Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
PRZYZNAĆ SIĘ MUSZĘ ŻE TROCHĘ SIĘ SPÓŹNIŁEM NA MARSZ I DOTARŁEM W PRAWIE NA SAM JEGO KONIEC, A MIMO TO I TAK CZUŁEM SIĘ JAKBYM BYŁ GDZIEŚ W CENTRUM MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI
TEGOROCZNY MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI UWAŻAM ZA BARDZO UDANY, NIE BYŁO ŻADNYCH PROWOKACJI (SŁYSZAŁEM JEDNAK ŻE KTOŚ TAM COŚ PRÓBOWAŁ, ALE... ZAPEWNE NIE WYSZŁO 😉). BYŁEM WRAZ Z MOJĄ PANIĄ, A WOKÓŁ NAS BYŁO MNÓSTWO DZIECI, OJCÓW I MATEK Z MAŁYMI DZIEĆMI MACHAJĄCYMI POLSKIMI FLAGAMI. ATMOSFERA WSPANIAŁA, JESTEŚMY BARDZO ZADOWOLENI!
W TYM ROKU NIE MA ZMIŁUJ SIĘ, CZY RĘKA BOLI CZY BOLI PALUSZEK U NOGI, TRZEBA IŚĆ. JA SAM SZYKUJĘ SIĘ DO TEGO MARSZU JUŻ OD KILKU DNI, CHOĆ PIERWOTNIE NIE ZAKŁADAŁEM ŻE TEGO DNIA BĘDĘ W WARSZAWIE, ALE WSZYSTKO SIĘ ZMIENIŁO. ZRESZTĄ WŁASNĄ WYGODĘ NIGDY NIE WOLNO PRZEDKŁADAĆ NAD NIEPODLEGŁOŚĆ WŁASNEGO PAŃSTWA, NAD WOLNOŚĆ OSOBISTĄ OBYWATELI, A PRZEDE WSZYSTKIM NAD UMIŁOWANIE RODZINNEGO DOMU, JAKIM JEST NASZA POLSKA. ZRESZTĄ NIE TYLKO JEST ONA DOMEM, ALE WSPÓLNYM NASZYM INTERESEM, O KTÓRY NALEŻY DBAĆ ŻEBY SIĘ NIE ZAWALIŁ, LUB... NIE ZBANKRUTOWAŁ.
OBSERWUJĄC BOWIEM POLSKĄ POLITYKĘ, OSTATNIO PRZYPOMNIAŁY MI SIĘ ANALOGICZNE WYDARZENIA Z LAT 1669 -1670, I TO CO DZIAŁO SIĘ WÓWCZAS NA SEJMACH. KOMPLETNY BRAK BOISKA, ZAGROŻENIE ZE STRONY OSMAŃSKIEJ TURCJI, ATAMAN KOZACKI PETRO DOROSZENKO ŻĄDAJĄCY GRANIC UKRAINY DALEKO NA ZACHODZIE I PÓŁNOCY, PRZY CZYM POLAKOM NIE WOLNO BYŁO NIE TYLKO MIEĆ ŻADNYCH MAJĄTKÓW NA TYCH TERENACH, ALE RÓWNIEŻ TAM PRZEBYWAĆ, DO TEGO DWÓR KOMPLETNIE SOBIE NIE RADZĄCY Z ZAISTNIAŁĄ SYTUACJĄ. KRÓL MICHAŁ KORYBUT WIŚNIOWIECKI (WYBRANY TYLKO PRZEZ PAMIĘĆ OJCA JEREMIEGO) MÓWIŁ W SIEDMIU JĘZYKACH, ALE W ŻADNYM NIE MIAŁ NIC CIEKAWEGO DO POWIEDZENIA - ORIENTUJĄCY SIĘ NA WIEDEŃ JAKO ZABEZPIECZENIE PRZED WŁASNYMI OBYWATELAMI, POZA TYM BUTA ELEKTORA BRANDENBURSKIEGO, KTÓRY ZAJĄŁ DRAHIM (1668), A POTEM Z WARSZAWY JEGO POSEŁ PORWAŁ PRUSKIEGO SZLACHCICA I ZWOLENNIKA ZJEDNOCZENIA PRUS WSCHODNICH Z RZECZĄPOSPOLITĄ - LUDWIKA KALKSTEINA, GDZIE W KŁAJPEDZIE ZOSTAŁ SKAZANY NA ŚMIERĆ (1670) - REAKCJĄ KRÓLA ZAŚ NA TEN GWAŁT BYŁ TYLKO SŁOWNY SPRZECIW. I OCZYWIŚCIE NIEUSTANNA WALKA DWORU O ODEBRANIE BUŁAWY HETMANOWI SOBIESKIEMU, A TAKŻE NOTORYCZNE ZRYWANIE SEJMÓW. TAK NAPRAWDĘ SOBIESKI BYŁ WÓWCZAS JEDYNĄ BEZPIECZNĄ PRZYSTANIĄ. W KAMPANII 1671 WYBIŁ DOROSZENCE GŁUPOTY Z GŁOWY W DWÓCH BITWACH, A POTEM W ROKU 1672 PONOWNIE, ZAŚ PO WYPOWIEDZENIU WOJNY PRZEZ TURKÓW, W ROKU 1673 ROZBIŁ ICH W WIELKIEJ BITWIE POD CHOCIMIEM - BYŁ TO WSTĘP DO WIEDNIA (1683).
JAK SIĘ NA SPOKOJNIE PATRZY I ANALIZUJE TAMTE WYDARZENIA, MA SIĘ NIEODPARTE WRAŻENIE ŻE HISTORIA ZATACZA KOŁO, BO TO CO SIĘ OBECNIE DZIEJE NA POLSKIEJ POLITYCE PRZYPOMINA WŁAŚNIE WZAJEMNE PODCHODY I WOJENKI RÓŻNYCH STRONNICTW (KTÓRE NOTABENE W WIĘKSZOŚCI ORIENTOWAŁY SIĘ NA SIŁĘ ZEWNĘTRZNE, JEDNI NA WIEDEŃ, DRUDZY NA PARYŻ, A NIEKTÓRZY NAWET NA MOSKWĘ - RZYGAĆ SIĘ CHCE). DLATEGO TEŻ UWAŻAM ŻE POTRZEBUJEMY KOGOŚ TAKIEGO JAK DONALD TRUMP, A RACZEJ JAK WIKTOR ORBAN - I CHOĆ ZABRZMI TO ŚMIESZNIE TO TAK POTRZEBUJEMY SILNEGO (I SPRAWCZEGO) CZŁOWIEKA W POLITYCE.
OCZYWIŚCIE TEŻ NIE CHCĘ BYĆ ŹLE ZROZUMIANY. NIE CHODZI O TO, ŻEBY OBECNY KANDYDAT NA PREZYDENTA BYŁ PODOBNY DO TRUMPA - BO W PIS-IE TAKIE POMYSŁY KIEŁKUJĄ, ŻEBY WYSTAWIĆ PANA CZARNKA CZY DOMINIKA TARCZYŃSKIEGO. JA OSOBIŚCIE NIE MAM NIC DO TYCH PANÓW, NAWET ICH LUBIĘ I CHCIAŁBYM ŻEBY KTÓRYŚ Z NICH ZOSTAŁ PREZYDENTEM, ALE JA SOBIE MOGĘ CHCIEĆ... CO Z TEGO ŻE CZARNEK CZY TARCZYŃSKI WEJDĄ DO DRUGIEJ TURY, SKORO W DRUGIEJ TURZE PRZEPADNĄ. TO BĘDZIE DOKŁADNIE TAK SAMO, JAK W PRZYPADKU TUSKA GDYBY KANDYDOWAŁ NA PREZYDENTA, W DRUGIEJ TURZE NIE MA ON SZANS. DLATEGO TEŻ ŻEBY ODNIEŚĆ SUKCES, TRZEBA UMIEĆ PODEJMOWAĆ WŁAŚCIWE DECYZJE, A W TYM PRZYPADKU WŁAŚCIWĄ DECYZJĄ BĘDZIE WYSTAWIENIE KANDYDATA, KTÓRY W ŻADNYM RAZIE NIE BĘDZIE KOJARZYŁ SIĘ Z OŚMIOMA LATAMI RZĄDU PIS-U, A TAKIM CZŁOWIEKIEM JEST WEDŁUG MNIE (W NAJWIĘKSZYM STOPNIU) dr. KAROL NAWROCKI.
MIMO TO POTRZEBUJEMY KOGOŚ TAKIEGO JAK TRUMP CZY ORBAN, BO PATRZĄC NA OBECNĄ POLSKĄ POLITYKĘ MAM POCZUCIE GŁĘBOKIEGO UPOKORZENIA. NIGDY NIE PRZEPADAŁEM I NIE BĘDĘ POPIERAŁ RZĄDU 13 GRUDNIA I DONALDA TUSKA, ALE TO JEST PREMIER POLSKI I GDY ON MÓWIŁ ŻE W UNII "NIKT GO NIE OGRA", A TU SIĘ OKAZUJE ŻE NIKT NAWET NIE CHCE Z NIM GADAĆ, TO MNIE OSOBIŚCIE NIE NAPAWA TO RADOŚCIĄ - JAK PIS-OWCÓW, TYLKO SMUTKIEM. A POZA TYM UWAŻAM ŻE SKORO TAK I SKORO TEN CZŁOWIEK JEST ZWYKŁYM MIANOWAŃCEM BRUKSELI I BERLINA, TO NALEŻY GO USUNĄĆ I WYBRAĆ KOGOŚ, Z KIM NIE TYLKO EUROPA, NIE TYLKO ŚWIAT I NIE TYLKO USA BĘDĄ SIĘ LICZYŁY. A PRZYKŁAD SOBIESKIEGO TEŻ POKAZUJE ŻE JEST JEST TO MOŻLIWE (CHOCIAŻ W JEGO PRZYPADKU ROZGRYWKI STRONNICTW - CHOĆBY OPOZYCJA PACÓW I INNYCH PAJACÓW - SPOWODOWAŁY, ŻE POD KONIEC JEGO RZĄDÓW BYŁ JUŻ BARDZO ZMĘCZONY WEWNĘTRZNYMI PARTYJNYMI PODCHODAMI I WCALE MU SIĘ NIE DZIWIĘ. PRZERAŻA MNIE TYLKO TO ŻE TO TAK BARDZO PRZYPOMINA OBECNY CZAS.
W KAŻDYM RAZIE UWAŻAM ŻE W OBECNEJ SYTUACJI GEOPOLITYCZNEJ I MIĘDZYNARODOWEJ POLSKA MUSI BYĆ POTĘGĄ ŚRODKOWOEUROPEJSKĄ, BO TAK JAK MÓWIŁ PIŁSUDSKI: "ALBO POLSKA BĘDZIE WIELKA, ALBO NIE BĘDZIE JEJ WCALE, STANY POŚREDNIE SĄ TYMCZASOWE".
