Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYWIAD. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYWIAD. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 stycznia 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. XI

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY
Cz. VII


 Tymczasem z Sowietami zaczęli negocjować także Niemcy. Pretekstem do nawiązania rozmów były sprawy gospodarcze - uregulowanie kontaktów sowiecko-czechosłowackich.  Sprawy zostały załatwione w sposób zadowalający obie strony, co położyło fundament pod porozumienie polityczne i wojskowe. Hitler próbował jeszcze dojść do porozumienia z Wielką Brytanią, równolegle starając się wymusić na Polsce zgodę na rozwiązanie połowiczne: zajęcie Gdańska. I w Londynie, i w Warszawie zaserwowano mu czarną polewkę: 30 lipca Chamberlain oficjalnie zapowiedział, że wysyła misję wojskową do Moskwy, 10 sierpnia wiceminister Mirosław Arciszewski poinformował, że jakakolwiek akcja niemiecka w Gdańsku, wywoła odpowiednią reakcję Rzeczypospolitej. Za słowami poszły czyny: nastąpiła mobilizacja alarmowa drugiego już okręgu korpusu - pierwszy zmobilizowano w marcu - oraz wysłanie dwudywizyjnego Korpusu Interwencyjnego na przedpola Wolnego Miasta Gdańska.




12 sierpnia rozpoczęły się w Moskwie rozmowy sztabowe z Brytyjczykami i Francuzami. Ceną za podpisanie sojuszu antyniemieckiego była zgoda Polski i Rumunii na wejście do nich Armii Czerwonej. Takie posunięcie - pomijając pewność, że Sowieci nigdy już nie opuszczą ziem swoich sąsiadów - odznaczało natychmiastowe rozpoczęcie wojny przez Niemców (dla których jedyną szansą na uniknięcie przegranej byłoby pobicie Polski przed nadejściem czerwonoarmistów). Ani Polska, ani Rumunia nie mogły więc wyrazić zgody na sojusz z Sowietami, co alianci przekazali 14 sierpnia. Brytyjczycy przekazali także, że dysponują jedynie sześcioma czynnymi dywizjami. 15 sierpnia minister Wiaczesław Mołotow rozpoczął pospieszne negocjacje z niemieckim ambasadorem Friedrichem von Schulenburgiem. Po trzech dniach gotowy był wieloletni układ handlowy, po kolejnych dwóch dniach ustalono datę spotkania Mołotowa i Ribbentropa na 23 sierpnia. Już po północy, 24 sierpnia, zostaje podpisany niemiecko-sowiecki pakt o nieagresji, zawierający tajny protokół, w którym oba państwa podzieliły pomiędzy siebie Europę Środkową. Jest to faktyczny początek II wojny światowej.

Niemcy jeszcze próbowali jej uniknąć. Tajny protokół był tajny tylko dla Sowietów, którzy niemal do końca istnienia swojego państwa - do grudnia 1989 - będą przysięgać, że nigdy nie powstał. Dla Niemców protokół był tajemnicą poliszynela i narzędziem polityki zagranicznej: już w dniu jego podpisania - rankiem 24 sierpnia, Hans von Hervath, sekretarz ambasadora Schulenburga, przekazał informację o tajnym protokole ambasadorowi Stanów Zjednoczonych. Z tego źródła informację o nim mają również Brytyjczycy i Francuzi. Ci ostatni zostali powiadomieni równolegle przez Hansa Lammersa, szefa kancelarii III Rzeszy. 24 sierpnia był dla Hansa von Hervatha bardzo pracowitym dniem: o protokole poinformował także ambasadę włoską. Poprzez kontakty na szczeblach attachatów dowiedzieli się również Łotysze, Estończycy i Japończycy. Oczywiście można wierzyć, że oto 24 sierpnia nastąpił przypadkowy przeciek, można wierzyć w kilka przypadkowych przecieków, ale wiara w tak wiele seryjnych przypadków niedyskrecji skierowanych do państw utrzymujących doskonałe stosunki wywiadowcze z Polską (należy pamiętać że u nas szkolili się wojskowi oraz agenci wywiadu japońskiego i łotewskiego), które błyskawicznie dotarły do adresata, przypomina dowcip o teściowej, która poślizgnęła się na skórce od banana i upadła na nóż... piętnaście razy.

Być może polski rząd - jako jedyny - nie wiedział o tajnym protokole. Świadczyłoby to nie tylko o słabości polskiego wywiadu, lecz także o niesamowitej dyskrecji Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów, Włochów, Łotyszy, Estończyków i Japończyków (jest taki kapitalny łotewski thriller szpiegowski z 2020 r. zatytułowany "O2" {w polskim tłumaczeniu tytuł brzmi: "U progu wojny", pokazujący właśnie jak łotewski wywiad zdobył informacje na temat paktu Ribbentrop-Mołotow. Wydarzenia tam przedstawione są na faktach autentycznych, a opowiadają o oficerze łotewskiego wywiadu Feliksie Kangurze, który musi zdemaskować szpiega sowieckiego w strukturach wywiadu, wszystko to oczywiście w sytuacji zbliżającej się zagłady estońskiej państwowości, gdy do kraju wkraczają wojska sowieckie, a rząd estoński ustępuje pod presją żądań Moskwy. Ostatnia scena gdy Kangur (notabene zakochany w agentce polskiego wywiadu, która wcześniej wpadła w Związku Sowieckim i została skazana na śmierć) ucieka samolotem z kraju - wraz z żoną swego przyjaciela, który wrócił się po paszporty i już nie zdążył wsiąść na pokład - kraju który właśnie traci niepodległość - jest niezwykle symboliczna. A szczególnie scena gdy schwytany przyjaciel prosi Kangura - który jest już w samolocie - aby go zastrzelił, bo wie, że jeżeli wpadnie w ręce Sowietów żywy, to będzie gorsze niż śmierć i ten spełnia jego prośbę).




W sytuacji, która wytworzyła się pod koniec sierpnia, mogłaby ona zostać zinterpretowana w Warszawie jedynie jako próba wymuszenia przez Niemców kapitulacji polskiego rządu, ewentualnie jako próba zachwiania morale Polaków. Być może niepodzielenie się z Polakami wiedzą o tajnym protokole przez Francuzów i Brytyjczyków jest świadectwem dwulicowości sojuszników, należy jednak pamiętać, że w tym czasie była to jedynie wiedza o RZEKOMYM podpisaniu tajnego protokołu. Wywiad - czy to cywilny, czy wojskowy, czy dyplomatyczny, zanim przedstawi swoim zwierzchnikom plotki i pogłoski, musi je sprawdzić i zweryfikować. Dopiero wówczas zamieniają się w informację. Z perspektywy każdego normalnego człowieka decyzja Hitlera o związaniu się sojuszem ze stalinem i wydaniu wojny Polsce była decyzją głupią. W najlepszej sytuacji prowadziła do tego, że na wschodnich rubieżach III Rzeszy pojawiłby się - zamiast w miarę życzliwej i przyjaznej Polski - Związek Sowiecki. Najbardziej prawdopodobnym skutkiem było jednak rozpoczęcie przez Niemców wojny z całym światem. Decyzja Hitlera z 23 sierpnia 1939 roku była najtragiczniejszą w historii Niemiec, doprowadziła państwo i naród do katastrofy niespotykanej w dziejach Europy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przypuszczać, że Niemcy przygotowują się właśnie do popełnienia zbiorowego samobójstwa. Niestety, w otchłań pociągnęli za sobą innych.




CDN.

sobota, 21 września 2024

KATASTROFA!

III RZECZPOSPOLITA - PAŃSTWO Z DYKTY I PAŹDZIERZA




 Dziś zamierzałem napisać o czymś innym (zresztą planuję dzisiaj jeszcze jeden temat), ale musiałem zamieścić ten komentarz, bo przyznam się szczerze szlag mnie już trafia jak na to wszystko patrzę. Odnoszę się zaś do katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, szczególnie zaś Kotlinę Kłodzką w postaci powodzi, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń i kilku? (nie wiadomo dokładnie ile bo te dane jeszcze nie są znane albo są ukrywane) ofiar śmiertelnych (nie mówiąc już oczywiście o ludziach którzy odnieśli przy tym rany). Jak tak na to wszystko patrzę, to myślę że żyję w jakimś matriksie, w kraju nierzeczywistym, w którym liczy się tylko PR i i całkowity serwilizm wobec podmiotów zewnętrznych (ale o tym później).












Nie rozumiem też jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jak to jest że takie osoby jak pani Urszula Zielińska czy pani Paulina Henning-Kloska - odpowiadające za Ministerstwo Klimatu i Środowiska - nadal jeszcze pełnią swoje funkcje i nie mają postawione zarzuty karne. Zresztą trudno się temu dziwić, gdy okaże się że facet który miał wprowadzić Donalda Tuska "w błąd" (jakiś ponoć jego doradca), i podsunąć mu do podpisania dokument w którym zgadza się powołać do zgromadzenia sędziów cywilnych Sądu Najwyższego tzw: neosędziego (oczywiście posługuję się tutaj terminologią "sinych razem", czegoś takiego bowiem realnie nie ma i w przyrodzie nie istnieje, a na pewno w polskim prawodawstwie), taki ktoś nadal pozostaje na swoim stanowisku i oficjalnie nic się nie stało poza tym że Donald Tusk wycofał kontrasygnatę pod podpisem prezydenta Andrzeja Dudy (😂), czyli totalny kabaret (jak to śpiewał Walduś Kiepski: "Raz pod wozem raz na wozie tak się żyje w banderozie, którą czasem w telewizji Polską zwą..."). Natomiast już gość, który podczas głosowania w sprawie aborcji (notabene przegranej przez całą tą żałosną koalicję 13 grudnia), który w czasie głosowania przebywał w USA negocjując dla Polski ważne kontrakty, po powrocie stracił stanowisko, ponieważ Tusk musiał kogoś "odpalić", aby dać pożywkę swoim hunwejbinom. W tym zaś przypadku, w kwestii katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, zarówno pani Zielińska jak i Henning-Kloska też nie poczuwają się do odpowiedzialności, a Tusk nie wyciąga wobec nich konsekwencji. Czyli co? jedziemy dalej na tym skrzypiącym coraz bardziej wozie.




10 września były już pierwsze alarmujące komunikaty na temat możliwości wystąpienia katastrofy powodziowej w rejonie południowo-zachodnim - całkowicie zbagatelizowane (żeby nie powiedzieć olane) przez rząd i Donalda Tuska osobiście. 13 września Donald Tusk zbłaźnił się totalnie, twierdząc że informacje na temat powodzi nie są aż tak alarmujące i wszystko będzie "git", a on zamierzam (oczywiście tego nie powiedział ale wiadomo przecież co robi) wkrótce wyfrunąć sobie helikopterkiem do Sopotu (czy do Gdańska) żeby spędzić weekend "haratając w gałę", bo wiadomo że Donald Tusk weekend rozpoczyna w czwartek po południu, a do pracy (bardzo niechętnie) przystępuje we wtorek też tak około godziny 12:00. W poniedziałek bowiem wraca z Wybrzeża, więc jest zmęczony żeby pracować- 🤭). 14 września doszło do katastrofy która całkowicie obnażyła indolencję i głupotę tego rządu. Zaczęto więc przede wszystkim od pr-owych konferencji powodziowych Tuska, a usłużne media pokazały jak biedny Donald ratuje pieska, (oczywiście nie z wody, tylko przenosi go z jednej strony ulicy na drugą - a widać po mordce tego psiaka, że sam jest zdezorientowany tym, co się tutaj właśnie odwala (😭), i że ma zabłocone buciki (te zabłocone buciki mają być dowodem na to, że Tusk czuwa 🤔). 16 września nie było już rady (kolejny weekendzik i kolejne haratanie w gałę poszło się - że tak powiem - gonić) i trzeba było ogłosić stan klęski żywiołowej.

