe serce, robią dla niej wszystko, spełniają jej najskrytsze marzenia, a ta i tak ma ich za przysłowiowych "ciamajdów' i "impotentów" (nierzadko owa Pani potrafi taki komplement, rzucić mężusiowi podczas przyjęcia ze znajomymi i wcale jej nie peszy fakt, że facet w tym momencie zrobił się czerwony jak burak i wolałby zapaść się pod ziemię - zresztą i tak ona decyduje, on ma tylko zarabiać pieniądze i dawać się za przeproszeniem "kopać w jaja").





Ale jest też i druga strona mojej natury, ta ukryta, choć staram się często "wydobywać" ją na światło dzienne. Jest to zakodowana głęboko we nie chęć przewodzenia w związku, dominowania i całkowitego zdominowania Mojej Pani. Oczywiście rozumiem tu nie tylko tzw.: sferę seksualną, ale także zwykłą codzienność, normalne życie. Oczywiście nie oznacza to iż jestem jakimś tyranem - ja właśnie dlatego że bardzo szanuję Płeć Piękną, pragnę by to Ona z własnej i nieprzymuszonej woli sama doszła do tego - że zdominowanie kobiety przez mężczyznę, jest właściwie wyzwoleniem jej kobiecości (gdzieś, kiedyś przeczytałem jak jakaś Pani - napisała te jakże prorocze słowa: "Z radością zauważyłam że...zniewolenie to wolność"). Ale skąd się to we mnie wzięło, ta chęć do przewodzenia, do tego by to kobieta sama oddawała mi się taką jaka jest (i nie mówię tu jedynie o seksie). To zaczęło się bardzo wcześnie - jeszcze jak byłem dzieckiem. Zawsze pragnąłem zostać wielkim wodzem, zdobywcą, władcą, wyzwolicielem narodów (lub ich pogromcą). Ale to to że kobiety naprawdę lubią trochę...zniewolenia (jeśli można to tak ująć), pojąłem dopiero później.
Tym, co było dla mnie swoistą Biblią (i jednocześnie katharsis), w tym temacie - była sztuka Williama Szekspira pt.: "Poskromienie złośnicy". I oto właśnie mi w tym trochę przydługawym temacie chodziło. Ale nie sama sztuka tak na mnie wpłynęła (i jej wiele filmowych i teatralnych ekranizacji), ale jedno, szczególne przedstawienie teatralne, w reżyserii Michała Kwiecińskiego z 1990r. Główne role w tym spektaklu Teatru Telewizji zagrali moi ulubieni polscy aktorzy: Katarzynę Minolę - zagrała niesamowita Joanna Szczepkowska, zaś rolę jej "pogromcy" - Petruchia fenomenalny (wg. mnie - jedna z Jego najlepszych ról teatralnych i filmowych) - Janusz Gajos.

I Żeby już więcej nie przedłużać, zapraszam Was wszystkich do obejrzenia tego spektaklu i zobaczenia iż męskie "ciapciaki" były zawsze i wszędzie - bez względu na historyczną epokę.



ZAPRASZAM ZATEM NA SPEKTAKL:


PETRUCHIO - Na Miłość Boską - naprzód w odwiedziny do Ojca. Boże, jak jasno lśni księżyc! 

KATARZYNA - Nie księżyc, słońce to, nie blask księżyca.

PETRUCHIO - Mówię że księżyc tak jasno przyświeca!

KATARZYNA - Ale to słońce tak jasno przyświeca.

PETRUCHIO - Na syna Matki mej - czyli na mnie, będzie to księżyc, gwiazda i co zechcę - zanim dom Ojca Twego odwiedzimy. Skocz chłopcze konia odprowadź z powrotem. Przeczy i przeczy, nic tylko przeczy.

KATARZYNA - Jedźmy, jeżeli zaszliśmy aż tutaj. Niech będzie księżyc, słońce i co zechcesz. A jeśli zechcesz nazwać to kagankiem - będzie i dla mnie kagankiem. Przysięgam!

PETRUCHIO - Księżyc powiadam!

KATARZYNA - Wiem, że to jest księżyc.

PETRUCHIO - Kłamiesz! To słońce jest błogosławione.

KATARZYNA - Błogosław Boże mu, gdyż jest to słońce. Lecz nim nie będzie - jeśli Ty nie zechcesz. A księżyc zmieni się tak jak Twój umysł, tym będzie czym Ty zechcesz go nazywać. A Katarzyna nazwie go - jak zechcesz.



:)

URODZIŁEM SIĘ BY CIĘ POSKROMIĆ I ZMIENIĆ ZWYKŁĄ KASIĘ W KASIĘ SŁODKĄ
ZOSTANIESZ KASIU OSWOJONĄ KOTKĄ!

WSTYD MI, GDY PATRZĘ NA GŁUPOTĘ KOBIET BÓJ WSZCZYNAJĄCYCH (...) LUB PRAGNĄCYCH RZĄDZIĆ, PRZEWODZIĆ, PYSZNIĆ SIĘ, CHEŁPIĆ, SĄDZIĆ - GDY WINNE KOCHAĆ!

CZEMU TAK MIĘKKIE, KRUCHE I SŁABE SĄ NASZE CIAŁA - NIEZDOLNE DO TRUDÓW?
TA MIĘKKOŚĆ SERCOM TEŻ BY SIĘ PRZYDAŁA, BY UPODOBNIĆ JE DO RESZTY CIAŁA


PYCHĘ - ODRZUĆCIE I WASZ ZYSK UBOGI

A MĘŻÓW WASZYCH UJMIJCIE POD NOGI!







ŻYCZĘ DOBREJ NOCY

czwartek, 19 marca 2015

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LV

FEDERACJA GALAKTYCZNA

CZYLI 

"STRAŻ WSZECHŚWIATA"

PLANETY - RADY - FRAKCJE

Cz. IV


KONFEDERACJA 

PLEJAD

Cz. III 


  

"...On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. (...) I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca" 

 

Fragment modlitwy tzw.: Creda Nicejsko-Konstantynopolitańskiego

 

Jezus Chrystus zapowiedział swoim uczniom że powróci po raz drugi na Ziemię. Od tego czasu Ludzkość oczekuje nadejścia Mesjasza, który zbawi świat i dopomoże wszystkim ludziom "Dobrej Woli". Mimo to Jezus nie nadchodzi - dlaczego? Dlaczego Jezus nie przychodzi, skoro obiecał że wróci i położy kres całemu złu i niesprawiedliwości świata? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest częściowo w channelingach. Podczas rozmów z istotami, które określają siebie jako Plejadian i mówią że: "My jesteśmy Nimi z przyszłości", pada odpowiedź, dlaczego IMMANUEL nie przychodzi. SANANDA (bo tak też nazywają Jezusa Plejadianie), nie przychodzi ponownie na Ziemię, gdyż Ludzkość na tej planecie jeszcze niedojrzała do Jego ponownego przyjścia. Zresztą "Ponowne Przyjście" o którym mówił Jezus - nie dotyczy tylko Jego samego, a...całej kosmicznej społeczności (tzw.: "Sojuszników Ludzkości"). Jezus nie przychodzi, gdyż ludzie na Ziemi nie są jeszcze gotowi na Jego nadejście. Niewiele zmieniliśmy się od czasów, gdy Immanuel chodził po Ziemi (I wiek naszej ery). Zostały oczywiście od tego czasu poczynione ogromne zmiany, szczególnie pod względem mentalności i otwartości na duchowe przeżycia, lecz jest to wybitnie niewystarczające, byśmy pojęli prawdziwą rolę Jezusa Chrystusa w "zbawieniu" Ludzkości.

