Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA14 - OKRES RENESANSU I KONTRREFORMACJI (1545 - 1588). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA14 - OKRES RENESANSU I KONTRREFORMACJI (1545 - 1588). Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 października 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXVI

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. XII







O RZECZPOSPOLITEJ STEFANA BATOREGO


 W poprzedniej części zaprezentowałem opinie papieskiego dyplomaty ojca Antonio Possevino o panistwie moskiewskim cara Iwana IV Groźnego. W tej części zaś zapraszam do zapoznania się z opinią tego samego ojca Possevino, jak również innego Włocha - Giovanniego Botero o Rzeczpospolitej Obojga Narodów i o samym królu Stefanie Batorym. Panowie Possevino i Botero żyli w tym samym czasie, pełnili też funkcje dyplomatyczne i przynajmniej raz mieli możliwość spotkać się ze sobą osobiście (we Francji, gdzie obaj pełnili stanowiska posłów w tym samym czasie). Obaj też należeli do Zakonu Jezuitów (choć Botero był raczej niespokojnym duchem i ostatecznie w 1580 r. wystąpił z Zakonu). Obaj też pozostawili po sobie bardzo ciekawe relacje szczególnie o Rzeczpospolitej polsko-litewskiej z czasów króla Stefana Batorego, jak również o Moskwie Iwana IV Groźnego. Botero (który był jedenaście lat młodszy od Possevino, a urodził się w 1544 r.) w 1596 r. napisał dzieło obejmujące opis wszystkich państw ówcześnie znanego świata, zwane "Relationi Uniwersali" (dzieło to zostało aż trzykrotnie przetłumaczone na język polski - w 1609, w 1613 i potem jeszcze w 1659 r. Autorem dwóch pierwszych tłumaczeń był ojciec Paweł Łęczycki z Zakonu Bernardynów). Opis tej książki (szczególnie w stosunku do ówczesnej Polski, czy też państwa Polsko-Litewskiego) jest niezwykle ciekawy (tym bardziej że Botero - jako zwolennik hiszpańskiej dominacji w Europie - jest też dosyć ciekawym przypadkiem, szczególnie biorąc pod uwagę jego włoskie pochodzenie. Possevino zaś był kosmopolitą, który przede wszystkim stawiał za najważniejsze dobro Kościoła, a zaraz potem Zakonu Jezuitów, choć trzeba też mu przyznać że w swych pismach przejawiał dosyć polonofilski charakter. Był też zwolennikiem Batorego, a także uznawał go za jednego z największych monarchów europejskich), dlatego też zajmiemy się dzisiaj głównie wybranymi fragmentami twórczości obu jezuickich dyplomatów rodem z Italii, w odniesieniu do państwa w środku Europy, którego królem wybrany został Stefan Batory - wcześniej książę Siedmiogrodu.

Zacznijmy może od relacji ojca Possevino, który w październiku 1581 r. pisał z obozu armii polsko-litewskiej pod Pskowem do cara Iwana Groźnego takie oto słowa: "Powinieneś i to w swojej roztropności zrozumieć, jaką siłę bojową posiada tak wielkie wojsko króla Stefana, przyzwyczajone w ciągu trzech lat do wszelkich trudów wojennych i do zwycięstw, zwłaszcza że pokonał on trudniejsze drogi, podprowadził potężne działa, zdobył tyle twierdz na Twoich ziemiach, że zewsząd może ściągać do siebie tabory i świeżego żołnierza. Dzięki temu w następnym roku, kiedy lody stopnieją, w lipcu i sierpniu, armia jego nie będzie musiała wyruszać z Polski i Litwy, lecz z wnętrza Twego państwa". Dalej zaś o konflikcie polsko-moskiewskim i stanie państwa moskiewskiego związanego z tą wojną, tak pisał: "Wszystkie te działania, które w swoim czasie zdawały się rokować  pomyślne zakończenie dla Moskwy stały się powodem największych dla niej nieszczęść. Kraj bowiem wyludnił się, gdyż trzeba było  licznymi załogami wojskowymi obsadzić rozległe tereny i zamki, następnie przez tyle lat i w różnych miejscach prawie wyłącznie  własnym żołnierzem prowadzić wojnę (…). Tymczasem i zaraza, która jak wieść niesie, nigdy przedtem dzięki siarczystym mrozom i olbrzymim obszarom nie grasowała w Moskwie - zabrała wielu ludzi. Także liczne wojny, kaźń wielu tysięcy ludzi (także z warstw najwyższych), nieustanne napady Tatarów i spalenie przez nich (…) stolicy, doprowadziło księcia do takiego położenia - król Stefan wygrywał w ciągu ostatnich trzech lat nieprzerwanym pasmem zwycięstw), że można było mówić nie tylko o osłabieniu, lecz o prawie zupełnym wyczerpaniu jego sił".




Pisał również ojciec Possevino o tym, jak postrzegano wiarę w Rzeczpospolitej i w Moskwie: "Ponadto  - do tego, co jest bardzo niekorzystne dla spraw, które miały być omawiane, i dla krzewienia religii dołącza się to, że gdy często posłowie księcia przybywali w sprawie zawarcia pokoju czy rozejmu do Wilna i do innych prowincji Królestwa Polskiego dowiadywali się, że istnieją tam różne sekty heretyków, w które to miasto obfituje. Z tego powodu mówią o Polakach, że w co rano wierzą, temu wieczorem zaprzeczają. Twierdzą, że tacy są wszyscy katolicy, także król Polski, Stefan - ciągle słyszałem to od nich i od senatorów". Natomiast: "Dość dobrze wiadomo, że w krajach Północy, te zwłaszcza ludy, z których serc prawdziwa religia nie wyrwała dzikości, im bardziej czują się pozbawione inteligencji, tym bardziej są podejrzliwe. Z tego powodu to, czego nie mogą zdobyć pracowitością i zdolnością, osiągają przebiegłością oraz gwałtem (Moskwicini także wytrwałością). Widać to u Scytów i Tatarów, a ponieważ wielu Moskwicinów z nich swój początek wywodzi, albo tak uważa, nie dziw, że Moskwicinom nie udało się - jak dotąd - wyzbyć tych cech, które u innych narodów uszlachetniła i przezwyciężyła pobożność (…) Te właśnie przyczyny złożyły się, zwłaszcza od czasu uwolnienia Moskwicinów od Tatarów, którym musieli płacić haracz, na ich skłonność do wywyższania się". Possevino będąc w Krakowie (przybył tam z początkiem lipca 1578 r.) głównie skupiał się jednak na sprawach jezuickich, pisząc iż jezuici mieli w Polsce pięć kolegów: w Braniewie (1564), Pułtusku (1565), Wilnie (1569), Poznaniu (1571) i Jarosławiu (1574), mimo to - jak twierdził - kolejni biskupi krakowscy nie okazywali żadnego zainteresowania jezuitami. Pisał, że w Krakowie był Uniwersytet, dużo zakonów i sporo wykształconych księży, ale nie było tam szkół jezuickich i były one odległe, odciągające młodzież od Krakowa. Chwalił co prawda prowincjała Franciszka Sunyera za chęć stworzenia w Krakowie przy Uniwersytecie domu profesorów jezuickich, ale dodawał iż nastawienie biskupa krakowskiego i Akademii do jezuitów jest raczej niechętne. Zatem gdy wrócił do Rzymu, poprosił papieża aby ten stworzył misję jezuicką w Krakowie, twierdząc iż Kraków: "podminowany jest przez innowierców, a szczególnie szkodliwa jest działalność zbiegłych z Italii przedstawicieli różnych sekt". Grzegorz XIII polecił więc otworzyć przedstawicielstwo jezuickie w Krakowie, a pierwsi dwaj bracia tego Zakonu - Alojzy Odescalchi i Bazyli Cerini zjawili się w Krakowie (wraz z Possevinem) 1 kwietnia 1579 r.

Więcej na temat Rzeczypospolitej znaleźć można w twórczości Giovanniego Botero - który co prawda nigdy w Polsce nie był, ale swoją opinię o naszym kraju czerpał m.in. z pism Marcina Kromera (potem zaś dzieło Botera "Relationi Uniwersali" tłumaczone w Polsce pod nazwą "Relatiae Powszechne" -  stało się w końcu XVI i na początku XVII wieku, podstawą wiedzy mieszkańców Europy Zachodniej - szczególnie w krajach katolickich - na temat Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Tak oto opisywał Botero Polskę z czasów króla Batorego: "Polacy rozszerzyli wielce swe imperium i potęgę obierając obcych monarchów, których państwa przyłączali później do Korony Polskiej. I tak (by nie mówić o innych przykładach) wybierając na królów Wielkich Książąt Litewskich (domu Jagiellońskiego) uczynili w końcu ową Prowincję częścią swego Imperium". Botero prezentuje głównie pokojowe przykłady przyłączenia do Korony Polskiej poszczególnych ziem, np. opisując włączenie Inflant (do tej pory kraju, w którym dominującą rolę odgrywał Zakon Kawalerów Mieczowych w pewien sposób bliskich politycznie Zakonowi Krzyżackiemu - zlikwidowanego oficjalnie w 1525 r. choć jego niemiecka odnoga przetrwała do dziś. W Inflantach w tamtym czasie dominował żywioł niemiecki, z tym, że lud w większości był pochodzenia ugrofińskiego, a tamtejsze plemiona pogańskie podbite zostały przez krzyżowców z Niemiec) do Rzeczpospolitej w 1561 r. pisał Botero: "Była to prowincja rycerzy teutońskich która jednak po tym, jak owi rycerze zbuntowali się przeciw Stolicy Apostolskiej i Bogu, została najechana przez Wielkiego Księcia Moskiewskiego. Rycerze wiedząc, iż nie będą mogli stawiać oporu, zwrócili się o pomoc do króla Polski i oddali w jego ręce fortece; król zobowiązał się do oddania tych fortec po zakończeniu wojny i zapłaceniu 600 tysięcy skudów: teraz wojna jest skończona, ale ani jedna, ani druga strona nie mówi nic o odszkodowaniu czy też zwrocie fortec".




Opis pokojowego przyłączania poszczególnych ziem do państwa polsko-litewskiego jest o tyle ważny w relacji Botero, że opisuje on dzieje świata i podbojów począwszy od Aleksandra Wielkiego, i choć konkluduje iż brutalność i siła nie są sposobem i nie powinny być celem dobrego chrześcijanina, to jednak  rozpływa się też nad wieloma zdobyczami tamtych czasów, pisząc np.: "Co rzeczemy o przezacnej Sztuce Kunsztu Drukarskiego, również o nieoszacowanej strzelbie; a także to, że Europejczycy zaczęli podróżować na inne kontynenty". Pisał też, że poszczególne narody wniosły swój wkład do wspólnego kotła całego kontynentu, Niemcy dały Europie wynalazek druku (ale też od razu dodawał że "sekta Lutra" to też wynalazek niemiecki, rozbijający zjednoczoną dotąd pod jednym Kościołem Europę), o Francuzach pisał że są najwierniejszymi dziećmi Kościoła Chrystusowego (choć i oni mieli swoje przewinę według Botero), Anglików zaś powierzał opiece Maryi, "szczególnie teraz, gdy włada nimi heretycka królowa Elżbieta", córka swego równie heretyckiego ojca Henryka (miał również nadzieję że powrócą oni z czasem na łono Kościoła, niczym syn marnotrawny wrócił do domu swego ojca). Najlepiej i najobszerniej rozpisywał się Botero o Hiszpanach i o Włochach, pisząc, że to właśnie oni wywiedli Europejczyków na inne kontynenty: "Hiszpanie mając wodza jednego Włocha, pokazali nowy świat; a Portugalczykowie zaś objechali brzegi wszystkiej Afryki i znaleźli drogi i kraje niezliczone, których nigdy nie znali nasi dziadowie". Twierdził też że to Hiszpanie rozpropagowali używanie arkebuzów (czyli ówczesnych strzelb - broni co prawda efektownej, ale jednak mało efektywnej, czyniącej więcej hałasu niż szkód, jako że sam proces ładowania tej broni był dłuższy niż chociażby szarża kawaleryjska) i to szybko stało się modne w całej Europie. Dodawał również że pod pokojową opieką hiszpańskiego monarchy, cała Europa żyłaby bezpiecznie i dostatnio.

Jednak tym państwem, które najbardziej wywarło na Botero wrażenie, była właśnie Rzeczpospolita polsko-litewska, a to z tego powodu że rozszerzanie granic tego kraju dokonywało się nie poprzez zbrojną przemoc, lecz na zasadzie dobrowolnych Unii, które on przedstawiał jako jednoczenie się ludów we wspólnej monarchii (przy czym monarchowie polscy nie byli Polakami, a mimo to wszystkie kraje przyłączone do Polski, stawały się polskimi). Botero fascynował fakt, że rozszerzać swoje państwo można w sposób pokojowy, tak jak przystoi chrześcijańskiemu narodowi i chrześcijańskiemu władcy i aby podkreślić swoje słowa, opisywał czytelnikom wielkość państwa polsko-litewskiego, które powstało dzięki zgodnej współpracy żyjących tam ludów i wspólnej jedności: "Od gleby rzeki Dniestru aż do drugiej Dnieprowej kładę 80 mil: a w tych miejscach poczynają się państwa Króla Polskiego które Dniestr dzieli od Wołoch. A naprzód tam jest Prowincja Podolska równa i wielce żyzna: albowiem tam we dwie lecie dosyć raz siać na polach; bo z ostatków pierwszego roku rodzi się zboże na drugi rok: ma dosyć soli, którą biorą w jednym jeziorze: także koni domowych i dzikich: więc też i miodów i wosku i wołów i wszelkich dostatków tu żywności. Lecz iż ta Prowincja jest otwarta, podległa bardzo szkodom Tatarów Przekopskich, którzy jak szarańcza wpadają nie wiadomie do tych tam ludzi i wyprowadzają majętności ich i samych (…): a niewiedzą nędzni Polacy jako temu złemu zabieżeć. Jest tam jednak Kamieniec, miasto osadzone na jednym kamieniu, mając mur i przekopy samorodne, które poczytają za niezdobyte". Botero opisuje również inne miasta Ukrainy i Podola: "Bar, Jazłowiec - mają dobry zamek, Złoczów, Krzemieniec, Kijów, Bracław, Busko i inszych nie wielkich i nie obronnych nie mało, koło których tylko parkany są drewniane gliną oblepione dla Tatarów".




