Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
Zapewne z młodości (lub z opowiadań rodziców ewentualnie z powtórek, które czasem pojawiają się w TV na różnych kanałach), pamiętamy trochę zabawny serial pt: "Czterej pancerni i pies"? Serial ten dla wielu pokoleń Polaków był takim zabawnym przykładem, jak to dziarsko u boku Armii Czerwonej polskie wojsko "biło Giermańców", jak to w przyjacielskiej (wręcz sielskiej) atmosferze, pomiędzy Polakami i Rosjanami układały się stosunki, wreszcie jak to nasi wschodni "sojusznicy" pomogli nam wyzwolić kraj od Niemców. Dziś wiele osób (szczególnie ze starszego pokolenia), nie tylko nie wychwytuje jawnych przekłamań czy manipulacji zawartych w scenariuszu tego serialu, ale wręcz niekiedy go idealizuje - to jest przecież częstokroć serial ich młodości, oni się wychowali na "Czterech pancernych ...", oni jako dzieci bawili się w pancerniaków, w załogę "Rudego", każdy też chciał być Jankiem Kosem, młodym chłopakiem z Gdańska (w przedziwny sposób - najprawdopodobniej teleportując się, bowiem nie jest w serialu wyjaśnione, jak się tam znalazł), którego w pierwszym odcinku od razu poznajemy jak "zamieszkuje" na Syberii. No ale mniejsza o szczegóły (kto by się tam nimi przejmował - prawda? Zresztą najważniejsze jest pozytywne przesłanie, jak to wspólnie Wojsko Polskie i Armia Czerwona biją znienawidzonych "faszystów" - to się głównie liczy).
Od razu też przypomniał mi się wierszyk, jaki jeszcze pod koniec lat 80-tych (jako 6, 7-letni chłopaczek), uczyłem się w szkole jeszcze "ludowej" Polski, a brzmiał on mniej więcej tak: "Dzień Zwycięstwa, maj zielony, białe kwitną bzy, dziadek usiadł zamyślony, wspomniał wojny dni. Jak z radziecką armią sławną, w bój na wroga szedł, działo to się tak niedawno, a zda się, że wiek. Jak miał Miszę towarzysza, co w okopach padł, można było z takim Miszą, przewędrować świat". Zdaje się że serialowy Janek Kos też miał jakiegoś tam swojego "Miszę towarzysza, co w okopach padł" (przypominam sobie taki odcinek). W ogóle było sielsko i anielsko. W pamięci pozostało mi jednak kilka szczegółów, które ów serial musiały umiejscowić w roli perfidnych, komunistycznych agitek, mających na celu przebudowanie świadomości historycznej Polaków, w pożądanym dla "polskich" komunistów (i ich przełożonych z moskiewskiej centrali), kierunku. Jednym z takich, rzucających się w oczy (choć nie przez wszystkich dostrzegalnych), przejawów manipulacji historycznej, jest moment przekraczania przez pancerniaków (w tym oczywiście przez załogę czołgu "Rudy" 102), rzeki Bug. Wówczas to Janek (a może to był Olgierd czy Gustlik, już teraz nie pamiętam), wypowiada taką formułkę: "Jesteśmy w Polsce". Przypominam, to był Bug, a on mówi że teraz są w Polsce. Ciekawe, ale Armia Czerwona przekroczyła Bug w lipcu 1944 r. zaś przedwojenne polskie granice krasnoarmiejcy przekroczyli już 4 stycznia 1944 r. czyli pół roku wcześniej, niż została wypowiedziana owa formułka. I tutaj pojawia się pytanie, skoro przekraczając rzekę Bug, znaleźli się w Polsce, to ...gdzie dotąd byli? Prawdopodobnie jeszcze w Sowietach, bowiem oficjalnie po 1945 r. wschodnia granica Polski oparta została właśnie o Bug, a całe nasze Kresy, to wszystko okazało się nagle "ziemią ruską"?
WIELE SCEN W TYM SERIALU JEST DOŚĆ ZABAWNYCH, CO POWODOWAŁO ŻE SERIAL TEN BYŁ ODBIERANY BARDZO POZYTYWNIE
JAK CHOĆBY ZMAGANIA GUSTLIKA Z ... JAJKIEM
Takich przykładów świadomej manipulacji w tym serialu jest całe mnóstwo, ale ja teraz pragnę skupić się tylko na jednym. Mianowicie na rodzinie, a szczególnie na matce Janka Kosa. Wiemy bowiem z serialu, że jego ojciec walczył we Wrześniu 1939 r. na Westerplatte (co też jest swoistym ewenementem, bowiem żołnierze i oficerowie na Westerplatte byli ... kawalerami i był to odgórnie narzucony przez dowództwo wymóg, żołnierze stacjonujący na tym odciętym od reszty kraju i skazanym na zagładę cyplu, nie mogli mieś ani żon, ani dzieci - tak było. Natomiast z serialu dowiadujemy się że ojciec Janka był żonaty i dodatkowo ... dzieciaty (bo spłodził właśnie Janka). No ale darujmy sobie ojca (choć momentami śmiać mi się chciało, gdy Janek w każdej wsi próbował szukać grobu swego ojca), mniejsza z tym, mnie chodzi bowiem o jego matkę. Kim mogła być mama Janka Kosa - oto jest pytanie. Z serialu dowiadujemy się że mieszkała w Gdańsku i zginęła we Wrześniu podczas nalotu na to miasto. Wszystko fajnie, ale tutaj znów specom od komuszej propagandy sypie się relacja, bowiem Gdańsk we Wrześniu 1939 r. był bombardowany jedynie przez ... lotnictwo polskie.
Jeden z takich nalotów miał miejsce 7 września już po kapitulacji Westerplatte. Jak można wyczytać w ciekawostkach historycznych: "O godz. 21:30 polski Lublin R-XIII G z numerem taktycznym 714 podrywa
się do kolejnego lotu. Tym razem wodnosamolot uzbrojony jest w 6 bomb
12,5 kg. Obserwator dysponuje ponadto pełnym zapasem amunicji do kaemów.
