Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOLONIALIZM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KOLONIALIZM. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 25 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. X

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. II





 Pocahontas została uprowadzona i była przetrzymywana dopóty, dopóki jej ojciec, wódz Indian Powhatan nie zgodził się na pokój z osadnikami. Pokój został przypieczętowany oficjalnym małżeństwem Pocahontas z jednym z osadników z Jamestown, plantatorem tytoniu (tytoń będzie bardzo ważny w tej opowieści, gdyż w kolejnych latach osadnicy z Jamestown kupowali sobie żony, płacąc za nie właśnie tytoniem) Johnem Rolfe'm, do którego doszło w kwietniu roku 1614. A już w styczniu 1615 Pocahontas powiła syna - Thomasa Rolfe'a. Wielkim problemem dla kolonistów z Jamestown był brak w osadzie kobiet. Trudno też się dziwić że perspektywa wyjazdu do odległego i dzikiego kraju - a w zasadzie na inny kontynent - gdzie trzeba w ciężkich warunkach zaczynać życie od nowa, nie mogła być atrakcyjna dla żadnej kobiety. Co prawda pierwsze dwie kobiety zjawiły się w osadzie już w roku 1608 (czyli zaledwie rok po założeniu Jamestown), były to pani Forrest i jej służąca Anna Burras, ale o ich dalszych losach niewiele wiemy, choć przetrwały one wielki głód zimą 1609 r. Od tego czasu do osady przybywali jedynie mężczyźni, ku ogromnemu żalowi osadników. Na czele Kompanii Londyńskiej (która była głównym udziałowcem i pomysłodawcą założenia osady w Jamestown) stał w Londynie sir Thomas Smythe. Ale jego rządy nad firmą były kompletną klapą, osada nie przynosiła żadnych dochodów, a tylko generowała koszty (nic dziwnego że król Hiszpanii Filip III wstrzymywał się od planów ataku na Jamestown, gdyż informatorzy donosili mu że stan kolonistów jest opłakany i wkrótce wszyscy oni sami pozjadają się z głodu {a do przypadków kanibalizmu dochodziło już w trakcie wielkiego głodu w osadzie}, albo pomrą na choroby, albo też wybiją ich Indianie). Smythe niczego nie uczynił aby poprawić życie osadników, ale też i za bardzo nie wiedział jak to zrobić. Co prawda w roku 1612 wydano trzecią kartę, (poprzednie wydawano w latach 1606 i 1609) znacznie zwiększające uprawnienia rady osady. Rządzący realnie Jamestown Thomas Dale (realnie, gdyż mianowany gubernatorem Thomas West, baron De La Warr, odpłynął stąd już w marcu 1611 - o czym było w poprzedniej części - chociaż aż do swej śmierci w 1618 r. uważał się za pełnoprawnego gubernatora osady. Natomiast inny mianowany gubernator - Thomas Gates, praktycznie nie wtrącał się do zarządu osadą). Teraz zawarto co prawda pokój z Indianami Powhatan, ale wciąż brakowało w osadzie zarówno kobiet, jak i wykwalifikowanych rzemieślników.

Tymi drugimi byli bez wątpienia sami Polacy, których liczba zaczęła wzrastać, gdyż Smythe pod tym względem jednak się wykazał. Przed rokiem 1619 przybyły trzy duże transporty Polaków do Jamestown (w 1608, 1610 i 1616). To właśnie oni założyli pierwsze manufaktury w mieście, to oni wyrabiali szkło i mydło (szczególnie szkło było bardzo pożądane i mogło zadecydować o przetrwaniu osady, gdyż wykonywane przez Polaków m.in. szklane koraliki następnie sprzedawano Indianom w zamian za żywność). W 1610 r. do osady przybył polski lekarz - Laurencjusz Bohun (zginął w 1620 r. walcząc z Hiszpanami na jednym ze statków osadników z Jamestown). Mimo to Polacy nadal byli ludźmi drugiej kategorii, byli wręcz traktowani jako - w najlepszym przypadku - pracownicy sezonowi, którzy mieli podpisane kontrakt na kilka lat (z reguły na 10), ale i tak większość została tam później na stałe. Nie mieli prawa głosu, nie mogli uczestniczyć w składzie 13-osobowej rady miejskiej, natomiast całe życie przemysłowe jak i gospodarcze osady spoczywało w ich rękach i przez pierwsze 11 lat byli pogodzeni ze swym losem (jako że w umowie którą podpisali, stało jasno że nie mogą się zbuntować). W każdym razie w latach 1610 i 1616 przybyli nowi rzemieślnicy z Polski, o nazwiskach takich jak: Tomasz Miętus że Lwowa, Karol Źrenica, Ignacy Machowski, Jan Kulawy, Gwidon Stójka, Herman Kromka, Mateusz Gramza, Michał Korczewski, Eustachy Miciński, Włodzimierz Terlecki, Mikołaj Syryński i Jan Pargo. Przybył nawet pewien porucznik, wywodzący się z arystokratycznej rodziny Potockich, którego Anglicy nazywali "Puttocke" (tak jak dzisiaj w niemieckich mediach o Karolu Nawrockim można przeczytać że to jest Karol "Nawroki" 🤭). Ich praca była kluczowa dla przetrwania osady Jamestown i w jakiś czas potem pozostali osadnicy się o tym przekonali. Zresztą nie tylko manufaktury w osadzie były w rękach Polaków, również pierwsze studnie to właśnie oni tam wykopali. Potem studnie stały praktycznie przy każdym domu wbudowanym w Jamestown (w czasie przeprowadzanych wykopalisk archeologicznych latem 1934 r. w jednej ze studni w Jamestown znaleziono ludzką lewą nogę i lewą połowę miednicy). Większość domów w osadzie miała również szyby w oknach (również dzięki Polakom), choć nie wszyscy, im bowiem biedniejszy dom, tym mieszkańców nie było stać na taki luksus. Warto też powiedzieć gdzie w mieście wyrzucano śmieci, bo jakieś miejsce przecież musiało być, nie wszystko bowiem można było wrzucić do rzeki Jakuba. Otóż po prostu wykopywano w ziemi doły i tam wrzucano śmieci, ale takie Doły kopano przede wszystkim przy manufakturach jako miejsce składowania gruzu i gliny ceramicznej, ale podczas wykopalisk archeologicznych z roku 1955 znaleziono w takim dole również dobrze zachowany kordelas (broń ręczna, nieco podobna do szabli), rapier, a także potłuczone gliniane, ceramiczne i szklane naczynia.




1616 r. Pocahontas, John Rolfe' i ich synek Thomas udali się w podróż do Anglii, gdzie młoda indiańska dziewczyna była pokazywana jako przykład "cywilizowanego dzikusa". Ubrano ją w suknie i wzięła udział w maskaradzie, zorganizowanej przez króla Jakuba I w pałacu Whitehall. Jednak gdy zamierzali oni powrócić do Wirginii, Pocahontas nagle zmarła - marzec 1617 r. (nie są znane przyczyny i jej zgonu). Miała zaledwie 20, może 21 lat. Pozostawiła po sobie jednak syna Thomasa, który przeżył lat 65 i był wnukiem wodza plemienia Powhatan - Wahunsunakoka. Natomiast przewodniczący Kompanii Londyńskiej, sir Thomas Smythe starał się pobudzić rozwój osady Jamestown, ale nijak mu to nie wychodziło. Zdał sobie sprawę, że problem leży w zbiorowej własności gruntów, gdyż to co wspólne, jest tak naprawdę... niczyje. Postanowił więc zmienić wspólnotową formę własności na prywatną własność ziemską i ogłosił że każdy, kto przetransportuje do Jamestown choć jedną osobę więcej, otrzyma 50 akrów ziemi na własność. Niestety stary Smythe był utożsamiany z polityką kryzysu, głodu i porażek jakie odnotowali ci, którzy wyłożyli pieniądze na zorganizowanie osady w Jamestown. Dlatego też musiał zrobić miejsce młodszym i w 1618 r. zastąpił go sir Edwin Sandys. To właśnie on zaczął realnie wdrażać w życie prawo własności ziemi, opracowane w ostatnich miesiącach urzędowania Thomasa Smythe'a (notabene jak można było pomyśleć że wspólna własność jest lepsza od własności prywatnej? Przecież każdy człowiek jest tak zbudowany, że lubi mieć coś na własność, coś swojego, wtedy lepiej o to dba i bardziej się do tego przykłada. Natomiast jak coś jest wspólne, to tak naprawdę jest niczyje, czyli można to albo ukraść, albo też czerpać z tego do chwili, aż się nie zużyje). To również właśnie Sandys postanowił wreszcie rozwiązać problem braku kobiet w osadzie Jamestown. W 1619 r. osada Jamestown liczyła 1000 ludzi, (w tym ok. 50 Polaków) z czego kobiety były zaledwie dwie (przepraszam napisałem "kilkanaście" - pomyłka i mój błąd, daty mi się pomyliły 😉). Ten problem należało czym prędzej rozwiązać i temu zadaniu podjął się właśnie nowy przewodniczący Kompani Londyńskiej - Edwin Sandys. Wpadł bowiem na pomysł że każdy mężczyzna - który chce mieć narzeczoną, a następnie żonę - musi za nią zapłacić, a ponieważ jedynym cennym środkiem płatniczym dostępnym praktycznie wszystkim osadnikom w Jamestown był tytoń, dlatego też płacono tytoniem i stąd kobiety - które następnie przypłynęły do osady - nazywano "żonami tytoniowymi".




Koszt sprowadzenia sobie żony do osady wynosił na początku 120 funtów tytoniu, potem wzrósł do 150 funtów. Osadnicy swoje wymarzone partnerki poznawali listownie, pisząc listy (jeżeli umieli pisać, jeśli nie korzystano z pomocy skrybów, którzy za odpowiednią dopłatę mogli nieco podkoloryzować opis kandydata na przyszłego małżonka). Te listy następnie wysyłano do Anglii i tam - za sprawą rozwiniętej przez Sandys'a "akcji promocyjnej" - prezentowano je ewentualnym chętnym do podróży kandydatkom do ożenku. Aby namówić kobiety do podróży (często niebezpiecznej), Sandys zaproponował im nie tylko darmowy transport (za podróż płacili koloniści), ale również odzież i podstawowe sprzęty gospodarstwa domowego. Na miejscu mogły też sobie wybrać partnera jakiego chciały (choć w rzeczywistości ich wybór był bardzo ograniczony). W Anglii było wiele młodych kobiet które nie mogły liczyć na zbyt dobre zamążpójście, a co za tym idzie na lepsze życie, dlatego część z nich zdecydowała się na podróż do Nowego Świata. Nie wszystkie jednak były chętne do tak niebezpiecznej przygody, większość wolała pozostać w kraju i tutaj poszukać sobie męża. Ostatecznie zebrano więc grupę zaledwie 90 kobiet w wieku od 15 do 28 lat, które wiosną 1620 r. wyruszyły po nowe życie do Nowego Świata - Ameryki. Ale nie wyprzedzajmy faktów, bowiem w roku 1619 miały miejsce niezwykle ważne wydarzenia i to nie tylko dla samej osady, ale również dla przyszłych Stanów Zjednoczonych. Oto bowiem w kwietniu 1619 r. nowym gubernatorem Wirginii (a w zasadzie kolonii Jamestown) został sir George Yeardley (który zastąpił na tym stanowisku pełniącego ten urząd od 1617 r. Samuela Agrylla, który to zastąpił Thomasa Dale'a - sprawującego zarząd nad osadą od marca 1611 r.). To właśnie Yeardley 30 lipca 1619 r. zorganizował pierwsze zgromadzenie ustawodawcze mieszkańców Wirginii (Jamestown). Zgromadzenie złożone z gubernatora, 13 radnych i 22 wybranych "burgesów" (wybierano po dwóch kandydatów z 11 istniejących wówczas plantacji Jamestown) odbyło się oczywiście w tamtejszym kościele (pierwszy kościół w Jamestown zbudowano zaraz po założeniu osady w 1607 r. ale spłonął on już w roku następnym. Dopiero ten odbudowany kościół - nadal drewniany, na planie krzyżowym - był miejscem owego zgromadzenia. Notabene tak na marginesie, modlitwy odprawiano w Jamestown dwa razy dziennie: rano i wieczorem).

