Łączna liczba wyświetleń

sobota, 15 lipca 2017

DZIEJE WYCHOWANIA - Cz. I

CZYLI NAUKA SZTUKI

CZŁOWIECZEŃSTWA





WSTĘP


W tym temacie pragnę podjąć temat wychowania społecznego na przestrzeni wieków i skonfrontowania owych wcześniejszych metod z obecnie wprowadzanymi w życie w wielu państwach, głównie Europy i USA. Właściwe wychowanie obywateli, jest bowiem kluczowym elementem rozwoju i dobrobytu społeczeństw  w jakich oni żyją. Każda bowiem próba rozmontowania właściwej formy wychowania społecznego i obywatelskiego, musi zawsze skończyć się zarówno społeczną jak i ekonomiczną katastrofą, która w krótkim czasie spowoduje powstanie biedy. Wychowanie jest formą kształtowania charakterów i modelu rozwojowego, który zapewnia ciągłość pokoleniową oraz ciągłość rozwojową państw i narodów. A model zaniku właściwego wychowania i rozkładu społecznego musi w konsekwencji spowodować powstanie nędzy, po prostu są to samo generujące się prawidła, całkowicie ze sobą powiązane. I tak, jeśli np. w danym państwie dochodzi do legalizacji związków homoseksualnych i próby przyzwyczajenia społeczeństwa że jest to coś normalnego i naturalnego, spowoduje upadek wartości (lub resztek wartości wyrosłych właśnie z wychowania), które w konsekwencji spowoduje powstanie biedy. Społeczeństwa bowiem zawsze muszą rozwijać się liniowo, nie mogą iść po linii krzywej, nie mogą się cofać, bowiem to zawsze powoduje upadek gospodarczy i w konsekwencji generuje narodową biedę.

Wychowanie jest więc niezwykle ważne dla każdego człowieka, a szczególnie dla dziecka, gdyż niewłaściwe wzorce, wszczepione w dzieciństwie (np. poprzez seksualizację dzieci w szkołach lub adopcję przez pary homoseksualne), powoduje nieodwracalne szkody w psychice, które w konsekwencji stworzą człowieka niezdatnego do generowania własnego dobrobytu (a co za tym idzie dobrobytu społecznego i krajowego). Dziecko bowiem, ucząc się świata przyswaja różne wzorce, zadaniem społecznego wychowania jest więc wskazanie mu tych właściwych i tych niewłaściwych, czyli jasne wskazanie drogi, jaką powinien podążać w życiu, jeśli chce aby jego życie było dostatnie. A co zrobić, aby doprowadzić społeczeństwo do wewnętrznego rozkładu i uczynić je niezdolnym do generowania własnego dobrobytu? Odpowiedź jest bardzo prosta - sprowadzić ludzi do poziomu zwierząt, do poziomu bydła, a aby to osiągnąć wystarczy po prostu od małego seksualizować dzieci, nie trzeba robić nic więcej, wystarczy wszystko sprowadzić do poziomu dupy i doprowadzamy do społecznej katastrofy. To wszystko jest niezwykle proste w swej istocie a jednocześnie wręcz przerażające, jak łatwo można doprowadzić społeczeństwo do wewnętrznej ruiny i katastrofy. A aby się o tym przekonać nie trzeba wiele, wystarczy po prostu poznać dzieje komunizmu. Komunizm, marksizm czy jakkolwiek nazwiemy to dziadostwo, nie jest bowiem żadną filozofią, żadną nauką, zmierzającą do poprawy położenia warstw najbardziej upośledzonych (czy będą to ludzie biedni, czy mniejszości seksualne czy też jak choćby obecnie muzułmanie - nie ma żadnego znaczenia). Ktokolwiek doszukuje się w marksizmie logiki, lub jakiejkolwiek głębszej myśli, wiodącej do społecznego wyzwolenia, jest albo totalnym dyletantem, który nie wie co mówi, albo też wie co mówi i czyni tak właśnie z pełną świadomością i pełną premedytacją aby jeszcze bardziej ogłupić społeczeństwo.

Komunizm (marksizm etc. etc, jak zwał tak zwał - gówno owinięte w srebrny papierek i podpisane "delicje" nie przestaje wciąż być gównem), komunizm jest w całej swej istocie po prostu najzwyklejszym sprowadzeniem człowieka do poziomu bydła - ot cała jego filozofia i cała jego głębsza myśl. Poza tym, poza tą główną myślą przewodnią nie znajdziecie w ideologii marksistowskiej niczego innego, cała bowiem nadbudowa służy jedynie do ogłupienia i kontroli większości. Bo do tego to się sprowadza, do kontroli, do władzy. Mała, ale niezwykle ideologicznie zjednoczona grupka ludzi, jest w stanie narzucić swoje prawa ogromnej większości społeczeństwa (lub społeczeństw, narodów, państw), ale aby to osiągnąć musi doprowadzić owe społeczeństwa do takiego stanu, który wygeneruje potrzebę niesienia pomocy warstw upośledzonych (czyli biedoty, homoseksualistów, LGBT etc, etc). Oczywiście ta "pomoc" służy jedynie do rozbicia i zatomizowania większości i doprowadzenia do rozmycia interesu wspólnotowego, podporządkowując go interesowi jednostkowemu (każdy myśli o sobie). Jeśli rozbije się wspólnotę społeczną, jeśli pozbawi się ludzi elementarnej wiedzy właściwego wychowania społecznego, to każdym człowiekiem z osobna można sterować do woli, co znów oznacza że owe społeczne warstwy upośledzone, również nie otrzymają żadnego realnego wsparcia (biedota nadal będzie biedna, zaś mniejszości będą zdane na łaskę i niełaskę, jeśli "władze" zechcą sprowadzić do kraju islamistów, a ci będą wieszać homoseksualistów w centrach europejskich miast, to nikt nie piśnie przeciwko temu nawet słówkiem, bowiem wszelka wspólnota zostanie zatomizowana i podporządkowana. Nikt się nie wychyli z obawy o własną karierę, lub po prostu z obawy utraty środków do życia, którymi będzie rozporządzać owa niewielka grupka "marksistów".


CIESZĄC SIĘ Z POSTĘPU, 
NAJPIERW ZROZUM 
DOKĄD TEN "POSTĘP" PROWADZI


Żeby jednak doprowadzić do zatomizowania i rozbicia społeczeństwa, a tym samym podporządkowania go nielicznej "elicie", należy przede wszystkim doprowadzić do odebrania ludziom umiejętności osobistego wytwarzania dobrobytu, tak aby byli zależni tylko od państwa, tylko od owych "elit". Aby pozmieniać ludziom klapki w głowach i przekazać informację że praca jest złem, jakie każdy wolny człowiek powinien natychmiast odrzucić, należy właśnie zacząć od najmłodszych, najbardziej bezbronnych istot - dzieci. I jak już wyżej wspomniałem, nie trzeba wiele, wystarczy im wmawiać że powinni nauczyć się przede wszystkim jak wkładać prezerwatywą na banana i jak nauczyć się tolerancji rozumianej nie tyle w akceptacji co wręcz w afirmacji wszelkich odmienności (głównie choć nie tylko) seksualnych. Dziecku w taki sposób naprawdę można pozmieniać psychikę, co spowoduje że w wieku dorosłym nie będzie on wartościowym pracownikiem (po prostu nie będzie zdolny do realnego wytwarzania własnego dobrobytu), ale jednocześnie będzie chciał posiadać wszelkie dobra, takie jak np. telefon komórkowy, buty, dom, samochód, a przede wszystkim jedzenie i picie. Tylko będzie problem, on nie będzie zdolny do wytwarzania własnego dobrobytu (innymi słowy nie będzie nic potrafił zrobić czy stworzyć, czym mógłby w cudzysłowie zapłacić za dobra, które chciałby uzyskać). Co wówczas ma zrobić taka osoba, która sama nie potrafi generować przyszłości dla siebie i swojej rodziny? Ma wówczas dwie możliwości pozyskania potrzebnych mu dóbr - pierwsza do może je po prostu ukraść (czyli typowy marksizm), a druga to całkowicie podporządkować się państwu ("elitom"), które same ukradną te rzeczy innym, a następnie przekażą mu je w takiej ilości w jakiej zechcą w zamian za całkowite posłuszeństwo i oddanie (człowiek niezdolny do generowania własnego dobrobytu, nie ma innego wyjścia jak całkowite podporządkowanie się władzy - inaczej po prostu umrze z głodu - czyli znów klasyczny marksizm).

Cała więc "filozofia" marksizmu sprowadza się do kontroli społeczeństw, poprzez sprowadzenie ludzi do poziomu bydła, które od czasu do czasu nakarmi się aby nie pomarło z głodu, ale tylko wówczas, gdy owi ludzie będą władzy bezwzględnie posłuszni.Ale zaraz, zaraz - powie ktoś, jak to? Jeśli komunizm generuje ubóstwo i pozbawia ludzi możliwości własnego wytwarzania dobrobytu (dla siebie, swojej rodziny i swojej społeczności i kraju), to coś tutaj się nie trzyma kupy. Weźmy na przykład taki Związek Sowiecki, przecież tam praca była obowiązkiem, zresztą podobnie jak i w innych krajach bloku wschodniego w tym w Polsce Ludowej. Człowiek który nigdzie nie pracował, był powszechnie piętnowany jako leń, bumelant i nierób oraz jako społeczny wyrzutek. Afirmacja ludzi pracy, przodowników, wyznaczanie i bicie rekordów pracy, Stachanowczycy w Związku Sowieckim i ich odpowiedniki w innych krajach zależnych od Moskwy, te wszystkie filmy "Człowiek z żelaza", "Człowiek z marmuru" które afirmowały ciężką pracę, były przecież kręcone właśnie w czasach realnego komunizmu, jak to ma się więc do tego co wyżej napisałem o komunizmie. Odpowiedź jest bardzo prosta (o której też już wcześniej pisałem w innych tekstach na tym forum). Komunizm który wprowadził Lenin w Rosji, natychmiast zaczął generować powszechną społeczną nędzę - natychmiast (klęska głodu, jaka wybuchła w Rosji jeszcze w 1917 r. trwała aż do 1922 r. Przez pięć lat, na ogromnych obszarach, ciągnących się od Ukrainy, Krymu, wybrzeży Morza Czarnego, Kaukazu, poprzez Woroneż, Kursk, Riazań, Penzę, Kujbyszew, Perm aż do Uralu, na tych ogromnych obszarach, gdzie przecież ziemia była urodzajna i bogata, pojawił się kanibalizm, ludzie z głodu po prostu zaczęli się wzajemnie zjadać. My, ludzie Zachodu (nawet my Polacy, którzy doświadczyliśmy komunizmu), nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić do czego zdolna jest ideologia marksistowska, zastosowana w całej swej pełni. Pojawienie się powszechnej nędzy nawet na obszarach urodzajnych, doprowadza do zmiany ludzi w zwierzęta - to jest właśnie cała "filozoficzna" głębia komunizmu).

