Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GEOPOLITYKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą GEOPOLITYKA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 sierpnia 2023

A GDYBY UKRAINA... PRZEGRAŁA?

CZYLI TROCHĘ HISTORII ALTERNATYWNEJ





 Dziś chciałbym jedynie zaprezentować ciekawą próbkę historii alternatywnej, autorstwa dr. Jacka Bartosiaka - specjalizującego się w kwestii geopolityki - zamieszczonym na portalu Strategy and Future w dzień Święta Wojska Polskiego i 103 rocznicy zwycięstwa nad bolszewicką Rosją - czyli 15 sierpnia 2023 r. Bartosiak kreśli tam niezwykle ciekawą - choć wydaje mi się że nie do końca pełną - analizę tego, jak mogłyby potoczyć się dalej wydarzenia, gdyby Moskalom udało się w ciągu paru dni zdobyć Kijów i opanować Ukrainę aż po Karpaty. Przyznać się muszę że jest to dosyć nieprzyjemny obraz sytuacji i niestety gdyby się ziścił, oznaczałby realnie albo początek III wojny światowej (co byłoby raczej mało prawdopodobne ze względu na zachowanie państw w Unii Europejskiej, a szczególnie Niemiec i Francji, ale przede wszystkim również na niechęć do konfrontacji z Rosją USA -  a raczej obecnej administracji Joe Bidena), albo też ziszczenie się planów Eurazji od Władywostoku po Lisbonę (czy też - jak wolą to nazywać Francuzi - od Władywostoku po Brest). 

Byłaby to wizja zupełnie nie do przyjęcia dla nas, Polaków - wiązałoby się to bowiem z zagrożeniem istotnych, wręcz kluczowych instytucji państwa i ze sprowadzeniem Polski do roli wydmuszki politycznej (czegoś na kształt osiemnastowiecznej Rzeczpospolitej, pozbawionej armii i będącej realnie moskiewską podkolonią). Problem polega na tym że w pierwszej fazie tego konfliktu, wszyscy staraliby się w jakiś sposób zachować pokój (bo każdy by liczył na to, że Rosja już dalej się nie posunie bo już zdobyła to, co chciała. Notabene tak samo mówiono o hitlerowskich Niemczech. przecież premier Wielkiej Brytanii Neville Chamberlain po powrocie z Monachium 30 września 1938 r. obwieścił swoim rodakom i światu całemu, że "przywozi pokój naszych czasów", bo Niemcy połknąwszy Austrię i czeskie Sudety - już dalej się nie posuną. Co z tego wyszło wszyscy wiemy). Zanim by do wszystkich (z NATO i Unii Europejskiej) dotarło że pokoju się utrzymać już nie da, byłoby za późno, bo Moskwa zdołałaby opanować co najmniej Państwa Bałtyckie i zapewne rozpoczęłaby jakieś działania hybrydowe lub zaczepne we wschodniej Polsce (o czym również mówi analiza Bartosiaka). Najgorsze są jednak złudzenia, wydaje nam się że przeciwnik nie posunie się już dalej, bo to może doprowadzić do katastrofy, z której nie będzie potem odwrotu i wszyscy na tym przegrają. Niestety często nie uświadamiamy sobie jak silne jest przekonanie tyranów i ludzi, którzy mają mentalność imperialną, o swej nieomylności i ufności we własną ideę lub dzieło, które zamierzają doprowadzić do końca. Tak postępował Hitler, tak postępował Stalin, tak postępował Mao Zedong, a także Czang Kaj-szek czy Pol Pot (choć ci ostatni jedynie na skalę lokalną). Fanatyków nie można powstrzymać inaczej niż militarnie, ewentualnie zdecydowanym położeniem tamy ich politycznym żądaniom, inaczej najpierw oddamy wszystko czego tamci sobie życzą, a na końcu i tak będziemy mieli wojnę, bo żądania się nie skończą a będą się tylko mnożyć i staną się coraz bardziej bezczelne. 

Człowiek który wierzy w swoją gwiazdę tak bardzo, że gotów jest rozpętać piekło aby tylko wprowadzić w życie własną (często chorą i odczłowieczającą) wizję świata, powinien być jak najszybciej usunięty przez społeczność międzynarodową póki jest słaby, inaczej potem będzie tylko gorzej. Dlatego też Marszałek Piłsudski doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak jak wielkim niebezpieczeństwem jest ten krzykacz z Berlina - Adolf Hitler, który póki jest słaby to musi się jeszcze układać, ale na potęgę wzmacnia swoją siłę zbrojną i mając już gotową ideologię oraz jasno wytyczony cel jej realizacji w przyszłości (zarówno polityczny jak militarny), wcześniej czy później rozpęta piekło, które cały europejski Kontynent oraz znaczną część świata skąpie w morzu krwi. Dlatego właśnie w 1933 r. Piłsudski chciał uderzyć na Niemcy pierwszy, bo zdawał sobie sprawę że wojna z Hitlerem - jakkolwiek napastnicza - i tak byłaby wojną obronną. My byśmy się tylko bronili przed tym, co i tak miało nastąpić w przyszłości i tylko ślepy mógłby tego nie widzieć. W przytaczanym przeze mnie już parokrotnie Teatrze Telewizji pt.: "Marszałek", jest właśnie taka scena, gdy Józef Piłsudski mówi wprost do swoich najbliższych współpracowników: "Dlatego właśnie zdecydowałem, że to my uderzymy pierwsi". Na pytanie Aleksandra Prystora (granego przez Andrzeja Grabowskiego) "My uderzymy pierwsi?!", odpowiada: "Tak jest, my uderzymy pierwsi. Wojnę dobrze będzie zacząć w Gdańsku, a jak trzeba będzie  zrównać miasto z ziemią, to zrównam,  Gdynia już stoi i na dobrą sprawę ład gdański nie jest nam potrzebny". Prystor dopytuje: "Ziuk, teraz to my zaczniemy wojnę?!", "My, my zaczniemy wojnę! (...) Niebezpieczeństwo sojuszu niemiecko-rosyjskiego zawsze istnieje dla Polski i zawsze jest śmiertelne. (...) Ja nie widzę, Ja po prostu nie widzę żadnego powodu dla którego Polska znowu miałaby przestać istnieć, nawet jeśli miałoby to się skończyć wojną", "Miejmy nadzieję że się nie skończy" - odpowiada prof. Kazimierz Bartel "Zaborcy ruszą żeby odrobić straty poniesione w Wojnie Światowej, a te straty to jesteśmy my... i nasi sąsiedzi" - podsumowuje Marszałek - "Ja tylko mówię że nie ma końca historii, teraz decyduje się los Polski na wiele pokoleń. My nie jesteśmy wyspą, nie jesteśmy Anglią, żyjemy w przeciągu i choćby wszędzie na świecie ogłaszano koniec historii to tutaj historia nie kończy się nigdy! (...) Tak więc moi panowie będziemy mieli wojnę, teraz, tej jesieni", "Naprawdę? - pyta Prystor - "naprawdę jesteśmy na to gotowi? Jesteśmy gotowi na cmentarze pełne grobów polskiej młodzieży, jesteśmy gotowi na sieroty, na zgliszcza, naprawdę jesteśmy na to gotowi?", i wówczas Marszałek odpowiada słowami które należałoby za każdym razem podkreślić: "Olek, my tego nie unikniemy, Co się odwlecze..." Niestety ani Francja ani Belgia nie chciały wspólnej interwencji przeciwko III Rzeszy która ocaliłaby nie tylko Europę ale i Świat, a sama Polska nie mogła być agresorem i do wojny wówczas nie doszło. Wybuchła ona we wrześniu 1939 roku i trwała do września 1945 r. (wojna na Pacyfiku), a pochłonęła kilkadziesiąt milionów ludzkich istnień.




I teraz pytanie czy Piłsudski zdawał sobie sprawę z tego co przyniesie przyszłość i do czego dąży Hitler i jak to się może zakończyć przy bierności zachodu stąd też powtarzał że zachód jest parszywieńki?. To że Marszałek był profetą w wielu kwestiach przewidział np wybuch I Wojny światowej i to jak ona się zakończy jeszcze w lutym 1914 powiedział w Paryżu: "Zwycięstwo w przyszłej wojnie będzie szło z Zachodu na Wschód, najpierw Niemcy i Austro-Węgry pokonają Rosję, a potem Wielka Brytania i Francja, lub Wielka Brytania, Francja i Stany Zjednoczone pokonają Niemcy i Austro-Węgry". W 1915 r na froncie wschodnim mówił do swoich towarzyszy broni "Rewolucja w Rosji mi się spóźnia". Wiadomo też że Marszałek (nie tylko zresztą On spośród oficjeli II RP) korzystał z usług jasnowidzów, m.in. Ferdynanda Ossendowskiego - bodajże najsławniejszego polskiego jasnowidza Międzywojnia, który doskonale przewidział nie tylko wybuch II Wojny Światowej, ale i jej konsekwencje zarówno dla Polski, Niemiec jak i innych krajów oraz stwierdził jak dokładnie będzie wyglądała sytuacja powojenna i że Polska znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów - mówił wprost: "Najpierw będą Polską rządzić komuniści, a potem szubrawcy i świnie, a następnie powstanie jeszcze większa niż jest teraz, ale my już tego nie dożyjemy, dopiero nasze wnuki". 

Jak to się więc stało, że nikt inny (może poza Stalinem, ale ten zdawał sobie sprawę że Hitler jest dla niego trampoliną do zajęcia całej Europy, dlatego też go wspierał) nie widział zagrożenia związanego z władzą Adolfa Hitlera i z tym do czego dążył? Każdy chciał po prostu robić interesy, bogacić się i każdy wierzył że wojna jest niemożliwa, wojna nie może wybuchnąć, bo ludzie już mieli doświadczenie z czasów I Wojny Światowej, doświadczyli tych cierpień, tych okropieństw i dwa razy nie popełnią już tej samej głupoty? Błąd, ludzie nie kierują się ani doświadczeniem, ani wiedzą, ani też nie mają najczęściej wkodowanego zmysłu logicznego myślenia, bowiem to co wydaje im się nieprawdopodobne i niemożliwe do realizacji, niekoniecznie takim jest dla ludzi, którzy mają inny ogląd rzeczywistości. Często też nie potrafią odróżnić agresorów, od ludzi którzy zmuszeni zostali przez okoliczności dziejowe do walki i wrzucają wszystkich do jednego wora (przykładam jest chociażby Cesarz Napoleon Bonaparte, którego wciąż cię oskarża o to, że rozpętał wojny w Europie. Człowiek, który jedynie o czym marzył, to zakończenie walk i powrót do pokojowego życia - czego oczywiście nie mógł zrealizować ze względu na wciąż ponawiane koalicji antyfrancuskie, które godziły bezpośrednio w jego kraj. Co miał więc uczynić, miał się poddać, bo tego chciała zblatowana ze sobą i zblazowana na dzisiejszą modłę ówczesna elita?).




Wracając jednak do głównego tematu, chciałbym teraz zaprezentować opinię doktora Jacka Bartosiaka (link do tekstu podam na końcu), a teraz jedynie wybiorę najbardziej ciekawe (według mnie) fragmenty z jego tekstu. Zacznijmy zatem.


Przedstawiam alternatywny bieg historii. Co by było, gdyby Rosjanie zrealizowali swoje cele i zajęli w lutym 2022 roku Kijów w błyskotliwej kampanii w ciągu czterech dni, i w rezultacie ustanowili przychylny sobie rząd, realizujący w pełni wolę Moskwy? Opowieść zaczyna się 28 lutego 2022 roku...


 "28 lutego 2022 roku. Po tym gdy dzień wcześniej wszyscy mogliśmy zobaczyć na ekranach telewizyjnych prezydenta Zełenskiego ewakuującego się z Kijowa wraz z połową rządu amerykańskim śmigłowcem z terenu amerykańskiej ambasady, Rosjanie ogłosili zawieszenie aktywnej fazy działań wojskowych w Kijowie i okolicach, wkrótce mieli to uczynić także na całym obszarze Ukrainy.

Pojawiły się raporty, że od strony Pińska i Brześcia weszły na terytorium Ukrainy wojska białoruskie i wraz z rosyjskimi idą na Lwów, Łuck i Stanisławów, by odciąć Ukrainę i ewentualną partyzantkę niepodległościową od pomocy z Polski. Celem podstawowym było zduszenie w zarodku partyzantki ukraińskiej, którą planowali szkolić Amerykanie i szykowali się do tego już na długo przed wojną. Wieczorem 28 lutego doszło do pierwszych kontaktów w punktach styczności z wojskiem polskim i polską strażą graniczną, która czujnie monitorowała sytuację za granicą.