Wylana woda doprowadziła do ogromnych zniszczeń (no to będę wydaje się że to nie była Odra, a raczej jej mniejsze dopływy - przynajmniej ja to tak widzę, być może się mylę), wiele domów zostało wprost porwanych przez wodę. Nieznana jest też dokładna liczba (oficjalne komunikaty według mnie są zaniżane) osób, którzy ponieśli śmierć czasie tej powodzi, nie mówiąc już o tym, że nie wiemy zupełnie nic o tych, którzy odnieśli rany. Tak działa bowiem państwo zwane III Rzeczpospolita (szczególnie pod rządami koalicji 13 grudnia) od PR-u do PR-u, od weekendu do weekendu i... jakoś to będzie. Przyznam się szczerze że nie chce mi się nawet tego komentować, bo nie chcę się denerwować, a musiałbym naprawdę użyć tutaj kilku soczystych zwrotów które byłyby jednak adekwatne do tego co obecnie się dzieje pod rządami tej oto żałosnej koalicji (notabene też nie chcę być tutaj krytykiem tylko jednej opcji, powiedzmy sobie bowiem szczerze, że PiS też miał na sumieniu wiele złego i mówię to całkowicie otwarcie jako wyborca tej partii). 

Inna sprawa, to oświadczenie jakie złożył na antenie Polsatu dr. Grzegorz Chocian, ekolog, prezes zarządu "Ekotron", który stwierdził że niemiecki wywiad zwracał się do niego z propozycją współpracy, aby protestował przeciwko kluczowym dla rozwoju Polski inwestycjom. I mnie przyznam się szczerze przeraża fakt, że od roku 1990 minęło praktycznie 35 lat, a my nadal nie mamy pojęcia, jak bardzo III RP została zinfiltrowana przez niemiecki wywiad BND (który odziedziczył przecież kontakty wschodnio-niemieckiej Stasi, a ta również czerpała swoich informatorów i współpracowników w Polsce, a raczej w PRL-u, i to często było za zgodą i wiedzą komunistycznego wywiadu polskiego). Jeden z niemieckich profesorów kilka lat temu stwierdził wprost, że po roku 1990 Niemcy zbudowały sobie Polskę jako kraj taniej siły roboczej. Notabene pamiętajmy że to są te same Niemcy, które realnie nadal nie są państwem suwerennym (jak odwiedzam bowiem niemieckie fora dyskusyjne i społecznościowe, to widzę to utyskiwanie Niemców na fakt, iż ich państwo nie jest w pełni suwerenne, że jest całkowicie zależne od wpływów zewnętrznych a głównie od USA). Co prawda w latach 90-tych ów amerykański gorset kontroli nad Niemcami został znacznie poluzowany (natomiast lata rządów Baracka Obamy i obecnie tego staruszka, który śpi 17 godzin na dobę, jeszcze bardziej zmniejszyło amerykańskie zaangażowanie w Niemczech) i to dało Niemcom możliwość próby ponownego odrodzenia projektowanej (tak naprawdę od I Wojny Światowej) koncepcji mitteleuropy, czyli obszaru państwa Europy Środkowo-Wschodniej, będących tak naprawdę państwami-klientami wielkiej Rzeszy (jakkolwiek by się ona obecnie nie nazywała, cel pozostaje nadal aktualny).

Od roku 1990 niemiecki wywiad (oczywiście pomijając również nadal istniejący wywiad upadłego państwa sowieckiego, później rosyjskiego, czy też inne wywiady: jak wywiad amerykański, izraelski, francuski - pisałem na ten temat pracę licencjacką - jeszcze przed magisterką) miał tutaj prawdziwe eldorado, werbując wielu przekonanych (albo też zwiedzionych) wizją nieskończonej "miłości polsko-niemieckiej" i o wspólnym domu nazywanym Europa. Oczywiście wszystko to było podparte suto przyznawanymi stypendiami, nagrodami, czy też bezpośrednio wypłacanymi wynagrodzeniami za "dobrą służbę" dla Niemiec wspólnej przeszłości polsko-niemieckiej w zjednoczonej Europie. Bo przecież Niemcy to Europa - prawda? Zresztą oni już inaczej siebie nie postrzegają jak w kontekście europejskim i to rzeczywiście ma swoje plusy, gdyż realizacja niemieckich interesów bezpośrednio napotykałaby wiele przeszkód, ale jeżeli włożymy to w piękne opakowanie europejskie i powiemy że w interesie Europy jest "to i to" (co oczywiście jest całkowicie zgodne z interesem niemieckim - a takich przykładów jest mnóstwo) to wtedy brzmi to zupełnie inaczej. I Polacy (którzy decyzją powiedzmy sobie otwarcie zdradzieckich państw zachodnich, takich jak Francja czy Wielka Brytania, a potem również USA -  zostały wtrącone po roku 1945 {pomimo przelanej krwi w czasie II Wojny Światowej, pomimo ogromnego wkładu jakie wniosło Wojsko Polskie, polski wywiad do zwycięstwa nad III Rzeszą}, zostaliśmy oddani na łaskę i nie łaskę Sowietów) wychodząc z tego komunistycznego gówna po 45 latach realnej niewoli, zostali olśnieni wizją jedności europejskiej (pod niemieckim przewodem), wiodącą kontynent a również i świat do "końca historii" 🧐. I jurgielników znalazło się wielu. 

Pamiętam ładnych kilkanaście lat temu zdaje się że na łamach "Polityki" znalazłem taki oto tekst (niestety nie pamiętam już autora, a nie chce mi się tego szukać) "Mijają wieki, mijają lata, a Polak ma za miedzą brata" - oczywiście chodziło o "brata" zza Odry (brata ze wschodu zastąpił brat z zachodu). I jakże to było piękne, takie europejskie, że aż moja "niemiecka natura" (oczywiście w cudzysłowie 🤭) była tym wręcz zafascynowana. A mówiąc całkowicie poważnie zobaczcie jaki kraj nam zbudowano po roku 89, jak bardzo przypomina to ściernisko z mchu i paproci, podlane paździerzowym sosem. Oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim w sporej części (choć też nie takiej, jakiej bym pragnął) zmieniła się mentalność Polaków, którzy jeżdżąc po Europie przekonywali się na własne oczy że tak naprawdę w niczym nie jesteśmy gorsi od tych z Zachodu, a już na pewno w niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców. Dziś Niemcy technologicznie to jest skansen, to jest kraj który od nas powinien się uczyć jak wdrażać wszelkie technologiczne nowinki. Tam bowiem nie ma czegoś takiego jak blik, tam zapłacić kartą w sklepie to jest osiągnięcie tam przede wszystkim wciąż króluje faks. Silni są jeszcze (jeszcze!) w przemyśle samochodowym i chemicznym, ale bez wsparcia tanich rosyjskich surowców - ich gospodarka pada. 

A przecież powiedzmy sobie szczerze -  Niemcy wciąż nie rozliczyli się ze swoich zbrodni z czasów II Wojny Światowej i to wciąż nad nimi tkwi niczym miecz Damoklesa. Ja oczywiście wiem jak silna jest w Niemczech niechęć do kwestii reparacji dla Polski (i również Grecji), widać to chociażby w komentarzach na forach dyskusyjnych, gdzie podnosi się kwestie naszych ziem zachodnich. Swoją drogą to też jest ciekawe, bo jak im się mówi że Polska utraciła cały wschód, nasze Kresy Wschodnie, gdzie to nie było tak (jak widzieli to nie tylko w Berlinie, ale również w Londynie, a nawet w Waszyngtonie i po części także w Paryżu - chociaż ci się akurat się nie odzywali bo było im to na rękę) że myśmy je zrabowali ukradli Rosji, Ukrainie czy nawet Litwie. Nie, były nasze ziemie, gdzie kulturę wykuwaliśmy ciężką pracą, a nie mieczem jak "teutońska misja cywilizacyjna na wschodzie", gdzie miasta (a również i mniejsze miasteczka) były polskie - owszem otoczone morzem Ukraińców i Białorusinów, ale jednak polskie. Dopuszczaliśmy do naszej społeczności wszystkich którzy tego pragnęli, nie czyniąc dla nikogo przeszkody pod względem rasy, wyznawanej religii czy krwi - polskość bowiem to była jedność cywilizacyjna, a nie rasowa (wielokrotnie w tej kwestii powoływałem się również na własne doświadczenia rodzinne, więc już tego nie będę robił). I pod tym właśnie względem te ziemie były polskie. Chociaż - i to też musimy podkreślić niezwykle mocno - to co dzisiaj nazywamy Kresami Wschodnimi czyli utracone miasta takie jak Lwów, Grodno, Wilno, Baranowicze - to nie były realnie żadne Kresy, to było centrum państwa. My o tym dzisiaj zapominamy, ale kresami Rzeczypospolitej były: Smoleńsk, Mścisław, Czernichów, Połtawa, ale już nawet nie Witebsk, nie Mińsk i nie Kijów.

Polacy kiedyś zostali określeni jako tzw. "Hobbici Europy", którzy przede wszystkim od walki i wszelkich niebezpieczeństw wolą spokojne życie i ciepło domowego ogniska. To prawda, ale jeśli ja miałbym nas przyporządkować do jakiejś grupy ludów Śródziemia, to raczej do Roharimów z Rohanu. Zawsze walczyliśmy za innych, pomagając im i niosąc wolność, natomiast często spotykaliśmy się potem ze wzgardą, zdradą i poniżeniem. 




ODSIECZ WIEDNIA 1683 r.



SZARŻA W WĄWOZIE SAMOSIERRA (KTÓRY DLA FRANCUZÓW MIAŁ BYĆ NIE DO ZDOBYCIA) TRWAŁA 8 MINUT - 1808 r.



SZARŻA POD ROKITNĄ 1915 r.



Gdy w lipcu 2018 r. w środkowej Szwecji wybuchła fala pożarów, Polska natychmiast wysłała tam 140 strażaków wraz ze sprzętem, którzy wybitnie przysłużyli się do ugaszenia tamtejszych pożarów. Gdy w lipcu 2021 r. w Nadrenii Północnej-Westfalii doszło do powodzi, Polska wysłała 70 wozów strażackich na ratunek Niemcom. Kiedy nas spotkała taka tragedia, jakoś nikt się nie pali do tego żeby nam pomagać. O przepraszam, Tusk ponoć ma ściągnąć Bundeswehrę (😆🤭) i potem przyznam się szczerze nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Mamy prawie 300 000 strażaków ochotników, którzy posiadają ponad 12 tysięcy wozów do gaszenia pożarów (przy czym należy podkreślić że nasz sprzęt jest najlepszy w całym naszym regionie łącznie z Niemcami, gdy bowiem nasi strażacy pojechali do Szwecji, to tamci łapali się za głowy widząc nasze auta gaśnicze), poza tym są Wojska Obrony Terytorialnej czy w ogóle Wojsko Polskie, a Tusk ściąga tutaj Bundeswehrę, po co? Na miejscu, na zalanych terenach Polski pracuje jedynie 700 strażaków - 700, a cała reszta ma ponoć zakaz aby tutaj przybywać, bo władze nie chcą żeby pokazali się oni na "pisowskim sprzęcie" (to znaczy na autach zakupionych w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości), bo to by źle wyglądało pijarowo dla koalicji 13 grudnia. Jeżeli to jest prawda (w co trudno nie uwierzyć, bo oni przyzwyczaili nas do jeszcze większych debilizmów), to według mnie to jest jawna zdrada i tutaj już nie ma zmiłuj się. Jeżeli premier naszego kraju ściąga do nas obce boisko bez zgody parlamentu, to jak to nazwać. Mają nam pomagać, bundeswehra czym i po co, skoro mamy ku temu własne siły i środki? Ja nie mówię tutaj o tym żeby Niemcy nie przysłali do nas swoich straży pożarnych, czy Szwedzi, czy też inni nasi sąsiedzi, ale po co ściągać Bundeswehrę - żeby nas przyzwyczajać? A jeśli tak, to do czego?

