Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EGIPT. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EGIPT. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2022

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. IV

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI

PO WSPÓŁCZESNE CZASY

TOTALITARNYCH OBOSTRZEŃ

PANDEMICZNYCH

  



II

PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

DO EGIPTU

(Marzec - Kwiecień 1932 r.)

Cz. II





 
 Podróż rumuńskim statkiem wycieczkowym o nazwie "Romania" przez Morze Czarne do Konstantynopola i następnie do Aleksandrii, trwała dość szybko i przyjemnie. Pogoda cały czas dopisywała, a w Konstantynopolu już oczekiwał na "Romanię" - wysłany tam wcześniej - polski transportowiec "Niemen", który miał za zadanie "asekurować" wycieczkowiec do Aleksandrii, a następnie zaczekać tam, aż do końca całej wyprawy Marszałka Piłsudskiego (małe wyjaśnienie - statek "Romania" nie był wycieczkowcem w pełnym tego słowa znaczeniu, a raczej statkiem pasażerskim trzeciej lub czwartej kategorii). Gdy więc dopłynięto do portu w Aleksandrii, cała nieliczna grupa towarzyszących Marszałkowi osób została przewieziona do Heluanu - miasta leżącego na południe od Kairu, na prawym brzegu Nilu, naprzeciwko ruin dawnego Memfis. Pogoda była wyśmienita i jak wspominał w swym "Pamiętniku" adiutant Marszałka, kapitan Mieczysław Lepecki: "Od pierwszego dnia po przybyciu słońce świeciło jasno na pięknym, niepokalanym błękicie. Nie zdarzył się ani jeden dzień słotny. Dwadzieścia cztery stopnie ciepła w dzień i szesnaście w nocy - powtarzało się z dnia na dzień i z nocy na noc, z regularnością po prostu przerażającą. Chamsin, zły wiatr z pustyni, niosący z sobą ulewę piasku, nie ośmielił się powiać ani razu". Marszałek zatrzymał się w pensjonacie prowadzonym przez dwóch Polaków: prof. Bohdana Rychtera i Jerzego Koblińskiego, a willa ta nosiła nazwę "Jola" (od imienia córki profesora Rychtera). Pokój w którym zakwaterowany został Marszałek Piłsudski, mieścił się w dawnym haremie (a konkretnie haremliku, czyli w miejscu, gdzie dawniej była strefa przeznaczona dla kobiet - matki, żon i córek dawnego właściciela tego domostwa), państwo Woyczyńscy otrzymali dwa pokoje w drugim skrzydle budynku - w solamliku (czyli miejscu przeznaczonym dla mężczyzn), kapitan Lepecki zaś zajął pokój obok pokoju Marszałka.

Posiadłość ta położona była nieco na uboczu, tak iż dokoła niej roztaczała się panorama na całą dolinę Nilu, wraz z majaczącymi w oddali piramidami w Gizie. Marszałek Piłsudski spędzał tam dni, poświęcając się swoim ulubionym rozrywkom, czyli czytaniu książek, piciu bardzo mocnej herbaty (koniecznie w szklankach i parzonej z imbryka), oraz paleniem mocnych papierosów, które już wówczas otrzymały nazwę "marszałkowskich". Umiłowanie do czytania tkwiło w Nim od lat dziecinnych, a wyrobiła go w Nim Jego matka, która bardzo dbała o wykształcenie i wychowanie swych synów (szczególnie zaś o wychowanie patriotyczne, czytając im zakazane dzieła Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego - który stał się ulubionym pisarzem Piłsudskiego - oraz wspominała im o Powstaniu Styczniowym z lat 1863-1864 i walce o Niepodległość. Nic dziwnego, że potem, w swym testamencie zapisał Piłsudski takie oto zdanie: "Przenieście zwłoki mej matki z Sugint, wiłkomirskiego powiatu, do Wilna. Pochowajcie je z wojskowymi honorami. Matka mnie - do tej roli, jaka mnie wypadła - chowała"). Tak też w podróż do Egiptu, Marszałek Piłsudski zabrał ze sobą kilka książek: polskich, francuskich, niemieckich i rosyjskich (najczęściej były to dzieła o taktyce wojskowej, opowiadania z lat Wielkiej Wojny Światowej, lub te z czasów Wojny polsko-bolszewickiej, a także mapy, które zabierał ze sobą w każdą podróż i rozkładał je na stołach oraz oglądał za pomocą szkła powiększającego). Marszałek bardzo też lubił czytywać codzienną prasę: polską, francuską i angielską i podobnie było w Egipcie, gdzie co dzień na jego biurku pojawiały się egipskie wydania gazet: "La Bourse Egiptienne", "Le Journal du Caire" i "The Egiptian Gazette". Poza tym 64-letnie Marszałek przepadał jeszcze za kwiatami i ogrodami, lubił w nich siadywać i przyglądać się drzewkom owocowym, pędom różnobarwnych kwiatów i wdychać ich woń, niestety jednak nie znał się na pielęgnacji kwiatów i nawet w Sulejówku czy w Pikieliszkach o ogród zawsze dbała Jego małżonka - pani Aleksandra Piłsudska, a Marszałek jak mawiał: "Ja się tylko przyglądam". W Egipcie zaś, wokół pensjonatu "Jola" również znajdował się niewielki ogród, dość dobrze utrzymany, pomimo otoczenia piaskami pustyni, na której to zbudowano Heluan. Tak więc Marszałek przez pierwsze kilka dni swego pobytu w Egipcie przesiadywał głównie w tym ogrodzie, nie podejmując się żadnych podróży chociażby na przeciwny brzeg Nilu, ku Gizie i Sakkarze. Siedział więc w owym ogrodzie (w którym walka o każdy kwiatek w pogodowej strefie egipskiej, była prawdziwą walką o przetrwanie, gdyż każda roślinka pozostawiona tam bez podlewania choćby na jeden dzień, natychmiast usychała) czytając prasę lub zabrane ze sobą książki, paląc papierosy, pijąc mocną herbatę i przegryzając ją ulubionymi przez Niego wedlowskimi krakersami.