Sytuacja na Ukrainie pozostawała napięta, ale wobec ucieczki rządu i prezydenta, widocznych oznak kontroli stolicy przez Rosjan oraz masowego poddawania się kolejnych jednostek ukraińskich powoli regularne jednostki ukraińskie składały broń. Kaskadowo spadało morale, po tym jak w mediach społecznościowych można było zobaczyć helikopter unoszący uciekające ze stołecznego Kijowa władze, a z telewizji płynęły kolejne apele wzywające do zaprzestania walki i powrotu ludzi do normalnego życia. Pojedynczy żołnierze i pododdziały, zachowując wierność sprawie ukraińskiej, kierowali się na zachód, w dzikie Karpaty, by kontynuować walkę konspiracyjną i partyzancką.

Dyplomacja rosyjska wysłała noty do wszystkich państw, z którymi utrzymywane były stosunki dyplomatyczne, informując o powstaniu i uznaniu nowego rządu w Kijowie i zakończeniu działań wojennych oraz "z radością" ogłaszając "powrót Ukrainy do rodziny narodów ściśle ze sobą współpracujących".

Wieczorem 1 marca pod Rzeszowem wylądowały pozostałe pododdziały amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej. Koło Wyszkowa wylądowała amerykańska 172. Brygada Powietrznodesantowa. W Łasku pojawiły się amerykańskie raptory, podobnie w Powidzu. Wojsko Polskie pozostawało w stanie gotowości od początku inwazji na Ukrainę, niektóre jego pododdziały skierowano na wschód. Od dłuższego czasu nad Polską krążyły amerykańskie i NATO-wskie AWACS-y, aby kontrolować sytuację blisko granicy z państwami NATO, na wschodniej flance.

2 marca. Po podjętej dzień wcześniej przez rząd w Warszawie decyzji kierowcy w Polsce zobaczyli długie kolumny pojazdów 10. i 34. brygady pancernej zmierzających z zachodniej Polski w nowe rejony dyslokacji na wschodnich przedmieściach Warszawy. Chodziło o to, by chronić Warszawę, gdyby Rosjanie chcieli wykonać jakąkolwiek akcję zaczepną wobec stolicy Polski położonej zaledwie 200 km od granicy z Białorusią. W nocy z 1 na 2 marca rząd w Warszawie zebrał się na alarmowym posiedzeniu i podjął dodatkowe następujące decyzje: odwołanie wszystkich przepustek wojskowych, wręczenie kart mobilizacyjnych wszystkim nadającym się i przeszkolonym rezerwistom, których okazało się zaledwie 12 tysięcy. Rząd uczynił to skrycie, by prasa nie rozdmuchała tematu, jakoby "Polska ogłaszała mobilizację". Podjęto decyzję, by skierować do sejmu pracę nad ustawą przywracającą obowiązek powszechnego szkolenia wojskowego, oraz nakazano przegląd magazynów wojskowych i materiałowych, a także schronów - wszystko to na wypadek wojny. Zobowiązano się do utrzymania postanowień nocnej narady alarmowej w ścisłej tajemnicy przed prasą i dziennikarzami, ale okazało się to niemożliwe i wkrótce mieszkańcy Polski mówili tylko o jednym: czy Rosjanie na nas uderzą i czy rząd polski rozpoczął przygotowania wojenne. Rząd w nocy podjął też bohaterską decyzję, by przyjąć wszystkich uchodźców z Ukrainy, których setki tysięcy już stały na granicy (szacowano, że może ich być nawet kilka milionów).

Drugiego marca o godzinie 12.00 Rosjanie ogłosili, że "11. korpus pochodzący z obwodu królewieckiego, uczestniczący dotychczas w operacji specjalnej na Ukrainie, wraca do macierzystego obszaru stacjonowania" i że oczekują, iż "ani Polacy, ani Litwini nie będę w tym procesie przeszkadzać". O godzinie 14.00 rzecznik ministerstwa obrony Rosji wydał oświadczenie, że wieczorem Rosjanie przeprowadzą ćwiczenia z niestrategiczną bronią nuklearną, które mogą obejmować strzelanie pociskiem manewrującym z głowicą nuklearną i realnym wybuchem nuklearnym, ale to nie jest jeszcze przesądzone. Decyzja zostanie podjęta w trakcie ćwiczeń. Podkreślił wyraźnie, że głowica będzie miała moc niestrategiczną lub - jak kto woli - taktyczną i nie wpłynie w jakikolwiek sposób na strategiczną równowagę nuklearną USA - Rosja, "która satysfakcjonuje Moskwę".

Nie satysfakcjonuje natomiast Moskwy nierównowaga konwencjonalna oraz "wpychanie palców przez Amerykanów w odległe od Ameryki regiony świata" i Rosjanie właśnie "obecną polityką m.in. wobec Ukrainy chcą przywrócić zaburzoną równowagę". Rzecznik dodał, że "dążące do wojny państwa Europy Środkowo-Wschodniej powinny przemyśleć swoją postawę i politykę bezpieczeństwa w obliczu dokonań armii rosyjskiej nad Dnieprem i jej dominacji w tej części świata".

Drugiego marca o godzinie 22.00 agencje informacyjne świata poinformowały, że Rosjanie przeprowadzili prawdziwą próbę nuklearną na Dalekiej Północy wskutek odpalenia manewrującej wersji pocisku Iskander. Rząd w Warszawie wydał oświadczenie potępienia i jednocześnie zaczęto naciskać Amerykanów, by jak najszybciej rozmieścili swoje siły nuklearne w Polsce. Amerykanie stanowczo odmówili, jednocześnie namawiając Polskę, by przyjęła rząd ukraiński na uchodźstwie i by z Warszawy i Rzeszowa mógł on wpływać na sytuację na Ukrainie. Amerykanie naciskali także na to, by Polska zdecydowała się pomóc w rozbudowie ukraińskiej partyzantki w Karpatach.

3 marca, godzina 11.00. Rosjanie ogłosili, że ze względu na "niejasną sytuację" na Ukrainie ustanawiają na sześć miesięcy strefę zakazu lotów aż do linii Wisły, efektywnie blokując ruch lotniczy nad połową Polski i całym obszarem państw bałtyckich. Jednocześnie Rosjanie oświadczyli, że niektóre samoloty otrzymają ich zgodę na przeloty i że tymczasowo taką zgodę mają wszystkie wojskowe samoloty amerykańskie, ale polskie już nie. I od tej zasady nie będzie wyjątków ze względu na postawę Warszawy, która "chce wciągnąć mocarstwa do wojny światowej dla swojego egoistycznego interesu". Przy czym Rosjanie od razu oświadczyli publicznie i upewnili się, że dotrze to do światowej opinii publicznej, że amerykańskie samoloty będą – co do zasady - dopuszczane do zakazanej strefy. Wobec samolotów polskich zapowiedziano surowe egzekwowanie zakazu i poinformowano o dyslokacji na zachodnią Białoruś systemów S300/400/500 wraz z nowoczesnymi samolotami przechwytującymi.

Amerykanie niezwłocznie poprosili Polaków, aby nie latali na wschód od Wisły, "dopóki USA i NATO nie przyjmą wspólnych zasad postępowania w sprawie rosyjskich wymuszeń". Amerykańskie samoloty zaczęły latać na patrole wschodniej Polski, a Siły Powietrzne RP zaprzestały aktywności. Prezydent Joe Biden powiedział na wieczornej konferencji prasowej, że "nie chcemy dodatkowych kłopotów na wschodzie, Ukraina nie była w NATO, nie miała gwarancji bezpieczeństwa, rząd USA pomaga uchodźcom oraz pomógł legalnemu rządowi Ukrainy osiąść w Polsce; jednocześnie namawiał Polaków do takiego zachowania, które zapewniłoby utrzymanie pokoju na świecie".

W polskich mediach internetowych i ośrodkach opiniotwórczych pojawiły się alarmujące głosy, że Rosjanie zaczęli mieć sprawczość nad państwem polskim, zaraz jednak zgasił je chór głosów, że najważniejsza jest "solidarność NATO". Argumentacja, że Amerykanie tracą wiarygodność, została zbyta tradycyjnym argumentem, że "przecież w Polsce stacjonują wojska amerykańskie, nawet w większej liczbie niż przed 24 lutego". W polskim MSZ pojawiły się przed północą przecieki, że kanclerz Niemiec rozmawiał z premierem i Jarosławem Kaczyńskim, apelując o "polski rozsądek" i "umiar" oraz sugerując, żeby Polska nie ogłaszała żadnych reform wojskowych ani nie robiła niczego, co świadczyłoby o możliwości eskalacji i wojny w obliczu i tak bardzo trudnej przyszłości w tej nowej sytuacji geopolitycznej w Europie. To - jak mówił kanclerz Scholz - może rozdrażnić Moskwę jeszcze bardziej, a przecież "potrzebujemy pokoju i współpracy" w Europie.

4 marca. Rano nastrój stopniowego uspokojenia sytuacji popsuli Rosjanie, ogłaszając, że kolejne ćwiczenia Zapad odbędą się na jesieni 2022 roku i że Ukraina także weźmie w nich udział. Dwie godziny później Łukaszenka poprosił Moskwę w apelu telewizyjnym o zacieśnienie współpracy związkowej Rosji i Białorusi i wyraził radość, że do państwa związkowego dołączy Ukraina. Zaraz potem zaapelował o wysłanie na Białoruś większej liczby wojsk rosyjskich "opromienionych sukcesem na Ukrainie". Zwrócił się z tą prośbą ze względu na wojowniczą postawę Polski i "wrogich kręgów w Warszawie".

W odpowiedzi na to rządy państw bałtyckich wprowadziły obowiązkową służbę wojskową od zaraz oraz dokonały częściowej mobilizacji, nie oglądając się na struktury NATO i na USA. Amerykański ambasador w Wilnie był wściekły z powodu tego ruchu - nieuzgodnionego z Waszyngtonem. Litwini naciskali na Polskę, żeby postąpiła podobnie jak oni. Polacy nie chcieli tego jednak uczynić, pozostając pod wpływem USA, Berlina i Brukseli. Żadnych ruchów w kierunku eskalacji, żadnych głośnych reform wojskowych - mówią Niemcy. Żadnych prowokacji wobec Rosjan - mówią Amerykanie, zwiększając jednocześnie obecność sił lotniczych w Polsce, ale już nie wojsk lądowych.

O godzinie 19.00 tego dnia minister spraw zagranicznych Rosji Ławrow na konferencji prasowej ponowił żądanie wobec USA i NATO dotyczące dostosowania się ich do żądań zawartych w ultimatum z grudnia 2021 roku, ustanawiając termin jego spełnienia na koniec kwietnia 2022 roku. Zapowiedział także daleko posunięte kroki wobec wojowniczej postawy państw bałtyckich i Polski, bez precyzowania, co dokładnie ma na myśli. Nie dotyczyło to Rumunii, która w obliczu upadku Ukrainy pozostawała dziwnie spokojna i nie ogłaszała żadnych działań mających na celu zwiększenie swojego bezpieczeństwa czy przeprowadzenie reform w wojsku. Rumunia pozostawała jakby na uboczu spraw dziejących się w Europie. 

Tego samego dnia o godzinie 22.00 czasu moskiewskiego wezwano do rosyjskiego MSZ w Moskwie ambasadorów krajów bałtyckich i Polski, którym przedstawiono listę żądań Rosji. W wypadku państw bałtyckich była to redukcja wojska o 50% stanów oraz likwidacja systemu uzupełnienia rezerw i szkolenia obywateli, a także obowiązek konsultacji polityki energetycznej i surowcowej z Rosją, wreszcie ustalenie zasad tranzytu przez te kraje dla rosyjskich firm przewozowych. Pojawiło się także dziwnie zredagowane żądanie konsultowania z Rosją inwestycji i rozbudowy oraz remontów dróg ekspresowych i autostrad, a także portów i instalacji przeładunkowych. Takie same żądania zostały postawione Polsce, ale dodatkowo Moskwa zażądała od Polaków, by na wschód od Wisły nie mogły stacjonować żadne jednostki Wojska Polskiego i by nie mogły tam ćwiczyć na poligonach ani w ogóle się pojawiać. Do tego Rosjanie zażądali podpisania umowy gazowej, rozebrania terminalu gazowego w Świnoujściu oraz kontrolnej puli udziałów w zakładach azotowych w Puławach i w porcie kontenerowym w Gdańsku dla wspólnie powołanych do tego celu polsko-rosyjskich spółek joint venture.

