Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AUSTRO-WĘGRY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą AUSTRO-WĘGRY. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 października 2024

TRIANON - WĘGIERSKA TRAUMA - Cz. I

I DO DZIŚ NIEZABLIŹNIONA RANA




 Był szczególnie brzydki piątek 4 czerwca 1920 r. Chociaż to już było lato, dzień był chłodny, pochmurny, wyjątkowo nieprzyjemny, a słońca praktycznie nie widać było za gęstych chmur, które przetaczały się po niebie. W zasadzie dzień ten oddawał nastrój ludzi, zebranych na Placu Bohaterów w Budapeszcie, którzy tego właśnie dnia rozpoczynali swoją narodową żałobę, trwającą tak naprawdę do dziś dnia (czyli już ponad 100 lat). Cóż takiego się wydarzyło, że naród węgierski do dzisiaj postrzega tamto wydarzenie jako narodową tragedię, wręcz rozbiór państwa, które było jednym z największych w Europie, a skończyło jako niewiele znaczący ogryzek Europy Środkowej (choć akurat tutaj też liczą się elity, co współcześnie pokazuje chociażby przykład Wiktora Orbana, czy premiera Słowacji Roberta Fico - którzy są wielkimi przywódcami małych państw. Natomiast zarówno Węgry jak i Słowacja, Czechy, Rumunia, Bułgaria, te wszystkie kraje zachowały swoją pierwotną elitę polityczną, która co prawda nieco się zmieniła w czasach komunistycznych, ale nie aż tak bardzo jak to miało miejsce u nas. Nasza elita kończyła w dołach śmierci w Katyniu, w Palmirach, w niemieckich obozach koncentracyjnych i w sowieckich łagrach, a ci którym udało się przetrwać,  osiedli na Zachodzie {tam też osiadło również wielu wybitnych polskich naukowców, którzy później przez lata pracowali na wielkość USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy innych krajów, tylko nie Polski - bo tutaj najpierw Sowieci z Niemcami urządzili krwawą łaźnię, a następnie przez lata komunistycznego zniewolenia tak naprawdę nie dało się ani pracować, ani żyć wybitnym jednostkom}. Nasze nowe "elity" przyjechały na sowieckich tankach ze Wschodu, a w ciągu kolejnych dekad jedynie dokooptowano do tego towarzystwa technokratów {i najróżniejszych politycznych cwaniaków}, którzy aby przetrwać, musieli działać i mówić tak jak tamci. Węgrom ta katastrofa została oszczędzona, dlatego też dzisiaj Węgry mają węgierskiego Orbana, a my mamy niemieckiego Tuska).

Węgry zostały zranione, mocno zranione, choć w ich przekonaniu kara jaka została im zadana, była niewspółmierna do ich ewentualnej winy. Bo cóż też było miało być tą winą? Że Węgry w dualistycznej monarchii z Austrią, razem walczyły po stronie Państw Centralnych w Wielkiej Wojnie? A jaki miały wybór? Żadnego! tym bardziej że cesarz z rodu Habsburgów (rezydujący głównie w Wiedniu) był równocześnie ich królem. Z tego też powodu przedstawiciele zwycięskich mocarstw uznali to państwo za pokonane i wrogie, a tym samym narzucili mu tak drakońskie warunki, jakich nie narzucono żadnemu innemu państwu z którym Ententa toczyła Wielką Wojnę. Tak więc 4 czerwca 1920 r. dokładnie o godzinie 16:15 w Pałacu Trianon pod Paryżem, dwaj węgierscy przedstawiciele: minister spraw socjalnych Ákos Benárd i ambasador Alfréd Drasche-Lázár (w towarzystwie Ivána Praznovszkyego, hrabiego Istvána Csáskyego, radcy ambasady Jánosa Wettsteina i sekretarza Arnó Bobrika) podpisali dokument hańby, który realnie oznaczał rozbiór Wielkich Węgier. Przyglądało się temu 22 przedstawicieli Ententy i państw z nią stowarzyszonych, oraz 4 przedstawicieli doproszonych z Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Republiki Południowej Afryki. Po stronie węgierskiej dokument ten podpisywało przedstawicielstwo o tak niskiej hierarchii dyplomatycznej, ponieważ żaden inny polityk na Węgrzech nie chciał podpisać tego traktatu, aby nikt nie kojarzył owej hańby z jego nazwiskiem. Wyznaczono więc do tego ludzi pośrednich, gdyż ktoś musiał to podpisać bo inaczej Węgry stałyby się pariasem Europy i chcąc nie chcąc zostały do tego zmuszone, ale Węgrzy w swej świadomości wypierali tę hańbę (i wypierają ją poniekąd po dziś dzień).

Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego Węgrzy odczuwają tak wielką stratę, jaką ponieśli na korzyść państw sąsiednich: głównie Rumunii (utracono obszar 103 095 km² i 5 257 467 ludności), Czechosłowacji (61 633 km² i 3 517 568 ludności), Królestwa Serbii, Chorwacji i Słowenii - od 1929 r Jugosławii (20 551 km² i 1 509 295 ludności), Austrii (4 020 km²), Włoch (jakiś niewielkie tereny na Słowacji), a także Polski (dwie wioski na Spiszu, zamieszkałe łącznie przez 230 osób). Kraj który jeszcze w 1918 r. liczył 282 870 km² i 18 264 000 ludności, w roku 1920 liczył już 92 963 km² i 7 615 117 ludności, czyli zmniejszył się o ponad 10 649 000 mieszkańców, z czego jakieś 30% to byli rodowici Węgrzy. Zresztą zarówno w Siedmiogrodzie (przyłączonym do Rumunii), jak również na Słowacji (która stała się częścią Czechosłowacji), Węgrzy zamieszkiwali głównie miasta, a także stanowili lokalną elitę. Wszystkie zamki na Słowacji, jak również wszystkie dwory w Siedmiogrodzie należały do Węgrów, natomiast Słowacy (i Rumunii) to byli głównie chłopi. Włoski podróżnik Claudio Magris tak opisywał słowacką ziemię: "Większość panów zamieszkujących te posiadłości stanowili Węgrzy. Dla słowackich chłopów pozostawały drevenice, chaty lub małe domy z desek, połączonych słomą lub suchym nawozem. (...) ręce chłopek z leżącej u podnóża zamku wioski dziś jeszcze są barwy ziemi, wysuszone i sękate niczym korzenie drzew, torujące sobie drogę pośród kamieni. (...) przez wieki Słowacy byli ludem ignorowanym, nieznanym substratem i tkanką swego kraju, podobnym owej słomie i suchemu nawozowi spajającemu drevenice". Wielkie Węgry, Węgry historyczne przeszły do historii, pozostał ogryzek, którym obecnie włada Wiktor Orban.




Nim jeszcze w Pałacu Trianon przedstawiciele Węgier zostali zmuszeni do podpisania owego haniebnego traktatu, który nazwano traktatem pokojowym - czyli 4 czerwca 1920 r. (a więc na zaledwie jeden dzień przed rozpoczęciem ofensywy Siemiona Budionnego na Ukrainie, gdyż od 7 maja 1920 r. Wojsko Polskie przebywało w Kijowie a front stał na Dnieprze, Białej Cerkwi, Samhorodku, Piskowie, Hajsynie,  Bracławiu aż do Dniestru), już od rana, od godziny 8:00 na Placu Bohaterów w Budapeszcie (przed ustawionym w 1895 r. Panteonem węgierskich królów) zaczął gromadzić się gęsty tłum. W tłumie tym licznie znajdowali się uchodźcy z ziem które od Węgier odpadały, a którzy przybyli do stolicy aby zamanifestować swój sprzeciw wobec rozpadu kraju, sprzeciw wobec rozbioru Węgier po ponad tysiącletniej jego historii. Przybyli oni tam z transparentami ziem, które odpadały od węgierskiej macierzy i można było wówczas przeczytać nazwy owych ziem: Górne Węgry (czyli dzisiejsza Słowacja), Siedmiogród, Kraina Południowa (dzisiejsza Wojwodina). Obok czerwono-biało-zielonych sztandarów powiewały tam również czarne, żałobne proporce i proporcjonalnie było ich znacznie więcej niż flag narodowych Węgier. Ok. godziny 9:30 tłum sprzed Placu Bohaterów ruszył aleją Andrássyego ku Bazylice św. Stefana, gdzie też o godzinie 10:00 miało się odbyć nabożeństwo żałobne. Po drodze śpiewano hymn narodowy na przemian z węgierskimi pieśniami patriotycznymi, a także dały się słyszeć tu i ówdzie pojawiające się okrzyki: "Precz z Ententą!", "Sprawiedliwość dla Węgier!", "To nie pokój!". Tuż przed godziną 10:00 we wszystkich kościołach w Budapeszcie rozdzwoniły się dzwony, stanęły wszystkie tramwaje, a na 5 minut również pociągi i statki na Dunaju. Mszę w Bazylice św. Stefana odprawił opat Kálmán Kovács (gdyż biskup István Zadravecz był wówczas chory), który w ostatnich słowach swego kazania zwrócił się do zebranych: "Pokażemy, że chcemy żyć i żyć będziemy. Nie zgorzknienie i nie nienawiść wiodą nas, gdyż wierzymy w odrodzenie, lepszą przyszłość, w którą z pomocą boską nieustannie ufamy". Na zakończenie tłum odśpiewał hymn, po czym ludzie przeszli pod pomnik narodowego poety Sándora Patöfiego, gdzie również odśpiewano hymn i rozwiązano zgromadzenie. Udając się do swych domów ludzie szli w smutku, niektórzy płakali - potworna żałoba spadła wówczas na Węgry.