Tak więc gdy rozpoczęły się obrady pierwszego zgromadzenia Wirginii, okazało się że wśród zasiadających tam delegatów... nie było Polaków, których wszyscy uważali za zwykłych robotników, a tak naprawdę za wyrobników (chociaż już John Smith pisał w swych pamiętnikach że 30 polskich rzemieślników jest bardziej wartościowych niż 1000 angielskich dżentelmenów). Ci, po latach milczenia, wykonywania swojej pracy i nie wychylania się, wreszcie postanowili powiedzieć dość! Zatrzymali pracę wszystkich manufaktur, urządzając pierwszy w dziejach Stanów Zjednoczonych (a tak naprawdę całej Północnej i Południowej Ameryki) strajk. Trwał on tylko dwa dni, ale tak bardzo wystraszył kolonistów, że już 1 sierpnia zgodzili się oni dopuścić do zgromadzenia również polskich delegatów. Mało tego, stworzono wspólne, dwujęzyczne (polsko-angielskie szkoły) w których miano uczyć w tych dwóch językach. Polscy rzemieślnicy w Jamestown otrzymywali również pełne prawa kolonistów i od tej pory mieli być traktowani na równi z innymi. Powiem więcej, ze swymi umiejętnościami wysuwali się wręcz na nową elitę Jamestown. Ostatecznie tak się nie stanie, ale po kolei, do tego również dojdziemy cóż było tego przyczyną. Warto jeszcze powiedzieć o innym doniosłym (dla przyszłych Stanów Zjednoczonych) wydarzeniu, który miał miejsce w roku 1619, a mianowicie w sierpniu tego roku do jamestown przepłynął holenderski statek przywożąc na pokładzie 20 porwanych w Afryce murzyńskich niewolników. Koloniści zakupili ich do pracy i tym samym po raz pierwszy w dziejach  angielskiej Ameryki niewolnictwo czarnoskórych Afrykanów stało się faktem. Latem 1620 r. do Jamestown przybył okręt z 90 pannami na pokładzie i koloniści mogli wreszcie wybrać sobie żony i rozpocząć normalne życie rodzinne. Jednocześnie już wówczas zaczęły tworzyć się większe i mniejsze majątki ziemskie. Więcej akrów (1500) otrzymywali przybyli do Jamestown urzędnicy, kupcy i skarbnicy, nieco mniej (500) lekarze i sekretarze, reszta zaś w zależności od tego jak wywiązała się z prawa Smythe/Sandys'a czyli tyle akrów, ile osób ściągnięto i przewieziono (na własny koszt) do kolonii.


"Wiesz skąd się wzięli murzyni w Ameryce? Handlarze niewolników przywieźli ich z Afryki. A myślisz że to takie proste wysiąść na plaży w Afryce, złapać w siatkę zwinnego, silnego murzyna i wywieźć go za ocean? Oczywiście że nie, udało im się to zrobić, ponieważ łapali tylko takich którzy albo Nie potrafili s********* przed siatką, albo też byli największymi głąbami w plemieniu i wódz sprzedawał ich za paczkę fajek bo i tak nie miałby z nich pożytku" 🤭



Jamestown wciąż się rozrastało, a to nie podobało się okolicznym Indianom Powhatan, tym bardziej że Pocahontas już nie żyła, nie było więc powodów aby utrzymywać pokój. Poza tym w roku 1618 zmarł wódz Wahunsunakok, a następcą został jego rodzony brat Opechankano. Nienawidził on kolonistów, gdyż niszczyli oni tereny łowieckie i stanowili realne zagrożenie dla plemienia, dlatego też przygotowywał się do wielkiego ataku, który miał być realnie eksterminacją wszystkich mieszkańców Jamestown. Taki atak spadł na osadę w marcu 1622 r. i był doprawdy podobny do trąby powietrznej, niszczącej wszystko na swej drodze. W każdym razie bezwzględnie był to największy atak, jaki do tej pory podjęli Indianie na tę osadę od chwili jej założenia, czyli od 15 lat.




CDN.

niedziela, 18 maja 2025

AMERICAN STORY - Cz. IX

DZIEJE
STANÓW ZJEDNOCZONYCH AMERYKI
OPOWIEDZIANE PRZEZ PRYZMAT
KOLEJNYCH POKOLEŃ AMERYKANÓW





 Postanowiłem reaktywować tę już nieco zapomnianą serię tematyczną o początkach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Zamierzam ją poprowadzić (oczywiście przy dobrych wiatrach) aż do czasów obecnej prezydentury Donalda Trumpa. Na razie opowiedziałem o powstaniu kolonii Jamestown w roku 1607 i założeniu Wirginii, oraz o przybyciu purytańskich kolonistów z Anglii na statku o nazwie "Mayflower" i założeniu kolonii Plymouth w roku 1620. Teraz skupimy się jeszcze na Jamestown a następnie przeniesiemy się do Nowej Anglii, do Bostonu, który powstał jako jedna z kilku innych kolonii angielskich w rejonie Plymouth



JAMESTOWN 
(Jak wyglądało tam życie 400 lat temu)
Cz. I




 Jamestown, to była pierwsza angielska kolonia w Nowym Świecie (a konkretnie na ziemiach dzisiejszych Stanów Zjednoczonych, bo głównie tego właśnie dotyczy ta seria). Założona 13 mają 1607 r. przez 120 mężczyzn (nie było tam ani jednej kobiety) przybyłych na trzech statkach noszących nazwy: Constant, Godspeed i Discovery, w ramach akcji zasiedlania Nowego Świata przez założoną w roku 1606 przez kilku angielskich dżentelmenów (którym król Jakub I przyznał prawo osiedlania się i kolonizacji na całym obszarze Ameryki leżącym między 34 a 41 stopniem szerokości geograficznej północnej) Kompanię Londyńską. Jakub I jak i większość polityków i przedsiębiorców Królestwa Anglii, zdawała sobie sprawę z postępującej już wówczas hiszpańskiej kolonizacji dzisiejszej Ameryki Łacińskiej, jak również atlantyckich i karaibskich obszarów ziem współczesnych Stanów Zjednoczonych; jak również kolonizacji francuskiej w Ameryce północnej (Acadia, Quebec). Obawiano się więc że Anglia zostanie daleko w tyle za tymi dwoma państwami, a już przecież do kolonialnej eksploracji Ameryki szykowały się i inne kraje europejskie (jak choćby Holandia, czy nawet Szwecja). Po niezwykle owocnym zakończeniu podróży morskiej George'a Weymoutha do ziem Nowej Anglii w 1604, uznano że nadszedł czas aby ponownie rozpocząć zakładanie stałych kolonii w Ameryce (już wcześniej próbowano założyć tam kolonie jeszcze za czasów królowej Elżbiety I, ale los wszystkich angielskich kolonii był dramatyczny, ludność umierała z głodu w ciągu kilku kolejnych miesięcy, gdyż koloniści nastawiali się głównie na poszukiwanie złota, a nie na przetrwanie i gdy tylko kończyły się zapasy przywiezione z Anglii, zaczynał się głód i śmierć - pisałem o tym w poprzednich częściach tej serii). W kwietniu 1606 r. założono więc dwie kompanie, wspomniana wyżej przeze mnie Kompania Londyńska, oraz Kompania Plymouth (która miała zakładać kolonie między 38 a 45 stopniem szerokości geograficznej północnej). Każda z tych kompanii miała kontrolować obszar 50 mil na północ i na południe od pierwotnej osady, oraz 100 mil w głąb morza i 100 mil w głąb lądu. Kolonie te otrzymały królewski przywilej wydobywania złota, srebra i miedzi w Nowym Świecie (król miał otrzymać 1/5 wszystkich tych surowców), a także powołania rady złożonej z 13 przedstawicieli. Przez siedem lat od założenia Kolonii miał nie być pobierane żadne cła importowe, a także kolonistom przyznawano wszystkie prawa i przywileje poddanych króla Anglii. Oczywiście był również punkt w owym przywileju królewskim, w którym zobowiązywano się do nawracania miejscowych pogan na chrześcijaństwo.




Trzy (wymienione wyżej) okręty (wypożyczone przez Kompanię Londyńską od angielskiej Kompanii Moskiewskiej, jako że jedyny okręt tej kompanii "Richard" pod dowództwem Henry'ego Challonsa, został w sierpniu 1606 r przejęty przez flotę hiszpańską u wybrzeży Florydy, a sam Challons przewieziony do Sewilli) pod dowództwem się Christophera Newporta wypłynęły, podążając trasą na Wyspy Kanaryjskie i Indie Zachodnie. U wybrzeży dzisiejszej Wirginii okręty te dostały się w środek burzy, która zagnała je do zatoki Chesapeake. W maju 1607 r. płynąc rzeką Jakuba (nazwaną tak na cześć ich króla), koloniści osiedlili się nie na wyspie (jak początkowo zakładano), lecz na stałym lądzie, na bagiennym półwyspie (co odradzano nawet w instrukcji, którą koloniści mieli przy sobie). 13 maja 1607 r. pierwsi koloniści (którym udało się przeżyć podróż, gdyż 16 spośród 120 zmarło w jej trakcie) postawili stopę na amerykańskiej ziemi. Najpierw odprawiono nabożeństwo dziękczynne, a uczyniono to pod kawałkiem płótna żaglowego. Następnie przystąpiono do budowy osady, którą nazwano (również na cześć króla) Jamestown. Dookoła były nieprzepastne lasy nieznanego kraju, zbudowano więc najpierw drewnianą palisadę otaczającą osadę (na wypadek ataku "dzikusów") i kościół (jako jeden z pierwszych, a prawdopodobnie pierwszy budynek w Jamestown). Oczywiście pierwsze budynki w osadzie były drewniane (jako że tego budulca było pod dostatkiem) i dopiero z biegiem lat pojawiać zaczęły się pierwsze domy budowane z cegły. Otworzono też zapieczętowane instrukcje w których były zapisane nazwiska pierwszych członków 13-osobowej rady, pełniącej funkcję władzy wykonawczej, ustawodawczej i sądowniczej, której to przewodniczył prezes. W ciągu miesiąca od założenia kolonii, wybudowano już trójkątny fort otaczający osadę, kościół, magazyn oraz kilka szeregowych domów. W tym czasie Christopher Newport żeglował dalej wzdłuż rzeki Jakuba, aż do dzisiejszego Richmond. Podejmowano też eksploracje lądowe (głównie związane z poszukiwaniem złota, srebra i miedzi) w których m.in. uczestniczył John Smith. Podczas jednej z takich eskapad zasnął on zmęczony pod drzewem, a gdy się obudził, zobaczył nad sobą kilka indiańskich kobiet, które mu się przyglądały. W swych pamiętnikach zanotował że były prawie nagie i zaczęły się do niego przymilać pytając (oczywiście w swoim języku który on potem - dzięki Pocahontas - poznał) "czy mnie chcesz?", "czy mnie kochasz?" Odrzucił ich amory (dziwne, skoro w osadzie nie było kobiet. Może te opowieści były po prostu wytworami jego erotycznych fantazji?). Innym znowu razem Smith wpadł w zasadzkę i został przyprowadzony do wodza miejscowych Indian plemienia Powhatan - Wahunsunakoka (Anglicy nazywali go po prostu Powhatanem od nazwy plemienia). Miał zostać stracony (poprzez rozłupanie mu czaszki maczugą). Ale wówczas wstawiła się za Smithem Pocahontas, córka Wahunsunakoka, ratując mu życie.