Samolot przelatuje nad Półwyspem Helskim i kieruje się na otwarte
morze. Następnie bierze kurs na Wisłoujście i od wschodu nadlatuje nad
Gdańsk, szukając miejsca, w którym zacumowany jest "Schleswig-Holstein".
Polscy lotnicy nie mogą jednak zlokalizować niemieckiego pancernika,
natomiast ich uwagę przykuwa coś zupełnie innego. W rejonie ulicy Adolf
Hitler Straße (obecnie Aleja Grunwaldzka) piloci zauważają duże skupisko
świateł. Okazuje się, że Niemcy fetują zdobycie Westerplatte. Rudzki, nie namyślając się długo, kieruje maszynę w tamtym kierunku. Nad celem obserwator zrzuca wszystkie bomby w świętujący tłum. Porucznik Juszczakiewicz wspominał później: (...) wszystkie bomby poszły w dół, wybuchając wśród ciżby rozradowanych hitlerowców.
Następnie maszyna na pełnych już obrotach wykonała ciasny skręt i
ponownie zeszła nisko nad ulicę, przechylając się na skrzydło, tak aby
obserwator miał możność otwarcia ognia z broni maszynowej. Skutki nalotu okazały się dla Niemców tragiczne. Zabici i ranni
zasłali momentalnie ulicę, dziesiątki i setki osób w szalonej panice
dusiły się i deptały w bramach domów, szukając schronienia przed
deszczem polskich kul, siekących spod klosza nieba. Atak dla Niemców
zakończył się tragicznie. Zginęło ponad 30 osób, wiele było rannych.
Polski samolot bez szwanku wyszedł spod ognia artylerii
przeciwlotniczej i o godz. 22.45 szczęśliwie wodował u brzegu Półwyspu
Helskiego".
Czy więc matka Janka Kosa zginęła pod bombami właśnie tego dnia ... fetując wraz z rozradowanym tłumem zdobycie przez Niemców polskiej składnicy na Westerplatte? To oczywiście w serialu nie zostało wyjaśnione. Niewiele osób, które oglądały ten serial w ogóle wychwyciło ten "subtelny" niuans komunistycznej propagandy, jakoby Gdańsk miał być we Wrześniu bombardowany przez lotnictwo niemieckie. Po co oni mieli bombardować miasto, zasiedlone praktycznie w 99 % przez Niemców? No ale nie o to chodzi, ważne że zginęła pod bombami, a w latach 60-tych (gdy powstawał serial), miliony Polaków miały w pamięci potworne zniszczenia i śmierć, spowodowaną niemieckimi nalotami na polskie miasta, więc nikt nie zadawał pytań i wszyscy "łykali" to co im serwowano. Ale tak działa propaganda. Ja przyznam się szczerze, nie przepadam za tym serialem (choć oczywiście umiejscowienie go w dość zabawnej formie, także miało służyć celom: "wychowawczo-edukacyjnym" kształtującym nowy typ Polaka-bydlak, wdzięcznego Sowietom za "wyzwolenie" kraju, który wcześniej (17 września 1939 r.) wspólnie napadli i rozjechali ramię w ramię z hitlerowskimi Niemcami, wywieźli na Syberię setki tysięcy Polaków z Kresów, zamordowali ponad 22 tys. żołnierzy i oficerów w Katyniu oraz kilka tysięcy w innych miejscach sowieckiej kaźni. A po tzw.: "wyzwoleniu" zaczęli wprowadzać nowy porządek, mordując teraz tych, którzy dotąd bohatersko walczyli z Niemcami i to zarówno w regularnej armii jak i w konspiracji. Ot cała historia "Miszy towarzysza co w okopach padł", ponownie zniewalając nasz kraj.
Dzień Zwycięstwa,
maj zielony, białe kwitną bzy,
dziadek usiadł zamyślony,
wspomniał wojny dni. Jak z radziecką armią sławną,
w bój na wroga szedł,
działo to się tak niedawno,
a zda się, że wiek.
Dzień Zwycięstwa,
maj zielony, białe kwitną bzy,
dziadek usiadł zamyślony,
wspomniał wojny dni. Jak z radziecką armią sławną,
w bój na wroga szedł,
działo to się tak niedawno,
a zda się, że wiek.
W
tym temacie pragnę zaprezentować wspomnienia ludzi, którzy przeżyli
wojenne piekło i którzy na własne oczy widzieli tragedie i okropności
czasów wojny, okupacji i niesamowitego wręcz zezwierzęcenia ludzi,
którzy potrafili zmienić się w katów. Takim czasem bez wątpienia była
niemiecko-sowiecka inwazja na Polskę (oraz późniejsze wydarzenia lat II
Wojny Światowej). 1 września 1939 r. było niczym otwarcie piekielnych czeluści, lecz wkroczenie Sowietów 17 września,
to już była całkowita katastrofa nie tylko militarna i polityczna, lecz
także obyczajowa, kulturowa, cywilizacyjna i mentalna, tak że określenie "Piekło weszło do Raju", pasuje w tym momencie w całej rozciągłości. Nie ja jednak jestem autorem tej frazy, zaczerpnąłem ją z książki pana Bogdana
Loeba, opisującej wkroczenie krasnoarmiejców na wschodnie ziemie II
Rzeczypospolitej.
Poniżej chciałbym zaprezentować autentyczne ludzkie przeżycia,
zapiski pamiętnikarskie i opowiadania ludzi którzy przeżyli i
doświadczyli na własnej skórze wejście owego "Piekła". Co jakiś czas
postaram się dokładać kolejne opowiadania, choć nie mam ich zbyt wiele.