TAK WIĘC
WSZYSCY NA MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI!
(ZBIÓRKA NA RONDZIE DMOWSKIEGO O 14:00, WYMARSZ O 14:30)
Dziś miałem napisać zupełnie co innego, temat miał być łagodny, radosny i miły dla oka. Miałem bowiem zaprezentować przepiękne zdjęcia z czasów przedwojennych i II Wojny Światowej, pokolorowane i uwspółcześnione (również przy użyciu sztucznej inteligencji). Niestety jednak muszę ten temat opóźnić, ponieważ popełniłem wysłuchania wypowiedzi pewnej pani dziennikarki (przynajmniej ta pani uważa się za dziennikarkę), na temat ostatnich wydarzeń w kraju związanych z wyborem marszałka sejmu itd. itp. Tak naprawdę temat bez znaczenia i doprawdy bym się tym nie zajmował, gdyby nie jeden mały szczegół, a tym szczegółem mianowicie jest... nieprawdopodobne wręcz odklejenie się ludzi pokroju tej pani od rzeczywistości.
Mam tu oczywiście na myśli youtubowy kanał niejakiej Elizy Michalik, walczącej o "demokrację" i "praworządność" wojowniczki z obozu tzw. jebaćpisów. Od jakiegoś czasu mam taką masochistyczną potrzebę wsłuchiwania się w głos ludzi, co do których intencji politycznych nie mam zbyt wielkich złudzeń, ale którym inteligencji nigdy nie odmawiałem. Aż do dziś. Po wysłuchaniu bowiem tego co ma do powiedzenia owa dziennikarka, tak naprawdę do końca nie wiem nawet jak to skomentować, bo jedyne co rzuca mi się od razu na myśl, to jest totalna i całkowita odklejka, totalne odklejenie się tych ludzi od rzeczywistości w której żyje ogromna większość społeczeństwa - żeby nie powiedzieć narodu polskiego. Co prawda przez większość czasu które ona poświęca swoim wywodom (choć sama twierdzi, że to, czego nie da się powiedzieć jasno i krótko, nie warte jest wypowiedzenia) to jest taki słowotok bez większego ładu i składu, w którym oczywiście mnóstwo jest frazesów, mnóstwo zachwytów nad ludźmi, których się jeszcze do niedawna krytykowało (przykładem chociażby Szymon Hołownia) i tego typu niewiele znaczących i niewiele wnoszących do życia politycznego, a wypowiadanych z siłą karabinu maszynowego liter, składających się słowa. I w zasadzie na tym można by było zakończyć, a ja nie musiałbym zajmować czas szanownym Czytelnikom tego bloga takimi wpisami, gdyby nie jedna rzecz.
Nim dobrnąłem do końca całego tego wideobloga (czy tam jak ona to nazywa) od razu stwierdziłem, słuchając jej narzekań że strona opozycyjna ma problem ze znalezieniem jednoczących i mobilizujących tę stronę dat, że ta bojowniczka o "wolność demokrację" będzie chciała użyć - jako nowego święta mobilizującego stronę opozycyjną - właśnie 15 października, czyli datę ostatnich wyborów parlamentarnych. Powiedziałem to w żartach, zdając sobie doskonale sprawę że nikt nie jest na tyle głupi aby coś takiego powiedział otwarcie, a ponieważ mam szacunek dla każdego człowieka (każdego, bez wyjątku) i cenię również inteligencję ludzi z którymi głęboko się nie zgadzam, tak więc sądziłem że są pewne granice śmieszności których nie można przekroczyć. Jednak się pomyliłem i wysłuchawszy końcowej części jej wypowiedzi przecierałem uszy ze zdumienia, gdyż nie wierzyłem że to rzeczywiście się zdarzyło, że osoba (bo inaczej tej pani nie nazwę) stwierdziła, iż nowym świętem opozycji tzw. "demokratycznej", powinien być 15 października. 😧
Najbardziej mnie bowiem w tym wszystkim zastanawia ta pewność wypowiadana przez osobę, że dzień 15 października jest dniem jakiegoś nowego otwarcia, czegoś co już nie zostanie nigdy zmienione i będzie trwało (w nieskończoność zapewne). Przecież ta pani zajmuje się komentowaniem życia politycznego już jakiś czas i ona wypowiada słowa, które bez cienia żenady klasyfikują ją jako osobę co najmniej nielogiczną (żeby nie użyć bardziej dosadnych sformułowań). Przecież cóż takiego się stało owego 15 października 2023 r. podczas tych wyborów parlamentarnych? Platforma Obywatelska - którą bez wątpienia ta pani wspiera i popiera - przegrała trzecie wybory z rzędu, natomiast otrzymała możliwość stworzenia niepewnego i bardzo słabego rządu tylko i wyłącznie z tego powodu iż duża część Polaków zagłosowała na trzecią opcję, czyli Trzecią Drogę (PSL i Hołownię), a te partie weszły z Platformą w koalicję (notabene nie wiadomo jak długo ona potrwa, ja nie przewiduję dłużej niż pół roku). I co wtedy, jeśli rząd Prawa i Sprawiedliwości ponownie (w bardzo szybkim czasie) wróci do władzy? co wtedy z owym świętem się stanie? To są pytania bardzo ważne, ponieważ wydaje mi się że osoba wypowiedziała te słowa w ogóle nie zastanawiając się nad tym, że Platforma kolejne wybory z pewnością również przegra. Dlatego podejrzewam że ona powiedziała to na serio, kierując się zasadami praworządności i demokracji (bo jak wiadomo, zasady te są podstawowymi wartościami wśród wszystkich zwolenników jebaćpisów) czyli rozliczeniem pisowców i ewentualną (choć bardzo pożądaną przez to środowisko) delegalizacją Prawa i Sprawiedliwości w taki sposób, aby ten "pisowski rak" już więcej się nie pojawił i wtedy święto 15 października może być świętowane do oporu, bo nie będzie konkurencji politycznej, czyli wybory będą jak w Rosji (tam też przecież nie startuje tylko jedna putinowska partia - Jedna Rosja, tylko cały szereg innych, mniejszych, koncesjonowanych partyjek).
I to są te właśnie ideały demokracji, wolności słowa i praworządności, które przez ostatnie 8 lat były nieodzownym elementem środowiska najpierw KOD-u, a potem wszystkich innych, którzy przyjęli umowną nazwę jebaćpisów. Ta osoba więc wypowiada te słowa bez cienia żenady, kierując się przede wszystkim nieodpartą chęcią jakiejś zemsty (nie wiadomo za co, zresztą ona wcześniej przyznaje że oni przez 8 lat żyli jakby w matrixie, jakby w takim amoku, w takiej atmosferze samonakręcających się oparów absurdu w którym PiS jawił się jako niekończące się zło, a oni samych siebie określali mianem rycerzy wolności, próbujących wreszcie tego smoka pisowskiego pokonać. Dla mnie osobiście to jest zadanie dla psychologa albo nawet dla psychiatry i niestety zdaję sobie sprawę że duża część twardego elektoratu Platformy Obywatelskiej żyje w czymś, co przypomina - lub też przypominało - opary jakiegoś trującego powietrza, które oni musieli przez 8 lat wdychać. To jest przerażające, jeżeli się uświadomi, że ci ludzie to w większości są ludzie odnoszący sukcesy, ludzie inteligentni, z którymi na każde inne tematy można porozmawiać w sposób normalny, natomiast jak się schodzi na tematy polityczne to jest tragedia. To jest tak, jakbyśmy rozmawiali z ludźmi totalnie odklejonymi, albo nawet gorzej, z ludźmi z którymi nie czujemy kompletnie żadnych wspólnych fundamentów - a to już jest niebezpieczne).
Przyznam się szczerze że naprawdę nie wyobrażałem sobie iż nie tylko ta osoba uzna dzień 15 października za erzac czegoś, w rodzaju święta nowej jedności ludu opozycyjnego, ale że zacznie wypowiadać tak haniebne słowa, które jednocześnie powodują że ja z tą panią (choć mówimy jednym językiem, żyjemy w jednym kraju i oboje jesteśmy Polakami), ja z tą panią nie czuję żadnych wspólnych cech, żadnych jednoczących fundamentów, żadnych wspólnych wartości, bowiem już sam fakt bzdury która ona wypowiedziała zanim stwierdziła, iż 15 październik powinien być dniem jednoczenia się opozycji, czyli że należy zlikwidować 11 listopada jako dzień Święta Niepodległości bo to jest święto faszystów i że Warszawa tego dnia płonie 😱, to przyznam się szczerze nie wiem co powiedzieć... 🧐 po prostu odebrało mi mowę 🤐. Oczywiście wiadomo że ta pani sobie co najwyżej może zlikwidować swój własny kanał na YouTubie, a nie Święto Niepodległości, ale nie o to chodzi. Już same słowa które wypowiedziała świadczą o tym, że ona nie czuje zupełnie żadnych wspólnych wartości z całą rzeszą polskiego społeczeństwa, z polskim narodem, który tak ochoczo pragnie pouczać w kwestii demokracji i praworządności, sama stawiając się jako guru tych wartości.
To jednak pokazuje przede wszystkim jak tamta strona jest miałka, jak bardzo odklejona i jak bardzo nieprzygotowana do zmieniających się czasów. A czasy się zmieniają, idą ciężkie wojenne lata i do tego musimy się przygotować jako silne, uzbrojone po zęby i zjednoczone wewnętrznie oraz gospodarczo stabilne społeczeństwo i kraj. Nie potrzeba nam tutaj piątej kolumny, nie potrzeba nam tutaj nowej targowicy, bo my pamiętamy starą (choć przyznam się szczerze, że w porównaniu z tamtą to ta dzisiejsza jest jeszcze bardziej odklejona i jeszcze bardziej głupia, gdyż stara targowica - jakkolwiek by o niej nie powiedzieć - nie pragnęła rozbiorów Polski, a w swej głupocie chciała tylko utrzymania tego, żeby było tak jak było, czyli złotej wolności, której patronką i opiekunką miała być caryca Rosji Katarzyna II. Ci ludzie nie chcieli rozbiorów, chcieli tylko utrzymania swoich przywilejów, zniesienia Konstytucji 3 Maja i powrotu do czasów które minęły. Jednocześnie wypowiadali przy tym tak bzdurne teorie iż nie ma sensu się zbroić, bo nieuzbrojonego i słabego nikt nie będzie atakował, bo nikt się go nie będzie bał - i rzeczywiście, nikt nas nie atakował, po prostu nas podzielili).
