Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻOŁNIERZE WYKLĘCI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ŻOŁNIERZE WYKLĘCI. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2025

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. XVI

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. XVI
(RETROSPEKCJA)


 Wiosną 855 r. na dwór Karola II Łysego (który coraz częściej przebywał w Paryżu) przybył władca z nieodległej Brytanii, a konkretnie z królestwa Wessexu (czyli królestwa Zachodnich Sasów) - Æthelwulf. Zdążał on bowiem na pielgrzymkę do Rzymu i po prostu drodze po drodze zatrzymał się na frankijskim dworze Karola II, gdzie został niezwykle dobrze przyjęty, a na jego cześć wyprawiano liczne uczty i bale. Zapewne już wtedy w głowie Karola zrodziła się myśl, aby swą 12-letnią córkę Judytę, wydać za mąż właśnie z owego Brytola. Tym bardziej że nie był on wcale ubogim władcą zamorskiego kraju (jak powszechnie postrzegano wówczas Brytanię i zasiedlających ją Anglów, Sasów, Jutów i Celtów), a królem potężnego Wessexu, który po pokonaniu Mercji (w 825 r.) stał się najpotężniejszym anglosaskim królestwem Brytanii. Oczywiście królestwo to (podobnie jak inne królestwa na Wyspie) było regularnie najeżdżane przez Wikingów i potwornie łupione, ale mimo to Æthelwulf był już uważany za jednego z potężnych chrześcijańskich władców. Wessex założony został w roku 519 przez niejakiego Cerdyka (inne królestwa anglosaskie powstawały na przestrzeni 150 lat od pierwszego lądowania Anglów, Sasów i Jutów w Brytanii w roku 449. I tak, królestwo Kent założone zostało jako pierwsze anglosaskie państwo w roku 467 przez wodza plemienia Jutów - Hengista. Sussex powstał w 490 r. założony przez króla Ellę. Essex założył Erkenwin w 527 r. W 547 r. król Ida zakłada Bernicję. Deirę założył Ella w 560 r. W 571 r. powstaje Wschodnia Anglia {Norfolk, Suffolk, Cambridge} króla Uffy. W 586 r. Krida założył Mercję, a w 617 r. król Edwin połączył ze sobą Bernicję i Dejrę, tworząc królestwo Northumbrii. Królestwo to też - jako pierwsze z królestw w Brytanii - przyjęło w 627 r. wiarę chrześcijańską {odbyło się to na zasadzie pojedynku na argumenty religijne, jaki zorganizował król Edwin na swym dworze. Z jednej strony stanął bowiem misjonarz z zakonu paulinów, z drugiej pogański arcykapłan i obaj mieli przekonać króla oraz innych możnych Northumbrii która religia będzie lepsza dla królestwa. Zdaniem zebranych lepszy okazał się zakonnik}).




Druga połowa V wieku, to był czas okrutnych walk pomiędzy Anglosasami, a spychanymi coraz bardziej na zachód Celto-Rzymianami (czyli zromanizowanymi Celtami). W tym czasie bohaterem tych ostatnich stał się nijaki Arthorius, Celto-Rzymianin który przez długi czas odnosił zwycięstwa nad Anglosasami (a największe z tych zwycięstw miało miejsce w roku 520 w bitwie pod górą Badon). Zapewne jest to postać realnie istniejąca, ale na jej kanwie zbudowano późniejszą legendę, która przetrwała w celtyckiej tradycji o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu. Arthorius musiał rzeczywiście dawać Anglosasom we znaki, jako że przez dłuższy czas (aż do jego śmierci) nie byli oni w stanie posunąć się na północ od Tamizy i od Colchester (według tej tradycji Arthorius miał zostać zamordowany przez swego siostrzeńca w roku 542). Nic więc dziwnego że tradycja o królu Arturze stała się potem tak popularną, gdyż wojownik który zapewne stał się przywódcą lokalnej porzuconej przez Rzym bryto-rzymskiej społeczności (legiony po raz pierwszy wycofały się z Brytanii w roku 407, ale wkrótce potem wróciły, chodź na krótko, bowiem już 410 ponownie wycofały się z stamtąd na stałe, a cesarz Honoriusz poinformował wówczas Brytów, że odtąd muszą sami zadbać o swoją ochronę, gdyż granica na Renie pruła się jak "stare galoty" a do Zachodniego Imperium wchodziły poszczególne ludy zza Renu praktycznie jak do siebie. Przez pierwsze 40 lat Brytowie jakoś sobie radzili, ale najazd Anglosasów spowodował, że zaczęli przegrywać i musieli się cofać coraz bardziej na zachód i coraz bardziej na północ, natomiast okres rządów Arthoriusa był jednym z bodajże nielicznych, podczas których Brytowie wygrywali).


31 grudnia 406 r. hordy Wandalów, Swebów, Alanów i Burgundów przekraczają zamarznięty Ren, kierując się w stronę rzymskiej Galii, jak wielokrotnie w przeszłości, z tym że teraz już nie zawrócą. Rzymski posterunek w niedalekiej Moguncji nawet nie próbuje interweniować. Mróz jest bowiem tak wielki, że żołnierzom nie chce się walczyć, a poza tym liczba barbarzyńców którzy wdzierają się przez Ren, napawa ich przerażeniem



W 789 r. właśnie do brzegów Wessexu (południowo-środkowa Brytania) dobiły pierwsze trzy okręty Wikingów (już kiedyś o tym pisałem, więc nie będę się powtarzał). Zabili oni lokalnego wójta i spalili wioskę, w każdym razie było to pierwsze spotkanie Anglosasów z Normanami. Potem był niesławny atak Wikingów na klasztor Lindisfarne w Northumbrii (793) który przeraził mieszkańców wyspy swym okrucieństwem. Po tej tragedii Alkuin z Yorku - dworski kronikarz Karola Wielkiego pochodzący właśnie z Northumbrii - zapisał w liście (będącym swoistymi kondolencjami) do króla Ethelreda: "To już około 350 lat, odkąd my i nasi ojcowie mieszkamy w tym najpiękniejszym kraju, i nigdy wcześniej nie spotkało Brytanii tak straszne wydarzenie, jak to, którego doświadczyliśmy ze strony pogan. Nie uważano też za możliwe, aby taka podróż mogła się kiedykolwiek powieść (Alkuin ma tutaj na myśli atak Normanów na Brytanię ze Skandynawii, chociaż doprawdy trudno zrozumieć jego tok myślenia, skoro sam wcześniej stwierdził, że jego przodkowie przybyli tutaj 350 lat wcześniej również drogą morską z Danii i północnych Niemiec. Może uważał że owi poganie nie są już do tego zdolni 🥴 To tak samo jak w jednym z programów "Matura to bzdura" pewien młodzieniec odpowiadając na pytanie w którym wieku odkryto Amerykę, stwierdził że w XX wieku, bo "wcześniej ludzie bali się wody", i dodał z takim wzrokiem pytający o rozum: "Ale jakąś łódkę to chyba zrobili, co?" 🤭😂 Wydaje mi się że jako społeczeństwa cofamy się w rozwoju i niedługo rozpocznie się proces dewolucji, bo trudno inaczej to zinterpretować, słuchając takich bredni). Dalej Alkuin pisał w swym liście: "Oto kościół św. Cuthberta splamiony jest krwią kapłanów Boga. Został ograbiony ze wszystkich ozdób. Najbardziej czcigodne miejsce w Brytanii zostało oddane pogańskim ludom na łup". A potem dopiero się zaczęło. Nie ma jednak sensu teraz opisywać wszystkich najazdów normańskich na Brytanię, dlatego pominę to. Natomiast warto sobie uświadomić, że ataki Wikingów na Brytanię dzielą się na trzy okres. Pierwszy okres, to okres grabieży, trwający od 793 do 851 r. Drugi to czas osadnictwa, trwający od 851 do 897 r. Ostatni okres, to - po prawie stuletniej przerwie - okres podboju, trwający od 980 do 1042 r. Powrót na tron Anglii Edwarda Wyznawcy w roku 1042 oznacza kres rządów Wikingów w tym kraju, aczkolwiek Edward Wyznawca był też przedostatnim anglosaskim królem, a jego syn  -Harold II 24 lata później poniósł klęskę w bitwie z Wilhelmem Zdobywcą pod Hastings. Normańska dynastia z północnej Francji, która od 1066 przejęła władzę, tak naprawdę rządzi po dziś dzień w Wielkiej Brytanii.