O godzinie 11:05 zebrało się Zgromadzenie Narodowe, a głos zabrał reprezentujący komitat Veszprém - István Rokovszky, który po odczytaniu krótkiego oświadczenia parlamentu Węgier w tej sprawie, wypowiedział na koniec takie oto słowa: "W dniu dzisiejszym Węgry znalazły się w historycznym punkcie zwrotnym. Dziś podpisany zostanie układ pokojowy, który oznacza rozdrobnienie naszego tysiącletniego państwa. Nazywają traktatem pokojowym to, co nie gwarantuje wiecznego pokoju, lecz wieczny niepokój" (z sali wówczas dało się słyszeć głosy: "Właśnie, właśnie...!"). (...) "Nikogo nie można przymusić do czegoś, co jest niewykonalne" - kontynuował Rokovszky i zwrócił się do tych Węgrów, którzy: "są dziś od nas odcinani: po tysiącletnim wspólnym życiu i losie musimy się rozejść, ale nie na zawsze!" (z sali padły głosy: "Nie na zawsze!", "Nigdy!"). Co doprowadziło Węgry do takiej tragedii, której efekty tak naprawdę ciążą na nich po dziś dzień? Wielu Węgrów uważało że głównym spirytus movens owej hańby traktatu z Trianon do której zostali zmuszeni, był premier Francji Georges Clemenceau. Opowiadano sobie że wpływ na to miał jego osobiste doświadczenia, a mianowicie to, że jego syn poślubił Węgierkę - Idę Michnay, z którą później się rozwiódł. Powodem rozwodu miał być romans, w jaki wydałaś się Ida w czasie, gdy młody Clemenceau był na froncie. Georges raczej nie utrzymywał dobrych stosunków ze swym synem, natomiast z synową dosyć ożywione, wspierał ją i pomagał, ale jego stosunek również się zmienił po tym, jak wyszło na jaw, że Ida rzeczywiście zdradzała jego syna (ten porzucił ją wówczas z dwojgiem dzieci). Na Węgrzech uznano więc oficjalnie że powodem niechęci Francuzów - a szczególnie właśnie Clemenceau do Węgier, była jego osobista, rodzinna trauma, której następnie dawał on wyraz, dyktując Węgrom tak okrutne warunki pokojowe.

Jaka była jednak prawda? Kto zawinił, kto rzeczywiście ponosił odpowiedzialność i gdzie należy jej szukać? Czy wśród przedstawicieli państw Ententy którzy na mapie Europy w Wersalu nie byli w stanie znaleźć Wisły tylko dlatego, że była ona tam zapisana po niemiecku? Czy może jednak winę ponosili sami Węgrzy, którzy należąc do dualistycznej monarchii również przegrali wojnę, a Austriacy pociągnęli ich na dno za sobą? O tym opowiem już w kolejnej części tej nowej serii, która jednocześnie jest pierwszą na temat Węgier jako takich. 




Poza tym jak to mówi się w tym przysłowiu: "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki". Węgrom należy oddać szacunek, jako że bez ich wsparcia, a przede wszystkim bez ich amunicji - którą dostarczyli nam w kluczowych dniach Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. przegralibyśmy tę bitwę (gdyż nie mieliśmy już czym strzelać, a wszystkie fabryki amunicji w naszym kraju zostały zniszczone kompletnie w czasie Wielkiej Wojny) i co za tym idzie Sowieci doszliby do Niemiec, a prawdopodobnie również do Francji, Włoch i Hiszpanii. Powstałaby nowa komunistyczna, zjednoczona Europa, zbudowana oczywiście na milionach zamordowanych "wrogów socjalizmu". W 1939 r Hitler chciał aby Węgry również uczestniczyły w agresji na Polskę, ale premier Węgier Pál Teleki powiedział, że jakakolwiek akcja wymierzona przeciwko Polsce ze strony Węgier jest niemożliwa ze względu na zaszłości historyczne i względy moralne, a przez jakąkolwiek akcję rozumie również przemarsz przez węgierskie terytorium wojsk niemieckich i zapowiedział że jeżeli Niemcy nadal będą naciskać i usiłować wymusić takie działania, to gotów jest użyć siły. Potem po klęsce w 1939 r. Węgrzy bardzo często przymykali oko na internowanych na Węgrzech żołnierzy polskich. Dochodziło do tego, że Polacy chodzili sobie po mieście zupełnie nie pilnowani, a wielu z nich już nie wracało do obozu internowania, tylko przedzierali się dalej do Francji, do tworzonego tam Wojska Polskiego, aby dalej walczyć z niemieckim okupantem które zniszczył nam kraj. Węgrzy też pomagali nam w czasie rzezi na Wołyniu w 1943 r. chroniąc ludność polską przed ukraińskimi nacjonalistami z OUN-UPA, a także w Powstaniu Warszawskim 1944 r. Odpłaciliśmy im się w roku 1956 w czasie Powstania Węgierskiego gdy Sowieci niszczyli wolnościowy zryw Węgrów. Wówczas w Polsce organizowano powszechną pomoc dla krwawiących Węgier, oddawano masowo krew, polskie dzieci wysyłały zabawki dla dzieci węgierskich, przygotowywano leki, środki opatrunkowe, ubrania nawet żywność. To wspólne wsparcie z Bratankami poniekąd przetrwało do dziś.





PS: Kochani ostatnio jestem tam tak zawalony pracą, że dosłownie nie wiem w co ręce mam włożyć, dlatego też nieco mniej angażuję i tutaj na tym blogu, aczkolwiek być może szybko się to zmieni. Zobaczymy jak szybko uda mi się pewne sprawy uporządkować (i to sprawy które się nagle niestety zwaliły mi się na głowę i wymagają niezwłocznej interwencji). Cóż, nikt nie powiedział że będzie łatwo (a nie chcę nie będę się tutaj skarżyć).


CDN.

czwartek, 5 października 2023

CIEKAWOSTKI Z BELLE EPOQUE - Cz. I

Z DZIEJÓW CESARSKO-KRÓLEWSKIEJ PRASY


 Dziś taki mały przerywnik anegdotyczny związany z Belle Époque z państwa Franciszka Józefa I (choć może uda mi się zamienić to w kolejną serię, bowiem kilka ciekawostek przygotowałem). Jest to informacja prasowa na temat polskiego oficera służącego w 56 Pułku Piechoty w Krakowie, który został skazany przez sąd na degradację i trzymiesięczny areszt, za awanturę jaka została wywołana na tle narodowościowym. Opis całej tej sytuacji pojawił się w Ilustrowanym Kurierze Codziennym w Krakowie z dnia 3 stycznia 1911 r. Warto przeczytać jako pewną ciekawostkę z tamtych czasów.



OFICEROWIE CESARSKO-KRÓLEWSKIEJ ARMII
(1909)




SUROWY WYROK SĄDU WOJSKOWEGO


TRZY MIESIĄCE ARESZTU I DEGRADACYA ZA OBRAZĘ CZCI



W onegdajszym numerze podaliśmy telegraficzną wiadomość z Wiednia, według której oficer 56 pp. w Krakowie p. Maryan Sakiewicz został skazany na utratę szarży oficerskiej i trzechmiesięczny areszt garnizonowy za obrazę czci, popełnioną na osobie towarzysza pułkowego porucznika Wernera. Obecnie nadchodzą bliższe szczegóły w tej smutnej sprawie.

Po ukończeniu szkoły kadeckiej w roku 1901 wstąpił Maryan Sakiewicz w randze podchorążego do 56 pp. w Krakowie. W rok później został porucznikiem. Był wzorowym oficerem, nie miał żadnej kary, prowadził się solidnie i nie miał żadnych długów, to też tak koledzy, jak i przełożeni bardzo go cenili i lubieli.

W dniu 22 listopada 1909 grał porucznik Sakiewicz jeszcze z dwoma porucznikami w taroka, a porucznik Werner "kibicował", ale w ten sposób, że ustawicznie się do gry wtrącał, czem bardzo partnerów irytował. Po grze wybuchła sprzeczka między Sakiewiczem i Wernerem, w toku której Sakiewicz się odezwał: "Odejdź, ty "hochstaplerze", ty wogóle nie masz nic do gadania". Porucznik Werner odparł na to: „Ty jesteś polskim "hochstaplerem", jak w ogóle wszyscy Polacy!

Tą obrazą swej narodowości uczuł się Sakiewicz tem bardziej dotknięty, że Werner jeszcze poprzednio się wyraził, iż "raczejby się ożenił z czeską kucharką, aniżeli z polską hrabiną". Porucznik Sakiewicz wpadł w pasyę i w najwyższem zdenerwowaniu rzucił Wernerowi obelgę: "Ty mnie w ogóle nie możesz obrazić! Tobie, gdy ci się napluje w twarz, zdaje się, że to deszcz pada". Werner posłał nazajutrz Sakiewiczowi sekundantów, lecz komendant pułku zakazał pojedynku i skierował sprawę do sądu honorowego, który ze swej strony odstąpił sprawę sądowi wojskowemu.

Że przełożeni Sakiewicza nie przywiązywali do tej całej sprawy zbyt wielkiego znaczenia, wynika choćby z tego, że już w toku postępowania sądowego porucznik Sakiewicz został zamianowany samodzielnym komendantem pułkowego oddziału karabinów maszynowych, stanowisko, na które powołuje się tylko wybitnie zdolnych i dobrze opisanych oficerów.




Sąd wojskowy pierwszej instancyi skazał Sakiewicza na kilka dni zwykłego aresztu, przyczem przyjął sąd wszystkie okoliczności łagodzące, jak zdenerwowanie, nienaganne prowadzenie się i t. d.

