Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 17 marca 2015

MÓJ WŁASNY "PRZEPIS" NA DŁUGIE I SZCZĘŚLIWE ŻYCIE - Cz. III

ODWAGI - JA JESTEM - NIE BÓJCIE SIĘ!

CZYLI WIARA CZYNI CUDA




Chciałbym Wam zaprezentować bardzo ciekawy przykład możliwości Naszych Umysłów, jak i zarówno braku wiary we własne siły - co automatycznie powoduje upadek wcześniej przez Nas wyznaczonych celów. W Ewangeliach św. Marka, Mateusza i Jana, opisana jest ciekawa historia z Jezusem w roli głównej. Mam na myśli tutaj sławne chodzenie po wodzie. Lecz nie chodzi mi tutaj o przykład samego Jezusa, lecz...św. Piotra. Rybacy (wśród których był św. Piotr), wypłynęli nad jezioro, by złowić ryby, a Jezus pozostał na brzegu. Rybacy długo nie wracali aż zapadł wieczór. Wówczas ujrzeli oni kroczącą po wodzie, dziwną postać - początkowo myśleli że to zjawa, lecz owa postać zwróciła się do nich słowami: "Odwagi, ja jestem, nie bójcie się". Wówczas ujrzeli przed sobą postać Jezusa, który bosą stopą chodził po tafli wody jeziora. Ujrzawszy to św. Piotr zawołał w stronę Jezusa: "Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie", a Jezus nakazał mu przyjść. Piotr więc wyszedł z łodzi i...postawił stopę na tafli jeziora, kroczył tak w kierunku Jezusa, krok za krokiem, gdy nagle silniejszy podmuch wiatru, wyrwał go z tego stanu. Wówczas uświadomił sobie że...zrobił coś, co nie powinno się wydarzyć - że chodzi po wodzie, co dla niego w owej chwili było nie do zaakceptowania. W tej samej chwili, w której uświadomił sobie że jest na środku jeziora i po nim najzwyczajniej stąpa - w tej samej chwili zaczął tonąć. Jezus wówczas pochwycił go za rękę, wypowiadając wielce wymowne słowa: "Czemu zwątpiłeś (człowieku) małej wiary?"

A teraz opiszmy to co się wówczas wydarzyło. Sądzicie że to bajka, mit, opowieść dla grzecznych dzieci? Spójrzmy więc po kolei co się tam wydarzyło. Mianowicie rybacy, długo nie mogąc nic złowić, ujrzeli w zapadającym mroku - dziwną postać, którą uznali za zjawę. Wpadli w panikę, lecz Jezus uspokoił ich słowami: "Nie lękajcie się - oto jestem!" Widząc kroczącego po wodzie swego Mistrza, św. Piotr chciał tak jak i Jezus, przejść się po wodzie. Wiedział jednak że tego nie potrafi. A skąd to wiedział, należałoby zapytać? Najwidoczniej wychowując się w rodzinie rybackiej, od dziecka wiedział już co człowiek może, a czego nie - w kontakcie z żywiołem wody. Zdawał sobie sprawę że chodzenie po wodzie jest NIEMOŻLIWE. Gdy więc ujrzał chodzącego po jeziorze Mistrza - poprosił go by TEN - UMOŻLIWIŁ mu podobne przespacerowanie się po tafli wody. Jezus powiedział: "Przyjdź do mnie". I co się wydarzyło? Piotr swobodnie stanął na tafli jeziora i mógł się po nim poruszać, nie zamaczając sobie nawet stóp. A dlaczego mu się udało - można by zapytać. Oczywiście dla niego samego (jemu podobnych i kolejnych rzesz chrześcijan, czytających o owym "cudzie"), było jasne jak mu się to udaje. To dzięki Jezusowi, Jego mocy i sile, on Piotr - zwykły człowiek, niewykształcony rybak - może swobodnie poruszać się po tafli wody.

Lecz nagle, coś się nie udaje. Lekki powiew wiatru sprowadza Piotra na ziemię. Do jego umysłu dociera, że to, co się właśnie dzieje - nie mogłoby się wydarzyć - gdyż jest to niemożliwe. A jeśli coś jest niemożliwe do zrobienia - to tego na pewno nigdy zrobić się nie da. Do umysłu Piotra docierają wówczas pierwsze wątpliwości - dlaczego (i jak), utrzymuję się na powierzchni wody? Przecież to jest niemożliwe, wręcz nieprawdopodobne - a jednak. Gdy tylko te pierwsze wątpliwości docierają do jego umysłu - co się dzieje? Piotr zaczyna natychmiast tonąć. Krzyczy więc w stronę Jezusa: "Panie, ratuj mnie". Jezus wówczas podchodzi i chwyta go za rękę, wypowiadając wówczas słowa, które są wykładnią wszystkiego, o czym tutaj do tej pory napisałem: "Czemu zwątpiłeś człowieku małej wiary". Zauważcie - "Czemu zwątpiłeś", o czym to świadczy? Św. Piotr dopóki myślał (wierzył), iż to za sprawą mocy Jezusa - a nie siły swego własnego Umysłu - może dokonywać rzeczy niemożliwych, dla ludzkiego pojęcia i wyobrażenia - dopóty wszystko było dobrze. Szedł bez obaw w kierunku swego Mistrza. Problem zaczął się z chwilą, gdy uzmysłowił sobie (czyli obszedł go lęk), iż to co się dzieje jest tak naprawdę niemożliwe. Do jego umysłu zaczęło docierać - że to nie może dziać się naprawdę. Z chwilą gdy tylko takie myśli pojawiły się w jego głowie - NATYCHMIAST zaczął tonąć.

A dlaczego? Już to opisywałem - dopóki wierzymy (i to wierzymy naprawdę, a nie na zasadzie niepewnych marzeń i próśb przyszłości), dopóty wszystko się Nam udaje. Gdy tylko ta wiara (w potęgę Naszych Umysłów), niknie, gdy pojawiają się pierwsze pytania, które rodzą pierwsze obawy - by wreszcie z całą mocą przejął nad nami władzę strach - to już koniec, to o czym właśnie myśleliśmy, to co było prawie na wyciągnięcie ręki - znika - zaczynamy tonąć, tak jak św. Piotr. Siła jest w Nas samych i tylko od Nas samych zależy czy zdecydujemy się z niej skorzystać - by poprawić nasz los. Bardzo często wychowanie, inni ludzie wokół Nas, środki masowego przekazu itd. itp. - zabijają w nas pewność siebie i wiarę w posiadaną (OGROMNĄ) moc. Sądzicie może że przypowieść o Jezusie (i św. Piotrze), chodzącym po wodzie jest zmyślona, nieprawdziwa? Powiem Wam, że w porównaniu z tym co potrafią niektórzy ludzie dzisiaj (nie żeby byli w jakiś sposób wyjątkowi, Oni po prostu konsekwentnie wierzą w to co robią), tamte "cuda" Jezusa, wydają się niewielkie i mało znaczące. Mimo to są częścią naszej wiary, gdyż nasz Umysł potrafi zaakceptować te "cuda", tylko wówczas, jeśli uczyni je Bóg, Syn Boży, Heros lub ktoś wyjątkowy, niesamowity, w każdym razie zupełnie różny od Nas wszystkich, spokojnych i twardo stąpających po ziemi zjadaczy chleba.

Ale zastanówmy się - czy nigdy nie myśleliście np. o wygraniu (kilku-kilkunastu-kilkudziesięciu milionów złotych) w totolotka (lub chociażby jakiejś mniejszej kwoty w jakimkolwiek innym teleturnieju lub zakładach). Zapewne nie tylko o tym myśleliście - ale wielokrotnie graliście (często z mizernym skutkiem). Czy potraficie wyobrazić sobie siebie siedzących w nowiutkim samochodzie, otwierających własną firmę, wyciągających gruby plik stu (lub dwustu), złotowych banknotów z bankomatu i mówiący iż to tylko "na drobne wydatki". Czy potraficie to urzeczywistnić? Czy potraficie zmienić swój los? Jeśli chcecie aby cokolwiek z tego się spełniło (lub coś, czego sami pragniecie), MUSICIE w to wierzyć, wierzyć w to tak, jak opisałem wcześniej. Jeśli pojawi się choć cień wątpliwości - zniszczycie wszystko. Aby się przekonać, zacznijcie od rzeczy małych (wielkość nie ma żadnego znaczenia, ale ma znaczenie dla ludzkiej psychiki, nam się bowiem wydaje że rzeczy mniejsze łatwiej osiągnąć niż te większe). Realizacja mniejszych celów dodaje ludziom odwagi i powoduje wzrost u nich pewności siebie. Pamiętajcie że wszelkie ograniczenia, jakie tylko mogą pojawić się na Waszej drodze - są generowane tylko przez Was samych. Jeśli pozbędziecie się ich (wyrzucicie je ze swego Umysłu) - osiągniecie...wszystko. Nie ma bowiem takich barier, które mogłyby Wam w czymkolwiek przeszkodzić - prócz waszych osobistych lęków i zniechęcenia.

Zauważcie jakie fortuny posiadają niektórzy (bardzo nieliczni), ludzie. Myślicie że jak do nich doszli? Myślicie że są w czymkolwiek lepsi od Was samych - w czym? Tylko w tym, iż zdają sobie doskonale sprawę z możliwości własnych Umysłów (np. własnej inteligencji i konsekwencji w działaniu), a to już oznacza duży sukces. Jeśli nie wierzycie w możliwość osiągnięcia sukcesu zawodowego, kierując się tylko siłą własnego Umysłu (co ja sam na sobie wielokrotnie doświadczyłem), zacznijcie od spraw o wiele prostszych (przynajmniej w Waszym mniemaniu). Jeśli z kimś się kiedyś pokłóciliście, pałacie do kogoś niechęcią (lub ten ktoś pała nią do Was), jeśli ktoś wyrządził Wam krzywdę, lub to Wy wyrządziliście krzywdę jemu - wyobraźcie sobie, że...już się pogodziliście, że żyjecie w przyjaźni że wybaczyliście mu jego winę, lub że darujecie mu jego przewiny wobec Was. Chodzi o to, byście potrafili konsekwentnie budować w swym Umyśle stałe wyobrażenie o przyjaźni z daną osobą. Jeśli zastosujecie się do moich wskazówek (lub uczynicie to co podpowiada Wam w danej chwili intuicja) i nie ogarnie Was zniechęcenie ani niepewność - osiągniecie sukces. Jeśli zauważycie zmianę w zachowaniu człowieka, który do niedawna był Wam nieprzyjazny - to znaczy że udało się Wam. Można przejść do "większych" zadań.

 

Aha pamiętajcie też o podstawowej zasadzie która tym wszystkim kieruje, a brzmi ona tak: 



CDN.

MÓJ WŁASNY "PRZEPIS" NA DŁUGIE I SZCZĘŚLIWE ŻYCIE - Cz. II

DLACZEGO NAM SIĘ TO NIE UDAJE?