Dzisiejsza targowica zaś otwarcie mówi o czymś co można nazwać federalizacją Polski (na zasadzie rozbicia dzielnicowego), podziałem Polski na wschód-zachód (bo i takie pomysły były) czy peanami na temat zaborców. I teraz powiedzcie mi proszę, jak ja mam z tymi ludźmi budować wspólną przyszłość mojej ojczyzny? Gdzie tu są punkty wspólne? Ja oczywiście bardzo bym chciał i nigdy nie zamierzałbym, ani też nie próbowałbym odbierać im poczucia polskości, ale takimi wypowiedziami oni automatycznie nie tylko się eliminują ze wspólnoty narodowej, ale wręcz zapisują się do targowicy, do współczesnej piątej kolumny, której zadaniem ma być zniszczenie naszego kraju i totalne wynarodowienie ("naród, naród, naród...", pamiętacie Kochani tą wypowiedź panienki w TVN? To niestety jest kwintesencja myślenia tych ludzi).
Jest jeszcze jedna rzecz która szczególnie rzuciła mi się w oczy, a mianowicie fakt, że ci ludzie nie mają żadnych korzeni - nie tylko tych wspólnych zresztą Polaków, ale nawet we własnym środowisku nie mają wspólnych świąt, wspólnych dat które byłyby podstawą dla mobilizowania ich zwolenników. 4 czerwiec czy 1 maj (wstąpienie Polski do Unii Europejskiej) są tak żałosne i mdłe, że nie sposób nawet tego komentować, dlatego też tak usilnie szukają jakichś zastępczych erzatzów, czegoś co dałoby się przykleić choć na chwilę, żeby na tym jeszcze przez chwilę pojechać. 11 Listopada nie, 3 Maja nie, 1 Sierpnia nie, 15 Sierpnia nie, więc co? Na jakich fundamentach chcecie tutaj zbudować nową generalną gubernię? Musicie coś wymyślić bo tak dalej się nie da. Ale ja wierzę w panią i w pani środowisko, jesteście tak łatwi do przejrzenia, że czyta się was jak otwartą księgę i doprawdy nie trzeba ku temu wiele wysiłku.
NA TAKIE TOKSYCZNE TREŚCI SĄ TEŻ I ODTRUTKI, JAK CHOĆBY TA:
TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI SŁOWIANIE I CELTOWIE
PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE
SŁOWIANIE
(POLITYCZNY UPADEK FILISTEI - DOMINACJA IZRAELA I JUDY)
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VIII
FILISTEA
CZASY UPADKU
(ok. 925 r. p.n.e. - 738 r. p.n.e.)
Cz. VIII
RECHABICI
(841 - 753 r. p.n.e.)
Cz. I
Po upadku rodu Omrydów i zamordowaniu króla Jorama (oraz wszystkich jego braci i stronników), nowym władcą został przywódca tej rebeli, dotychczasowy wódz armii Północnego Królestwa - Jehu ("Y-a-u-a"). Nie działał on jednak sam i tak jak pisałem w poprzedniej części, ogromnej pomocy udzielili mu kapłani Świątyni Jerozolimskiej z Południowego Królestwa. Owa pomoc jednak polegała na tym, że kapłani jerozolimscy użyli w tej walce z rodem Omrydów i wspieranymi przez nich kapłanami kananejskich, fenickich i syryjskich kultów, radykalnej jahwistycznej sekty zwanej - Rechabitami. Sekta ta istniała ponoć jeszcze w czasach Mojżesza i potem w Zjednoczonym Królestwie, ale jej realny i niezwykle radykalny kształt (wraz z samą nazwą) nadał dopiero - po rozpadzie państwa na dwie części - niejaki Rechab Kenita, który stał się przywódcą tego zgromadzenia ok. 900 r. p.n.e. Rechabici wywodzili się głównie z leżących na granicy, na rubieżach ziem Izraela i Judy i wiedli koczowniczy tryb życia, który uważali za najlepszy i najmilszy bogu Jahwe. Krytykowali za to nie tylko osiedlanie się Izraelitów w miastach, ale nawet zajmowanie się pracą na roli, bowiem Mojżesz nic na ten temat nie mówił, a za jego czasów Izraelici wiedli najbardziej zgodny z wolą Jahwe tryb życia, czyli koczownicze przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Ich sekta rosła przez dekady, szczególnie gdy szeregi Rechabitów zasilone zostały ubogimi i bezrolnymi ludźmi, którzy albo nie załapali się na własny skrawek ziemi, który przejęli ludzie zamożniejsi lub majętniejsi (co również krytykowali Rechabici, jako że w czasach Mojżesza miało nie być tak wielkich podziałów społecznych i wszyscy mieli być równi - również pod względem posiadanego majątku), albo też ich gospodarstwa zostały zniszczone wynikiem suszy (która to plaga szczególnie w czasach Achab i Ochozjasza dość często, bo nawet co kilka lat nawiedzała Izrael). To zaś rodziło bunt i niechęć, szczególnie w stosunku do rodziny królewskiej jako czcicieli Baala, kananejskiego bóstwa burzy, życiodajnego deszczu, a co za tym idzie również bogatych plonów.
Skoro Baal, któremu kult (m.in) oddawali Omrydzi, nie był w stanie sprostać zadaniu zapobiegania suszą, to znaczy że nie był prawdziwym Bogiem i to właśnie Jahwe - tak pomijany przez władców Północnego Królestwa, przynajmniej według propagandy jaką głosili Rechabici - mógł być ich jedynym wybawieniem. Ogromne wsparcie udzielił Rechabitom prorok Eliasz (który zapewne sam należał do ich zgromadzenia). Nie wiadomo skąd dokładnie on się wywodził, ponoć przybył z Tiszbe w Gileadzie (krainie leżącej na wschód od Jordanu, na obrzeżach pustyni). Według tego co można przeczytać w Starym Testamencie, prorok Eliasz został posłany przez Jahwe do króla Achaba i jego żony Jezebel, aby poinformować ich że Bóg jest bardzo niezadowolony z tego co dzieje się w ich królestwie i wkrótce kraj zostanie dotknięty klęską suszy, ponieważ oni odwrócili się od prawdziwego Boga i czczą bożków, takich jak Baal czy Aszera. Następnie, w obawie przed zemstą króla, Eliasz schronił się po wschodniej stronie Jordanu, nad potokiem Kerit, gdzie pokarm przynosiły mu kruki. Potem przeniósł się do Sarepty w Fenicji gdzie zamieszkał w domu pewnej wdowy, która karmiła go ze swych skąpych zapasów. W podzięce za to, wymodlił u Boga wskrzeszenie jej zmarłego synka, a następnie powrócił na dwór Achaba - w trzecim roku trwającej suszy - i wyzwał na pojedynek wszystkich kapłanów Baala i Aszery (a było ich 450 i 400), utrzymywanych przez królową Jezebel. Gdy oni prosili swe bóstwa o znaki i gdy te znaki nie następowały, Eliasz oskarżył ich o kłamstwo i czczenie drewnianych czy też kamiennych bóstw których nie ma, bo istnieje tylko jeden bóg Jahwe.
Problem oddawania czci religijnej postaciom przedstawionym czy to na obrazach, czy w formie posągów/pomników, był problemem znacznie poważniejszym i trwającym długo chociażby w samym chrześcijaństwie a także i w islamie. W islamie co prawda szybko ten problem rozwiązano, zabraniając wszelkich przedstawień Mahometa czy Allaha - co oznaczało również że nie wolno było się modlić do postaci malowanych czy też wyrzeźbionych, natomiast w chrześcijaństwie, tutaj rzecz miało się zupełnie inaczej. Ponieważ chrześcijaństwo wyrosło w społeczeństwach które wcześniej wyznawały politeizm grecko-rzymskiego świata, gdzie postaci bogów i bohaterów były symbolami ich chwały, przeto zyskujące znaczenie chrześcijaństwo zastępowało tamtych bogów wizerunkami Jezusa, Matki Bożej, ewentualnie samego Boga, a z pewnością świętych. Przez dłuższy czas wizerunki te nie były krytykowane, choć we wczesnym chrześcijaństwie wręcz podkreślano odmienność wyznawców wiary Chrystusowej do czcicieli bożków (zamierzam jeszcze opisać życie pierwszych chrześcijan zarówno w samym Rzymie, jak i w prowincjach wschodnich i częściowo również zachodnich - głównie Galii i Afryki, choć tam chrześcijaństwo było w I i II wieku dość nieliczne i rozproszone. Od IV wieku, gdy chrześcijaństwo zaczęło najpierw przewodzić a potem całkowicie zdominowało ziemie Imperium Rzymskiego, kult obrazów stawał się coraz bardziej powszechny i był akceptowany, podobnie jak szereg świąt pogańskich, które zostały przejęte jako święta chrześcijańskie - przykładem niech będzie chociaż 25 grudnia, święto Sol Invictus {Niezwyciężonego Słońca}, które zostało przyjęte jako dzień narodzin Jezusa Chrystusa (ustanowił je zaś w grudniu 274 r. cesarz Aurelian, po swym powrocie z kampanii w Galii, gdy ponownie zjednoczył całe Imperium, niszcząc niezależne rzymsko-arabsko-syryjskie królestwo Zenobii {272-273} i rzymsko-galo-brytańskie państwo ostatniego władcy tego tworu - Tetrikusa {274}).