Komendant korpusu bar. Weigel jednak nie potwierdził tego wyroku, wskutek czego w myśl procedury wojskowej, sprawa cała poszła przed wyższy sąd wojskowy w Wiedniu. Sąd ten nie uwzględnił żadnych okoliczności łagodzących, lecz skazał Sakiewicza za obrazę czci na trzy miesiące aresztu garnizonowego, utratę stopnia oficerskiego, utratę wojskowego krzyża jubileuszowego i usunięcie z szeregów armii.

Wyrok ten, zatwierdzony onegdaj przez III-cią instancyę, to jest przez najwyższy Trybunał wojskowy jest już nieodwołalnie prawomocny.

Wyrok ten sądu wojskowego wywołał w szerokich kołach ludności cywilnej silne wrażenie, ba nawet w kołach wiedeńskich!

Komendant pułku, który niepozwolił na pojedynek, lecz sprawę skierował do sądu honorowego, zasługuje na uznanie, gdyż raz już trzeba energicznie wyplenić manię pojedynkowania się, manię która rok rocznie tyle ofiar pochłania. Jak nas informują sprawa zostanie poruszoną przez posłów polskich w parlamencie, a nie wątpimy, że minister wojny, który dba o dobre stosunki między ludnością cywilną a wojskowymi zwłaszcza w krajach różnej narodowości da zadawalniającą odpowiedź.





Taki wstępniak dla tej serii, w następnej części opiszę romantyczną, aczkolwiek zakończoną tragicznie miłość dwojga ludzi pod rosyjskim zaborem.




CDN.

piątek, 28 października 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. X

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. X

 
 
PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
 
293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE
 
 
 W piątek 11 września bardzo wczesnym rankiem, bo przed godz. 3-cią wypędziły wszystkich w mieście z łóżek okrutne huki, od których aż szyby dzwoniły. Kanonada ta piekielna trwała cały dzień bez przestanku i chwilami się zdawało, że walka toczy się pod samem miastem. Rannych zwożono także mnóstwo i w tak okrutnym stanie, iż lekarze podołać nie mogli pracy koło nich. Przejmujące sceny odgrywały się we wszystkich lazaretach - jedni błagali, by ich dobić, potruć - inni znów żegnali się z pozostawioną daleko rodziną, biadając w rozpaczy, iż nigdy jej choćby na chwilę nie będą oglądać. Pod wpływem ogromnych strat, żołnierze nie mieli całkiem ochoty do walki - na rogatkach widziano rzucających się na kolana i błagających Boga, by dał już pokój. Niechęć i obawa przed wojną tak dalece ich przejęła, że sami się kaleczyli, przeważnie obcinając palce u lewej ręki, jak przekonano się z ogromnego mnóstwa w ten sposób okaleczonych w szpitalach. Z wojskiem rosyjskiem było tego dnia na polu bitwy najwidoczniej niedobrze, bo były chwile, że wypierano je niemal na same rogatki miejskie. Ogólnie też wierzono, że odwrót jego jest nieunikniony - czekano więc nań niecierpliwie. Na odpowiedni też grunt padła wiadomość, co lotem ptaka rozeszła się od razu po mieście całem, że na Zamarstynowie rzucił lotnik austryacki z aeroplanu jabłek kilka, w które wetknięte były kartki, pisane na maszynie w języku polskim. Aero-telegramy te szczególne, zawierały następujące powiadomienie:


"Bóg z Wami!
Francya prosiła o zawieszenie broni. Włochy i Bułgarya zajęły Serbię, Turcja wypowiedziała wojnę Rosyi. Lewe skrzydło rosyjskie przełamane, zajęte w Sygniówce i idą na powrót. Czekać cierpliwie kilka dni!"
 
 
Wiadomość ta sprawiła nie małe wrażenie na mało krytyczne masy i zaraz rozeszła się po mieście całem. Widocznie zaś dojść musiała i do uszu Rosjan, bo pewien oficer w jednym sklepie na Chorążczyźnie, kiedy kupcowa nie chciała mu wydać reszty z banknotu rosyjskiego, powiedział: "Nie chcecie przyjmować naszych pieniędzy, ale one będą miały nawet wartość podwójną - nie prawdą są te plotki z jabłek, my jesteśmy zwycięzcami, bo przyszliśmy tu do naszego starego, rdzennego kraju, do naszej ojcowizny, do starego naszego Lwowa" (gwoli wyjaśnienia - Lwów NIGDY nie należał do Rosji, ani za gosudarów - czyli wielkich książąt - ani za carów i dopiero stał się "rosyjski" po 1944 r. wraz z pochodem "wyzwolicielskiej Armii Czerwonej. Ale jak widać mentalność Moswkicinów nie zmieniła się, pomimo upływu ponad stu lat i wciąż jest taka sama - imperialna, rasistowska i bałamutna). Słowa te wypowiedział w wielkiem podrażnieniu i widocznie pod wpływem niepowodzeń. Kanonada, trwająca bez ustanku 30 godzin, zamilkła nagle w nocy około godz. w pół do dziesiątej, dochodząc to chwilowo głuchym odgłosem z coraz to większego oddalenia. W pół godziny potem okazały się na horyzoncie zachodnim języki płomieniste, a później całą połać zachodnią nieba zaległy dymy białe. Od tej chwili huki armatnie pożegnały miasto na długo, pogrążając Lwowian w zwątpienie i żal za nadzieją utraconą. Wojska monarchii cofnęły się dalej na zachód, a dla zrozpaczonej ludności znaczyło to zapieczętowanie na długo niewoli ciężkiej.
 
Nastrój w mieście z sobotą 12 września doznał wielkiego spadku - jak długo słychać było potężną muzykę setek gardzieli spiżowych, żywiono nadzieje najlepsze, a kiedy od wystrzałów ostatnich w nocy strzelanie ustało, poczęto źle z tego wróżyć. Dla uspokojenia umysłów postarały się władze o odpowiednie zarządzenie, które wprawdzie nie miało tego właśnie celu na myśli, ale tak zrozumiane zostało przez Lwowian, upatrujących najchętniej we wszystkim dowodów niepowodzeń rosyjskich. Wspominaliśmy już o werbowaniu ochotników do robót koło szańców przy pomocy publicznego wybębniania - sposób ten nie dopisał, bo nikt się nie chciał zgłaszać, wobec czego prezydent Rutowski podał do wiadomości mieszkańców następujące:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Zarząd wojskowy ogłasza za pośrednictwem magistratu miasta Lwowa, że potrzebuje do robót ziemnych w najbliższej okolicy Lwowa robotników w ilości przeszło tysiąca ludzi. Płaca 3 korony dziennie. 
Należy się zgłaszać na miejsce roboty wprost do oddziału saperów w Brzuchowicach, Grzybowicach, Sokolnikach, Zubrzy, Skniłowie i Białohorszczy.
 
Rutowski"   
 
 
Efekt powyższego obwieszczenia był chyba taki, że ludzie, widząc tak gwałtowną potrzebę robotników i zestawiając to z widocznemi stratami Rosyan, utwierdzili się w przekonaniu, iż ci jednak będą się musieli cofać, dlaczego też na gwałt się okopują w dawnych fortach austryackich. Dobrej myśli byli ludzie z jeszcze i innych względów, które same dla siebie niezbyt może doniosłe miały znaczenie, ale w ówczesnym, rozgorączkowanym nastroju umysłów jednak za takie uchodziły. Przywieziono mianowicie z pola walki pod miastem do szpitala dwu rannych ciężko generałów rosyjskich, którzy tego samego jeszcze dnia obydwaj umarli. Okoliczność ta, zdaniem ludzi - stwierdziła niepomyślny stan sprawy Rosyan, którzy przy tak wielkich stratach ponieść musieli jeszcze i podobny cios bolesny. Co zaś znaczenie faktu tego mocno zwiększało to szczegół, iż jednym z tych generałów był nie kto inny a tylko ów pierwszy dowódca rosyjski, który pamiętnego dnia 3-go września z rogatki Łyczakowskiej przemówił do mieszkańców Lwowa znanym już nam rozkazem złożenia wszelkiej broni. Generała-lejtnanta von Rode'go, komendanta 42 dywizyi piechoty, znali z nazwiska chyba wszyscy bez wyjątku Lwowianie. On to właśnie zmarł od ran w sobotę 12 września w wojskowym szpitalu we Lwowie. Dowodził wojskami w bitwie pod Janowem, gdzie na samym froncie wydawał rozkazy pod ogniem armat (proszę bardzo - a dziś na Ukrainie wszelkiej maści gienierałowie, komandirzy i pałkownicy chowają się po piwnicach w szkołach lub szpitalach, lub przebywają z daleka od linii frontu, nie mając jednocześnie ŻADNEGO kontaktu ze swoimi oddziałami, a tylko - gdy jest w miarę bezpiecznie - nad ranem przyjeżdżają samochodami do oddziałów liniowych, szybko wydają rozkazy i... uciekają w bezpieczne miejsce. Najwidoczniej nie uśmiecha im się ginąć w bezsensownej wojnie za Putina, tak jak tamtym, którzy ginęli w równie bezsensownej wojnie za cara Mikołaja II. Małe sprostowanie - bezsensowna ta wojna była dla państw zaborczych, dla nas... zbawienna) - odłamek kartacza austryackiego zranił go w pierś, po czem przewieziony został przez sanitaryuszy do Lwowa i tu ulokowany w hotelu Krakowskim. Mimo starań kilku lekarzy zmarł generał w sobotę. Zwłoki złożone w metalowej trumnie, przewieziono do grecko-oryentalnej cerkwi przy ulicy Franciszkańskiej. W niedzielę rano duchowny prawosławny odprawił żałobną mszę śpiewaną za duszę zmarłego, a następnie panachidę nad zwłokami z asystą improwizowanego chóru żołnierzy. Po dokonanych modłach trumnę zalutowano w obecności przedstawiciela wojskowości i na zwykłej furze, przybranej gałęziami smereki przewieziono na cmentarz Lyczakowski. Ostatnie honory oddał zmarłemu oddział piechoty ze swoimi oficerami.
 