Reakcja Warszawy była stanowcza i bezkompromisowa. Bez zbędnej zwłoki premier RP powiedział, że nie ma mowy o przyjęciu tego rodzaju żądań i Polska przystępuje do zmiany swojej polityki bezpieczeństwa, do wielkiej rozbudowy Wojska Polskiego. Premier przypomniał także, że Polska jest członkiem najpotężniejszego sojuszu w historii świata - NATO.

Prasa niemiecka podchwyciła od razu temat i poczęła obwiniać Warszawę o to, że chce "wepchnąć UE do wojny z mocarstwem nuklearnym". Tymczasem po tym jak Rosjanie zajęli Kijów, "ich żądania na pewno nie będą dotyczyć spraw rdzeniowych Europy". Tak czy siak w akcie Rosja - NATO z 1997 roku zapisano, "że i tak istotne wojska NATO miały nie stacjonować na wschodniej flance", a Rosjanie pozostają "niezbędnym elementem równowagi europejskiej, więc trzeba się z nimi dogadać".

Amerykanie zajęli inne stanowisko: potępili "agresję rosyjską" na Ukrainę oraz bezpodstawne ultimatum Ławrowa z grudnia oraz ultymatywne roszczenia wobec państw bałtyckich i Polski, ale jednocześnie wezwali rząd w Warszawie do umiaru i stonowania. Odmówili też przerzucenia swoich zdolności nuklearnych do Polski pomimo stanowczej prośby Warszawy po rosyjskiej próbie nuklearnej oraz postanowili nie zwiększać obecności wojsk lądowych w Polsce. Kanałami wojskowymi zasygnalizowali Rosjanom gotowość do rozmów o "strategicznej równowadze w Europie", obiecując im, że nie sprzedadzą Polakom żadnych systemów uzbrojenia, które będą ofensywne lub będą mogły zmienić układ sił w tej części Europy.

W polskim świecie eksperckim zaczęto podnosić kwestię wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa i zastanawiać się, czego one właściwie dotyczą. Czy rozszerzonego parasola nuklearnego? Czy art. 5 na pewno jest automatyczny?

5 marca. Rano rozpoczął się nagły szturm imigrantów na granicę polską od strony białoruskiej, w tym przez raczej wąski na granicy Bug, który imigranci przepływali, czym się dało. Wśród nich przedarło się do Polski w cywilnym przebraniu wielu operatorów Specnazu oraz wagnerowców, którzy mieli za zadanie wszczynać zamieszki, podpalać budynki władzy publicznej, niepokoić ludność i siać zamęt w miasteczkach wschodniej Polski. W ciągu kolejnych trzech dni rząd Polski dość skutecznie zatrzymywał kolejne fale uchodźców przed dalszym pochodem w głąb Polski, przy czym niepokoiło wszystkich to, że Rosjanie zaczęli przerzucać na Białoruś kolejne jednostki wojskowe, a na granicy polsko-ukraińskiej rozpoczęli ćwiczenia wojskowe "Silna bariera", twierdząc, że planują jedynie przygotować się do odparcia "polskiej agresji na Ukrainę zachodnią".

9 marca. W nocy wjechała do Polski kolumna rajdowa rosyjskich najemników Grupy Wagnera w sile około tysiąca żołnierzy, bez insygniów i w mundurach, uzbrojona po zęby i zajęła stanowiska koło Hajnówki, niedaleko dużego obozowiska uchodźców. Zaskoczeni funkcjonariusze straży granicznej nie interweniowali, nie mieli zresztą jak wobec takiej liczby ludzi z ciężkim zmechanizowanym sprzętem. W Warszawie nie wiedziano, co zrobić.

Wagnerowcy zajęli stanowiska obronne przy obozie uchodźców oraz nadali w świat oświadczenie, że przyjechali chronić "niewinne dzieci i kobiety przed barbarzyńskimi Polakami, którzy prą do wojny i represjonują cywilów". W komentarzu do oświadczenia dodano, że Polacy nie potrafią pokojowo żyć w tej części świata, ponieważ na przykład nie spełnili oczekiwań Moskwy z ostatnich dni, co przyniosłoby Europie trwały pokój. Rząd w Warszawie był wściekły. Ameryka jako patron i gwarant bezpieczeństwa nie instruowała, co robić. Różnica czasu powodowała, że trudno było się nawet dodzwonić do decydentów amerykańskich. A wojskowi amerykańscy w Polsce i Europie nie mieli uprawnień do podejmowania decyzji, tym bardziej do podejmowania decyzji wobec sojusznumów. (...) Tracono cenne godziny, podczas których Wojsko Polskie mogłoby interweniować. 

W tym czasie część wagnerowców zajęła także urząd gminy i budynki szkolne niedaleko obozowiska uchodźców. Wreszcie dodzwoniono się do Amerykanów, którzy nakazali umiar i tonowanie, a na pewno nie strzelanie do wagnerowców, którzy w tym czasie zaczęli sobie swawolnie poczynać w Hajnówce i okolicach: podpalili kościół i terroryzowali ludność w poszukiwaniu żywności. Lada moment mogły się pojawić ofiary wśród ludności cywilnej. Wojsko polskie i służby mundurowe wycofały się w trakcie zamieszania decyzyjnego, by nie eskalować sytuacji, która pachniała wojną światową. Moskwa zaprzeczyła stanowczo, by to były jej wojska. Amerykanie nakazywali nadal tonowanie, Niemcy wprost zmierzali do akceptacji rosyjskich żądań i do zmuszenia Polski do przyjęcia faktów zaistniałych przy granicy jako dokonanych.

W Warszawie w rządzie zapanował strach i popłoch. Pojawiły się w końcu kluczowe pytania: co z art. 5? Kiedy on właściwie działa? Co z naszymi decyzjami? Kiedy możemy podjąć je sami, zważywszy, że jesteśmy w sojuszu? Co z naszymi własnymi zdolnościami do reakcji? Dlaczego Amerykanie każą nam tonować sytuację? Co z ich wiarygodnością? Dlaczego z każdą sprawą czekamy na reakcję Waszyngtonu? Dlaczego Niemcy tak się zachowują i co z solidarnością Zachodu, NATO, UE? Dlaczego nikt się nie sprzeciwił zbrojnie inwazji na Ukrainę i dlaczego teraz nikt nie oponuje zbrojnie wobec hybrydowej agresji Rosji? Dlaczego rosyjska strategia salami i powolnego gotowania żaby działa? Czy Amerykanie są po prostu słabi? Nie mówiąc już o państwach Europy…

Szkoda tylko, że nie próbowano sobie odpowiedzieć na te pytania dużo, dużo wcześniej."


Oto link do artykułu:







I tutaj się kończy analiza Bartosiaka, dalszą część można sobie dopowiedzieć samemu i dopiero na tym przykładzie uwidacznia się jak wielką rolę odegrali Ukraińcy w tych pierwszych dniach inwazji, broniąc swój kraj przed inwazją moskiewskich barbarzyńców - jednocześnie ocalili dużą część Europy Środkowo-Wschodniej (tak jak myśmy ocalili Europę w 1920 r.) Oczywiście nie stałoby się tak bez wsparcia i pomocy, jaka płynęła na Ukrainę (i płynie po dziś dzień) ze strony USA, Polski, Wielkiej Brytanii i kilku innych krajów (Niemcy na tej liście wypadają blado, choć w kwestii deklaratywnej rzeczywiście wygląda to imponująco, gorzej z wykonaniem tego, co obiecali Ukrainie przysłać). Polska przyjęła na początku ponad 7 milionów ukraińskich uchodźców. Dziś zostało z nich w naszym kraju ponad 3 miliony, które są utrzymywane z budżetu Polski bez żadnej pomocy czy to z Unii Europejskiej, czy z innych państw. Poza tym na Ukrainie są nasze czołgi, armatohaubice, karabiny przeciwpancerne i bojowe etc. etc. Poza tym w Polsce (i w Wielkiej Brytanii) szkoleni są ukraińscy żołnierze, pomoc więc płynie - może jest nieco mniejsza niż na początku, ale jest i teraz chodzi tylko o to, żeby Ukraińcy uświadomili sobie że ich podstawowym interesem jest przetrwanie. Pomoc wszelką - przynajmniej ze strony Polski - otrzymają, tylko powinni troszeczkę inaczej myśleć zarówno o obecnej wojnie (w której Polska bez wątpienia jest kluczowym partnerem Ukrainy i bez Polski Ukraina nie przetrwa nawet tygodnia, gdyż nie ma możliwości dostarczenia tam sprzętu nigdzie indziej poza Polską, gdyż granicy z Rumunią jest wybitnie niebezpieczny ze względu na bliskość Naddniestrza, jak również możliwość zaatakowania kolumn idących tamtędy przez rosyjskie pociski wystrzeliwane znad Morza Czarnego), jak również uświadomić sobie jaki jest podstawowy interes Ukrainy już po zakończeniu tej wojny i wypędzeniu stamtąd rosyjskich orków. A podstawowy interes Ukrainy jest taki, że tylko i wyłącznie Polska może zagwarantować istnienie Ukrainy jako niepodległego państwa - tylko i wyłącznie i żaden inny kraj w Europie (może poza Stanami Zjednoczonymi - przynajmniej na razie), nie są w stanie dać im takiej gwarancji. 




Piszę to, aby nieco uświadomić Ukraińców że pewne podjęte przez nich w ostatnich miesiącach decyzje, niekoniecznie muszą być korzystne dla nich samych i warto zastanowić się jak skończyła Ukraińska Republika Ludowa w 1919 i 1920 r. - tyle i tylko tyle chciałem powiedzieć odnośnie władz na Ukrainie. Chmielnicki przykozaczył i skończył w ruskim mirze, a Kozacy pozbawieni zostali wszelkich przywilejów jakie mieli w Rzeczpospolitej - o tym też warto pamiętać.




środa, 22 marca 2023

DZIŚ NAM POTRZEBA NOWEJ SANACJI!

 POTRZEBA JAK DIABLI




Być może takie hasło mocno zniesmaczy (łagodnie mówiąc) wszelkiej maści libków, komuchów starej i nowej daty, oraz zwolenników dmowszczyzny (czy też jej korwinowskiej odnogi), ale tak, tak właśnie uważam - dziś potrzebujemy silnej partii a raczej silnego stronnictwa kilku partii sanacyjnych, partii reformy i naprawy kraju oraz wykorzystania naszego położenia geopolitycznego i strategicznego w obecnej wojennej sytuacji na naszej wschodniej granicy. Oczywiście są to jak na razie pobożne życzenia, gdyż niczego takiego na politycznym horyzoncie nie widać, a PiS, który jak dotąd pełnił funkcję "naprawiacza" kraju, okazał się co najwyżej (i to w najlepszym tego słowa znaczeniu) grupą rekonstrukcyjną Sanacji (chociaż ja osobiście uważam że to jest bardziej jej parodia). Po Prawie i Sprawiedliwości już niczego szczególnego się nie spodziewam (to znaczy żadnych konkretnych i zdecydowanych reform, aczkolwiek biorąc pod uwagę konkurencję polityczną tej partii, to w zasadzie nie ma wyjścia jeśli chodzi o wybór polityczny na kolejne lata, jak niestety dalej przedłużyć te rządy. Bo tutaj w zasadzie nie ma o czym rozmawiać, gdyż wszelkiego typu opozycyjna, totalna folksdojczeria (mniejsza lub większa) nie nadaje się nawet na to żeby zasiadać w sejmie w roli opozycji a co dopiero rządzić krajem. Jest to jednak sytuacja wybitnie toksyczna, nie może być bowiem tak, aby partia rządząca nie miała dla siebie żadnej pozytywnej alternatywy, w postaci silnej partii opozycyjnej. Nie totalnej a kontrolnej, nie zapatrzonej na obce stolice, a słuchającej głosu obywateli (obywateli, a nie fanatyków, w tym ludzi pełnych nienawiści - co częstokroć można spotkać na różnych forach typu wyborcza.pl czy oko.press). Niestety jak na razie takiej politycznej alternatywy nie ma, i nie widać aby w najbliższej przyszłości miało się pojawić. A silna partia sanacyjna jest bardzo potrzebna. Tym bardziej teraz, kiedy - jak jak to stwierdził ambasador niemiecki w Polsce - mamy swoje 5 minut.