Obszar na którym założono kolonię jamestown, Hiszpanie nazywali krajem Axacan, a nieopodal mieściła się hiszpańska misja jezuicka, założona w 1570 r. Badając wybrzeże rzeki Jakuba, spodziewali się koloniści znaleźć drogę do Chin, a być może nawet do Indii, gdyż wówczas sądzono w Europie że ten obszar Ameryki może prowadzić właśnie do Chin. Oczywiście nie znaleziono ani drogi do Chin, ani do Indii, ani też złota czy srebra - tak wyczekiwanego przez kolonistów. Znaleziono zaś nieprzepastne lasy i wrogich Indian, którzy już w czerwcu 1607 r. dokonali pierwszego ataku na osadę. Co prawda została ona odparta, ale koloniści musieli teraz mieć się na baczności i nie mogli sobie pozwolić na tak częste wypady poza osadę, jak wcześniej. W lipcu Christopher Newport wypłynął do Anglii, zabierając ze sobą kilka bezwartościowych skał (w których - jak sądził - znajdowało się złoto). Po jego wyjeździe koloniści zaczęli coraz bardziej cierpieć głód, gdyż zapasy żywności malały (a nikt nic nie uprawiał, wypady zaś poza osadę były coraz rzadsze, ze względu na częste ataki Indian Powhatan). Pojawiła się też malaria, na którą zapadło kilkudziesięciu kolonistów. Coraz więcej ludzi umierało czy to z głodu, czy to z powodu chorób, gdyż racje żywnościowe były ciągle zmniejszane - co bardzo nie podobało się kolonistom. Najgorsza była zima 1607-1608 r. która pochłonęła kolejne ofiary. Rządzący kolonią pierwszy przewodniczący rady - Edward Maria Winkfield, został usunięty ze stanowiska przy wyraźnym niezadowoleniu mieszkańców osady (dochodziło do częstych kłótni między nim, a wymienionym wyżej kapitanem Johnem Smithem). Przewodniczącym rady wybrano teraz Smitha, jako że udało mu się (dzięki zapewne znajomościom z Pocahontas), uzyskać od Indian nieco jedzenia, przez co  osada mogła przetrwać zimę. Ale gdy w styczniu 1608 r. z Anglii przypłynął Newport, w Jamestown zostało już tylko 40 kolonistów. Sytuacja była dramatyczna, osada (podobnie jak wcześniejsze angielskie kolonie w Ameryce) skazana była na wymarcie, a nie minął nawet rok od założenia Jamestown. 




Ci, którzy przybyli z Newportem do osady, nie wnosili tak naprawdę niczego dobrego do życia mieszkańców, oni bowiem również Nie potrafili ani nic hodować, ani też nic wytwarzać, a przybyli głównie z myślą o zdobyciu złota (zupełnie tak jak pierwsi koloniści). Tymczasem w Londynie akcjonariusze Kompanii Londyńskiej zaczęli namawiać kolejnych śmiałków do wypłynięcia do Ameryki. Słysząc od Newporta o trudnym położeniu kolonistów i obawiając się że osada może podzielić los chociażby tej z Roanoke (o której pisałem w poprzednich części tej serii), postanowili oni zatrudnić ludzi, którzy mieli pojęcie nie tylko o sadzeniu warzyw (co było podstawą przetrwania), ale również posiadali fach rzemieślniczy. Skontaktowali się więc z Michałem Łowickim polskim szlachcicem z Gdańska zajmującym się handlem i mieszkającym w Londynie. Zaproponowano mu ściągnięcie do Jamestown fachowców rzemieślników, oferując bliżej nieznane pieniądze za ich ściągnięcie. Łowicki - mając dobre kontakty w Gdańsku - popłynął tam i udało mu się przekonać do podróży za ocean kilku pracujących w stoczni gdańskiej fachowców. Ludzie ci potrafili wytwarzać smołę, zajmować się obróbką drewna i wypalać węgiel drzewny, tak potrzebny do produkcji zarówno mydła jak i szkła. Byli to w większości młodzi ludzie którym przedstawiono wizję wspaniałej przygody w odległym kraju, co spowodowało że podpisali wybitnie niekorzystną dla nich umowę, zobligującą ich do pracy w kolonii praktycznie tylko za wyżywienie i  zamieszkanie. Nie mogli też się zbuntować przez co najmniej 10 lat, nie mogli też zerwać tej umowy. Dziś znamy nazwiska owych Polaków, którzy w październiku 1608 r. na pokładzie angielskiego statku "Mary and Margaret" przypłynęli do kolonii Jamestown, a byli to: Stanisław Sadowski, Zbigniew Stefański, Jan Bogdan i Jur Mata. Towarzyszył im również Michał Łowicki. Po przybyciu do kolonii szybko pobudowali sobie domy, zbudowali piece do wyrobu szkła (zakładając pierwszą w Jamestown manufakturę szkła i w ogóle pierwszy zakład produkcyjny). Wkrótce też odkryli źródło pitnej wody, ale te wszystkie sukcesy nie przekładały się w żaden sposób na ich pozycję społeczną w osadzie. Ze względu na wybitnie niekorzystną umowę jaką podpisali z Kompanią Londyńską, a także ze względu na fakt że nie byli Anglikami i mówili w obcym języku, byli traktowani jako ludzie drugiej kategorii.




Jedynie rządzące wówczas kolonią John Smith miał z Polakami nieco lepsze kontakty, a to ze względu na fakt, że po pierwsze nieco rozumiał język polski, a po drugie poznał Polaków, gby kilka lat wcześniej służył w armii habsburskiej walcząc z Turkami na Węgrzech. Jako młody chłopak (urodził się w 1580 r.) w jednym z pojedynków pokonał trzech tureckich żołnierzy, za co przez księcia siedmiogrodu Zygmunta Batorego został wyniesiony do szlachectwa (Smith urodził się bowiem w Willoughby w rodzinie kupieckiej) i otrzymał herb trzech tureckich głów. Potem jednak w jednym ze starć dostał się do tureckiej niewoli i został sprzedany jako niewolnik tureckiemu paszy i w żelaznej obroży na szyi musiał wykonywać ciężkie prace na roli. Zdołał jednak stamtąd uciec i tułając się przez Bułgarię, Wołoszczyznę i Mołdawię, dotarł na ziemie Rzeczpospolitej. Tam poznał Polaków, a szczególnie polskich rzemieślników i potem wypowiadał się o nich zawsze w samych superlatywach. Jednak w Jamestown (pomimo sympatii Smitha) Polacy mieli gorszą pozycję niż Anglicy. Przekładało się to również na ich zachowanie względem angielskich kolonistów, którym bardzo niechętnie (a często w ogóle) nie udzielali wytworów swojej pracy. Ponieważ oprócz pracy jako rzemieślnicy, polscy koloniści w Jamestown założyli własny ogródek, gdzie hodowali pomidory, marchew, sałatę i kilka innych warzyw. Dzięki temu, gdy Anglicy umierali z głodu, Polacy mieli co jeść (chociaż Smith polecił im podzielić się częścią tych płodów, aczkolwiek czynili to bardzo niechętnie i rzadko). John Smith miał dla Polaków jeszcze jedną sympatię, gdy podczas ataku Indian Powhatan ocalili mu życie. Nie mogę liczyć jednak na wsparcie Polaków, zmusił angielskich kolonistów aby łowili ryby, zbierali ostrygi, a jednemu nawet polecił aby udał się do Indian i żył tam z nimi jak jeden z nich, dzięki czemu od czasu do czasu dostawał od nich coś do jedzenia dla kolonistów z osady. W lipcu 1609 r do Jamestown przybył z Anglii statek z zaopatrzeniem pod dowództwem Samuela Argalla. Oprócz żywności i wody pitnej przywiózł on również wiadomość o cofnięciu karty z 1606 r. i powołaniu nowej. Przywilej królewski Kompanii Londyńskiej z roku 1609 mówił, że koloniści otrzymują na własność ziemię 200 mil na północ i na południe od osady, a także stronę morza i w stronę lądu. Otrzymał także prawo zasiedlenia wysp 100 mil od wybrzeża. Rząd stanowiła również 13-osobowa rada, która  otrzymywała przywilej powoływania własnych urzędników. Akcjonariuszami nowej Kompanii Londyńskiej było 56 cechów Londynu i 659 osób prywatnych, wśród których znalazło się 21 parów, 96 szlachciców, 53 kapitanów i 11 robotników.

Gdy wiosną 1609 r John Smith przypadkowo zranił się bardzo poważnie, musiał niestety opuścić kolonię i wrócić do Anglii na statku kapitana Christophera Newporta, który w czerwcu 1609 r. wypłynął z Anglii w drogę powrotną wraz z nowym gubernatorem się Thomasem Gatesem i ok. 500 nowych kolonistów. Po dwumiesięcznej podróży przez ocean, w sierpniu 1609 r. okręty dotarły do Jamestown, a na pokładzie pozostało zaledwie 400 kolonistów (reszta zmarła w trakcie ciężkiej podróży). Dotarło tam tylko część okrętów, ale główny, ten na którym płynął nowy gubernator - osiadł na mieliźnie na Bermudach i aż do maja 1610 r. Thomas Gates nie przybył do Jamestown. Gdy zaś już mu się to udało, zastał kolonię ponownie w tragicznym położeniu. Wielu z nowych kolonistów nabawiło się już w Ameryce kolejnych chorób (głównie malarii), a poza tym jak zwykle głód, głód i jeszcze raz... śmierć. Nowych grobów w kolonii przybywało szybciej, niż nowych kolonistów. Paradoksalnie o ile społeczność angielska topniała, o tyle społeczność polska w Jamestown... rosła. Widząc jednak opłakany stan kolonistów angielskich, gubernator Gates zdecydował się zawrócić do Anglii, ale gdy tylko wyruszył w dół rzeki Jakuba, napotkał statek z informacją że oto płynie z Anglii Thomas West, baron De La Warr (Delaware) z zaopatrzeniem i 150 nowymi kolonistami. Czas jaki De La Warr spędził w Jamestown (sierpień 1610 - marzec 1611) był okresem, w którym realnie to on rządził kolonią, a nie Gates. W tym czasie doszło też do kilku hiszpańskich podjazdów, co wywołało wśród angielskich osadników przerażenie. Pierwszą próbę zdobycia osady Jamestown podjęli Hiszpanie jeszcze w 1609 r. gdy w lipcu tego roku kapitan Ecija - dowódca fortu w St. Augustine (założonego na Florydzie w 1565 r.) wpłynął do zatoki Chesapeake. Uznał on jednak wówczas że fort jest zbyt dobrze umocniony aby zdołał go zdobyć jeden okręt i odpłynął. Ecija zobowiązał jednak lokalne plemiona indiańskie aby nieustannie szpiegowały i atakowały angielskich kolonistów z Jamestown. To samo polecił Indianom gubernator hiszpańskiej Florydy - Ybarra. Atak Indian zimą 1610 r. był jednym z największych szturmów indiańskich na osadę i choć zakończył się odparciem czerwonoskórych, to jednak zginęło wówczas wielu kolonistów. Latem 1611 r. kilka hiszpańskich okrętów znów pojawiło się w w zatoce Chesapeake. Doszło do niewielkich starć, ale poza schwytaniem kilku ludzi (po jednej i drugiej stronie) niczym więcej ten atak się nie zakończył. Hiszpański ambasador w Londynie Zúñiga, w listach do króla Filipa III radził mu przedsięwziąć większą wyprawę zbrojną i zdobyć Jamestown, likwidując tę "angielską zadrę" w kraju Axacan. Filip jednak nie chciał tego uczynić, jako że liczył na sojusz z Anglią przeciwko Niderlandom.

Tymczasem napływ kolejnych kolonistów (choć śmiertelne żniwo wciąż było wielkie, gdy latem 1611 r. zmarło następnych 150 osób) spowodował, że założono nad zatoką Chesapeake dwa forty: "Karol" i "Henryk", a także zdołano wypędzić lokalnych Indian z ich siedzi w rejonie Kecoughtan. Mimo to powodów do zadowolenia praktycznie nie było żadnych. Wciąż na nowo pojawiały się te same problemy, które praktycznie wcale (lub w niewielkim jedynie zakresie) nie były rozwiązywane. Latem upał i niemiłosierne roje moskitów, zimą piętrzące się zwały śniegu przez które trzeba było się przebijać i trzaskający mróz, który zabrał nie jedno życie. Z powodu tych trudności baron De La Warr w marcu 1611 r. odpłynął do Anglii pozostawiając kolonię Jamestown w rękach sir Thomasa Gates'a, a szczególnie mianowanego przez siebie zastępcę sir Thomasa Dale'a (który realnie rządził kolonią). Dale - żołnierz i oficer, weteran walk w Holandii, natychmiast wprowadził w Jamestown rządy silnej ręki. Wszyscy mężczyźni (kobiet nadal tam nie było - ciekawe jak sobie radzili z tymi sprawami, pewnie polowali na Indianki ☺️) byli zmuszeni do intensywnej pracy dla dobra osady, pracy, która niczym nie różniła się od niewolnictwa, a ci, którzy się buntowali, byli karani z całą surowością (przy czym chłosta należała do najłagodniejszych z kar). Schwytani uciekinierzy byli po prostu paleni żywcem. Ale pomimo tych srogich kar i ciężkiej pracy, istniały też oczywiście rozrywki, którymi hołdowali koloniści. Jednym z najpopularniejszych było łucznictwo, które było zarówno rozrywką, jak i formą walki i obrony i zdobywania pożywienia. Popularne były również gry w kości, szachy oraz karty. Urządzano też zawody sportowe, takie jak zapasy czy boks. Nie mogło oczywiście zabraknąć muzyki a co za tym idzie również tańców koloniści znali przecież angielskie, walijskie, irlandzkie i szkockie ballady, pieśni oraz tańce. Ale w tym wszystkim nie mogło również zabraknąć jednej z największych (choć dopiero rodzących się) przyjemności, a mianowicie palenia tytoniu. Palenie tytoniu w Jamestown rozpoczęło się tak naprawdę w styczniu 1608, gdy do kolonii przybył angielski wytwórca fajek tytoniowych Robert Cotten. W latach 1611-1612 John Rolfe eksperymentował w kolonii z liśćmi tytoniu z Wirginii, Indii Zachodnich i Ameryki Południowej, tworząc nowe liście o słodkim zapachu. Szybko zmonopolizował handel tytoniem w kolonii i dzięki temu stał się pierwszym sprzedawcą papierosów w Nowym Świecie (oczywiście żartuję, Hiszpanie bowiem również palili tytoń i nim handlowali znacznie wcześniej, niż uczynił to Robert Cotten czy John Rolfe).