Szczególnie popularny kult obrazów był w VI i VII wieku, lecz gdy urodzony w Germanikei w północnej Syrii, niejaki Leon (Leon Zawodowiec 😂) został - w wyniku zamachu stanu - cesarzem wschodniorzymskim (717 r.), kult obrazów wydał mu się nie tylko dziwny, ale wręcz bałwochwalczy. Urodzony bowiem na granicy wpływów rzymskich i arabskich, przyzwyczajony był raczej do tradycji islamskiej, gdzie nie czczono kultu świętych czy proroków umieszczając ich na obrazach lub pomnikach. Dlatego też gdy w 726 r. nakazał usunąć wizerunek Chrystusa, umieszczony przed bramą główna do pałacu cesarskiego w Konstantynopolu, wybuchła nieprawdopodobna wrzawa która zakończyła się tragedią. Lud stolicy bowiem, pragnąc zaprotestować przeciwko temu świętokradztwu i uniemożliwić robotnikom wykonanie zadania, napadł na nich i ich pozabijał. Był to początek konfliktu trapiacego Greków (zwanych też wschodnimi Rzymianami) przez kolejne dekady, a poziom tego oporu zaskoczył samego Leona III. Mimo to nakazał on w 730 r. usunąć wszelkie wizerunki Jezusa, Maryi i świętych z wszystkich kościołów Imperium Wschodniego (godząc się jedynie na pozostawienie wizerunku krzyża, i to też w formie dwóch skrzyżowanych ze sobą linii), argumentując to faktem że nie należy czcić drewna i kamienia. Stary i zniedołężniały patriarcha Germanus (liczący sobie wówczas prawie 100 lat), nie miał ani sił, ani ochoty toczyć z cesarzem wojen o ikony, choć sam był zwolennikiem kultu ikon, poprosił więc w owym 730 r. o zwolnienie go z piastowanego urzędu i tak też się stało. Na jego miejsce cesarz mianował człowieka, o którym miał pewność że będzie wspierał jego politykę religijną - Anastazjusza. Jednocześnie starał się przekonać do swoich planów papieża Grzegorza II, a potem Grzegorza III (pontyfikat od lutego 731 r.), Ale obaj oni ostro krytykowali jego pomysły, odpowiadając mu w listach m.in. tak: "Piszesz do nas, że czcimy drewno i kamień i że tym samym popełniamy świętokradztwo. To ja odpowiadam ci, Cesarzu, że wcale tak nie jest, i to Ty jesteś w błędzie. To co nazywasz bałwochwalstwem, kamieniem i drewnem, może takowym jest gdy spojrzysz na to po raz pierwszy, ale jeśli w głębisz się bardziej, to ujrzysz w tych drewnianych i kamiennych postaciach istotę naszego Pana (...). Nikt o zdrowych zmysłach nie będzie oddawał czci drewnu czy kamieniom, bo to rzeczywiście byłoby bałwochwalstwem, ale jeśli Ty, Cesarzu, dostrzegasz jedynie kamień i drewno, to nie my, a Ty jesteś bałwochwalcą, nie potrafisz bowiem dostrzec w tych przedmiotach istoty naszego Pana".
Konflikt trwał długo. Szczególnie intensywny był za czasów syna i następcy Leona III - Konstantyna V Posrańca (panował od 741 r. Ten negatywny przydomek nadali mu jego wrogowie - zwolennicy kultu ikon - twierdząc, że już jako niemowlę podczas swojego chrztu wypróżnił się do kadzi z wodą święconą). Ten bowiem prowadził szczególnie rygorystyczną politykę religijną, zakazując wszelkich wizerunków (wyjątkiem był krzyż) i ostro egzekwując owe prawo (zmuszał np. opornych kapłanów do posłuszeństwa torturami oraz publicznym upokorzeniem, jak choćby przymusowymi małżeństwami na arenie Hippodromu w Konstantynopolu, gdzie żeniono ze sobą na siłę mnichów i mniszki). W 754 r. zwołał nawet synod w Hieri, gdzie wymusił na kapłanach całkowity zakaz ikon w kościołach (potem ten synod uznano za nie ekumeniczny, gdyż zabrakło na nim przedstawiciela chociaż jednej diecezji: Antiochia, Jerozolima i Aleksandria znajdowały się pod panowaniem Arabów, w Konstantynopolu też był wówczas wakat, a papież nie zamierzał przyjeżdżać z Rzymu aby wspierać świętokradczą politykę cesarza. Po śmierci Konstantyna V (775 r.) jego syn Leon IV nieco złagodził dotychczasowe okrutne prawo swego ojca odnośnie obrazów, ale nie zniósł zakazu kultu ikon. Poślubił zaś Irenę z Aten, która była ikonofilką i która musiała to ukrywać. Gdy pewnego razu znalazł dwie ikony ukryte pod jej poduszką, surowo ukarał wszystkich którzy byli z tym związani, a jej samej zabronił wstępu do swojej sypialni. Leon IV zmarł jednak już w 780 r. (prawdopodobnie na gruźlicę) a jego syn i następca Konstantyn VI miał dopiero 9 lat, a regencję w jego imieniu objęła matka - Irena. Była to kobieta o niepohamowanej ambicji i żądzy władzy i nie chciała rezygnować z regencji nawet wówczas, gdy Konstantyn VI osiągnął wiek męski. Gdy zaś zaczął się dopominać i zmuszać matkę do oddania mu pełni władzy, kazała go oślepić i wtrącić do lochu, a sama koronowała się na cesarzową rzymską (pierwszy taki przypadek w historii) w 797 r. To właśnie owa koronacja dała pretekst zarówno Karolowi wielkiemu władającemu wówczas Imperium Franków na zachodzie jak i papieżowi Leonowi III aby uznać że realnie nie ma już cesarza na Wschodzie, gdyż władzę sprawuje tam kobieta, która nie może być cesarzem (warto tutaj od razu się odnieść do kwestii jak do tej sprawy podchodzili Rzymianie. Nigdy w historii Imperium Rzymskiego do władzy nie doszła żadna kobieta, ponieważ władza cesarska dla Rzymian była władzą nie tyle królewską co władzą imperatorską, czyli rządy musiał sprawować dowódca armii, a tym oczywiście zawsze był mężczyzna - żołnierze nie zaakceptowaliby kobiety). Dlatego też 25 grudnia 800 r. Karol Wielki został koronowany w Rzymie na pierwszego po upadku Zachodniego Cesarstwa w 476 r cesarza Zachodu. Irena doprowadziła jednak do zakończenia polityki ikonoklazmu i powrotu ikon do kościołów.
Wracając zaś do proroka Eliasza, tak jak jest zapisane w Starym Testamencie, gdy kapłani Baala i Aszery nie uzyskali znaku swoich bogów, Eliasz kazał ich wyprowadzić nad potok Kiszon i tam stracić. Królowa Jezebel zapowiedziała mu jednak że on sam zginie tak, jak jej kapłani i w obawie przed jej zemstą uciekł Eliasz na pustynię. Tam miał szereg różnych cudownych zdarzeń o których nie ma sensu opowiadać, dlatego też skupię się na tym, co według mnie jest faktem historycznym. A takowym bez wątpienia jest występująca co kilka lat w Królestwie Północnym susza, która doprowadziła do tego, że dotychczasowe chroniczne bóstwa kananejskie (szczególnie Baal) traciły swych wyznawców. I w to miejsce wchodzili zarówno prorocy, tacy jak Eliasz czy jego uczeń i następca Elizeusz (Eliasz ponoć miał zostać cudownie za życia zabrany do Nieba na boskim rydwanie), jak również radykalni wyznawcy jahwistyczni, tacy jak już wówczas bardzo nieliczni Nazirejczycy (do których należał chociażby sędzia Samson, o którym pisałem we wcześniejszych częściach tego tematu), czy właśnie Rechabici (szczególnie gdy po śmierci Rechaba jego miejsce zajął syn zmarłego - Jonadab). Gdy władzę nad Rechabitami objął Jonadab, ten niezwykle radykalny i energiczny człowiek, wypowiedział on wojnę religijną rodowi Omrydów i przy wsparciu proroka Elizeusza doprowadził właśnie do przekonania wodza armii Północnego Królestwa - Jehu, do dokonania owego zamachu stanu i zamordowania króla Jorama oraz wszystkich członków jego rodu. Nie wiadomo jednak czym kierował się Jehu, bo nie wydaje się aby był on fanatykiem religijnym, takim jak Elizeusz czy sekta Rechabitów. Prawdopodobnie oprócz samej chęci zdobycia tronu, motywowała go również zmiana polityki Izraela i zerwanie z dotychczasową koalicją 12 królestw zawartą pod Karkar w roku 853 p.n.e., której głównym trzonem były królestwa Izraela i Aramu ze stolicą w Damaszku. Jehu bowiem doszedł do wniosku że jest to jedyna szansa ocalić Królestwo Północy, ponieważ potęga władców asyryjskich jest zbyt duża aby ponownie się z nimi ścierać w polu.
Tak więc gdy w 841 r. po.n.e. również niejaki Hazel z Damaszku ("syn niczyi" - którym to terminem określano albo niewolników albo sługi) zamordował króla Aramu Ben-Hadada II, to właśnie Elizeusz namaścił go na nowego władcę Aramejczyków. Wytworzyła się więc w owym 841 r. po.n.e. sytuacja dosyć niezwykła, a polegała ona na upadku dotychczasowej polityki antyasyryjskiej i jednocześnie dominacji jahwistycznej sekty, która od tej pory narzucała swą wolę królom zarówno na Południu jak i na Północy dawnego Izraela z czasów Dawida i Salomona. Teoretycznie Rechabici byli podporządkowani arcykapłanowi Świątyni Jerozolimskiej, ale to tylko teoria. Realnie byli całkowicie niezależni i to oni - szczególnie na Północy - wybierali odtąd królów i to oni narzucali im politykę. Co prawda Jehu był jeszcze na tyle silny, że zdołał się przed tym obronić (co prawda nie całkowicie, ale jednak sekta Rechabitów wówczas jeszcze nie dominowała na jego dworze) lecz już jego następcy mieli mniej zdolności, siły i konsekwencji by się przeciwstawić rządom fanatyków religijnych, dla których dużą zbrodnią był sam fakt zamieszkiwania w miastach i porzucenia koczowniczego trybu życia. Natomiast prorok Elizeusz (podobnie jak Eliasz) złożył śluby nazireatu (co znaczy że był kosmaty, długowłosy jak sędzia Samson. O Eliaszu np. mawiano "Człowiek w płaszczu z sierści", czyli człowiek o tak długich włosach, że przykrywały one jego płaszcz) i był on jeszcze bardziej fanatycznym wyznawcą Jahwe, jakiego mentor Eliasz (Eliasz bowiem zakładał że istnieją również inni bogowie, z tym że Jahwe jest największym i najsilniejszym z nich, Elizeusz zaś w ogóle nie uznawał innych bóstw i kazał zabijać i niszczyć wszystkich, którzy nie podzielali jego wiary). Szybko też doszło między nim a nowym królem Jehu do pierwszych konfliktów i Elizeusz zapewne pożałował że doprowadził do owej zmiany i obalił Jorama. Jehu (i jego polityka) był też krytykowany przez Rechabitów, ale bez wątpienia doprowadził on do ocalenia królestwa Izraela przed inwazją Asyryjczyków.