Tak, 5 minut i tylko tyle? Od kilku już ładnych miesięcy intensywnie przyglądam się wypowiedziom (i działaniom) polityków, komentatorów, dziennikarzy oraz ambasadorów niemieckich na temat Polski i zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Mianowicie przed 24 lutego 2022 r. sytuacja była w miarę klarowna. Owszem, nasze stosunki z Niemcami po 2015 r. nie należały do łatwych, ale nie powodowało to jakiegoś większego wzburzenia czy też większej aktywności medialnej polityków i publicystów nad Szprewy, panował tam raczej spokój (szczególnie po 2020 roku i zwycięstwie Joe Bidena w wyborach prezydenckich w USA). Ani politycy, ani dziennikarze niemieccy raczej nie zabierali zbyt często głosu na tematy Polski. Wyglądało to tak, jakby nie chcieli wtrącać się w wewnętrzne sprawy naszego kraju, co oczywiście się chwali, choć była druga strona tego medalu. A działano tak, ponieważ interesy niemieckie i tak były zabezpieczone zarówno wewnętrznie, przez rodzimą folksdojczerię, jak i zewnętrznie przez politykę USA Joe Bidena i Demokratów, która oddała kontrolę nad Europą w niemieckie ręce. Tak więc panowie (i panie) znasz Szprewy nie widzieli sensu ani potrzeby zbyt często zabierać głosu na tematy tak oczywiste dla nich, jak niepodważalna pozycja Niemiec w Europie, powiązanych sojuszem surowcowo-politycznym z Moskwą. Nawet kwestia reparacji dla Polski za zbrodnie popełnione przez przodków dzisiejszych Niemców w czasie II Wojny Światowej (choć budziła ich irytację) nie powodowała większego wzmożenia, ani też nerwowości.

Sytuacja jednak nagle zmieniła się po 24 lutego 2022 r. gdy moskowia postanowiła w imperialnym narkotycznym szale napaść na niepodległe państwo Ukrainę. Niesamowita i nigdzie wcześniej niespotykana pomoc, jaką ukraińscy uchodźcy znaleźli w Polsce i wsparcie, jakie udzielone zostało całej Ukrainie przez państwo polskie (zarówno w sprzęcie militarnym jak i politycznym i gospodarczym) doprowadziło do znacznego przetasowania geopolitycznego w Europie, do którego również swoim postępowaniem przyczynili się Niemcy. Ich konformizm, ich dwulicowość i wyczekiwanie na zwycięstwo moskowian, doprowadziło do sytuacji w której cała niemiecka soft power runęła na pysk i nawet Amerykanie (a raczej rządzący w USA demokraci) którzy wiele uczynili żeby dać Niemcom wolną rękę w Europie, zobaczyli że na Berlinie nie mogą polegać, gdyż Niemcy dążą (w taki czy inny sposób) do odnowienia relacji z moskowią, do powrotu do sytuacji sprzed 24 lutego, wyczekują tego momentu i są gotowi wiele poświęcić aby do tego doprowadzić. Amerykanie zauważyli więc, że stawiając na Niemców postawili na konia trojańskiego w Europie, na konia, który bocznymi bramami próbował przycisnąć moskiewskie wpływy na nasz Kontynent i ubrać to w hasło: "Europy od Władywostoku po Lisbonę". A Amerykanie - którzy podjęli się już jawnej (choć jeszcze nie gorącej i otwartej) konfrontacji z Chinami na Dalekim Wschodzie, muszą jednocześnie mieć zabezpieczone swoje wpływy w Europie, zaś stawianie na Niemcy, które widzą jedynie swoją przyszłość w sojuszu z moskowią te wpływy automatycznie niweluje. Nic więc dziwnego że prezydent biden dwa razy w ciągu jednego roku odwiedził Polskę, natomiast całkowicie pominął rusofilskie państwa typu Niemcy i Francja, które pragną jedynie powrotu do tego co było, i co doprowadziło do tej najokrutniejszej od czasów II Wojny Światowej - wojny na Ukrainie.




I tutaj też dochodzimy do zmiany niemieckiego stanowiska co do Polski, bo nagle okazało się, że Berlin do końca nie przewidział politycznych konsekwencji własnych działań. Nagle bowiem po 24 lutego 2022 r. obudzili się Niemcy w świecie, w którym nie oni już bezpośrednio rozdają karty w Europie, w świecie w którym Stany Zjednoczone już nie stawiają tak bezdyskusyjnie na niemiecką kartę i w świecie w którym w sposób nieprawdopodobnie szybki wzrosło geopolityczne znaczenie Polski. Wszystko to razem wzięte (a szczególnie ten ostatni punkt) powoduje bardzo silną niemiecką frustrację i przekłada się ona na wypowiedzi oraz działania niemieckich polityków, komentatorów, dziennikarzy, profesorów i oczywiście niemieckiego ambasadora w Polsce, pana Thomasa Baggera, którego jak widać chyba bardzo boli te nasze 5 minut. Dla Niemiec (i oczywiście dla Moskwy) wzrost znaczenia Polski w polityce europejskiej - nie mówiąc już oświatowej - jest krótko mówiąc nie do zaakceptowania. I ktoś mógłby tutaj powiedzieć że to jest ta typowa niemiecka buta, ten typowy niemiecki szowinizm, wywodzący że naród niemiecki jest zawsze i pod każdym względem lepszy (a ponieważ mam niemieckie korzenie, to i coś na ten temat mogę powiedzieć), zaś to wszystko co mieszka na Wschodzie (z wykluczeniem oczywiście Moskwy której Niemcy się boją), to jest słowiańska hołota z którą nie ma co się liczyć i należy ją wziąć pod but. Kwintesencją tego myślenia jest chociażby oberleutnant von Nogay z filmu "CK Dezerterzy" z 1986 r.), który robiąc musztrę, kazał ustawiać żołnierzy wielce walecznej armii austro-węgierskiej wedle narodowości i był mocno zdziwiony że w oddziale nie ma żadnego Austriaka, natomiast jest wiele narodów takich jak Słowacy, Serbowie, Czesi Morawianie, Polacy. Podsumował to więc krótko: "Czyli jednym słowem cała banda słowiańskich bydląt niezdolnych do samodzielnego życia". Choć jest to tylko filmowa fikcja, dobitnie pokazuje ona realną niemiecką butę i szowinizm.


płk. Wagner też zresztą Austriak - krótko podsumował działalność von Nogaya:
"Barbarzyństwo którym się pan wykazał jest biegunowo odległe od regulaminu. (...) Wie pan że nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić pańskie postępowanie".



Tak niemiecki szowinizm jest bardzo silny w tamtejszym narodzie (dodatkowo uważam że jest odwieczny, a nazizm był jedynie najbardziej ordynarną formą owego odwiecznego niemieckiego szowinizmu), to jednak w niemieckim postępowaniu politycznym (w szczególności zaś w postępowaniu w stosunku do Polski) nie on jest najważniejszy. Tutaj decyduje geopolityka i niestety czy to nam się podoba czy nie realnie rzecz biorąc Niemcy muszą podporządkować sobie Polskę, aby dzięki niej móc kontrolować nie tylko całe Bałkany ale również i państwa bałtyckie (Ukraina i Białoruś uważane były do tej pory za strefę wpływów moskowi). Zbytni bowiem wzrost pozycji Polski natychmiast odbija się na pozycji geopolitycznej oraz gospodarczej Niemiec (oczywiście mówimy tutaj o kwestiach hegemonii i dominacji, a nie o pokojowym współistnieniu i życiu naszych narodów czy w ogóle narodów europejskich). Stąd też podważenie dotychczasowej roli Niemiec na kontynencie natychmiast spowodowało jazgotliwy atak z tamtej strony, czego ostatnim chociażby przejawem była rozdmuchana w mediach niemieckich sprawa masowych grobów na granicy polsko-białoruskiej, jakoby polska Straż Graniczna chowała w masowych grobach (liczonych w setkach a nawet w tysiącach) bliskowschodnich migrantów, ściąganych tutaj przez reżim tego śmiesznego dyktatorka z Białorusi (towarzysza marchewki 😅). Oczywiście kilka zgonów było, ale nie były to ani setki ani tym bardziej tysiące, a ci, którzy przeszli na polską stronę otrzymali pełną pomoc medyczną i humanitarną (nas bowiem nie trzeba uczyć humanitaryzmu, ani zasad wolności czy praworządności. My to mamy w naszym DNA, w naszych genach, tak samo jak niestety i powtórzę to raz jeszcze niestety Niemcy mają w swoim DNA ten cholerny szowinizm w stosunku do Polaków i innych Słowian). Mało tego, część z owych migrantów przedostała się nawet do Niemiec, co też spowodowało że Niemcy - gdy ich wyłapali u siebie - to odesłali ich na polską stronę bo przecież oni ich u siebie nie chcą (i jak twierdzili Polska była pierwszym krajem w którym złożyli oni prośbę o azyl).

Potem przyszły inne medialne ataki ze strony Niemiec, jak choćby twierdzenia że Polska tak naprawdę niewiele pomaga Ukrainie, trochę tam zaczęła - teraz przestała, sprzęt jest słabej jakości i w ogóle to nie ma co liczyć na Polskę, gdyż to przecież Niemcy najbardziej pomagają Ukrainie (szczególnie wysyłając im partie kilkunastu tysięcy nie nadających się do użytku hełmów), a ci masowo zawyżają swoją pomoc, włączając w nią nie tylko ten sprzęt,który zadeklarowali się wysłać ale wciąż nie wysłali, lecz również takie kwestie jak szkolenie Ukraińców czy wysyłanie koców. Realna pomoc polega na umożliwieniu Ukrainie szybkiego zakończenia tej wojny i tylko taka pomoc się liczy. Żadne pieprzenie (za przeproszeniem) o humanitaryzmie, o wysyłaniu jakichś tam koców czy hełmów nie nadających się do użytku niczego nie zmieni. Ukraińcy muszą szybko wygrać z mostowianami te wojnę, wypędzić ich ze swojej ziemi i spowodować żeby na Kremlu żaden następca karzełka Putina nie pomyślał chociażby o podjęciu w przyszłości zbrojnej ofensywy przeciwko jakiemukolwiek państwu w Europie czy w Azji czy gdziekolwiek indziej. A tutaj Niemcy koncertowo dali ciała. Niemcy jako kraj o szowinistycznej mentalności, nie lubią też jak się ich poucza nie lubią jak się im pokazuje ich błędy i jak się ich pogania. Nie są przyzwyczajeni do takiego systemu, a szczególnie już nie są przyzwyczajeni do połejanek ze strony Polaków i to ich bardzo denerwuje, do tego stopnia że odzywają się te głosy w polityce niemieckiej, które do tej pory (czyli do 24 lutego 2022 r.) milczały. Ponieważ jednak Niemcy widzą, że Amerykanie przestawili wajchę bardziej na Wschód i zdając sobie sprawę że bez Polski nie ma Ukrainy (nie ma żadnej możliwości udzielenia pomocy Ukrainie bez Polski), postanowili mimo wszystko zmienić swoje podejście i postawić na Polskę a nie na Niemcy, stąd furia ambasadora, który twierdzi że to nie jest jeszcze takie do końca pewne, że my mamy tylko te 5 minut (uż sam fakt mówienia o 5 minutach pokazuje, że albo ktoś jest niestabilny emocjonalnie, albo jawnie był naszym wrogiem - i nie mówię tutaj o samym ambasadorze a o państwie niemieckim jako takim).

Niemcy teraz próbują pokazać że cokolwiek robią, że zerwali z Rosją i że zrozumieli swoje błędy, jednocześnie atakując Polskę za to, że pomaga najbardziej Ukrainie (biorąc pod uwagę zarówno pomoc humanitarną jak i militarną i ekonomiczną). Niemcy pragną pokazać się Amerykanom jako dobry piesek, ten który już nie gryzie, już zrozumiał że nie może i już teraz przyjaźnie merda ogonkiem. Rzeczywistość jest jednak taka, że to Niemcy i Francuzi najbardziej żałują wybuchu tej wojny (oczywiście ta wojna jest nieszczęściem i jej wybuch był katastrofą, ale jednocześnie tak jak wybuch I Wojny Światowej przyniósł nam Niepodległość, tak wojna na Ukrainie dała nam możliwość zmiany naszego geopolitycznego położenia. Wraz z Ukrainą Polska wraca na swoje miejsce w Europie, przerwane ponad dwieście lat temu rozbiorami i komunistycznym zniewoleniem. Jednak aby wykorzystać tą okazję geopolityczną, jaka kształtuje się przed naszym krajem, należy przywrócić dawną Sanację (oczywiście nową jej wersję, uwspółcześnioną) ale mentalnie tę dawną, tę, która wytworzyła tak wspaniały rodzaj ludzkiego charakteru.