Widząc co się dzieje i nie chcąc aby zwycięska rewolucja komunistyczna w Rosji, została zjedzona przez głodne i wzburzone masy, Lenin wprowadza w 1921 r. tzw.: "Nową Politykę Ekonomiczną" czyli NEP, który wprowadził pewne elementy systemu kapitalistycznego (z własnością prywatną i rynkiem wymiany usług), ale ściśle kontrolowaną przez państwo (marksistowskie elity). W tym samym czasie natomiast postępuje rewolucja komunistyczna w jej właściwej formie, czyli w kwestii społecznej zmiany i uformowania "Nowego Człowieka", a jak już wspomniałem, najlepiej to czynić poprzez seksualizację, i to przybrało w latach 20-tych XX wieku w Związku Sowieckim gigantyczną skalę, o czym częściowo pisałem tutaj. W 1922 r. doszło do oficjalnego zalegalizowania w sowieckiej Rosji homoseksualizmu, a nowy kodeks karny (wydany w tymże roku) nie przewidywał kar również za takie czyny jak gwałt i kazirodztwo (wówczas zaczęło się formowanie nowego, marksistowskiego człowieka, bowiem należy pamiętać że komunizm nie tylko ma to do siebie, że pragnie kontrolować społeczeństwa poprzez seksualizację zatomizowanych jednostek, ale również prowadzi do afirmacji zbrodni. Cała bowiem "filozofia" marksizmu sprowadza się do słów: "Jeśli człowiek popełnia zbrodnię, to znaczy że cierpi, przeżywa wewnętrzne cierpienie. To jest więc człowiek, w którym przetrwały pierwotne instynkty stanu natury, nim jeszcze powstało prawo i normy społeczne. Takiego człowieka należy więc chronić, bo to jest człowiek który jeszcze nie został zniszczony przez normy, kulturę i społeczne wychowanie" - takie zdanie wygłosił w latach 60-tych jeden z czołowych "ojców założycieli" marksizmu kulturowego - Herbert Marcuse, uważany powszechnie za myśliciela i filozofa, również na uniwersytetach, a w rzeczywistości będący totalnym degeneratem moralnym. Dziś jednak już owe przesłanie staje się faktem w wielu państwach Europy Zachodniej i nie tylko, gdzie triumfy święci ideologia marksistowska - "chronimy bandytów kosztem ich ofiar, bowiem bandyci są ludźmi, w których przetrwały resztki stanu natury - idealnej formy społecznej do jakiej dążą marksiści, czyli innymi słowy zamiany człowieka w zwierzę. Ludzie muszą poznać fakty, muszą dowiedzieć się skąd to wszystko pochodzi, tylko wtedy będą potrafili realnie nazwać i opisać daną sytuację, jeśli poznają jej korzenie - wtedy będzie łatwiej przygotować plan walki z ideologią powszechnego zezwierzęcenia. Jeśli zaś ludzie żyją w nieświadomości, to jedynie złapią się za głowę słysząc że są właśnie uniewinnił gwałciciela, bo ten nie rozumiał że kobieta mówi: "Nie", albo skazał mordercę na symboliczną karę więzienia, potem płacąc mu jeszcze za "straty moralne". Trzeba wiedzieć kiedy to wszystko się zaczęło i w jaki sposób wdarło się do naszych społeczeństw i naszego życia).




Tak więc w 1922 r. w Rosji sowieckiej zalegalizowano homoseksualizm, a także małżeństwa homoseksualne i wszelkie inne możliwe seksualne dewiacje (przykładano bardzo dużą wagę do seksualizacji społeczeństwa). Zaczęto afirmować publiczną nagość i seks w każdej możliwej konfiguracji . Już 19 lutego 1918 r. ukazał się dekret o "upowszechnieniu kobiet" (którego autorem był Michaił Uwarow, potem zabity za stworzenie w Moskwie "pałacu miłości komunardów" i realizacji owego dekretu w praktyce, za co zresztą pobierał pieniądze, kobiety traktując jak własne prostytutki), traktowany jako żart, jednak nie był on żartem w całej tej marksistowskiej "filozofii". Głosił on mianowicie że wszystkie kobiety w wieku 18-32 lata będzie się uważać za "własność państwową". "Każda pani, która osiągnęła 18 lat i nie wyszła za mąż, zobowiązana jest pod groźbą kary do zarejestrowania się w biurze wolnej miłości". Dekret ten został wprowadzony w życie, choć nie na całym obszarze Rosji bolszewików, a w poszczególnych miastach i regionach, jak choćby w Jekaterynodarze, gdzie żołnierze Armii Czerwonej wprowadzili powszechne upaństwowienie kobiet i zaczęli wydawać bilety, upoważniające mężczyzn do stosunków seksualnych z nimi. Wyglądało to jednak tak że żołdacy najpierw porwali z ulicy ok. 60 kobiet (głównie młodych w wieku 16-25 lat), pochodzących z rodzin mieszczańskich, które najpierw zgwałcono, a następnie zamieniono je w niewolnice seksualne, wydając bilety wstępu dla okolicznych mężczyzn. Jak się skończył ten "eksperyment seksualizacyjny"? część uwięzionych kobiet nie przeżyła owych prześladowań i gwałtów - ich ciała wrzucono więc do rzeki Kubań. Innymi słowy marksizm zawsze prowadzi do zezwierzęcenia człowieka, afirmacji zbrodni i uwypuklenia wszelkich negatywnych ludzkich przywar. 

Podobne prawo "upaństwawiające" miejscowe kobiety wprowadzone zostało w mieście Saratow, z którego natychmiast po jego ogłoszeniu wyemigrowała duża część rodzin wyemigrowała do pobliskiego Tambowa (którego liczba mieszkańców w 1918 r. zwiększyła się prawie dwukrotnie), będącego pod władzą sił antybolszewickich (Legion Czechosłowacki), nie mówiąc już o szeregu mniejszych miejscowości, skąd dochodziły do Moskwy informacje o "upaństwowieniu" miejscowych kobiet. W 19 listopada 1920 r. w sowieckiej Rosji zalegalizowano aborcję, a w 1922 r. małżeństwa homoseksualne i pedofilię (13 października). Krok po kroku ideologia marksistowska zaczęła zdobywać kolejne pola. Konsekwencje szybko zaczęły dawać o sobie znać i tak nastąpiła ogromna ilość zachorować na syfilis i inne choroby weneryczne (ponad 50% kobiet w ówczesnej Rosji było zarażonych najróżniejszymi chorobami), nastąpił też gwałtowny spadek urodzeń i wzrost powszechnych aborcji, które niosły ze sobą również i częste zgony kobiet. W latach 20-tych znacząco obniżył się też wiek inicjacji seksualnej, który wynosił teraz 14 lat. Ludzie myśleli więc coraz częściej o seksie niż o pracy, licząc na to że państwo "im da". Być może miałoby to pewien sens, w sytuacji opanowania przez komunizm całego świata, ale gdy komunistyczna Rosja graniczyła z państwami o normalnie funkcjonujących systemach społeczno-gospodarczych, wcześniej czy później niewydolna sowiecka gospodarka musiałaby się zawalić, jednocześnie pogrążając samych jej włodarzy. To była oczywista oczywistość w takiej sytuacji i zdawali sobie z niej sprawę wszyscy marksiści z samym Marksem na czele. Komunizm był systemem niewydolnym ekonomicznie i społecznie, który musiałby (wcześniej czy później) doprowadzić do powszechnej biedy - o tym pisał Marks, co znaczy że doskonale zdawał sobie z tego sprawę, choć w swoim czasie nie miał możliwości sprawdzić tego naocznie. Doświadczył tego jednak Lenin i potem Stalin, którzy wiedzieli że jeśli czegoś nie zrobią, rewolucja po prostu ich zje - i to fizycznie, nie w przenośni. 

Stąd właśnie wprowadzenie Nowej Ekonomicznej Polityki przez Lenina w 1921 r. (umożliwiającej powstanie kontrolowanego przez państwo rynku kapitalistycznego w komunistycznym kraju), która oficjalnie trwała do 1929 r. Potem znów nastąpił odwrót od tych założeń i powrót do koncepcji kolektywizacji i industrializacji typowo marksistowskiej, ale powstał problem. Stalin napotkał problem, bowiem okazało się że... nie ma ludzi do pracy, wszyscy bowiem myślą o dupach i seksie a nie o pracy i tworzeniu (przynajmniej teoretycznie, gdyż w państwie komunistycznym nie było możliwe generowanie własnego) dobrobytu. Dodatkowo, pomimo powszechnej seksualizacji ludność Rosji sowieckiej wcale się nie zwiększała, pozostawała na tym samym poziomie, a były lata że zaczęła też i spadać. Tym samym wprowadzenie klasycznego marksizmu do kraju w którym zwyciężyła rewolucja bolszewicka, spowodowałoby że ten kraj załamałby się od środka a komuniści zostaliby, mówiąc kolokwialnie po prostu "zeżarci" przez wzburzony i głodny lud (któremu państwo nie miało już z czego "dawać na życie"). I tutaj następują zdecydowane działania Stalina, który zaczyna ostrą, bezpardonową walkę z powszechną seksualizacją społeczeństwa "sowieckiego". W roku 1930 następuje całkowity odwrót od założeń wolnej miłości i akceptacji homoseksualizmu oraz innych dewiacyjnych form seksualnych w sowieckiej Rosji. Nagle dotychczasowi partyjni głosiciele wolnej miłości zaczęli być dyskryminowani, potem aresztowani i wreszcie skończyli w gułagach, gdzie na Magadanie, gdzie ludzie tysiącami umierały w nieludzkich warunkach głęboko pod ziemią w czasie ciężkich prac fizycznych, mając do dyspozycji prymitywne narzędzia (np. kilofy czy łopaty do budowy kanałów lub drążenia tuneli - a za niewyrobienie dziennej normy mieli odbierane dzienne, niewielkie racje żywnościowe, nie mówiąc już o biciu i szykanach). Nic więc dziwnego, że w krótkim czasie wszyscy wcześniejsi agitatorzy seksualizacji społeczeństwa nagle gdzieś zniknęli (lub zamilkli, obawiając się konsekwencji dla siebie).

Stalin potrzebował ludzi do pracy, a nie do onanizowania się, wolnej miłości czy gejowskich parad ulicznych (a takie też były organizowane w rosyjskich miastach w latach 20-tych, przy czym te dzisiejsze, organizowane w Europie, mogłyby się przy tamtych schować). Jeśli państwo sowieckie miało przetrwać, trzeba było odbudować zniszczony przez rewolucję bolszewicką etos pracy i wychowania (oczywiście w duchu bolszewickim, ale nieco zmienionym). 17 grudnia 1933 r. oficjalnie uznano homoseksualizm i inne seksualne zboczenia za przestępstwo, za które groziło pozbawienie wolności od 3 do 5 lat (często ciężkich robót). Wszystkie parady gejowskie nagle zniknęły z rosyjskich ulic, a homoseksualiści, którzy dotąd organizowali swoje zloty, teraz pośpiesznie zaczęli się żenić i krytykować homoseksualizm jako "zboczenie przeciwko sowieckiemu państwu" (w maju 1934 r. na łamach "Prawdy" Maksym Gorki, główny ideologiczny piewca bolszewizmu stalinowskiego napisał taką oto sentencję, która dobitnie pokazywała zmianę, jaka zaszła w społeczeństwie sowieckim: "Zniszczcie homoseksualizm i wytępcie wszystkich homoseksualistów a zniknie faszyzm"). Natomiast 27 czerwca 1936 r. w Związku Sowieckim (pod karą więzienia i ciężkich robót,) zakazano także aborcji. W tym czasie (1935 r.) następuje zdecydowany powrót do etosu pracy, który uzyskuje państwową i partyjną akceptację. Następuje kult pracy, kult stachanowki, kult przodowników pracy. Teraz parady gejów na rosyjskich (głównie moskiewskich) ulicach, ustępują miejsca paradom przodowników pracy, którzy dumnie wypinają pierś na których przywieszone mają ordery "Budowniczych Związku Sowieckiego" i innych tego typu odznaczeń. Rozpoczyna się więc bolszewicka odbudowa zniszczeń, dokonanych podczas samej rewolucji i w latach następnych, przez marksistowską ideologię zezwierzęcenia (oczywiście Stalin nie czynił tego dla zniszczenia samej ideologii, po prostu zorientował się że jeśli dalej będzie popierał kult wolnej miłości i pogoń społeczeństwa za "upaństwowionymi kobietami" system rozpadnie się od wewnątrz, bo po prostu nie ma kto tam pracować.