Zebrawszy bowiem stutysięczną armię, Salmanasar III wyruszył w 841 r p.n.e. - w imieniu swego Boga Assura - na wojnę śmiertelną o podbój Damaszku i całego Lewantu. Nowy król Aramu - Hazael nie mógł już liczyć na pomoc Izraela, gdyż koalicja 12 królestw rozpadła się. Wystawił jednak armię którą posiadał (nie znamy jej liczebności) i pod górą Senir zagrodził Salmanasarowi marsz na Damaszek. Doszło wówczas do krwawej bitwy, ale rydwany asyryjskie zdołały przerwać mur obrony Aramejczyków i armia Hazaela rzuciła się do ucieczki. Pod Senir poległo co najmniej 20 000 wojowników damasceńskich, a drugie tyle dostało się do niewoli. W każdym razie droga do Damaszku stała teraz otworem, chociaż Hazaelowi udało się uciec z pola bitwy i dostać do miasta, które już wcześniej przygotowane było na długą obronę. Mury Damaszku były ogromne i solidne, a samo miasto należało do największych w tamtym czasie, mimo to Asyryjczycy otoczyli je i przystąpili do ataku, budując wieże oblężnicze i próbując wykopać tunel pod murem. Pomimo podejmowanych wysiłków wszystkie owe akcje kończyły się niepowodzeniem, bowiem mieszkańcy Damaszku doskonale wiedzieli o co walczą. Jeśli miasto padnie, wszyscy zapłacą za to życiem lub ewentualnie niewolą i nie będzie łaski dla nikogo, bo taką politykę uprawiali Asyryjczycy. Ostatecznie udało się obrońcom zmusić Salmanasara do zaprzestania kolejnych ataków i wycofania się spod miasta, w zamian mieszkańcy musieli zapłacić mu daninę w postaci złota, srebra wszelkich kosztowności i niewolników (Salmanasarowi szczególnie zależało na niewolnikach, tak potrzebnych do pracy na roli i do budowy nowych pałaców i świątyń). Ocalili własne życie i miasto tak naprawdę niewielkim kosztem (nie licząc oczywiście tych, którzy polegli w bitwie pod Senir i w czasie samego oblężenia Damaszku). Salmanasar nie był zadowolony, ale nie miał wyjścia, jego kolejne ataki kończyły się ogromnymi stratami i nie było sensu ich kontynuować. Mimo to wieźć o wielkim zwycięstwie pod Senir bardzo szybko rozniosła się po całym Lewancie i królowie Izraela oraz z Sydonu i Tyru zjawili się przed Salmanasarem z licznym orszakiem darów, padli przed nim na twarz i prosili, aby zechciał je przyjąć i nie najeżdżał ich ziem. Ten wyraził zgodę i uznając te kraje za podległe swej władzy i płacące daninę, ruszył w drogę powrotną do Kalchu.
Jednak sława zwycięskiego salmanasara dotarła nawet nad Nil i faraon Hedżcheperre Takelot II (praprawnuk zwycięskiego Szeszonka, który w 925 r. najechał Filisteę i Izrael) wysłał mu również w darze na znak przyjaźni dromadery, hipopotamy, strusie i lamparty (w tym czasie w królestwie faraonów ponownie źle się działo, a rozkwit z czasów Szeszonka dawno minął). Po złożeniu hołdu lennego, król Jehu powrócił do Samarii i mógł przystąpić do konsolidacji swojej władzy i odbudowy zniszczonego w czasie rebeli (jego rebeli) królestwa Izraela.
CDN.
PS. Niestety nie było mnie na tegorocznym marszu Niepodległości nad czym bardzo boleję. Mam nadzieję że w kolejnym roku już nie zawiodę 👍
A oto jak przebiegał tegoroczny Marsz Niepodległości
Ale jaja, ale jaja! należałoby powiedzieć, (parafrazując słynnego listonosza Edzia) kierując się ostatnimi rewelacjami politycznymi, które żadną rewelacją oczywiście nie są, ale dla totalnych jebaćpisów najwidoczniej jak najbardziej 🤭 Ja tak słucham sobie Tomasza Lisa i kilku innych "totalnych" i tak się w zasadzie zastanawiam - na co oni liczą? Przecież nawet jeżeli realnie Mateuszowi Morawieckiemu nie uda się z misja sformowania rządu i dojdzie do sklecenia tej żałosnej koalicji chaosu pod przewodnictwem człowieka przesłanego z Brukseli, to rząd będzie realnie dysfunkcyjny. Nie wiem jakie oni mają aspiracje i jakie mają plany co do nowego "opozycyjnego" rządu, ale należałoby im uświadomić, że przynajmniej przez kolejne prawie dwa lata nie będą w stanie nie tylko nic pozytywnego uczynić, ale również realnie zbyt zaszkodzić całej tej, tak pogardzanej przez nich "pisowskiej hołocie". Pisałem już wcześniej o tym że bez kontrasygnaty prezydenta przy akceptacji ustaw, nic realnie nie zrobią (a nie mają możliwości obalić weta prezydenta w sejmie) i tylko tak naprawdę będą sobie dryfować, póki nie dojdzie do jakichś poważniejszych wstrząsów wewnątrz owej koalicji, a dojść musi ponieważ ciężko jest pogodzić wodę z ogniem.
Tak naprawdę nie chce mi się już nawet pisać o tym rządzie który nawet jeszcze nie powstał, a już zdążył wycofać się ze wszystkich swoich przedwyborczych obietnic (zgodnie oczywiście z hasłem, że obietnice wyborcze obowiązują tylko tych... którzy w nie wierzą 😂). Dajmy sobie więc spokój od początku tygodnia zajmować się czymś tak bardzo żałosnym, jak owa, kleciona tylko i wyłącznie wokół koryta "koalicja chaosu". Zobaczymy czy Morawieckiemu i PiS-owi uda się stworzyć rząd. Ja im kibicuję i wolałbym mimo wszystko ich niż tamtych zaprzańców (i mówię to całkowicie świadomie, choć oczywiście słowa te zapewne nie dotyczą wszystkich członków owej koalicji, ale wystarczy doprawdy kilku targowiczan żeby doprowadzić kraj do tragedii, a my już tragedii nie potrzebujemy, za dużo w ostatnich dekadach tego było). Przed nami 11 listopada czyli Marsz Niepodległości, niestety najprawdopodobniej nie będę mógł w nim uczestniczyć (choć bardzo bym chciał, ale z powodu pewnych - niezależnych ode mnie i jednocześnie mocno mnie frustrujących- a niestety ważnych kwestii zawodowych, nie będę mógł być tego dnia w Warszawie. Smuteczek). Zobaczymy, może się uda i może wpadnę choć na parę godzin, a jest to ważne chociażby dlatego że przed nami stoją wybory egzystencjalne, wybory czy Polska w ogóle (jak również inne kraje Unii Europejskiej) mają jeszcze prawo istnieć. Co prawda żyjemy w innych epokach i - przynajmniej na razie - nie musimy stawać z bronią w ręku w obronie Ojczyzny i mam nadzieję że tak pozostanie, ale te dni są tak symboliczne, że nieco mi się tutaj przypomina ta samotna walka Żołnierzy Wyklętych o Wolną Polskę w latach totalnego zniewolenia komunistycznego i sowieckiej okupacji Polski po II Wojnie Światowej. Mimo wszystko jednak uważam że dzisiaj stoimy na nieprawdopodobnie wyższym poziomie i tak naprawdę to my dziś rozdajemy karty dotyczące naszej przyszłości, nie będąc jednocześnie skazani z góry - tak jak skazani z góry byli Tamci, walczący do ostatka Żołnierze II Rzeczpospolitej.
Jednocześnie chciałbym od razu podkreślić że nic dwa razy nie zdarza się w taki sam sposób choć historia może się powtarzać i za naszego życia nie powtórzy się tragedia Żołnierzy Niezłomnych. I to nie tylko za naszego życia, ale w przeciągu kilkudziesięciu a prawdopodobnie kilkuset kolejnych lat, w których Polskę czy też Nową Rzeczpospolitą, czekają lata nieprawdopodobnej chwały. Dlatego zakończę ten dzisiejszy wpis słowami, które kieruje zarówno do niejakiego Miedwiediewa z Moskwy, jak i byłego ambasadora Niemiec w Polsce pana Loringhovena - nigdy już ani Moskal ani Niemiec nie stanie na polskiej ziemi, wybijcie sobie to z głowy i zacznijcie wreszcie myśleć jak ocalić wasze własne kraje i narody przed tym, co wkrótce je czeka. A teraz zapraszam na polityczne i humorystyczne memy:
GDZIE MASZ SERDUSZKO?! 🤭😂
NIEDAWNO - 9 PAŹDZIERNIKA MINĘŁA 413 ROCZNICA ZDOBYCIA PRZEZ POLAKÓW MOSKWY. TAK GWOLI PAMIĘCI
WYBIERAJ ROZWAŻNIE SWOJE WYCIECZKI, BO MOŻESZ TRAFIĆ NA BIURO PODRÓŻY "MASKWA TRAVEL"
OD RAZU PRAGNĘ ZAZNACZYĆ, ŻE W TYM ROKU NIESTETY NIE BYŁO MNIE NA MARSZU NIEPODLEGŁOŚCI W WARSZAWIE, DLATEGO TEŻ INFORMACJE O NIM CZERPIĘ TYLKO I WYŁĄCZNIE Z MEDIÓW SPOŁECZNOŚCIOWYCH I KANAŁÓW TELEWIZJI INTERNETOWEJ. PRZYJRZYJMY SIĘ ZATEM TEMU, JAK W ROKU ROSYJSKIEJ MILITARNEJ AGRESJI NA UKRAINĘ PRZEBIEGAŁY OBCHODY POLSKIEGO ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI?
NA POCZĄTEK - ABY WPROWADZIĆ W KONTEKST ODZYSKANIA PRZEZ POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI W LISTOPADZIE 1918 r. - WARTO POSŁUCHAĆ KILKU PIEŚNI NA CZEŚĆ NAJWIĘKSZEGO (CHOĆ OCZYWIŚCIE NIE JEDYNEGO) OJCA OWEJ NIEPODLEGŁOŚCI, CZYLI MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
TWÓRCY POLSKIEJ NIEPODLEGŁOŚCI
(OD LEWEJ DO PRAWEJ):
IGNACY JAN PADEREWSKI
ROMAN DMOWSKI
JÓZEF PIŁSUDSKI
WINCENTYWITOS
IGNACY DASZYŃSKI
ŻYCZENIA Z OKAZJI NASZEGO ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI, ZŁOŻONE PRZEZ PREZYDENTA UKRAINY WOŁODYMYRA ŻEŁENSKIEGO:
"Kochana Polsko, Twoja odzyskana Niepodległość ma dziś 104 lata i moje 104 słowa dla Ciebie.
Ukraina i Polska razem! Jesteś naszą Siostrą.
Różnie bywało między nami, ale jesteśmy krewnymi, jesteśmy wolni.
Gdy nasza odzyskana Niepodległość miała 30 lat - Polska była obok.
Pamiętam nasze wspólne szczęście, radowaliśmy się razem.
Kiedy znów spotkaliśmy się ze starym, wspólnym wrogiem, Polska obok.