Wielu z nas bowiem nie jest w stanie zaakceptować faktu, że wokół nas, wokół naszej planety (a także na niej samej), istnieją potężne cywilizacje - inne rasy, klany i organizacje. Niektóre z nich są nam nieprzyjazne, inne (ogromna większość), zupełnie obojętne na nasz los. Jest też tak zwana grupa "Sojuszników Ludzkości", w której skład wchodzą m.in.: Plejadianie, TJehooba, Kasjopejanie, Syrianie (A), Arkturianie i kilka innych ras. Wbrew pozorom, do tej "frakcji" (mam tutaj na myśli ową frakcję "Sojuszników Ludzkości", łączącą wiele różnych ludzkich ras we Wszechświecie, oraz różniące się frakcje w Radzie Federacji Galaktycznej. Nie wszystkie bowiem ludzkie rasy w danych frakcjach - na przykład właśnie w Konfederacji Plejad - są nam przyjazne), nie należy tak zwana "Grupa z Malony", czyli stwórcy pierwszego człowieka na Ziemi - biblijnego Adama i Ewy. Nibiruanie z Malony (będę jeszcze sporo o nich pisał, m.in.: o dalszych losach Kaina i wydarzeniach, które doprowadziły do "odejścia bogów" i pozostawienia biegu spraw na Ziemi w rękach kainowego potomstwa), w żadnym bowiem razie nie pragną naszego oświecenia. Wręcz przeciwnie - aby łatwiej zapanować nad tym konglomeratem kosmicznych ras z Liry, Plejad, Malony (nie mam tu na myśli rodu Enkiego i Enlila), Aremo, Bakaratini etc. etc. (tych związków było znacznie więcej, gdyż ras, które zasiedlały ziemię po zakończeniu III Wielkiej Wojny Galaktycznej, od ok. 900 000 r. p.n.e. było bardzo wiele - nie wszystkie tutaj wymieniłem i opisałem), które ukształtowały się w dzisiejsze cztery główne ziemskie rasy - Białą, Czarną, Żółtą i Czerwoną - należy trzymać je na stosunkowo niskim poziomie rozwoju, przy czym - ktoś musi tym wszystkim "kręcić".

Tym wszystkim od wieków "kręci" więc ziemskie rodzeństwo Nibiruan z Malony (ród Adama i Ewy). Czy nie zastanawiało Was nigdy, dlaczego to właśnie stworzenie Adama i Ewy, zostało opisane w Biblii i przedstawione jako "prawda objawiona" co do całego rodzaju ludzkiego? Dlaczego nie przedstawiono "innych" możliwych początków człowieka (a ostały się takie, chociażby w mitach niektórych plemion czy nawet państw - jak na przykład Indoeuropejczyków, a szczególnie Hellenów - którzy byli rebeliantami z II Imperium Atlantydy. Była to tak pokaźna grupa, że władcy Atlantydy, zdecydowali się umieścić ich na wygnaniu w rejonie...dzisiejszej Hellady, czyli Grecji. Tam potem powstała cywilizacja, która różniła się znacznie od cywilizacji sumeryjskiej, akadyjskiej, asyryjskiej, egipskiej, syryjskiej, czy nawet anatolijskiej - opiszę ten temat w kolejnych postach).




Tak wiec "ród panujący" z Nibiru/Malony, uczynił swoją rodową genealogię - genealogią początków rasy ludzkiej jako takiej, dzięki czemu ludzie ucząc się o biblijnych początkach rodzaju ludzkiego - uczą się jednocześnie o początkach rodu Adama i otrzymują przekaz, że...Bóg oddał im (Adamowi i Ewie), Ziemię w niepodzielne władanie. Trochę to przypomina Koreę Północną, gdzie uczy się dzieci w szkołach historii dynastii Kimów i opowiada niestworzone historie na temat ich "niebiańskiego poczęcia".

Dlaczego więc Jezus nie przychodzi ponownie na Ziemię? Dlatego że nie ma dokąd przyjść. Ludzkość wciąż jest niczym te północnokoreańskie dzieci, które potrafią z pamięci recytować historię rodziny Kim Ir-Sena, natomiast nie mają pojęcia, o otaczającym ich dookoła prawdziwym świecie (myślę że nawet nie potrafiliby się w nim odnaleźć, gdyby nawet, jakimś zrządzeniem losu - udało im się opuścić ten "kimowski" obóz śmierci). Podobnie My - Ludzie. Potrafimy czytać Biblię i opowiadać sobie o naszym "stworzeniu". Potrafimy przytaczać biblijne przypowieści Jezusa Chrystusa - lecz...nie pojmujemy ich głębi, sensu, znaczenia. Żyjemy na Ziemi, niczym w ogromnej Korei Północnej, nieświadomi otaczającego nas dookoła Wszech(Świata), pełnego najróżniejszego życia. Do kogo wiec ma wrócić Jezus? Do ludzi, którzy nadal nie są świadomi swoich korzeni i roli jaka przypadła Ziemi w kosmicznym planie Wszechświata (a to wszystko było w naukach Jezusa Chrystusa). My nadal nie jesteśmy gotowi na jego przyjście, bo cóż byśmy uczynili gdyby przyszedł tak, jak przyjść zapowiedział (a wystarczy wczytać się w to, co jest zapisane w Biblii, by nie było żadnych ku temu wątpliwości)- na czele okrętów Konfederacji Plejad i Rady TJehooba. Cóż by się wówczas stało? Na Ziemi wybuchłaby powszechna panika, ludzie by się wzajemnie tratowali, zabijali, byleby tylko uciec jak najdalej od "obcych". Dlatego nie nadszedł jeszcze dla Ludzkości z Ziemi czas, na ponowne przyjście Mesjasza.

Napisałem "Konfederacji Plejad i Rady TJehooba" - dlaczego tak? Dlatego, że te dwie frakcje bardzo ściśle ze sobą współpracują (szczególnie jeśli chodzi o nas - Ziemian). Misja "Syna Człowieczego", nie została wykonana tylko przez samego Jezusa Chrystusa. Było ich dwóch: TJehoobanin - Immanuel (zwany również Sananda), który wykonał najważniejsze zadanie - narodziny na Ziemi, nauki, przypowieści, cuda, potem oskarżenie, proces i śmierć na krzyżu - to wszystko było od początku do końca Z-A-P-L-A-N-O-W-A-N-E. A kim była ta druga postać? To Plejadianin (dowódca floty, ochraniającej Ziemię, o której pisałem w poprzednich tematach) - ASZTAR. Sojusz plejadiańsko-tjehoobański i ich wspólna praca, nad podniesieniem wibracji Ziemian i przygotowaniem ich na wejście w nowy cykle świadomości, który jest związany przede wszystkim z otwarciem na sprawy uniwersalnej duchowości - najdobitniej ukazują właśnie te dwie postacie.



To tyle jeśli chodzi o samą KONFEDERACJĘ PLEJAD.
Nie posiadam żadnych innych informacji na Jej temat. 

O wiele więcej natomiast posiadam danych o 
RADZIE TJEHOOBA - o której napiszę w kolejnym temacie.







CDN.

wtorek, 17 marca 2015

I CO JA ROBIĘ TU...? - Cz. II

MOJA "DZIWNA" 

PAMIĘĆ Z PRZESZŁOŚCI


  
Chciałbym również podzielić się swoimi "doświadczeniami" (jeżeli można je tak nazwać), podczas których powoli zacząłem "przypominać" sobie swoje "poprzednie życie"




Wszystko zaczęło się gdy miałem trzy lub cztery lata. Wówczas to, co noc miałem ten sam sen, który dla tak małego dziecka jakim wówczas byłem, był koszmarny, wręcz przerażający. Śniło mi się że znajduję się w środku dużego, ciemnego lasu, jest noc a ja biegnę przez ten las - uciekam przed kimś, lub przed czymś. Gdy odwróciłem głowę zobaczyłem trzy ścigające mnie "czarownice". Biegły za mną, a ja już ze zmęczenia nie miałem sił by dalej uciekać. Nagle potknąłem się o korzeń drzewa (lub kamień - nie pamiętam dokładnie), i upadłem na ziemię. Gdy już, już miały mnie dopaść - budziłem się. Zawsze budziłem się w tym samym momencie, w chwili gdy już były przy mnie. Ten sen trwał dosyć długo, z kilka miesięcy, a ja wiedząc że "to" znów powróci, bałem się zasypiać. Pamiętam że płakałem gdy moi rodzice odprowadzali mnie do łóżka, nie chciałem zasypiać, bojąc się że znów mi się to przyśni. I tak było, "to" wracało co noc. I choć rodzice uspokajali mnie mówiąc że to tylko sen że nic złego mnie nie spotka, ja nie wierzyłem im. Często leżałem w łóżku do rana przy zapalonym świetle, bojąc się zamknąć oczy i zasnąć. Z czasem jednak to minęło (po kilku miesiącach), a ja o tym zapomniałem.