W roku 1613 wybuchł kolejny konflikt kolonistów z Indianami Powhatan, ale były też i plusy, mimo wszystko kolonia przetrwała już szósty rok (w ogromnej mierze przyczynili się do tego właśnie koloniści z Polski, którzy na razie nadal będą uważani za ludzi drugiej kategorii, chociaż wkrótce się to zmieni). A tymczasem wybuchł kolejny konflikt z Indianami, którego ofiarą padła córka wodza Wahunsunakoka - 17-letnia Pocahontas.



 
CDN.

czwartek, 13 lipca 2023

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLIII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXII







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XVI


   



GDZIE TRZECH SIĘ BIJE... - CZYLI WOJNA NA ZACHODZIE


 Gdy przygotowywania do inwazji na Francję dobiegały już końca, cesarz Karol V opuścił Madryt dnia 1 marca 1543 r. i skierował się do Brukseli. Aż do Alcalá de Henares towarzyszyć miał mu w podróży syn - książę Filip i tam się pożegnali. Następnie Karol przechodząc przez Guadalajarę, Sigüenzę, Medinaceli, Calatayud i La Almunię, 15 marca był już w Saragossie gdzie zatrzymał się na pięć dni. Następnie przez Bragę, Lleidę dotarł do sanktuarium w Montserrat, gdzie spędził noc w świątyni przed tamtejszym świętym obrazem. 10 kwietnia cesarski orszak wkroczył do Barcelony, gdzie Karol zamierzał dopilnować przygotowań zbierającej się tam floty wojennej, mającej zaatakować Francję od południa (od zachodu zaś uderzyć miała flota kantabryjska, która również była przygotowywana m.in. w Oviedo). Wszystko miało być przygotowane i zapięte na ostatni guzik, ponieważ cesarz wiązał z tą kampanią ogromne nadzieje, tym bardziej że stawało się jasne, iż król Francji wszedł ponownie w sojusz sułtanem Sulejmanem, a do Prowansji wysłana została flota Hayreddina Barbarossy (o czym pisałem dwa tematy wcześniej). Karol V od lutego 1543 r. miał również zawarty sojusz z królem Anglii Henrykiem VIII, a wspólna inwazja na Francję obu armii planowana była na czerwiec roku następnego. W Barcelonie spędził cesarz dwadzieścia dni, doglądając przygotowań do inwazji, przyjmując posłów obcych państw i odpoczywając (np. przechadzał się po plaży w słomkowym kapeluszu). 30 kwietnia przy sprzyjających wiatrach podniesiono wreszcie żagle na 140 okrętach i opuszczono port w Barcelonie kierując się w stronę Genui.

Niestety, pogoda szybko się zmieniła - najpierw rozpętała się burza, co zmusiło admirała Andrea Dorię do skierowania się do zatoczki Palamos w celu ocalenia okrętów przed ewentualnym zatopieniem, potem zaś wiatr zmienił kierunek i flota znów nie mogła wypłynąć w morze czekając na odpowiedni moment. To właśnie tam, w Palamos - czekając bezczynnie - cesarz miał napisać owe słynne instrukcje dla swego syna don Felipe (o których pisałem w poprzednich częściach). Bez wątpienia w tych dniach Karola V nachodzą pesymistyczne myśli. Jak będzie wyglądało jego królestwo? co pozostawi swemu synowi i czy wszystkie domeny, które on odziedziczył przekaże również Filipowi? Kastylia nie ma już pieniędzy na kolejne wyposażenie wojska, Aragończycy deklarują że również brakuje im środków, w Niderlandach siostra cesarza - Maria, pisze do niego listy, prosząc o szybkie wsparcie przed ciągłymi najazdami Francuzów, którzy palą i niszczą belgijską ziemię. Jaka więc przyszłość czeka owo hiszpańskie imperium, pierwsze takie imperium w dziejach świata, nad którym nigdy nie zachodzi słońce. Bez wątpienia dla Karola przyszłością państwa i jego nadzieją jest syn - książę Filip, młody zdolny ale i leniwy, nie zawsze chętnie przekładający się do swoich przyszłych obowiązków. Cesarz co prawda pozostawił przy przy boku syna najlepszych swoich ministrów: Zunigę, Albę, Tawerę, Cobosa, ale czy to wystarczy? Czy ich rady będą wystarczająco dobre aby przysłużyć się księciu i przyszłości państwa? a poza tym, czy sam Filip nie stanie się marionetką w ich rękach, w rękach ludzi żądnych władzy, zaszczytów i nadań? Takie myśli bez wątpienia zarówno w Barcelonie jak i w Palamos trapiły cesarza Karola, czego dowodem są chociażby owe rady, które spisał dla swojego syna. 

Cesarz też bardzo obawiał się gniewu Boga, bo przecież klęska algierska sprzed kilku lat była ewidentnym ostrzeżeniem, że Bóg nie jest zadowolony z postępowania króla i jego poddanych. Karol więc szukał powodów i przykładów boskiego niezadowolenia i konkludował, że być może postępowanie Hiszpanów w Nowym Świecie, brutalne traktowanie Indian mogło nie spodobać się Bogu i dlatego przyniósł im klęskę w Algierze. Nic więc dziwnego że cesarz starał się ulżyć i poprawić położenie Indian (o czym jeszcze napiszę), ale jednocześnie mocno krytykował tych wszystkich kapłanów, którzy zbytnio sprzeciwiali się nadużyciom (pewnego razu podczas spotkania z dominikanami którzy głośno protestowali przeciw brutalnemu traktowaniu Indian i zmuszaniu ich do ciężkiej pracy ponad siły, biciu i zabijaniu (w ramach polityki encomiendas), słuchając tych wszystkich skarg w pewnym momencie - a był to rok 1539 - cesarz krzyknął w ich stronę: "Czcigodni braciszkowie, zamknijcie się wreszcie!"). Widać było że cesarz Karol V jest już zmęczony, zmęczony długim panowaniem, zmęczony wojnami które musiał toczyć, zmęczony wreszcie ogromem nieszczęść jakie spadały na jego poddanych i te wszystkie ludy nad którymi panował. To było zbyt wiele na jeden umysł i jedno serce aby to wszystko ogarnąć i aby postępować zgodnie nie tylko z własnym sumieniem, ale również z wolą Boga, która była przecież podstawą i celem każdego chrześcijańskiego władcy.


Konkwistador Francisco Valesquez de Coronado dociera do Wielkiego Kanionu 
(1540-1542)



Pogoda zmieniła się dopiero kilka dni później i wreszcie wyruszono w stronę Italii. Flota płynęła jednak niebezpiecznie blisko francuskich wybrzeży, co mogło się skończyć ewentualnym atakiem ze strony Francuzów, ale Andrea Doria i na to był gotowy. 25 maja 1543 r. cesarz dociera wreszcie do Genui,  przyjaznej Republiki, skąd zamierzae poprowadzić dalsze działania wojenne.  Nim to jednak nastąpiło, w Genui przybyło do cesarza poselstwo od papieża Pawła III, który proponował Karolowi interes, wiedząc iż bardzo potrzebuje pieniędzy proponował mu sprzedaż księstwa Mediolanu za 2 miliony dukatów. Papież uznał że jest to właściwa propozycja, gdyż zarówno pomoże on finansowo cesarzowi, ale jednocześnie aby nie narażać się królowi Francji - przejmie od tego Mediolan (na którym również zależało Francuzom). Karol był zaskoczony tą propozycją, bo co prawda potrzebował pieniędzy, ale jednocześnie nie chciał tracić Mediolanu o który od lat toczył krwawe boje z królem Franciszkiem Walezjuszem. Poprosił więc o czas do namysłu aby skonsultować mógł się ze swoimi doradcami i rodzeństwem (w tym z siostrą Marią z Niderlandów). Propozycja papieża była niezwykle kusząca, proponował on bowiem aż 2 miliony dukatów czyli sumę, która wystarczyłaby nie tylko na pokrycie kosztów wojny, ale zapewne i na kilka innych spraw, które były tak szalenie niezbędne w krajach królestwa Hiszpanii. Mało tego, papież zgodził się również pozostawić twierdze Mediolanu w rękach hiszpańskich, co było kolejnym powodem dla którego warto było przystać na tę propozycję. Skarb był bowiem pusty, a minister finansów - Cobos, wręcz błagał cesarza aby przyjął propozycję papieża. Karol napisał jednak najpierw list do syna prosząc go o radę. Don Felipe początkowo jednak był niechętny tej propozycji, tym bardziej że miał w przyszłości objąć tytuł księcia Mediolanu, jednak na mówiony przez Cobosa - ostatecznie wyraził zgodę. 

Nim jednak odpowiedź przyszła do Genui, cesarz spotkał się w Bussetto z papieżem Pawłem III. Tam się okazało że obaj politycy (bo jednak papieża również należy określić jako polityka, tym bardziej w tamtych czasach), nie potrafią się ze sobą porozumieć, zbyt wiele bowiem jedna i druga strona zaczęła okazywać wzajemnej niechęci. Cesarz Karol miał bowiem pretensje do papieża, że ten zwołując sobór powszechny zaprosił nań również króla Franciszka, który przecież sprzymierzył się z Saracenami, z tureckim belzebubem Sulejmanem. Papież zaś nie mógł darować Karolowi sojuszu z królem Anglii Henrykiem VIII, który stworzył w swoim kraju własną religię i prześladował tam katolików. Ostatecznie więc nie doszło do porozumienia i z zakupu Mediolanu nic nie wyszło. Rozczarowany i zniesmaczony polityką papieża, skierował się teraz cesarz do Kremony (choć początkowo planował wizytę w Mediolanie). Następnie przeszedł przez Trydent, Bolzano i przekroczył przełęcz Brenner w Alpach. 9 lipca ze wspaniałą oprawą wszedł do Innsbruku, gdzie powitał go król Niemiec (a właściwie król Rzymian), jego rodzony brat - Ferdynand Habsburg. Tam poznał też liczne potomstwo swego brata (które ujrzał po raz pierwszy w życiu), poza najstarszą córką Ferdynanda - Elżbietą, która 6 maja 1543 r. została małżonką króla Polski i wielkiego księcia Litwy - Zygmunta II Augusta i koronowana w katedrze wawelskiej na królową i wielką księżnę.