Wreszcie dni beztroski minęły, gdy Marszałek Piłsudski postanowił odwiedzić króla Egiptu - Fuada I w Kairze (kapitan Lepecki pisze o tym tak: "Pewnego dnia Marszałek Piłsudski zawołał mnie i powiedział: - Jutro pojedziecie ze mną do króla Fuada. - Rozkaz! - wykrzyknąłem, radując się że zobaczę dwór egzotycznego władcy, wschodni przepych, a przede wszystkim, że będę to wszystko oglądał wraz z Marszałkiem Piłsudskim"). Król Fuad I był potomkiem (prawnukiem) Muhammeda Alego, który w 1805 r. przejął władzę, jako wicekról Egiptu (pozostając jednak pod formalną zależnością od tureckiego sułtana, choć w samym Egipcie wyrugował wszystkie tureckie wpływy, a forma zależności polegała na corocznym przesyłaniu do Konstantynopola haraczu w wysokości miliona egipskich funtów rocznie, oraz składania sułtanowi dorocznego osobistego hołdu. Ta forma zależności, którą utrzymał Muhammed Ali, była zapewne podyktowana faktem, że sułtan był przywódcą religijnym islamu, i jako kalif mógł ogłaszać "święte wojny" w imię Allaha. Zapewne więc jedynie ta świadomość spowodowała, że wicekról Egiptu nie zdecydował całkowicie oderwać się od Osmanów). Po śmierci Mohammeda Alego w 1849 r. władzę przejęli jego synowie i wnukowie, kontynuując tę samą politykę aż do 1882 r. gdy Egipt został najechany przez Brytyjczyków i stał się terytorium okupowanym. Ale nawet mimo tego, oficjalna zależność wicekrólów od Konstantynopola nie osłabła, gdyż była to zależność religijna a nie polityczna (jeśli w ogóle islam można w jakikolwiek sposób oddzielić od polityki). I dopiero w grudniu 1914 r. wraz z wybuchem i rozszerzaniem się I Wojny Światowej na kolejne kraje, Brytyjczycy ogłosili powstanie swego protektoratu nad Egiptem i wówczas wicekról - Abbas II (który sprzyjał Turkom) został przez nich obalony, a na jego miejsce powołano Husajna Kamila (który zmarł w październiku 1917 r.) już z tytułem pierwszego egipskiego sułtana. Drugim sułtanem został właśnie Fuad I, który w 1922 r. (gdy Egipt ostatecznie uzyskał realną niepodległość od Wielkiej Brytanii) ogłosił się pierwszym królem Egiptu. Ten wychowany na Zachodzie gentelman znał kilka języków europejskich (angielski, francuski, włoski, niemiecki), wykształcenie wojskowe zdobył we Włoszech, a w Wiedniu mieszkał i używał życia. Był miłośnikiem wiedeńskich teatrów, opery i oczywiście... pięknych kobiet, które pozyskiwał sobie niezwykle łatwo (potem opowiadał anegdoty jakie przeżywał w Wiedniu, a często były to opowieści zabarwione silnym erotyzmem).


KRÓL FUAD I



Gdy więc samochód z Marszałkiem Piłsudskim podjechał na dziedziniec Pałacu Abdine (oficjalnej siedziby władców Egiptu), powitał go tam wielki szambelan królewski, wraz z czterema innymi szambelanami i egipskimi oficerami. Kompania honorowa prezentowała broń, gdy stary Ziuk wkraczał do królewskich apartamentów. Tam przywitał go osobiście król Fuad i zaprosił ze sobą w głąb pałacowych korytarzy, zaś kapitan Lepecki oraz konsul Maliński i cały królewski dwór pozostali w sali dworskiej. Po jakimś czasie obaj panowie powrócili, żywo ze sobą dyskutując, po czym nastąpiła prezentacja gości. Następnie król zaprosił wszystkich do następnej sali, gdzie już był przygotowany obiad (jak pisał kapitan Lepecki: "Jadalnia przedstawiała się jako duża ze złoconymi boazeriami i ścianami wykładanymi w dolnych częściach jasnym marmurem o zielonkawych żyłkach. Środek stołu był zarzucony wielkimi naręczami różowych goździków oraz bardzo bogatą zastawą. Wszystkie talerze, półmiski, noże, widelce, łyżki etc., były srebrne, a zastawa do deseru i owoców - szczerozłota. Pierwszy to raz zdarzyło mi się jeść krem na złotym talerzu, złotą łyżką"). Alkohol podano tylko gościom, gdyż zasady Koranu zabraniają muzułmanom spożywania takowego napitku, tak więc król Fuad i osiemnaście osób jego dworu, siedzących przy stole, pili z kieliszków czystą wodę. 

Król Fuad "był wzrostu średniego i dość znacznej tuszy (...). Nosił wąsy podkręcane do góry w sposób przypominający nieco fryzurę a la Wilhelm II. Mówił głosem wyrazistym i doniosłym (...) Sylwetka królewska nie miała w sobie nic szczególnie rzucającego się w oczy. Gdyby można było go zobaczyć kiedykolwiek spacerującego po ulicach Kairu, niczym nie różniłby się od zamożnego kupca, opowiadającego głośno o sukcesach dnia ubiegłego. Król Fuad znany był jako dobry i przykładny małżonek. W czasie naszej wizyty w Egipcie posiadał drugą żonę (z pierwszą rozwiódł się) imieniem Nazali, która obdarzyła go czworgiem potomstwa. (...) Życie rodzinne króla Fuada skupiało się w podmiejskim pałacu Kubbah, położonym opodal drogi wiodącej do Heliopolis. Tam mieszkała królowa z dziećmi i tam spędzał on wszystkie wolne chwile. Królowa opuszczała pałac Kubbah bardzo rzadko. Wielką łaską było dla niej zezwolenie udania się na jakąś wielką uroczystość dworską do Abdinu, gdzie mogła do woli przypatrywać się ceremoniom zza grubych, gęstych krat. Życie królowej Nazali, która wiele lat spędziła w Paryżu i która była jeszcze ładna i młoda, nie upływało zapewne wesoło. W rzeczywistości prowadziła żywot odosobniony, haremowy. Była dobrą matką. (...) Kontakt ze "światem" utrzymywała tylko podczas przyjęć, urządzanych dla żon dyplomatów cudzoziemskich i dygnitarzy egipskich. (...) Z okazji uroczystych świąt Ramadanu zdarzyło się takie przyjęcie również w roku pobytu w Egipcie Marszałka Piłsudskiego". Królowa Nazali bardzo dbała o swoje dzieci, a szczególnie zamartwiała się o swego najstarszego syna i następcę tronu, księcia Faruka, mówiąc iż jest on "wielkim żarłokiem". Podczas spotkania z żoną radcy polskiego poselstwa, panią Benisową, wypowiedziała ona następujące słowa o swym synu: "Jestem tym swoim Farukiem bardzo zaniepokojona. On wciąż je i wciąż tyje. Jest już porządnym grubasem". Obawy królowej okazały się jednak zbyteczne, gdyż książę Faruk nie poszedł w ślady swego ojca i gdy w kwietniu 1936 r. wstąpił na tron, był szczupłym, dobrze zbudowanym mężczyzną, i jednym z najprzystojniejszych władców, jakich miał w swej historii współczesny Egipt.


KRÓL FARUK I



KRÓLOWA-MATKA NAZALI SABRI



Po obiedzie król zaprosił Marszałka do swego gabinetu na herbatę, zaś pozostałym gościom podano kawę po turecku, którą spożyli w sali dworskiej. Tam też dworzanie zasypali kapitana Lepeckiego pytaniami o Polskę, jej stosunek do Rosji bolszewickiej i Niemiec, oraz o szczegóły z życia Marszałka Piłsudskiego, o udział w wojnie polsko-bolszewickiej i lata służby. Kapitan Lepecki dowiedział się zaś wiele o dziejach współczesnego Egiptu i o historii Pałacu Abdine, a w pewnym momencie jeden z egipskich pułkowników rzekł: "Tutaj, panie kapitanie, znajduje się pomieszczenie haremowe. - Gdzie, gdzie? - począłem się dopytywać. - Niestety, panie kapitanie (...) pomieszczenia te są obecnie zupełnie puste. Trudno było wyczytać z wyrazu twarzy dostojnego Egipcjanina czy to słowo, niestety, wyrzekł ze smutkiem, czy tylko ze smętkiem". Król Fuad jako Europejczyk - za którego się uważał, choć był gorącym egipskim patriotą - haremu oczywiście nie posiadał i żył przykładnie ze swoją drugą żoną Nazali (choć lata młodzieńczej "euforii" spędzonej głównie w Wiedniu, często wspominał bardzo radośnie). Po skończonej herbatce, król Fuad pożegnał Marszałka Piłsudskiego, odprowadził go do auta, które ruszyło w drogę powrotną do Heluanu. Tak oto zakończyła się pierwsza w dziejach polska wizyta u panującego władcy Egiptu. Jednak zakończenie wizyty w Pałacu królewskim w Kairze, nie oznaczało końca podróży Józefa Piłsudskiego po Egipcie, a przez następne dni Marszałek studiował pilnie literaturę podróżniczą i planował wielkie podróże w głąb dawnej ziemi faraonów.       