Na początek chciałbym przedstawić wojenne losy pani Wandy
Niemczyckiej Babel, urodzonej w 1922 r. we Lwowie. Z tego opowiadania,
dowiemy się jak wyglądała okupacyjna lwowska codzienność i ile ludzie
musieli znieść, by przetrwać. Pani Wanda zmarła w 2007 r.
Z PAMIĘTNIKA
WANDY NIEMCZYCKIEJ BABEL
Cz. II
POCZĄTEK APOKALIPSY
(1 WRZESIEŃ 1939 - AGRESJA NIEMIECKA)
Był
rok 1939, rok, w którym kończyłam lat 17, rok rozpoczęcia przeze mnie
nauki w ostatniej, maturalnej już klasie, mającej się rozpocząć na
będącej już w naszym posiadaniu parceli budowy własnego, wymarzonego
domu. Już
w pierwszej połowie tego roku poczułam się bardzo dorosła, ponieważ,
udzielając korepetycji na polecenie s. Reginaldy, naszej świetnej
nauczycielki, romanistki, młodszej ode mnie mającej kolosalne kłopoty z
językiem francuskim, koleżance, zarobiłam po raz pierwszy w życiu 20
złotych. Było to powodem mojej wielkiej dumy i przyjemności, gdyż
rodzice pozwolili mi całą sumę wydać zgodnie z moimi pragnieniami, a
była to, jak na tamte czasy, suma całkiem spora. Kupiłam więc
samodzielnie kapelusz, którego nigdy dotąd nie miałam, a wydawał mi się
on symbolem pasowania mnie na "dorosłą", oraz parę letnich sandałków na "słupku", nie licząc drobnych upominków dla całej rodziny. Kapelusz był z
granatowego filcu i miał długie sterczące pionowo piórko, sandałki
natomiast, wprawdzie płócienne, również granatowe, miały bardzo modny
fason.
Już
chyba od wiosny owego roku znaleźliśmy się wszyscy w kręgu
nadciągających czarnych chmur zapowiadających wojenną burzę, czy może
nawet nawałnicę, ale na dobrą sprawę my młodzi nie bardzo poważnie to
traktowaliśmy, nie wyobrażając sobie, by cokolwiek w naszym życiu mogło
ulec zmianie. Wojna była dla nas wówczas pojęciem abstrakcyjnym,
przybranym co najwyżej w mundury naszych dzielnych żołnierzy, którzy
szybko mieli poradzić sobie z wrogiem dzięki naszemu świetnie
wyposażonemu wojsku, niezwyciężonym czołgom, bojowym samolotom i
wspaniałej nowoczesnej flocie. Powrót
z bardzo udanych wakacji na kilka dni przed końcem sierpnia wprawdzie w
gorączkowych warunkach odczuwalnych w czasie podróży koleją, jeszcze
ciągle zawierał w sobie te same elementy co wszystkie dotychczasowe
powroty. Sierpniowe słońce jeszcze hojniej niż zwykle o tej porze
wylewało rozżarzone potoki bursztynowej lawy swego wnętrza. My,
wykorzystując ostatnie dni swobody, każdego dnia pędziłyśmy na Żelazną
Wodę, gdzie szukałyśmy ochłody i zabawy na tamtejszym kąpielisku wraz z
grupą zaprzyjaźnionej młodzieży, nie bardzo nawet zdając sobie sprawę z
jakim trudem w tym czasie nasza Matka zdobywała jakieś worki mąki,
cukru, ziemniaków czy buraków i różnych kasz.
Mimo
od miesięcy przenikających do społeczeństwa ostrzeżeń, przewidywań oraz
coraz bardziej alarmistycznie brzmiących zapowiedzi, mimo pracowicie
naklejanych na szyby okienne taśm papierowych i przygotowywanych
czarnych zasłon czy rolet zaciemniających okna i balkony – poranek 1.IX.1939 był szokiem, czymś w rodzaju trzęsienia ziemi, po której dotąd
stąpało się pewnie, a teraz ona rozstąpiła się pod naszymi krokami.Może
dlatego wszystko co dziać się zaczęło od tego dnia i przez pierwsze
miesiące wojny nie ułożyło się w mojej pamięci osoby wrażliwej, o
wybujałej wyobraźni, jasno i chronologicznie. Wyławiam z niej teraz
tylko poszczególne, powyrywane obrazy i drobne wydarzenia, nie zawsze
ułożone zgodnie z przebiegiem scenerii wojny.
Pierwsze
bombardowania Lwowa rozpoczęte bardzo intensywnym nalotem na Dworzec
Główny i powodującym pierwsze bardzo znaczne ofiary i zniszczenia, a
zwłaszcza to osobiście przeżyte w Akademii Weterynaryjnej, o którym
pisałam w moim wspomnieniu zatytułowanym Ogród - doprowadzały mnie do
wręcz panicznego lęku przy każdej radiowej zapowiedzi "uwaga, uwaga,
nadchodzi...", przy każdym ryku syren, a potem złowieszczym pomruku
zbliżających się samolotów. Moje odczucia strachu potęgowała jeszcze
obecność rozmieszczonych dział przeciwlotniczych na bardzo bliskim
naszego domu najwyższym wzniesieniu Góry św. Jacka. Jeśli one zaczynały
swoje groźne "bicie" to znaczyło, że samoloty przelatywały gdzieś nad
naszymi głowami. I tu wyłania i się wspomnienie - migawka mojej dzielnej
siostry, która w jednym z pierwszych dni wojny wymknęła się z domu, aby
poopalać się na Górkach. Pokusa bowiem była wielka, słońce paliło, a
niebo mamiło swoim nieskalanym błękitem. Kiedy pierwsze działa
rozpoczęły swoją charakterystyczną kanonadę, ja podwójnie trzęsłam się
ze strachu, myśląc o niej. I nagle z potwornym szlochem, straszliwie
zadyszana wpadła do domu ona i dopiero po dłuższej chwili zdołała
opowiedzieć jak bardzo się przestraszyła, kiedy wysoko nad swoją głową
zobaczyła lecący szerokim łukiem ku ziemi palący się jaskrawym
płomieniem samolot. Zdawało się jej, że roztrzaska się w miejscu, w
którym ona leżała.