Równocześnie prawie odbył się dnia tego z cerkwi prawosławnej pogrzeb drugiego generała, poległego w bojach pod Lwowem, szefa sztabu 14 dywizyi piechoty, Iwana Trofimowa. Przed pogrzebem odbyło się nabożeństwo, trwające 2 godziny, a wzięło w niem udział wielu wyższych oficerów i mnóstwo żołnierzy. Po nabożeństwie niklową trumnę ze zwłokami zalutowano i złożono na zwykłym wozie, ozdobionym zielenią. Na tym samym wozie złożono duży krzyż, wyciosany z surowego drzewa, opatrzony tablicą z napisem, że Trofimow poległ w boju 28 sierpnia starego stylu. Zwłoki jego przywiózł z pobojowiska w Suchej Woli miejski zakład pogrzebowy, który się zajmował też całym pogrzebem, na cmentarz Łyczakowski.
 
 


Pocieszali się ludziska, wobec cofnięcia się wojsk austryackich dalej na zachód, przynajmniej tem, że drogo Rosyan kosztował taki wynik wielkiej walki na Wereszycy, a zresztą, mimo ogromnego upadku ducha, nie chcieli jeszcze całkiem tracić nadziei. Oczekiwano też, co dalej będzie. Zrezygnowano na razie z kombinacyi strategicznych, poświęcając się bardziej ciężkim warunkom życiowym, które coraz więcej stawały się dla wszystkich ciaśniejszymi. Przy wszystkich przedmiotach zainteresowania nie brakło go też dla nowego ogłoszenia urzędowego, w którem widziano dalszy ciąg przytoczonego już przez nas rozporządzenia w sprawie zbrodniczo rzekomo niszczonych przewodów telegraficznych w mieście. Zawiłe określenia jego prawnicze nie zrażały ciekawych przed odczytywaniem, ale zapewne niewielu tylko było aż tak zaciętych, by lekturę tę niestrawną cierpliwie do końca doprowadzić. Opiewała zaś ona następująco:
 
 
"Obwieszczenie.
 
Stosownie do najwyżej zatwierdzonej ustawy ust. 1328 rozdział IV Sądów wojennych "o sądach w czasie wojny" mieszkańcy dzielnic Galicyi, zajętych przez Rosyjskie cesarskie wojska - na podstawie ustawy 1328 tejże ustawy podlegają sądom wojennym: a) uczestnicy przestępstwa popełnionego przez osobę sądom wojennym podlegającą, b) w razie popełnienia jednego z przestępstw wyszczególnionych w dodatku IX ust. 1328, a mianowicie:
1. za wystąpienie przeciw Zwierzchnemu Główno-komenderującemu armiami, przeciw Główno-komenderującemu armiami frontowemi i Komenderującemu armią (oddzielną i nieoddzielną), któremu miejscowość podlega lub przeciw ustanowionym przez nich czasowym władzom i ich członkom, a również za wszelkie nieposłuszeństwo i sprzeciwianie się im (...).
2. za szpiegostwo (...).
3. za rozmyślne podpalenie lub w inny sposób rozmyślne niszczenie lub doprowadzenie do stanu niezdatności  (nieużyteczności) przedmiotów wojskowych, przyrządów, broni i w ogóle wszystkiego, co może służyć tak do ataku jak do obrony - a również zapasów żywności i furażu (...).
4. za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie w terenie działań wojennych: wodociągów, mostów, grobli, pomostów, śluz, wodospadów, studzien, dróg, brodów i innych środków przeznaczonych dla przetransportowania, przeprawy, spławu, zapobiegania powodziom lub niezbędnych do zaopatrywania w wodę (...).
5) za rozmyślne zniszczenie lub poważne uszkodzenie istniejących na terenie działań wojennych dla celów rządowych: a) aparatów telegraficznych i telefonicznych lub innych używanych dla podawania wiadomości, b) linii kolejowych, ruchomego taboru, sygnałów ostrzegawczych przeznaczonych dla bezpieczeństwa ruchu kolejowego i spławnego (...).
6. za napaść na warty i straże wojskowe (...) jak również za morderstwo warty i członków straży i policyi, a także za następujące przestępstwa: a) rozmyślne morderstwo, b) rozbój, c) rabunek, d) rozmyślne podpalenie lub zatopienie, e) gwałt.
Niniejsze obwieszczenie nabiera mocy z chwilą opublikowania go.
 
Wojenny Gubernator
Pułkownik Cheremeteff.
Miasto Lwów, 29 sierpnia (11 września) 1914"     
 
 
 Ostre te przestrogi dyktowano ludności w chwili rozszerzonego terytoryalnie władztwa rosyjskiego w zajętym kraju, po cofnięciu się wojsk austryackich z linii Wereszycy. Z ustaniem gry armat pod Lwowem uznali Rosyanie stolicę za swoją już niepodzielną własność i stosownie do tego poczęli w niej gospodarować. Dla mieszkańców Lwowa był to cios ogromny, a cały upadek ducha z tego powodu ocenić można należycie, jeśli się weźmie pod uwagę tempo, w jakiem przyszło przyjmować jeden  wypadek po drugim i to, jeden donioślejszy w skutkach od drugiego. Na najmniej się tego spodziewające głowy walić się poczęły ciosy tak dotkliwe i oszałamiające, iż wielkiego trzeba było hartu ducha, by się nie tylko nie złamać, ale i nie ugiąć choćby. Ludzie, gruntujący siłę ducha swego w wiedzy i wykształceniu, na nich opierali stanowczą swą wiarę i przekonanie, ale dla maluczkich potrzeba było prócz ich naiwnej wiary - w chwilach tak krytycznych - także jakiegoś bardziej dla nich namacalnego argumentu. I dziwna rzecz, że tak się składało, iż sądzić można było o istnieniu we Lwowie człowieka jakiegoś czy nawet ludzi, którzy dbali o to, by pokrzepić maluczkich w wierze ich, chwiejącej się chwilowo. Wspomniane już "kartki z aeroplanu" odgrywały właśnie rolę jakby pigułek na pokrzepienie zgnębionych umysłów prostych, zjawiając się - rzecz dziwna - w chwilach najbardziej ku temu stosownych. Zjawiły się wobec tego, oczywiście, i w chwili tak przełomowej.

W niedzielę 13 września żegnały się aero-telegramy ze Lwowem, ale z wyraźnem zastrzeżeniem, że pożegnanie to tylko czasowe. "Autentyczny" tekst ich brzmiał następująco: "Do widzenia! Lwów z nami", co znaczyło, iż wojska cofnęły się ale wrócą jeszcze do Lwowa. I czy nie miały racyi? Dla uzupełnienia obrazu nastrojów chwili pozwolimy sobie dosłownie przytoczyć notatkę z kroniczki poufnej zapisaną pod dniem 13 września: "Nastrój w mieście przypomina stan człowieka, który błąkając w pustce, sądził chwilami, że już trafił na ślad dobry, ale od razu się przekonał zniechęcony, iż brak mu najprostszych sposobów oryentacyi. Zdawałoby się i jakoby wszystko za tem przemawiało, że wojska austryackie górą - ogólnie tak myślano - a tu od razu huk dział urywa się, odwrotu spodziewanego wojsk rosyjskich nie widać, a dzienniki niektóre pospieszają z zapewnieniami, że wojsko austryackie cofa się. Brak najprymitywniejszych wskazówek oryentacyjnych, nie daje się wiary sensacjom dziennikarskim, które przedtem z własnej pilności kazały Austryakom bić setki tysięcy Rosyan, a teraz na odmianę tym każą bić Austryaków. Kto raz poparzył się, dmucha na zimne - publika lwowska mocno nie wierzy sensacjom dziennikarskim tego rodzaju, ale też i widać, że jest jak okręt bez steru".
 
 