POLSKA KRONIKA FILMOWA
1952
PROPAGANDA FILMOWA CZASÓW 
TOTALNEJ SOWIETYZACJI POLSKI



Podsumowując mój przydługi wstęp, wychowanie jest niezwykle ważnym elementem rozwoju człowieka i umożliwienia mu (dania mu możliwości, nauczenia go) osobistego generowania własnego dobrobytu, który przełożyłby się na dobrobyt społeczny i krajowy. Jeśli społeczeństwo zatraci umiejętność generowania dobrobytu i będzie jedynie liczyło na pieniądze od państwa, wcześniej czy później musi spowodować to powstanie skrajnej nędzy, o czym zapewne wiedzieli rządzący dziś Europą włodarze, stąd apel Angeli Merkel do uchodźców: "Przybywajcie, potrzebujemy was". Problem jednak polega na tym, że ludzie, którzy przybywają do Europy z Afryki do pracy kompletnie się nie nadają, a też myślą jedynie o seksie i łatwych pieniądzach. Innymi słowy Niemcy, ustami swej kanclerz, zgotowały Europie Zachodniej przyspieszony program powszechnej biedy i nędzy społeczeństw, które owych imigrantów przyjęły. Dziś bowiem w Europie należałoby przeprowadzić drastyczne działania, porównywalne do tych, jakie zastosował Stalin w Rosji, aby spróbować ponownie nauczyć ludzi szacunku do pracy i przypomnieć im że jeśli nie nauczą się umiejętności generowania własnego dobrobytu, to jedyne co im jeszcze zostanie aby nie umrzeć z głodu to ukraść żywność i inne towary tym, którzy jeszcze je mają - innymi słowy marksizm w czystej postaci już jest w Europie, a szczególnie tej Zachodniej.


WALKA Z MARKSIZMEM MUSI BYĆ TOTALNA, PODOBNA DO TEJ KTÓRĄ PROWADZILI W LATACH 40-tych i 50-tych ŻOŁNIERZE WYKLĘCI, CHOĆ DZIŚ JEDYNĄ DROGĄ KU TEMU JEST ODPOWIEDNIE WYCHOWANIE DZIECI I MŁODZIEŻY I TOTALNY ZAKAZ SEKSUALIZACJI NASZYCH DZIECI W SZKOŁACH I INNYCH PLACÓWKACH PUBLICZNYCH


 "...I WTEDY PRZYSZLI PRZYJACIELE NASZYCH PRZYJACIÓŁ. Z DŁOŃMI UNURZANYMI WE KRWI NASZYCH BRACI. ZOBACZYLIŚMY KONIEC WOJNY. NIE BYŁO PARADY ZWYCIĘSTWA I KWIATÓW W LUFACH KARABINÓW. NIE BYŁO POWROTU DO STAREGO ŚWIATA, MUSIELIŚMY GO STWORZYĆ OD NOWA. PRZETRWALIŚMY - POZOSTALIŚMY WOLNI. CHOĆ NAJCZĘŚCIEJ BYŁA TO WOLNOŚĆ WYBORU RODZAJU ŚMIERCI"




 "ZA TO ŻE WOLNYM CHCIAŁEM BYĆ, ŚCIGAJĄ MNIE JAK STADO PSÓW CI CO NA SMYCZY WOLĄ ŻYĆ I NIE PODNIOSĄ NIGDY GŁÓW. MOJA WOLNOŚCI NIE ZNAŁ CIĘ, ŻADEN NIEWOLNIK, ŻADEN PIES - DLA NICH OBROŻA ZWYKŁA RZECZ, DLA MOJEJ SZYI PĘTLĄ JEST. DLA MEJ WOLNOŚCI, MOJEJ WOLNOŚCI"

"SZUKALI ŚWIATŁA W MROCZNE DNI, PRZED BOGIEM TYLKO CHYLĄC KARK, POŚRÓD KLĘCZĄCYCH DUMNIE SZLI, W POGARDZIE MAJĄC KAŻDY TARG"
 



PS: W kolejnej części przejdę do opisywania historii wychowania, począwszy od czasów starożytnych, są to dość ciekawe informacje więc warto się (według mnie) z nimi zapoznać.     






CDN.

środa, 12 lipca 2017

ŚWIĘCI I NIEŚWIĘCI NAMIESTNICY CHRYSTUSA - Cz. I

CZYLI NAJLEPSI I NAJGORSI 

PAPIEŻE W DZIEJACH KOŚCIOŁA





WSTĘP

 
W tej serii pozwolę sobie zaprezentować listę najlepszych (biorąc pod uwagę ich dokonania) jak i najgorszych następców św. Piotra. Listy te nie będą układane chronologicznie (zbyt długi jest bowiem poczet papieży i zbyt duża możliwość pominięcia któregoś z nich), a raczej będę się kierował własnym, indywidualnym wyborem. Temat ten zresztą podjąłem ze względu na osobę obecnego bywalca Watykanu, czyli "papieża" Franciszka, który zresztą wielokrotnie pokazał że Chrześcijaninem jest tylko powierzchownie i bliżej mu do komunisty (którego byciem się chlubi) niż do duchowego przywódcy największego wyznania świata. Chciałem bowiem się zastanowić, ilu takich "papieży" było wcześniej i jaki wpływ mieli na dzieje Chrześcijaństwa i Kościoła? Najlepszą zaś do tego jest forma porównawcza jednych i drugich (aby również uświadomić sobie wpływy tych jednostek na dzieje świata). Obecnie bowiem Kościół Katolicki (kościoły protestanckie uczyniły to dużo wcześniej), zamienia się w polit-poprawną papkę dla grzecznych dzieci, bez wyraźnego duchowego przesłania (prócz hippisowskiego: "make love, not war"), co powoduje że kościoły w Europie (Zachodniej) zamieniane są na puby, sklepy, kawiarnie czy dyskoteki (a w skrajnych przypadkach, nawet na... meczety, choć takie próby są jak na razie nieliczne). 

Kościół przeżywa bowiem potężny kryzys tożsamościowy, a związany jest on przede wszystkim z rezygnacją z prostych i jasnych przekazów, odwołujących się głównie do mężczyzn. Dzisiejszy Kościół nie oferuje bowiem mężczyznom nic ciekawego, nie daje żadnej możliwości realnej obrony wiary, a każe propagować ekumenizm i przesłanie typu: "inne wyznania też są ciekawe, zastanówcie się czy rzeczywiście chcecie wstąpić do naszej świątyni" - taki napis pojawił się realnie, przed wejściem do jednego z kościołów w (zapomniałem już nazwy tego miasta), w bodajże Belgii. Przecież coś takiego to jawna kpina z religii i nic dziwnego że coraz więcej wiernych oddala się od Kościoła, jak można bowiem bronić wiary, skoro sami klerycy kapitulują, zapraszając wiernych do zapoznania się z "innymi wyznaniami". Dla mnie to jest totalne dno, w jakim znalazł się współczesny Kościół, mający obecnie jawnego komunistę za swego przywódcę. Zresztą próby zdobycia wewnętrznego wpływu na wiernych, poprzez opanowanie Watykanu, był podejmowane od dziesięcioleci (konsekwentnie od co najmniej XIX wieku, ale plany takie były znacznie wcześniejsze), przez masońskie loże. Pokusa posiadania "własnego papieża", dzięki któremu można mieć wpływ na wiernych i lansować wszelakie "ekumenizmy", była przeogromna, oznaczała bowiem realną władzę nie tylko polityczną i finansową, lecz także władzę umysłami i przekonaniami tych ludzi.

Jedna z prób osadzenia "masońskiego papieża" na Tronie Piotrowym, miała miejsce podczas konklawe 1903 r. Niejaki kardynał Mariano Rampolla (mający związki z wolnomularstwem, a najprawdopodobniej będący jednym z wysoko postawionych wolnomularzy), został już prawie wybrany głosami elektorskimi, ale wówczas sprzeciw wobec tej kandydaturze złożył cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef I (poprzez swego kardynała w Rzymie, którym był Polak - kard. Jan Puzyna). W taki oto sposób zwyciężył Giuseppe Melchiorre Sarto, który przybrał imię Piusa X (jednego z najlepszych papieży w historii, który wprowadził wiele reform i odnowił oblicze Kościoła. Mówi się też że Sarto miał polskie korzenie, nie wiadomo na ile jest to prawda, w każdym razie był szczególnie negatywnie usposobiony do Rosji i jako bodajże jedyny dotąd papież, otwarcie, choć oczywiście nieoficjalnie dążył do wybuchu... I Wojny Światowej, która była jedyną możliwością, w wyniku którego mogła odrodzić się niepodległa Polska). To, czego nie udało się uzyskać w 1903 r. "postępowcy" uzyskali w 1958 r. gdy papieżem został wybrany Angelo Giuseppe Roncalli, który przyjął imię Jana XXIII. Był to papież, który przeszedł do historii jako organizator Soboru Watykańskiego II (który był pod dużą obserwacją i wpływem służb sowieckich), w wyniku którego całkowicie odmieniono kształt Kościoła Katolickiego, rezygnując z misji nawracania nowych wiernych, a preferując to, z czym mamy do czynienia po dziś dzień - czyli ekumenizm. Należy też pamiętać, że taki sobór zamierzał zwołać również i poprzedni papież, dość konserwatywny Pius XII, jednak część kardynałów ostro się temu sprzeciwiła. Ciekawe dlaczego prawda? Może dlatego że zwołanie soboru z Piusa XII nie skończyłoby się wprowadzeniem ekumenizmu i wysiłki "postępowców" spełzłyby na niczym, a kolejną próbę opanowania Watykanu musieliby podjąć dopiero za kolejne kilka dziesięcioleci. Dlatego też część kardynałów, którzy mieli owe "reformatorskie" poglądy, sprzeciwiła się zwołaniu soboru jeszcze za życia Piusa XII. 

W każdym razie ten temat i ta seria dotyczyć będzie najlepszych i najgorszych (wręcz szkodliwych) papieży w dziejach Kościoła Katolickiego. Zapraszam więc do lektury (z przyczyn ode mnie niezależnych do głównego tematu przejdę w kolejnej części).



A TYMCZASEM...





CDN.
 

niedziela, 9 lipca 2017

EROTYKA Z DZIENNIKA

FRAGMENT TEKSTÓW EROTYCZNYCH

NIELEGALNIE PUBLIKOWANYCH 

W LONDYNIE W LATACH 

20-tych XX wieku


OTO FRAGMENT ZACHOWANEGO TEKSTU Z NIELEGALNIE WYDAWANEGO W LONDYNIE LAT 
20-tych XX WIEKU, DZIENNIKA EROTYCZNEGO. ZACHOWANY FRAGMENT NOSI TYTUŁ: "HRABINA"

  

HRABINA




Nagle usłyszałem głos. Łagodny, niski, ciepły głos pięknej dziedziczki, młodej pani hrabiny:

Hrabina: Muszę jeszcze o coś zapytać, ojcze. Od pewnego czasu mąż mój wymaga czegoś takiego, że... otóż... on mnie całkiem obnażył w noc poślubną, potem robił to od czasu do czasu, ale teraz chce tego codziennie. Pokazał mi jakieś zabytkowe dzieło jakiegoś średniowiecznego zakonnika, a tam przeczytałam, że małżonkowie powinni aktu cielesnego dokonywać całkiem nadzy, aby nasienie mężczyzny mogło lepiej związać się z jajem kobiety. I tu mam skrupuły, ojcze, a zwiększają się one w miarę jak się starzeję.