Kolejne "dziwne" wizje pojawiły się gdy miałem ok. 10-12 lat. Jednak te "obrazy" były już zupełnie inne, łagodne, miłe i ciekawe. Widziałem w nich kilkuletniego chłopca raz w towarzystwie mężczyzny i kobiety, raz jedynie w obecności mężczyzny, innym znów razem w towarzystwie samej kobiety. Widziałem również owego chłopca siedzącego nad brzegiem pięknego brzegu rzeki, siedział pod drzewem i odpoczywał. Pamiętam dokładnie twarze mężczyzny i kobiety. Mężczyzna miał ciemną, krótko przystrzyżoną brodę, kobieta była ładna w średnim wieku. Pamiętam też że dochodziło do konfliktów między chłopcem a owym mężczyzną. Zawsze później pojawiał się obraz chłopca nad brzegiem rzeki. Przekazy te były tak dziwne i niezrozumiałe wówczas przeze mnie, że moich rodziców wprawiałem w stan pewnego zakłopotania gdy opowiadałem o tym w obecności ich znajomych. Ja zaś nie wiedziałem dlaczego to "coś" spotkało właśnie mnie i co "to" właściwie jest. Następnie i to też ustało. Potem były studia i praca, gdzie już zupełnie nic nie powracało, a ja o większości z tych dziwnych wizji po prostu zapomniałem.

"Przebudzenie" przyszło niedawno, może z jakieś kilka lat temu. Wówczas wszystko zaczęło układać się w spójną całość. Poszczególne obrazy zaczęły się "porządkować" i układać w logiczny ciąg. Dzięki temu przypomniałem sobie moje poprzednie wcielenie. Wiem kim byłem w poprzednim życiu, gdzie mieszkałem, co lubiłem a czego nie, kiedy mniej więcej żyłem (nie pamiętam jednak dokładnego roku, ani swego imienia, ani nazwy miejscowości w której żyłem). Wreszcie to co "pamiętam" najdokładniej to własną śmierć w poprzednim życiu. Ale od początku.
.
Urodziłem się w rodzinie chłopa i żyłem w jakiejś wiosce. Ów mężczyzna opisany wyżej to właśnie był mój ojciec. Pamiętam że nienawidziłem pracy na roli, ani wszystkiego co wiąże się z wykonywaniem obowiązków chłopa. Często dochodziło na tym tle do kłótni z moim "ojcem". Wówczas uciekałem do swojej samotni - nad brzeg rzeki, gdzie godzinami rozmyślałem. Bardzo to lubiłem, ale nie podobało się to mojej rodzinie (głównie ojcu). Moje życie nie było zbyt obfitujące w doświadczenia. Pamiętam szczególnie dokładnie moment własnej śmierci.

Zginąłem jako kilkunastoletni chłopak. A jak do tego doszło? Pamiętam że zbudził mnie tętent końskich kopyt i krzyki ludzi. Gdy wyszedłem przed dom (raczej chłopską chatę), zobaczyłem żołnierzy na koniach, trzymających w rękach płonące pochodnie - podpalali wioskę i mordowali mieszkańców. Pamiętam wyraźnie, bardzo wyraźnie owe płonące pochodnie. Pamiętam także że wówczas po raz ostatni spojrzałem na moich rodziców (myślę że to wówczas właśnie dokładnie ich zapamiętałem). Następnie ruszyłem w stronę ciemnego lasu. Kilku żołnierzy (chyba trzech), pobiegło za mną. Uciekałem choć już brakowało mi sił, aż wreszcie potknąłem się o coś i upadłem. Wówczas mnie dopadli i przebili jakimś sztyletem. Tak zakończyłem swoje poprzednie wcielenie. 


Teraz już zrozumiałem że to, co przyśniło mi się w dzieciństwie, było jedynie pamięcią mojej ostatniej śmierci. Wszystko przypominało mi się więc od "końca".


Co się tyczy jeszcze jednej mojej inkarnacji (jeśli można to w ogóle tak nazwać), którą poznałem (trochę przez przypadek, chociaż może trudno tu mówić o przypadku). To również trwało powoli, jakby obok mojego wcześniejszego opisu żywota. Tamte wizje były już o wiele słabsze, bardzo słabe, mogę nawet powiedzieć że bardziej poczułem to w sferze mentalnej niż wizualnej. A co właściwie poczułem? Czytając losy wielkich mężów stanu, polityków, wodzów, nigdy nie miałem wrażenia że mogę czytać o sobie samym. Nigdy do czasu gdy przeczytałem historię owego człowieka. To było dziwne uczucie, lecz właśnie wówczas poczułem się tak bardzo... ... ..."dziwnie", po prostu wiedziałem jak dalej potoczą się jego losy. Czytanie historii tego człowieka sprawiało mi również radość. A kim był ów mężczyzna? 

No cóż - to... ... ... Octavianus Augustus Caesar, wnuk siostry Cezara, twórca Pryncypatu, reformator Imperium Romanum, zwany także "Ojcem Chrzestnym Europy". Być może "pamięć" tamtego życia była na tyle determinująca że gdy miałem sześć czy siedem lat to na pytanie swoich rodziców kim chciałbym zostać w przyszłości, odpowiedziałem - "Będę rządził tym krajem". Pamięć władzy przetrwała w mojej Podświadomości (to musiało być naprawdę dobre życie). 


Oczywiście nie twierdzę kategorycznie że to ostatnie wcielenie było jednym z moich, ale...bliskość do tej postaci, jest we mnie tak silna, że aż trudno mi uwierzyć że mogłoby być inaczej (tym bardziej że są ludzie których cenię wyżej niźli Oktawiana Augusta i gdybym miał wybierać...wybrałbym inną postać historyczną. Mimo to to właśnie do Niego czuję...taką jakąś do końca niewyjaśnioną duchową bliskość).


To tyle jeśli chodzi o mnie 

i moją "dziwną pamięć z przeszłości"



I CO JA ROBIĘ TU...? - Cz. I

CZYLI KILKA SŁÓW O MNIE





Chciałbym teraz opisać kilka moich prywatnych refleksji, na tematy egzystencjalne. Pobudziła mnie do tego sesja hipnotyczna, jaką "uprosił" młody 25-letni chłopak, na jednym z hipnoterapeutów, prosząc o wprowadzenie go w stan hipnozy (hipnoterapeuta początkowo odmawiał, gdyż z reguły nie bada się osób przed 30 rokiem życia, zważywszy na zbyt małe pokłady wewnętrznych doświadczeń oraz...blokadę, którą w większości przypadków nakładają na takie osoby ich Przewodnicy. "Pobudzenie" - zaczyna się z reguły po dwudziestym roku życia i stopniowo, bezwiednie się rozwija. Zbyt szybkie zerwanie tego plonu, nie jest więc wskazane dla samej zainteresowanej tym tematem osoby). Chłopak w swym liście, tłumaczył natomiast, że już od dawna odnosi wrażenie, iż wie o różnych sprawach i posiada umiejętności wykraczające poza to, co można by przypisać możliwościom jego młodego ciała. Odbyli więc sesję i okazało się że ów chłopak należy w "Świecie Dusz", do jednej z wielu (choć dotąd przeze mnie jeszcze nie omawianej), specjalizacji "Etyków". Wrócę jeszcze do tego tematu (w serii: "Umieramy i Co dalej...?" i postaram się opisać inne duchowe specjalizacje, które mają do wyboru dusze (z reguły większość z Nas wybiera po prostu specjalizację - Przewodników, gdyż widząc jak pracują ich właśni Opiekunowie, jest on najbliższy ich pojmowaniu, ale takich gotowych specjalizacji dla duszy jest bardzo wiele).