Temu mariażowi starała się zapobiec - lub przynajmniej je odroczyć - królowa Bona Sforza, matka Zygmunta Augusta, która nienawidziła Habsburgów i Hohenzollernów (małżeństwo Zygmunta z Elżbietą było uzgodnione już w 1530 r., gdy przyszły pan młody miał zaledwie dziesięć lat a panna młoda cztery). Młoda Elżbieta Habsburżanka nie czuła się w Krakowie dobrze, widziała bowiem że w koło ma wiele niechętnych (a nawet wrogich jej) osób i tak naprawdę jedyne wsparcie miała w osobie starego już króla Zygmunta I Jagiellończyka, ten jednak miał już 76 lat i często chorował. Młoda Elżbieta była kobietą delikatną, cichą, posłuszną i nieśmiałą, a jednak nie spodobała się Zygmuntowi Augustowi, który tylko aby nie robić przykrości swemu ojcu w jego ostatnich latach życia zgodził się na to małżeństwo. Po koronacji Elżbieta siedziała na tronie obok swego męża w koronie na głowie i w rozpuszczonych włosach, ale król Zygmunt I, widząc że korona jej ciąży, posyłał do niej co jakiś czas Zygmunta Herbersteina z propozycją, aby zdjęła ją jeśli jej niewygodnie, ona jednak postanowiła pozostać w koronie do końca uroczystości. Elżbieta zapewne chciała pokazać że wytrzyma wszystko i chciała być zaakceptowana przez nową rodzinę, tym bardziej że widok teściowej o gniewnym wyrazie twarzy raczej mógł ją przerażać. Po uroczystości (w czasie której spadł rzęsisty deszcz, co też postrzegano jako negatywną zapowiedź przyszłości tego małżeństwa), młoda para otrzymała wiele prezentów, jedynie królowa Bona niczego nie ofiarowała swej synowej i dopiero 13 maja, tydzień po uroczystości wysłała jej pierwszy prezent - niezbyt wyszukany i niezbyt drogi naszyjnik. Zygmunt August co prawda podczas wesela bawił się dobrze, ale unikał jak mógł swej małżonki, zaś podczas nocy poślubnej nie odwiedził jej komnaty. 

Zygmunt był też mocno uzależniony od matki, o czym donosił w liście do Ferdynanda wysłany wraz z Elżbietą do Krakowa poseł cesarski - Jan Marsupin, pisząc: "Dobry Boże. Mówić ze starym królem jest to samo, co nie mówić z nikim. Król nie ma własnej woli, tak jest na wędzidle trzymany. Wszystko ma w ręku swoim królowa Bona. Bona jedna całym państwem rządzi, wszystkim rozkazy daje. Młody król nic nie mówi, niczego słuchać nie chce i do żadnych spraw mieszać się nie śmie, tak boi się królowej Bony, matki swojej. A ja wierzę prawie, że ten młody król jest pod wpływem czarów matki, albowiem codziennie do niej chodzi, od pierwszej nocy po dziś dzień". Tak naprawdę więc w ogóle nie wiadomo czy i kiedy doszło do pierwszej nocy poślubnej między młodą parą, król Zygmunt August bowiem jak tylko mógł unikał Elżbiety, a między jednym a drugim ich spotkaniem niekiedy mijało aż 40 dni. Elżbieta spędzała więc dni samotnie, tylko w otoczeniu nielicznych dam dworu które były jej przydzielone i które mówiły po niemiecku, bowiem ona sama nie znała języka polskiego. Jadała samotnie, sypiała samotnie i żyła samotnie, nikt bowiem nie ośmielił się odwiedzić jej komnaty aby nie narazić się na gniew królowej matki. Marsupin dodawał: "Boże mój! Ona taka młoda jeszcze, taka nieśmiała. Mówić nie ma odwagi, drży na widok Bony i ledwie śmie na nią spojrzeć". Wreszcie sam Marsupin - pod wpływem nieszczęścia Elżbiety - postanowił w jakiś sposób wpłynąć na królową Bonę, lecz najpierw musiał postarać się o audiencję u niej. Pierwsza próba okazała się nieskuteczna, królowa odesłała go mówiąc że jest zbyt zapracowana, druga również. Dopiero za trzecim razem królowa zgodziła się go przyjąć o późnej porze po godzinie 16:00 na parę minut, ale tego dnia znów przesunęła godzinę i Marsupin w obawie aby po raz trzeci spotkanie to nie zostało odwołane, prawie cały dzień spędził w oczekiwaniu pod jej komnatą. Gdy wreszcie go przyjęła (7 lipca 1543 r.), pożalił się, dlaczego młody król nie sypia ze swoją małżonką, dlaczego z nią nie jada i jej nie odwiedza. Prosił również Bonę aby wpłynęła na syna, gdyż on czyni wszystko to, co ona mu każe. Stwierdził również na zakończenie że Elżbieta jest ukochaną córką Ferdynanda - króla Rzymian, brata cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Karola V i nie godzi się z nią tak postępować. Bona, słysząc jego słowa, odegrała przed Marsupinem teatrzyk, rozpłakała się, twierdząc iż on ocenia ją niesprawiedliwie, a wreszcie oskarżyła go o próbę zorganizowania rebelii przeciwko niej i poleciła mu opuścić jej komnatę, twierdząc że nie życzy sobie więcej go widzieć (należy też dodać, że w czasie tej rozmowy była obecna totalnie zawstydzona i zapewne upokorzona Elżbieta, która nie odezwała się nawet słowem). Los Marsupina był już przypieczętowany, Bona bowiem postanowiła pozbyć się go z Krakowa.


Zygmunt I Jagiellończyk i Bona Sforza
(1537 r.)



Szybko więc przekonała swego męża króla Zygmunta I by napisał list do Ferdynanda Habsburga, by ten odwołał swego - jak zapisano w liście - "podejrzanego sekretarza" (list z 30 czerwca 1543 r.). Ponieważ jednak na odwołaniu zależało tylko królowej, a król miał to - że tak powiem - głęboko gdzieś i tylko początkowo uległ jej woli, do odwołania nie doszło, co tylko wprawiło Bonę w jeszcze większą furię i niechęć do samej Elżbiety. Doszło do tego, że młoda dziewczyna bała się opuścić swoje komnaty, aby tylko nie musieć pokazywać się swojej teściowej - której panicznie się bała. Bona zaczęła publicznie upokarzać swą synową, a do swego męża mówiła np.: "Boże, ja tu posag przyniosłam i skarb pieniężny, a ta nic nie przyniosła, a jednak wszyscy jesteście mi wrogami". Synowi zaś, gdy ten prosił ją o pieniądze na swoje wydatki (w tym na kochanki) mówiła: "Idź i zapłać z posagu swojej żony", co tylko doprowadzało go do rozpaczy. Takie zachowanie mimo wszystko (bo Zygmunt I z reguły starał się ulegać swej małżonce) budziło jego głębokie niezadowolenie i gniew. Czasem też dochodziło do poważnych kłótni w czasie których stary król mówił do Bony: "Milcz, głupia, tyś mi nic nie przyniosła (...). Coś przyniosła, masz na sobie. Jam nigdy ani szeląga twojego nie widział" (o tej kłótni pisał Marsupin 16 sierpnia 1543 r.). Mimo to król szybko ulegał, wystarczyło żeby Bona się rozpłakała a Zygmunt mówił: "Rób, jak chcesz, idź i rozkaż jak rozumiesz". Królowa więc z jednej strony dążyła do unieważnienia małżeństwa, z drugiej zaś strony doprowadzała Elżbietę do rozstroju nerwowego, starając się na każdym kroku pokazać jej że nie nadaje się na królową. Zabroniła jej na przykład posiadania własnego dworu, odesłała jej kucharzy i odtąd posiłki dla Elżbiety przygotowywano w kuchni Bony (to znaczy Bona podzieliła swoją kuchnię na dwie części, przyznając Elżbiecie niewielką część swych zasobów) a ta już wtedy słynna była ze swych włoskich umiejętności "włoską robotą" nazywano umiejętność trucia i podtruwania ludzi). Nic więc dziwnego że Elżbieta drżała przed każdym kęsem podawanych i potraw, obawiając się że to może być jej ostatni. Była to celowa psychologiczna zagrywka mająca psychicznie zniszczyć Elżbietę, a Bona była mistrzynią manipulacji i potajemnych knowań (po co bowiem miała ją truć? wystarczyło tylko aby tamta obawiała się otrucia, to było znacznie gorsze uczucie niż gdyby ją rzeczywiście otruła).

Mimo tej całej działalności królowej Bony, dążącej do wyeliminowania Elżbiety i unieważnienia tego małżeństwa, okazało się że jednak coraz bardziej nowa, młoda królowa zaczyna budzić sympatię dworzan, którzy co prawda jeszcze nie okazywali jej tego werbalnie z obawy przed gniewem samej królowej matki, ale jednak pewnymi gestami dawali jej do zrozumienia, że jej współczują. Największe wsparcie miała Elżbieta w osobie samego Zygmunta I, który zapraszał ją do siebie i wysłuchiwał co miała do powiedzenia (oczywiście Elżbieta wiedziała że nie może sobie pozwolić na jakąkolwiek krytykę Bony, choć bardzo by zapewne tego pragnęła). Skarżyła się więc i jedynie na to, że pozbawiono ją jej kucharza i że pragnęłaby mieć własną kuchnię. Miała też przy sobie zaledwie cztery dwórki - trzy Niemki i jedną Czeszkę. Wkrótce potem wybuchła też afera parmezanowa związana zarówno z Elżbietą jak i z Bona. Młoda królowa bowiem zapragnęła pewnego razu zjeść kawałek sera parmezańskiego, a ponieważ w jej części kuchni wyznaczonej przez Bonę nie było parmezanu, poprosiła o przygotowanie go kucharza Bony. Gdy wiadomość o tym dotarła do starej królowej, ta wpadła w furię, ukarała swego kucharza, gdyż zakazała podawać czegokolwiek Elżbiecie ze swojej kuchni. Ale na tym nie poprzestała o czym nie omieszkał w swym liście napisać Marsupin (a wkrótce potem aferę parmezanową poznała całą Europa). Bona zwołała bowiem radę królewską złożoną z senatorów i biskupów i starała się dowieść kto stał za przekazaniem kawałka sera Elżbiecie. Oskarżała Marsupina i w nim widziała główne zło które natychmiast należy usunąć. Oczywiście rada królewska stanęła po jej stronie, domagając się odnalezienia i ukarania owego "zbrodniarza". Sam Marsupin przestraszył się i pisał: "Bałem się, że nakaże mnie wyrzucić jak zgniłą rybę", dodawał jednak: "To są babskie fochy (...), babskie głupstwa wyrabia". I choć czasem nazywał ją szaloną w swych listach, to jednak obawiał się jej, czego wyraz dawał chociażby w stwierdzeniu, iż wielka flota, jaką Barbarossa skierował na Włochy (lato 1543 r.) płynie tam właśnie dlatego, że Bona doszła do porozumienia z Sulejmanem - co oczywiście było nieprawdą.

Nie były to jedyne plotki jakie docierały na inne dwory Europy, innym było choćby podejrzenie iż młody Zygmunt August, aby wzbudzić do siebie pożądanie do Elżbiety, kazał jej nocami biegać nago po korytarzach Wawelu 🤭. Nie jest pewne czy jest to plotka, czy być może rzeczywiście coś takiego mogło mieć miejsce, tym bardziej że pewna Włoszka z orszaku jego matki - Diana di Cordona miała podpowiedzieć Zygmuntowi Augustowi że taki właśnie sposób może pomóc we wzmocnieniu seksualnych podmiot u mężczyzny. Elżbieta miała jednak poważny defekt, gdyż cierpiała na epilepsję co tym bardziej odrzucało Zygmunta od niej. Na epilepsję cierpiała również trzecia żona Zygmunta Augusta rodzona siostra Elżbiety - Katarzyna Habsburg (którą poślubił dziesięć lat później w 1553 r.), która dodatkowo go oszukiwała twierdząc że zaszła w ciążę, a tak naprawdę nosiła poduszki na brzuchu, aż wreszcie pewnego razu król odkrył jej sekret i zerwał z nią jakikolwiek stosunki, zostawiając ją samą na Wawelu.




A wracając do Karola piątego i losów wojny hiszpańsko-francusko-angielskiej...


CDN.

