Łączna liczba wyświetleń

piątek, 20 stycznia 2023

KRONIKI OSHARA - Cz. II

OPOWIADANIE FANTASY 
Z SILNYMI ELEMENTAMI EROTYKI I BDSM





NEMEA, ZAKON I WIELKA BOGINI





Kraina o nazwie Nemea, była niegdyś zasiedlona przez szczepy okolicznych rybaków, zajmujących się połowem i handlem owocami morza. Co prawda ziemi uprawnej w Nemei było sporo, to jednak rolnictwo nie było tak rozpowszechnione jak rybołówstwo, a kraina ta żyła głównie z handlu. Ludy Nemei były podzielone, ale żyły ze sobą w większości w zgodzie i do wzajemnych walk dochodziło sporadycznie. Życie tu biegło spokojnie i monotonnie, aż do czasu, gdy krainę tę nawiedziła okrutna zaraza, która że zwierząt przeniosła się na ludzi. Przyniosła ona mnóstwo ofiar a ludzie nie wiedzieli jak uchronić się przed tym nieszczęściem, starzy, rodzimi bogowie nie pomagali a ludność popadała w coraz większe przygnębienie i rozpacz. I wówczas, gdzieś, w jakiejś nemejskiej wiosce, pojawiła się młoda dziewczyna, która twierdziła że nawiedziła ją Wielka Bogini i przykazała co czynić, aby uniknąć zakażenia, bolesnej choroby i śmierci. Początkowo nikt nie chciał jej wierzyć, twierdzono że jest szalona, z czasem jednak, gdy jej rady okazywały się skuteczne, wokół niej zaczął gromadzić się krąg wyznawców Wielkiej Bogini, który rósł adekwatnie do tempa wygaszania epidemii. Owa dziewczyna zaś - której nikt wcześniej nie znał, a ona sama twierdziła że osobiście widziała Wielką Boginię, choć niektórzy opowiadali, że przybyła tutaj z innego świata, a potem nie potrafiła lub nie chciała tam powrócić - została pierwszą wielką kapłanką swojej bogini. Zwała się ona Azala (Azalia) i dobrawszy sobie krąg sióstr - stworzyła pierwszy Zakon kapłanek, który z czasem przerodził się w Zakon kapłanek-wojowniczek.

Tak rozpoczęła się Pierwsza Era Świątyni, gdy przybytek ten został wzniesiony w nowo założonym przez Azalę mieście - Antarii. Elitą rządzącą Nemei stał się teraz Zakon kapłanek-wojowniczek i tylko one miały prawo wejść do Świątyni, a do jej najbardziej świętego i tajemniczego miejsca - tylko trzy osoby: wielka kapłanka, wybrana przez nią następczyni oraz niewolnik pozbawiony języka (aby nie opowiedział o tym, co tam ujrzał) potrzebny do kultowych posług. Mimo to, pojawiło się wiele plotek na temat tego, co tam się znajduje. Niektórzy opowiadali, że znajdowały się tam dziwne i tajemnicze przedmioty służące do odprawiania kultu ku czci Bogini. Były tam  przyrządy zarówno do ratowania życia jak i do jego odbierania, dziwne mikstury, tajemne urządzenia i inne dziwy, które nie przetrwały do naszych czasów. Wielka kapłanka bardzo o nie dbała i każda jej następczyni miała przykazane, aby ich tajemnicę zachować do grobu. Po śmierci pierwszej wielkiej kapłanki (której rządy trwały 22 lata Pierwszej Ery Świątyni, a ona sama zmarła nie mając lat 50), jej następczynią została córka (były to bowiem czasy, gdy stanowisko wielkiej kapłanki dziedziczone było bezpośrednio w rodzie Azali) - Isilena. To właśnie ona zamieniła Świątynię w Zakon kapłanek-wojowniczek, choć objęła władzę, mając zaledwie dziesięć lat. Przez pierwsze lata wspierały ją najbardziej doświadczone i najstarsze kapłanki, lecz gdy skończyła lat 19, przejęła Isilena pełną władzę nad Zakonem i Nemeą.




Cała ziemia uprawna należała do Zakonu Wielkiej Bogini, a uprawiali ją niewolnicy, pozyskiwani dzięki zasobom srebra zgromadzonym w Świątyni, a pochodzącym ze sprzedaży płodów rolnych i z danin nałożonych na rodzimych kupców morskich. Isilena założyła również świątynne ogrody, dokąd sprowadziła do pracy najprzystojniejszych niewolników. Ona to też zmieniła dotychczasowe, przygodne kontakty seksualne kapłanek z niewolnikami, w coś bardziej urozmaiconego. Każda kapłanka mogła bowiem wybrać sobie na noc tego niewolnika, który jej się spodobał (przy czym ten sam niewolnik dwie noce z rzędu nie mógł przebywać u jednej kapłanki) i w ramach tzw. "aktu oddania" musiał zadowolić ją seksualnie. Jeśli tego nie uczynił, kapłanka miała prawo ukarać go według własnej woli (ale tak, aby go trwale nie okaleczyć). Niewolnik nie mógł też dotykać ciała kapłanki swymi rękoma, gdyż ona była emanacją bogini i dotknięcie jej ciała przez niewolnika było uważane za świętokradztwo i karane śmiercią. Dlatego też często kapłanki przed stosunkiem wiązały ręce swym niewolnikom, aby nawet przez przypadek ich nie dotknęli. Część jednak kapłanek Zakonu zakochiwała się w niewolnikach i w wielkiej tajemnicy pozwalała im się dotykać (w przypadku, gdyby wyszło to na jaw, niewolnik ukarany zostałby śmiercią, a kapłanka musiałaby opuścić Zakon w niesławie).

Kapłanka Isilena zmarła w wieku 60 lat, z czego panowała nad Zakonem lat 50. Jej następczynią została córka - Reiza. Objęła rządy mając lat 24. Miała ona jeszcze dwóch starszych braci. Jeden z nich był zarządcą niewolników pracujących na polach należących do Świątyni, drugi zajmował się handlem. Wolnym mężczyznom Nemei wolno było żenić się z innymi kobietami lub pozostać stanu wolnego. Mogli też posiadać własnych niewolników i współżyć z niewolnicami, jednak w przypadku synów wielkiej kapłanki ich małżeństwa były wcześniej specjalnie dobierane. Oczywiście kapłanki nie mogły wychodzić za mąż, dlatego też męskim potomkom wielkich kapłanek dobierano jako kandydatki na żony, córki majetnych lub slawnych Nemejczyków i rzadko kiedy żeniono ich z kobietami z innych krajów. Kapłanka Reiza znacznie rozbudowała Świątynię, dodając do niej wysoką wieżę, z której widok roztaczał się nie tylko na całe miasto Antarię, ale i na okoliczne regiony. Panowała przez 34 lata. Miała dwie córki, starszą Harimę i młodszą Enorę. Harima była wojowniczką, Enora bardziej nadawała się na kapłankę, ale matka swą następczynią uczyniła najstarszą córkę i Harima objęła władzę nad Zakonem w wieku lat 24, podobnie jak wcześniej Reiza. W tym czasie Enora miała dopiero sześć lat. Harima była pierwszą kapłanką Wielkiej Bogini, która zorganizowała ataki na sąsiednie kraje: Liwonię - piękną, skąpaną w słońcu krainę wielu rzek, jezior i urodzajnych pól; Redanię - krainę koni i jeźdźców czy Argolidę - krainę wielu miast i bogatych kupców. W tym celu utworzyła spośród niewolników tzw. korpus posiłkowy.




Jej panowanie trwało przez 27 lat i choć sama miała dwie córki: Atlantę i Isilenę, to teraz ich ciotka - Enora upomniała się o władzę. Tak oto rozpoczął się konflikt, zakończony wybuchem wojny domowej między kapłankami i po 133 latach zakończyła się Pierwsza Era Świątyni a rozpoczął okres upadku, zwany Czasem Chaosu. Spowodował on nie tylko znaczne zubożenie przychodów Świątyni, rebelię i ucieczkę wielu niewolników, ale przede wszystkim utratę świętych narzędzi Wielkiej Bogini z czasów pierwszej kapłanki Azali. Przedmioty te bowiem zostały zabrane ze Świątyni przez kapłanki wierne córkom Harimy, aby nie wpadły w ręce Enory, a potem zaginęły. Enora zdobyła Antarię i zajęła Świątynię, gdzie ogłosiła się nową wielką kapłanką. Zebrała wokół siebie niewolników z korpusu posiłkowego, stworzonego przez Harimę i obiecała im wolność w zamian za poparcie. Niektórzy twierdzą, że Enora przestała czcić Wielką Boginię, cofnęła wiele zakazów - w tym zakaz dotyku ciała kapłanki przez niewolników - i dlatego przezwano ją Enorą Uzurpatorką lub Enorą Niewierną. Tak oto w Nemei rozpoczęła się krwawa wojna domowa, która trwała sześć lat i pochłonęła wiele ofiar a kraj doprowadziła do ruiny. W pierwszym etapie Enora odniosła spore sukcesy, nie tylko wypędziła swe siostrzenice z miasta i Świątyni, ale zdobyła uznanie dla ogłoszenia siebie samej wielką kapłanką (w chwili śmierci matki Atlanta miała 22 lata a Isilena 18 i były uważane za zbyt młode do objęcia władzy najwyższej). W trzecim roku wojny, gdy wiele kapłanek zbulwersowały nowe prawa ogłaszane przez Enorę, całkowicie zmieniające te, ustanowione jeszcze przez pierwszą wielką kapłankę (ponoć nakazała wyzwolenie wszystkich męskich niewolników i poślubiła w tajnej ceremonii dowódcę korpusu posiłkowego złożonego z niewolników-wojowników) zaczęły one dołączać do obozu córek Harimy, które to stały się teraz obrończyniami prawdziwej wiary. 