No właśnie, dlaczego mamy tak wielkie problemy w zapewnieniu sobie długiego i szczęśliwego życia i w ogóle w radzeniu sobie z otaczającymi nas problemami? Ja powiem krótko - WYCHOWANIE! To właśnie wychowanie w takiej a nie innej kulturze i otoczeniu, skutkuje zanikiem możliwości samodzielnego wpływania na otaczający Nas świat. Najdobitniej widać to wśród małych dzieci. Ich ciekawość świata jest niesamowita (i często męcząca dla Nas samych). Pytają - "A dlaczego coś jest takie a nie inne", "dlaczego działa tak a nie inaczej" itd. itp. Oczywiście My wyjaśniamy Im dlaczego jest tak a nie inaczej (z reguły sami do końca tego nie wiemy, więc z reguły trochę "ściemniamy").

Zastanówmy się jednak - czy kiedykolwiek ktokolwiek (np. z rodziny, bliskich i przyjaciół), poinformował Was o niesamowitej sile Waszych umysłów? Nie? A dlaczego nie? Zapewne dlatego że Wy też o to nie pytaliście. Ale tak naprawdę to My wszyscy - ludzie kultury zachodniej (zresztą na dobrą sprawę nie tylko zachodniej), jesteśmy strasznie racjonalni. Trzymamy się kurczowo wpojonych Nam w dzieciństwie zasad i potem przekazujemy je naszym potomkom. Powiedzcie teraz, czy kończyna, którą ktoś utracił (np. w wypadku), ręka lub noga...może nam odrosnąć? Pytanie głupie prawda? Przecież wszyscy wiemy że nie może. Naprawdę? Skąd to wiemy? Bo tak nas nauczono, bo nigdy nie widzieliśmy, by komuś, kto stracił jakąś część ciała - wyrosła ona ponownie. A dlaczego o tym nie słyszeliśmy - można by zadać sobie pytanie? Być może dlatego że takie rzeczy się nie zdarzają - no bo inaczej coś byśmy na ten temat wiedzieli - prawda? Telewizja, internet, radio i cokolwiek jeszcze - natychmiast by Nas o tym fenomenie poinformowało - prawda?

No dobrze, a jeśli więc teraz jedynie napomknę iż są ludzie, którym nie w smak by cała reszta poznała TAJEMNICĘ (na razie całą resztę ludzkości nazwę "małpami" - choć ONI - używają innej zwierzęcej nazwy. Dlaczego jednak małpami? Dlatego że wierzymy iż człowiek powstał przecież od małpy. Jeden z TYCH ludzi, wypowiedział w rozmowie z pewnym reżyserem filmowym z Hollywood, takie oto zdanie: "Jeśli ludzie chcą wierzyć że pochodzą od małpy, nie będziemy im w tym przeszkadzać. Jeśli chcą być małpami, będą przez nas traktowani jak małpy". Potem dodał jeszcze kilka innych słów - później je przytoczę). A jakaż to "tajemnica", której owi ludzie nie chcą byśmy poznali? Na razie niech pozostanie to moją słodką tajemnicą (choć wrócę do tego, jeszcze w tym poście). Tymczasem skupmy się na innym zagadnieniu - czy rzeczywiście utracona kończyna nie może ponownie nam odrosnąć?

A teraz chciałbym zaprezentować Wam historię chłopca, któremu rodzice "zapomnieli" powiedzieć że ludziom kończyny nie odrastają. Chłopiec ów dorastał na wsi, gdzie bawił się jaszczurkami. Zresztą jaszczurki, były jego ulubionymi zwierzakami, często też przyglądał się jak odrasta in utracony wcześniej ogon. Nikt mu jednak nie wyjaśnił ze ciało człowieka "działa inaczej" (prawdopodobnie on sam również o to nie pytał). W każdym razie podczas pewnego wypadku samochodowego, chłopiec ów stracił nogę. Była tak zmiażdżona że lekarze musieli mu ją odciąć. Sensacja (USA), wybuchła po kilku tygodniach, gdy lekarze stwierdzili że - odcięta kończyna...zaczyna odrastać. Wkrótce pojawiła się też telewizja, która filmowała owe odrastanie nogi chłopca. Trwało to dość długo kilka miesięcy - w każdym razie ostatnie zaczęły odrastać palce i chłopiec mógł znów swobodnie się poruszać. Powiedzcie teraz - dlaczego nigdy o tym nie słyszeliście? Przecież była tam telewizja - sensacja jak się patrzy. Materiał jednak został zdjęty i zabroniono jego pokazywania. Ciekawe dlaczego tak się stało? Może dlatego by "małpy" nie musiały niepotrzebnie wysilać swego rozumu i zastanawiać się nad rzeczami, które nie są im potrzebne, gdyż jeśliby je odkryli - trudniej byłoby nad nimi zapanować. Przecież w telewizji i internecie jest cała masa "pouczających" i "rozwijających" programów dla "zwierząt": "Ale się gibam na lodzie" lub "Każdy tańczyć może" (nie wiem czy podałem poprawne tytuły, gdyż tych programów nigdy nie oglądałem). To powinno im (Nam), wystarczyć, nie ma powodu byśmy zastanawiali się nad tym, jaką potęgą jest Nasz Umysł.

Myślicie że opowiadam o jakiejś "tajnej" spiskowej organizacji, która chce zawładnąć planetą? Nie, moi drodzy, nie tajnej - jak najbardziej jawnej, zresztą ONI sami przyznają oficjalnie, że wcale się nie kryją, ani ze swymi poglądami, ani symboliką, ani z metodami działania - mówią oficjalnie działamy jawnie, kto chce znajdzie nas. Są to ludzie, którzy kontrolują w 95% (a być może o wiele więcej), cały przepływ finansowy ziemskiego globu. W ich rękach są banki, kontrolują giełdy - całe Wall Street i londyńskie City (wymienione tylko jako przykłady), są pod ich władzą. Ludzie ci są bajecznie bogaci i predestynują do roli nowej elity całego globu. Lecz jak myślicie skąd się wzięło ich niezwykle wprost bogactwo (zwykłemu zjadaczowi chleba, trudno będzie nawet wyobrazić sobie te kwoty, jakimi dysponują i obracają). Zapewne z oglądania ogłupiających programów i teleturniejów - prawda? Pewien dziennikarz, który rozmawiał z takim KIMŚ - usłyszał że on nigdy nie ogląda telewizji, a szczególnie najbardziej popularnych programów dla mas. Skąd się więc wzięła ich potęga? Stąd, skąd i wzięłaby się Nasza, gdybyśmy zrozumieli że posiadamy OGROMNĄ MOC - OGROMNĄ. Dlatego wszelkie programy o "cudownych dzieciach", są albo eliminowane, albo pokazywane jako "niesamowite" i "niepojęte"  cudowne przykłady, niezwykłych (i co ważne jedynych w swoim rodzaju), jednostek. Wszystko jest utrzymane w takim tonie - że ci ludzie są jacyś niezwykli, wyjątkowi, skoro potrafią czynić cuda, czego nie potrafi zwykły "zjadacz chleba".

Czyż to nie średniowiecze - tylko miast rozrywek w postaci palenia na stosie, mamy dziś lepsze "zamulacze" mózgu - telewizję i internet. Spójrzmy na nasze dzieci, jak bardzo dziś uzależniają się od najróżniejszych nałogów (alkoholu, narkotyków, internetu). To wszystko dział na nich w sposób odmóżdżający, potem taki młodzieniec jeden z drugim - zapewne nie pójdzie do teatru lub opery na jakąkolwiek sztukę (np. którąś ze sztuk mego ulubionego dramatopisarza - geniusza wśród geniuszy, króla królów - Williama Shakespeare'a). Nie pójdzie, gdyż zanudziłby się tam na śmierć. Nie znamy historii (nawet własnego kraju, nie mówiąc o innych państwach, czy kontynentach), w ogóle nie wiemy jakie były nasze początki, czy stworzył nas Bóg w ogrodzie Eden, czy też wyewoluowaliśmy od małp człekokształtnych. Nieznajomość historii (zarówno tej nie tak odległej, jak i tej dotyczącej Naszego pochodzenia), powoduje iż "kręcimy się w kółko", wciąż popełniając te same błędy, które kiedyś już zostały popełnione. Jesteśmy jak dzieci we mgle, lub raczej owi ślepcy, z obrazu Pietera Bruegela, prowadzeni przez ślepców. Nie wiemy dokąd zmierzamy, ani skąd idziemy - wiemy tylko że idziemy, że poruszamy się.




 A ludzie o których piszę, którzy...znają TAJEMNICĘ - myślą i działają inaczej. Oni wiedzą że TAJEMNICA tkwi w sile Naszego Umysłu. Jeśli zaczniemy myśleć tak, aby było Nam dobrze - to będzie Nam dobrze. Zarobimy ogromne pieniądze, otworzą się dla Nas drzwi, które zawsze wydawały Nam się zamknięte na amen. Kiedyś mój Ojciec opowiedział mi historię pewnego boksera (nie pamiętam już nazwiska), który wygrywał wiele starć jeszcze przed czasem i często nokautem. Miał on jednak pewną słabość - była nią jego psychika. Jeśli przed walką ktoś powiedział mu coś takiego: "Słuchaj, widziałem twojego przeciwnika, jest naprawdę dobry, myślę że nie masz z nim większych szans" - to jak myślicie, wygrywał czy przegrywał tę walkę? Oczywiście - przegrywał, gdyż zanim wyszedł na ring już ją przegrał w swym umyśle. Podobnie jest z Nami - dopóki nie uświadomimy sobie potęgi, która skrywa się w naszej głowie (naszym umyśle, nie mózgu), dopóty będziemy jak owi ślepcy - podatni na wpływy, kręcący się w kółko bez końca i wciąż obwiniający o swój ciężki los Boga, diabła i kogokolwiek innego.

Ale tutaj pojawia się podstawowe pytanie - czy ludzie rzeczywiście pragną zmiany swego życia? Czy może...jest im dobrze tak jak jest? Ów dziennikarz, którego przytoczyłem wyżej, opowiadał, że mężczyzna z którym rozmawiał (prawdopodobnie w formie wywiadu), powiedział mu że dzisiejszy świat przypomina filmowy Matrix - to znaczy że ogromna większość ludzi, jakieś 95%, wcale nie pragnie jakiejkolwiek zmiany w swoim życiu. Chcą by było tak jak jest - chcą być kontrolowani i sterowani, gdyż obawiają się innego sposobu życia. Podobnie jak w filmie, znaleźli się tacy, którzy chcieliby wrócić do Matrixa, tak i w naszym świecie są tacy, którym wyjaśnienie potęgi ich własnego Umysłu - niewiele da, gdyż albo nie będą potrafili korzystać z tej Mocy (którą każdy z Nasz posiada), albo też ogarną ich lęki i zniechęcenie - a to będzie oznaczało iż nic im się nie uda. Wówczas zapragną powrócić do swego dawnego życia - tak było im dobrze, gdy byli pod kontrolą, niepotrzebnie zapragnęli jakiejś zmiany. To właśnie dlatego ów "baron z City", z którym był wywiad powiedział iż: "Większość ludzi zachowuje się jak bydło i chcą być tak traktowani. A jak traktuje się bydło?" - zapytał przekornie dziennikarza. "Trzyma się je w odpowiednich miejscach (i na odpowiednim poziomie rozwoju umysłowego), oraz znakuje się je. Wkrótce ludzie też zostaną oznakowani, otrzymają chipy podskórne, by było nam łatwiej nimi sterować. I wie pan co" - zwrócił się do dziennikarza z uśmiechem - "gwarantuję panu że się nie zbuntują".