środa, 14 czerwca 2023

NIEZWYKŁE ZDJĘCIA... - Cz. V

ZE STAREJ KLISZY



Dziś dalsza część cesarskich Niemiec i miasta Berlin z roku 1888






BERLIN

(1888)



Rok 1888 zaczął się sukcesem kanclerza Rzeszy Otto von Bismarcka, gdy Reichstag przyjął ustawę o przekształceniu Landwehry (Obrony krajowej) w armię polową w przypadku wybuchu wojny (6 luty). Stało się tak głosami tzw. "partii kartelowych" (blok konserwatywno-narodowo-liberalny), które zdominowały Reichstag po wyborach z lutego 1887 r. i które wspierały politykę Bismarcka. Taka polityka (jak również zwiększenie armii stałej o 10 % w czasie pokoju - do 468 000 żołnierzy), spowodowana była napięciami międzynarodowymi, a szczególnie wzrostem rewanżystowskich głosów we Francji, które skupiły się na osobie byłego ministra wojny z lat 1886-1887 Georges'a Ernesta Boulangera (zwanego też "monsieur revanche"), który dążył do zwiększenia liczebności i siły Armii Francuskiej w celu wznowienia konfliktu z Niemcami i odebrania im Alzacji i Lotaryngii (utraconych w wyniku wojny 1870-71). Boulanger (i jego zwolennicy) był również przeciwnikiem ustroju republikańskiego i dążył do odnowienia Cesarstwa. 2 stycznia tego roku, Boulanger spotkał się w Szwajcarii z mieszkającym tam członkiem rodu Bonaparte - Napoleonem Józefem (przedstawiciele dynastii Bonaparte, podobnie jak obu gałęzi rodu Burbonów zostali wygnani z Francji z zakazem powrotu), synem Hieronima, najmłodszego brata Napoleona Wielkiego i króla Westfalii w latach 1807-1813. Boulanger namawiał tam księcia Napoleona do podjęcia wspólnych działań w celu obalenia III Republiki Francuskiej (Republika Francuska została ogłoszona 4 września 1870 r. po klęsce pod Sedanem armii marszałka Mac-Mahona - 1 września 1870 r., w wyniku której do niemieckiej niewoli dostał się cesarz Napoleon III. III Republika Francuska została jednak oficjalnie potwierdzona dopiero w konstytucji z 30 stycznia 1875 r. która weszła w życie 16 lipca tego roku). Na fali poparcia swoich zwolenników Boulanger dostał się do parlamentu w wyborach uzupełniających do francuskiego Zgromadzenia Narodowego z końca lutego 1888 r. Jeszcze wyższe poparcie zdobył w kolejnych wyborach z sierpnia tego roku i od tej chwili już jawnie dążył do przeprowadzenia referendum w sprawie likwidacji Republiki i odrodzenia Cesarstwa. Taka polityka stała jednak w sprzeczności z koncepcją Bismarcka, którego celem w polityce zagranicznej było m.in. polityczne okrążenie i izolacja Francji na arenie międzynarodowej, wspieranie francuskiego republikanizmu i polityki kolonialnej (czyli jak najmniej Francji w Europie), oraz uniemożliwienie Francuzom realizacji polityki rewanżu. Bismarck jednak nigdy nie był zwolennikiem wojny, choć wojny oczywiście nie wykluczał gdy była taka konieczność, ale doskonale wiedział że wojna ogranicza jego pozycję i kanclerska władzę na rzecz generałów, dlatego też starał się wszelkie konflikty rozwiązywać na drodze dyplomatycznej.

9 marca w wieku 90 lat w Berlinie umiera cesarz Wilhelm I, długoletni promotor Bismarcka i jego polityki. Panował on od 2 stycznia 1861 r. czyli od śmierci jego starszego brata - Fryderyka Wilhelma IV (realnie władał Prusami czasowo już od 1857 r. a na stałe od października 1858 r. gdy jego brat zaczął zdradzać objawy silnej nerwicy i nie był zdolny do sprawowania swoich obowiązków). 18 stycznia 1871 r. w Wersalu pod Paryżem, książęta niemieccy i przedstawiciele Wolnych Miast Rzeszy, ogłosili Wilhelma cesarzem nowopowstałego Cesarstwa Niemieckiego (należy dodać że to się Wilhelmowi nie spodobało i w rozmowie z synem Fryderykiem Wilhelmem stwierdził potem, że musiał zamienić "błyszczącą koronę Prus na tę brudną koronę Niemiec"). W tym też czasie Otto von Bismarck (pełniący od 8 października 1862 r. funkcję premiera Prus), został podniesiony do rangi księcia i mianowany kanclerzem Rzeszy Niemieckiej (21 marca 1871 r.). Śmierć starego cesarza i przyjaciela oznaczała duże przetasowania na szczeblu władzy, czego Bismarck się spodziewał i czemu nie był w stanie przeszkodzić. Nowym królem Prus i cesarzem Niemiec stał się teraz syn i następca Wilhelma I - "wielka nadzieja liberałów" Fryderyk Wilhelm, który objął władzę jako Fryderyk III (piszę "objął władzę" a nie koronował się, ponieważ ostatnią koronację przeprowadził 18 października 1861 r. w Królewcu - w rocznicę Bitwy Narodów w 1813 r. pod Lipskiem - właśnie Wilhelm I). Fryderyk III był już jednak bardzo poważnie chory. Od 1887 r. cierpiał na poważny obrzęk krtani, który prawie uniemożliwiał mu mówienie. W listopadzie 1887 r. oficjalnie zdiagnozowano u niego raka gardła. Co prawda podróże do Wielkiej Brytanii (na jubileusz 50-lecia panowania królowej Wiktorii) jak i do Włoch przyniosły lekką poprawę jego stanu zdrowia, ale po objęciu władzy cesarskiej choroba wróciła ze zdwojoną siłą. Już 11 marca 1888 r. (czyli zaledwie 2 dni po wstąpieniu na tron), Fryderyk III nie był w stanie w ogóle mówić i porozumiewał się jedynie za pomocą swej małżonki, brytyjskiej księżniczki (i córki królowej Wiktorii) - Wiktorii, lub pisemnie. To spowodowało że już 21 marca jego syn, 29-letni książę Wilhelm, został uznany zastępcą swego ojca w sprawowaniu władzy. Ostatecznie 15 czerwca 1888 r. po 99 dniach panowania w wieku 56 lat cesarz Fryderyk III zakończył swój żywot, a na tron wstąpił teraz jego syn, który przyjął tytuł Wilhelma II. Rok 1888 będzie odtąd określany w Niemczech jako "rok trzech cesarzy".

16 kwietnia prywatna niemiecka firma zajmująca się handlem fosforem -Jaluitgesellschaft, obejmuje patronat nad wyspą Nauro na Morzu Południowym (w 1906 r. wraz z Wyspami Marshalla stanie się ona częścią Niemieckiej Nowej Gwinei).

29 kwietnia brytyjska ekspedycja kierowana przez dziennikarza i badacza Afryki - Henry'ego Mortona Stanleya, po prawie trzech latach odcięcia od kontaktu ze światem, uwalnia niemieckiego badacza Afryki Eduarda Schnitzera (znanego jako Mehmed Emin Pascha). Schnitzer pełnił funkcję gubernatora brytyjsko-egipskiej prowincji równikowej, a w czasie powstania Mahdiego w Sudanie odcięto go w 1885 r. i uniemożliwiono kontakt zarówno z rządem Niemiec jak i Wielkiej Brytanii.

5 maja wyrokiem sądu zakończyła się wreszcie sprawa Georg'a Rittera von Schönerer'a. Bowiem ten niemiecki arystokrata i członek austriackiego Reischratu, oskarżony został o napad i pobicie redaktorów pisma "Neues Wiener Tageblatt", za to, że przedwcześnie donieśli czytelnikom o śmierci cesarza Wilhelma I. Za ten czyn sąd odebrał mu szlachectwo, pozbawił prawa wyborczego i skazał na cztery miesiące więzienia.

14 czerwca zniesiono w Niemczech obowiązek uiszczania opłat za uczęszczanie dzieci do szkół podstawowych w miejscu ich zamieszkania. Do tej pory bowiem szkoły podstawowe (jak i wszelkie inne) były płatne.

15 czerwca (w dzień zgonu cesarza Fryderyka III) w Stuttgarcie zamieniono dotychczasowe konne tramwaje po raz pierwszy na tramwaje o napędzie spalinowym (z wykorzystaniem silnika Daimlera), które szybko się przyjęły i następnie również i inne miasta w Niemczech zaczęły coraz częściej wprowadzać tego rodzaju tramwaje.

14 sierpnia w konserwatywnym piśmie "Kreuzzeitung" ukazuje się apel Adolfa Stoeckera (nadwornego kapelana cesarza Wilhelma II), domagający się dymisji kanclerza Bismarcka. Ów "list palny" (jak potem ten apel zostanie nazwany), doprowadzi do konfliktu pomiędzy Stoeckerem a Bismarckiem, który będzie go uważał za głównego sprawcę niechęci ze strony nowego cesarza do prowadzonej przez kanclerza polityki. Ostatecznie w 1889 r. Bismarck z musi stackera do rezygnacji z czynnej działalności politycznej.

31 sierpnia negatywną sławę rozpoczyna w Londynie Kuba Rozpruwacz, mordując swoją pierwszą prostytutkę.

Tego samego 31 sierpnia w Niemieckiej Afryce Wschodniej (dziś Tanzania, Rwanda i Burundi), rozpoczyna się arabskie powstanie pod przywództwem byłego handlarza niewolnikami - Hassana Buschiriego. Arabowie sprzeciwiali się niemieckiej dominacji w tej części Afryki jak również zakazowi handlu niewolnikami. Powstanie zostało brutalnie stłumione w roku następnym (1889) przez komisarza Rzeszy - Hermanna von Wissmanna.

4 października Georg von Siemens (przy wsparciu kanclerza Bismarcka) uzyskuje dla Deutsche Bank koncesję na budowę Kolei Anatolijskiej w Imperium Osmańskim.

Z końcem listopada niemieckiemu fizykowi - Heinrichowi Hertzowi udaje się udowodnić istnienie fal elektromagnetycznych, co daje podstawę do późniejszych prac nad stworzeniem radia.

W tym też roku Vincent van Gogh maluje swoje słynne "Słoneczniki".



PAŁAC CESARSKI
Ludzie gromadzą się przed pałacem na wieść o śmierci cesarza Wilhelma I





BISMARCK w REICHSTAGU
(Luty 1888 r.)





PISMO "DER BAZAR"
Moda kobieca 1888 r.





ZMARŁY KAJZER WILHELM I





FRYDERYK III i WIKTORIA 





KAJZER FRYDERYK III NA ŁOŻU ŚMIERCI 





WILHELM II
(1888)







OBJĘCIE WŁADZY PRZEZ WILHELMA II





POGRZEB WILHELMA I






W następnej części Niemcy w roku 1890


CDN.

niedziela, 4 grudnia 2022

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLI

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW

OD MEHMEDA II ZDOBYWCY

DO ABDUL HAMIDA II

 


 

SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXX


 



 
 ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XV
 
 
 
 WOJNA! ZNÓW WOJNA
 
 
 Rok 1543 rozpoczął się w pałacu Tournelle w Królestwie Francji przedstawieniem komediowym, którego pomysłodawczynią była małżonka następcy francuskiego tronu - księcia Henryka Walezjusza, który w tym właśnie czasie dowodził armią na południu kraju, w Pirenejach - Katarzyna z włoskiego rodu Medyceuszy. Oziębłość, jaką obdarzał ją małżonek oraz jego romans z Dianą de Poitiers, spowodował iż Katarzyna czuła się bardzo samotna na królewskim dworze. Co prawda przebywała nieustannie w otoczeniu króla Franciszka (a nawet należała do jego kompani myśliwskiej - o czym pisałem w poprzedniej części), ale jednak brakowało jej męskiego uznania (i jak to mówił sławetny król Julian z "Pingwinów z Madagaskaru", a za nim powtarzał Silvio Berlusconi: "Bąga, bąga, bąga - laski lubią pstrąga" 😅). Jej serce silniej zabiło do pewnego rycerza o imieniu Vendome de Chartres i postanowiła zwrócić sobą jego uwagę. Co prawda ów młodzian otaczał się wianuszkiem pięknych kobiet, ale rezolutna Katarzyna zaproponowała mu... uczestnictwo wraz z nią w owym przedstawieniu, a aby omówić i dopracować role jakie mieli odgrywać, gościła go w swej sypialni. Katarzyna była żoną Henryka już od dziesięciu lat, a mimo to wciąż nie mieli oni dzieci (notabene z Dianą de Poitiers Henryk także nie miał potomstwa). Wydawało się więc, że któreś z małżonków jest bezpłodne i podejrzenie padało właśnie na Katarzynę. Cóż to jednak było za zdziwienie gdy w początkach kwietnia 1543 r. Katarzyna Medycejska zaszła w ciążę. Dziwna sprawa, małżonek wciąż był na wojnie (a opuścił Paryż z końcem lipca 1542 r.) i minęło od tego czasu już prawie dziewięć miesięcy; jak to więc możliwe, że przez dziesięć lat małżeńskiego pożycia nie był w stanie spłodzić dziedzica, a w czasie swojej nieobecności nagle zapłodnił Katarzynę? Jest wielce prawdopodobne, że ojcem tego dziecka, które się urodziło w styczniu 1544 r. (a był to przyszły król Francji - Franciszek II, brat chociażby późniejszego króla Polski - Henryka Walezego) był właśnie ów rycerz, z którym w swej sypialni "przygotowywała się" do roli w przedstawieniu Katarzyna Medycejska.