 
Fakt opuszczenia przez wojska austryackie linii Wereszycy przełomowym był dla Lwowa okupowanego, albowiem do chwili tej nie tylko ludność jego sama, ale nie mniej i sami Rosyanie nie uważali miasta za pewną swą własność. Wszystko, co tu zarządzili dotychczas, nosiło widoczne cechy dorywczości, brak było jeszcze pewności siebie i konsekwencyi w działaniu. Dowodem zaś niejako, iż z chwilą ucichnięcia w mieście odgłosów wojennych, uznano je za "rosyjskie", może być okoliczność, że dopiero 14 września zajęli się Rosyanie powszechnem ogłoszeniem znanego manifestu do Polaków (ogłoszony 14 sierpnia - 1 sierpnia według kalendarza prawosławnego obowiązującego wówczas w Rosji - manifest głównodowodzącego rosyjską armią wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza Romanowa [stryja cara Mikołaja II], który zapowiadał po zwycięstwie Rosji ponowne zjednoczenie pod berłem cara wszystkich trzech części dawnej Polski "swobodnej w swej wierze, języku i samorządzie". Ta deklaracja spotkała się ze sceptycyzmem polskiego społeczeństwa, jako że nie było tam żadnych odniesień nie tylko do niepodległości, ale choćby również do kwestii granic tego w pół-suwerennego państwa polskiego. Odezwa została więc praktycznie odrzucona przez większa cześć narodu i jedynie przedstawiciele "opcji rosyjskiej" - czyli głównie politycy narodowej demokracji [tzw. prawicy] z Romanem Dmowskim na czele, opowiadali się za poparciem rosyjskich propozycji zjednoczenia Polski pod jednym rządem carskim, widząc w tym nie tylko odsunięcie zagrożenia niemieckiego - które było największym niebezpieczeństwem w ich rozumieniu nie tylko dla polskiej niepodległości, ale przede wszystkim dla narodowej jedności - ale również zjednoczenie gwarantowało zdominowanie Rosji przez Polskę we wspólnym Imperium Romanowów. Narodowcy wywodzili to przekonanie z tradycji Królestwa Polskiego lat 1815-1831 które bez wątpienia posiadało nie tylko najsilniejsze siły zbrojne Imperium Romanowów, ale i najbardziej prężną i ekspansywną gospodarkę z którą gospodarka rosyjska nie była w stanie konkurować [a należy pamiętać że było to okrojone państewko do ziem leżących na zachód od rzeki Bug, mimo iż car Aleksander I już w 1815 r. obiecał Polakom "wewnętrzne rozszerzenie", czyli przyłączenie do Królestwa ziem pierwszego i drugiego zaboru rosyjskiego z lat 1772 i 1793, to jednak nigdy do tego nie doszło, a na kolejnych sejmach, począwszy od 1818 r. car mawiał; "Panowie, cierpliwości, jeszcze trochę cierpliwości". W grudniu 1825 r. władzę objął zaś brat Aleksandra - Mikołaj I i sprawa "wewnętrznego rozszerzenia" całkowicie zniknęła z oficjalnych zapowedzi] - Rosjanie domagali się np. od cara zastosowania ceł zaporowych na towary przywożone z Królestwa, jako że były one znacznie lepszej jakości od rosyjskich, co prowadziło do plajty ruskich przedsiębiorców. Społeczeństwo polskie w ogromnej większości odrzuciło więc manifest wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza, ale sprzymierzone z Rosją państwa Europy Zachodniej, a szczególnie Francja, dostały po tej deklaracji spazmów radości, twierdząc że sprawa polska została już rozwiązana. W Paryskich dziennikach można było przeczytać np. "Vive la Pologne" "Résurrection de la Pologne" - co nawet w połowie nie było prawdą). Od zarządzenia tego poczęła się na dobre gospodarka rosyjska we Lwowie, od chwili tej dostał się on pod "opiekuńcze" skrzydła oswobodzicielskiego orła rosyjskiego     
 
 
 KRÓLESTWO POLSKIE (KONGRESÓWKA) GDZIE OBOWIĄZYWAŁA SWOISTA AUTONOMIA (TEORETYCZNIE BYŁO TO W LATACH 1815-1830 PAŃSTWO QUASI-NIEPODLEGŁE) - KOLOR JASNOZIELONY.
ZIEMIE ZABRANE W PIERWSZYM I DRUGIM ROZBIORZE WŁĄCZONE BEZPOŚREDNIO DO ROSJI - KOLOR CIEMNOZIELONY
 
 
 
SZCZEPCIO I TOŃCIO JAK FLIP I FLAP
DWA ZABAWNE LWOWSKIE BATIARY
 
 
 
CDN.
 

czwartek, 7 lipca 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. IX

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. IX

 
 
 PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
 
 293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH 
WE LWOWIE
 
 
 
 Walkę w dniu 9 września zwiastowała już od samego rana nieustająca kanonada. Na rogatkach zachodnich rozróżnić można było dokładnie sznurowy huk armat, od których aż ziemia drżała. Sznur tych strzałów szedł jak grzmoty z piorunami podczas burzy nawalnej, straszliwym i wstrząsającym hukiem na przestrzeni od Gródka w kierunku do Janowa, kończąc się grubym łoskotem potężnym. Ludzie, co rzekomo z Janowa przybyli opowiadali, iż staw tamtejszy wypełniony jest górami trupów potopionych czy zalanych żołnierzy rosyjskich. Z wody jakoby wystawały tylko zatopione ciała, wysterczały karabiny, szable i piki. Jednem słowem, stawy te miały odegrać rolę pułapek na Moskali, jak zresztą sami żołnierze to rozgłaszali, powiadając do Lwowian z goryczą, że oni nie są przecież szczurami ani żabami, by ich zatapiano tak bez litości. Rzeczom tym musiano dawać ogólnie wiarę w mieście, bo też ogólnie słyszano i widziano, co dzieje się z żołnierzem rosyjskim. Setki ludzi świadkami było scen do głębi poruszających umysły - na rogatkach widziano rannych żołnierzy, klękających na ziemi i wyciągających ręce do nieba z prośbą, by już raz pokój przyszedł, by skończyło się piekło na ziemi. Biedni żołnierze, pędzeni wbrew swej woli do walki, za najszczęśliwszych się uważali, jeśli im się udało w jaki sposób wykręcić od tego nieszczęścia. 
 
Postrachem ich było zwłaszcza jakieś "czarne wojsko", o którem najdokładniej opowiadali między sobą i mieszkańcom Lwowa. Wiadomości o tych "czarnych wojskach" rozpowiadali ranni żołnierze z takimi szczegółami, iż nawet najbardziej sceptycznie nastrojeni dawali opowiadaniom tym wiarę, chociaż nie umieli sobie w żaden sposób wytłumaczyć, kto by to miał być w istocie. Najlepszym zaś dowodem, jak głośno było o tych "czornych didkach" w mieści, służyć może okoliczność, iż nawet dzienniki próbowały rozwiązać tajemniczą tę zagadkę - nie wierzono oczywiście baśniom tym bez zastrzeżeń, ale w każdym razie, wobec kategorycznych oświadczeń żołnierzy, przyznawano im pewną podstawę. Żołnierze rosyjscy twierdzili mianowicie, że największe spustoszenie w szeregach ich sprawiają jacyś dzicy, czarni wojownicy, na pół nadzy, uzbrojeni w dłuższe od kozackich piki, karabiny i puklerze na piersiach; taki czarny, ugodzony pociskiem, podskakiwał wysoko do góry i znowu stawał na ziemi, gromiąc wszystkich nieprzyjaciół dokoła. Pogłoski te tak uporczywie trzymały się między żołnierzami, tak szczegółowo o nich rozprawiali wszyscy, że inteligentniejsi z między Lwowian spróbowali dociec ich źródła, bardzo szybko jednak wpadli w błędne koło, bo przyjmując, iż są to istotnie Murzyni (analogię widziano w kolorowych wojskach kolonialnych Francyi), musieli mutatis mutandum wyjaśnić, w jaki też sposób sprowadzeni zostali z afrykańskich kolonii niemieckich. Na pomoc odważniejszym przyszła tajemnicza jeszcze podówczas historya z dwoma pancernikami - Goebenem i Breslauem, które według nich przekradły się na wybrzeże afrykańskie przez kanał Sueski, zabrały na pokład dzikich Hererów i przywiozły ich przez morze Adryatyckie do Tryestu, skąd już koleją przywieziono ich na front galicyjski.
 
 

 
Inni znów, wychodząc z twierdzenia Rosyan o jakoby niemieckich wojskach, walczących z austryackiemi nad Wereszycą, wyjaśniali, iż czarnymi tymi "didkami" są najpewniej wojska bawarskie, jakoby ubrane w czarne mundury. Wyjaśnienie to znalazło najwięcej wiary, chociaż w rezultacie, zdaje się, iż paniczny ten popłoch między żołnierzami cara sprawili huzarzy węgierscy, ubrani w ciemne mundury, a i sami ciemni na twarzy. Wnosić tak można i z tego, że żołnierze rosyjscy ni słowa nie mogli zrozumieć z ich mowy, skąd też i poszło, iż mieli to być jacyś dzicy ludzie, używający dziwnego języka. Lwowianie utrzymywali zatem, że wojska rosyjskie ponoszą na każdym kroku olbrzymie straty. Przywożono do szpitali mnóstwo rannych dzień cały. Przed szpitalami odbywały się przejmujące sceny, żołnierze rzucali się na kolana, modląc się już o pokój i żałując, że muszą iść na braci. Jeden z ciężko rannych zobaczył w tłumie niewiastę z małym chłopakiem, przypadł do niej i począł całować dziecko, ponieważ podobne było do jego najstarszego dziecka, które pozostawił z żoną w domu. W ogóle żołnierze rosyjscy, przeważnie Ukraińcy, życzliwie odnosili się w tym czasie do ludności, która też ze swej strony bardzo z nimi współczuła i na ogół dobrze ich traktowała, pomagając rannym i chorym, odnosząc się do nich z sercem.
 
Gubernatora nie było w tym dniu w mieście, co ludzi tem bardziej utwierdziło w przekonaniu, że "Moskale będą uciekać". W przekonaniu tem utwierdził ludność nakaz, wydany jakoby przez Straż Obywatelską, by o godzinie 6-tej wieczorem zamknięte były wszystkie bramy kamienic i sklepy, a ulice wolne od przechodniów. Polecenie to tłumaczono sobie w danej chwili tem, że albo "Moskale będą uciekać", albo też zwozić będą mnóstwo rannych i nie chcą by ludność to widziała, albo też dlatego, że przez miasto podążać będą oddziały rosyjskie. Równocześnie wybębniano, że bezrobotni zgłosić się mają do robót koło Sokolnik. dług domysłów rozchodziło się o sypanie Rosyanom szańców, wobec czego ludzie powiadali, że mogą sobie zdrowo czekać nim im kto pokaże się do roboty - nie chcą ich pieniędzy, ale też i nie myślą o sypaniu szańców przeciw własnym braciom. W ogóle mieszkańcy Lwowa sercem całem stali przy walczących braciach, o których powodzenie drżeli ciągle: na ulicach pocieszali się, że "niedługo już będzie panowania rosyjskiego". Okrutnie też oburzało ludzi, nawet prostych, bezwstydne zachowanie się dziewcząt i niewiast wobec Moskali, do których się wdzięczyły, a nawet całkiem bez ogródek zbliżały, chodząc pod ramiona, ciągnąc ich po mieszkaniach opuszczonych. Nierzadko też stawiano je pod pręgierz, pokpiwając z ich serca dla braci walczących, którym dni jeszcze temu kilka kwiaty dawały.
 
