Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BANKSTERZY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BANKSTERZY. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2020

WALKIRIA - CZYLI DLACZEGO HITLER ZDOBYŁ WŁADZĘ W NIEMCZECH? - Cz. V

CZYLI CO SPOWODOWAŁO

ŻE REPUBLIKA WEIMARSKA

ZMIENIŁA SIĘ W III RZESZĘ?


 



PLANY I MARZENIA

Cz. IV


ENTENTE CORDIALE

CZYLI CAŁY W TYM AMBARAS, 

ABY DWOJE CHCIAŁO NARAZ 

Cz. I




 

"DUŻA NIEMIECKA FLOTA I ZŁE NIEMIECKIE MANIERY TO WIĘCEJ NIŻ MOŻEMY ZNIEŚĆ"

ANGIELSKIE POWIEDZENIE Z POCZĄTKU XX WIEKU



 Na początku nowego - XX stulecia, stosunki brytyjsko-francuskie były jak najgorsze. Wszędzie można było znaleźć tak silne punkty zapalne, które wówczas wydawały się nie do pogodzenia nawet dla największych optymistów i rzeczników sojuszu obu tych krajów. Konsekwentna polityka Otto von Bismarcka, który celowo popychał Francję na drogę ekspansji kolonialnej, zdając sobie sprawę że musi to (wcześniej czy później) spowodować konflikt z Wielką Brytanią (która posiadając najsilniejszą flotę globu i kontrolując 1/6 ziemskiego globu, uważała się za prawdziwe centrum świata). I rzeczywiście, osamotnieni w Europie po klęsce z 1870 r., przyblokowani przez Niemcy od wschodu i skonfliktowani z Włochami o podział Północnej Afryki, za swą jedyną drogę ekspansji uznali Francuzi zdobycie i rozbudowę nowych kolonii zamorskich, oraz utrzymanie tych już istniejących. Republikańsko-oportunistyczny rząd Juliusza Ferry'ego zdecydowanie postawił na ekspansję kolonialną i w 1881 r. wojska francuskie wylądowały w Tunezji, zajmując Tunis i wymuszając na tamtejszym beju - Muhammadzie as-Sadiqu, zawarcie traktatu, w którym Francuzi brali sobie Tunezję we władanie jako swój protektorat (traktat w Bardo pod Tunisem). W 1882 r. Włoch w służbie francuskiej - Piotr Brazza przyłączył do francuskiego imperium kolonialnego Gabon (wówczas zwany Kongiem Francuskim). W tym samym roku, Francuzi opanowali większość kluczowych osad Malgaszów na Madagaskarze, zmuszając tym samym ostatnią królową tego ludu - Ranavalonę III, do uznania francuskiego protektoratu (1885 r.). Podobnie było na Dalekim Wschodzie, gdzie do utworzonej w południowym Wietnamie w 1862 r. prowincji Kochinchina (Sajgon zajęli Francuzi już w 1859 r.), dołączyli prowincję Annam (Wietnam środkowy) i Tonking (Wietnam północny), zajmując w 1883 r. Hanoi (w tym samym czasie sprawowali już protektorat nad Kambodżą od 1863 r.). W 1885 r. wymusili zrzeczenie się przez Chińczyków zwierzchnictwa nad Wietnamem (traktat w Tien-tsin), a w 1886 r. połączyli Kochinchinę, Annam, Tonking i Kambodżę we francuską Unię Indochińską (do której w 1893 r. przyłączyli jeszcze Laos - jako swój protektorat).