Atlanta i Isilena wzmocnione w ten sposób, pokonały wojska wierne Enorze w bitwie nad potokiem nieopodal Antarii, ale nie były w stanie odbić stolicy (trzeci rok Czasu Chaosu). Próba oblężenia i zdobycia Antarii podjęta w czwartym roku, też zakończyła się fiaskiem i dużymi stratami, a dodatkowo w czasie walk śmiertelną ranę odniosła Atlanta. Teraz z córek Harimy jedynie Isilena pozostała kandydatką do tronu Wielkiej Bogini. A tymczasem Enora powiła własne dzieci. W drugim roku wojny urodziła syna - Sigberta, a w czwartym roku córkę - Nemirę. Poślubiła swego niewolnika, dowódcę korpusu posiłkowego - Eryka i z nim miała owe dzieci. Ich relacja była jednak dość dziwna, a mianowicie publicznie on okazywał jej szacunek jako kapłance Wielkiej Bogini, ale prywatnie, za zamkniętymi drzwiami ich sypialni ponoć robił z nią co chciał. Nie tylko było słychać że wydaje jej polecenia, ale miał nawet założyć jej na szyję żelazną obrożę i kazał jej chodzić przy swej nodze, jak suce. Jej ciało nosiło też liczne ślady uderzeń bicza (szczególnie pośladków), skrupulatnie ukrywane przez Enorę pod ciężkimi sukniami. Erykowi najwidoczniej sprawiało radość obserwowanie, jak jego wybranka z obolałą pupą, musi godzinami siedzieć na swym tronie i wysłuchiwać skarg mieszkańców Antarii. Czasem jak byli sami, sam siadał na tym tronie, a ją sadzał sobie na kolanach i traktował jak małą dziewczynkę. Nikt tego nie potwierdza, ale istnieją plotki, że często ona klęczała przed nim siedzącym na tronie, modląc się do niego, jak do Boga. Eryk zresztą miał zamiar koronować się na pierwszego króla Nemei, likwidując Zakon i wiarę w Wielką Boginię. Sam bowiem pochodził z krainy hybernejskiej, leżącej daleko na północy, gdzie lato trwa tak krótko że praktycznie jest to kraina wiecznego śniegu i lodu. Tam wyznawano wiarę w boga Mitrę i ten kult Eryk pragnął przenieść do Nemei.




A tymczasem nadszedł piąty rok wojny i Isilena ponownie pokonała wojska swej ciotki, lecz wciąż nie była w stanie zdobyć miasta. Wydawało się że ponowna próba oblężenia skończy się kolejną klęską i jeszcze większymi stratami. Jej nadzieja tym razem opierała się o wierne jej kapłanki, które przebywały w mieście. Miały one otworzyć bramy, gdy wojsko Isileny ukryje się w okolicznych lasach i będzie mogło pod osłoną nocy wejść do miasta. Nawiązanie kontaktów z wiernymi kapłankami zajęło Isilenie trochę czasu, ale ostatecznie w szóstym roku wojny udało się ponownie podejść pod Antarię i wierne Isilenie oddziały weszły do miasta wcześniej otwartą bramą. Nim informacje o tym dotarły do Enory, śpiącej słodko w ramionach Eryka, było już za późno aby podjąć walkę w mieście, można było tylko zabarykadować się w Świątyni, co też uczyniono. Szturm nie wchodził w grę, możliwość podpalenia także (wiązałoby się to bowiem z upadkiem całego dziedzictwa Wielkiej Bogini). Można było tylko głodem wziąć broniących się w Świątyni zwolenników Enory. Nim jednak do tego doszło, Eryk postanowił przebić się i sprowadzić odsiecz wyzwalając niewolników z terenów zajętych przez Isilenę. Niestety nie udał mu się ten manewr, zginął trafiony kilkanaście razy strzałami wypuszczonymi z łuków kapłanek wiernych Isilenie, a jego odciętą głowę pokazano Enorze. Ta, w rozpaczy, kazała zabrać dzieci i tajnymi korytarzami wyprowadzić je ze Świątyni i z miasta, a sama rzuciła się z murów w dół, ponosząc śmierć na miejscu. Tak oto po sześciu latach wojny, Isilena odzyskała dziedzictwo swej matki i objęła władzę nad miastem i Nemeą jako nowa kapłanka Wielkiej Bogini - Isilena II. Nie były to już jednak takie rządy, jak wcześniej, a okres ten zwany jest Drugą Erą Świątyni.




CDN.

niedziela, 15 stycznia 2023

KRONIKI OSHARA - Cz. I

 OPOWIADANIE FANTASY 

Z SILNYMI ELEMENTAMI EROTYKI I BDSM





ROMERIA I WELIMIR 





Witajcie szlachetni mężowie i niewiasty, którym przyjdzie czytać spisane przez mnie dzieje i opowieści z czasów sprzed Zjednoczenia. Zwą mnie Oshar i jestem kronikarzem i doradca wielkiego króla Timura - władcy Północnych Plemion, oraz szczęśliwego małżonka królowej Zemfiry - najwyższej kapłanki Wielkiej Bogini z miasta Antaria, leżącego w krainie zwanej Nemea. Piszę te słowa w czternastym roku Zjednoczenia, w siódmym dniu miesiąca Lwa. Choć wydaje się to dziś oczywiste, to że udało się doprowadzić w końcu do zjednoczenia obu tak różnych ze sobą światów, zakrawa wręcz na cud. Tylko nie wiadomo któremu z bogów należałoby za to podziękować. Jak już bowiem wspomniałem, pan mój - Timur i królowa Zemfira to ogień i woda, dzieliło ich wszystko, łączyło niewiele. Obaj żyli w innych światach - On w krainie Północnych Plemion, zwanej Romeria; Ona na Wschodzie, w królestwie Nemea, którą władał Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini. Romeria to kraina północnych gór, gdzie żyją twardzi górale, wyznający kult Boga wojny - Gunnara. Zamieszkiwali oni osady nielicznych dolin, wyciśniętych pomiędzy liczne góry pokrywające Romerię. Żyli oni głównie z najazdów i rabunków okolicznych krain, w tym również Nemei. Każdy romeryjski chłopiec od najmłodszych lat doskonalił się w sztuce władania bronią (łukiem, włócznią, mieczem i oczywiście toporem - który jest symbolem Gunnara). Śmierć na polu walki jest najwyższą chwałą i oznacza dołączenie do Świętego Kręgu Gunnara, tam, w Zaświatach.

Północne Plemiona Romerii nie zjednoczyły się i nie utworzyły miast, do czasu objęcia wodzostwa nad jednym z tychże plemion - Cymrów - przez ojca króla Timura - Welimira Mężnego lub Okrutnego (zwanego też przez niektórych Welimirem Heretykiem, jako że pierwszy dopuszczał kult innych bogów - i ponoć się nawet do nich modlił). Welimir podbił lub podporządkował swej władzy wszystkie góralskie plemiona Romerii i koronował się na pierwszego króla tej ziemi. Utworzył też silną, stała armię, którą była zdolna do rozpoczęcia podboju sąsiednich krain. Romeryjscy górale pod jego panowaniem zamienili się z hordy barbarzyńskich najeźdźców w zorganizowaną i zdyscyplinowaną armię zagrażającą wszystkim okolicznym ludom. Welimir najeżdżał też królestwo Nemei, szczególnie jeden z takich najazdów prawie zakończył się zdobyciem Antarii i likwidacją tego królestwa. Nemejczyków ocaliło tylko złożenie bogatej daniny w złocie i srebrze (ponoć na ten cel ograbiono świątynię Wielkiej Bogini z wszelkich kosztowności) oraz poświęcenia się Wielkiej kapłanki Zakonu - Tahminy, która w zamian za życie swego ludu, zgodziła się zostać żoną Welimira - przynajmniej tak to właśnie miało wyglądać. Nie na darmo jednak zwano Welimira okrutnym. Miast bowiem ja poślubić, zamknął ja w klatce w swym pałacu, w nowo zbudowanym przez siebie mieście o nazwie - Gunnaria (na cześć Boga Gunnara) i trzymał ją tam nagą, zawieszona w klatce kilka metrów nad podłogą i wypuszczał ją tylko wówczas, by zadowoliła jego pożądanie. Z czasem Tahmina (nie mają innego wyjścia) przyzwyczaiła się do życia w klatce, a raczej do tego, że mogła przebywać poza nią tylko wówczas, gdy była potrzebna Welimirowi - odtąd swemu panu życia i śmierci. Starała się więc zwrócić nań swą uwagę, chciała być potrzebna, nawet jeśli oznaczało to klęczenie u jego stóp przez kilka godzin dziennie. Robiła wszystko, aby tylko jak najmniej czasu spędzać sama w klatce.