 

 
Rozeszła się po mieście wieść, że Rosyanie wywożą z ratusza wszystką broń tam złożoną, na kilku automobilach. Srogi nakaz składania jej przedtem tłumaczono sobie tem, że bali się oni pogromu przez ludność w razie cofania się z miasta. Na dowód, że na wszystko gotowi, wytoczyli na podwórze ratusza armatę, a po rozmaitych miejscach robili rewizye, szukając ukrytą broń. Wieczorem na przykład rewidowali dom przy ulicy Staszica, w którym była komenda skautów, ale niczego nie znaleźli, bo zawczasu wszystko stamtąd usunięto. Dla dobitniejszego nakreślenia nastroju, panującego w dniu tym we Lwowie, przytoczymy prócz powyższych zapisków współczesnych i kilka notatek dziennikarskich o panice wspomnianej, której właściwą przyczyną było przeświadczenie, że Rosyanie cofać się będą ze Lwowa. Kronikarz jednego dziennika ("Słowo Polskie" z dnia 10 września) zapisał: "Bezpodstawną panikę wywołały wczoraj jakieś nieznane indywidua, które polecały rzekomo z rozkazu Straży Obywatelskiej, zamykanie bram i sklepów przed godziną 6-tą wieczór. Pogłoska o tem rzekomem zarządzeniu rozeszła się lotem błyskawicy po całym mieście, wywołując oczywista niepokojące komentarze. Kiedy wiadomość o tem przyszła do prezydyum miasta, prezydyum rozesłało urzędników i członków Straży Obywatelskiej, aby uspokoili kupców, było to jednak już spóźnione i przed godziną 8 ruch uliczny w mieście ustał. Równocześnie niemal gromada pauprów (kronikarz dodaje, żydowskich) zachowywała się tak wyzywająco wobec patrolu wojskowego pod ratuszem, że żołnierze dobyli broni. Straż Obywatelska uspokoiła żołnierzy i natychmiast rozpędziła tłum".
 
W podrażnieniu ogromem żyli wszyscy w mieście. Coraz to nowe pogłoski, alarmujące wieści, wzrastająca stopniowo kanonada, zbliżanie się odgłosów bitwy okrutnej pod same niemal rogatki, opowiadania żołnierzy, "kartki z aeroplanów", zapewnienia jeńców, prowadzonych przez ulice, że "z naszymi dobrze" - wszystko to nastrajało już mieszkańców na najsprzeczniejsze wrażenia. Atmosfera była tak ciężka i przykra, że byle drobnostka poruszyć mogła na poczekaniu miasto całe, byle szczegół mniej jasny trwożył i niepokoił. Sensację też dnia następnego stanowiły dwa nowe ogłoszenia urzędowe, rozlepione na ulicach. Komentując je na najrozmaitsze sposoby możliwe, czytali Lwowianie rano następujące - "Obwieszczenie":
 
 
Wszyscy austro-węgierscy oficerowie i obowiązani do służby wojskowej mają stawić się między 5 a 6 godziną wieczorem (czas lwowski) dnia 29 sierpnia (11 września) 1914 w Namiestnictwie (ulica Czarnieckiego).
Niestosujący się do powyższego rozporządzenia, będą podlegali surowej odpowiedzialności.
Obwieszczenie to nie dotyczy lekarzy i sanitaryuszy austro-węgierskich, którzy podlegają rosyjskim władzom szpitalnym
 
Wojenny Gubernator miasta Lwowa
Pułkownik Cheremeteff.
Miasto Lwów 28 sierpnia (10 września) 1914" 
 
 
Ogłoszenie powyższe brzmiało tak na plakatach, rozlepionych po mieście, a charakterystycznem było, że tekst jego kazano wydrukować w dziennikach w całkiem odmiennej stylizacji, co oczywiście także nie pozostało bez odpowiednich komentarzy ze strony ludności. W dziennikach opublikowano rozporządzenie następująco:
 
 
"Wezwanie.
Wszyscy oficerowie i wojskowo obowiązani austro-węgierskiej armii mają się stawić 11 września bieżącego roku do sztabu armii (dom namiestnictwa).
Kto by się nie stawił, ukarany będzie według prawa wojennego.

Wojenny gubernator
pułkownik Cheremeteff"
 
 
Najogólniejszem przekonaniem było, że wszystkich wezwanych zabiorą do Rosyi jako jeńców, albo też zamkną jako podejrzanych o pozostanie we Lwowie w celach szpiegowskich na rzecz Austryi. Z przyjemnem więc zadowoleniem dowiedziano się, że po stawieniu się aż 150 osób, spisano ich tylko, puszczając na razie do domu. Później dopiero okazać się miały skutki tego spisu.
 
Za cały czas trwania bitwy w najbliższem sąsiedztwie Lwowa rozciągnęła wojskowość przez główniejsze ulice druty telegrafu polowego i to częstokroć tak nisko i tak słabo wsparte, że np. wyższe wozy naładowane uszkodzić je mogły bardzo łatwo, nie wspominając już o bagnetach na długich karabinach żołnierskich, którymi nawet niechcąco zrywano nieraz druty. Władze więc rosyjskie, wietrząc wszędzie skryte cele i dybanie na całość ich armii, nie omieszkały pogrozić spokojnym Lwowianom z tej okazyi szubienicą lub kulką w głowę. Czytali więc mieszkańcy, 10 września, rano, co następuje:
 
 
"Obwieszczenie.
Mając na uwadze, że w ostatnich czasach, był notowane wypadki zbrodniczego psucia rosyjskich telegraficznych i telefonicznych linii, urządzonych przez wojskowość dla celów wojennych, niniejszem podaję do wiadomości mieszkańców miasta Lwowa, że odpowiedzialności za zepsucie i niszczenie wyżej wymienionych telegrafów i telefonów podlegają nie tylko bezpośredni sprawcy, ale też według prawa wojennego i właściciele realności, obok których przechodzi telegraf lub telefon.
Żądam więc od właścicieli domów, obok których te linie przechodzą, aby ze względu na ciężką odpowiedzialność zwracali ścisłą baczność i uwagę na całość linii telegrafu i telefonu przy swej realności. W razie spostrzeżenia jakiego zamachu na te linie mają właściciele domów zgłosić się natychmiast do mnie, przytrzymawszy zbrodniarzy. 
Sprawcy zbrodniczego uszkodzenia telegraficznych linii, jak w ogóle środków komunikacyi, urządzonych dla celów wojskowych, mają być na podstawie prawa wojennego karani śmiercią.
 
Gubernator wojenny
Pułkownik Cheremeteff"  
 
 
 
 
Obwieszczenie to napędziło strachu i tak przepłoszonej ludności, która widziała w nim bardziej "czepianie się płotu", niż potrzebę rzeczywistą i to tem bardziej, że znano kilka wypadków nieumyślnego uszkodzenia drutów właśnie przez żołnierzy rosyjskich. Obawiano się zaś go, ponieważ nic łatwiejszego nie było dla kogoś złośliwego, jak umyślnie uszkodzić przewody przed czyimś domem i następnie posądzić rzekomo winnego o zbrodnię rozmyślną. Sprawa ta dość się ważną zdawała dla mieszkańców w danej chwili, ale nie sposób było odezwać się, bo za krytykę urzędowego głosu czekała kara dotkliwa (...) zatem jeden tylko z dzienników odważył się w oględny sposób zwrócić uwagę władz na bezpodstawność podejrzeń, nie narażając się równocześnie na konfiskatę. Czytamy następującą notatkę kronikarską ("Kuryer lwowski" z 11 września): "Wobec skonstatowania złośliwych uszkodzeń rosyjskich przewodów telefonicznych, należy stwierdzić, że bywają i uszkodzenia przypadkowe. Doszła nas np. relacya naocznego świadka, że na ulicy Pańskiej żołnierz rosyjski, jadący na jakimś furgonie, zerwał przypadkowo drut bagnetem, wzniesionym do góry, a nie zauważywszy tego zapewne, pomknął dalej. Słyszeliśmy i o innym podobnym wypadku". Notatka ta sprytna, okazała się niepotrzebną, bo nie zaszło żadne "zbrodnicze" uszkodzenie przewodów.
 
W dzień publikowania powyższych odezw wczesnym już rankiem odezwało się potężne granie armat, dochodzące zwłaszcza od Mikołajowa, poczem niedługo poczęto rogatką Stryjską zwozić mnóstwo rannych. Miasto opustoszało z wojska, które całe wyruszyło na zachód. Pozostali tylko saniteci, zajmujący wszystkie niemal wolne budynki na lazarety. Ulokowali się też w ukraińskim "Akademickim domu", gdzie przed tygodniem nieledwie jeszcze przebywali strzelcy ukraińscy, przygotowujący się do walki właśnie z nimi. Dzień ten upłynął jak poprzedni - na gorączkowem wyczekiwaniu czegoś niezwykłego - spodziewano się nadal odwrotu.Jak zwyczajnie, widać było dwa aeroplany austryackie wysoko nad miastem. Wieczorem wzywał pachołek miejski bąbnieniem ludzi do sypania szańców dla wojska rosyjskiego, ale jak od kilku dni, tak i tym razem spotkał się z wyśmianiem i zapewnieniem, że "nie ma takich, co by szli na swoich sypać wały" - nie dano mu dokończyć wezwania, oddalając się z kpinami szybko do domów.
 