Teraz zaś (czytając relację owego chłopaka), chciałbym krótko zastanowić się nad sobą samym. Zauważyłem w sobie dość dziwne "zjawiska", które częściowo same się wykluczają (działając niczym zderzenie przeciwieństw). Takich zjawisk/przeciwieństw w moim przypadku jest dość sporo. Można by chociaż wymienić moje od dziecka zainteresowanie sprawami politycznymi, militarnym i społecznymi różnych krajów i kontynentów i traktowanie tego w kategorii pewnego imperatywu, do którego pragnę dążyć. Podziwiam i w pewien sposób naśladuję działania ludzi "silnych", czyli takich, których decyzje pozwoliły stworzyć wiele dobrego dla tych, którymi władali...ale oczywiście generowali także i dużą ilość negatywnych energii (wojny, powstania, cierpienie tych, których mieli chronić itd.). Wiem że w "Świecie Dusz", istnieje specjalizacja Dusz Łagodzących, których zadania sprowadzają się do harmonizowania zakłóconej ziemskiej energii (czyli innymi słowy łagodzenia destrukcyjnych następstw naturalnych sił fizycznych, lub tych utworzonych przez człowieka - generujących olbrzymie ilości negatywnej energii. Mogą to czynić jedynie wśród tych przywódców, których umysł jest "otwarty", a nie tych "zamkniętych na jakiekolwiek argumenty" - głownie są to wszelkiego typu psychopatyczni dyktatorzy, zapatrzeni we własną nieomylność, typu Hitler lub Stalin). Dusze o tej specjalizacji są "Posłańcami Nadziei", gdyż pokłady negatywnej energii (np. strachu), tworzone w ludzkim umyśle w ciągu życia (a szczególnie w chwili bezpośredniego zagrożenia życia), rozpraszają energetycznie, "nawadniając" suche dotąd pole umysłu - energetyczną "wodą" przynoszącą Nadzieję.

Ich praca jest bardzo odpowiedzialna, gdyż tyczy się całego kanonu ludzkich doświadczeń i przeżyć (w tym również katastrof naturalnych). Energia którą wówczas uwalniają, ma spowodować zasianie ziarenek Energii Twórczej, która spowoduje pojawienie się korzystnych zjawisk, nawet po największej katastrofie (np. wybuch Wezuwiusza i zniszczenie Pompejów, Herkulanum i Metapontum w 79 roku naszej ery). "Posłańcy Nadziei", nie ingerują w ludzką Wolną Wolę, lecz jedynie podpowiadają korzystne wyjścia z danej sytuacji, są oczywiście umysły zamknięte (szaleńcy lub sfanatyzowani przywódcy religijni i świeccy), którzy pozostają głusi na te argumenty. Tak więc moje zainteresowanie sprawami wojska, polityki i dyplomacji, czyli innymi słowy siły, przebiegłości i sprytu, co sprowadza się do ciągłego działania i walki w obronie własnych przekonań, często koliduje z wewnętrznym moim pragnieniem spokoju i odpoczynku. Oraz, o czym rzadko wspominam...ogromnego żalu, jaki powoduje u mnie widok cierpiącej istoty.

Jest jeszcze jedna sprawa, która stanowi część mnie samego odkąd pamiętam (od najwcześniejszych lat mego dzieciństwa) - to wrażliwość, której czasem próbowałem się pozbyć - lecz nie mogłem. Szukałem (dyskretnie), porady na różnych forach, nawet takich które zajmowały się sprawami duchowymi, gdzie prosiłem o radę jak się "tego pozbyć?", lub wyjaśnienie "dlaczego i po co to mam?". Odpowiedzi oczywiście były bardzo wymijające i nigdy mnie nie satysfakcjonowały. Choć dziś jestem już "starym koniem", który co nieco przeżył (wliczając w to doświadczenia z poprzednich wcieleń - o których ździebko pamiętam, a które również opiszę), bo jak nazwać kogoś kto już dawno przekroczył 30-tkę? Nadal na widok ludzkiego cierpienia (i nie potrzeba mi nawet widoku, wystarczy myśl), oczy automatycznie mam pełne łez - zupełnie nie potrafię nad tym zapanować, przechodzi, gdy przestaję myśleć o ludzkim cierpieniu i krzywdzie. Zawsze się tego wstydziłem, gdyż obawiałem się że w szkole wezmą mnie za jakiegoś "lalusia", słabeusza itd. Pamiętam jak kiedyś na lekcji w klasie, jeden z chłopaków co chwila szturchał mnie w ucho, lub popychał na przerwach. Nie wytrzymałem i podczas lekcji wyszliśmy na środek sali - wymierzyłem mu jeden jedyny cios, po którym upadł zakrwawiony na ziemię i...miałem spokój, a w następnej klasie nawet się zaprzyjaźniliśmy (choć wtedy dostaliśmy oboje jedynki ze sprawowania).

Odnoszę takie wrażenie (bo tego nie pamiętam), że już od najmłodszych lat mego życia na tym świecie, ja byłem pewien - wiedziałem skąd jestem i jaki jest cel tego życia (a teraz kurka wodna tego już nie wiem, zbyt wiele doświadczeń które przeżyłem zakryło tamtą pamięć dziecka, grubym kocem niepewności). Pamiętam opowieści moich rodziców o mnie z mych pierwszych miesięcy i lat na tym świecie. Porównując mnie i moją młodszą siostrę, mama zawsze mówiła że byliśmy inni charakterologicznie - ona była bardzo żywa, energiczna i "hałaśliwa" (wciąż płakała i to płakała naprawdę głośno - pamiętam bo niejednokrotnie jako dziecko też bujałem ją do snu, zastanawiając się...czy przypadkiem nie wyrzucić jej wówczas przez okno)


Sama się rozbierała (i nie miało znaczenia czy leżała w łóżeczku czy w wózku). Ogólnie rzecz biorąc była bardzo wrzaskliwa . Ja zaś byłem inny. Gdy mama zabrała mnie do swojej przyjaciółki, żebym pobawił się z jej synkiem, to jak mnie posadziła w jednym miejscu...tak siedziałem! Patrząc się na dwie rozmawiające panie, w ogóle niezainteresowany byłem zabawą. Gdy tata zabrał mnie do samochodu i posadził z tyłu, to jak zabierał po drodze jakiegoś znajomego z żoną i ona wsiadła z tyłu, to...odkryła moją obecność dopiero po kilku, kilkunastu minutach jazdy - mówiąc: "Nie wiedziałam że to twój syn, wyglądał jak taka sztuczna laleczka".

Rodzice (a szczególnie mama), myśleli że jestem na coś chory, a ja...nie próbowałem ich od tego odwodzić. Jakoś nie potrafiłem zaakceptować świata, który jest wokół mnie i nie chciałem w nim żyć (choć co pragnę zaznaczyć - nigdy nie miałem żadnych myśli samobójczych). Dziś także bardzo trudno mi zaakceptować otaczający Nas świat, ale...już się do niego przyzwyczaiłem. Zauważyłem jednak że coraz mniej rzeczy sprawia mi radość - ani zarabiane pieniądze, ani kupowane za nie najróżniejsze bibeloty (w czym szczególną mistrzynią jest moja Kobieta), ani wiele rzeczy, których się podejmuję, nie sprawiają mi zbyt dużej radości. Miewam czasem takie myśli - myśli o powrocie - "Tam" gdzieś dalej. Po tych wszystkich "ziemskich epizodach", które tutaj odgrywamy. Cholera czuję się już zmęczony, chociaż mam dopiero 35 lat. Jak to możliwe? Jedyne jeszcze co mnie cieszy, co sprawia mi radość to bliskość innych ludzi (choć z natury jestem samotnikiem). Właśnie dlatego (by być bliżej znajomych, przyjaciół, lub po prostu innych osób nieznanych mi osób, zacząłem angażować się w przeróżne przedsięwzięcia - np. ćwiczyłem boks, karate, podnoszenie ciężarów - rzeźbiłem sylwetkę itd.). Oraz inne działania społeczne i quasi-polityczne (nie należę jednak i nigdy nie należałem do żadnej partii politycznej - wiem też, że nawet gdybym się do którejś zapisał, nie wytrzymałbym bym zbyt długo w takim bajorze).

Na koniec chciałbym tylko dodać, że pragnę przejść przez tę chwilę życia jak najlepiej, nie czyniąc przy tym zbyt wielu cierpień innym (jak na razie średnio mi się to udaje). Owa "chwila życia", jak określił ją pewien mężczyzna poddany hipnozie, którego kiedyś cytowałem w tym temacie) - traktowana jest przez dusze jako krótkie, chwilowe wyjście np. po mleko do pobliskiego sklepiku - by (zdobywszy już to mleko - czyli nowe doświadczenia), wrócić do Domu. Pragnę więc przeżyć swoje "chwilowe wyjście do sklepiku", tak, by inni ludzie nie musieli zbytnio cierpieć z mojego powodu - i wreszcie...