Spowiednik: To dzieło napisano w średniowieczu, kiedy prawie nikt nie nosił koszul. Tylko wielmoże. Reszta spała w łóżkach małżeńskich całkiem nago i do dziś w wielu okolicach ten zwyczaj pozostał. Nasze wieśniaczki na przykład robią wszystko nago, bo śpią nago, ale głównie z powodu robactwa, pcheł, pluskiew. Kościół niechętnym okiem na to patrzy, ale wyraźnie nie zabrania.

Hrabina: No, to jestem spokojna w tej kwestii. Ale jeszcze jedno. Mąż mój zmusza mnie często do pozycji, której się wstydzę. Na przykład ostatnio kazał mi chodzić nago. I ogląda mnie. Każe mi pełzać na czworakach i ogląda mnie od tyłu. Każe mi spacerować nago wokół pokoju przy pełnym świetle.

Spowiednik: Pan hrabia nie powinien, ale pani... jeżeli pani robi to dla posłuszeństwa małżeńskiego, nie popełnia pani grzechu.

Hrabina: Ach, jeszcze coś... jeszcze coś mam na sercu, ale się wstydzę.

Głos jej zrobił się aksamitny, pieszczący, podniecający. 

Hrabina: Zawsze chce mnie brać od tyłu, a ja mdleję ze wstydu... włożył mi palec wysmarowany kremem... ale włożył mi... ale włożył mi go w... w odbytnicę. Chciałam wstać, ale mi nie dał, poczułam, że wkłada mi tam swojego członka. Zabolało mnie, ale później zrobiło mi się przyjemnie. Nie wiem, czemu. Bardzo przyjemnie... nawet bardziej...

Głos jej się załamał.

Hrabina: Ojcze, jest jeszcze coś... jeszcze coś co muszę wyznać. Często staję naga przed lustrem, dotykam się, pieszczę... nie mogę się powstrzymać... nisko upadłam ojcze?


NA TYM OWA EROTYCZNA HISTORYJKA SIĘ URYWA


 MÓJ KOMENTARZ




Lata 20-te, gdy miał powstać ów erotyk (a raczej jego fragment, bowiem jedynie on się zachował), to była już troszkę inna epoka, niż ta, w której żyli Europejczycy (w tym Brytyjczycy) do 1918 r. Należy bowiem powiedzieć że Wielka Wojna doprowadziła również do dużej społecznej zmiany, oraz wzrostu dzieł i zachować erotyzujących, czym znacznie różniła się od epoki tzw.: "Belle Epoque" (czyli świata wieku XIX, począwszy gdzieś tak od Epoki Napoleońskiej), ale również od czasów późniejszych, na przykład tych, po zakończeniu II Wojny Światowej (w latach 40-tych i 50-tych, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, społeczeństwo było znacznie bardziej konserwatywne i purytańskie, niż w latach 20-tych). Wydaje się więc, że wzrost zachowań erotyzujących (np. w prasie lub w sztuce), przybiera formy pewnych fal, bowiem weźmy dla przykładu taki wiek XVIII. No przecież, w porównaniu z wiekiem XIX, to właśnie wiek XVIII, był wiekiem totalnego rozpasania seksualnego.Bardzo podobnie było i w wieku XVII, który to nastał po dość konserwatywnym wieku XVI, a ten z kolei po niezwykle rozpustnym wieku XV. A co się działo w średniowieczu, np. w klasztorach? 

Wiele o tym można się dowiedzieć przeglądając stare manuskrypty, jak np. dzieło Piotra Daminniego, pt.: "Liber Gomorrhianus", który opisuje powszechną wręcz demoralizację braci i sióstr zakonnych w XI wieku. O przypadkach homoseksualizmu, który leczono biczowaniem, wtrącaniem do lochu i głodzeniem (oraz pluciem i oddawaniem moczu, na osobę o owych "przypadłościach"). O przypadkach sodomii i wreszcie o powszechnym zamienieniu klasztorów w domy publiczne, Damiani bowiem pisze: "Większość klasztorów i domów biskupich stała otworem dla konkubin i kobiet lekkiego prowadzenia".  A starożytność? To też epoka historyczna dość powszechnej swobody seksualnej (też jednak w zależności od okresu i miejsca, bowiem i w tamtych czasach nie brakowało ludzi, którzy opowiadali się za wstrzemięźliwością seksualną. Na przykład Hipokrates uważał że seks jak i masturbacja to strata czasu i energii, który lepiej spożytkować rozmyślając. Rzymski filozof Seneka (wychowawca cesarza Nerona), pisał tak: "Każda miłość do żony innego jest haniebna. Ale haniebna jest także miłość ponad miarę do żony własnej (...) Nie ma nic wszeteczniejszego nad kochanie własnej małżonki jak nałożnicy (...) Winni się okazać wobec żon mężami nie kochankami". Rodzące się Chrześcijaństwo, dużo w niosło do etyki i wstrzemięźliwości seksualnej, a pierwsi chrześcijanie byli pod tym względem bardzo konsekwentni. 

Ale i to się zmieniło, bowiem już w II, III i IV wieku poganie twierdzili że nie ma nic bardziej zdemoralizowanego od Chrześcijanina, który modli się do swego Boga, a nocą wyprawia nieprawdopodobne wręcz seksualne "akrobacje". Doszło do tego, że Justyn (jeden z Ojców Kościoła, żyjący w II wieku), zmuszony był pisać: "By upewnić was, że wyuzdana rozpusta nie jest tajną częścią naszej religii, dodam jeszcze rzecz następującą: pewnego razu jeden z naszych w Aleksandrii skierował do namiestnika Felixa pismo z prośbą o zezwolenie na usunięcie mu jąder przez lekarza, gdyż tamtejsi medycy oświadczyli, że bez zezwolenia namiestnika nie wolno im tego czynić. A gdy Felix pod żadnym pozorem nie chciał zgody podpisać, młodzieniec pozostał w stanie bezżennym". Wygląda wiec na to, że zmiany pokoleniowe, dotyczące kwestii seksualnych, są płynne i następują falami, jak w sinusoidzie. Więcej na ten temat w kolejnej części serii: "Wielkiej Historii Seksu".     



 "RAZ SIĘ ZESZLI PATRYCJUSZE
U PODNÓŻA KAPITOLU
BY SWE SKOŁATANE DUSZE
WZMOCNIĆ KRZYNĄ ALKOHOLU.
GOŚCIŁ ICH PATRYCJUSZ MAREK,
PRZY NEKTARZE Z NIMI GWARZYŁ.
MIAŁ NEKTARU PEŁEN BAREK,
WIĘC CIUT SOBIE PODNEKTARZYŁ.

POD KOLUMNĄ JOŃSKĄ USIADŁ,
ZACZĄŁ KRZYCZEĆ JAK SZALONY,
ŻE SIĘ ROZWIEŚĆ BĘDZIE MUSIAŁ,
BO MA DOSYĆ SWEJ MATRONY.
"SPRASZA MI Z CAŁEGO MIASTA
FILOZOFÓW I AKTORÓW
I MAJĄTKIEM MOIM SZASTA
NA TRANSFERY GLADIATORÓW!

ŻYĆ NIE MOŻE BEZ KULTURY,
NA TO TRZEBA ZAŚ PIENIĘDZY,
CO DZIEŃ ROBI AWANTURY
W TOWARZYSTWIE SIOSTRY - JĘDZY.
ZNIEŚĆ TYCH KOBIET JUŻ NIE MOGĘ,
SŁUDZY ZE MNIE DRWIĄ PO CICHU,
WIĘC NA WOJNĘ DAŁBYM NOGĘ,
LECZ O WOJNIE ANI SŁYCHU!

TRZEBA W KOŃCU GŁOWĄ RUSZYĆ!
DZIŚ PRZYSIĘGAM PRZED JOWISZEM,
ŻE DO PARTII PLEBEJUSZY
NA ZŁOŚĆ ŻONIE SIĘ ZAPISZĘ.
KUPIĘ DOM W DALEKIEJ PERSJI,
OBIE BABY TAM WYPRAWIĘ
A ZA RESZTĄ SWYCH SESTERCJI
Z HETERAMI SIĘ ZABAWIĘ.

POWIADACIE: NIE WYPADA,
A JA O TO NIE DBAM ZGOŁA.
WSZAK HETERA NIE POSIADA
ANI KREWNYCH, ANI FIOŁA.
WYGNAM STARĄ, BO MAM DOŚĆ JEJ,
TYLKO WPRZÓD WYTRZEŹWIEĆ MUSZĘ!"

I NIE KRYJĄC SWEJ ZAZDROŚCI
POSZLI SOBIE PATRYCJUSZE"

 WŁODZIMIERZ WYSOCKI
"ŻYCIE RODZINNE W STAROŻYTNYM RZYMIE"






PS: PISZĄC TEN POST, PRZYSZŁA MI NA MYŚL RELACJA MAŁŻEŃSKA JĘDRULI I ALUTKI Z "RODZINY ZASTĘPCZEJ" - MIŁEJ I WESOŁEJ KOŃCÓWKI NIEDZIELI





NA KONIEC JESZCZE ZABAWNA SCENKA Z POSTERUNKOWYM I ALUTKĄ




NIEWOLNICE - Cz.XLI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI


HISTORIA DRUGA

TEHMINA

NIEWOLNICA Z PAKISTANU

Cz. XX

 



Z biegiem czasu niechęć Benazir do Mustafy przybierała na sile. Benazir otaczała się murem biurokracji, która coraz bardziej wstrzymywała podejmowanie ważnych decyzji. Jej doradcy nieustannie opowiadali jej o zuchwałości Mustafy i jego ambicjach. Po dwóch latach spędzonych na sprzeczaniu się o przyszłość Partii Ludowej, Mustafa musiał starać się o spotkanie z Benazir i czasami oczekiwał na nie tygodniami. Mustafa był zły, uważał, że Benazir potrzebowała jego doświadczenia, aby przetrwać w polityce pierwszy, burzliwy okres. Benazir czuła jednak widocznie, że jej pozycja jest na tyle silna, że może sięgnąć po pełnię władzy. Wpływy Mustafy stawały się coraz słabsze, co wyczuwali także inni członkowie partii. Rząd Zii podążał w kierunku, który można by wziąć za początki demokracji. Stan wojenny został zniesiony i rozpisano wybory bez udziału partii politycznych. Pozycja polityczna Mustafy podważana była przez parweniuszy, wśród których znajdowali się także trzej jego bracia ubiegający się o fotele w nowym Zgromadzeniu Narodowym. Benazir planowała ewentualny powrót do Pakistanu. Szokiem dla Mustafy była wiadomość, że nie brała ona pod uwagę jego kandydatury na przewodniczącego partii w Pendżabie.