Æthelwulf był synem Egberta (syna Ealhmunda - króla Kentu, ale po kądzieli spokrewnionego również z władcami Wessexu). Egbert objął władzę w Wessexie w roku 802, gdy od prawie dwóch lat cesarzem reaktywowanego Cesarstwa Rzymskiego na Zachodzie był Karol zwany Wielkim, a w Konstantynopolu minister finansów cesarzowej Ireny - Nicefor obalił ją, wtrącił do lochu, gdzie zmarła, a sam objął władzę, zaś jeszcze bardziej na południe, Kalifacie Abbasydów w Bagdadzie władał najsławniejszy bodajże kalif - Harun ar-Raszid (taka mała retrospekcja ówczesnych głównie europejskich potęg). Egbert został królem gdy żona poprzedniego władcy Wessexu Beorhtrika - Eadburh otruła go (stało się to przez przypadek, po prostu trucizna była przeznaczona dla kogoś innego, ale niefortunnie wypił ją sam król Beorhtrik). Jej tak naprawdę niepodzielne rządy w Wessexie trwały 13 lat, gdyż to ona realnie rządziła za kulis, wykorzystując jedynie swego męża, jako swoisty parawan dla swych wpływów (gdyż kobieta nie mogła objąć władzy w krajach Anglosasów czy Franków). Ta córka króla Offy z Northumbrii była (podobnie jak jej tatuś) bezwzględna w dążeniu do utrzymania władzy. Na potęgę stosowała truciznę, usuwając niechętnych jej wielmożów, ale jej ludzie dokonywali również porwań i tortur na przeciwnikach politycznych królowej Eadburh. Gdy więc w 802 r. przez przypadek Beorhtrik wypił kielich z trucizną przeznaczony dla kogoś innego i zakończył swą ziemską wędrówkę, jej władza w Wessexie również dobiegła końca. Znając nienawiść wielu wielmożów do siebie, postanowiła opuścić kraj i udać się do Franków, na dwór Karola Wielkiego do Akwizgranu, wioząc ze sobą bogate dary dla cesarza (mające być łapówką, aby ten pozwolił jej zostać i zapewnił bezpieczeństwo, oraz spokojne i dostatnie dożywocie). Istnieje pewna anegdota, która twierdzi, że Karol Wielki siedząc wówczas na tronie, zadał jej pytanie podczas audiencji: "Kogo wolisz, mnie, czy mojego syna" który był tam również obecny. Ona odparła że wolałaby syna, gdyż jest młodszy, na co cesarz miał odpowiedzieć: "Gdybyś wybrała mnie, miałabyś również mojego syna, a tak nie będziesz miała nikogo z nas!". Ostatecznie pozwolił jej osiąść w jednym z opactw, którym władała jako przeorysza. Dysponowała również znacznymi ziemiami przypisanymi do opactwa, które realnie (choć nie oficjalnie) były jej własnością, ale nie potrafiła docenić tego, co otrzymała od losu. Bardzo szybko zaczęła sprowadzać do siebie mężczyzn (najczęściej byli to chłopi, pracujący na terenach przyklasztornych), z którymi figlowała, jednocześnie zakazując im (pod groźbą pozbawienia życia, jako że kara za spółkowanie z mniszką była surowa) mówić o tym głośno. Ale niestety jak to w życiu bywa pewien młody mężczyzna którego ona uwiodła, zaczął się tym publicznie chwalić. Jego los jest nieznany, natomiast ona straciła opactwo, stanęła przed sądem biskupim i została wygnana. Od tej pory błąkała się po Europie żebrząc o chleb. Ostatecznie zmarła w nędzy na ulicy w Pawii. Była królowa Wessexu która tak bardzo pragnęła władzy, skończyła łagodnie mówiąc - nieciekawie (ponoć przykład Eadburh był tak odstręczający dla kolejnych królów Wessexu, że odtąd nie pozwalali oni swym małżonkom tytułować się królowymi, tylko żonami króla).




Jednak podczas tej audiencji obecny był również Egbert, jako że wcześniej uciekł on do państwa Franków, gdyż król Beorhtrik (obawiając się jego praw do tronu Wessexu) ścigał go i zamierzał zgładzić. Teraz, gdy niebezpieczeństwo minęło, wrócił on do Brytanii i przez wielmożów królestwa został wybrany nowym królem. Skończyła się dynastia Bretwaldów z Wessexu, natomiast zaczęła się dynastia... królów Anglii, gdyż Egbert jest (nieoficjalnie) uznawany za pierwszego króla Anglii, jako że poczynił ogromne kroki ku zjednoczeniu królestw Brytanii (choć wydaje się że katalizatorem zjednoczenia nie był ani on, ani żaden inny Anglosas, tylko właśnie Wikingowie, przeciwko którym Brytowie jednoczyli się aby przetrwać, gdyż ich ataki były nie tylko niszczycielskie, ale przede wszystkim barbarzyńskie, jako że nie oszczędzali ani kobiet, ani dzieci. Innymi słowy ciężkie i okrutne były uderzenia zadane młotem Tora, ale prowadziły one do zjednoczenia plemion Anglów, Jutów i Sasów w jeden lud). Po przejęciu władzy w Wessexie Egbert musiał liczyć się z rzeczywistością polityczną, a ta sprowadzała się do faktu, że najsilniejszym królestwem wówczas w Brytanii była Mercja, którą od 796 r władał niejaki Cenwulf. Mercja była na tyle potężna, że kontrolowała również Kent (królestwo ojca Egberta) i Wschodnią Anglię (co prawda gdy Cenwulf wstąpił na tron, na krótko ta kontrola uległa rozluźnieniu, ale już w 798 r. Mercja ponownie odzyskała Kent). Zatem w razie wojny atak szedłby z dwóch stron, z północy i ze wschodu, należało zatem mieć się na baczności i nie prowokować konfliktu. Pierwsze 13 lat panowania Egberta upłynęło w pokoju. Prowokowanie Cenwulfa, który zawarł sojusz z Northumbrią i kontrolował praktycznie wszystkie kraje we wschodniej Anglii - byłoby wówczas szaleństwem, zresztą Cenwulf nie miał aspiracji podboju Wessexu. Dopiero w roku 815 doszło do pierwszej wojny Wessexu z królestwem Dumnonii (Kornwalia). Jej efektem był podbój Kornwalii i przyłączenie tego kraju do Wessexu. Od tej pory Wessex sięgał najdalej na Zachód ze wszystkich anglosaskich królestw Brytanii. Jedynie Wikingowie stali się prawdziwym utrapieniem zarówno Egberta, jak i innych anglosaskich królów.




Bez wątpienia podbój Kornwalii, nieco zmienił dotychczasowy układ sił w Brytanii. Potężny Cenwulf (który kontrolował również Londyn, należący do Essexu) również miał pragnienie podboju Zachodu, chcąc zdobyć Walię, ale pomimo najazdów prowadzonych na zachód od "rowu Offy" (wał ziemnego wykopanego przez króla  Offę, który miał chronić Mercję przed atakami Walijczyków), realnie nie doszło do żadnej większej kampanii wymierzonej przeciw Walii. Zresztą w ostatnich latach swego życia Cenwulf - pragnąc ukoronować swoją władzę - wdał się w konflikt z arcybiskupem Canterbury - Wulfredem, który pragnął zreformować diecezję na wzór karoliński i nie odpowiadała mu kontrola świeckiego księcia. Ostatecznie doszło do tego, że Cenwulf zawiesił Wulfreda w obowiązkach w 819 r. i aż do swej śmierci w Basingwerk we Flintshire (821 r.) już go nie przewrócił. Tymczasem Mercję ogarnęła swoista wojna domowa (a raczej wojna frakcji i koterii) których siedliskiem był pałac w Lichfield. Po śmierci Cenwulfa jego brat Ceolwulf I nakazał zamordować jego 7-letniego synka, po czym sam ogłosił się nowym królem. Napotykając jednak sprzeciw i rosnące wewnętrzne problemy, starał się porozumieć z klerem, zdając sobie sprawę, że musi mieć "dobre układy" zarówno z Rzymem jak "z Bogiem", aby spacyfikować opozycję. We wrześniu 822 r. Wulfred został więc przywrócony na arcybiskupstwo Canterbury. Niewiele mu to jednak pomogło, gdyż już kilka miesięcy później (823) został obalony w zamachu stanu przez niejakiego Beornwulfa (a stało się to z poparciem arcybiskupa Wulfreda, któremu wcześniej Beornwulf pomógł przejąć kontrolę nad kentyjskimi klasztorami - zarządzanymi wcześniej przez córkę Cenwulfa - Cwenthryth). Widząc teraz swoją sposobność do ataku, w sytuacji wewnętrznego chaosu w Mercji, Egbert ruszył na wschód i w bitwie pod Ellandun (Wiltshire) pokonał armię mercyjską i zdobył kontrolę nad Kentem, Wschodnią Anglią, Essexem i Londynem (825 r.). Od razu też Egbert uczynił swego syna - Æthelwulfa władcą Kentu (wcześniej wypędzając stamtąd wasala Mercji - Baldreda). Tak oto tron Kentu, należący wcześniej do ojca Egberta, wrócił ponownie do jego rodu.




Oczywiście Beornwulf nie pogodził się z tymi stratami i już w roku 826 najechał Wschodnią Anglię, ale zginął w jednej z potyczek, a jego wojsko zawróciło. Jego następca - Ludeka (wcześniej pełnił urząd eldormana - czyli zarządcy prowincji) powrócił już wiosną roku następnego, ale również zginął z rąk Wschodnich Anglów, niczego nie zyskując. Teraz sytuacja polityczna zmieniła się i najpotężniejszym krajem Brytanii stał się Wessex. Szczególnie zaś w roku 829 - gdy Egbert najechał Mercję i wypędził stamtąd króla Wilglafa i samemu ogłosił się władcą Mercji - wydawało się, że nic już nie stoi na przeszkodzie aby Wessex zjednoczył całą Brytanię. Okazało się jednak, że to jeszcze nie jest ten czas...








A NA ZAKOŃCZENIE TROCHĘ HUMORU: 



CDN.

piątek, 1 marca 2024

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. X

 ROLNICZA WIOSNA LUDÓW




 Trwają obecnie w Polsce i w całej Europie protesty rolników (i mam nadzieję że trwać będą aż do skutku, czyli do ostatecznej likwidacji tzw. "zielonego wału ładu"). Wydaje mi się też że za wcześnie jest aby dogłębniej opisać samo zjawisko protestów i owego rolniczego buntu (a w zasadzie już buntu społecznego, bowiem coraz więcej środowisk - szczególnie w Polsce - przyłącza się do rolników), mimo to postanowiłem napisać parę słów w tym temacie, gdyż już widać co szykuje się na horyzoncie i jak do owych protestów podchodzi nasza obecna (ale kto wie, czy tak samo nie byłoby za poprzedniej) władza. Problemy rolników są jak najbardziej realne, gdyż w oczy zagląda im widmo całkowitego bankructwa i pauperyzacji, dlatego też masowe protesty są nie tylko potrzebne ale wręcz konieczne i to jest ostateczność w wykonaniu samych rolników, gdyż to też są ludzie którym zależy na spokoju i bezpieczeństwie. Natomiast ten spokój i bezpieczeństwo został im w sposób barbarzyński odebrany przez ludzi, którzy w głowie mają jakieś marksistowskie teorie, polegające na tym, że aby chronić klimat, należy doprowadzić do likwidacji rolnictwa, likwidacji przemysłu, likwidacji transportu, a ludziom zakazać przemieszczania się bez potrzeby, latania samolotami, a nawet spożywania mięsa (parę lat temu jeden ze skandynawskich "uczonych" - oczywiście cudzysłów jest tutaj jak najbardziej zamierzony - stwierdził, że aby obniżyć poziom CO2 w atmosferze należy doprowadzić do tego, żeby rodzice po urodzeniu własnych dzieci od razu je zjadali... 🤪🤯😮‍💨 - i nie jest to wcale wymysł pacjenta zakładu psychiatrycznego, lub jakiegoś zwyrola, ten facet naprawdę do dziś jest "naukowcem") i w ogóle czerpania przyjemności z życia.