Welimirowi podobała się jej delikatna skóra, jej kruczoczarne włosy opadające na jej krągłe, piękne piersi i nieziemskie zielone oczy, w których można było się utopić. Welimir lubił przyglądać się jej nagiemu ciału, potrafił godzinami zmuszać ją do klęczenia przed jego tronem i pozostawania w bezruchu. Szybko się do tego przyzwyczaiła, zresztą wolała to, niż przebywanie w małej klatce, w której nie mogła ani się wyprostować, ani nawet położyć. Przyzwyczaiła się że należy teraz do niego i może on z nią zrobić co tylko mu się spodoba. Sama wcześniej była wielką kapłanka i sama miała swoich niewolników i choć początkowo trudno było jej się odnaleźć w nowej roli, nie miała innego wyjścia jak szybko to zaakceptować i podporządkować się losowi. Teraz jej ciało było placem zabaw dla Welimira i nie należało już do niej. Ponieważ lubił ją oglądać w pełnej krasie jej uległości i całkowicie odsłoniętej kobiecości, karał ją chłostą bardzo rzadko, zresztą znacznie skuteczniejszym elementem dyscypliny, była obawa przed ponownym zamknięciem jej do klatki i aby tego uniknąć, gotowa była uczynić wszystko czego tylko od niej wymagał. Nie mogła patrzeć mu prosto w oczy a jedynie wzrok jej mógł sięgać do wysokości jego genitaliów.

Piersi miała jędrne choć niezbyt duże, Welimir lubił bawić się jej różowymi, nabrzmiałymi sutkami, gdy zaś miał ochotę na seks, układał ja na brzuchu na wysokim stole, tak że miał ją przed sobą ze wszystkimi jej atutami. Najbardziej lubił stosunek analny a z jej przedniej szparki korzystał bardzo rzadko, wręcz się chełpił że nie jest mu potrzebna i możnaby ją... zaszyć. Dał jej wybór, jeśli będzie mu niemiła lub opierać się będzie jego władzy, sprzeda ja handlarzom niewolników z dalekiego Kashiru - krainy położonej na Południu i zamieszkałej przez czarnoskórych koczowników, w których społeczeństwie stosuje się okaleczanie narządów rodnych kobiet. Nic dziwnego że Welimir zwany był okrutnym, a nawet on nie był pozbawiony uczuć. Z biegiem czasu, gdy uległość Tahminy stała się naturalna i przestała być wymuszana, nabrał do tej kobiety uczucia sympatii która z czasem zmieniła się w miłość. Oczywiście było to specyficzne uczucie miłości i polegało na całkowitej dyscyplinie i podporządkowaniu, ale bez wątpienia coraz bardziej zaczęło mu na niej zależeć. Spędzał z nią więcej czasu, brali wspólne kąpiele a nawet sypiali w jednym łożu (choć ona po stosunku musiała udać się do przygotowanego dla niej kojca i spała tam przy jego łożu na podłodze. Mimo to wiele się zmieniło, zniknęła klatka w której ją zamykał i pozwalał jej nosić stroje okrywające ciało, a nawet sam takowe jej sprowadzał (ale były to suknie w których zawsze miał do niej łatwy dostęp). 

Gdy zaszła w ciążę poślubił ja, a ona urodziła mu syna, któremu nadał imię Timur. To właśnie on zjednoczył oba królestwa, poślubiając kapłankę Wielkiej Bogini - Zemfirę. Nim do tego jednak doszło, warto przedstawić społeczeństwo Nemei, zarządzanej przez Zakon kapłanek-wojowniczek Wielkiej Bogini.




CDN.

UNIA POLSKO-LITEWSKO-MOSKIEWSKA - Cz. II

 "CIEKAWA"

KORESPONDENCJA





"TY KACIE NARODU LUDZKIEGO, NIE PANIE, KTÓRY PODDANYM SWOIM JAKO BYDLĘTOM, NIE JAKO LUDZIOM ROZKAZUJESZ"

Fragment odpowiedzi, wysłanej carowi Iwanowi Groźnemu przez kanclerza Jana Zamoyskiego, na list tamtego oczerniający króla Stefana Batorego
(1581)




Doprawdy ciekawa była korespondencja dyplomatyczna polsko-moskiewska (szczególnie od czasu panowania Stefana Batorego), która w te żaden sposób nie przypominała normalnej międzynarodowej korespondencji, którą wysyłały do siebie europejskie monarchie. Próżno było w niej bowiem szukać jakichkolwiek zwrotów grzecznościowych, czy chociażby szacunku dla tytułów i sprawowanej władzy. Wcześniej nie było z tym większych problemów, ale gdy w 1472 r. moskiewski kniaź - Iwan III Srogi poślubił wnuczkę cesarza bizantyjskiego Manuela II Paleologa - Zoe (Zofię) Paleolog, a biorąc pod uwagę że w 1453 r. Turcy Osmańscy zdobyli Konstantynopol - rozpoczęła się swoista moskiewska "wojna na tytuły". Już w 1474 r. Iwan (w korespondencji z biskupem Dorpatu - wówczas w państwie Kawalerów Mieczowych) ogłosił Nowogród Wielki swą "dziedziczną ojcowizną" i nazwał się: "Z Bożej łaski carem Wszechrusi". Tak powstała koncepcja "Trzeciego Rzymu" której uznanie moskiewscy władcy próbowali wymusić na sąsiednich krajach (głównie na polsko-litewskiej Rzeczpospolitej i na Szwecji). 

Moskiewskich kniaziów wspierali w tym cesarze rzymscy z rodu Habsburgów rezydujący w Wiedniu, którzy (szczególnie Maksymilian I Habsburg) nęcili Iwana III i jego syna Wasyla III, przyznaniem tytułu królewskiego (co akurat kniaziów nie zadowalało, jako że sami uważali się za następców cesarzy bizantyjskich). Taka jednak polityka cesarzy rzymsko-niemieckich drażniła polskich monarchów, którzy nie uznawali wymuszonego tytułu moskiewskich władców. W 1514 r. na niemiecką propozycję ukoronowania Wasyla, odpowiedział Zygmunt I Jagiellończyk, nakazując zamontować na kopule kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu zamkniętą koronę królewską, otoczoną stylizowaną literą "S" (od łacińskiego imienia Sigismundus - czyli Zygmunt) z Białym Orłem w środku. Miało to symbolizować równorzędną pozycję króla i cesarza i potęgę Polski wobec cesarza rzymskiego narodu niemieckiego i "cara Wszechrusi". Prawdziwe problemy zaczęły się jednak, gdy w styczniu 1547 r., młody (16-letni) Iwan IV Groźny oficjalnie koronował się na pierwszego cara Wszechrusi i jednocześnie nazwał się "namiestnikiem Boga na ziemi". Strona polska nie zamierzała tych tytułów uznawać, gdyż Iwan nadał je sobie sam, godzono się jedynie uznać go za cara Kazania i Astrachania - gdyż już wcześniej tamtejszych chanów tatarskich zwano w Rzeczpospolitej carami, ale to wszystko i też nie w oficjalnej korespondencji.




Prawdziwa wojna na tytuły wybuchła jednak dopiero po wymarciu dynastii Jagiellonów (1572 r.) i wstąpieniu na tron Rzeczypospolitej Stefana Batorego (1575 r.). Wojny z Moskwą, jakie prowadził ten król, miały bardzo sprawne przygotowanie propagandowo-informacyjne, a królewska kancelaria słała listy na europejskie dwory, informując o konieczności prowadzenia wojny cywilizacyjnej ze wschodnią barbarią (do czego kiedyś jeszcze zapewne powrócę, teraz jednak skupię się na korespondencji pomiędzy tymi dwoma władcami - Stefanem i Iwanem). Polacy nauczyli się już, że w korespondencji dyplomatycznej że wschodnim sąsiadem nie ma sensu powoływać się na podstawy prawne tytułów czy ziem i że najlepszym sposobem aby do Moskali cokolwiek dotarło, jest używanie ostrego, a często obraźliwego języka. Tak więc królewska kancelaria pisała m.in.: " Moskiewski kniaziu (...) oddaj Smoleńsk, Połock, Inflanty całe (...) i inne zrabowane przez ciebie i przodków twoich ziemie i (...) wróć na stepy swoje, skąd cię diabeł z łańcucha wyrwał (...) ty niewolniku bisurmanow". Iwan nie pozostawał dłużny, pisząc do Batorego list rozpoczynający się od słów: "Ty, sosied". Słowo "sąsiad" bardzo rozgniewało Batorego i w kolejnym liście użył on już sformułowania: "Iwanie moskiewski" bez tytułu kniazia. W 1581 r. Iwan zarzucił polskiemu królowi iż pochodzi z wyboru, a nie z dziedzicznego nadania jako "pomazaniec Boży", zatem nie jest mu równy pozycją i dostojeństwem. Zarzucał mu też zanik uczuć chrześcijańskich i stosowanie "ognistych kul" podczas bitew - "wynalazek nowy i nieludzki" jak twierdził Iwan. Na list ten, w imieniu Batorego odpowiedział kanclerz Zamoyski, pisząc: "Tobie byłoby ciężko, gdybyś się był tym sposobem nie urodził, bo byś państwa żadnego nigdy nie dostał, musiałbyś być albo pasterzem, albo zbójcą". Batory i Zamoyski posłali Iwanowi również łacińską "Kronikę Sarmacyjnej" Aleksandra Gwagnina, w której autor jasno dowodził że moskiewscy kniazie byli hołdownikami chanów perekopskich, a nie "potomkami Oktawiana Augusta" jak twierdził Iwan. Radzili mu też czytać pięćdziesiąty psalm Dawida, w którym chrześcijanin miał poznać samego siebie. 