Jeszcze nim dwór dowiedział się o owej radosnej nowinie, król Franciszek przyznał swej synowej specjalny kolor (każda kobieta na francuskim dworze miała swój własny, ofiarowany przez monarchę kolor z którym miała się odtąd utożsamiać, gdyż Franciszek twierdził że kobiety są niczym przepiękne kwiaty w ogrodzie - ogród to dwór, a różnokolorowymi kwiatami były odtąd piękne damy, ów dwór zapełniające). Franciszek ofiarował Katarzynie kolory tęczy i motto: "On niesie światło i spokój". Katarzyna jednak ze wszystkich kolorów tęczy, wybrała jeden kolor, który odtąd stał się jej barwą - był to kolor zielony i w takich sukniach najczęściej pojawiała się na dworze (a nawet jeśli zmieniała garderobę, to zawsze dbała o to, aby przynajmniej wstążkę mieć koloru zielonego). Królowi ten kolor bardzo przypadł do gustu i był dumny że Katarzyna wybrała właśnie tę barwę (jako symbol lasów - gdyż król Franciszek był wielkim miłośnikiem łowów). Niestety, kolor zielony nie został wybrany na cześć Franciszka, a... powiem tylko tyle, że zielony był również barwą rycerza Vendome de Chartres, więc zbieżność nasuwa się jakby sama (a jak to mówił Stanisław Anioł w sławnej komedii "Alternatywy 4": "Mądremu wystarczą dwa słowa, a głupiemu to i litanii mało" 😉). Oczywiście Katarzyna nie wyprowadzała króla z błędu, a wręcz przeciwnie, starała się postępować tak, aby zasłużyć na królewskie uznanie, a nawet podziw (dla króla Franciszka na przykład nauczyła się mówić i czytać po grecku, co długo nie przychodziło jej łatwo). Franciszek zresztą łożył ogromne sumy dla kobiet ze swego dworu, przewyższały one trzykrotnie wydatki na nowe budowle (na kobiety przeznaczano 300 000 talarów rocznie). Konie i kobiety były miłością życia króla Franciszka I Walezjusza (np. Maria Boleyn była niegdyś jego kochanką i zwał ją swą "klaczą, którą ujeżdżam gdy mi tylko przyjdzie na to ochota"), nic więc dziwnego że wydawał na nie ogromne środki z królewskiego skarbca. Niestety, z biegiem czasu coraz trudniej było mu "stanąć na wysokości zadania" i było to powodem jego nieustannych zmartwień. W tymże 1543 r. wysłał nawet specjalny okręt do portugalskiej kolonii Brazylii, aby sprowadzono stamtąd specjalną "świętą palmę", a raczej korzeń owej palmy, który ponoć przywracał moc męską. Owe brazylijskie "lekarstwo" sprowadzono do Francji, ale... wydaje się że niewiele pomogło to królowi.

A tymczasem trwała wojna hiszpańsko-francuska (do której przyłączyła się Anglia, a potem Osmańska Porta). Wybuchła ona dnia 12 lipca 1542 r. gdy król Franciszek I wypowiedział ją cesarzowi Karolowi V. Od razu też ukształtowały się trzy linie frontu: w Pirenejach, na granicy francusko-belgijskiej i w dolinie Padu w Italii. Na tym ostatnim odcinku obroną Księstwa Mediolanu dowodził markiz del Vasto, który zdołał uchronić Mediolan przed francuskim oblężeniem i (w owym 1542 r.) utracił tylko jedną twierdzę - Cherasco. Na froncie pirenejskim Francuzi podeszli pod twierdzę Perpignan. Całej północnej granicy Hiszpanii (czyli kraju Basków, Nawarry i Aragonii) bronił książę Alba, który dobrze przygotował tamtejsze zamki i twierdze do obrony. Jedynym słabym punktem był właśnie Perpignan, ale nie dlatego że był nieprzygotowany do obrony, ale dlatego że cały północny obszar Aragonii był wówczas objęty dość intensywną działalnością zbójecką i istniała obawa że owi zbójcy połączą się z wojskami francuskimi, prowadzonymi przez Delfina Henryka (który poprzysiągł sobie zdobycie twierdzy Perpignan i tam właśnie rzucił swe największe siły). Obawy księcia Alby okazały się jednak bezpodstawne, dobrze przygotowana do obrony twierdza wytrzymała wszystkie francuskie ataki, a okoliczni zbójnicy nie przyłączyli się do Francuzów, zatem syn króla Francji musiał wycofać się stamtąd z niesmakiem. Znacznie większe sukcesy odnieśli Francuzi na froncie północnym, gdzie spustoszyli znaczną część Południowych Niderlandów (dzisiejsza Belgia) i choć nie udało im się opanować twierdz: Antwerpii oraz Lowanium (gdzie do walki z najeźdźcami stanęli mieszkańcy miasta, w tym studenci tamtejszego uniwersytetu - dając lekcję poświęcenia, patriotyzmu a jednocześnie wierności Koronie Hiszpanii), to jednak skutki francuskiej inwazji były dotkliwe - tysiące trupów którymi żywiły się okoliczne zwierzęta, mnóstwo spalonych i wyludnionych wsi oraz błąkających się po drogach, głodnych i wyziębionych sierot. Namiestniczka Niderlandów, siostra Karola V - Maria Habsburg słała list za listem do brata, prosząc go o odsiecz i przypominając mu, że obiecał powrócić do Niderlandów po dwóch latach od ostatniej wizyty (z roku 1540). Karol V z uwagą śledził wydarzenia na północy i choć Niderlandy oparły się francuskiej inwazji w roku 1542, to czy udałoby im się wytrwać również w 1543? Cesarz nie mógł ryzykować, zatem z nowym rokiem intensywnie przystąpił do przygotowań na kolejną inwazję na Francję i odciążenie w ten sposób Niderlandów.




W lutym 1543 r. doszło do zawarcia sojuszu hiszpańsko-angielskiego przeciw Francji. Obie strony zobowiązywały się do wystawienia 42 000 armii która miała ruszyć do wspólnej ofensywy z północy i z południa dnia 22 czerwca 1544 r., obie armie miały spotkać się pod Paryżem i wspólnie zdobyć to miasto. Henryk VIII od lat marzył o takiej wyprawie, która przyniosłaby mu sławę podobną do tej, jaką otoczony był król Henryk V po bitwie pod Azincourt (1415 r.). Henryk VIII też pragnął takiej jednej wielkiej, zwycięskiej bitwy, która opromieniłaby jego imię wśród potomnych - zapomniał tylko że i tak już przeszedł do historii, dzięki sześciu ożenkom i skazaniu na śmierć dwóch swych małżonek (Anny Boleyn w maju 1536 r. i Katarzyny Howard w lutym 1542). Wyprawę tę jednak należało dobrze przygotować, a poza tym króla rozpraszały jeszcze sprawy osobiste (małżeństwo z Katarzyną Parr - zawarte 12 lipca 1543 r. - oraz wojna ze Szkocją). Mimo to, Henryk już kazał sobie wykuć miecz na wojnę z Francuzami, na którego klindze umieszczono taki oto napis: "Raduj się Boulogne z rządów Henryka VIII! Twe wieże zdobią szkarłatne róże, zaś cuchnące lilie wyrwane są i zdeptane, kogut został wygnany, a lew panuje nad niezwyciężoną fortecą". Oczywiście dwie róże (biała i czerwona) były symbolem dynastii Tudorów, lilie zaś to znak francuskiej monarchii począwszy od Kapetyngów, kogut to symbol Francji, zaś lew Anglii. Henryk VIII miał też na głowie ciągłą obawę przed "powrotem papistów", dlatego też okrutnie rozprawiał się z wszelkimi przeciwnikami ustanowionej przez siebie religii, a w owym 1543 r. oskarżony o herezję (głoszenie nieprawowiernych kazań w diecezji) został sam arcybiskup Canterbury - Tomasz Cranmer. Oskarżyło go (za namową biskupa Winchesteru - Stephena Gardinera i sir Johna Bakera) kilku kanoników Katedry w Canterbury. Wysłali oni list z oskarżeniem arcybiskupa do samego króla, ten jednak nic nie uczynił. Pewnego zaś dnia, gdy Henryk płynął swą barką po Tamizie, zauważył Cranmera stojącego u bram swego pałacu w Lambeth. Król kazał podpłynąć do arcybiskupa i zaprosił go na swą barkę, po czym powitał go słowami: "Ach, mój kapelanie! Mam wieści dla ciebie. Teraz już wiem, kto jest największym heretykiem w Kent", po czym wręczył Cranmerowi oskarżające go pismo. Henryk jednak lubił Cranmera, imponowało mu w nim że ów nie ma osobistych ambicji, jest pobożny i szczery w swych radach, dlatego też monarcha wyznaczył go na szefa komisji, mającej zbadać owe oskarżenia. Po kilku miesiącach prowadzenia śledztwa i szeregu przesłuchań (w tym niektórych poddawano torturom) Cranmer... uniewinnił się ze wszystkich stawianych mu zarzutów (😂).




A tymczasem w Hiszpanii też trochę się działo w owym 1543 r. Otóż cesarz Karol V (pomimo toczącej się wojny z Francją) wciąż rozpamiętywał nieudaną wyprawę na Algier z 1541 r. i doszedł do wniosku że owa klęska była karą Boską za grzechy jego poddanych, popełnianych w Nowym Świecie. Wciąż bowiem napływały stamtąd skargi składane przez franciszkanów i dominikanów na metody wykorzystywania przez Hiszpanów miejscowych ludów tubylczych; szczególnie aktywni byli w tej krytyce misjonarze: Bernardino de Sahagun i Bartolome de Las Casas. Ten ostatni przybył do Nowego Świata w 1502 r. jako osiemnastoletni młodzian z chęcią szybkiego wzbogacenia się (czyli poszukiwania Eldorado - krainy złota, która to idea nie opuszczała Hiszpanów przez dość długi czas). Przez kolejne dwanaście lat służył de Las Casas jako konkwistador na Karaibach i zgromadził z systemu encomiendy (wykorzystywania tubylców do ciężkiej pracy ponad siły w kopalniach lub na plantacjach i czerpania z tego zysków) dość znaczną kwotę. Przez ten czas zdołał się napatrzyć jak lokalni Indianie wymierają na skutek powszechnego wyzysku i chorób (Hiszpanie rozdzielali nawet rodziny i np. kobietom nie wolno było spotkać się z mężami, póki ci nie wypracowali dla hiszpańskich właścicieli odpowiedniej sumy zysków; a nawet jeśli zezwalano na spotkania, to były one krótkie i potem rozłąka znów trwała kilka a niekiedy kilkanaście miesięcy). W 1514 r. Bartolome de Las Casas przeszedł radykalną przemianę (ponoć stało się to w czasie kazania pewnego dominikanina, który sprzeciwiał się systemowi wyzysku ludności tubylczej przez encomiendę), przyjął święcenia kapłańskie i wstąpił do zakonu dominikanów (1515 r.) i wyjechał do Hiszpanii, aby przekonywać króla i możnych do porzucenia systemu encomiendy i zaprzestania wykorzystywania ludności indiańskiej (początkowo postulował sprowadzenie do hiszpańskich kolonii afrykańskich Murzynów i zastąpienie nimi pracy Indian, ale potem wpadł na jeszcze inny pomysł, a mianowicie na ściągnięciu do Nowego Świata wielu ubogich hiszpańskich rodzin, które po osiedleniu się otrzymały by trochę ziemi na własność i pracowaliby na własny rachunek, a ci, którym by to nie wystarczało mogliby pracować w kopalniach za odpowiednie wynagrodzenie). Propozycje de Las Casasa nie spotkały się z akceptacją ani hiszpańskich grandów, ani też hiszpańskich kolonistów, którym zniewolenie Indian bardzo odpowiadało, gdyż generowało zyski bez większych wydatków i strat (śmierć Indianina była dla tych ludzi tym samym co śmierć dzikiego zwierza podczas polowania, tym bardziej iż twierdzono że Indianie nie mają duszy i Bóg przeznaczył ich do ciężkiej pracy dla Hiszpanów). Starania jednak de Las Casasa i jemu podobnych zarówno w Toledo jak i w Rzymie przyniosły w końcu efekty. W 1537 r. papież Paweł III wydał przełomową w swej wymowie bullę Sublimus Deus w której otwarcie przyznał że Indianie z Nowego Świata są ludźmi, mają duszę i mają prawo zarówno do wolności, jak i do posiadania dóbr. W 1542 r. Bartolomeo de Las Casas napisał zaś słynną broszurę dla następcy hiszpańskiego tronu - don Felipe, która nosiła nazwę: "Nowe prawa dla Indii w sprawie dobrego traktowania i ochrony Indian" i dzięki jego wsparciu uzyskał ograniczenie (niestety jednak - nie zniesienie) stosowania encomiendy w koloniach Korony Hiszpańskiej w Nowym Świecie (w 1542 r. do Peru wysłany został pierwszy hiszpański wicekról, który miał wprowadzić nowe prawo, ograniczające system encomiendy. Niestety, nie spodobało się to hiszpańskim kolonistom i już w 1544 r. doszło do pierwszego - po upadku Imperium Inków w 1533 r. - powstania lokalnych kolonistów przeciw władzy Hiszpanii - było to tzw. Powstanie Gonzala Pizarra - opowiem o nim więcej w kolejnych częściach).




