Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 31 marca 2015

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XXII

WOLNA WOLA a PRZEZNACZENIE


"ZIELONE WZGÓRZA NAD SOLINĄ" - ULUBIONA PIEŚŃ MEGO OJCA
(który zginął straszną śmiercią - zgnieciony przez dwa autobusy)
(Zdążyłem się jeszcze z nim pożegnać: "Kocham Cię i wkrótce ponownie się spotkamy")
(Widok całego zdarzenia i Jego śmierć, była dla mnie tak traumatyczna, że odsunąłem ją na obszary "niepamięci" mego umysłu)



Czym jest Przeznaczenie? Czy jest to efekt tego, co koniecznie musi nas spotkać w życiu?, a jeśli tak, to jak można łączyć z tym pojęcie Wolnej Woli, (którą według różnych religii), człowiek został obdarzony przez Boga? Przecież logicznie myśląc Przeznaczenie i Wolna Wola...wzajemnie sobie przeczą. Weźmy przykład: idziemy do wróżki i prosimy ją by nam powróżyła co też spotka nas w przyszłości. Ona zaś dostrzega czekające nas w niedługim czasie nieszczęście, lub nawet śmierć. Jednak do zapowiadanego przez ową wróżkę nieszczęścia nie dochodzi. My oddychamy z ulgą i...uważamy że ktoś wystrychnął nas na dutka, każąc sobie za to jeszcze płacić. Ale czy to prawda? Czy rzeczywiście (przy założeniu że wizja lub sen wróżki lub też jakiejkolwiek innej osoby był prawdziwy, a nie stanowił jedynie łatwego sposobu na dorobienie się), istnieje coś takiego jak Przeznaczenie, które od początku do końca wyznacza nasz, ludzki los? Oczywiście Przeznaczenie istnieje, lecz jeśli tak, to jak jednocześnie może istnieć Wolna Wola, którą również ma posiadać człowiek? Ja sam, będąc dzieckiem, zawsze wierzyłem, że to właśnie ludzie  poprzez swoje wybory - stanowią o własnym życiu, że każdy z nas jest: "kowalem własnego losu". Lecz jednocześnie (szczególnie od dziadków), słyszałem że: "Tam w Niebie jest wszystko zapisane". Dziwiło mnie to i nie potrafiłem pojąć ani zaakceptować owego, wzajemnie się wykluczającego paradoksu. Jak to możliwe, by jednocześnie coś "było zapisane" i by to ludzie sami dokonywali wyborów dróg własnego życia - wówczas było to dla mnie nie do pogodzenia.

Wówczas! Dziś bowiem zupełnie nie dostrzegam żadnego paradoksu, ani wzajemnie wykluczających się pojęć, dziś widzę że istnieje zarówno Przeznaczenie (które jest z góry ułożone i "zapisane"), oraz Wolna Wola, która determinuje i kształtuje nasze wybory, a co za tym idzie - nasz los. Jeśli w przepowiedni ktoś (lub my sami), ujrzał naszą śmierć, czy inne nieszczęście, a tymczasem do tego wydarzenia nie doszło - o czym to świadczy? Że wróżka nas oszukała? Niekoniecznie, ona po prostu...ujrzała jedną z alternatywnych dróg naszego życia, lecz to my sami zdecydowaliśmy (często zupełnie nieświadomie), o zmianie naszego losu. Dlatego też należy stwierdzić (gdyż nie jest to domysł czy przypuszczenie, lecz pewność), że przeznaczenie owszem istnieje i jest zapisane "Tam" w "Zaświatach", lecz...to właśnie Wolna Wola decyduje o jego kształcie. To Wolna Wola tworzy nasze przeznaczenie, gdyż to my sami decymujemy jak potoczy się nasze życie. Jakąkolwiek jednak wybierzemy drogę - będzie ona po prostu jedną z wielu alternatywnych rozwiązań w naszym życiu - nie tylko wcześniej "zapisanym", lecz także dokładnie przeanalizowanym i omówionym w "Świecie Dusz" (podczas przeglądu nowego życia - o czym już wcześniej pisałem). Są jednak ludzie, którzy nie tylko twierdzą że nie posiadają żadnej Wolnej Woli, czyli żadnego wpływu na bieg toczących się w ich życiu wydarzeń, lecz uważają jednocześnie że są jak te kłody, rzucone do rzeki przeznaczenia, której prąd wszystko znosi w jednym kierunku, bez możliwości zatrzymania się, czy chociażby zmiany jego kierunku.

Ludzie ci, widząc iż nie mają wpływu by pomóc cierpiącej i umierającej najbliższej im osobie - często sądzą że są właśnie jak te kłody rzucone do rzeki. Na nic nie mając wpływu, płyną z prądem przeznaczenia, od swych narodzin do śmierci. Szczególnie silnie taki stan powoduje niemożność udzielenia pomocy cierpiącej ukochanej osobie, lub utrata najbliższych (rodziców, krewnych, czy - co szczególnie bolesne - własnych dzieci). Ale w tym przypadku my zapominamy o jednej bardzo ważnej rzeczy, jaką jest Wolna Wola. Myślimy że tylko my sami ją posiadamy. Opisujemy świat z punktu widzenia nas samych - czyli My i Reszta Świata. Przy tym wszystkim jednak zapominamy, że osoby nam najbliższe, ukochane, nasze dzieci, rodzice, dziadkowie, wujkowie, przyjaciele - oni wszyscy również posiadają Wolną Wolę. Jeśli przydarzyło im się nieszczęście, które doprowadziło w konsekwencji do ich śmierci - to był ich wybór, to była jedna z dróg, którą podążyli. Oni zadecydowali - my decydujemy o naszym życiu. Podam przykład: kobieta w ciąży schodzi z piętra swego mieszkania po schodach, drogą którą przemierzała wielokrotnie razy wcześniej. Teraz jednak w pewnym momencie się potyka i spada z owych schodów - w konsekwencji traci dziecko. Pytanie brzmi - czy gdyby nie zdecydowała się wówczas na zejście na dół, uratowałaby swą ciążę? - zapewne, lecz mogłaby wówczas wejść w inną "alejkę", która doprowadziłaby ją do jeszcze gorszego zakończenia (np. wpadłaby pod samochód, spiesząc się do pracy czy uczelni, gdyż...zaspała i zapomniała wcześniej zejść po tych schodach). Oczywiście wszystko mogłoby się również zakończyć szczęśliwie.

My jesteśmy panami własnego losu, to my decydujemy o tym jak zakończy się nasze życie (choć oczywiście jako żyjący ludzie - w ogóle sobie tego nie uświadamiamy). Musimy pamiętać że Przeznaczenie to jest suma wszystkich naszych uczynków, spełnianych przez tysiące lat niezliczonych inkarnacji. Wszystkie te uczynki były spowodowane naszym własnym wyborem - Wolną Wolą. Dlatego też należałoby tu powiedzieć iż to Wolna Wola kształtuje nasze Przeznaczenie, zaś Przeznaczenie stanowi sumę wszystkich naszych Wolnych Wyborów. Jedno wynika z drugiego, jedno tworzy drugie - nie ma mowy o sprzeczności czy  paradoksie. Poza tym zupełnie nie bierzemy pod uwagę, że owo nienarodzone jeszcze dziecko...może właśnie miało zginąć będąc jeszcze w łonie swej matki, gdyż taki właśnie podjęło wybór. Są dusze, które aby się czegoś nauczyć, nie muszą wcale "się narodzić", wystarczy im wejść do niemowlęcego płodu, by już doświadczać. Na nasze własne wybory nakładają się również wybory karmiczne, oraz doświadczenia z poprzednich żywotów (lecz to my decydujemy o tym kiedy, jak i gdzie cokolwiek się stanie, oraz...czy stanie się właśnie w tym wcieleniu). Każda dusza, nim jeszcze wniknie do będącego w łonie matki ciała nienarodzonego jeszcze dziecka - już wie, czy ów płód zginie czy przeżyje, czy matka dokona aborcji, czy też zginie w wyniku "nieszczęśliwego zdarzenia losu".

Dlatego też musimy pamiętać, że to co nas spotyka - to suma nie tylko naszych własnych wyborów (często karmicznych pozostałości z poprzednich wcieleń), które tworzą nasze własne Przeznaczenie, lecz również nasze wybory łączą się z wyborami innych ludzi (innych dusz), wchodzących z nami w korelacje za życia. Suma tych wyborów - wpływa na to "co przyniesie nam (wszystkim) przyszłość". Jest jeszcze jedna rzecz, o której - my - żyjący ludzie często zapominamy. Prócz Wolnej Woli, która wyznacza nasze Przeznaczenie, wszyscy ludzie (w zasadzie wszystkie istoty, rozumiane jako całość, ale skupmy się na ludziach), są chodzącymi...budkami telefonicznymi.  Co to znaczy? Spójrzmy na poszczególne światowe religie - wielu ludzi, którzy kiedyś byli głęboko religijnymi osobami, na pewnym etapie swego życia porzuciło wiarę i wyznawaną wcześniej religię. Stali się ateistami lub agnostykami. Ci, którzy w wierze wytrwali straszą tamtych, iż będą się po śmierci "smażyć w ogniu piekielnym", lub że nie doczekają Armageddonu i nie będzie im dane nowe życie w raju na Ziemi, który oferuje im Jahwe/Jehowa (po wcześniejszym zgładzeniu wszystkich niewierzących i odstępców - czyli w przekonaniu "wiernych" - wszelkiego zła). Takie wzbudzanie lęku (lub przynajmniej ostrzeżenia typu: "Chodź z nami bo zginiesz"), na pewno nie powodują zmiany nastawienia odstępców, a wręcz przeciwnie tym gorzej ustosunkowują ich do danej wiary i religii.

Lecz tak naprawdę, nie ma najmniejszego znaczenia to, jaką religię wyznajemy, w jakim obrządku się modlimy i którym bogom składamy ofiary. Nie ma znaczenia, że nie potrafimy "naukowo" udowodnić istnienia Boga, by przekonać tych niewierzących. Tak naprawdę znaczenie ma tylko jedno - wszyscy jesteśmy...budką telefoniczną. Piszę trochę kolokwialnie, gdyż pragnę przez to powiedzieć że MY WSZYSCY, zawsze i w każdym momencie, z każdym problemem możemy zwrócić się do...Wyższej Instancji (i nie ma znaczenia jak Ją nazwiemy - Bogiem/Źródłem, Aniołem Stróżem/Przewodnikiem, Losem czy Przypadkiem). Każdy z Nas, bez znaczenia wierzący czy niewierzący, Katolik, Muzułmanin, Żyd, Buddysta, Świadek Jehowy czy ktokolwiek inny - każdy z nas może zawsze i w każdym momencie swojego życia - połączyć się właśnie z ową Wyższą Instancją (i nie ma najmniejszego znaczenia czy w nią wierzy). To piszę nie jako osoba pomagająca sobie wynikami sesji hipnoterapeutycznych, ale jako "ja" sam we własnej osobie. Wszystko to o czym teraz piszę - doświadczyłem na sobie samym, przeżyłem i przeżywam to wciąż. A na czym polega owe "połączenie telefoniczne", skoro nie trzeba nawet wierzyć w istnienie owej Wyższej Instancji? Na prośbie. Trzeba niestety się przemóc, i poprosić o pomoc (choćby "krasnoludków z zaczarowanego lasu", jeśli nie chcemy używać słowa "Bóg"). Ja tego doświadczyłem i powiem...TO DZIAŁA (działa cholernie skutecznie).

Często było tak, że stawałem przed problemami, które (z mojego punktu widzenia), wydawały się beznadziejne. Były tak diabelnie trudne do rozwiązania, że bałem się w ogóle je zaczynać, czy próbować rozwiązywać. Wówczas w duchu prosiłem (Boga-Źródło-Przewodnika), o pomoc, o wsparcie. Prosiłem o radę i wskazanie odpowiedzi, jak powinienem postąpić, lecz przede wszystkim o pomoc w rozwiązaniu problemu. Wiem, że to co teraz napiszę, zabrzmi głupkowato, ale nie było momentu, nie było prośby która by została (przez ową Wyższą Instancję), zlekceważona. Nie wiem jak to się działo  - nie potrafię tego logicznie wyjaśnić, ale wszystkie problemy które wydawały mi się na początku tak trudne iż prawie nie do rozwiązania, z czasem (nie wiem jak długim, ale zwykle dość...krótkim) - rozwiązywały się po prostu same. Ja prosiłem o wsparcie i pomoc i ona ZAWSZE przychodziła. Nie pamiętam sytuacji, gdy o coś poprosiłem (oczywiście nie myślałem o rzeczach materialnych, lecz skupiałem się na wsparciu i podpowiedzi, jak rozwiązać ten jeden - jedyny kłopot, przed którym w danym momencie stawałem), by to...jakoś samo się rozwiązało. I powiem więcej, ostatnio zacząłem nawet myśleć, że po prostu "przeciągam strunę", gdyż tych próśb o wsparcie jest z mojej strony coraz więcej. Zastanawiam się czy "To" się kiedyś nie skończy.

Ale wiecie co - takie myśli szybko znikają, gdy po raz kolejny udaje mi się rozwiązać problem, lub kłopot, który nagle pojawił się na koleinach mojego żywota. I mogę z tego miejsca powiedzieć - TO SIĘ NIGDY NIE SKOŃCZY, nigdy nie "przeciągnę struny", jeśli tylko moje myśli będę kierował w stronę konkretnych spraw, tyczących mnie, moich bliskich, przyjaciół i innych ludzi z którymi wchodzę w interakcje. Nam się bowiem wydaje, że ten świat tu na Ziemi jest pełen cierpienia i bólu, że nasze życie szybko się kończy i nawet jeśli wracamy w "Zaświaty", to znów przygotowujemy się do kolejnych "narodzin w piekle". Tak naprawdę, cała tajemnica wyraża się w ciągłym dążeniu do doświadczania, ale...nie oznacza to, że my koniecznie MUSIMY cierpieć i doznawać tych wszystkich trudów naszego życia. My jesteśmy częścią Światła, które nie pragnie wcale naszego cierpienia i bólu (nawet jeśli jest to kwestia doświadczenia - trudno to wytłumaczyć, więc na razie sobie odpuszczę). Źródło pragnie naszego szczęścia, pragnie jak najszybszej z nami bliskości. Ale nim to się stanie, czeka nas trudna droga przez bezdroża Przeznaczenia. My jadąc wozem o nazwie Wolna Wola, czujemy się na tej drodze (i każdej innej w którą skręcamy), trochę zagubieni, zdezorientowani i niepewni. Tak niewiele świateł, tak wiele ciemnych zaułków, iż nie potrafimy powstrzymać uczucia lęku. Lecz my w "swym pojeździe", mamy zamontowany "system nawigacyjny" i "CB Radio".