Iwan, aby zdyskredytować polskiego monarchę, wysłał kopie jego listów na dwór wiedeński i do książąt niemieckich, gdzie zyskał zrozumienie i poparcie. W odpowiedzi Zamoyski posłał jego listy do papieża, dodając iż moskiewski władca "odpisy nasze po Niemczech rozsyła". Papież Grzegorz XIII uznał że język, jakim posługiwał się w dyplomacji Iwan, jest niedopuszczalny. Obraźliwa korespondencja trwała jednak w najlepsze przez cały okres wojny (1578-1581). Doszło nawet do tego, że po jednym z takich listów od Iwana, król Batory wyzwał go na pojedynek (1581 r.), pisząc: "Usiądź na swój koń, a porozumiemy się między sobą o czasie i miejscu, tam pokaż się mężem, jako sprawiedliwości ufasz, sami ze sobą uczynimy dwa, tak mniej krwi chrześcijańskiej będzie przelane". Oczywiście do pojedynku takiego nigdy nie doszło. Wojna została wygrana przez Rzeczpospolitą, zdobyto Połock, Wielkie Łuki i oblężono Psków, dokonano dalekiego rajdu w głąb państwa moskiewskiego i siły hetmana Krzysztofa Radziwiłła "Pioruna" rozbiły Moskali w bitwie pod Toropcem (sierpień 1581) i doszli do Wołgi. Pod Staricą do niewoli dostałby się sam car Iwan - ocalili go moskiewscy agenci, którzy poinformowali Polaków, że Iwan dysponuje tam ogromną armią, podczas gdy w rzeczywistości był bezbronny. 






W czasie podpisywania pokoju w Jamie Zapolskim w styczniu 1582 r. Moskwicyni starali się wymusić tytulaturę Iwana jako: wielkiego pana i cara. Gdy Polacy odmówili użycia takiej tytulatury, moskiewscy posłowie zaproponowali, aby nazwano go przynajmniej carem Kazania i Astrachania, powołując się, że tak tytułował go jeszcze król Zygmunt II August. Polacy zażądali więc dokumentów potwierdzających ten fakt, ale Moskale stwierdzili że zapomnieli je wziąć. Na to wystąpił Michał Haraburda, pokazując dokumenty przymierzy z wcześniejszych dekad, gdzie nie było o tym ani słowa. Poza tym Moskale domagali się dopisania do traktatu, że Iwan przekazuje Polsce nie tylko zajęte Inflanty, ale również Rygę i zamki w Kurlandii. Problem polegał na tym, że Ryga od 1561 r. była w polskich rękach (a raczej była wolnym miastem pod opieką polskiego władcy), a Kurlandia była księstwem lennym Rzeczypospolitej. Dopisanie ich do traktatu stwarzałoby okazję występowania w przyszłości o ich zwrot przez Moskwę, dlatego też strona polska nie zgodziła się na ich umieszczenie. Gdy traktat zawarto (15 stycznia 1582 r. późno w nocy) jeden z posłów królewskich Michał Haraburda - wyznania prawosławnego - namawiany przez Moskali do ucałowania prawosławnego krzyża wielkiego księcia, wybrał katolicki krzyż. Oczywiście nie dlatego, jak błędnie sądził papieski wysłannik - Possevino, iż bliżej mu było do katolicyzmu. Polski Rusin był poddanym króla polskiego - władcy, który twierdził: "Nie będę królem waszych sumień", niż prawosławnego moskiewskiego satrapy, traktującego własnych poddanych jak zwierzęta, które można upokarzać i zabijać do woli (nic zatem dziwnego że Stalin bardzo lubił Iwana Groźnego, widząc w nim zapewne personifikację własnej osoby). 




CDN.

środa, 11 stycznia 2023

UNIA POLSKO-LITEWSKO-MOSKIEWSKA - Cz. I

CZYLI 

WIELKIE POSELSTWO

ROKU 1600





"ZIEMIĘ ICH WZIĄĆ OBFITĄ, HARDOŚĆ IM UKRUCIĆ, WIARĘ I ZŁE ZWYCZAJE W LEPSZY RZĄD OBRÓCIĆ"

JAN PALCZKOWSKI
"KOLĘDA MOSKIEWSKA TO JEST WOJNY MOSKIEWSKIEJ PRZYCZYNY SŁUSZNE"
(1609)


W roku 1600 Rzeczospolita Polsko-Litewska była bodajże najpotężniejszym państwem ówczesnej chrześcijańskiej Europy. Imperium co prawda nie byliśmy nigdy, ale za to istniały ogromne możliwości, aby takie europejskie Imperium Polonorum stworzyć, zabrakło do tego tylko jednej podstawowej rzeczy - chęci. Polski bowiem charakter narodowy nigdy nie wytworzył w naszym narodzie potrzeby podboju, ekspansji i dominacji. Jeśli przeprowadzano ekspansje militarne (a w owym 1600 r. tak właśnie się stało, gdy Polacy i Rusini (Kozacy) - położyli kres rumuńskim planom zjednoczeniowym i zajęli Bukareszt dochodząc do Dunaju) to były one krótkotrwałe i nakierowane raczej na szybkie korzyści, bez planów dłuższej okupacji czy eksploatacji zajętego terytorium. Zresztą nie było potrzeby dokonywać ekspansji, gdyż rozszerzanie państwa postępowało na zasadzie dobrowolnych unii, a nie na zasadzie podboju i eksploatacji. Kraj był ogromny, na południowo-wschodnich rubieżach w ogóle nie zasiedlony, dlatego też dla każdego było wystarczająco dużo miejsca i ziemi do życia i nie potrzeba było dokonywać ekspansji czy wielkich zamorskich podbojów (jak czyniły to Hiszpania, Portugalia, Francja, Anglia czy nawet Szwecja) by zdobyć to, co i tak było na miejscu, a czego brakowało - można było sprowadzić. Kraj wówczas był bogaty a zapotrzebowanie na polskie zboże tak ogromne w Europie, że kilkukrotnie obawa jego wstrzymania prowadziła do kryzysu politycznego a nawet zapowiedzi wybuchu klęski głodu w krajach Europy Zachodniej. Ekspansja militarna była więc niepotrzebna.




Ale ekspansja nie była możliwa również dlatego, że Polacy nie byli narodem łupieżców. Jeśli miałbym nas scharakteryzować, to byliśmy podobni do owych tolkienowskich hobbitów z Shire, którzy cieszyli się spokojnym życiem i tym, co mają. Dlatego też nigdy nie mogliśmy stać się imperium gdyż umiłowanie spokoju i wolności przeczyło koncepcji silnej władzy imperialnej. Dominowało bowiem przeświadczenie o konieczności łączenia się z innymi państwami i narodami i tworzenia obopólnie korzystnych unii. A było czym się dzielić, gdyż w tamtym czasie bycie Polakiem oznaczało nie tylko dużą wolność osobistą i polityczną umocowaną w prawie, którego nawet król nie mógł złamać, ale przede wszystkim liczne przywileje. Nic więc dziwnego, że do Rzeczpospolitej ściągały wówczas tłumy Szkotów, Francuzów, Anglików, Niemców czy nawet Hiszpanów. Wszyscy bowiem chcieli żyć wolni i bezpieczni, z możliwością wyznawania takiej religii - jaką pragną, czy życia w taki sposób, jaki uważają za właściwy (i rzecz ta tyczyła się nawet tak mało istotnej kwestii, jak choćby... orientacja seksualna. W Polsce bowiem nigdy homoseksualizm nie był penalizowany i nigdy nikogo nie karano za tego typu stosunki, podczas gdy w Europie Zachodniej jeszcze w końcu XX wieku za praktykowanie homoseksualizmu można było trafić do więzienia. Homoseksualizm bowiem na naszych ziemiach nigdy nie był problemem natury prawnej, choć może czasem dowcipkowano sobie w towarzystwie, że ten czy tamten ma pewien defekt - nie może założyć rodziny).




Tak jak nie byliśmy narodem ekspansywnym, tak też bardzo często pragnęliśmy "podzielić się" naszymi wolnościami z innymi, w tym również z tymi, których uważaliśmy za totalnych niewolników władzy - czyli Moskalami, poddanymi cara. Pojawiło się też kilka propozycji zjednoczenia naszych krajów i narodów (tak, jak stało się z Litwinami czy Rusinami). Już Batory w 1586 r. proponował Moskwie unię z Rzeczpospolitą (w celu wspólnej rozprawy z Osmańską Turcją), ale jego śmierć w tymże roku i nieufność bojarów pokrzyżowała owe plany. Mimo to poeta Jan Jurkowski tak oto pisał w swym panegiryku "Hymenausie": "... kto zaś będzie taki, kto zjednoczy miłością Moskwę i Polaki?" I właśnie w 1600 r. ruszyło do Moskwy wielkie poselstwo pod przewodnictwem kanclerza wielkiego litewskiego - Lwa Sapiehy. Liczyło ono aż 1200 osób orszaku poselskiego, a celem poselstwa było przekonanie Moskwicynów do sojuszu i unii z Rzeczpospolitą. 

