Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA PREWENCYJNA 1933 r.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA PREWENCYJNA 1933 r.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 grudnia 2023

DROGA PRZEZ KORYTARZ - Cz. II

CZYLI PLAN ROZWIĄZANIA PROBLEMU DOSTĘPU NIEMIEC DO PRUS WSCHODNICH PRZEZ POLSKIE POMORZE





II
AUTOSTRADĄ PRZEZ POMORZE
Cz. I





 Wraz z budową i rozbudową portu oraz miasta w Gdyni, zaczęto bardzo poważnie brać pod uwagę fakt, iż teren Pomorza jest bardzo trudny do obrony w przypadku wybuchu wojny z Niemcami. Niewielki fragment Wybrzeża, które objęła Polska w styczniu i lutym 1920 r. Bez zdecydowanego wsparcia z terenu Wielkopolski i Kujaw, nie byłyby w stanie utrzymać się zbyt długo. Oczywiście niektóre tereny można by było zamienić w twierdze, takie jak rejon Helu i oczywiście Gdyni, ale bez wsparcia militarnego z reszty kraju, tereny te nie byłyby w stanie myśleć o dłuższej obronie. Powstawały oczywiście plany, takie jak choćby plan zajęcia Gdańska z chwilą wybuchu wojny we wrześniu 1939 r. gdy Korpus gen. Skwarczyńskiego zająć miał miasto i wspomóc składnicę na Westerplatte (do tego jednak nie doszło, Korpus ten został bowiem wycofany jeszcze przed wybuchem wojny). Realnie jednak plany obrony Wybrzeża były wtórne do wydarzeń dziejących się na pozostałych odcinkach frontu, dlatego też utrzymanie pokoju było istotne nie tylko dla bezpieczeństwa regionu, ale przede wszystkim dla jego rozwoju (w tym dla rozbudowy Gdyni). Oczywiście jak to się mówi "do tanga trzeba dwojga", dlatego też pokój zależny był od zamiarów i chęci obu stron, natomiast z chwilą dojścia do władzy Adolfa Hitlera w Niemczech, było już jasne, że wojna jest tylko kwestią czasu (stąd też powstał jeszcze w 1933 r. opracowany przez Marszałka Józefa Piłsudskiego plan wojny prewencyjnej z Niemcami, do której nie doszło ze względu na niechęć do niej aliantów zachodnich - głównie Francuzów). 

Problem bowiem stanowił fakt, że teren Prus Wschodnich został realnie oddzielony od reszty Niemiec przez odzyskanie przez polskie Pomorze, co wyglądało jak klin wbity między dwie części niemieckiego państwa (oczywiście Pomorze było zamieszkałe przez większość polskojęzyczną, dlatego też zostało przyznane Polsce w Traktacie Wersalskim w czerwcu 1919 r.). Było więc oczywiste że jeśli dojdzie do konfliktu, to konflikt ten najprawdopodobniej wybuchnie właśnie o Pomorze i Gdańsk - jako regionu najbardziej zapalnego. Niebezpieczeństwo to próbowano więc rozładować poprzez stworzenie planów umożliwiających zapewnienie bezpośredniego kontaktu zarówno Prus Wschodnich z resztą Niemiec, jak i utrzymania przez Polskę całego terenu Pomorza (oddanie choćby sprawka tego terenu nie wchodziło nawet w rachubę i nikt z polskich władz nie brał tego nawet pod uwagę. Pisałem o tym chociażby TUTAJ ).

Tak więc jeszcze w 1928/29 r. polska strona opracowała (może nieco fantastyczny, ale) dość ciekawy i pionierski plan rozwiązania spornej sprawy tzw. "korytarza pomorskiego". Plan ten polegał na budowie specjalnej eksterytorialnej autostrady, skonstruowanej w postaci gigantycznego mostu, wzniesionego nad powierzchnią lądu i przebiegającego przez cały obszar Pomorza (z zapewnieniem oczywiście bezpośredniego kontaktu Polski z Bałtykiem bez konieczności jakiegokolwiek uszczuplania terytorialnego naszych ziem, dzięki otwartym tunelom, budowanym pod ową autostradą, które już należałoby do Polski). Ponieważ autostrada przez Pomorze miała być eksterytorialna z założenia, tak więc polskie prawa nie obowiązywałyby na jej długości, łącznie z prawem do kontroli paszportowo-celnej (a należy dodać że z opłat celnych za korzystanie przez Niemców z tranzytu do Prus Wschodnich, pochodziło ok. 15% wpływów do budżetu państwa polskiego). Ten projekt był bez wątpienia bardzo ambitny (szczególnie jeśli chodzi o możliwości budowlano-sprzętowe, bowiem tak autostrada zapewne byłaby widoczna z kosmosu - gdyby wówczas już wystrzelono satelity) ale też i nieco fantastyczny. W każdym razie nie znalazł on aprobaty po niemieckiej stronie, a i strona polska dość szybko z niego zrezygnowała.

Do planów rozwiązania spornej kwestii Pomorza wrócono dopiero w 1933 r., wraz z potęgującym się konfliktem polsko-niemieckim (który miał zakończyć się wojną prewencyjną, do której dążył marszałek Piłsudski). Józef Piłsudski był zdeterminowany ostatecznie rozwiązać problem z Niemcami, poprzez obalenie reżimu nazistowskiego, co pozwoliłoby zlikwidować potencjalne zarzewie wojny europejskiej na kolejne kilkanaście, a być może kilkadziesiąt lat (Stalin bowiem nie był w stanie dokonać inwazji na Europę bez wsparcia kogoś takiego jak Hitler, który najpierw doprowadziłby do konfliktu, zmuszając największe państwa Europy do walki, a potem - gdy już wszystkie te państwa byłyby wystarczająco osłabione długą wojną pozycyjną, na co liczył Stalin - weszłaby do akcji Armia Czerwona i zajęła tereny do Atlantyku. Przynajmniej taki właśnie był plan sowiecki). Pozbycie się więc Hitlera (pomocnika Stalina - chodź oczywiście nieświadomego, gdyż każdy z tych dyktatorów miał swoje własne plany związane z dominacją nad światem - w jego planach podboju i sowietyzacji całej Europy) położyłoby kres planom wojny europejskiej a co za tym idzie również i światowej. Dlatego też Piłsudski doskonale wiedział że Niemców trzeba zgnieść, trzeba im obciąć głowę póki jeszcze są słabi i do tego też dążył. Wojnę planował Marszałek rozpocząć w Gdańsku. W przytaczanym przeze mnie już kilkukrotnie Teatrze Telewizji pt. "Marszałek" z 2017 r. Piłsudski (w którego to rolę wcielił się Mariusz Bonaszewski,  notabene jeden z moich ulubionych aktorów, fenomenalnie wcielił się też w rolę niedoszłego polskiego Lenina, czyli Bolesława Mołojca w spektaklu "Mord założycielski" z 2008 r. o walce o władzę w polskiej partii komunistycznej w 1943 r.) mówi wprost: "Wojnę dobrze będzie zacząć w Gdańsku. Gdynia już stoi i na dobrą sprawę ład gdański nie jest nam potrzebny. A jeśli będzie trzeba zrównać miasto z ziemią, to zrównam!"




Do owej wojny prewencyjnej nie doszło jednak ze względu na niechęć do uczestnictwa w niej Francji, a to pozwoliło Hitlerowi umocnić się u władzy, potem remilitaryzować Nadrenię, zająć Austrię i Sudety, a następnie Czechy i Morawy i w konsekwencji drogą pokojową (chociaż dążył do wojny już od 1938 r.) i metodą faktów dokonanych, znacznie lepiej przygotować się do wojny, niż uczyniły to jakiekolwiek sąsiadujące z Niemcami wówczas państwa. Ale wróćmy do roku 1933. Wówczas to (w czasie trwającego kryzysu polsko-niemieckiego), do prezydenta Rzeczypospolitej - Ignacego Mościckiego zadzwonił... prezydent Stanów Zjednoczonych - Franklin Delano Roosevelt, który również doradzał rozwiązanie spornego konfliktu "korytarza pomorskiego", właśnie przez zapewnienie jakiegoś rodzaju komunikacji z Niemiec do Prus Wschodnich. Roosevelt stwierdził, że projekt eksterytorialnej autostrady przez Pomorze jest projektem dosyć ciekawym i wartym głębszego zastanowienia. Stwierdził że taki pomost przez Pomorze mógłby rozładować niemieckie plany irredenty i rozbroić ów konflikt. Amerykańscy ambasadorzy (zarówno Ferdynand Belin, jak i jego następca John C. Cudahy) doradzali polskiemu rządowi odnowienie projektu autostrady przez Pomorze, oczywiście z uwzględnieniem wszelkich praw Polski do tej ziemi. Do Roosevelta w tej sprawie bardzo szybko (jeszcze w owym 1933 r.) dołączył włoski dyktator - Benito Mussolini, który również bardzo zapalił się do projektu "autostrady przez Pomorze". Wkrótce potem (styczeń 1934 r.) ambasador Rzeszy w Warszawie Hans-Adolf von Moltke przedłożył stronie polskiej projekt inżyniera Fritza Todta (który notabene był nieco zmienionym polskim projektem z 1928 r.) budowy eksterytorialnej autostrady z Niemiec do Prus Wschodnich przez polskie Pomorze, z zachowaniem pełnych praw Polski do Wybrzeża. Wówczas po okresie kryzysu wojennego nastąpiła wyraźna poprawa stosunków polsko-niemieckich i to do tego stopnia że jeszcze w 1938 r. amerykański prezydent Franklin Delano Roosevelt stawiał stosunki polsko-niemieckie za wzór dla wszystkich krajów Europy, jak powinno się rozwiązywać wzajemne kwestie sporne (tutaj też należy dodać że granica polsko-niemiecka, czy też granica Królestwa Polskiego a następnie Rzeczpospolitej Obojga Narodów z Cesarstwem Rzymskim i Rzeszą od czasów średniowiecza do końca XVIII wieku była najspokojniejszą granicą Europy. Tak było przez ponad... 300 lat. Oczywiście nie trudno się domyślić dlaczego tak się działo. Niemcy bowiem były rozbite na szereg mniejszych państewek a Rzeczpospolita była wówczas jednym z największych krajów Europy).

Rzeczywiście, szczególnie w Niemczech unikano wszelkich sporów mogących niepotrzebnie zadrażnić wzajemne stosunki z Polską i to na wielu poziomach. Z chwilą podpisania polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy w stosunkach wzajemnych z 26 stycznia 1934 r. i po przemówieniu Hitlera (z 31 stycznia) w którym tłumaczył on nową politykę Niemiec zmierzającą do porozumienia z Polską, padały takie hasła (odnotowane przez posła Józefa Lipskiego) jak to, że Hitler chce zmusić obywateli niemieckich i swoją opinię publiczną do szanowania narodu polskiego i pogodzenia się z faktem "konieczności współżycia z nim", oraz że Hitler odnosi się z sympatią do polskiego narodu gdyż ceni jego "silny patriotyzm". Poprawiły się polsko-niemieckie kontakty na poziomie prasowym, (Joseph Goebbels - odpowiedzialny za Ministerstwo Propagandy Rzeszy - ProMi - podczas swej wizyty w Warszawie w czerwcu 1934 r. proponował nawet podsekretarzowi stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych hrabiemu Janowi Szembekowi wprowadzenie w mediach zakazu pisania negatywnie o swoich krajach. Twierdził wręcz że jest w stanie wymusić na niemieckich dziennikarzach pisanie o Polsce tylko w pozytywnym kontekście. Szembek stwierdził że propozycja ta jest godna rozpatrzenia, ale był sceptyczny co do wymuszenia na dziennikarzach metodami administracyjnymi takich rozwiązań i stwierdził, że w Polsce może to być bardzo trudne do przeprowadzenia). A było to ważne, ponieważ w okresie zagrożenia wojną roku 1933, doszło w kilku miastach w Polsce do utrudnień w wydawaniu niemieckiej prasy (wiosną 1933 r. w Łodzi zostało zniszczone duże niemieckie wydawnictwo i drukarnia drukująca niemiecką prasę, w kilku zaś miejscowościach Górnego Śląska i Pomorza doszło do publicznego palenia gazet niemieckich, jako wyrazu protestu wobec fali terroru panującego w III Rzeszy. Niemcy w tym czasie wprowadziły zaś całkowity zakaz importu prasy polskiej, zakazem tym objęto 38 gazet i czasopism, w Rzeczpospolitej zaś taki sam zakaz wprowadzono dla 40 niemieckich tytułów prasowych). W lutym 1934 r. podpisano polsko-niemieckie porozumienie prasowe które rozwiązywało wcześniejszy konflikt.