Dalej przechodzi na Pokucie: "Takie mając przymioty jako i Podole, ktorą też trzymają Polacy. Tam miasto niezłe jest Kołomyja: powiatowe jest Halicz, Stryj, Żydaczów i inszych potrosze. Z kolei Ruś - których inszy zowią Rutheni, drudzy Roxolani, ma w sobie te wszystkie Państwa należące do Korony Polskiej, które idą za nabożeństwem Greckim albo zupełnie, albo po części: a nadto jeszcze i ludzie Wielkiego Kniazia Moskiewskiego, który się też pisze Hospodarem wszystkiej Rusi. Ale w osobliwości to imię daje się tej Prowincji, która leży ku zachodowi od Podola i zowią ją Czerwoną Rusią, jako tamta, która jest pod Moskiewskimi, zowią Białą Rusią. Czerwona Ruś graniczy z Polską i z  Węgrami z jednej strony, z Wołyniem i z Podolem z drugiej". Botero tutaj się nieco pomylił, tym bardziej że osobiście sam nie był w Rzeczpospolitej i nie miał rozeznania, w każdym razie zarówno Ruś Czerwona jak i Ruś Biała (czyli dzisiejsza Białoruś) wchodziły w skład państwa polsko-litewskiego, z tym tylko że ta pierwsza włączona była bezpośrednio do Korony, a ta druga do Wielkiego Księstwa Litewskiego. Dalej Botero pisze: "Było przedtem stołeczne miasto Rusi - Kijów, wspaniałe niegdyś i wielkie, jako pokazują jego ruiny, ale: główne miasto teraz tej Rusi o której mowimy jest Lwów, miasto w  murach, w przekopach i w zamkach (których ma dwa) mocne dosyć: ma też dostatek kupców wszelakich, tak Polakow, Rusi, Wołochów, jako też Ormian i Żydow. Insze miasta przednie są Przemyśl, Sambor, Jarosław, Przeworsk, Biecz, Chełm, Sokal, Grodek: i inszych dosyć mniejszych".

Opisując etniczną Polskę Botero pisze iż: "Polska dzieli się na małą i wielką. Małą przechodzi środkiem Wisła, rzeka która wynikając z gór Węgierskich, idzie ku zachodowi. Główne miasto jej jest Kraków - miasto wielkie. Ma troje przedmieść; (które drudzy zowią miastami) przy sobie, to jest Kleparz, Stradom i Kazimierz. Ma zamek bardzo osobliwy na skale. Kwitnie też tam zacna Universitas, albo Akademia. W powiecie Krakowskim w Bochni znaleziono w roku 1252 bardzo dobre góry Solne, a rychło po tym i w Wieliczce (…). Drugie miasta przednie są tu: Sandomierz, Olkusz, Lublin jest i inszych niemało mniejszych. Wielką Polskę przechodzi jakby środkiem Warta, a graniczy z nią ku zachodowi Odra a ku wschodowi Wisła. Nazywają ją Wielką Polską; abowiem Lech był pierwszym u nich Książęciem, tam był osadził swoją stolicę i tam zbudowali jego potomkowie Gniezno, jak stołeczne miasto, którego miasta Arcybiskup pod Interregna (czyli w przypadku bezkrólewia, po śmierci króla i tuż przed wyborem następnego) ma najwyższą władzę. Jemu należy oznajmiać o  Sejmie pod ten czas i publikować Króla nowego. Insze miasta i osady znaczniejsze są Poznań, Kalisz, Sieradz, Łęczyca, Brzeście, Rawa, Dobrzyń, Koło, Warta, Kościan, Kobylno, Brzeziny". I dalej Botero przychodzi do opisu Mazowsza: "Zaniechawszy po lewej stronie Prusów, pokazuje się Mazowsze, kędy są puszcze po ktorych chodzą Żubry - jakby woły dzikie. Niemniej: Obywatele tameczni są ludzie wysocy i prezencji wspaniałej z białawymi wąsami (…): kochają się w swym szlachectwie, choćby też byli ubożsi. Miasto tam jest przednie Warszawa, kędy jest jakby we środku państw Królewskich zwykły bywać Sejmy. Insze miasta są Łowicz, Płock, Pułtusk, Warka".


KOPALNIA SOLI W WIELICZCE DZIŚ
(Rzeźby oczywiście wykonane są z soli)



Przechodząc do Wielkiego Księstwa Litewskiego, Botero tak oto opisuje ten kraj i jego związki z Polską: "Złączyła się z Koroną Polską w roku 1386 kiedy Jagiełło, będąc Wielkim Książęciem Litewskim za małżeństwem z Królewną Jadwigą został Królem Polskim: gdyż jej obiecał na ten czas trzy rzeczy, to jest zostać Chrześcijaninem, przywodzić to tego swych poddanych i przyłączyć swe Państwo do Korony, na ktorą był wzięty. Wypełnił pierwsze dwie rzeczy, ale zostawił niedokończoną trzecią, której też i jego następcy zaniechali dokończyć; bo się niechcieli wyzuć z Państwa dziedzicznego, które złączywszy się z Polską, już by dostało wolnego obierania sobie Pana: a przynosili za wymówkę trudności, które panowie Litewscy czynili, jakoby oni niechcieli przez Unię utracić godności i miejsc swych: coby przyść musiało dla większej zacności i przodkowania Polakow. Jednak gdy się Litwa obawiała Moskwy, musieli przystąpić do Uni za czasow naszych. (....) Główne i stołeczne miasto jest Wilno, nad rzekami/Wilna i Wilia, wielkie i murowane: acz też tam jest potrosze i drzewianych domów. Domy jednak wszystkie są nie barzo porządne: bo w jednym miejscu jest kuchnia, stajnia, komin oprocz niektórych kamienic, a zwłaszcza świeżo pomurowanych. Zamek to miasto ma dobry, dwoisty i górny i dolny. Pałace też tam Królewskie są osobliwe". Ostatnią z omawianych przez Botero ziem Rzeczpospolitej jest Wołyń: "Wołyń leży między Litwą a Podolem: idzie przezeń środkiem rzeka Styr. Ma w sobie dosyć lasów i stawów: jest też ziemia obfita bardzo w zboże, w pastwiska, w miody. Miasto przednie ma Łuck w którym może być do tysiąca domów. Król Stefan przyłączył w roku 1579 Województwo Połockie do tej Prowincji, które był posiadł Iwan Wasilewicz - Wielki Kniaź Moskiewski w roku 1562".

O obyczajowości Polaków końca XVI wieku Botero pisze tak: "A gdyżeśmy już opisali Państwa Polskie, powiemy dwa słowa o naturze Polaków. Mają piękną prezencję i sposobni są ku nauce: obyczaje też ich łaskawe i wdzięczne: łatwo się języków uczą i ochotnie się przemieniają w zwyczaje cudzoziemskie. Trawią większą część dochodów swych i czasu u stołu: bo tam u nich zbytek i pijaństwo jest w wielkiej cenie. Ubierają się też kosztownie i w rozmaite barwy. Trzymają wielce o sobie i o swych rzeczach: dlategoż kochają się w pochlebstwie i podarki za to wielkie dają (...) Królestwo Polskie dziś za zjednoczeniem z  wielkim Księstwem Litewskim i z Inflanty potężniejsze jest i większe niż przedtym było: gdyż się rozciąga od rzeki Notusa i od Orby (które je dzielą od Marchiej) i od Odry; która je graniczy od Śląska; aż do Berezyny i do Dniepru, które je zaś dzielą od Moskwy: i od Morza Bałtyckiego aż do rzeki Dniestru/który je dzieli od Multan i do gór Karpackich, które je odłączają od Węgier (...) Bogactwa Polskie zawisły w dostatku żyta, pszenicy i wszelakiego zboża: którego taki ma dostatek, iż w roku 1590 i drugiego po tym, dogodziła Polska potrzebie Genueńskiej i Tuskańskiej i Rzymskiej: a  daleko więcej narodom bliższym, kiedy tam był głód i niedostatek prawie ostateczny. Ma też dostatek miodu i wosku bardzo wiele (…) gdyż te wszystkie Prowincje północne - Polska, Litwa, Ruś, Moskwa, nie mając samorodnego wina, opatrzone są niepodobnym dostatkiem miodu: z którego tamci ludzie (a zwłaszcza podlejszy) miedzy inszymi trunkami, robią napoje smaczne i zdrowe". Tutaj Botero opisuje oczywisty fakt, iż w XVI i w pierwszej połowie XVII wieku polsko-litewska Rzeczpospolita była prawdziwym spichlerzem Europy i polskie zboże wielokrotnie ratowało zachodnie kraje (np. Niderlandy czy Hiszpanię, ale także i Anglię) przed głodem. 




Co się zaś tyczy ustroju Rzeczpospolitej, pisał Botero: "Rząd sprawowanie Polski poszło raczej na Rzeczpospolitą niż na królestwo: gdyż tam szlachta [którzy mają wielką władzę na Sejmach i w  Radach] obierają Króla i dają mu taką moc, jaka się im podoba, a ta moc ich ustawicznie gorę bierze. (…) Dla wymienionych przyczyn szlachta Polska żyje tam w wielkiej wolności: czynią to co się im podoba: postanowienia królewskie nie trwają u nich dłużej [jako sami mówią] nad trzy dni: i bawią się z królem swym nie jak czynią to Francuzi, ale jako bracia (...) Siły tego królestwa zawisły jako i innych w żywności, w pieniądzach, w pieszych i w konnych ludziach, we zbrojach, w orężu, w munitiach. (…) W pieniądze zaprawdę nie jest bardzo bogate: albowiem wyjąwszy port Gdański, nie ma inszego miejsca handlowego znacznego: towary też, te, które idą do pomienionych portow Pruskich i Inflandzkich, nie mogą ubogacić tego królestwa w pieniądze". Botero opisuje również rozrzutność Polaków (a szczególnie polskiej szlachty), którzy więcej pieniędzy wydają na suto zastawiane stoły, oraz na przygotowywanie sejmów i podróże do miejsc, gdzie owe sejmy są zwoływane, niżni na potrzeby wojenne. Twierdzi więc, że Polakom nie starcza już pieniędzy na wojsko i dlatego Tatarzy tak łatwo sobie tutaj poczynają i tak ciężko jest Polakom odzyskać utracone na rzecz Moskali miasta, takie jak choćby Smoleńsk. Twierdzi jednak że pod silnym monarchą Polacy są zdolni do niesamowitych czynów, co pokazała chociażby ostatnia wojna z Moskwą za Stefana Batorego, w czasie której wyzwolono kilka twierdz, z czego do największych należały Połock, Wieliż, Uświat i Wielkie Łuki.




CDN.

niedziela, 17 września 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXV

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. XI







O ROSJI IWANA IV GROŹNEGO


 Nim przejdziemy do wojny, jaka wybuchła na wschodnich i północnych rubieżach Rzeczypospolitej w tym mniej więcej czasie, w którym Batory rozprawiał się ze zbuntowanym Gdańskiem - warto słów parę powiedzieć o ówczesnej Moskwie pod rządami cara Iwana IV Groźnego, gdyż w taki właśnie sposób można wyrobić sobie zdanie odnośnie dwóch walczących stron. Oczywiście najlepiej opisywać dany kraj, posługując się relacjami świadków żyjących w tamtej epoce, i ja też tak właśnie uczynię. Posłużę się w tym przypadku dziełem pt.: "Moscowia" - ojca Antonio Possevino, papieskiego dyplomaty, który od marca 1581 do września 1582 r. odbył dwukrotnie podróż do kraju Iwana IV Groźnego. W swej pracy posiłkował się on również wydanym w 1557 r. w Wiedniu dziełem Zygmunta Herbersteina pt.: "Rerum Moscoviticarum commentari" ("Wspomnienia o sprawach moskiewskich"), jak również opisem tego kraju pozostawionym przez Aleksandra Gwagnina (komendanta Witebska w latach 1569-1587). Pomimo tego że ojciec Possevino był Włochem oraz dyplomatą Stolicy Apostolskiej i doskonale znał wytyczne papieży: Leona X, Klemensa VII, Piusa V i Grzegorza XIII odnośnie nawiązania stosunków dyplomatycznych Rzymu z państwem moskiewskim, to mimo to jego praca jest dziełem obiektywnym. Co prawda język jest archaiczny, więc nie będę przytaczał całości tego dzieła, ale postaram się wybrać najbardziej wartościowe zeń fragmenty. Possewino jako kapłan głównie skupiał się na kwestiach religijnych, mimo to nieco miejsca pozostawił również opisowi geografii, historii, obyczajów, ceremoniału, genealogii Rurykowiczów oraz wojnie polsko-rosyjskiej o Inflanty, zakończonej zwycięstwem Rzeczpospolitej i pokojem zawartym w Jamie Zapolskim, do którego Possevino - jak sam twierdzi - również się przyczynił. Oczywiście niektóre opisy sobie daruję, jak choćby historię Moskwy, geografię tego kraju czy też genealogię dynastii Rurykowiczów, bo nie wydaje mi się to akurat w tym momencie szczególnie istotne. Skupimy się za to na innych informacjach i od nich też zacznijmy.