 
CDN. 
  

środa, 23 marca 2022

WIELKIE PODRÓŻE - Cz. III

CZYLI TURYSTYKA OD STAROŻYTNOŚCI

PO WSPÓŁCZESNE CZASY

TOTALITARNYCH OBOSTRZEŃ

PANDEMICZNYCH

 


 

II

PODRÓŻ MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO 

DO EGIPTU

(Marzec - Kwiecień 1932 r.)

Cz. I


 



 
"NA CZTERDZIEŚCI WIEKÓW TEŻ WARTO POPATRZEĆ. WIDZĘ, ŻE NA PEWNO ROZEGRAM TĘ BITWĘ POD PIRAMIDAMI"
 
MARSZAŁEK JÓZEF PIŁSUDSKI
(o planach wyjazdu do Egiptu)
 
 

- Gdzie wy tu kręcicie, żeby było ciszej?

- Tutaj. 

Przekręciłem kontakt i muzyka ścichła.

- No, Bogu dzięki, ja myślałem, że ten hałas nigdy się już nie skończy. 

Marszałek nie wtajemniczał się w technikę funkcjonowania aparatu radiowego i nigdy nie miał ochoty przy nim manipulować. Pewnego razu nawet powiedział, że Jemu wystarczy wiedzieć, że gdy wyciągnie kontakt z gniazda w ścianie, to radio ucichnie. Było już po dziewiątej. Marszałek zjadł kolację i poszedł do gabinetu. Jego dzień pracy jeszcze się nie skończył; o godzinie wpół do jedenastej miał przyjść na konferencję Aleksander Prystor jeden z dwóch czy trzech ludzi w Polsce, którzy do Marszałka mówili "ty". (...) Radio już nie grało, w pokojach naszych panowała niczym niezmącona cisza, zawsze wywołująca we mnie pewien niepokój i chęć zakłócenia jej. Gdy później zauważyłem, że ta martwota godzin nocnych była niemiła również Marszałkowi, zakłócałem ją w różny sposób, aby się jej pozbyć, aby tylko nie dzwoniła w uszach swego ponurego marsza. (...) Około pierwszej wziąłem notes i ołówek i poszedłem do Marszałka.

-  Co pan Marszałek każe zrobić na jutro? 

Marszałek odsunął pisma ilustrowane i oparł się wygodnie o poręcz fotela.

- Tak - zaczął - jutro będę miał dzień pracowity. Ziuk będzie pracował jak wół. Ziuk - wół! 

Nigdy nie omieszkałem skorzystać z okazji, aby nie podkreślić konieczności odpoczynku. Toteż i teraz odezwałem się:

- Warto by panie Marszałku pomyśleć o urlopie. Ta Carmen Sylwa nie bardzo się udała, a jednym ciągiem pracować nie idzie. 

Marszałek stuknął papierosem o stolik i zapatrzył się gdzieś w sufit. Przez chwilę myślałem, że nie zwrócił wcale uwagi na moje słowa, ale gdy ja tak sądziłem, odezwał się niespodziewanie:

- Tak, tak, wy leniuchy tylko myślicie o urlopach. Rozwalić się na szerokiej kanapie z pełnym brzuchem, to wam tylko w głowie (...). 



Oto fragment Pamiętnika adiutanta Marszałka Józefa Piłsudskiego - kapitana Mieczysława Lepeckiego, opowiadający o wydarzeniach sprzed wyprawy do Egiptu - o której to właśnie teraz zamierzam napisać. Bowiem po urlopie, jaki Marszałek spędził w Funchalu na Maderze, wyjechał on na krótki odpoczynek do rumuńskiego miasteczka - leżącego nad Morzem Czarnym - Carmen Sylwa. Odpoczynek ten nie był jednak udany, z uwagi na brak dobrej pogody (prawie cały czas padał deszcz, było chłodno i wiał silny wiatr) i właściwie całą pobyt w Rumunii Marszałek spędził albo w wynajętej willi (Carmen Sylwa), albo też w ambasadzie (Bukareszt). Gdy więc Józef Piłsudski opuszczał Rumunię, wsiadając do swojej salonki w pociągu, rzekł krótko: "Uff! Jak dobrze, człowiek znowu u siebie", po czym dodał: "Trzeba przyznać że urlop mi się nie udał". Wówczas kapitan Lepecki zasugerował, że może by warto wybrać się na urlop do jednego z krajów na Południu, gdzie jest więcej słońca i lepsza pogoda i wówczas właśnie Marszałek sam zasugerował: "Teraz, myślę o Egipcie. Może byłoby tam lepiej" i dodał: "Na czterdzieści wieków też warto popatrzeć. Widzę, że pewno rozegram tę bitwę pod piramidami". Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że kapitan Lepecki odnotował, iż gdy pociąg przekroczył granicę polsko-rumuńską, on - jako adiutant Marszałka poczuł się w obowiązku poinformować swego szefa iż: "Jesteśmy już w Polsce". Jak pisze dalej Lepecki: "Marszałek uśmiechnął się. - W Polsce - wyrzekł w zamyśleniu - Czy wy rozumiecie co dla was znaczy, że możecie tak sobie od niechcenia powiedzieć: w Polsce. Nie w Priwisliniu, Galizien, Posen, lecz w Polsce. Pomyślcie tylko: wszystko tu polskie, własne. I ta kolej, i ten wagon, i szyny, i cały ten kraj naokoło. Jak wy myślicie, może to sen? Może my teraz sobie śpimy smacznie, a jutro ockniemy się i będziemy musieli zamyśleć się porządnie nad tym, jak przemycić się z Priwislinia do Galizien?"

Kolejna wielka podróż Piłsudskiego, była nie lada wyzwaniem dla jego współpracowników i ludzi zajmujących się Jego ochroną, tym bardziej że Marszałek miał prawdziwą alergię na wszelkie próby przydzielenia Mu bezpośredniej ochrony i należało tak poczynić, aby ochronić go, ale tak, żeby On sam o tym nie wiedział. Ostateczna decyzja o wyjeździe zapadła w lutym 1932 r., a Marszałek osobiście wybrał - jako miejsce pobytu - miasto Heluan. Minister (jeszcze wówczas wiceminister) spraw zagranicznych - Józef Beck, niezwłocznie posłał do Heluanu radcę Dubicz-Penthera, aby ten wszystko przygotował i ustalił ceremoniał powitalny z rządem egipskim. Na miejscu był już dyrektor wydziału wschodniego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - Tadeusz Kobylański (wcześniejszy adiutant Marszałka) i obaj panowie dokonali wyboru willi, w której miał zatrzymać się Marszałek. Plan podróży opracował oczywiście kapitan Lepecki i polegał on na przyjechaniu pociągiem do rumuńskiej Konstancy nad Morzem Czarnym (z ominięciem Bukaresztu), a następnie drogą morską na statku "Romania" wprost do Aleksandrii (z postojami w Konstantynopolu i Pireusie). Aleksander Prystor (na którego Marszałek mawiał "Ala") zaproponował - ze względu na stan zdrowia Marszałka - wykupić dla Niego całą pierwszą klasę na statku, ale ostatecznie zrezygnowano z tego pomysłu. Postanowiono za to wysłać do Konstantynopola polski okręt, który miał pilotować rumuński statek, płynąc w bliskiej od niego odległości - tym okrętem był transportowiec "Niemien", który miał na pokładzie załogę wojskową z wyjątkiem kapitana marynarki handlowej. Marszałkowi w podróży miał towarzyszyć zarówno kapitan Lepecki, jak i doktor Woyczyński (który był również obecny w podróży na Maderę), a także małżonka doktora - Ludwika Woyczyńska (potem okazało się, że Ludwika Woyczyńska była sowieckim agentem). Udało się również zainstalować w pobliżu Marszałka (w najgłębszej tajemnicy) czterech ochroniarzy, czyli kapitana Bolesława Ziemiańskiego (szefa osobistej ochrony Marszałka) i trzech jego ludzi.

