Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DEPOPULACJA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DEPOPULACJA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 maja 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. V

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ




 

OBŁĘD - PARANOJA - IDIOTYZM?

NIE, TO "TYLKO" CZYSTY MARKSIZM


  
"Jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może przynajmniej zakażemy jeżdżenia samochodem, w których nie ma przynajmniej dwóch osób. (...) Koronawirus na chwilę zatrzymał ten trend, a jednak presja, aby gospodarka mogła działać jak wcześniej, jest na tyle duża, że jesteśmy gotowi ryzykować życie ludzi. (...) Przejście na dietę wegańską może zmniejszyć nasze osobiste emisje o ponad tonę CO2 rocznie, a jeśli dodamy do tego redukcję ilości spożywanych słodkości i alkoholu plus kupowanie lokalnych produktów, to możemy dzięki temu osiągnąć 1,5 tony emitowanych gazów mniej. (...) Musimy też zmienić sposób, w jaki mieszkamy. (...) Dlatego poprzeć należy postulat Akcji Socjalistycznej, aby wprowadzić zakaz posiadania więcej niż jednego mieszkania, a docelowo może nawet znieść własność prywatną powyżej 15 metrów kwadratowych mieszkania na osobę. Co jeszcze możemy zrobić? (...) w bliskiej przyszłości ciepłe prysznice powinny przysługiwać nam nie częściej niż raz w tygodniu, a ciepłe kąpiele ewentualnie raz w miesiącu. (...) Gdybyśmy wszyscy przerzucili się na transport publiczny i niesamochodowy, moglibyśmy zredukować nasze osobiste emisje o ponad 1,5 tony CO2 rocznie. Niestety z raportu wynika, że nie ma nic gorszego dla klimatu niż przejazdy prywatnymi samochodami, więc docelowo należałoby je praktycznie zlikwidować. (...) Prawdę mówiąc, nieustająco mnie dziwi, że w czteroosobowych samochodach jeżdżących po mieście przeważnie siedzi tylko kierowca. Jest to absurdalne marnotrawstwo i zbrodnia, więc jeśli propozycja zniesienia prywatnej własności samochodów wydaje się na razie zbyt radykalna, to może chociaż zakażemy jeżdżenia samochodom, w których nie ma przynajmniej dwóch osób. (...) do roku 2030, należałoby zasadniczo ograniczyć również ruch turystyczny. (...) Ewidentnie wiemy, że musimy coś zmienić, ale potrzebujemy jakiegoś impulsu. Dlatego czas na odpowiednie ustawy. Weganizm sam się nie wprowadzi, mieszkania same nie zmniejszą, a kierowcy nie zaczną zabierać autostopowiczów, jeśli nie będą mieli ku temu odpowiedniego impulsu. Najwyraźniej zagłada ludzkiej cywilizacji to zbyt słaba motywacja dla większości z nas, więc czas na odpowiednie mandaty. Sanepid już wie, jak to robić, teraz czas na kary administracyjne nakładane przez Ministerstwo Klimatu".

Autorem tego "planu", opublikowanego na stronie Krytyki Politycznej, jest gostek o imieniu... Jaś Kapela i to w zasadzie byłoby na tyle. Muszę się bowiem do czegoś przyznać - od pewnego czasu mam poważny problem - a mianowicie nie jestem w stanie słuchać wszelkich tego typu wypocin, które na pierwszy rzut oka są podyktowane skrajnym, ideologicznie nastawionym, wyciągniętym z wnętrza umysłowej spierdoliny przekazem o jawnie ideologicznej konotacji. Bowiem to, co "spłodził" Jaś Kapela trudno jest nawet w jakikolwiek logiczny i spokojny sposób komentować. To, co tam znajduje się w tekście, świadczy o dwóch możliwych ewentualnościach, które to stały się "weną twórczą" autora. Ewentualność pierwsza mówi o postępującej psychozie i poważnych zaburzeniach psychicznych, które niestety ogromna większość ludzi traktuje dziś zupełnie naturalnie. Natomiast ewentualność druga, przybliża nas do sedna sprawy - czyli do tak uwielbianego przez rzesze otępiałej hołoty (szczególnie na "postępowym" Zachodzie) - marksizmu, który tak naprawdę od chwili swego powstania (oficjalnie od 1848 r., choć ciekawe są również prace Marksa z lat 1844-1845), trwa nieprzerwanie aż po dzień dzisiejszy. Marksizm nigdy się nie skończył i nigdy nie upadł, natomiast niczym jakiejś obce ciało, zachował przedziwną umiejętność metamorfozy, dzięki której zdołał przekonać społeczeństwa do swej "nowości". Marksizmów bowiem było mnóstwo, tyle tylko że każdy z nich prowadził do tego samego (zapowiedzianego przez Marksa w Manifeście Komunistycznym) celu - czyli do powszechnej tyranii i zamordyzmu. Cel jest wspólny, choć drogi doń wiodące mogą prowadzić przez różne bezdroża i tak właśnie powstał: marksizm socjalistyczny, marksizm leninowsko-trockistowski, marksizm stalinowski, marksizm postalinowski, marksizm nowej lewicy, marksizm antykulturowy i współczesny eurokomunizm. Oczywiście to nie wszystko, bowiem dzieckiem (dzieckiem? raczej bękartem) marksizmu był również nazizm, a dziś jest nim także ideologia gender, feminizm i ideologia lgbt (można też pod to podciągnąć także skrajne ruchy rasistowskie, jak choćby lewacka organizacja: "Black Lives Matter", która - przynajmniej w teorii - miała bronić praw czarnoskórych obywateli w USA, natomiast aktywnie angażuje się we wszystkie te antykulturowe akcje, jak "walka z rodziną i patriarchatem").

Inna sprawa. Oto obecnie wyszło na jaw, że rada Miasta Stołecznego Warszawy, z budżetu (i zapewne nie tylko, gdyż jestem święcie przekonany że również Ministerstwo Kultury dało na to pieniądze), w ramach instytucji Biennale Warszawa - finansowała szkolenia skrajnie lewicowych bojówek, w ramach akcji tzw: "Społecznej Szkoły Antykapitalizmu". Na ową Biennale wydano łącznie jakieś 3 600 mln. złotych, zaś na szkoleniach "Społecznej Szkoły Antykapitalizmu" podejmowano takie tematy jak: "Własność prywatna to kradzież. Własność wspólna to bogactwo" oraz szkolenia z "taktyk miejskich", "techniki działania grupowego", "gimnastyki". I proszę powiedzcie mi, jak ja mam to skomentować, bowiem doprawdy brakuje mi już słów, które byłby powszechnie dopuszczalne i akceptowalne (w kręgu ludzi cywilizowanych), abym mógł opisać to, co się wyprawia w polityce, w kulturze, w mediach. Tutaj mamy jasny przykład przeprowadzania szkoleń takich samych bojówek, jakie wzięły udział w owej "Rewolcie 1968 r." we Francji i w Niemczech, gdzie po ulicach Paryża biegał "Czerwony Danny" czyli Daniel Cohn-Bendit (poseł do Parlamentu Europejskiego) i organizował taktykę walki przeciwko policji, a to samo w Niemczech robił wówczas Joschka Fischer ("Człowiek Roku" Gazety Wyborczej z 2002 r. - na cześć którego laudację wygłosił sam Włodzimierz Cimoszewicz - syn  komunistycznego zbrodniarza. Jakże to urocze - prawda?). Takie same bojówki z Niemiec (Antifa), przyjechały do Polski 11 listopada 2011 r. w Święto Niepodległości, i zaatakowały grupę rekonstrukcyjną z czasów Księstwa Warszawskiego (ludzie ci byli przebrani w mundury z epoki, zatem dla lewaków automatycznie stali się faszystami), jednak w starciu z ochroną i uczestnikami Marszu Niepodległości, bardzo szybko uciekli i schronili się w budynku... Kretyniki Krytyki Politycznej. Dziś zaś podobne bojówki są finansowane z pieniędzy mieszkańców Warszawy, z budżetu miasta na którego czele stoi prezydent Czaskoski Trzaskowski - polityczny cwaniaczek, przypominający bardziej wyrośnięte dziecko.




Zastanawiam się kiedy wreszcie ludzie przejrzą na oczy i przestaną żyć w świecie mitów, które z uporem maniaka wciąż powtarzają zlewaczone media? Gdzie jest TVP? Czym się zajmuje, skoro pod nosem ma temat-bombę, która to odpowiednio odpalona mogłaby spowodować zalanie pana "Czaskoskiego" hektolitrami takiego gó...a, że przy tym utopienie Warszawy w pomyjach "Czajki" - to błahostka. Czym zatem zajmuje się TVP? Otóż TVP zajmuje się zbieraniem podpisów przez zwolenników (czy też aktywistów) Platformy Obywatelskiej, na korzyść pana "Czaskoskiego" i puszcza ten jeden materiał non stop, aż do znudzenia (i wku...a wielu ludzi - w tym mnie osobiście). Oczywiście ja doskonale rozumiem że póki nie została ogłoszona data wyborów prezydenckich i nawet nie zarejestrowano sztabu wyborczego pana "Czaskoskiego", zbieranie takich podpisów podpada pod wykroczenie, ale doprawdy trzeba być poważnie ograniczonym umysłowo, aby nie zdawać sobie sprawy że problem zbierania podpisów wyborczych, to najmniejszy z możliwych problemów prezydenta Warszawy. Powiem więcej, ja w ogóle podejrzewam że podpisy dawno już zostały zebrane, albo zostaną błyskawicznie "dozbierane" w przeciągu kilku dni, od wyznaczenia daty wyborów prezydenckich, gdyż zdobycie takich podpisów dla partii politycznej, doprawdy nie stanowi żadnego większego problemu (zresztą podpisami ponoć też skutecznie się handluje), więc nie widzę powodu, aby powtarzać non stop jedno i to samo do znudzenia. Czy naprawdę w TVP siedzą same ćwierć-mózgi (tak jak w radiowej "Trójce"?), czy nikt tam nie myśli, nikt tam nie ma "cohones"? Budżet miasta Warszawy finansuje lewackie organizacje terrorystyczne (zresztą nie tylko, bowiem gigantyczne pieniądze płyną również do fundacji Jolanty Lange, wcześniej Jolanty Gontarczyk - córki Juliana Lange volksdeutscha który w czasie II Wojny Światowej walczył w Wehrmachcie, a po klęsce Hitlera stał się... funkcjonariuszem komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa. Ona sama zaś - wraz z mężem - także była tajną współpracowniczką bezpieki o kryptonimie "Panna" i inwigilowała a przy tym doprowadziła do śmierci - bezpośrednio lub pośrednio - księdza Franciszka Blachnickiego - który swoje nawrócenie przeżył, siedząc w celi śmierci hitlerowskiego więzienia), a oni nic z tym nie robią, nie informują o tym ludzi zaś Ministerstwo Kultury z Glińskim na czele takie "artystyczne" przedsięwzięcia, jak "Społeczna Szkoła Antykapitalizmu" - współfinansuje.