Possevino opisuje, że największymi miastami w kraju cara Iwana IV Groźnego są: Moskwa, Smoleńsk (miasto utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie w 1514 r. a odzyskane przez Rzeczpospolitą w 1611), Nowogród Wielki, Psków, Twer, Wołogda i Astrachań. Papieski dyplomata odwiedził Moskwę w dziesięć lat po zniszczeniu większości miasta w czasie najazdu Tatarów Krymskich chana - Dewlet I Gireja (maj 1571 r.). W czasie pożaru który wówczas został rozpętany, spłonęła większość miasta, łącznie z najważniejszymi dzielnicami: Kitajgrodem i Kremlem. Co prawda wówczas Tatarom nie udało się wedrzeć do miasta, ale tylko dlatego, że uniemożliwiła im to prawdziwa ściana ognia (ci, którzy próbowali wejść w mury Moskwy w poszukiwaniu jasyru i łupów - już nie wracali). Było to jednak wielkie zwycięstwo chanatu krymskiego nad Moskwą od czasów chana Tochtamysza z 1382 r. i chana Edygeja z 1408 r. (w tym drugim przypadku zniszczono jedynie przedpola Moskwy). Iwan IV na wiadomość o zdobyciu Moskwy uciekł na północ do Jarosławia, pozostawiając swoich żołnierzy, opryczników i ludność na pastwę Tatarów (po tym zwycięstwie Dewlet Girej napisał upokarzający list do Iwana, w którym znalazły się takie słowa: "Poszedłem do ciebie, spaliłem twoje miasto Moskwę, chciałem twej korony i twej głowy, ale tyś się nie zjawił i nie przyjąłeś bitwy i jeszcze się carem mienisz? Jeśli masz najmniejsze poczucie wstydu, to przyjdź i stoczymy bój! Chcesz szczerej przyjaźni z nami, oddaj Kazań i Astrachań. A jeśli mi chcesz ofiarować pieniądze, to gdybyś miał wszystkie skarby świata - na próżno! To, czego ja chcę - to Kazań i Astrachań. A drogi twego panowania widziałem i znam". W czasie tego najazdu spłonęło lub zostało zabitych przez Tatarów kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Moskwy (z ok. 100 000 jakie miasto to liczyło przed w najazdem Dewlet Gireja). Straty były tak wielkie, że zmarłych grzebano jeszcze dwa miesiące potem (od razu też przypomniała mi się opowieść Polki, która wracała do Ojczyzny z Kazachstanu w ramach repatriacji po zakończeniu II Wojny Światowej. Jadąc pociągiem towarowym - przeznaczonym jednak do przewozu ludzi - zauważyła że jest tam ubikacja w pociągu, a ponieważ chciała z niej skorzystać, poprosiła ruskiego strażnika żeby dał jej klucz do ubikacji. Ten to uczynił, a gdy ona otworzyła drzwi ubikacji... zamarła. Tam bowiem było ściśniętych kilka martwych, skostniałych od zimna i stojących pionowo ciał z poprzedniego transportu - jeden przy drugim. Przerażona tym widokiem poszła do strażnika i powiedziała że tam w ubikacji "stoją trupy". On na to jej odpowiedział: "No i co, że stoją? wkrótce przyjdzie odwilż, to przestaną stać i może wtedy ktoś je pochowa. To jest Rosja" - dodał).

Possevino - będąc w Moskwie dziesięć lat po najeździe tatarskim - stwierdził, iż miasto liczy sobie 30 000 mieszkańców i pisał: "Domy zajmują wiele przestrzeni, także szerokie ulice i liczne place. Wiele jest też świątyń, ale wzniesione zostały raczej dla ozdoby miasta niż dla kultu religijnego, ponieważ prawie cały rok większość z nich jest zamknięta". Possewino dodał również, że moskiewski Kreml wzniesiony został przez włoskiego architekta - Pietro Antonio Solariego (zwanego w Rosji - Piotrem Friazinem), zaproszonego tam przez gosudara (tytuł cara obowiązywał w Rosji dopiero od 1547 r. a Rzeczpospolita uznała go dopiero w 1634 r.) Iwana III. Wzniósł on mury, baszty Kremla i Granitową Pałatę (oczywiście nie był to jedyny Włoch, który rozbudowywał Kreml, innymi byli: Arystoteles Fioravanti z Bolonii, Antonio i Marco Ruffo, Aloisio de Carcano oraz Gilardi). Miasta: Smoleńsk, Nowogród i Psków szacował papieski dyplomata na 20 000 mieszkańców. Twer na nieco mniej, ale jednocześnie pisał: "Z daleka robi wrażenie wielkiego i pięknego miasta, murów jednak nie ma, chociaż jest w nim spora liczba domów, dlatego że było prawie całkowicie wolne od zniszczeń wojennych i napadów nieprzyjaciół. Z tego powodu także Wołogda i Kazań oraz w ogóle tereny bardziej na północ są bardziej zaludnione". Niestety jednak najazdy tatarskie, epidemia dżumy (która przyszła wkrótce potem 1571-1572) oraz krwawa polityka cara Iwana IV, której celem było mordowanie wszelkiej możliwej opozycji wśród bojarstwa i kapłanów prawosławnych (owa niesławna Oprycznina z lat 1565-1572), spowodowała ogromne wyludnienie w kraju, szczególnie na prowincji: "Jest rzeczą pewną że nieraz można było przejść w jego państwie (Iwana IV Groźnego) trzysta tysięcy  kroków i nie spotkać ani jednego człowieka". Ogromne, negatywne wrażenie sprawiły na nim wsie-widma, czyli wsie zupełnie pozbawione ludzi, w których żyły dzikie zwierzęta. Pamiętajmy, że mówimy o latach 1581-1582, czyli okresie po zakończeniu tych największych najazdów tatarskich, oraz po zakończeniu wojny z Rzeczpospolitą, ale jeszcze przed Wielką Smutą z początku XVII wieku.


HETMAN ŻÓŁKIEWSKI i HUSARIA NA KREMLU



Possevino opisywał również charakter i ducha bojowego poddanych cara Iwana IV i często przeczył w tym wypadku relacjom polskim, które przypisywały Moskalom tchórzostwo oraz fanatyzm religijny (pisałem już kiedyś o tym jak w polskich relacjach z lat 1609-1612 i 1617-1618 opisywane były przykłady fanatycznego wręcz zawierzenia ludu moskiewskiego obrazom świętych, które traktowane były na zasadzie odrębnego bóstwa. Np. wysłany po prowiant rotmistrz chorągwi jazdy Kotowskiego - operującej w rejonie Moskwy, w której to na Kremlu stacjonował ze swą jazdą i piechotą Aleksander Gosiewski, w Kitajgrodzie - Zborowski, a w moskiewskim Białygrodzie - Borkowski, Wejher i Kazanowski - opisywał w swym pamiętniku, że spotkał w lesie ruskich chłopów, którzy niszczyli święte obrazy tylko dlatego, że coś im w życiu nie wyszło, a zawierzyli swoje życie bóstwu świętego obrazu i gdy tylko ono ich zawiodło, natychmiast się na nim mścili, rozbijając je. Gdy zaś wymodlili dla siebie jakieś profity, ozdabiali święte obrazy i palili tam świece oraz znosili wszelkiego typu dary). Possevino co prawda pisał o tym, że Polacy i Litwini w otwartym polu są niepokonani, ale za to Moskale częściej zdobywają twierdze i potrafią się w nich dobrze umacniać i okopywać. Twierdził też, pisząc o Moskowii, że: "Często nawet kobiety biorą na siebie obowiązek żołnierzy - gdy trzeba przynosić wodę do gaszenia ognia, lub gromadzić i zrzucać z wałów wielkie kamienie lub ciskać zaostrzone drągi (...) Jeśli ktoś z załogi padnie od ciosu nieprzyjaciół lub w wyniku eksplozji wyleci w powietrze, zaraz zajmuje jego miejsce inny (...) - jednym słowem nikt nie żałuje trudu ani życia. Zahartowani na zimno często przed nim oraz przed deszczem, śniegiem i wiatrem, kryją się tylko pod wiązką gałęzi lub płachtą rozpostartą na wbitych kijach (...). Także na głód są bardzo wytrzymali, zadowalają się wodą zmieszaną z mąką owsianą. Opowiedział mi król Polski (mowa o Stefanie Batorym), że w twierdzach inflanckich napotykano takich, którzy dość długo odżywiali się w ten sposób i że gdy już prawie wszyscy wyginęli, ci, którzy pozostali, ledwie żywi, wciąż jeszcze obawiali się, czy przez oddanie się w niewolę nie łamią przysięgi złożonej swemu księciu, że służyć mu będą aż do  śmierci. Na tym właśnie polega ich siła, dzięki której są zdolni do największego bohaterstwa". W tym miejscu wydaje się jednak - biorąc pod uwagę inne źródła z tamtej epoki - że informacje na temat bohaterstwa Moskali są mocno przesadzone.

Państwo moskiewskie w tamtym czasie pozbawione było dostępu do morza (mam tu oczywiście na myśli niezamarzające zimą morze, dzięki któremu można by było uruchomić handel z Europą, do czego Iwan IV dążył. Co prawda od 1555 r. istniała w Archangielsku angielska Kompania Moskiewska (notabene pismo powołujące do życia ową kompanię - założoną przez królową Marię I Tudor - i wysłaną ponownie szlakiem północnym przez Morze Białe do Moskwy, w celu akceptacji i złożenia podpisu przez cara Iwana IV, napisane zostało w trzech językach wówczas międzynarodowych na dużych obszarach Europy: po grecku, po włosku i po polsku. Trzeba pamiętać również i o tym, że gdy jeszcze pod koniec XVII wieku Moskale zawierali traktat handlowy z Chinami, spisywano go także w trzech językach, w języku mandaryńskim, w języku mandżurskim - którym posługiwała się dynastia Qing, oraz... w języku polskim, wówczas oficjalnym języku dworu moskiewskiego). Mimo zawarcia tego układu handlowego z Anglią, realnie państwo moskiewskie Iwana IV było pozbawione dostępu do ciepłego morza i realnie tym samym uniemożliwiony był handel z Europą zachodnią. Dlatego też Iwan rozpoczął wojnę o Inflanty, których zdobycie z takimi portami jak Narwa, Rewel, Dorpat czy Ryga umożliwiłoby mu podjęcie ekspansji handlowej i pozwoliło Rosji uzyskać morskie okno na Europę a tym samym na Świat.

Possevino również pisał, że poziom wykształcenia Moskali jest dramatycznie niski: "Nie ma tam też żadnych szkół średnich ani akademii, lecz tylko szkoły (mowa o  szkołach cerkiewno-diakowskich), w  których chłopcy uczą się czytania i pisania na Ewangeliach, Dziejach Apostolskich, kronice i  na jakichś homiliach, przede wszystkim Jana Chryzostoma". Stan wykształcenia duchowieństwa prawosławnego był według Possevina jeszcze gorszy gdyż: "Nie posiadają oni książek ani wykształcenia teologicznego". I rzeczywiście, pierwsze prawosławne książki w języku ruskim, zostały wydane w Krakowie na początku XVI wieku w tamtejszej drukarni Szwajpolta Fiola. Pierwsza drukarnia w Moskwie i w ogóle na ziemiach którymi władał Iwan IV, powstała dopiero w roku 1564, a założyli ją dwaj przyjaciele - Iwan Fiodorow i Piotr Mścisławiec. Wydali oni tylko jedną książkę "Apostoł - czyli dzieje apostolskie". Istnienie jednak drukarni zostało odebrane przez mieszkańców Moskwy jako obraza Boga i już na przełomie 1564 i 1565 r. dochodziło do ataków na nią (wybijania okien i prób podpalenia). Ostatecznie została ona zdemolowana i podpalona w styczniu lub lutym 1565 r. a jej właściciele - w obawie o własne życie - czym prędzej uciekli do Wilna. Tak więc na długie dekady zakończyła się próba założenia w Moskwie drukarni, która drukowałaby słowo pisane i tym samym rozpowszechniała wiedzę wśród kapłaństwa i bojarów (co ciekawe i to warto również powiedzieć - w takiej Rzeczpospolitej łacina była nie tylko językiem szlachty i duchowieństwa, lecz również językiem mieszczan a nawet chłopów, gdyż dzięki szkołom przykościelnym i przyklasztornym ludność uczyła się tego języka i był on realnie drugim językiem w Rzeczpospolitej, o czym przekonał się pewnego razu francuski podróżnik, gdy krakowski woźnica zwrócił się do niego w pięknej mowie Cycerona i Horacego).