Pytanie tylko brzmi...czy zechcemy ich użyć, czy zechcemy poprosić o pomoc, na tej naszej wyboistej drodze życia?



CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XXI

"SYNCHRONIZACJA" - DUSZY I CIAŁA




O co chodzi i na czym polega owa "synchronizacja duszy i ciała? Czyżby dusza miewała problemy z "dogadaniem" się z ciałem fizycznym, nim nastąpi moment narodzin? My, żyjący już ludzie, raczej nie widzimy w tym większego problemu (zresztą - rzadko kiedy widzimy jakiekolwiek "problemy" duszy), gdyż uważamy że (jeśli dusza istnieje), proces zjednoczenia jej z ciałem powinien być naturalny i oczywisty, a w każdym razie - zupełnie bezproblemowy. Otóż okazuje się właśnie, że ów proces wcale nie jest taki bezproblemowy (a przynajmniej nie we wszystkich przypadkach). Należy bowiem pamiętać że dusza posiada Wolną Wolę. Prócz niej posiada jaźń, którą możemy nazwać "EGO". Ale tworzące się ciało fizyczne noworodka, również zaczyna kształtować coś, co można by określić jako szczątkowe ego. Dusza, która wchodzi (wpływa), do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, napotyka na swej drodze owo szczątkowe ego, którym jest...tworzący się mózg dziecka. Teraz należy "tylko" dostroić się do "częstotliwości" dziecięcego mózgu i proces synchronizacji będzie zakończony. Tylko...? To jest właśnie najtrudniejsze zadanie z jakim musi sobie poradzić dusza, na tym etapie fizycznego rozwoju ciała.

Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak opisuje moment wejścia do ciała nienarodzonego płodu, w którym przyjdzie mu po narodzinach żyć: "Na początku, gdy wchodzę do łona mej matki, delikatnie podrażniam zwoje mózgowe płodu. Szukam, sonduję, badam - muszę wiedzieć o nim jak najwięcej". Dzięki temu można odebrać nie tylko wiadomości z niewykształconego mózgu noworodka, lecz także odczucia matki, na poziomie emocjonalnym. Wiemy wówczas czy dziecko jest chciane czy niechciane, czy matka spodziewa się jego narodzin, czy też cała ta ciąża jest dla niej ogromnym brzemieniem, a dziecka najchętniej by się pozbyła. Bardzo ważne w tym momencie jest dopasowanie i synchronizacja duszy i dziecięcego mózgu, gdyż niedopasowanie może skutkować pewnymi psychicznymi "urazami", już po narodzinach. Ważne jest też, by dusza która wnika do nienarodzonego jeszcze płodu, nie traktowała owych "matczynych reakcji", jak prawdy objawionej i nie alienowała się od niej (zdarza się tak właśnie w przypadku braku synchronizacji), ani będąc w łonie, ani potem już po narodzinach.

Jeśli dusza uzna, że pomimo jej wytężonych wysiłków, nie zdoła zsynchronizować swego umysłu z mózgiem dziecka przed jego narodzinami, może poprosić o...zmianę ciała. Chodzi tutaj o to, że inna dusza zajmuje miejsce tej pierwszej w nienarodzonym płodzie. Ważne jednak by stało się to jeszcze przed narodzeniem dziecka. Gdy dziecko się już urodzi, wszelka zmiana jest już niemożliwa, nawet jeśli duszy nie udało się doprowadzić synchronizacji do końca. A co jeśli nie dojdzie do owej synchronizacji? Odpowiedź nie jest trudna, wystarczy przejrzeć listę seryjnych morderców, gwałcicieli, maniaków i szalonych dyktatorów (typu Hitler, Stalin, Kim Dzong-il). Oczywiście brak synchronizacji, nie oznacza równocześnie, że dane ciało w którym przebywa dusza, będzie na pewno jednym z wyżej wymienionych. Nie! Ale właśnie wówczas istnieje największe prawdopodobieństwo, że tak się może stać (co nie znaczy że się stanie). Wszystko zależy od innych bodźców, od procesu wychowania, socjalizacji, otoczenia dziecka i wielu innych zewnętrznych czynników, na które sama dusza nie ma najmniejszego wpływu.

Ale właśnie tak ma być, gdyż...to też jest część planu jaki my musimy przejść.  Ciała które mamy do wyboru w "Świecie Dusz", nie są wzięte "z księżyca". Każdy z nich odpowiada pewnym naszym właściwościom charakteru i dlatego łączą zarówno nasze wady, jak i zalety. Chodzi o to by stworzyć specyficzną, złożoną osobowość, pełną najróżnorodniejszych przeciwieństw, a jednocześnie by dusza, która "steruje ciałem", potrafiła na tyle zapanować nad ową "kierownicą", by cały "pojazd" (ciało fizyczne), nie "wpadał w poślizg", lub by nie "wypadał z drogi po której jedzie". Do tego właśnie służy ten skomplikowany i trudny proces synchronizacji duszy i ciała. Pewna kobieta, podczas sesji hipnoterapeutycznej, tak właśnie opisuje (z perspektywy siebie, czyli duszy), swój związek z kobiecym ciałem fizycznym: "Będąc w niej, czuję się jakbym jechała kolejką górską pod górę. Jest taka lekkomyślna i taka niespokojna. Wciąż wplątuje się w tyle najróżniejszych i nieprzemyślanych sytuacji, których potem nie potrafi zakończyć. Wielokrotnie próbuję ją powstrzymać przed popełnianiem najróżniejszych głupot, ale nie zawsze mnie słucha. Mimo to mam z nią dużo frajdy. Ten ciągły pęd za czymś nowym, ta pogoń za nieznanym. Ale jazda!"

A dlaczego "nie zawsze jej słucha?" Dlaczego ciało nieraz robi jedno, choć dusza chce by uczyniło coś innego? A dlaczego w samochodzie czasem puszcza układ hamulcowy i trudno jest zapanować nad pojazdem, lub dochodzi do jakiejś innej niespodziewanej okoliczności np. wyciek oleju? W przypadku samochodu ważny jest przegląd i dbanie, by wszystkie elementy ze sobą współpracowały (czyli by były sprawne), tak samo jest z fizycznym ciałem i próbującą nad nim zapanować duszą. Tu nieodzowna jest SYNCHRONIZACJA. Są jednak ludzie, którzy po usłyszeniu o owej dwoistości (duszy i ciała), oraz braku niekiedy elementów którymi dusza może zapanować nad "swoim pojazdem", dochodzą do wniosków że jednak...jesteśmy śmiertelni. To znaczy że ciało, które również posiada swe własne pragnienia i ciągoty i które realizuje je niekiedy wbrew duszy - to właśnie jesteśmy my, zaś owa dusza to "coś innego", jakiś obcy twór, lecz nie wiadomo dokładnie jaki. Twierdzą że jeśli jest tak, że dusza może mieć problem z "poskromieniem ciała" to wszystko co nas spotyka za życia, jest jedynie wrażeniem doczesnym ciała, których dusza doświadcza jedynie w niewielkiej ilości.

Jest to błędna konstrukcja myślowa. Błędna, gdyż osobowość ciała, która umiera, nie jest kształtowana jedynie przez to ciało, lecz przede wszystkim przez duszę (brak synchronizacji w niczym tu na dobrą sprawę nie przeszkadza). Owszem, ciało umiera, ale...wszystko co przeżyło, czego doświadczyło, czego spróbowało i co zaważyło na jego losach za życia, to wszystko jest "zmagazynowane" w pamięci duszy (nie fizycznego mózgu, który nie jest trwały). To dusza właśnie zabiera tę zmagazynowaną pamięć do "Świata Dusz", to dusza później wielokrotnie "Tam" odtwarza relacje które przeżyła i których doświadczyła w ludzkim ciele tu na Ziemi (np. tworząc domki, zamki, lasy, góry, lub przybierając takie inkarnacje, w jakich kiedyś żyła a które najbardziej polubiła - o tym wszystkim pisałem w poprzednich tematach). Ciało umrze i potem nastąpi jego naturalny biologiczny rozkład - lecz dusza, która nie posiada ani początku, ani końca - nigdy nie zapomni tego, co przeżyła na Ziemi w określonym ciele, czasie i miejscu. Ta pamięć będzie z nią przez cały czas, aż do momentu, gdy w końcu powróci do Domu i zjednoczy się z Bogiem (czyli...z częścią samej siebie, rozumianą jako Źródło-Całość-Zbiorowość).

Dusza, która wchodzi do ciała nienarodzonego jeszcze płodu, od razu próbuje złączyć się z mózgiem noworodka. Jednak nie zawsze się to udaje i proces ten niekiedy trwa dość długo, nim mózg "zaakceptuje" nowego współlokatora (tym współlokatorem oczywiście jest dusza). Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak opisuje swój pierwszy kontakt z niewykształconym jeszcze mózgiem płodu: "Gdy łączę się z mózgiem nienarodzonego płodu, zwykle proces ten przebiega sprawnie, a ja bardzo szybko zostaję zaakceptowany jako nowy współlokator. Ale trzy życia temu połączyłem się z wyjątkowo tępym mózgiem. Uważał on moje pojawienie się za inwazję". Hipnoterapeuta zapytał: "Skoro uznał cię za "obcy element", to czy chciał od razu się ciebie pozbyć?", "Nie" - odpowiada mężczyzna - "To był bardzo gęsty umysł, zamglony obszarami gęstej energii. Poszczególne jego strefy były pooddzielane od siebie - to właśnie spowodowało opór przed zaakceptowaniem mnie. Takie ospałe umysły kosztują mnie po prostu więcej pracy". "Co było dalej?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Zacząłem pobudzać go do działania, lekko podrażniając zwoje mózgowe, ale wyczułem jednocześnie że on nie chce być przeze mnie pobudzany. W ogóle nie chce mu się myśleć, do czego go prowokowałem". "A spodziewałeś się że to pójdzie gładko?" - zapytuje hipnoterapeuta. "Podczas wyboru nowego życia, widziałem już ukształtowany, mózg dorosłego mężczyzny - końcowy rezultat mojej pracy. Ale nie spodziewałem się że będę miał tyle kłopotów z dostrojeniem się do umysłu nienarodzonego dziecka".

W końcu udało się duszy tego mężczyzny "pobudzić" mózg niemowlęcia do działania i został przez niego zaakceptowany. Jak jednak wygląda owo dostrajanie się i synchronizacja duszy i ciała? Dusza nigdy (przynajmniej hipnoterapeuci nie mówią o żadnym takim przypadku), nie wchodzi do nienarodzonego płodu, przed trzecim miesiącem ciąży. Nie czyni tego, gdyż nie ma to większego sensu. Mózg płodu jest bowiem jeszcze w fazie szczątkowej - a to właśnie on będzie głównym kluczem, który ma wprowadzić duszę do fizycznego ciała. Dusze wchodzą do ciał pomiędzy czwartym a szóstym miesiącem ciąży (i znowu, hipnoterapeuci mówią że nie spotykają dusz, które uczyniłyby to później, gdyż wówczas miałyby zbyt mało czasu na dostrojenie się do umysłu niemowlęcia i synchronizację z nim). Moment wejścia wygląda następująco. Dusza, która właśnie "wpłynęła" do łona swej przyszłej matki, natychmiast po wejściu do płodu, wytwarza duże pokłady energii (a konkretnie ciepłej "czerwonej energii"), kierując jej strumień w kierunku kręgosłupa niemowlęcia. Energię tę dusza rozprowadza po całym kręgosłupie w górę i w dół, cyklicznie wzdłuż sieci neuronów prowadzących bezpośrednio do mózgu. Dzięki temu, dusza poznaje efektywność transmisji myśli i nerwów czuciowych płodu. Następnie delikatnie "podrażnia" zewnętrzną tkankę mózgową. To co w tym momencie czyni dusza, przypomina (jak wyraził się o tym cytowany wyżej mężczyzna), "włączenie świateł w ciemnym pokoju", gdyż mózg dziecka, przed tą czynnością jest ciemno-szary.

Gdy praca ta zostaje ukończona, poszczególne przewody mózgowe, powoli zaczynają...świecić, czyli oddziaływać, a co za tym idzie - myśleć. Teraz przychodzi kolej na uporanie się z "drzewem" (to też określenie owego mężczyzny). Owe "drzewo", to nic innego jak pień mózgowy nienarodzonego płodu. Dusza umiejscawia się pośrodku obu półkul mózgowych, a potem delikatnie przesuwa się wokół jego zwojów, sprawdzając tym samym funkcjonowanie poszczególnych obwodów. Sprawdza gęstość energii we włóknach kory mózgowej w poszukiwaniu zatorów (zbyt gęsta ilość energii w dużych połaciach kory mózgowej, powoduje blokadę neuronową, a to automatycznie zmniejsza sprawność myślenia i działania mózgu). Gdy dusza napotyka zbyt gęste pokłady energii w zwojach kory mózgowej, przystępuje do "odkurzania", czyli usuwania tej nagromadzonej i niepotrzebnej energii, w celu skuteczniejszego pobudzenia do działania fal mózgowych noworodka. Gdy ta praca zostanie doprowadzona do końca, następuje dopasowywanie poziomów oscylacyjnych (są to medyczne sformułowania, gdyż ów mężczyzna ma właśnie wykształcenie medyczne, w innym przypadku opisy nie byłyby tak fachowe), do naturalnych rytmów fal mózgowych noworodka. Gdyby jeszcze zwiększyć prędkość połączeń neuronalnych mózgu, żyjący człowiek byłby w stanie rozwinąć sztukę telepatii (to już powolutku następuje, poszczególne dusze mają ponoć coraz łatwiejsze zadania i w pewnej być może niezbyt odległej przyszłości, dusze będą już mogły zwiększać szybkość tych połączeń, umożliwiając ludziom komunikowanie się na odległość za pomocą myśli, a nie tylko mowy werbalnej).