Ktoś pięknie powiedział że PiS już dawno przestał przypominać "grupę rekonstrukcyjną Sanacji" (na którą ja osobiście głosowałem), a coraz częściej przybiera twarz neoendecji, a szczególnie takiej typowej technokratycznej "partii władzy". Poziom serwowanych publicznie w pisowskich mediach "wiadomości", dorównał już poziomowi TVN-u czy Polsatu (czyli tzw.: mediów "totalnej opozycji", które stanowią przede wszystkim opozycję nie tyle do samego PiS-u, co do państwa polskiego), dlatego też słuchanie mediów (to samo jest np. w USA, we Francji, w Niemczech, w Wielkiej Brytanii) stanowi dziś swoistą przeprawę przez wzburzone morze fake newsów i wszelakich półprawd, które służą jedynie (w mniejszym lub większym stopniu) partyjnym lub ideologicznym rozgrywkom. A problem jest poważny, gdyż ideologia marksistowska wcale nie umarła. Upadek komunizmu (jaki upadek - Czarzasty wyjaśnił dobitnie jak wyglądał ten "upadek" - na zasadzie dogadania się i podzielenia władzą), był co prawda do pewnego stopnia wstrząsem dla zachodnich marksistów, ale nie aż takim aby mógł w jakikolwiek sposób zagrozić fundamentom samej ideologii. A wręcz przeciwnie - Związek Sowiecki i cały ten komunizm Bloku Wschodniego, po 1956 r. i referacie Chruszczowa, wygłoszonym z XX Zjeździe Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, w którym ten piętnował epokę "błędów i wypaczeń" Stalina, uznając stalinizm winnym całego komunistycznego zła (co oczywiście było nieprawdą, stalinizm był bowiem jedynie pewną mutacją marksizmu i nie on sam w sobie był zamordystycznym systemem totalnej inwigilacji i zbiorowych mogił, ale był nim marksizm jako taki, którego stalinizm był jedynie niewielką częścią), stał się wręcz zdrajcą całej idei komunizmu w rozumieniu marksistów Zachodu. Europejska lewica, europejscy marksiści - którzy żyli w zupełnie innej społeczno-politycznej rzeczywistości niż ci wszyscy, którzy bezpośrednio doświadczyli "uroków" komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej - uznali że Chruszczow zdradził ideały komunizmu i że Związek Sowiecki zboczył z kursu zbudowania jednego, globalnego systemu komunistycznego. Dlatego też przerzucili swoje zainteresowanie na maoistowskie Chiny, które odtąd stały się dla nich wzorem w urzeczywistnieniu chorej wizji Karola Marksa (np. Rewolucja Kulturowa w Chinach, która pochłonęła miliony ofiar - stała się wykładnią dla podobnej rewolucji kulturowej w Europie i USA). Upadek komunizmu w Związku Sowieckim i Europie Środkowo-Wschodniej obchodził marksistów zachodnich tylko o tyle, że obawiali się oni iż w krajach doświadczonych bezpośrednio przez komunizm, może nie udać się próba zaaplikowania marksizmu kulturowego (choć obawy te nie były powszechne i ostatecznie uznano, iż uda się je przezwyciężyć po rozszerzeniu Unii Europejskiej o nowe kraje z Europy Środkowej w 2004 r. Potem jednak okazało się, że nie doceniono pewnych form oporu tamtych społeczeństw przed aplikacją zmian kulturowych i je kompletnie zbagatelizowano). Dziś idea Marksa została bezpośrednio sprzęgnięta z ideą Unii Europejskiej i scentralizowanego "państwa europejskiego" - które stanowi cel współczesnych unijnych elit.

I teraz pytanie moje brzmi - jak należy się przed tym bronić? A że należy się bronić i to w sposób zdecydowany i ofensywny, a nie defensywny, gdyż oto mamy do czynienia z wojną i to wojną totalną, która coraz częściej zaczyna wkradać się do naszego prywatnego życia i życia naszych bliskich. Jeśli się nie przeciwstawimy, to takie persony jak Jaś Kapela czy szereg jemu podobnych, zaczną nam mówić nie tylko czym mamy podróżować, gdzie mieszkać i jak się myć, ale również jak się ubierać i jak wychowywać nasze dzieci. Totalna inwigilacja w rękach totalnej władzy, która będzie za nas decydowała jak możemy żyć i czy w ogóle jeszcze możemy - bowiem w systemie komunistycznym terror jest podstawą, jest kwintesencją trwania tego ustroju (pamiętam pewną akcję protestacyjną lewicy w Warszawie sprzed kilku miesięcy, gdzie zapytany przez dziennikarza młody chłopak - który wyznał że jest komunistą, bo dużo na ten temat czytał i wydaje mu się że jest to najbardziej sprawiedliwy ustrój przeciwny wszelkiemu wyzyskowi - na stwierdzenie że komunizm próbowało wprowadzić już wielu w przeciągu minionych dziesięcioleci i zawsze kończyło się to tak samo - czyli totalną katastrofą, wówczas ów młody - ogłupiony ideologią - człowiek, po prostu odparł: "Ponieważ problem stanowi CZYNNIK LUDZKI!" I to jest właśnie cała kwintesencja marksizmu, gdyż ja o tym że problemem dla komunistów był "czynnik ludzki", czytałem jeszcze w pracach marksistów z końca... XIX wieku (jakże to pięknie się odradza - kolejne pokolenia umysłowych zombi). A teraz pytanie do najbardziej rozgarniętych marksistów. A w jaki sposób radzono sobie z "czynnikiem ludzkim" gdy tylko komuniści zdobywali władzę w jakimś kraju i zaczynali wprowadzać tam swoje porządki? Otóż bardzo prosto: tak jak to zostało niżej pokazane:



 
Dlatego też ta choroba, jaką jest marksizm (choroba, która zżera szare komórki w mózgu i tworzy z ludzi żywe zombi - idące na pasku ogłupiającej ideologii) musi być zwalczana na każdym możliwym kroku - NA KAŻDYM! I to bezwzględnie, bez żadnych, najmniejszych nawet form litości dla tej niszczycielskiej ideologii - która pochłonęła więcej istnień ludzkich, niż jakakolwiek wcześniejsza idea polityczna czy religijna. Józef Mackiewicz, który na własne oczy widział "zdobycze komunizmu", pisał potem wprost: "Z komunistami się nie rozmawia. Do komunistów się strzela!", oraz "Katastrofa to nie śmierć połowy ludzkości w wojnie atomowej. Katastrofa to życie całej ludzkości pod panowaniem ustroju komunistycznego!" Dziś oczywiście strzelać do nikogo nie będziemy, ale należy dawać zdecydowany opór wszelkim, nawet najmniejszym przejawom tejże antyludzkiej i antycywilizacyjnej ideologii na każdym możliwym polu. A jak już wcześniej wspomniałem, marksizm przybiera różne formy i próbuje wciskać się pod różnymi postaciami. Dziś zagrożeniem dla ludzkości jest na równi ideologia gender, feminizm i wszelkie tego typu umysłowe dewiacje - wytwory tejże samej marksistowskiej choroby, która sprzedaje nam świat pełen wspaniałych haseł o stworzeniu prawdziwego Raju na Ziemi, a w rzeczywistości jest jedynie przedsionkiem Piekła. 

Aby dobrze uzmysłowić sobie, czym jest marksizm, proszę jeszcze raz przeczytajcie zalecenia Jasia Kapeli i porównajcie je z innymi hasłami, głoszonymi np. przez feministki (które będę tu co jakiś czas zamieszczać). Celem tych wszystkich haseł i planów jest stworzenie nowego świata, świata totalnej inwigilacji, w którym za każdą niesubordynację (np. kąpanie się częściej niż raz w miesiącu), otrzyma się karę w postaci np. utraty wszelkich środków do życia, a w skrajnych sytuacjach trafi się od razu do zbiorowego dołu, pełnego innych nieszczęśników którzy mieli pecha urodzić się w świecie, którego to w naszych czasach heroldami stały się takie osoby jak ów Jaś Kapela.



NA PIERWSZYM PLANIE - JAŚ KAPELA

 

 
Najcharakterystyczniejszą cechą systemu komunistycznego jest natomiast totalna niewola ludzkiego ducha, zniewolenie ludzkiej myśli, ludzkiego intelektu. 

JÓZEF MACKIEWICZ


  

 

poniedziałek, 11 maja 2020

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXXXVI

"CZAS CHAOSU"

(ok. 3 400 r. p.n.e. - ok. 2 024 r. p.n.e.)






ZAGŁADA SODOMY, GOMORY I SUMERU

CZYLI OSTATNIA WOJNA 

NUKLEARNA STAROŻYTNOŚCI 

(ok. 2 024 - 2 023 r. p.n.e.) 






 Zagłada państwa III Dynastii z Ur przyszła z północy, z kraju o nazwie Subir, leżącym wokół pasma gór Biszri. Była to ziemia wojowniczego ludu Martu (Mar.tu), który coraz częściej wyprawiał się na południe, czyli na ziemie Akadu i Sumeru. Szczególnie intensywne i niebezpieczne te ataki stały się w latach 40-tych i 30-tych XXI wieku p.n.e., i dlatego władca Ur - Szu-Suen (panujący ok. 2037-2029 r. p.n.e.) postanowił wybudować mur obronny pomiędzy Tygrysem i Eufratem, chroniący cały Akad. Wydawało się wówczas że niebezpieczeństwo zostało zażegnane, a barbarzyńscy najeźdźcy (zwani przez mieszkańców Mezopotamii - Amorytami, czyli "Ludźmi z Zachodu") trwale powstrzymani. Jednak znaleźli oni sposób aby ominąć umocnienia muru (zwanego potem Murem Medyjskim) i przepłynęli Tygrysem do doliny Dijala, gdzie osiedlili się w rejonie dzisiejszego Bagdadu. Wkrótce potem zawiązali tam związek plemienny (królestwo?) o nazwie Jamutbar, który odcinał III Dynastię z Ur od krain położonych na zachodzie i północy, co niestety negatywnie odbiło się głównie na rozwoju handlu, gdyż dotychczasowy szlak handlowy, wiodący z południowej Mezopotamii w kierunku Syrii, został całkowicie sparaliżowany pojawieniem się tego agresywnego plemienia. Natomiast Imperium III Dynastii z Ur nie miało już siły, aby próbować wyprzeć napastników z zajętych przez nich terenów i musiało uciekać się do płacenia daniny, oraz przekupywania co poniektórych członków plemienia Amorytów, nadając im stanowiska w administracji królestwa. Proces ten przybrał gigantyczne rozmiary za panowania ostatniego władcy tej dynastii - Ibbi-Suena (panował ok. 2029-2004 r. p.n.e.), gdzie prawie połowa urzędników królewskiej administracji pochodziła z doliny Dijala i wywodziła się z Amorytów. Niektórzy z nich doszli do takiej władzy, że sami uznali się za niezależnych władców i zaczęli obwoływać się królami. Tak się stało na przykład w Larsie ok. 2026 r. p.n.e., gdzie królem ogłosił się Amoryta o imieniu - Naptalum (założyciel tzw.: Dynastii z Larsa, która przetrwała ponad 260 lat). Podobnie postąpił w mieście Isin niejaki - Iszbi-Erra (choć on akurat Amorytą nie był). 