Wiele się też zmieniło i zgodnie z zapowiedzią Goebbelsa w niemieckich gazetach zaczęto, jeśli nawet nie pozytywnie, to przynajmniej neutralnie pisać o Polsce. Marszałek Józef Piłsudski przestał już być "nieuleczalnie chorym paranoikiem" jak do tej pory pisano o Nim w prasie niemieckiej (głównie nazistowskiej), a stał się teraz "wychowawcą swojego narodu", posiadającym historyczne zasługi w zwycięstwie nad Armią Czerwoną w 1920 r. i w "przywołaniu do porządku parlamentarnego sabatu czarownic" w maju 1926 r. Często też w prasie akcentowano wzajemne zbliżenie polsko-niemieckie, przeciwstawiając je zakusom francuskim i brytyjskim (jak choćby w Wolnym Mieście Gdańsku). Wiele było tego typu akcentów szczególnie w prasie satyrycznej, gdzie pokazywano na przykładzie obrazkowych historyjek, jak niemiecki Michael (czyli najczęściej młody mężczyzna w stroju przypominającym strój bawarski) wita się w Gdańsku z dziewczyną ubraną w polski strój narodowy (z rogatywką na głowie) i mówi do niej: "Dzień dobry najmilsza", a podpis pod rysunkiem brzmi: "Gdańskie chrupiące migdały" (Kladderadatsch - 29 listopada 1936 r.). Choć jeszcze niedawno w tej samej gazecie (z 14 maja 1933 r.) pod rysunkiem zatytułowanym "Opryszki", pokazującym śpiących pod płotem dwóch pijaków symbolizujących Polaka i Czecha, oraz przyglądającego się im Michaela, na stwierdzenie pijanego Czecha: "Przyjacielu serdeczny, zawrzemy wieczystą przyjaźń", pijany Polak odpowiada: "Tak, przyjacielu serdeczny, wieczystą - aż do rozbioru Rzeszy Niemieckiej", na co Michael odpowiada: "W takim razie ta przyjaźń będzie rzeczywiście trwała wiecznie - wy łajdaki!". Albo inny (z 24 września 1933 r.) Z okazji 250 rocznicy odsieczy wiedeńskiej, pokazane jest jak postać w rogatywce (z papierosem w ustach) nakleja obraz Jana III Sobieskiego na zwierciadle trzymanym przez boginię zwycięstwa. Plakat nie chce się jednak trzymać i odsłania wizerunek Karola Lotaryńskiego a podpis brzmi: "Na chwałę Polski przylepimy po prostu na to Sobieskiego... Do diabła! To kłamstwo nie chce się trzymać!". Z chwilą zawarcia jednak porozumienia prasowego i wcześniej traktatu o niestosowaniu przemocy, już 25 marca 1934 r. w tym samym piśmie (Kladderadatsch) pokazane są dwa orły: biały i czarny jedzące wspólnie, a podpis pod rysunkiem brzmi: "Oby obaj zapełnili sobie brzuchy".

Prasa niemiecka starała się też uwypuklić konflikt jaki W 1934 r wybuchu w stosunkach polsko-francuskich (odmowa przeprowadzenia wojny prewencyjnej pociągnęła za sobą zbliżenie Polski z Niemcami, a to było bardzo nie na rękę Paryżowi, ponieważ wytrącało mu możliwość swoistego szantażowania moralnego Warszawy. Dotąd bowiem Francja była najpoważniejszym sojusznikiem Polski w przypadku wojny z Niemcami, Polska zaś była tylko zastępczym sojusznikiem na wschodzie dla Francji, zastępczym, ponieważ prawdziwym sojusznikiem powinna być Rosja, ale ponieważ ze Związkiem Sowieckim wówczas nie dało się jeszcze porozumieć więc z braku laku trzeba było postawić na Polskę jako przeciwwagę dla Niemiec. Porozumienie polsko-niemieckie było więc bardzo nie na rękę Francuzom, ale oczywiście nie było ono w tym momencie najważniejsze, gdyż wiosną 1934 r. wybuchła afera finansowa francuskich przedsiębiorców w zakładach włókienniczych w Żyrardowie, a potem w sierpniu 1934 r. Francja wyrzuciła polskich górników ze swego kraju). Spowodowało to że Niemcy zaczęli w swojej prasie podkreślać te właśnie konflikty polsko-francuskie, twierdząc że Polska nie chce być już "francuskim wasalem", zaś Francja jest "wiarołomnym krajem" (w Kladderadatsch z 20 stycznia 1935 r. Zamieszczono rysunek satyryczny w którym kobieta przebrana za francuską Mariannę zwraca się do rodziny polskiego robotnika, który pyta: "Pani mnie zwolniła. Czyżbym nie wykonywał moich obowiązków?", na co Marianna odpowiada: "Jako robotnik tak, ale nie jako wielbiciel mojej urody!". Oczywiście w niemieckiej prasie podkreślano również konflikty polsko-litewskie i polsko-czechosłowackie (szczególnie po roku 1934).

Oczywiście w tym czasie dochodziło również do niewielkich konfliktów na linii Warszawa-Berlin. W wyniku bowiem niefrasobliwej polityki finansowej nazistów (rządzących Wolnym Miastem Gdańskiem) w 1935 r. znacznie spadły przychody do budżetu Gdańska i miasto próbowało ratować się za pomocą rygorystycznej polityki dewizowej, sterowanej z Berlina - której efektem było gwałtowne obniżenie kursu guldena gdańskiego. To zaś godziło w interesy Rzeczypospolitej, która traciła zyski w ramach zagwarantowego jej prawa nadzoru celnego nad handlem Gdańska. Polacy zareagowali bojkotem portu w Gdańsku i przenieśli cały swój wywóz do Gdyni. W czerwcu 1935 r. podpisano porozumienie przywracające poprzedni stan rzeczy, a niemieckie gazety pisały, że porozumienie polsko-niemieckie przeszło swoją "próbę ogniową" i przetrwało. Ale konflikt wybuchł również w kwestii przyłączenia kraju Saary do Rzeszy (marzec 1935 r.) szczególnie że w gazetach Gdańska pojawiały się nagłówki w rodzaju: "Odcięty Gdańsk gratuluję powracającej do macierzy Saarze". Wywołało to ostre protesty polskiego MSZ-u, gdyż sugerowało że Gdańsk również może zostać włączony do Niemiec. Niemieckie władze wymagały jednak od swoich obywateli łagodzenia wzajemnych sporów i to zarówno w Gdańsku jak i wszędzie, gdzie tylko mogło dojść do wzajemnych zadrażnień. Działająca w Polsce, wśród Niemców obywatelstwa polskiego Partia Młodoniemiecka z Grudziądza, w marcu 1935 r. za własne pieniądze zakupiła i podarowała miastu hydroplan. Zaś w listopadzie 1936 r. w Wyrzysku miejscowa ludność zarówno polska jak i niemiecka zakupiła i uroczyście przy okazji wizyty marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego ofiarowała Wojsku Polskiemu zakupione karabiny maszynowe i moździerze.




Nazistowscy politycy również podkreślali chęć zbliżenia z Polską i to zarówno Goebbels (który ponoć był bardzo podekscytowany spotkaniem z Józefem Piłsudskim, do którego doszło w czerwcu 1934 r.) Jak i premier Prus Hermann Goering który uwielbiał wyjazdy na polowania z polskim ambasadorem Józefem Lipskim czy potem z polskimi politykami. Takie spotkania były okazją do rozmów o polityce i wyrażania wzajemnych żalów lub radości (np. w marcu 1935 r. Goering poskarżył się Lipskiemu podczas wypadu do Spreewaldu "na cietrzewie", na nietaktowne zachowanie korespondentki Kuriera Warszawskiego w Berlinie, Marii Męcińskiej, która ośmieliła się zapytać go o plany rozbudowy Luftwaffe). Było też wiele aktów lokalnego zbliżenia, np. między miastami i tak w lutym 1935 r. w Dreźnie odsłonięto tablicę ku czci Fryderyka Chopina, na której obecny był prezydent Warszawy - Stefan Starzyński i nadburmistrz Drezna - Zörner. 25 lutego 1935 r. w Sali Marmurowej Instytutu Niemiecko-Polskim w Berlinie-Zoo, odbył się recital Jana Kiepury, na którym obecni byli Joseph Goebbels, Hermann Goering i wielu innych nazistowskich dygnitarzy wraz z małżonkami (zachowało się nawet zdjęcie na którym Goebbels radośnie rozmawia z Kiepurą po koncercie). 12 Maja 1935 r. o godzinie 20:45 zmarł Marszałek Józef Piłsudski. Uroczysty pogrzeb odbył się 18 maja w Krakowie, a w uroczystym pochodzie na Wawel wzięła m.in. udział niemiecka delegacja z Goeringiem na czele. Ponoć Hitler miał bardzo przeżyć śmierć Piłsudskiego. 18 maja wziął udział (wraz z Goebbelsem, von Neurathem, Hansem Frankiem i gen. von Blombergiem w mszy żałobnej w katolickiej katedrze Świętej Jadwigi w Berlinie, gdzie znajdowała się symboliczna trumna, przykryta biało-czerwoną flagą. W tej mszy uczestniczyli również Polacy, solistka Opery Warszawskiej - Adelina Korytko (która potem odśpiewała pieśń żałobną "Nie opuszczaj mnie"), Pola Negri, Adam Didur i Jan Kiepura. Zaś 21 maja na posiedzeniu Reichstagu Hermann Goering wygłosił wspomnienie o Józefie Piłsudskim, mówiąc: "My Niemcy wychowani i wyrastający w klimacie narodowosocjalistycznego światopoglądu, mamy szczególne zrozumienie dla osobowości wielkiej miary. Sądzę, że mogę przez to powiedzieć, niż my w szczególny sposób pojmujemy, jak wielką stratę poniósł naród polski. Doceniając wielkość postaci marszałka, zdajemy sobie również sprawę, że należał on do tych mężów, którzy występowali energicznie na rzecz pokoju, a jedynym z widocznych dokonań pokojowych stał się jego wkład w dzieło niemiecko-polskiego porozumienia". Piłsudski zaś dążył do obalenia Hitlera i usunięcia w ten sposób zagrożenia jakie czyhało na Polskę i Europę.