I tutaj znów wracamy do kwestii niemieckich wpływów w Polsce. To, że na zalanych terenach nie powstały zbiorniki retencyjne w odpowiedniej ilości, to jest właśnie robota ekologów, którzy w ogromnej większości (oczywiście nie mam ku temu szczegółowej wiedzy, więc też nie będę się wymądrzał), zapewne idą na sznurku prowadzonym przez BND. Pani Zielińska była dumne, że spotykały się ze swoją odpowiedniczką z Niemiec, a panią Zielińską znamy doskonale z jej różnych bardzo mądrych wypowiedzi:


CO SIĘ ZROBIŁO W GŁOWIE TEJ KOBIETY? MIRAŻ Z MCHU I PAPROCI!? NAJTAŃSZY TRANSPORT JAKI MOŻNA SOBIE W OGÓLE WYMYŚLIĆ - CZYLI TRANSPORT WODNY ONA UWAŻA ZA NIEOPŁACALNY (😂). PYTANIE BRZMI CZY ONA TAK SAMA Z SIEBIE CZY TEŻ POD "INSPIRACJĄ"



POSŁANKI KOALICJI 13 GRUDNIA UCZĄ SIĘ O OCHRONIE ŚRODOWISKA Z GRY DLA DZIECI (PANI ZIELIŃSKA PIERWSZA Z LEWEJ, W ŻÓŁTEJ SUKIENCE PANI JACHIRA)



Podsumowując, najważniejszą kwestią jest teraz (już po pokonaniu owej powodzi, podliczeniu ofiar i strat, uporządkowaniu tamtych miejsc oraz przyznaniu poszkodowanym pomocy finansowej - bo to jest podstawa w tych warunkach, a przede wszystkim zapewnienia nowych mieszkań i to o lepszym standardzie niż mieli do tej pory. Natomiast posłanki koalicji 13 grudnia szczególnie pani Henning-Kloska twierdzi że najlepszy jest niskoprocentowany kredycik w wysokości 2,5%, niech więc powodzianie biorą kredyty, bowiem za "naszych" rządów - liberałów z Wybrzeża, nigdy niczego nie było, nie było "pinindzy", nie było inwestycji a przede wszystkim nie było rozwoju Polski) powołanie i wyjaśnienie komisji do spraw zbadania wpływów niemieckich w Polsce od roku 1990 i ukrócenia tego procederu raz na zawsze, bez względu na to jak bardzo bolesny dla niektórych będzie. Ja mam bowiem już serdecznie dosyć życia w takim popapranym kraju, w którym jurgielnicy mówią nam jak mamy żyć, jak ku...a nie miłość do Moskwy, to teraz do Berlina i Brukseli, ale jakoś nie widać w nich miłości do własnej Ojczyzny. Może więc już czas na zmiany i to zmiany gruntowne, a widzę ku temu potencjał wśród zwolenników budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który jest tak naprawdę wspierany przez zwolenników różnych partii i na tym właśnie na tym należy budować nasze polskie deep state - deep state rozwoju i potęgi Polski. Trzeba bowiem odtworzyć dawną Rzeczpospolitą, jeśli nawet nie tę Pierwszą, to przynajmniej tę Drugą.

środa, 14 lipca 2021

NIEMIECKI ODWET ROKU 1934 - Cz. II

CZYLI JAK TO PO ZAKOŃCZENIU

I WOJNY ŚWIATOWEJ

NIEMCY PLANOWALI ODRODZIĆ

DAWNĄ POTĘGĘ RZESZY?





 

II

KLUB NIEWINIĄTEK 


 
 
 Już następnego wieczora Fritz von Seelow był w wagonie. Targany niecierpliwością, nie zwlekał z wyjazdem. A była to od lat wielu pierwsza jego podróż, więc przyglądał się porządkom na kolei z pewną ciekawością. Istniały znów w pociągu przedziały drugiej klasy, szyby były niezbite i poduszki dość czyste, ale z pośledniego materiału. Stołów nie było i można było rozpoznać jasną plamę, którą dawniej pokrywało zwierciadło. Stary wagon skrzypiał ze wszystkich boków. Obrazki stacji kolejowych przedstawiały się podobnie. Panowała tam pewna względna czystość i porządek, ale na każdym kroku bił w oczy ostatni niedostatek. Wagony były nieogrzewane mimo jeszcze zimowej aury. Więc rotmistrz, drżąc z zimna, otulił się w płaszcz i, wcisnąwszy się w kąt, puścił bieg myślom.

Tego ranka udał się z krótką wizytą do Bornhagen do pani Irmgard. Nie zmieniła się w niczym, wysłuchała więc jego sprawozdania z przyjaznymi uczuciami. Wprawdzie przedsięwziął sobie zachować się chłodno i nie wzmiankować nic o celu, jaki podróż jego mieć mogła, ale był tak przejęty, podniecony, a tak mało z natury dyplomatą, że dość nieświadomie wyrwał się ze swymi oczekiwaniami. Na to pani Irmgard uśmiechnęła się i, ściskając jego rękę, rzekła:

- Niech Pan jedzie z Bogiem i przywiezie wkrótce dobre wieści.

Przyrzekła mu czuwać nad gospodarką w Woltersdorfie, i to uspokoiło go bardzo, znała się bowiem na rzeczy. Jadąc konno dnia tego przez pola, uświadomił to sobie, a nie miał zresztą nikogo, kto by go mógł zastąpić. Nie miał też na to funduszów.

Podróż miała trwać całą noc i następny ranek, czekały go kilkakrotne przesiadania i postoje. Na wpół zmarznięty przybył dopiero po południu na berliński dworzec Szczeciński. Ponieważ nie uprzedził przyjaciela, nikt go na dworcu nie oczekiwał. Zjadłszy coś przy bufecie, pojechał na Lützowstrasse, gdzie mieszkał Werner Solling. Stare konisko dorożkarskie potrzebowało godzinę czasu niemal, by zawieść go na miejsce. Deszcz i śnieg padał na przemian, tak iż Seelow w drodze mało co widział z miasta. 

Majora Sollinga nie zastał u siebie, lecz żona była uprzedzona o wizycie rotmistrza i, lubo nie znając go, powitała go bardzo serdecznie. Wskazała mu pokój gościnny. Męża oczekiwała dopiero na kolację, więc Fritz musiał uzbroić się jeszcze w cierpliwość na kilka godzin. Zużytkował ten czas na rozpakowanie się, umycie i uczesanie.

Wreszcie zjawił się Solling. Dwaj dawni przyjaciele uściskali się serdecznie. Nie widzieli się prawie przez lat szesnaście i stwierdzili, że zmienili się w wyglądzie pod niejednym względem. Fritz próbował skrócić przejawy radości i obserwacje, aby wystąpić z pytaniem dotyczącym celu jego podróży, ale Solling zamknął mu usta. Wpierw zamówił wieczerzę, potem dopiero, w cztery oczy z przyjacielem, chciał mu opowiedzieć wszystko. Trzeba się było przeto jeszcze okazać cierpliwym. Przy stole nastrój panował miły, lecz nieco sztywny. Myśli Seelowa odbiegały daleko od toku rozmowy. A że major zauważył to, więc bawił się tym w duszy, widząc że udało mu się zaintrygować kolegę. Nie śpieszył się wcale z wyjaśnieniami i odgrzebywał jeszcze dawne wspomnienia z akademii wojskowej i z czasów wojny. Pani Solling nie miała wiele do dorzucenia, i Fritz poczynał się niecierpliwić i zżymać. Nareszcie podniesiono się od stołu, pani Solling pożegnała ich, a oni przeszli do gabinetu majora. Fritz miał nareszcie pofolgować sobie lecz Solling nie dopuścił go do słowa:

- Już wiem co chcesz powiedzieć! Jestem ostatnim szelmą, każąc ci czekać tak długo. Ale nic to nie szkodzi, doprowadziłem cię do należytego nastroju. A więc teraz siadaj, tu masz cygaro, a dla uczczenia dnia twego przybycia zjawi się tu nawet butelka czerwieńca. Bierz to co mówię dosłownie, bo, pominąwszy dni świąteczne, nie stać nas w Berlinie na wino nawet w zamożnych domach. 

- U diabła! - wybuchnął Seelow - nic mnie nie obchodzą wasze stosunki w Berlinie. Pragnę nareszcie dowiedzieć się, co zaszło i co tu mam robić. Poczytując cię dotąd za dość rozsądnego człowieka, przybyłem natychmiast na twe zawołanie. A teraz godzinami wytrzymujesz mnie bez objaśnienia, jakby dudka.

Major pochwycił go za rękę.

- Uspokój się, mój drogi, nie mam cię za dudka i nie przyzwałem cię nadaremno. Przebacz pewną moją zarozumiałość, wypływa ona bowiem z tak nadzwyczajnej radości, takiego błogiego usposobienia po tylu długich bezsłonecznych latach, że nie umiem ci tego wcale opisać. Słuchaj! Jesteśmy u celu!

- Wernerze, czyż podobno, że wypływamy na powierzchnię?! Przez całą drogę do Berlina nie opuszczała mnie ta myśl. List twój nie mógł mieć innego znaczenia. Jakoż wybrałem się, o ile możności tak, jakby na wojnę. Nawet zabrałem swoje stare browningi.

- Te browningi mogłeś był pozostawić w domu - odparł Solling z uśmiechem - takie rzeczy służą już tylko do zabawy. Mówię serio - dorzucił z naciskiem w odpowiedzi na zdumione spojrzenie przyjaciela - Teraz wypijmy kieliszek wina za przyszłość Niemiec i słuchaj!




Szkła zadźwięczały, major usiadł naprzeciwko rotmistrza, w zamyśleniu wyrzucił kilka chmurek dymu, i zaczął:

- Było to dnia tego, w którym postanowiono podpisać warunki pokojowe. Wówczas byłem jeszcze w służbie, wykomenderowano mnie do ochrony Zebrania Narodowego w Weimarze. Wieczorem siedzieliśmy społem w ubocznym pokoiku oberży, gdzie nas ulokowano. Było nas pięciu, wszystko dawni przyjaciele i towarzysze broni. Znasz bodaj Bruninga i Oltenslebena, innych może także. Bruning odczytał nam główne warunki, a my słuchaliśmy go ze łzami oburzenia i wściekłością w źrenicach. A potem siedzieliśmy długo bez słowa. Nie wiem, czy przypominasz sobie ten dzień tak dobrze i wszystko co zaszło, dość, że mogę cię zapewnić, że nikt z nas pięciu nie miał uśmiechu i kamień legł nam na sercu. Jeden z nas ozwał się: "Trzeba się wyrzec wszelkiej nadziei, po przyjęciu tych warunków idziemy na dno bez ratunku. Wszelka możność nabrania nowych sił jest z wyrafinowaną dokładnością wykluczona". Ktoś inny dodał: "Armia ze stu tysięcy ludzi, bez ciężkiej artylerii, bez wyszkolenia młodzieży... Jak przy tym moglibyśmy znów kiedykolwiek nabrać sił? Będziemy narodem niewolników, bez najmniejszych widoków zerwania kajdan". "A przecież są Niemcy, którzy to podpisują..." - dorzucił jeden z nas i potem siedzieliśmy długo, długo, a żaden nie miał słowa pociechy. Wreszcie podniósł się sążnisty Oltensleben i uderzył pięścią w stół: "A jednak, przyjaciele - wyrzucił - bronić się nie możemy wprawdzie przeciwko Anglikom, Francuzom i owemu staremu lisowi, Wilsonowi, ale musimy się bronić przeciwko jednemu: beznadziejności. Nasz stary Pan Bóg tam na wysokości nie może i nie opuści na zawsze swego niemieckiego narodu. Pokarał nas, zasłużyliśmy na to mniej lub więcej wszyscy. Sami opuściliśmy siebie, więc opuścił nas Ten w górze. Teraz wszakże jest hasłem: pomóż sobie, a Bóg ci pomoże. Pięściami nie damy sobie rady, bo skrępowano je nam na długie czasy, wszelako serca nasze są wolne i nauczą nas, jak z opresji i nędzy wskrzeszać znów czystą, bezinteresowną miłość ojczyzny. I myśli nasze są wolne, te muszą dzień i noc wytężać się i szukać środków i dróg, aby uwolnić nasze pięści z pęt. I bądźcie pewni: znajdziemy takie drogi". Otóż te słowa stały się kamieniem węgielnym gmachu, teraz niemal już wzniesionego. Szczegóły muszę tu pominąć, mogę ci tylko w ogólnych zarysach naszkicować, jak rozwijały się rzeczy dalej. My w pięciu utworzyliśmy ścisły związek i wypracowaliśmy plan roboty. Było nam jasne, iż jedno tylko pozostało nam Niemcom: głowy nasze. Ale w nich tkwił nieograniczony kapitał. To co wytworzyć mogły niemiecka nauka i technika, niemiecka zdolność wynalazcza, należało oddać na usługi ojczyzny. Jednakże nie można było pozostawić tego jednostce, należało rozpocząć planową robotę we wszystkich dziedzinach, którą kierowano by i nad którą czuwano by z jednego punktu. Na czoło musieliśmy wysunąć wybitną osobistość. Kogo - nie ulegało ani chwili wątpliwości, i zbytecznym jest, abym wymieniał ci jego nazwisko. W naszym kole nie nazywamy go nigdy inaczej, jak tylko "generał". Zobaczysz go jutro wieczorem. Zabrał się on natychmiast do dzieła z niesłychanym zapałem i od pierwszej chwili stał się duszą całego związku. Następnie trzeba było zabrać się do wynalezienia współpracowników i to z największą ostrożnością. Tylko całkiem zaufania godnych ludzi mogliśmy przyciągać do siebie. A wszyscy musieli przechodzić długi okres próbny. Urządzaliśmy na nich umyślnie pułapki i zasadzki, aby wierność ich dla sprawy i charakter poddać próbie. Ale stopniowo organizacja nasza przybrała jednak wielkie rozmiary. W każdej gałęzi nauki i techniki pracowały dziesiątki ludzi, poszukując środków wojennych, jakie moglibyśmy zużytkować w naszym położeniu. A każdy wydział miał swego osobnego kierownika, który dawał inicjatywę, rozporządzenia i dzielił się doświadczeniami. Również z uniwersytetów i politechnik werbowaliśmy szczególnie uzdolnionych młodzieńców i zachęcaliśmy ich do studiów w specjalnych dziedzinach, w których brakło nam dostatecznych sił lub z których obiecywaliśmy sobie szczególniejsze korzyści. Wszystkie nici skupiały się w Berlinie, gdzie utworzyliśmy coś w rodzaju sztabu generalnego. To co wytwarzały wydziały naukowe, ich doświadczenia i projekty poddawano tam egzaminowi z punktu widzenia użyteczności wojskowej. Aparat nasz rozrastał się coraz więcej, i okazała się potrzeba funduszów. Należało wziąć do pomocy fabrykantów w różnych gałęziach przemysłu, aby przedsięwziąć u nich eksperymenty. Potrzeba było wielkich obszarników i właścicieli lasów, na których terenach można było próby te i eksperymenty wykonywać. Ostatecznie wszakże znalazło się wszystko, lubo z trudem i mozołem. Ile to wymagało cierpliwości i ostrożności, trudno dać ci o tym wyobrażenie. Bo wszystko musiało być otoczone jak najgłębszą tajemnicą, zwłaszcza że władze nie spuszczały nas z oka. Ajentów rządowych spotykało się wszędzie i roiło się od francuskiej tajnej policji. Wiadomo ci mniej lub więcej, jak ukształtowały się stosunki. Różne rozruchy wzburzonej ludności przed poselstwem francuskim oraz pod błahym pretekstem podjęta aneksja okręgu Saary, który w plebiscycie oświadczył się przeciwko przyłączeniu do Francji, stały się pożądaną przyczyną wysłania do Berlina oddziału wojska dla ochrony ambasady. Oddział ten z czasem powiększono do rozmiarów ruchomej dywizji, panującej tutaj niepodzielnie. Wobec niej reichswehra nie jest niczym innym, jak ulepszoną policją. Jej ostre naboje są pod kluczem Francuzów, o czym wszakże nie wolno ani wzmiankować w prasie. Parlament nasz stał się od dawna na wskroś nacjonalistycznym, aż do najskrajniejszej lewicy. Wprawdzie stronnictwa zachowały swe dawne nazwy, ale zanikły niemal całkiem sprzeczności, zwłaszcza w dziedzinie polityki zagranicznej. Wyleczono się radykalnie z ideałów ogólnoludzkich i snów o braterstwie ludów. Lecz to nie ma dla nas znaczenia. Na zewnątrz istnieje parlamentaryzm, i stosownie do tego musimy mieć także rząd narodowy. Ale w rzeczywistości prezydent państwa jest zniewolony - odkąd Francuzi siedzą mu na karku - skład ministeriów przystosować do życzeń francuskich. Parlament tak czy owak pogodził się z tym stanem rzeczy, tak iż w sferze rządowej mamy do czynienia z kreaturami Francji. W pierwszych latach po upadku wiele trudności sprawiały nam także wewnętrzne zamęty i walki, jednakże nie daliśmy się przez to wywieźć w pole. Kroczyliśmy dalej swoją drogą. Nie pytając się o to, czy rząd jest prawicowym czy lewicowym, czy bolszewickim czy dyktatorskim, mogliśmy pomóc narodowi niemieckiemu jedynie przez dostarczenie mu znów środków wojennych, gdyż bez siły nie można mieć na świecie tym żadnego prawa. Inne narody zdawały sobie z tego sprawę od dawna i my kiedyś również, lecz wyperswadowano nam to umyślnie przez tych w kraju czy za jego granicami, którzy chcieli wyciągnąć korzyść z pracy niewolników niemieckich. Cała działalność nasza musiała być otulona jak najściślejszym płaszczykiem niewinności. Jakoż założyliśmy klub gry w karty, nazywając go według naszych wzorów "Klubem Nieszkodliwych" czy "Niewiniątek". Wciągnęliśmy też do niego istotnie "niewinnych" ludzi, których nikt nie posądzał o nic złego i którzy rzeczywiście do tej chwili nie mają najmniejszego wyobrażenia, co kryje się za tym "klubem". Kilkakrotnie nawet pozwoliliśmy się przyłapać przy grze. Dzięki temu jednak mieliśmy ubikacje, gdzie o pewnych oznaczonych godzinach mogliśmy schodzić się na narady całkiem bezpiecznie. Urządziliśmy także biuro patentowe, gdzie akty nasze techniczne spoczywały spokojnie jako podania projektów do opatentowania pomiędzy innymi, rzeczywistymi projektami oczekującymi patentu. Nadzwyczajnie rozległe i ważne pole do działania miał wydział osobisty, w którym ja grałem wielką rolę. Jednym z jego zadań było wynaleźć jak największej ludzi, którzy, lubo z razu niewtajemniczeni ani do współpracy nie wzięci, dawali nam dzięki swemu charakterowi i narodowym przekonaniom rękojmię, że, powołani w danym momencie, będą mogli spełnić pewne poruczenia. W każdej większej miejscowości i niemal w każdym okręgu posiadaliśmy naszych mężów zaufania, którzy mieli na oku swe otoczenie i stale zdawali nam sprawę. Z tego możesz domyślić się, że w ciągu tylu lat otrzymaliśmy nie ulegające kwestii opinie o wszystkich interesujących nas osobistościach. Oczywiście przede wszystkim poddaliśmy obserwacji wszystkich dawniejszych oficerów. Podczas okresu rewolucyjnego nastąpił szybko rozłam i podział oficerów na kategorie. I tak niemal wszyscy, których na listach zanotowaliśmy jako zaufania godnych, okazali się do dziś takimi, chociaż niekiedy jednak z boleścią przychodziło nam stwierdzać, jak powoli ten i ów odpadał, i to czasami nawet generał, mąż, na którym, zdawało się, można budować jak na skale. Niejednego wszakże mogliśmy z radością zapisać znów z biegiem czasu na naszą listę. Należeli oni do kategorii uczciwych, a więc zawsze uleczalnych iluzjonistów, którym otworzyły się oczy, skoro wreszcie prysły wszelkie nadzieje. Wierzyli oni najpierw w możliwość pokoju ugodowego, potem w Wilsona i jego 14 punktów, potem w błogosławioną działalność Ligii Narodów, następnie w pomoc zagranicy przy pracy nad naszą odbudową, z obawy, by Europa w przeciwnym razie nie ucierpiała, następnie w korzystną dla nas rewizję traktatu pokojowego i możność zadowolenia wrogów przez skrupulatne spełnienie zobowiązań. Na każdym kroku ta sama niemiecka łatwowierność, nie przypuszczająca w żadnym razie, by ludzie mieli być tak złymi, i na każdym kroku ten zasadniczy błąd w mniemaniu, jakoby Anglia miała być tak głupią i najpierw rozbijać garnek, by potem go zlepiać z mozołem. Dopiero gdy wreszcie wyjaśniło się, że znikąd nie ma pomocy, a środki pieniężne z zagranicy starczą tylko na to, by Niemcy nie utonęły zupełnie, lecz trwały w stanie pracującego niewolnictwa, przewidzieli ludzie, iż tak dalej być nie może. Na wszystkie warstwy ludności rozciągały się nasze tajne wywiady i obserwacje, nawet na koła robotnicze. W tę sferę wglądali głównie dawni ordynansi oficerscy. Pomiędzy tymi ludźmi, którzy nieraz w ciągu lat wojny i pokoju zrośli się ze swymi panami, spotykaliśmy niejednokrotnie wręcz zdumiewające przykłady przywiązania i wierności. A czasami wykazywali oni nawet znakomitą znajomość ludzi. Niemniej ważną rzeczą było obserwować reichswehrę i jej sztab oficerski. Wiesz dobrze, że rząd usunął stopniowo wszystkich narodowo myślących, o ile tylko się dało. Jakoż wkrótce mogliśmy tylko niewielki procent oficerów uważać za odpowiednich do naszych celów. Na miejsce wszystkich innych przewidzieliśmy zastępców i wkrótce wypracowaliśmy, jak dawniej w czasie pokoju, prawidłowe listy mobilizacyjne, przy czym oczywiście osobniki w listy te wpisane nic o tym nie wiedziały. I otóż teraz nareszcie doszliśmy tak daleko, że możemy dać hasło do powstania i w kilka tygodni wygnamy za ostatnią granicę wszystką ową obcą hołotę.

- Ależ to myśl, która sprowadzić może zawrót głowy! - zawołał rotmistrz - Powiedz mi jednak, na czym polegają wasze środki ratunkowe?

- Powiem ci to, naturalnie - rzekł Solling - i informuję cię, o ile sam wiem. Bo każdy z nas dowiaduje się tylko tego, co jego szczególnie obchodzi. Otóż, już przed kilku laty przedłożył nam pewien stary profesor fizyki swój wynalazek, dotyczący czegoś w rodzaju promieni, które nawet na wielką odległość przeszywają prawie wszystkie ciała i wywołują rozkład taki, że zapalają się wszystkie materiały eksplozywne. 

- To brzmi zaiste bajkowo! - zauważył Seelow. 