Państwo rozpadało się Ibbi-Suenowi na kawałki, a do tego doszła jeszcze klęska głodu, wojna z Elamitami, a także wydarzenie o którym za moment opowiem. Iszbi-Erra wykorzystał te czynniki i wymusił na królu mianowanie go naczelnikiem Isin (dotąd było to miasto o drugorzędnym znaczeniu politycznym, jednak sąsiadowało ono z Nippurem - centrum religijnym III Dynastii z Ur i istniała obawa że i to miasto odpadnie od władzy Ibbi-Suena). Wkrótce potem (ok. 2017 r. p.n.e.) Iszbi-Erra ogłosił się niezależnym władcą (jako król "Czterech Stron Świata") i opanował Nippur - stając się automatycznie najważniejszym suwerenem w Mezopotamii. Upadek państwa III Dynastii z Ur - choć był rozłożonym w czasie procesem - znacznie przyspieszył ok. 2030 r. p.n.e. gdy prowincje zachodnie (czyli Akad, w ogromnej większości opanowany przez Amorytów), uznały za swego największego boga - Marduka i to właśnie jemu się podporządkowały. Według channelingów Marduk - zdobywszy sobie ten przyczółek - postanowił rozszerzyć swą władzę również o Sumer i właśnie ok. 2024 r. p.n.e. wojska Amorytów wyruszyły na południe, lecz w bitwie nad Eufratem (nie wiadomo dokładnie gdzie, prawdopodobnie w rejonie Nippur, gdzie też zebrała się królewska armia Ibi-Suena), pokonały, ale nie rozbiły wojska federacji Jamutbaru, jednak władca Ur nie miał już sił aby próbować kontynuować tę wojnę i zadowolił się utrzymaniem dotychczasowych ziem (których wkrótce potem pozbawił go przebiegły Iszbi-Erra). Sumer jednak nie był głównym celem Marduka. Celem tym było zaś opanowanie ziemi Kanaan, jako dawnego "królestwa bogów" (czyli Dil.Mun), gdzie na przykład w rejonie Jerycha wciąż istniało wiele dawnych urządzeń (szczególnie chodziło o pozostawione tam kryształy mocy, które doprowadziły do zagłady ojczystą planetę Nibiruan - Malonę, czyli dawny gadzi Maldek), mogących dopomóc w zarówno zajęciu księżycowej bazy AB.ZU, jak i uruchomić niestabilny okręt-planetę Nibiru, co dałoby Mardukowi całkowitą władzę nad wszystkimi bogami. Atak prowadzony był na dwa sposoby. Pierwszy - tradycyjny, siłami Amorytów, którzy wkroczyli do Kanaanu z wozami bojowymi (konnymi), łukami, włóczniami i strzałami. Drugi atak miał nastąpić z powietrza za pomocą bojowych viman (takich gwiazdolotów), które to posiadł Marduk jeszcze na Nibiru.

 


Amoryci opanowali potężne miasto Ebla i cały region Idlib, a ludność uprowadzili w niewolę. Zagłada Ebli - miasta które od prawie trzech wieków stanowiło regionalną potęgę, dała do myślenia pozostałym władcom krainy Kanaanu i wielu z nich po prostu uznało się za "sojuszników" (a raczej lenników) Amorytów. Nie wiadomo jednak czy atak z powietrza za pomocą bojowych viman Marduka rzeczywiście nastąpił, gdyż nie ma nic o tym w channelingach. Wiadomo natomiast, że ten śmiały i niezwykle pewny siebie atak, bardzo oburzył i przeraził innych bogów, którzy znając Marduka, wiedzieli jak bardzo pragnął on niepodzielnej władzy nad światem. Bogowie więc zgodnie wystąpili z zamiarem zniszczenia jego armii i tym samym dania odstraszającego przykładu innym ludziom. Chodziło zaś o użycie przeciwko armiom i wspierającym Marduka miastom... broni atomowej, wystrzelonej z pocisków które miały być zmagazynowane na terenie Mezopotamii (należało tylko je odnaleźć). Przeciwko temu zaprotestował jedynie Enki (ojciec Marduka), ale już inny jego syn - Nergal, dążył do zdecydowanej konfrontacji. Bogowie użyli do tego zadania niejakiego Abrahama - liczącego sobie już prawie sto lat. Ponieważ Abraham (uciekinier z Ur) - sprawdził się już wcześniej jako obrońca ziemi Kanaan (ok. 2055 r. p.n.e. i ok. 2040 r. p.n.e.) przed najazdem armii III Dynastii z Ur - dlatego też powierzono mu odpowiedzialne zadanie znalezienia ukrytych ładunków bomb plutonowych i poinformowania o tym "bogów". Jako wsparcie, Nibiruanie wysyłali do niego trzech "aniołów", którzy w zamian za pomoc, obiecali że uczynią łono Sary (żony Abrahama) płodnym, gdyż pomimo swych sędziwych lat, nie doczekała się ona potomstwa. Poza tym (jako rzeczywistemu synowi Enlila, który miał go spłodzić z ziemską kobietą), ofiarowali mu także (jak i jego potomkom) całą władzę nad ziemią Kanaan. Rozmowy były prowadzone w Sodomie - mieście w którym mieszkał Lot, bratanek Abrahama. Abraham także uważał to miasto za bezpieczne, szczególnie że dowodząc obroną Kanaanu, stał również i na czele wojsk z Sodomy i z Gomory (sąsiedniego, dużego miasta) i był uważany za kogoś w rodzaju bohatera. Niestety, w obawie przed zniszczeniem Sodomy i zemstą Amorytów - tak jak to miało miejsce w Ebli - mieszkańcy miasta zaatakowali przybyszów i zmusili ich do ucieczki (w Biblii możemy przeczytać że owi "aniołowie" oślepili intensywnym światłem kilku atakujących, ale nic na ten temat nie ma w channelingach). 

Wtedy to właśnie Abraham podjął się zadania odnalezienia głowic atomowych i udał się w tym celu do Mezopotamii, a gdy je odnalazł, owi "aniołowie" zawiadomili resztę "Nibiruańskiej Rady" i pociski te zostały stamtąd zabrane. Wkrótce potem (channelingi nic nie mówią o ostrzeżeniu Lota, tak jak to jest zapisane w Biblii), z polecenia Utu (syna Enlila), który dowodził atakiem na Sodomę, Gomorę i jeszcze pięć innych kananejskich miast (których to nawy nie zachowały się), spadło atomowe uderzenie "prosto z nieba". Zagłada była totalna, Sodoma i Gomora oraz cała dolina w ciągu kilku sekund zmieniła się w pustynię, a cała ziemia Kanaan została (w mniejszym lub większym stopniu) napromieniowana, choć radioaktywne opady dotarły również do Akadu i Sumeru, gdzie efekt był podobny. W straszliwy mękach marli zarówno ludzie jak i zwierzęta. Ci zaś, którzy przetrwali to napromieniowanie, zmagali się potem ze skutkami ubocznymi - takimi jak olbrzymie, niegojące się rany, wypadanie zębów i paznokci oraz łamanie kości. I choć uderzenie "bogów" skierowane było na miasta Kanaanu, to jednak radioaktywna chmura duże szkody poczyniła również i w Mezopotamii (co było głównym czynnikiem sprawczym wyludnienia wielu miast Kanaanu, Syrii, Akadu i Sumeru). Opowiadają o tym również (przetłumaczone przez prof. Samuela Kramera) sumeryjskie "Lamenty" z poszczególnych miast, jak choćby z Ur: "Wielka burza z nieba (...) burza unicestwiająca ziemię (...) zły wiatr, jak rwący potok (...) Ludzie, przerażeni, nie mogli oddychać (...) Usta były wypełnione krwią, głowy nurzały się we krwi (...) Twarz zbladła od Złego Wiatru. Sprawił, że miasta opustoszały, domy zostały opuszczone, owczarnie stały puste", z Uruk: "Tak więc wszyscy bogowie uciekli z Uruk; trzymali się z dala od niego; ukryli się w górach; uciekli na dalekie równiny", czy z Eridu: "Ninki, wielka pani, latająca jak ptak, opuściła swoje miasto (...) Ojciec Enki został poza miastem (...) Los swojego nieszczęsnego miasta opłakał gorzkimi łzami".




Po tym ataku królestwa Mezopotamii i Kanaanu znacznie osłabły (władcy III Dynastii nie byli w stanie prowadzić skutecznej obrony własnej ziemi przed atakami chociażby Elamitów ze wschodu - którzy to nie zostali dotknięci skutkami zagłady Sodomy i Gomory, zaś władcy państewek Kanaanu stali się równie bezbronni przed wdzieraniem się tam ludu zwanego "Habiru" i utożsamianego z Hebrajczykami, którzy pod wodzą Abrahama zaczęli - co prawda w sposób pokojowy - przenikać na te tereny). W historiografii uważa się, że napływ Hebrajczyków do Kanaanu nastąpił niedługo po najeździe Amorytów (którzy osiedlili się w Syrii, zwanej odtąd krajem "Amurru") i podaje się okres pomiędzy XXI a XIX (ewentualnie XVIII) wiekiem p.n.e. Co prawda lud Habiru nie stanowił większego zagrożenia dla miast kananejskich i żył on w pokoju z dotychczasowymi panami tej krainy. Dopiero w 650 lat później, bardziej agresywny stanie się pewien odłam Habiru (choć nie tylko, gdyż będzie to lud mieszany), który wyjdzie z Egiptu pod przywództwem niejakiego Mojżesza i za sprawą (m.in.) Jozuego zacznie ekspansywnie (ale stopniowo - ewolucyjnie, nie zaś rewolucyjnie, jak zostało to zapisane w Biblii) przenikać do doliny Kanaanu. Natomiast w Mezopotamii ok. 2006 r. p.n.e. Elamici dokonali łupieżczego najazdu, który był przysłowiowym gwoździem do trumny dla III Dynastii z Ur. Zdobyli oni najpierw miasto Lagasz, a następnie (ok. 2004 r. p.n.e.) miasto Ur, gdzie ponoć spalili wielki Pałac Królewski, zaś samego króla Ibi-Suena, uprowadzili do Elamu (zwanego też Anszanem). Tak oto zakończył swe rządy ostatni władca III Dynastii a państwo jego rozpadło się, a po wycofaniu się stąd Elamitów, Ur jak i inne miasta Sumeru zajął Iszbi-Erra, który potem zjednoczył ponownie Sumer i Akad a dynastia jego panowała w obu tych krajach (prócz Larsy - gdzie władał Naplanum i jego amoryccy następcy). Na północy zaś, w Subirze (skąd wcześniej wyszli Amoryci), pozostałe tam amoryckie plemię ogłosiło swym władcą niejakiego Sululiego - który w ten właśnie sposób stał się pierwszym królem i jednocześnie protoplastą wojowniczego ludu Asyryjczyków (którzy pod rządami takich władców jak Tiglatpilesar III, Salmanasar V, Sargon II, Sanncheryb, Asarhaddon czy Asurbanipal w trzynaście wieków później, opanowali całą Mezopotamię, Elam, Syrię, Kanaan, Cylicję, Cypr i Egipt - tworząc tam swoje imperium, które przeszło do historii jako najbardziej brutalne w dziejach). 

To tyle jeśli chodzi o bezpośrednią ingerencję Nibiruan w sprawy Ziemi, bowiem od zagłady Sodomy i Gomory nie interweniowali już bezpośrednio w proces dziejowy ludzkości (lecz zapewne czynią to w sposób bardziej subtelny). Natomiast w kolejnej części powrócę znów do "bogów" z Procjona, którzy znani pod nazwą Ra-assów (Asów), zamieszkiwali Daarię, a po jej zagładzie przenieśli się na aryjską północ (chodzi mi oczywiście o królewski ród Odyna - zbiegłego na Ziemię po zajęciu Procjona przez Gady). O tym już w następnej części.   