- Ten wybór wywołałby zbyt wiele sprzeciwu - wyjaśniła mu oschle.
- Nie rozumiem, jak ktokolwiek mógłby się temu przeciwstawić - bronił się Mustafa. - Jestem jedynym kandydatem. Nie robisz tego z dobroci serca, wiadomo, że to ja jestem przywódcą Pendżabu.
Za tym nastąpiły dalsze nieporozumienia. Postronnym obserwatorom niepojętego świata pakistańskiego mogły się one wydawać błahostkami, ale dla Mustafy były to sprawy życia i śmierci. Sfrustrowany zdecydował się na odejście z partii. Nie zamierzał jednak poddać się bez walki. Razem ze swoim starym sojusznikiem, Ghulamem Mustafą Jatoi, założyli nową partię, w której statucie powracano do pierwotnych zasad Partii Ludowej. Ich głównym celem było przyciągnięcie do niej zwolenników Bhutto wywodzących się z klasy robotniczej. Osobistym celem Mustafy było zostać sukcesorem spuścizny po Bhutto. 

Mustafa pragnął odpokutować za grzechy popełnione w ciągu poprzednich ośmiu lat i postarał się, by mój poród odbył się w luksusowym szpitalu Portland w Londynie. Ścianę hallu szpitala zdobił ogromny portret księżniczki Anny, to tutaj urodziła ona swoje dzieci. Tutaj przyszedł także na świat nasz syn Hamza. Poród odbył się bez większych komplikacji, ale kłopot sprawiał mi Mustafa. W dwa dni po moim porodzie miał wyruszyć w podróż do, jak to nazwał, "pewnego ciepłego kraju" i potrzebował letnich ubrań, w związku z czym następnego dnia po porodzie zmuszona byłam wyjść i zrobić mężowi zakupy. Tym "ciepłym krajem" okazały się Indie. Mustafa, za pośrednictwem Joshiego, zaaranżował tam tajne spotkanie z nowym premierem Indii, Rajivem Gandhi. Mustafa przebywał w Indiach sześć dni, w czasie których przyjmowano go z honorami przysługującymi głowie państwa. Aby uniknąć spotkania z dziennikarzami i związanego z tym rozgłosu, zamieszkał w pewnej miejscowości letniskowej, skąd zabrano go na wielkie polowanie safari, przede wszystkim jednak udało mu się przeprowadzić kilka rozmów z premierem. Powrócił do Londynu z wiadomością, że Rajiv gotów był iść w ślady swojej matki i służyć pomocą Pakistanowi.
- Nie zdołaliśmy ustalić, jak to wprowadzimy w życie - rzekł Mustafa - ale dotychczasowa ich polityka pozostanie bez zmiany. 

Sama się zdziwiłam swoją reakcją na te wiadomości, byłam tak zajęta własnymi problemami, że stały mi się prawie obojętne. To, co mnie pochłaniało, to sen, który mi się przyśnił. Otóż śniło mi się, że zdarzył się cud: byłam szczęśliwa i bardzo się z tego powodu cieszyłam! Ktoś mnie zapytał, jak ten cud się zdarzył, a jakiś głos odrzekł, że to dlatego, że odwiedziłam świątynię Świętego Ajmera w Indiach. Poprosiłam Mustafę, żeby porozmawiał z Joshim na temat mojej pielgrzymki. Dwaj mężczyźni spotkali się w barze Wimpy. Ja, ubrana po europejsku, usiadłam przy stoliku obok i starałam się nie wzbudzać swoją osobą zainteresowania. Rozmawiali przez jakiś czas, głównie o polityce, ale miałam nadzieję, że Mustafa wspomniał także o mojej podróży. W końcu wstali, zapłacili rachunek i przechodzili właśnie obok mojego stolika, gdy Joshi zatrzymał się, uśmiechnął się do Mustafy i powiedział mu, żeby nie zapomniał o swojej żonie. Mustafa przedstawił mnie uśmiechając się głupio. Gdy opuszczaliśmy we troje restaurację, Mustafa powiedział Joshiemu o moim pragnieniu odbycia pielgrzymki, na co Hindus odparł, że zobaczy, co da się zrobić. Zdawało mi się, że słyszę wzywający mnie do siebie głos świętego.



Kiedy szykowałam się dwa dni później do odlotu do Indii, Mustafa poinstruował mnie, żebym nie pakowała żadnych kosmetyków poza szminką i przeszukał moje walizki sprawdzając, czy go posłuchałam. Po raz pierwszy wybierałam się w podróż sama i Mustafa nie życzył sobie, bym stała się tam obiektem męskiego zainteresowania. Jego podejrzliwość irytowała mnie. "To niemądre - myślałam - przecież mogłam kupić kosmetyki w Indiach. Skąd by się dowiedział?" W tej samej chwili jednak zdałam sobie sprawę, że na pewno to też już załatwił przy pomocy wywiadu indyjskiego! Na lotnisku w New Delhi czekało na mnie dwóch mężczyzn, którzy przeprowadzili mnie, jako że nie miałam wizy, przez odprawę celną i paszportową i zawieźli do hotelu Taj, gdzie miałam zarezerwowany piękny apartament. Dziesięć minut później do pokoju weszła kobieta w średnim wieku i przedstawiła się jako pani Singh. Z oficjalną miną sprawdziła mój plan wizyty. Uświadomiłam sobie, że jej zadaniem było nie tylko się mną opiekować, ale także mnie pilnować. Po pewnym czasie moje dwa cienie pojawiły się ponownie i oznajmiły mi oficjalnym tonem, że za pół godziny mam się spotkać na herbacie z dyrektorem generalnym pewnej agencji. Zapytałam panią Singh, kto to jest. Odpowiedziała, że to jej szef, bardzo ważny człowiek, ale nie podała mi jego nazwiska.

Przywiozłam dla niego wiadomość od Mustafy, miałam mu przekazać, że sytuacja polityczna w Pakistanie pozostaje bez zmian, co oznaczało, że Zia nadal był u władzy. Powtórzyć słowa Mustafy, że pomoc i wsparcie dla afgańskich rebeliantów doprowadzi do tragicznych konsekwencji w całym regionie. Wycofanie wojsk radzieckich z Afganistanu wzmocni wpływy amerykańskie i przyniesie szkodę naszym wspólnym interesom. Mustafa raz jeszcze pragnął nakłonić dyrektora generalnego, żeby zawiadomił odpowiednie czynniki, że wystąpienie przeciwko Zii było konieczne. Moim zadaniem było uważne wysłuchanie dyrektora i dokładne powtórzenie jego słów Mustafie. Przy herbacie dyrektor generalny oznajmił mi, że zgadza się z oceną Mustafy i rozumie sytuację. Zapewnił mnie, że porozmawia z odpowiednimi ludźmi i w ciągu dwóch tygodni osobiście skontaktuje się z Mustafą. Powiedział, że planuje wkrótce wizytę w Londynie. Przekazałam także prośbę Mustafy o kolejne spotkanie z Rajivem Gandhi. Dyrektor generalny odparł, że zajmie się przygotowaniem spotkania i że poinformuje o tym Mustafę przez stałego łącznika, którym był Joshi. Przed odejściem dał mi radę dotyczącą mojego pobytu:
- Niech się pani za wiele nie pokazuje - ostrzegł mnie. - Ktoś może panią rozpoznać i będziemy mieli kłopot. 

Następnego ranka wyleciałam do Ajmeru. Gdy wchodziłam do świątyni, moje dwa cienie były obok mnie. Ich obecność przeszkadzała mi w modlitwie, chciałam być sama. Chciałam prosić Boga o przywrócenie mi zdrowego rozsądku. Tutaj moja prywatność powinna zostać uszanowana, bardziej niż gdziekolwiek, ale dwa cienie nie chciały zniknąć. Stopniowo spokój sanktuarium zaczynał na mnie oddziaływać. Dookoła siebie słyszałam szept modlitw i rzeczywistość oddalała się. Prosiłam Boga o pohamowanie gwałtowności i szaleństwa Mustafy.
- Chcę żyć w spokoju i harmonii - modliłam się do Niego. 
Błagałam Go, aby przywrócił mi szacunek dla Mustafy oraz położył kres jego wygnaniu. Prosiłam Go też o dalsze pojednanie z moimi rodzicami. Rozejrzałam się i ujrzałam dookoła siebie przygnębione i obdarte kobiety z nagimi dziećmi na rękach, kobiety, po których znać było cierpienie. Ale, podobnie jak to było w moim przypadku, widać było po ich oczach, że pomimo nieszczęścia mają nadzieję. Płakałam za nas wszystkie. Moi towarzysze przestępowali z nogi na nogę zakłócając tym mój spokój. Ci dwaj Hindusi niecierpliwili się, zmuszeni stać przy szczątkach wielkiego sufickiego świętego, który w większym stopniu przyczynił się do rozprzestrzenienia w Indiach islamu niż jakikolwiek wymachujący zakrwawionym mieczem generał. 

Odwróciłam się i wyszłam ze świątyni ze spuszczoną głową. Czułam się odrodzona. W New Delhi najpierw poszłyśmy z panią Singh na lunch, a potem udałyśmy się na zakupy. Kupiłam obraz i dywan. Pani Singh zaświeciły się oczy, kiedy zapytałam ją, czy nie chciałaby czegoś z Londynu i odrzekła, że chciałaby bardzo mieć skórzaną torebkę. Jednak zaraz potem na jej twarzy pojawił się strach i wyjaśniła mi, że nie może mi podać swojego adresu. Zapytałam, czy zna może jakiś adres w Londynie, pod który mogłabym przesłać torebkę, lecz ona zawahała się.
- Proszę nie być taką tajemniczą - powiedziałam. - Dlaczego nie możemy być przyjaciółkami?
- To niemożliwe - odparła. - I proszę nigdy nie wracać do tej rozmowy. Nie wolno mi zaprzyjaźniać się z osobami przeze mnie pilnowanymi, straciłabym pracę. 
Rozejrzała się dookoła, po czym wcisnęła mi do ręki adres. Skórzana torebka była zbyt wielką pokusą.




Mustafa był bardzo zadowolony z mojego sprawozdania ze spotkania z dyrektorem generalnym agencji, ale moje modlitwy nie zostały wysłuchane. Po dwóch tygodniach od mojego powrotu z Indii, znowu zaczął domagać się ode mnie dokumentów gwarantujących mi prawo do rozwodu i opieki nad dziećmi.
- Mustafa - krzyknęłam w końcu na niego - nie powinieneś był podpisywać tych papierów, jeśli się z nimi nie zgadzałeś. Postąpiłeś nierozsądnie i musisz ponieść tego konsekwencje. Nie mogę prosić o nie Asima, straciłby do ciebie szacunek. 
Uderzył mnie, po czym podszedł do telefonu i zadzwonił do mojego adwokata.
- Moja żona wyraziła zgodę na unieważnienie tego dokumentu - oznajmił mu. - Czy mógłby pan przysłać nam projekt dokumentu anulującego poprzednią umowę? Ona go podpisze. 
Adwokat odpowiedział, że papiery zostaną wysłane poranną pocztą. Ogarnęło mnie przerażenie. Ten dokument to jedyne, co mnie chroniło, moja ostatnia deska ratunku przed szaleństwem tego człowieka. Wiedziałam, że muszę coś zrobić, w przeciwnym wypadku znów przygnieciona zostanę ciężarem jego rosnącej władzy. Następnego ranka Mustafy nie było w domu. Ze zniecierpliwieniem oczekiwałam poczty, a gdy ją wreszcie dostarczono, porwałam z biurka list od adwokata i, zabierając ze sobą czwórkę dzieci, udałam się do domu rodziców.