Kształtujący się mózg płodu, nim przeniknie do niego dusza, jest można by tak rzec - całkowicie prymitywny. Nie zdaje sobie sprawy nie tylko ze swojego położenia (ani miejsca w którym się znajduje - czyli łona matki), ale także nie ma "zielonego" pojęcia że w niedalekiej przyszłości czekają go narodziny. Jeśli dusza pojawia się wówczas, gdy zarówno mózg jak i ciało płodu są już w dużej mierze ukształtowane, wejście do ciała nie jest wtedy łatwe i szybkie (i nie powinno takie być, gdyż niektóre niedoświadczone, młode dusze nic sobie z tego nie robiąc, "pakują się do środka" niemowlaka "na siłę", mimo że ten nie wie nawet kim jest to, co właśnie przed sobą ujrzał - a to powoduje pewnego rodzaju opór, przed połączeniem z duszą). Dusza doświadczona, nim wejdzie do mózgu takiego już prawie wykształconego niemowlęcia, najpierw wita się z nim i (co ciekawe), odpowiada na jego pytania. Płód, w końcowym okresie ciąży, ma już na tyle wykształcony mózg (choć nadal nie zdający sobie sprawy co się wokół niego dzieje), iż może...zadawać pytania. Widząc duszę, która nagle obwiła mu się przed oczami, próbuje jej dotknąć, a gdy to się nie udaje pyta (wysyła komunikat w formie myśli oczywiście): "Kim ty jesteś i czego chcesz ode mnie?". Dusze z reguły odpowiadają: "Cześć, jestem Twoim Przyjacielem. Przyszedłem tutaj aby się z Tobą pobawić. Wpuść mnie do siebie, a zobaczysz jak fajnie będziemy się razem bawili".

Hipnoterapeuta na tak udzielone wyjaśnienie, dotyczące sposobu przenikania duszy, do już prawie ukształtowanego ciała niemowlęcia, zapytał: "Czy swoim nagłym pojawieniem się nie powodujesz u dziecka uczucia strachu?". "Nie" - odpowiedział mężczyzna, "Mózg dziecka jest jeszcze zbyt prymitywny, by mógł odczuwać strach, on nie wie nic, co się wokół niego dzieje. Gdy więc się z nim witam i wysyłam myśli o miłości i przyjaźni - niemowlę akceptuje mnie natychmiast i uznaje za część siebie. Tylko nieliczni dłużej się opierają". "Ale czy ty go przypadkiem nie wprowadzasz w błąd, mówiąc że chcesz się z nim pobawić, gdy tymczasem opanowujesz jego umysł?" - zapytuje dalej hipnoterapeuta. "Czy ty naprawdę traktujesz mnie jak jakiś "obcy element? Przecież to ciało powstało właśnie dla mnie, po to abyśmy byli razem - on i ja będziemy wkrótce stanowili jedność, a teraz musimy się do tego po prostu przygotować" - odpowiedział pacjent poddany hipnozie. "Rozumiem że w momencie narodzin zarówno mózg dziecka, jak i umysł twej duszy są już połączone w jedno i proces o którym mówisz, jest już zakończony?" - dopytuje hipnoterapeuta. "Widzisz, nie do końca! Tak naprawdę funkcjonujemy trochę oddzielnie. Ja na przykład złączyłem swój umysł z mózgiem dziecka w tym wcieleniu w czwartym roku życia, choć były i takie życia, gdzie łączyłem się nawet i w piątym-szóstym roku życia dziecka. Zbyt szybkie, gwałtowne złączenie naszych umysłów, nie jest bowiem korzystne dla mózgu niemowlęcia" - kończąc odpowiada mężczyzna.




CDN.

poniedziałek, 30 marca 2015

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XX

NARODZINY






Także więc dusze czekające na swoje nowe życie, ostatni raz śmieją się, dowcipkują i przekomarzają w gronie swych znajomych, swojej "paczki". Są też takie dusze, które w tym "ostatnim" momencie pozostają ciche i spokojne, całkowicie skupione na oczekiwaniu tego co ma nadejść czyli  - "nieuchronnych" ponownych narodzin. Ostatni raz cieszą się wszechwiedzą którą tutaj nabyli (a raczej jedynie przypomnieli sobie). Wiedzą dobrze, że wraz z ponownym "wejściem" do fizycznego ciała - utracą tę pamięć i to częstokroć powoduje żal, przed opuszczeniem "Tamtego Świata", a zwłaszcza przed rozłąką z przyjaciółmi. Niektórzy wręcz dla żartów "robią zakłady" (jeśli można to w ogóle tak nazwać), typu: "Zobaczysz, jak tu powrócisz to też nie będziesz niczego pamiętał, tak jak poprzednio", albo: "Żeby was ponownie ujrzeć, znów będę musiał umrzeć, to takie nieprzyjemne uczucie - nie lubię umierać!" itp. Potem (lub w międzyczasie), krótka rozmowa z Przewodnikiem i dopracowanie ostatnich szczegółów, ostatnich wskazówek (to wszystko, trochę przypomina żołnierzy szykujących się do kolejnej misji lub bitwy). Na pytanie hipnoterapeuty: "Co czujesz w tej chwili, tuż przed swoimi narodzinami?", kobieta poddana hipnozie, odpowiedziała: "Jestem podekscytowana, znów przez to przechodzę, ale...nie mogę się już tego doczekać".

Gdy Przewodnik stwierdzi że: "Już czas", następuje z reguły...kolejne już "ostatnie" pożegnanie z grupą (świadczy to o niezwykłej bliskości członków grupy względem siebie - zresztą trudno się temu dziwić, skoro inkarnują ze sobą od początku). Gdy zakończymy pożegnanie i jesteśmy gotowi do "skoku" w kolejne ciało (niektóre osoby poddane hipnozie, właśnie tak nazywają ów moment wejścia duszy do nowego ciała), zaczynamy powoli unosić się w górę, ponad naszą grupę. Towarzyszy nam oczywiście nasz Przewodnik i to on odprowadza nas w stronę "życia fizycznego". Unoszą się razem - dusza i jej Przewodnik, wzbijanie zaczyna też nabierać tępa i szybkości. Szybkość się wzmaga, tak że w pewnym momencie nasz Przewodnik musi już nas opuścić, dalej "płyniemy" (a raczej pędzimy), sami. Wracamy tą samą drogą, którą tutaj przyszliśmy, przez pas gęstych chmur (które opisałem we wcześniejszych postach). Zaczynają pojawiać się fałdy i kolory tracą swą przejrzystość a pozostają jedynie różne odcienie bieli. Przyspieszamy jeszcze bardziej, obraz staje się zamazany i mało widoczny, ale my pędzimy dalej, aż wreszcie...koniec drogi - spadamyyyy!

Jesteśmy w ciemnym tunelu (najprawdopodobniej jest to ten sam "tunel", przez który przeszliśmy po naszej ostatniej śmierci). Dokoła nas panuje ciemność, ale nie trwa to długo, zresztą nic nie czujemy, nic, wcale - zaraz, zaczynamy coś odczuwać, tak, czujemy - CIEPŁO, tak nam ciepło! Gdzie jesteśmy? Co to za ciasne miejsce? Ciasne, ale tak ciepłe, tak przyjemne - co to może być? Rozglądamy się na boki - no tak jesteśmy już w łonie naszej przyszłej mamy. Ale My, gdzie My dokładnie jesteśmy? Na tak postawione pytanie hipnoterapeuty, badana kobieta odpowiedziała: "Jestem tam w środku, jestem w niemowlaku, a raczej...ja jestem niemowlęciem". Teraz jest czas na "przywyknięcie do fizyczności". Nasze ciało (fizyczne), nie jest jeszcze ukształtowane, kształtuje się powoli, a my widzimy jak rosną nam paluszki, jak powoli zaczyna zmieniać się nasz wygląd, jak rośniemy. Przez ten czas otula nas ciepło matczynego łona, spokój i błogostan. Ten czas jest przeznaczony właśnie na aklimatyzację w fizyczności, zaakceptowanie ponownego materialnego "kostiumu" i odpowiednie jego "dopasowanie". Ten czas "aklimatyzacji", ma nas przygotować do czegoś gorszego, co dopiero przed nami - do narodzin.

Narodziny (i potwierdzą to różne osoby poddane sesjom hipnoterapeutycznym), to najgorsza rzecz, jaka nas spotyka na tym świecie (tak mówią ci ludzie i dodają, że narodziny są o wiele gorsze i straszniejsze dla duszy "zamkniętej" w ciele noworodka - nawet od samego momentu śmierci). Taka dusza jest przerażona, a dlaczego tak się dzieje? Najpierw oślepiające światło szpitalnych lamp, potem pojawia się coś dużego i nieprzyjemnego, co chwyta nas i wyciąga z naszego miłego i ciepłego miejsca - to oczywiście ręce lekarza albo tego kto przyjmuje poród. Wychodzimy na światło dzienne, światło jest oślepiające, poza tym zaczynamy nabierać powietrza, to jest...takie dziwne? Powietrze "leci" nam do ust i nosa, zaczynamy się krztusić (długo nieprzyzwyczajeni do takiego oddychania - wcześniej oddychaliśmy w łonie matki). Wszyscy nas dotykają, to takie nieprzyjemne, te łapska - zaczynamy płakać, nie chcemy odchodzić z matczynego, ciepłego łona. Ale już jesteśmy na zewnątrz, lekarz przecina przeponę i mama bierze nas na ręce - to moja mama? - zapytujemy. Co ciekawe, przebywając w łonie matki, dusza nie od razu łączy się z fizycznym (kształtującym się), mózgiem noworodka, dzieje się to trochę później, jednak już w chwili narodzin zarówno nasz duchowy umysł, jak i "nasz" fizyczny mózg - stanowią odtąd jedno i to samo.

Zaczyna się z nami dziać coś dziwnego i nie mam tu na myśli obłapiających nas po całym ciele - wielkich ludzkich rąk, zaczyna się coś innego, niewidocznego - nasza dusza powoli zaczyna...zapominać to, co przeżyła w "Zaświatach". Tworzy się też nasze indywidualne ego, które kształtuje się na zasadzie obawy o przeżycie w tych dziwnych warunkach. Nasze ego "fizyczne", powoli, lecz bardzo intensywnie - zaczyna "zagłuszać" nas samych, czyli umysł naszej niefizycznej duszy. Zaczynamy odbierać świat w kategoriach: "Ja i to wszystko wokół mnie". Leżymy więc w pobliżu kobiety, w której łonie spędziliśmy ostatnie dziewięć miesięcy i myślimy sobie: "Słuchajcie, jestem głodny, dajcie mi jeść, a w ogóle, przeciąg tu jakiś czy co - zimno mi w tym kocyku, dajcie jakieś ubranko". Tak właśnie zaczynamy odbierać świat, już wraz z pierwszym naszym oddechem - indywidualistycznie i niestety coraz bardziej...egoistycznie. A to dopiero przedsmak tego, co czeka nas w kolejnych latach naszego życia, gdy nasz egocentryzm jeszcze bardziej się umocni - "A tak w ogóle to czy nie uzgadnialiśmy z kimś jakichś celów, jakiegoś zadania, jakiejś lekcji do odrobienia? - nieważne dajcie mi mleka i...podkręćcie wreszcie to ogrzewanie!" I tak zaczynamy kolejną "zabawę" naszego życia!



CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XIX

PRZYGOTOWANIE DO NOWEGO CIAŁA






Tak więc, gdy podejmiemy już decyzję dotyczącą wyboru kolejnego ciała, udajemy się do grupy naszych przyjaciół, by wspólnie rozważyć wszystkie "za" i "przeciw", naszego nowego życia. Zresztą wszyscy z grupy docelowej danej duszy - znają się doskonale, wiedzą o swoich słabościach i mocnych stronach charakteru, o swych dawnych klęskach i sukcesach, oraz o tym na co powinniśmy uważać w nowym życiu. Nie ma tam niechęci czy zazdrości, pomiędzy członkami grupy panuje jedność, wyrażająca się w całkowitej akceptacji naszych wyborów i dokonać (nie oznacza to jednak, że nie wyrażają oni swych krytycznych uwag, dotyczących naszego zachowania w byłych i przyszłych żywotach, ale zawsze jest to krytyka konstruktywna, zmierzająca do wspólnego poradzenia sobie z owym problemem, a nie w celu upokorzenia nas, lub wyśmiania naszych porażek, jak to często ma miejsce za życia). Nie zawsze jednak tylko omawiamy przyszłą inkarnację w gronie przyjaciół z "naszej paczki", niekiedy przybywają członkowie innych grup, ci którzy wybrali ciała, które w przyszłym życiu będą miały wpływ na korelacje z naszym ciałem. Gdyż nie tylko my mamy coś wynieść z nowego życia, ale także nowe wcielenie jest nauką dla innych dusz, i nie tylko tych z naszej grupy. Wszyscy mamy się czegoś nauczyć, każdy (raczej) czegoś innego.

Gdy więc wspólnie ustalimy wszystkie "za" i "przeciw", oraz wyjaśnimy wątpliwości, udajemy się z tymi duszami, z którymi będziemy wchodzić w bliższe lub dalsze interakcje za życia, do specjalnego miejsca, w którym musimy wysłuchać ostatniej przed narodzinami...przemowy. Wchodzimy (raczej wpływamy), do dużego "audytorium" z podium na samym środku. Podium to, przynależne jest tylko naszej grupie dusz, z którymi mamy się narodzić i wspólnie żyć. Są też i inne "podia" i inne grupy dusz, które słuchają swych własnych mówców. Istoty które na owym podium do nas przemawiają, udzielają nam ostatnich osobistych wskazówek. Dają nam znaki, byśmy mogli się "rozpoznać" za życia, oraz udzielają szczegółowych wskazówek, tych które nie zostały nam pokazane, podczas przeglądania przez nas nowego życia. Znaki dotyczyć będą najróżniejszych fizycznych i materialnych szczegółów, jak choćby mimika twarzy danej osoby, szczególny rodzaj śmiechu np. lub ulubiony wisiorek noszony na szyi, "nagle" napotkanej na ulicy osoby. Ale głównym miejscem w którym rozpoznać możemy bliską nam duszę (np. Bratnią Duszę), są oczy. Nie na darmo mówi się że to właśnie oczy są zwierciadłem duszy.