      




 CDN.
 

sobota, 4 kwietnia 2020

ZRESETOWALI NAS!

CZYLI JAK I CZY W OGÓLE 

OCZYSZCZA SIĘ SYSTEM?





 Przyznam się szczerze, że nie chce mi się pisać już na temat tego całego koronawirusa (znanego również jako Covid-19), ale ponieważ wszystkie media od rana do wieczora mówią tylko o tym, postanowiłem również zabrać głos i zaprezentować moje prywatne zdanie, na temat całej tej zarazy. Jak do tej pory, powstało już multum teorii spiskowych o Covid-19 (niektóre wręcz tak bzdurne, że aż szkoda tracić na nie czasu), choć teoria spiskowa sama w sobie, wcale nie musi być zabawna czy niedorzeczna (jeśli spojrzymy rozsądnie na dzieje świata, to cała historia ludzkości składa się wręcz z teorii spiskowych, gdyż w wielu kwestiach, nim cokolwiek zaistniało, pojawiała się najpierw myśl, a potem opracowywany był - często w tajemnicy - plan jej realizacji). Prawdziwym problemem jest jednak to, że my, jako społeczeństwo, nie jesteśmy rzetelnie informowani o prawdziwych powodach i realnych skutkach tej pandemii. Nie wiemy dokładnie (a możemy się tylko domyślać, lub spekulować) kiedy realnie rozpoczęto prace nad tym wirusem (gdyż fakt, iż jest to zaraza stworzona ręką człowieka, jest już dziś bezsporny), dlaczego wydostał się on z laboratorium i z jakiego powodu chińskie władze tak długo ukrywały informacje o Corona-chan? Jak to się stało, że Światowa Organizacja Zdrowia - informowana już wcześniej (w końcu grudnia 2019 r.) przez władze Tajwanu, o zaistnieniu takiej epidemii w prowincji Wuhan - nic z tym nie zrobiła, a wręcz celowo sprawę uciszyła, pozwalając by setki tysięcy turystów przybywało do Chin i tam się zarażało? (a Chińczycy wyjeżdżali do innych krajów świata). Komu (prócz oczywiście chińskiej Partii Komunistycznej) zależało również na tym, aby Covid-19 wydostał się za granicę i w przeciągu kilku-kilkunastu tygodni opanował praktycznie cały świat, oraz - jakie są prawdziwe (a nie znacznie zaniżane - może nie aż tak jak w Chinach, gdzie prognozuje się iż oficjalne statystyki zgonów, są... aż 40-krotnie wyższe) dane ofiar tej pandemii? Na te pytania próżno dziś jednak szukać odpowiedzi w mediach.

Należy jednak zadać sobie pytanie - komu mogło zależeć na wyprowadzeniu tego wirusa z Chin w taki sposób, aby objął on swym zasięgiem cały ziemski glob? Aby postarać się odpowiedzieć na tak postawione pytanie, należy przede wszystkim popatrzeć dokoła co się dzieje na świecie i jak Corona-chan wpływa nie tylko na politykę i gospodarkę, ale również na inne dziedziny naszego życia. Co też takiego się stało i dlaczego świat przechodzi swoisty reset systemu, który wręcz wali się na naszych oczach. Spójrzmy ile warte dziś były te wszystkie lewicowo-liberalne gadki o potrzebie zjednoczonej Europy, budowaniu jednego europejskiego państwa, tworzeniu jednej europejskiej armii itd. itp. Dziś, w tych dniach, gdy obywatele państw Unii Europejskiej najbardziej potrzebują jakiejś pomocy z jej strony, Unii nie ma, Unia nie istnieje, przestała realnie funkcjonować, zaś jedna z jej czołowych przedstawicielek - przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen - umywa ręce (i to dosłownie, gdyż jedyne co w tym momencie potrafi, to pokazywać jak powinno się prawidłowo myć ręce). To wszystko co owa "wspólnota" ma dziś do zaoferowania państwom takim jak Włochy, czy Hiszpania - gdzie odsetek zarażonych i odsetek zgonów jest jednym z najwyższych w skali całego globu (nie licząc USA - gdzie pandemia też przybiera niepokojące rozmiary i niektórzy twierdzą że to dopiero początek, a właśnie w Stanach Zjednoczonych dojdzie wkrótce do prawdziwej apokalipsy, gdzie zarażonych może być nawet kilka milionów ludzi). Unia przestała funkcjonować, liczą się tylko państwa narodowe, a przed laty wmawiano nam, że jedynym wyjściem dla przyszłości Europy, jest ścisła integracja, która uniemożliwi powstanie nacjonalizmów prących ku wojnie (swoją drogą to ciekawe że za nacjonalizmy uważa się najbardziej lewicowe reżimy jakie kiedykolwiek istniały - rosyjski komunizm i niemiecki nazizm - które to razem wzięte, doprowadziły do niewyobrażalnych zbrodni i śmierci setek milionów ludzi. To nie państwa narodowe, ani nawet nacjonalizm popychał te kraje do wojen i podbojów, ale właśnie chore, lewicowe ideologie, które miast Boga, zawsze stawiały sobie na cokołach swoich bożków - rasę czy też klasę społeczną, zaś dziś ich ideowi kontynuatorzy dodają do tego jeszcze płeć i orientację seksualną).




Niektórzy twierdzą, że Unia nie może działać sprawnie, gdyż traktaty europejskie (te podpisane w Lizbonie w 2007 r., które weszły w życie ostatecznie 13 listopada 2009 r. po ratyfikacji przez ostatni kraj członkowski - Czechy) nie przyznają Unii żadnych uprawnień w tej kwestii. A gdyby jednak przyznawały, to co? byłoby lepiej? Zresztą fakt, iż podpisane traktaty ograniczają Unię w jakiejś materii, nie ma większego znaczenia w sytuacji, w której sama Unia konsekwentnie dąży do pozatraktatowego zwiększenia swych uprawnień i przywilejów. Tak np. jest w kwestii tak zwanej: "praworządności", czyli brutalnemu wtrącaniu się Unii Europejskiej - wbrew podpisanym traktatom, nie przyznającym jej żadnych co do tego kompetencji - w wewnętrzny kształt systemu sądownictwa w krajach członkowskich. Widać to wyraźnie w próbie wymuszenia na Polsce zaprzestania wdrażania tych reform w sądownictwie, które (w jakiś ograniczony choćby sposób) eliminowałaby  wszechwładzę owej kasty sędziowskiej, która po 1989 r. uniknęła lustracji. Ci wszyscy wielcy "eksperci", jak choćby profesor Strzembosz - dziś tak bardzo krytykujący zmiany w sądownictwie - na progu transformacji ustrojowej sprzed trzydziestu lat mówili: "Nie dotykajmy sądownictwa, zostawmy je, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś widać jak to "sędziowskie oczyszczenie" postępuje  a kasta ta (mam tutaj oczywiście na myśli niewielką, lecz bardzo wpływową grupę ludzi, którzy uważają się wręcz za żyjących bogów i zdolni są do wszelkich niegodziwości, byle tylko utrzymać swe wpływy) z biegiem lat jeszcze bardziej się zdegenerowała. Widać też jawną obłudę, gdy słyszy się że obecnie jest już za późno na przeprowadzenie reformy sądownictwa. Za późno? Ale przecież po 1989 r. sędziowie sami mieli się oczyścić i usunąć ze swojego grona osoby totalnie  skompromitowane w służbie komunistycznemu aparatowi przemocy (jak choćby takich sędziów jak Stefan Michnik - który w latach 50-tych skazywał na śmierć w sfingowanych procesach politycznych Żołnierzy Wyklętych, a potem uciekł do Szwecji w obawie przed karą i tam się zamelinował), wówczas to nie nastąpiło i gdy po roku 2000 wrócono do planów lustracji sądownictwa, to znów podniosły się głosy: "Zostawmy sądownictwo, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś zaś, ci sami ludzi obłudnie twierdzą: "Teraz chcecie rozliczać sądownictwo, trzeba było zrobić to wcześniej" (zresztą żadne środowisko samo w sobie, przez nikogo nie przymuszone, nie ma ani osobistego interesu, ani chęci do przeprowadzania jakichkolwiek zmian - to powinno być oczywiste dla każdego, w miarę inteligentnego człowieka).

Ale wracając do tematu - Unia Europejska praktycznie przestała istnieć, a brukselscy eurokraci gdzieś się zadekowali w obawie przed zarazą. I oto nagle przestały być słyszalne te wszystkie lewicowe przesłania - stanowiące dotąd niepodważalny kanon lewicowej propagandy - jakoby istniało jakieś kilkadziesiąt płci, jakoby homoseksualizm był wrodzony, jakoby płeć można sobie wybrać w zależności od nastroju i jakoby dzieci były wrażliwe na bodźce seksualne już od urodzenia? Gdzie podziała się propaganda feministek, widzących wciąż największe zagrożenie dla świata w białych, heteroseksualnych mężczyznach, a jednocześnie twierdzących że kobieta i mężczyzna niczym się od siebie nie różnią? Dziś, gdy okazuje się że to właśnie mężczyźni są bardziej podatni na zarażenie Covid-19 i że prócz płuc, serca, przełyku oraz systemu nerwowego - wirus atakuje również jądra, okazuje się że nie ma już wymyślonych kilkudziesięciu płci, tylko są (i zawsze były, a wszelkie od tego odstępstwa, znane od starożytności - w postaci osób androgynicznych - są jedynie pewną anomalią, czyli odstępstwem od reguły) są dwie płcie i jeśli mężczyzna przebierze się za kobietę, oraz będzie myślał i twierdził że jest kobietą - to przecież realnie nie przestanie być mężczyzną, co najwyżej będzie facetem w damskich ciuchach i tyle. Zabawne w tym wszystkim jest to, że ci wszyscy ekolodzy, walczący o ograniczenie dwutlenku węgla pod tęczowo-feministycznym przywództwem Grety Thunberg (jakiś czas temu miała ona stwierdzić, że kryzys klimatyczny spowodowany jest przez "kolonializm, rasizm i patriarchalny system opresji"), nie są w stanie przyjąć i zaakceptować prawideł natury, która czyni nas od urodzenia mężczyznami i kobietami, i która powoduje że rodzimy się jako istoty płciowe, ale w żadnym razie nie seksualne.