W tym czasie w Rosji panował car Borys Godunow. Nie był on spokrewniony z poprzednią dynastią Rurykowiczów, tak więc nie dzierżył stygmatu dziedzicznego pomazańca Bożego i miał mniej praw do czapki Monomacha, niż wiele żyjących w Rzeczpospolitej rodów, spokrewnionych z Rurykowiczami (takich jak choćby: Ostrogscy, Nieświccy a po nich Wiśniowieccy, Zbarascy, Zasławscy, Poryccy, Woronieccy, Czetwertyńscy, Ogińscy, Massalscy, Sokolscy, Puzynowie, Sołomereccy, Żyżemscy czy Szujscy). Ci jednak nie wysuwali pretensji do władzy nad schedą po Iwanie IV Groźnym i jego synu Fiodorze I. Fiodor był ostatnim przedstawicielem dynastii Rurykowiczów i panował w latach 1584-1598. Nie były to dobre dla kraju rządy a sam władca uchodził za "Bożego głupca" czyli człowieka nie do końca sprawnego umysłowo, co oczywiście nie przeszkadzało mu w sprawowaniu władzy, jako że w Rosji uważano że niedostatki umysłowe wcale nie szkodzą carstwu, a wręcz przeciwnie - służą jego chwale (i to była jedna z podstawowych różnic dzielących nasze kraje, gdyż w racjonalnej Rzeczpospolitej nie było możliwości wyboru durnia do władzy, gdyż jakakolwiek niedyspozycja umysłowa natychmiast eliminowała takiego kogoś z grona kandydatów do tronu).




Fiodor zaś był "słaby na umyśle" jak określił go kanclerz Sapieha, podczas swego wcześniejszego poselstwa do Moskwy. Ponoć cały czas się do siebie uśmiechał i bawił swymi insygniami koronnymi, a wedle Petrejusa z Erlesundy, kazał też bić w dzwony i wsłuchiwał się w ich dźwięki. Realnie więc jeszcze podczas jego panowania, krajem rządził Borys Godunow, który całkowicie podporządkował sobie ułomnego cara. Fiodor był trzecim synem Iwana Groźnego i drugim, który dożył dorosłości. Jego starszego o trzy lata brata - Iwana, ojciec zabił podczas kłótni, uderzając go posochem (okutym berłem) w głowę (1581 r.). A Iwan był rezolutnym i energicznym księciem, który miał szansę stać się silnym i dobrym władcą (podobnie jak książę Mustafa, zamordowany przez swego ojca - Sulejmana Wspaniałego w 1553 r). Najmłodszy zaś syn Iwana Groźnego - został zamordowany w wieku dziesięciu lat w Ugliczu (1591 r.) zapewne z polecenia Borysa Godunowa. Tym samym droga do władzy stanęła przed Borysem otworem, gdy w 1598 r. car Fiodor Iwanowicz zmarł. Wówczas, wbrew moskiewskiej tradycji, "przyjęto tu polską metodę wyłaniania władcy" - jak pisał amerykański badacz kultury rosyjskiej James H. Billington. Nowego cara wybrał Sobór Ziemski. Borys Godunow pragnął zreformować państwo, widząc jak wiele jest pozostałości z czasów niewoli mongolskiej i jak silne są zabobony Cerkwi prawosławnej (np. gdy w 1595 r. Godunow pragnął utworzyć pierwszy uniwersytet w Moskwie, napotkał tak silny opór Cerkwii - której przedstawiciele twierdzili że łacina zaprowadzi prawosławnych wiernych po władzę szatana, oraz że nie należy studiować ksiąg, a trzeba je palić, gdyż także są dziełem szatana - że musiał z tego pomysłu zrezygnować). 

Wszelka nauka i oświata, oraz reforma Cerkwi prawosławnej, zawsze szła do Moskwy z Ukrainy - a konkretnie z Kijowa (a tam docierały naukowe nowinki ze Lwowa i Krakowa szlakiem łacińskich misjonarzy). Wszystko, co w religii rosyjskiej było wziosłe a jednocześnie nie było tępym zabobonem, pojawiło się tam właśnie z polsko-ruskiej Ukrainy o czym kiedyś już nieco więcej pisałem. Zamiłowanie do czytania Pisma Świętego, do studiowania łaciny (która w Polsce była drugim oficjalnym językiem kraju, rozpowszechnionym nie tylko wśród szlachty, ale również mieszczan i chłopców dzięki sieci szkół parafialnych), oraz do zdobywania wszelkiej wiedzy, szła zawsze do Moskwy z kierunku polsko-litewsko-ruskiego. I to mogło nawet być korzystne dla Godunowa, ale Unia z Rzeczpospolitą i przyznanie tych samych praw bojarom, jakimi cieszyła się polska szlachta, było wielkim niebezpieczeństwem dla jego władzy. Dlatego też na niewiele zdały się apele kanclerza Sapiehy: "Myśmy z wami Słowacy (Słowianie) narodu jednego, Boga z wami chwalimy, w Trójcy jedynego". Car nie chciał słyszeć o unii i nie chciał też w Rosji żadnych wolności, dlatego też wielkie poselstwo kanclerza Sapiehy niewiele osiągnęło. Po pięciu miesiącach swego pobytu w Moskwie (październik 1600 - marzec 1601) zawarto jedynie 20-letni rozejm.

Warto jeszcze dodać, że pierwszą mapę Moskwy wykonali Polacy i Litwini, którzy przybyli tam, wraz z carem Dymitrem I Samozwańcem w latach 1605-1606. Było to wówczas ogromne osiągnięcie w Rosji, gdyż Cerkiew zdecydowanie sprzeciwiała się nauce geometrii i matematyki jako... dzieł szatana.


MOSKWA w  1612
(W 1610 r. zdobyta i obsadzona przez Polaków i Litwinów)





CDN.

wtorek, 10 stycznia 2023

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW I SERIALI - Cz. XXIV

MAKSYMILIAN "BYKU" MYRDAL 




DZIŚ MAŁY POWRÓT DO PRZESZŁOŚCI SPRZED PONAD DWUDZIESTU LAT Z SERIALU "MIODOWE LATA" I JEDNA Z NAJLEPSZYCH SCEN,CZYLI WIZYTA W DOMU KRAWCZYKÓW PIŁKARZA MAKSYMILIANA "BYKU" MYRDALA ("CIEKAWY PRZYPADEK, DOZNAŁ KONTUZJI I CAŁKOWICIE SIĘ ZAŁAMAŁ" - JAK MÓWIŁ O NIM DOKTOR ZAWISZA). WIZYTA "SPORTOWCA" ZWIĄZANA JEST Z CHĘCIĄ POZNANIA PRZEZ PANIĄ HALINĘ KRAWCZYK (W TEJ ROLI KATARZYNA ŻAK) I PANIĄ DANUTĘ NOREK (GRANA PRZEZ DOROTĘ CHOTECKĄ) FASCYNACJI, JAKĄ ICH MĘŻOWIE (KAROL KRAWCZYK/CEZARY ŻAK I TADEUSZ NOREK/ARTUR BARCIŚ) DARZĄ PIŁKĘ NOŻNĄ I WYCHODZI Z TEGO SZEREG ZABAWNYCH NIEPOROZUMIEŃ.


3:27 - "Może kompotu?"

"Nie, dziękuję, ja sportowcem jestem 😁"
 
3:35 - "Normalnie kurde jak się budzę, to pakuję łeb do wiadra i się normalnie super czuję, a dzisiaj się budzę, pakuję łeb do wiadra, a tam sucho. Normalnie kurde zapomniałem kupić żelu"

"To pan trzyma żel w wiadrze?"

"A gdzie?!" 😊

4:17 - "Co pan czuje, jak pan tak gra?"

"To zależy"

"Od czego?"

"Jak co się czuje? Jak się wszyscy umyją to się nic nie czuje". ☺




I NA KONIEC JESZCZE BONUS Z INNYM "DEGENERATEM" Z ULICY WOLSKIEJ - ROMANEM KURSKIM:



"Pod celą, pod celą, poezje się mielą..."



I "Czarna elka w kółeczku się mieni..."



DOBREJ NOCY

niedziela, 8 stycznia 2023

WŁADCZYNIE - ZAPOWIEDŹ

  KOBIETY U WŁADZY W WYBRANYCH KRAJACH EUROPY




W tej serii pragnę zająć się opowieścią o dziejach władczyń lub po prostu królowych - stojących u boku swych mężów i wspierających ich w istotnych dla państwa decyzjach. Postanowiłem na początek opisać wszystkie małżonki królów Polski, następnie Francji, potem Anglii/Wielkiej Brytanii, następnie zajmę się mało znanymi małżonkami osmańskich władców - które to nie były sułtankami (był to bowiem pierwotny okres budowy państwa osmańskiego, gdy turecku siły ani brali sobie za żony bizantyjskie, greckie i latyńskie księżniczki o których potem zapomniano). To na sam początek, potem może zajmę się jeszcze królowymi Hiszpanii (wśród których była w średniowieczu jedna Polka) i zobaczymy co dalej. 