CAR IWAN IV GROŹNY




 Ojciec Antonio Possevino przedstawił również w swej książce postać Iwana IV Groźnego którego spotkał na własne oczy. Oto jego opis: "Jego ubranie wyróżniało się spośród innych blaskiem i wspaniałością. W  złote szaty wszyte były drogie kamienie, z ramion zwisał płaszcz wykonany w taki sam sposób (...) W ręku trzymał srebrny posoch podobny do biskupiego pastorału, także wysadzany kosztownościami. Moskwicini nazywają go "possok" (...) Miał na sobie dwa łańcuchy złożone z przeplatających się kuleczek złotych i dużych drogocennych kamieni. Jeden z łańcuchów zwisał na piersi, na drugim zaś nieco krótszym wisiał złoty krzyż długości dłoni, szeroki na dwa palce". Dalej Possevino pisał, iż Iwan odznaczał się wyjątkową pychą i gdy tylko wspomniał o władcach chrześcijańskich z innych krajów, ten rzekł: "A jacyś to są władcy na świecie?" Dalej papieski wysłannik opisuje charakter narodowy Moskali i ich wręcz niewolnicze przywiązanie do władzy. Władzy, która odbiera im wolność i godność: "Wszyscy Moskwicini oddają władcy taką cześć, jakiej nie można sobie wyobrazić. Często dają głośny wyraz - nawet jeśli w to nie wierzą - temu, że od niego mają życie, zdrowie i wszystkie dobra doczesne, że wszystko zawdzięczają łasce Bożej i łaskawości wielkiego cara (...) Jeśli chodzi o tytuły królewskie, a nawet cesarskie, to książę nie stara się o nie gdzie indziej, ponieważ sam je sobie przywłaszczył". Jednocześnie Possevino pisze, że Iwan wymyślił sobie swoją własną genealogię w którą wierzy i która ponoć wywodzi się od niejakiego Prusa, syna cesarza Oktawiana Augusta, którego ten osadził nad Wisłą, a potomkiem Prusa był Ruryk - założyciel dynastii Rurykowiczów. Rosja też według Iwana miała należeć do najstarszych krajów świata i jak twierdził car: "Przeto w tym samym czasie, gdy wy w Italii, my w państwie moskiewskim przyjęliśmy wiarę chrześcijańską, którą zachowaliśmy nieskażoną".




Possevino (jak już wspomniałem wyżej) odbył dwie podróże do Moskwy. Pierwsza rozpoczęła się w marcu 1581 r. i trwała kilka miesięcy, drugą zaś rozpoczął w lutym 1582 r. Między tymi podróżami miała miejsce śmierć syna i następcy cara - Iwana Iwanowicza, którego ojciec osobiście zamordował, uderzając go posochem w głowę w Słobodzie Aleksandrowskiej  (listopad 1581 r.). Według według słów Possevina całe zdarzenie wyglądało następująco. Któregoś dnia car Iwan zastał swoją synową Helenę (wywodzącą się ze znanego rodu bojarskiego Szeremietiewów) odpoczywającą w pałacu na jednej z ław w samej tylko koszuli. Moskiewskim zwyczajem było wówczas, że kobiety szlachetnego rodu musiały wkładać na siebie co najmniej trzy koszule aby ukryć swe ciało i swą nagość, jednak Helena była wówczas w ciąży i zapewne było jej niewygodnie w tylu strojach. Widząc to Iwan (a będąc prywatnie religijnym fanatykiem - notabene potrafił mordować ludzi osobiście w najbardziej okrutny sposób, np. po ułożonych na ziemi jeden przy drugim i związanych więźniach, przejeżdżał końmi lub karocą tak długo, aż tryskały z nich wnętrzności. A jednocześnie potrafił się długo i niezwykle intensywnie modlić. Oczywiście nie mam tutaj nikomu za złe, że ktoś się modli, bowiem modlitwa realnie jest drogą do Boga. Problem tylko polega na tym, że ten człowiek modlił się w trakcie popełniania zbrodni - jak choćby podczas mordowania mieszkańców Nowogrodu Wielkiego - co dla mnie jest zupełnym kuriozum), Iwan okrutnie pobił swoją synową. Słysząc krzyki i płacz swej małżonki, przybiegł tam syn i następca cara - Iwan, który starał się zasłonić żonę swym ciałem przed ciosami ojca. Car jednak jak zwykle był w swym szaleńczym transie, w czasie którego nie myślał logicznie, tylko bił i mordował - i tak też stało się w tym przypadku. Czerwony ze złości władca - widząc że syn próbuje osłonić swą żonę przed jego ciosami - chwycił w ręce leżący nieopodal posoch i uderzył nim potomka w skroń. Gdy książę osunął się na ziemię, Iwanowi wróciła świadomość. Widząc co uczynił, starał się nie dopuścić do zgonu syna. Przeniesiono księcia do jego komnat i opatrzono mu głowę, jednak szybko pojawiła się wysoka gorączka i po pięciu dniach od owego zdarzenia, Iwan Iwanowicz zmarł w wieku zaledwie 27 lat.

Na tym należałoby zakończyć opis państwa moskiewskiego ręki Antonio Possevina - nuncjusza papieskiego wysłanego do Rzeczpospolitej, który miał również za zadanie przyjrzeć się państwu carów moskiewskich.




CDN.

wtorek, 29 sierpnia 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXIV

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. X




GDAŃSK
 (ok. 1575 r.)




GDAŃSKA ZADRA
Cz. VI


 7 sierpnia 1577 r. król Stefan Batory z 16 000 żołnierzy ponownie podchodzi pod Latarnię (ową gdańską twierdzę którą już wcześniej zamierzał zdobyć, ale musiał się wycofać). Szybko wyrastają szańce na których stają armaty i zaczynają pluć ogniem w mury twierdzy. Po kilku dniach nieustannego ostrzału, wali się w gruzy wieża Latarni, a w murach twierdzy powstaje wyłom. Gdańszczanie wycofują się na wcześniej przyszykowane szańce, do których jednak król nie ma jak się dostać, ze względu na idącą w poprzek rzekę. Batory nakazuje przerzucić tratwy przez Wisłę, ale zamiar ten udaremniają Gdańszczanie. 23 sierpnia król Batory każe powiązać ze sobą łódki, na których umieszcza piechotę polską, węgierską i częściowo najemną piechotę niemiecką - żołnierze docierają do szańców i rozpoczyna się tam zażarta bitwa. Pierwszego dnia jednak obrońcom udaje się udaremnić atak wojsk królewskich, ale dnia następnego bitwa rozpoczyna się na nowo. Zewsząd słychać chrząszcz szabel i huk wystrzałów z broni palnej. Tego dnia pada martwy Jan Winkelbruch - dowódca obrony twierdzy (ugodzony kulą między oczy), ale obrońcom wciąż udaje się powstrzymywać atakujących. Sytuacja ta powtarza się w ciągu kilku kolejnych dni, aż wreszcie 1 września Gdańszczanie dokonują wypadu na most powiązany ze sobą liniami z tratew i łódek, rąbią go i tym samym odcinają jakieś 600 żołnierzy królewskich rot piechoty. Gdańszczanom pomagają duńskie okręty wojenne, ostrzeliwujące Polaków z morza, a ich dowódca Klaus Ungern (który w tych dniach stał się bohaterem gdańskiej ulicy i był na ustach praktycznie wszystkich Gdańszczan), oficjalnie już zaczyna dążyć do podporządkowania miasta królowi duńskiemu - Fryderykowi II Oldenburgowi. Senat miejski jest zaniepokojony tymi planami, ale tak naprawdę ma związane ręce, gdyż należy najpierw zmusić króla do odstąpienia od miasta.

Batory widząc, że wysiłki jego żołnierzy są niweczone nie tylko przez obrońców Latarni, ale również przez zmasowany ogień floty duńskiej, nakazuje okrętom stworzonym w Elblągu przez Kłoczowskiego (o czym pisałem w poprzedniej części) uderzyć na Duńczyków. Jednak 6 okrętów, mających na swym pokładzie łącznie zaledwie 8 armat, nie było w stanie sprostać sile Duńczyków i po pierwszej wymianie ognia flota Kłoczowskiego rozstąpiła się. Królowi Batoremu znowu los nie sprzyjał i widząc że niewiele już zdziała pod Latarnią, 3 września nakazał stamtąd odwrót. Teraz to Duńczycy postanowili wykonać kontruderzenie i 10 września 22 okręty (z 2500 żołnierzami na pokładzie) pod wodzą admirała Eryka Munka wpadły do Zatoki Fryskiej, ostrzelały Frombork, ograbili okoliczne wioski i przejęły bądź zatopiły część okrętów handlowych stojących w portach we Fromborku i Elblągu (przyjęto aż 60 okrętów, zaś kilkanaście zatopiono). Nocny atak Duńczyków (16-17 września), był tak szybki i niespodziewany, że o mało nie zdobyli oni szturmem Elbląga. Jednak miasto ocalił przybyły tam Kasper Bekiesz, na czele 300 osobowego oddziału Węgrów (notabene Bekiesz niegdyś walczył o władzę nad Siedmiogrodem z Batorym i przegrał. Batory jednak darował mu życie i wybaczył, a ten stał się następnie wiernym zwolennikiem nowego króla Rzeczypospolitej). W obozie królewskim zaczęły kończyć się proch i kule, mimo to Batory wciąż był zdeterminowany by zdobyć Gdańsk i powtarzał, że "tym złym ludziom ani rzeki, ani wody, ani błota nie pomogą". Jednak wciąż do tej pory niewiele król osiągnął, a nadal potrzebował nowych armat prochu i kolejnych żołnierzy. Jednak trudna sytuacja była również po stronie Gdańszczan. W mieście zaczęło brakować żywności, ceny poszły horendalnie w górę i ludzie coraz częściej zaczęli się burzyć. Gdańsk żył i bogacił się przecież dzięki jedności z Polską. Teraz zaś pozbawiony tej łączności poprzez blokadę i odmowę uznania nowego monarchy, popadał coraz większe tarapaty. Poza tym miasto traciło ogromne pieniądze na przerwaniu handlu morskiego. Do tego jeszcze nałożyli się Duńczycy, ze swoimi planami podporządkowania miasta Fryderykowi Oldenburgowi, co w ogóle doprowadziłoby do finansowej zapaści Gdańska, poprzez odcięcie go od rynku polskiego.


ALEGORIA ŁĄCZNOŚCI GDAŃSKA Z POLSKĄ



Coraz częściej więc po stronie gdańskiej zaczęły pojawiać się głosy, że tę wojnę należy zakończyć, należy ją zakończyć w interesie miasta i jego przetrwania. 28 września wystrzelono po raz ostatni kule z armatnich dział i od tego czasu trwała przerwa w działaniach zbrojnych, przy czym każda ze stron liczyła na jak najszybsze zakończenie tego konfliktu. Powody Gdańska już przedstawiłem, natomiast królowi śpieszno było do Inflant, gdzie car Iwan IV Groźny poczynał sobie coraz bezczelniej. I chodź król - jako choleryk - nadal pragnął podporządkować sobie miasto siłą, to coraz bardziej musiało do niego docierać, że ta wojna jest bez sensu i zajmuje tylko czas, pieniądze oraz żołnierzy, którzy potrzebni są zupełnie gdzie indziej (jak choćby na Podolu, które w marcu 1577 r. zostało najechane przez czambuły tatarskie i dotkliwie spustoszone). Obie strony realnie nie miały powodu żeby ze sobą walczyć, a jedynym powodem były kwestie ambicjonalne. Żadna ze stron nie chciała ustąpić z powodów godnościowych, chociaż Gdańszczanie szukali sposobu, aby król zgodził się na zniesienie Statutów Karnkowskiego (wprowadzonych w życie w 1570 r. i mocno ograniczających autonomię miasta) na czym im bardzo zależało, a wtedy z pewnością szybko uznaliby go jako swojego króla. Król przebywał wówczas (początek października 1577 r.) w Malborku, gdzie przybyli również posłowie z Brandenburgii od elektora Jerzego Fryderyka z Ansbachu, któremu kilka miesięcy wcześniej Batory (w zamian za 200 tys. złotych) obiecał opiekę nad chorym umysłowo jego kuzynem, księciem pruskim - Fryderykiem Albrechtem Hohenzollernem. Teraz posłowie pruscy w imieniu swego pana, przybyli do Malborka aby zrealizować tamtejszą obietnicę. Małżonka chorego władcy - Maria Eleonora oraz stany pruskie prosiły króla Batorego aby czym prędzej wyznaczył odpowiedniego opiekuna. Najchętniej widzieliby takowego spośród dworzan królewskich, bowiem Jerzy Fryderyk elektor Brandenburgii był w Prusach bardzo niepopularny (zresztą Prusacy uważali się za lepszych od Brandenburczyków i nie chcieli być od nich zależni, woleli nawet zostać włączeni do Królestwa Polskiego niż przejść pod władzę margrabiego Ansbach. Zresztą było to widać nawet w kształcie najważniejszych miast. Królewiec był wówczas jednym z najbardziej rozwiniętych miast Bałtyku, Berlin w większości był miastem na wpół chłopskim, drewnianym i małym - jeszcze w 1680 r. czyli w sto lat później, Berlin był w większości miastem drewnianym okrytych słomą dachach - dlatego też Prusacy nie chcieli podlegać "chłopskiemu elektorowi" i prosili króla aby wyznaczył jakiegoś polskiego opiekuna).