CDN.  

poniedziałek, 16 marca 2015

MÓJ WŁASNY "PRZEPIS" NA DŁUGIE I SZCZĘŚLIWE ŻYCIE - Cz. I

CZY CHCIELIBYŚCIE ŻYĆ 

DŁUGO I SZCZĘŚLIWIE?


Pytanie to zakrawa o co najmniej śmieszność, gdyż  sądzę że nie ma takiej osoby, która odpowiedziałaby na nie w sposób przeczący. A co powiecie, jeśli...zdradzę Wam "przepis" na długie i szczęśliwe życie, w którym choroby, cierpienia i ból będą albo niezwykle rzadkie, albo...nie będzie ich wcale. Uważacie może że to wszystko o czym tutaj piszę, to albo moje własne wymysły, albo wymysły innych - których opisuję? Jednak prawdziwy problem tkwi w nas samych - jeśli nie chcemy żyć długo i szczęśliwie (choćbyśmy nawet twierdzili przeciwnie), to...tak się nie stanie. Musimy zrozumieć, że prawdziwymi kreatorami naszego losu (i losu naszych bliskich w pewnej określonej oczywiście formie), jesteśmy - MY SAMI.



Jaki jest więc przepis na długie i szczęśliwe życie?


Ile to razy słyszałem w życiu narzekania i żale różnych osób na swój ciężki lub nieprzyjemny los. Ile razy słyszałem formułkę: "Dlaczego ten Bóg tak mnie pokarał, co ja takiego uczyniłem/am". Powiem otwarcie - śmiać mi się chce gdy to słyszę, choć oczywiście staram się zachować powagę i "kamienną twarz" w takich chwilach. Dlaczego chce mi się śmiać? Dlatego że zbitka Bóg i kara brzmi co najmniej zabawnie, by nie powiedzieć - głupio. Czy naprawdę sądzimy że Bóg chce Nas za cokolwiek karać? Jeśli tak, to znaczy że (jak większość ludzi wychowanych w naszej zachodniej kulturze), w ogóle nie mamy pojęcia po co żyjemy. Owszem, ludzie wiedzą że żyją, choćby dlatego że gdy uderzą głową w mur - to poczują ból - a to znaczy boli więc żyję. Ale po jaką cholerę w ogóle żyjesz - można by się zapytać? Tutaj już odpowiedzi raczej nie usłyszymy, chyba że taką: "urodziłem się więc żyję, jak to po co - głupie pytanie". Pojęcia nie mamy - bladego pojęcia o tym jak funkcjonujemy i po co w ogóle funkcjonujemy.

Jak więc mamy zapewnić sobie szczęśliwe życie (Dolce Vita), jeśli sami nie wiemy po co istniejemy. Toż to przecież zupełnie pozbawione elementarnych zasad logiki. Zastanówmy się bowiem - po co Bóg chciałby Nas karać? Bo co - popełniamy grzechy? A jak mamy ich nie popełniać, gdy...wciąż się uczymy. Uczeń też nim dojdzie do perfekcji w jakiejś dziedzinie - wielokrotnie gdzieś popełni błędy, na czymś się sparzy, czegoś nie dopilnuje. Tu nie chodzi o to by od razu za to karać - tylko byśmy potrafili wyciągać wnioski z naszych poprzednich, nieudanych (i "grzesznych"), doświadczeń, abyśmy teraz bogatsi o tamte doświadczenia - uczynili coś lepszego. Rozwój - to kierunek którym podążamy - mamy się rozwijać, stąd też i te negatywne doświadczenia w naszym życiu, byśmy potrafili docenić i uzmysłowić sobie że...tak naprawdę wszyscy jesteśmy jednością. Negatywne doświadczenia mają uczyć - a nie karać, choć nie znaczy to wcale że...Bóg ma coś z nimi wspólnego - w żadnym razie. Bóg w ogóle pragnie tylko jednego - byśmy zawsze byli szczęśliwi, by było nam jak najlepiej i byśmy w ogóle nie musieli (NIGDY), odczuwać bólu, niechęci, nienawiści, wzgardy i innych nieprzyjemnych uczuć, generowanych zarówno przez Nas samych, jak i przez ludzi wśród których żyjemy.

Żeby zapewnić sobie szczęśliwe (a nawet dostatnie) życie, musimy pojąć i zrozumieć (a następnie zaakceptować), jedną rzecz. Mianowicie to - że My sami jesteśmy KREATORAMI naszego życia, nikt inny - to My decydujemy o scenariuszu dróg naszego życia - ani diabły, ani Anioły, ani Bóg - nie wtrącają się w ten proces (zważywszy że diabłów nie ma, zaś Anioły - to istoty nas wspierające na "Tamtym Świecie" - czyli z reguły - nasi Przewodnicy). Bóg pragnie być z Nas dumny, jak Ojciec i Matka, pragną być dumni z własnych pociech. Bóg Nas nie osądza (choćbyśmy nawet popełnili największe głupstwo w naszym życiu), ani też nie ocenia - bowiem Bóg jest czystą formą Energii Miłości. Ale to nie wszystko. Napisałem że każdy z Nas jest Kreatorem własnego życia - jak to możliwe zapytamy? Bardzo prosto - nic nie zmienimy w naszym życiu, dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie że możemy coś zmienić - wówczas zapewne to "coś" w jakimś sensie zmienimy. Ale długie i szczęśliwe życie osiągniemy dopiero wówczas - gdy uświadomimy sobie że...możemy zmienić wszystko, dosłownie wszystko w naszym życiu. Nasz Umysł - jest bowiem niezgłębioną księgą cudów, potrafiącą tworzyć "coś z niczego", nadawać kształty, formom nieistniejącym i je rozbudowywać. Nie potrafilibyśmy tego - gdybyśmy...sami nie byli Bogiem. Gdybyśmy nie byli Jego częścią. Częścią Bożej Mądrości i Siły, lecz przede wszystkim - MIŁOŚCI.

Brednie powiemy, wymysły itd, itp. Jak bowiem możemy zmienić nasze życie, gdy przecież wciąż próbujemy i nic nam nie wychodzi w tym temacie. Problem z Nami, zaczyna się od tego, że np. uważamy śmierć za coś złego, coś strasznego, co nas spotyka. Tu już zaczynają się pierwsze schody na naszej drodze do późniejszego szczęścia i długiego, radosnego życia. Jeśli postrzegamy śmierć jako "coś złego", a jednocześnie zdajemy sobie sprawę że kiedyś umrzemy (lub wciąż o tym mówimy i myślimy), to nasze życie z całą pewnością nie będzie przypominać boskiego raju na ziemi, lecz "ukształtuje" się zgodnie z owym scenariuszem. Podobnie jak w tym dowcipie - Mężczyzna myśli sobie: "Ale mam parszywe życie, żona gruba i zrzędliwa, teściowa jeszcze lepsza jędza, pracuję tak ciężko a tak mało zarabiam bo mam szefa sadystę i dyktatora, nigdy niczego w życiu nie wygrałem, ostatnio sporo przytyłem, och Boże - moje życie jest do kitu", a obok niego siedzi Anioł i spisuje te myśli mówiąc: "Myślałem że choć raz poprosi o coś innego, ale skoro znów tego pragnie..."

Właśnie - skoro pragniemy nieszczęść, które potem Nas doświadczają, dlaczego wciąż mamy pretensję o nasz "ciężki los" i "złe życie" do Boga? Lecz Wy zapewne chcielibyście bym przeszedł teraz do konkretów i wyjaśnił jak można łatwo i szybko poprawić swój własny los, np. zmieniając pracę na lepszą, osiągając wyższe zarobki i znacznie wydłużając nasze (i być może naszych bliskich), szczęśliwe życie. Oczywiście postaram się to zrobić, ale pamiętajcie - efekt końcowy i powodzenie zależy tylko od Was samych.




Przejdźmy więc do "przepisu" szczęśliwego i długiego życia:

 Bóg obdarzając Nas Wolną Wolą pozostawił Nam wybór - czy chcemy aby nasze życie upływało w szczęściu, czy też by było pasmem nieszczęść i cierpienia. Większość z Nas wybiera tę drugą "opcję". Oczywiście - nie dlatego że są masochistami i to lubią, lecz dlatego że...nie mają pojęcia jak skorzystać z tej pierwszej możliwości.



NAJWAŻNIEJSZA ZASADA!

Jaka jest najważniejsza zasada długiego, beztroskiego i szczęśliwego życia? Powiem otwarcie - kontrolujmy się! My sami kontrolujmy przede wszystkim nasze myśli. One stanowią bowiem drogę, wiodącą Nas ku świetlanej przyszłości, lub mrocznej konieczności. Jak już wcześniej pisałem - My jesteśmy potężnymi istotami, gdyż stanowimy część bożej Energii Miłości. A to oznacza że...jesteśmy Stwórcami. Pamiętajmy jednak  że wielka moc równa się wielkiej odpowiedzialności. Jeśli nie potrafimy być odpowiedzialni, a posiadamy tę niezwykłą moc kreacji (bo ją posiadamy), możemy sprowadzić na siebie samych i naszych bliskich spore kłopoty. Dlatego też kluczem do wszystkiego jest odpowiedzialność!



JAK TO DZIAŁA?

Wszystko co w naszym życiu pomyślimy - wcześniej czy później do nas powróci w formie zmaterializowanej lub osobistego doświadczenia. Można ten proces nazwać "Zasadą ECHO". Dlaczego echo? Dlatego że gdy będąc np. w górach krzykniemy coś głośno, to wówczas "to" do Nas powróci w formie echa. Podobnie jest z naszym umysłem - jeśli myślimy o samych nieszczęściach (ale na zasadzie: "Panie Boże oddal ode mnie wszelkie nieszczęścia i kłopoty, żebym tylko nie złamał nogi jak wyjdę rano z domu, żebym nie spóźnił się na autobus do pracy lub abym znów nie dostał złej oceny w szkole"). Powiem krótko - w tym samym momencie właśnie materializujemy naszą "prośbę" - my jej nie chcemy, ale...myślimy o niej i ona do nas wróci - wcześniej czy później. Jeśli naprawdę chcemy uniknąć jakichkolwiek kłopotów i chorób, po prostu...nie myślmy o nich. A jak w zasadzie powinniśmy myśleć, by przyciągać do siebie szczęście i bogactwo?

Myślmy o danym szczęśliwym wydarzeniu (którego pragniemy dopiero doświadczyć), w sposób ciągły , lecz nie wybiegajmy nadmiernie w przyszłość, ani w przeszłość - myślmy jedynie o sytuacji TU i TERAZ - to Tu i Teraz ma się stać. Jeśli zaczniemy zbytnio wybiegać w bliżej nie określoną przyszłość, lub jeśli cofniemy się do nieszczęśliwej przeszłości - wszystko przepadnie, zostanie po prostu rozmyte w naszym umyśle. Myślmy o tym jakbyśmy już to mieli, a nie jakbyśmy planowali dopiero to zdobyć - musimy być pewni że tego właśnie chcemy - inaczej to wszystko...nas ominie. Jeśli nie skupimy się na naszym celu (i nie ma znaczenia jego wielkość - nie ona jest ważna, ważna jest tu jedynie nasza konsekwencja w działaniu), niczego nie osiągniemy.