Co się zaś tyczy polskich królowych, to jednak nie zamierzam sięgać zbyt daleko w przeszłość, a skupię się na tych kobietach, które były królowymi od czasów przywrócenia monarchii polskiej w 1320 r., pomijając cały szereg królowych, księżniczek i księżnych z okresu wczesnopiastowskiego i rozbicia dzielnicowego (o nich może też jeszcze kiedyś napiszę oddzielną serię). Postanowiłem jednak skupić się na okresie po roku 1320, ponieważ wówczas jes już zachowana ciągłość koronacyjna i każdy kolejny polski władca był wówczas koronowanym królem - a nie księciem (jak to często bywało w przeszłości), a to oznacza, że koronowane (choć nie zawsze) były i ich małżonki (ale nawet jeśli nie były koronowane, to i tak przysługiwał im tytuł królowych - jako małżonek króla).

W temacie tym, skupiał będę się głównie na samych kobietach i ich życiu na królewskich dworach (a to oznacza, że wydarzenia z nimi bezpośrednio nie związane, przedstawię w mniejszym lub większym skrócie). Wyjątek czynię jedynie dla osoby królowej Jadwigi - jako że ona panowała nie jako królowa, a jako król i choć miała męża (Jogaiłłę, Władysława II Jagielłę) to ona była najważniejszym monarchą (świadczy o tym fakt, że po jej śmierci (w 1399 r.), panowie polscy zastanawiali się, czy Jagiełło dalej może być królem. Ostatecznie uznano że nie ma sensu szukać nowego władcy (skoro stary jest jeszcze całkiem niezużyty 😁) i tak już zostało. Jadwiga była pierwszą żoną Władysława Jagiełły, ale przedłużył swój ród i założył dynastię Jagiellonów, dopiero ze swoją czwartą żoną - Zofią (Sonką) Holszańską.


JADWIGA I JAGIEŁŁO 



JAGIEŁŁO I SONKA HOLSZAŃSKA



To tyle jeśli chodzi o zapowiedź tej serii. Pierwszą królową od której zacznę, będzie więc małżonka Władysława I Łokietka - Jadwiga Kaliska (matka Kazimierza Wielkiego) i córka sławetnej Jolenty Węgierskiej (siostry św. Kingi i córki cesarzówny bizantyjskiej - Marii Lascaris). Ostatnią królową polską, będzie zaś Maria Józefa Austriaczka - żona króla Augusta III Sasa, zmarła w listopadzie 1757 r. w okupowanym przez Prusaków Dreźnie (jako że ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski nigdy się nie ożenił).




Zapraszam zatem do lektury nowej serii.


CDN.

wtorek, 3 stycznia 2023

PREZYDENT!

Z DZIEJÓW

PRIWISLENIJE





"JESTEM STARYNKIEWICZ, PREZYDENT MIASTA. PO POLSKU NIESTETY NIE MÓWIĘ, ALE ROZUMIEM. RACZ PAN WIĘC W ROZMOWIE NASZEJ UŻYWAĆ SWOJEGO JĘZYKA"

SOKRATES STARYNKIEWICZ W ROZMOWIE Z PUBLICYSTĄ ALEKSANDREM ŚWIĘTOCHOWSKIM





 Był to jeden z największych prezydentów Warszawy, a właściwie jeden z dwóch największych prezydentów tego miasta i można go porównać tylko do wielkiego Stefana Starzyńskiego (prezydenta Warszawy w latach 1934-1939), obaj bowiem zasadniczo odmienili oblicze stolicy Polski. Starzyński uczynił z Warszawy nowoczesną metropolię na miarę drugiej połowy XX wieku, zaś Starynkiewicz wprowadził miasto z XVIII bezpośrednio w XX wiek.

Sokrates Starynkiewicz, niesamowity Rosjanin, prawdziwy Warszawiak z serca i umysłu, został prezydentem miasta w listopadzie roku 1875. Miał wówczas 55 lat. Wcześniej służył w armii i brał udział w stłumieniu Powstania Węgierskiego z lat 1848-1849 (Moskwa wsparła wówczas Austrię Habsburgów w stłumieniu węgierskich marzeń o wolności i niepodległości). Następnie pełnił urząd zastępcy kancelarii gubernatora Noworosyjskiego i Besarabskiego - hrabiego Pawła Kotzube, a jeszcze wcześniej zarządzał dobrami jednego z najbogatszych ówcześnie ludzi Imperium Rosyjskiego - księcia Anatola Demidowa Sandonato (powiększając jeszcze jego majątek o kilkaset tysięcy rubli rocznie, co spowodowało że Sandonato nie chciał Starynkiewicza od siebie wypuścić). Jednocześnie sam Starynkiewicz żył bardzo skromnie i to zarówno wtedy, jak i potem, gdy był już prezydentem Warszawy  (utrzymywał się jedynie z pensji). Był kryształowo uczciwym człowiekiem (i tutaj przypomina mi się sławetna trójca: Piłsudski, Sławek, Prystor, czyli grupa wyjątkowo uczciwych - i to wręcz do przesady, przyznam się szczerze że ja chyba aż tak powsciągliwie i ubogo nie potrafiłbym żyć - ludzi. Zresztą w owej tak postponowanej przez endeków i komunistów tzw. "grupie pułkowników" było większość takich właśnie ludzi, ale ci trzej byli uczciwi aż do przesady. Marszałek Piłsudski nie pobierał pensji za pełniony przez siebie urząd Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych i miał tylko dwa niewielkie dworki - jeden ofiarowany mu przez społeczeństwo w Sulejówku, a drugi w Druskiennikach nad granicą z Litwą, który otrzymał jako żołnierz po zwycięskiej Wojnie z Bolszewikami w 1920 r. w ramach zagospodarowania wyludnionych terenów przez osadników polskich. Utrzymywał się więc właściwie tylko z wykładów, książek i ewentualnie darowizn i gdy umierał w maju 1935 r. niewiele pozostawił żonie i córkom. Jego dewizą było bowiem stwierdzenie iż nie ma prawa obciążać odrodzonego państwa swymi prywatnymi potrzebami - i to tego samego państwa, którego był jednym z największych wskrzesicieli. W ślady Marszałka poszedł Walery Sławek. Ten pułkownik Wojska Polskiego, marszałek sejmu i premier, mieszkał w małym, dwupokojowym mieszkaniu i miał problem z jego opłaceniem, a w końcu został zmuszony do jego opuszczenia na krótko przed swą śmiercią w kwietniu 1939 r. Zaś Aleksander Prystor - pułkownik Wojska Polskiego i premier, mieszkał wraz z żoną w drewnianej chacie, a jego całym majątkiem był koń. Takie to były postawy, tacy ludzie - dziś wręcz jest to nieprawdopodobne).


OD LEWEJ: WIENIAWA, PIŁSUDSKI, PRYSTOR, STACHIEWICZ



Warszawa długo czekała na takiego prezydenta, jakim był Sokrates Starynkiewicz. Miasto to zostało nieformalną stolicą Rzeczypospolitej w 1611 r., ale nigdy nie dorównało Krakowowi. Warszawa wcześniej (do 1526 r.) była siedzibą książąt mazowieckich i byla małym, słabo zaludnionym i... brudnym miastem. Stan ten praktycznie (z niewielkimi zmianami) utrzymał się aż do połowy XIX wieku. Wówczas stało się to szczególnie uciążliwe, biorąc pod uwagę jak rozwijały się miasta takie jak Wiedeń, Berlin, Rzym nie mówiąc już o Paryżu czy Londynie. Tam powstawały nowe ulice, promenady, jeździły elektryczne tramwaje, było metro a ulice oświetlano lampami elektrycznymi. Warszawa w drugiej połowie XIX wieku, wciąż jeszcze przypominała miasto z wieku XVIII. Nie było kanalizacji, ulice wciąż pokryte były "kocimi łbami", jeździły tramwaje konne a miasto miało oświetlenie gazowe. Nie dość na tym. Z powodu braku kanalizacji, jak pisał do cara Aleksandra II Paweł  Kotzube: "Nieczystości wyciekają z podwórek na ulice odkrytymi rynsztokami, wydzielając paskudne zapachy, a potem wpadają do kanałów odpływowych, zbudowanych w większości z drewna w dawnych czasach, bez jakiegokolwiek planu. Kanały te znajdują się w całkowicie niezadowalajacym stanie: gnija, często się zapadają i nieustannie są zapychane. Na dodatek kanały te nie odprowadzają wód powierzchniowych, które powodują wilgoć w domach, zalewają cmentarze  (...) jednocześnie istniejący w Warszawie wodociąg pobiera wodę z Wisły dokładnie tam, gdzie wypływają nieczystości z kanałów miejskich". 

To powodowało że woda w Warszawie była "niesmaczna" a herbata często zmieszana była z piaskiem  (szczególnie w okresach przypływu Wisły). Do tego dochodziły jeszcze problemy z higieną mieszkańców miasta (pisałem już, że w wieku XVIII i XIX Polaków ogarnęła jakąś dziwna moda na niemycie się. Jeden z najczystrzych narodów Europy od czasów wczesnego średniowiecza (wystarczy wspomnieć tylko że panujący w latach 992-1025 Bolesław I Chrobry - pierwszy król Polski realnie od 1000 r., najczęściej przyjmował swych poddanych w... łaźni), w połowie wieku XVIII stał się narodem brudasów. Już Bolesław Prus narzekał iż: "Lud nasz myje się rzadko, a kąpie prawie nigdy". Codzienna higiena ograniczała się do splukania twarzy i rąk. Nieprawdopodobna zmiana, która zaczęła się w czasach upadku państwa, tak, jakby wraz z upadkiem Rzeczpospolitej zniknęła też potrzeba dbania o czystość własnego ciała).