Dziecko nie jest wrażliwe seksualnie dopóty, dopóki nie osiągnie dojrzałości seksualnej, a staje się tak dopiero w wieku dojrzewania - czyli mówimy tutaj już o nastolatku, a nie o dziecku. To też już zostało naukowo udowodnione (okazało się że nie ma ani żadnego "wrodzonego genu homoseksualizmu", ani też dzieci nie rodzą się jako istoty seksualne, natomiast lewica z WHO na czele - tym samym które nie kiwnęło palcem, aby przeciwdziałać chińskiej pandemii z Wuhan i na którego czele stoi zagorzały marksista Teodros Adhanom - zaleca rozpoczęcie seksualizacji dzieci od najmłodszych lat życia, zaś w matrycy dla grupy wiekowej dla dzieci lat 0-4, znajdują się takie zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia - "masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa, odkrywanie własnego ciała i własnych narządów płciowych (...), wyrażanie własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście "zabawy w lekarza" (...). Pozytywne nastawienie w stosunku do własnej płci biologicznej i społeczno-kulturowej (...). Prawo do badania nagości i ciała, do bycia ciekawym. Pomóż dziecku rozwijać ciekawość dotyczącą własnego ciała i ciał innych osób". Cóż to innego jest, jak nie najzwyklejsza pedofilia, jak przygotowywanie dziecięcych haremików, dla zboczonych pedofilów?). Innymi słowy celem jest uczynienie z dzieci istot niestabilnych zarówno płciowo, jak i seksualnie, a służy temu również otaczająca nas popkultura i oczywiście media. Skąd bierze się w ostatnich latach nagły wzrost osób, które twierdzą że są homoseksualne lub biseksualne? (w takich krajach jak Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy czy USA w przeciągu dekady, osobu z podejrzeniami zaburzeń tożsamości płciowej wzrosły o... 1000 %). A spowodowane to jest przede wszystkim kulturą masową, tymi wszystkimi serialami, filmami, muzyką w której homoseksualizm uważany jest za coś naturalnego i wrodzonego (żeby było jasne - ja nie mam nic przeciwko homoseksualistom, w żadnym razie, to są ludzie którzy żyją sobie w taki sposób, w jaki chcą sobie żyć i póki nie łamią prawa, to jest tylko i wyłącznie ich prywatna sprawa, mnie nic do tego. Ale zawsze będę się sprzeciwiał ekspansji ideologii homoseksualnej i ideologii gender, która robi sieczkę w mózgach naszych dzieci i tworzy z nich istoty nieprzystosowane ani do świata ani do życia, ani też do jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie samych, jak i za swoją rodzinę. Są to takie żywe, współczesne, chodzące zombi).

A przecież już samo Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów LGBTQ+ stwierdza iż: "Obecnie odnowiło się zainteresowanie poszukiwaniem biologicznych źródeł homoseksualizmu. Jakkolwiek jak dotąd nie znaleziono powtarzalnych naukowych badań wspierających tezę o decydującym wpływie jakiegoś czynnika biologicznego. (...) Niektórzy ludzie wierzą, że seksualna orientacja jest wrodzona lub niezmienna, ale seksualna orientacja zmienia się w ciągu życia. Niektóre osoby na poszczególnych etapach życia stają się świadome, że są heteroseksualne, homoseksualne lub biseksualne". Innymi słowy: nie ma czegoś takiego, jak gen homoseksualizmu, gdyż ludzie nie rodzą się jako istoty seksualne. Rodzimy się jako istoty płciowe (chłopcy-dziewczynki, mężczyźni-kobiety) i uczymy się naszej seksualności w trakcje całego procesu dojrzewania. Niekiedy ulegamy modzie, wpływom otoczenia, innym razem chcemy poeksperymentować, doświadczyć czegoś innego. Zdarza się też, że nasza orientacja seksualna zostaje zaburzona (np. poprzez homoseksualny gwałt) i wtedy dalej wkręcamy się w to środowisko, twierdząc że jesteśmy (co najmniej) biseksualni. Przyczyn wzrostu osób o orientacji homoseksualnej jest wiele, ale wszystkie sprowadzają się zarówno do wychowania, jak i do kultury masowej, którą dzieciaki chłoną niczym gąbka. I tutaj właśnie mamy poważny problem - ponieważ media są w rękach wielkiego kapitału, któremu bardzo zależy na tworzeniu "seksualnych zombi", niezdolnych nie tylko sprecyzować własnej orientacji seksualnej, ale nawet... wskazać własnej płci. Zastanówmy się, co może osiągnąć w życiu człowiek, który nie wie nawet czy jest mężczyzną czy kobietą? Jak ma zadbać o swoją przyszłość, o bezpieczeństwo swojej rodziny, jak ma stać się oparciem i ochroną dla swojej kobiety? Przecież taka istota, niestabilna uczuciowo (i rozedrgana psychicznie), zdana jest jedynie na pomoc innych, w tym przypadku pomoc władzy - która w jakiś "magiczny" sposób zapewni mu przetrwanie. Taka osoba będzie więc wspierała tych, którzy "dadzą mu jeść" i będą go wspierać w jego emocjonalnym rozedrganiu - czyli głównie wszelkie lewactwo. Ci wszyscy wielcy aktywiści (czy to lgbt, czy też pseudo-ekolodzy) istnieją dopóty, dopóki jest kasa. Jak się kasa kończy, nie ma żadnych aktywistów - gdyż oni sami nie są w stanie zarobić na swoje utrzymanie i muszą polegać na datkach od rządu lub organizacji pozarządowych (wspieranych przez wielkie koncerny i ludzi pozostających w cieniu światowej finansjery i polityki).

Podobnie jest z feministkami, które głośno krzyczą, widząc opresję jedynie w owym mitycznym patriarchacie, a nie dostrzegają że każda płeć ma swoje role do wypełnienia na tym świecie i nie jest to wcale żadna narzucona nam opresja kulturowa (choć kultura nieznacznie wzmacnia ten proces), tylko naturalny proces rozwoju. Spójrzmy tylko jak nasza planeta w sposób wręcz genialny potrafi układać świat. Jak zwierzęta z różnych gatunków wykształciły cechy, umożliwiające im kamuflaż i obronę przed drapieżnikami. I to wszystko w celu przetrwania, rozwoju gatunku. Tylko gatunek ludzki wydaje się być na tyle głupi, aby sądził że anomalie (które występują także i w świecie zwierząt) jak choćby homoseksualizm - można uważać za coś naturalnego i wrodzonego. Popatrzmy wokół siebie a następnie zamknijmy oczy i weźmy głęboki oddech - co czujemy? ŻYCIE! Otaczające nas zewsząd pragnienie i dążenie do życia. Prawdą jest bowiem, że wszystko zmierza ku życiu, każdy organizm, każda komórka pragnie przetrwać i przekazać dalej swoje geny. Taki jest cel trwania nie tylko tutaj na Ziemi, gdyż jeśli tylko mamy choć trochę rozsądku i nie jesteśmy całkowicie zaplątani w te wszystkie nasze "ziemskie sprawy", to uświadomimy sobie, że życie nie kończy się także po naszej fizycznej śmierci - że istniejemy dalej, że wokół nas otoczeni jesteśmy ciągłym i nieprzeniknionym, niekończącym się życiem. Natura jest genialna w swej prostocie i potrafi w cudowny sposób obalać ludzkie przesądy i mity (gdybyśmy bowiem porzucili Ziemię na jakiś czas, zauważylibyśmy że po kilkuset latach, nasze wspaniałe miasta, pokryłyby się zielenią, domy zarosły drzewami i trawą, a dzieła ludzkich rąk, w konfrontacji z siłami natury stałyby się niczym), także i te, związane z płcią i seksualnością (przypomniał mi się przypadek pewnego transwestyty, który trafił do szpitala i miał być operowany - chodziło o przerost prostaty. Tylko że on uważał się za kobietę i chciał być leczony jak kobieta - a jak wiadomo kobiety prostaty nie posiadają. Ponieważ lekarze nie chcieli się na to zgodzić, zawiadomił on jedną z organizacji NGO i wkrótce do szpitala przybyła przedstawicielka tejże organizacji, która starała się wymusić na lekarzach, by uszanowali wybór pacjenta i leczyli go jak kobietę. Ostatecznie lekarze wyrazili na to zgodę, ale najpierw zażądali, by owa przedstawicielka NGO, podpisała dokument, w którym brałaby na siebie prawną i finansową odpowiedzialność za wszelkie ewentualne powikłania takiego leczenia, łącznie ze śmiercią pacjenta. I co się stało? Owa kobieta bardzo szybko się ulotniła, zniknęła i nie został po niej ślad, a ów transwestyta musiał być leczony w naturalny sposób, czyli jak mężczyzna).


CIEKAWE PRZEMÓWIENIE DONALDA TRUMPA I JFK

 

Podsumowując - nie wiadomo dokładnie kto i dlaczego wypuścił Covid-19 z laboratorium w Wuhan, ale, jedno jest pewne. Ten mały, zabójczy (choć sam w sobie ponoć nie jest zabójczy, oddziałuje jednak na komórki, obniżając automatycznie odporność całego organizmu - co oznacza że jeśli ktoś choruje na inne choroby np. cukrzycę, ma większą możliwość wystąpienia poważniejszych skutków chorobowych) wirus, nagle zaczął nam resetować dotychczasowy system na naszej małej planecie. Już teraz ustąpili z zajmowanych stanowisk prezesi kilkudziesięciu międzynarodowych korporacji, a platformy takie jak Google czy YouTube nagle ograniczyły cenzurę internetu. Wielcy tego świata zadekowali się w swoich willach i pałacach, jakby obawiając się tego, co nadchodzi. Trwają też ponoć aresztowania najbardziej zaangażowanych zwolenników wdrażania planów NWO, zaś aby to umożliwić (i aby zginęło przy tym jak najmniej osób) wprowadzono nakaz "Zostań w domu" (swoją drogą, jest to bardzo dobra i przemyślana akcja, gdyż w najlepszy sposób ogranicza zarówno przyrost nowych zarażonych, jak i ewentualnych ofiar śmiertelnych). Czy tak jest naprawdę? Coś w tym musi być, gdyż wielcy tego świata nagle... zniknęli. Albo schowali się w swoich norach, albo też zostali w jakiś sposób wyeliminowani, co oznacza że światowy system oczyszcza się z dotychczasowych bredni i jawnych kłamstw, serwowanych nam w opakowaniu niezbywalnej i jedynej prawdy objawionej lewicy. Sai Baba - hinduski mistyk, właśnie na 2020 r. przewidywał nastanie radykalnego resetu dotychczasowego systemu, być może właśnie w celu pewnego przebudzenia się ludzkości i uświadomienia sobie, że dotąd żyliśmy w matriksie pełnym kłamstwa i obłudy. Sai Baba twierdził również (ok. roku 2000) że właśnie od 2020 r. nastąpi podniesienie się świadomości ludzi i wyjście z tej naszej "zwierzęcej" częstotliwości, ku częstotliwości ludzkiej - przygotowującej nas na to co nieubłaganie nadchodzi, czyli na uzmysłowienie sobie, że my, ludzie, nie jesteśmy jedyną formą życia, nie tylko w całym Wszechświecie, ale także i w naszej Galaktyce. Do wszystkiego tego ludzkość musi dojrzewać powoli, tak samo jak do swej seksualności dojrzewa powoli nastolatek, który dopiero uczy się poznawać damsko-męski świat. Obecnie posiadamy już taką wiedzę, że jesteśmy w stanie uświadomić sobie - lub jedynie przyjąć do wiadomości - że nasze istnienie nie jest wyjątkowe, a przecież, gdybyśmy cofnęli się do starożytności lub średniowiecza, lub nawet do XVI, XVII, XVIII wieku - to wszelkie niezrozumiałe dla nas zjawiska, tłumaczylibyśmy jedynie interwencją bogów (Boga). Spójrzcie więc jak daleko już doszliśmy, a ile jeszcze przed nami...?!