Chcemy żyć dobrze i szczęśliwie - zapomnijmy o naszych nieszczęściach zawodowych, starych nieudanych związkach, minionych problemach, chorobach naszych dzieci, chorobach bliskich nam osób starszych (np. naszych rodziców), lecz przede wszystkim zapomnijmy o...trapiących Nas zapewne codziennie - osobistych lękach, typu - "boję się", "na pewno mi się nie uda", "a...jeśli się uda" itd. To wszystko odrzućmy - to Nam przeszkadza i ogranicza Nas totalnie. Przypomina to zamknięty pokój w którym się znaleźliśmy - zapełniony po brzegi najróżniejszymi śmieciami, tak, iż trudno poczynić jakikolwiek krok naprzód (nie ma gdzie, gdyż wokół pełno jest śmieci). Najpierw uprzątnijmy śmieci - a potem - wstawmy do pokoju stół, krzesła, może jakąś butelczynę dobrego trunku, otwórzmy okna i...delektujmy się szczęśliwym życiem.

Żeby nie być gołosłownym, przytoczę znów osobistą relację z własnego życia. Moja mama jakiś czas temu miała duże trudności z oddychaniem (niewątpliwy efekt palenia papierosów), do tego stopnia że nie mogła przyjmować posiłków. Niestety, nie chciała się przebadać, ani zrobić prześwietlenia klatki piersiowej, ani tym bardziej udać się do zwykłego lekarza. Nawet gdy chciałem umieścić ją w w szpitalu MSW - odmówiła (w ogóle ma prawdziwą alergię na lekarzy, nie znosi się badać i nie znosi robić jakichkolwiek badań. Zresztą chyba jak większość ludzi, ale Ona jest pod tym względem wyjątkowa). Żadne moje prośby ani nawet zapowiedź "siłowego" umieszczenia Jej w szpitalu - nie poskutkowały. Nic nie zadziałało. Mama po prostu nie ufa lekarzom, ja zresztą też nie za bardzo, ale jednak nie jestem takim sceptykiem w tych sprawach jak Ona. W każdym razie nie wiedziałem dokładnie co dalej robić. Postanowiłem...myśleć o tym iż jej płuca funkcjonują normalnie, że są najzupełniej zdrowe. Nie wiem jak długo to trwało (tak naprawdę trwa po dziś dzień), w każdym razie po jakimś czasie (może dwa, trzy tygodnie), jej oddech zaczął się stabilizować - i jeszcze raz zaświadczam, nie chodzi do żadnego lekarza, szpital omija wielkim łukiem. Potem jeszcze bardziej jej się polepszyło (zaczęła normalnie jeść). Dziś funkcjonuje zupełnie normalnie, (oddycha normalnie), spożywa wszystkie posiłki, które sama przygotuje, lub które (od czasu do czasu), przygotuję ja. I to pomimo ciągłego palenia papierosów, co wielokrotnie jej odradzałem. Ostatnio była na prześwietleniu płuc - a pali od ponad 35 lat - zdjęcie rentgenowskie...niczego nie wykazało, żadnych powikłań, NIC. Ona sama jest tym wielce zdziwiona - a ja...zupełnie nie. Dlaczego? Ponieważ ja zdaję sobie sprawę, że nasze ciała są tym czym pragniemy by się stały - są częścią energii, którą...możemy korygować wedle własnej chęci i potrzeby.

Ponieważ wielokrotnie doświadczałem "łaski losu", za sprawą jedynie mego umysłu (praca, biznes, pieniądze itd. - nie będę teraz tego opisywał z detalami i być może daruję to sobie na "lepsze czasy"), zatem raz jeszcze twierdzę - bądźmy konsekwentni z naszymi myślami i...nie myślmy o nieszczęściach i pierdołach - a szczęśliwe życie samo zacznie kołatać do naszych drzwi.

 
W następnym temacie opiszę:
Dlaczego to wszystko nam się nie udaje?
 



 CDN.

niedziela, 15 marca 2015

HISTORIA ŻYCIA - WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. LIV

FEDERACJA GALAKTYCZNA

CZYLI

"STRAŻ WSZECHŚWIATA"

PLANETY - RADY - FRAKCJE 

 Cz. III

KONFEDERACJA
PLEJAD
Cz. II


PLEJADY





Konfederacja Plejad liczy 53 wielkie systemy gwiezdne i ok. 500 pomniejszych planet. Nie dysponuję jednak wykazem poszczególnych światów, wchodzących w skład Konfederacji Plejad (tak naprawdę to trochę mi się te rady po przemieszały i nie wiem już czy nie opiszę również czegoś, co dotyczyć będzie następnej wielkiej frakcji w Radzie Federacji Galaktycznej - Rady TJehooba. W każdym razie jeśli odnajdę jakiś błąd, który będzie się dwa razy powtarzał - skoryguję go i usunę). Konfederacja Plejad zwana jest również (szczególnie przez samych jej członków) - "Wielkim Białym Braterstwem", co najprawdopodobniej odnosi się nie do koloru skóry poszczególnych mieszkańców danych światów, lecz do "świetlistego" celu, jakim jest ochrona i zapewnienie bezpieczeństwa we Wszechświecie. W skład Konfederacji wchodzą bowiem również i rasy, które są jedynie zbliżone swym wyglądem do istot humanoidalnych. Wszystkie jednak (lub ogromna większość z nich, gdyż są również wyjątki od tej reguły), można by określić mianem "Sojuszników Ludzkości" (pisząc "Ludzkość" - mam na myśli nas - Ziemian). Według przekazu Plejadian z 1977 roku, którzy opowiadają (dość powściągliwie jednak), o swojej Konfederacji, dominuje przekaz: "Nie zawsze rzeczy, które widzicie jako czarne, są takowymi i nie zawsze rzeczy które widzicie jako białe są takowymi. Jesteśmy tutaj i dopomożemy, ale wasz los jest i pozostanie tylko w waszych rękach. Taki jest ciężar wolności we Wszechświecie".

Dalszy przekaz dotyczy kwestii przebudzenia Ludzkości z Ziemi i otwarcia się zarówno na uniwersalna duchowość, jak i na zrozumienie swojej roli i swojego miejsca we Wszechświecie. W ludziach ma tkwić ogromny potencjał, który jednak nie jest przez nich wykorzystywany - jest uśpiony. Zyskują tylko jednostki, te, które bardziej potrafią wykorzystywać drzemiące w nas możliwości. Dzięki czemu powstał tak bardzo niesprawiedliwy podział bogactwa na planecie, w którym zaledwie 1 % ludzkości - kontroluje ponad 90 % bogactw tej planety. Dzieje się tak, głównie dlatego, że ta grupka ludzi, którzy owinęli sobie innych wokół palca i stali się nowymi panami pozostałej Ludzkości - wykorzystuje do maksimum potęgę własnego umysłu - który jest (co prócz Plejadian, potwierdzają także Kasjopejanie), niezgłębionym źródłem wszelakich możliwości. Umysł bowiem, jest drogą, która może zaprowadzić nas do świetlanej przyszłości, lub nijakiej teraźniejszości. Oczywiście jest też i drugi powód (jaki wymieniają Plejadianie), który umożliwił tym ludziom zdobycie takiej potęgi, wpływów i znaczenia - tym powodem są...geny. Większość z nich jest bowiem w jakimś tam stopniu spokrewniona (gdyż nie wszyscy ludzie na Ziemi pochodzą z tego rodu), z dawnymi stwórcami Adama, Lilith i Ewy w rajskim ogrodzie Eden, czyli Nibiruanami, uciekinierami z Malony - z rodem Anu, Enkiego i Enlila. 

To właśnie owi Nibiruanie byli twórcami systemu społeczno-politycznego, który oparty był na hierarchicznej "piramidzie" władzy, w której bezpośredni potomkowie Kaina - stawiani są na czele tej piramidy, jako "rasa panów". Nie na darmo około roku 3 700 p.n.e. "bóg" Ninurta (syn Enlila, bratanek Enkiego i wnuk Anu), przekazał po raz pierwszy tron ziemskiego państwa, w ręce "adamowego" (a raczej kainowego), potomka - Alulima. Jednak władzę otrzymał on jedynie nad dawnym terenem bazy w Edenie, czyli w rejonie dwóch wielkich rzek - Tygrysu i Eufratu (dawna Mezopotamia, dzisiejszy Irak). W Egipcie chociażby, nadal rządzili jeszcze wówczas "bogowie" (oczywiście z rodu Enkiego i Enlila), podobnie było w Indiach. W Egipcie dopiero ok. 3110 roku p.n.e., ostatni "bóg" zrzekł się tronu na korzyść pierwszego kainowego potomka - i uczynił go władcą kraju piramid. Z utratą władzy przez "bogów" nie godzi się natomiast Marduk (syn Enkiego) i ok. 2024 roku p.n.e., próbuje odzyskać władzę na terenie Lewantu i Mezopotamii. Wówczas (na polecenie Nibiruan), Abraham (tak, ów biblijny Abraham), detonuje dwa potężne ładunki nuklearne, w miastach, będących bazami zwolenników Marduka - w Sodomie i Gomorze, niwecząc jego plany w zarodku. Po tej dacie "bogowie" z Nibiru już całkowicie wycofują się z Ziemi i odtąd osobiście nie ingerują w sprawy dziejące się na naszej planecie. Nie muszą - zostawili tu swe "adamowe rodzeństwo", pochodzące z kainowych lędźwi. Oni już zadbają, by ród Adapy i Ewy nie utracił władzy - i tak jest po dziś dzień. Przynajmniej według samych Plejadian.

Późniejsze systemy polityczno-społeczne państw "znanej nam już" starożytności, zawsze będą opierały się na niesprawiedliwości społecznej. Na potężnej elicie (kaście) władzy i całej reszcie bezwolnego społeczeństwa. Oczywiście nie zawsze szło tak gładko - częstokroć dochodziło do buntów społecznych i prób obalenia tego - "narzuconego przez bogów" - ustroju (władcy, a szczególnie ci z odległej starożytności - twierdzili że albo sami są bogami, lub że jedynie władają w imieniu tychże bogów). Bogów jednak nie było - potomstwo Kaina przetrwało po dziś dzień, dostosowując się do zmieniających obyczajów i praktyk. Zawsze jednak wypływające na górę.  Według Plejadian, Ludzkość na Ziemi jest konglomeratem najróżniejszych genetycznych konfiguracji dawnych ras, zasiedlających naszą Planetę. Począwszy od czarnych i żółtych Bakaratinian (których genów już praktycznie nie ma na Ziemi, gdyż wymieszali się z późniejszymi kolonistami), po czerwonoskórych Aremonian i białych...Plejadian oraz Lirian. Dlatego też wciąż powtarzają: "Wy jesteście Nami z naszej przeszłości". Nad wszystkim (a w zasadzie to nad prawie wszystkim, gdyż ten system nie jest szczelny), dominuje władza potomków nibiruańskich kolonistów - uciekinierów z Malony (dawnego gadziego Maldeka).