Widać jednak już wyraźnie, że rządzący nie mają żadnego planu na rozwiązanie podstawowych problemów trapiących rolników. Mało tego, nie są w stanie nic im zaproponować ani też w żaden sposób odpowiedzieć na dwa podstawowe (i w zasadzie jedyne) postulaty, jakie rolnicy już od dłuższego czasu deklarują, czyli całkowitego wycofania się z europejskiego zielonego ładu, oraz zatrzymania transportu zboża (oraz innych towarów spożywczych) z Ukrainy, czyli tak naprawdę wprowadzenia cła i nałożenia embarga na te produkty (to w przypadku Polski i krajów Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast w przypadku Europy Zachodniej i Południowej należy zatrzymać zalew europejskiego rynku produktami z Afryki Północnej). Komisja Europejska zdaje się na razie nie dostrzegać problemu. Oni w ogóle żyją jakby w innym świecie. Nasze problemy zaś dla nich są nic nie warte, bo też nasze życie jest dla nich nic nie warte, a my jesteśmy zwykłym motłochem którym można dowolnie sterować, któremu można narzucać pewne rozwiązania podjęte w zaciszu gabinetów i która ostatecznie ma być tylko bezrozumną masą, wynarodowioną, wyrwaną z korzeni, z tradycji i z jakichkolwiek zwyczajów, myślącą tylko o tym, żeby się nażreć, wyspać, pochędożyć i oczywiście pracować, pracować na naszych władców bo oni, jak ci średniowieczni królowie potrzebują masę roboczą (oczywiście już nie w takich ilościach jak dawniej, dlatego są promowane te wszystkie programy wspierające aborcję, eutanazję i i ekologizm kosztem dzietności, bowiem za dużo nas, to też niedobrze, możemy przecież się zbuntować, to po co to im?). Jak więc myśli Komisja Europejska (jeśli można ją w ogóle posądzić o myślenie). A no myśli tak samo, jak myślą genetyczni komuniści (piszę "genetyczni" bo oni mają już gotowe, poukładane w swoim umyśle projekty, jak dane sektory wygaszać i jak do tego yntelygentnie podejść).




Co więc proponuję Komisja Europejska (a co za tym idzie polski rząd) polskim rolnikom? Dopłaty. Tak, proponują im dopłaty. Mówią (i to są słowa przedstawicieli polskiego rządu, którzy w ostatnim czasie odbyli jakieś rozmowy z przedstawicielami rolników, z których oczywiście nic nie wyszło) że nawet jeśli troszkę ucierpicie na tym zielonym ładzie, to my wam to jakoś wyrównamy dopłatami "z Unii" (swoją drogą skąd się biorą dopłaty z Unii? czy Unia ma jakieś swoje pieniądze? Zadaję to pytanie ponieważ rozmowa z ludźmi spod znaku ośmiu gwiazdek, to jak rozmowa z pacjentem szpitala psychiatrycznego, ale mniejsza z tym). Oni ich chcą przekupić dopłatami, ponieważ w ich mentalności utrwalił się już taki stereotyp, że każdego można kupić i to jest tylko kwestia ceny. Przecież to co robi Komisja Europejska od dekad, to nic innego jak przekupywanie polityków (i europosłów) pieniędzmi płaconymi przez obywateli państw narodowych należących do Unii Europejskiej, po to aby ich kupić. Ile już było takich osób, które idąc do polityki europejskiej twierdzili, że idą tam po to, żeby rozwiązać jakieś istotne problemy dla rolników, górników, hutników, stoczniowców czy w ogóle dla Polaków (mówię o tym oczywiście z punktu widzenia obywatela Rzeczpospolitej), ale gdy tylko tam weszli, gdy weszli do Parlamentu europejskiego gdy zobaczyli ile pieniędzy miesięcznie wpływa na ich konta, gdy ujrzeli ten luksus (tak jak powiedziała Róża Thun gdy po raz pierwszy weszła do Parlamentu Europejskiego, że ona się tutaj czuje jak w raju. Cóż, dla człowieka który został tak obezwładniony umysłowo że wyobraża sobie że raj jest w budyneku poświęcony Altiero Spineliemu - parszywemu marksistowskiemu agitatorkowi, na którego programie m.in. zbudowana jest obecna Unia Europejska - to jak gratuluję inteligencji. Zresztą ja tego nie rozumiem, ja nie jestem w stanie pojąć tego, jak można się skurwić za pieniądze? (jakiekolwiek pieniądze, bez względu na ich wysokość). Ale to może tylko takie moje głupie moralne rozterki, skoro tyle ludzi zdołano już kupić, to wychodzi na to, że to ja jestem głupi, a nie oni). To wszystko jednak doskonale pokazuje jaki proceder od dekad stosowany był w Unii Europejskiej i jak masowo kupowano ludzi. Kupowano sobie polityków po to, żeby następnie wprowadzać w życie te wszystkie marksistowskie pomysły niszczące naród, jego tradycję, kulturę i zalewające Europę wszelkiej masy wrogimi jej hordami wyznawców Allaha. 

Tak więc plan Komisji Europejskiej i przedstawicieli naszego rządu (którzy nie są niezależnymi, wybranymi przez naród reprezentantami owego suwerena, tylko zwykłymi pachołkami Brukseli, takimi miejscowymi gubernatorami - co pokazuje chociażby reakcja Ukrainy, która nie chce rozmawiać z przedstawicielami polskiego rządu, bo wie, że nie ma o czym. Oni wolą bezpośrednio skontaktować się z Komisją i załatwić sprawę tranzytu zboża ponad głowami Polaków, po co zresztą mają rozmawiać z podwykonawcą, skoro mogą z samym szefem), jest jasny i prosty - damy  wam dopłaty (oczywiście nie bezpośrednio i nie do ręki. To nie będzie czysta gotówka którą rolnicy będą mogli przeznaczyć na co chcą, tylko - jeżeli w ogóle jakiekolwiek pieniądze pojawiłyby się na kontach rolników, to będą pieniądze ściśle regulowane. Pieniądze, które będą mogli rolnicy przeznaczyć tylko na odpowiednie, z góry ustalone i wyznaczone przez Komisję cele, a nie na przykład na ratowanie własnej upadającej działalności - co to, to nie). Czyli propozycją jest kolejny jurgielt, propozycją jest kupienie sobie pewnej grupy społecznej tylko po to, żeby ją ośmieszyć w oczach reszty społeczeństwa i jeśli dadzą się kupić, to już potem nie będą mogli protestować gdy takich kolejnych dopłat już nie dostaną. A wszystko przecież obraca się wokół tego samego wzorca wypracowanego lata temu, czyli "kupować, wykorzystywać i wyrzucać" jeżeli tylko przestaną być potrzebni, tak działa Komisja Europejska i tak działa w ogóle Unia Europejska. Rządzącym co prawda na razie nie jest to do śmiechu, bowiem rolnicy otwarcie mówią, że oni nie chcą żadnych dopłat z Unii, żadnych dopłat do rolnictwa. Chcą po prostu spokojnie gospodarzyć na swojej ziemi, a od polityków pragną tylko jednego - nie przeszkadzać! I na to rząd nie ma już żadnych argumentów, dlatego też zobaczcie co się dzieje - realnie rządzący nie wiedzą jak wybrnąć z tego problemu i miotają się, prosząc rolników żeby wstrzymali się jeszcze o kilka dni, jeszcze o tydzień, jeszcze o miesiąc, najlepiej w ogóle bo zaraz zacznie się sezon i rolnicy będą musieli wyjechać w pole, i o to właśnie chodzi. Trzeba ich zmęczyć - tak myślą rządzący. W czyim imieniu oni tak myślą i w czyim imieniu tak działają? Nie wiem (chociaż się domyślam) ale na pewno nie w imieniu Rzeczpospolitej.




Innym sposobem na zakończenie owych rolniczych protestów - który obecnie zaczyna już być realizowany - jest... wzajemne skłócenie rolników, w imię odwiecznej rzymskiej zasady "Divide et Impera" - dziel i rządź. Ostatnio wiceminister Kołodziejczak stwierdził, że postulaty rolników tak naprawdę to są bardzo różne i jedne grupy mówią co innego, inne co innego i że tak naprawdę to nie wiadomo kogo słuchać, gdyż jedni nie chcą się spotykać z drugimi i wzajemnie sobie nie ufają. Piękna prawda. A ja pamiętam jak ten człowiek jeździł po wschodniej granicy jeszcze w ostatnich tygodniach rządu PiS-u i jaki on był wtedy gieroj, jak twierdził że należy natychmiast zamknąć granicę z Ukrainą i wyrzucić zielony ład do kosza. Proszę bardzo, tylko wszedł do rządu Tuska i nagle mu się odmieniło, czyli stara zasada działa - punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To na razie tyle co chciałem powiedzieć. W każdym razie popieram całym swoim jestestwem protest rolników i mam nadzieję że najazd rolników na Warszawę - jaki zaplanowany jest na 6 marca - będzie na tyle duży, żeby wymusić na politykach uległość, bo politycy mają służyć nam, a nie mamonie i ludziom, którzy kupują ich sobie jak kiełki po to tylko, a spełniali ich żądania. Suwerenem jest naród i dopóki politycy sobie tego nie uzmysłowią, dopóty nie będzie dobrze. Mam jednak wielką nadzieję, że protest rolników zamieni się w coś większego. Nie tylko w nową Solidarność 2-0, ale wręcz w nową Wiosnę Ludów, która zmiecie całe to neomarksistowskie dziadostwo które opanowało zarówno Unię Europejską jak i poszczególne kraje. Rolnicy trzymajcie się i nie dajcie się kupić, bo utracicie na zawsze wsparcie społeczne i potem nikt już za wami nie pójdzie. Pamiętajcie o tym.