środa, 29 czerwca 2022

WSCHÓD vs. ZACHÓD - Cz. I

KONFLIKT HELLENIZMU Z JUDAIZMEM,

NARODZINY CHRZEŚCIJAŃSTWA

I DROGA, KTÓRĄ PODĄŻYLI

UCZNIOWIE CHRYSTUSA,

ORAZ PÓŹNIEJSZY SPÓR POMIĘDZY

CHRZEŚCIJAŃSTWEM ZACHODNIM

A WSCHODNIM,

A TAKŻE WSPÓŁCZESNY PODZIAŁ

WSCHÓD-ZACHÓD

I WYNIKAJĄCE Z NIEGO KONFLIKTY





W tej nowej serii pragnę zaprezentować "odwieczny" wydawałoby się konflikt tzw. świata Zachodu, z tym, co rozumiemy pod nazwą Orientu, czyli świata Wschodu. Uważam bowiem że takie przypomnienie walki, współpracy a niekiedy nawet pewnej symbiozy tych dwóch tradycji w dziejach Świata, pomoże nam bardziej zrozumieć to, z czym obecnie zmagamy się na Ukrainie - choć akurat w tym przypadku (tak, jak w kilku wcześniejszych) do gry wchodzi jeszcze co najmniej trzeci (a prawdopodobnie również i czwarty) gracz. Nie będę teraz ich wymieniał z nazwy, gdyż nie ma to na razie żadnego znaczenia, lecz w miarę odkrywania kolejnych kart sami powinniśmy pojąć, czym są owe dodatkowe siły, mocno mieszające w owym konflikcie (powiem tylko tyle, że czwarty gracz - jeśli jest zaangażowany bezpośrednio w ten konflikt, bo tego z całą pewnością powiedzieć nie mogę, ale pośrednio na pewno - występuje z całą mocą przeciwko owej "trzeciej sile" która wykorzystuje stare antagonizmy Wschodu i Zachodu). W tej serii zamierzam ostatecznie dojść do czasów nam współczesnych, ale aby to nastąpiło, należy bezsprzecznie wyjaśnić, na czym polegały i czego dotyczyły owe konflikty pomiędzy światem Okcydentu a światem Orientu i aby ku temu wyznaczyć pewną chronologiczną cezurę, uznałem że najlepiej będzie zacząć właśnie od Antycznej Hellady oraz od plemienia "pokrytych piaskiem" byłych egipskich niewolników (Szosu), którzy z czasem stworzyli unikalną pod względem religijno-moralnym cywilizację monoteistyczną, jawnie występującą przeciwko panującym dotąd na Zachodzie (i Wschodzie) cywilizacjom politeistycznym. Lud ten zwany był także Habiru i stąd potem przeszedł do historii pod nazwą Wybranego Ludu Hebrajczyków/Izraelitów.
 
To pierwszy kierunek, ale równie ważnym jest ukazanie początków nowej wiary, która zrodziła się na tradycji "Ludu Wybranego", ale... czy rzeczywiście była to religia tożsama z kultem wyznawanym przez Habiru? W którą stronę podążyło chrześcijaństwo? W stronę Wschodu, czy Zachodu, kto jest prawdziwym spadkobiercą uczniów Jezusa z Nazaretu? Czy są to kapłani politeistycznego boga Jahwe, czy też monoteistyczne kulty rozsiane po całej ówczesnej Europie Środkowej i Zachodniej? Czy można z pełnym przekonaniem nazwać chrześcijaństwo kultem judeochrześcijańskim, czy też nie? Postaram się więc odpowiedzieć na te i wiele innych pytań i jasno zdefiniować najpierw w którą stronę podążyło chrześcijaństwo, a następnie pokazać jak rodziły się w jego łonie najróżniejsze schizmy i konflikty, oraz dlaczego pierwotny Kościół Chrystusowy podzielił się nie tylko na pół, ale i rozdzielił się w poprzek. Te pytania i odpowiedzi będą zaledwie wstępem do tematu głównego, czyli obecnie trwającego konfliktu na Ukrainie (i miejmy nadzieję że tylko tam), który jasno rozgrywa się pomiędzy światem Okcydentu a światem Orientu, a podziały te są tak silne, że nie tylko przejawiają się w języku czy kulturze, ale przede wszystkim zakorzenione są głęboko w umysłach i sercach ludzi tam walczących. Oczywiście nie oznacza to, że nigdy i nigdzie nie udawało się połączyć ze sobą tych sprzecznych żywiołów, tyle że takie praktyki wymagały cierpliwości i długich starań, aby mogły wydać owoce. Wszystko wymaga bowiem czasu, z reguły jednak jest jakaś siła dominująca, która podporządkowuje sobie tę drugą, ale zdarzają się też sytuacje że obie strony są sobie równe, a czy taki stan rzeczy jest w stanie utrzymać się dłużej i stabilniej od wymuszonej dominacji jednej ze stron? Uważam że jak najbardziej, tylko musi zaistnieć wiele innych jeszcze czynników, które ku temu służą i które będą tę symbiozę wspierały. A w historii pojawiały się twory polityczne, które potrafiły te przeciwstawne sobie siły ze sobą połączyć, a to już samo w sobie dawało im przewagę nad innymi (w myśl zasady - co cię nie zabije, to cię wzmocni).
 
W tej jednak części pragnę rozpocząć od zaprezentowania owych przeciwstawnych sobie sił w epoce odległej starożytności i pokazać w którą stronę zmierzały cywilizacje, które w przeszłości i po dziś dzień kształtują mentalność naszych narodów, społeczeństw i ludów, oraz które stworzyły cywilizacje w których my żyjemy.

 
 
 
HELLENIZM I JEGO POCZĄTKI
 
 




 Pierwotnym ludem zamieszkującym Helladę, byli Pelazgowie - lud zachodnio-indoeuropejski, którego słownictwo zbliżone było nie tylko do języka Traków, ale Słowian i Bałtów (fonetyka języka trackiego jest nie tylko identyczna z fonetyką języka pelazgijskiego, ale również należy sobie uświadomić że język tracki jest niezwykle podobny do języka słowiańsko-lechickiego). Pelazgowie zamieszkiwali Półwysep Bałkański, podczas gdy na północ od Morza Egejskiego i na zachód od Czarnego aż do Dunaju, rozciągały się ziemie należące do Traków. Tereny te zostały zasiedlone w sposób zwarty już w piątym tysiącleciu p.n.e., a ich rozkwit nastąpił między trzecim a drugim tysiącleciem p.n.e. Lud Traków, jak i Pelazgów, to nie był lud czczący wielkich wojowników, którzy uosabialiby panteon silnych bóstw niebiańskich. Pelazgowie, Trakowie, podobnie jak Lechici/Słowianie, Bałtowie czy Italikowie, Latynowie i Rzymianie byli przede wszystkim rolnikami i z mocy ziemi czerpali swą siłę i to właśnie ona była pierwotną dla bóstw w ich panteonach (nic dziwnego, że bohaterem Rzymian z okresu Republiki był Tytus Kwintus Cincinnatus - rolnik, który porzucił ziemię aby bronić ojczyzny, gdy ta znalazła się w niebezpieczeństwie, a potem powrócił na swą rolę; i podobnie było wśród plemion lechickich, gdzie również bohaterem i twórcą nowej dynastii został Piast Kołodziej). Ponieważ więc to ziemia była największym bogactwem i dobrem jakie posiadały owe ludy (i nie było tam wykształconej silnej warstwy rycerskiej, która nadałaby zupełnie inny kierunek miejscowej religii, kierując ją w kierunku silnych - patriarchalnych - bóstw niebiańskich, tak jak to było chociażby w mykeńskiej Grecji), przeto niezwykle ważne były kulty chtoniczne, bezpośrednio związane z siłami ziemi, a co za tym idzie z siłą kobiecości (a raczej macierzyństwa, jako że ziemię upatrywano jako matkę która rodzi). 

Oczywiście kult bóstw żeńskich wcale nie oznaczał, że w tych plemionach panowały jakieś formy matriarchatu - wręcz przeciwnie. Co prawda, być może pierwotnie (w niewielkich zbiorowościach nie będących jeszcze nawet plemionami) istniał kult Wielkiej Bogini Matki, utożsamiany z kobiecością jako boskością i tak traktowany, ale - bądźmy szczerzy - Pelazgowie i Trakowie byli ludem indoeuropejskim, a to oznaczało, że kulty kobiece wcale nie stały tam wyżej od męskich, a wręcz przeciwnie, i jeśli pojawiały się od tego jakieś wyjątki, to nie miało to przełożenia na stosunki społeczne. Tym bardziej, że z chwilą wzrostu liczebności plemion, zaczęto zdawać sobie sprawę, że Matka Ziemia wcale nie jest taka płodna sama z siebie, że aby wydała owoce, należy wbić w nią radło, przeorać, zasiać, nawodnić i dopiero wówczas można oczekiwać dobrych plonów. Zdano więc sobie sprawę, że bez "czynnika" męskiego zarówno Ziemia jak i kobieta same z siebie niczego nie urodzą - i ta świadomość całkowicie odmieniła cały ówczesny światopogląd, ostatecznie eliminując resztki matriarchalnych enklaw, jakie jeszcze wówczas pozostały. Nie oznaczało to oczywiście usunięcia bóstw żeńskich (np. patronką i najwyższą boginią ludu Ateńczyków była wojownicza córka Zeusa - Atena, co oczywiście nie miało żadnego wpływu na stosunki społeczne, panujące wśród Ateńczyków, gdzie kobieta z reguły nie miała więcej praw od niewolnika i była całkowicie zdana na łaskę i niełaskę swego ojca, męża, brata lub syna). A wręcz przeciwnie, gdyż ludy takie jak Pelazgowie czy Trakowie oddawały tym kultom szczególną cześć - czego dowodem był szczególny kult bogini-rodzicielki Demeter: 


DEMETER PELAZGIJSKA




 W języku pelazgijskim jej imię znaczyło tyle co: Matka-Ziemia, lub bardziej precyzyjnie: Ziemia-Matka, czyli Gdom-mather, gdzie słowo "Gdom" oznaczało Ziemię; potem zaś słowo to wyewoluowało w Da-mather. Trakowie znali boginię Ziemię-Matkę pod tym samym imieniem co Pelazgowie (co może świadczyć o istnieniu swoistej wspólnoty pelazgijsko-trackiej w czasach sprzed inwazji z Północy plemion: Achajów, Jonów i Dorów. Głównym miejscem kultowym bogini Demeter w czasach późniejszych (czyli Grecji archaicznej i klasycznej) było sanktuarium w Eleusis w północno-zachodniej Attyce, lecz w okresie pelazgijskim centrum jej kultu stanowiło miasto Argos - które wznieść miał mityczny Danaos (którego córki ponoć miały sprowadzić kult bogini Demeter z Egiptu - co akurat w przypadku tej chtonicznej bogini jest interpretacją błędną, gdyż nie był to kult egipski, a autochtoniczny kult miejscowy). Pauzaniasz opisując Argos mówi: "Naprzeciw grobowca kobiet znajduje się świątynia Demetry nazwana Pelazgijską od Pelazgosa, syna Triopasa, który ją wybudował, a niedaleko od świątyni jest grób Pelazgosa". Nie wiadomo czy w Argos byli kapłani czy kapłanki kultu Demeter, ale można przypuszczać że raczej kapłanki, jako że mit o córkach Danosa był w Argos bardzo silny, a ów "grób kobiet" o którym wspominał Pauzaniasz, to nic innego jak kultowe miejsce pochówku owych mitycznych niewiast. Można też z całą pewnością przypuszczać, że kult ten był rozpowszechniony również w Tracji, o czym świadczy mit o pierwszym kapłanie bogini Ziemi-Matki, który (wraz z córkami Keleosa - króla Eleusis, które to zajęły miejsce córek Danosa z Argos) sprawował obrzędy przy ołtarzu, był przybyły z Tracji syn Posejdona i Chiony - Eumolpos - król Tracji (z tym że Eumolpos za pierwszego męskiego kapłana był uznawany dopiero w Eleusis, a nie w Argos, co jednak nie zmienia faktu, iż kult ten musiał być rozpowszechniony w Tracji w czasach Pelazgów).   
 