Ta
pokusa wyrwania się z nagle narzuconej nam groźnej i ponurej
rzeczywistości była tak silna, że któregoś popołudnia, korzystając z
nieobecności Rodziców, wyrwałyśmy się z Hanką do położonego przy ulicy
Zielonej, o sto metrów od naszego domu malutkiego kina "Bajka". Jeszcze
ciągle było czynne i wyświetlało wielkie przeboje Hollywood. Kino było
prawie puste, więc rozsiadłyśmy się wygodnie, rozkoszując się zupełnym
odosobnieniem od świata zewnętrznego i tym co działo się na ekranie. Te
rozkosze przeżywania nierzeczywistości w otaczającej nas rzeczywistości
opłaciłyśmy bardzo boleśnie prawdziwymi wyrzutami sumienia. Gdy
wróciłyśmy bowiem do domu i stanęłyśmy przed groźnym tym razem obliczem
Tatusia, ostro indagowane o swą nieobecność, dowiedziałyśmy się, że w
czasie gdy my beztrosko zabawiałyśmy się, bohaterskie Westerplatte padło po dramatycznych dniach obrony. To było straszne i uderzyło w nas
bardzo mocno. Nasza małość przytłoczyła nas niewypowiedzianym ciężarem.
W
tej dziwnej, krótkiej uwerturze czasu oddzielającej nas od tego
wszystkiego dobrze znanego, bezpiecznego i kochanego, wiodącej ku nowej,
przeraźliwie pustej w swoim nienazwaniu czym będzie - rzeczywistości,
jawią mi się oderwane obrazy naszego życia codziennego. A więc nasze
wolontariaty - Hanki i mój, w szpitalach przepełnionych rannymi, Hanki w
klinice chirurgicznej przy ulicy Pijarów, mój w szpitalu czy też
sanatorium przy ulicy Kurkowej. Jak się tam dostałyśmy nie pamiętam.
Pamiętam tylko gładkość mego wykrochmalonego białego fartucha, posłuszne
wykonywanie poleceń lekarza lub pielęgniarki czynności, które dawniej
mogłyby mnie przyprawić o omdlenie. Pamiętam ostrą pochyłość ulicy
Kurkowej, po której zbiegałam po odbytym dyżurze, od czasu do czasu
wpadając do jakiejś bramy gdy usłyszałam alarm, czy odgłos strzelaniny.
Ale dominującym wspomnieniem tych dni pozostało wspomnienie cierpienia
tych leżących w szpitalu, z którym zetknęłam się po raz pierwszy w swym
życiu tak namacalnie. Pamiętam
szorstkość materaca ułożonego na żelaznym łóżku zniesionym przez nas do
położonej w suterynie naszego domu pustej stołówki studenckiej (piwnicy
w naszym domu nie było) i coraz częstsze spędzanie na nim, na zmianę,
po dwie osoby, godzin nocnych w okresie kiedy Niemcy zbliżali się już do
rogatek miasta i toczyła się zacięta obrona Lwowa. Pamiętam
tego młodego kanoniera (?) z obsady artylerii przeciwlotniczej
ulokowanej koło nas, który wpadał do naszej suteryny przynosząc
najnowsze wiadomości frontowe. Miał w sobie tyle zawadiackiej odwagi i
optymizmu, obiecywał, że gdy przyjdzie to najgorsze i oni będą musieli
się wycofać - przyjdzie nas powiadomić. Nigdy po tej obietnicy już nie
przyszedł, a mnie przez szereg dni dręczyło pytanie - co się z nim
stało?..
I
wreszcie ten straszny dzień jak z ponurej farsy historycznej. Wychodząc
na chwilę z domu, tuż za zakrętem spostrzegłam zbliżającą się od górnej
Zielonej dziwną kolumnę. Instynktownie cofnęłam się, chroniąc się w
cień drzewa i patrzyłam. Ulica była prawie pusta. Szli dziwnie
niewojskowym krokiem, czasem powłócząc nogami. W pierwszej chwili
wzięłam ich za jakąś gromadę obdartusów, może wypuszczonych więźniów?
Ale oni wszyscy, - a było ich może stu, a może dwustu? Mieli jednakowe
czapki na głowach, z małym daszkiem i komicznym w tym całym groźnym
obrazie ostro sterczącym ze szczytu głowy jakby rogiem czy kolcem. Ich
wojskowe płaszcze były często zabłocone, szare, często bez guzików, a
tylko przepasane zwykłym sznurkiem. Najdziwniejsze były buty, które nic z
butami wojskowymi nie miały wspólnego, niektóre, podobnie jak płaszcze
przewiązane sznurkami, a jeden z idących miał tylko onuce. W rękach
trzymali karabiny z nasadzonymi na nie bagnetami. A najbardziej
przeraziły mnie ich twarze o małych, skośnych oczkach, ostro wystających
kościach policzkowych, twarze kałmuckie, twarze Azjatów, jakich na żywo
jeszcze nie widziałam. Szli w zupełnym milczeniu. I nagle zwróciła moją
uwagę czerwona gwiazda na czapce najbliżej przechodzącego. Tak, to byli
oni...