 




PS: Jak Covid-19 wpłynie na światową gospodarkę, zobaczymy dopiero za kilka miesięcy, choć już nastąpiło duże spowolnienie. Ja sam też musiałem ograniczyć aktywność zawodową, choć na razie nie jest tak źle i (jeszcze) nie muszę nikogo zwalniać. Wierzę też że my wszyscy jakoś wyjdziemy z tego doświadczenia obronną ręką, nawet jeśli obecnie trzeba nieco zacisnąć pasa. Pamiętajcie o jednym - Umysł to My! To co rodzi się w naszej głowie, urzeczywistnia się wcześniej czy później w naszej rzeczywistości, dlatego też, jeśli teraz będziemy rozmyślać tylko o naszych problemach finansowych - które bez wątpienia są ważne, ale nie najważniejsze - to one wciąż będą do nas powracać. Myślmy o tym co dobre, zajmijmy się odnową relacji z naszymi partnerami, z naszymi dziećmi, spędzajmy więcej czasu w gronie rodziny, jedzmy wspólnie posiłki. Odłóżmy telefony, smartfony, komputery, a wróćmy do naszych bliskich, gdyż każdy człowiek potrzebuje trochę uwagi i ciepła, a w naszym zabieganym dotychczasowym życiu, nie było na to dotąd zbyt wiele czasu. 


PS2: Wedle tego, co mówi Witold Gadowski - opierając się na już przeprowadzonych doświadczeniach naukowych - jedną z najlepszych metod na skuteczne ograniczenie zachorowania na koronawirusa, jest zakwaszenie organizmu... chininą, która zawarta jest chociażby w Tonicu. Pijmy więc Tonic, myślmy pozytywnie i z wiarą podchodźmy do tego, co przed nami. Bo to, co jest nam przeznaczone i tak musimy przeżyć - a życie trwa dalej i trwać będzie dalej, gdyż wszystko zmierza ku życiu!




 
DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

 

środa, 18 marca 2020

ŻYCIE W CZASACH ZARAZY! - Cz. II

WIELKA ZARAZA W ATENACH 

I PRÓBY JEJ POWSTRZYMANIA

 



   Ponieważ media i politycy wciąż podtrzymują atmosferę grozy, mającej spaść na nas za sprawą tzw.: koronawirusa z Wuhan (co nie znaczy że całkowicie bagatelizuję i wyśmiewam problem, mówię tylko że mam już dość tej atmosfery ciągłej paniki która nie opuszcza ludzi i tych wszelkich ograniczeń, które - niestety też odczuwam osobiście. Rozumiem jednak że wielu ludzi się boi i że mają oni do tego prawo, tym bardziej że ów wirus szczególnie niebezpieczny jest dla osób starszych i tych z osłabioną odpornością immunologiczną organizmu - ale tak naprawdę nie różni się on niczym od zwykłego wirusa grypy i choć nieprzyjemnie byłoby złapać takie cholerstwo, to jednak nie oznacza ono automatycznie wyroku śmierci. W dalszym ciągu podtrzymuję też moje wcześniejsze przypuszczenia, że ów koronawirus był chińską bronią biologiczną, przeznaczoną do użycia przeciwko Tajwanowi. Jednak nie miał na celu doprowadzenie do całkowitego uśmiercenia tamtejszej populacji, a jedynie - jeśli można w ogóle tak powiedzieć - osłabienia Tajwanu i uczynienia go podatnym na chińskie naciski polityczne i ekonomiczne. Niestety, w wyniku pewnych zbiegów okoliczności, wymknął się spod kontroli i rozszedł po świecie), postanowiłem więc zaprezentować zupełnie inną, znacznie bardziej śmiercionośną epidemię zarazy, jaka miała miejsce w Starożytnej Grecji, a konkretnie w Atenach po wybuchu II Wojny Peloponeskiej. Zaraza ta trwała ponad cztery lata (430-426/425 r. p.n.e.) i zebrała ogromne śmiercionośne żniwo, zmarło na nią prawie 100 tysięcy mieszkańców Aten (nie licząc innych greckich wysp, na których się pojawiła). Dziś, gdy w Polsce jest zaledwie 251 przypadków zakażenia koronawirusem i 5 ofiar śmiertelnych, można zrozumieć z jak niewielką (mimo wszystko także w Europie) pandemią mamy do czynienia. 

Nim jednak oddam głos Tukidydesowi (najlepiej bowiem opowie o tym naoczny świadek tamtych wydarzeń), warto pokrótce pochylić się nad kwestią epidemii stworzonych (lub przywleczonych) przez człowieka, jako broń biologiczna pomocna w walce i masowym uśmiercaniu wrogów. Tak na szybko (nie wgłębiając się zbytnio w ten temat) zrobiłem mały research kilku tego typu wybranych przypadków. I oto:


W 190 r. p.n.e. podczas bitwy morskiej nad Eurymedonem, flota syryjska (monarchii Seleucydów) - dowodzona przez zbiegłego z Kartaginy Hannibala - użyła przeciw Rodyjczykom (sprzymierzonym z Rzymem) glinianych garnków wypełnionych jadowitymi wężami, które to (na polecenie Hannibala) ciskano za pomocą katapult w stronę okrętów nieprzyjacielskich. Mimo to, Rodyjczycy dzięki uporowi i dobremu wyćwiczeniu, zwyciężyli wówczas flotę Seleucidów.

W 198 r. Rzymianie oblegający miasto Hatrę w północnej Mezopotamii, musieli się zmagać nie tylko z odwagą i uporem bitewnym mieszkańców, ale również z ciskanymi w ich stronę z murów garnkami pełnymi jadowitych węży i skorpionów. Nic więc dziwnego, że nawet gdy już udało im się zrobić wyłom w murach miasta, nie starczyło nawet 500 chętnych, aby je zdobyć, przez co cesarz Septymiusz Sewer musiał zarządzić odwrót do Syrii i dzięki temu mieszkańcy Hatry utrzymali niezależność.

W 256 r. Persowie pod wodzą ich króla - Szapura I, oblegając rzymską twierdzę w Dura Europos (notabene również faktorię handlową przez którą biegł szlak z Chin do Syrii oraz dalej do Italii i innych prowincji Imperium Rzymskiego), wykopali tunele pod miastem, a następnie wpuścili tam toksyczny dym, powstały przy spaleniu siarki i kryształów bitumenu. Zaczadzeni Rzymianie skapitulowali. 

W 674 r. (ponoć 29 kwietnia), Bizantyjczycy po raz pierwszy użyli w walce śmiercionośnej broni, zwanej "ogniem greckim". Było to w czasie oblężenia Konstantynopola przez Arabów i ostatecznie doprowadziło do uwolnienia miasta w 678 r. (oraz zniszczenia całej arabskiej floty). Ogień grecki (jak się podejrzewa, bowiem nie ma dokładnego nań "przepisu") był mieszaniną ropy naftowej (lub oleju), siarki, soli kamiennej, smoły, saletry, żywicy i wapna palonego. Umieszczano to wszystko w rurach zamontowanych na okrętach, po czym podpalano i wysuwano (lub wystrzeliwano za pomocą katapult) w kierunku przeciwnika. Przypominało to nieco swoisty miotacz płomieni, tylko na o wiele większą skalę, a powodował on nie tylko dotkliwe oparzenia oraz podpalenia ludzkiego ciała, lecz także niszczył całe okręty. Dzięki ogniowi greckiemu Bizancjum pozostawało niepokonane na morzu przez wiele wieków, zaś Konstantynopol niezdobytą twierdzą. Ostatni udokumentowany przypadek użycia tej broni miał miejsce w 1187 r., a wkrótce potem (1203 r.) flota bizantyjska została wyprzedana przez admirała cesarstwa - Michała Stryfnosa, który wszystkie pieniądze z tej transakcji wziął do własnej kieszeni.  Tak właśnie rozpadało się Cesarstwo Konstantyna Wielkiego.

W 1155 r. cesarz rzymski - Fryderyk I Barbarossa, podczas oblężenia Tortony w czasie walk w Italii, nakazał zatruwać tamtejsze studnie, wrzucając doń ciała zabitych żołnierzy. Po dwóch miesiącach walk, w kwietniu 1155 r. Tortona skapitulowała.

W 1346 r. Mongołowie oblegli genueńską Kaffę na Krymie, a ponieważ dosięgła ich tam - przywleczona z Chin - dżuma, postanowili to wykorzystać, przerzucając na katapultach martwe i zarażone ciała swoich żołnierzy do miasta. Mieszkańcy Kaffy wrzucali je do morza, nie zdając sobie sprawy że już są zarażeni. Potem, gdy żeglarze z Kaffy dotarli do Europy w 1347 r., bardzo szybko rozprzestrzenili tę zarazę(a przysłużyły się temu zarażone szczury okrętowe). Wkrótce potem Europę ogarnęła pandemia, znana pod nazwą "Czarnej Śmierci", która trwała oficjalnie do 1353 r. (choć powróciła w 1361 r.) i doprowadziła do tak wielkiego wyludnienia kontynentu, że jeszcze w 100 lat później Europa nie była w stanie odbudować swej populacji z czasów poprzedzających tę epidemię.

W latach 1520-1524 r. hiszpańscy konkwistadorzy zarazili (aczkolwiek w sposób przypadkowy, bez własnych intencji) epidemią ospy Azteków z Nowego Świata, którzy będąc zupełnie pozbawieni jakiejkolwiek na nią odporności, masowo umierali całymi rodzinami. Epidemia ta spowodowała wśród Indian większe straty, niż muszkiety i arkebuzy nielicznych hiszpańskich żołnierzy.

W 1531 r. do Ameryki Południowej Hiszpanie przywlekli nową zarazę, tym razem była to epidemia odry, która podobnie jak wcześniej ospa Azteków, teraz w taki sam sposób dziesiątkowała mieszkańców Imperium Inków i ponownie doprowadziło to do zdobycia tego potężnego państwa, przez nieliczną grupę hiszpańskich awanturników. Epidemia odry trwała przez dwa lata. 

W latach 1545-1548 Indian byłego Imperium Azteków dziesiątkowała tym razem choroba zwana czerwonką. Zebrała ona równie wielkie śmiertelne żniwo. 

W 1559 r. ponownie w Ameryce Środkowej i Południowej wybuchła epidemia grypy, w 1586 r. epidemia cholery, a w latach 1601-1602 pandemia tyfusu. Spowodowało to, że na początku XVII wieku, społeczność indiańska została zredukowana o jakieś... 90 proc. w porównaniu do stanu sprzed przybycia tu Kolumba. 




To (mniej więcej) tyle! Co prawda można by jeszcze wyliczyć bardziej współczesne epidemie spowodowane działaniem człowieka, ale sądzę że nie dotyczy to już bezpośrednio tematu, więc darujmy sobie. Teraz zapraszam do zapoznania się z relacją ateńskiego historyka Tukidydesa, który, zabierze nas do Aten z roku 430 r. p.n.e. i opowie w jaki sposób doszło do wybuchu tej nieznanej do dziś pandemii, która trwała ponad cztery lata i całkowicie odmieniła ateńskie społeczeństwo, gdyż ludzie na co dzień obcujący ze śmiercią, przestali w ogóle zwracać na nią uwagę i żyli tak, jakby każdy następny dzień był ich ostatnim, nie oglądając się ani na bogów, ani na ludzi.        