Król zapewne doskonale zdawał sobie sprawę, że oto nadarza się okazja do cofnięcia niefortunnej decyzji Zygmunta I Jagiellończyka z 1525 r. i po śmierci Fryderyka Albrechta całe Prusy Książęce włączone zostałyby teraz do Korony Polskiej (zgodnie z umową z 1525 r.). Ale zapewne dając wcześniej słowo Jerzemu Fryderykowi, nie chciał teraz uchodzić za krzywoprzysiężcę, dlatego też przyznał opiekę nad chorym umysłowo księciem właśnie margrabiemu z Ansbach. Król uczynił to bez zgody i woli sejmu, a jedynie uzgodniwszy to z kilkoma senatorami. Wkrótce potem szlachta wypomni mu ten właśnie czyn, gdy król będzie potrzebował pieniędzy na wojnę z Moskalami. Batory uczynił tak zapewne po pierwsze aby nie tracić czasu (gdyż zwołanie sejmu trwałoby co najmniej tydzień lub dwa, a potem kilka a często kilkanaście następnych tygodni  trwałyby obrady). Po drugie zaś Batory uczynił tak z przyzwyczajenia, bowiem będąc władcą Siedmiogrodu, tak naprawdę nie musiał się liczyć z wolą tamtejszych możnych i mógł prowadzić - w większości - samodzielną politykę. W Polsce było inaczej, tutaj bez zgody sejmu król mógł niewiele uczynić. Tutaj rządził naród, a król był jedynie kimś w rodzaju "Primus Inter Pares", tylko że uświęcony koroną królewską. Król był niezwykle szanowany, jego osoba otaczana czcią i poważaniem (w obecności króla nikt nie mógł nosić nakrycia głowy, o wyciągnięciu szabli nawet nie wspominając. Choć raz zdarzyło się że to król wyciągnął szablę przeciwko szlachcie, było to na sejmie 1605 r gdy do Zygmunta III przemawiał Jan Zamoyski - wówczas już stojący nad grobem, dlatego też w obecności monarchy siedział na krześle. Zamoyski ozwał się wówczas tymi oto słowy: "Nie spiesz się do szabli królu, aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami"), ale król nie mógł podejmować samodzielnie decyzji politycznych bez zgody i woli narodu - czyli szlacheckiej braci. Na tym polegała różnica pomiędzy rządami w Polsce, a rządami w jakimkolwiek innym europejskim kraju, w którym rządy sprawował monarcha (w filmie "Kanclerz" z 1989 r. Samuel Zborowski podczas koronacji Henryka Walezego w lutym 1574 r. wypowiada do Jana Zamoyskiego takie oto słowa: "To jest właśnie Rzeczpospolita Janie. Na całym świecie nie ma takiego kraju, gdzie ktoś odważyłby się podejść do ołtarza i dotknąć Korony").




Tak więc król Batory zgodził się przekazać prawo do opieki nad księciem pruskim na ręce elektora Brandenburgii, czym wywołał ogromny smutek stanów pruskich. Ale właśnie wtedy w Malborku posłowie z Brandenburgii przekazali królowi list od senatu Gdańska, który w pokornych słowach prosił o zakończenie tej niefortunnej wojny i wznowienie rozmów mających przywrócić pokój. Miało to miejsce 4 października 1577 r. Po tym jak król wyraził zgodę na przysłanie posłów, Gdańsk tak właśnie uczynił i przez kolejne dwa miesiące trwały intensywne rozmowy nad kształtem i warunkami pokoju, pomiędzy zbuntowanym miastem a Rzeczpospolitą. Rozmowy te jednak miały różną intensywność. Gdy np. król Batory wypuścił z więzienia w Malborku, trzymanych tam już od kilku miesięcy posłów gdańskich Konstantego Febera i Jerzego Rosenberga (25 września), senat Gdańska głosował przeciwko dalszym porozumieniom pokojowym z królem, uznając ten gest za królewską słabość. Dopiero interwencja posła saskiego - Abrahama Bocka doprowadziła do zmiany ich decyzji i przekazania owego listu do króla delegacji z Brandenburgii. Wreszcie 12 grudnia 1577 r. obie strony podpisały układ pokojowy, na mocy którego miasto Gdańsk miało przeprosić króla za swój bunt, złożyć przysięgę wierności w obecności jego komisarzy i wypłacić należne podatki. Dodatkowo obciążone zostało karą za bunt w wysokości 200 000 złotych (płatnych w ciągu czterech lat) i 20 000 złotych za zniszczenie klasztoru w Oliwie. W zamian król znosił interdykt - którym wcześniej obłożył miasto, potwierdził przywileje Gdańszczan i wolność wyznania augsburskiego. Sprawa zniesienia Statutów Karnkowskiego nie została wówczas uzgodniona, odłożono ją na czas obrad sejmu. W układzie tym przewidziano jeszcze triumfalny wjazd króla do miasta, ale Batory (zapewne za radą Zamoyskiego) odłożył ów wjazd, który niewątpliwie byłby upokarzający dla Gdańszczan na inną, "stosowniejszą porę" (ta stosowniejsza pora za życia Batorego już nigdy nie nastąpiła).

Zamiast króla do miasta 16 grudnia wjechali jego reprezentanci, czyli królewscy komisarze: podkanclerzy litewski Eustachy Wołłowicz, kasztelan lubelski Andrzej Firlej i sekretarz królewski ksiądz Hieronim Rozrażewski. Przyjęli oni przysięgę wierności władz miasta w budynku senatu (dwór Artusa). Batory chciał mieć odtąd spokój nad Bałtykiem, dlatego też nie zważał ani na prośby stanów pruskich (które już w maju 1577 r. gotowe były zapłacić 100 000 złotych, w zamian za nie przysyłanie do nich elektora brandenburskiego - Jerzego Fryderyka), ani na wzrost pozycji Elbląga, jako portu konkurencyjnego dla Gdańska (z chwilą bowiem zawarcia układu z Gdańskiem, pozycja Elbląga słabła z każdym rokiem, gdyż król przestał się tym miastem interesować). Król przestał też się interesować rozwojem polskiej floty i już nigdy więcej do tego pomysłu i tych planów z czasów wojny z Gdańskiem nie powrócił. Od tej chwili królewskie zainteresowanie biegło tylko w dwóch kierunkach: Wschód i Południe. Na wschodzie należało wreszcie utemperować cara Iwana, na południu zaś - po szczęśliwym zakończeniu wojny z Moskwą - plany Batorego opierały się o wyzwolenie Węgier, a nawet zdobycie Konstantynopola. Co prawda jego polityka swe ostrze opierała również przeciwko Habsburgom, ale na pewno już nie przeciw Hohenzellernom, a poza tym dość intensywne kontakty króla z książętami i elektorami krajów Rzeszy też musiały mieć wpływ na jego politykę bałtycką, szczególnie w odniesieniu do Prus Książęcych. Cóż, czy można winić Węgra o to, że pragnął wyzwolić swoją ojczyznę, wcześniej bijąc Moskali? Na Bałtyku Batory chciał mieć spokój, a spokój zapewniał mu tu właśnie elektor Brandenburgii, który otrzymał od króla prawo do opieki nad swym cierpiącym na manię prześladowczą kuzynem. Ale przecież jeżeli dobrze się przyjrzymy, to wśród najbliższych doradców Batorego, znajdziemy ludzi o bardzo podobnej mentalności, jak choćby królewski kronikarz i poseł do wielu krajów Rzeszy - Niemiec z urodzenia, Polak z obyczaju i wychowania - Reinhold Heidenstein, czy też jego protektor i przyjaciel kanclerz Jan Zamoyski (anty-niemieckość Zamoyskiego godziła bowiem tylko w Habsburgów, Hohenzellernowie i inni książęta Rzeszy, byli już przez niego uważani za godnych zaufania a często hołubieni).




Przenieśmy się teraz na Wschód, bo tam właśnie będzie odtąd spoglądał wzrok i zainteresowanie króla Batorego.


CDN.

środa, 2 sierpnia 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXIII

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. IX







GDAŃSKA ZADRA
Cz. V


 Zwycięstwo Jana Zborowskiego nad najemnikami Jana Winkelbrucha odniesione nad Jeziorem Lubiszewskim (17 kwietnia 1577 r.), co prawda uradowało samego króla, jak i przeraziło Gdańszczan, jednak bardzo szybko sytuacja uległa diametralnej zmianie. Co prawda dzięki temu zwycięstwu rozbito armię zwerbowanych przez miasto niemieckich najemników (a wydane już w początkach czerwca 1577 r. we Frankfurcie nad Menem przez Jana Łaskiego dzieło pt.: "Clades Dantiscanorum", sławiło ową bitwę jako wielkie zwycięstwo i tak też została ona rozpropagowana po Europie - notabene Batory dobrze wiedział jak umiejętnie stosować propagandę w polityce międzynarodowej), szybko jednak cała para poszła w przysłowiowy gwizdek. Po pierwsze - zwycięzcy żołnierze zaczęli teraz słać do króla prośby, by zgodnie ze staropolskim zwyczajem zezwolił im na porzucenie służby po zwycięstwie (inni chcieli oddalić się tylko na pewien czas), a Batory przecież wciąż gromadził wojsko i potrzebował każdego żołnierza, dlatego też takie prośby bardzo go irytowały (można wręcz powiedzieć, że gdy dostawał takie prośby idące wbrew jego zamierzeniom, dosłownie ręce mu opadały). Król nie zamierzał jednak się na to godzić, zakomunikował więc żołnierzom że nie jest to obyczaj polski - porzucać służbę po wygranej bitwie, bo w taki to sposób można przegrać wojnę. Wspominał też zasługi rycerstwa z dawnych czasów, w którym to: "Odnowiło się starożytne męstwo polskie" i wyraził też nadzieję że i obecnie żołnierze dochowają dyscypliny wojskowej i będą chcieli dorównać swym przodkom w ich męstwie. Po drugie zaś - Gdańszczanie bardzo szybko przystępują do odnowienia utraconej siły zbrojnej, ponownie werbują nowych najemników, gromadzą prowiant, wodę i amunicję, wzmacniają mury miejskie a wewnętrzne spory zostają wygaszone, wszystko zaczyna działać jak w dobrze naoliwionym niemieckim zegarku i już z końcem maja Gdańsk ponownie wystawia 10 000 najemnych żołnierzy. Ta konsekwencja zostaje skonfrontowana z niestety polskim słomianym zapałem, który to trwał do pierwszej zwycięskiej bitwy, po której to (szlacheckim głównie obyczajem) starano się jak najszybciej wojnę zakończyć. Nic więc dziwnego że to nie zwycięstwa mobilizowały Polaków a klęski, bowiem klęski sprawiały, że potrafili wznieść się na nieprawdopodobne wyżyny bohaterstwa i poświęceń, ale tylko do jednej, ewentualnie dwóch zwycięskich bitew - potem natychmiast zapał opadał i już szukano możliwości zawarcia pokoju. Batory mocno pragnął zmienić to nastawienie, gdyż jego celem było jak najszybsze skierowanie się ku Inflantom - które stały przed niebezpieczeństwem moskiewskiej inwazji.

Podobnie twierdził Jan Zborowski, który już 8 maja napisał do króla list, w którym ponaglał go, by czym prędzej przysłał mu większe siły, gdyż: "Nieprzyjaciel zemdlony i strachem zdjęty", przeto łatwo będzie ponownie go pobić. Król też zdawał sobie sprawę z konieczności szybkiego działania i w odpowiedzi Zborowskiemu pisał: "Cały zysk naszego zwycięstwa polega na szybkości działania, abyśmy, zanim Gdańszczanie zbiorą nowe wojska, albo Latarnię zdobyli, albo obóz między Latarnią a Gdańskiem od strony Żuławy nad Wisłą założyli i prędko most na Wiśle zbudowali, w ten sposób łatwo powstrzymamy posiłki i nowe ich wojska". Król list ten pisał już z Brodnicy na Pomorzu, choć jeszcze 1 maja był w Warszawie, gdzie (wraz z królową Anną Jagiellonką) uroczyście świętował pierwszą rocznicę swojej koronacji. Król jednak jest człowiekiem czynu, nie interesują go zabawy, kobiety ani spokojne dworskie życie, interesuje go wojna i nieustanny ruch - działanie. Pewnych rzeczy i on nie jest jednak w stanie przeskoczyć - wojsko zbiera się opieszale, poza tym na przeszkodzie wciąż staje brak pieniędzy, który jest tak uciążliwy, że doprowadza Batorego do żywej pasji. Co prawda 19 maja 1577 r. w Piotrkowie zbiera się synod prowincjonalny, zwołany przez prymasa Uchańskiego, który ma wspomóc króla finansowo - ale realnie wyższe duchowieństwo nie jest skore żeby obarczać siebie zbyt dużym jednorazowym podatkiem i dopiero pod koniec zjazdu 24 maja (widząc jak opornie idzie zbieranie funduszy na wojnę - od której duchowni starają się wymigać, mówiąc że nie są po to, aby ułożyć pieniądze na przelewanie krwi chrześcijańskiej) biskup Karnkowski rzuca na szalę 1000 zł, a prymas Uchański 3000. To nieco mobilizuje duchownych, ale łącznie zostaje zebranych 70 000 zł (czyli dokładnie taka sama kwota, jaką wziął król za zastawienie już w styczniu 1577 r. u kasztelana śremskiego - Jakuba Rokosowskiego - swojej własnej... korony królewskiej). Problemy jednak wciąż się piętrzą (np. tak wywyższony przez króla Elbląg odmawia przysłania pieniędzy a nawet puszkarzy, twierdząc że brak mu środków oraz że w mieście został tylko jeden intendent puszkarzy którego nie można przysłać. Król zatem odpowiada żeby przysłali tego jednego, a potem zadbali, aby owych intendentów było więcej). 