Termin wyjazdu wyznaczony został na 23 lutego, ale ponieważ Marszałek pragnął jeszcze przyjąć u siebie w Belwederze delegację Legionu Młodych (tę piłsudczykowską organizację założył w 1utym 1930 r. Adam Skwarczyński i miała ona pełnić rolę bezpiecznika, który zapobiegałby dołączaniu młodzieży na uczelniach wyższych do organizacji narodowych lub socjalistycznych. Mimo to Piłsudski nigdy nie traktował Legionu Młodych, jako przybudówki mającej kształcić młodzież w duchu Legionów Polskich i tradycji piłsudczykowskich, zawsze bowiem miał alergię na wszelkie tego typu organizacje odgórnie zakładane i nie traktował ich poważnie). Trójka przedstawicieli Legionu Młodych Stefan Mrożkiewicz, Leon Stachórski i Eugeniusz Lagiewski) złożyła wizytę w Belwederze, dnia 22 lutego 1932 r. i wręczyła Marszałkowi dyplom honorowy swojej organizacji. Data wyjazdu do Egiptu śladami piramid i "czterdziestu wieków" Bonapartego, wyznaczona została oficjalnie na 1 marca. Tego dnia na Dworcu Wschodnim w Warszawie, Marszałka i jego towarzyszy żegnało spore grono polityków (w tym wszyscy ministrowie) i wojskowych. Była tam obecna również - wraz z córkami - Pani Marszałkowa Aleksandra Piłsudska. Gdy pociąg przyjechał, Marszałek wszedł do swojej salonki i machając do żony i córek z okna, rozpoczynał swoją drugą wielką podróż od czasu Odrodzenia Polski w 1918 r. i zwycięstwa nad bolszewizmem w 1920 r. Teraz pociąg mknął po torach ku Konstancy, gdzie już oczekiwał rumuński statek pasażerski "Romania", mający zabrać Marszałka i jego gości do Heluanu w Egipcie. Cóż, Marszałek, który bardzo cenił Napoleona Bonaparte, pragnął zapewne odwiedzić kraj, w którym ten rozpoczął swój "skok po władzę" we Francji i który w bitwie pod Piramidami wypowiedział swe słynne słowa: "Żołnierze, z tych pomników patrzy na Was czterdzieści wieków" (słowa te wypowiedział w lipcu 1798 r.).



CDN.



PS: Chciałbym jeszcze dodać, że przeraża mnie poziom moskiewskiego dziadostwa, prezentowany w tej wojnie "NA" Ukrainie (a nie "w" - jak ostatnio piszą jakieś spier...ny umysłowe, nieprawdopodobnie kalecząc polski język, czego nie da się słuchać). Ruscy porzucają swój sprzęt, albo sami oddają swoje czołgi i siebie w niewolę, albo też po prostu uciekają, dezerterują i... wracają do domu. A poza tym logistyka w moskiewskiej armii Putina realnie nie istnieje, a żołnierze są albo głodni (co zmusza ich do rabowania sklepów), albo zastraszani przez formacje tyłowe (do tej pory tę rolę pełnili Kadyrowcy, ale teraz po masakrze tych oddziałów, dokonanym przez Armię Ukrainy - nie mam pojęcia kto teraz pełni tam rolę wojennego kapo?), lub swych własnych dowódców (poddający się żołnierze mówią np. o tym, że dowódcy - siedzący w bezpiecznym miejscu i nieangażujący się bezpośrednio w ten konflikt - straszyli żołnierzy że ich zastrzelą, jeśli ci zawrócą lub spróbują uciekać, co też pokazuje poziom morale moskiewskiej armii Putina. Zresztą w ogóle poziom niekompetencji i dziadostwa przekracza wszelkie możliwe wskaźniki, a to powoduje, że na naszych oczach z ogromnym hukiem upada mit wielkiej i niezwyciężonej armii Rassij. Ja dokładnie pamiętam, jak kilka lat temu (jeszcze przed pandemią wirusa, którego obecnie już nie ma - wyparował? A może wirus Putin zabił koronawirusa? Ciekawe - prawda, ciekawe jak jesteśmy okłamywani i nabijani w butelkę przez ludzi, którzy liczą tylko kasę a ludzkie życie mają w pogardzie - ale nie o tym dzisiaj) rosyjski pisarz i dysydent - Wiktor Suworow stwierdził, że po dokonaniu inwazji na jakikolwiek sąsiedni kraj, ruskie wojsko najpierw rozkradnie co tylko się da, unikając bezpośrednich walk, a potem... rozejdzie się do domów. Doskonale pamiętam tych wszystkich mędrków, którzy wówczas równali Suworowa z błotem, zaświadczając o wielkości i sile rosyjskiego wojska. Pamiętam to doskonale, ba, powiem więcej, kilka dni przed inwazją moskiewskich morderców i złodziei na Ukrainę, w Gazecie Wybiórczej Wyborczej ukazał się tekst, zatytułowany (cytuję z pamięci): "Dziś rosyjskie wojsko to nie karabiny na sznurkach i brak obuwia, to armia skali światowej". I co? Gdzie jest ta armia "światowej skali", bo może ja nie dowidzę? To, co jest na Ukrainie, to prawdopodobnie jedne z najlepszych oddziałów Putina, i co? Gdzie jest ta skala - pytam się "czerwoniaków" (zawsze mnie zastanawiało to czerwone logo przed napisem "Gazeta Wyborcza") od Michnika. A może cofniemy się w czasie do 2013 i 2014, gdy dziennikarze TVP dostawali orgazmu, pokazując urywki z "parady zwycięstwa" w Moskwie (pamiętam zrobili taką specjalną kampanię, jak to sowieciarze pucują sobie buty i zapinają mundury, aby pięknie prezentować się na owej paradzie - i patrząc na to, miałem odruch wymiotny). Kto więc miał rację? Suworow, czy ci pożal się boże analitycy i specjaliści opowiadający androny o wielkości i niezwyciężoności ruskiej armii (w zasadzie nie powinienem używać słowa "ruskiej" gdyż to są moskale a nie Rusini. Rusini są Rzeczpospolitanami, jednak dla pewnego kontekstu i lepszego zrozumienia posłużyłem się tą nazwą). 