Te wszystkie znaki są ważne (nawet bardzo ważne), ale należy pamiętać, że my nie musimy wcale im ulegać. Nawet jeśli nie pójdziemy za "głosem" owej wskazówki, nie oznacza to dla nas katastrofy życiowej, po prostu nasze życie będzie...inne, czy lepsze czy też gorsze, trudno orzec, być może nie będzie tak intensywne jak wówczas gdybyśmy ów "sygnał ostrzegawczy" w porę dostrzegli. Zresztą do wydarzeń z naszego życia nie powinniśmy podchodzić w sposób ściśle analityczny. Wiele z naszych decyzji podejmujemy pod wpływem osobistego przeczucia, czyli instynktu. Powinniśmy im ulec i dać się im ponieść. Powinniśmy czerpać garściami wszelkie wrażenia jakie niosą ze sobą chwile naszego życia. Zdarzają się błędy które popełniamy w życiu, ale nawet one nie są "czasem straconym", gdyż każdy z owych "błędów", uczy nas i wzmacnia, a przede wszystkim stanowi doskonały impuls do dalszego rozwoju. Gdy w naszym życiu ma się zdarzyć jakiś szczególnie ważny i przełomowy moment, to z reguły i tak się zdarzy. Wszystkie alternatywne wydarzenia z naszego życia, zostały przez nas "obejrzane" i omówione. Teraz my tylko decydujemy w jakim kierunku potoczą się nasze losy, którą z alternatyw wybierzemy i czy nasze życie przeżyjemy na tyle dobrze, by czuć się spełnionymi a jednocześnie nie krzywdzić innych dusz, wchodzących z nami w interakcje.

Gdy więc już wysłuchamy mowy dla nas (i dusz z nami inkarnujących), przeznaczonej, udajemy się na kolejne spotkanie, do miejsca w którym byliśmy zaraz po śmierci (opisałem je we wcześniejszych tematach) - do "Rady Starszych" (czyli "Założycieli"). Tam po raz ostatni zapytują nas czy jesteśmy zadowoleni z wybranego przez nas życia, oraz przypominają o wytrwałości w dążeniu do wcześniej wypracowanych założeń, a także podkreślają korzyści z trzymania się ściśle określonego systemu wartości. To jest już ostatnia mowa przed narodzinami, po jej zakończeniu Założyciele przesyłają nam potężną dawkę pozytywnej energii, jako swoisty "prezent urodzinowy" i proszą byśmy starali się pohamowywać nasze negatywne uczucia, które pojawią się wraz z otrzymaniem fizycznego ciała. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, tak wyraził się o owym spotkaniu ze "Starszymi" (Założycielami): "Gdy jestem przed obliczem tych wyjątkowych istot, na myśl przychodzi mi źródło wszelkiego stworzenia". Założyciele jak wspomniałem wcześniej, otoczeni są niezwykle jasnym światłem, emanuje od nich zrozumienie i szacunek dla wszelkich naszych błędów i wypaczeń, oraz niekończąca się Miłość dla nas jako indywidualnych bożych istot. Są bezpośrednią emanacją samego Źródła. Jedyną różnica (między Nimi a Bogiem), polega na fakcie obdarzenia ich indywidualizmem (Wolną Wolą). Co ciekawe - przybierają oni niekiedy również określoną płeć, choć nie ma to dla nich większego znaczenia i nie przywiązują do tego większej wagi.

Po opuszczeniu miejsca w którym po raz ostatni wysłuchaliśmy Założycieli, z powrotem udajemy się do naszej grupy przyjaciół by wspólnie oczekiwać "przydzielenia" do wybranych wcześniej ciał. Czas "oczekiwania", wykorzystujemy na wzajemne psoty, żarty i przekomarzania. Po raz ostatni (przed narodzinami), cieszymy się wszechwiedzą nabytą na "Tamtym Świecie", oraz żegnamy się z przyjaciółmi mówiąc: "Do zobaczenia" (są też figlarze, którzy dodają do tego - "...po śmierci"). Humor i figle mają ukryć prawdę, którą jest niechęć do ponownych narodzin i opuszczania "naszej paczki". Oczekujemy więc na "pierwszy szkolny dzwonek", który ponownie pozwoli nam udać się do "szkoły". Szkoły zwanej Ziemią.



 CDN.

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XVIII

 WYBÓR NOWEGO CIAŁA






Na wstępie już od razu pragnę wyjaśnić, że na "Tamtym Świecie", nikt nas do niczego nie zmusza, to my sami decydujemy czy już jesteśmy gotowi, by się ponownie narodzić. Ze strony naszych Przewodników, mogą być jedynie pewne aluzje - że już czas, że należy już zdecydować się co do wyboru kolejnego życia. Zdarza się jednak że niektóre dusze, które "posmakowały Tamtego Świata", nie są wcale skore wracać do kolejnego, fizycznego życia na Ziemi, co wtedy? Nic, tak jak napisałem - nie ma żadnego przymusu, jeśli nie chcesz ponownie inkarnować fizycznie - nie musisz, ale...oznacza to jednocześnie że musisz się o wiele dłużej uczyć, gdyż najlepszą i najszybszą możliwością uczenia się na własnych błędach, jest fizyczne doświadczanie przeciwieństw. Dusze decydujące się nieinkarnować ponownie, są pozbawione doświadczeń fizyczności (głównie bólu i cierpienia), a to oznacza że muszą uczyć się na doznaniach innych dusz, aby zrozumieć ich sens. Taki sposób nauki trwa niestety bardzo długo. Najlepszym sposobem jest doświadczyć wszystkiego osobiście, a szczególnie w ciałach osób kalekich, zdeformowanych, ubogich, zmagających się z fizycznym bólem i psychiczną traumą. Dla nas żyjących jest to nie do pomyślenia, by można było zdecydować się na takie życie - a jednak, właśnie takie inkarnacje powodują iż posuwamy się niezwykle szybko na naszej ewolucyjnej drodze do Boga.

Paradoksalnie więc, takie ciężkie życie wybierają nie tylko te dusze, na których ciąży karmiczna konieczność odebrania wcześniej popełnionych niegodziwości, ale i takie, które same we wcześniejszych wcieleniach nie dopuściły się żadnej zniewagi w stosunku do innych dusz na Ziemi. Na początku więc (z reguły), to Przewodnicy, gdy przyjdzie czas, delikatnie dają do zrozumienia, czy dana dusza nie uważa, że nadszedł już czas, by ponownie się narodzić. Przebywanie na "Tamtym Świecie" jest tak wspaniałe, tak piękne, tak lekkie, jesteśmy otoczeni wszechogarniającą nas Miłością, brakiem barier i wszechobecną życzliwością - że żadna dusza nie pragnie stamtąd odchodzić. Ale Opiekunowie nalegają, tłumaczą, starają się nas przekonać i oczywiście (poza nielicznymi wyjątkami), zawsze im się to udaje. I gdy już uświadomimy sobie, że wreszcie powinniśmy znów narodzić się na Ziemi (z reguły dusze które inkarnują na Ziemi, nie zmieniają swego stałego miejsca narodzin i bardzo rzadko się zdarza, by "ziemska dusza", zdecydowała się narodzić na innej planecie - zresztą Ziemia jest wystarczająco dobrym miejscem dla dalszej nauki, gdyż pełno na niej jest niegodziwości, zła, niechęci, odrzucenia, obłudy, a jednocześnie empatii, życzliwości, dobroci, poświęcenia, miłości), musimy zastanowić się nad tym "gdzie", "kiedy" i w "jakim ciele", chcielibyśmy spędzić kolejne życie.

W tym celu udajemy się do miejsca, gdzie...będziemy mogli przyjrzeć się ewentualnym ciałom i obejrzeć jak (w ogólnych zarysach, gdyż to my dopiero będziemy wybierać prawdziwe drogi życia dla owego ciała), będzie wyglądało nasze życie. Najpierw decydujemy o okresie, czyli czasie w którym pragniemy się narodzić. Potem zaś - "gdzie" mają mieć miejsce nasze narodziny, dopiero na samym końcu zaczynamy "przeglądać" dostępne w tym okresie i miejscu ciała. To może brzmieć nieco komicznie, gdyż w pewnym sensie przypomina to wizytę w sklepie, w którym zastanawiamy się nad wyborem koszuli, marynarki, krawata, bądź sukienki. Ale przecież te nasze ciała, to nic innego jak takie "kostiumy", w których przyjdzie nam spędzić kolejne życie, dlatego też muszą być "wygodne" i nam odpowiadać. Aby więc dobrać sobie najbardziej dla nas odpowiednie ciało, udajemy się wraz z naszym Przewodnikiem, do specjalnego miejsca, w którym będziemy mogli "obejrzeć" sobie kolejne ciała i związane z nimi (ewentualne), wydarzenia na Ziemi. Pewien mężczyzna, zapytany przez hipnoterapeutę, czy boi się tego miejsca?, odpowiedział: "Nie, chyba będzie ciekawie, zresztą byłem tu już tyle razy. Ciekaw jestem co mi teraz zaproponują". Na " ścianach" owego przybytku, znajdują się wielkie "lustra", przypominające "ekrany" (pisząc ściany - lustra - ekrany, należy pamiętać że zupełnie nie przypominają one naszych ziemskich przedmiotów, a jedynie są pewnym ich eterycznym odwzorowaniem).

Gdy decydujesz się na określony czas i miejsce, w jakim pragniesz się narodzić, ekrany "ożywają", czyli zaczynają puszczać "film" o owym miejscu - jak ono wygląda. Ty kontrolujesz przebieg owego "filmu", jego długość i wszystko to co pragniesz ujrzeć o owym czasie i miejscu. Jeśli chcesz zatrzymać ujęcie - zatrzymujesz, jeśli pragniesz przyśpieszyć - przyspieszasz. Na ekranach widać różne alternatywne wybory naszego przyszłego życia, oraz to, jak mogą się one potoczyć w przyszłości (o tym jak się rzeczywiście potoczą, decydujemy już sami). Jeśli zatrzymujesz daną scenę by się jej dokładniej przyjrzeć, możesz...stać się jej częścią, to znaczy że możesz "wpłynąć" do tego momentu i obserwować dane (wybrane przez ciebie wcześniej), miejsce - bezpośrednio, unosząc się nad głowami poruszających się ludzi (jednocześnie nadal pozostajesz w owym przybytku - to jest to o czym wcześniej pisałem, możliwość dzielenia własnej energii i przebywania w kilku miejscach jednocześnie). Co ciekawe, nie wszystko jednak zostanie nam pokazane - pewne elementy naszego przyszłego życia, mogą zostać przed nami ukryte, a wszystko po to, byśmy sami podjęli właściwe wybory i znaleźli na nie rozwiązania już za życia (z tego jesteśmy także"rozliczani" po śmierci).

Można zadać pytanie, dlaczego nie pokazuje się nam całego naszego życia (czyli wszystkich możliwych alternatyw i ewentualnych "niespodziewanych zawirowań" w przyszłym życiu), skoro i tak po narodzinach o niczym nie będziemy pamiętali? Tak, po narodzinach (z reguły - choć nie zawsze, niektórzy później w wieku 3-4-5 lat), tracimy pamięć czasu spędzonego w "Zaświatach", to jednak posiadamy coś, co na pewnym etapie może pozwolić nam przypomnieć sobie pewne wydarzenia. To "podświadomość", klucz do pamięci naszego umysłu, a więc także klucz do pamięci o czasie spędzonym na "Tamtym Świecie". Podświadomość ma nam służyć i pomagać w naszym rozwoju, gdyż ilekroć nie jesteśmy pewni co dalej w życiu robić, możemy wyciszyć się w sobie, odpocząć, usiąść i spokojnie pomyśleć o tym gdzie już byliśmy, jednocześnie porównując to z tym gdzie chcielibyśmy się udać w przyszłości - (p)odpowiedź przyjdzie do nas sama. Tak więc w owym "sanktuarium" wybieramy sobie następne życie, czerpiąc ze wszystkich dostępnych w owym czasie i miejscu ciał (możemy zawsze zmienić zarówno czas jak i miejsce przyszłych narodzin). Gdy już dokonamy wyboru, nasz Przewodnik wraz z...Założycielami, pyta nas, czy jesteśmy zadowoleni z przyszłej inkarnacji? Jeśli odpowiemy twierdząco, nie oznacza to wcale że musi to już być nasze kolejne wcielenie, Oni bowiem dają nam znów czas do namysłu, czy naprawdę chcemy tego życia.

Udajemy się więc z powrotem do naszej grupy, do naszych przyjaciół z "paczki" (z grupy docelowej), by wspólnie zastanowić się czy ów wybór był dla nas właściwy. W tym celu możemy wspólnie (z przyjaciółmi), udać się do miejsca, gdzie można "doświadczyć cielesności", nim jeszcze rzeczywiście się narodzimy. To są kanały czasoprzestrzenne o różnych tunelach (o których już zresztą wspomniałem we wcześniejszych tematach). Niektóre są jaśniejsze, inne ciemniejsze (jaśniejsze to miejsca gęsto zaludnione, ciemniejsze to tereny, gdzie większość czasu możemy spędzić praktycznie samotnie, lub tylko w gronie najbliższych przyjaciół z naszej grupy). W tych tunelach możemy doświadczyć cielesności, wybierając sobie poszczególne życie, które jednak...nie jest ludzkim wcieleniem. Nie jest też wcieleniem zwierzęcym, a raczej organicznym, jak ogień (płomień ognia), strumień wody, lub płachty śniegu. Ten wybór nie ma znaczenia (gdyż podejmujemy go tylko po to by "doświadczyć" życia w formie materialnej, nim rozpoczniemy kolejną inkarnację w ludzkim wcieleniu), i trwa z reguły tak długo jak zapragniemy. Nie musi też odbywać się na Ziemi, możemy udać się na inna planetę (np. wulkaniczną), by jako strumień gorącej lawy doświadczać fizycznych przyjemności przed narodzinami. Wbrew pozorom takie praktyki nie służą tylko przygotowaniu do kolejnego wcielenia, a np...zabawie. Dusze bardzo często udają się na niezamieszkałe planety i na odludne regiony, by po prostu wspólnie dobrze się bawić. Nie zawsze przybywają tam w swej formie duchowej (bezcielesnej), czasem także w postaci lawy, deszczu, powietrza lub śniegu - co kto lubi.