Jednak niesamowity wręcz królewski zapał, pracowitość i niespożyta energia Stefana Batorego, dodają siły, oraz zamykają usta wszelkim malkontentom. Gdy pojawiają się pieniądze dla wojska, pojawia się nowa broń, armaty, wszędzie ściągani są konni oraz formowana piechota, pojawia się zaopatrzenie (i to wszystko dzięki niesamowitemu wręcz zapałowi króla aby zdobyć niepokorne miasto), wówczas dopiero nastroje królewskiej armii zaczynają się zmieniać i ci, którzy do tej pory chcieli porzucić służbę po pierwszej wygranej bitwie i ci, którzy twierdzili, że miasto jest zbyt duże i zbyt silnie ufortyfikowane aby je zdobyć - więc nie ma sensu ryzykować życia, teraz gadali, że skoro jest nowa broń (zarówno ta tnąco-siekąca, jak i broń palna oraz armaty) są pieniądze, no to warto ich użyć w bitwie, żeby się nie zmarnowały. Zaczyna się rodzić zupełnie inne myślenie, król zaraża innych swoją pewnością siebie, wiarą w zwycięstwo i determinacją w działaniu. A król ma przecież wielkie plany i nie dotyczą one tylko Gdańska, który jest zaledwie wstępem do jego wielkich mocarstwowych zamierzeń. Już myśli nad stworzeniem polskiej floty bałtyckiej, która ma powstać w Elblągu; planuje wreszcie skonfrontować się z carem Iwanem IV Groźnym i wyrwać mu zagrabione twierdze w Inflantach oraz zdobyć Połock, a być może nawet Psków (i kto wie może nawet Moskwę). Ostatecznie jednak planuje wielką wyprawę na Turcję Osmańską, która byłaby wyzwolenczą kampanią dla Węgier i być może większości krajów bałkańskich, a skończyłaby się zdobyciem samego Konstantynopola. Czyż to nie wielkie i ambitne plany dla człowieka, który aby zdobyć tylko jedno miasto musiał zastawić swoją własną koronę? Ale właśnie tacy ludzie są solą zmian i to oni dyktują powstanie nowej epoki i nowych czasów; ich determinacja, zapał i poświęcenie zmienia bowiem dzieje świata. Tak było od czasów Aleksandra Macedońskiego, Hannibala, Juliusza Cezara czy... Józefa Piłsudskiego.




 Jednak nim te wielkie plany zostaną urzeczywistnione, król musi się skupić na mniejszych założeniach, zatem nakazuje sprawdzenie spławności czterech rzek: Bugu, Warty, Noteci i Gwdy. Żegluga śródlądowa jest dla Batorego niezwykle ważna, ale jeszcze ważniejsze jest powstanie i uruchomienie silnej floty morskiej - niestety brak wielkich tradycji morskich w narodzie polskim nieco tę sprawę komplikuje, ale przecież Batory wywodzi się z Siedmiogrodu - kraju który nie ma dostępu do morza, a mimo to król dostrzega sens, potrzebę i konieczność stworzenia floty wojennej i handlowej, w kraju, w którym zboże płynie Wisłą do portów w Gdańsku i Elblągu, a następnie morzem do całej Europy, do najdalszych zakątków tego Kontynentu (pisałem już kiedyś, że gdy pod koniec XVI wieku polski poseł w Niderlandach - Paweł Działyński zagroził wstrzymaniem dostaw zboża dla tego kraju, jeśli dalej będzie toczył wojnę z Hiszpanią, w Holandii wybuchło przerażenie, gdyż wstrzymanie dostaw zboża równało się realnie powstaniu klęski głodu). W połowie maja 1577 r. król był w Malborku (gdzie spędził jakieś trzy tygodnie), wyjechał stamtąd 11 czerwca z 10 000  żołnierzy (6000 jazdy i 4000 piechoty, czyli klasyk jak na polskie warunki, u nas bowiem zawsze dominowała jazda) i 22 armatami. 12 czerwca w Pruszczu Gdańskim król zwołał radę wojenną, na której przedstawił swój plan ataku na miasto - celem miało być odcięcie miasta od morza, czyli zdobycie twierdzy zwanej Latarnią (jej opanowanie bowiem uniemożliwiało drogą morską dostarczanie do miasta amunicji jak i żywności, o sprowadzaniu dalszych najemników do Gdańska nawet nie wspominając). Plan ten popierał podkanclerzy - Jan Zamoyski i dowodzący piechotą Jan Wejher z Pucka, przeciwko byli Jan Zborowski i kasztelan lubelski - Andrzej Firlej - którzy namawiali króla do bezpośredniego ataku na Gdańsk, twierdząc że istnieje tam silna partia pokojowa i jeśli tylko rozpocznie się ostrzał miasta, tamci zdobędą przewagę i rozpoczną rozmowy kapitulacyjne. Król był przeciwny bezpośredniemu atakowi na miasto, gdyż wiedział że Gdańszczanie dysponują nie tylko silnymi murami obronnymi, ale również mogą przerwać śluzy i zatopić wojska które będą próbowały ich atakować. Postanowiono więc ostrzeliwać miasto z dział, a jednocześnie zdobyć Latarnię odcinając Gdańsk od wszelkich dostaw.

14 czerwca Wejher podszedł pod Latarnię, ale ostrzał prowadzono tylko od strony południowej i południowo-zachodniej, bowiem reszta terenu została zalana przez Gdańszczan którzy zerwali śluzy, zamieniając te tereny w podmokłe grzęzawiska. Król rozłożył swój namiot na Stolzenbergu, skąd mógł obserwować zarówno działania pod Gdańskiem, jak i te prowadzone pod twierdzą Latarnia. Z obu stron przemówiły działa, jednak gdy rajcy gdańscy wysłali do obozu królewskiego swego posła, wydawało się że zarówno Zborowski jak i Firlej mieli rację i w mieście rzeczywiście istnieje partia, która pragnie porozumieć się z królem. Król posłał teraz na rozmowy do Gdańska swoich posłów pod przewodnictwem Jana Działyńskiego, ale domagali się oni od miasta bezwarunkowej kapitulacji i uznania praw króla, wypłacenia zaległych należności oraz całkowitego podporządkowania się. To nie mogło się spodobać nawet najbardziej pro-polsko (czy raczej pro-królewsko) nastawionym rajcom (zresztą nie było ich też zbyt wielu). Działyński postanowił wówczas (zapewne na polecenie króla) dokonać rozłamu pomiędzy rajcami a gdańskim mieszczaństwem i w wygłoszonej 19 czerwca z okien ratusza mowie, stwierdził, że jeśli mieszczanie gdańscy otworzą bramy miasta przed wojskami królewskimi i złożą przysięgę na wierność Batoremu, ten daruje im wszelkie wcześniejsze winy, a ukaże jedynie bezpośrednich winowajców całej tej "awantury". Niestety, mowa ta nie spotkała się z aprobatą ludu Gdańska i nie udało się królowi wbić klina pomiędzy rządzących miastem, a mieszkańcami grodu nad Wełtawą. Rozmowy jeszcze trwały, ale były coraz bardziej jałowe, gdyż Gdańszczanie domagali się coraz bardziej nierealnych zobowiązań królewskich, a król żądał od nich bezwarunkowej kapitulacji i bezwzględnego posłuszeństwa. Ponieważ obie strony nie doszły do porozumienia, 29 czerwca armaty królewskie ponownie zaczęły ostrzeliwać miasto. Kanonada ognistych, świszczących kul, wystrzeliwanych z dział wyglądała efektownie (poza może płoszeniem koni), ale była mało efektywna. Mury miejskie Gdańska były niezwykle solidne i nic nie wskazywało na to, że uda się je szybko skruszyć (czy choćby zrobić w nich większy wyłom), poza tym również pod Latarnią Wejher poniósł porażkę, gdy (za sprawą zdrady) 3 lipca o świcie jego szańce (spowite wówczas mgłą) zostały zaatakowane przez wypad załogi z Latarni, dowodzonej przez Duńczyka - Klausa Ungerna. Atak był tak silny i niespodziewany, że o mały włos nie skończył się wybiciem całego oddziału Wejhera i tylko odsiecz husarii Marcina Kazanowskiego zmusiła atakujących do odwrotu. Straty jednak wśród żołnierzy Wejhera były znaczne, zniszczono prawie cały obóz a poza tym zabrano aż 14 armat. Była to więc dotkliwa porażka poniesiona przez siły królewskie.

Wkrótce do obozu królewskiego pod Gdańsk doszły niepokojące wieści z Inflant, gdzie w początkach lipca 1577 r. oddział Tatarów (będących na służbie Iwana IV Groźnego) pokonał w jednym ze starć słabe inflanckie siły Macieja Dembińskiego, zmuszając je do odwrotu (wkrótce potem z Inflant wycofał się administrator tej prowincji Jan Chodkiewicz). Kraj został więc oddany na łup tatarskich hord i stojącej jeszcze pod Pskowem 30-tysięcznej armii moskiewskiej. Co prawda Tatarzy miast nie atakowali, ale załogi miast inflanckich były nieliczne i gdy tylko pojawiłaby się armia moskiewska zapewne musiałyby się poddać, aby uniknąć późniejszych mąk (bowiem Moskale za opór zabijali w sposób okrutny nie tylko obrońców tych twierdz, ale i mieszkańców którzy im pomagali). 13 lipca car Iwan IV opuścił Psków kierując się z główną armią na Marienburg, zaś książę duński - Magnus (zięć cara) miał opanować zachodnią część Inflant do rzeki Gawii. Jako pierwsi Moskale 15 lipca wkroczyły na Inflanty siły kniazia Tymofieja Tubeckiego, liczące 4300 ludzi. Spustoszyli oni okolice Wolmaru i Trykatu. Poprzedzał ich książę Magnus, który wystosował apel do okolicznych twierdz, aby poddały się jemu - jako księciu duńskiemu, inaczej - gdy nadejdzie car - wszyscy mieszkańcy poniosą konsekwencje swojego uporu, a z poprzednich kilkunastu lat wszyscy wiedzieli co dokładnie to oznacza. Nic więc dziwnego że większość miast poddawała się masowo: Nitau, Szujen, Erla, Festen, Jurgensburg, Lenwardu, Asferaden i Kokenhausen nad Dźwiną (upadek tego ostatniego miasta wywołał przerażenie na Litwie, tym bardziej że rotmistrz Derpkowski - który poddał twierdzę -  otrzymał wsparcie 300 ludzi wysłanych mu przez Krzysztofa Radziwiłła - co prawda siły te dotarły pół godziny po kapitulacji miasta - a poza tym wojsko, którym dysponował Magnus pod Kokenhausen było tak nieliczne, że wręcz otwarcie oskarżono Derpkowskiego o zdradę). Natomiast książę Magnus - po kapitulacji Wendenu - ogłosił się tam królem Liwonii (uczynił to bez porozumienia ze swym teściem, co potem skończy się dla niego dość nieprzyjemnie, co tylko potwierdzi fakt, że realnie Magnus był tylko marionetką w rękach cara Iwana).




Porażka Wejhera pod Latarnią mocno wstrząsnęła Batorym, który 14 lipca zwinął swój obóz, spalił resztki zabudowań i wycofał się spod Gdańska. W mieście zaczęto się radować ze zwycięstwa, wystrzelono z armat na dowód tego, że miasto wygrało z królem - jednak radość mieszkańców była przedwczesna. Gdańszczanie nie docenili Batorego, tak naprawdę nie zdawali sobie sprawy z jak upartym i konsekwentnym człowiekiem przyjdzie im toczyć walkę. Co prawda porażka pod Latarnią doprowadziła Batorego do cofnięcia się z miasta, ale to nie oznaczało wcale że zrezygnował ze zdobycia Gdańska, a wręcz przeciwnie. Przez cały drugą połowę lipca Batory snuł najbardziej dziwaczne plany zmuszenia miasta do kapitulacji (m.in. planował zmienić bieg Wisły i skierować rzekę w innym kierunku). 19 lipca 1577 r. Batory zażądał od miasta Elbląg wystawienia pierwszych okrętów, będących podstawą tworzonej na przyszłość floty wojennej. Na początek miało to być 10 okrętów, pływających pod czerwoną banderą z ramieniem trzymającym miecz (Batory dodał, że jeśli miasto nie posiada takich okrętów, to powinno je wynająć np. od Szwedów i wystawić na Bałtyk zgodnie z królewskim żądaniem). Rada Miasta Elbląga - która zdawała sobie sprawę z królewskich łask, jakie do tej pory spływały na miasto - nie zamierzała jednak nic w tej sprawie robić, dlatego też na potęgę mnożyła przeszkody i słała do króla żale, twierdząc że nic nie udało się w tej sprawie uczynić. Ciągle ktoś rzuca mi kłody pod nogi - zapewne tak właśnie myślał sobie wówczas król Batory - szlachta mamrocze pytając dlaczego nie zwołuję sejmu walnego. Chcieliby się zbierać jak sójki za morze przez trzy tygodnie, a potem przez kolejne sześć tygodni radzić jak zmusić mnie do wycofania się spod Gdańska i jak nie dać mi żadnych więcej pieniędzy. Elblążanie nie są w stanie wystawić dziesięciu okrętów floty, car Iwan zajmuje kolejne twierdze w Inflantach a Tatarzy... no właśnie, Tatarzy.