 

RELACJA TUKIDYDESA

(ZARAZA W ATENACH) 






Zarazę sprowadziła wojna, a rozpoczęli ją w 431 r. p.n.e.: 


"Ateńczycy i Peloponezyjczycy (Spartanie), zerwawszy trzydziestoletni rozejm, jaki trwał między nimi od zdobycia Eubei (czyli od 445 r. p.n.e.)  Powody zaś zerwania rozejmu i punkty sporne podaję od razu na wstępie, ażeby nikt w przyszłych wiekach nie miał wątpliwości, z jakiego powodu wybuchła tak wielka wojna między Hellenami. Otóż za najistotniejszy powód, chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków". 

Przejdźmy jednak dalej:

"Lacedemończycy zaraz po wypadkach w Platejach wezwali Peloponez i sprzymierzeńców peloponeskich do przygotowania wojska i rzeczy potrzebnych do wyprawy poza granice kraju; mieli bowiem wpaść do Attyki. W ustalonym terminie wszystko było gotowe, dwie trzecie kontyngentów wojskowych z każdego miasta zgromadziło się na Istmie Korynckim. Kiedy już cała armia była zebrana, król lacedemoński Archidamos, który dowodził wyprawą, zwoławszy dowódców poszczególnych kontyngentów oraz najwybitniejszych i najbardziej wpływowych ludzi, przemówił w ten sposób: 

Peloponezyjczycy i sprzymierzeńcy! Zarówno ojcowie nasi prowadzili wiele wojen na Peloponezie i poza nim, jak również spośród nas samych wielu starszych posiada doświadczenie wojenne. Lecz nigdy jeszcze nie wyruszaliśmy po tak wielkim przygotowaniu jak obecnie, gdyż idąc w bój przeciwko najpotężniejszemu państwu sami również wyprawiamy się z niezwykle silną i doskonałą armią. Godzi się więc, żebyśmy nie okazali się gorszymi od ojców naszych i od naszej własnej sławy, jaką posiadamy. Patrzy na nas cała Hellada, poruszona naszą wyprawą, nienawidząc Ateńczyków i życząc nam osiągnięcia naszych zamiarów (...). My zaś nie mamy do czynienia z państwem bezbronnym, ale przeciwnie - z państwem świetnie przygotowanym; trzeba się więc poważnie z tym liczyć, że staną z nami do walki, kiedy zobaczą, że pustoszymy ich kraj. Teraz są spokojni, ponieważ nas jeszcze tam nie ma. Każdy, kto na własne oczy widzi szybką i nie oczekiwaną przez siebie klęskę, wpada w gniew i nie kierując się rozumem działa pod wpływem uniesienia. Jest rzeczą prawdopodobną, że Ateńczycy prędzej niż ktokolwiek inny tak postąpią; uważają bowiem, że to raczej im przystoi panować nad innymi, najeżdżać i pustoszyć cudze ziemie, niż patrzeć na niszczenie własnego kraju. Pamiętajcie więc, że ruszamy przeciw tak potężnemu państwu i że zależnie od wyniku naszej wyprawy przyniesiemy sławę lub hańbę sobie samym i naszym przodkom.

(...)

Kiedy wojska peloponeskie zbierały się na istmie lub były jeszcze w drodze przed inwazją na Attykę, Perykles, syn Ksantypposa, jeden z dziesięciu strategów ateńskich, przewidywał już najazd. Równocześnie podejrzewał, że Archidamos jako jego przyjaciel może umyślnie oszczędzać jego posiadłości i nie niszczyć ich, albo może się to stać na rozkaz Lacedemończyków pragnących zdyskredytować go w oczach własnego społeczeństwa (...). Wobec tego oświadczył Ateńczykom na zgromadzeniu, że Archidamos jest wprawdzie jego przyjacielem, lecz że fakt ten nie może sprzeciwiać się interesom państwa; jeżeli nieprzyjaciele nie zniszczą jego posiadłości i domów tak samo jak wszystkich innych, odda je na własność publiczną, aby żadne podejrzenie z tego powodu na nim nie ciążyło. Powtarzał również swe rady będące obecnie na czasie: że powinni przygotować się do wojny, ze wsi wszystko do miasta sprowadzić, bitwy nie przyjmować, lecz udawszy się do miasta strzec go, flotę, która jest ich silną stroną, przysposabiać, sprzymierzeńców trzymać w ryzach. Przypominał, że siła Aten zawisła od pieniędzy płaconych przez sprzymierzeńców, a problemy wojenne opanowuje się głównie mądrością i pieniędzmi. Kazał im być dobrej myśli ze względu na to, iż państwo otrzymuje corocznie z daniny sprzymierzeńców około sześciuset talentów, nie licząc innych dochodów; że na akropolu jest jeszcze sześć tysięcy talentów w bitej monecie, prócz tego w darach wotywnych prywatnych i państwowych, w sprzęcie kultowym używanym przy procesjach i igrzyskach, w łupach zdobytych na Persach i w innych tego rodzaju przedmiotach wartościowych było złota i srebra o wartości nie mniejszej niż pięćset talentów. Do tego doliczał znajdujące się w innych świątyniach poważne sumy pieniężne, które będą mogli zużytkować. W najgorszym wypadku można wziąć nawet złoto z posągu samej bogini; na posągu zaś, jak wskazywał, było czterdzieści talentów najczystszego złota, które w całości da się z posągu zdjąć. Jeśli wyjdą z wojny cało, będą musieli je w takiej samej wartości zwrócić i na nowo na posąg nałożyć. W ten sposób dodawał im odwagi wskazując na zasobny pieniężne. Jeśli zaś idzie o siły zbrojne, oświadczył, że mają trzynaście tysięcy hoplitów, nie licząc tych, którzy stanowili obsadę fortyfikacji i murów miejskich w liczbie szesnastu tysięcy. 




(...)

Ateńczycy zaś wysłuchawszy tego przemówienia dali mu się przekonać. Sprowadzili ze wsi dzieci, kobiety i cały sprzęt domowy; zabierali nawet drewniane rusztowania domów, bydło zaś i zwierzęta pociągowe przeprawiali na Eubeę i sąsiednie wyspy. Ta przeprowadzka była dla nich bardzo przykra, gdyż większość przyzwyczajona była do życia na wsi (...). Ateńczycy przez długi czas mieszkali na wsi i rządzili się samodzielnie. Nawet po zespoleniu w jeden organizm państwowy większość z nich zarówno w dawnych jak i w nowszych czasach, aż do obecnej wojny, z przyzwyczajenia mieszkała na wsi z całymi rodzinami; dlatego niełatwo przychodziła im przeprowadzka, zwłaszcza że dopiero niedawno urządzili się na nowo po wojnach perskich. Z wielkim niezadowoleniem i żalem opuszczali domy i świętości odziedziczone po przodkach jeszcze z czasów dawnego ustroju, gdy żyli w odrębnych gminach: ciężko im było zmieniać tryb życia i każdemu się zdawało, że opuszcza własną ojczyznę.
Kiedy zaś przybyli do miasta, niewielu tylko znalazło mieszkanie czy schronienie u przyjacół lub krewnych; większość zajęła nie zabudowane place miejskie, świątynie i kaplice herosów z wyjątkiem akropolis, świątyni eleuzyńskiej i innych nielicznych świątyń, które były mocno zamykane; osiedlili się również z konieczności na obszarze zwanym Pelasgikon, u stóp akropolu (...). Wielu schroniło się nawet w wieżach miejskich, a ponadto gdzie kto mógł; miasto było za szczupłe, by wchłonąć wszystkich przybyszów. Później zamieszkali także obszar długich murów, podzieliwszy go między siebie, oraz wielką część Pireusu.

(...)

Wojsko zaś peloponeskie posuwając się dotarło najpierw do Ojnoe położonej na granicy Attyki i zamierzało tam wtargnąć (...). Kiedy jednak uderzywszy na Ojnoe mimo wszelkich prób nie mogli zdobyć miasta, a z Aten nie przyszedł żaden poseł, wyruszyli stamtąd i mniej więcej w osiemdziesiąt dni po wkroczeniu Tebańczyków do Platej, w pełni lata - zboże było w rozkwicie - wpadli do Attyki. Dowództwo sprawował Archidamos, syn Deuksydamosa, król lacedemoński. Stojąc obozem pustoszyli najpierw Eleuzis i Pole Triazyjskie, a koło stawów zwanych Rejtoj zmusili do ucieczki oddział jazdy ateńskiej. Następnie posuwali się naprzód przez Kropeję mając po prawej stronie górę Aigaleos, aż dotarli do Acharn, największej z gmin attyckich. Pod tym miasteczkiem rozbili obóz i przez długi czas pustoszyli okoliczne pola. 

(...)

Ateńczycy zaś, jak długo wojsko peloponeskie było koło Eleuzis i na Polu Triazyjskim, mieli pewną nadzieję, że nieprzyjaciel nie posunie się dalej. Pamiętali bowiem, że przed czternastu laty, kiedy król lacedemoński Plejstoanaks, syn Pauzaniasza, wpadł do Attyki z wojskiem peloponeskim, nie posunął się poza Eleuzis i Pole Triazyjskie, lecz się wycofał - dlatego też wygnano go ze Sparty, gdyż wydawało się, że został przekupiony przez Ateńczyków. Kiedy jednak zobaczyli, że wojsko peloponeskie znajduje się koło Acharn, odległych o sześćdziesiąt stadiów od Aten, nie mogli się już opanować. Straszny był dla nich widok pustoszonego w ich oczach kraju, widok nie znany młodym, a starszym pamiętny chyba z okresu wojen perskich; wszyscy więc, a zwłaszcza młodzież, pragnęli ruszyć na wroga, a nie przyglądać się bezczynnie. Odbywały się zebrania i spierano się zawzięcie; jedni wzywali do wymarszu, inni wstrzymywali. Wróżbiarze wygłaszali różne przepowiednie, które każdy tłumaczył sobie zgodnie ze swym pragnieniem. Acharnejczycy zaś uważając się za ważną część społeczeństwa ateńskiego, kiedy niszczyć zaczęto ich pola, najmocniej parli do wymarszu. Całe miasto było do głębi wzburzone i gniew kierował się przeciw Peryklesowi, nie pamiętano nic z jego poprzednich zaleceń, lecz przeklinano go, że jako strateg nie prowadzi ich na nieprzyjaciela, i uważano za sprawcę wszystkich nieszczęść.

Perykles widział, że Ateńczycy są rozgoryczeni obecnym położeniem, a plany ich są nieprzemyślane. Był jednak przekonany, że trafnie ocenia sytuację i że nie należy wyruszać w pole. Nie zwoływał więc ani zgromadzenia, ani zebrania: bał się, żeby pod wpływem raczej gniewu niż rozsądku nie powzięli jakiejś błędnej decyzji. Pilnował bezpieczeństwa miasta i zachowywał, jak mógł, największy spokój. Wysyłał jednak stale oddziały jazdy, żeby przednie straże wojska peloponeskiego nie mogły bezkarnie wpadać na pola sąsiadujące z miastem (...) dobiegł do końca pierwszy rok wojny. Natychmiast zaś z nastaniem lata Peloponezyjczycy i ich sprzymierzeńcy z dwiema trzecimi swoich sił, podobnie jak za pierwszym razem, wpadli do Attyki pod dowództwem króla lacedemońskiego Archidamosa, syna Deuksydamosa, i rozbiwszy obóz pustoszyli kraj. 