Są też dusze, które decydują się z góry na wybór ciężkiego (pełnego chorób, przemocy i biedy), życia, ale za to krótkiego. Pewien mężczyzna poddany hipnozie, opowiedział że w poprzednim wcieleniu zmarł z głodu w wieku 7 lat. "To mi wystarczyło" - powiedział, "szukałem krótkiego, lecz treściwego życia, w którym będę mógł nauczyć się pokory - to właśnie było idealne". Zresztą łatwe i przyjemne żywoty, są swoistym "fizycznym odpoczynkiem", dla duszy pomiędzy "trudniejszymi" wcieleniami (pełnymi bólu i psychicznej traumy - może to być np. życie wojownika lub żołnierza, które łączy w sobie przyjemności cielesne z możliwie odniesionymi ranami fizycznymi). "Cięższe" i "trudniejsze" życie powoduje bowiem nasz szybszy rozwój - przyspieszamy na naszej drodze wiodącej ku zjednoczeniu z Bogiem, zaś życie pełne dostatku i wygód - niewiele wnosi w nasz rozwój (bywa więc raczej wytchnieniem "pomiędzy", niźli nagrodą za dobrze przeżyte poprzednie wcielenie). Dusze same więc częściej wybierają te "cięższe" żywoty, pełne codziennej walki o godność i przeżycie (np. ciała kalekie, bardzo chore, zdeformowane lub zmagające się z problemami psychicznymi, uzależnieniami własnymi lub członków rodziny).

Problem polega jednak na tym, że z chwilą narodzin taka dusza (której w postaci eterycznej fatwo przychodzi wybór "ciężkiego" życia, gdyż ona wówczas nie doświadcza bólu fizycznego, a otoczona jest wszechogarniającą Miłością i całkowitą akceptacją jej zamierzeń i celów), żyjąc już w ciele fizycznym, często nie rozumie swojego położenia. Nie rozumie dlaczego Bóg (lub los), tak ją ukarał, dlaczego dał jej tak marne, biedne, kalekie, chore lub pełne biedy i przemocy - życie. Ludzie wówczas o swoje wybory najczęściej oskarżają więc kogo...oczywiście Boga, gdyż nie pamiętają że jedynym winowajcą, do którego mogą mieć jakiekolwiek pretensje, są - oni sami.

 
CDN.

sobota, 28 marca 2015

GENDER - GLĘDER - CZYLI ROZMOWA KOBIETY Z FEMINISTKĄ

Na jednym z blogów znalazłem taki oto komentarz autorki bloga. Przeczytajcie, bo pięknie uwypukla bzdury, z jakich składa się dzisiejszy agresywny feminizm:



No nie ucieknę za łatwo od gendera, dobrze chociaż że nie muszę uciekać przed nim.
Ale jak sądzę – to chyba będzie ostatni wpis na ten temat bo ileż można pisać o oczywistej głupocie?
Nie znaczy to rzecz jasna że jeśli feministy wymyślą coś szczególnie durnego to zdołam powstrzymać się od paszkwilanctwa

Wracałam z ostatniego wyjazdu samolotem na poły prywatnym (to skomplikowane) co niesie tę niedogodność, że jest słaba możliwość wykręcenia się od gadki. Nie dość że w ogóle nie lubię latać to jeszcze mam pecha i zwykle muszę wysłuchiwać w ogóle nie interesujących mnie opowieści. Tym razem spędziłam kilka godzin obok nawiedzonej feministki a nie mogłam okazać się nieuprzejma i zasnąć jak pewnie zrobiłabym gdyby to był normalny lot..

W każdym razie - miałam sporo siniaków co biorąc pod uwagę ostatnie dni było i tak niczym. W samolocie gorąco, siedziałam więc w bluzeczce bez rękawów świecąc tymi siniakami – ok, nie powinnam w ten sposób ale nieco “odbiegłam” od etykiety a poza tym to miał być wojskowy lot – tak mi się przynajmniej zdawało.

Dobrze się domyślacie - pani feministka nie mogła się powstrzymać przed wydobyciem ze mnie "bolesnej prawdy". 
- Co za brutal. 
- Rzeczywiście, jest dość brutalny – Dałabym im wszystkim do wiwatu jakby byli łagodni.
- Dlaczego godzisz się na takie traktowanie? 
- To skomplikowane, nic nie mogę na to poradzić. 
- Nieprawda, zawsze możesz odejść - Kiedy ja nie chcę odchodzić
- Mówiłam, to skomplikowane. 
- Przeciwnie, to proste, wystarczy pamiętać o godności. - Raczej o gardzie i zejściu balansem z linii ewentualnego ciosu. I że odpryski skał nie są przyjazne.
- Wszystko już jest w porządku, załatwiliśmy to. 
- Wszystkie tak gadacie, a te łobuzy są bezkarni - Nie no, wszyscy zostali za błędy ukarani.
- Odeszłaś chociaż od niego? - Mowy nie ma, za bardzo to lubię.
- Nie mogę. Zresztą to moja wina. - Bo trzeba się szybciej ruszać i przewidywać to i owo.
- To nigdy nie jest wina kobiety… - Taką gadkę toczyłam dobrych parę minut a kiedy zamilkłam pani rozpoczęła monolog.

O godności kobiet, o odwiecznej dominacji samców, o idiotycznej wobec nich uległości i o tym, że wreszcie “trzeba” z tym skończyć. Nasłuchałam się też o tym że gdyby zacząć wychowywać ludzi “jak należy”, bez nacisków na kierunkowanie płciowe, gdyby zarzucić prymitywny i brutalny maskulinizm…. ot, feministyczno-zgenderowany bełkot.

Ale w trakcie słowotoku pani wtrąciła, że jest nie tylko aż profesorzycą historii ale i archeolożką a oprócz pracy naukowej w tych dziedzinach mocno współpracuje z jakimś czymś co w nazwie ma “socjologię” (na szczęście zapomniałam pełnej nazwy).

To mnie nieco zaciekawiło i pociągnęłam ją za język podstępem wyciągając z niej naukawe uzasadnienia objawień. No i z całą odpowiedzialnością za słowa, otwarcie i oficjalnie stwierdzam że wyznawców femino-gendarianizmu można podzielić na dwie grupy:

a) motłoch złożony z tumanów powtarzających jak papugi zasłyszane frazy bez cienia refleksji i nie angażujących w tym celu rozumu. Reagują na bodźce przy czym nie jest bodźcem treść ani nawet forma wygłaszanych mądrości a osoba głosiciela.
Jeśli ów “autorytet” wygłosi jakąś głupotę - natychmiast staje się ona prawdą objawioną.

b) cynicznych manipulantów gotowych propagować dowolny idiotyzm i każdą zbrodnię o ile tylko dzięki temu zyskają możliwość zarobienia paru groszy albo zdobędą nieco wpływów.
Miernoty, często wysoko kształceni, często na eksponowanych stanowiskach o których co najwyżej można powiedzieć że są “cwani”.

Uzasadnienie tego dość kategorycznego twierdzenia później, najpierw niestety muszę przedstawić dość obszernie tło i tok rozumowania które doprowadziło mnie do tak przykrego wniosku..
No dobrze - maluję tło.

Wychowałam się w domu w którym niepodzielną władzę sprawował dziadek. Nikomu nawet do głowy by nie przyszło żeby kwestionować to co dziadek mówi. Dziadek lokuta causa finita est i koniec.

Z kolei to co powiedział ojciec było prawem dla matki a Ania miała obowiązek być posłuszna wszystkim. Do nikogo nie miałam pretensji - tak jest i tyle, nie ja ustalam reguły, mieszkam tu, jem, utrzymują mnie, poza tym należy się im wszystkim szacunek - pozostaje się podporządkować. I mimo że w jakiś sposób zazdrościłam koleżankom i kolegom cieszącym się nieco większą swobodą to bardziej podobało mi się w moim domu. Później zrozumiałam że chodziło o porządek.

W moim rodzinnym domu było wszystko jasne, wszystko uporządkowane, wszystko miało swój czas i miejsce a na niektóre rzeczy miejsca nie było. Niczego nie trzeba było ustalać bo wszystko dawno było ustalone a walka o coś była z góry skazana na przegraną. Dorastałam sobie, po drodze sporo pracując i ucząc się, również a może przede wszystkim odpowiedzialności za siebie i nie ukrywam że zasada wyniesiona z domu mówiąca że "w życiu ma być porządek" sporo mi w życiu ułatwiała.
 
Mówiła bowiem o tym, że cokolwiek by się działo - z najgorszych tarapatów łatwiej wyjść mając poukładane sprawy z samym sobą a jeśli w osobistej przestrzeni panuje burdel to o wyjściu z kłopotów mówić można tylko fartem.

Jedyna oprócz znajomości kilku języków pożyteczna rzecz jaką wyniosłam z domu - wpojony szacunek do porządku i zrozumienie jego istoty. I tego, że bardziej istotne od tego JAKI to jest porządek (choć oczywiste że im bardziej porządek rozumny tym lepiej) jest sam fakt jego istnienia.

Oczywiście jak na małolatkę przystało buntowałam się ale na szczęście dla mnie musiałam (i chciałam!) po ledwie kilku tygodniach do porządku powrócić - inaczej źle bym skończyła. Porządek pozwala posługiwać się schematami znakomicie ułatwiającymi życie ale też paradoksalnie pozwala docenić każde obejście schematu o ile przynosi skutek. Porządek pozwala na to nawet, by go zmienić - chaos z definicji wszelką zmianę wyklucza, sam bowiem jest zmianą a zmienianie zmian nawet brzmi beznadziejnie.

Powiem Wam jak widzę porządek cofając się aż do początku dziejów.

W jaskiniach (przyjmijmy ewolucyjny punkt widzenia za prawdziwy) ludzie nie mieli lekko, wszystko szło na przekór. Ze wszystkim wkoło trzeba było się użerać - jak nie pogoda to szablozębny tygrys, jak nie kocur to nieprzychylni sąsiedzi, zanim człowiek złapał coś do jedzenia to się musiał naganiać aż w płucach grało - no nie było lekko.

Z jakichś powodów mama ewolucja samiczki uczyniła słabszymi fizycznie a w dodatku obarczyła je nie dość że stosunkowo długą ciążą to jeszcze nim młode się odchowało to trzeba było chodzić koło tego parę lat - pilnować żeby gdzieś nie polazło, nakarmić, nauczyć że kupę to w krzakach a nie gdzie popadnie i takich tam…Siłą więc rzeczy kobiety były mniej mobilne, albo cały dzień w jaskini albo w pobliżu bo jak na złość niektórzy się starzeli i też domagali się uwagi a trudno też dobytek w postaci kości, skór i paru garści żarcia zostawić bez opieki.

Faceci zaś jako silniejsi kaprysem tej samej matki ewolucji jak nie uganiali się po łąkach za zmykającymi kozami to musieli wyrzynać sąsiadów żeby ci ich nie ubiegli. Ale na walorach fizycznych się nie kończyło - bo do różnych zajęć potrzebne są różne predyspozycje psychiczne. Wrodzone.

To dość oczywiste - kobieta zmuszona do opieki nad dziećmi i ich socjalizacji nie może być zbyt agresywna i nadmiernie ryzykować, musi natomiast wykazywać się empatią, współczuciem i cierpliwością, powinna również mieć zdolności mediacyjne. Facet miał prosto - złapać kozę, obciąć łeb wrogowi, znaleźć krótszą i wygodniejszą drogę - gdzie tu miejsce na rozterki: akcja, skuteczność a potem piwko i drzemka.

A kobieta nie dość że cały dzień użerała się z potomstwem, narobiła dla całej gromady pierogów a i pranie samo się nie zrobiło przecież - to jeszcze musiała tak wszystkim pokierować, żeby w jaskini był spokój i nikt na nikogo się nie darł.

Mężczyźnie zaś nic po takich cechach - może by i z trudem coś upolował ale dość chyba było mu trudno wjechać do obcej wioski żeby wyrżnąć jej mieszkańców. Dość trudno celnie wymierzyć cios maczugą kiedy się ma załzawione oczy a człowiekiem wstrząsa szloch. Musiał po prostu być brutalnym prostakiem i tyle. Ludzie wtedy nie mieszkali raczej pokoleniami w jednym miejscu - przeciwnie - ciągle nosiło ich po bliższej i dalszej okolicy.

Coraz dalej od "mieszkania" trzeba było chodzić po żarcie bo kozy którym udało się przeżyć też nabierały rozumu i się wynosiły, owocki też nie dojrzewają w trzy dni, różne zresztą ich gatunki dojrzewają w różnym czasie i w różnych miejscach, a kolo "mieszkania" w braku kanalizacji dość szybko robiło się nieprzyjemnie .
Sama przeprowadzka to pikuś ale skoro większość kobiet na plecach miała dzieciaki to ktoś nie tylko musiał nieść dobytek i w razie Niemca chwycić za maczugę ale i instalacja na nowym miejscu wymagała
pomysłowości żeby sobie życie ułatwić.

Tu trzeba zmajstrować mostek, tam dym nie chce w całości się ulatniać, sporo czasu oszczędzi wymyślenie jakiejś pułapki na kozy ale do jej zrobienia trzeba jakichś narzędzi. Które też trzeba było wymyślić i przetestować. Wszystko to robili mężczyźni bo kobiety musiały pilnować dzieci, miały pranie i ktoś przecież musiał obrać i ugotować ziemniaki na obiad. Czy w takim razie to męska inwencja popychała ludzkość naprzód a rola kobiet ograniczała się tylko do pilnowania domowego ogniska?