Matka wysłuchała przez telefon lamentów Mustafy i ponownie próbowała nakłonić mnie do powrotu. Odrzekłam jednak, że już nigdy więcej nie uwierzę jego obietnicom. Chciałam rozwodu. To była moja ostateczna decyzja. Moje dzieci znalazły się pod kuratelą sądu i zgodnie z jego decyzją Mustafa miał prawo zabierać troje starszych dzieci w każdą niedzielę rano i odwozić je tego samego dnia wieczorem. Niedługo potem obudziłam się pewnego ranka czując nieprzepartą chęć obcięcia włosów. Pragnęłam pozbyć się w ten sposób przedmiotu pożądania Mustafy. Moja fryzjerka odradzała mi to mówiąc, że moje niewiarygodnie długie włosy dodawały mi urody, ale byłam nieugięta. Nie obcinałam włosów, odkąd skończyłam czternaście lat i wsłuchując się w dźwięk nożyczek czułam, jak z mojego życia ulatnia się zły duch Mustafy. Byłam wolna. Mustafa dowiedział się wkrótce o tym wydarzeniu i zrozumiał jego symboliczne znaczenie. Wiedział, że podjęłam ostateczną decyzję i że nigdy więcej do niego nie wrócę. W przeciwnym wypadku nie pozbyłabym się tego, co kochał we mnie najbardziej. Bez moich włosów był tak słaby jak Samson bez swoich.

Był środek lata, dzień przed świętem Eid. Mustafa miał zabrać trójkę starszych dzieci, Naseebę, Nishę i Alego, do wesołego miasteczka w Liverpoolu, oddalonego o kilka godzin jazdy od Londynu. Kiedy przybył zabrać je z domu mojej matki, dał im oraz służącym "eidi", tradycyjnie ofiarowane z okazji zakończenia ramadanu pieniądze. Mnie wręczył "eidi" w wysokości pięciuset funtów. Wzruszył mnie ten gest i było mi smutno, że wszystko między nami zakończyło się w taki sposób. Wsadzając dzieci do samochodu wyglądał na człowieka zrozpaczonego, toczącego na wygnaniu samotną walkę. Dzień mijał mi spokojnie. Zajmowałam się moim synkiem Hamzą i czekałam na starsze dzieci. Miały wrócić o wpół do siódmej, ale Mustafa się spóźniał. Wpadłam w panikę. Zadzwoniłam do jednego z jego przyjaciół i dowiedziałam się, że Mustafa zabrał dzieci na wieś. Nie mogłam uzyskać bardziej konkretnych informacji, ale czułam, że coś było nie w porządku. Nie wiedziałam tylko co. Kiedy pół godziny później usłyszałam dzwonek telefonu, pośpiesznie podniosłam słuchawkę. Dzwonił Mustafa. Powiedział, że zepsuł mu się na autostradzie samochód i że musiał przejść pieszo całą milę, aby znaleźć telefon i powiadomić mnie, żebym się nie martwiła. 




- Gdzie są dzieci? - zapytałam go.
- Dopiero co zjechałem z autostrady - poinformował mnie. - Zostawiłem je w przydrożnym motelu. Nic im nie jest, są tylko nieco zmęczone i śpiące. Właśnie jedzą kolację.
Dodał, że jego brat Arbi jest z nimi.
- Powiedziałeś, że przeszedłeś całą milę, ale skąd? - zaczęłam go wypytywać.
- Z miejsca, gdzie zostawiłem samochód, Tehmino.
- Ale dlaczego? Czy w motelu nie było telefonu?
- Nie - odparł - tam nie ma telefonu. 
Trudno mi było w to uwierzyć! Byliśmy w Anglii, a nie w jakiejś zapadłej części Pakistanu!
- Czy mogę porozmawiać z którymś z dzieci? - zapytałam.
- Nie, są zbyt zmęczone. Musiałbym tam wrócić i przynieść je tutaj. To daleko, byłby za duży kłopot. Uspokój się, zadzwonię znowu w przeciągu godziny. 
Odwiesił słuchawkę. Zaczęłam nerwowo chodzić po pokoju. "Co on zamyśla? - zastanawiałam się. - Czy to jakaś gra? Czy możliwe, żeby mówił prawdę?

O wpół do dziesiątej dzwonek telefonu poderwał mnie na równe nogi.
- Dzieci już śpią - oznajmił mi Mustafa opanowanym głosem. - Dzwonię, żeby ci powiedzieć, żebyś się nie martwiła. Nie mogłem przyprowadzić ich do telefonu, bo to za daleko. Musiałbym je całą drogę nieść. 
Wydało mi się to zupełnie niewiarygodne. Mustafa nie byłby zdolny do ponownego przebycia całej mili tylko po to, żeby mnie uspokoić. Byłam pełna podejrzeń i zapytałam go:
- Gdzie ty się dokładnie znajdujesz, Mustafa? Wyślę po ciebie samochód. 
Napomknął niezbyt pewnie o autostradzie Ml5, ale powiedział, żebym nie zadawała sobie trudu z wysyłaniem samochodu, bo wkrótce będzie gotów jego wóz, którym wróci do domu. Jego pewny siebie i opanowany głos przyprawiał mnie o niepokój. Gdy ponownie odłożył słuchawkę, znów poczułam w sobie pustkę. Zadzwoniłam do jednej ze znajomych i zapytałam się, czy autostrada Ml5 prowadzi do Liverpoolu, na co usłyszałam, że wiedzie ona w zupełnie innym kierunku.

Mustafa kłamał. Nagle zdałam jednak sobie sprawę, że nie to ma znaczenie, że złapałam Mustafę na kłamstwie. On ma moje dzieci! Opadły mnie najgorsze myśli. Co on chce z nimi zrobić? Dokąd je zabiera? Usiadłam i zmusiłam się do zrobienia kilku głębokich oddechów. "Pomyśl, Tehmino - nakazywałam sobie. - Uspokój się i pomyśl!" Dochodziła północ, kiedy Mustafa zadzwonił znowu. Starałam się uniknąć awantury i podałam słuchawkę matce. W delikatny sposób dała mu znać o moich obawach, ale on nazwał je paranoją. Wyjaśnił szczegółowo, na czym polegała awaria jego samochodu, i zapewnił matkę, że dzieciom nic się nie stało. Na koniec upiększył jeszcze swoją historię nadając jej cechy prawdopodobieństwa:
- Poprosiłem wcześniej mojego służącego - powiedział - żeby ugotował nam saalun (curry). 
Curry z jagnięcia było jednym z ulubionych dań Naseeby.
- Zadzwoniłem właśnie do niego i powiedziałem, żeby na nas poczekał, bo się spóźnimy. Bardzo chciałem być w domu na kolację, to nie moja wina, że samochód się zepsuł. 
Gdy matka skończyła rozmawiać z Mustafą, zatelefonowałam do jego domu. Ktoś podniósł słuchawkę, ale się nie odzywał. Próbowałam jeszcze kilka razy, z takim samym rezultatem, aż w końcu usłyszałam głos służącego.
- Farid - zapytałam - czy przygotowałeś na dzisiaj saalun!
- Nie, begum Sahib - ze zdziwieniem odparł służący. - Nie wydano mi takiego polecenia. 
Odłożyłam słuchawkę i zdałam sobie pytanie: dlaczego Mustafa kłamie? Gdzie on jest? Gdzie są moje dzieci?  






 CDN.

sobota, 8 lipca 2017

SKĄD SIĘ WZIĘLI NIEMCY - Cz. II

CZYLI SŁOWIAŃSKA GENEZA

NIEMIECKIEGO PAŃSTWA


"BYLIŚMY NAD ŁABĄ, UCHYLONO NAS ZA ODRĘ. PRZEMOC JUŻ SIĘ I TAM CIŚNIE. GDZIE NIGDY GERMAN, CHYBA WĘDROWNY, STOPY SWOJEJ NIE POSTAWIŁ (...) MIĘDZY GERMANAMI A SARMATY WZAJEMNA BOJAŹŃ BYŁA GRANICĄ"

ADAM NARUSZEWICZ
(W PRZEDMOWIE DO "GERMANII" TACYTA)






Jak już w poprzedniej części tej serii pisałem, zarówno Słowianie, jak i Celtowie wywodzili się pierwotnie z tego samego trzonu genetycznego, który przywędrował do Europy (a raczej do jej wschodnich terenów) ok. 18 000 r. p.n.e. Słowianie i Celtowie podzielili się jednak już wcześniej na dwie odrębne grupy (ok. 20 000 r. p.n.e.) o genetycznej haplogrupie R1a1 i R1b1. W tym czasie Europa była już częściowo zamieszkała przez przybyłe wcześniej (od ok. 48 000 r. p.n.e.) plemiona tzw." Nordyków" o haplogrupie (I1 i I2). Oni jednak nie doczekali przybycia Słowian i Celtów (zwanych umownie Ariami), i praktycznie całkowicie wymarli (prawdopodobnie pod wpływem oziębienia klimatu) ok. 40 000 r. p.n.e. Kolejna grupa ich pobratymców (haplogrupa JI), przywędrowała do Europy najprawdopodobniej z terenów Mezopotamii i osiedliła się na terenach bałkańskich. Ta ludność, zostanie pobita i wchłonięta (lub zniszczona) przez wielką falę ludów aryjskich (słowiańsko-celtyckich), które ruszą na Europę ok. 18 000 p.n.e. tuż po upadku i zniszczeniu tzw.: "Kolebki" jak nazywano w najdawniejszych słowiańskich wedach wspólne państwo ludów słowiańsko-celtyckich (najprawdopodobniej chodzi tutaj o owo Imperium Ujghur). Opanowanie Europy przez Ariów nie nastąpiło jednak od razu, był to bowiem proces dość długi, trwający ponad 10 000 lat. Dopiero od 8 000 r. p.n.e. nastąpiła główna migracja Słowian na tereny środkowej Europy (Celtowie ruszą zaś jeszcze później, bowiem ok. 4 200 r. p.n.e.), co spowoduje opanowanie całej Europy kontynentalnej do ok. 4 000 r. p.n.e.

Potem będzie miała miejsce wzajemna konkurencja i ponowne mieszanie się Słowian z Celtami (ok. 2 500 r. p.n.e. Celtowie zajmują już zasiedlone przez Słowian tereny dzisiejszych południowych Niemiec i Czech). Ok. 2 250 r. p.n.e. Celtowie wkraczają na tereny dzisiejszej Francji, co powoduje że zamieszkująca tamte ziemie pierwotna ludność neolityczna, albo ucieka na południe, albo zostaje wchłonięta przez nowych zdobywców. Ok. 2 200 r. p.n.e. Celtowie wchodzą do Włoch, zaś ok. 2 100 r. p.n.e. następuje ich inwazja na Wyspy Brytyjskie, a ok. 1 700 r. p.n.e. opanowują Skandynawię (nie całą oczywiście, zaledwie południowe tereny dzisiejszej Szwecji i Norwegii,ale bez Danii, która od ok. 4 000 r. p.n.e. należy do Słowian). W tym okresie Celtowie opanowują dość duży obszar Europy zachodniej, północnej i środkowej (wyparcie Słowian z tych terenów w okresie lat od ok. 2 500 - ok. 700 r. p.n.e. Mimo to Słowianie także podejmują swoje ekspansje, z których największą w II tysiącleciu będzie migracja na południe, w stronę dzisiejszej kontynentalnej Grecji i opanowanie jej poprzez słowiańskie plemię ognia - Gorów (od słowiańskiego słowa "Gore" - Ogień, którzy to potem zostaną przekształceni w Dorów, z których zaś narodzą się późniejsi Spartanie). Ekspansja słowiańskich Gorów/Dorów do Grecji miała miejsce ok. 1 800 r. p.n.e.