- Dlaczego? - odparł Solling - Zastanów się, czy ktokolwiek byłby dawniej uwierzył, że nadejdzie czas, gdy da się odfotografować kości i serce w ciele ludzkim, gdy bez drutu będzie można dookoła całej ziemi pisać i mówić, lub gdy za pomocą promieni będzie można w ciele ludzkim podejmować zarówno niszczenie jak i leczenie. Bajkowym nie jest dzisiaj nic w gruncie rzeczy. Pomimo wszelkich naszych wynalazków i całego postępu wiedzy, istnieją bez wątpienia zawsze jeszcze tysiące rzeczy między niebem a ziemią, o których nie śniło się filozofom. Nie stanęliśmy jeszcze wcale u kresu i zapewne nigdy tam nie dojdziemy. Przypomnij sobie tylko owe słynne dalekonośne działa, z których w ostatniej wojnie raptem poczęliśmy ostrzeliwać Paryż z odległości 120 kilometrów. Jeszcze dnia poprzedniego każdy wyszkolony artylerzysta, znający prawa grawitacji, lub fabrykant armat byłby ci naukowy przeprowadził dowód, że jest to rzeczą absolutnie niemożliwą. A przecież okazało się raptem, że to możliwe, że to się stało. Promienie te są w naszym ręku niezmiernie cenną bronią. Niema bowiem wątpliwości, że istotnie wysadzają w powietrze każdy materiał eksplozywny. Ale teraz należało skierować ten wynalazek na drogę praktyczną, a więc przemienić w broń! A potrzeba znacznej ilości energii elektrycznej, by promienie te wytworzyć, i to tym więcej, im intensywniej i na dalszą metę mają odnosić skutek. Udało nam się to wszakże krok po kroku. I tak posiadamy obecnie trzy rodzaje aparatów, odpowiadające niejako dotychczasowym rodzajom broni palnej. Największy z tych aparatów, odpowiadający artylerii, zrobiłby na tobie wrażenie wielkiego, ruchomego reflektora z ostatniej wojny. Przeznaczony jest przeciwko artylerii nieprzyjacielskiej i działa aż na 40 kilometrów. Aż tak daleko możemy wysadzić nim w powietrze każdy nieprzyjacielski obóz z amunicją, każde nabite działo. Drugi aparat działa na odległość strzału karabinowego, a więc na odległość 4 do 5 kilometrów. Wystarczają tu zbiorniki. Zamyka się cały ten cudowny wynalazek w skrzynkę, wyglądającą zewnętrznie jak mała walizka podróżna lub torba ręczna. Za naciśnięciem na guzik powyżej zamka maszyna poczyna działać i promienie padają przez mały, przysłonięty otwór w wąskiej ścianie aparatu. Nikt z otoczenia nie przeczuwałby, że mała walizka sprawia to, iż nagle wszystkie nabite karabiny dają ognia, i torby z nabojami eksplodują. Ten aparat spełnia rolę piechoty i zapewne doniosłą odegra rolę w walkach ulicznych, jakich należy oczekiwać w pierwszych chwilach naszej akcji. Wreszcie trzeci aparat przypomina zewnętrznie kieszonkową latarkę elektryczną, zastępuje on rewolwer. Działa na odległość około stu kroków. 

- Nadzwyczajne - wtrącił Seelow i spytał - A czyż aparaty te nie zawodzą?

- Bądź pewnym, że wszystko to wypróbowaliśmy z niemiecką dokładnością. A czy przypominasz sobie, jak to dwa lata temu eksplodował w porcie w Wilhelmshafen krążownik angielski? Było to naszą próbą generalną. Sam byłem przy tym. Byliśmy w lasku, oddaleni o 25 kilometrów. Wyobraź sobie napięcie naszych nerwów, gdy skierowaliśmy aparat do akcji. Niemal w tym samym momencie tam, gdzie stał okręt, ukazała się tylko chmura dymu. Łzy radości popłynęły nam z oczu. W porcie były jeszcze trzy inne łodzie angielskie. Zaprawdę kosztowało nas wiele, aby zwalczyć w sobie pokusę i pozostawić je w spokoju, lecz nie wolno nam przed czasem budzić ludzkiej podejrzliwości. Więc trzeba było aparat usunąć szybko. Jakoż Anglicy nie wiedzą do tej pory, co zaszło takiego, że krążownik raptem poszedł w powietrze. Nie pozostało im nic innego jak uwierzyć, że prochy zapaliły się same. Ale kiedyś - wkrótce otworzą im się oczy! Ubiegłe dwa lata zużytkowaliśmy na to, by skonstruować dostateczną ilość aparatów. Ukrywają się one pod nazwą aparatów kinematograficznych, spoczywają rozłożone w pewnej fabryce, której właściciel jest jednym z naszych najgorliwszych współpracowników. W ostatniej chwili złoży się części tych aparatów w jedną całość. Od momentu, gdy sukces był zapewniony, nie mieliśmy już kłopotu o fundusze. Mogliśmy bowiem zaciągać pożyczki ile nam się podobało. Wiesz teraz, mój drogi, to co najważniejsze. Bądź jak bądź dosyć na dzisiaj. Już późna godzina, a jutro czeka nas dzień nużący. Więc idźmy spać.

- I tak nie zasnę z pewnością długo - rzekł Seelow - Zdaje mi się, że mam w głowie koło młyńskie. Nie mogę tak zaraz wniknąć umysłem we wszystko, mam wrażenie, jak gdyby dało się jeszcze znaleźć w waszym rachunku pewne braki.

- Istotnie są braki - dorzucił Solling - ale w mym dzisiejszym raporcie, a nie w naszym rachunku. Jutro dowiesz się więcej. Tymczasem niech cię uspokoi moja pewność. A zatem dobrej nocy!

Rozeszli się. Seelow, położywszy się, chciał zastanawiać się nad nową taktyką bez broni palnej, ale rzecz dziwna, zawsze krzyżowało pasmo jego myśli pytanie, czy wypada mu nazajutrz wysłać pocztówkę do Bornhagen. I tak zasnął.           
 
 




 
 CDN.
 

 
PS: Nasuwa mi się pytanie, skoro książka ta pisana była w 1920 lub najpóźniej w 1921 r., to ile elementów zostało tutaj przewidzianych. To, co autor wkłada w usta bohaterów, rzeczywiście miało miejsce, z tym że Niemcy nie rozbudowywali sił zbrojnych u siebie (których nie mogliby utrzymać w tajemnicy, ze względu na alianckie kontrole, a których posiadania zabraniał im Traktat Wersalski, podpisany w czerwcu 1919 r.) a w 1922 r. dogadali się z Sowietami i tam właśnie rozpoczęto zakrojoną na szeroką skalę modernizację niemieckich sił zbrojnych. Polski wywiad w dość banalny sposób dowiedział się o owej współpracy... czytając niemieckie gazety. Oczywiście w niemieckiej prasie nic nie pisano na temat jakiejkolwiek wojskowej współpracy z Sowietami, ale nie to było ważne, co znajdowało się na pierwszych stronach, a to, co było w rubryce zatytułowanej "Nekrologi". Właśnie czytając nekrologi niemieckich lotników lub czołgistów, zamieszczone w niemieckiej prasie, polski wywiad dowiedział się o tajnej współpracy niemiecko-sowieckiej, bowiem Niemcy nie zachowali pełnej ostrożności i w nekrologach zapisywali miejsce śmierci niemieckich żołnierzy, a były to np. Sierpuchów, Twer, Perm, Moskwa, Smoleńsk, Witebsk - wszystkie miasta w Związku Sowieckim. Tylko głupi nie połączył by tego w jedną całość. Te niemiecko-sowieckie konszachty zostały odkryte w 1924 r. i potem jeszcze w 1925, zaś w 1927 pisała o tym już francuska i brytyjska prasa i Niemcy musieli się z tego powodu srogo tłumaczyć, choć współpracy z Sowietami nie zerwano do 1933 r. Co ciekawe, niemiecko-sowieckiego sojuszu wcale nie zakończył Hitler, który wówczas doszedł do władzy (jak się powszechnie uważa), ale inspiracja wyszła ze strony sowieckiej. Kiedyś nieco więcej na ten temat jeszcze napiszę, a na dziś warto sobie uświadomić że książka "Niemiecki odwet 1934 r." bardzo wiele przewidziała i choć pewne elementy wydają się nieprawdziwe (jak choćby ów tajemniczy promień, niszczący okręty i broń), to jednak autor tej książki przewidział powstanie... broni laserowej. Ciekawe co jeszcze wymyśli w dalszej części?       
 
 

TO POLSKI WYWIAD ODKRYŁ TAJNE SOJUSZE NIEMIEC I ZWIĄZKU SOWIECKIEGO W LATACH 20-tych I POWIADOMIŁ O TYM EUROPĘ.
PAMIĘTAJMY O TYM

 



piątek, 19 lutego 2021

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. VIII

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?

 
 

PLANY I MARZENIA

Cz. VII

 
 
 
 
 

 REWOLUCJA 1905 r.

CZYLI DZIEJE PEWNEJ MISTYFIKACJI

Cz. II

 
 
 
 "Z KAŻDYM DNIEM NARASTAŁY NIEDOLA I NĘDZA CHŁOPÓW. SCENY GŁODU BYŁY SZALENIE PRZYGNĘBIAJĄCE, TYM BARDZIEJ PORUSZAŁ WIDOK ROZLEGŁYCH, WIELKICH POSIADŁOŚCI WŚRÓD CAŁEGO TEGO CIERPIENIA I ŚMIERCI, PIĘKNYCH, Z PRZEPYCHEM URZĄDZONYCH DWORÓW ORAZ WIELKOPAŃSKIEGO ŻYCIA DZIEDZICÓW, BEZTROSKICH POLOWAŃ I BALÓW, BANKIETÓW I KONCERTÓW, ODBYWAJĄCYCH SIĘ JAK ZAWSZE W NIEZMIENIONEJ FORMIE"

LEW TOŁSTOJ
 
 
 
 Co było momentem przełomowym dla wybuchu Rewolucji 1905 r. (a potem dwóch kolejnych z 1917 r. - lutowej i październikowej) w Rosji? Wiele było takich momentów można by rzec, tym bardziej, że terror polityczny jaki panował w Rosji od połowy lat 70-tych do początku 80-tych XIX stulecia stwarzał ku temu wiele okazji (terror został przyduszony w latach 80-tych, jednak nieliczne jego kontynuacje wciąż były jeszcze podejmowane - jak choćby nieudany zamach na cara Aleksandra III z 13 marca 1887 r., który potem stał się jednym z elementów budowania kariery i legendy dwóch ludzi - Włodzimierza Iljicza Uljanowa, zwanego Leninem, którego brat - Aleksander Uljanow - student zoologii na Uniwersytecie w Petersburgu, został wciągnięty do zgromadzenia rewolucjonistów i pod wpływem swoich kolegów ze studiów stał się radykalnym marksistą, który mawiał: "Nie wierzę w terror, wierzę w systematyczny terror!". Został on aresztowany jeszcze przed samym zamachem i skazany wraz z czterema kompanami na karę śmierci - wyrok wykonano w maju 1887 r. Aleksander miał wówczas 21 lat. Lenin zaś nie mógł przeboleć tej śmierci, a mając już wytyczoną przez brata drogę rewolucyjno-terrorystyczną, podążył w tym właśnie kierunku. Drugim człowiekiem, którego legenda również zaczęła się od owego nieudanego zamachu z 1887 r., był Józef Piłsudski. Jego starszy brat - Bronisław był również wtajemniczony w ten spisek, jednak został skazany na 15 lat zesłania na wyspę Sachalin. O współuczestnictwo oskarżono wówczas i młodego 19-letniego Józefa - choć ten akurat o planach zamachu na życie cara nic nie wiedział - i skazano go na pięć lat zesłania na Syberię. Legenda przyszłego Marszałka budowana była właśnie od tego wydarzenia, a we "Wspomnieniach" Jego małżonki - Aleksandry Piłsudskiej można znaleźć taki fragment: "Oto widzę człowieka, którego Syberia złamać nie zdołała. Fizycznie i psychicznie był to człowiek zdrowy, w odróżnieniu od jakże wielu tych, którzy wrócili z zesłania z piętnem klęski. Nie było w nim ani zgorzknienia, ani rezygnacji").
 