Sokrates Starynkiewicz zaplanował więc budowę kanalizacji miejskiej, choć napotykał na tej drodze duże przeszkody. Najpoważniejszą z nich był ostry sprzeciw bogatych warszawskich kamieniczników z bankierem Janem Gotlibem Blochem na czele. Twierdzili oni, że kanalizacja "jest szkodliwa dla zdrowia" i "zabójcza dla rolnictwa", gdyż pozbawiała je cennych nawozów (tak naprawdę jednak sprzeciw bankierów spowodowany był odmową Starynkiewicza skorzystania z ich ofert kredytowych, a finansował inwestycję z nisko oprocentowanych obligacji miejskich. Mało tego, dla dobra inwestycji Starynkiewicz wykładał pieniądze własne i swojej rodziny i cierpliwie czekał kilka lat na zwrot tej pożyczki). Pracę rozpoczęto w kwietniu 1881 r. i trwały one siedem lat. W 1888 r. Warszawa miała już 42 km. tuneli kanalizacyjnych i 107 km. rur wodociągowych, a co ważne, wszystkie surowce wykonane zostały z krajowych komponentów. Należy jeszcze dodać, że Warszawa otrzymała kanalizację wcześniej niż Petersburg, wówczas stolicą Imperium Rosyjskiego.




Nie była to zresztą jedyna zasługa Starynkiewicza dla Warszawy. Za jego prezydentury  (1875-1892) zasadzono w mieście ponad 5000 nowych drzew, odnowiono kilkanaście zaniedbanych skwerów, rozbudowano Ogród Saski i Ogród Krasińskich obsadzając je pięknami klombami. Rozbudowano też sieć szpitali i ośrodków medycznych. W 1882 r. w mieście pojawiły się pierwsze telefony, a 1884 r. Warszawa oświetlona została pierwszymi latarniami elektrycznymi. Otwarto nowe parki: Agrykolę i Park Skaryszewski, powstał rynek Mirowski. Sokrates Starynkiewicz dbał także o budowę nowych kościołów katolickich (choć sam był prawoslawnym), powstał Kościół katedralny św. Anny i Kościół Wszystkich Świętych. W 1884 r. stworzono cmentarz Brudnowski.

Za czasów prezydenta Starynkiewicza często w miejskim Ratuszu organizowano akcje dobroczynne ze wsparciem dla ubogich, dla samotnych matek z dziećmi i dla sierot. Starynkiewicz rezygnował też z pobierania należnych mu środków z różnych tytułów (wpłacając tę pieniądze do budżetu miasta - co nie podobało się jego żonie), a często nawet wydawał pieniądze własnej rodziny na zakup różnych potrzebnych sprzętów (np. pożyczył od córki pieniądze na zakup pogłębiarki dna Wisły). Starynkiewicz ostro też traktował nieuczciwych urzędników (którzy często brali łapówki za przyznawanie różnych koncesji czy zezwoleń), niszczył tym samym ich interesy, co powodowało że był przez nich bardzo nielubiany (często pisali na niego skargi do cara, zarzucając mu "polonofilstwo" lub "opolaczenie". W rzeczywistości Starynkiewicz był rosyjskim patriotą lecz jednocześnie miłośnikiem Warszawy. Uwielbiał miasto i jego mieszkańców, był serdeczny, żył cicho, skromnie czym zjednywał sobie sympatie Warszawiaków).

Gdy w 1892 r. z powodu stanu zdrowia zrezygnował z dalszej prezydentury, spotkało się to z powszechnym żalem, a jego dom na ulicy Rysiej był wciąż odwiedzany przez mieszkańców, którzy traktowali Starynkiewicza jako "prezydenta na emeryturze". Gdy zmarł w 1902 r. tłumy Warszawiaków wzięły udział w jego pogrzebie. "Rdzenny Rosjanin dzięki swej uczciwości i sprawiedliwości, humanitarnemu traktowaniu interesów ludności, jej języka i cech odrębnych, zyskał popularność w takim stopniu, że ludność miejska zwała go zazwyczaj "naszym prezydentem" i wyrażała mu wszelkimi sposobami sympatię. Tysiące ludzi, stojących na ulicach w czasie pochodu pogrzebowego, były oczywistym dowodem, ze zmarły generał był tu bardzo lubiany" - jak o Starynkiewiczu pisała warszawska prasa rosyjskojęzyczna. 




W 1907 r.  wdzięczni mieszkańcy wystawili pomnik Starynikewiczowi, który 4 czerwca stanął przy ulicy Koszykowej 81. Po odzyskaniu przez Polskę Niepodległości w listopadzie 1918 r. wszędzie niszczono pozostałości rosyjskiej bytności w mieście, ale popiersia Starynkiewicza nikt nie odważył się ruszyć. Zostało ono  zniszczone dopiero w czasie Powstania Warszawskiego w sierpniu 1944 r., ale w roku 1996 zostało odtworzone i powróciło na swoje pierwotne miejsce.




niedziela, 1 stycznia 2023

MIKOŁAJ NIE ŚWIĘTY I SIEDMIU ŁAJDAKÓW

Z DZIEJÓW

PRIWISLENIJE






"OSIEM LWÓW, CZTERECH PTAKÓW PILNUJE SIEDMIU ŁAJDAKÓW"





Dziś, jeszcze w starym roku, pragnę na krótko powrócić do tematyki rosyjskiej, ale pomijając współczesność,przenoszę się (wraz z Wami, czytelnikami tego bloga) do XIX wieku. Chciałbym bowiem poruszyć temat stosunków polsko-rosyjskich na przykładzie trzech wizyt cara Rosji - Mikołaja I Romanowa w Królestwie Kongresowym (Priwislinskim Kraju - czyli tej części ziem dawnej Rzeczpospolitej, które znalazły się pod moskiewskim zaborem), z lat 1838, 1840 i 1841, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej daty, jako że wówczas doszło do otwarcia pomnika tzw. "Siedmiu oficerów lojalnych wobec swego króla" (którym w latach 1815-1831 był właśnie car Mikołaj I). Oficerowie ci, zostali zamordowani na początku Powstania Listopadowego w listopadzie 1830 r. za odmowę przyłączenia się do owej insurekcji. Od razu też pragnę wyjaśnić (biorąc pod uwagę tytuł) że ja takich mordów nie pochwalam, tym bardziej, że ci oficerowie (Potocki, Siemiątkowski, Trębicki, Hauke, Blumer, Nowicki i Mecieszewski) zasłużyli się znacznie w czasach Napoleońskich, podobnie jak np. Józef Zajączek, w latach 1815-1826 carski namiestnik Królestwa Polskiego. Zarówno on, jak i oni są bowiem doskonałym przykładem, jak piękną kartę swego życiorysu można zamienić w... gówno). Ci zaś, którzy ich zamordowali, niekoniecznie musieli być ludźmi o szlachetnych intencjach, mimo to jednak ich postawa była wybitnie demotywująca i podobnie jak postawa późniejszych dowódców powstańczych, nie sprzyjała szybkiemu wygraniu Wojny o Niepodległość w roku 1831 i przeniesieniu walk na tereny Ukrainy, Litwy i Białorusi - ludzie ci myśleli bowiem tylko o szybkim zakończeniu walk i dogadaniu się z carem, co powodowało spory dysonans pomiędzy niezwykle bojowo usposobionym korpusem oficerskim średniego i niższego szczebla jak również całym ówczesnym Wojskiem Polskim oraz patriotycznie zmotywowaną młodzieżą (jak bowiem pisał w 1839 r. brytyjski konsul w Warszawie - John Charles Barnett: "Surowość kary (...) zwiększa tylko z każdym dniem niepopularność Rosjan, zwłaszcza w szkole silny duch narodowy ujawnia się nieustannie, a każdy dwunastoletni chłopiec ma się za patriotę"). Dlatego też postawa owych siedmiu oficerów nie mogła być powszechnie akceptowalne.

Świadczą o tym również dzieje owego monumentu, postawionego na Placu Saskim w Warszawie w listopadzie 1841 r. Wypisano na nim nazwiska siedmiu oficerów, dodając że zginęli za wierność swojemu królowi (co ciekawe, wdowa po generale Potockim, prosiła listownie cara Mikołaja, aby ten nie umieszczał nazwiska jej męża na owym cokole, twierdząc iż "nie zasłużył na taki zaszczyt", car jednak odrzucił jej prośbę). Pomnik w formie małego obelisku, miał u swej podstawy osiem spiżowych lwów, a nieco wyżej umieszczone zostały cztery dwugłowe rosyjskie orły, stąd bardzo szybko monument ów otrzymał prześmiewczą nazwę, nadaną mu przez mieszkańców Warszawy, a brzmiała ona właśnie tak: "Osiem lwów, czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków". Pomnik znajdował się pod ciągłą obserwacją (zawsze przy nim stacjonował jakuś ruski sołdat), gdyż ciągle dochodziło na nim do różnych aktów wandalizmu. Przylepiano na nim kartki (tzw.: paskiewiczówki, od nazwiska carskiego namiestnika Królestwa - Iwana Paskiewicza) z prześmiewczym przesłaniem (raz nawet taką kartkę przyklejono na plecach owego żandarma pilnujacego pomnika). Kilka razy próbowano go wysadzić w powietrze, ale ostatecznie przetrwał te wszystkie ataki i został rozebrany dopiero w 1917 r. (po abdykacji cara Mikołaja II) oczywiście za zgodą okupujących wówczas miasto władz niemieckich. Był to przedsmak tego, co miało nastąpić już po odzyskaniu Niepodległości i swoistej derusyfikacji Warszawy, prowadzonej od początku lat 20-tych XX wieku w czasie której usunięto większość rosyjskich cerkwi lub ponownie zamieniono je na katolickie Kościoły .