 
POSEJDON  
PAN-MAŁŻONEK BOGINI ZIEMI 
 



 "Święta Brimo, zrodziłaś święte dziecię Brimos" - słowa te wypowiadał hierofant (arcykapłan) ciemną nocą, podczas trwania misteriów eleuzyńskich, a znaczyło to nic innego, jak: "Potężna, która zrodziła Potężnego". Wcześniej stwierdziłem, że pierwszym kapłanem (hierofantem?) bogini Ziemi-Matki, był przybyły z Tracji - Eumolpos, tylko że on zbrojnie najechał wówczas całą Attykę, a prawdziwym kapłanem, który miał uzyskać od Demeter tajemnicę uprawy roli, był niejaki - Triptolemos z Arkadii (wówczas zwanej jeszcze Pelazgią). To on miał powierzyć tę tajemnicę Arkasowi (od którego imienia kraina ta otrzymała nazwę Arkadii). Ale to wszystko byli kapłani bogini, a miała ona jeszcze małżonka, którym (w czasach pelazgijskich) był Posejdon, brat Zeusa i Hadesa. To właśnie synem Posejdona był ów Eumolpos Tracki, pierwszy kapłan bogini Ziemi-Matki, zaś sam Posejdon był pierwotnie (nim objął w posiadania morskie głębiny) chtonicznym partnerem Demeter, o czym świadczy bardzo popularny wśród języków słowiano-bałtyjskich wyraz: "Potis" - oznaczający pana, który miał dodatkowe epitety, jak: "dzierżący ziemię" i "trzęsący ziemią". To świadczy iż pierwotnie był bogiem ziemi, a ponieważ Ziemia była Matką, przeto Posejdon musiał stać się małżonkiem (panem) Ziemi. Jego symbolem wcale nie był trójząb (jak się potocznie uważa), lecz ogier, pod postacią którego posiadł Demeter (która przemieniła się w klacz). Nie wiadomo czy w Argos znajdowała się osobna świątynia dla "Pana-Małżonka", ale z pewnością takowe było w Eleusis i zwało się świątynią "Posejdona-Ojca" (potem zaś, już w czasach klasycznych, czyli dominacji Niebian z Olimpu, Posejdon miał swoją wspaniałą świątynię na przylądku Tanarium w południowej Lakonii - tyle tylko że było to już wówczas bóstwo morskie). 


DIONIZOS PELAZGIJSKI




 Kolejne bóstwo chtoniczne - patron winnej latorośli, roślinności i "szału bachicznego" (upojenia alkoholowego i dobrej zabawy, gdyż nie na darmo jego przydomek brzmiał: H1leudheros - czyli wolny, swobodny. Imię Dionizos nie do końca jednak jest jasne i uważa się, że złożyły się na nie dwa słowa: Dyeus (bóg jasnego nieba) i... sunus (syn), co mogłoby oznaczać: "Syn Zeusa" (lub "Synowie Zeusa") i pod tą nazwą czczony był również w Tracji, lecz tutaj przybrał on nieco inną odmianę. Tracja - kraj leżący na północ od Morza Egejskiego i od najdalej wysuniętych ziem Mygdonów (jednego z macedońskich plemion), porośnięta była olbrzymimi dębami i otoczona pasmem górskim, dlatego też dla Greków była uważana za odległą krainę barbarzyńców, a jednocześnie greccy poeci i filozofowie (Pindar, Ajschylos, Platon) uważali Trację za "Ojczyznę Muz" i "Świętą krainę światła" (np. traccy kapłani w Delfach, byli uważani za stróżów pierwotnej doktryny, a Delficką Amfiktionię ochraniali właśnie wojownicy z Tracji, zwani Trakidami. Zostali oni wymordowani na polecenie przywódcy Fokidy - Filomelosa ok. 356 r. p.n.e. czyli na początku Trzeciej Wojny Świętej). Tamtejsze kapłanki bogini Hekate - Bachtanki, przyjęły kult Bakchosa (Bachusa - pierwotne imię Dionizosa) i w swoich drewnianych świątyniach, wznoszonych w odległych dolinach Tracji, uprawiały kult tego boga, połączony z praktykowaniem magii oraz seksualnym wyuzdaniem. Czciły jednocześnie potrójny wizerunek Hekate (bogini o trzech twarzach), jak i rogatą postać Bakchosa (mężczyzny o głowie byka). Walkę z Bachtankami i z kultem Bakchosa rozpoczął w Tracji miejscowy władca  imieniem Likurg (jak bowiem zapisane jest w Iliadzie: "Ani nawet bowiem syn Dryasa, potężny Likurg nie żył długo, który to mierzył się z niebiańskimi bogami. On kiedyś szalejącego Dionizosa piastunki przeganiał ze świętej góry Nysejon"). Nic nie wiadomo jednak czy podobne praktyki miały miejsce w Helladzie Pelazgijskiej, ale z pewnością już w tych czasach w Delfach (ówczesna Lokryda i Fokida na której to terenie znajdowało się późniejsze sanktuarium Apollona w Delfach - to były ziemie plemienia Lelegów) znajdował się grób Dionizosa, podobnie jak kult tego boga panował w Beocji (Herodot wręcz twierdził, że kult tego boga zrodził się właśnie w Beocji), a szczególnie w Tebach. W kraju Pelazgów Dyeus-sunus był uważany za boga radości i wina - a to wiązało się z winną latoroślą, czyli również z ziemią, a wszelkie męskie bóstwa chtoniczne zawsze i nieodłącznie związane były z kultem fallusa - jako symbolem witalności i płodności. Również imię matki tego boga (ojcem miał być Dyeus - Zeus) Semeli, było tracko-pelazgijskie a jego kult musiał być bardzo stary, starszy niż cała grecka cywilizacja. 
 

DYEUS
PELAZGIJSKI BÓG JASNEGO NIEBA  




 Kult owego niebiańskiego boga wśród rolniczo-pasterskich plemion, do jakich należeli Pelazgowie, wcale nie musi być dziwny, jako że we wszystkich ludach rolniczych zawsze występował jakiś odpowiednik niebiańskiego bóstwa (u Italików i Latynów, u Bałtów, Celtów i Słowian), a Dyeus był niezwykle silnie związany z Pelazgami poprzez swą świątynię w Dodonie (w kraju Tesprotów w Epirze) i stąd był nieodłącznie zwany "pelazgijskim" ("Dzeusie mocarzu, co władasz Dodoną, boże Pelazgów" - jak zwracał się do Dzeusa/Zeusa Achilles w Iliadzie). Ale swe świątynie w tym czasie miał również w jednym z miast na Eubei, w Argos, w Tesalii (miasto Dyeu lub Diw), na górze Athos w Macedonii i w Pierii u podnóża Olimpu. W tym właśnie czasie w Arkadii (Pelazgii) składano temu bogu krwawe ofiary z dzieci (o czym świadczy mit o Lykaonie, synu Pelazgosa władającym Arkadią, założycielu miasta Lykosury. To on miał wprowadzić pierwsze zawody sportowe na cześć Dyeusa - którego nazwał Lykajskim - i składać miał na ołtarzu boga ofiarę z dziecięcia). W Atenach i w całej Attyce również wówczas czczono Boga Jasnego Nieba, ale (o czym opowiada mit o Kekropsie) nie składano mu tam krwawych ofiar z ludzi, a ze zwierząt lub z chleba i placków. Ajschylos twierdził że Dyeus/Zeus "...jest eterem, Zeus jest ziemią, Zeus jest niebiem. Tak, Zeus jest wszystkim, co jest nad wszystkim", a to znaczyło że ów bóg od swych początków miał być bogiem łaskawym ludzkości, bogiem sprawiedliwym i dobrym. Niestety, nie ze wszystkich mitycznych opowieści wyłania się taki właśnie obraz owego Niebianina. Potrafił bowiem być złośliwy, krnąbrny, zazdrosny i okrutny, jak choćby wtedy gdy za czyn Prometeusza miał zesłać na ludzkość wszelkie choroby i nieszczęścia zamknięte w puszce, którą nieopatrznie otworzyła niejaka Pandora. Był bogiem zazdrosnym, gdyż nie chciał aby ludzkość poznała tajemnicę ognia, gdy więc Prometeusz ukradł parę iskier z rydwanu boga słońca - Heliosa i zaniósł je ludziom aby się ogrzali i nie musieli jeść surowego pokarmu, Zeus kazał przykuć go do skał Kaukazu, gdzie codziennie o wschodzie słońca przylatywał sęp i wyjadał mu wątrobę, która nocą ponownie odrastała. Prometeusza uwolnił z niewoli Herakles, który strzałem z łuku zabił sępa, kończąc okrutną karę owego tytana. Ale to nie nauczyło Prometeusza rozsądku i podczas składania ofiary Zeusowi w Mekone - oszukał boga, składając mu ofiarę z wołu, którego podzielił na dwie części, tę przeznaczoną dla boga i tę dla ludzi. Oczywiście zawsze praktykowało się, aby część boska była lepsza od ludzkiej, pełna mięsa i tłuszczu. Prometeusz jednak postanowił wyprowadzić Zeusa w pole, składając mu na ołtarzu same kości i przykrywając je solidną ilością tłuszczu, zaś część przeznaczoną dla ludzi (gdzie znajdowało się mięso) przykrył żołądkiem i kiszkami. Potem poprosił Zeusa by wybrał dla siebie swoją część, a ten zachęcony widokiem tłuszczu, otrzymał ostatecznie same kości. To spowodowało złość boga, który tym razem za grzech Prometeusza postanowił ukarać całą ludzkość, posyłając jej w darze... Puszkę Pandory. W każdym razie konsekwencją owej "pierwotnej ofiary" (jak Grecy nazywali to, co stało się w Mekone) było to, iż późniejsi kapłani Zeusa zawsze na jego ołtarzu składali i spalali kości, a mięso przeznaczali dla siebie i ofiarników.


ATENA
WIELKA MATKA-PANI-DZIEWICA




Ta przedgrecka bogini jest równie silnie utożsamiana z cywilizacją pelazgijską i znana tam była pod imieniem A-ta-na-po-ti-ni-ja (czyli Pani Atena). Owa córka Dyeusa znana była jeszcze pod imieniem A(t)tana Atta (Matka Atena), oraz A(t)tana Awia (Babka Atena), powszechnie jednak uważano ją za dziewicę (Pallas - Panna), nie wiadomo jednak czy jej późniejsze określenia istniały również w czasach pelazgijskich (a były to m.in.: Promachos - Mistrzyni, Sthenias - Mocarna, Areia - Wojownicza). Jej kult szczególnie silnie odznaczył się w Attyce, a miasto Ateny wzięły imię tej bogini jako nazwę własnego grodu i była ona tam najwyższym bóstwem. Była nieprzejednanym wrogiem Aresa (boga wojny), którego powala na ziemię w jednej z bitew toczonych przez bogów (opisywanej w XXI Pieśni ku jej czci), ale akurat Aresa nie znosili wszyscy bogowie (sam Zeus miał mu rzec: "Jesteś mi wrogi najbardziej ze wszystkich bogów Olimpu, miła ci bowiem zawsze niezgoda, bitwa i wojna"). Natomiast Atena była miłośniczką Heraklesa, którego uznała za ideał prawdziwego herosa. Pomagała mu we wszystkich jego próbach i ostatecznie zaprowadziła go do Nieba, na Olimp. Owa bogini wspierała również Achillesa (w jego konfrontacji z Agamemnonem) oraz herosa Tydeusa (którego pierwotnie uznała za ideał mężczyzny i wojownika, ale gdy ujrzała jak ten rozłupał czaszkę wroga i zjadł jego mózg, poczuła doń odrazę i ostatecznie opuściła Tydeusa). Zresztą nie interesują Ateny kobiece zamiłowania, a ciągnie do tego co męskie (w "Eumenidach" Ajschylos wkłada jej w usta takie oto słowa: "We wszelkich rzeczach, oprócz małżeństwa, me serce skłania się ku temu, co męskie"). Więcej na temat tej bogini opowiem przy opisie Grecji archaicznej i klasycznej, gdyż nie mam pewności co jeszcze w jej kulcie mogło dotyczyć czasów o których teraz piszę. 