Joseph Goebbels był geniuszem propagandy. Dokładnie wiedział, że jeśli najbardziej niedorzeczne kłamstwo, będzie powtarzać się ludziom do znudzenia, to wreszcie (chcąc, nie chcąc), uwierzą w to, że może ono być prawdziwe. No bo skoro tak mówią, to coś musi być na rzeczy. Ludzie żyją z dnia na dzień i większość z nich ma to gdzieś, jak bardzo są manipulowani i okłamywani przez władze, media, a nawet ... kulturę (mity kulturowe które stają się prawdą, też są elementem manipulacji Ludzkości). Jak bardzo zafałszowana jest historia, to nawet trudno wyrazić słowami - uczymy się mitów i jawnych zmyśleń, które potem (odpowiednio "mobilizowani" - głównie finansowo), archeolodzy, historycy i naukowcy, sprzedają nam jako naukową prawdę historyczną. Ile jest mitów, które uważamy za "objawione prawdy historyczne"? Trudno nawet zliczyć, choć ... może zajmijmy się na początku kilkoma z nich (które na tę chwilę najbardziej utkwiły mi w pamięci).
MANIPULACJA nr. 1
NERON
Jedna z najbardziej łopatologicznych, ale jednocześnie skutecznych efektów zastosowania propagandy historycznej, którą zastąpiono ludziom prawdziwą wiedzę. Kim był rzymski cesarz Lucjusz Domicjusz Ahenobarbus (od czasu adopcji przez cesarza Klaudiusza, zwany również Neronem Klaudiuszem Cezarem Druzusem Germanikusem - a potocznie po prostu Neronem). Tę postać znamy dość dobrze, gdyż zarówno książki (wielka tu rola "Quo Vadis"- Henryka Sienkiewicza), jak i kultura masowa, dobitnie utwierdza nam obraz wielkiego okrutnika, mordercy, podpalacza Rzymu (który kazał podpalić, aby odśpiewać hymn o spaleniu Troi) i tego, który bojąc się konsekwencji swego postępku, wydaje na pastwę wzburzonych Rzymian - chrześcijan, zamęczonych potem na arenie Cyrku Wielkiego i innych tego typu budowli. Doprawdy, można by spytać - a kogóż obchodzi Neron? Kogo interesuje czy podpalił Rzym, czy nie, czy był wielkim okrutnikiem i mordercą, czy może nim nie był? Mamy przecież swoje życie i swoje sprawy - prawda? Tylko że z prawdą historyczną, jest podobnie jak z powiedzeniem Edwarda Burke'a o rozprzestrzenianiu się zła - "dla triumfu zła potrzeba tylko aby dobrzy ludzie nic nie robili".
I tak samo jest w tym przypadku - dla triumfu kłamstwa, potrzeba tylko, aby ludzie je zbagatelizowali, uznając za nieistotne i nieaktualne dla życia ich i ich dzieci. A jaka jest prawda o Neronie? Bez wątpienia był on człowiekiem dość nerwowym, może nawet o skłonnościach sadystycznych (miał rozkazać zamordować matkę - Agrypinę Młodszą, miał kopnąć w brzuch swą ciężarną żonę - Poppeę Sabinę, co spowodowało poronienie i śmierć kobiety, wydawał też liczne wyroki śmierci na senatorów, członków nobilitas i ekwitów), ale o prawdziwym Neronie mówią nam nie tylko informacje, zawarte w księgach starożytnych autorów (którzy w większości wywodzący się ze stanu szlacheckiego, nie darzyli go zbytnią sympatią), ale przede wszystkim relacje, opinie i wydarzenia zwykłych ludzi (którzy oczywiście nie pozostawili po sobie żadnych informacji pisanych) - jak więc je odgadnąć? Systematycznie nam się wmawia (kłamstwo powtarzane tysiąc razy - staje się prawdą), że Neron był powszechnie znienawidzony przez współobywateli po podpaleniu Rzymu, zaś wcześniej uważano go za kogoś w rodzaju błazna, brzdąkającego na kitarze lub lirze i wyśpiewującego jakieś piosneczki (bez wątpienia, ten obraz też zapewne jest prawdziwy, tylko że w pierwszym przypadku dotyczył on chrześcijan, zaś w drugim klasy posiadające - nobilitas i ekwitów, których przedstawiciele uważali takie zachowania za niegodne męża stanu, polityka i cesarza).
Ale lud, zwykły lud, czy kierował się tymi samymi przesłankami, czy naprawdę nienawidził Nerona? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta i każdemu inteligentnemu człowiekowi, od razu zapali się światełko w głowie, gdy poczyta o pladze uzurpatorów, jaka zapanowała w Imperium Rzymskim po śmierci Nerona w czerwcu 68 r. Nie byłoby to nić dziwnego (uzurpatorzy, którzy ogłaszali się cesarzami, są nieodłącznym pejzażem prawie każdej dekady okresu rzymskiego cesarstwa), gdyby nie fakt, że owi uzurpatorzy, podawali się za ... cudownie ocalonego cesarza Nerona. No jak to? Neron przecież po podpaleniu Rzymu był powszechnie znienawidzoną personą, jak więc jest możliwe, aby ktokolwiek o zdrowych zmysłach podawał się za osobę, która zapisała się tak złą sławą w pamięci Rzymian? A może ... a może było zupełnie na odwrót, plaga pojawiających się w różnych częściach Imperium - "Neronów" (żaden cesarz przed ani po Neronie, nie zanotował takiej liczby uzurpatorów, którzy podawali się za ... cudownie ocalonych), była spowodowana właśnie tym, że cesarz Neron był ... powszechnie kochanym, umiłowanym władcą przez zwykłych Rzymian. To jedynie chrześcijanie i nobilitas, mogli mieć do niego jakieś żale, a ponieważ od IV wieku chrześcijaństwo zyskuje dominującą pozycję, zmienia się podejście do "antychrześcijańskich władców". No cóż historię zawsze piszą zwycięzcy, szkoda że z reguły odbija się to na prawdzie historycznej (nie mówiąc już o tym, że Neron wcale nie podpalił Rzymu, to również element propagandy chrześcijańskiej z późniejszego okresu).