Tak to zatem wyglądało, ale wracając do XIX stulecia słów jeszcze parę powiem na temat wizyt cara Mikołaja w  wyżej wspomnianych latach. Otóż Powstanie w Królestwie Polskim wybuchło w listopadzie 1830 r. Był to rewolucyjny czas w całej Europie, niedawno zakończyła się Wojna o Niepodległość Grecji (1821-1829), która dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, wyzwoliła się z tureckiego jarzma. Sama zaś Turcja popadła w długotrwały konflikt z Egiptem paszy Mohameda Alego (1831-1839). We Francji Rewolucja Lipcowa zrzuciła z tronu króla Karola X, a w jego miejsce wprowadzono Ludwika Filipa z orleańskiej linii Burbonów (1830). Belgia wyzwoliła się od Holandii (1830, choć niepodległość tego kraju uznana została dopiero w 1839 r.). W Wielkiej Brytanii trwał konflikt o nowe ułożenie reprezentacji miast i rozkładu głosów w parlamencie  (zakończony ostatecznie w 1832 r.). W Hiszpanii narastała wrogość zwolenników księżniczki Izabeli - córki Ferdynanda VII i jego brata don Carlosa, zakończonej wybuchem trzech wojen karlistowskich, toczonych z przerwami w latach 1833-1876. W Italii zyskiwała popularność idea Risorgimento - zjednoczenia Włoch (Garibaldii, Mazzini). Zaś w krajach języka niemieckiego trwała zimna wojna o dominację Prus i Austrii. A poza tym jak zwykle, codzienne problemy ludzi tamtych czasów  (np. walka o ograniczenie zatrudniania dzieci w przemyśle i w kopalniach - w Wielkiej Brytanii takie prawo weszło w 1833 r. jako pierwsze w Europie) i rozbudowa sieci kolejowej (pierwsza linia kolejowa została otwarta w Wielkiej Brytanii w 1825 r. między Stockton a Darlington, w Niemczech w Bawarii w 1835, we Francji w 1837 między Paryżem i Saint- Germain, a na ziemiach polskich Kolej Warszawsko-Wiedeńska powstała w latach 1846-1847. Taka była ówczesna rzeczywistość.

Car Mikołaj I nie ufał Polakom po Powstaniu Listopadowym, które to o mały włos zakonczyloby się klęską Rosji (Armia rosyjska mając ponad trzykrotną przewagę nie była w stanie pokonać w polu Wojska Polskiego, co doprowadzało cara do furii, natomiast jego brat, wielki książę Konstanty - choć musiał uciekać przed powstańcami, cieszył się z sukcesów Polaków). Dlatego też po stłumieniu Powstania, car odebrał Królestwu Polskiemu konstytucję i zniósł jego samodzielność i odrębność od Rosji, powołując tzw. Statut Organiczny (1832 r.). Wielu Polaków sądziło, że przyjazd cara do Królestwa spowoduje pewne łaski dla kraju, jak choćby zniesienie stanu wyjątkowego, wprowadzonego w 1833 r. Jego przyjazd w lipcu 1838 r. był jednak jednym wielkim rozczarowaniem. Brytyjski poseł - Barnett tak oto pisał o polskim społeczeństwie w raporcie z 1838 r.: "Towarzystwo warszawskie, które przed rewolucją składało się ze wszystkich prawie głównych rodzin polskich, obecnie ogranicza się do niewielu, które tu jeszcze rezydują, raczej z obawy, że ich nieobecność byłaby poczytania za niechęć do rosyjskiego rządu i podany ich w podejrzenie, aniżeli z chęci włączenia się do towarzystwa w jego obecnym składzie. Rosjanie i Polacy spotykają się w towarzystwie, na pozór po przyjacielsku. (...) Rosjanie są to albo oficerowie, albo wyżsi urzędnicy cywilni. Bardzo zwraca uwagę prawie całkowity brak młodych ludzi cokolwiek znaczących (...) budzi satysfakcję obserwowanie ich właściwej postawy, która ich skłania do obchodzenia się bez zabaw w stolicy (...) z ludźmi, w których upatrują najzaciętszych wrogów swego kraju. Wiele znanych mi rodzin, osiadłych w Warszawie, żyje bardzo w odosobnieniu i nie ukazuje się nigdy publicznie - takich ludzi obserwuje bacznie policja". W takiej atmosferze przyjazd cara (i króla) była nadzieją na nowe otwarcie i nastanie lepszych czasów. Wszystko to okazało się jednak  mrzonkom.

Car przyjechał, lecz swoje kontakty ograniczył do minimum i ku powszechnemu rozczarowaniu nie spotkał się z nikim - wcześniej apelującym o audiencję, a jedynie z przedstawicielami wojska, Rady Stanu i duchowieństwa. Nie odwiedził nawet specjalnie dla niego przygotowanej wystawy wyrobów przemysłu krajowego, nie pokazał się też publiczności w czasie uroczystego przedstawienia w Łazienkach. Ogólne wrażenie tej wizyty zostało bardzo negatywnie odebrane przez mieszkańców Warszawy i jeszcze bardziej pogłębiło ich niechęć do osoby Mikołaja.

Kolejna wizyta, do której doszło we wrześniu 1840 r. też okazała się nieudana. Tym razem jednak car przyjechał z małżonką- Aleksandrą Fiodorowną. Wiele też sobie obiecywano po tej wizycie, a zakończyło się skandalem. Otóż para cesarska urządziła przyjęcie w Pałacu w Łazienkach, na które m.in. zaproszono rosyjskie i polskie damy z warszawskich rodów. Spodziewano się że oto wreszcie dojdzie do przełamania impasu i polepszenia stosunków polsko-rosyjskich i przyznania pewnych ulg dla Królestwa. Okazało się jednak że nie oto chodziło moskiewskiemu monarsze. Wszystkie damy zostały zmuszone do przystrojenia się w rosyjskie stroje, a następnie wzięły udział w uroczystości dziewiątej rocznicy zdobycia przez Rosjan Woli (na szańcach Woli w obronie Warszawy zginął we wrześniu 1831 r. gen. Józef Sowiński. Wdowa po nim, generałowa Katarzyna Sowińska była postacią bardzo szanowaną w mieście, a jej śmierć w czerwcu 1860 stała się podstawą do zorganizowania wielkiej patriotycznej manifestacji, której brutalne stłumienie, było jednym z powodów wybuchu w 1863 r.  Powstania Styczniowego). Wizyta więc pary cesarskiej zakończyła się ponownie całkowitym rozczarowaniem.






Do kolejnej wizyty cara w Warszawie doszło w listopadzie 1841 r. i było związane właśnie z odsłonięciem pomnika "siedmiu łajdaków". Początkowo planowano huczną uroczystość, połączoną z wystrzałami artyleryjskimi (przywołującymi w pamieci szturm Warszawy sprzed dziesięciu lat) oraz z iluminacjami świetnymi (fajerwerkami), ostatecznie jednak z tego zrezygnowano. 
Ograniczono się jedynie do parady wojskowej 8 tys. żołnierzy przed pomnikiem i mszy pontyfikalnej na Placu Saskim. Mikołaj bowiem nie ufał Polakom, twierdził wręcz otwarcie że nasz naród jest jawnie rusofobiczny i że powodem tego było przede wszystkim katolickie wychowanie polskiej młodzieży, dlatego też włączył budynek dawnej szkoły pijarów Collegium Nobilium w obręb wznoszonej od 1832 r. Cytadeli warszawskiej, symbolu moskiewskiego zniewolenia kraju.


BÓG WYRZEKŁ SŁOWO "STAŃ SIĘ".
BÓG I "ZGIŃ" WYRZECZE,
KIEDY OD LUDZI 
WIARA I WOLNOŚĆ UCIECZE,
KIEDY ZIEMIĘ 
DESPOTYZM I DUMA SZALONA,
OBLEJĄ JAK MOSKALE
 REDUTĘ ORDONA
KARZĄC PLEMIĘ ZWYCIĘZCÓW 
ZBRODNIAMI ZATRUTE,
BÓG WYSADZI TĘ ZIEMIĘ,
JAK ON SWĄ REDUTĘ



To tyle na dziś. Wybaczcie mi tę i kilkunastodniową absencję, ale niestety muszę jeszcze trochę odpocząć. Ja bowiem tak już mam, że jak pracuję, to pracuję - nawet parę lat bez przerwy, ale przychodzi taki czas, że potrzebuję przerwy i wtedy biorę dłuższy urlop. Wkrótce wracam z nowymi pomysłami i planami, tak więc czekajcie cierpliwie. I oczywiście:


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM MOJEGO BLOGA ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO, RADOSNEGO I SPOKOJNEGO 2023 ROKU


PS: Bardzo przepraszam za literówki,  ale związane to było z faktem iż pisałem na szybko z telefonu i nie przeprowadziłem korekty. Teraz to wszystko naprawiłem i tak też wygląda moją myśl (a pisałem to głównie z pamięci) już po korekcie.