Konfrontacja brytyjsko-francuska skumulowała się jednak w Egipcie oraz Sudanie, o które to kraje trwała dyplomatyczno-finansowa batalia Londynu i Paryża. W 1851 r. Brytyjczycy uzyskali od regenta Egiptu - Abbasa I (wnuka Mohammeda Alego - władającego Egiptem od 1805 r.), koncesję na remont linii kolejowej Aleksandria-Suez, ale w 1854 r. francuski przedsiębiorca i dyplomata - Ferdynand de Lesseps, zdołał przekonać wicekróla Mohammeda Saida, aby ten przydzielił mu koncesję na budowę i wykorzystanie Kanału Sueskiego. Prace przy przekopie tego kanału (to właśnie tam pracował jako inżynier, ojciec Stasia Tarkowskiego z powieści Henryka Sienkiewicza "W pustyni i w puszczy"), trwały piętnaście lat i ostatecznie zakończyły się hucznym otwarciem Kanału Sueskiego (w obecności cesarza Napoleona III i cesarzowej Eugenii) 27 listopada 1869 r., gdzie wśród strzelających w niebo sztucznych ogni, grających orkiestr i świetlnych iluminacji, przepłynęło tamtędy 51 okrętów (na czele z cesarskim jachtem, wiozącym na pokładzie Napoleona i Eugenię). Od chwili budowy do otwarcia, kanał był pod kontrolą Francuzów (choć władcy Egiptu posiadali 177 tys. z 400 tys. akcji Towarzystwa Kanału Sueskiego), zaś Brytyjczycy (dla których droga do Indii zależała właśnie od tego skrótu, gdyż skracała podróż od 18 do 24 dni, w zależności od trasy podróży. Było to tempo prawdziwie rewolucyjne i godne wręcz Juliusza Verne'a) starali się odkupić od Francuzów udziały i przejąć Kanał Sueski dla siebie. Rząd premiera Benjamina Disraelego podjął decyzję o natychmiastowym zakupie akcji Towarzystwa i gdy pewnego niedzielnego popołudnia 14 listopada 1875 r., który premier Disraeli spędził na przyjęciu w domu bankierów, przy kieliszku mocnej angielskiej brandy, przyszła doń propozycja od kolejnego wicekróla Egiptu - Isma'ila Paszy, sprzedaży jego 177 tys. akcji Kanału Sueskiego (wcześniej Disraeli złożył propozycję kupna francuskich udziałów, ale rząd francuski zabronił ich sprzedaży swym udziałowcom). Ism'ail był człowiekiem rozrzutnym. Rozmiłowany w przyjemnościach stołu i łoża, zajmował się głównie przebywaniem w swoim haremie, na który wciąż potrzebował pieniędzy. Za sprzedaż swych akcji, zażądał 4 milionów funtów, a takich pieniędzy nie było wówczas gotówką w Banku Anglii (poza tym Parlament miał przerwę w obradach, a istniał przepis że Bank Anglii może udzielić rządowi pożyczki jedynie podczas obrad Parlamentu). Nie było więc innego wyjścia i Disraeli skierował się prosto do... banku Rotschildów.

Baron Lionel de Rotschild tego dnia właśnie wypoczywał na werandzie swej willi i zajęty był jedzeniem winogron. Gdy Disraeli przybył i poprosił o 4 miliony funtów, usłyszał pytanie: "A co dostanę w zastaw?", na co brytyjski premier odparł bez zastanowienia: "Rząd Jej Królewskiej Mości". Rotschild się zgodził i dobili targu (oczywiście po wcześniejszym uzgodnieniu wysokości spłacanych odsetek). Dzięki tej inwestycji, Brytyjczycy zdominowali Towarzystwo Kanału Sueskiego, bo choć posiadali jedynie 44 proc. akcji, to jednak jako jeden podmiot (rząd Wielkiej Brytanii) zdobyli najwięcej udziałów (pozostały pakiet większościowy, choć oczywiście należał głównie do Francuzów, był rozproszony pomiędzy wielu poszczególnych udziałowców) i to oni teraz zdobyli decydujący głos w sprawie Kanału Sueskiego (co prawda jeszcze nie w 100 procentach). A tymczasem sprawy wokół Kanału Sueskiego i Egiptu zaczęły nabierać tempa, gdy już w roku następnym (1876) wicekról Isma'il ogłosił bankructwo swego kraju. W ciągu zaledwie roku zdołał stracić 4 miliony funtów i znów nie miał pieniędzy, co zmusiło go do podjęcia tak radykalnego kroku. Niestety, Egipt był zadłużony po uszy (głównie we francuskich i brytyjskich bankach) zaś ogłoszenie bankructwa automatycznie oznaczało wstrzymanie spłaty rat kredytów. A na to nie było zgody zarówno w Paryżu, jak i w Londynie. Francja oraz Wielka Brytania (przy akceptacji Niemiec, Austro-Węgier, Włoch i Imperium Osmańskiego) powołały do życia Międzynarodową Komisję (ds. egipskiego) Długu, która starała się wymusić na Isma'ilu spłatę pożyczek, a gdy to się nie powiodło, w 1879 r. przekonano sułtana Abdul Hamida II (który był zwierzchnikiem egipskiego wicekróla) by pozbawił go stanowiska i na jego miejsce powołał kogoś bardziej uległego. Tak też się stało i opróżnione miejsce po Isma'ilu, zajął jego syn - Taufik Pasza, który był już całkowicie uzależniony od swych europejskich wierzycieli i bezdyskusyjnie wykonywał ich polecenia. Ponowne uzależnienie Egiptu od Brytyjczyków i Francuzów nie spodobało się jednak egipskiej armii i imamom, którzy podburzyli lud do buntu przeciwko władzy wicekróla Taufika - jako zależnej od niewiernych marionetki. Doszło wówczas do rozruchów, w trakcie których zabito pewną liczbę Europejczyków (początek 1882 r.), oraz poturbowano dyplomatów z kilku europejskich krajów. Na czele zbuntowanego ludu stanął pułkownik Ahmed Arabi, który dokonał zamachu stanu, wtargnął do siedziby egipskiego rządu i oblawszy atramentem ministrów, kazał im skakać z okien (na szczęście dla nich był to parter). Od tej chwili przejął pełnię władzy, zamykając wicekróla w swoistym areszcie domowym.