MANIPULACJA nr. 2
PONCJUSZ PIŁAT
To kolejny przykład manipulacji, tym perfidniejszej, że podbudowanej przekazem religijnym i zaciemnionej odległością czasową i często językową. Jak bowiem Biblia przedstawia nam postać Poncjusza Piłata, rzymskiego prefekta prowincji Judei w latach 26 - 36? Jako na wpół filozofa, który roztrząsa moralny aspekt cierpienia człowieka, u którego nie dostrzega żadnej winy, ale zmuszony jest skazać go na śmierć, ponieważ tego żądają zwykli Żydzi i cały Sanhedryn. Piłat, człowiek o dość miłej posturze, przyjazny Żydom i ich kulturze, rozsądny mąż stanu, który daje się przekonać do innych racji, poprzez rozsądną konwersację itd. itp. Jak już mówiłem, człowieka którego nie interesuje prawda (w tym przede wszystkim prawda historyczna), niewiele te kwestie interesują i z reguły "łyka" on wszystko jak mu powiedzą. Zresztą postać Piłata na łamach Biblii jest naprawdę sympatyczna, ten człowiek daje się lubić i to pomimo tego, że skazuje na śmierć Jezusa Chrystusa.
A jak było naprawdę - zapytamy? Postać Piłata, jaka wyłania się z tekstów Józefa Flawiusza i Filona z Aleksandrii, wręcz przeraża. To nie jest żaden tam filozof u władzy, żaden inteligentny moralista, to po prostu bydlak, który upaja się cierpieniem wciąż nowych ludzi (Żydów). Ten człowiek wystawia prawdziwy las krzyży, poza tym do tego stopnia nienawidził Żydów, że publicznie kpił z ich wiary (nie było mowy o żadnym - zmyślonym - uwalnianiu jednego skazańca na święto Paschy, jak w przypadku Barabasza - zresztą sama ta postać też jest zmyślona), a każdego, kto się mu sprzeciwił, skazywał na tortury i śmierć na krzyżu. To był potwór w ludzkiej skórze - zresztą najpewniej został prefektem z polecenia Sejana (wszechwładnego prefekta pretorianów) i był jego człowiekiem, który miał za zadanie zrealizować plan Sejana, doprowadzenia do wybuchu wielkiego żydowskiego powstania w Judei, które ostatecznie rozwiązałoby "kwestię żydowską" (plan ten zostanie zrealizowany dopiero w sto lat później w roku 135, po upadku drugiego powstania, zwanego Powstaniem Szymona Bar-Kochby, po którego stłumieniu zabroniono Żydom przebywać w Jerozolimie, a samo miasto całkowicie zromanizowano i nazwano Colonia Aelia Capitolina. To właśnie od tej daty rozpoczęła się wielka migracja Żydów z Palestyny i ich życie w diasporze, które potrwa aż osiemnaście wieków.
Co zaś się tyczy Piłata, to w 36 r. został on pozbawiony stanowiska i wezwany do Rzymu, przez cesarza Tyberiusza (który sam był wielkim okrutnikiem, lubieżnikiem i dewiantem seksualnym), do którego doszły informacje o poczynaniach Piłata. Jeśli ktoś taki, jak Tyberiusz odwołał swego namiestnika za "bezsensowną rzeź", to znaczy że tamten naprawdę musiał "przegiąć pałę". No ale przecież Biblia mówi nam co innego, dlaczego więc są takie rozbieżności, dlaczego chrześcijanie przedstawili krwawego oprawcę (który przecież skazał Jezusa na śmierć), w pozytywnym świetle. Gdzie jest w tym sens. No właśnie, gdzie tu logika, dlaczego upiększono postać, której upiększać w żadnym wypadku chrześcijanie nie powinni? Odpowiedź jest bardzo prosta i dotyczy okresu ok. 30-40 lat po śmierci Jezusa Chrystusa. Wówczas to jego uczniowie (i uczniowie uczniów), głosili po całej Judei "Dobrą Nowinę", nauczali o życiu i śmierci swego Mistrza, ale tak jakoś ... niewiele wskórali. Jakoś Żydzi nie garnęli się do porzucenia dotychczasowej wiary i przejścia pod sztandar nowej chrystusowej religii.
Pięknie jest to ukazane w czasie pierwszego soboru powszechnego, jaki miał miejsce w Jerozolimie w roku 49 (w szesnaście lat po ukrzyżowaniu Jezusa Chrystusa). Wiemy o nim z dwóch źródeł - z listu, jaki w latach 50-tych I wieku, napisał uczestnik tego soboru - Paweł z Tarsu do chrześcijańskich gmin w Galacji (w Azji Mniejszej), oraz z Dziejów Apostolskich, spisanych (prawdopodobnie) w latach 60-tych, 70-tych lub 80-tych I wieku, które mówią że w Antiochii powstał spór teologiczny, ponieważ "pewni ludzie" (jak podają Dzieje Apostolskie), z Jerozolimy, całkowicie wbrew naukom Pawła z Tarsu, nauczali nawróconych na chrześcijaństwo "pogan", że nie zostaną zbawieni, jeśli nie poddadzą się żydowskiemu rytuałowi obrzezania. Paweł wraz z Barnabą, zaprotestowali przeciwko takiemu nawracaniu. Zwołano więc I Sobór w Jerozolimie, aby wyjaśnić te kwestie. Tam okazało się, że duża część ugrupowania faryzeuszów (którzy teraz stali się chrześcijanami), wręcz żądała, aby każdy nowo-nawrócony poganin, nie tylko dokonał obrzezania, ale wręcz ... przestrzegał zasad Tory i Prawa Mojżeszowego. Rozpoczęła się więc dyskusja, poprzedzona prezentacją argumentów. Pierwszy głos zabrał Piotr (późniejszy św. Piotr), który poparł Pawła i Barnabę w kwestii "taryfy ulgowej" dla pogan, a następnie przemawiali Paweł i Barnaba. Na końcu głos zabrał Jakub (spokrewniony z Jezusem - najprawdopodobniej był Jego bratem), który zaproponował rozwiązanie polubowne, które głosiło że nowo-nawróceni poganie, nie muszą poddawać się obrzezaniu, lecz mają przestrzegać innych żydowskich zwyczajów, związanych z nieprzyjmowaniem określonych pokarmów w pewne dni i wstrzymywaniem się od stosunków seksualnych (też w określone dni).