PS: Dziś jest 1 marca, czyli Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Niezłomnych/Wyklętych - oczywiście pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć i tak jak kiedyś napisałem, że jeśli my o Nich zapomnimy, to niech Bóg na Niebiosach zapomni o nas. 


CZEŚĆ ICH PAMIĘCI! 






ŻYLI PRAWEM WILKA I KĄSALI JAK WILKI




I JESZCZE JEDNO:


CZYM JEST NASZE TCHNIENIE?
ISKRĄ TYLKO!
CZYM JEST NASZE ŻYCIE?
JEDNĄ CHWILKĄ?

ALE PAMIĘTAJMY WSZYSCY:

MY JESTEŚMY... 
NIEŚMIERTELNOŚĆ!






poniedziałek, 6 listopada 2023

POWYBORCZY HUMOR - Cz. II

 CZYLI POLITYCZNE MEMY




 Ale jaja, ale jaja! należałoby powiedzieć, (parafrazując słynnego listonosza Edzia) kierując się ostatnimi rewelacjami politycznymi, które żadną rewelacją oczywiście nie są, ale dla totalnych jebaćpisów najwidoczniej jak najbardziej 🤭 Ja tak słucham sobie Tomasza Lisa i kilku innych "totalnych" i tak się w zasadzie zastanawiam - na co oni liczą? Przecież nawet jeżeli realnie Mateuszowi Morawieckiemu nie uda się z misja sformowania rządu i dojdzie do sklecenia tej żałosnej koalicji chaosu pod przewodnictwem człowieka przesłanego z Brukseli, to rząd będzie realnie dysfunkcyjny. Nie wiem jakie oni mają aspiracje i jakie mają plany co do nowego "opozycyjnego" rządu, ale należałoby im uświadomić, że przynajmniej przez kolejne prawie dwa lata nie będą w stanie nie tylko nic pozytywnego uczynić, ale również realnie zbyt zaszkodzić całej tej, tak pogardzanej przez nich "pisowskiej hołocie". Pisałem już wcześniej o tym że bez kontrasygnaty prezydenta przy akceptacji ustaw, nic realnie nie zrobią (a nie mają możliwości obalić weta prezydenta w sejmie) i tylko tak naprawdę będą sobie dryfować, póki nie dojdzie do jakichś poważniejszych wstrząsów wewnątrz owej koalicji, a dojść musi ponieważ ciężko jest pogodzić wodę z ogniem. 

Tak naprawdę nie chce mi się już nawet pisać o tym rządzie który nawet jeszcze nie powstał, a już zdążył wycofać się ze wszystkich swoich przedwyborczych obietnic (zgodnie oczywiście z hasłem, że obietnice wyborcze obowiązują tylko tych... którzy w nie wierzą 😂). Dajmy sobie więc spokój od początku tygodnia zajmować się czymś tak bardzo żałosnym, jak owa, kleciona tylko i wyłącznie wokół koryta "koalicja chaosu". Zobaczymy czy Morawieckiemu i PiS-owi uda się stworzyć rząd. Ja im kibicuję i wolałbym mimo wszystko ich niż tamtych zaprzańców (i mówię to całkowicie świadomie, choć oczywiście słowa te zapewne nie dotyczą wszystkich członków owej koalicji, ale wystarczy doprawdy kilku targowiczan żeby doprowadzić kraj do tragedii, a my już tragedii nie potrzebujemy, za dużo w ostatnich dekadach tego było). Przed nami 11 listopada czyli Marsz Niepodległości, niestety najprawdopodobniej nie będę mógł w nim uczestniczyć (choć bardzo bym chciał, ale z powodu pewnych - niezależnych ode mnie i jednocześnie mocno mnie frustrujących- a niestety ważnych kwestii zawodowych, nie będę mógł być tego dnia w Warszawie. Smuteczek). Zobaczymy, może się uda i może wpadnę choć na parę godzin, a jest to ważne chociażby dlatego że przed nami stoją wybory egzystencjalne, wybory czy Polska w ogóle (jak również inne kraje Unii Europejskiej) mają jeszcze prawo istnieć. Co prawda żyjemy w innych epokach i - przynajmniej na razie - nie musimy stawać z bronią w ręku w obronie Ojczyzny i mam nadzieję że tak pozostanie, ale te dni są tak symboliczne, że nieco mi się tutaj przypomina ta samotna walka Żołnierzy Wyklętych o Wolną Polskę w latach totalnego zniewolenia komunistycznego i sowieckiej okupacji Polski po II Wojnie Światowej. Mimo wszystko jednak uważam że dzisiaj stoimy na nieprawdopodobnie wyższym poziomie i tak naprawdę to my dziś rozdajemy karty dotyczące naszej przyszłości, nie będąc jednocześnie skazani z góry - tak jak skazani z góry byli Tamci, walczący do ostatka Żołnierze II Rzeczpospolitej.




Jednocześnie chciałbym od razu podkreślić że nic dwa razy nie zdarza się w taki sam sposób choć historia może się powtarzać i za naszego życia nie powtórzy się tragedia Żołnierzy Niezłomnych. I to nie tylko za naszego życia, ale w przeciągu kilkudziesięciu a prawdopodobnie kilkuset kolejnych lat, w których Polskę czy też Nową Rzeczpospolitą, czekają lata nieprawdopodobnej chwały. Dlatego zakończę ten dzisiejszy wpis słowami, które kieruje zarówno do niejakiego Miedwiediewa z Moskwy, jak i byłego ambasadora Niemiec w Polsce pana Loringhovena - nigdy już ani Moskal ani Niemiec nie stanie na polskiej ziemi, wybijcie sobie to z głowy i zacznijcie wreszcie myśleć jak ocalić wasze własne kraje i narody przed tym, co wkrótce je czeka. A teraz zapraszam na polityczne i humorystyczne memy:





GDZIE MASZ SERDUSZKO?! 🤭😂





NIEDAWNO - 9 PAŹDZIERNIKA MINĘŁA 413 ROCZNICA ZDOBYCIA PRZEZ POLAKÓW MOSKWY. TAK GWOLI PAMIĘCI





WYBIERAJ ROZWAŻNIE SWOJE WYCIECZKI, BO MOŻESZ TRAFIĆ NA BIURO PODRÓŻY "MASKWA TRAVEL"





A CO TO SIE STAŁO SIE W TY EUROPIE?!





A TAK W OGÓLE, PAMIĘTAJMY!





MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI 2023







piątek, 3 marca 2023

MY SIĘ NIGDY NIE PODDAMY!

 TEN PODŁY CZAS




O BOŻE KTÓRYŚ JEST NA NIEBIE,
 ZAPOMNIJ O NAS,
 JEŚLI MY ZAPOMNIMY O NICH 






Ponieważ wcześniej nie zdążyłem się wyrobić z tym tematem, nadrabiam teraz okolicznościowym wpisem z okazji 1 marca, czyli Dnia Żołnierzy Niezłomnych (zwanych też Wyklętymi). 

 
Czas Niezłomnych! Co to był za czas w jakim przyszło żyć tym ludziom? Tak naprawdę nie różnił się on wiele od dekad zaborów czy nawet niemieckiej okupacji z czasów II Wojny Światowej - w każdym z tych okresów bowiem znajdowali się ludzie, którzy gotowi byli poświęcić swoje życie w walce o niepodległą i wymarzoną przez nich Polskę. Jednak Żołnierze Drugiej Konspiracji (czyli Powstania Antykomunistycznego) znacznie różnili się zarówno od owych pięknoduchów, którzy w XIX wieku licząc na pomoc jedynie Opatrzności i natchnionych romantyczną poezją - wzniośle wypowiadali wojny zaborcom (szczególnie Moskalom), jak również od żołnierzy Armii Krajowej z czasów II Wojny Światowej. Niezłomni różnili się, gdyż Powstanie Antysowieckie przybrało zupełnie inny charakter zarówno od powstań XIX-wiecznych (nawet tego Styczniowego z 1863 r.) jak i z czasów konspiracji Drugo-Wojennej. Różnice były oczywiste, przede wszystkim Niezłomni/Wyklęci byli partyzantami i nie mieli jednej stałej organizacji koordynującej ich działania, tak, jak było to podczas II Wojny Światowej. Nie było wielkich zrywów ani bitew, gdyż Żołnierze Drugiej Konspiracji doskonale zdawali sobie sprawę ze swojej niewielkiej liczebności (mniej więcej w szeregach Żołnierzy Powstania Antysowieckiego walczyło od 1944 do 21 października 1963 r (gdy podczas obławy na Lubelszczyźnie zamordowany został ostatni Niezłomny - czyli sierżant Józef Franczak pseud. Lalek) jakieś 20 000 ludzi plus następne dwa razy tyle stanowiło ich bezpośrednie zaplecze. Oni doskonale zdawali sobie sprawę że nie mają najmniejszych szans w bezpośrednich starciach bojowych z wrogiem, który dysponuje czołgami, lotnictwem, ciężką artylerią i każdy ich tego typu zryw zakończyłby się totalną masakrą (niestety tak jak miało to miejsce w czasie Powstania Warszawskiego). Ich jedyną nadzieją na zmianę położenia była wizja wybuchu wojny Stanów Zjednoczonych i Aliantów Zachodnich ze Związkiem Sowieckim, i ta trzecia wojna światowa była przez nich wyczekiwana z jeszcze większymi nadziejami, niż ta Pierwsza która przyniosła Polsce niepodległość.