Don Felipe (jak już wcześniej pisałem) był księciem inteligentnym i oczytanym, zaś w owym 1543 r. (na jego polecenie) zakupiono w Walencji (za 144 maravedi) księgę Koranu. Książę bowiem pragnął zapoznać się, co niesie w swym przekazie najświętsza księga śmiertelnego wroga samej Hiszpanii i całego chrześcijaństwa. Cesarz Karol, ojciec Filipa już w listopadzie 1539 r. spisał dla niego pierwsze "wskazówki" - czyli jak powinien postępować "prawy monarcha i sługa Boga Jedynego, Pana Naszego Jezusa Chrystusa". W maju 1543 r. powstała druga i najważniejsza ze wszystkich trzech (ostatnia wydana została w styczniu 1548 r.) cesarskich instrukcji dla don Felipe. We wszystkich tych wskazówkach Karol V omawiał zawiłości polityki i rządzenia państwem, radził synowi na jakich ludziach powinien się oprzeć przyszły król Hiszpanii (np. twierdził iż książę Alba jest najlepszym wodzem w Hiszpanii, ale jednocześnie radził synowi aby trzymał go z dala od polityki, gdyż ma zbyt duże ambicje dynastyczne, itd.). Karol V uważał że jego obowiązkiem jest przygotować syna do sprawowania niezwykle trudnej i odpowiedzialnej misji, jaką jest włożenie na swe skronie królewskiej korony i sprawowanie władzy w otoczeniu ludzi, którzy skłonni są do największej podłości i najhaniebniejszej uległości, a wszystko po to, aby uzyskać wpływ na młodego króla i móc nim manipulować dla własnych korzyści (a częstokroć ze szkodą dla interesów kraju i monarchii). Cesarz pisał np.: "Strzeż się, mój synu (...) Załatwiaj sprawy z wieloma ludźmi i nie wiąż się ani nie uzależniaj od jednego człowieka, gdyż jakkolwiek oszczędza to czasu, nie daje dobrych wyników". Karol radził także Filipowi aby nigdy publicznie nie ujawniał swych emocji - tak, aby nikt nie mógł poznać czy jest zadowolony, czy też nie - a także by nikomu ze swych dworzan nie ufał, by był pobożny i sprawiedliwy. Prosił też, aby syn oddalił ze swego dworu błaznów i głupców, by opiekował się swymi siostrami, jako że z racji iż są kobietami w nim tylko mogą mieć swego protektora. Ostatecznie cesarz dawał nawet synowi rady seksualne i to, jak powinien postępować w łożu ze swą przyszłą małżonką ("Kiedy jesteś z żoną (...) bądź rozważny i nie przemęczaj się od samego początku, żeby ustrzec się fizycznych dolegliwości, gdyż prócz faktu, że to może być szkodliwe dla wzrostu ciała, jak i jego siły, często też sprowadza nań taką słabość, że uniemożliwia płodzenie dzieci, a nawet może cię zabić") - innymi słowy radził synowi aby zbytnio nie folgował sobie z kochankami, bo braknie mu sił aby zapłodnić żonę i spłodzić następcę tronu. Mało tego, radził również, aby Filip - gdy już spełni swój obowiązek i z żoną spłodzi syna lub synów, następnie: "trzymaj się od niej jak najczęściej z daleka. Tak więc radzę i proszę usilnie, ażebyś, skoro tylko dopełnisz obowiązku małżeńskiego, opuścił ją pod jakimkolwiek pretekstem i nie wracał do niej ani zbyt szybko, ani zbyt często; a jeśli już wrócisz, to na krótko". Wszystkie te cesarskie rady były przeznaczone tylko dla oczu jego syna i Karol wręcz radził aby Filip nigdy nikomu ich nie pokazywał i najlepiej spalił zaraz po przeczytaniu, aby nie wpadły w niepożądane ręce. Don Felipe ożenił się w listopadzie 1543 r. w wieku lat szesnastu, jego małżonką została infantka portugalska - Maria Manuela z rodu Aviz - również mająca szesnaście lat.




W maju 1543 r., po zakończeniu przygotowań wojennych i wybudowaniu nowej floty u kantabryjskich wybrzeży od Guipuzcoa po Oviedo (którym to zadaniem cesarz obarczył don Alvaro de Bazana), Karol V przebywał w katalońskim porcie Palamos, skąd wypłynąć miał do Genui, a następnie do Busseto, gdzie spotkać się miał z papieżem Pawłem III. Nim jednak do owego spotkania doszło, przenieśmy się teraz na moment do Rzymu (skoro już i tak zwiedzamy  Europę początku lat 40-tych XVI wieku, zamiast od razu przenieść się nad Bosfor i do haremu sułtana Sulejmana). Otóż w Rzymie trwały prace nad budową Palazzo Farnese (wraz z przebudową sąsiednich ulic), a papież dwukrotnie już zmieniał architekta (Antonio de Sangallo Młodszego zastąpił Michał Anioł), podobnie było przy budowie Bazyliki św. Piotra (tam też Sangallo zastąpił ów Michelangelo Buonarotti), w ogóle Rzym za pontyfikatu tego papieża (1534-1549) przypominał jeden wielki plac budowy; w 1541 r. Michał Anioł zakończył (po pięciu latach) wreszcie swoje imponujące dzieło w Kaplicy Sykstyńskiej, zatytułowane: "Sąd Ostateczny" (mówi się że Michał Anioł ponoć miał skłonności homoseksualne, ale pod koniec lat 30-tych XVI wieku nawiązał znajomość z arystokratką - Vittorią Colonną, wdową po zmarłym w 1525 r. Ferdynandzie Francesco d'Avalosa markizie Pescary - i ponoć zadedykował jej jeden ze swych obrazów, przedstawiających ukrzyżowanie Chrystusa, a ona zadedykowała mu jeden ze swych sonetów. Prawdopodobnie ten romans utrzymywał się dość długo i choć Vittoria była dużo młodsza od Michała Anioła, to i tak nie była pierwszej młodości i ich związek był raczej stabilny i przez nikogo nie zagrożony). Warto też dodać, że w owym 1543 r. (dokładnie 22 maja) papież Paweł III wyznaczył ostateczny termin zebrania się w Trydencie soboru, który rozpocząć miał się 1 listopada tego roku i tam też poczęli z wolna zjeżdżać się kardynałowie i biskupi. Niestety, ostatecznie do otwarcia soboru w wyznaczonym terminie nie doszło, gdyż wojna hiszpańsko-francuska i osmańska flota grasująca u wybrzeży Italii temu przeszkodziła (sobór rozpocznie się więc dopiero 15 marca 1545 r.). Papież ostatecznie stracił też nadzieję na pojednanie z luteranami i kalwinami, dlatego też w 1543 r. odnowił średniowieczne (i dawno zapomniane) Święte Oficjum "dla zdławienia herezji", czyli rzymską inkwizycję (hiszpańska istniała już od 1478 r. a portugalska od 1536 r. i obie były niezależne od tej rzymskiej; istniała też inkwizycja francuska, szczególnie silna na Sorbonie). Na czele rzymskiego Świętego Oficjum papież postawił Jana Piotra Carafę (przyszłego papieża Pawła IV, sprawującego swój pontyfikat w latach 1555-1559). Był to człowiek pobożny i uczciwy, jednocześnie bardzo skromny (wręcz odmawiający sobie wszelkich przyjemności, nawet najprostszych i najzwyklejszych). Sporządzał on dla papieża specjalne raporty z przesłuchań heretyków (lub też ludzi oskarżonych o herezję), piętnował też korupcję i seksualne rozpasanie Rzymian, nie szczędząc swych uwag odnośnie samych kardynałów, pisał np.: "W Rzymie ladacznice chadzają po mieście niczym zamężne kobiety lub dosiadają mułów, za którymi od samego centrum miasta podążają szlachcice i duchowni z kardynalskich domostw. W żadnym mieście nie spotkaliśmy takiej korupcji, z wyjątkiem tego, stanowiącego przykład dla wszystkich". Jego raport był przerażający i wstrząsnął samym papieżem (który przecież nie należał do świętoszków, swą siostrę Julię Farnese podesłał do łoża papieża Aleksandra VI, czyli Rodrigo Borgii, czyniąc z niej realnie prostytutkę dla korzyści własnej i rodu Farnese; sam miał też wiele kochanek), a ostatecznie zaś samym Carafą, który po objęciu pontyfikatu stwierdził iż jego raporty były zbyt mocne i godziły w dobro i powagę "Kościoła - Matki Naszej", nakazał więc wpisanie swych własnych raportów z czasów przewodzenia Świętemu Oficjum na... listę Indeksu Ksiąg Zakazanych.

    


Na Indeks Ksiąg Zakazanych trafiło również (choć znacznie później, gdyż dopiero w 1616 r.) wydane w maju 1543 r. w Norymberdze przez polskiego astronoma - Mikołaja Kopernika, dzieło zatytułowane: "De revolutionibus orbium coelestium" ("O obrotach ciał niebieskich"), otwarcie już potwierdzające dotychczasową teorię heliocentryczną i zaprzeczające teorii geocentrycznej Klaudiusza Ptolemeusza (która mówiła że to Ziemia jest centrum Wszechświata i wszystkie planety wraz ze słońcem krążą wokół Ziemi. Swoją drogą tak bardzo wierzono w wyjątkowość naszej planety i w to, że Bóg specjalnie wybrał nas byśmy ją zaludniali, ale nie zdawano sobie sprawy - gdyż takie rozumowanie nawet nie mieściło się w głowie - że Ziemia to... peryferie Wszechświata, planeta jedna z mniej ważnych, aczkolwiek fakt iż zostaliśmy tutaj wysłani aby ją zaludnić może być prawdą, gdyż jest wielce prawdopodobne że Ludzkość nie pochodzi z Ziemi, świadczy o tym bardzo wiele aspektów naszej genetyki i cielesności, chociażby ciężki poród, który kobiecie z reguły sprawia ból, podczas gdy zwierzęta rodzą potomstwo praktycznie bezboleśnie. To może świadczyć o tym, że nasza genetyka nie jest do końca przystosowana do tego świata i że nasz dom był gdzieś indziej, ale jakimś cudem się tutaj znaleźliśmy - zapewne poprzez geny ludzkich istot z innych światów. Ale nie o tym teraz). Mikołaj Kopernik pracował nad tym dziełem trzydzieści lat (prawdopodobnie zaczął je pisać w 1513 lub 1514 r.) i wydał je tuż przed swoją śmiercią (która miała miejsce 21 maja 1543 r. we Fromborku).




A tymczasem 23 kwietnia 1543 r. sułtan Sulejman opuścił Konstantynopol, jadąc Bramą Adrianopolską ku północy. Wojna więc rozpoczynała się w całej swej pełni a obie strony - cesarz Karol V i król Henryk VIII oraz król Franciszek i sułtan Sulejman wiedli przeciwko sobie duże armie i liczne floty. Sułtan Sulejman opuszczając stolicę nie spodziewał się jednak, że już wkrótce na jego dom spadnie wielkie nieszczęście, które odmieni los dynastii Osmanów i całej Wielkiej Porty. 




CDN.