W niewiele dni po ich wkroczeniu do Attyki pojawiła się po raz pierwszy w Atenach zaraza, która, jak mówiono, szalała przedtem na Lemnos i w wielu innych okolicach; nigdzie jednakże nie wspominano o tak wielkim nasileniu epidemii i o tak wielkiej śmiertelności wśród ludzi jak w Attyce. Lekarze bowiem nic nie mogli pomóc, gdyż na początku leczyli bez znajomości choroby - zresztą sami najliczniej umierali, stykając się ciągle z chorymi - w ogóle żadna ludzka sztuka nic nie pomagała; również modlitwy w świętych miejscach, rady zasięgane u wyroczni i inne tego rodzaju sposoby zawodziły; w końcu poddano się złu z rezygnacją. 




Epidemia zaczęła się, jak mówią, najpierw w Etiopii, na południe od Egiptu, potem przedostała się do Egiptu i Libii i do wielkich połaci państwa perskiego. Do Aten zaś wtargnęła nagle i najpierw zaatakowała mieszkających w Pireusie; dlatego opowiadano, że Peloponezyjczycy zatruli studnie (...). Potem zaraza dotarła do górnego miasta i śmiertelność wśród ludzi wzrosła. O chorobie tej niechaj mówi każdy - czy to lekarz, czy laik - Według swego uznania, niech mówi o jej prawdopodobnym pochodzeniu i podaje przyczyny, jakie jego zdaniem zdolne są wywołać tak straszne zmiany; ja ograniczę się do opisu jej przebiegu i podam oznaki, po których można będzie tę chorobę rozpoznać, jeśliby się jeszcze kiedyś pojawiła; sam bowiem chorowałem na nią i widziałem innych, którzy na nią zapadli. 

Tego lata według powszechnej opinii nie występowały prawie wcale zwykłe choroby; jeśli nawet ktoś zachorował na coś, choroba ta przechodziła potem w zarazę. Ludzie w pełni zdrowia zapadali na nią nagle i bez żadnej przyczyny. Pierwszym objawem była silnie rozpalona głowa, oczy zaczerwienione i piekące; jama ustna i język nabiegały krwią, oddech stawał się nieregularny i miał przykry zapach; następnie pojawiał się katar i chrypka, a po niedługim czasie choroba atakowała płuca i pojawiał się silny kaszel; kiedy zaś zaatakowała żołądek, występowały nudności i wszelkiego rodzaju wymioty żółcią, jakie tylko lekarze rozróżniają dając im rozmaite nazwy; to wszystko połączone było z wielkimi bólami. Wielu chwytała pusta czkawka z silnymi skurczami, które u jednych przechodziły szybko, u innych trwały znacznie dłużej. Ciało chorego przy dotknięciu nie wydawało się zbyt rozpalone; nie było także blade, lecz zaczerwienione, sine i pokryte pęcherzykami i wrzodami; wewnątrz zaś chory był tak rozpalony, że nie mógł znieść nawet najlżejszego odzienia ani najdelikatniejszego nakrycia, lecz chciał leżeć nago, a najchętniej rzuciłby się do zimnej wody. Wielu pozostawionych bez opieki, a dręczonych nie dającym się ugasić pragnieniem, rzucało się istotnie do cystern; zresztą na jedno wychodziło, czy ktoś pił więcej, czy mniej. Również niepokój i bezsenność dręczyły chorych ustawicznie. 

Ciało w czasie największego nasilenia choroby nie marniało, lecz wykazywało wśród tych bólów zadziwiającą odporność, tak że przeważnie umierali w siódmym albo dziewiątym dniu ulegając wewnętrznej gorączce, chociaż mieli jeszcze trochę sił; jeśli zaś ten dzień przetrzymali, umierali później z osłabienia, kiedy choroba zaatakowała podbrzusze wywołując silne ropienie i nieustanną biegunkę. Choroba bowiem zaczynając od głowy przechodziła przez całe ciało w dół. Jeśli komuś udało się przetrzymać najgorsze, to jednak pozostawały ślady: choroba rzucała się bowiem na genitalia, na palce rąk i nóg i powodowała utratę tych części ciała, u niektórych także i oczu. Zdarzało się, że ludzie natychmiast po wyzdrowieniu tracili pamięć, nie zdawali sobie sprawy, kim są, i nie poznawali swych krewnych. W ogóle zaraza ta przewyższała wszystko, co się da opisać. Wybuchała z niebywałą siłą, a tym przede wszystkim różniła się od innych chorób, że ptaki i te czworonogi, które spożywają mięso ludzkie, mimo że było wiele trupów nie pochowanych, nie zbliżały się do nich, a jeśli się zbliżyły, ginęły po pierwszych kęsach. Dowodzi tego również zupełny zanik tego gatunku ptaków; nie widziało się ich ani przy zwłokach, ani gdzie indziej. Najlepiej zaś można było obserwować śmiertelne skutki na psach, jako na zwierzętach towarzyszących stale człowiekowi.

Taki był ogólny obraz tej choroby, pomijając inne niezwykłe objawy występujące w rozmaitych formach tu i ówdzie sporadycznie. Żadna inna choroba nie występowała w tym okresie, a jeśli się gdzieś pojawiła, zawsze w końcu przybierała formę zarazy. Jedni umierali z braku opieki, inni mimo najstaranniejszej opieki. Nie było też ponoć żadnego lekarstwa, którego zastosowanie zapewniałoby powrót do zdrowia; to bowiem, co pomagało jednym, szkodziło drugim. Obojętne też było, czy ktoś miał konstytucję fizyczną silną, czy słabą; wszystkich kosiła ta zaraza na równi, nawet tych, których leczono wszelkimi środkami. 

Najgorszą zaś rzeczą w tym nieszczęściu była depresja psychiczna, występująca u każdego, kto poczuł się chory - tracił bowiem nadzieję i poddawał się chorobie, pozbawiony odporności. Straszny był również fakt, że przy pielęgnowaniu chorych jeden zarażał się od drugiego i umierali wskutek tego jak owce; to wywoływało największe spustoszenie. Jeśli bowiem unikano chorych z obawy, ginęli oni w osamotnieniu; wiele też domów całkiem wymarło z braku opieki. Jeśli zaś ktoś zbliżył się do chorego, ginął. Przede wszystkim ginęli najbardziej ofiarni: honor nie pozwalał im bowiem oszczędzać własnego życia i odwiedzali przyjaciół nawet wtedy, gdy domownicy złamani nieszczęściem przestawali w końcu zwracać uwagę na jęki konających. Najwięcej jednak stosunkowo współczucia okazywali umierającym i chorym ci, którzy przeszli szczęśliwie chorobę, ponieważ znali te cierpienia, a sami byli już bezpieczni: dwa razy bowiem nie atakowała choroba nikogo, w każdym razie nawrót jej nie był śmiertelny. Uważano ich powszechnie za szczęśliwych, a i oni sami również byli uradowani żywiąc nieuzasadnioną nadzieję, że w przyszłości żadna inna choroba ich nie zmoże.




Prócz tego nieszczęścia dokuczała Ateńczykom także przeprowadzka ludzi ze wsi do miasta; była ona w nie mniejszym stopniu dokuczliwa dla przybyszów co dla mieszkańców miasta. Z braku mieszkań ludzie tłoczyli się w dusznych barakach - a było to lato - i umierali w zupełnym chaosie; trupy leżały stosami, chorzy tarzali się po ulicach i wokół źródeł na półżywi z pragnienia. Także świątynie, gdzie mieszkali, pełne były trupów; ludzie umierali tam na miejscu. 

Kiedy zaś zło szalało z ogromną siłą, a nikt nie wiedział, co będzie dalej, zaczęto lekceważyć na równi prawa boskie i ludzkie. Odrzucono wszystkie zwyczaje pogrzebowe, których się dawniej trzymano; każdy grzebał trupy, jak mógł. Wielu z powodu licznych wypadków śmierci w rodzinie nie miało środków do palenia zmarłych i wpadło po prostu w bezwstyd; kiedy bowiem kto inny zbudował stos, uprzedzali go i położywszy na nim swego zmarłego podpalali; inni zaś, kiedy cudzy stos się palił, dorzucali zwłoki swego bliskiego i odchodzili.

Zaraza była pierwszym hasłem do szerzenia w mieście także innego rodzaju bezprawia. Dawniej oddawano się użyciu po kryjomu, teraz jawnie korzystano z chwili widząc, jak szybko umierają bogacze, a ich majątki przejmują biedni. Każdy chciał prędko i przyjemnie użyć życia uważając zarówno życie jak pieniądze za coś krótkotrwałego. Nikt nie miał ochoty trudzić się dla cnoty; uważał bowiem, że nie wiadomo, czy nie umrze wcześniej, nim ją osiągnie; uchodziło za piękne i pożyteczne to, co było przyjemne i służyło rozkoszy. Ani obawa przed bogami, ani żadne prawa ludzkie nie krępowały nikogo. Jeśli idzie o bogów, ludzie uważali, że pobożność tak samo nie ma żadnego znaczenia, jak i obojętność religijna; widzieli bowiem, że wszyscy na równi giną. Z pogwałcenia zaś praw ludzkich nikt sobie nic nie robił, bo nikt nie był pewien, czy doczeka wymiaru sprawiedliwości; o wiele cięższy wyrok wisiał nad nim już teraz w postaci zarazy, dlatego każdy chciał przynajmniej użyć życia, zanim go choroba dosięgnie.




Takie to nieszczęście spadło na Ateńczyków; w mieście ludzie marli, za miastem nieprzyjaciel pustoszył pola. W tym nieszczęściu, co jest rzeczą zrozumiałą, przypomniano sobie także przepowiednię, która - jak starsi ludzie mówili - z dawien dawna była znana: "Przyjdzie wojna dorycka, a z nią nadejdzie zaraza". Spór więc powstał między ludźmi; niektórzy utrzymywali, że dawni wróżbiarze mówili nie o zarazie, lecz o głodzie. Naturalnie w ówczesnej sytuacji zwyciężyło zapatrywanie, że mowa była o zarazie: ludzie bowiem stosowali słowa wyroczni do tego, co ich bolało. Jeżeli jednak, jak sądzę, dojdzie kiedyś jeszcze do jakiejś drugiej wojny doryckiej i zdarzy się, że będzie głód, prawdopodobnie objaśniając wyrocznię będą mówić o głodzie. Ci zaś, którzy znali wyrocznię udzieloną Lacedemończykom, przypomnieli sobie, że na pytanie Lacedemończyków, czy należy podejmować wojnę, odpowiedział bóg, że jeśli będą ją prowadzić energicznie, odniosą zwycięstwo, oraz że on sam im dopomoże. Otóż wydawało się, że wypadki zgadzają się z tą przepowiednią: zaraza bowiem wybuchła wnet po wkroczeniu Peloponezyjczyków. Nie dotarła prawie całkiem na Peloponez, co jest warte podkreślenia, lecz najwięcej szalała w Atenach, później zaś także na innych obszarach o gęstym zaludnieniu. Taki oto był przebieg zarazy".



Tak właśnie wyglądała relacja naocznego świadka tamtych wydarzeń, ateńskiego historyka Tukidydesa. warto też na koniec powiedzieć słów kilka o greckiej medycynie i tym co nazywamy higieną, gdyż Grecy - kierując się szacunkiem do bogów - bardzo dbali o czystość i własne zdrowie, ale o tym będzie już w kolejnej cześci.






CDN.