Dzieje Apostolskie mówią o tym, że dzięki Jakubowi udało się osiągnąć powszechny kompromis i wszyscy z obecnych zaakceptowali jego ustalenia. Niestety, co innego wyłania się z listu Pawła z Tarsu, który był bezpośrednim uczestnikiem tego zgromadzenia. W liście do Galatów, Paweł prezentuje uczestników soboru, nie jako natchnionych przez Ducha Św. charyzmatyków, lecz jako mizerne, słabe i podatne na ciosy ludzkie persony, targane własnymi namiętnościami. Paweł ma misję, tą misją jest przekazywanie "Dobrej Nowiny" jak największej liczbie ludzi, a tymczasem jakieś nawiedzone "indywidua" z Jerozolimy, niweczył mu plan. Paweł pisze wręcz: "(Bóg) który mnie sobie obrał zanim się urodziłem i powołał przez łaskę swoją, żeby objawić mi Syna swego, abym go zwiastował między poganami". Czyli Paweł chciał prowadzić misję ewangelizacyjną wśród pogan, podobnie jak czynił to Mistrz - Jezus Chrystus, nie nakazując, ani nie stawiając barier przed przyszłymi wyznawcami, natomiast skleryczała rada soborowa, złożona z różnej masy "elementów" (jak pisze Paweł), owe zamierzenia z góry torpeduje.
PAWEŁ Z TARSU
Podobnie jak dawni faryzeusze (którzy teraz stali się chrześcijanami, ale nadal przestrzegali dawnych zasad swej religii), myślało ogromnie wielu nawróconych na chrześcijaństwo Żydów z Jerozolimy i innych miast Judei. Dlatego też Paweł (który sam pisze, że na soborze uzyskał wsparcie od "osobowości (...) cieszących się szczególnym poważaniem", wśród których byli uczniowie Jezusa Piotr i Jan oraz Jakub - brat Jezusa. Podzielono więc (na owym soborze), terytorium misyjne pomiędzy owych pięciu mężczyzn - Paweł z Barnabąmieli pójść "do pogan, a Piotr, Jan i Jakub (Jakub stał wówczas na czele chrześcijańskiego Kościoła Jerozolimskiego) "do obrzezanych". W liście Pawła z Tarsu nie ma nawet wzmianki o jakimkolwiek kompromisie, wprost przeciwnie, wręcz oskarża on Żydów, pisząc o: "fałszywych braci, którzy po kryjomu zostali wprowadzeni i potajemnie weszli, aby wyszpiegować naszą wolność, którą mamy w Chrystusie".
Jaki z tego morał i co to ma wspólnego z Poncjuszem Piłatem. Otóż moi mili, zarówno św. Piotr, jak i św. Jan bardzo szybko ponoszą całkowitą klęskę w swym dziele nawracania "obrzezanych", a Jakub zostaje (w 62 r. ) ukamienowany, strącony z wierzy jerozolimskiej i na koniec ... dobity pałką. Okazuje się że Żydzi nie są skorzy przyjmować nową religię i jednocześnie dopuszczać nierespektowanie ich dotychczasowych religijnych praw i nakazów, przez nowych "pogańskich" chrześcijan. Zatem Żydzi są straceni dla chrześcijaństwa, a nowa religia (aby istnieć), musi pozyskiwać wciąż kolejnych wiernych. Skoro Żydzi nie garną się do nauki o Chrystusie, któż pozostaje? Właśnie - poganie, tylko oni mogą dopomóc w błyskawicznym rozprzestrzenieniu się chrześcijaństwa w całym Imperium. No ale, jak przekonać pogan (w tym Rzymian), skoro będziemy głosili że ich namiestnik to był kawał drania? Przecież nikt nie lubi czytać o sobie, własnym narodzie i swoich reprezentantach w samych negatywnych barwach. Stąd należy "podrasować" postać rzymskiego namiestnika, pokazać go w lepszym świetle (nawet wymyślić zupełnie inny obraz człowieka - wszystko dla sprawy). I tak właśnie zrobiono - efekt, można przeczytać w Biblii.
MANIPULACJA nr. 3
"KAMPANIA OSIEMNASTU DNI"
I jako ostatni (gdyż już zbyt długo rozpisuję się nie w temacie), przykład manipulacji i triumfu propagandy, nad prawdą historyczną, zaprezentuję: "kampanię osiemnastu dni". To hitlerowskie powiedzenie (użyte przez Hitlera 19 września 1939 r. w Gdańsku - "Pokonaliśmy Polaków w niespełna osiemnaście dni"), miało odnosić się do ataku Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. i owym "spacerkiem", jakim przeszedł Wehrmacht podczas wojny z Polską. Natychmiast radio i prasa III Rzeszy, podchwyciła temat, delektując słuchaczy i czytelników informacjami oraz zdjęciami z pobytu Hitlera wśród niemieckich żołnierzy po zakończonej "kampanii" w Polsce, oraz obrazki z kapitulacji Warszawy, Modlina, a także z walk na Westerplatte, gdzie niemiecka propaganda "informowała" swoich obywateli o "warowni Polaków (...) naszpikowanej wszelką bronią". W rzeczywistości przez siedem dni, opór ponad 3400 żołnierzy niemieckich (wspartych przez pancernik Schleswig-Holstein i lotnictwo), stawiało 225 żołnierzy Wojska Polskiego, posiadających zaledwie 4 młodzieże, 2 działka przeciwpancerne oraz kilkanaście ckm-ów i rkm-ów. Major Henryk Sucharski (przeżywający depresję), zamierzał się poddać już drugiego dnia wojny, ale kapitan Franciszek Dąbrowski zabronił kapitulacji, grożąc nawet bronią w przypadku wydania takiego rozkazu przez Sucharskiego. W konsekwencji polska placówka na Westerplatte, broniła się od wczesnych godzin rannych 1 września do 7 września (straty niemieckie były coraz większe, dlatego też Niemcy myśleli że Westerplatte to taka Linia Maginota, potężnie ufortyfikowana i zaopatrzona w ogromne ilości broni). Skapitulowano, ponieważ brakowało już amunicji i było wielu rannych, których nie było czym operować).