  
 OBRAZEK POKAZUJĄCY 
SAMOZAGŁADĘ MALDEKA





W NASTĘPNYM TEMACIE POSTARAM SIĘ COŚ WIĘCEJ NAPISAĆ O SAMEJ KONFEDERACJI PLEJAD
 


CDN.

sobota, 14 marca 2015

VARIA - BYŁO ICH WIELU LUDZI ZE STALI - NIE MÓGŁ ICH ZŁAMAĆ HITLER NI STALIN...KTO ICH ZASTĄPI? NIE WIEM - JA NIE WIEM?

"MY NIGDY SIĘ NIE PODDAMY!!!"


Ostatnie słowa, jakie 7 marca 1949 roku, do swych komunistycznych prześladowców wypowiedział major HIERONIM DEKUTOWSKI "ZAPORA"

Wówczas ten dopiero 30-letni oficer Wojska Polskiego, był już wrakiem człowieka. Miał zmasakrowaną twarz, powybijane zęby, złamany nos, ręce pogruchotane w kościach i...związane za plecami. Palce wyłamane ze stawów, wszystkie paznokcie zerwane, połamane żebra, co powodowało że ledwie trzymał się na nogach i z wielkim trudem mógł oddychać - a jednak, zdobył się na ostatni wysiłek i krzyknął katom w twarz najgorszą dla nich obelgę, bo przecież ileż można walczyć z duchami.

Tak kończyło wielu młodych ludzi, którzy poświęcili swe życie i młodość służbie Niepodległości Polski i Jej prawu do Wolności, Niezawisłości, Samodzielności i Godności - na przekór czerwonej zarazie i czarnej śmierci - jak obrazowo sportretował naszych obu sąsiadów Krzysztof Kamil Baczyński.


CZEŚĆ ICH PAMIĘCI!






Miałem w tym temacie napisać o kłamstwu (które zgodnie z goebbelsowską logiką - "powtarzane tysiąc razy staje się prawdą"), jakim niewątpliwie jest oskarżanie Polski (czy raczej przedwojennych polskich władz), o wspólny z Niemcami hitlerowskimi, udział w "rozbiorze" Czechosłowacji w 1938 roku. Szczególnie dobitnie podkreślają to kłamstwo rosyjscy politycy, media oraz...niektórzy blogerzy (znalazłem na trzech rosyjskojęzycznych blogach - ten sam temat o notabene ataku Niemiec na Polskę 1 Września 1939 roku, okraszony zdjęciem...polskich żołnierzy witających się z żołnierzami węgierskimi po uzyskaniu wspólnej granicy między tymi państwami w dniach 18 - 23 marca 1939 roku i z podpisem...o wspólnym polsko-niemieckim sojuszu, wymierzonym w Związek Sowiecki). Nie chce mi się już tutaj (przynajmniej w tym temacie), tego komentować, jak również odłożę sobie wyjaśnianie prawdy, która wielu ludziom zostaje przesłonięta jednym obrazkiem - skoro Polska wymusiła na Czechosłowacji zwrot Zaolzia i uczyniła to wówczas, gdy Hitler zajmował czeskie Sudety - no to chcąc nie chcąc byliśmy wspólnikami Niemiec w tym akcie "politycznej agresji". 

Bzdura - lecz wyjaśnię to w innym poście. Teraz tylko powiem że Polska...szykowała się do wojny z Niemcami z obronie niezawisłości państwowej Czechosłowacji, lecz nieugięta polityka Pragi, która mówiła: "z każdym byle dalej od Warszawy", spowodowała wykrystalizowanie się takiego, a nie innego scenariusza politycznego. Opiszę to dokładnie w innym temacie, po to, by ludzie którzy (albo nie mają czasu, albo pieniędzy, albo po prostu ochoty by grzebać w dokumentach z tego okresu), nie musieli być tak podatni na lep jawnej propagandowej papki w której Polska miała być (co najmniej) współwinna (wraz z Niemcami) największej wojny w dziejach świata. A prawda jest banalna. Zostaliśmy zaatakowani dnia 1 Września 1939 roku, najpierw przez jednego bandziora (Niemcy), a potem 17 Września, przez drugiego (Związek Sowiecki). A działo się to przy całkowitej bierności naszych zachodnich "sojuszników" Anglii i Francji, którzy (gdyby mieli choć trochę oleju w głowach), mogliby zakończyć całą tę II wojnę Światową w zaledwie dwa tygodnie. Wspólny atak dwóch państw na III Rzeszę, której największe siły zaangażowane były w Polsce (przyjmującej całą piekielną siłę pancernego uderzenia Wehrmachtu), doprowadziłby nie tylko do obalenia (a najprawdopodobniej również i egzekucji) Hitlera, lecz przede wszystkim do bardzo szybkiego podpisania przez Niemcy zawieszenia broni (III Rzesza nie była wówczas gotowa do takiej wojny). 

I cała ta tragiczna II Wojna Światowa, która pochłonęła tyle milionów ludzkich istnień - byłyby dla historyków jedynie jednym z założeń z gatunku political fiction. Wspólnie Polska, Francja i Anglia pokrzyżowałyby plany nie tylko Hitlera, ale za jednym zamachem również Stalina - gdyż to on właśnie był promotorem Adolfa Hitlera. To głównie dzięki Stalinowi (o czym wie niewielu), Hitler doszedł do władzy, to on go forsował (rzecz jasna - nie oficjalnie, lecz poprzez swoje kanały, m.in.: poprzez współpracującą z Sowietami tajną niemiecką komórkę w Reichswerze o kryptonimie "Centrala R" - kierowana przez zwolennika zbliżenia niemiecko-sowieckiego, Kurta von Schleichera - który notabene finansował partię nazistowską z funduszy Reichswery i czynił to - jak sam przyznał w 1930 roku, podczas prywatnego spotkania "biznesowego", przy lampce wytrawnego, francuskiego wina - w berlińskim hotelu Adlon, z niemieckim przedsiębiorcą Arnoldem von Rechbergiem. Rechberg żalił się, że choć popiera politykę Hitlera, to jednak przeraza go jego radykalizm. Schleicher odparł że Hitlera to on trzyma w garści i całkowicie kontroluje, poprzez swoich ludzi umieszczonych w NSDAP, a sfinansował jego partię, gdyż liczył że dzięki niemu uda się rozkręcić niemiecką politykę intensywnych zbrojeń, jakie łatwiej uda się przeprowadzić, gdy na czele będzie "kontrolowany" niemiecki radykał, którego łatwo będzie można wymienić na kogoś innego...w odpowiednim momencie. Dodał też że to właśnie: "Stalin osobiście kazał mi pchnąć Hitlera do przodu").

Hitler dla Schleichera miał być jedynie figurantem, który przyjmie na siebie oburzenie Zachodu i umożliwi Niemcom intensywne zbrojenia. Na obawę Rechberga, co będzie, gdy Hitler umocni się na fali własnej popularności i zechce "zrzucić smycz" Schleichera? Ów generał odpowiedział: "Mam swoich ludzi w NSDAP. W odpowiednim czasie zostaną uruchomione ruchy odśrodkowe i dojdzie do rozłamu w partii - to będzie koniec Hitlera". I rzeczywiście, takie ruchy zostały uruchomione po dojściu Hitlera do władzy (30 stycznia 1933 roku), czego efektem była...noc długich noży (29 -30 czerwca 1934 roku), podczas której Hitler pozbył się wszystkich szpiegów Schleichera w NSDAP, oraz zlikwidował wszystkich niewygodnych świadków własnej przeszłości (a sam Schleicher chwalił się że ma kwity na Hitlera sięgające jeszcze 1919 roku, gdy biegał po ulicach zrewoltowanego Monachium w mundurze paramilitarnych oddziałów Bawarskiej Republiki Rad - istniejącej notabene zaledwie niecały miesiąc). Musiał mieć też wiedzę na temat wielce prawdopodobnego homoseksualizmu Hitlera, gdyż w NSDAP, była to wręcz norma. Jak bowiem twierdził dyrektor berlińskiego Instytutu Badań nad Seksualnością (w którym notabene leczyło się przed 1933 rokiem wielu nazistów i który po zdobyciu przez Hitlera władzy został natychmiast rozwiązany a jego archiwum spalone...w pierwszym publicznym paleniu "wywrotowych" książek w Niemczech): "Jedynie jakieś 10 % nazistów, to ludzie normalni pod względem seksualnym". Same czuby, zwyrodnialcy i dewianci (także pod względem seksualnym) - nic dziwnego że wymordowali tyle milionów ludzkich istnień. Nic więc dziwnego również, że Hitler kazał pozbyć się Schleichera (w którego wpakowano cały magazynek karabinu automatycznego), oraz jego żony - za dużo wiedzieli, a ich wiedza musiała być dla Hitlera bardzo niebezpieczna. 

No cóż, nazistów zawsze "ciągnęło" do wszelkiej maści dewiantów, a już szczególnie tych z Kremla i Łubianki (też różnej maści pedofile, pederaści, homoseksualni transwestyci itd.),czego chociażby wyrazem były deklaracje Goebbelsa: "W rzeczywistości komuniści nie są naszymi wrogami" (1925 rok), czy samego Hitlera: "Komuniści są idealistami socjalizmu" (1929 rok), oraz np. medale, na których prócz niemieckiej "gapy", widniał również sowiecki symbol sierpa i młota:


NIEMIECKI MEDAL z 1934 roku



Tak więc Polska w 1939 roku, przyjęła na siebie podwójne uderzenie sił Wehrmachtu i Armii Czerwonej, stając się pierwszą ofiarą tych totalitaryzmów w II Wojnie Światowej. Sytuacja była dla nas o tyle tragiczna, że Europa Zachodnia (której od wieków zawsze chroniliśmy tyłki, broniąc ją przed atakami zarówno ze Wschodu jak i z muzułmańskiego Południa), w imię własnego dobrego samopoczucia i wiary w miłego, starszego pana - dobrotliwego "wujaszka Joe", oddała nas (i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej), w łapy siepaczy z NKWD. Tych ludzi Zachodu, którzy zdawali sobie sprawę z naszego tragicznego położenia, oraz pojmowali niezwykłą rolę, jaką odgrywała Polska przez wieki w obronie Europy - było niewielu. Jednym z nich był XIX-wieczny francuski historyk - Louis Michelet, który tak oto pisał o Polsce: 

"Polska umiejscowiła się na przyczółku Europy, uratowała ludzkość. Podczas gdy próżniacza Europa gadała (...) ci bohaterscy strażnicy chronili ją swymi lancami. Aby kobiety Francji i Niemiec mogły spokojnie prząść swe fatałaszki (...) trzeba było, by Polak, całe życie na posterunku, dwa kroki od barbarzyństwa, czuwał z szablą w dłoni"



Natomiast Wiktor Hugo, tak pisał w 1846 roku o naszym kraju:

 "Dwa narody spośród wszystkich od czterech wieków odgrywały bezinteresowną rolę w kulturze europejskiej - te narody to Francja i Polska (...) Francja rozpraszała ciemności a Polska odpierała barbarzyńców, Francja rozpowszechniała idee, a Polska stała na straży obrony granic. Naród francuski był misjonarzem kultury w Europie a naród polski był jej rycerzem".