29 czerwca 1577 r. w pałacu w Bakczysaraju na Krymie zmarł chan Dewlet I Girej (panujący nad Ordą przez 26 lat). Był to silny władca Krymu, o którym sam sułtan Selim II (syn Sulejmana Wspaniałego) mówił: "Emir Krymu, szczery i lojalny przyjaciel naszego tronu". Dewlet Girej przysłużył się nieco Batoremu, organizując od 1572 r. coroczne najazdy na Moskwę. Czasem wyprawy te kończyły się niepowodzeniem Tatarów (jak ta z 1572 r.) lub pustoszeniem południowych połaci państwa Iwana Groźnego (car bowiem zajęty był głównie wojną z Polakami, Litwinami i Szwedami w Inflantach, a także mordowaniem własnych poddanych, więc na obronę państwa przed Tatarami nie starczało mu już czasu ani środków). Nie oznacza to jednak że chan tatarski działał w jakiejś zmowie z Batorym, tym bardziej, że dokonując wypraw na Moskwę, jednocześnie Tatarzy atakowali ziemie Rzeczpospolitej (głównie Ukrainę, Podole, Wołyń i Ruś Czerwoną). Tatarzy byli bowiem stepowymi piratami, atakowali sąsiednie państwa nie w celu zdobycia nowych ziem, tylko w celu rabunku - pojmania jasyru (czyli niewolników), koni, bydła i kosztowności. To było pirackie państwo, którego ekonomika opierała się w ponad 90% na rabunku i sprzedaży zrabowanego towaru. Dlatego też powstrzymać Tatarów przed najazdami można było tylko na dwa sposoby: albo im płacić za nieatakowanie danych terenów (co nazywano upominkami dla chana), albo też podbić i zlikwidować Chanat Krymski - innego sposobu powstrzymania tych najazdów nie było. Po śmierci Dewleta jego następcą został syn - Mehmed II Girej "Semiz" (czyli "Tłusty" - zwany tak ze względu na swoją wagę, która uniemożliwiała mu nawet dosiadanie konia). 17 lipca w Konstantynopolu został odnowiony akt przymierza pomiędzy Polską a Turcją (zawarty po raz pierwszy w styczniu 1533 r.), a to spowodowało że sułtan Murad III (syn Selima II) rozkazał Mehmedowi Gierejowi, aby dopomógł Rzeczpospolitej w wojnie z Moskwą. Wkrótce potem do Bakczysaraju wysłany został poseł Batorego - Jędrzej Taranowski (od którego na Krymie Tatarzy zaczęli domagać się "upominków", co było dosyć komicznym, aczkolwiek nieco żałosnym widokiem). Batory mógł się jednak spodziewać, że w zbliżającej się wojnie z Moskwą Orda Krymska stanie po stronie Rzeczpospolitej.




Król coraz bardziej tracił już cierpliwość w stosunku do Elblążan i ich wymówek odnośnie floty. W końcu wysłał tam starostę małopolskiego - Piotra Kłoczowskiego (który wcześniej wysyłany jako poseł do różnych miast hanzantyckich, miał wyrobione odpowiednie kontakty i doświadczenie). Wynajął on sześć statków holenderskich, obsadził je ośmioma działami zdjętymi z murów Elbląga i powierzył je dowództwu Bartłomieja Becka, z zadaniem zdobycia pozostałych okrętów na Gdańszczanach. A tymczasem król Stefan Batory 7 sierpnia 1577 r. z 16000 żołnierzy ponownie wraca pod Gdańsk (ku przerażeniu jego mieszkańców), a konkretnie pod Latarnię i ustawia armaty, otwierając ogień w kierunku tej twierdzy.






PS. Z okazji 79 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego chciałbym powiedzieć tylko tyle, że mam, miałem i będę miał zawsze ogromny szacunek dla ludzi, którzy mimo przeciwności losu podjęli się walki (często beznadziejnej i straceńczej, jak chociażby powstańcy warszawscy - chociaż w ich przypadku oni wierzyli, że Powstanie realnie potrwa tylko kilka dni i zakończy się zwycięstwem, bo Niemcy już są rozbite, bo widać było jak do miasta zwożą z frontu rannych niemieckich żołnierzy, którzy wyglądali żałośnie i nie przypominali już tych butnych, pewnych siebie wehrmachtowców - rycerzy tysiącletniej Rzeszy) o swoją wolność, o ludzką godność, o niepodległość swej Ojczyzny i bezpieczeństwo dla swych rodzin. Tak więc Powstańcy Styczniowi, Żołnierze Niezłomni czasów drugiej konspiracji i oczywiście Powstańcy Warszawscy, to są ci ludzie których ja podziwiam i uważam, że powinni być oni mimo wszystko (piszę "mimo wszystko" ponieważ przegrali) brani za przykład dla przyszłych pokoleń. Bo oczywiście można żyć w gównie, nawet jeśli jest się człowiekiem honoru, ale w końcu ten zapach cię zabije, a przynajmniej zabije cię bezczynność i poczucie że wewnętrznie się rozpadasz, giniesz w tym smrodzie. Dlatego też jak ktoś mówi pozytywizm, praca u podstaw, to powiem - owszem, to jest dobre i ja tego nie zamierzam wcale negować. Ale to jest dekady (a często na pokolenia) i nie tworzy ona mimo wszystko realnego podglebia pod zmiany. Spójrzmy bowiem jak to wygląda w naszej historii - Powstańcy Styczniowi byli wzorem dla tych, którzy wywalczyli nam Niepodległość w latach 1914 -1918 i obronili ją w 1920 roku. Żołnierze Niezłomni, Żołnierze Wyklęci byli zaś podglebiem współczesnych patriotów, ludzi, którzy dziś - dzięki ich poświęceniu i walce tworzą swoisty pomost pokoleniowy (a także pomost pamięci genetycznej co bardzo ważne) pomiędzy II a III Rzeczpospolitą (bo przecież nikt normalny nie powie, że PRL był jakąkolwiek formą łączności z dawną, przedwojenną Polską), a po transformacji ustrojowej - jakże żałośnie to brzmi - ludzie o pokroju Kuronia, Gieremka czy Michnika - również nie chcieli budować tego pomostu, im powiem bliżej było do PRL-u, bowiem w większości wywodzili się ze środowisk komunistycznych. Powstańcy Warszawscy są są dumą Miasta i całej Polski. To również jest pomost pokoleniowy pomiędzy starym a nowym światem, pomiędzy tradycją i tym co piękne w naszej historii, a współczesnością i naszą wzrastająca rolą w Europie i myślę że i już wkrótce także na Świecie.








CDN.

piątek, 21 lipca 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXII

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?




 

BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. VIII







GDAŃSKA ZADRA
Cz. IV


Od 15 września 1576 r. miasto Gdańsk zostało zablokowane (znaczy wyrokiem królewskim zakazano spuszczać Wisłą zboże do Gdańska), a od 20 września oficjalnie uznane zostało za miasto zbuntowane. Co prawda po śmierci (12 października) cesarza rzymskiego - Maksymiliana II Habsburga (którego Gdańsk popierał jako konkurenta dla Stefana Batorego do tronu polskiego), rajcy miejscy byli skłonni uznać Batorego za króla i porozumieć się z nim, jednak ową propozycję opatrzyli żądaniem prawa do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa w przyszłości, co ten uznał za godzące w jego majestat i honor, i odrzucił wszelkie rozmowy z Gdańszczanami. Po zakończeniu obrad sejmu toruńskiego (29 listopada), król pozostał w Toruniu jeszcze przez miesiąc, rozsyłając wici i zbierając armię (nieco na przekór samej szlachcie, która twierdziła na sejmie, że król - zgodnie z prawem - może rozesłać wici tylko w sytuacji zagrożenia zewnętrznego, a nie buntu miast Korony. Jednak ludzie z otoczenia samego monarchy - jak choćby Jan Zamoyski - stwierdzili, że sprawę buntu Gdańska należy potraktować jako zagrożenie zewnętrzne, gdyż po pierwsze miasto rozpoczęło rozmowy z Duńczykami, a po drugie wypowiedzenie posłuszeństwa przez miasto mowy niemieckiej można by traktować jako atak na jedność Rzeczpospolitej). W początkach stycznia 1577 r. (tuż po Nowym Roku) król wraz ze swym dworem wyjechał do Bydgoszczy. Tam też ponownie zjeżdżają (wcześniej byli bowiem na sejmie toruńskim) burmistrz Gdańska - Konstanty Ferber, rajca miejski - Jerzy Rosenberg i syndyk - Henryk Lembke. Oficjalnie pragną zgody i gotowi są uznać Stefana Batorego za swego króla, żądają jednak zniesienia Statutów Karnkowskiego (wprowadzonych w 1570 r. które zwiększały władzę królewską w mieście, poprzez danie prawa królowi do nakładania nowych podatków na handel morski, możliwość budowy okrętów wojennych w miejskim porcie i utrzymania wpływu na magistrat miejski). Król jest gotów ustąpić w sprawie Statutów, ale poza tym żąda bezwzględnego posłuszeństwa i uznania swej władzy (oraz wypłacenia 200 000 zł zaległych opłat, które Gdańsk winien był Rzeczpospolitej). Rajcy proszą o dziesięć dni do namysłu. Przybywają ponownie po dwunastu dniach, co już samo w sobie jest policzkiem wymierzonym w królewski majestat. 

To już dla Batorego za wiele. Wpada w gniew i każe uwięzić wszystkich gdańskich posłów poza syndykiem Lembke (który miał wrócić do Gdańska i przekazać mieszkańcom wiadomość o królewskim gniewie i oficjalnym uznaniu miasta za wroga Rzeczpospolitej - innymi słowy Batory nałożył na miasto interdykt "ognia i wody") i pod strażą odesłać ich do Łęczycy, pod "opiekę" prymasa Jakuba Uchańskiego (niechętnego Batoremu, który po śmierci Maksymiliana musiał jednak przysiąc mu wierność). Interdykt "ognia i wody" wydał król Batory 12 lutego 1577 r. a oznaczał on mi mniej ni więcej wyjęcie mieszkańców Gdańska spod prawa jako wrogów Rzeczpospolitej. Oznaczało to, że każdego Gdańszczanina można było teraz bezkarnie zabić, a jego dobra i dobra wszystkich gdańskich kupców oraz rajców skonfiskować (a wielu bogatych gdańszczan miało swoje wierzytelności ulokowane w innych miastach Korony, z czego skwapliwie skorzystał król, konfiskując dobra gdańskie w Toruniu i Krakowie i włączając je do skarbu królewskiego). Odpowiedzią Gdańska jest wycelowanie armat miejskich w klasztor oliwski z jego słynną biblioteką (15 lutego), i otwarcie ognia (klasztor oczywiście był katolicki a większość mieszkańców Gdańska wyznawała luteranizm, jako że miasto było głównie miastem języka niemieckiego - a wówczas niemieckość była kojarzona przede wszystkim z protestantyzmem). Te pierwsze działa symbolizują rozpoczęcie wojny która dla obu stron nie jest wojną łatwą. Batory co prawda posiada wojska mobilne, ale niewiele ma armat, a i armia w większości składa się głównie ze szlachty, czyli z pospolitego ruszenia i należy dopiero oczekiwać przybycia poszczególnych chorągwi hetmańskich (jak i prywatnych kontyngentów szlacheckich oraz tych, wystawionych przez duchownych). Gdańsk zaś dopiero ściąga najemników (głównie rekrutując ich w miastach Rzeszy), ale jego mocną stroną są potężne mury miejskie - praktycznie nie do zdobycia. Aby jednak wystawić silną armię przeciw dobrze ufortyfikowanemu Gdańskowi, Batory potrzebuje pieniędzy i aby je zdobyć jest gotów na wiele, bardzo wiele.

7 marca 1577 r. król Stefan Batory wydaje kolejny uniwersał, ogłaszając tym razem całkowitą blokadę handlową Gdańska (od tej pory zboże spławiane Wisłą miało być kierowane do Torunia i Elbląga (pomysł ten, poddał królowi opat oliwski - Kacper Geschkau). Był to spory cios ekonomiczny dla Gdańska, czego efektem w kolejnych miesiącach było przeniesienie się do Elbląga cudzoziemskich kupców, spółek handlowych i obcych statków zawijających niegdyś do portu gdańskiego, a teraz do portu w Elblągu. W ramach zemsty Gdańszczanie skonfiskowali towary polskich kupców stojące na statkach w porcie gdańskim, ale to nie zrekompensowało im skali strat, jakie ponieśli w chwili ogłoszenia blokady ich miasta. Batory jednocześnie rozsyła wici, wzywając wszystkich zdolnych do noszenia broni, do stawienia się zbrojnie na dzień 23 marca. Jednocześnie przygotowując się do ostatecznej rozprawy z Gdańskiem, nie traci król z oczu zagrożeń wschodnich, bo tam Iwan IV Groźny, samoistny car moskiewski (ogłosił się carem w styczniu 1547 r., jednak Rzeczpospolita nie uznawała tego tytułu aż do 1634 r.) już szykował się do zajęcia całych Inflant. Jeszcze więc w lutym 1577 r. król wysłał do tej prowincji - jako administratora Jana Chodkiewicza i polecił mu przyjrzeć się umocnieniom twierdz inflanckich, głównie Rygi, a także usunąć niepewnych ludzi - szczególnie Niemców - którzy ( jak donoszono) sprzyjali księciu duńskiemu Magnusowi, co szedł z Iwanem w charakterze przyszłego władcy tych ziem (książę Magnus był żonaty z córką Iwana), a tak naprawdę w charakterze jego marionetki (miał zagwarantować, że twierdzę inflanckie poddadzą się jemu, jako Duńczykowi i nie zostaną wydane na pastwę Moskali, którzy już wówczas słynęli ze swego okrucieństwa w postępowaniu z wziętymi do niewoli jeńcami. Realnie jednak Magnus nie miał żadnej władzy i był tylko listkiem figowym Iwana, który wykorzystywał go gdy było mu to na rękę). Wielka wojna z Moskalami, to było to, na co czekał Batory, najpierw jednak musiał rozprawić się ze zbuntowanym Gdańskiem (kolejnym zaś królewskim marzeniem była wielka wojna z Imperium Osmańskim o oswobodzenie Węgier, tym bardziej że po śmierci Sulejmana Wspaniałego w 1566 r. jego następcy - szczególnie zaś z Selim II - sprawiali wrażenie raczej ułomnych niż jak dotąd przerażających wojowników islamu).