Ok. 6 500 r. p.n.e. pojawiają się wśród Słowian pierwsi Polacy, czyli plemiona Lechitów (ludy o mutacji R1a-M417 Lechici/Polacy). Był to jeden z najważniejszych szczepów słowiańskich (jeśli nie najważniejszy w ogóle), który zaszczepił geny słowiańsko-lechickie również w Indiach i Iranie (tamtejsza ludność ma więcej wspólnych genów z dzisiejszymi Polakami, niż my z Francuzami czy Niemcami). Pierwsze zjednoczone państwo lechickie powstaje jednak dopiero ok. 1 800 r. p.n.e. Imperium Lechickie (podporządkowujące sobie inne plemiona słowiańskie) było państwem zdecentralizowanym, co oznaczało że gdy jakieś lechickie plemię zdobywało przewagę w tym związku, stawało się automatycznie przywódcą całego imperium, które od ok. 700 r. p.n.e. zaczęło odzyskiwać utracone ponad tysiąc lat wcześniej na rzecz Celtów ziemie Europy Środkowej i Południowej. W roku 513 p.n.e. mamy pierwszy najazd z południa na Imperium Lechitów, dokonany przez Persów (w dużej mierze spokrewnionych ze Słowianami) króla Dariusza I Wielkiego. Pomimo wkroczenia na duże obszary ziem dzisiejszej Ukrainy, atak ten zakończył się dla Persów całkowitą klęską i ucieczką Dariusza. Kolejną próbę wojny z plemionami podporządkowanymi Lechitom, podjął w 335 r. p.n.e. (na rok przez jego inwazją na Persję) król Macedonii Aleksander Wielki, ale pomimo kilku zdobyczy, nie odniósł tu trwałego zwycięstwa, ani nie uzyskał żadnych zdobyczy terytorialnych.

W tym czasie oczywiście nie istnieli żadni Niemcy, ani też żadni Germanie, o których chociażby pisze Tacyt. Istnieli natomiast Lechici (czyli Polacy), których Imperium wielokrotnie zmieniało centrum władzy. Początkowo (od ok. 1 800 r. p.n.e.) były to ziemie centralnej i północnej Polski (w tym czasie zostaje założony również gród w Gnieźnie (ok. 1 700 r. p.n.e.), przez króla Lecha I - który przetrwał również w ludowej opowieści o "Trzech Braciach", Lechu, Czechu i Rusie). Ok. 1550 r. p.n.e. centrum władzy przeniosło się na południe, do plemienia Wiślan, których głównym grodem był założony w tym czasie Kraków (pierwotnie Carodom). Ok. 1450 r. p.n.e. centrum decyzyjne Imperium lechickiego, ponownie przeniosło się do plemion północnych (znad Morza Bałtyckiego), jednak w latach 70-tych XIII wieku znów wróci do plemion centralnej Polski (leżących między Wisłą a Odrą), prawdopodobnie byli to Polanie (choć ta nazwa wówczas nie istniała). Dominacja "Polan" była dość długa, bowiem trwała ok. 1200 lat do I wieku p.n.e. Wówczas to dominację w Imperium Lechickim objęło plemię Swebów (lub Swewów), którego władcą był nadreński król Ariowit (zwany również Ariowistem). Miał on również nosić imię Lecha III i doprowadził do ponownego (pierwszy był w latach ok. 7 000 p.n.e. - ok. 2 300 p.n.e.) zajęcia ziem dzisiejszej Francji (wówczas już ziemi zasiedlonej przez Celtów).




Lech Ariowit po dziś dzień uważany jest przez niemieckich historyków za "Germanina", choć nazwa ta (użyta i rozpowszechniona przez Tacyta), była nazwą sztuczną i opisywała plemiona słowiańskie leżące po drugiej stronie gór (Ger-man - mężczyzna zza gór, zza Alp. Słowo to do dziś nie utraciło swego słowiańsko brzmiącego tonu). Żadnych innych plemion na tych terenach (za Alpami i Renem) wówczas nie było, prócz zdecentralizowanego Imperium Lechickiego, grupującego wiele najróżniejszych słowiańskich plemion (aby się o tym przekonać wystarczy przebadać kości poległych wojowników pod względem genetycznym, aby przekonać się że na całym tym obszarze dominowała haplogrupa R1a1, z dominującą rolą lechickiej (polskiej) mutacji M-417. Nie było Germanów (w sensie przodków Niemców) nie było Niemiec, nie było żadnych niemieckich plemion, których istnienie zostało w dużej części wymyślone przez historyków niemieckich w XVIII i XIX wieku. Wszyscy oni nagle stali się Niemcami, bowiem należało jakoś wytłumaczyć genetyczną ciągłość  niemieckiego państwa, sięgającą dalekiej starożytności (w tym czasie Niemcy, po bismarkowskim zjednoczeniu na zasadzie "Krwi i Żelaza" stawały się coraz silniejszym i dominującym w Europie państwem. Takie państwo, które aspirowało do roli światowego mocarstwa, nie mogło nie mieć historii, nie mogło nie mieć korzeni, sięgających w daleką przeszłość (bowiem jak to się mówi: "Drzewo bez korzeni nadaje się tylko na opał"). Musiała istnieć jakaś ideologiczno-genetyczna spójnia grupująca Niemców, i taką spójnią stali się właśnie Germanie, którzy nagle (dzięki niemieckim historykom) okazali się przodkami współczesnych Niemców. 

Tak właśnie narodziła się niemiecka propaganda historyczna, która zdobyła ogromną popularność w świecie (wbrew genetyce, czego przykładem jest chociażby Bitwa w Dolinie Dołęży, mająca miejsce ok. 1250 r. p.n.e. Dziś odnajdowane kości i broń użytą podczas tej największej bitwy starożytności, nie tylko zaprzeczają niemieckim twierdzeniom o "niemieckości Germanów", ale wręcz potwierdzają dominację nie tylko osób o słowiańskiej haplogrupie R1a1, ale również tej, którą dziś posiadają współcześni Polacy - R1a1-M-417). Niemcy są więc krajem bez korzeni, podobnie jak Rosja krajem bez historii (co dobitnie stwierdził Piotr Czaadajew, pisząc w swych "Listach filozoficznych" o Rosji i Rosjanach: "Rośniemy, ale nie dojrzewamy, idziemy naprzód, ale po linii krzywej, czyli takiej, która nie prowadzi do celu (...) Gdy cały świat przebudowywał się od podstaw myśmy nie wznieśli nic nowego, po dawnemu siedzieliśmy skuleni w dawnych chałupach z bierwion i słomy. Jednym słowem losy ludzkości wykuwały się bez nas (...) Najpierw brutalne barbarzyństwo, potem ordynarna ciemnota, następnie obce panowanie, okrutne i poniżające, którego ducha odziedziczyła późniejsza nasza władza - oto smutna historia naszej młodości (...) Jeśli nawet założyć, że potrafilibyśmy drogą studiów i rozmyślań zdobyć brakującą nam wiedzę, to skąd wziąć żywe tradycje, rozległe doświadczenie, głębokie zrozumienie przeszłości, trwałe nawyki intelektualne (...) Żyjemy w kraju tak ubogim, gdy idzie o objawy tego, co idealne". Rosja i Niemcy - puste państwowe twory, bez ducha, bez historii, bez korzeni - smutne.  

Wracając zaś do Lecha III Ariowita, otóż w 71 r. p.n.e. przekroczył on Ren na czele słowiańskiego plemienia Swebów i wkroczył do celtyckiej Galii. Nie uczynił tego jednak oficjalnie jako najeźdźca, został bowiem "zaproszony" do Galii przez przedstawicieli celtyckich plemion Sekwanów i Arwernów (z których pochodził również późniejszy przywódca ogólno-galijskiego powstania anty-rzymskiego - Wercyngetoryks). Plemiona te bowiem poniosły klęskę w ostatniej wojnie z Eduami (innym celtyckim plemieniem, którego siedziby leżały w centralnej Francji, pomiędzy rzekami Loara i Elavier, zaś głównym ich grodem była Gergobina). Poprosiły więc Ariowita (wówczas już przywódcę plemion lechickich), o wsparcie, przybycie do Galii, pokonanie Eduów i po odpowiednio hojnej zapłacie, powrót za Ren, do słowiańskiej Lechii. I Ariowit tak właśnie uczynił, przekroczył Ren i w bitwie z Eduami pokonał ich i ujarzmił (71 r. p.n.e.). Wówczas to, zadowoleni przedstawiciele plemion Arwernów i Sekwanów, ofiarowali mu bogate dary, aby znów wyniósł się do siebie, za Ren. Ariowit jednak nie zamierzał tego uczynić, odniesione zwycięstwo spowodowało że stał się najpotężniejszym władcą w całej Galii, rozpoczął też sprowadzanie członków swego plemienia (i nie tylko swojego, również innych plemion słowiańskich) do Galii, tak aby uczynić z niej swoją zdobycz a z Galów swych poddanych. Tak więc Galia w została ujarzmiona przez Słowian (choć ich kontrola nie była jeszcze całkowita, stanie się to dopiero później).




W tej sytuacji wiele plemion celtyckich poczęło rozglądać się za sojusznikami, którzy wypędziliby z Galii Słowian i ponownie zwrócili Celtom ich kraj. Powstały dwa wielkie stronnictwa (w plemionach). Jedno stronnictwo arystokratyczne, postulowało szukanie pomocy na zewnątrz (głównie w Rzymie), drugie zaś, grupujące nowobogackich wielmożów, darzących do zdobycia władzy dzięki przypodobaniu się ludowi - opowiadało się za walką narodowowyzwoleńczą, prowadzoną przez samych Galów. Mawiano że każdy kolejny sojusznik, po pokonaniu Ariowita, szybko może zamienić się w nowego okupanta i ponownie podporządkować sobie Galię. Przeważyło stanowisko "stronnictwa ludowego" i gdy plemiona Arwernów, Sekwanów, Boiów i Eduów zjednoczyły się aby pokonać słowiańskiego władcę (który do tego czasu znacznie się umocnił, sprowadzając całe swoje plemię i wielu ochotników z innych słowiańskich ziem), doszło do bitwy pod Magetobrygą (65 r. p.n.e.) która zakończyła się całkowitą klęską Celtów i całkowitym podporządkowaniem sobie Galii przez Ariowita (wiele celtyckich ludów, szczególnie w Aremoryce - północna Francja przy Kanale La Manche - i Belgii, płaciło mu jedynie daninę. Bezpośrednio zaś kontrolował ziemie Edułów i Sekwanów, których zamienił w swoich poddanych (a część w niewolników). 