Również Napoleon Bonaparte wypowiadał się o Polakach w samych superlatywach:

"Stara Francja opluła się i zhańbiła, przypatrując się z podłą bezczynnością zagładzie takiego królestwa, jak Polska. Polacy byli zawsze przyjaciółmi Francji i ja biorę na siebie obowiązek ich pomszczenia. Dopóki Polska nie zostanie odbudowana, nie będzie trwałego pokoju w Europie. Cierpliwości!"

To zdanie NAPOLEONA zacytował w swych pamiętnikach osobisty sekretarz Napoleona - Bourrienne

"Spójrzcie na Polskę, tę ziemię dzielnych, na ten naród, który miłość ojczyzny posuwa do ubóstwienia! Na cóż się zdały jego zrywy - sąsiedzi i podły system społeczny uniemożliwiły wszystkie wysiłki. Biedni Polacy!"

NAPOLEON BONAPARTE do swego kronikarza Las Casesa 

O ogromnym zaufaniu Francuzów do Polaków, niech zaświadczy fakt - ich tylko wybrani przedstawiciele naszego narodu, zostali (jako jedyni cudzoziemcy), zostali wtajemniczeni w plany uwolnienia Napoleona z wyspy św. Heleny.













Również gen. GEORGE PATTON mówił:



"Czy oni tam w Waszyngtonie nie zdają sobie sprawy, że Rosja przez ponad 100 lat ciemiężyła Polskę, kraje bałtyckie i Finlandię i teraz znowu wraca do tej polityki?"




 "Polska jest pod kontrolą Rosji, tak samo jak Węgry, Czechosłowacja i Jugosławia, a my sobie spokojnie siedzimy i wydaje nam się, że wszyscy nas kochają."



"Generał Anders śmiejąc się powiedział mi, że jeżeli jego wojska dostaną się pomiędzy armię niemiecką a rosyjską, to nie będzie mógł się zdecydować, z kim bardziej chce walczyć." 



Mimo to Europa nas zdradziła! Zdradziła nas we Wrześniu 1939 roku, zdradziła nas w Teheranie w 1943 roku, oraz w Jałcie w 1945 roku, oddając nasz kraj (i całą Europę Środkowo-Wschodnią), w łapy Stalina. Polska - pierwsza ofiara totalitaryzmów i kraj który włożył ogromny wysiłek w zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami (jako czwarta siła zbrojna koalicji antyhitlerowskiej w II wojnie Światowej, po ZSRS, USA i Wlk. Brytanii). Jako jedyni na świecie stworzyliśmy prawdziwe Państwo Podziemne, które posiadało swoją administrację, sądy, szkolnictwo, wojsko i rząd (na uchodźstwie w Londynie). Walczyliśmy z Niemcami na wszystkich frontach: w Europie, Afryce, na Morzach i Oceanach (pierwsi wykryliśmy i dopadliśmy Bismarcka). Rozszyfrowaliśmy kody Enigmy - niemieckiej maszyny szyfrującej, przekazując je (jeszcze przed wybuchem wojny w 1939 roku),  Brytyjczykom. Obroniliśmy angielskie niebo w 1940 roku, wykazując podczas podniebnych walk, nie tylko wielkie męstwo, ale i ogromne doświadczenie (Polacy strzelali ze znacznie bliższej odległości niż np. Anglicy, dzięki czemu nasze "ciosy" były niezwykle celne, czego dowodem niech będzie fakt, że angielscy piloci, by poderwać własne dziewczęta, udawali Polaków - gdyż o wyczynach naszych pilotów powstawały legendy). Było to oczywiście efektem doskonałego przygotowania pilotów w szkole lotniczej w Dęblinie. 


OBRONA ANGIELSKIEGO NIEBA
NADLATUJĄ POLSKIE ORŁY




 Mimo tych wszystkich poświęceń - Europa nas zdradziła - najpierw wystawiła Hitlerowi, a potem sprzedała Stalinowi. Pewnie przecież to tylko Polacy - nikt ważny - prawda?


"EJ GRISZKA CO Z TOBĄ - CZYŻBY CI BYŁO ICH ŻAL

 KURICA NIE PTICA - TO TULKA POLSKI PAN

POTEM, BY NIE BOLAŁO - POSADZI SIĘ TU LAS

I PRAWDA NIE WYJDZIE NA JAW

 I STALIN ODZNACZY NAS!

TYLU ICH JESZCZE ZOSTAŁO

 A NASZYM CHCE SIĘ JUŻ SPAĆ

 PALEC OD CYNGLA BOLI

 A NAM WCIĄŻ NOWYCH DOWOŻĄ

 NIE DAJĄ WYTCHNIENIA NAM

TAM W DOLE SIĘ JESZCZE RUSZAJĄ..."
 






"Wiem, że nie ucisk i chciwe podboje,

Lecz wolność ludów szła pod Twoim znakiem, 
Że nie ma dziejów piękniejszych niż Twoje

I większej chluby niźli być Polakiem"


JAN LECHOŃ




"Póki w Narodzie myśl swobody żyje,

Wola i godność i męstwo człowiecze,

Póki sam w ręce nie odda się czyje

I praw się swoich do życia nie zrzecze.



To ani łańcuch co mu ściska szyję

Ani utkwione w Jego piersiach miecze,

Ani go przemoc żadna nie zabije

I w noc dziejowej hańby nie zawlecze"

ADAM ASNYK



 PAMIĘTASZ STARY ORKIESTRY GRAŁY
WSZYSTKIE SIĘ PANNY W TOBIE KOCHAŁY

GDY WAS ŻEGNANO Z WÓDKĄ I BOGIEM

W TAMTĄ WRZEŚNIOWĄ NAJDŁUŻSZĄ DROGĘ

POTEM POD MŁAWĄ DZIELNIE STAWAŁEŚ
CZOŁGI NIE PRZESZŁY - MEDAL DOSTAŁEŚ

LOS CIĘ WYSTAWIAŁ NIERAZ NA PRÓBĘ
Z MONTE CASSINO PROSTO NA UB

SANITARIUSZKA PRAWDZIWY ANIOŁ
TAK RANNI CHŁOPCY WOŁALI ZA NIĄ

GDY KANAŁAMI JAK BYŁO TRZEBA
WIODŁA ICH Z "CHMIELNEJ" PROSTO DO NIEBA

NIE ODEBRAŁA NIGDY :"VIRTUTI..."
POZNAŁA CO TO ŚNIEGI WORKUTY

BYŁO ICH WIELU LUDZI ZE STALI
NIE MÓGŁ ICH ZŁAMAĆ HITLER NI STALIN

(...) 

ONI WALCZYLI ZA KRAJ W POTRZEBIE
KTO ICH ZASTĄPI - NIE WIEM?

JA NIE WIEM?



czwartek, 12 marca 2015

WWW.1939.COM.PL - ARCYDZIEŁO MARCINA CISZEWSKIEGO

Jestem pod ogromnym wrażeniem książki WWW.1939.COM.PL, autorstwa Marcina Ciszewskiego. Według mnie jest wprost niesamowita, wręcz genialna! Ja sam czytałem ją zarówno w wersji książkowej, jak i słuchałem w formie audiobooka i muszę przyznać że jedna i druga forma są dobre, szczególnie gdy nie można oderwać się od tej niesamowitej książki. 

Marcin Ciszewski jest niesamowitym pisarzem, co udowodnił już wielokrotnie (inne jego książki to "www.1944.waw.pl", "Major", "Mróz" czy "www2012.pl"), ja jednak chciałbym się skupić na tej jednej pozycji - WWW.1939.COM.PL.

To naprawdę bardzo ciekawa i cholernie wciągająca książka.

A o co w niej w ogóle chodzi, można by zapytać? Otóż, we współczesnych nam czasach, we współczesnym świecie, w roku 2007, szykujący się do kolejnej misji w Afganistanie, oddział Wojska Polskiego, w niesamowity sposób przenosi się do...1939r., w sam środek niemieckiej agresji na Polskę. Ale co ja sobie będę strzępił język - sami posłuchajcie :







ŻYCZĘ WSZYSTKIM DOBREJ ROZRYWKI
  

KSIĄŻĘ KRWI - Cz. II

CZĘŚĆ DALSZA OPOWIADANIA


EGIPCJANKA



Hatszepsut weszła pewnym krokiem do sali, wszyscy dostojnicy i inni obecni w niej ludzie pochylili głowy na jej widok.

- Mężu mój, jestem przy tobie, wybacz że nie było mnie tak długo, lecz córka nasza - Neferure, także źle się poczuła i bałam się o jej zdrowie. Już jest jej lepiej i wkrótce cię odwiedzi - dodała.

- Hatszepsut - ojciec mój ostatkiem sił zwrócił się w stronę swej małżonki. - Obiecaj mi jedno. Obiecaj że gdy mnie zabraknie, będziesz służyła pomocą i radą memu synowi, który teraz zostanie mym następcą, obiecaj mi to proszę.

- Ukochany mężu, postąpię zgodnie z twą wolą, jednak słowami o swej śmierci ranisz boleśnie me serce, proszę nie mów o tym więcej, odpoczywaj, nabierz sił.

- Hatszepsut zgodnie z prawem zostaniesz regentką do czasu uzyskania przez mego syna pełnoletności, proszę cię niech ma w tobie oparcie i radę, zawsze gdy będzie tego potrzebował.

- Oczywiście ukochany mężu, uczynię wszystko by dopomóc mu w jego przyszłych obowiązkach. Teraz odpoczywaj, nabierz sił i nie rozmawiajmy więcej o tym.

Ojciec mój odetchnął z ulgą, po czym odwrócił głowę i raz jeszcze powiedział w moją stronę

- Bądź silny Totmesie, bądź silny mój synu - jego głos stawał się coraz słabszy. Wówczas po raz ostatni spojrzałem w jego oczy, wpatrywał się we mnie, lecz już nic nie mówił, tylko się patrzył. Wreszcie kapłan Amona-Re, Heptenes, zbliżył się do mego ojca, dotknął go ręką, pochylił się nad jego głowę, po czym odwrócił się i rzekł:

- Niech bogowie mają nas w swej opiece, oto zgasło Słońce Egiptu. Jego Świątobliwość, Żywy Horus, Byk Potężny, wielki swą siłą Aakheperenre Totmes - oddał swą duszę Ozyrysowi litościwemu. Oto Pan nasz zakończył swój ziemski żywot i niech bogowie przyjmą go z powrotem do swego Domu.

Na te słowa obecne w komnacie płaczki rozpoczęły lament, a wszyscy dostojnicy pochylili głowy przed ciałem mego ojca. Podobnie uczyniła Hatszepsut, oraz moja mama, która również miała łzy w oczach, lecz starała się tego nie pokazywać.