SELENE
KSIĘŻYCOWA DAMA




 Owa "świetlista" bogini była córką Hyperiona i Teji, siostrą Eosa i Heliosa. Niestety, przy jej imieniu i postaci mam mały kłopot, gdyż niewiele udało mi się odczytać z języka greckiego na jej temat, a poza tym trudno mi odróżnić w jej przypadku pierwotne znaczenia pelazgijskie i tu się trochę gubię. Ale z pewnością była to bogini "płomiennej łuny", z tym tylko że dokładnie nie jest jasne, w których rejonach pelazgijskiej Grecji była czczona i gdzie znajdowały się jej świątynie (lub choćby świątynia). W każdym razie była to księżycowa "boska dama", siostra boga słońca i jego przeciwieństwo w jedności (stąd zapewne pelzagijskie słowo "swelos" - świecić, błyszczeć - co już ma konotację solarną). Niewątpliwie jednak była ważną boginią w społecznościach rolniczych, do których należeli Pelazgowie, a wpływ księżyca i jego faz na ludzką płodność przekładał się również (choć nie bezpośrednio) na dary zrodzone z Ziemi-Matki.  



PS: W następnej części przedstawię pierwotne kulty religijne plemienia Szosu/Habiru, jeszcze sprzed wywędrowania tego ludu do Egiptu i sprzed całkowitej dominacji boga Jahwe.




CDN.

sobota, 16 kwietnia 2022

MOSKWA TONIE...

NIEMCY PŁACZĄ, FRANCJA NIE WIE NA

JAKIM ŚWIECIE ŻYJE A MIĘDZYMORZE...

MIĘDZYMORZE MA SIĘ NAJLEPIEJ 

W CAŁYCH SWYCH 

NOWOŻYTNYCH DZIEJACH



 
 "Idi na chui russkij wojennyj korabiel" wypadałoby powiedzieć i tymi słowy pragnę właśnie rozpocząć ów dzisiejszy temat. Oto bowiem flagowy okręt rosyjskiej floty wojennej poszedł na dno Morza Czarnego, trafiony precyzyjnie dwoma pociskami typu Neptun, produkcji ukraińskiej. Jakże pięknie pokazuje to przyszłość tej wojny, w której Rosja wykrwawi się w sposób nieznany od czasów II Wojny Światowej i stanie się państwem-wydmuszką przyczepioną i uzależnioną od Chin (oczywiście w najlepszym przypadku). Chinom zresztą bardzo zależy na tym, aby Rosja ugrzęzła na Ukrainie i toczyła tam długie oraz wyczerpujące boje, co oznacza że Pekin już pragnie podporządkować sobie Moskwę (w taki lub inny sposób) oferując jej wsparcie polityczne i być może (na małą skalę) militarne, aby ten konflikt przedłużyć. Długa i wyczerpująca wojna nie leży jednak w interesie ani Rosji, ani tym bardziej Ukrainy, ale już dziś widać, że Moskale nie będą w stanie osiągnąć swoich celów sprzed 24 lutego, czyli opanowania całej Ukrainy, dlatego też zapewne będą dążyli do wydarcia Ukrainie części ziem wiodących z Donbasu przez Zaporoże aż na Krym, a symbolem tego ma się stać zdobycie Mariupola (które to miasto obecnie już praktycznie nie istnieje, przypominając Warszawę z 1944 r. - czyli miasto ruin, gdzie ludzie chronią się jak mogą w piwnicach i wszelkich możliwych wyłomach), miasta, które dzielnie opiera się moskiewskiej inwazji. Nie wiem na ile możliwe jest zorganizowanie odsieczy dla walczących tam jeszcze żołnierzy (a większość z nich zapewne nie złoży broni i wybierze śmierć niż niewolę; co jest oczywiście jak najbardziej zrozumiałe, gdyż po kapitulacji zostaliby oni poddani brutalnym torturom - Moskale bowiem uważają walczących tam żołnierzy, a szczególnie tych z pułku Azow za faszystów - a następnie i tak zostaliby zamordowani). Ci żołnierze będą walczyli do końca, ale mając tego świadomość uważam należałoby przedsięwziąć próbę przynajmniej dostarczenia do miasta broni, żywności i środków medycznych (w 1944 r. walcząca samotnie Warszawa też wypatrywała przynajmniej takiego wsparcia ze strony Anglików czy Amerykanów, ale się tego nie doczekała). Teraz co prawda Ukraińcy szykują się do walnej bitwy o Donbas i wszystkie siły kierują w tamtą stronę, ale upadek miasta które tak długo opierało się moskiewskiej nawale byłby nieco zawstydzający i dałby kacapskiej propagandzie powód do świętowania.




Zresztą, jak patrzę co obecnie wyprawiają ruskie zdegenerowane bydlaki, które tylko przez jakąś pomyłkę wciąż nazywane są ludźmi - to zastanawiam się czy świat który widzimy, jest rzeczywisty? Czy russkij mir istnieje? Czy w ogóle istnieje jakaś Rosja? Wydaje mi się bowiem, że podobnie jak w matrixie, przed oczami postawiono nam jakąś nierzeczywistą ułudę, która sprawia wrażenie normalnego państwa, gdy w rzeczywistości na wielkich terenach Azji zajmowanych przez tzw. Federację Rosyjską... nic nie ma! Być może jest tam coś, na kształt Mordoru, wylęgarni wszelkiego możliwego robactwa, które tylko z pozoru przypomina ludzi i które należałoby potraktować tak, jak pleniące się robactwo na to zasługuje. Dla mnie osobiście po tych mordach dokonanych przez moskiewskich orków w Buczy, Irpieniu, Borodziance czy Hostomelu - Rosja już nie istnieje. To miejsce, które jak najszybciej trzeba poddać przymusowej denazyfikacji, dekomunizacji i deturanizacji która to wbiła się głęboko w serca i umysły "ludzi" tam żyjących. Jeśli te żałosne stworzenia, wypierdki ruskiego miru chcą jeszcze kiedykolwiek żyć jak ludzie i taką przyszłość zostawić swoim dzieciom, to po pierwsze muszą poddać się całkowitej i przymusowej przemianie, a Rosja musi wreszcie definitywnie przestać istnieć jako kraj (czyli powrócić do stanu realnego, gdyż Rosji w rzeczywistości nie ma, mamy zaś coś na kształt Mordoru, który jest na co dzień ukryty przed naszymi oczyma). Oczywiście upadek Rosji wiążę się z wydaniem całej broni jądrowej, jaką ten kraj kiedykolwiek posiadał i podziałem na małe, kontrolowane z zewnątrz ośrodki, które nie będą już mogły ponownie się zjednoczyć (kraje Międzymorza już tego dobrze przypilnują). Dopiero wówczas można dopuścić tych gównozjadów nie wiedzących nawet do czego służy muszla klozetowa, do cywilizacji. Nikt nie będzie się nad nimi mścił, ale należy wyplenić z nich wszelką świadomość jakiegokolwiek ruskiego miru, i dopiero wówczas staną się ludźmi, z którymi będzie można normalnie żyć. Rozpad Rosji jest podstawą, bowiem tam nie ma z kim rozmawiać, a jeden jest gorszy od drugiego. Ostatnio zdechł niejaki Władimir Żyrinowski - któremu odprawiono państwowy pogrzeb. Postać niezwykle żałosna, ale będąca symbolem całego tego ruskiego miru, czyli koncesjonowany pułkownik udający polityka, który był tylko tubą propagandową Putina i używany był (jak prostytutka) do wygłaszania poglądów oraz haseł, które obecnemu rzeźnikowi z Kremla nie wypadało powiedzieć. Ot, taka parszywa postać. 

Inną równie podłą postacią jest niejaki Aleksiej Nawalny, który uchodzi za wroga Putina, a tak naprawdę jest jedynie tubą dezinformacyjną na Zachodzie i wielkoruskim nacjonalistą (jak zdechły Żyrinowski). Pieprzył on bowiem od lat, iż Putin to zwykły złodziej, który nie dba o Rosję i nie zależy mu na odrodzeniu rosyjskiej mocarstwowości, a woli pławić się w luksusach, jachtach i złotych wannach. Innymi słowy Nawalny jest tym dla Putina, czym był Trocki dla Stalina - czyli tubą dezinformacyjną. Przecież Stalin, który w pokazowych procesach lub po cichu mordował wszystkich swoich przeciwników politycznych, akurat Trockiemu pozwolił nie tylko przeżyć, ale nawet wyjechać z Rosji, aby tam dalej pluł na generalissimusa, nazywając go zdrajcą sprawy komunizmu, który pragnie "budować socjalizm w jednym państwie", co oczywiście było bzdurą dla łatwowiernych idiotów z Zachodu, którzy chcieli w to wierzyć i łykali takie słowa jak poranną kaszkę. W rzeczywistości bowiem Stalin nie zamierzał budować socjalizmu w jednym kraju, a za sprawą zachodnich - głównie amerykańskich - specjalistów zmodernizować swoje siły zbrojne i zindustrializować kraj po to, aby następnie mógł podbić cały świat (ale Amerykanie nie byli tak do końca w ciemię bici i pomogli Stalinowi jedynie unowocześnić wojska lądowe oraz lotnictwo, ale nie przyłożyli ręki do programu rozbudowy sowieckiej floty wojennej, zdając sobie dobrze sprawę, że taka flota byłaby użyta przeciwko nim samym. I rzeczywiście w II Wojnie Światowej sowiecka flota nie odegrała żadnego znaczenia, całą wojnę spędzając głównie w portach, bowiem bez amerykańskiego wsparcia technologicznego, Moskale nie byli w stanie nawet unowocześnić własnych okrętów). Stalin więc pozwolił Trockiemu żyć i głosić te jego brednie na Zachodzie (w intelektualnych kręgach zachodnioeuropejskiej lewicy) tylko po to, aby uspokoić tamte państwa i ich elity. Chciał, aby myślano że pragnie on jedynie przetrwać i dyktatorsko rządzić w jednym kraju (co już samo w sobie było nieprawdą, jako że Związek Sowiecki składał się z wielu uciemiężonych narodów i państw), po to, aby móc się przygotowywać do wojny z całym światem. Ale oczywiście aby tę wojnę mógł wygrać, musiał mieć na Zachodzie jakiegoś swojego wspólnika, który by mu w tym dopomógł, i takiego znalazł w postaci... Adolfa Hitlera. Putin dziś - choć jego agentura wpływu rozlana jest po wielu krajach Europy i USA - mimo wszystko nie ma takiego wsparcia jakie miał Stalin i dlatego właśnie ta wojna wygląda tak, jak wygląda. Ale i Putin wykorzystał Nawalnego do rozgrywki z Zachodem, pozwalając mu żyć (choć też mordował wszystkich swoich potencjalnych przeciwników, jak np. Aleksandra Litwinienkę czy gen. Aleksandra Lebiedzia), tylko po to, aby głosił na Zachodzie że Putin to złodziej, któremu zależy tylko na pieniądzach i jachtach i willach i który pragnie władzy dla samej władzy. Uspokoił tym samym zachodnią opinię publiczną i skłonił ją do uznania w Putinie i Rosji normalnych partnerów do robienia intratnych interesów (wiadomo że ze złodziejem robi się lepsze interesy, bo można go choćby przekupić). A tak naprawdę Putin był i jest wielkoruskim nacjonalistom, który od dawna (praktycznie od początku swojej władzy w Rosji) marzył o odbudowie Związku Sowieckiego (już w 2004 r. przyznał przecież, że upadek ZSRS był: "Największą geopolityczną katastrofą XX wieku").