Yyyy… Nie do końca. Bez szans, żaden facet nie dałby sobie rady solo, dwóch samców  zresztą też. Nawet dziecka nie zrobią. Bez porządnie zacerowanego i wyprasowanego futra z porządnie przyszytymi guzikami panu na polowaniu biegałoby się sporo wolniej, jakby musiał się zastanawiać czy dzieci nie są przypadkiem głodne to mógłby przeoczyć skradającego się lwa a gdyby musiał po powrocie z polowania sam gotować sobie zupę to łatwo by ją mógł przesolić rozmyślając nad strategią na jutrzejszą bitwę. Ani zupy ani porządnej strategii…

Nie wiem czy najpierw wymyślono klatkę żeby znalezione zwierzątko nie zbiegło czy najpierw wymyślono klatkę żeby to zwierzątko złapać - to nieistotne w gruncie rzeczy bo ważniejsze jest to, że różne, odległe "myślą" wynalazki są inspirowane nie tylko potrzebą ale i istniejącymi rozwiązaniami. A trudno przecież zakładać, że to facet wymyślił nosidełko dla niemowlaka - czyli kombinację jakiegoś materiału, dziurki w nim i sznurka. Na co mu to było? chyba raczej szukał sposobu jak szybciej naostrzyć krzemień...Współpraca i hierarchia nie tyle ułatwiały ile w ogóle umożliwiały przetrwanie, jej brak to prosta droga do zagłady.

W zupełnie naturalny sposób czubem tej hierarchii był facet. Niekoniecznie ze względu na siłę fizyczną - facet z natury rzeczy jako bywały w świecie (a co najmniej w kilku wioskach na rabunku) wiedział lepiej, widział więcej, przywykł do szybkiej reakcji i podejmowania decyzji.

No odrobinę wyobraźni - przychodzi do wsi jakiś obcy z wielgachną maczugą, za plecami stoi trzydziestu jego kuzynów a chce gadać z jakąś laską? O czym skoro "stosunki międzynarodowe" opierały się na przemocy? I skąd niby właściwie ta nieszczęsna kobieta miała wiedzieć o którą ścieżkę przy którym strumyku chodzi? Z mapy? Porządek - pamiętacie?

I tak to leciało - nikogo nie dziwiło że jeśli przeciętny pan robi setkę o dwie sekundy szybciej niż niewiasta to on goni kozę a ona pilnuje ognia, jeśli przeciętna kobieta po lewym sierpowym pana traci przytomność a jej hak nie robi na panu wrażenia to on idzie się lać z sąsiadem o dostęp do wodopoju a ona miesza w garze żeby się gulasz nie przypalił.

Czy to się komu podoba czy nie - najlepszy ojciec, nawet nie całkiem wykończony polowaniem, wojną czy pracą w biurze z trudem się budzi na płacz dziecka - a kobieta nawet wpół przytomna ze zmęczenia zrywa się na równe nogi kiedy maluch w kołysce tylko piśnie. To kto ma się dzieckiem zajmować? Nikt tego kobiet nie uczy, tego nie da się wykształcić w procesie wtłaczania "ról płciowych". Ani w żadnym innym procesie.

Tata lew poprawiwszy grzywę też idzie połazić (albo śpi cały dzień) zostawiając baby z dziećmi a cały ciężar wykarmienia lwiątek i nauczenia ich lwich obyczajów spada na lwice. Wszystkie inne stadne zwierzęta postępują identycznie, ojcowie co najwyżej się od czasu do czasu z małymi pobawią - też może odgrywają "role"? Nikt lwiątek nie uczy agresji i dominacji. Porządek.

Czterolatka kiedy dostanie samochodzik do zabawy zaraz mu zrobi z gałganka kocyk, nazwie go Glazynka, da mu herbatki i przytuli podśpiewując kołysankę. Czterolatek urwie głowę misiowi, wydłubie mu oko i będzie chciał sprawdzić co misio ma właściwie w środku - bo tak im każe natura. Nie żadne wzorce kulturowe - czterolatki nie mają o ich istnieniu pojęcia, nie popycha ich do tego konieczność odgrywania jakichś ról społecznych bo jeśli nawet dzieci zdają sobie sprawę z istnienia ról to skądś wiedzą, że rolą dzieci jest być… dziećmi. Porządek.

"Filozofia" gięder (tak! właśnie filozofia, bo tezy gender oderwane są od rzeczywistości i opierają się wyłącznie na wyobraźni, dość zresztą ubogiej) opowiada historię zaczynającą się tak:

Oto człowiek osiągający z trudem wiek trzydziestu lat, narażony na bezpośrednie zagrożenie życia ze wszystkich stron w każdej minucie życia, człowiek zmuszony jednocześnie poświęcać większość czasu swojego życia na zdobywanie żywności, człowiek którego przeżycie zależało niemal w zupełności od zwartości i współpracy całej grupy siadł sobie któregoś wieczoru przy ognisku i powiedział:
- Wiecie co o bracia w maczudze? Zniewólmy se kobiety! Będą nam służyć, będziemy je wykorzystywać, będziemy je gwałcić! Są słabsze więc nam nie podskoczą. Fajnie będzie - co Wy na to?
- Zajebiście! - zakrzyknęli troglodyci i każdy poszedł na początek skopać babę do której miał najbliżej. Niektórzy dopuścili się też gwałtów.

Potem, kiedy już się każdy nawyznęcał do woli nad nieszczęsnymi kobietami ten sam mędrzec zawołał:
- Od dzisiaj będziemy robić tak, że jak się urodzi takie z fiutkiem - to będzie chowany na pana, będzie się go uczyć zabijać, gmerać pluszowym misiom w brzuszkach i dyskryminować te takie bez fiutków które będą nam po wsze czasy służyć, prać, gotować, robić zakupy jak już wymyślimy supermarkety i będą musiały dawać nam dupy a my sobie będziemy wojować i oglądać mecze.
- Hail! - Odkrzyknęli troglodyci i obwołali mędrca mędrcem i rozesłali esemesy po wszystkich kontynentach za pomocą tam-tamów - i tak jest do dzisiaj.

A przecież inaczej nie da się wyjaśnić początków podziału na męskie i żeńskie role społeczne. Przez tysiąclecia przetrwanie gatunku ludzkiego zależało od ścisłej współpracy, owszem, współpracy poddanej hierarchii opartej w dużej mierze na sile ale jednocześnie w pełni dobrowolnej.

Przetrwanie zależało od wypełniania owszem, ról w społeczności ale nie na zasadzie "przydziału" a na zasadzie przydatności i nikomu nie przychodziło do głowy planowanie przejęcia i wykorzystania władzy bo sama władza również zależała od tego, jak bardzo kto jest społeczności potrzebny. Każdy członek tamtych społeczności mógł w dowolnej chwili powiedzieć ciemiężcy "Wiesz co… wal się misiu, mam Cię gdzieś" i bryknąć do sąsiedniej gromady gdzie powitany byłby z otwartymi ramionami, chlebem, solą i flaszką bo głównym kłopotem pierwotnych wspólnot była zbyt niska liczebność.

Kobieta nie miała szans na wojnie, na polowaniu też facet lepiej się spisywał, kowalem też na ogół facet bywał lepszym bo jednak tym młotem to trzeba się namachać. To facet trudzący się przy jakimś ustrojstwie chcąc ułatwić sobie życie kombinował jakby się tu mniej narobić aż wreszcie wymyślił kompa. Nie dlatego że "mądrzejszy" - zaledwie dlatego, że był nieco inaczej skonstruowany psychi…eee biologicznie.

Przy dzieciakach z kolei kombinować nie bardzo można (bo się szybko psują), więc tenże facet słabo sobie radzi z niemowlakami, nigdy w życiu nie posprząta jak należy łazienki i choć szefami kuchni bywają zwykle panowie to jednak szef kuchni głównie jest… szefem trzymającym wszystko w garści - a ziemniaczki i tak skrobią zwykle laski bo rozpacz ogarnia kiedy się widzi chłopa przy tym zajęciu. Szkoda pyrek.

Wniosek pierwszy.

To nie wydumane "kulturowe role przypisane płciom" ustawiły świat jakim jest (i "gorszą" pozycję w nim kobiet) ale uwarunkowania najzupełniej naturalne, wynikające wprost z biologi i warunków życia. Ok, faceci często wykorzystywali dominującą pozycję wynikającą z przewagi fizycznej (co też wynika z ludzkiej natury, dziewczyny nie są wcale lepsze kiedy tylko mają okazję) ale - nie te czasy już. Co było a nie jest nie pisze się w rejestr, nie znaczy to wcale że trzeba zapomnieć ale też żaden to tytuł do "odszkodowania".

No ale faktem jednak pozostaje to, że to nie kobiety bywały na ogół królami - liczył się męski potomek - że nieco wcześniej w Rzymie i Grecji status kobiety równy był statusowi krowy, że - hyc do czasów współczesnych - prawa wyborcze to kobiety "wywalczyły" (cholera właściwie wie po co…) całkiem niedawno, podobnie jak i cały szereg innych praw.

Prawda, wcale temu nie przeczę. Ale też dopiero od niedawna wymyślono supermarkety, od niedawna żarcia jest wystarczająco a laski nawet i dzisiaj służąc w armii raczej nie pchają się do obsługi saperki i karabinu. Wiem co mówię - w najbardziej pogiętej pod tym względem armii świata, w Izraelu gdzie służba wojskowa jest obowiązkowa dla wszystkich w jednostkach mogących znaleźć się w boju odsetek kobiet nie przekracza 5% a i to niemal połowa dziewczyn to łączniki i służby pomocnicze.

W każdym razie dopiero od niedawna kobiety cieszą się (a raczej mogą się cieszyć bo to nie to samo) pełnią praw politycznych, ekonomicznych i społecznych przy czym z realizacją tych praw jest co najmniej słabo. Co prawda to prawda, słabo jest i przyjmę zakład, że tak pozostanie na wieki wieków.

Wrócę teraz do przykładu najlepiej mi znanego - czyli mojej osoby.

Jako chuda nastolatka stanęłam przed… nie, nie koniecznością - przed możliwością zaledwie wyboru czy chcę żyć po swojemu, na własny rachunek czy też raczej żyć jak wszyscy wokół. Nikt mnie do niczego nie zmuszał, nie namawiał, nie było żadnej na mnie presji - "zrobisz jak zdecydujesz". Nie było nawet nieśmiertelnego "ale" - "Zrobisz jak zdecydujesz ale pamiętaj że jeśli coś tam to nie licz na… ble, ble, ble…"

Nic z tych rzeczy - wymyśliłam sobie, że będę żyć według mojego "autorskiego" pomysłu a ci, których mogło to jakoś obchodzić przyjęli to do wiadomości wspominając że "Nawet nie wiesz jak szybko Ci się odmieni…". Miałam piętnaście lat i postanowiłam żyć po swojemu, na własny rachunek, na własny koszt i na własną odpowiedzialność. Nigdy nie miałam kłopotu ze znalezieniem pracy - z zastrzeżeniem utrudnień stawianych przez faszyzujące państwo według którego piętnastolatka nie może zarabiać.

Owszem, były to byle jakie prace, byle jak płatne - ale ostatecznie raz, że na wpół nielegalne (ze względu ma mój wiek), dwa - nie miałam żadnego zawodu i trzy - mogłam na pracę poświęcić kilka godzin dziennie. Ale kiedy telewizor zanosił się łkaniem że "bezrobocie" - Ania pracę zawsze miała. Może dlatego że chciałam i musiałam pracować i nie uznaję żebrania za fajny sposób życia. Jeśli zarobiłam więcej - zjadłam lepiej, zarobiłam mniej - z równym smakiem i do syta najadałam się jabłkami, 2 zeta za kilogram.

Nigdy nie miałam żadnego kłopotu z dostępem do nauki - skończyłam publiczne liceum a potem studiowałam na państwowej uczelni na studiach stacjonarnych - ale tu też nie "dzięki" państwu bo w normalnych warunkach dostałabym ze względu na wyniki stypendium od bardzo dobrej uczelni z pocałowaniem w rękę a nawet wystarczający na ukończenie studiów kredyt w razie potrzeby. Mniejsza z tym - w każdym razie studia skończyłam bez żadnych kłopotów powodowanych tym, że jestem dziewczyną.

Działalność publiczna? Dość aktywnie od wielu lat działam w pewnej fundacji, sama założyłam drugą (ta pochłania nieco więcej czasu), założyłam również stowarzyszenie i jestem członkinią kilku innych. Nie tylko płacę regularnie składki ale inwestuję w to sporo swojego czasu, mam też więcej w nich do gadania niż bym chciała. Nikt mi nie mówi: "Eeee, kobieta…"

Polityka? Nie "używam" - ale nie dlatego, że nie mam czy nie miałam możliwości - przeciwnie, kilkakrotnie proponowano mi członkostwo w tej czy innej partii z zapewnieniem pozycji odrobinę wyższej niż zwykły członek. Nie chcę angażować się w politykę bo polityka w Polsce to farsa i otwarte kpiny a nadto zbyt się szanuję by pozwolić na to by polscy politycy mogli nazywać mnie koleżanką.

Gospodarczo? Stworzyłam i doprowadziłam do rozkwitu firmę z którą nikt nie miał szans konkurować. Dwie - o ile wiem - firmy o podobnym profilu robiły to co moja ale zlecenia realizowały co prawda dłużej i gorzej, za to znacznie drożej. Obie zresztą zbankrutowały.

Ani razu nie spotkałam się z jakąkolwiek trudnością motywowaną tym, że jestem kobietą (a nie pracował dla mnie żaden mężczyzna poza krótkim epizodem) a jeśli nawet zdarzyło się kilka razy lekceważące z tego powodu traktowanie to wykorzystywałam to bezwzględnie i następnym razem już się kontrahent bardzo pilnował. Robię i całe życie robiłam to co chciałam robić, to co lubiłam i moja płeć zwykle mi w tym pomagała (z czego dość niechętnie korzystałam).

Przemoc? Proszę Was...Ale zdarzyło się dwa razy, że skorzystałam z pomocy policji, kilka razy też występowałam w czyimś imieniu przed innymi instytucjami - prawdą jest, że dość często policja (ale nie tylko policja - dotyczy to każdego bez wyjątku urzędu i policja wcale nie wypada tu najgorzej) usiłowała mnie zbyć jak natrętną muchę. To raczej norma niż wyjątek w Polsce - człowiek jest intruzem bez względu na to czy sika na stojąco czy raczej w tym celu kuca.