Spójrzmy bowiem - przecież Rosja w całej swojej historii nigdy nie wygrała żadnej wojny! (a swoją drogą - gdzie jest pan Jabłonowski vel Olszański, piewca moskiewskiego dziadostwa? Jeszcze siedzi w ciupie, czy już go wypuścili?). Jeśli przyjrzymy się na spokojnie, to dostrzeżemy, że żadna wojna nigdy nie została wygrana przez twór (a raczej geopolityczną anomalię) zwany Rosją. Ktoś się może jednak oburzy - jak to, a II Wojna Światowa (zwana w kacapi Wielką Wojną Ojczyźnianą), a Wojna z Napoleonem, a Trzecia Wojna Północna ze Szwecją? Przez długi czas też tak myślałem, ale po głębszym zastanowieniu się, doszedłem do wniosku że wojny te Rosja wygrała tylko i wyłącznie dzięki wsparciu Zachodu. Spójrzmy bowiem na wielkie konflikty prowadzone przez Rosję (tzw. "zwycięskie"). II Wojna Światowa - chluba mitu ruskiego miru - wygrana została tylko i wyłącznie dzięki wsparciu USA i dostawom, które przez Ocean Atlantycki i Morze Norweskie wpływały na Morze Białe do Murmańska i Archangielska. Hitler doskonale był przygotowany do kampanii rosyjskiej i spodziewał się, że Związek Sowiecki padnie w ciągu miesiąca, może dwóch (stwierdził nawet że cała ta konstrukcja jest tak przegniła, że wystarczy tylko kopnąć w drzwi, a sama się rozpadnie). I wcale się nie przeliczył, bo Związek Sowiecki rzeczywiście po dwóch miesiącach wojny 1941 r. był już trupem (Stalin przecież otwarcie przyznał że to, co zbudował Lenin oni spieprzyli). Hitler triumfował (do niemieckiej niewoli poddawały się całe sowieckie armie, co było czymś wcześniej niespotykanym w historii wojskowości), był całkowitym zwycięzcą, a zajęcie Moskwy i dojście do Uralu i Kaukazu było tylko kwestią najbliższych dogodni a może dni. I wówczas stało się coś niesamowitego - tego leżącego już na ziemi we własnej krwi moskiewskiego trupa, nagle podłączono do amerykańskiej kroplówki podtrzymującej życie (ten proces trwał latami, od co najmniej 1930 r. ale szczególnie intensywny i widoczny był po ataku hitlerowskich Niemiec na Rosję). Hitler tego nie przewidział, a ponieważ sam był debilem - upatrującym siły w swej antyludzkiej ideologii - przeto nie potrafił sformułować żadnego pozytywnego przekazu dla Rosjan i innych narodów, z których wówczas składała się sowiecka anomalia. W starciu z Ameryką i jej gospodarką (która była nieporównywalna z tym, co mamy dziś za Oceanem) Hitler nie miał szans, tym bardziej że mordował Rosjan tak samo, jak Stalin. W takim wypadku zwykły Ruski, zaopatrzony w amerykański sprzęt i broń (nawet sławne sowieckie czołgi T-34 z "Rudym 102" na czele, produkowane były na licencji i komponentach dostarczanych z USA) wolał iść bronić ojczyzny i chwalebnie zginąć, niż czekać aż zabije go nazistowskie komando. Cała II Wojna Światowa, zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie, została wygrana tylko i wyłącznie dzięki Stanom Zjednoczonym.






Tak samo było podczas Wojen Napoleońskich, ze niesławną kampanią 1812 r. Gdyby nie pieniądze płynące z Londynu na wzmocnienie rosyjskiej armii, carska Rosja Aleksandra I rozpadłaby się jak domek z kart po uderzeniu Wielkiej Armii napoleońskiej. Napoleon tez popełnił błąd, gdyż wiedząc że Rosja jest wspierana przez Brytyjczyków, postanowił zająć Moskwę, tym samym wydłużając swoje linie i zmuszając intendenturę do znacznie dłuższych i trudniejszych marszy, co ostatecznie zakończyło się katastrofą (pomimo zajęcia samej Moskwy). Gdyby Cesarz posłuchał wówczas rad księcia Józefa Poniatowskiego i miast na Moskwę, skierował się na Ukrainę, odcinając tę ziemię od Rosji, kampanię by wygrał i rzucił Rosję na kolana (wielokrotnie pisałem już na ten temat, teraz jedynie powtórzę, że pojawienie się sił francusko-polskich na Ukrainie, spowodowałoby powszechną mobilizację Rzeczpospolitan, a to skutkowałoby znacznym powiększeniem Wojska Polskiego (które w kampanii 1812 r. liczyło prawie 100 000 żołnierzy), a tym samym Wielką Armię Napoleońską, która w starciu z nadchodzącymi wojskami Kutuzowa (A Moskale. o ile mogli pozwolić sobie na utratę samej Moskwy, o tyle w żadnym razie nie mogli dopuścić do oderwania Ukrainy i odbudowy dawnej Rzeczpospolitej i pierwsi by zaatakowali) i rozbiliby je w puch. Rosja padłaby na kolana, a car prosiłby Napoleona o pokój i łaskę. Niestety, brytyjskie pieniądze i pragnienie zajęcia miasta-symbolu (bez żadnego znaczenia strategicznego) okazało się silniejsze i w efekcie kampania 1812 r. a co za tym idzie te, które po niej nastały - okazała się porażką dla Polski i Francji.           






Podobnie było w czasie Wojny Północnej za czasów Piotra Wielkiego, gdy po stronie Moskwy stała Dania, Norwegia, Saksonia, potem Prusy, Hanower i (wbrew swojej woli - wciągnięta do wojny przez króla Augusta II Mocnego, co to w swych rękach łamał podkowy, zginał pręty i sam przesuwał wielkie działa armatnie) Rzeczpospolitą. Gdyby nie wyczerpanie Szwecji w wojnach w Polsce i Saksonii, Rosja zostałaby pobita, tak, jak stało się to w bitwie pod Narwą w 1700 r. Ale za czasów Piotra I (podobnie jak za Stalina USA) Rosję do wojny przygotowywały Niderlandy i Wielka Brytania, budując od podstaw tamtejszą armię i flotę. Bez tego ruski mir skończyłby tak, jak kończył zawsze - czyli przegrany, pokonany i odepchnięty ku azjatyckim stepom. Amen. 

 

 

środa, 5 sierpnia 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. V

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?


 



PLANY I MARZENIA

Cz. IV


ENTENTE CORDIALE

CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 

ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 

Cz. I




 

"DUŻA NIEMIECKA FLOTA I ZŁE NIEMIECKIE MANIERY TO WIĘCEJ NIŻ MOŻEMY ZNIEŚĆ"