Ukraińcy zawsze to będą pamiętali, będą pamiętać jak nas przyjmowali,
jak nam pomagają Wasze ludzie - nasi sojusznicy.
Wasz kraj - nasza Siostra!
Wasza przyjaźń na zawsze, Nasza przyjaźń na zawsze, Nasza miłość na zawsze!
Razem będziemy zwycięzcami!"
ŻYCZENIA AMBASADORA UKRAINY W POLSCE - WASYLA ZWARYCZA I HYMN POLSKI, ODŚPIEWANY PRZEZ UKRAIŃSKIE DZIECI, KTÓRE W NASZYM KRAJU ZNALAZŁY BEZPIECZNĄ PRZYSTAŃ PRZED MOSKIEWSKIMI KULAMI I BOMBAMI
A TERAZ OBCHODY ŚWIĘTA NIEPODLEGŁOŚCI W POLSKICH MIASTACH:
GDYNIA
(CZYLI MIASTO, GDZIE GDY TYLKO POZWALAJĄ MI NA TO OBOWIĄZKI, UCIEKAM ABY TROCHĘ ODPOCZĄĆ NAD POLSKIM MORZEM, CHOĆ W TYM ROKU NIESTETY NIE UDAŁO MI SIĘ TAM WYJECHAĆ)
WROCŁAW
MARSZ NIEPODLEGŁOŚCI WE WROCŁAWIU
KRAKÓW
SULEJÓWEK
MIASTO POD WARSZAWĄ, GDZIE ZNAJDOWAŁ SIĘ "MILUSIN" - DWOREK MARSZAŁKA PIŁSUDSKIEGO
(MIGRANCI MAJĄ JUŻ PONOĆ BROŃ PALNĄ DO SZTURMU NA GRANICE)
Kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej, zainicjowany przez reżim Aleksandra Łukaszenki i koordynowany działaniami służb specjalnych Rosji i Białorusi, zaostrza się. Na granicy jest już ponad 15 000 żołnierzy Wojska Polskiego, Straży Granicznej, Policji i Wojsk Obrony Terytorialnej i wciąż ta liczba się zwiększa. Podobnie zwiększa się liczba migrantów, których białoruski dyktator (przy całkowitym poparciu Kremla - a ja sądzę że nie tylko Kremla) pragnie przerzucić przez polską granicę do państw Unii Europejskiej. Jeśli te masy przerwą naszą granicę i wedrą się do Polski, to bez wątpienia ruszą dalej w kierunku Niemiec - bo to jest główny cel ich marszu. Oczywiście nie oznacza to, że pozostałe państwa będą wówczas bezpieczne - wręcz przeciwnie. Niemcy nie poradzą sobie z taką masą uchodźców i ponownie będą chciały ich rozdzielić pomiędzy pozostałe kraje Wspólnoty, a to realnie doprowadzi nie tylko do upadku Unii Europejskiej, ale również do totalnego chaosu i wojen wewnętrznych. Europa stanie się regionem Trzeciego Świata, ogarniętym anarchią i walkami z muzułmańskimi imigrantami, co doprowadzi do zniszczeń, podpaleń i tysięcy ofiar, dlatego też polska granica wschodnia jest też wspólną granicą całej Wspólnoty (nie tylko politycznie, również pod względem odpowiedzialności). Niestety, nie widać zdecydowanego wsparcia (poza deklaracjami, które niewiele dają) innych państw w kierunku Polski. Przykre to, widząc że historia znów zatacza koło i tak samo jak w 1920 r. musieliśmy sami odeprzeć najazd Armii Czerwonej na Europę, tak i dziś też jesteśmy sami.
WARTO WYSŁUCHAĆ O SYTUACJI Z MIGRANTAMI NA GRANICACH
(FILM W KILKU WERSJACH JĘZYKOWYCH)
Notabene, gdy na jednym z anglojęzycznych blogów historycznych pisałem że to dzięki Polakom ocalona została w 1920 r. Europa, to odpowiadano mi że przesadzam i że Polska tak naprawdę ocaliła wówczas tylko swoją niepodległość, gdyż nawet gdyby Sowieci zwyciężyli pod Warszawą i poszli dalej na Zachód, to przecież były Niemcy, była Francja, Wielka Brytania, ewentualnie USA. Takie bzdury opowiadali mi ludzie, którzy oficjalnie interesowali się historią i mogli coś więcej powiedzieć na ten temat. Dlaczego były to bzdury? Choćby dlatego, że Niemcy w 1920 r. były już r-o-z-b-r-o-j-o-n-e, i choć powstawały paramilitarne oddziały Grenzschutu - czy inne temu podobne - to jednak po zwycięstwie w Polsce Armia Czerwona dostałaby przysłowiowego "kopa" i szturmem ruszyłaby na Zachód, nie czekając aż Niemcy się dozbroją i w pełni zmobilizują. Zresztą w samych Niemczech komuniści ogłosiliby wkrótce potem powstanie Europejskiej Republiki Sowieckiej i rozpoczęli formowanie niemieckiej Armii Czerwonej. Następnym celem byłaby Francja - totalnie osłabiona I Wojną Światową, i to tak bardzo, że myśl o kolejnym konflikcie paraliżowała Francuzów nawet jeszcze w 1940 r. a co dopiero dwa lata po Wielkiej Wojnie. Francja zatem również stałaby się łatwym łupem bolszewików. Wielka Brytania co prawda ostałaby się w 1920 r. gdyż Sowieci nie mieli jeszcze wówczas możliwości przeprowadzenia desantu na tę Wyspę, ale realnie stałaby się taką łódzką, przymocowaną u granic potężnej Sowieckiej Europy, a w kilka lat później zapewne Wielka Brytania również zostałaby zdobyta przez komunistów. Ale ponieważ Polacy jednak zwyciężyli w 1920 r., więc dziś jacyś kretyni mogą pisać takie głupoty że Europa była bezpieczna i w zasadzie nic by się nie stało jakby Sowieci zwyciężyli (😒).
Ale my niestety znów musimy strzec naszej granicy, bowiem i tak nie mamy innego wyjścia. Nie możemy dopuścić do wdarcia się w nasze granice tych tłumów, gdyż to oznaczałoby realną destabilizację i anarchizację również naszego kraju. Powinniśmy się zjednoczyć i wystąpić jak jeden zjednoczony naród przeciw tym agresorom, którzy pragną zguby naszej Ojczyzny i całej Europy (choć może za kilkanaście lat znów jakiś dureń napisze, że gdyby nawet ci imigranci wdarli się do Polski, to i tak by się nic nie stało, bo były Niemcy, była Francja...) A tak na marginesie jeszcze dodam, że uważam (podobnie jak Eryk Mistewicz) iż zarówno Francja, jak i inne kraje Europy powinny odrodzić swoją dumę narodową, dumę z bycia Francuzem, Włochem, Hiszpanem, Anglikiem/Brytyjczykiem czy nawet dumę z bycia Niemcem (choć w tym przypadku trochę się obawiam - znając historyczny rozwój niemieckiej dumy narodowej - w jakim kierunku może to pójść, ale jeśli nie będzie miało szowinistycznych i rasistowskich cech, to uważam że niemiecka duma narodowa również powinna się odrodzić, bowiem patriotyzm nie polega na krytyce i walce z innymi narodami, a na odnajdywaniu piękna własnego narodu, bez jego upadlania i bez ulegania marksistowskim modom, czego przejawem jest choćby tzw.: "kultura unieważniania", czyli niszczenie wszystkiego, co było ważne w historii danego kraju, aż do momentu, gdy nic już nie zostanie i będzie można stworzyć zupełnie nową, marksistowską wizję przeszłości). Dotyczy to przede wszystkim USA, gdzie kontrkulturowi marksiści obalają i niszczą pomniki amerykańskich bohaterów (szczególnie tych z Południa) i to tylko dlatego, że kiedyś jeden czy drugi z nich miał kilku niewolników. Dziś chcą nas wszystkich zmienić w niewolników - przy akompaniamencie marksistów - i nikomu to nie przeszkadza? A my mamy rozliczać kogoś, kto żył w zupełnie innych czasach, kierował się inną mentalnością miał zupełnie inny światopogląd? Zmieniajmy świat na lepsze, ale jednocześnie bądźmy dumni z wielkich przodków naszej historii, którzy nie powinni być dla nas jedynie ikonami przeszłości, lecz z ich życiowych sukcesów i klęsk my powinniśmy czerpać siłę, aby w przyszłości stać się lepszymi od nich i zbudować lepszy świat . I jednym z elementów tego, jest właśnie narodowa jedność wobec zagrożeń które już dziś widzimy i tych, które są jeszcze przed nami ukryte.