Ale trzecia wojna światowa nie wybuchała, Zachód dawno zapomniał o Polakach, zapomniał o obrońcach brytyjskiego nieba z 1940 r., zapomniał o "szczurach" z Tobruku którzy utrzymali tę libijską twierdzę w sytuacji wręcz beznadziejnej, zapomniał o tych, którzy złamali kod Enigmy a następnie przekazali te rozszyfrowane już kody Brytyjczykom, którzy potem w Bletchey Park mieli już ułatwione zadanie w rozszyfrowywaniu niemieckich tajnych depesz, Zachód zapomniał o zdobywcach Monte Cassino dzięki czemu otwarta została droga do Rzymu, oraz o tych, którzy pierwsi dopadli "Bismarcka" i wskazali Brytyjczykom miejsce jego położenia by ci mogli go zatopić. Wreszcie zapomniano o tych, którzy dostarczyli do Londynu gotowe plany niemieckich rakiet V1 i V2 które w 1944 r. ponownie bombardowały Londyn, a przed tymi rakietami nie było ucieczki i nie można ich było strącić. W 1940 r. Brytyjczycy wierzyli głęboko że ich obrona przeciwlotnicza da sobie radę z niemieckimi maszynami Luftwaffe, ale w 1944 żadna maszyna nie była w stanie zniszczyć rakiety V1 czy V2. Gdyby Niemcy użyli tych rakiet w Normandii w czerwcu 1944 r. podczas alianckiego desantu to byłaby katastrofa i nie byłoby co zbierać z alianckiej floty. Polacy zaś (a dokładnie wywiad Armii Krajowej - który był bodajże najlepszym wywiadem alianckim II Wojny Światowej o czym świadczą chociażby raporty zarówno Brytyjczyków jak i Amerykanów, którzy całkowicie opierali się na danych wywiadowczych Armii Krajowej) przekazali do Londynu dokładne współrzędne oraz mapy tych śmiercionośnych broni. A w 1946 r. Brytyjczycy zabronili Polakom nawet udziału w paradzie zwycięstwa w Londynie, gdyż tego właśnie życzył sobie Stalin, a Brytyjczycy chcieli mieć dobre relacje z wujkiem Joe. Wojna dobiegła końca i wszyscy radowali się z odniesionego zwycięstwa, wszyscy? No właśnie.




Po zakończeniu II Wojny Światowej Żołnierze Armii Polskiej na Zachodzie, członkowie rządu emigracyjnego w Londynie i wszyscy, którzy znaleźli schronienie na tej "Wyspie ostatniej nadziei" lub potem w USA czy Kanadzie, wszyscy ci byli namawiani przez miejscowych:  "Wracajcie do domu, do siebie, wojna już się skończyła". Tylko że wracać nie było już dokąd. Kraj został zajęty i był realnie okupowany i eksploatowany przez Sowietów. Owszem, narody były już zmęczone długą wojną i pragnęły wreszcie zaznać pokoju wrócić do normalnego życia, choćby nawet na gruzach własnych domostw tak jak to było w Warszawie w Londynie czy w Dreźnie (oczywiście nie ma co tutaj porównywać Drezna z innymi miastami zniszczonymi przez Niemców, gdyż to Niemcy byli sprawcami wybuchu wojny światowej, więc zniszczenie Drezna przez aliantów było wynikiem ich własnych decyzji - gdyby bowiem nie rozpoczęli wojny i eksterminacji na masową skalę nie-aryjskich narodów (takich jak Żydów czy Słowian) Drezno by przetrwało w nienaruszonym stanie). Nic więc dziwnego że istniała bardzo silna presja jak i potrzeba ułożenia sobie życia na nowo, w powojennym świecie w którym wreszcie zatriumfował pokój. Ale w Europie Środkowo-Wschodniej nie było powrotu do normalności, nie było normalnego życia nie było pokoju, była nowa, sowiecka okupacja i tylko garstka żołnierzy II Rzeczpospolitej i tych, którzy walczyli w konspiracji w czasie II Wojny Światowej wystąpiło do nierównej walki z tym sowieckim morderczym belzebubem. 




Znając jednak siłę nowego okupanta i brak jakiejkolwiek pomocy z Zachodu, ktoś mógłby pomyśleć że ta walka z góry skazana na przegraną była kontynuowana przez jakiś fanatyków albo samobójców. Nic bardziej mylnego. Ci ludzie niczego bardziej nie pragnęli niż odłożyć broń i wrócić do swych rodzin, swych żon, dzieci, matek, ojców - ale nie mogli (i też nie dlatego, że trzymała ich jakaś przysięga - choć oczywiście przysięgę składali niektórzy jeszcze w czasach II Rzeczpospolitej, inni już podczas wojny a jeszcze inni po jej zakończeniu, widząc panujący sowiecki terror - lub też konieczność walki o niepodległość w sytuacji tak beznadziejnej że nie było sensu podejmowania nawet jakiejkolwiek próby oporu. Ale ujawnienie się i złożenie broni było najgorszą rzeczą jaką mogli zrobić, już lepiej by postąpili gdyby od razu strzelili sobie w głowę, przynajmniej nie cierpieli by  mąk zadawanych podczas przesłuchań w Urzędzie Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej czy NKWD. W filmie "Wyklęty" z 2017 r. jest taka symboliczna scena gdy główny bohater namawiany jest przez swoją kobietę, matkę jego syna - aby ujawnił się i by mogli wreszcie normalnie ze sobą żyć, tak jak inni ludzie. Jego odpowiedź brzmiała: "Nie dadzą nam" i jest w tych słowach odpowiedź na wszelkie pytanie dlaczego ci ludzie tak walczyli do samego końca i dlaczego nie decydowali się ujawnić aby potem nie trafić w ręce katów takich jak choćby Piotr Śmietański funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa i morderca majora Hieronima Dekutowskiego "Zapory" (za każdego zamordowanego w ten właśnie sposób - strzałem w potylicę) dostawał Śmietanki do ręki 1000 zł, przy czym ówczesna pensja nauczyciela wynosiła 600 zł). Major Dekutowski zaś - młody mężczyzna - który 7 marca 1949 r. prowadzony był na miejsce swej kaźni, nie przypominał już człowieka. Jego włosy były siwe jak śnieg, większość zębów miał wybite, jego twarz była tak opuchnięta że trudno było dostrzec oczy, miał złamany nos, ręce pogruchotane, palce wyrwane ze stawów wraz z paznokciami, połamane miał żebra tak iż z trudem mógł się poruszać i mówić a mimo to ostatnie jego słowa brzmiały: "My się nigdy nie poddamy!"




Jednak w ich głowach musiała pojawiać się i taka myśl: "Mówią że nadzieja umiera ostatnia, ale co zrobić gdy już dawno umarła a my wciąż żyjemy". Dlatego też uważam że my dziś jesteśmy winni tym ludziom pamięć nieśmiertelną i wdzięczność za to, że po prostu byli, gdyż, tak jak mawiał gen. Patton: "Nie należy opłakiwać poległych, powinniśmy raczej dziękować Bogu że tacy ludzie kiedykolwiek żyli" Amen!




czwartek, 15 września 2022

ZABAWNE SCENY Z POLSKICH FILMÓW - Cz. XXIII

 DZIŚ BARDZIEJ KRINDŻOWO I ŻAŁOŚNIE,

NIŻ ZABAWNIE

 
 Dziś krótko, bo temat, jaki zamierzam poruszyć, nie nadaje się na zbyt długi opis. A mam na myśli nowy film (komedię?) z udziałem Borysa Szyca w jednej z głównych ról, pt.: "Kryptonim Polska". Filmu nie oglądałem w kinie więc nie zamierzam przeprowadzać tutaj jego recenzji, a jedynie napisać kilka słów o tym, co ja o tym myślę. Film oczywiście opowiada o jakimś zauroczeniu chłopaka należącego do jakiejś (komiczno-żałosnej) organizacji narodowo-radykalnej i dziewczyny, będącej klasyczną lewaczką (takiej typowej Juleczki?!). Nie o tym jednak, tylko o konwencji w jakiej ów film został pokazany. Ja oczywiście nie muszę tutaj powtarzać się i specjalnie deklarować iż nigdy nie byłem i nigdy nie będą narodowcem, gdyż jak patrzę na ludzi pokroju pana Jabłonowskiego/Olszańskiego to dosłownie mam odruch wymiotny i zastanawiam się - co to właściwie jest (ok. Jabłonowski nie jest klasycznym narodowcem, a jedynie takowego udaje aby wzbudzać popularność, choć niestety to jego umiłowanie Moskwy, ruskiego miru i całego tego wschodniego gówna - wydaje się być prawdziwe i naturalne). Rozumiem też, że wśród narodowców kierunki wyznaczone przez tzw.: "dmowszczyznę" są swoistą kanoniczną Biblią (zawsze zresztą miałem alergię na wszelkiego typu nacjonalistyczne treści). Ale mimo wszystko wśród narodowców nie ma przecież idiotów (? - a przynajmniej nie ma ich tam wielu). Zresztą są różne nacjonalizmy w zależności od kraju, regionu, kontynentu, kultury, tradycji czy historii i nie ma jednego, wspólnego mianownika, którym można by określić narodowca. Są więc różne nacjonalizmy, lepsze i gorsze (najgorszy z możliwych jest nacjonalizm niemiecki, gdyż zawsze łączy się z nienawiścią rasową; równie zły jest nacjonalizm rosyjski). Nacjonalizm polski nigdy nie był rasistowski (to znaczy... był... w formie retorycznej, ale na tym koniec. Tym bardziej że jeszcze w Dwudziestoleciu Międzywojennym najwięksi antyżydowscy krzykacze byli najbardziej zaprzyjaźnieni z żydowskimi kupcami czy przedsiębiorcami. Były takie przypadki wśród polskich narodowców - wcale nie rzadkie - że na wiecach mówiono jedno, a prywatnie postępowano zupełnie inaczej. Zresztą podczas Wojny i niemieckiej okupacji Polski, w domach narodowców ukrywało się wielu Żydów. Taki był ten polski nacjonalizm - jakże koślawy w porównaniu do rasistowsko-szowinistyczno-zbrodniczego nacjonalizmu niemieckiego).
 