"NIE WIEM, CZY NIE ZECHCĄ POCHOWAĆ MNIE NA WAWELU. TEDY NIECH TYLKO MOJE SERCE SCHOWAJĄ W WILNIE. TAM LEŻĄ MOI ŻOŁNIERZE, CO W KWIETNIU 1919 MNIE JAKO WODZOWI WILNO POD NOGI W PREZENCIE RZUCILI. SPROWADŹCIE ZWŁOKI MEJ MATKI Z SUGINT, WIŁKOMIRSKIEGO POWIATU, DO WILNA, POCHOWAJCIE JE Z WOJSKOWYMI HONORAMI. MATKA MNIE, DO TEJ ROLI JAKA MNIE WYPADŁA - CHOWAŁA"



Teraz zaś po śmierci Marszałka projekt eksterytorialnej autostrady przez Pomorze do Prus Wschodnich stał się częstym tematem rozmów polsko-niemieckich.


CDN.

piątek, 27 października 2023

WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI ROKU 1933...

...OCZYMA FRANCUSKICH 

I BRYTYJSKICH DZIENNIKARZY




 W dzisiejszym wątku wracam do sprawy wojny prewencyjnej z Niemcami roku 1933 (o której już co prawda kilkukrotnie wcześniej pisałem), ale ponieważ temat wydaje się wciąż być na czasie ze względu na fakt, że obecnie Niemcy planują zakończyć projekt pod nazwą Unia Europejska i wprowadzić wszystkie państwa zjednoczone w tej strukturze do nowej formacji, zwanej (oczywiście nieoficjalnie) IV Rzeszą Europejską (czyli takim neomarksistowskim eurokołchozem, gdzie demokracja będzie tylko dawno zapomnianą ideą a o wszystkim i tak będą decydować niewybieralne oligarchiczne gremia), dlatego też postanowiłem przypomnieć tamtą ideę, która, gdyby się doszła do skutku to II Wojna Światowa nigdy by nie wybuchła, a co za tym idzie, nie byłoby tych potwornych zniszczeń, cierpień i masowych mordów milionów ludzkich istnień. Do tego tematu jednak chciałbym podejść z trochę innej strony, bowiem oficjalnie zarówno Francuzi jak i Brytyjczycy twierdzili (i twierdzą do dziś) że żadna tego typu propozycja nie została nigdy złożona ich rządom przez stronę polską w formie bezpośredniej, czyli za pomocą przedstawicielstw dyplomatycznych. W jakiejś mierze jest to prawda, ponieważ rzeczywiście w formie bezpośredniej taka propozycja nigdy nie padła. Ale to nie znaczy że jej nie było, jako że marszałek Józef Piłsudski szczególnie w tak delikatnych kwestiach jak sprawy wojny czy pokoju, wolał opierać się na kontaktach nieformalnych, na bliskich sobie ludziach których wysyłał, aby porozumieli się z przedstawicielami rządów lub też bezpośrednio z premierami czy ministrami spraw zagranicznych, ewentualnie z najwyższymi oficerami sztabów generalnych. Takie kontakty były zarówno łatwiejsze jak i pewniejsze, gdyż nie budziły większych podejrzeń, poza tym w takich nieformalnych kontaktach Marszałek bodajże czuł się najlepiej (podobnie zresztą jak Napoleon Bonaparte, które również preferował takie nieoficjalne zakulisowe relacje polityczne).

Jednak nie na tym bezpośrednio pragnąłbym się dziś skupić, a raczej na opiniach, jakie już w trakcie Wojny Światowej (1941 r.) wyrazili dwaj brytyjscy i jeden francuski dziennikarz, a temat tyczył się właśnie wojny prewencyjnej z Niemcami roku 1933 i odpowiedzi ich rządów na ową polską propozycję. Mam bowiem na myśli długoletniego sprawozdawcę "Manchester Guardian" z Genewy Roberta Della, korespondenta tejże gazety z Paryża (jak również "Sunday Times"), Alexandra Wertha, oraz francuskiego dziennikarza Andre Simone (pod tym pseudonimem ukrywał się Geneviéve Tabouis). Wszyscy oni bardzo ciekawie opisują polską propozycję z kwietnia i października 1933 r., a także ze stycznia 1934 r. kiedy to Piłsudski - mając już gotowy tekst polsko-niemieckiego układu o niestosowaniu przemocy - dawał jednocześnie Francuzom kolejny znak, że gotów jest tego układu nie podpisywać, jeśli Francuzi ostatecznie zdecydują się na wojnę prewencyjną. Ale opinie o korespondentów nie dotyczą tylko roku 1933, lecz opowiadają również o polskiej ofercie wojny z Niemcami z roku 1936, z chwili, gdy Niemcy wkroczyły zbrojnie do Nadrenii i ponownie przyłączyły ją do Rzeszy (tzw remilitaryzacja Nadrenii). Kilkukrotnie już pisałem, że polska propozycja nie została złożona stronie francuskiej (i belgijskiej) tylko w roku 1933, ale również w 1936 oraz w 1938 (propozycja taka wspólnej wojny z Niemcami wystosowana została wówczas w stosunku do Czechosłowacji), ale jak widać wszystkie te kraje podążały drogą samozagłady, jak również zagłady Kontynentu Europejskiego. Przejdźmy zatem do konkretów, a zacznę od Roberta Della, następnie przyjdę do Andre Simone i jako ostatniego przedstawię opinię Alexandra Wertha.





ROBERT DELL
"The Geneva Racket 1920-1939"


"Pakt czterech mocarstw, podpisany w Rzymie przez rządy Anglii, Francji, Niemiec i Włoch w marcu 1933 r., zaproponowany został przez Mussoliniego niemal napewno za namową Hitlera. Była to próba usunięcia nabok Ligi Narodów na rzecz dyrektoriatu czterech wielkich mocarstw zachodnich, w każdym razie jeżeli chodzi o teren Europy. Gdyby układ ten wszedł w życie, byłby to cios śmiertelny dla Ligi; na szczęście jednak tak się nie stało, albowiem Francja nie ratyfikowała układu…

Pakt czterech był pierwszym krokiem do porozumienia polsko-niemieckiego, które stało się ważnym czynnikiem w doprowadzeniu do wybuchu wojny obecnej. Głównym jednak powodem tego porozumienia była odmowa rządów Anglii i Francji podjęcia jakiejkolwiek akcji w sprawie zbrojenia się Niemiec. W kwietniu 1933 r. Marszałek Piłsudski zaproponował rządowi francuskiemu wspólną akcję Francji, Polski i Małej Ententy (pragnę tylko wyjaśnić że Mała Ententa składała się z trzech państw: Czechosłowacji, Rumunii i Jugosławii, z tym że realnie zagrożona niemieckim ekspansjonizmem była tylko Czechosłowacja a Rumunia i Jugosławia nie miała interesu w zwalczaniu niemieckiej irredenty) mającą na celu zapobieżenie niemieckiemu dozbrajaniu. Pierwszym krokiem byłoby wezwanie Ligi Narodów do przeprowadzenia badania w sprawie zbrojeń niemieckich na podstawie art. CCXIII traktatu wersalskiego, który przewidywał tego rodzaju śledztwo, jeżeli większość głosów Rady opowiedziała się za nim. Gdyby Anglia i Francja zgodziły się na propozycję Piłsudskiego, w Radzie Ligi uzyskanoby niewątpliwie dla niej większość. Jeśliby Hitler odmówił zgody na zbadanie sprawy (zrobiłby to napewno), inne zainteresowane państwa miałyby wszelkie prawo podjęcia akcji na podstawie traktatu wersalskiego oraz układu haskiego ze stycznia 1930 r. Armie Francji, Polski oraz Małej Ententy zajęłyby spory szmat terytorium Rzeszy, przypuszczalnie Bawarię, Saksonię i Prusy Wschodnie oraz Nadrenię. W tym okresie Rzesza nie była zdolna do stawienia skutecznego oporu, a gdyby Hitler pokusił się o oparcie się siłą, zostałby szybko i łatwo pokonany. Francuski sztab generalny popierał propozycję Piłsudskiego, ale rząd francuski ani rusz nie chciał się na nią zgodzić. Nie potrafię powiedzieć z wszelką pewnością, czy zasięgnięto rady rządu brytyjskiego, ale trudno doprawdy przypuścić, żeby o tym zapomniano. W lecie 1933 r. przejazdem przez Paryż w drodze powrotnej do Genewy z Londynu, gdzie przysłuchiwałem się naradom konferencji gospodarczej, odbyłem rozmowę na temat propozycji Piłsudskiego z jednym z bliskich współpracowników Daladiera (Édouard Daladier był wówczas premierem Francji). W toku rozmowy powiedział mi, że rząd francuski zgodziłby się przypuszczalnie na propozycję, gdyby rząd brytyjski przystał na wysłanie floty angielskiej do Hamburga. Wyciągnąłem z tego wniosek, że Francja domagała się od Anglii podjęcia tego właśnie kroku i że Wielka Brytania odmówiła.

Mówi się często, że opanowanie części terytorium Rzeszy w r. 1933 nie byłoby rozwiązaniem sprawy. Jeżeli oznacza to, że nie rozwiązanoby w ten sposób ostatecznie zagadnienia pokoju europejskiego, to zarzut taki jest słuszny, ale skoro nie potrafimy się zdobyć na zdecydowane załatwienie takiego czy innego realnego zagadnienia, nigdy nie zajdziemy daleko. Na tym niedoskonałym zaiste świecie trzeba często zadowolić się samym tylko odwróceniem, jeżeli to możliwe, niebezpieczeństwa chwili. Niebezpieczeństwem chwili w kwietniu 1933 r. było dozbrojenie niemieckie, i krok proponowany przez Piłsudskiego na pewno by to niebezpieczeństwo uchylił. Mógłby on nawet rozbić régime hitlerowski, który był u władzy zaledwie od trzech miesięcy i daleko mu jeszcze było do tego, by trzymał się zbyt mocno w siodle. Tego rodzaju względy usprawiedliwiały w pełni propozycję Piłsudskiego. Nie żywię najmniejszych wątpliwości, że gdyby podjęto kroki proponowane przez Piłsudskiego, w Anglii podniósłby się nieludzki wrzask. Wszyscy sentymentalni pacyfiści stanęliby dęba, krzycząc, że Rzesza ma takie samo dobre "prawo" do zbrojenia się jak każdy inny kraj. Oczywiście, w gruncie rzeczy może i mają rację. O ile się nie mylę, tygrys oraz grzechotnik mają również "prawo" działania zgodnie ze swoją naturą. Co więcej, muszą tak postępować, jeżeli wszechpotężny i wszechwiedzący Stwórca dał im taką właśnie naturę i zwyczaje. Nie widzę jednak powodu, dlaczego byśmy nie mieli się bronić przed tygrysem i grzechotnikiem i jeżeli można, rozbroić te groźne stworzenia.




Rezultatem zbrodniczego błędu, popełnionego przez rząd francuski, było to że Piłsudski doszedł do wniosku, iż Francja jest zbyt słaba by można na nią liczyć i że jedyną realną polityką dla Polski jest dojście do ugody z Rzeszą. Był on na tyle mądry, by wiedzieć, że najwłaściwszym sposobem otwarcia rokowań z Hitlerem jest mu pogrozić. W maju 1933 r. poseł polski w Berlinie otrzymał polecenie by zwrócić uwagę Hitlerowi na fakt, że na granicy polskiej wydarzają się ustawicznie niepokoje i prowokacyjne występy, i zapytać się go wprost, czy chce mieć wojnę czy nie. Hitler odpowiedział, że pragnie dopełnić przepisów układów i traktatów. Zaraz potem incydenty na pograniczu polskim ustały, a między Rzeszą a Polską rozpoczęły się rokowania. Przyniosły one wspólne oświadczenie rządów Niemiec i Polski z czerwca 1933 r., zapewniające o ich pragnieniu pokoju i o zamiarze zawarcia paktu o nieagresji.