Wydaje się jednak że takim prawdziwym początkiem Rewolucji 1905 r. były wydarzenia mające miejsce w Rosji w latach 1891-1892. Były to bowiem ciężkie lata: nieurodzaju, głodu, ubóstwa i epidemii i to one w dużej mierze wyrobiły w kręgach pokornego dotąd prawosławnego chłopstwa i mieszczaństwa, opinię o nieudolności carskiego rządu i niewielkiej skuteczności podejmowanych prób zapobieżenia epidemii głodu na szczeblu centralnym. Na jesieni 1891 r. aż 17 guberni carskiej Rosji było objętych klęską głodu (a to dwukrotnie więcej, niż powierzchnia Francji). Ludzie głodowali lub uciekali do miast (gdzie sytuacja była nieznacznie tylko lepsza), ale największym zmartwieniem były dla nich zwierzęta hodowlane, a szczególnie konie, gdyż należało je nakarmić - inaczej padały z głodu. A jeśli padły konie, chłopi głodowali również i w roku następnym (nie mogąc kontynuować żniw), dlatego też, aby wykarmić konie ściągano nawet słomę z dachów własnych chat, pozostawiając je na pastwę sił natury. Natomiast w roku 1892 nawiedziła Rosję potężna epidemia tyfusu i cholery (przenoszona przez pchły i muchy, które rozmnożyły się przy trupach padłych z głodu zwierząt). Pomoc publiczna była co prawda podejmowana, ale ze względu na wszechobecną biurokrację, często przybierała charakter przeciwny do zamierzonego. Na przykład: kładziono nacisk na wywiązanie się z podpisanych wcześniej umów eksportu zboża do krajów Europy, tym samym potęgując głód i rozpacz, gdyż zboże to nie mogło wówczas trafić do głodujących chłopów. Największe zaś przerażenie budziło na wsi rosyjskiej pojawienie się służb medycznych, gdyż przy stwierdzeniu choć jednego przypadku epidemii, natychmiast nakładano kwarantannę, a ludność zmuszano do przeniesienia się do wyznaczonych ośrodków (często odległych o wiele setek kilometrów). W prasie panowała totalna cenzura i nie wolno było gazetom pisać o rozprzestrzeniającej się klęsce głodu, a co najwyżej o "lokalnym nieurodzaju". Powodowało to frustrację, rozpacz i gniew sporej części rosyjskiego społeczeństwa. Zaczęto też opowiadać sobie przerażające historie o całych wyludnionych wioskach, o pomarłych z głodu dzieciach (np. w dzienniku Aleksandry Bogdanowicz pokojówki pracującej u możnego państwa z Petersburga, pod datą 3 grudnia 1891 r. można przeczytać: "Podobno w guberni symbirskiej wszystkie dzieci pomarły z głodu, wysłano tam ubrania dziecięce, ale zostały zwrócone - nie ma kto ich nosić. Oburzenie narasta we wszystkich kręgach".

W tym trudnym czasie, uwidoczniła się też druga strona ludzkiej natury - ta jasna, chwalebna. "Ludzie najróżniejszych przekonań energicznie wzięli się do pomocy. Wielu zaniechało swoich zwykłych zajęć i przystąpiło do zakładania jadłodajni oraz, podczas epidemii, ruszyło pomagać lekarzom" - jak pisał Wasilij Makłakow. Wśród pomagających nie brakowało ani mieszczan ani szlachty, a nawet książęta rzucili się w wir pomocy i rozdawali zupę w jadłodajniach dla głodujących chłopów (np. książę Gieorgij Jewgieniejewicz Lwow właśnie w garkuchni... poznał swą przyszłą żonę). Ludzie pomagali jak tylko mogli, w miastach organizowano zbiórki ubrań, butów, płaszczy a nawet zabawek dla chłopskich dzieci, zakładano setki komitetów pomocowych, organizowano ochronki, studenci masowo zgłaszali się do akcji pomocowych w ramach wolontariatu. Można zaryzykować stwierdzenie, że w tym właśnie czasie, po raz pierwszy w dziejach, realnie zaczęło kształtować się prawdziwie obywatelskie społeczeństwo w Rosji. Niestety, porównanie tych akcji pomocowych i działań rządu carskiego, wypadało zdecydowanie na niekorzyść tego drugiego, poza tym duża część rosyjskiego możnowładztwa nadal żyła dawnym życiem pełnym polowań i bankietów, oderwana od reszty narodu w swych pałacach i dworach - co tak dobitnie wytknął im Lew Tołstoj. Arystokracja zresztą była niechętna ani wyzwoleniu chłopów z poddaństwa (co nastąpiło ukazem cara Aleksandra II z 1861 r. - notabene ukaz ten przyznawał chłopom jedynie wolność osobistą, ale nie otrzymali już tych samych działek, które do tej pory uprawiali dla siebie, musieli je bowiem wykupić u swego dotychczasowego pana. To spowodowało że wielu opuszczało wieś i przenosiło się do miast, gdzie zapełniało miejskie slumsy, nie mając żadnych perspektyw na podjęcie dobrze płatnej pracy), ani też jakimkolwiek innym zmianom społeczno-politycznym, mającym na celu poprawę położenia ludności najuboższej. Arystokracja rosyjska czuła się zdradzona, była pełna nieskrywanego żalu przed utratą dawnego życia (które dla nich zmieniło się tylko w niewielkim stopniu). Antoni Czechow w "Wiśniowym Sadzie" z 1904 r. doskonale uwypuklił wszystkie te skrywane dotąd żale rosyjskiej arystokracji choćby w osobie dziedziczki Lubow Andriejewny Raniewskiej, która tak kocha swój wiśniowy sad, iż nie jest go w stanie sprzedać, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę, że gdyby to uczyniła, to jej rodzina nadal mogłaby żyć "po staremu". Ostatecznie sad zostaje sprzedany, a sztuka kończy się odgłosem ścinania ukochanych drzew Raniewskiej, jakby odgłosem odchodzącego świata rosyjskiej arystokracji.


ROSYJSCY CHŁOPI BYLI PRZED 1861 ROKIEM, TRAKTOWANI PRZEZ SWYCH PANÓW JESZCZE GORZEJ, NIŻ ŻYJĄCY W TYM SAMYM CZASIE AMERYKAŃSCY MURZYNI NA PLANTACJACH. WYKORZYSTYWANI DO WSZELKICH PRAC, BEZ ŻADNYCH PRAW - POZA TYMI, KTÓRE EWENTUALNIE NADAŁ IM ICH PAN - STANOWILI JEGO PRYWATNĄ WŁASNOŚĆ WRAZ ZE SWYMI RODZINAMI I OBEJŚCIEM. ROSYJSCY ARYSTOKRACI TWORZYLI TEŻ SOBIE PRAWDZIWE HAREMY ZŁOŻONE Z CHŁOPSKICH ŻON I CÓREK




Siłą najbardziej rewolucyjną i niebezpieczną dla caratu, nie byli jednak wcale rosyjscy chłopi (którzy w większości wierzyli w dobrego, świętego cara Wszechrusi i jedynie złych bojarów wokół niego), ani też robotnicy (rozwój przemysłowy dopiero w Rosji zaczynał kiełkować, a poza tym duża część robotników to też byli chłopi, którzy emigrowali do miast). Prawdziwym zagrożeniem dla carskiego samodzierżawia byli po pierwsze studenci (w ogromnej większości mocno zrewoltowani i to do tego stopnia że w języku rosyjskim słowo "student" i "rewolucjonista" zaczęło przybierać to samo znaczenie), oraz członkowie ziemstw (organ samorządowy utworzony na wsi po roku 1864). Tak naprawdę jednak, prawdziwie zdeterminowaną siłą rewolucyjną byli jedynie studenci. Samorząd akademicki i dość szeroką autonomię uczelni wprowadzano w Rosji w latach 1863-1864 (jednocześnie ograniczono cenzurę książek, oraz zagwarantowano studentom możliwość zagranicznych wyjazdów). Jednak po pierwszym w dziejach Rosji, publicznym (choć nieudanym) zamachu na życie cara z 1866 r. wszystko się zmieniło (carów mordowano w Rosji od wieków - jako przykład można podać choćby brutalne zabójstwo Dymitra, zwanego Samozwańcem w 1606 r., co też było jednym z powodów późniejszej polskiej interwencji w Rosji i zajęciu Moskwy w 1610 r., zamordowanie obalonego cara Piotra III w 1762 r. z polecenia jego małżonki, nowej carycy Katarzyny zwanej Wielką, czy choćby brutalny mord na carze Pawle I w 1801 r., dokonany przez grupę spiskowców zebranych wokół osoby następcy tronu - Aleksandra Pawłowicza, który w noc zamachu, siedział w pokoju obok i przysłuchiwał się jak spiskowcy mordowali jego ojca, który długo się bronił i nim ostatecznie wyzionął ducha, większość zamachowców była mocno zmęczona a car z twarzy nie przypominał już człowieka i gdy matka Aleksandra - Maria Fiodorowna - ujrzała swego męża w trumnie, podczas pochówku, mimo że mocno podtrzymywana przez syna - zemdlała i trzeba ją było szybko stamtąd wynieść. Jednak te morderstwa były dokonywane w celu zastąpienia starego władcy nowym, natomiast próba zamachu z 1866 r. miała podtekst społeczno-rewolucyjny). Nieudany zamach Karakozowa z 1866 r., otworzył władzy znów drogę do wprowadzenia represji prewencyjnej i już w 1868 r. uniemożliwiono sprowadzanie z zagranicy pewnych publikacji, które władze uznały za niebezpieczne, w 1871 r. ponownie wprowadzono cenzurę na książki (tekst miał być przesłany do biura cenzury na co najmniej cztery dni przed publikacją, a jeśli znalazły się tam treści "antypaństwowe", cenzura natychmiast zgłaszała to policji). W 1873 r. wprowadzono prawo do zawieszania na trzy miesiące polemik prasowych na tematy niewygodne dla władzy. Cenzurę znacznie rozszerzono w 1882 r. (po zabójstwie cara Aleksandra II - 13 marca 1881 r.). Ostatecznie, w 1884 r. po dwudziestu latach względnej autonomii uniwersytetów, prawo to zostało zniesione. Zabroniono również działalności wszelkich studenckich klubów i stowarzyszeń. 
 
Środowisko studenckie w Rosji było bowiem tak bardzo zrewolucjonizowane, że przynależność do grup i kółek rewolucyjnych, bojowych lub marksistowskich, stało się wręcz obowiązkiem każdego studenta, jeśli ten sam nie chciał się wyalienować z grupy. Wielu było zwolenników tajnej organizacji terrorystycznej "Ziemla i Wola" ("Ziemia i Wolność") odnowionej (po raz pierwszy działającej w latach 1861-1864) w 1876 r. przez Michaiła Bakunina, Piotra Ławrowa i Nikołaja Czernyszewskiego. Propagatorzy walki rewolucyjno-bojowej byli uważani za bohaterów (jak choćby rewolucjonistka Wiera Zasulicz, która 24 stycznia 1878 r. dokonała nieudanego zamachu na gubernatora Petersburga - Fiodora Trepowa, ciężko raniąc go z rewolweru w jego własnym biurze. Potem, w wyniku dobrej mowy obrończej, łez i łkań oraz powoływania się na swoją płeć jako "słabej kobiety" która nie wiedziała co ma czynić w wyniku jawnej niesprawiedliwości popełnianej przez Trepowa, Zasulicz została ostatecznie przez sąd uniewinniona. Zresztą w Rosji w latach 1864-1878 istniało bardzo liberalne prawo karne, znacznie łagodniejsze dla przestępców, niż na przykład w tym samym czasie we Francji czy Wielkiej Brytanii (wykonano wówczas tylko jeden wyrok śmierci w 1866 r. - na Dymitrze Karakozowie, owym nieudanym zamachowcy na życie cara). Z reguły sądy skazywały na łagodniejsze kary więzienia lub też (czasami - jak w przypadku Wiery Zasulicz) uniewinniały oskarżonych, a należy pamiętać że była to epoka terroru (tuż po nieudanej próbie zamordowania Trepowa, tylko w samym 1878 r. zwolennicy Zasulicz dokonali udanych zamachów na życie komendantów policji w Petersburgu i Kijowie). Co prawda duża cześć zrewoltowanej młodzieży widziała w terroryzmie metodę skutecznej walki z carskim reżimem, jednak była też i druga, dość duża grupa Rosjan, którzy takich działań nie akceptowali. Sam Tołstoj po wyroku na Wierę Zasulicz ostrzegał społeczeństwo rosyjskie w dość proroczych słowach: "Proces Zasulicz to nie żart. Jest on niczym przepowiednia rewolucji!" Pod wpływem tych narastających emocji, jeszcze w 1878 r. władze carskie przekazały sprawy polityczne (w tym oczywiście te związane z działalnością terrorystyczną) sądom wojskowym. Studenci jednak jeszcze bardziej zradykalizowali swoje przekonania i uznano że jedynie rewolucja może ostatecznie zmieść carat i kapitalizm z powierzchni ziemi (od 1883 r. na rosyjskich uczelniach zaczęto zakładać grupy studenckie, zbierające się dla wspólnego czytania wypociny Marksa).
 