"ŚWIĘTE POLSKI SĄ GRANICE, DOMÓW NASZYCH ŚWIĘTE PROGI; KTO NAM RZUCI RĘKAWICĘ, ODWET NASZ WYWOŁA SROGI! POZNAŃ Z WILNEM, LWÓW Z KRAKOWEM, JAKO TWIERDZE DLA WARSZAWY, DZIERŻĄ MIECZ RAMIENIEM ZDROWEM, BRONIĄ POLSKI ZIEM I SŁAWY"
TAK BRZMIAŁ FRAGMENT JEDNEJ Z PROPOZYCJI SŁÓW HYMNU POLSKIEGO z 1925 r. ZAMESZCZONY W "ORĘDOWNIKU ŚMIGIELSKIM" WYCHODZĄCYM W LESZNIE - JAKŻE DZIŚ JEST AKTUALNY
(NOTABENE - HYMN POLSKI, CZYLI "MAZUREK DĄBROWSKIEGO" ZOSTAŁ OFICJALNIE PRZYJĘTY DOPIERO - 26 lutego 1927 r. i DO SAMEGO KOŃCA KONKUROWAŁ ON z "ROTĄ" MARII KONOPNICKIEJ, "CHORAŁEM" KORNELA UJEJSKIEGO, ORAZ Z PIEŚNIĄ: "BOŻE, COŚ POLSKĘ" ALOJZEGO FELIŃSKIEGO i ANTONIEGO GORECKIEGO)
MITTELEUROPA
(UJĘCIE TEORETYCZNE)
Cz. I
Od chwili swego zwycięstwa w wojnie francusko-pruskiej, zjednoczone (18 stycznia 1871 r.) w Wersalu Niemcy dążyły nie tylko do utrzymania dotychczasowego status quo, ale również do jego znacznego rozszerzenia, i to zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie Europy. Wówczas to zaczęły się w niemieckich teoriach politycznych i geopolitycznych kształtować koncepcje "Ekspansji na Wschód" ("Drang nach Osten"), "Wielkiej Przestrzeni" ("Die grossraum Idee"), "Władzy i Przestrzeni" ("Macht und Raum") oraz doktryny "Krwi i Ziemi" ("Blut und Boden"). Zasada czystości rasowej pojawiła się w Niemczech na długo nim na świat przyszedł Adolf Hitler, gdyż niemiecka antropologia (będąca wykładnią dla wszelkich tego typu doktryn i idei) od swych naukowych początków była w mniejszym lub większym stopniu rasistowska (z czasem też coraz bardziej antyżydowska), a to prowadziło już bezpośrednio do pojawienia się kolejnego terminu: "Raumanpassungsart" (czyli "dopasowania przestrzeni" pod możliwie jak najszerszą kolonizację niemiecką). Wszelkie małowartościowe rasy: słowiańska i żydowska, miały zostać usunięte i zastąpione "źródłem krwi narodu", czyli niemieckimi chłopami. Koncepcja "Volksboden und Kulturboden" ("Terytorium Narodowego i Kulturowego") miała ogromne poparcie rządów II Rzeszy Niemieckiej (która - powiedzmy to sobie otwarcie, nie była państwem rasistowskim jako takim, co można było chociażby zauważyć w utworzonej w 1849 r. w Prusach Izbie Panów (Herrenhaus) gdzie siedzieli obok siebie arystokraci niemieccy i polscy i jeśli istniał jakikolwiek szowinizm w tej grupie, to głównym odnośnikiem nie była tu narodowość, a raczej pochodzenie społeczne. Mimo to, akcja germanizacji ludności polskiej lub jej wysiedlania - była prowadzona planowo przez dekady). Plan germanizacji ziemi i usuwania stamtąd ludności polskiej, był konsekwentnie realizowany od 1830 do 1840 r., czyli od momentu gdy naczelnym prezesem Wielkiego Księstwa Poznańskiego został - Edward Flottwell. To on rozpoczął proces wykupywania ziemi z rąk polskiej szlachty i sprzedawania jej szlachcie pruskiej (i miał na tym polu znaczne sukcesy). W 1832 r. wprowadził też język niemiecki, jako język urzędowy w Wielkopolsce (należy jednak od razu dodać że do 1830 r. Polakom w Prusach żyło się bardzo dobrze, do 1848 r. całkiem dobrze a do 1872 r. znośnie i dopiero w latach 70-tych i 80-tych wprowadzono kompleksową akcję germanizacyjną, połączoną z przejmowaniem polskiej ziemi - oczywiście w formie kupna, a nie przymusowego wysiedlania - i odsprzedawaniem jej Niemcom. Stało się tak, ponieważ Niemcy/Prusacy zorientowali się wreszcie, że Polakom wcale nie chodzi o zachowania swojego języka i kultury - co też mieli wcześniej zagwarantowane - a o oderwanie tych ziem od Prus i przyłączenie ich do odrodzonego państwa polskiego.
W 1886 r. rząd kanclerza Otto von Bismarcka powołał do życia "Komisję Osadniczą dla Prus Zachodnich i Poznańskiego" ("Ansiedlungskommission für Westpreussen und Posen"), która miała za zadanie kontynuację dzieła Flottwella, czyli skupowanie ziemi z rąk polskiej szlachty i przekazywania jej w dzierżawę niemieckim chłopom. Kierując się jednak założeniami koncepcji "Blut und Boden", Komisja Osadnicza celowo pomijała w tej parcelacji chłopów polskich - czyli najliczniejszej grupy mieszkańców Wielkopolski, a to oznaczało, że cała akcja germanizacyjna się nie powiodła, a poza tym nie było zbyt wielu chętnych Niemców do osiedlania się w środku "polskiego morza". Niemców odstręczał również fakt, że ziemia ta nie była ich własnością, a jedynie ją dzierżawili (Komisja zastrzegała sobie możliwość odkupu danej osady, jeśli gospodarz źle gospodarzył, lub też działał niezgodnie z niemieckim interesem osadniczym - czyli np. poślubił Polkę). Cała akcja Komisji Kolonizacyjnej okazała się kompletnym fiaskiem również dlatego, że Polacy utworzyli spółki parcelacyjne, które same skupowały ziemię od polskiej i niemieckiej szlachty i następnie dzieliły ją pomiędzy polskich chłopów (były to gospodarstwa nie większe niż 3 hektary). Pieniądze na ten cel szły najczęściej z Banku Związku Spółek Zarobkowych SA. (powołanego jeszcze w 1885 r.), którego patronem był chociażby ksiądz Piotr Wawrzyniak (który został księdzem, zrywając wcześniej swój związek z zakochaną w nim dziewczyną i już zaplanowane małżeństwo, gdyż pragnął poświęcić się Bogu i walce o narodową sprawę. Jego postać została ukazana w serialu: "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy" - opowiadającym właśnie o zmaganiach Polaków z Niemcami w Wielkopolsce pod zaborem prusko-niemieckim w latach 1815-1918. Zagrał go Piotr Machalica).
W listopadzie 1894 r. pod protekcją byłego już kanclerza Bismarcka, powstał "Związek Popierania Niemczyzny w Marchiach Wschodnich" ("Verein zur Förderung des Deutschtums in den Ostmarken"), który w 1899 r. przekształcił się w "Niemiecki Związek Marchii Wschodniej" ("Deutscher Ostmarkenverein") a i tak od pierwszych liter nazwisk jego założycieli: Ferdynanda von Hansemanna, Hermanna Kennemanna i Henryka von Tiedemanna - Polacy zwali go po prostu "HaKaTą". Cel Hakaty był taki sam, jak Komisji Osadniczej, z tym że nie chodziło już tylko o wykupywanie ziemi z polskich rąk, a o ogólne propagowanie niemczyzny w prasie, szkołach, urzędach i wszelkich dziedzinach gospodarki Wielkopolski, łącznie ze sprowadzaniem na miejsce niemieckich chłopów, którym miano odsprzedawać te ziemie po zaniżonych cenach (na ten cel organizacja otrzymała ogromne państwowe fundusze). W 1902 r. członkowie Hakaty zainicjowali też projekt budowy pomnika Otto von Bismarcka w Poznaniu - który wzniesiony został w październiku roku następnego - jako symbolu niemieckości tych terenów i trwałego związania Wielkopolski z Niemcami (po wybuchu Powstania Wielkopolskiego - 27 grudnia 1918 r. i wyzwolenia całej Wielkopolski - luty 1919 r. -, a następnie zjednoczenia tej ziemi z resztą odradzającej się Polski, pomnik ten został obalony i wywieziony na złom). Cele Hakaty również się nie powiodły, a wręcz przybrały skutek odwrotny, bowiem to nie Polacy odsprzedawali swoje ziemie Związkowi, a głównie Niemcy (mało tego - sami Niemcy odsprzedawali swój majątek polskim organizacjom i wyjeżdżali na zachód swego kraju). Tak więc ogólny bilans istnienia Hakaty (1894-1919) był ujemny, pomimo ogromnych środków finansowych przeznaczonych do "podtrzymywania" niemczyzny i walki ekonomiczno-kulturowej z Polakami.
Widząc klęskę swojej polityki kolonizacyjnej, rząd niemiecki postanowił w maju 1908 r. pójść na całość i wydać ustawę, umożliwiającą przymusowe wywłaszczenie polskich majątków w Poznańskiem (Wielkopolska) i Prusach Zachodnich (Pomorze Gdańskie). Wywołało to spore oburzenie w Europie (w nagłośnienie tego procederu włączył się również Henryk Sienkiewicz, który zorganizował nawet międzynarodową ankietę zatytułowaną: "Prusy i Polska" na którą był bardzo duży odzew ludzi polityki, nauki i kultury). To spowodowało, że cała akcja się nie powiodła (przejęto w ten sposób jedynie cztery polskie majątki), a nagłośnienie sprawy mocno się temu przysłużyło. W tym też czasie swój bój z pruską administracją toczył polski chłop ze wsi Podgradowice (Kaisertreu) - Michał Drzymała. Rozpoczął on swój bój w 1904 r., gdy władze niemieckie odmówiły mu zgody na postawienie domu, na zakupionej przez niego wcześniej ziemi (na mocy ustawy z 10 sierpnia 1904 r.. o konieczności uzyskania pozwolenia władz na postawienie budynku). Ostatecznie więc Drzymała kupił wóz cyrkowy i zamieszkał w nim zraz z całą swoją rodziną, a gdy władze chciały mu ten wóz odebrać - twierdząc że zgodnie z prawem wóz stojący w jednym miejscu przez 24 godziny jest domem - wówczas Drzymała codziennie przesuwał swój wóz o kilka metrów. Władze niemieckie długo miały w ten sposób związane ręce, ale ostatecznie po kilku latach usunęły ten pojazd siłą, a wówczas Drzymała zamieszkał w lepiance - którą też mu zburzono. Wtedy (1909 r.) został już ostatecznie zmuszony do sprzedaży swojej ziemi, ale sława jaką zdobył, opierając się pruskiej administracji okazała się nieśmiertelna i gdy sam Drzymała zmarł (w kwietniu 1937 r.) wieś Podgradowice przemianowano na Drzymałowo, zaś jego samego - pośmiertnie - odznaczono Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, czyniąc go symbolem walki Polaków z akcją germanizacją w Wielkopolsce. Symbolem walki z germanizacją stały się też dzieci z Wrześni koło Poznania, które w 1901 r. odmówiły udzielania odpowiedzi na lekcjach religii w języku niemieckim (w tymże roku bowiem weszło nowe prawo, które zmuszało nauczycieli i księży do nauczania lekcji religii tylko w języku niemieckim, dotąd bowiem lekcje religii - jako jedyny szkolny przedmiot - były możliwe również w języku polskim). Dzieci odmówiły udzielania odpowiedzi i wymawiania słów modlitwy w języku niemieckim, za co zostały dotkliwie pobite przez nauczycieli (bicie było tak mocne, że wiele dzieci traciło przytomność), co w konsekwencji spowodowało strajk dzieci i ich rodziców we Wrześni, który trwał kilka miesięcy na przełomie lat 1901 i 1902. W strajku wzięło wówczas udział 50 tys. dzieci, których rodzice odmówili posyłania na naukę religii w języku niemieckim. Ostatecznie Niemcy nałożyli wysokie kary pieniężne na rodziców którzy nie godzili się posłać swych dzieci na religię, co na pewien czas zakończyło strajk, ale już w listopadzie 1906 r. strajk ten wybuchł z jeszcze większą siłą (strajkowało wtedy ponad 75 tys. dzieci) a ich opór został nagłośniony w Europie i ostatecznie władze niemieckie musiały wycofać się z przymuszania polskich dzieci do nauki religii w języku niemieckim (znane było wówczas takie oto motto: "My z Tobą Boże rozmawiać chcemy, lecz "Vater unser" nie rozumiemy, i nikt nie zmusi nas Ciebie tak zwać, bo Ty nie Vater, lecz Ojciec nasz").