 
 

 
 
 
CDN.
  

wtorek, 7 czerwca 2022

RĘKOPISY NIE PŁONĄ! - Cz. VIII

CZYLI SPISANE PAMIĘTNIKI

z KLUCZOWYCH WYDARZEŃ

w DZIEJACH POLSKI I ŚWIATA

 

 
 

 I

PAMIĘTNIK BOHDANA JANUSZA

Cz. VIII

 
 
PAMIĘTNIK AUTORSTWA HISTORYKA I ETNOGRAFA BOHDANA JANUSZA, OPISUJE WKROCZENIE WOJSK ROSYJSKICH DO LWOWA (PO EWAKUACJI STAMTĄD WOJSK AUSTRIACKICH) NA POCZĄTKU I WOJNY ŚWIATOWEJ i OKUPACJĘ TEGO MIASTA, TRWAJĄCĄ od 3 WRZEŚNIA 1914 do 22 CZERWCA 1915 r.
 
 
 

 
  
293 DNI RZĄDÓW ROSYJSKICH  
WE LWOWIE
 
 
 Wojska rosyjskie w masie swej całej przeszły miasto, podążając za armią austryacką, a kiedy zajęły odpowiednie pozycye, podjęły gigantyczny pojedynek, na który cały świat miał oczy zwrócone. Główne siły rosyjskie przeszły przez Lwów 4. i 5. września, wobec czego pierwsze starcia nastąpiły dopiero dnia 6-go względnie 7-go. Odgłosy potężne tych zmagań orężnych dochodziły nas bez przestanku dnie całe i noce, budzą nadzieję, kiedy echo bliskie było, a zwątpienie i żal wielki, kiedy się oddalało. Na wojnie zaś, jak na wojnie i zatem różne uczucia ludźmi na przemian władały, dręcząc bez litości rozprzężone nerwy, rabując chwile spoczynku nocnego, każąc się martwić i gryźć losem ukochanych najbliższych, których się już nigdy oglądać nie spodziewało. Straszne też były chwile te wszystkie początkowych dni wrześniowych ! Nie zapomni ich nikt, kto z tak najsprzeczniejszemi uczuciami przyjmować musiał wówczas, co tylko chciały one przynieść.

Zwykłem zjawiskiem w tych dniach były codziennie aeroplany austryackie, które wysoko w chmurach krążyły nad biednem miastem, jak dusza, co martwe ciało już opuściła, ale nie może się jeszcze rozstać z drogiemi resztkami. Żeby też te cudowne ptaki wiedzieć mogły, ile to tysięcy oczu przeprowadzało je w ich niebezpiecznych wędrówkach, życząc im z serca, by uda się im mogło, co zamierzały, drżąc, by nie stało się im co złego od nienawistnej ręki nieprzyjaciela? Mówiono nawet o takich, którzy na intencyę powodzenia ich przyrzekali odmawiać w kościele modlitwy pewne - drogimi też były gośćmi w miecie, bo przecież przylatywały od drogich nieobecnych. Lubiano je, bo zawsze pozwalały mieć nadzieję na lepsze, oczekiwano ich, bo mogły przynieść wiadomość pożądaną. I chociaż w tym względzie zawodziły oczekiwania poczciwych Lwowianek, to te zadowalały się z konieczności przynajmniej skomponowanemi "kartkami z aeroplanu", których dużo więcej kursowało po mieście, niż tych aeroplanów bywało nad nami. Początkowo dawali im wiarę nawet poważniejsi ludzie, ale wnet zostały zdyskredytowane - ale nie u wszystkich - i to nie dlatego, by nie chciano, lecz dlatego, że trudno im było wierzyć, tak były nieprzyzwoicie fantastyczne. Pierwsza taka kartka, przesłana w jabłku z aeroplanu, kursująca po miecie w licznych odpisach, donosiła 6-go września: "Paryż poddał się, Warszawa zajęta, nie traćcie nadziei!" Kto by autorem podobnie wiarygodnych telegramów aeroplanowych nikt nigdy się nie dowiedział, ale w każdym razie przyjmowane były one zazwyczaj bardzo skwapliwie, jako dowód, "jak to nie można wierzyć dziennikom". Kartek takich sporo okazało się jeszcze w ciągu dalszym operacyi wojennych pod Lwowem, ale o tem dalej.
 
Całą niedzielę 6. września sychać było silną kanonadę od strony Wereszycy - walki musiały być bardzo zażarte, bo rannych zwożono tysiącami, a między nimi i naszych ludzi, którzy oczywiście zajmowali
wszystkich, bo o nich właśnie myślano najwięcej. Na rogatce Janowskiej i Gródeckiej tłumy ogromne
oczekiwały transportów, poszukując między rannymi najbliższych swoich. Szczęście chciało, że naszych było niezbyt wiele, ale okoliczność ta nie uspokoiła dobrych ludzi, lecz owszem wątek dała do najstraszniejszych alarmów, elektryzujących miasto całe. Rozeszła się wiadomość, że w lasach janowskich leży bez opieki mnóstwo ciężko rannych, tudzież nie pochowanych zmarłych. Więcej nie potrzeba było, zwłaszcza poczciwym matkom! Nie pytając nikogo o odległość do Janowa, puściły się w drogę całe pielgrzymki niewiast i dzieci, obładowanych opatrunkami i żywnością dla "biednych naszych żołnierzy". I zanim dojść udało się im na miejsce, przeglądneła wszystkie zakątki w okolicach Janowa ekspedycya, wysłana wieczorem przez Towarzystwo Ratunkowe, złożona z 3 wozów i służby sanitarnej.
Także dyrektor szpitala dr. Starzewski zorganizował pomoc lekarską, która wraz z sanitaryuszami, pod opieką patroli wojskowych udała się na miejsce dla niesienia pomocy. Tu jednak zapewniono ich, że rannych nigdzie w lasach nie ma. Ekspedycya powracając do Lwowa, spotkała w drodze kilkaset niewiast, dążących ze Lwowa z żywnością dla rannych i zawróciła je z powrotem do miasta. Spotkano również wiele osób, które jeszcze dnia poprzedniego udały się pieszo do Janowa i przeszukały okoliczne lasy, nie znalazłszy tam nikogo.




Troskliwość tę podyktowała prócz względów humanitarnych także i świadomość, jak słabą opieką otaczano chorych po szpitalach lwowskich. Obsłudze lekarskiej niczego nie zarzucano, ale za mało liczna była ona w stosunku do ogromnego natłoku rannych i za mało znajdowała pomocy ze strony tych, którzy przedtem podjęli się obowiązków w tym kierunku. Rozgoryczenie wielkie wywołała smutna
okoliczność, że wobec potrzeby istotnej pracy zabrakło rąk do niej, a pamiętano ogólnie, że od pracy tej
oddalano wszystkich , którzy nie mieli rzekomo kwalifikacyi potrzebnych. W rezultacie zaś sytuacyę uratowały zaś te bez kwalifikacyi, a z posterunków zbiegły pierwsze te z kwalifikacyami. Dla wiernego oddania nastrojów, wywołanych tą przykrą istotnie sprawą, pozwolimy sobie przytoczyć wyjątek z pamiętnika zdarzeń ówczesnych, który bezpośrednio pod wpływem chwili wyrażał się bardzo gorzko na
ten temat, poruszony zresztą i przez dzienniki współczesne w niemniej dobitnych określeniach. "Wiadomo - czytamy tam - jakie to liczne rzesze samarytanek zapełniały pryncypalne ulice, kiedy to rannych jeszcze nie było we Lwowie, przypomnijmy sobie też, iż tyle się ich zgłosiło, że musiano liczbę ograniczyć, co jednak nie przeszkadzało bezprawnemu zdobieniu się w piękne naramienniki z krzyżami czerwonymi. (...) Pięknym paniom zdawało się że zamiast tango-sukni przyszła na odmianę moda na krwawe piętna w postaci krzyżów samarytańskich i tłumnie też rzuciły się na tę "nowość". (...) Chwilami zdawać się mogło, że na jednego rannego przypadać będą przynajmniej dwie podobne dusze poczciwe. Świadkami staliśmy się jednak wnet przedziwnej rzeczy. Oto, z okazywaniem się coraz liczniejszych rannych gwałtownie topnieć poczęła olbrzymia zrazu liczba owych serc tkliwych, a rąk pracowitych. I gdzie się to podziały te legiony samarytanek, co to ślubowały pielęgnować rannych braci? Oglądaliśmy je - dla bezpieczeństwa od nieprzyjaciela - nadal zdobne w godła opiekunek, uciekające na oślep przed siebie, do bezpiecznego Wiednia, za wszelką cenę szukające schronienia pewnego, wygodnego a nade wszystko bezpiecznego, by w pysznych strojach, tym razem np. "a la crois rouge", spacerować nie na Akademickiej i Karola Ludwika, lecz na dużo pyszniejszych promenadach".
 