ANGIELSKIE POWIEDZENIE Z POCZĄTKU XX WIEKU



 Na początku nowego - XX stulecia, stosunki brytyjsko-francuskie były jak najgorsze. Wszędzie można było znaleźć tak silne punkty zapalne, które wówczas wydawały się nie do pogodzenia nawet dla największych optymistów i rzeczników sojuszu obu tych krajów. Konsekwentna polityka Otto von Bismarcka, który celowo popychał Francję na drogę ekspansji kolonialnej, zdając sobie sprawę że musi to (wcześniej czy później) spowodować konflikt z Wielką Brytanią (która posiadając najsilniejszą flotę globu i kontrolując 1/6 ziemskiego globu, uważała się za prawdziwe centrum świata). I rzeczywiście, osamotnieni w Europie po klęsce z 1870 r., przyblokowani przez Niemcy od wschodu i skonfliktowani z Włochami o podział Północnej Afryki, za swą jedyną drogę ekspansji uznali Francuzi zdobycie i rozbudowę nowych kolonii zamorskich, oraz utrzymanie tych już istniejących. Republikańsko-oportunistyczny rząd Juliusza Ferry'ego zdecydowanie postawił na ekspansję kolonialną i w 1881 r. wojska francuskie wylądowały w Tunezji, zajmując Tunis i wymuszając na tamtejszym beju - Muhammadzie as-Sadiqu, zawarcie traktatu, w którym Francuzi brali sobie Tunezję we władanie jako swój protektorat (traktat w Bardo pod Tunisem). W 1882 r. Włoch w służbie francuskiej - Piotr Brazza przyłączył do francuskiego imperium kolonialnego Gabon (wówczas zwany Kongiem Francuskim). W tym samym roku, Francuzi opanowali większość kluczowych osad Malgaszów na Madagaskarze, zmuszając tym samym ostatnią królową tego ludu - Ranavalonę III, do uznania francuskiego protektoratu (1885 r.). Podobnie było na Dalekim Wschodzie, gdzie do utworzonej w południowym Wietnamie w 1862 r. prowincji Kochinchina (Sajgon zajęli Francuzi już w 1859 r.), dołączyli prowincję Annam (Wietnam środkowy) i Tonking (Wietnam północny), zajmując w 1883 r. Hanoi (w tym samym czasie sprawowali już protektorat nad Kambodżą od 1863 r.). W 1885 r. wymusili zrzeczenie się przez Chińczyków zwierzchnictwa nad Wietnamem (traktat w Tien-tsin), a w 1886 r. połączyli Kochinchinę, Annam, Tonking i Kambodżę we francuską Unię Indochińską (do której w 1893 r. przyłączyli jeszcze Laos - jako swój protektorat).

Konfrontacja brytyjsko-francuska skumulowała się jednak w Egipcie oraz Sudanie, o które to kraje trwała dyplomatyczno-finansowa batalia Londynu i Paryża. W 1851 r. Brytyjczycy uzyskali od regenta Egiptu - Abbasa I (wnuka Mohammeda Alego - władającego Egiptem od 1805 r.), koncesję na remont linii kolejowej Aleksandria-Suez, ale w 1854 r. francuski przedsiębiorca i dyplomata - Ferdynand de Lesseps, zdołał przekonać wicekróla Mohammeda Saida, aby ten przydzielił mu koncesję na budowę i wykorzystanie Kanału Sueskiego. Prace przy przekopie tego kanału (to właśnie tam pracował jako inżynier, ojciec Stasia Tarkowskiego z powieści Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy"), trwały piętnaście lat i ostatecznie zakończyły się hucznym otwarciem Kanału Sueskiego (w obecności cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii) 27 listopada 1869 r., gdzie wśród strzelających w niebo sztucznych ogni, grających orkiestr i świetlnych iluminacji, przepłynęło tamtędy 51 okrętów (na czele z cesarskim jachtem, wiozącym na pokładzie Napoleona i Eugenię). Od chwili budowy do otwarcia, kanał był pod kontrolą Francuzów (choć władcy Egiptu posiadali 177 tys. z 400 tys. akcji Towarzystwa Kanału Sueskiego), zaś Brytyjczycy (dla których droga do Indii zależała właśnie od tego skrótu, gdyż skracała podróż od 18 do 24 dni, w zależności od trasy podróży. Było to tempo prawdziwie rewolucyjne i godne wręcz Juliusza Verne'a) starali się odkupić od Francuzów udziały i przejąć Kanał Sueski dla siebie. Rząd premiera Benjamina Disraelego podjął decyzję o natychmiastowym zakupie akcji Towarzystwa i gdy pewnego niedzielnego popołudnia 14 listopada 1875 r., który premier Disraeli spędził na przyjęciu w domu bankierów, przy kieliszku mocnej angielskiej brandy, przyszła doń propozycja od kolejnego wicekróla Egiptu - Isma'ila Paszy, sprzedaży jego 177 tys. akcji Kanału Sueskiego (wcześniej Disraeli złożył propozycję kupna francuskich udziałów, ale rząd francuski zabronił ich sprzedaży swym udziałowcom). Ism'ail był człowiekiem rozrzutnym. Rozmiłowany w przyjemnościach stołu i łoża, zajmował się głównie przebywaniem w swoim haremie, na który wciąż potrzebował pieniędzy. Za sprzedaż swych akcji, zażądał 4 milionów funtów, a takich pieniędzy nie było wówczas gotówką w Banku Anglii (poza tym Parlament miał przerwę w obradach, a istniał przepis że Bank Anglii może udzielić rządowi pożyczki jedynie podczas obrad Parlamentu). Nie było więc innego wyjścia i Disraeli skierował się prosto do... banku Rotschildów.

Baron Lionel de Rotschild tego dnia właśnie wypoczywał na werandzie swej willi i zajęty był jedzeniem winogron. Gdy Disraeli przybył i poprosił o 4 miliony funtów, usłyszał pytanie: "A co dostanę w zastaw?", na co brytyjski premier odparł bez zastanowienia: "Rząd Jej Królewskiej Mości". Rotschild się zgodził i dobili targu (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu wysokości spłacanych odsetek). Dzięki tej inwestycji, Brytyjczycy zdominowali Towarzystwo Kanału Sueskiego, bo choć posiadali jedynie 44 proc. akcji, to jednak jako jeden podmiot (rząd Wielkiej Brytanii) zdobyli najwięcej udziałów (pozostały pakiet większościowy, choć oczywiście należał głównie do Francuzów, był rozproszony pomiędzy wielu poszczególnych udziałowców) i to oni teraz zdobyli decydujący głos w sprawie Kanału Sueskiego (co prawda jeszcze nie w 100 procentach). A tymczasem sprawy wokół Kanału Sueskiego i Egiptu zaczęły nabierać tempa, gdy już w roku następnym (1876) wicekról Isma'il ogłosił bankructwo swego kraju. W ciągu zaledwie roku zdołał stracić 4 miliony funtów i znów nie miał pieniędzy, co zmusiło go do podjęcia tak radykalnego kroku. Niestety, Egipt był zadłużony po uszy (głównie we francuskich i brytyjskich bankach) zaś ogłoszenie bankructwa automatycznie oznaczało wstrzymanie spłaty rat kredytów. A na to nie było zgody zarówno w Paryżu, jak i w Londynie. Francja oraz Wielka Brytania (przy akceptacji Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i Imperium Osmańskiego) powołały do życia Międzynarodową Komisję (ds. egipskiego) Długu, która starała się wymusić na Isma'ilu spłatę pożyczek, a gdy to się nie powiodło, w 1879 r. przekonano sułtana Abdul Hamida II (który był zwierzchnikiem egipskiego wicekróla) by pozbawił go stanowiska i na jego miejsce powołał kogoś bardziej uległego. Tak też się stało i opróżnione miejsce po Isma'ilu, zajął jego syn - Taufik Pasza, który był już całkowicie uzależniony od swych europejskich wierzycieli i bezdyskusyjnie wykonywał ich polecenia. Ponowne uzależnienie Egiptu od Brytyjczyków i Francuzów nie spodobało się jednak egipskiej armii i imamom, którzy podburzyli lud do buntu przeciwko władzy wicekróla Taufika - jako zależnej od niewiernych marionetki. Doszło wówczas do rozruchów, w trakcie których zabito pewną liczbę Europejczyków (początek 1882 r.), oraz poturbowano dyplomatów z kilku europejskich krajów. Na czele zbuntowanego ludu stanął pułkownik Ahmed Arabi, który dokonał zamachu stanu, wtargnął do siedziby egipskiego rządu i oblawszy atramentem ministrów, kazał im skakać z okien (na szczęście dla nich był to parter). Od tej chwili przejął pełnię władzy, zamykając wicekróla w swoistym areszcie domowym.