I mówię to, jako osoba, która postrzega nacjonalistów za "krzykaczy" (niekiedy niebezpiecznych - bowiem warto przyjrzeć się tamu, co Dmowski robił w lipcu 1920 r. i jak licząc na upadek Polski pod bolszewickim najazdem, szykował się do oderwania Wielkopolski, aby móc tam uczynić z siebie swoistego zbawcę narodu". Zbawcę? Gdyby Piłsudski nie skopał tyłka bolszewikom pod Warszawą i nad Niemnem, to Dmowski mógłby co najwyżej pierwszym pociągiem uciekać do Francji - i to w najlepszym przypadku). Za ludzi w dużej mierze nienadających się do geopolitycznych rozgrywek, rozumianych w kategoriach większych niż zarząd "małym, piastowskim państewkiem". Mimo to, nawet oni nie zasłużyli, aby pokazywać ich w taki sposób, w jaki zostali przedstawieni w tym filmie. Owszem, to jest komedia, ale jakoś dziwnie temat związany z ideą narodową zawsze robiony jest "na jedno kopyto", tak, jakby ludzie, którzy decydują o grantach przyznawanych na kolejne filmy, tkwili mentalnie w epoce PRL-u (a być może nawet stalinizmu). Zresztą nie ma się czemu dziwić, skoro wiele do powiedzenia w Polskiej Akademii Filmowej stoją ludzie pokroju Agnieszki Holland (czy też jej córki). Ci ludzie żyją w świecie swoich własnych fobii, własnych propagandowych kalk, które zostały im albo wbite do głowy, albo też sami ukształtowali sobie taki obraz polskich (i nie tylko polskich, bo dla tych ludzi nacjonalizm jest tylko jeden i zawsze jest z gruntu ZŁY!). Nacjonalizm to nie moja bajka, ale komunizm, komunistyczne myślenie i lewackie kalki przykładane do wszystkich, którzy nie są jednakowo-myślący, którzy nie podzielają lewicowo-lyberalnej wizji świata ("lyberalnej" bowiem z prawdziwym liberalizmem te lewackie wypociny mają niewiele, albo zgoła nic wspólnego) to dla mnie większe zagrożenie dla Wolności, Godności i Podmiotowości każdego człowieka, niż jakiekolwiek nacjonalistyczne hasła. I to toporne, uporczywe zestawianie Hitlera z nacjonalizmem, konserwatyzmem czy ogólnie rzecz ujmując - "prawicowością", jest po prostu żałosne. Hitler nigdy nie był żadnym konserwatystą, nie był żadnym prawicowcem, ani też (co wielu może zdziwić) nie był nawet nacjonalistą (co oczywiście nie znaczy, że w NSDAP takowych szowinistyczno-wielkoniemieckich nacjonalistów nie było, wręcz przeciwnie). Hitler był rasistą, marksistą, ksenofobem i człowiekiem chorym z urojenia (a przede wszystkim bandytą) żyjącym w świecie stworzonych przez siebie mitów i zaklęć.
 
Ale, dla ludzi pokroju pani Agnieszki Holland to nie ma żadnego znaczenia. Ona też (jak zapewne większość członków Polskiej Akademii Filmowej) żyje w oparach swoich własnych mitów i zaklęć, które stały kalką, przez jaką postrzega świat. Dowodem tego jest fakt, iż filmy o Żołnierzach Wyklętych nie mogły doczekać się wsparcia ze strony PAF, a takie chałtury jak "Ida", "Pokot" czy "Pokłosie" - jak najbardziej, a poza tym uznane zostały za "wybitne osiągnięcia polskiej sztuki filmowej". To też pokazuje, w jakim kraju my wciąż żyjemy. Niemcy od 1949 r. budowali kraj opierając się na kadrach byłych nazistów (bo innych elit Niemcy wówczas nie mieli, szczególnie jak 99 % niemieckiego społeczeństwa zgodnie wołało - wyciągając przed siebie prawą dłoń: "Deutschland, Deutschland über alles"), tak samo my, po 1989 r. budowaliśmy "nową Polskę" w oparciu o dawne kadry komunistyczne lub postkomunistyczne (jedne i drugie ściśle ze sobą powiązane), bo po prostu innych nie było, gdyż albo zostały zmarginalizowane, albo wysiedlone, albo wymordowane, albo też same musiały opuścić kraj. Pozostali jedynie ci, którzy albo nie mogli stąd uciec (po 1945 r.) albo też naiwnie wierzyli w sprawiedliwość dziejową i w to "żeby widzieć, padając w ataku, Polskę wolną i czystą jak łza" Kończyli potem z przestrzelonymi czaszkami, po nieprawdopodobnie brutalnych mękach, jakie zgotowali im ludzie o mentalności Hitlera, Stalina i... pani Holland.
 
 


 
 
To tyle, co miałem do powiedzenia na temat mentalności ludzi, każącej im tworzyć takie badziewia. Mimo to - nieco na przekór - umieściłem ten film w "Zabawnych Scenach..." tylko dlatego, że w zwiastunie jest kilka humorystycznych scen (jest to jednak śmiech przez łzy, wiedząc w jakim celu i z jakim nastawieniem zostało to nagrane). Film jednak już wydaje się być żałosny (o czym świadczą komentarze pod jego zwiastunem), ale - w przeciwieństwie jednak do serialu Władca Pierścieni: Pierścienie Władzy - które są nie tylko filmowym badziewiem, ale wręcz swoistym nieporozumieniem - film: "Kryptonim Polska" mimo wszystko może mieć sporą oglądalność, a to choćby dlatego, że ludzie po pierwsze będą chcieli się pośmiać, a po drugie na własne oczy zobaczyć jak przeciwnicy wszelkich stereotypów spod znaku sierpa i młota (a dziś tęczowej flagi), sami nie potrafią wyzwolić się od swoich własnych, toksycznych stereotypów.
 
 
 
A OTO ZWIASTUN FILMU:  
"KRYPTONIM POLSKA"
 
 
 
0:22 - "BĘDĄ DZIEWCZYNY?... BO W ZESZŁYM ROKU TO BYŁY"
"NIE BĘDZIE DZIEWCZYN BO SĄ CHORE I NIE ODBIERAJĄ TELEFONU"
 
0:32 - "MÓWIŁEM CI, ŻE WRÓCĄ (W DOMYŚLE: NIEMCY)
"NIE, NIE - POLSKA WALCZĄCA" 😏
 
0:55 - "BÓG BYŁ BIAŁY"
"BYŁ? A MOŻE BYŁA?"
"JAK? NIEMOŻLIWE! WTEDY NIE ZAPŁODNIŁBY MARII, TYLKO JÓZEFA" 😂
 
2:00 - "SZAMPAN SIĘ SKOŃCZYŁ"
"JA PÓJDĘ"
NIE! JAK MOŻNA ZAPOMNIEĆ ZAŁOŻYĆ MAJTKI?!"
 
2:10 - "BĘDZIE SZACUN NA DZIELNI"
"NIE MÓW TYCH MURZYŃSKICH GADEK, MÓWMY RACZEJ: "KU CHWALE NA KWARTALE" 😊 
 

 
 
I DRUGI FRAGMENT:
 
 
0:00 - "MOIM ZDANIEM NIE ŻYJE"
 "NIE WIEM, MORDO!"
"MARIUSZ BĘDZIE WIEDZIAŁ - MARIUSZ! HITLER ŻYJE?" 😂
"H...J WIE, NIE WIADOMO"
"ALE URODZINY MOŻNA MU WYPRAWIĆ"
 
 
 

środa, 13 lipca 2022

WOJNA 39 - Cz. X

NA PODSTAWIE RELACJI RZĄDOWYCH,

INSTRUKCJI I ARTYKUŁÓW PRASOWYCH

DZIEŃ PO DNIU

od 5 stycznia do 27 grudnia 1939 r.





NIECHCIANY SOJUSZ

CZYLI RELACJE POLSKO-NIEMIECKIE

(1934-1939)

Cz. VII



 



ZBLIŻENIE POLSKO-SOWIECKIE
(1932)
Cz. VI
 
 
 
NIEPEWNY POKÓJ I NOWA "WOJNA"
(UKRAINA - BIAŁORUŚ - LITWA)
 
 
 Po raz pierwszy niepodległość Białorusi ogłoszona została przez Radę Białoruskiej Republiki Ludowej (powstałej 9 marca 1918 r. z przemianowania Komitetu Wykonawczego Rady I Wszechbiałoruskiego Zjazdu, który 21 lutego ogłosił się najwyższą władzą cywilną na Białorusi) 25 marca 1918 r. Nowe państwo obejmować miało ziemie Mińszczyzny, Witebszczyzny, Mohylewszczyzny, Grodzieńszczyzny (z Białymstokiem), oraz część Wileńszczyzny, Smoleńszczyzny i Czernihowszczyzny, jednak od samego początku nowe państwo napotkało problemy nie tylko z międzynarodowym uznaniem dla Białoruskiej Republiki Ludowej, ale nawet z akceptacją jej granic, czy choćby samego istnienia. Polacy, Litwini czy Rosjanie chcieli budować własne państwa, a teren Białorusi był w ich planach częścią składową odrodzonych republik (w przypadku Rosjan po pokonaniu bolszewików). Realnie więc władza Rady Białoruskiej Republiki Ludowej szybko została zmarginalizowana, tym bardziej gdy na Białoruś wkraczały kolejno wojska bolszewickie i polskie. Po raz drugi odrodzenie Białorusi (w pewnym związku federacyjnym z Polską) próbował stworzyć gen. Stanisław Bułak-Bałachowicz, który (w porozumieniu z Borysem Sawinkowem, a także przy wsparciu dowództwa Wojska Polskiego, które pomagało uzupełnić skład liczebny oddziałów Bułak-Bałachowicza) 25 października 1920 r. przekroczył granicę rozejmu w Wojnie polsko-bolszewickiej, ustaloną w preliminariach ryskich 12 października 1920 r. (zawieszenie broni na froncie weszło w życie 18 października). Od razu też Bułak-Bałachowicz wydał dwie depesze. W Pierwszej - wystosowanej do Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego - powiadamiał, iż przystępuje do walki o niepodległą Białoruś (tak naprawdę bez inicjatywy Piłsudskiego i ludzi z jego otoczenia, sformowanie armii Bułak-Bałachowicza byłoby niemożliwe, a to oznacza że Piłsudski nie godził się z warunkami pokoju uzgadnianymi przez reprezentantów sejmu w Rydze i poprzez fakty dokonane próbował zmienić owe warunki. Tak udało mu się uczynić w Wilnie poprzez akcję "zbuntowanych" wojsk gen. Żeligowskiego i tak samo próbował uczynić w kwestii polskiego Mińska, za sprawą równie "zbuntowanych" formacji gen. Bułak-Bałachowicza); w Drugiej zaś depeszy, skierowanej do gen. Piotra Nikołajewicza Wrangela - dowódcy Armii Ochotniczej (Sił Zbrojnych Południa Rosji) również powiadamiał o tym samym.