Ale - człowiek, nie kobieta czy mężczyzna, po prostu człowiek. Z nikim się nie porównuję, daleko mi zresztą do wielkich kobiet, które nie tylko do czegoś w życiu doszły ale i potrafiły wstrząsnąć światem nie gorzej niż faceci.

Wniosek numer dwa:

Jesteś kobietą, mężczyzną czy niezdecydowanym uniseksem - posługuj się w życiu rozumem - genitalia służą do prokreacji i figli. Wbij sobie do głowy, że o wszystko musisz zabiegać bo nic z nieba nie spada, znaj swoje ograniczenia, pracuj nad uświadomieniem sobie swoich praw, i domagaj się ich respektowania. Jeśli będziesz mieć farta to może osiągniesz co Ci się marzy - ale na pewno nie ze względu na to, jak wyglądają Twoje genitalia. No chyba, że “dobrze” się chajtniesz.

No wreszcie dotarłam do końca - pora na uzasadnienie przykrej opinii jaką mam o dżendarianach.

Po pierwsze - to, co przypisują "kulturowemu imprintingowi" ma swoje źródło w biologii i zwykłym, zdrowym rozsądku co potwierdziły tysiące obserwacji i badań a świadomość tego jest elementarzem np. antropologii, etiologii i innych -logii. Nie ma natomiast ANI JEDNEJ przesłanki - o dowodzie nie wspominając - pozwalającej sądzić, że bzdety serwowane przez dżendarian są choćby prawdopodobne.

Po drugie - CAŁE dowodzenie przez dżendarian wygląda tak: Okrutny samiec zniewolił niegdyś niewiastę (nie mamy na to dowodów ale to przecież oczywiste, nie?) dlatego żądamy, by ustawowo zniwelować płynącą stąd ich przewagę - od nakazania "właściwego" nauczania w szkołach przez wprowadzenie gender mainstreamingu w każdej sferze życia publicznego i prywatnego obywateli aż po nakaz stosowania parytetów przy obsadzie co fajniejszych fuch. Na budowach i przy kopaniu rowów niech zostanie jak jest, przecież kobieta się do takich  prac "nie nadaje".

Bezczelność wręcz niebywała - oto garść niedouczonych durni (albo łobuzów w pełni świadomych tego, że z kamienną twarzą twierdzą że 2+2=75) obdarzonych za to dyplomami i dzięki rozmaitym koneksjom eksponowanymi stanowiskami chcąc zagwarantować sobie wpływ na rzeczywistość, bez absolutnie żadnych ku temu podstaw przy pomocy oszustw narzuca idiotyczny światopogląd wszystkim.

Nie jest to żadna w dziejach nowość - historia jest wręcz naszpikowana różnymi oszustami którzy z powodzeniem mamili i mamią ludzkość ale tu mamy całkiem nową jakość: bo o ile niegdyś część przynajmniej watażków szukała usprawiedliwienia swoich majaczeń w pracach teoretycznych albo choć zadawali sobie trud fałszowania wyników własnych "badań" to dżendarianie najzwyczajniej wydobywają wprost z tyłka objawienia, rzucają je na stół i korzystając z politycznych wpływów każą w nie wierzyć.

Powiecie że przesadzam…

Intelektualne protoplastki dżenderstwa już przecież Wam wmówiły, że nie ma żadnych podstaw by kobieta zarabiała mniej niż mężczyzna o ile ma takie same kwalifikacje. To aksjomat, nikt już nawet na ten temat nie próbuje dyskutować, prawda? Odmowa zatrudnienia z powodu "Bo jesteś kobietą" to szowinizm, uprzedzenia i dyskryminacja, każda pani która takie coś usłyszy śmiało może iść do sądu i sprawę wygra a nawet zostanie obdarzona bonusem w postaci "zaległego" wynagrodzenia.

No to Was oświecę - kolejne "objawienie" czyli coś o czym wszyscy wiedzą ale czego niemal nikt nie zauważa a przynajmniej na skutek feministycznej tresury nie daje po sobie poznać że to widzi. Pomijając już kompletnie niezrozumiałą dla mnie ingerencję prawa i państwa w to, kogo mam we własnej firmie zatrudnić FAKTY są następujące:

Każda bez wyjątku kobieta - o ile tylko jest zdrowa albo nie jest w ciąży - ma co dwadzieścia osiem dni menstruację trwającą przeciętnie 4-5 dni. W tym czasie jej hormony wpływają zarówno na jej walory fizyczne jak i psychiczne w różnym stopniu je upośledzając. Bywa oczywiście że wpływ hormonów w tym czasie jest pomijalny ale na ogół jest tak, że kobieta po prostu źle się czuje w tym czasie. (Jeśli ktoś potrzebuje wyjaśnienia dlaczego ktoś, kto się źle czuje jest gorszym pracownikiem od tego, który czuje się normalnie to składam różne wyrazy, w tym wyrazy współczucia). Pominę PSM - a PSM dotyka którymś z 150 (!) przykrych objawów co drugą kobietę.

Jak wspomniałam - pracował dla mnie jeden pan. Bardzo wykształcony, umiał posługiwać się rozumem, miał na koncie spore osiągnięcia a mimo że pracował w “babińcu” - miał identyczne do pracy warunki i stawiane takie same wymagania jak dziewczyny. Popracował niecałe dwa miesiące i powiedział wprost:
- Nie mam żadnych szans osiągnąć takiej efektywności jak dziewczyny mimo że pracuję ciężej, dłużej i na pewno nie jestem głupszy.
- Spokojnie, daj sobie jeszcze czas.
- Nie potrzebuję czasu, nie ma nic, czego mógłbym się nauczyć, wiem co i jak. Ale jestem facetem a specyfika tej pracy wymaga kobiecego podejścia i myślenia. Zawsze będę na szarym końcu choćbym pękł i zdaję sobie z tego sprawę. A ja tak nie chcę.

Rozstaliśmy się w pełnej zgodzie. Radzi sobie rewelacyjnie, ma rozum, charakter, ambicję i jaja - nie był "gorszy", przeciwnie - w paru kwestiach był bardzo dobry, zdał sobie tylko sprawę z tego, że samo bycie samcem pozbawia go szans na bycie najlepszym. Nie stroił fochów i nie miał pretensji do garbatego że ma proste dzieci.

"Kupy się ten dżendarianizm nie trzyma, on w kupie pływa".


Bzdurą tego całego feminizmu (czy raczej genderyzmu), jest przeświadczenie, że płeć nie istnieje, że istnieją tylko społeczne normy, narzucone odgórnie i w ten oto sposób "tworzące" to, co nazywamy "płcią". Dla gendero-feministek płeć biologiczna jest czymś, co w ogóle nie powinno być brane pod uwagę, co nie powinno być w ogóle badane. Liczy się tylko "płeć społeczno-kulturowa", jak w sposób dość komiczny raczą ten "twór" nazywać. I ta cała walka z "potworem" patriarchatu - przypomina mi boje Don Kichota z wiatrakami o godność jego ukochanej Dulcynei.







 Okazuje się (i nie jest to przypuszczenie a pewność), że dzisiejsze gendero-feministki same zapędziły się do "ślepej uliczki" i biedaczki nie wiedzą jak z niej wyjść. Na zewnątrz czyha "demon" patriarchatu więc one wolą siedzieć w swojej "ciasnej uliczce" i same przekonywać się że ich strach jest tak naprawdę ich odwagą, a one "schowane" w miejscu bez wyjścia - stanowią forpocztę "nowego, lepszego świata - świata bez patriarchatu". I tak te biedne kobieciny, walczą sobie, z wiatrakami, niczym Don Kichot, budząc u normalnych ludzi (kobiet i mężczyzn), jedynie uśmiech politowania. Ale to w końcu ich droga! Jeśli chcą siebie same przekonywać, że płeć biologiczna nie istnieje (lub że nie ma znaczenia - bo tutaj też wiele z gendero-feministek gubi się i raz mówi jedno, potem drugie), może więc na własnej skórze doświadczą tego "braku płci biologicznej", gdy jakiś, zaatakowany i okładany kolejnymi ciosami przez agresywną (i wierzącą w swą gendero-religię), feministkę - mężczyzna, nie wytrzyma i wyprowadzi jej jeden prosty prawy sierpowy, po którym owa niewiasta straci przytomność, lub (w najlepszym przypadku), zakrwawiona, będzie wołała - zadzwońcie po policję, patriarchat mnie zaatakował, a miało być tak pięknie, genderowo i co się stało - znów ten cholerny patriarchat.



PYTANIE DLA AMBITNYCH  - KIEDY BARDZIEJ SZANOWANO KOBIETY?

 KIEDY BYŁY ONE TRAKTOWANE JAK KRÓLOWE, A NIE "SZMATY", KTÓRE SAME SIĘ NIE SZANUJĄC, SĄ W TAKI SAM SPOSÓB TRAKTOWANE PRZEZ MĘŻCZYZN, W JAKI NAJWIDOCZNIEJ PRAGNĄ BYĆ UZNAWANE. 

TYLKO CZY FEMI-GENDERYSTKOM WŁAŚNIE CHODZIŁO O TAKIE "WYZWOLENIE KOBIET Z OKOWÓW PATRIARCHATU?"

CHYBA SAME DO KOŃCA NIE WIEDZĄ O CO IM TAK NA PRAWDĘ CHODZI?

BO FACET OKŁADANY INTENSYWNIE CIOS ZA CIOSEM PRZEZ AGRESYWNĄ "BABĘ" W KOŃCU NIE WYTRZYMA I...ODDA. 

WTEDY BĘDZIE MOŻNA SIĘ PRZEKONAĆ (NAMACALNIE I BOLEŚNIE), 
CZY PŁEĆ BIOLOGICZNA NAPRAWDĘ NIE ISTNIEJE!


środa, 25 marca 2015

NAJPOPULARNIEJSZE KŁAMSTWA ROSYJSKIEJ PROPAGANDY - Cz. I

Według badań jednego z największych rosyjskich ośrodków opinii publicznej - CENTRUM LEWADY, wynika, że Rosjanie, za najlepszego przywódcę swego kraju uważają obecnego prezydenta Władimira Putina. 








Władimir Putin, który (kwiecień 2005 roku), przed połączonymi izbami rosyjskiego parlamentu, stwierdził że: "Rozpad Związku Sowieckiego to największa geopolityczna katastrofa XX wieku". Ów fakt, że człowiek który mówi takie rzeczy,  jest dla wielu milionów Rosjan najpopularniejszym przywódcą Rosji w całych jej dziejach (a przynajmniej w XX wieku - bo tego dotyczyło badanie)  - o czymś świadczy. Świadczy że Rosjanie pragną powrotu do czasów imperialnej "chwały", nawet jeśli ta chwała zbudowana była na kłamstwach, krwi i cierpieniu milionów ludzi. Nie ma dla nich znaczenia fakt, że zarówno Związek Sowiecki (jak i przedrewolucyjna carska Rosja), był jednym wielkim więzieniem mieszkających w nim ludów - ogromnym gułagiem śmierci i beznadziei. To wszystko nie ma znaczenia - liczy się tylko poczucie przynależności do "obywateli" imperium, nawet jeśli słowo obywatel zamienilibyśmy na "poddany" - to i tak poczucie dawnej imperialnej wielkości Rosji, miło łechce pychę dzisiejszych mieszkańców tego kraju.

I dlatego też, w tym temacie chciałbym zaprezentować najbardziej oczywiste (i jednocześnie najpopularniejsze), kłamstwa rosyjskiej (sowieckiej) propagandy, na temat sojuszu Związku Sowieckiego i III Rzeszy Niemieckiej. Jest kilka wypróbowanych i wciąż powtarzanych niczym mantra fałszerstw, próbujących uzasadnić (i jednocześnie usprawiedliwić), zawarcie 23 sierpnia 1939 roku, przez Stalina sojuszu politycznego z Hitlerem i wspólnego ataku tych dwóch państw na Polskę (1 i 17 września 1939 roku). Teraz właśnie zamierzam je wypunktować, opisać i...obalić.



"A CÓŻ TO ZA HISTORIA NOWA? - ZDUMIONA SPYTA EUROPA!
JAK TO, TO CHŁOPCY MOŁOTOWA I SOJUSZNICY RIBBENTROPA?"





"I RUNĘŁO SOŁDACTWO NA TO NASZE "PSIE POLE"

Z OKRZYKIEM DUMNYM I GŁOŚNYM

ZA NASZĄ I WASZĄ NIEWOLĘ"

FRAGMENT MOJEGO WIERSZA O AGRESJI SOWIECKIEJ Z 17 WRZEŚNIA 1939



"BYŁY JUŻ TRZY ROZBIORY POLSKI, 
ZOBACZYCIE CZWARTY"

gen. Bodenschatz - 6 maja 1939 - w rozmowie z ambasadorem Francji w Berlinie




KŁAMSTWO nr. I:

"ZWIĄZEK SOWIECKI, ZAWIERAJĄC Z NIEMCAMI PAKT O NIEAGRESJI, CHCIAŁ UNIKNĄĆ WOJNY NA DWA FRONTY"


Wciąż powtarzane przez propagandę rosyjską, jedno z najpopularniejszych kłamstw, tyczących się zawarcia sojuszu niemiecko-sowieckiego. Dlaczego? Dlatego, że w tym czasie było już dokładnie wiadomo co dla Hitlera znaczą kolejne podpisywane przez niego pakty i sojusze. Bezczelnie je łamał, jeśli tylko uznał że jest to dla niego (i oczywiście dla Niemiec), korzystne. Stalin musiał to wiedzieć, zawierając układ z Hitlerem (zresztą, sam postępował dokładnie tak samo), dlatego twierdzenie że pakt miał ochronić ZSRS przed atakiem ze strony Niemiec, był nie tyle naiwnością, co głupotą. Dopóki bowiem istniała Polska, która odgradzała od siebie obie potęgi, dopóty ani Niemcy, ani Związek Sowiecki, nie musiały obawiać się ataku z tej strony granicy. Więcej - Polska trzykrotnie odrzuciła niemieckie plany sojuszu antysowieckiego, więc obawa, że Związek Sowiecki mógłby zostać zaatakowany od zachodu - były całkowicie bezpodstawne 

Wojsko Polskie przygotowywało się co prawda na wojnę z ZSRS, ale doskonale zdawano sobie sprawę, z ogromu terytorium przeciwnika i polski plan obronny nie zakładał głębokich uderzeń w kierunku nieprzyjaciela -po wybuchu ewentualnej wojny polsko - sowieckiej, a raczej skupiał się na pozycjach obronnych. Zdawano sobie jednak sprawę, że nieprzyjaciel może ściągnąć posiłki znad granicy chińskiej i polska obrona, z czasem może (po dziesiątym, piętnastym z kolei uderzeniu sowieckim), może zacząć pękać. Oczywiście zakładano że sowieci poniosą w tych walkach straty dwadzieścia, a nawet trzydzieści razy większe od polskich, jednak ich liczebność, musiałaby w końcu spowodować przerwanie frontu. Dlatego też przygotowywano plan, na taką ewentualność. Tym planem było...użycie broni chemicznej, czyli  gazów bojowych i skażenie nim całego odcinka wschodniego frontu w taki sposób, by uniemożliwić nieprzyjacielowi jakakolwiek dalszą próbę posuwania się w głąb polskiego terytorium. A należy pamiętać, o czym wie niewielu, że po I Wojnie Światowej, to właśnie dwa kraje były najbardziej zaawansowane w rozwoju, produkcji i ewentualnym użyciu na linii frontu broni chemicznej w Europie. Te kraje to Japonia i Polska.