Rozpoczął też przygotowania do nieuniknionej konfrontacji zbrojnej z Brytyjczykami i Francuzami, nakazując umocnienie fortyfikacji Aleksandrii. Wkrótce potem zjawiła się tam brytyjska eskadra okrętów wojennych, wycelowując działa na umocnione tereny fortu i wystosowując ultimatum do pułkownika Arabi o zakończenie prześladowań Europejczyków w Egipcie, oraz o podporządkowanie się wyrokom Międzynarodowej Komisji d/s Długu. Ultimatum to zostało odrzucone i 11 lipca 1882 r. brytyjskie działa okrętowe otworzyły ogień, dokonując ogromnych spustoszeń nie tylko wśród egipskich stanowisk ogniowych w forcie, ale również w samej Aleksandrii. Pod wieczór w aleksandryjskim porcie wylądowała brytyjska piechota morska, która zajęła miasto (po kilku godzinach intensywnej artyleryjskiej kanonady). W kilka tygodni później Brytyjczycy opanowali również sam Kanał Sueski (wbrew protestom Ferdynanda Lessepsa), zaś 13 września, w bitwie pod Tell el-Kebir z armią Arabiego, brytyjski generał - Garnet Wolseley - odniósł całkowite zwycięstwo i mógł z całą pewnością powtórzyć słowa, wypowiedziane wcześniej przez młodego francuskiego generała o nazwisku Bonaparte sprzed 84 lat: "Żołnierze! znad tych piramid spogląda na was czterdzieści wieków". Teraz jednak nie byli to żołnierze z przypiętymi do klapy granatowych mundurów "trikolorami" i w bikornach na głowach. Byli to przebrani w jaskrawo-krwiste uniformy "dżentelmeni z Eton College" w białych hełmach, którzy nadzwyczaj szybko podporządkowali sobie kraj nad Nilem. Wkrótce potem nowy brytyjski premier - William Gladstone (z Partii Liberalnej), ogłosił że Brytyjczycy nie zamierzają długo pozostawać w Egipcie, a ich obecność związana jest jedynie z "zapewnieniem ochrony istniejących praw, czy to dotyczących sułtana, chedywa (wicekróla), czy też narodu angielskiego i zagranicznych wierzycieli". Stwierdził również że siły brytyjskie opuszczą ten kraj: "tak szybko, jak tylko pozwoli na to stan kraju", dodając że Wielka Brytania nigdy nie miała i nie ma zamiaru okupować Egiptu: "Ze wszystkich rzeczy na świecie to właśnie jest ta jedna, której na pewno nigdy nie uczynimy". Brytyjska okupacja Egiptu zakończyła się dopiero w... 1936 r., zaś ostatnie brytyjskie oddziały wojskowe opuściły kraj nad Nilem w 1956 r. Rzeczywiście, dość "szybko" opuścili oni Egipt, biorąc pod uwagę że inne terytoria okupowali znacznie dłużej bez mrugnięcia okiem (jednocześnie niszcząc lokalne gospodarki i zmuszając pozostałych mieszkańców Imperium "Nad którym nigdy nie zachodzi Słońce", aby zaopatrywali się w najróżniejsze bibeloty właśnie w Anglii. Przecież już William Pitt Starszy grzmiał iż nie pozwoli angielskim kolonistom w Ameryce, wyprodukować "ani jednego gwoździa". Efektem takiej właśnie polityki, był bunt amerykańskich stanów i powstanie USA).




Gdy więc Brytyjczycy podporządkowali sobie Egipt i (jak rzekł premier Gladstone już w roku 1883) "stali się egipskim rządem", jednocześnie objęli kontrolę nad Sudanem (który od 1874 r. pozostawał pod kontrolą Egiptu). Powstała jednocześnie dość dziwna sytuacja, iż co prawda Brytyjczycy kontrolowali egipskie państwo (choć formalnie nie pokusili się o żadne uprawomocnienie swojej okupacji, a pierwszy brytyjski protektorat utworzono tam dopiero w 1914 r., dopiero po wybuchu I Wojny Światowej), to jednak Egipt kontrolował Sudan. Powstało więc pytanie: czy Brytyjczycy mają również prawa do Sudanu, skoro i tak okupują Egipt? Gladstone był przeciwny zajmowaniu Sudanu, twierdząc że jest to "bezużyteczna ziemia", pustynny i górzysty "kraj czarnych" barbarzyńców i łowców niewolników. Jednak dla wielu brytyjskich urzędników stało się jasne, że rozciągnięcie kontroli nad Sudanem może okazać się korzystne pod względem finansowym, gdyż tamtejsi łowcy niewolników (napadający na afrykańskie wioski i wystawiający uprowadzony "heban" w Chartumie, Omdurmanie czy Suakinie) musieli opłacać się egipskim gubernatorom, którzy przymykali oko na ich działalność, a ci zaś opłacali się brytyjskiemu gubernatorowi Egiptu. Powstała samonapędzająca się spirala łatwych pieniędzy, czerpana z ludzkiej rozpaczy, poniżenia i niegodziwości, której Anglicy nie zamierzali przeciwdziałać a wręcz ją wspomagali, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie miejscowe ludy (podobnie jak i Egipcjan, zresztą angielskie kobiety, które przybyły do Egiptu lub Indii wraz ze swymi mężami, gdy tylko zachodziły w ciążę natychmiast pierwszym statkiem wracały do Anglii, aby dziecko nie musiało potem mieć przez całe życie wpisane jako miejsce urodzenia jakiś Wisakhapatnam, Srirampur, Rangun, Omdurman czy inny Bombaj. Znacznie lepiej w brytyjskich kręgach "dżentelmenów z Eton" widziane było miejsce urodzenia w Hertford, Reading, Aldershot czy Hull. Zresztą Brytyjczycy z początku XX wieku uważali siebie samych i swój kraj za prawdziwy pępek świata, powtarzając często że "Dzikusy zaczynają się już w Calais").


 

Wplątanie się Brytyjczyków w sprawy Egiptu, spowodowało wybuch kolejnego buntu (1881 r.), tym razem prowadzonego przez pustynnego ascetę z wyspy Aba na Białym Nilu (już za życia uważanego za "umiłowanego przez Allaha" czyli muzułmańskiego świętego) Mohammeda Ahmeda zwanego "Mahdim" (prorokiem). Tak oto rozpoczynało się krwawe powstanie, które trwało w Sudanie aż do 1899 r. i zakończyło się okupacją i podporządkowaniem sobie egipskiego Sudanu przez Brytyjczyków (pozwolę sobie już nie wchodzić w kluczowe momenty tych walk, gdyż nie mają one większego znaczenia dla tego tematu i przejdę bezpośrednio dalej). Ostatecznie po długotrwałej wojnie z derwiszami Mahdiego, a po jego śmierci w 1885 r. kalifa Abdullahiego (analfabety, który doskonale potrafił prowadzić działania partyzanckie i kierować uzbrojonymi w oszczepy i łuki zwolennikami świętości Mahdiego), Brytyjczycy (pod dowództwem gen. Horatio Kitchenera) zdobyli Dongolę (21 września 1896 r.), Abu Hamed (7 sierpnia 1897 r.) i rozbili mahdystów w bitwach nad rzeką Atbarą (8 kwietnia 1898 r.) i pod Omdurmanem nad Nilem (2 września 1898 r.), To właśnie po zakończeniu tej ostatniej bitwy o mało co nie doszło do wybuchu znacznie większego konfliktu, który z pewnością odmieniłby przyszłość Europy i Świata. Otóż w Faszodzie (obecnie Kodok) w południowym Sudanie, doszło do poważnej konfrontacji pomiędzy dwiema ekspedycjami: brytyjskiej flotylli kanonierek, płynącej pod dowództwem gen. Kitchenera w górę Nilu i francuskiej kolumny kapitana Jeana-Baptiste'a Marchanda, idącej drogą lądową z Dakaru do Dżibuti. Konflikt ten trwał prawie pół roku i choć obie kolumny nie otwierały do siebie ognia, to jednak żadna ze stron nie zamierzała się wycofać, co jedynie potęgowało wzajemny konflikt i w dłuższej perspektywie groziło wybuchem otwartej wojny brytyjsko-francuskiej (na co bez wątpienia liczył Berlin), tym bardziej że brytyjska Royal Navy już się szykowała do uderzenia na francuską Marine Nationale na Morzu Śródziemnym. Wówczas zadziałał jednak zdrowy rozsądek i za sprawą kilku polityków (przede wszystkim zaś Teofila Delcasse - francuskiego ministra spraw zagranicznych, który świadomy rosnących wpływów niemieckich, otwarcie dążył do zbliżenia Paryża z Londynem) udało się zakończyć ten konflikt (21 marca 1899 r. zawarto porozumienie uznające prawa Wielkiej Brytanii do całej doliny Nilu, a korpus kapitana Marchanda został wycofany z Faszody na polecenie ministra Delcasse'go).