"Liczmy skrupulatnie nasze niedole, a bez zastanowienia przyjmujmy spotykające nas błogosławieństwa"

JAK MÓWI STARE CHIŃSKIE PRZYSŁOWIE


CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XVII

DUSZE "ZWIERZĘCE"





Czy zwierzęta mogą posiadać duszę? To pytanie od wieków "trapiło" najróżniejsze światowe religie - od wierzeń ludów starożytnych po czasy nam współczesne. W mitologiach wszystkich religii ludzkich aż roi się od najróżniejszych zwierząt (zarówno groźnych bestii, jak i tych łagodnych jak baranki). Egipscy bogowie, choć mieli ludzkie ciała, to jednak twarze były (w większości), zwierzęce. Bogowie Olimpijscy, zawsze posiadali jakieś zwierzę, które symbolizowało boskość danego Olimpijczyka (np. Zeus miał orła, symbolem jego małżonki Hery - był paw, Posejdona - delfin oraz...koń, Afrodyty - jaskółka, gołąb i baran, Aresa - pies oraz sęp, Ateny - sowa a Artemidy - łania lub jeleń, itd.). Rzymski pisarz i filozof - Salustios, żyjący w IV wieku naszej ery, w swym dziele: "O Bogach i świecie", w rozdziale XX pisze tak: "Jeśli wędrówka dusz ma miejsce w przypadku istoty rozumnej, po prostu staje się ona duszą ciała. Ale jeśli dusza wstępuje w nierozumne zwierzę, podąża za ciałem na zewnątrz, tak jak duchy opiekuńcze podążają za człowiekiem. Gdyż nie może być nigdy rozumnej duszy w nieracjonalnej istocie. Wędrówka dusz może być dowiedziona z wrodzonych cierpień osób. Gdyż dlaczego niektórzy rodzą się ślepi, inni sparaliżowani, inni z pewnymi schorzeniami samej duszy? Znowu, naturalną powinnością dusz jest wykonywać swą pracę w ciele, czy przypuszczamy, że kiedy raz opuszczą ciało, spędzać będą całą wieczność w bezczynności?".

Natomiast Platon w swym dialogu "Państwo", w X księdze, zatytułowanej: "Opowieść ERA", pisze tak: "...Powiada więc, że widział duszę niegdyś Orfeusza, jak wybierała żywot łabędzia przez odrazę do płci żeńskiej. Orfeusz poniósł śmierć z ręki kobiet, więc nie chciał przychodzić na świat przez ciało kobiety. I widział duszę Tamyrasa, jak wybiera żywot słowika. A widział też łabędzia, który dla odmiany postanowił wybrać życie człowieka, a inne muzykalne zwierzęta tak samo. Dwudziesta z rzędu dusza obrała życie lwa. A ta była Ajaksa, syna Telamona. Nie chciała się stawać człowiekiem, pamiętała ten sąd, który rozstrzygał o zbroi. A po niej dusza Agememnona. Ona też z odrazy do rodzaju ludzkiego i przez przebyte cierpienia wolała się w orła przemienić. Gdzieś pośrodku losowała dusza Atalanty. Zobaczyła zaszczytne odznaki atlety i nie umiała przejść mimo - wzięła swój los. A potem widział duszę Epeijosa, syna Panopeusa, jak weszła w naturę kobiety o zdolnościach do techniki. A dalej, pośród ostatnich, zobaczył duszę tego błazna Tersytesa, jak wstępuje w ciało małpy (...) Dusze wielu zwierząt przechodziły w ludzi i przechodziły jedne zwierzęta w drugie. Niesprawiedliwe dusze wstępowały w zwierzęta dzikie, a sprawiedliwe przemieniały się w zwierzęta łagodne - odbywały się wszelkie możliwe przemiany". Czyli Platon (oraz Salustios) sugerował iż ludzkie dusze nie tylko mogą wstępować w ciała zwierząt i odradzać się pod ich postaciami, ale (co szczególnie ważne), oficjalnie pisał on tu o inkarnacji duszy, która dla niego (wierzącego przecież w tradycyjny panteon greckich bogów) i jemu współczesnych - najprawdopodobniej nie była wcale niedorzeczna.

Chrześcijaństwo miało co do tej kwestii stosunek (powiedzmy sobie)...bardzo różny. W Księdze Rodzaju jest napisane: "A wreszcie rzekł Bóg: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (...) Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: "Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną, abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi" (1,26.28). Innymi więc słowy Bóg powierzył człowiekowi panowanie nad całym światem i wszystkim co się na nim urodzi i żyje (także oczywiście zwierzętami), ale czy zwierzęta według chrześcijan mogą mieć duszę i pójść do Nieba? Św. Tomasz z Akwinu twierdził że jest to niemożliwe i pisał tak: "Przede wszystkim została stworzona mądrość. To Pan ją stworzył i wylał na wszystkie swe dzieła, na wszystkie stworzenia (...) Lecz zwierzęta nie mają rozumu". Skoro nie mają rozumu, nie są inteligentne, a to znaczy że owa "Mądrość" zesłana przez Pana, dotyczy jedynie istot ludzkich. Co ciekawe (i co należy tutaj dodać gwoli sprawiedliwości), na łożu śmierci (św. Tomasz z Akwinu zmarł w 1274r.),  prosił by nie publikowano jego przemyśleń, gdyż...wycofuje się z niektórych z nich (nie powiedział jednak z jakich). Św. Paweł pisał o jedności świata ludzi i przyrody, zaś św. Franciszek z Asyżu mówił że cały świat został stworzony dla adoracji Boga i nikt bardziej od Niego w chrześcijaństwie nie przywiązywał większej wagi do znaczenia zwierząt w boskim planie stwórczym (św. Franciszek często jest otoczony najróżniejszymi zwierzątkami).

Dziś chrześcijaństwo stoi na stanowisku że zwierzęta duszę jednak posiadają, ale jest to dusza sensytywna (zmysłowa). Różni się ona od ludzkiej duszy tym, że...nie jest nieśmiertelna i umiera wraz ze śmiercią zwierzęcia. To samo twierdzą muzułmanie oraz wyznawcy Judaizmu. A co na ten temat mówią hipnoterapeuci? Jeden z nich, na konferencji zorganizowanej w Nowym Jorku, na pytanie kobiety, o to czy "koty mają duszę?", odpowiedział żartem: "Nie wiem, nigdy nie poddałem hipnozie żadnego kota?". Jednak ta odpowiedź nie zadowoliła owej pani (która notabene była właścicielką czterech kotów) i domagała się szerszych informacji. Ów hipnoterapeuta, stwierdził więc, że niektórzy jego pacjenci widują w "Świecie Dusz"...dusze zwierzęce. Według przekazów hipnotycznych, okazuje się że dusze ludzkie i dusze zwierzęce nie są jednym i tym samym, a to oznacza że...transmigracja nie istnieje. Dusze bowiem nie rozwijają się w sposób pionowy z dołu do góry, lecz w sposób poziomy - do przodu. Dusze zwierzęce po śmierci ich ciał...idą w "Zaświatach", do miejsca specjalnie dla nich przeznaczonego, do którego też nie przybywają dusze ludzkie. Nie oznacza to jednak że po śmierci nie możemy spotkać naszych ukochanych pupili, okazuje się że jeśli tego zapragniemy, możemy je przywołać. Odbywa się to następująco - jeśli chcemy spotkać ulubionego zwierzaka, ludzka dusza wysyła komunikat (Myśl), do...Opiekuna zwierzęcych dusz, z prośbą o przyprowadzenie do nas naszego pupila.