"WALKA DO SAMEGO KOŃCA? A GDZIE JEST KONIEC, GDZIE JEST GRANICA?"
"GRANICA JEST TUTAJ - NA WESTERPLATTE"
"KIEDY SIĘ WYPEŁNIŁY DNI I PRZYSZŁO ZGINĄĆ LATEM, PROSTO DO NIEBA CZWÓRKAMI SZLI ŻOŁNIERZE Z WESTERPLATTE"
Tak samo było w całej Polsce, na linii frontu. Wszędzie Wojsko Polskie stawiało Niemcom silny opór, lecz po kilku lub kilkunastu dniach, musiało ustępować, cofając się na Wschód (z obawy przed okrążeniem, lub ze względu na dysproporcję w czołgach i lotnictwie (i to pomimo faktu, że polskie czołgi były lepsze i nowocześniejsze od najlepszych niemieckich Panzerkampf-ów IV, podobnie było w lotnictwie, nasze "Łosie" był w 1939 r. najnowocześniejszymi samolotami Europy, ale diabeł tkwił w ilości - Niemcy górowali pod względem ilościowym. Ale nastrój w polskim dowództwie był dość dobry, szczególnie gdy po dotarciu do linii Wisły i Sanu, impet niemieckiego blitzkriegu zaczął wyraźnie słabnąc, a wojna przybierała charakter pozycyjny (zresztą jeszcze 16 września planowano dwie wielkie kontruderzenia, pierwsze w kierunku Lwowa i Małopolski, które miało odciąć niemieckie dywizje, walczące pod miastem i zamknąć je w kotle, drugie w kierunku walczącej Warszawy, z takim samym zadaniem). Prawdziwa klęska nastąpiła jednak dopiero po 17 września, gdy od tyłu, ciosem w plecy zaatakowali nas Sowieci. Ale pomimo tego, gdy już jakakolwiek obrona stawała się zbyteczną i z góry przegraną (jako że dwa potężne mocarstwa, rzuciły swe armie przeciwko osamotnionej Polsce), walczono dalej.
Warszawa skapitulowała dopiero 28 września. Twierdza w Modlinie 29 - września, Wilno - 19 września, Lwów i Grodno - 22 września, a Hel - 2 października. Pomimo tych kapitulacji, ani Wojsko Polskie, jako takie, ani też polskie władze nie podpisały kapitulacji całego kraju - walczono więc dalej. 5 września pod Kockiem, Samodzielna Grupa Operacyjna "Polesie" gen. Franciszka Kleeberga (18 000 ludzi), odniosła zwycięstwo nad XIV Korpusem Zmotoryzowanym (30 000 ludzi), jednak ze względu na dramatyczną sytuację militarną całego kraju, dnia następnego gen. Kleeberg (po wygłoszeniu mowy do żołnierzy), poddał się pokonanym przez siebie Niemcom. Ale walczono dalej. Major Henryk Dobrzański ps. "Hubal, ze 110 pułku ułanów, stworzył "Oddział Wydzielony Wojska Polskiego", który walczył z Niemcami na Kielecczyźnie aż do czerwca 1940 r. Poza tym istniała inna forma oporu - Polskie Państwo Podziemne, unikatowy w dziejach świat twór, który posiadał swoje siły zbrojne - Armia Krajowa, sądy, szkolnictwo, administrację - wszystko realnie działające w ramach okupacyjnej niemieckiej, zbrodniczej rzeczywistości. Armia Krajowa doprowadziła do wybuchu powstania w Warszawie - 1 sierpnia 1944 r. które trwało do 2 października i skończyło się zniszczeniem przez Niemców całej Warszawy (przedwojennego "Paryża Północy") i wysiedleniem mieszkańców do obozów.
MAJOR "HUBAL"
Polacy walczyli więc niepodzielnie od 1 września 1939 r. do 8 maja 1945 r. A niemieckie władze okupacyjne musiały niejednokrotnie mieć się na baczności, gdyż w biały dzień wykonywano na polskich ulicach (szczególnie w Warszawie), wyroki śmierci na najbardziej zajadłych nazistowskich zbrodniarzy, mających na swych rękach krew niewinnych ludzi. Stosowano też i inne formy "przypominania" o oporze, jak golenie głów kobietom (Polkom), które zawierały związki z Niemcami, malowanie znaków Polski Walczącej, akcje dywersyjne, wysadzanie pociągów wypełnionych niemieckimi żołnierzami lub ronią dla frontu wschodniego i wiele innych. Polska wystawiła czwartą co do wielkości armię w koalicji antyhitlerowskiej (po ZSRS, USA i Wlk. Brytanii). Tak więc określenie "Kampania osiemnastu dni", miało służyć jedynie podbudowaniu niemieckiego spokoju, które każdego dnia mącone było przez dywersyjne działania Armii Krajowej i innych polskich organizacji podziemnych.
"ZŁÓŻCIE BROŃ POLACY"
"MYŚLISZ ŻE TO ZROBIMY? - NIGDY SIĘ NIE PODDAMY!"
W KOLEJNYM POŚCIE WRACAM JUŻ DO OPISYWANEGO TEMATU!