W takiej sytuacji stronnictwo ludowe musiało ustąpić pola arystokratom, którzy zamierzali prosić o pomoc Rzymian. W tej sprawie w 61 r. p.n.e. udał się do Rzymu najwyższy kapłan Eduów - druid Dywicjak, który gościł nawet w domu Cycerona. Wówczas niewiele jednak wskórano, gdyż senat był przeciwny podejmowaniu uciążliwej wojny w obronie kilku plemion Galii, podjęto jedynie uchwałę że rzymscy namiestnicy Galii Narbońskiej (czyli dzisiejszej Prowansji), będą bronili lud Eduów przez Swebami, ale po warunkiem że będzie to w "z pożytkiem dla Rzeczypospolitej" (czyli innymi słowy zgodnie z interesami Rzymu). Zaś w 59 r. p.n.e. podczas konsulatu Cezara, do Rzymu przybyli posłowie króla Lecha III Ariowita, którzy zaoferowali Rzymianom trwały pokój i uznanie swych stref wpływów - Ariowit miał kontrolować północną Galię do rzek Rodan i Garonna, zaś Rzymianie południe, wraz z prowincją Galią Narbońską. Cezar przyjął te warunki i przekonał senat do ich zatwierdzenia (tym bardziej że rzymskiej prowincji groził wówczas eksodus celtyckiego plemienia Helwetów, którzy zamierzali porzucić swoje dotychczasowe siedziby - dzisiejsza Szwajcaria- i przejść do Oceanu Atlantyckiego w poszukiwaniu lepszych ziem. Z obawy jednak na zagrożenie słowiańskie na północy, postanowili przejść od strony południowej, wkraczając do rzymskiej prowincji w Galii. Stanowiło to poważne zagrożenie, dlatego dla Rzymian wówczas lepiej było mieć Ariowita za przyjaciela niż wroga, przystali więc na jego propozycje). 

Jednak gdy tylko Gajusz Juliusz Cezar, jako namiestnik Galii Narbońskiej w roku następnym pokonał plemię Helwetów w wielkiej bitwie pod Bibrakte (30 czerwca 58 r. p.n.e.), zmienił się też jego stosunek do Słowian i Ariowita, tym bardziej że większość plemion celtyckich, to właśnie w nim widziała teraz swego wybawcę. Cezar polecił Eduom zaprzestanie płacenia daniny Ariowitowi, co bardzo szybko spowodowało jego kontrakcję. Gdy słowiańska armia Swebów maszerowała na Eduów z zamiarem zniszczenia ich siedzib, drogę zastąpił im Cezar, który zaproponował Ariowitowi rozmowę "w cztery oczy". Rozmowa ta jednak, zgodnie z życzeniem Ariowita wyglądała następująco - obaj wodzowie rozmawiali ze sobą z koni i mieli dla ochrony po dziesięciu żołnierzy. Podczas tej rozmowy, przywódca Lechitów zażądał by Cezar wycofał się do swojej prowincji, bowiem jak twierdził - on nie przeszkadza Rzymianom w poborze danin z południa Galii, dlaczego więc ci próbują uniemożliwić mu karanie nieposłusznych wasali w jego części (zatwierdzonej zresztą przez senat). Cezar odmówił (wówczas miało dojść do próby zamachu na jego życie, co jednak się nie udało), lecz to oznaczało już wojnę. Do bitwy doszło u stóp Wogezów, która zakończyła się klęską i ucieczką Ariowita i innych Słowian za Ren. Tak oto zakończyła się pierwsza słowiańska próba odzyskania Galii, zaś król Ariowit powrócił do Lechii i miał panować jeszcze przez 33 lata, pokonując Rzymian trzykrotnie w Ilirii i Panonii. Tymczasem Gajusz Juliusz Cezar po kilkuletniej, niezwykle krwawej wojnie (58 - 51 r. p.n.e.) podporządkował sobie całą Galię i ujarzmił Galów. Jednak kolejne walki ze Słowianami miały dopiero nadejść, w tym jedna z największych klęsk, jaką ponieśli Rzymianie w swojej historii - w Lesie Teutoburskim roku 9 naszej ery. Ale o tym w kolejnej części. 




       CDN.     

czwartek, 6 lipca 2017

"MY CHCEMY BOGA" - DONALD TRUMP W KRAJU KOPERNIKA

POLSKA GOSPODARKA 

LAWINOWO ROŚNIE

WOJSKA AMERYKAŃSKIE 

SĄ JUŻ W POLSCE

TWORZY SIĘ PRZYSZŁE MIĘDZYMORZE

MARZENIA ŻOŁNIERZY NIEZŁOMNYCH

MARZENIA MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO

I WIELU MILIONÓW POLAKÓW 

STAJĄ SIĘ FAKTEM 

NA NASZYCH OCZACH

A TO DOPIERO POCZĄTEK





Podejrzewałem że Donald Trump jest wyjątkową postacią (biorąc pod uwagę jego poprzedników na urzędzie prezydenta Stanów Zjednoczonych, gdzieś tak od zakończenia prezydentury Ronalda Reagana), teraz jednak moje podejrzenia jeszcze bardziej przekonały mnie co do tego, że ten amerykański prezydent jest punktem granicznym, oznaczającym pewną polityczną i moralną zmianę w świecie (mam tutaj na myśli świat chrześcijański). Szczególnie zaś staje się to widoczne w naszym kraju. Wojska amerykańskie już stacjonują w Polsce, co stanowi wymierną gwarancję bezpieczeństwa naszego kraju i naszego regionu (i nie chodzi wcale o ich liczbę, która jest niewielka, ale o sam fakt ich obecności w Polsce, jako centralnym państwie Europy Środkowo-Wschodniej). Amerykanie są co prawda drugą obcą armią, która na ziemiach polskich była witana tak życzliwie i radośnie, pierwszą były wojska francuskie Napoleona Bonaparte, wkraczające na ziemie polskie w czasie kampanii 1806/1807. Polacy nigdy nie pragnęli mieć na własnej ziemi obcych armii, dlatego też z takim poświęceniem walczyliśmy o Wolność i Niepodległość naszego kraju, najpierw z niemieckim najeźdźcą, a potem z jego wschodnią repliką w postaci sowiecko-rosyjskiego agresora. Po II Wojnie Światowej (która dla nas zakończyła się w sposób przedziwny, bowiem formalnie zakończyliśmy wojnę w gronie państw zwycięskich, a jednak okazało się że była ona dla nas przegrana, bowiem kraj został ponownie zajęty, tym razem przez Sowietów), weszliśmy do tzw.: "Bloku Wschodniego", będącego pod całkowitą (militarną i polityczną) kontrolą Moskwy. W Polsce stacjonowały oddziały Armii Sowieckiej, a wiele baz było tak tajnych, że ledwie wiedzieli o nich sami mieszkańcy danych miejscowości. Wówczas to zaczął krążyć po kraju wierszyk, w sarkastyczny sposób opisujący naszą podległość względem kolejnego okupanta, a brzmiał on następująco: "Armia Sowiecka z nami od dziecka".

Od wieków (z ogromnym natężeniem w czasie ostatnich 300 lat) zarówno Niemcy jak i Rosjanie pragnęli podporządkować sobie nie tylko nasz kraj (który jest bramą między Europą Wschodnią i Zachodnią), ale cały rejon Europy Środkowej. Celem było narzucenie swojego zwierzchnictwa i kontrola kluczowych terenów Europy Środkowej, zapewniających panowanie w całej Europie (kto bowiem kontroluje ziemie Polski i Niemiec, ten realnie panuje w Europie - takie są niestety uwarunkowania geopolityki). Nigdy jednak żadna obca armia (prócz, jak wspomniałem Francuzów z początku XIX wieku), nie była w Polsce witana w tak radosny sposób jak te nieliczne oddziały amerykańskie, stacjonujące już u nas od kilku miesięcy. Stanowią one bowiem rękojmię amerykańskiego wsparcia (niekoniecznie militarnego, choć jest ono bez wątpienia najważniejsze). Tego właśnie pragnęli Żołnierze Niezłomni, których los rzucił do nierównej walki z Niemcami i Sowietami, czyli do tej turańskiej dziczy, która niewiele miała wspólnego z cywilizacją europejską i jej prawdziwymi wartościami. Marzenie Żołnierzy Niezłomnych, Żołnierzy Wyklętych spełnia się na naszych oczach. Oto bowiem do naszego kraju przyleciał prezydent największego światowego mocarstwa Stanów Zjednoczonych Ameryki - Donald Trump, by potwierdzić swe wsparcie w projekt wzmocnienia całego naszego regionu. Notabene taka ciekawostka - Trump jest też drugim wielkim przywódcą dużego mocarstwa, który jasno i otwarcie (a przede wszystkim publicznie) stwierdził że przyleciał do kraju Mikołaja Kopernika, tym samym potwierdzając to, z czym wielu dotąd miało problem (szczególnie mam tutaj na myśli Niemców) - z jasnym nazwaniem Mikołaja Kopernika Polakiem. Trump jest drugim, a kto był pierwszym? Jak myślicie? Pierwszym obcym przywódcą, który publicznie potwierdził polskość Kopernika, był nie kto inny jak właśnie... Cesarz Napoleon Bonaparte. Jest to niezwykle symboliczne, że przywódcy, których armie Polacy zawsze uważali za prawdziwe wyzwoleńcze, jednocześnie tak zdecydowanie opowiedzieli się przeciwko niemieckim kłamstwom (zaś wcześniej pruskim) co do rzekomej "niemieckości" Mikołaja Kopernika.




Zresztą nie jest to jedyny aspekt ostatniej wizyty amerykańskiego prezydenta. Teraz bowiem ukazał się artykuł w "The New York Times" (która to gazeta jest stosunkowo anty-trumpowa), oficjalnie potwierdzający zmiany, jakie uwidaczniają się w naszej części Europy. Mianowicie Norman Stanley, autor tekstu w "Timesie" pisze oficjalnie że polska gospodarka jest jedną z najdynamiczniej się rozwijających gospodarek świata i że w połączeniu z całym regionem Europy Środkowo-Wschodniej (której siłę nadawała by gospodarka Polski), nasz blok rodzącego się Międzymorza (marzenia Marszałka Piłsudskiego), czy raczej Trójmorza (lub też Nowej Jagiellonii jak kto woli), stałby się poważnym graczem na gospodarczej mapie świata. Stanley pisze też, że globalni stratedzy powinni dziś spoglądać nie tylko w kierunku Chin, Indii, Rosji czy Brazylii, ale również w stronę Polski, rodzącej się gospodarczej potęgi (o globalnej wkrótce skali). Historia tworzy się na naszych oczach, i kto jest w miarę rozgarniętym politykiem, ten już wie że takie kraje jak Polska właśnie i takie regiony jak Europa Środkowa, to przyszłość nie tylko samej Europy, ale nowy globalny gracz na geopolitycznej mapie. Rodzi się nowa potęga świata, a taki gość jak prezydent Donald Trump dostrzega to i wyciąga wnioski - wkrótce czekają nas lata niezwykłej wręcz (nieznanej w pokoleniu ani naszych dziadków, ani nawet dziadków naszych dziadków) potęgi. Jeszcze dekada, góra dwie, a wszystko to o czym tutaj piszę, stanie się naszą najrealniejszą rzeczywistością. Podobnie jak po 60 latach od zakończenia II Wojny, spełniło się pragnienie Żołnierzy Niezłomnych, którzy oczekiwali w Polsce na czołgi generała Pattona, aby wraz z nimi pogonić to całe ruskie tałatajstwo z powrotem do Moskwy, tak i my (a już na pewno nasze dzieci) ujrzą początek nowego tworu jakim będzie nowe Międzymorze, i nowy układ stosunków w świecie, którego jednym z gwarantów będzie swoisty Pax Polonorum.





PS: Dugin przez to wszystko to chyba ogoli się i zje własną brodę - no cóż smacznego kolego, należałoby powiedzieć. A co do prezydenta Trumpa i Amerykanów powiem tylko:



 "GOD BLESS AMERICA and THANK YOU"