Ponieważ znaczną część składu narodowościowego armii Bałachowicza tworzyli Rosjanie (Białorusinów było nieco mniej), to na wyzwalanych od bolszewików terenach wprowadzali oni administrację rosyjską, a ci drudzy białoruską, więc aby zapobiec wzajemnym utarczkom Bułak-Bałachowicz dla rozdzielenia i pilnowania stron musiał zorganizować oddział polskiej żandarmerii. Bałachowicz liczył na wybuch powstania chłopskiego na Białorusi, dzięki czemu planował zająć całą Białoruś aż do Dniepru, co nie było pozbawione sensu, gdyż "zielona armia" chłopska stanowiła poważne zagrożenie dla "czerwonych", którzy masowo dezerterowali z najbardziej zagrożonych garnizonów (np. z Borysowa), a poza tym 15 października dodatkowo Wojsko Polskie zajęło Mińsk (co prawda tylko na prawie pięć godzin i jeszcze tego samego dnia musiano się stąd wycofać zgodnie z zawartymi porozumieniami w Rydze, ale gdyby Bałachowicz nieco podgonił marszu, pewnie miasto zostałoby przekazane w jego ręce, ale nie udało mu się tam wówczas dotrzeć, gdyż przebywał z niepełną jeszcze armią w Turowie). Armia Bułak-Bałachowicza składała się z ok. 20 000 ludzi (1, 2 i 3 Dywizja Piechoty, Pieszej Brygady Włościańskiej, 1 Dywizji Kawalerii, pułku kozaków dońskich, Tubylczego Pułku Kawalerii, prywatnych sotni Bałachowicza i jego brata Józefa, pułku artylerii ciężkiej, pułku kolejowego, eskadry lotniczej oraz jednostek tyłowych; nie wszyscy jednak wzięli udział w walce i realnie udało się przerzucić przez granicę zaledwie ok. 11 000 (dokładnie 10 700) żołnierzy. Dopiero więc 10 listopada zajęto Mozyrz (tamtejszy rosyjski oddział Armii Czerwonej poddał się i przeszedł na stronę wojsk Bułak-Bałachowicza - łącznie ok. 300 bagnetów). Sam baćka Bałachowicz przybył do miasta 12 listopada, gdzie tego samego dnia w otoczeniu biało-czerwono-białych flag białoruskich, proklamował powstanie Białoruskiej Republiki Ludowej. Tam też przeniosły się z Turowa władze Białoruskiego Komitetu Politycznego, będącego najwyższym cywilnym przedstawicielstwem niepodległej Białorusi na wyzwolonych terenach. 14 listopada wybrano pierwsze władze miejskie Mozyrza (w większości złożone z Białorusinów i Żydów) a jako oficjalny język w sądownictwie i urzędach oprócz białoruskiego, uznano język polski i jidysz.

17 listopada ogłoszony został w Mozyrzu Manifest do Narodu Białoruskiego, w którym uznano dalszą walkę o niepodległość Białorusi, zwołanie Konstytuanty, przeprowadzenie reformy rolnej i oddanie chłopom ziemi, oraz budowy niepodległej Białorusi w ścisłym związku z Polską i w sojuszu z państwami Ententy (Francji, Wielkiej Brytanii i USA), o stosunku do post-bolszewickiej Rosji miano zaś zadecydować w przyszłości, w zależności od uznania przez nią niepodległości Białorusi (w owym Manifeście Bułak-Bałachowiczowi przyznano też tytuł Naczelnika Państwa Białoruskiego). W tym samym czasie jednak, bolszewicy podjęli kontrofensywę i już wieczorem 17 listopada sowieckie oddziały podeszły pod Mozyrz. Rozpoczęła się natychmiastowa ewakuacja miasta, lecz nieprzyjaciel nie zdecydował się wejść do Mozyrza wcześniej, niż dopiero 19 listopada. Od tej pory wojska Bułak-Bałachowicza już tylko się cofały w kierunku zachodnim, ku linii rozejmowej polsko-bolszewickiej, uzgodnionej w Rydze. Przekroczył tę granicę, dnia 26 listopada i skierowany został do Łunińca, gdzie zgodnie z warunkami rozejmowymi baćka Bałachowicz został internowany wraz ze swoimi żołnierzami. Do 4 grudnia (czyli do dnia, kiedy ustało przekraczanie granicy przez rozproszone oddziały Bałachowicza), w Łunińcu internowano łącznie 884 oficerów i 6 936 żołnierzy, reszta poległa w walkach z Armią Czerwoną, zdezerterowała lub przeszła na stronę wroga (najwierniejsze okazały się formacje osobiście dowodzone przez Bałachowicza i jego brata, oraz te, złożone z Białorusinów i Polaków, najszybciej zaś dezerterowali lub przechodzili na stronę nieprzyjaciela Rosjanie i... Żydzi). Po polskiej jednak stronie oddziały Bałachowicza nie spotkały się z uznaniem. Odbierano im broń siłą a niekiedy nawet z nich drwiono, co musiało być szczególnie bolesne i przykre. Bałachowicz pragnął ocalić swoje formacje i deklarował włączenie swych żołnierzy w szeregi Wojska Polskiego lub skierowanie ich w rejon Słucka, gdzie już trwało powstanie zbrojne białoruskiej ludowej Armii Zielonego Dębu, ale pomimo starań Marszałka Piłsudskiego, sejm nawet nie chciał o tym słyszeć, stojąc na stanowisku jak najszybszego zawarcia pokoju z bolszewicką Rosją.




Białoruska Włościańska Partia Zielonego Dębu utworzona została w Turowie, w obozie baćki Bałachowicza jesienią 1920 r. Na jej czele stanął Wiaczesław Adamowicz, syn popa ze wsi Widze (północna Białoruś), który w armii carskiej dosłużył się stopnia pułkownika. Symbolem partii była litewsko-białoruska Pogoń i trupia czaszka (symbol walki do końca i gotowości na śmierć), a także (na pieczęciach) trzy dębowe liście. Gdy 12 listopada Bułak-Bałachowicz wkroczył do Mozyrza, wraz z nim przeniósł się tam cały Białoruski Komitet Polityczny, w tym członkowie Partii Zielonego Dębu, zaś Wiaczesław Adamowicz otrzymał stanowisko premiera rządu Białoruskiej Republiki Ludowej. Gdy w połowie listopada nastąpiło załamanie na linii frontu nad Prypecią i musiano pospiesznie ewakuować Mozyrz, rząd Białorusi opuścił miasto wraz z wojskiem baćki Bałachowicza i po przekroczeniu polskiej granicy został internowany w Łunińcu. Tam też syn Wiaczesława Adamowicza - też Wiaczesław ps. "Dziergacz" powołał sztab Armii Zielonego Dębu, na którego czele stanął Włodzimierz Ksieniewicz ps. "Gracz" (Ksieniewicz był Polakiem i katolikiem, a jego ojciec służył w tym czasie jako komendant garnizonu w Słonimiu, ale postanowił zmienić narodowość i stał się Białorusinem, zmienił też wyznanie na baptystyczne). Po fiasku wyprawy poleskiej Bułak-Bałachowicza i internowaniu jego armii w Łunińcu, Józef Piłsudski starał się przynajmniej o przyznanie funduszy na działalność Armii Zielonego Dębu i gdy to się udało, "Dziergacz" i "Gracz" podporządkowali sobie niewielkie chłopskie przygraniczne formacje, z których zamierzali utworzyć armię, mającą wzniecić na Białorusi powstanie ludowe przeciw władzy bolszewików. 24 listopada 1920 r. rozpoczęto rejestrację chętnych do wstępowania do białoruskiego wojska (Armii Zielonego Dębu) i po sformowaniu ok. 2000 chętnych do dalszej walki, 4 grudnia przekroczono granicę i rozpoczęto działania partyzanckie po sowieckiej stronie (początkowo próbowano walczyć otwarcie, ale po porażce, poniesionej pod Jadczycami 6 grudnia i wystrzelaniu całej amunicji, rozproszono się i ukryto w lasach). Sztab Armii Zielonego Dębu przeniesiono do Hrycewicz, ale tamtejsza ludność nie była zbyt przychylnie usposobiona do żołnierzy atamana Dziergacza i ukrywała żywność, co spowodowało konieczność rabunków i konfiskat (mimo to jeszcze wówczas trzymano jaką taką dyscyplinę i nie mordowano niewinnych chłopów), a wójta wsi za ukrywanie żywności ukarano 25 uderzeniami bykowca.