Na Zachodzie zaś tamtejsze elity polityczne i biznesowe uległy całkowicie mirażowi Rosji, jako normalnego kraju z którym można robić wspaniałe interesy i z którym można się politycznie porozumieć, a nawet zbliżyć na tyle, aby stworzyć coś na kształt Eurazji "od Władywostoku po Lizbonę". Szczególnie Niemcy - idąc drogą wytyczoną przez Bismarcka - pragnęli zbliżenia z Rosją, traktując ją jak prawdziwego partnera i wspólnika w realizacji polityczno-gospodarczych planów stworzenia nowej IV Rzeszy europejskiej ("od Władywostoku po Lizbonę"). W takiej Eurazji mogliby się wspaniale odnaleźć, wytyczając jasne strefy wpływów Wschodu i Zachodu mniej więcej na linii rzeki Bug. To co na zachód od Bugu niemieckie, to co na wschód rosyjskie. Jakiś czas temu zaciekawiła mnie wypowiedź jednego z niemieckich polityków (jego nazwisko wyleciało mi z pamięci), który stwierdził jasno i otwarcie: "Nie sądziłem że prezydent Putin będzie działał przeciwko interesom Rosji". To zdanie jest przepiękne, ponieważ jak w soczewce pokazuje zdziwienie i swoiste przerażenie niemieckiej elity polityczno-biznesowej tym, co obecnie wyprawia Rosja na Ukrainie, gdyż plany przecież były zupełnie inne. Miano budować wspólną przestrzeń, wspólną "Rzeszę" gdzie Ukraina (chcąc, nie chcąc) i tak znalazłaby się w rosyjskiej strefie wpływów i Putin mógł ją "połknąć" - przy całkowitej bierności a nawet akceptacji ze strony Zachodu - bezkrwawo. Miał przecież na Ukrainie swoich polityków, swoje stronnictwa i dużą rosyjskojęzyczną mniejszość (szczególnie w regionach wschodnich, północnych i południowych), gdyby więc poczekał jeszcze trochę, uzyskałby w pokojowy sposób więcej, niż obecnie "zyskuje" militarnie. Zresztą Niemcy by mu w tym pomogli. I stąd właśnie bierze się rozczarowanie i nieskrywany żal owego niemieckiego polityka, który nie może się nadziwić dlaczego Putin postąpił tak nierozważnie atakując Ukrainę. Nagle przecież wszystkie geopolityczne plany Berlina i Moskwy musiały się rozpaść, Nord Stream 2 przeszedł do historii, choć był już praktycznie ukończony i czekał na otwarcie. Intratne zamówienia na broń dla Rosji również musiały zostać przerwane, a tym samym geopolityczna pozycja Berlina bardzo podupadła (nic dziwnego, siła Rosji jak również Niemiec zawsze brała się ze wspólnego sojuszu tych dwóch państw, gdy zaś przeciwko sobie występowały, to zawsze prowadziło to do katastrofy któregoś z nich, lub obu naraz). To nie było w planach Berlina, gdyż sytuacja geopolityczna kształtowała się bardzo pomyślnie dla Niemiec, szczególnie od chwili gdy prezydentem USA został Joe Biden, którego otoczenie postanowiło "odpuścić" Europę i przekazać ją w "komisaryczne władanie" Niemcom, a ci - jak wiadomo najbliżej zawsze mieli do Moskwy i tym sposobem Europa "od Władywostoku po Lizbonę" zaczęła się urzeczywistniać, co oczywiście w sposób naturalny odbiłoby się negatywnie na państwach naszego regionu, a szczególnie na Polsce i Ukrainie. Atak Rosji z 24 lutego 2022 r. nagle wszystko przekreślił i spowodował nie tylko uznanie Rosji za kraj bandycki, Putina za rzeźnika a ruskich sołdatów za zwykłych morderców, ale doprowadziło to również do znacznego osłabienia się pozycji Niemiec w Europie i na Świecie (co w tym przypadku było oczywiste), dlatego też żale niemieckiego polityka w tym kontekście są jak najbardziej uzasadnione.

Niemcy ostatnio obrazili się też na Ukraińców, a szczególnie na prezydenta Żełeńskiego, który odmówił (w sposób wybitnie prowokacyjny - czyli taki, jak należało) prezydentowi Niemiec - Frankowi-Walterowi Steinmeierowi prawa do przyjazdu w zorganizowanej przez prezydenta Polski - Andrzeja Dudę, wyprawie przywódców państw naszego regionu (czyli Litwy, Łotwy i Estonii). Nagle w Niemczech podniósł się wielki krzyk że Żełeński obraził Steinmeiera, że Duda i inni prezydenci powinni zaprotestować i również odmówić wizyty w Kijowie. Naprawdę? Bo co? Bo wreszcie Niemiaszkom pokazano gdzie jest ich miejsce? Chcieli robić z Moskwą intratne biznesy i razem budować IV Rzeszę? Chcieli, więc o co ten krzyk? Niemcy muszą zrozumieć, że ich rola w polityce europejskiej dobiega końca, a atak Rosji na Ukrainę jest ku temu wstępem. Zresztą Niemcy, Rosjanie i niestety Francuzi (piszę "niestety" ponieważ moją partnerką jest Francuzka), to narody, które w XX wieku potwornie się skompromitowały. Nie było takiego skurwysyństwa, którego by nie popełnili, nie było takiej hańby, w której by nie uczestniczyli, i co? I oni chcą dalej budować naszą przyszłość, te skompromitowane narody? Stracili kompletnie rozum, czy o drogę pytają?! II Wojna Światowa wybuchła przecież przez nich (Niemcy nie zaatakowałyby Polski we wrześniu 1939 r., gdyby Hitler nie miał sojuszu ze Stalinem i jego zgody na taki czyn, zaś Francja nie tylko skompromitowała się brakiem pomocy dla Polski w 1939 r. do czego zobowiązywał ją sojusz, jak również haniebną kapitulacją w czerwcu 1940 r., ale również odmową wykończenia nazistowskiego reżimu w Niemczech już w 1933 r. gdy taką propozycję wspólnej wojny prewencyjnej złożył im Marszałek Piłsudski). Te trzy państwa są więc winne wybuchu największej geopolitycznej katastrofy XX wieku i największej wojny w dotychczasowych dziejach świata, czyli II Wojny Światowej. I oni chcą nadal budować naszą przyszłość? Ci, którzy pościągali nam tutaj islamskich bojowników udających uchodźców i będących piątą kolumną gotową mordować niewiernych, gdy tylko przyjdzie na to pora i padnie "rozkaz Allaha". Ci ludzie chcą dalej budować naszą przyszłość, przyszłość Europy, przyszłość Świata? Chyba się z końmi na łby pozamieniali 😉. Ich rola i pozycja już się kończy i im prędzej sobie to uświadomią, tym mniej będzie bolało. W 2009 r. wyszła książka amerykańskiego politologa, szefa think-tanku: Strategic Forecasting Inc. (czyli potocznie Stratfordu) - Georgea Friedmana, zatytułowana: "The Next Hundred Years: A Forecast for the 21st Century" ("Następne 100 lat: Prognoza na XXI wiek"), w której to książce autor jasno opisuje, jakie państwa zdobędą dominującą pozycję w XXI i XXII wieku. Będą to oczywiście Stany Zjednoczone (Friedman, jako Amerykanin patrzy na Świat z amerykańskiej perspektywy), Turcja, Japonia i... Polska. To będą kluczowe państwa w drugiej połowie XXI wieku (o Polsce George Friedman mówi wprost: "Za 30 lat Polska będzie potęgą", lub "W 2060 roku Polska będzie mocarstwem", lub też: "Polska to serce Europy, wyłoniła się jako kraj, z którym trzeba się liczyć"). Oczywiście przez lata traktowano zapowiedzi Friedmana, jako rodzaj beletrystyki s-f, lub w najlepszym razie proroctw które nigdy się nie ziszczą, ale wojna na Ukrainie pokazała przede wszystkim który kraj jest najbardziej odpowiedzialny, który kraj od początku ostrzegał Europę i Świat przed mordercami z Kremla i który kraj realnie dopomógł ukraińskim uchodźcom (głównie kobietom i dzieciom, których do Polski przybyło już od początku wojny na Ukrainie - 2 miliony 700 tys., przy czym w Polsce nie budujemy obozów dla uchodźców otoczonych drutami, gdyż Polacy po prostu goszczą tych ludzi bezpośrednio w swoich domach, dzieląc się z nimi tym, co sami mają). W takim świetle, wizyta prezydentów Polski, Litwy, Łotwy i Estonii na Ukrainie u prezydenta Żełeńskiego, pokazuje przede wszystkim niesamowity wzrost pozycji krajów Międzymorza, a szczególnie Polski, jako najważniejszego lepiszcza tej przyszłej federacji wolnych państw dawnej Rzeczpospolitej. I pod tym względem zapowiedzi George'a Friedmana powoli urzeczywistniają się na naszych oczach.
 

POWITANIE DUDY I ŻEŁEŃSKIEGO W KIJOWIE
 



 

 
Na koniec pragnę wrócić jeszcze do Francji, ponieważ tam odbywają się jakieś śmieszne wybory prezydenckie, czy coś takiego. Otóż ja, gdybym był Francuzem - nie miałbym na kogo głosować (zresztą moja Pani również nie uczestniczyła w tych wyborach, choć posiada podwójne obywatelstwo polskie i francuskie, a nawet mnie namawiała, abym i ja przyjął obywatelstwo francuskie, ale poza Bonapartym i kilkoma innymi wielkimi Francuzami, nie czuję do tego narodu zbytniej "słodyczy", a ponieważ nie przyjąłem obywatelstwa niemieckiego i nigdy nie przyjmę, francuskie również nie wchodzi w grę. Ja jestem Polakiem, a czuję się Rzeczpospolitaninem i właśnie takie podwójne obywatelstwo z radością bym przyjął). We francuskich wyborach prezydenckich udział biorą kandydaci, którzy dla mnie osobiście godni są pogardy. Jeden kandydat, to pacynka globalistów, który dąży do "zacieśnienia integracji europejskiej" (czyli innymi słowy stworzenia IV Rzeszy), oraz powrotu do "normalnych" stosunków z rzeźnikiem Putinem i w tym celu telefonuje do niego, starając się mu przetłumaczyć, że wojną niczego nie osiągnie, ale Putin wie lepiej i tego całego Emmanuela Macrona ma głęboko w d..., czyli tam gdzie światło nie dochodzi. Drugą kandydatką jest Marine Le Pen, nieodrodna córeczka swojego tatusia, która twierdzi że Ukraińcy i Rosjanie są "bratnimi narodami". To może pani Le Pen niech pojedzie do Buczy, Irpienia czy Borodzianki i zobaczy jak "bratni" moskiewski naród traktuje Ukraińców. Niech przyjrzy się tym pomordowanym ludziom, tym brutalnie zgwałconym a potem zamordowanym dzieciom i kobietom, ludziom pomordowanym we własnych samochodach, do których moskiewskie robactwo w ludzkiej skórze strzela z czołgów, lub tym, zabitym tylko dlatego, że jechali drogą na rowerze. Czy pani Le Pen ma trochę oleju w głowie, czy może pragnie wejść w buty marszałka Phillipe'a Petaine'a, bo Francuzom dobrze czy to pod niemieckim, czy sowieckim butem, ważne tylko aby mogli delektować się swoimi winami i zajadać serami. Ot i wszystko w temacie.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że w przyszłym Pax Polonica, do którego bezwzględnie zmierzamy, Europa dopiero rozkwitnie, mogąc cieszyć się długim pokojem po rozpadzie bandyckiej Rosji i podziale Niemiec - jako kacapskiej kolonii na Zachodzie. Powrót do normalności i odrodzenie cywilizacyjne Europy będzie miało się doskonale pod przewodem krajów Międzymorza. Wzrost zaś pozycji Turcji i Japonii - krajów nam zawsze przyjaznych (z Turkami było co prawda kilka zadrażnień, ale były to walki w dużej mierze sprowokowane przez Kozaków i Tatarów, zaś sojusz polsko-turecki był silny od 1533 r. a nawet wcześniej, czyli od pierwszego poselstwa polskiego do Turcji, wysłanego w 1414 r. przez króla Władysława Jagiełłę do sułtana Mehmeda I; zaś w 1933 r. podczas obchodów 250 rocznicy odsieczy wiedeńskiej, wznoszono toast również za Turcję, w ramach wdzięczności za nieuznanie rozbiorów Polski). Japonia zaś również zawsze była nam bliska i wielokrotnie o tym pisałem (choćby tutaj).  
 
 
TUTAJ POKAZANA JEST SCENA WIZYTY KSIĘŻNICZKI ANNY JAGIELLONKI - CÓRKI KRÓLA ZYGMUNTA I - W KONSTANTYNOPOLU





LECHICI NA POMOC SAMURAJOM 
ŚMIERĆ MOSKIEWSKIEJ GADZINIE!







ZDROWYCH, WESOŁYCH ŚWIĄT (JEŚLI TAKOWE MOGĄ BYĆ W CZASIE WOJNY) WIELKIEJNOCY. OBY ZMARTWYCHWSTAŁY CHRYSTUS BYŁ DLA NAS WZOREM, JAKI ŚWIAT NALEŻY ZBUDOWAĆ PO OSTATECZNYM UPADKU TEJ MOSKIEWSKIEJ HYDRY, GDZIE NIE ZNAJĄ NI BOGA, NI HONORU, NI LUDZKIEJ GODNOŚCI





WESOŁYCH ŚWIĄT