"DO KRWI OSTATNIEJ KROPLI Z ŻYŁ, BRONIĆ BĘDZIEMY DUCHA
AŻ SIĘ ROZPADNIE W PROCH I PYŁ - KRZYŻACKA ZAWIERUCHA"
Niemcy nie tylko jednak wdrażali plany germanizacyjne, mające doprowadzić do zniemczenia lokalnej ludności polskiej na ziemiach które w wyniku trzech rozbiorów (1772, 1793 i 1795) znalazły się granicach państwa pruskiego. Również powstawały plany tyczące się ziem, które nie wchodziły bezpośrednio w granice Rzeszy, ale które Niemcy widzieli w ramach projektowanej przez siebie powojennej Europy przyszłości. Były to tereny Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, które miały stać się rezerwuarem taniej siły roboczej dla Niemiec i zostać ekonomicznie wydrenowane, za to całkowicie politycznie i gospodarczo byłyby uzależnione od Wielkich Niemiec. Po raz pierwszy koncepcję Mitteleuropy zdefiniował prekursor niemieckiej geopolityki - Friedrich List już w 1841 r. gdy opowiedział się za przyszłą unią germańsko-madziarską, w której zjednoczone Niemcy wraz z Węgrami stanowiłyby centrum i trzon Europy, dzięki czemu udałoby się panować Bałkany i wypędzić stamtąd Turków. Jeszcze dalej poszedł profesor na Uniwersytecie w Getyndze - Paul de Lagarde (właściwe nazwisko - Paul A. Botticher), który wystąpił z planem utworzenia imperialnych Niemiec, poprzez podbój przez nie całej Środkowej Europy (twierdził że pokój zapanuje dopiero wtedy, gdy: "Niemcy będą sięgać od Ems do ujścia Dunaju, od Dźwiny do Triestu, od Metz do Bugu, gdy zjednoczone siły pokonają Francję i Rosję. Ponieważ cały świat chce pokoju musi zaakceptować Niemcy w takich granicach"). Nieco inny pogląd na tę sprawę miał niemiecki historyk - Constantin Frantz, który twierdził że co prawda Europa Środkowa powinna pozostać pod dominacją Niemiec, ale widział ją jako konfederację wolnych państw, posiadających pełną kulturową tożsamość i całkowitą autonomię polityczną (był też zwolennikiem odrodzenia Polski, gdyż twierdził że taka Polska byłaby sojusznikiem Niemiec w walce z Rosją). Profesor Uniwersytetu w Lipsku - Friedrich Ratzel łączył geografię z polityką, co spowodowało że stał się klasykiem geopolityki. Twierdził on, że Niemcy powinny zmierzać do potęgi, poprzez aneksję sąsiednich ziem, a wpływy niemieckie widział sięgające od Alp na Południu, aż po Morze Czarne na Wschodzie. Inny jego znajomy - profesor Alfred Kirchhoff z Uniwersytetu w Halle, skupiał się bardziej na historycznych założeniach pomiędzy narodem, państwem a danym regionem.
Pierwszą jednak realną i sprecyzowaną koncepcję Mitteleuropy, opracował dopiero w 1883 r. Hermann Wagner. Na przygotowanej przez niego mapie, w obręb Mitteleuropy weszłyby takie kraje, jak: Rzesza Niemiecka (wraz z niemieckojęzyczną częścią Austrii), Czechy z Morawami, Belgia wraz z Holandią i Luksemburgiem, oraz północno-wschodnia częścią Francji. Dalej jeszcze Królestwo Polskie (czyli ziemie Kongresówki) z północną częścią Mazowsza i z Prusami Wschodnimi, ale już bez ziem leżących na wschód od Wisły. Łącznie cała Mitteleuropa Wagnera sięgała od Wiednia i Bratysławy na Południu, po Morze Północne i Kanał La Manche na Północy, a także od Boulogne i Arras na Zachodzie, po Kłajpedę, Warszawę i linię Wisły na Wschodzie. Idąc tokiem rozumowania Wagnera, niejaki Joseph Partsch z Uniwersytetu Wrocławskiego, dwadzieścia lat później znacznie rozszerzył w swojej książce - wydanej w 1904 r. właśnie pod właśnie takim tytułem - zakres niemieckiej Mitteleuropy. Była to pierwsza kompleksowa i metodyczna praca, ujmująca temat w sposób całościowy (pod względem geograficznym, historycznym i społeczno-kulturowym), licząca 463 strony. Partsch omówił tam Cesarstwo Niemieckie, Monarchię Austro-Węgierską (łącznie z Bośnią i Hercegowiną), Serbię, Rumunię, Bułgarię (wraz z Rumelią Wschodnią) oraz Czarnogórę. Zachodnimi granicami Mitteleuropy wyznaczył zaś Belgię, Holandię, Luksemburg i Szwajcarię, za to całkowicie pominął ziemie polskie zaboru rosyjskiego. Na całym tym obszarze miał dominować naród niemiecki, który miał być naturalnie predystynowany do tej roli, natomiast cały ten region miał się integrować pod niemiecką hegemonią, aż do ostatecznego utworzenia środkowoeuropejskiego mocarstwa. To właśnie od dzieła Partscha, a nie późniejszej pracy Friedricha Naumanna - powszechnie przyjęła się nazwa Mitteleuropa. W trzy lata po ukazaniu się książki Josepha Partscha, inny niemiecki geograf - Alfred Hettner zmienił terytorialny zasięg Mitteleuropy, dołączając do niej ziemie polskie wraz z północną częścią Galicji (z Krakowem i Lwowem), ale już bez Węgier i krajów bałkańskich, a także z miastami Francji: Boulogne, Arras, Reims, Toul i Nancy podchodząc granicą prawie pod Paryż.
W 1911 r. w czasie gorącego konfliktu marokańskiego (dla przypomnienia - 1 lipca do Agadiru wpłynęła niemiecka kanonierka "Pantera", a wkrótce potem na marokańskie wody wpłynął lekki krążownik "Berlin", co spowodowało niezadowolenie Francji, która od 1906 r. posiadała znaczne koncesje w Maroku i uznawała niemiecką interwencję za próbę podważenia jej stanu posiadania. Ostatecznie do wojny światowej wówczas nie doszło, gdyż konflikt został rozwiązany układem francusko-niemieckim z 4 listopada 1911 r. w wyniku którego Maroko miało stać się francuskim protektoratem, w zamian za co Niemcy otrzymywały od Francji część terytoriów Francuskiej Afryki Równikowej. Potem Francuzi śmiali się, że w zamian za bogate Maroko, oddali Niemcom trochę afrykańskiej sawanny), wówczas to niejaki Rudolf Tannenberg (właściwe jego nazwisko - Rudolf Martin) w swej książce "Gross Deutschland", opracował plan Mitteleuropy po całkowitym zwycięstwie Niemiec w przyszłej wojnie światowej, czyli po pokonaniu Rosji, zdobyciu Paryża i odepchnięciu Francji od Renu. Według Tannenberga, Niemcy miały zdobyć Belgię, Holandię, Luksemburg, północno-wschodnią Francję od Sommy po Dijon i Szwajcarię (zapewne włączoną jako kraj niemiecki), następnie północno-zachodnie tereny Królestwa Polskiego (Kongresówki) z Kaliszem i Łodzią. Potem całą Litwę, Łotwę i Estonię z Rewlem oraz wyspami Dago i Ozylia, całą Białoruś z Mińskiem aż po Dniepr, a także Witebsk, Smoleńsk i Wielkie Łuki, cały Wołyń z Łuckiem aż do Homla i granicą wschodnią tego niemieckiego imperium byłaby odtąd rzeka Desna. To, czego nie przyłączyliby Niemcy, przypadłoby w udziale ich sojusznikom - Austro-Węgrom, które zajęłyby całą pozostałą Kongresówkę z Warszawą i Modlinem, całą Ukrainę z Kijowem, Odessą, Krymem i Sewastopolem. Austro-Węgrom przypadłaby także polityczna dominacja na Bałkanach nad Serbią, Czarnogórą (te kraje pewnie zostałyby włączone do Monarchii), Rumunią, Bułgarią, Albanią i dużą częścią północnej Grecji. Tak miała wyglądać Wielka Rzesza Niemiecka i Cesarsko-Królewskie Austro-Węgry (notabene już wówczas podlegające siłom odśrodkowym, co powodowało że przyszłość tego państwa układała się w bardzo niejasnych barwach - ale nawet w sytuacji rozpadu Austro-Węgier, to Niemcy mogłyby przejąć pełnię kontroli nad wspomnianym terytorium - przynajmniej w rozumieniu Tannenberga). Należy jeszcze dodać, że według Tannenberga do Wielkich Niemiec powinny również należeć takie kraje jak: Argentyna, Chile, Paragwaj i Urugwaj w Ameryce Południowej, prawie cała Środkowa Afryka z Madagaskarem, następnie Indonezja i południowo-wschodnie Chiny (jeszcze mógł do tego dodać Księżyc - bo po co się ograniczać - prawda 😅).
Tak oto wyglądały koncepcje ułożenia "niemieckiego Wschodu" przed wybuchem I Wojny Światowej. W następnej części przejdę już do klasycznej teorii pracy Friedricha Neumanna z 1915 r. pt.: "Mitteleuropa" i jej praktycznej realizacji podczas trwania wojny światowej, oraz tego, jak na to reagowały inne państwa, ze szczególnym uwzględnieniem Rosji (np. jak wyglądała reakcja rosyjska na uchwalenie przez Niemcy i Austro-Węgry - Aktu 5 Listopada 1916 r., powołującego do życia państwo polskie w nieokreślonych jeszcze granicach, ale z jasną deklaracją polityczną. Opowiem wówczas jak na to zareagował car, jego dwór, monarchiści, republikanie, liberałowie i w ogóle cała rosyjska prasa). Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że gdy kanclerz Rzeszy i premier Prus - Theobald von Bethmann-Hollweg złożył w 1912 r. wizytę w Rosji i powrócił potem do Berlina, miał rzec: "Rosja rośnie w siłę i spędza nam sen z powiek niczym nocny koszmar", zaś w swej pod-berlińskiej rezydencji zrezygnował nawet z sadzenia na wiosnę nowych drzewek w ogrodzie, mówiąc ogrodnikowi: "Nie warto, skoro i tak wkrótce będą tutaj Rosjanie". Ciekawe prawda, tym bardziej że Rosja w I Wojnie Światowej nie pokazała nic szczególnego i częściej się cofała niż atakowała.