Po dostarczeniu z polskiej strony granicy potrzebnej amunicji (lecz Polacy jednocześnie wycofali transport żywności dla oddziałów białoruskich, co znów zmusiło ich do konfiskat na ludności chłopskiej) Armia Zielonego Dębu podjęła walkę z bolszewikami i 10 grudnia zajęto wsie: Krzywosiółki i Nowosiółki, a nocą 11/12 grudnia wieś Staryń. Kolejnej nocy 12/13 grudnia zdobyto wieś Siemieżowo, skąd ledwie zdążył ewakuować się oddział Armii Czerwonej (zaskoczeni we śnie bolszewicy, stracili tam wielu zabitych i rannych), gdzie zdobyto cały zapas amunicji. Jednak w południe 13 grudnia bolszewicy uzupełnili straty i natarli na wieś, zmuszając białoruskich partyzantów do wycofania się z Siemieżowa. 15 grudnia przeniesiono kwaterę główną wojsk Zielonego Dębu do wsi Morocz na Polesiu. Stamtąd ponownie uderzono na Siemieżowo (17/18 grudnia) i je odbito, zaś 18/19 grudnia zajęto wieś Wizna (obie ponownie utracono 19 grudnia, gdy Armia Czerwona ściągnęła posiłki). Partyzantom znów zaczęło brakować prowiantu i amunicji, a dalsza walka wydawała się beznadziejna przy ogromnej przewadze "czerwonych". Do Morocza przybył Bułak-Bałachowicz - zwolniony z internowania w Łunińcu, gdyż posiadał obywatelstwo polskie i wstąpił w szeregi Wojska Polskiego - aby omówić warunki przejścia wojsk Zielonego Dębu na polską stronę. Dzięki temu w dniach 28-31 grudnia 1500 białoruskich żołnierzy przekroczyło granicę z Polską, zostali oni internowani w obozach w Słonimiu i w Białymstoku (realnie internowano wówczas zaledwie kilkuset oficerów i żołnierzy, większość zaś Białorusinów została zwolniona). Nie wszyscy jednak zdecydowali się zaprzestać dalszej walki. W rejonie Nieświeży wciąż operowało wówczas ok. 2500 żołnierzy pod dowództwem Dziergacza. Dołączyła do nich część oddziałów Bałachowicza (zwolniona za sprawą baćki z Łunińca), tak, iż w połowie stycznia 1921 r. oddziały te liczyły ok. 4000 żołnierzy, a w marcu prawie 6000. Podejmowano ataki i zajmowano Wiznę oraz Kopył, jednak po podpisaniu w Rydze polsko-sowieckiego układu pokojowego (18 marca 1921 r.) wśród Białorusinów zaczęło pojawiać się zniechęcenie i pierwsze większe dezercje. Żołnierze, straciwszy nadzieję na kontynuacje wojny polsko-bolszewickiej, zaczęli przejawiać oznaki niezdyscyplinowania i maruderstwa. Zaczęto napadać i grabić nawet przychylne partyzantom wsie, a tych chłopów, którzy nie chcieli oddać żywności - rozstrzeliwano na miejscu (wiadomo o co najmniej pięciu osobach, zamordowanych tak przez oddział kapitana Tymoteusza Chwiedoszczenię - jednego z dowódców Zielonego Dębu).




Najgorsze w tym wszystkim było uświadomienie sobie bezsensowności dalszej walki, choć w przypadku Białorusinów Bułak-Bałachowicza czy Adamowicza Dziergacza, to konsekwencja zaprzestania dalszej walki nie była jeszcze taka tragiczna, gdyż mimo wszystko mogli wrócić do Polski (przez jakiś czas zapewne byliby internowani, potem zaś zostaliby zwolnieni). Gorzej mieli ci żołnierze, którzy po zakończeniu II Wojny Światowej nadal walczyli z sowieckim najeźdźcą o wolną Polskę. Ci nie mieli już żadnego wyboru - ujawnienie się oznaczało śmierć (wcześniej czy później, a często po nieludzkich przesłuchaniach i torturach), uciec nie było gdzie (chyba że kierować się na południe ku górom i do Czechosłowacji, gdzie przejście jeszcze w latach 40-tych było najłatwiejsze, ale to też nie znaczy że bezpieczne i że granicę udałoby się przekroczyć). Pozostawała więc dalsza walka aż do śmierci z bronią w ręku (alternatywą było samobójstwo, lub... śmierć zadana rękami Sowietów lub ich polskojęzycznych pachołków, ale wówczas należało się przygotować na tortury których nie każdy byłby w stanie wytrzymać). A przecież ci żołnierze też musieli coś jeść, musieli zdobyć amunicję do dalszej walki, ale przede wszystkim żywność i jakieś środki lecznicze. Nic dziwnego, że nachodzili chłopów, którzy traktowali ich jak bandytów (kto bowiem lubi jak konfiskuje mu się żywność), tylko że ogromna większość leśnych brygad Żołnierzy Niezłomnych, żyła w prawdziwej symbiozie z okolicznymi wioskami i mogła liczyć na wsparcie chłopów (co oczywiście tragicznie kończyło się dla owych chłopów, gdy do wsi weszły oddziały Służby Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej czy NKWD. Wieś była palona, a chłopi często mordowani, jako współwinni pomocy zbrodniarzom - jak w komuszej nowomowie nazywano Żołnierzy walczących o Wolną Polskę). W serialu "Czas Honoru" jest ukazana scena, gdy Żołnierze Drugiej Konspiracji (zwani potocznie "Wyklętymi" lub "Niezłomnymi") wchodzą do wsi i proszą o prowiant. Gospodarz odpowiada im że "Nic już nie ma, wszystko zabrali", "Kto zabrał", "Ja nie wiem, taka banda, czy inna?!". I tutaj padają słowa: "My nie jesteśmy bandytami, my walczymy z bandą, która napadła na nasz kraj!".

W czerwcu 1921 r. Armia Zielonego Dębu rozpoczęła przygotowania do wywołania na Białorusi powszechnego powstania chłopskiego przeciw bolszewikom, i w tym celu zaczęto atakować większe posterunki milicji, punkty poboru rekruta i stacje kolejowe. Sowieci postanowili wówczas ostatecznie położyć kres istnieniu grup partyzanckich (nazywanych "bandyterką") i skierowali na Białoruś większe oddziały wojska i milicji. Palono całe wsie za choćby podejrzenie o wsparcie udzielone "bandytom", stosowano konfiskatę mienia, wieśniaków mordowano lub zsyłano na Sybir; z tego powodu oddziały Zielonego Dębu - aby się ratować - przekraczały polską granicę. W lipcu 1921 r. sytuacja była już bardzo poważna, a zakonspirowane komórki Zielonego Dębu w Mińsku, Homlu i kilku innych miastach Białorusi zostały rozbite. Sytuacja wyglądała coraz gorzej z każdym dniem. W sierpniu wpadła Hanna Dowgiert - najlepsza agentka i jednocześnie narzeczona samego atamana Dziergacza. Szkoda dziewczyny (była bardzo odważna, dziesięciokrotnie przechodziła granicę, niosąc rozkazy i meldunki, przenosząc amunicję i aprowizację dla oddalonych oddziałów), nie udało się jej ocalić, została rozstrzelana wraz z grupką innych konspiratorów po szybkim procesie w Mińsku. Dziergacz ze swoim sztabem we wrześniu 1921 r. musiał się ratować przejściem przez granicę do Polski, gdzie zostali oni internowani w Nowogródku, potem w Strzałkowie, Brześciu, Warszawie i Białymstoku. Rozczarowani konsekwencją, z jaką polska strona wypełniała warunki porozumienia z bolszewikami, niektórzy powstańcy Zielonego Dębu zaczęli przebąkiwać o współpracy z Sowietami i (jak choćby Konstanty Wiedukow ps. "Kruk") oferowali bolszewikom swe usługi w walce z Polską. Walki na Białorusi praktycznie się zakończyły (ostatnie, nieliczne już oddziały Armii Zielonego Dębu zostały rozbite w połowie 1923 r.). Tak zakończyła się próba wzniecenia antybolszewickiego powstania na Białorusi, ale inaczej być nie mogło, gdyż zarówno polski rząd, jak i duża część społeczeństwa marzyła już o pokoju i życiu w wolnym i niepodległym kraju. Niewielu zaś zdawało sobie sprawę, że ta niepodległość jest tylko czasowa, jest jakby wzięta na kredyt, odroczona w czasie, i że wojna o polską niepodległość i suwerenność Narodu jeszcze się nie skończyła.


PS: Swoją drogą pokolenie ludzi, którzy w latach 1914-1918 odbudowali wolną Polskę a potem w latach 1919-1920 obronili Ją i wprowadzili jako jedno z większych państw europejskich na mapę Świata, którzy potem mówili i marzyli o koloniach zamorskich i o polskiej mocarstwowości - ci wszyscy ludzie, to niestety tragiczne pokolenie. Tragiczne, ponieważ na własne oczy - przy nieprawdopodobnym wręcz wysiłku siły i woli - odrodzili Niepodległą Rzeczpospolitą, a potem... na własne oczy widzieli jeszcze Jej upadek. To wszystko bowiem wydarzyło się w ciągu życia jednego pokolenia - I Wojna Światowa (czyli dla wielu wojna o odrodzenie Polski po 123 latach niewoli i 150 latach okupacji wszystkich Jej ziem), potem Wojna z Bolszewikami i wielkie zwycięstwo. Następnie pokój i stabilizacja lat 20-tych i 30-tych, czyli umacnianie wzajemnym wysiłkiem wzniesionego domu - odrodzonej Polski, a wreszcie katastrofa, wspólny najazd hitlerowskich Niemiec i Związku Sowieckiego na nasz kraj. Nie udało się utrzymać tego, co wówczas stworzono i zdołano jedynie wyrwać te dwadzieścia lat wolności. Najlepsze dwadzieścia lat życia.           

  



 KOMEDIA z 1938 r. z "KRÓLEM KOMIKÓW" - 
STANISŁAWEM SIELAŃSKIM W ROLI GŁÓWNEJ, pt.: 

"SZCZĘŚLIWA 13-tka"




CDN.