Dlatego też obawy Stalina, że Polska mogłaby zaatakować terytorium Związku Sowieckiego (tego ogromnego więzienia ludów), były całkowicie bezpodstawne. Chodziło więc jedynie o podział ziem polskich, o zwykłą zbrodniczą napaść i zniszczenie oraz ograbienie napadniętego. I do tego doprowadzono.







KŁAMSTWO nr. II

"ZAWIERAJĄC Z NIEMCAMI PAKT O NIEAGRESJI, ZWIĄZEK SOWIECKI ZYSKIWAŁ CZAS NA PRZYGOTOWANIE SIĘ DO WOJNY"


W 1939 roku Związek Sowiecki dysponował (na samym tylko froncie zachodnim), 120 dywizjami. W tym samym czasie Niemcy posiadały jedynie 80 dywizji, zaś Polska (łącznie) 41 dywizji (nie licząc mniejszych dywizjonów pancernych i pułków artylerii). Związek Sowiecki posiadał drugą największą armię świata (po francuskiej), trzecią armię świata mieli Niemcy. Polska zaś posiadała siódmą armię świata i czwartą w Europie. Natomiast w 1941 roku, Niemcy dysponowały już (łącznie wraz z sojusznikami), 240 dywizji. Czas (co udowodniły pierwsze miesiące ataku Niemiec na ZSRS), ewidentnie grał na korzyść Niemiec, a nie Rosji.




KŁAMSTWO nr. III

"ARMIA CZERWONA WKROCZYŁA DO POLSKI, PONIEWAŻ PAŃSTWO POLSKIE ROZPADŁO SIĘ"


Jeden z najpopularniejszych a jednocześnie najperfidniejszych kłamstw, jakimi posługiwała i posługuje się dziś sowiecko-rosyjska propaganda historyczna. Owszem, pancerne uderzenie Wehrmachtu, zmusiło siły polskie do odwrotu, ale kraj się wcale nie rozpadł, wojsko walczyło dalej. Na terenie kraju przebywał rząd polski i naczelne dowództwo wojskowe. Broniła się Warszawa, Modlin, Lwów i Hel. Niemcy doszli co prawda do Bugu, ale impet ich uderzenia coraz bardziej słabł. "Blitzkrieg" z pierwszych dni września, zmieniał się na zwykłą wojnę pozycyjną. Mało tego, niewiele osób wie, że jeszcze 16 września, gdy połowa kraju, była już opanowana przez nieprzyjaciela, w polskim dowództwie, przy sztabie Naczelnego Wodza, nastroje były...euforyczne. Jak to możliwe? 

Działo się tak, iż zdawano sobie sprawę z niemieckich problemów logistycznych w Polsce. Szykowano też dwie duże kontrofensywy, jedna z rejonu Małopolski Wschodniej  na Przemyśl, Jaworów i Żółkiew, miała odciąć gros sił niemieckich walczących pod Lwowem i wyjść na ich tyły zamykając je w kleszczach. Druga miała wyjść z rejonu Białowieży i Brześcia, a jej celem było odciążenie walczącej Warszawy i Modlina. Spodziewano się dużych sukcesów, gdyż wiedziano już iż Niemcom zaczęło brakować paliwa do czołgów, motocykli i samochodów pancernych. Zamierzano również użyć do walki polskich pociągów pancernych. Stąd właśnie brało się to dobre samopoczucie w polskim dowództwie, obecne jeszcze 16 września w godzinach wieczornych. 17 września rano, przyniósł informację, która rozwiała wszelkie nadzieje: Sowieci uderzyli od wschodu, zadając nam cios w plecy.

Dopiero wiec od 17 września można mówić o klęsce Polski, gdyż walka z dwoma potężnymi agresorami, była niemożliwa. A mimo to walki nie ustały. Obrona kraju, przez regularne formacje Wojska Polskiego,  trwała do 6 października 1939 roku, czyli do czasu ostatniej wielkiej bitwy Wojny Obronnej - pod Kockiem (2-6 października), która notabene....zakończyła się polskim zwycięstwem taktycznym, lecz w sytuacji sowieckiej agresji zbrojnej i  braku szans na jakiekolwiek zwycięstwo, gen. Franciszek Kleeberg podjął decyzję o złożeniu broni przed pokonanymi Niemcami. Ale walka zbrojna dopiero się zaczynała. Już 27 września 1939 roku (jeszcze w trakcie działań wojennych), powstała jedna z największych organizacji podziemnych na świecie - Służba Zwycięstwu Polski (potem przemianowana na Związek Walki Zbrojnej - 13 listopada 1939 roku i raz jeszcze 14 lutego 1942 roku na Armię Krajową). Rozpoczęła się walka konspiracyjno-partyzancka.

Stworzono niespotykaną w dziejach świata strukturę Polskiego Państwa Podziemnego, które posiadało nie tylko swój rząd (w na uchodźstwie w Londynie) i armię (AK), ale także szkolnictwo, wymiar sprawiedliwości (m.in.: oddziały wykonujące wyroki śmierci na kolaborantach i najbardziej znienawidzonych niemieckich okupantach), oraz wywiad (prócz tradycyjnego wywiadu Armii Krajowej, w której skład wchodziły placówki oddziałów "N", stworzonych jeszcze przez Marszałka Józefa Piłsudskiego w 1934 roku na terenie Niemiec (i Związku Sowieckiego), w ramach tzw.: "Laboratorium", dodatkowo istniała piłsudczykowska organizacja o nazwie: "Muszkieterowie" - jedna z najskuteczniejszych tego typu organizacji wywiadowczych w ówczesnej Europie). Polska nie przestała więc istnieć nie tylko po niemieckim ataku,ale i w sytuacji, gdy kraj oficjalnie zniknął z mapy Europy, podzielony przez Niemcy i Związek Sowiecki - nadal istniał rząd, armia, administracja, wywiad. 

O czym to świadczy i jaki z tego wniosek. Bardzo prosty - o ile bowiem zarówno niemiecki wilk, jak i rosyjski niedźwiedź mogą połknąć tę "polską kość", to jednak na dłuższą metę nie uda im się jej strawić. Stanie ona im w przełyku, doprowadzając do ich zguby. I sprawdza się to powiedzenie od wieków - można nas połknąć, ale strawić nie sposób. A to czego organizm nie trawi, odbija się negatywnie na funkcjonowaniu samego organizmu.


NIEMCY ANI JEDNEGO DNIA OKUPACJI, NIE MOGLI CZUĆ SIĘ W POLSCE BEZPIECZNIE PRZEDSTAWICIELE NIEMIECKIEJ ADMINISTRACJI OKUPACYJNEJ, A TAKŻE ŻOŁNIERZE I OFICEROWIE WEHRMACHTU - NIGDY NIE MIELI PEWNOŚCI, CZY PEWNEGO DNIA NA ULICY W BIAŁY DZIEŃ, W SAMOCHODZIE KTÓRYM PODRÓŻUJĄ LUB TEŻ W DRZWIACH ICH WŁASNEGO DOMU - NIE STANIE GRUPA Z WYCELOWANYMI PISTOLETAMI I ZE SŁOWAMI: "W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKI ZOSTAŁEŚ SKAZANY NA KARĘ ŚMIERCI". STRACH PRZED TAKIM SCENARIUSZEM, PARALIŻOWAŁ NAWET NAJWYŻSZYCH RANGĄ PRZEDSTAWICIELI NIEMIECKICH WŁADZ OKUPACYJNYCH, GDYŻ POLACY DOKONYWALI UDANYCH ZAMACHÓW, NAWET W LOKALACH CZY BUDYNKACH W KTÓRYCH NIEMCY CZULI SIĘ BEZPIECZNIE





KŁAMSTWO nr. IV

"ARMIA CZERWONA WKROCZYŁA DO POLSKI, PONIEWAŻ ZAISTNIAŁO ZAGROŻENIE GRANIC I BEZPIECZEŃSTWA ZWIĄZKU RADZIECKIEGO"


A z której strony miało nadejść owo "zagrożenie", doprawdy trudno odgadnąć? Ze strony Niemiec, czy zaatakowanej z zachodu i walczącej o swój niepodległy byt Polski? Jeśli zaś ze strony Niemiec, to...czyż Związek Sowiecki nie był od 23 sierpnia - sojusznikiem Hitlera w planie unicestwienia Polski? Czegóż więc Stalin miałby się obawiać ze strony swego niemieckiego kompana?



KŁAMSTWO nr. V

"ARMIA CZERWONA WKROCZYŁA DO POLSKI, ABY WZIĄĆ POD OPIEKĘ ŻYCIE I MIENIE UKRAIŃCÓW I BIAŁORUSINÓW"


To sformułowanie jest uwłaczające nie tyle dla Polaków, ale przede wszystkim dla Ukraińców i Białorusinów. Nie ma sensu tutaj pisać o mordach popełnianych na całych narodach przez stalinowski terror. O sztucznie wywołanym głodzie na Ukrainie w latach 1931-1932, gdzie dochodziło do częstych przypadków kanibalizmu i powszechnej śmierci głodowej w kraju, który był spichrzem Europy. Stwierdzono aż 250 potwierdzonych przypadków kanibalizmu (a ile było tych "niepotwierdzonych"), zmarło wówczas z głodu ok 6 milionów ludzi. Jeszcze wcześniej, bo od 1929 roku, rozpoczęło się "rozkułaczanie" Ukrainy, czyli wysiedlanie setek tysięcy ukraińskich rodzin na wschód ZSRS (wielu z nich trafiło wówczas do łagrów i gułagów). Nie wspominając o masowych mordach na Ukraińcach i Białorusinach z lat 1934 - 1938, w takich miejscach jak: Winnica (9 500 zamordowanych przez NKWD Ukraińców w Parku Kultury i Wypoczynku), Bykownia i Kuropaty.  Zresztą, po 17 września 1939 roku, gdy "Armia Czerwona" zdradziecko zaatakowała Polskę od wschodu, rozpoczęła kolejne mordy, tym razem na: "wziętych pod swą opiekę bratnich Ukraińcach i Białorusinach".


TEN KOMICZNY PROPAGANDOWY FILMIK WART JEST OBEJRZENIA TYLKO Z JEDNEGO POWODU. 
DOSKONALE UKAZUJE STAN PSYCHICZNY JEGO AUTORA






NA KONIEC PREZENTUJĘ RÓWNIE BEZCZELNE CO ŚMIESZNE FILMIDŁO, POMIOT  stalinowsko-PPR-owskiej  PROPAGANDY LAT 50-tych, pt.: 

"DOMEK Z KART"



PS: Wyjątkowo bezczelnie został tutaj przedstawiony ostatni premier II Rzeczpospolitej - gen. Felicjan Sławoj Składkowski, o którym jeszcze kiedyś napiszę coś więcej. Teraz tylko nadmienię - to był po prostu porządny człowiek. 

Piłsudczyk wierny idei POLSKI NIEPODLEGŁEJ I NIEPODZIELNEJ, zhańbiony nie tyle przez komunistycznych sprzedawczyków, co przez samego generała Władysława Sikorskiego, który znowu miał prawdziwą fiksację na punkcje dawnych współpracowników Marszałka PIŁSUDSKIEGO


"A KIEDY PADNĘ OD KULI - POKŁOŃCIE SIĘ MOJEJ MATULI.
POKŁOŃCIE SIĘ TACIE I ZIEMI - POWIEDZCIE ŻEM TĘSKNIŁ ZA NIEMI..."







Jedyne prawdziwe słowa z tego "filmu" brzmią:

"TO NIE JEST NASZ KRAJ - TO NIE JEST NASZA OJCZYZNA"


OCZYWIŚCIE ŻE NIE!

Wasza Ojczyzna przecież zawsze leżała na wschodzie
Tu byliście jedynie "ekspozyturą" ewentualnie "awangardą" bolszewizmu i ruskiego mesjanizmu politycznego - ot gdzie wasza ojczyzna.



Pięknie opisał to słowami towarzysz "Stary", 

czyli Marceli Nowotko (przywódca tzw.: "pierwszej grupy inicjatywnej", zrzuconej na spadochronach przez Sowietów w nocy z 27 na 28 grudnia 1941 r.), mówiąc:

"Po Puszczeniu motorów w ruch zaczęliśmy na pożegnanie naszej sowieckiej ojczyzny śpiewać pieśń: "Sziroka strana maja radnaja"


Inny polski bolszewik - Anastazy Kowalczyk z kolei w liście do swej "partyjnej żony" - Marii Goldszak, tak oto pisał:

"A Lut, nasz syn? (...) Jego małe serduszko bije z radości na widok Czerwonej Armii (...) Marysiu! Kultywuj w nim ten entuzjazm do naszej wielkiej Ojczyzny, do naszej kochanej Armii i Maryś, nie zapominaj w nim wyrabiać uczucia miłości do kierownika - partii"


ITD. - ITP.

ŻAŁOSNE!!!