Zgodnie z przekazami - okazuje się że zwierzęta posiadają nieśmiertelną duszę, lecz znacznie rożni się ona od tej naszej "ludzkiej". Jedną z głównych różnic między ludzkimi a zwierzęcymi duszami, jest ilość posiadanej przez nie energii. Dusze zwierzęce posiadają niewielką ich ilość i do tego (wedle przekazów), mniejszych rozmiarów. Ale główną różnicą jest brak jaźni, którą posiadają ludzkie dusze. Powoduje to, iż zwierzęce dusze nie są owładnięte indywidualnymi problemami, co też oznacza że akceptują każde swoje środowisko i nie walczą z tym (jak często czynią ludzkie dusze), a po prostu wtapiają się w swoje otoczenie. Hipnoterapeuta zadał pytanie, poddanej hipnozie kobiecie: "Czy myślisz że dusze zwierzęce także przebywają w grupach, takich jak Twoja własna w "Świecie Dusz?", odpowiedź brzmiała: "Nie wiem tego, nie chodzę tam, zresztą on (piesek pacjentki), mnie do siebie nie wzywa. Jedyne co wiem, to to, iż każda forma życia ma swój określony układ energii, a ta energia jest tworzona dla tych określonych form fizycznych i mentalnych" - "Chcesz przez to powiedzieć, że dusze zwierzęce nie mogą transmigrować do wyższych, np. ludzkich form - czy tak?" - "Tak, podobnie zresztą jak ludzkie dusze nie mogą cofnąć się w swym rozwoju i wcielić w jakieś zwierzęce ciało, gdyż ta energia nie może przekroczyć granicy oddzielającej ją od innej formy fizycznej". "Dlaczego tak jest?" - dopytuje hipnoterapeuta, "Nie wiem, nie ja to wymyśliłam, po prostu nie należy mieszać ze sobą różnych rodzajów energii dusz".

Według przekazu owej kobiety, dusze zwierzęce w "Świecie Dusz", zostają przydzielane do określonych (gatunkowo), grup. Tak więc psy, trzymają się w "Zaświatach" razem, podobnie jak konie, ptaki (np. orły, wrony, słowiki itd.). Mentalnie przywołać do siebie możemy tylko te zwierzęta, które kiedyś (w naszych fizycznych wcieleniach), były nam drogie, lub w których towarzystwie miło spędzaliśmy czas, oraz takie, które łatwo zaakceptują środowisko, które sami stworzyliśmy (o tym co dusze tworzą w swym wolnym czasie i jak go spędzają w swoich prywatnych miejscach - pisałem w jednym z poprzednich tematów). Oznacza to że nie możemy np. przywołać do siebie duszy wilka z lasu, którego niegdyś (za życia), spotkaliśmy na swej drodze i zaprosić go do stworzonego przez nas ogrodu i naszego domku. Dlaczego nie? Dlatego, że takie środowisko jest mu zupełnie obce (także jako duszy). Ale już moglibyśmy przywołać do siebie ukochanego pieska, z którym żyliśmy w podobnym domku, gdyż...jest to dla jego duszy czymś naturalnym. Obopólna fizyczna miłość człowieka i zwierzęcia, lub wzajemny szacunek - są wielką wartością w "Świecie Dusz" i takie kontakty są bardzo częste. Przywołani przez nas nasi ulubieńcy, z którymi pragniemy spędzić miłe chwile w stworzonym przez nas w "Zaświatach" otoczeniu (czy jest to domek w górach, szałas pod palmami, czy też miasteczko w którym kiedyś spędziliśmy szczęśliwe chwile), natychmiast po przyprowadzeniu ich przez owego Opiekuna - rozpoznają nas i będą się z nami bawić tak długo, aż tego zapragniemy, a potem powrócą do swego miejsca w "Świecie Dusz".

Zwierzęce dusze wnoszą do naszego rozwoju bardzo duży wkład pozytywnego spojrzenia na czekające na nas kolejne zadania, nie jest jednak tak, że jedynie my na tym zyskujemy. To działa w dwie strony, dusze zwierzęce także korzystają na częstych spotkaniach z nami w "Świecie Dusz". Oczywiście istnieją również  ludzkie dusze, które nie przepadają za spędzaniem czasu w otoczeniu swych dawnych zwierzęcych przyjaciół, lecz jak wyraził się o nich pewien mężczyzna poddany hipnozie: "To ich strata".


CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XVI

MUZYKA

(I Inne Przyjemności)

JAKO KWINTESENCJA NASZEGO 

JESTESTWA



W poprzednich tematach przedstawiłem różne typy spędzania przez dusze swego wolnego czasu. Opisałem zarówno wizyty na Ziemi w "celach rekreacyjnych" (np. doświadczenia ponownej przyjemności morskiej wody), jak i czas jaki dusze spędzają w "Świecie Dusz" z samym sobą. Nawiązują w ten sposób nowe "znajomości", wśród dusz, które nie stanowią części ich własnej grupy docelowej (a z którymi być może "spotkają się" w kolejnych wcieleniach). Wzajemne flirty, zabawy, gonitwy, oraz tworzone "Tam" obrazy tego co doświadczyliśmy i gdzie szczęśliwie żyliśmy na Ziemi (czyli np. pięknych łąk wokół wysokich gór, wspaniałych posiadłości - również zamków - otoczonych kwietnymi ogrodami, miast czy też zwykłych domków w których wyrośliśmy). Nie napisałem jednak wszystkiego. A szczególnie nie napisałem o najważniejszym sposobie spędzania wolnego czasu, jakim jest...wzajemny śpiew. Śpiew i muzyka stanowią w "Świecie Dusz", niezwykle ważny aspekt spajający dusze ze sobą i czyniący ich wspólną Jednością oraz jednocześnie Odrębnością - jak wyraził się o tym, jeden z poddanych hipnozie mężczyzn: "Gdy rozpoczynamy taniec, nasze energie splatają się nawzajem i jednocześnie rozplatają. Gdy zaś taniec się kończy, energie rozłączają się definitywnie, dzięki czemu znów można dostrzec naszą odrębność".

Wydaje się że taniec, a szczególnie śpiew - ma FUNDAMENTALNE ZNACZENIE dla duszy na "Tamtym Świecie". Ponoć nie ma takiej duszy, która po śmierci fizycznego ciała (nawet jeśli za życia była kompletnym muzycznym beztalenciem), nie potrafiła śpiewać i tańczyć. Tam można śpiewać zawsze i wszędzie i każda dusza osiąga od razu w tym perfekcję (i to bez potrzeby nauki śpiewu, co jest sporą ciekawostką, gdyż innych rzeczy dusza musi się po kolei uczyć pod kierunkiem swych Przewodników, zaś śpiew i taniec przychodzą jej od razu - i to przychodzą w stanie idealnym, perfekcyjnym bez najmniejszej dozy "nieczystości" i fałszerstw). Już samo to, coś o Nas świadczy. Jeśli duszy tak łatwo przychodzi śpiew i to śpiew w stanie perfekcyjnym (jak już pisałem nie ma znaczenia czy ktoś za życia potrafił śpiewać czy nie - każda dusza nie tylko to potrafi, ale czyni wręcz wrażenie jakby sama była muzyką), to kim możemy być jako dusze? Czy tylko energią? W moim poprzednim temacie z tej serii, opisałem relację kobiety, która próbowała opowiedzieć hipnoterapeucie "Jak wygląda Bóg?" Opisała Go jako "Coś" (Białe Światło), z którego wychodzi przepiękna i niezwykle czysta muzyka "wszystko utrzymująca". Czyżby więc Bóg był...muzyką? To na pewno w jakiś sposób tłumaczy zamiłowanie dusz (które przecież są częścią Boga), do śpiewu, tańców i muzyki.

Oczywiście nie wszystkie dusze oddają się muzyce, ale WSZYSTKIE potrafią pięknie i czysto śpiewać (choć indywidualnie). Aby stworzyć pieśni zbiorowe, utrzymane w jednej tonacji, tworzy się (dla przyjemności), chóry, które wymagają swoich dyrygentów. Są to dusze, które prawie zawsze poświęcają się muzyce i śpiewom, one to utrzymują chóry i nimi dyrygują. Do takich chórów przystać może każda dusza (jeśli tego zapragnie - a często tak się dzieje, jako że chęć śpiewu jest ogromną potrzebą każdej z dusz, KAŻDEJ - nawet takiej, która bardzo rzadko śpiewa i tańczy), wówczas jej melodyjna, indywidualna tonacja, splata się z tonacją całego chóru, pod "batutą" dyrygentów. Chóry oczywiście także tworzone są dla przyjemności w czasie wolnym. Należy się jednak bardziej zastanowić nad całym tym zjawiskiem - bo skoro każda dusza potrafi śpiewać "sama z siebie", bez potrzeby nauki śpiewu (i każda także potrafi tańczyć), niezależnie od swych możliwości taneczno-wokalnych za życia - to czym My, jako dusze jesteśmy? Energią, powstałą pod wpływem wibracji muzycznych, tworzonych przez Źródło/Boga, o którym opowiadała w jednym z moich poprzednich postów - owa kobieta poddana hipnozie (zresztą nie tylko ona). Bardzo wiele wskazuje właśnie na to że...My jesteśmy MUZYKĄ, a przynajmniej MUZYKA jest kwintesencją Nas samych.