Jak już wspomniałem, nie można było być w tych latach studentem w Rosji, jeśli nie miało się skrajnie rewolucyjnych (lewicowych) poglądów społeczno-politycznych, lub przynajmniej jeśli nie było się "odpowiednio" wrażliwym na ludzką niedolę oraz oburzonym na działalność caratu (czyżbyśmy nie doświadczali deja vu). Aleksander Kiereński - który po Rewolucji Lutowej w 1917 r. stanął na czele Tymczasowego Rządu Rosji, istniejącego do przewrotu bolszewickiego - pisał w swych wspomnieniach (wydanych już na obczyźnie), jak wyglądało studenckie życie w bursach akademickich na przełomie XIX i XX wieku w Rosji. Pisał: "Studenci tworzyli przyjacielską, blisko ze sobą związaną społeczność, mieli swoich ulubieńców, którzy wskazywali im drogę w kwestiach dotyczących wspólnych trosk i interesów (...) Jeśli w kraju wydarzyło się coś wyjątkowego, co poruszało i raniło uczucia moralne młodych, jesli jakiś nakaz władz oświatowych urażał naszą zbiorową dumę, wówczas wszyscy studenci stawali razem jak jeden mąż". Dobrym tego przykładem był Siergiej Zubatow - który w latach studenckich był zagorzałym rewolucjonistą i marksistą, ale gdy tylko ukończył studia, zaczął coraz częściej czytać Biblię i uczęszczać do cerkwi i zapał rewolucyjny szybko mu przeszedł. Ostatecznie zgłosił się do władz, jako znawca środowiska studenckiego i w 1902 r. został mianowany naczelnikiem moskiewskiego oddziału Ochrany (carskiej policji politycznej, powstałej na mocy ukazu cara Aleksandra III z 26 sierpnia 1881 r. - daty dzienne podaję tylko w odniesieniu do kalendarza gregoriańskiego obowiązującego w Europie i Ameryce, natomiast panujący wówczas w Rosji kalendarz juliański, był "opóźniony" do niego o dwanaście dni). To właśnie Siergiej Zubatow był autorem wielu późniejszych prowokacji i zamachów organizowanych przez tzw.: bojowe grupy rewolucyjne. To on zorganizował skuteczną siatkę informatorów-agentów-prowokatorów, mających nie tyle wnikać w dane środowisko rewolucyjne, ale już tam będących i działających od lat. Skutecznie potrafił "przekonywać" ludzi, aby donosili jemu (i jego ludziom) o wszelkich planach zamachów terrorystycznych i akcji bojowych czy nawet ekspropriacyjnych. Oczywiście takie metody były używane przez Ochranę już wcześniej, ale Zubatow znacznie je dopracował i udoskonalił. Będąc wcześniej rewolucjonistą, wiedział dobrze jak myślą i działają tacy ludzie i potrafił to skutecznie wykorzystywać w swej pracy. Stworzył on siatkę szpiegowską, zwaną "Grupą Azefa" która była bardzo skuteczna w działalności szpiegowskiej i pozwoliła zinfiltrować policji i żandarmerii wiele tajnych rosyjskich organizacji.
 
 

 
Jednocześnie Zubatow stał za kilkoma zamachami, które oficjalnie popełniali terroryści-rewolucjoniści, często zaś byli to prowokatorzy na usługach Zubatowa i tajnej policji. Zamachy na ministra Plehwego (do którego jeszcze wrócę), wielkiego księcia Sergiusza, gubernatora Petersburga von der Launitza i jeszcze kilku innych, były (według mnie) właśnie dziełem Zubatowa (oczywiście stuprocentowych dowodów na to nie ma, ale przecież w tych organizacjach byli prowokatorzy i agenci Zubatowa, a on sam i inni naczelnicy "Oddziału Ochrony Porządku i Bezpieczeństwa Publicznego", jak oficjalnie zwano Ochranę - jeśliby tylko chciał - mógłby skutecznie je uniemożliwić. Dlaczego więc nie chciał?). Faktem jest jednak, że agenci nie o wszystkim informowali swych oficerów prowadzących, a ci też nie zawsze wnikali w uzyskanie konkretnych informacji (nie chcieli? a może mieli takie właśnie polecenie?). Warto jednak zaznaczyć, że świadomość "zalania" organizacji rewolucyjnych policyjnymi szpionami, była dość szeroka w kręgach władzy i gdy do jakiegoś zamachu dochodziło, wówczas lokalny naczelnik musiał się srodze tłumaczyć, aby nie zostać oskarżony o współudział w morderstwie (przykład: gdy w 1906 r. doszło do nieudanego zamachu na życie premiera Piotra Stołypina, i gdy dwaj przebrani za oficerów gwardii rewolucjoniści, rzucili bombę w jego kierunku, naczelnik Ochrany w Petersburgu - gen. Gierasimow zbladł na twarzy i przez krótką chwilę nie mógł do siebie dojść, po czym w pierwszych słowach rzekł: "To nie mój agent, to zrobili socjal-rewolucjoniści maksymaliści pułkownika Trusiewicza!". Miał rację, to Trusiewicz nadzorował agenta o nazwisku Res, który działał w partii socjalistów-rewolucjonistów którzy przygotowywali ów zamach, zaś agenci Gierasimowa nic o tym wówczas nie wiedzieli. W samej Ochranie często również dochodziło do konfliktów. Było bowiem kilka wydziałów, które wzajemnie ze sobą walczyły (wydział tajny, wydział śledczy, wydział nadzoru, zaś w 1898 r. powstał jeszcze wydział specjalny, który był bezpośrednim centrum działań Departamentu Policji). Jednak poszczególne wydziały bardzo szybko uniezależniły się od Depo (Departament Policji) i zaczęły z nim konkurować. Ochrana prowadziła także teczki personalne nawet członków rodziny carskiej, a carowi (podczas podróży) zawsze towarzyszył orszak, złożony z 10-30 funkcjonariuszy Ochrany pałacowej.
 
 

 
Do Zubatowa, zamachu na ministra spraw wewnętrznych Wiaczesława Plehwe'go i powołania na jego miejsce Piotra Świętopełka-Mirskiego - co też będzie miało bezpośredni związek z wydarzeniami rozpoczynającymi Rewolucję 1905 r., a także działalnością innych prometeiskich Polaków, jak choćby Stanisława Koziełł-Poklewskiego, który namówił ministra Wittego do sojuszu z Brytyjczykami i opowiedzeniu się przeciwko Niemcom i Austro-Węgrom (a tylko konflikt zaborców mógł doprowadzić do odrodzenia się Polski, notabene do konfliktu z Rosją po stronie niemieckiej dążył inny wpływowy prometejczyk, przyjaciel cesarza Wilhelma II - hrabia Bogdan Hutten-Czapski. Polska sieć prometejska ciągnęła się wówczas od Konstantynopola, poprzez Moskwę, Petersburg, Berlin, Paryż, Londyn, Nowy Jork i Waszyngton - jak sądzicie, dlaczego Ignacy Jan Paderewski zyskał takie uznanie amerykańskiego establishmentu politycznego? Czy tylko swą genialną muzyką? Do odpowiedzi na to pytanie też jeszcze powrócę. Polscy tytani byli wówczas wszędzie i tak właśnie wykuwała się nasza Niepodległość. Natomiast to, co nam zaserwowano po 1989 r., to nie była zmiana prometejska i niepodległościowa, ale postubecka, resortowa transformacja komunizmu w postkomunizm. Ważne jest więc, aby zruzumieć że Niepodległość 1918 i "suwerenność" 1989 r. tworzyli ludzie ulokowani na dwóch zupełnie przeciwstawnych sobie krańcach politycznej sceny i związanych z nią celów), czy gen. Jana Jacynę - oficera armii carskiej, który po odzyskaniu Niepodległości został adiutantem Marszałka Piłsudskiego, związków pani Inessy Armand - sekretarki i kochanki Lenina - z polską (prometejską) rodziną Konstantynowiczów - powrócę i opowiem o tym w kolejnej części. Opowiem również, jak przez plany nowych (w założeniu zwycięskich oczywiście) wojen, reżim carski starał się rozładować napięte społeczne emocje i zamienić studencki bunt, na patriotyczny zapał młodzieży w zdobywanie nowych terenów w Azji i Europie przez mateczkę Rossiję. 
 
 
JÓZEF PIŁSUDSKI - ABY UNIKNĄĆ SKAZANIA, SYMULOWAŁ W LATACH 1900-1901 CHOROBĘ PSYCHICZNĄ, PRZEJAWIAJĄCĄ SIĘ W NIECHĘCI DO WIDOKU ROSYJSKIEGO MUNDURU I OBAW O ZATRUCIE (JADAŁ WIĘC TYLKO UGOTOWANE NA TWARDO JAJKA). OSTATECZNIE, PRZY POMOCY CZŁONKÓW POLSKIEJ PARTII SOCJALISTYCZNEJ, UCIEKŁ ZE SZPITALA PSYCHIATRYCZNEGO W PETERSBURGU I WRÓCIŁ DO KONGRESÓWKI, A NASTĘPNIE PRZEDOSTAŁ SIĘ DO "AUSTRIACKIEJ" GALICJI
 
 
 
 

 
 
 CDN.
  

niedziela, 7 lutego 2021

RELIGIA, A UJAWNIENIE SIĘ... "OBCYCH"

 CZYLI JAK POWITAĆ OBCE CYWILIZACJE I ZACHOWAĆ WIARĘ

 
 
 
 
 
 Nad podjęciem tego tematu zastanawiałem się już od jakiegoś czasu, a wydaje mi się on niezwykle ważny - szczególnie w sytuacji, przed którą wcześniej czy później ludzkość stanie, czyli kontaktu lub też ujawnienia się obcych. Celowo piszę tutaj o "ujawnieniu" się, a nie o "przybyciu", gdyż z tego co zdążyłem się już zorientować (zgłębiając temat UFO i starożytnej historii ludzkości) wydaje się bardziej prawdopodobne stwierdzić, iż kosmici już przebywają na Ziemi, a nie że dopiero na nią przybędą (chociaż istnieją też informacje - oczywiście nie wiadomo czy prawdziwe - iż "prawdziwi" obcy właśnie zmierzają w kierunku Ziemi i że kontakt z nimi może się źle dla nas skończyć). Według tego, co do tej pory zamieściłem w serii "Historia Życia, Wszechświata, Wszelkiej Cywilizacji" wydaje się pewne, że "obcy" przebywali na Ziemi przed setkami tysięcy (a nawet milionów) lat i założyli tu wiele "swoich" cywilizacji, a także dali początek ludzkiej rasie. Z serii tej (opartej na channelingach) wynika również, że kosmici po pewnym czasie "odlecieli" z Ziemi, pozostawiając ludzkości niepodzielną władzę nad całą planetą (a w rzeczywistości wybranym przez siebie genetycznym potomkom, lub tym, którzy mieli pełnić rolę pośredników - zwanych kapłanami czy prorokami). Pytanie tylko brzmi, czy rzeczywiście owi "bogowie" odlecieli z Ziemi i czy... mieli dokąd? Może bowiem okazać się, iż Ziemia wcale nie należy tylko do ludzkości i że "pretensje" do niej rości sobie wiele ras i ludów, które my moglibyśmy określić jako "kosmiczne" lub "obce". Kiedyś już przedstawiłem wywiad z Reptilianką (tutaj), z którego by wynikało, że jej rasa wcale nie uważa się za "kosmitów", lecz właśnie za Ziemian i deklaruje że to oni są pierwszymi, prawdziwymi panami tej planety. Wydaje się, iż tak samo sądzą nie tylko Reptilianie, ale i inne rasy, które "czasem odwiedzają" naszą Ziemię. Można z tego wywnioskować, że... realnie nie są oni żadnymi kosmitami, a przynajmniej przestali nimi być setki tysięcy lat temu i... wcale też nie opuścili Niebieskiej Planety. Seria "Faceci w czerni" to co prawda komedia (nawet dość głupkowata i nudna), ale wydaje się, iż może być znacznie bardziej oparta na prawdzie, niż te, o przybyszach z kosmosu atakujących Ziemię (jak na przykład "Dzień Niepodległości" czy "Marsjanie atakują").
 