Jednakże Piłsudskiemu nie śpieszyło się do zawarcia paktu, i najwidoczniej wahał się z jego podpisaniem, skoro w październiku 1933 r., gdy Rzesza opuściła Ligę, powtórzył rządowi francuskiemu propozycję złożoną przed pół rokiem. Raz jeszcze Francja odmówiła, chociaż gdyby miała odwagę zażądania od Rady Ligi zbadania spraw zbrojeń niemieckich dn. 15 października 1933 r., a więc w dzień po wycofaniu się Rzeszy z Ligi, rząd brytyjski nie ośmieliłby się temu przeciwstawić… Zaraz potem rząd francuski przyłączył się do rządu angielskiego w udzielaniu nagrody za wystąpienie z Ligi przez ofiarowywanie Hitlerowi ustępstw, odmawianych mu przed opuszczeniem Genewy przez Rzeszę…

Te kolejne kapitulacje wobec Hitlera umocniły Piłsudskiego w przekonaniu, że na Francję liczyć nie można i że Rzesza jest na drodze zostania dominującą potęgą na kontynencie Europy. Jednakże, chociaż rząd niemiecki nalegał na podpisanie paktu polsko-niemieckiego, Piłsudski wahał się dalej z dokonaniem tego skoku, wiedząc dobrze, że w rzeczywistości oznaczać to będzie koniec sojuszu francusko-polskiego. Pod koniec r. 1933 do Warszawy doszły alarmujące pogłoski o tajnych rokowaniach między Daladierem i Hitlerem, w których pośrednikiem był Fernand de Brinon (kolaborant i wyjątkowo odrażająca moralnie postać. Człowiek który dążył za wszelką cenę do sojuszu francusko-niemieckiego, nawet kosztem interesów Francji). Rokowania te zaszły dalej aniżeli to się ogólnie sądzi, i wydaje się, że w toku rozmów padły iście fantastyczne propozycje. Wiem, że proponowano spotkanie Daladiera z Hitlerem na granicy francusko-niemieckiej, przyczym armie obu krajów zgromadzone na pograniczu miałyby chóralnie przysięgać sobie wieczystą przyjaźń. Rokowania spaliły na panewce wskutek rezygnacji gabinetu Daladiera w lutym 1934 r. w dobrze znanych okolicznościach (rząd Daladiera upadł, gdy 6 lutego 1934 r. kazał on na Placu Concorde w Paryżu uzbrojonej policji strzelać do zgromadzonego tłumu przeciwników jego polityki, a tłum domagał się jego dymisji, reformy kraju i rozliczenia korupcji która się wówczas szerzyła. Padło wielu zabitych i rannych, a to przelało czarę goryczy Francuzów wobec jego osoby). Na marginesie dodam, że Arthur Henderson udzielił mi ciekawej informacji dotyczącej rokowań Daladier-Hitler. Przypomieć należy, że w czasie swojej wizyty w Berlinie późną jesienią 1933 r., Henderson wywołał niemałe zdumienie oraz ściągnął na siebie sporo głosów krytycznych, ponieważ w mowie wygłoszonej publicznie oświadczył, iż powinno dojść do spotkania między Hitlerem a Daladierem. Henderson powiedział mi, że Daladier prosił go, by wysunął tego rodzaju sugestię.

Pakt polsko-niemiecki podpisany został nareszcie w styczniu 1934 r., ale mam dobre podstawy do przypuszczenia, że z polecenia Piłsudskiego płk. Beck, polski minister spraw zagranicznych, dał wyraźnie do zrozumienia Paul-Boncourowi w Genewie w czasie sesji styczniowej Rady Ligi, że jeżeli Francja zajmie ostre stanowisko wobec Rzeszy, Polska układu nie podpisze (Paul-Boncour, ten francuski pedancik, który w 1932 r. w rozmowie z Augustem Zaleskim w Genewie, na stwierdzenie Zaleskiego iż: Polska jako mocarstwo ma prawo sama kształtować własną politykę wobec sąsiadów jak i w sprawie pozyskania kolonii, rzekł: "O tak, Polska jest mocarstwem. Ale musimy pamiętać, że są wielkie mocarstwa i jest Polska"). Paul-Boncour nie umiał dać żadnego zapewnienia w sprawie polityki Francji. Płk. Beck został ministrem spraw zagranicznych dn. 12 maja 1933 r. Na długo przedtem utrzymywał bliskie stosunki z Niemcami i wydaje się, że również z Włochami. Te właśnie kontakty sprawiły, że w r. 1921 rząd francuski zażądał odwołania płk. Becka ze stanowiska attaché wojskowego przy ambasadzie polskiej w Paryżu. Po tym incydencie Beck ustosunkował się wrogo do Francji, i jego osobiste sentymenty grały niewątpliwie rolę w proniemieckiej polityce, uprawianej przez niego aż do r. 1939. Nie były one jednak powodem zmiany w polityce Polski w r. 1933, która - jak już zaznaczyliśmy - spowodowana była brakiem zaufania do Francji. Długi czas jeszcze po objęciu ministerstwa spraw zagranicznych polityką polską kierował nie Beck ale Piłsudski. W ostatnich miesiącach życia Piłsudskiego, kiedy zdrowie jego było zniszczone a władze umysłowe nie zawsze w pełni działały, wpływ Becka wzrósł z zupełnie zrozumiałych względów, dopiero jednak po śmierci Piłsudskiego dn. 12 maja 1935 r. Beck uzyskał wolną rękę. Sam Piłsudski nie był nigdy nastawiony antyniemiecko, natomiast był gwałtownie antyrosyjski, - nie tylko antybolszewicki, - jak wszyscy Polacy urodzeni pod zaborem rosyjskim. Zarówno jednak Piłsudski jak Beck uznali w r. 1933, że zbrojenia Niemiec są groźbą dla Polski; polityka francuska zmusiła ich do zwrócenia się ku Rzeszy. Być może, że nie mieli złudzeń co do wartości podpisu Hitlera, a powinni byli wiedzieć, że nigdy nie zaniechał on ostatecznie swoich pretensji i uroszczeń do ziem polskich; przypuszczali oni jednak, że pakt daje im zwłokę i margines na lat 10. W rzeczywistości Hitler wypowiedział jednostronnie układ z Polską w 5 lat po jego podpisaniu.

Tajne instrukcje dla propagandy niemieckiej, wysłane do niemieckich przedstawicieli dyplomatycznych w obu Amerykach przez ministerstwo propagandy Rzeszy we wrześniu 1933 r. celem zakomunikowania ich agentom propagandowym Niemiec, zawierały następującą charakterystykę nowej polityki Niemiec w stosunku do Polski: "Wobec Polski narodowo-socjalistyczny rząd Rzeszy zajął chwilowo bardziej ugodowe stanowisko, a to z tego powodu, że czyni się szczególne wysiłki, żeby otrzymać zaspokojenie żądań niemieckich na innej drodze. Oczywiście, z żądań tych nigdy Rzesza nie zrezygnowała, podobnie jak nie porzuciła żądania zwrotu w każdym razie chociażby części dawnych zamorskich kolonii niemieckich. Ostatecznym celem narodowo-socjalistycznej polityki zagranicznej musi być: odzyskanie wszystkich części terytoriów przyległych do Rzeszy, gdzie znajduje się mniejszość niemiecka". Dowodziłoby to, że Hitler spodziewał się, iż porozumienie polsko-niemieckie doprowadzi do układu proponowanego przez Alfreda Rosenberga, na którego mocy Polsce oddano by Ukrainę sowiecką, Litwę oraz port w Kłajpedzie jako kompensatę za zwrot Rzeszy "korytarza" i Gdańska. Trudno uwierzyć, ażeby Beck kiedykolwiek brał pod uwagę tego rodzaju rozrachunek. Piłsudski napewno nie.

Kapitulacja rządu Sarraut (Albert Sarraut w tym czasie premier Francji) i rządu brytyjskiego w marcu 1936 r. wobec Hitlera była tym bardziej niewybaczalna, że rząd polski powiadomił natychmiast rząd francuski, iż Polska ruszy na pomoc Francji jeżeli mobilizacja francuska doprowadzi do zatargu zbrojnego z Niemcami. Nie było w tym nic dziwnego, albowiem - chociaż płk. Beck miał nastawienie antyfrancuskie (znany był chociażby jego konflikt z ambasadorem Francji w Polsce Leonem Noel'em) zrozumiał on wlot jakie są konsekwencje usunięcia strefy zdemilitaryzowanej dla Polski i całej Europy wschodniej… Jakkolwiek byłoby przesadą twierdzić, że umocnienie zachodnich granic Rzeszy zredukowało "niemal całkowicie" zdolność państw zachodnich niesienia pomocy zbrojnej wschodowi Europy i jakkolwiek w tym czasie zachodnie fortyfikacje Rzeszy nie były nie do zdobycia i złamania, to jednak budowa takich umocnień niewątpliwie utrudniała przyjście z pomocą wschodnim państwom europejskim. Rząd brytyjski oraz brytyjski Foreign Office wiedzieli o tym równie dobrze jak płk. Beck, i trudno doprawdy wytłumaczyć zachowanie się Anglii w marcu 1936 r. inaczej niż tylko przyjąwszy tezę, że celem polityki brytyjskiej w tym okresie było utrudnić jak najbardziej Francji przyjście z pomocą Czechosłowacji albo Polsce lub jakiemukolwiek krajowi na wschód od linii Renu i by w ten sposób przekreślić ewentualność pomocy angielskiej dla Francji, gdyby Francja wciągnięta została w wojnę z Rzeszą w wykonaniu swoich zobowiązań traktatowych" (należy też pamiętać że rok 1936, to rok udanego doprowadzenia do obalenia brytyjskiego króla Edwarda VIII, który dążył do sojuszu z Niemcami hitlerowskimi, i zastąpieniu go jego bratem Jerzym VI - ojcem królowej Elżbiety. W działania te zaangażowany był wywiad Polski i USA).






ANDRE SIMONE
"J’accuse! The Men Who Betrayed France"


"W marcu 1933 r. dyktator państwa polskiego, Marszałek Józef Piłsudski ("dyktator"? 🧐) powiadomił rząd Daladiera o tajnych planach Hitlera w zakresie dozbrojenia. Rzesza wyszła już daleko poza kreślenie planów i szkiców; dozbrajała się ona we wściekłym iście tempie za grubą kotarą tajemnicy. Marszałek Piłsudski zaproponował rządowi francuskiemu złamanie rządu Hitlera za pomocą "wojny prewencyjnej". Propozycja ta została powtórzona w kwietniu 1933 r. i poparta "aide-mémoire" ambasadora Polski w Paryżu, który dawał bogaty materiał informacyjny o gorączkowym budowaniu przez Hitlera potężnej machiny wojennej. Na memoriał ten nie raczono nawet odpowiedzieć. W kilka wszakże dni później szerzyć się zaczęły pogłoski, że pakt czterech mocarstw zaczyna przybierać bardziej określone kształty. Ambasador polski zaprotestował na Quai d’Orsay (Gdzie mieści się gmach francuskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych). W odpowiedzi zapewniono go, że sojusz francusko-polski w żadnej mierze nie ucierpi z tego powodu. Nie wystarczyło to jednak do uspokojenia Warszawy. Jeden z ministrów gabinetu francuskiego poinformował mnie, że w tym to czasie Piłsudski wezwał swoich doradców i polecił im wysondowanie możliwości porozumienia niemiecko-polskiego... Wszystko to zakończyło się prawdziwą bombą dyplomatyczną: niemiecko-polskim paktem o nieagresji, który zobowiązywał oba kraje na najbliższych lat 10 "nie uciekać się w żadnym wypadku do zastosowania siły przy załatwianiu kwestii spornych”. Oto był skutek pierwszej fazy flirtu Daladiera z paktem czterech. Dokonany został pierwszy wyłom w zwartym i zamkniętym systemie sojuszów Francji. Rozpoczęło się wskakiwanie na wóz hitlerowski".