MUZYKA + ŚPIEW + TANIEC = 
ŹRÓDŁO/BÓG/ ZJEDNOCZENIE



A teraz przejdę do kolejnych przyjemności, jakich w "Zaświatach", poddają się dusze w swoim wolnym czasie. Jedną z ulubionych zabaw duszy, są...materialne transformacje. Co to takiego i o co dokładnie w tym chodzi? Dusze, które pragną "doświadczyć fizyczności" (jeszcze nim się narodzą), udają się do pewnego miejsca w "Świecie Dusz", które umożliwia im stanie się dowolnym fizycznym obiektem - ożywionym bądź nieożywionym. Dusza która tam przybywa, najpierw skupia swe myśli na tym, czego potrzebuje doświadczyć lub co pragnie przeżyć. Wówczas dusza zostaje przyciągnięta przez pasma energetyczne strumienia energii całej tej sfery i...wpada do otworów (niektórzy z poddanych hipnozie nazywają je "Ekranami Energii Współczucia"), przez które mogą już stać się tym, czym zapragną. Na przykład kroplą wody w oceanie, iskierką płonącego ognia, częścią chmury na niebie, lekkim podmuchem wiatru lub częścią wulkanicznej lawy (wybór możliwości oczywiście jest o wiele większy i zależy od indywidualnych życzeń danej duszy).

Dusze, które decydują się "doświadczyć fizyczności" i przejść "materialne transformacje", czynią to (w ogromnej większości), dla własnej przyjemności i zabawy. Prócz tego istnieje cała paleta najróżniejszych gier, w które bawią się dusze. Do najpopularniejszych należą...wyścigi. Dusze ścigają się wzajemnie pędząc w linii prostej, by nagle gwałtownie skręcić w jedną bądź drugą stronę - inne dusze, mają za zadanie ich doścignąć i "dotknąć". Niektóre dusze są prawdziwymi mistrzami w tej konkurencji i nie pozwalają się doścignąć, dzięki umiejętnemu manewrowaniu przy: przyspieszaniu, zawracaniu, zatrzymywaniu się i cofaniu do tyłu. Te wyścigi, dusze odbywają na "wcześniej umówionym terenie", czyli np. u jednej z dusz, w stworzonym przez nią na swe dawne ziemskie środowisko obszarze. Biegną, pływają lub latają w tym środowisku które same stworzą dla swej frajdy. Do równie popularnych zabaw należy "wspinaczka". Dusze wspinają się na ogromne (stworzone przez jedną z nich), drzewa, skały lub góry, bawią się wzajemnie w wysokiej trawie, gdzie skutecznie można ukryć się przed inną duszą (bawiąc się np. w chowanego). Co ciekawe, podczas tych zabaw, dusze mogą...same tworzyć nowe przedmioty, np.: nowe drzewa, lub więcej trawy, by skutecznie ukryć się w jej "gęstwinie", a także tworzyć inne przeszkody, utrudniające "ścigającej" ją duszy - skuteczne jej odnalezienie.

Poza tym jest jeszcze inna zabawa, polegająca na "zbijaniu" przeciwnika. Jak to wygląda? Dusze dzielą się na dwie "drużyny" i ustawiają naprzeciw siebie, w dwóch długich rzędach. Wytyczają linię, która dzieli obie te "drużyny", a następnie...ciskają w przeciwników stworzonymi przez siebie "kulami energetycznymi". Zabawa polega na tym, że nie mogąc opuścić wyznaczonego przez siebie obszaru gry, muszą jednocześnie tak manewrować, by uniknąć kul przeciwnika. Najważniejsze to nie dać się "strącić", poza tym dusze mogą robić najróżniejsze uniki, lub też samemu przechwytywać wymierzone w nie kule i odrzucać je w stronę przeciwników. Nie chodzi tu jednak o zwycięstwo jednych i porażkę drugich, lecz o umiejętności duszy i dobrą zabawę. Oznacza to, że trafiona taką "kulą" dusza, nie wypada z gry i nie "schodzi z boiska", lecz stara się na drugi raz być zwinniejszą (dusze niekiedy liczą sobie "punkty trafień"). Jednak "uderzenie" kuli o duszę, przypomina o jej złożoności energetycznej, czyli (innymi słowy), na zaledwie moment - oddziela tą energię, która tworzy daną duszę od siebie. Przypomina to rozerwanie i rozczłonkowanie ciała. Oczywiście trwa to zaledwie przez moment i po chwili energia duszy znów jest na swoim miejscu.

Inne gry to np.: gra w "przełamywanie szeregu". Polega ona na tym, że dwie grupy ustawiają się naprzeciw siebie w rzędach (jeden za drugim), a następnie ruszają przeciw sobie, próbując przełamać szereg przeciwnej drużyny. Z reguły jednak wzajemnie się od siebie odbijają i wracają na koniec rzędu swojej drużyny, by kontynuować "natarcie". Co jest celem tej gry? Celem jest stworzenie skondensowanej energii, która łączy energię wszystkich członków gry w jedno - jako zespolenie całej energii  spotęgowanej świadomości wszystkich graczy. Ta skondensowana energia, którą dusze wytwarzają podczas gry, umożliwia im (na moment), doświadczyć tej Jedności, do której dążą wszystkie dusze, a która uosabia się w Indywidualnym Zjednoczeniu z naszym Źródłem - czyli z Bogiem. Jest też gra w "kule". Jej reguły są (trochę) podobne do ziemskich gier w kulki, lub w kręgle. Zabawa polega na tym, że dusze ustawiają się w ogromnym kręgu i stwarzają kule energetyczne, podobne do tych, które opisałem w grze "w zbijanego". Tutaj jednak każdy z graczy, swoją kulę delikatnie popycha w kierunku środka okręgu, po niewielkim zagłębieniu. Kule odbijają się następnie od siebie, tworząc...wielobarwne promieniowanie (Wyjaśnić należy że kule, które każda dusza stwarza, mają indywidualne kolory, uosabiające charakter i osobowość danej duszy - dlatego też, podczas zderzenia powstają różnokolorowe wiązki promieni świetlnych). A następnie wpadają do różnych wgłębień. Oznacza to że Nasza kula może wpaść do "dołka" któregoś z naszych przyjaciół lub znajomych, a ten który ją dostanie...poznaje osobiste cechy duszy, która je wytworzyła. Ta zabawa jest bardzo popularna, w "Świecie Dusz", gdyż pozwala nie tylko miło spędzić wolny czas, lecz także przygotować się do kolejnych narodzin i wybrać tych - którzy najbardziej nam do tego przypasują. Poznanie zawartości kuli, pomaga nam zrozumieć siebie nawzajem - tak, jakbyśmy już byli jednością.


"ŻYCIE KOCHANIE TRWA TYLE CO TANIEC...!"






CDN.

MÓJ WŁASNY "PRZEPIS" NA DŁUGIE I SZCZĘŚLIWE ŻYCIE - Cz. IV

"IMPOSSIBLE" - N'EST PAS FRANCAIS

"NIEMOŻLIWE" - TO NIE PO FRANCUSKU

 

Słowa Cesarza NAPOLEONA BONAPARTE, wyrażone w liście do gen. Jeana Lamarois 9 lipca 1813 roku


Bonaparte innym razem stwierdził również iż "Niemożliwe - to słowo dla głupców". Bez wątpienia należy się z tym zgodzić w całej rozciągłości. Jednak ja chciałbym tutaj powrócić do użytego przeze mnie w poprzednim temacie stwierdzenia: "Uważaj o czym myślisz, bo Twoje marzenie może się spełnić" - o co tutaj chodzi? Chodzi o to iż każda generowana przez Nas myśl, każda, bez wyjątku wcześniej czy później, zostanie pod tą czy inną postacią urzeczywistniona. Znaczy to, że jeśli np. myślimy o wygraniu sporej sumy w totolotka, niekoniecznie będzie to wyglądało tak, jak w Naszych myślach. Czyli na przykład gramy intensywnie kilka miesięcy i wciąż myślimy o wygranej - a tu...dupa zbita, nic nie wygrywamy. Powodów tego stanu rzeczy może być kilka, ja jednak skupię się na moment na czym innym. To że nie możemy wygrać w totolotka, wcale nie oznacza że los się do nas nie uśmiechnie. Może to bowiem wyglądać zupełnie inaczej, np. dostajemy awans w pracy, który wiąże się z podwyżką Naszego wynagrodzenia, możemy uratować życie staruszce, która...zapisze Nam swój majątek - to wcale nie musi wyglądać dokładnie tak, jak Nam się wydaje. Oczywiście powinno tak właśnie wyglądać, lecz problem leży zapewne w generowaniu naszych myśli, które z reguły są niejednoznaczne i bardzo rozbudowane.