Lord gen. HORATIO KITCHENER



KAPITAN JEAN-BAPTISTE MARCHAND

 

Był to pierwszy krok na drodze późniejszego zbliżenia Paryża i Londynu, choć kolejny krok ku temu wyszedł teraz ze strony Anglików (za czasów urzędowania przy Quai d'Orsay ministra Gabriela Hanotaux - poprzednika Delcasse'go i zwolennika zbliżenia zarówno z Rosją jak i z Niemcami, oraz stworzenia bloku kontynentalnego złożonego z tych trzech państw, a wymierzonego przeciw Brytyjczykom - Wielka Brytania znalazła się w izolacji i na gwałt poszukiwała sojuszników). Rozładowanie konfliktu z Faszody stwarzało doskonałą okazję pod wygaszenie narosłych przez wieki uprzedzeń oraz przezwyciężanie stereotypów narodowych (bardzo silnych w obu tych krajach), w celu realnego zbliżenia polityczno-militarnego Francji i Anglii. I w tym dziele znacznie wykazał się nowy król (od 22 stycznia 1901 r.) Wielkiej Brytanii (koronowany 9 sierpnia 1902 r.) - Edward VII. Po raz pierwszy od 64 lat, na tronie brytyjskim zasiadł mężczyzna, gdyż długoletnie rządy jego matki, królowej Wiktorii - zdążyły już przyzwyczaić Anglików że "Monarchia jest kobietą" (notabene podobnie jest dzisiaj z Elżbietą II). Anglicy rodzili się za panowania Wiktorii i umierali za panowania Wiktorii, która w pewnym momencie stała się dla nich już nie tyle żywą osobą, co wręcz pewnym symbolem czasów wielkiej brytyjskiej prosperity i rozwoju kolonialnego. To właśnie Wiktoria wprowadziła Anglię w wiek kolei, fotografii, pierwszych samochodów i samolotów, to wlaśnie za jej panowania powstały największe od czasów Tudorów arcydzieła brytyjskiej literatury. Królowa Wiktoria była więc symbolem nie tylko monarchii, ale wręcz brytyjskiego Imperium i wszystkich żyjących w nim ludów. Teraz zaś na tron wstępował sześćdziesięcioletni (skutecznie odsuwany przez matkę od spraw politycznych), nieco przysadzisty mężczyzna o skłonnościach do kleptomanii (nie jest do końca wiadome czy to prawda czy też plotka, ale istnieją przypuszczenia że książę Edward lubił dokonywać drobnych kradzieży w sklepach, a żeby sprawy te nie ujrzały nigdy światła dziennego, szedł za nim specjalny urzędnik dworu i na miejscu regulował ceny za skradzione przedmioty). Mimo to, jeśli chodzi o charakter, to nowy monarcha wcale nie przypominał swej nudnej (noszącej czarne suknie od śmierci swego męża w grudniu 1861 r.) matki, której niewiele rzeczy było w stanie zadowolić (szczególnie pod koniec swego długiego życia, stawała się nieco zgorzkniała i marudna) i która często powtarzała podczas publicznych przedstawień, organizowanych na królewskim dworze: "Nie jesteśmy zabawieni". O Edwardzie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był nudny.


KRÓL WIELKIEJ BRYTANII - EDWARD VII


 
Kochał życie i dawał się lubić (miał skłonność przyciągania do siebie ludzi). Gdy jeszcze jako młody mężczyzna (w wieku 19 lat) wyjechał do Stanów Zjednoczonych, był tam witany jak zwycięski amerykański prezydent, a tłumy kłębiły się, aby tylko, choć z oddali ujrzeć księcia. Jako pierwszy brytyjski przedstawiciel dynastii panującej, złożył kwiaty na grobie Jerzego Waszyngtona, czym od razu przekonał do siebie amerykańską prasę i elity ze Wschodniego Wybrzeża (tamte amerykańskie elity jeszcze był patriotyczne, nie to co dziś). Zaś podczas oficjalnego przyjęcia w Chicago, taki tłum gości oczekiwał przyjazdu księcia, że w budynku... zarwała się podłoga i 200 osób pospadało do znajdującej się niżej sali teatralnej, wprost na krzesła parteru. Nikt co prawda nie zginął, ale było wielu poważnie rannych. Amerykanie tak zakochali się w Edwardzie, że powstała nawet propozycja wysunięcia go jako kandydata w wyborach na prezydenta USA (to były te same wybory, które wygrał Abraham Lincoln i które pośrednio doprowadziły do rozpadu Unii i wybuchu Wojny Secesyjnej). Książę uwielbiał życie i zabawy, a przede wszystkim uwielbiał płeć piękną i wdawał się w liczne romanse (będąc na przykład w Paryżu, wprowadził swoje całkiem nagie kochanki - które notabene pochodziły z brytyjskiej elity arystokratycznej - okryte jedynie w wymyślne futra, na wieżę Eiffla). Spotykał się też (a potem długie lata korespondował) ze znaną kurtyzaną Katarzyną Walters. Książę był również bardzo inteligentnym człowiekiem i nawet swoją mowę tronową wygłosił własnymi słowami (a nie odczytywał jej z deklaracji Wilhelma IV z 1831 r.), czym wzbudził ogromną radość swych poddanych. Nowy król, na nowe czasy (wszyscy myśleli że nowe, XX stulecie, także będzie wiekiem Brytanii), monarcha władający Imperium złożonym z 400 milionów poddanych - to właśnie on (i może jeszcze sekretarz stanu do spraw kolonii w rządzie Artura Balfoura - Joe Chamberlain, ojciec Austena i Neville'a - tego który po powrocie z Monachium w 1938 r. twierdził że zgodą za oddanie Hitlerowi Czechosłowacji przywiózł: "Pokój naszych czasów") stał sie autorem zgody z Francją, która przeszła do historii jako "Entente Cordiale" ("Serdeczne Porozumienie"). Cóż się zresztą dziwić, skoro to właśnie we Francji książę Edward przeżył swe najlepsze, erotyczne doświadczenia.



 

CDN.