A kto został przy nieszczęśliwych rannych? Właśnie nie te, co lśniły bielą jedwabnych płaszczy, koronkowych kapuz (pod któremi widzieć już można było nową modną "a la Samaritaine" fryzurę) i cudownie lakierowanych meszcików, mało nie zdobnych w klamerki z czerwonymi krzyżykami, a spinanych sznurkami w kolorach narodowych. została tylko mała garstka (...) ofiarnych i rzesza maluczkich, których się przedtem na oczy oglądać nie chciało. Kobiety ze sfer biedniejszych, co to w normalnem życiu (nie plątając się jak szalone po wszelkich możliwych i niemożliwych kursach, codziennie coraz bardziej uspołecznione) schowane w czterech swych ścianach, dziś występują na pierwszy plan, pielęgnują z poświęceniem rannych, nie śpią, nie dojedzą, piorą ociekłe krwią strzępy bielizny, zdjęte z rannych. Nie brzydzą się, nie boją żadnej pracy. Przecież to nasi obrońcy - powiadają - to nasz obowiązek nieść im pomoc. A na promenadach wiedeńskich i peszteńskich czarowne nasze damy darzą wdziękiem swych uśmiechów brukotłuków-lowelasów! (...) Rannych lokowano według następującego podziału: austryackich żołnierzy w szpitalach wojskowych - w garnizonowym przy ulicy Łyczakowskiej, w gmachu Politechniki, tudzież w nowej szkole koło Inwalidów. Oficerów austryackich i rosyjskich leczono w sanatorium Czerwonego Krzyża przy ulicy Łyczakowskiej, zaś żołnierzy rosyjskich w szpitalu w szkole św. Antoniego, pozostającym też pod zarządem Czerwonego Krzyża. (...) Wobec wielkiego napływu rannych urządzono też tymczasowo szpitale wojskowe: w Szkole Kadeckiej i w koszarach przy ulicy Kurkowej. Rosyjski Czerwony Krzyż urządził swoje szpitale na dworcu na Podzamczu i w obu szkołach Maryi Magdaleny, tudzież Sobieskiego i Konarskiego.
 
 

 
Z powodu licznych zgonów żołnierzy rosyjskich zezwolił Magistrat na prośbę duchownego prawosławnego na grzebanie zmarłych w szpitalu w kadeckiej szkole, na zamkniętym już cmentarzu stryjskim. Później nieco założono dla poległych żołnierzy rosyjskich osobny cmentarz, nazwany "Wzgórzem Sławy", rozlegający się swoimi tysiącami grobów tuż za cmentarzem Łyczakowskim. (...) Dla żołnierzy austryackich wyznaczono na wieczny spoczynek ściernisko, przylegające od lewej strony cmentarza Łyczakowskiego. (...) Każdy grób otrzymał skromny krzyż drewniany, na którym - o ile to było wiadome - wypisano nazwisko i godność wojskową poległego; nierzadko jedna mogiła mieści kilku zmarłych, a nieznane pozostały ich nazwiska. (...) Prace na tym cmentarzu żołnierskim, dokonywane zresztą bez żadnego rozgłosu i reklamowania, solą w oku były "ochranników" i dlatego nie zaniechali oni raz sposobności by im kres położyć. Pewnego dnia (...) wpadli na cmentarz ze swoimi zbirami, chwytając kogo się nadarzyło do "obywatelskiej" - jak bezwstydnie to nazywali - roboty przy szańcach podmiejskich. Spędzonych razem kilkadziesiąt ludzi pognali przez miasto do okopów, ale hardych młodzieniaszków nie potrafili przestraszyć, bo ci, maszerując (...) zaśpiewali sobie znaną piosenkę: "Bartoszu, Bartoszu, hej nie traćmy nadziei, Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi". Szczególnemu na owe czasy pochodowi przypatrywali się przechodnie z bijącem sercem i nie jeden, gdyby śmiał, uściskałby dłoń poczciwą szlachetnych chłopaków, którzy kpić sobie potrafili ze złości nieprzyjaciela, udowadniając równocześnie, czem płacić potrafią przyjacielowi.
 
Nieustanna kanonada w dalszym ciągu trwożyła ludzi potwornymi hukami i grzmotami przeciągłymi, ale i napełniała nadzieją, że jeszcze "wrócą nasi". W poniedziałek - 7 września rozeszły się pogłoski, że Rosyanie ponieśli ogromne straty i, że jakoby patrzyło się im zabierać ze Lwowa. (...) Szeptano między sobą skrycie, że potrzeba przygotować zwłaszcza pożywienie dla naszych, którzy już jutro pokazać się mogą z powrotem we Lwowie. Zaniepokojenie wielkie wywołała jednak tego dnia wieczorem okoliczność, że do zbiorników miejskich przestała dopływać woda ze źródeł w Dobrostanach, gdzie właśnie toczyły się uporczywe walki. Magistrat powiadomił o tem publicznie mieszkańców, podając długi wykaz studni w mieście, które ewentualnie używane być miały do chwili naprawienia wodociągów, ale na szczęście nie zaszła tego potrzeba, ponieważ już nazajutrz wodociągi pracowały normalnie. Na razie niewiadoma była przyczyna przerwy, bo telefon wodociągowy zerwany został przez wojskowość, ale w kilka dni potem okazało się że maszyny w Dobrostanach zostały nienaruszone dzięki dzielnemu stanowisku ich obsługi, która nie zbiegła, lecz owszem ocaliła je. Skończyło się więc na razie tylko na strachu.

Dnia tego (6 września) byli Lwowianie świadkami niezwykłej sceny w przestworzach powietrznych, a mianowicie walki aeroplanu rosyjskiego z austryackim. Początkowo nie wiedziano co właściwie oznaczają te ewolucye karkołomne i przypuszczano, że latawiec austryacki ustrzelił ścigającego go rosyjskiego, który opadł na ziemię, ale niedługo z dzienników rosyjskich dowiedziano się, że w oczach naszych rozegrała się krwawa walka ludzi-ptaków, której ofiarą padli najdzielniejsi lotnicy obu armii. Oto jak opisuje przejmującą tę scenę jeden z tych dzienników: "Dnia 6 września nad naszą linią przeleciały 3 aeroplany austryackie, a jeden z nich rzucił bombę lontową. Latały one bardzo wysoko i strzały do nich nie dały żadnych rezultatów. Po chwili uniosły się rosyjskie latawce i popędziły za nieprzyjacielem. Było to w okolicach Żółkwi. Na latawcu rosyjskim siedział najsławniejszy rosyjski lotnik wojskowy, kapitan sztabowy Nestorow (...) Motor w maszynie Nestorowa zaczął się psuć, wobec czego musiał on opuścić się na ziemię. Na drugi dzień zjawił się znów bardzo wysoko austryacki aparat i ok. godz. 12 w południe wracał, lecąc stosunkowo nie wysoko. Nestorow wzniósł się przeciw niemu, podniósł się do wysokości 2000 metrów i leciał już za austryackim latawcem. W pewnej chwili postawił swój aparat prawie prostopadle przodem na dół i wpadł na aparat przeciwnika. Wtem aparat jego po zderzeniu zaczął się opuszczać po linii spiralnej, przeciwnik zaś spadał przodem naprzód na ziemię. Zdawało się że Nestorow ocalał, kiedy opuszczał się łagodnie, szybując na dół. Następny jednak moment przyniósł co innego - aparat Nestorowa nagle się zawahał, przechylił się nienaturalnie i począł szybko spadać. Po chwili z aparatu wypadł człowiek i mignął w powietrzu, spadając z przerażającą szybkością. Na miejscu katastrofy przedstawił się następujący widok: motor aparatu Nestorowa leżał osobno, skrzydła i kadłub daleko na boku, a pośrodku Nestorow nieżywy. Widocznie podczas zderzenia, gdy Nestorow pchnął przeciwnika na dół, aparat jego uszkodzony został śmigłem latawca drugiego. Podczas zderzenia uderzył prawdopodobnie grzbietem o oparcie z taką siłą, iż złamał sobie stos pacierzowy".
 
 

 
Dzień następny - 8 września nie inny był od poprzednich. Całą noc słychać było kanonadę doniosłą, a ranek wstał w cudnym słońcu, ale też ze strasznymi odgłosami, które chwilami wstrzymywały bicie serca, tłumiły swą grozą oddech żywszy. A był to piękny dzień Matki Boskiej Siewnej! Zaroiły się od tłumów licznych wszystkie kościoły, odwiedzane w tych czasach bardzo przez pobożne niewiasty i dzieci. Niezapomniane wrażenie czyniły rzewne śpiewy i płacze z setek piersi, ludzie, leżący przed ołtarzami, pokorne litanie i głośne modły - kto się temu przypatrzył, nie mogło dlań być tajemnicą, o co te tysiące rozmodlonych proszą, co wyłącznie zajmuje ich serca i dusze. Wrażenie odnieść się musiało, że prośby takie będą wysłuchane, że przecież przyjdzie wyrok sprawiedliwy. Popołudniu zaludniły się ulice. Spieszyli ludzie ku rogatce Gródeckiej i Janowskiej, by zasięgnąć jakichś szczegółów bitwy, ale po przekonaniu się, że zły to punkt obserwacyjny tłumami całymi dążyli na wynioślejsze miejsca, więc przede wszystkim na Wysoki Zamek, Górę Piaskową i wzgórza kleparowskie. Dostęp na kopiec zamknęły władze wojskowe - pozostawała więc tylko góra zamkowa. (...) Dzięki wspaniałej pogodzie obserwowano poza lasami janowskimi wzbijające się w górę tumany dymów, pędzące chmurami gęstemi ku wschodowi, a od czasu do czasu nawet słupy ognia, podnoszące się gwałtownie ku górze i opadające za chwilę przy akompaniamencie wzmagającej się pod wieczór kanonady. (...) Dzień cały 8 września upłynął na oczekiwaniu czegoś niezwykłego - trzymało się uporczywie twierdzenie, że Rosyanie ponoszą ogromne straty w bitwie na Wereszycy, wobec czego sądzili ludzie, że spodziewać się można wnet odwrotu ich.
 
 
 
 
CDN.