Jeśli chcemy coś osiągnąć wysyłajmy krótkie i proste komunikaty - np. chcę zmienić pracę na taką w której będę mógł się rozwijać, w której będę robił to co kocham i która zapewni mi stabilność finansową. Taki komunikat jest za długi, a jego spełnienie może...przynieść Nam trochę kłopotów. Polega to na tym że nie tylko My generujemy różne myśli, czynią tak i ludzi obok Nas. Przykład: kobieta pragnie poślubić swego ukochanego, w którym jest zakochana. Wysyła więc myśli w których są już razem jako mąż i żona. W tym samym czasie jej "najlepsza przyjaciółka", również zakochała się w owym mężczyźnie i jej myśli krążą wokół tego by "tamtej się nie udało go zdobyć", lub by to w niej ów mężczyzna się zakochał. Efekt jaki może powstać z myśli o tak różnym "ostrzu", jest jeden - oczywiście pani nr. 1 poślubi swego ukochanego, ale...po jakimś czasie wyjdą na jaw jego "ciemne strony", np. pociąg do alkoholu, zbyt długa praca (często po godzinach), lub...uganianie się za spódniczkami. Wreszcie mężczyzna rozczarowany "wyrzutami" żony - odchodzi do innej. I co właśnie tutaj nastąpiło - spełniło się marzenie i jednej i drugiej pani - pierwsza poślubiła swego wybranka - bo takie były jej myśli, druga dążyła do rozbicia tego związku, co również jej się udało.

Nasz Umysł każdą Naszą myśl, traktuje jako "oczekującą do spełnienia", nie rozpoznaje ani nie definiuje czy ta myśl jest "dobra", czy "zła". Jako że ludzie są takim konglomeratem - takim koglem-moglem nieba i piekła, Nasze myśli traktowane są jako część naszych potrzeb, część Nas - bez definiowania na te, które są pozytywne czy te, które mogą spowodować skutki negatywne. Zresztą Bóg...nie wtrąca się. Zauważcie, Bóg puścił ten świat w ruch (obdarzając Nas Wolną Wolą) i mówiąc: "Moje drogie, kochane dzieci...bawcie się". Wszystko co czynimy, co generujemy - to są doświadczenia. Kolejne cykle inkarnacyjne mają Nas oduczyć negatywnych praktyk (czyli generowania bólu, nienawiści, pogardy, niechęci etc. etc.), ale Bóg się w ten proces nie wtrąca. Można by rzecz, iż Bóg bierze popcorn siada sobie wygodnie w fotelu i...obserwuje Nas, mając z tego niezły ubaw. Ale wystarczy tylko jedna Nasza prośba, wyrażona w formie modlitwy czy myśli - by Bóg (poprzez Nasz Umysł), natychmiast urzeczywistnił tę prośbę. Czytając zapiski z sesji hipnoterapeutycznych, każda poddana jej osoba, na pytanie hipnoterapeuty co się dzieje, jeśli z czymś sobie nie radzisz (w "Świecie Dusz"), pada odpowiedź: "Jeśli tego pragniemy i poprosimy o to, natychmiast udzielana jest Nam pomoc i wsparcie w każdym problemie". To że żyjemy w tym świecie - nie znaczy że są tu jakieś inne zasady postępowania. Nie - jeśli tylko zapragniemy pomocy, tę pomoc otrzymamy, musimy tylko...poprosić.

A dlaczego poprosić? Czyżby Bóg chciał tym samym pokazać Nam swe miejsce w szeregu i uzmysłowić Nam naszą małość? Nie, prośba polega na tym, iż "Bóg" musi wiedzieć (Bóg jest tu użyty w formie cudzysłowu, gdyż owa pomoc przychodzi do Nas najczęściej ze strony naszych Przewodników), że My naprawdę potrzebujemy w tym danym momencie pomocy. Posiadamy bowiem Wolną Wolę i nikt Nam nie może odebrać prawa do...popełniania błędów. Uczymy się, by te błędy niwelować, lecz jeśli sami nie poprosimy...pomoc nie nadejdzie. Dlatego nie nadejdzie, gdyż nikt (w tym Bóg), nie będzie ingerował w Naszą Wolną Wolę - bez Naszej zgody. Zgodę zaś - wyrażamy prośbą o udzielenie pomocy (lub podpowiedzi), umożliwiającej Nam rozwiązanie jakiegoś zadania, lub uporanie się z trapiącymi Nas problemami. A przyznać się do własnych błędów, nie jest niczym nagannym, pod warunkiem że potrafimy owe błędy zamieniać w coś pożytecznego, lepszego nie tylko dla Nas samych, lecz także dla innych osób. A teraz postaram się wytłumaczyć, jak generować myśli, by nie służyły one tylko zaspokajaniu naszego EGO, a były przydatne i dla innych osób. Jeśli potrafimy tak sformować myśl, by była ona korzystna nie tylko dla Nas samych, lecz i dla innych osób (np. naszych bliskich, żony, męża, dzieci, osób które znamy), to nie tylko będziemy cieszyli się jej trwałością, lecz także naszym działaniem (w tym przypadku również myślą), nie spowodujemy czyjejkolwiek szkody - a to...już bardzo dużo na Naszej drodze do Boga. To bowiem również radość tych innych ludzi powoduje, że to co udaje Nam się osiągnąć - cieszy i Nas samych. Samotna radość, choćby z posiadania góry złota - jest nic nie warta, nic nie wnosi, nic nie daje - jest niczym.

Już wcześniej pisałem że komunikat musi być nie tylko prosty i klarowny (innymi słowy "ostry"), lecz także generowany w formie aktualnej - TU i TERAZ. Na przykład "Nie chcę się kłócić z moją przyjaciółką" - co zrobić? Proponuję ciekawe ćwiczenie, ułatwiające Nam nie tylko sformułowanie poprawnych myśli (a co za tym idzie, zwiększenie szansy spełnienia tego, co rzeczywiście pragniemy osiągnąć, gdyż myśl generowana w sposób zbyt rozbudowany i "nieostry"...może przynieść nam w "pakiecie", coś, czego zapewne byśmy sobie nie życzyli - np. właśnie rozstanie po kilku latach małżeństwa, choć przed ślubem było tak pięknie i cudownie i "jaki to był wspaniały mężczyzna" itp.). Nie powinna również zaspokajać jedynie Naszego EGO, lecz uwzględniać i inne osoby. Dlatego też proponuję Wam byście wzięli sobie kartkę papieru i podzielili kreską na dwie części. Następnie na jednej jej części zapiszcie: "Co chcę zmienić", a na drugiej "Co chcę osiągnąć - o czym marzę". I po kolei wypisujcie tam wszystko co pragniecie zmienić w swoim życiu oraz to co chcecie w nim poprawić, osiągnąć. Zacznijcie na przykład od pracy - co chcielibyście w niej zmienić (albo może zmienić pracę w ogóle na nową). Przy czym pamiętajcie, że to co pragniecie zmienić - musi mieć swój odpowiednik w tym co pragniecie osiągnąć, np.: "Praca nie umożliwia mi rozwoju, mało zarabiam" - "Chętnie pracuję, jednak chcę pracować na własną działalność", lub "Jestem uzdolniony manualnie wolę tworzyć muzykę, lub malować obrazy niż ślęczeć przed komputerem" itd. W tym też momencie przechodzimy od "Wolę tworzyć muzykę", maluję - pragnę otworzyć własną działalność" - na "Tworzę muzykę, otworzyłem własną działalność, mam swoją firmę" - to dość proste, wymaga tylko wiary i krótkiego treningu.



TO TYLE, CO MIAŁEM WAM DO POWIEDZENIA
 W TYM TEMACIE


CDN.