ALEXANDER WERTH 
"The Last Days of Paris. A Journalist’s Diary"


"System sojuszów Francji załamał się w latach 1933-1939 po prostu dlatego, że Francja nie była gotowa do obrony tego systemu. Myśl o wojnie była czymś zanadto nienawistnym i wstrętnym dla Francuza (pisałem o tym wielokrotnie, że po traumie I Wojny Światowej Francuzi zostali mentalnie wykastrowani i byli niezdolni do wojny, bez względu na posiadaną przez siebie przewagę liczebną i sprzętową). W r. 1936 Goebbels przechwalał się bezczelnie i bezkarnie: "Gdybyśmy byli w położeniu Francuzów i gdyby to we Francji doszedł do władzy Hitler, wypowiedzielibyśmy wojnę aż miło". Ale wszelka sugestia wojny prewencyjnej nie mogła liczyć na najmniejsze poparcie narodu francuskiego. Sprawa wojny prewencyjnej zarysowała się w maju 1933 r. z inicjatywy Polski. Rząd francuski uważał jednak, że Piłsudski zwariował, podobnie jak jeden czy dwóch generałów francuskich, którzy zgadzali się z Piłsudskim. Gdyby zapytano o zdanie naród francuski, poparłby on swój rząd w tym stanowisku. Reakcja taka była niezależna od stanowiska Francuzów wobec Ligi, którą popierała lewica a potępiała prawica Francji. Opozycja wobec idei wojny prewencyjnej z Niemcami hitlerowskimi była czymś niezależnym od takich czy innych przekonań politycznych lub zastrzeżeń prawnych.

W latach następnych Hitler bez trudności zdołał przekonać naród francuski, że nie chce zrobić Francji żadnej krzywdy. Oczywiście, Francuzi nie wierzyli mu całkowicie gdy obsypywał ich obietnicami wieczystego pokoju, ale ufali, że w najbliższej przyszłości nie żywi on zamiaru atakowania Francji. Najbardziej jaskrawym przykładem utraty przez Francję instynktu samozachowawczego była zupełna nieudolność zareagowania na remilitaryzację przez Rzeszę Nadrenii. Gdy się próbowało wytłumaczyć Francuzowi znaczenie posunięcia w Nadrenii, często czekała nas taka oto odpowiedź: "Jeżeli nie ruszymy teraz palcem, to będziemy mieli spokój przynajmniej na dwa lata". Naturalnie, nie tłumaczy to w niczym i nie usprawiedliwia całkowitej ślepoty rządu angielskiego oraz opinii brytyjskiej w stosunku do sensu i znaczenia manewru z Nadrenią z marca 1936 r. Mimo to pozostaje faktem, że sam naród francuski nie okazywał najmniejszej ochoty zrozumienia pełnej wagi i znaczenia tego kroku. W gabinecie Sarrauta jeden tylko Mandel gotów był podjąć ryzyko akcji wojskowej na wielką skalę. Minister spraw zagranicznych Flandin nie chciał nawet o tym słyszeć. "Kompromis", który ukuto, wyraził się gniewnymi ale pustymi groźbami Sarrauta rzuconymi przez radio francuskie. Nowa propozycja polska zaatakowania Rzeszy została raz jeszcze pominięta milczeniem i odrzucona".


Efektem była druga wojna światowa i katastrofa jaka została zarówno w trakcie tej wojny jak i w latach powojennych zrzucona na Europę. Miliony ofiar, ogromne zniszczenia, nieprawdopodobne zbydlęcenie sprawców wojennej zawieruchy (do których to zaliczam nie tylko Niemcy hitlerowskie, ale również Związek Sowiecki i niestety Francję ze względu na jej bierną pozycję w latach gdy można było niewielkim kosztem takiej tragedii uniknąć), to wszystko razem wzięte przekłada się na koszmar tamtych lat i to co było później, bo przecież trauma z czasów wojennych nie zniknęła nagle. Ona żyła w tych ludziach przez lata, a często dekady, zresztą Europa i tak została potem podzielona na pół, a jedną połówkę zabrała sobie kolejna barbaria czyli sowiecka Rosja. 




piątek, 21 lipca 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXII

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?




 

BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. VIII







GDAŃSKA ZADRA
Cz. IV


Od 15 września 1576 r. miasto Gdańsk zostało zablokowane (znaczy wyrokiem królewskim zakazano spuszczać Wisłą zboże do Gdańska), a od 20 września oficjalnie uznane zostało za miasto zbuntowane. Co prawda po śmierci (12 października) cesarza rzymskiego - Maksymiliana II Habsburga (którego Gdańsk popierał jako konkurenta dla Stefana Batorego do tronu polskiego), rajcy miejscy byli skłonni uznać Batorego za króla i porozumieć się z nim, jednak ową propozycję opatrzyli żądaniem prawa do wypowiedzenia królowi posłuszeństwa w przyszłości, co ten uznał za godzące w jego majestat i honor, i odrzucił wszelkie rozmowy z Gdańszczanami. Po zakończeniu obrad sejmu toruńskiego (29 listopada), król pozostał w Toruniu jeszcze przez miesiąc, rozsyłając wici i zbierając armię (nieco na przekór samej szlachcie, która twierdziła na sejmie, że król - zgodnie z prawem - może rozesłać wici tylko w sytuacji zagrożenia zewnętrznego, a nie buntu miast Korony. Jednak ludzie z otoczenia samego monarchy - jak choćby Jan Zamoyski - stwierdzili, że sprawę buntu Gdańska należy potraktować jako zagrożenie zewnętrzne, gdyż po pierwsze miasto rozpoczęło rozmowy z Duńczykami, a po drugie wypowiedzenie posłuszeństwa przez miasto mowy niemieckiej można by traktować jako atak na jedność Rzeczpospolitej). W początkach stycznia 1577 r. (tuż po Nowym Roku) król wraz ze swym dworem wyjechał do Bydgoszczy. Tam też ponownie zjeżdżają (wcześniej byli bowiem na sejmie toruńskim) burmistrz Gdańska - Konstanty Ferber, rajca miejski - Jerzy Rosenberg i syndyk - Henryk Lembke. Oficjalnie pragną zgody i gotowi są uznać Stefana Batorego za swego króla, żądają jednak zniesienia Statutów Karnkowskiego (wprowadzonych w 1570 r. które zwiększały władzę królewską w mieście, poprzez danie prawa królowi do nakładania nowych podatków na handel morski, możliwość budowy okrętów wojennych w miejskim porcie i utrzymania wpływu na magistrat miejski). Król jest gotów ustąpić w sprawie Statutów, ale poza tym żąda bezwzględnego posłuszeństwa i uznania swej władzy (oraz wypłacenia 200 000 zł zaległych opłat, które Gdańsk winien był Rzeczpospolitej). Rajcy proszą o dziesięć dni do namysłu. Przybywają ponownie po dwunastu dniach, co już samo w sobie jest policzkiem wymierzonym w królewski majestat. 

To już dla Batorego za wiele. Wpada w gniew i każe uwięzić wszystkich gdańskich posłów poza syndykiem Lembke (który miał wrócić do Gdańska i przekazać mieszkańcom wiadomość o królewskim gniewie i oficjalnym uznaniu miasta za wroga Rzeczpospolitej - innymi słowy Batory nałożył na miasto interdykt "ognia i wody") i pod strażą odesłać ich do Łęczycy, pod "opiekę" prymasa Jakuba Uchańskiego (niechętnego Batoremu, który po śmierci Maksymiliana musiał jednak przysiąc mu wierność). Interdykt "ognia i wody" wydał król Batory 12 lutego 1577 r. a oznaczał on mi mniej ni więcej wyjęcie mieszkańców Gdańska spod prawa jako wrogów Rzeczpospolitej. Oznaczało to, że każdego Gdańszczanina można było teraz bezkarnie zabić, a jego dobra i dobra wszystkich gdańskich kupców oraz rajców skonfiskować (a wielu bogatych gdańszczan miało swoje wierzytelności ulokowane w innych miastach Korony, z czego skwapliwie skorzystał król, konfiskując dobra gdańskie w Toruniu i Krakowie i włączając je do skarbu królewskiego). Odpowiedzią Gdańska jest wycelowanie armat miejskich w klasztor oliwski z jego słynną biblioteką (15 lutego), i otwarcie ognia (klasztor oczywiście był katolicki a większość mieszkańców Gdańska wyznawała luteranizm, jako że miasto było głównie miastem języka niemieckiego - a wówczas niemieckość była kojarzona przede wszystkim z protestantyzmem). Te pierwsze działa symbolizują rozpoczęcie wojny która dla obu stron nie jest wojną łatwą. Batory co prawda posiada wojska mobilne, ale niewiele ma armat, a i armia w większości składa się głównie ze szlachty, czyli z pospolitego ruszenia i należy dopiero oczekiwać przybycia poszczególnych chorągwi hetmańskich (jak i prywatnych kontyngentów szlacheckich oraz tych, wystawionych przez duchownych). Gdańsk zaś dopiero ściąga najemników (głównie rekrutując ich w miastach Rzeszy), ale jego mocną stroną są potężne mury miejskie - praktycznie nie do zdobycia. Aby jednak wystawić silną armię przeciw dobrze ufortyfikowanemu Gdańskowi, Batory potrzebuje pieniędzy i aby je zdobyć jest gotów na wiele, bardzo wiele.

7 marca 1577 r. król Stefan Batory wydaje kolejny uniwersał, ogłaszając tym razem całkowitą blokadę handlową Gdańska (od tej pory zboże spławiane Wisłą miało być kierowane do Torunia i Elbląga (pomysł ten, poddał królowi opat oliwski - Kacper Geschkau). Był to spory cios ekonomiczny dla Gdańska, czego efektem w kolejnych miesiącach było przeniesienie się do Elbląga cudzoziemskich kupców, spółek handlowych i obcych statków zawijających niegdyś do portu gdańskiego, a teraz do portu w Elblągu. W ramach zemsty Gdańszczanie skonfiskowali towary polskich kupców stojące na statkach w porcie gdańskim, ale to nie zrekompensowało im skali strat, jakie ponieśli w chwili ogłoszenia blokady ich miasta. Batory jednocześnie rozsyła wici, wzywając wszystkich zdolnych do noszenia broni, do stawienia się zbrojnie na dzień 23 marca. Jednocześnie przygotowując się do ostatecznej rozprawy z Gdańskiem, nie traci król z oczu zagrożeń wschodnich, bo tam Iwan IV Groźny, samoistny car moskiewski (ogłosił się carem w styczniu 1547 r., jednak Rzeczpospolita nie uznawała tego tytułu aż do 1634 r.) już szykował się do zajęcia całych Inflant. Jeszcze więc w lutym 1577 r. król wysłał do tej prowincji - jako administratora Jana Chodkiewicza i polecił mu przyjrzeć się umocnieniom twierdz inflanckich, głównie Rygi, a także usunąć niepewnych ludzi - szczególnie Niemców - którzy ( jak donoszono) sprzyjali księciu duńskiemu Magnusowi, co szedł z Iwanem w charakterze przyszłego władcy tych ziem (książę Magnus był żonaty z córką Iwana), a tak naprawdę w charakterze jego marionetki (miał zagwarantować, że twierdzę inflanckie poddadzą się jemu, jako Duńczykowi i nie zostaną wydane na pastwę Moskali, którzy już wówczas słynęli ze swego okrucieństwa w postępowaniu z wziętymi do niewoli jeńcami. Realnie jednak Magnus nie miał żadnej władzy i był tylko listkiem figowym Iwana, który wykorzystywał go gdy było mu to na rękę). Wielka wojna z Moskalami, to było to, na co czekał Batory, najpierw jednak musiał rozprawić się ze zbuntowanym Gdańskiem (kolejnym zaś królewskim marzeniem była wielka wojna z Imperium Osmańskim o oswobodzenie Węgier, tym bardziej że po śmierci Sulejmana Wspaniałego w 1566 r. jego następcy - szczególnie zaś z Selim II - sprawiali wrażenie raczej ułomnych niż jak dotąd przerażających wojowników islamu).