Wówczas też, kapłan Amona podszedł do mnie, uklęknął przede mną i powiedział:

- Niech żyje Jego Świątobliwość, Potężny Byk, Horus Żywy swą mocą, wielki swą siłą, silny nieskończenie, ten który ukazał się w Tebach - Złoty Horus, Pan Dwóch Krajów - Górnego i Dolnego Egiptu, syn Re, boski władca Heliopolis, syn Amona, który stworzył go dla siebie na swój obraz i podobieństwo, potomek Harachte, cudowna latorośl boskiego ciała, ukształtowany przez Neith, spłodzony przez przedwiecznego obydwu krajów do objęcia władzy, którą Amon zdobył i wyniósł go jako samego władcę na tron żyjących. Niech żyje ten który przeznaczył Egipt swej potomności, a pustynię uczynił swą poddaną. Życiodajna Siło opromieniająca swym blaskiem świat cały. Obydwa kraje są w jego ręku, a wszyscy bogowie radują się jego miłością. Panuj nam Menkheperre Totmesie - obyś żył wiecznie.

Gdy kapłan skończył mówić, byłem jeszcze bardziej przerażony niż wcześniej i kompletnie nie rozumiałem co się dzieje, wciąż bowiem w mej głowie brzmiały słowa - "Jego Świątobliwość nie żyje". Mój ojciec nie żyje, jak to się stało? Nagle wszyscy obecni upadli przede mną na twarz, podobnie uczyniła mama. Jedyną osobą stojącą i wpatrującą się we mnie była królewska małżonka - Hatszepsut.

  
EGIPSKA KSIĘŻNICZKA




Tak oto zostałem władcą dwóch krajów, lecz nim mogłem objąć władzę, nim zasiadłem na tronie mego ojca, musiałem jeszcze poczekać. Pałac tebański okrył się w tych dniach żałobą po śmierci Aacheperenre Totmesa II - mego ojca. Mężczyźni przestali się golić zaś kobiety rozpuściły włosy i nie podkreślały swej urody żadnymi kosmetykami. Tak miało być przez całe siedemdziesiąt dni, czyli do czasu zakończenia mumifikacji mego królewskiego ojca. Był to niezwykle trudny, mozolny proces, trzeba bowiem było najpierw wyjąć z opuszczonej już przez Świętego Ducha - ziemskiej powłoki ciała faraona, jego święte narządy, łącznie z mózgiem, a nie było to proste zadanie, zważywszy że nie rozcina się czaszki. Wszyscy więc oczekiwaliśmy oficjalnego pogrzebu.

W tym czasie obydwa kraje pozbawione były władcy, bowiem ja nie mogłem jeszcze objąć władzy, póki nie złożą ciała mego ojca do jego komory grobowej w pobliskiej Dolinie Królów, zaś Hatszepsut, która z woli ojca mego stała się regentką w mym imieniu, również nie mogła objąć pełni władzy przed zakończeniem pogrzebu. Kraj przez siedemdziesiąt dni pogrążony był w marazmie, jak gdyby świat się zatrzymał i nic nigdy się tu nie działo. Okres ten był bardzo niebezpieczny, bowiem dawał pobitym i zależnym od nas księstwom Dżahy, Amurru, Kanaanu, Fenicji, Syrii, Libii i Nubii, okazję do zbuntowania się i zrzucenia jarzma naszych rządów.

Nic to jednak wówczas dla mnie nie znaczyło, nagle zostałem władcą potężnego kraju, mając zaledwie sześć lat. Byłem sam, moja matka bowiem jako jedna z kobiet haremu mego ojca, nie miała praw by wspierać mnie w rządach, takie prawo przysługiwało jedynie dostojnikom rodziny królewskiej, zaś jedyną przedstawicielką rodu została właśnie Hatszepsut i ja. Młodsi bracia Hatszepsut - Amonmose i Wadżimose, zmarli jeszcze za rządów mego dziadka dostojnego Aacheperkare Totmesa I. Zostaliśmy więc tyko ona, jej córka Neferure i ja. Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy, jak bardzo pragnęła władzy, jak bardzo chciała pozbawić mnie należnych mej osobie praw.

Dni mijały powoli, zaś ja byłem przygotowywany do spełnienia najważniejszej roli w swym życiu, musiałem nauczyć się panować. Otoczony zostałem szambelanami i dostojnikami królestwa, którzy teraz, oczywiście pod kierunkiem Hatszepsut, dbali o mą edukację. Coraz rzadziej widywałem matkę, nie pozwalano mi się z nią widywać, bowiem Synowi Niebios nie przystoi spotykać się ze zwykłymi śmiertelnikami. Było mi smutno, tak bardzo pragnąłem znów wtulić się w jej ramiona, tak bardzo chciałem ponownie usłyszeć jej miły głos. Pamiętałem dni gdy nie mogąc zasnąć prosiłem mamę by opowiedziała mi jakąś historię, mama nigdy mi nie odmówiła. Pamiętam je wszystkie, mógłbym cytować je z pamięci. Pamiętam jak razu pewnego mamusia opowiedziała mi historię o Oku boga Re.


EGIPCJANKA




Był to dzień w którym wbrew zakazowi mej matki, poszedłem obejrzeć nowe zwierzęta, które przybyły w klatkach na dwór mego ojca z najdalszych krain. Były wśród nich wielkie ptaki zwane strusiami, gazele, słonie, hipopotamy, tygrysy i lwy. Szczególnie zaciekawiły mnie owe drapieżniki, dlatego podszedłem zbyt blisko klatki jednej ze schwytanych lwic i gdyby nie interwencja królewskiego gwardzisty - Szenara, mógłbym stracić oko, a może nawet i coś więcej. Pamiętam że mama strasznie się o mnie bała. Po pierwsze dlatego że zniknąłem i nie mogła mnie odnaleźć, lecz gdy usłyszała o niebezpiecznym zdarzeniu z lwicą, wówczas dopiero się rozpłakała. Najpierw mnie objęła tak mocno że ledwie mogłem nabrać tchu, potem zaś powiedziała:

- Totmesie tak się bałam, dlaczego odszedłeś nie mówiąc mi gdzie idziesz, nigdy więcej tego nie rób, przyrzeknij mi że nigdy już tego ponownie nie zrobisz, przyrzeknij mi to Totmesie.

- Przyrzekam mamusiu - odpowiedziałem trochę z żalem widząc zapłakaną rodzicielkę, lecz jednocześnie nie rozumiałem o co to całe zamieszanie - Mamusiu, nic mi się nie stało jestem cały, dlaczego płaczesz? - zapytałem.



EGIPSKA DZIEWCZYNA




- Jak możesz zadawać mi takie pytanie Totmesie? Jesteś przyszłym władcą, powinieneś być mądrzejszym chłopcem, wielce się na tobie zawiodłam. Nie możesz być taki lekkomyślny, ty jesteś nadzieją Obu Krajów, jesteś moją nadzieją. Och tak się o ciebie bałam - matka ponownie wzięła mnie w ramiona, a ja stałem nie wiedząc cóż mógłbym odpowiedzieć w tej chwili.

- Chodź Totmesie, opowiem ci historię która przydarzyła się Najwyższemu z naszych bogów życiodajnej sile słońca Re - powiedziała matka, a ja posłusznie podążyłem za nią do swej komnaty.


HAREMOWE NIEWOLNICE




Gdy już tam dotarliśmy i usiadłem na swym łożu, mama rozpoczęła swą opowieść.

- Dawno, dawno temu, gdy bogowie władali naszym światem, a ludzi nie było jeszcze na świecie, wszechpotężny Re spłodził dwójkę dzieci, boga powietrza Szu i boginię wilgoci Tefnut. Zaraz po narodzinach obaj bogowie odeszli, nie mówiąc ojcu dokąd się udają. Chodzili po świecie aż wreszcie zabłądzili i nie mogli odnaleźć drogi do domu. Potężny Re, niech Jego imię będzie chwalone przez wieki, zmartwił się bardzo widząc że jego dzieci odeszły nie mówiąc Mu dokąd idą. A ponieważ długo nie wracały, Boski Ojciec posłał jedno ze swych oczu na poszukiwanie zaginionego potomstwa. Jednak oko także długo nie wracało i bóg nie mogąc dłużej żyć bez jednego ze swych oczu i wątpiąc że oko kiedykolwiek powróci, stworzył sobie na to miejsce całkiem nowe, piękniejsze oko. Oko jednak powróciło odnalazłszy zaginioną dwójkę Boskiego Potomstwa, lecz widząc że nie ma już dokąd wracać, bardzo się rozgniewało że jego miejsce jest już zajęte. Nie mogąc jednak nic zrobić, zaczęło płakać rzewnymi łzami, a z każdej kropli spadającej na ziemię powstawali ludzie. Wreszcie widząc że łzy nie zmiękczają boskiego serca, ze złości stanęło w płomieniach, dążąc do samozagłady. Nim jednak do tego doszło wszechpotężny Re uchwycił swe oko i przemienił je w węża. Następnie umieścił je na swoim czole gdzie pozostało do dziś dnia. Wiesz co niesie za sobą ta opowieść Totmesie? - spytała mama.

Ja jednak już jej na to pytanie nie odpowiedziałem, jej opowieść tak mnie uśpiła że usnąłem niczym lew po sutym obiedzie.

- No cóż - dodała matka, - Stratę potrafimy docenić dopiero wówczas gdy utracimy coś bezpowrotnie.


  
EGIPT W CZASACH SWEJ ŚWIETNOŚCI
I W NAJROZLEGLEJSZYCH GRANICACH
Z LAT PANOWANIA FARAONA TOTMESA III
(ok. 1458 - 1425 r. p.n.e.)

(Utrzymanych przez ok. sto lat, aż do panowania 
ECHNATONA , który sprawował rządy w latach
1351 - 1334 r. p.n.e.)








 CDN.

środa, 11 marca 2015

KSIĄŻĘ KRWI - Cz. I

Oto kolejne moje opowiadanie z roku 2010

I

NASTĘPCA TRONU



Już świta, nareszcie. Noc była długa, do tego nie zmrużyłem oka. Cały czas zastanawiałem się co może przynieść dzisiejszy dzień, jak się zakończy. Jaką rolę bogowie przeznaczyli mnie, i czy rzeczywiście jakąś przeznaczyli. To co zamierzam uczynić nie jest łatwe i nie należy określić je jednym tylko słowem: zamach stanu. Zamach stanu, jak to komicznie brzmi, bo czyż to nie ja mam ofiarowane mi przez bogów i przodków prawo do władania dwoma królestwami? Czyż to nie ja zostałem pozbawiony swego dziedzictwa po śmierci mego ojca. Kobieta, która to uczyniła, która zesłała mnie na prowincję, z dala od dworu i blasków władzy, dziś śmie nazywać się faraonem, panem i władcą. Przez ponad dwadzieścia lat upokarzała mnie, oddalając w najdalsze zakątki kraju. Kobieta ta, chciała osadzić na tronie swą własną córkę, księżniczkę Neferure, którą jednak Ozyrys zabrał w zaświaty w młodym wieku. Nie ma więc mowy o zamachu, odzyskuję jedynie to co i tak od dawna powinno być moje – korony obu krajów.