Oczywiście całkowita blokada Gdańska nie wchodziła w grę, tym bardziej że Gdańska flota znacznie górowała nad okrętami kaperskimi, wynajętymi przez króla w Elblągu, a poza tym na Bałtyku w rejonie Helu pojawiły się okręty duńskie -  wspierające Gdańsk. Król pisze list do margrabiego Ansbachu - Jerzego Fryderyka Hohenzollerna, oferując mu opiekę nad jego chorym umysłowo kuzynem, księciem pruskim - Albrechtem Fryderykiem Hohenzollernem (który był lennikiem króla polskiego), za 200 000 zł. Król zwołuje również senat do Włocławka (wcześniej jednak listownie pyta się o zgodę biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego czy nie ma nic przeciwko jego wizycie, odpowiedź biskupa jest dość zaskakująca, mianowicie odradza on wizytę królowi we Włocławku, twierdząc że miasto jest małe i spokojne i nie nawykłe do wrzawy dworu, a poza tym nie ma co tutaj jeść i jak sam twierdził - on sam przebywa we Włocławku góra cztery tygodnie, bo brak tutaj żywności. Król jednak nic sobie z żalów biskupa nie robił, zdając sobie sprawę, że ten po prostu nie chciał, aby dwór przyniósł się do Włocławka i aby dworzanie wyjęli jego zapasy; tym bardziej że po zniszczeniu klasztoru oliwskiego utracił już dobra gdańskie i nie chciał ponosić większych szkód materialnych), na którym - aby uzyskać pieniądze - zastawia swoje klejnoty koronne. Codziennie też z kancelarii królewskiej idą listy do rotmistrzów i do możnych panów z żądaniem, aby czym prędzej ściągali zbrojnie na Pomorze. Energia i praca jaką wykonuje w tym czasie król Stefan Batory jest nieporównywalna z niczym wcześniejszym, nie tylko z ospałym i dość leniwym Henrykiem Walezym, ale również z poprzednimi królami, jak choćby z Zygmuntem II Augustem, czy jego ojcem Zygmuntem Jagiellończykiem. Ta ciężka praca daje wreszcie efekt, zbierają się roty konne, formuje się silna piechota, tworzy się wreszcie artyleria (król osobiście dogląda każde nowe działo). Jednocześnie król będąc we Włocławku u biskupa Karnkowskiego, wymusza na nim (czy raczej przekonuje go) przekazanie tamtejszych skarbów kościelnych i klasztornych na rzecz państwa. Jednocześnie prosi Karnkowskiego by czym prędzej wymóg na prymasie Uchańskim zwołanie synodu prowincjonalnego, w celu uchwalenia przez duchowieństwo specjalnego podatku, zwanego subsydium charitativum (dobrowolnego podatku). Stary i głuchy już prymas Uchański, ostatecznie zgadza się zwołać synod prowincjonalny do Piotrkowa na 19 maja 1577 r. na którym to duchownictwo zgadza się na jednorazowy podatek, w celu wspomożenia wojennej polityki króla.

Król Batory z Włocławka śle uniwersały, zwołujące sejmiki powiatowe i generalne. Uniwersały te są odpowiednio przygotowane i tak sformułowane, aby pobudzały wśród szlachty patriotyczne uczucia. Mówi się tam bowiem o walkach Polaków o Gdańsk w dawnych czasach piastowskich. Przywołuje się w nich pieśń dawnych wojów Bolesława III Krzywoustego z XII wieku, która brzmiała "Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące, my po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające! ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali, a nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali. Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie, a my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!". Ale przede wszystkim położono nacisk na przedstawienie walki o Pomorze i Gdańsk z Krzyżakami, począwszy od XIV wieku i zajęcia Gdańska (w 1309 r.) przez rycerzy Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (zwanych po prostu Krzyżakami), aż po wiktorię grunwaldzką 1410 r.) i ostatecznie Wojnę Trzynastoletnią z lat 1454-1466, w wyniku której całe Pomorze i Warmia znów wróciły do Korony Polskiej (Gdańsk opowiedział się po stronie Polski już w 1454 r. niszcząc tamtejszy zamek krzyżacki). Jednocześnie król Batory pisał o "gdańskich wieprzach" i ich próbie unicestwienia "polskiego imperium nad morzem". Ale nie tylko król zbroił się do ostatecznego starcia, czynili tak również Gdańszczanie. Rozpoczęto szeroką akcję werbowania najemników w krajach Rzeszy, a jednocześnie kronikarz miejski - Kasper Szutz zaczął rozsyłać po dworach europejskich dokumenty dotyczące sporu miasta z królem Batorym i przedstawiał w nich argumenty, na mocy których Gdańsk odmówił mu posłuszeństwa. W większości te pisma spotykały się z obojętnością lub nawet z wrogością (nikt bowiem nie wierzył w to, że miasto zdoła utrzymać swą niezależność w konfrontacji z całym krajem, szczególnie z takim królestwem jak Polska) jedynie król Danii Fryderyk II postanowił wspomóc Gdańsk (jego celem było bowiem niedopuszczenie do sytuacji, w wyniku której po pokonaniu Gdańska Rzeczpospolita wystawiłaby własną flotę i wpłynęła na Bałtyk). Gdańszczanie otrzymali więc wsparcie finansowe w Kopenhadze, a już w lutym 1577 r. w rejonie Helu pojawiły się duńskie okręty wojenne. Pewni owego wsparcia, do końca już plądrują i niszczą Gdańszczanie oliwski klasztor, a ich uzbrojone oddziały sieją postrach, dokonując napadów i rabunków na okoliczną ludność Pomorza. Jednocześnie Gdańsk wysyła posłów zarówno do cara Iwana IV Groźnego, jak i do chana krymskiego - Dewlet I Gireja i jego syna - Mehmeda II Gireja, namawiając ich do najazdu na Koronę oraz Litwę.




Pomimo niespożytej energii i zakrojonych na ogromną skalę przygotowań wojennych, zebranie licznej i silnej armii wymagało czasu. Gdańszczanie tymczasem zdołali znacznie szybciej zgromadzić wojsko, zaciągając łącznie 3900 najemników w krajach niemieckich, którzy mogli zostać wsparci przez 8000 mieszczan gdańskich (z których jednak doświadczenie wojskowe miało niecałe 1500 osób). Poza tym udało się Gdańszczanom zwerbować sławnego najemnika, bohatera i obrońcę Magdeburga - Jana Winkelbrucha z Kolonii. Król zaś w tym samym czasie (początek kwietnia 1577 r.) dysponował zaledwie 1446 jeźdźców i 1000 żołnierzy piechoty. Nie spodziewając się też żadnej większej akcji zaczepnej ze strony Gdańszczan, postanowił król wyjechać do Warszawy, aby spotkać się z królową Anną Jagiellonką (oraz przewieźć tam zgromadzone przez siebie środki finansowe). Spokojny więc o rozwój wojennych wydarzeń, przejeżdżał przez Gostynin i Gąbin (gdzie oczekiwała na niego królowa Anna) i tam też (19 kwietnia) dotarła doń nieoczekiwana informacja. A mianowicie Gdańszczanie zdając sobie sprawę że nie mogą dopuścić do połączenia się tych sił królewskich które już są na Pomorzu z tymi które król zwerbuje, a poza tym licząc każdy grosz, jaki muszą wydać na najemników; postanowili czym prędzej działać i uderzyć na Tczew, gdzie stacjonowały nieliczne siły królewskie. Opanowanie tego miasta rozciągnęłoby ich wpływy daleko na południe, poza tym należało spróbować przejąć inicjatywę czym prędzej, póki jeszcze posiadało się przewagę liczebną. Pierwszą próbę uderzenia na zgromadzone pod Tczewem wojska Jana Zborowskiego, podjęto 7 kwietnia 1577 r., ale szybko okazało się że niebiosa nie sprzyjają Niemcom w tej walce. Rozpętała się bowiem tak wielka nawałnica, tak wielki deszcz spadł i wiatr zaczął wiać, że zrzucał żołnierzy z koni. Wystraszeni owym bożym znakiem, najemnicy Winkelbrucha zawrócili. Niestety, tam gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, tam przesądy muszą ustąpić miejsca twardej polityce - rada miasta zmusiła więc Winkelbrucha do ponownego uderzenia prawie 10 dni później
(16 kwietnia). Tak więc najemnicy ponownie opuścili mury miasta idąc pod pięknym sztandarem, na którym złotymi literami wyszyto napis Aurea Libertas (Złota Wolność - było to nawiązanie do Złotej Wolności szlacheckiej, z której brać szlachecka była tak dumna). Winkelbruch wiedział że gwarancją sukcesu jest również element zaskoczenia, dlatego postanowił czym prędzej uderzyć na Polaków, ale jednocześnie nie zamierzał zaniedbać żadnej okazji dającej mu przewagę. Dlatego też zamierzał zaatakować z dwóch stron, z lądu i z wody ( tym celu wysłał Wisłą dwa małe statki), wszystko też rozbijało się o to, czy uda się skutecznie zaskoczyć Polaków, czy też nie.

Element zaskoczenia się nie udał. Jan Zborowski został poinformowany o nadciąganiu wojsk Winkelbrucha i przygotował się na jego odparcie. Wyszedł z Tczewa pozostawiając tam jedynie 100 piechurów i 4 działa), a linię Wisły polecił obserwować 60 polskim Tatarom, którzy mieli odeprzeć atak owych dwóch statków. Do starcia obu armii doszło 17 kwietnia 1577 r. pomiędzy Jeziorem Lubiszewskim (w rejonie którego stanął Winkelbruch), a wsią Rokitki (przy czym to strona polska zajęła dogodniejszą pozycję do ataku). Zaciężni niemieccy lancknechci opierali się głównie na taktyce obronnej, której celem było doprowadzenie do zbliżenia z przeciwnikiem i pokonanie go siłą własnej przewagi liczebnej oraz uzbrojenia (w tym bojowego opancerzenia żołnierzy), dominowała wśród nich piechota, a to oznaczało że byli mało mobilni. Co innego Polacy, gdzie przede wszystkim stawiano na szybką mobilną lekkozbrojną jazdę, a przede wszystkim taktyką wojskową były przełamujące błyskawiczne uderzenia ciężko (późniejsza husaria) i lekkozbrojnej jazdy (taka sama taktyka szybkich przełamujących uderzeń obowiązywała również w wojsku II Rzeczpospolitej w latach 1919-1939, o czym już kilkakrotnie pisałem). Winkelbruch planował okrążenie sił polskich przez swoje liczniejsze wojska, ale uniemożliwiało mu to ukształtowanie terenu. Tymczasem Zborowski uderzył niespodziewanie na prawę skrzydło niemieckie - przełamując je - i nim Winkelbruch zdołał uporządkować szyki, pod naporem polskiej jazdy całe skrzydło rzuciło się do ucieczki, a wraz z nim pozostałe oddziały lewego skrzydła. Drogę ucieczki jednak uniemożliwiała im wąska grobla leżąca nad Jeziorem Lubiszewskim, a to powodowało że wielu lancknechtów zaczęło wpadać do rzeki i utonęło w jej nurtach. Polakom w walce pomagali węgierscy hajducy, którzy dopadali uciekających Niemców i mordowali ich z zimną krwią (Zborowski starał się powstrzymać ich morderczy zapał, ale bezskutecznie). Łącznie życie straciło 4416 Niemców Winkelbrucha, 1000 dostało się do niewoli (Winkelbruch ocalał tylko dzięki polskiemu szlachcicowi z Prus, niejakiemu Choińskiemu, który oddał mu swego konia i zapłacił za to życiem). Zdobyto również 7 dział dużych i 30 mniejszych, oraz 6 chorągwi (w tym tą z napisem Aurea Libertas). Polacy stracili 58 zabitych i 130 rannych. Zborowski w liście do króla (z 19 kwietnia) pisał, że gdyby miał więcej wojska, mógłby zdobyć Gdańsk.





PS. Należy też dodać że początek wojny prewencyjnej z Niemcami hitlerowskimi w 1933 r Marszałek Józef Piłsudski również zamierzał rozpocząć w Gdańsku. Pięknie to jest pokazane w spektaklu teatru telewizji pt. "Marszałek":




CDN.