Oczywiście całkowita blokada Gdańska nie wchodziła w grę, tym bardziej że Gdańska flota znacznie górowała nad okrętami kaperskimi, wynajętymi przez króla w Elblągu, a poza tym na Bałtyku w rejonie Helu pojawiły się okręty duńskie -  wspierające Gdańsk. Król pisze list do margrabiego Ansbachu - Jerzego Fryderyka Hohenzollerna, oferując mu opiekę nad jego chorym umysłowo kuzynem, księciem pruskim - Albrechtem Fryderykiem Hohenzollernem (który był lennikiem króla polskiego), za 200 000 zł. Król zwołuje również senat do Włocławka (wcześniej jednak listownie pyta się o zgodę biskupa kujawskiego - Stanisława Karnkowskiego czy nie ma nic przeciwko jego wizycie, odpowiedź biskupa jest dość zaskakująca, mianowicie odradza on wizytę królowi we Włocławku, twierdząc że miasto jest małe i spokojne i nie nawykłe do wrzawy dworu, a poza tym nie ma co tutaj jeść i jak sam twierdził - on sam przebywa we Włocławku góra cztery tygodnie, bo brak tutaj żywności. Król jednak nic sobie z żalów biskupa nie robił, zdając sobie sprawę, że ten po prostu nie chciał, aby dwór przyniósł się do Włocławka i aby dworzanie wyjęli jego zapasy; tym bardziej że po zniszczeniu klasztoru oliwskiego utracił już dobra gdańskie i nie chciał ponosić większych szkód materialnych), na którym - aby uzyskać pieniądze - zastawia swoje klejnoty koronne. Codziennie też z kancelarii królewskiej idą listy do rotmistrzów i do możnych panów z żądaniem, aby czym prędzej ściągali zbrojnie na Pomorze. Energia i praca jaką wykonuje w tym czasie król Stefan Batory jest nieporównywalna z niczym wcześniejszym, nie tylko z ospałym i dość leniwym Henrykiem Walezym, ale również z poprzednimi królami, jak choćby z Zygmuntem II Augustem, czy jego ojcem Zygmuntem Jagiellończykiem. Ta ciężka praca daje wreszcie efekt, zbierają się roty konne, formuje się silna piechota, tworzy się wreszcie artyleria (król osobiście dogląda każde nowe działo). Jednocześnie król będąc we Włocławku u biskupa Karnkowskiego, wymusza na nim (czy raczej przekonuje go) przekazanie tamtejszych skarbów kościelnych i klasztornych na rzecz państwa. Jednocześnie prosi Karnkowskiego by czym prędzej wymóg na prymasie Uchańskim zwołanie synodu prowincjonalnego, w celu uchwalenia przez duchowieństwo specjalnego podatku, zwanego subsydium charitativum (dobrowolnego podatku). Stary i głuchy już prymas Uchański, ostatecznie zgadza się zwołać synod prowincjonalny do Piotrkowa na 19 maja 1577 r. na którym to duchownictwo zgadza się na jednorazowy podatek, w celu wspomożenia wojennej polityki króla.

Król Batory z Włocławka śle uniwersały, zwołujące sejmiki powiatowe i generalne. Uniwersały te są odpowiednio przygotowane i tak sformułowane, aby pobudzały wśród szlachty patriotyczne uczucia. Mówi się tam bowiem o walkach Polaków o Gdańsk w dawnych czasach piastowskich. Przywołuje się w nich pieśń dawnych wojów Bolesława III Krzywoustego z XII wieku, która brzmiała "Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące, my po świeże przychodzimy, w oceanie pluskające! ojcom naszym wystarczało, jeśli grodów dobywali, a nas burza nie odstrasza ni szum groźny morskiej fali. Nasi ojce na jelenie urządzali polowanie, a my skarby i potwory łowim, skryte w oceanie!". Ale przede wszystkim położono nacisk na przedstawienie walki o Pomorze i Gdańsk z Krzyżakami, począwszy od XIV wieku i zajęcia Gdańska (w 1309 r.) przez rycerzy Zakonu Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie (zwanych po prostu Krzyżakami), aż po wiktorię grunwaldzką 1410 r.) i ostatecznie Wojnę Trzynastoletnią z lat 1454-1466, w wyniku której całe Pomorze i Warmia znów wróciły do Korony Polskiej (Gdańsk opowiedział się po stronie Polski już w 1454 r. niszcząc tamtejszy zamek krzyżacki). Jednocześnie król Batory pisał o "gdańskich wieprzach" i ich próbie unicestwienia "polskiego imperium nad morzem". Ale nie tylko król zbroił się do ostatecznego starcia, czynili tak również Gdańszczanie. Rozpoczęto szeroką akcję werbowania najemników w krajach Rzeszy, a jednocześnie kronikarz miejski - Kasper Szutz zaczął rozsyłać po dworach europejskich dokumenty dotyczące sporu miasta z królem Batorym i przedstawiał w nich argumenty, na mocy których Gdańsk odmówił mu posłuszeństwa. W większości te pisma spotykały się z obojętnością lub nawet z wrogością (nikt bowiem nie wierzył w to, że miasto zdoła utrzymać swą niezależność w konfrontacji z całym krajem, szczególnie z takim królestwem jak Polska) jedynie król Danii Fryderyk II postanowił wspomóc Gdańsk (jego celem było bowiem niedopuszczenie do sytuacji, w wyniku której po pokonaniu Gdańska Rzeczpospolita wystawiłaby własną flotę i wpłynęła na Bałtyk). Gdańszczanie otrzymali więc wsparcie finansowe w Kopenhadze, a już w lutym 1577 r. w rejonie Helu pojawiły się duńskie okręty wojenne. Pewni owego wsparcia, do końca już plądrują i niszczą Gdańszczanie oliwski klasztor, a ich uzbrojone oddziały sieją postrach, dokonując napadów i rabunków na okoliczną ludność Pomorza. Jednocześnie Gdańsk wysyła posłów zarówno do cara Iwana IV Groźnego, jak i do chana krymskiego - Dewlet I Gireja i jego syna - Mehmeda II Gireja, namawiając ich do najazdu na Koronę oraz Litwę.




Pomimo niespożytej energii i zakrojonych na ogromną skalę przygotowań wojennych, zebranie licznej i silnej armii wymagało czasu. Gdańszczanie tymczasem zdołali znacznie szybciej zgromadzić wojsko, zaciągając łącznie 3900 najemników w krajach niemieckich, którzy mogli zostać wsparci przez 8000 mieszczan gdańskich (z których jednak doświadczenie wojskowe miało niecałe 1500 osób). Poza tym udało się Gdańszczanom zwerbować sławnego najemnika, bohatera i obrońcę Magdeburga - Jana Winkelbrucha z Kolonii. Król zaś w tym samym czasie (początek kwietnia 1577 r.) dysponował zaledwie 1446 jeźdźców i 1000 żołnierzy piechoty. Nie spodziewając się też żadnej większej akcji zaczepnej ze strony Gdańszczan, postanowił król wyjechać do Warszawy, aby spotkać się z królową Anną Jagiellonką (oraz przewieźć tam zgromadzone przez siebie środki finansowe). Spokojny więc o rozwój wojennych wydarzeń, przejeżdżał przez Gostynin i Gąbin (gdzie oczekiwała na niego królowa Anna) i tam też (19 kwietnia) dotarła doń nieoczekiwana informacja. A mianowicie Gdańszczanie zdając sobie sprawę że nie mogą dopuścić do połączenia się tych sił królewskich które już są na Pomorzu z tymi które król zwerbuje, a poza tym licząc każdy grosz, jaki muszą wydać na najemników; postanowili czym prędzej działać i uderzyć na Tczew, gdzie stacjonowały nieliczne siły królewskie. Opanowanie tego miasta rozciągnęłoby ich wpływy daleko na południe, poza tym należało spróbować przejąć inicjatywę czym prędzej, póki jeszcze posiadało się przewagę liczebną. Pierwszą próbę uderzenia na zgromadzone pod Tczewem wojska Jana Zborowskiego, podjęto 7 kwietnia 1577 r., ale szybko okazało się że niebiosa nie sprzyjają Niemcom w tej walce. Rozpętała się bowiem tak wielka nawałnica, tak wielki deszcz spadł i wiatr zaczął wiać, że zrzucał żołnierzy z koni. Wystraszeni owym bożym znakiem, najemnicy Winkelbrucha zawrócili. Niestety, tam gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze, tam przesądy muszą ustąpić miejsca twardej polityce - rada miasta zmusiła więc Winkelbrucha do ponownego uderzenia prawie 10 dni później
(16 kwietnia). Tak więc najemnicy ponownie opuścili mury miasta idąc pod pięknym sztandarem, na którym złotymi literami wyszyto napis Aurea Libertas (Złota Wolność - było to nawiązanie do Złotej Wolności szlacheckiej, z której brać szlachecka była tak dumna). Winkelbruch wiedział że gwarancją sukcesu jest również element zaskoczenia, dlatego postanowił czym prędzej uderzyć na Polaków, ale jednocześnie nie zamierzał zaniedbać żadnej okazji dającej mu przewagę. Dlatego też zamierzał zaatakować z dwóch stron, z lądu i z wody ( tym celu wysłał Wisłą dwa małe statki), wszystko też rozbijało się o to, czy uda się skutecznie zaskoczyć Polaków, czy też nie.

Element zaskoczenia się nie udał. Jan Zborowski został poinformowany o nadciąganiu wojsk Winkelbrucha i przygotował się na jego odparcie. Wyszedł z Tczewa pozostawiając tam jedynie 100 piechurów i 4 działa), a linię Wisły polecił obserwować 60 polskim Tatarom, którzy mieli odeprzeć atak owych dwóch statków. Do starcia obu armii doszło 17 kwietnia 1577 r. pomiędzy Jeziorem Lubiszewskim (w rejonie którego stanął Winkelbruch), a wsią Rokitki (przy czym to strona polska zajęła dogodniejszą pozycję do ataku). Zaciężni niemieccy lancknechci opierali się głównie na taktyce obronnej, której celem było doprowadzenie do zbliżenia z przeciwnikiem i pokonanie go siłą własnej przewagi liczebnej oraz uzbrojenia (w tym bojowego opancerzenia żołnierzy), dominowała wśród nich piechota, a to oznaczało że byli mało mobilni. Co innego Polacy, gdzie przede wszystkim stawiano na szybką mobilną lekkozbrojną jazdę, a przede wszystkim taktyką wojskową były przełamujące błyskawiczne uderzenia ciężko (późniejsza husaria) i lekkozbrojnej jazdy (taka sama taktyka szybkich przełamujących uderzeń obowiązywała również w wojsku II Rzeczpospolitej w latach 1919-1939, o czym już kilkakrotnie pisałem). Winkelbruch planował okrążenie sił polskich przez swoje liczniejsze wojska, ale uniemożliwiało mu to ukształtowanie terenu. Tymczasem Zborowski uderzył niespodziewanie na prawę skrzydło niemieckie - przełamując je - i nim Winkelbruch zdołał uporządkować szyki, pod naporem polskiej jazdy całe skrzydło rzuciło się do ucieczki, a wraz z nim pozostałe oddziały lewego skrzydła. Drogę ucieczki jednak uniemożliwiała im wąska grobla leżąca nad Jeziorem Lubiszewskim, a to powodowało że wielu lancknechtów zaczęło wpadać do rzeki i utonęło w jej nurtach. Polakom w walce pomagali węgierscy hajducy, którzy dopadali uciekających Niemców i mordowali ich z zimną krwią (Zborowski starał się powstrzymać ich morderczy zapał, ale bezskutecznie). Łącznie życie straciło 4416 Niemców Winkelbrucha, 1000 dostało się do niewoli (Winkelbruch ocalał tylko dzięki polskiemu szlachcicowi z Prus, niejakiemu Choińskiemu, który oddał mu swego konia i zapłacił za to życiem). Zdobyto również 7 dział dużych i 30 mniejszych, oraz 6 chorągwi (w tym tą z napisem Aurea Libertas). Polacy stracili 58 zabitych i 130 rannych. Zborowski w liście do króla (z 19 kwietnia) pisał, że gdyby miał więcej wojska, mógłby zdobyć Gdańsk.