Dalsze rozważania przerwało mi pojawienie się Sechemseta, dowódcy korpusu Delty, na którego czekałem. Wszedł do mej komnaty i upadł na twarz, po chwili zaś powiedział.
 
- Książę, wszystko gotowe, wojsko czeka tylko na twój rozkaz. Powiedz słowo a stanie się.
 
 - Jakie są nastroje w armii? – spytałem od niechcenia, choć dobrze wiedziałem że żołnierze i oficerowie pragną już zmiany na stanowisku głównodowodzącego wojskiem. Te kilka, kilkanaście lat pokoju, narzuconego przez Hatszepsut, zostało bardzo niechętnie przyjęte przez oficerów, pragnących nowych zdobyczy i łupów.
 
- Wszyscy oficerowie i cała armia czeka tylko na twój rozkaz panie, jesteśmy gotowi do działania.
 
- Dobrze, zostaw mnie jeszcze na moment, zaraz wyjdę do żołnierzy. Chcę jeszcze przez chwilę pobyć sam.
 
- Jak sobie życzysz synu Amona.


 EGIPSKI WŁADCA
Tutaj scena z filmu "Dziesięcioro Przykazań" z 1956 roku
Z Yulem Brynnerem w roli faraona Ramzesa II


Gdy tylko Sechemset opuścił mą komnatę, powróciłem do swych rozważań. A więc odzyskuję ojcowiznę, ukradzioną mi dwadzieścia lat temu, gdy byłem jeszcze dzieckiem i nie mogłem decydować nie tylko o kraju, lecz także o sobie samym. Pamiętam dobrze ten dzień jakby to było wczoraj. Miałem wtedy zaledwie sześć lat. Pamiętam łzy mej matki Iset. Matka moja - zawsze radosna i pełna uroku, tego nieszczęsnego dnia była smutna i zapłakana.

Zbudziło mnie duże zamieszanie i gwar w całym pałacu, nie wiedziałem co się dzieje ale domyślałem się że raczej nic dobrego. Wszyscy coś krzyczeli, nie mogłem jednak zrozumieć dokładnie o co chodziło, nikt mnie o niczym nie informował, nikt do mnie nie przyszedł. Leżałem więc dalej na moim łóżku opierając głowę o złoty podgłówek. Wreszcie zobaczyłem mamę wchodzącą do mej komnaty. Była smutna, pamiętam to dobrze.
- Totmesie, zbudź się, twój ojciec pragnie się z tobą zobaczyć – powiedziała to głosem tak smutnym, że aż sam się rozpłakałem.
- Teraz? Dlaczego, teraz musimy iść mamusiu? – spytałem zaskoczony i przerażony jednocześnie.
- Twój ojciec Totmesie, twój ojciec pragnie się jeszcze z tobą zobaczyć, chodźmy szybko – powtórzyła słowa z jeszcze większym żalem w głosie.

Wstałem ze swego łóżka i podążyłem korytarzem za matką, nie wiedząc dlaczego mój ojciec chce mnie widzieć o tak późnej porze, przecież jeśliby chciał coś mi powiedzieć mógłby to zrobić rano. Nie wiedziałem też dlaczego głos mej matki był tak smutny a jej oczy świeciły się od łez. Szliśmy pałacowym korytarzem w zupełnym milczeniu. Ludzie których mijaliśmy na nasz widok pochylali się w ukłonie. Specjalnie mnie to nie dziwiło, byłem do tego przyzwyczajony przecież byłem synem żyjącego boga, ukłon był ich obowiązkiem wobec mnie samego jak i wobec Bogów. Bardzo to lubiłem, chociaż właśnie w ten dzień nie miałem czasu zbytnio się temu przyglądać. Szybkim krokiem minęliśmy turkusowy krużganek pałacowego korytarza i stanęliśmy przed wielkimi mosiężnymi drzwiami, które natychmiast zostały otwarte, jakby wiedziały że stoimy po drugiej ich stronie. Weszliśmy do wielkiej sali, w której było bardzo dużo różnych ludzi. Gdy tylko przekroczyliśmy próg wszystkie twarze będące w środku zaczęły mi się przyglądać. Trochę mnie to przeraziło, jednak mama ścisnęła mi mocniej dłoń, za którą mnie prowadziła i powiedziała cichutko:
Odwagi.

Podeszliśmy do łoża na którym leżał mój ojciec. Wzrok wszystkich obecnych na sali ludzi skupiony był na mojej osobie i stawał się wręcz nie do wytrzymania. Szczególnie jeden stary, zupełnie łysy mężczyzna przyglądał mi się z powagą. Mama chyba wyczuła moją nieśmiałość i powiedziała:

- To najwyższy kapłan Amona-Re, nazywa się Heptenes. Nie spuszczaj wzroku podnieś głowę i spójrz mu w oczy – powiedziała głosem cichym lecz stanowczym.

Zrobiłem jak kazała. Mężczyzna wówczas pochylił głowę, podobnie czynili wszyscy na których patrzyłem. Zbliżyłem się do łoża mego ojca, przy którym stali kapłani wznosząc modły.
- Tyś światłem niebios, Tyś prawdą, Tyś pięknem dni naszych, o litościwy Ozyrysie, Twój wierny Sługa, Twój Syn, Twój Potomek podąża za Twym światłem. Przyjmij Go tak, jak i On przyjmował Ciebie. Odpuść Mu, Wybacz Mu, Zmiłuj się nad Nim – powtarzali wciąż te same słowa.
- Totmesie - cichy głos mego ojca skierowany do mnie zakończył modły. Przez chwilę trwała zupełna cisza.
- Podejdź Totmesie, synu mój.

Podszedłem powoli, chodź widok mego ojca leżącego i ledwie mówiącego sprawił mi duży ból. Ojciec był wysokim i silnym mężczyzną, prawdziwym władcą. Obecny jego widok przestraszył mnie tak że prawie się rozpłakałem. Był cały blady, wręcz biały, ledwie unosił dłoń, jego oczy wpatrzone we mnie były prawie puste w środku. A może mnie się tylko tak wówczas zdawało?

- Pochyl się – powiedział ojciec. - Jesteś jedynym następcą tronu, jedynym moim synem. Nie zdążyłem… – jego głos umilkł na moment a w oczach pojawiły się łzy. – Nie zdążyłem Totmesie, pokazać ci tylu rzeczy, poprowadzić cię, ochronić. Wybacz mi – jego głos i łzy spowodował że i ja się rozpłakałem. – Ciii, musisz być silny, jesteś teraz władcą, od twoich decyzji będzie zależała przyszłość i pomyślność dwóch krajów które ci zostawiam. Musisz być silny aby chronić swych poddanych, ale przede wszystkim aby chronić swoją mamę, czy rozumiesz to Totmesie?
Pokiwałem twierdząco głową, chociaż niczego nie rozumiałem. Przed kim mam chronić kraj, a przede wszystkim przed kim mam chronić mamę? - dudniło w mojej głowie to pytanie.
- Iset – ojciec kazał zbliżyć się mej mamie.
- Tak panie mój – odpowiedziała mama.
- Udał ci się syn, jest silny podoła wyzwaniom które go czekają.
Tę jakże smutną chwilę przerwało ponowne otwarcie się potężnych drzwi. Do komnaty wkroczyła pewnym krokiem Wielka Małżonka Amona i żona mego ojca – Hatszepsut.



FARAON RAMZES II - NA CZELE ARMII 
I WSPOMAGANY PRZEZ SWEGO LWA
NACIERA NA HETYTÓW W BITWIE POD KADESZ 
(ok. 1274 r. p.n.e.)



Ponownie przerwałem swe rozmyślania. Już czas - pomyślałem, trzeba wreszcie podjąć działania. skierowałem się w stronę schodów wiodących do wyjścia na dziedziniec pałacowy, na którym już oczekiwali mnie oficerowie i żołnierze. - Tak - pomyślałem, nie ma na co dłużej czekać, nadszedł czas działania. Gdy tylko stanąłem na placu przed pałacem memfickim, z tysięcy zebranych żołnierskich gardzieli wydobył się okrzyk radości i pozdrowienia.
- Witaj synu Amona, prowadź nas ku chwale, ku zwycięstwu - zewsząd dobiegały podobne okrzyki.
Podszedłem do przygotowanego dla mnie rydwanu wojennego, po czym spojrzałem przed siebie. Sechemset chyba ujrzał me zaskoczenie, bowiem ponownie upadł na kolana i rzekł:
- Er Patre Najwyższe Usta, przed tobą dwie dywizje Amon i Set, dwie następne Ozyrys i Ptah, zdążają już ku nam z północy. Wszyscy oficerowie i większość armii jest po naszej stronie, reszta zaś wciąż się waha.
- Dobrze, to chciałem usłyszeć - odpowiedziałem, po czym zwróciłem się do wojska:

- Żołnierze! Ojciec mój, nim jeszcze dusza jego podążyła za światłem Ozyrysa, przykazał mi bym we wszystkim co czynię postępował sprawiedliwie. Pozostałem wierny przykazaniom mego ojca, lecz mnie samemu sprawiedliwości odmówiono. Mnie syna Boga Żywego, próbowano pozbawić tego co bogowie dla mnie przeznaczyli. Ci którzy tego dokonali odmówili sprawiedliwości również i wam wszystkim. Gdzie bowiem są łupy i zdobycze które wam obiecano? Wrogowie dziś plują nam w twarz, gdy jeszcze w czasach ojca mego, pełzali niczym szczury u naszych stóp. Któż jest winien tej wielkiej niesprawiedliwości, któż ponosi za to odpowiedzialność? Powiem wam kto jest temu winien i kto dziś nam za to zapłaci. Winną jest jedna kobieta, znacie jej imię, tytułuje się waszym władcą, lecz nie ma ku temu żadnych praw. Żołnierze, nadszedł czas działania, musimy przywrócić prawo i porządek, które bogowie nam przekazali, a które my winnyśmy dalej kontynuować. Obiecuję wam, że nasi wrogowie długo już nie będą się cieszyć swą swawolą, obiecuję poprowadzić was ku chwale i wielkości, obiecuję że nasze rydwany stratują ziemię nieprzyjaciół naszych i jeśli ci ponownie nie ugną karku przed świętymi sztandarami, zapłacą za to swym życiem. Nie na samych obietnicach jednak poprzestanę. Każdy z was, tu i teraz, otrzyma do podziału pięć talentów, zaś oficerowie dziesięć talentów. Naprzód żołnierze ku chwale, ku zwycięstwu - tymi słowy zakończyłem swą przemowę.

Zaraz też podniósł się jeden wielki okrzyk radości - Prowadź nas, Potężny Byku, jesteśmy z tobą synu Amona.


ŻOŁNIERZ EGIPSKI



- Sechemsecie, daj rozkaz do wymarszu, czas najwyższy już odebrać to, co od początku powinno należeć do mnie - skierowałem swe słowa w stronę dowódcy korpusu Delty.
Tak też ruszyliśmy w stronę świętych Teb, a ja znów zatopiłem się w rozmyślaniach. 





CDN.