Bez wątpienia "kosmici" przyspieszyli rozwój ludzkości (zresztą według channelingów ludzkie DNA jest mieszanką genów tak różnych kosmicznych ras i ludów, iż ciężko dziś byłoby odgadnąć pierwotne ich pochodzenie). Przyspieszyli też ludzką cywilizację (która często wyrastała na gruzach dawnej ziemskiej cywilizacji "kosmitów"). Nie wiadomo dokładnie, ale mówi się że po dziś dzień na Ziemi przebywa kilka (cztery, może pięć) "ras kosmitów", które najprawdopodobniej uważają tę planetę za co najmniej swój drugi dom (jeśli nie za swą pierwotną ojczyznę). Wychodząc z tego założenia, nie mogą to więc być "obcy", a raczej nieco tylko inni Ziemianie (co ciekawe - niektóre z tych pięciu ras są nam wrogie, inne zaś niekoniecznie). Według tego, co mówią channelingi (i nie tylko one) owi "obcy Ziemianie" byli też twórcami istniejących na tej planecie religii. Przy tworzeniu niektórych angażowali się osobiście, inne powstały dzięki ich pośrednim kontaktom z ludźmi, ale w taki, lub inny sposób byli zaangażowani w ich powstanie. I tutaj dochodzimy do ciekawego pytania, a mianowicie - jeśli "obcy" to Ziemianie, to jak my mamy się do nich odnosić (gdy się już ujawnią), oraz czy... powinniśmy ich nawracać? Wiem że pytanie to samo w sobie jest trochę nielogiczne, ale warto je zadać, gdyż nie ma pewności skąd realnie przybyli "obcy" i z jakimi intencjami. Istnieje taka hipoteza, że ci wszyscy "obcy", to tak naprawdę ludzie lub też inne rasy zamieszkujące Ziemię, tylko... w bardzo różnych wymiarach. A że istnieje nieskończona (a przynajmniej bardzo duża) liczba wymiarów, to zapewne nie muszę tutaj dodawać. Kto wie, czy na którejś z kolei "Ziemi" technologia nie pozwoliła ludziom osiągnąć takiego rozwoju, iż byliby zdolni do podróży między wymiarami. Wychodząc z tego punktu widzenia, stwierdzenie iż są "Ziemianami" może rzeczywiście odpowiadać prawdzie, ale to znów postawiłoby na głowie wiele spraw i stworzyło więcej pytań, niż moglibyśmy uzyskać odpowiedzi. Jeśli istnieje możliwość podróży między-wymiarowych (a uważam że istnieje), to możemy być pewni, iż istnieją też alternatywne Ziemie na których rzeczywistość może wyglądać zupełnie inaczej.
 
Może na przykład zaistnieć Ziemia, na której doszło do atomowej katastrofy w wyniku III Wojny Światowej, Ziemia gdzie naziści wygrali wojnę i los ludzkości jest nie do pozazdroszczenia. Ziemia którą opanowali komuniści z ich marksistowskimi teoriami, prowadzącymi do całkowitego zniewolenia ludzkości, Ziemia na której panują fundamentaliści religijni lub też czciciele diabła. Ziemia rządzona przez kobiety, gdzie mężczyźni zostali sprowadzeni do roli seksualnych reproduktorów i niewolników, a także Ziemia, gdzie to kobiety zostały niewolnicami zdolnymi jedynie do rodzenia dzieci i służenia swym męskim władcom. Z pewnością istnieje również i Ziemia, gdzie wciąż panuje średniowiecze lub też starożytność. Zapewne są też takie "Ziemie" gdzie ludzkość jest rasą stojącą na niższym poziomie rozwoju, a dominują inni człekokształtni, jak choćby małpy ("Planeta Małp") albo właśnie Reptilianie, którzy wyewoluowali z... dinozaurów (zagłada tych wielkich gadów przed 66 milionami lat, wcale nie była pewna. Gdyby bowiem ów "kosmiczny głaz" spadł nie tam, gdzie spadł w rzeczywistości, czyli w rejonie Jukatanu - ci, którzy tym sterowali, dobrze wiedzieli gdzie "uderzyć" - a np. wpadł do Rowu Mariańskiego i głębokiej wody, skutki zniszczenia planety mogły być wówczas znacznie mniejsze, a co za tym idzie wymrzeć mogłaby zaledwie część populacji dinozaurów. Reszta by przetrwała i zapewne - dzięki pomocy "z zewnątrz", lub nawet bez pomocy, mogła ewoluować do bardziej rozumnych istot, którymi zresztą pierwotnie zapewne byli przodkowie owych dinozaurów. A wówczas ssaki stałyby się nie tylko przysmakiem, ale i nie byłyby w stanie nigdy osiągnąć takiej pozycji, jaką udało im się zdobyć po wymarciu dinozaurów. W najlepszym razie stalibyśmy się niewolnikami owych "pierwotnych panów Ziemi" jak twierdziła przytoczona wyżej Reptilianka, bez możliwości rozwoju i jakiejkolwiek szansy na wyzwolenie). Zapewne istnieje też "Ziemia", gdzie ludzkość nigdy nie powstała i dominują na niej zupełnie inne gatunki, lub też taka, na której życie nie jest już możliwe, ze względu na panujący na jej powierzchni gorąc. Z pewnością też istnieją i takie "Ziemie", gdzie cywilizacja poszła daleko do przodu w porównaniu z naszą i gdzie owi "Ziemianie" rzeczywiście mogli (szczególnie w starożytności lub średniowieczu) uchodzić za bogów. We wcześniejszych tematach z serii "Historia Życia..." pisałem też o istniejącej - choć nieformalnej - "lidze obrony Ziemi" złożonej z "obcych" (Plejadian, Syrian, Procjan, Andromedan), która czuwa nad tym, aby nasz rozwój przebiegał w miarę bez większych zawirowań (np. klęska nazistów, upadek komunizmu, niedopuszczenie do zagłady nuklearnej itp.), choć może jej skład i działalność przybiera jeszcze inne formy, niż to nam się wydaje.
 
 
PUŁKOWNIK RYSZARD KUKLIŃSKI ZAPOBIEGŁ WYBUCHOWI WOJNY NUKLEARNEJ NA POCZĄTKU LAT 80-tych, DZIĘKI PRZEKAZANIU AMERYKANOM NAJBARDZIEJ STRZEŻONYCH TAJEMNIC SOWIECKIEJ ARMII, KTÓRE MIAŁY TĘ WAGĘ, IŻ PO WYBUCHU KONFLIKTU, WOJNA TRWAŁABY ZALEDWIE... KILKANAŚCIE MINUT, PO CZYM KLĘSKA SOWIETÓW BYŁABY CAŁKOWITA. I NIE ROBIŁ TEGO DLA PIENIĘDZY, ANI NIE UWAŻAŁ ŻE ZDRADZA TYM WŁASNY KRAJ, GDYŻ GODZIŁ W SOWIETÓW I NIE CHCIAŁ NAWET ZOSTAĆ EWAKUOWANYM, TWIERDZĄC ŻE W POLSCE "JEST U SIEBIE" (A POTEM, JUŻ W USA CZĘSTO MIAŁ ŁZY W OCZACH, GDY SPOGLĄDAŁ NA MORZE W KIERUNKU POLSKI, ZAŚ AMERYKANIE NIGDY NIE UWAŻALI GO ZA SZPIEGA, A MÓWILI O NIM PO PROSTU "PRZYJACIEL"). ALE PRZECIEŻ NIE BYŁ ON JEDYNYM BOHATEREM ZIMNEJ WOJNY, KTÓRY OCALIŁ DLA NAS POKÓJ I ŻYCIE, CHOĆ SAM ZAPŁACIŁ ZA TO NAJWYŻSZĄ KARĘ
 
 


Być może owa "ludzkość" z innych wymiarów przyszłości, opierając się na własnych doświadczeniach (np. ze sztuczną inteligencją i rozwojem robotyki) lub właśnie "skacząc" między wymiarami do innych "Ziem", wie dobrze co oznacza wdrożenie różnych fanatyzmów w życie i dlatego tak kieruje "ręką naszych dziejów", że różni "naprawiacze świata" o totalitarnych zapędach zawsze kończą marnie. Oczywiście jest to tylko moja prywatna hipoteza, jednak bez wątpienia warta głębszego zastanowienia i analizy. Warto też się zastanowić, jak w takiej sytuacji utrzymać swą wiarę w Boga i pozostać wierny nie tyle samej religii, co przesłaniu danemu nam przez Mistrza. Mam tutaj oczywiście na myśli Jezusa Chrystusa i sens Jego nauki, oraz przekaz wyrażony do uczniów w słowach: "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do skończenia świata" (Mt. 28, 19-20). Czy warto by było wyjść z takim przekazem do "obcych"? Wydaje mi się - i nie jestem w tym osamotniony - że tak, bez względu na to, jak bardzo zaawansowana byłaby istota do której byśmy się zwracali. Przyznam się szczerze, że przekonał mnie o tym ojciec Guy Consalmagno, który sam mocno przekonany w istnienie "pozaziemskiego życia" (zresztą, jako wychowanek jezuity Gabriela Funesa - który twierdził iż nie ma konfliktu między wiarą w Boga, a wiarą w obce cywilizacje - nie mógł myśleć inaczej), stwierdził kilka lat temu, iż nie ma znaczenia czy masz "ręce, czy macki", a naukę Chrystusa zawsze należy poznać. Zresztą Kościół to najstarsza organizacja w dziejach ludzkości, która nieprzerwanie od 2000 lat utrzymuje i zbiera wszelkie informacje na temat "obcych", zapewne więc jego przedstawiciele wiedzą co mówią (papież Franciszek stwierdził w 2014 r. że podjąłby się ochrzczenia "kosmity"). Doprawdy wielu było kapłanów, którzy - począwszy od lat 50-tych - byli przekonani w istnienie obcych cywilizacji (niektórzy z nich nawet byli wtajemniczeni w badanie ciał "obcych" np. po katastrofie z Rosvell, a jednocześnie nigdy nie byli to kapłani "liberalni", czy też zwolennicy zmian soborowych, tylko zdecydowani konserwatywni antykomuniści. I ci właśnie ludzie twierdzili otwarcie, że "obcy" nie tylko istnieją, ale że wręcz "mogli nas stworzyć" (prałat Corrado Balducci), lub też, że: "Synowie Boży są wszędzie" (papież Jan XXIII). Ponoć papież Jan Paweł II miał sporą wiedzę na temat kosmitów (jak już wspomniałem, Watykan to niezmierzone bogactwo wiedzy na temat "sił nadprzyrodzonych") i zamierzał nawet przekazać ludziom nieco informacji na ten temat, ale został skutecznie "przekonany" aby jednak tego nie czynił.
 
 
 "MIŁOŚĆ PRZETRWA WIEKI"
 

 
Oczywiście nieco dziwnym byłoby nauczanie o Jezusie istot, które same niegdyś mogły go tu posłać (Plejadianie, TJehooba), jednak ja również uważam że kosmici powinni zostać ochrzczeni, gdyż nauka Chrystusa jest uniwersalna i przyjęcie jej przez "obcych" mogłoby (zakładając oczywiście, iż istoty te kierują się również uczuciem miłości, a nie tylko zimnej logiki) spowodować zgodne współżycie naszych ras (zresztą zapewne istnieje też alternatywna Ziemia, gdzie jedna lub więcej ras "obcych" żyje w zgodzie i harmonii z ludźmi, zamieszkując wspólną planetę) dlatego uważam że "kosmitów" (po ich ujawnieniu) należy zapoznać z nauką Jezusa i ochrzcić. To przecież nigdy nie zawadzi, a z pewnością pomoże w zgodnym rozwoju naszych kilku (a być może kilkunastu) wspólnych ras "Ziemian", każdy z osobna uzurpujących sobie prawo do tej jednej - Niebieskiej Planety.