PS. Należy też dodać że początek wojny prewencyjnej z Niemcami hitlerowskimi w 1933 r Marszałek Józef Piłsudski również zamierzał rozpocząć w Gdańsku. Pięknie to jest pokazane w spektaklu teatru telewizji pt. "Marszałek":




CDN.

piątek, 20 listopada 2020

HISTORIA NIE KOŃCZY SIĘ NIGDY!

 CZYLI TEATR TELEWIZJI pt.:

"MARSZAŁEK"

 
 
 
 
 
PRZYGOTOWANIA DO ROZPOCZĘCIA WOJNY PREWENCYJNEJ Z HITLEROWSKIMI NIEMCAMI 
1933 r.
 
 
Ciekawy spektakl Teatru Telewizji pt.: "Marszałek", ukazujący plan Józefa Piłsudskiego rozpoczęcia wojny prewencyjnej z Hitlerem, póki jeszcze nie jest za późno. Co prawda początkowo Marszałek próbował (przewidując dojście nazistów do władzy w Niemczech) w jakiś sposób porozumieć się z Hitlerem i w latach 1929-1930 wysyłał do niego swych pełnomocników (zaufanych ludzi), którzy mieli nawiązać kontakty z narodowymi socjalistami i wypracować jakiś modus vivendi, a być może nawet wspólny sojusz, obejmujący i inne państwa Europy Środkowej. Szybko jednak do niego dotarło że flirt z nazistami nic nie da i słuchając wystąpień führera z jego parteitagów, uświadomił sobie skalę wiszącego nad Polską i Europą zagrożenia (a może od początku to wiedział i po prostu liczył że uda się w jakiś sposób zneutralizować nazistów, wciągając ich do jakichś wspólnych sojuszy. Ale z chwilą dojścia Hitlera do władzy w Niemczech (30 stycznia 1933 r.) stało się jasne że nic takiego nie może się udać, a Niemcy będą jedynie grać na czas, aby odbudować armię i podjąć walkę o dominację w Europie i Świecie.Hitler co prawda mówił o wojnie z bolszewizmem, wojnie ze Związkiem Sowieckim, ale Piłsudski wiedział że jeśli już dojdzie do takiej wojny, to stanie się to po trupie Polski i Polaków (w spektaklu, Marszałek - grany przez Mariusza Bonaszewskiego - wypowiada słowa: "Jeśli dojdzie do wojny niemiecko-sowieckiej, to żaden Polak już tego nie zobaczy"). Dlatego też rozpoczął zakrojone na dużą skalę (choć tajne) przygotowania do rozpoczęcia wojny prewencyjnej z niemieckim narodowym socjalizmem i ich wodzem Adolfem Hitlerem. Jednak sprzeciw Francji wobec rozpoczęcia takiej wojny (Marszałek wysłał tam zarówno gen. Bolesława Wieniawę-Długoszowskiego jak i swego byłego adiutanta - senatora Jerzego Potockiego) , doprowadził do utrwalenia się władzy Hitlera w Niemczech i w konsekwencji do wybuchu II Wojny Światowej i milionów ofiar niemieckiego (jak i sowieckiego) ludobójstwa. Jak jednak do tego doszło, opowiem w serii: "PIŁSUDSKI & HITLER - CZYLI WOJNA PREWENCYJNA Z NIEMCAMI 1933 r.". Tymczasem zapraszam na  spektakl.  
 
 
 
 "KIEDY SIĘ CZŁOWIEK TOPI, TO CHOĆBY BYŁ NAJWIĘKSZYM MOCARZEM, 
TO WŁASNĄ SIŁĄ ZA WŁOSY SIĘ NIE WYCIĄGNIE"
 
 
 
17:35 - "HITLER NAWET Z POCZĄTKU PODOBAŁ MI SIĘ, BO POMYŚLAŁEM SOBIE - PROSTY CHŁOPAK, Z LUDU, NIE PRUSAK, BO TE JUNKRY SĄ NAJGORSI, ONI NAS NIENAWIDZĄ"
 
"NAS?"
 
"NAS, POLAKÓW! BO ONI SIĘ CZUJĄ OD NAS LEPSI. A POZA TYM TŁUŚCI SĄ, GRUBI JAK TEN ICH PREMIER - JAK ON SIĘ NAZYWA - GOERING. JAK MOŻNA SIĘ TAK UTUCZYĆ PANOWIE? NA DWÓCH KRZESŁACH MUSIAŁ SIEDZIEĆ, A JESZCZE MU SIĘ PO BOKACH WYLEWAŁA TA JEGO WIELKA DUPA... A TEN HITLER TO JEST NOWOCZESNY CZŁOWIEK. CHUDY JEST, MIĘSA NIE JE, PIWA NIE ŻŁOPIE, NOWOCZESNY CZŁOWIEK - A JEDNAK SZUBRAWIEC! JESZCZE MU TYMI ŁAPAMI MACHAJĄ "HAIL!", "HAIL!"
 
"PODOBNO W "MAIN KAMPF" NAPISAŁ ŻE WIEDEŃ GO ODMIENIŁ. BYŁ SZARYM OBYWATELEM, ALE WYJECHAŁ Z WIEDNIA JAKO FANATYCZNY ANTYSEMITA"
 
"I DO TEGO IDIOTA!... KANCLERZ RZESZY NIEMIECKIEJ JEST IMBECYL! ALE PANOWIE, TO JEST PEWNA SZANSA DLA NAS. ZDMUCHNIEMY GO JAK ŚWIECZKĘ I ZA ROK NIKT NIE BĘDZIE O NIM PAMIĘTAŁ"
 
 

 

piątek, 30 marca 2018

TAJNE SPISKI I WIELKIE AFERY - Cz. IV

JAK POLSKA I STANY ZJEDNOCZONE

DOPROWADZIŁY DO ABDYKACJI

KRÓLA WLK. BRYTANII - EDWARDA VIII

W 1936 r.





PLAN WOJNY PREWENCYJNEJ 

Z NIEMCAMI

PIERWSZA PRÓBA ROZERWANIA

SOJUSZU NIEMIECKO-SOWIECKIEGO

1932-1933





W 1932/1933 r. Polska i Stany Zjednoczone szykowały... wojnę w Europie. Takie stwierdzenie być może jest dość nieścisłe i niedokładne, a jednak prawdziwie opisuje ówczesną rzeczywistość. W głowie Marszałka Józefa Piłsudskiego już przynajmniej od czerwca 1932 r. zaczął się krystalizować plan wojny prewencyjnej z Niemcami, który nabrał bardziej realnych kształtów po zdobyciu władzy przez Hitlera. 12 lutego 1933 r. nowy kanclerz Rzeszy udzielił wywiadu londyńskiej gazecie "Sunday Express", w którym to buńczucznie żądał iż tzw.: "Korytarz" (czyli polskie Pomorze) musi zostać zwrócony Niemcom. Polska przygotowywała się więc do wojny prewencyjnej, ale jednocześnie do podobnego konfliktu przygotowywały się również Stany Zjednoczone, tylko tutaj wchodził w grę również... konflikt z Wielką Brytanią. Tak, USA planowały wojnę z Wielką Brytanią w latach 30-tych XX wieku, a plan tej operacji ("Plan Wojenny Czerwony") opracowany został pod kierunkiem gen. Douglasa McArthura, który kilka miesięcy wcześniej przebywał w Warszawie. Oczywiście plany te (bowiem istniały również inne plany: "Plan Wojenny Czarny" - wojna z Niemcami i "Plan Wojenny Pomarańczowy" - wojna z Japonią), zostały opracowane wcześniej (ok. 1930 r.), ale od 1932 r. sprawy znacznie przyspieszyły. Amerykanie brali wówczas na poważnie możliwość wojny zarówno z Niemcami jak i z... sprzymierzonymi z nimi Brytyjczykami, stąd m.in.: gen. McArthur udał się we wrześniu 1932 r. do Warszawy. Tam doszło do niecodziennego wydarzenia, jakim było przekazanie Amerykanom przez polską stronę rozszyfrowanych kodów Enigmy - niemieckiej maszyny szyfrującej, którą Niemcy uważali za nie do złamania (i rzeczywiście, mnóstwo wywiadów w latach 20-tych i 30-tych głowiło się nad rozpracowaniem Enigmy, bez powodzenia. Trzej polscy matematycy z Biura Szyfrów Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, złamało kody Enigmy z końcem 1932 r.). Amerykanie otrzymali również supertajne kody armii sowieckiej: "Rewolucja" i "Fiałka" (używane do 1954 r.). Cel był jeden - wojna prewencyjna w obronie pokoju.


gen. DOUGLAS McARTHUR z wizytą u 
Marszałka JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
Wrzesień 1932 r.


Może to brzmieć dość nietypowo, ale właśnie tak było, tym bardziej że nad utrzymaniem pokoju (bez potrzeby rozpoczynania konfliktu prewencyjnego) głowili się najróżniejsi mądrale, ale zawsze wszystko sprowadzało się do jednego - aby utrzymać pokój w Europie, Polska musi zwrócić Niemcom "Korytarz" pomorski, gdyż jest to kość niezgody pomiędzy tymi dwoma krajami i musi zostać w taki sposób rozwiązana. Politycy brytyjscy, francuscy jak i progresywistyczny establishment amerykański ze Wschodniego Wybrzeża, uważali że najlepszym wyjściem byłoby po prostu oddanie Niemcom polskiego Pomorza i wówczas utrzymano by pokój. W tym celu swoiste tournée po Anglii, Francji i Niemczech odbył w lipcu i sierpniu 1931 r. sekretarz stanu USA - Henry Stimpson, który uważał że zwrot Pomorza Niemcom, rozładowałoby zarówno konflikt niemiecko-francuski jak i niemiecko-polski. Starał się więc przekonać (głównie Francuzów, uważając że Paryż jest w stanie wywrzeć presję na Warszawie w tej kwestii). Aby opracować szczegóły, do Waszyngtonu miał się udać premier Francji Pierre Laval, ale nim to nastąpiło Józef Piłsudski wezwał polskiego ambasadora w USA - Tytusa Filipowicza (notabene swego dobrego znajomego i przyjaciela, to właśnie z nim odbył swoją pamiętna podróż do USA i Japonii w 1905 r.) i przekazał mu treść osobistego orędzia do prezydenta Herberta Hoovera, w którym deklarował iż Polska nie godzi się na żadne rewizje granic, a każda samodzielna akcja niemiecka, podjęta w tym celu, automatycznie oznaczać będzie wybuch wojny. Stwierdzał również że żadne państwo trzecie nie jest w stanie w żaden sposób wpłynąć na zmianę polskiego stanowiska w tej sprawie. Filipowicz przedstawił orędzie prezydentowi Hooverowi 21 października 1931 r., co miało wywołać na nim silne wrażenie, a dnia następnego odczytał je również w Departamencie Stanu, w obecności Stimpsona, który przyjął je niezwykle chłodno, deklarując iż jest to: "typowo polski produkt i dość charakterystyczny dla takiego małego, nędznego sprawcy problemów, jakim ona jest". 

Jednak liberalny establishment z Waszyngtonu, był niezwykle ugodowy, liczyły się przede wszystkim interesy (a te prowadzono zarówno ze Związkiem Sowieckim, jak i z hitlerowskimi Niemcami), spora większość oficerów armii Stanów Zjednoczonych była przeciwna takiemu myśleniu (gen. McArthur - "Ostatni Bóg Wojny", uważał wszystkich progresywistycznych gryzipiórków ze Wschodniego Wybrzeża za bandę pajaców o często prokomunistycznych ciągotach). Tymczasem w Warszawie dojrzewał plan wojny prewencyjnej z Niemcami, jako najpewniejszej drogi "rozbrojenia" niebezpieczeństwa płynącego z Zachodu, nim przyjdzie się Polsce zmierzyć z czerwonym Wschodem. Pierwszym krokiem ku temu, było zwiększenie składu liczbowego składnicy na Westerplatte (6 marca 1933 r. do 82 żołnierzy i oficerów stacjonujących na tym gdańskim cyplu i pilnującym praw Polski w Wolnym Mieście Gdańsku, dołączyło kolejnych 120 żołnierzy. Piłsudski jawnie już się szykował do wojny, zdając sobie sprawę że należy uderzy właśnie teraz, gdy Niemcy są jeszcze słabe, a Związek Sowiecki nie podniósł się jeszcze po klęsce w Wojnie 1920 r. i nie zmodernizował dostatecznie swej armii. Hitler jednak nie był idiotą i zdawał sobie doskonale sprawę, że jeśli w tym momencie wybuchnie wojna z Polską, to Niemcy, praktycznie pozbawione ciężkiej broni, czołgów i samolotów, będą musiały ją przegrać z kretesem, potrzebował więc czasu na zmodernizowanie własnych sił zbrojnych. Dlatego też bardzo szybko wysłał pojednawcze sygnały, twierdząc że został źle zrozumiany i że wcale nie pragnie zdobywać polskiego Pomorza, czy też toczyć o niego wojny. Stwierdzał i pragnie pokoju i w dobrosąsiedzki sposób pragnie normować przyszłe stosunki z Polską i Czechosłowacją. 

Marszałek jednak nie zamierzał zakończyć tej gry, która wiodła do wojny prewencyjnej z Niemcami, a która mogła wówczas uratować nie tylko Polskę, ale i całą Europę przed wyniszczającą i krwawą wojną światową. Podjął co prawda rozmowy z Niemcami, mające na celu rozładowanie konfliktu (14 marca doszło do porozumienia i cofnięcia wzmocnienia placówki na Westerplatte), ale jednocześnie prowadził rozmowy sondażowe z Paryżem, mające na celu wybadanie (i przekonanie) Francuzów do konieczności podjęcia wspólnej akcji militarnej przeciwko Niemcom, w celu obalenia Hitlera i nazistów. W tym celu wysłał do Paryża z tajną misją hrabiego Jerzego Potockiego (nie będącego członkiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych, co sprawiało wrażenie że są to rozmowy czysto prywatne, zresztą Marszałek wolał w takich sprawach posługiwać się ludźmi spoza wielkiej polityki, a akurat Potocki miał doskonałe relacje z wieloma francuskimi politykami). Ten w połowie marca 1933 r. przyjechał do stolicy Francji, przekazując władzom francuskim następującą propozycję: Polska i Francja przeprowadzają wojnę prewencyjną przeciwko Niemcom, w celu... ocalenia pokoju w Europie, przy czym Wojsko Polskie zajmuje Prusy Wschodnie (tym samym likwidując kwestię sporną "Korytarza" pomorskiego), zaś Armia Francuska wkracza do Zagłębia Ruhry, unicestwiając działalność coraz intensywniej się rozwijającego niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. Cel wspólnej akcji militarnej był prosty - upadek Hitlera i partii nazistowskiej w Niemczech, powstanie nowego rządu niemieckiego, który podejmie się rozmów, mających na celu zapewnienie trwałego pokoju w Europie na kolejne dekady. 




Celem Piłsudskiego nie było jednak upokorzenie Niemiec. Chodziło mu o to, aby pokonane Niemcy (po upadku Hitlera) równouprawnić na arenie międzynarodowej, np. w zakresie zbrojeń. W zamian za to Niemcy wyrzekałyby się ostatecznie prób jakichkolwiek zmian granicznych, gdyż to automatycznie pociągałoby za sobą reakcję międzynarodową, wymierzoną w Berlin (łącznie z wypowiedzeniem wojny). Francuzi zwołali tajny komitet parlamentarny, który miał rozważyć kwestię ewentualnej wojny prewencyjnej, ale ostatecznie decyzja jaka zapadła, była całkowicie odmowna (i to podjęta ogromną większością głosów). Francuzi tym samym dawali jasno do zrozumienia, że nie chce im się walczyć za jakiś tam Gdańsk i wolą polegać na swojej dyplomacji (efekt takiego kroku znamy doskonale - wybuch II Wojny Światowej, obozy koncentracyjne, miliony pomordowanych i wysiedlonych ludzi, zniszczone miasta i wsie, upadek pozycji Europy w świecie no i oczywiście triumf komunizmu, który opanował znaczną, wschodnią część kontynentu). Tymczasem Niemcy dowiedzieli się o planach wojny prewencyjnej, mobilizując wszystkie swoje placówki dyplomatyczne i bacznie obserwując jakiekolwiek ruchy wojsk polskich zarówno na Pomorzu, jak i w kierunku Prus Wschodnich.

18 kwietnia po rozmowie z prezydentem Ignacym Mościckim, Marszałek wrócił do siedziby GISZ-u (Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych) i polecił swemu adiutantowi, kapitanowi Mieczysławowi Lepeckiemu przepisać na maszynie, ręcznie zapisany ręką Piłsudskiego arkusz papieru, na którym widniał napis: "Na wypadek wojny z Niemcami", oraz niżej "Rząd obrony i jedności narodowej". Był to plan sformowania nowej organizacji władz wojskowych i cywilnych na wypadek wojny prewencyjnej, na którym widniał osobisty dopisek prezydenta Mościckiego: "Zgadzam się!". Kapitan Lepecki przepisując arkusz, zadał pytanie: "Czy Hitler zamierza nas napaść?", na co Marszałek odpowiedział z nieukrywaną szczerością: "Nawet gdybyśmy to my na niego napadli, to też byłaby obrona". Dnia następnego - 19 kwietnia 1933 r., została przeprowadzona wielka demonstracja siły (30 000 żołnierzy) w Wilnie (oficjalnie była to parada z okazji czternastej rocznicy odzyskania Wilna), realnie jednak, plan operacyjny, mający przygotować dywizje północne do ataku na Prusy Wschodnie. Poza tym zwiększono zamówienia na silniki lotnicze, amunicję, sprzęt przeciwgazowy i zboże, powołano nowe roczniki rezerwy do wojska na sześciotygodniowe ćwiczenia (czerwiec-wrzesień). W maju 1933 r. sprawa ta jeszcze bardziej odżyła (choć 2 maja Hitler w rozmowie z ambasadorem Alfredem Wysockim, stwierdził że nie zależy mu na "Korytarzu" pomorskim i że wszelkie tego typu decyzje będzie konsultował z Warszawą), a to ze względu na wybór prezydenta Mościckiego na drugą kadencję. 

W prasie europejskiej aż do grudnia 1933 r. ukazywało się wiele artykułów o Polsce, zarówno tych mówiących o drugiej prezydenckiej kadencji Mościckiego, jak i o jego nowej (młodszej o 30 lat) drugiej żonie Marii (informacje te wywołały prawdziwą sensację w Europie, że oto 65-letni polski prezydent (a do tego naukowiec, chemik i wynalazca) wziął sobie młodą żonę, sekretarkę jego niedawno zmarłej pierwszej żony - Michaliny Mościckiej. Pojawiały się również i informacje o planach wojny prewencyjnej z Niemcami ("Le Temps" pisał w maju 1933 r.: "Polska silna i pewna swego bezpieczeństwa, stanowi główną ostoję pokoju w Europie", podobnie pisał "Journal des Debats" i inne gazety). Tym bardziej że przygotowania do wojny prewencyjnej były kontynuowane (przerzucanie niektórych oddziałów ze wschodu na zachód kraju), zaś 6 października 1933 r. miała miejsce kolejna wielka demonstracja siły, tym razem w Krakowie. Odbyła się tam wielka parada kawaleryjska z okazji 250 rocznicy odsieczy wiedeńskiej króla Jana III Sobieskiego i rozgromienia tureckiej armii Kara Mustafy (co ocaliło Europę od muzułmańskiej niewoli już w XVII wieku). Notabene po owej paradzie wzniesiono toast zarówno za polską husarię jak i za chwałę... Turcji, a to z tego powodu iż Imperium Osmańskie począwszy od XVIII wieku aż do swego upadku po I Wojnie Światowej, nigdy nie uznało rozbiorów Polski (w XIX wieku częstokroć podczas prezentacji korpusu dyplomatycznego, gdy już wszyscy byli gotowi do spotkania z sułtanem, nagle ogłaszano że należy jeszcze poczekać, gdyż: "Poseł z Lechistanu jeszcze nie przybył", a ponieważ Polski nie było wówczas na mapach, więc przybyć nie mógł, mimo to takie słowa i konieczność oczekiwania na kogoś, kto i tak nie przybędzie, bardzo denerwowało to Rosjan - co tym bardziej cieszyło Turków).




Józef Piłsudski w tych dniach, mówiąc o stanowisku Czech (którzy oficjalnie byli przeciwko wojnie prewencyjnej, ale realnie przygotowywali się także do tego konfliktu), na propozycję wejścia Polski do Małej Ententy (Czechosłowacja, Jugosławia, Rumunia - sojusz skierowany głównie przeciwko Węgrom), stwierdził że Polska nigdy nie wejdzie do tego układu, i to nie dlatego, abyśmy nie chcieli iść razem z tym "durniem Beneszem", ale dlatego, iż "mamy w naszej polityce pewne tradycje i sentymenty, których się nie wyrzekniemy. Na tych tradycjach opiera się nasz stosunek do Węgier i Turcji", natomiast Mała Ententa właśnie zwalczała te kraje. Konflikt polsko-niemiecki wybuchł ponownie po 14 października 1933 r. gdy Niemcy wystąpiły z Ligii Narodów (tym samym zrywając negocjacje rozbrojeniowe), co spowodowało iż Marszałek podjął się drugiej próby przekonania Paryża do wojny prewencyjnej przeciwko Hitlerowi.


"WYWALCZYLIŚMY TĘ POLSKĘ, BUDUJEMY JĄ I BĘDZIEMY JEJ BRONIĆ - ZE WSZYSTKICH SIŁ, DO OSTATKA. BO JAKA JEST, JEST ŚWIĘTA. BĘDZIEMY DLA NIEJ PRACOWAĆ I DLA NIEJ WALCZYĆ, PO ŻOŁNIERSKU JAK KAŻDY POTRAFI. TAK TO JEST NAPRAWDĘ" 


  

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH


CDN.