Rozpoczął też przygotowania do nieuniknionej konfrontacji zbrojnej z Brytyjczykami i Francuzami, nakazując umocnienie fortyfikacji Aleksandrii. Wkrótce potem zjawiła się tam brytyjska eskadra okrętów wojennych, wycelowując działa na umocnione tereny fortu i wystosowując ultimatum do pułkownika Arabi o zakończenie prześladowań Europejczyków w Egipcie, oraz o podporządkowanie się wyrokom Międzynarodowej Komisji d/s Długu. Ultimatum to zostało odrzucone i 11 lipca 1882 r. brytyjskie działa okrętowe otworzyły ogień, dokonując ogromnych spustoszeń nie tylko wśród egipskich stanowisk ogniowych w forcie, ale również w samej Aleksandrii. Pod wieczór w aleksandryjskim porcie wylądowała brytyjska piechota morska, która zajęła miasto (po kilku godzinach intensywnej artyleryjskiej kanonady). W kilka tygodni później Brytyjczycy opanowali również sam Kanał Sueski (wbrew protestom Ferdynanda Lessepsa), zaś 13 września, w bitwie pod Tell el-Kebir z armią Arabiego, brytyjski generał - Garnet Wolseley - odniósł całkowite zwycięstwo i mógł z całą pewnością powtórzyć słowa, wypowiedziane wcześniej przez młodego francuskiego generała o nazwisku Bonaparte sprzed 84 lat: "Żołnierze! znad tych piramid spogląda na was czterdzieści wieków". Teraz jednak nie byli to żołnierze z przypiętymi do klapy granatowych mundurów "trikolorami" i w bikornach na głowach. Byli to przebrani w jaskrawo-krwiste uniformy "dżentelmeni z Eton College" w białych hełmach, którzy nadzwyczaj szybko podporządkowali sobie kraj nad Nilem. Wkrótce potem nowy brytyjski premier - William Gladstone (z Partii Liberalnej), ogłosił że Brytyjczycy nie zamierzają długo pozostawać w Egipcie, a ich obecność związana jest jedynie z "zapewnieniem ochrony istniejących praw, czy to dotyczących sułtana, chedywa (wicekróla), czy też narodu angielskiego i zagranicznych wierzycieli". Stwierdził również że siły brytyjskie opuszczą ten kraj: "tak szybko, jak tylko pozwoli na to stan kraju", dodając że Wielka Brytania nigdy nie miała i nie ma zamiaru okupować Egiptu: "Ze wszystkich rzeczy na świecie to właśnie jest ta jedna, której na pewno nigdy nie uczynimy". Brytyjska okupacja Egiptu zakończyła się dopiero w... 1936 r., zaś ostatnie brytyjskie oddziały wojskowe opuściły kraj nad Nilem w 1956 r. Rzeczywiście, dość "szybko" opuścili oni Egipt, biorąc pod uwagę że inne terytoria okupowali znacznie dłużej bez mrugnięcia okiem (jednocześnie niszcząc lokalne gospodarki i zmuszając pozostałych mieszkańców Imperium "Nad którym nigdy nie zachodzi Słońce", aby zaopatrywali się w najróżniejsze bibeloty właśnie w Anglii. Przecież już William Pitt Starszy grzmiał iż nie pozwoli angielskim kolonistom w Ameryce, wyprodukować "ani jednego gwoździa". Efektem takiej właśnie polityki, był bunt amerykańskich stanów i powstanie USA).




Gdy więc Brytyjczycy podporządkowali sobie Egipt i (jak rzekł premier Gladstone już w roku 1883) "stali się egipskim rządem", jednocześnie objęli kontrolę nad Sudanem (który od 1874 r. pozostawał pod kontrolą Egiptu). Powstała jednocześnie dość dziwna sytuacja, iż co prawda Brytyjczycy kontrolowali egipskie państwo (choć formalnie nie pokusili się o żadne uprawomocnienie swojej okupacji, a pierwszy brytyjski protektorat utworzono tam dopiero w 1914 r., dopiero po wybuchu I Wojny Światowej), to jednak Egipt kontrolował Sudan. Powstało więc pytanie: czy Brytyjczycy mają również prawa do Sudanu, skoro i tak okupują Egipt? Gladstone był przeciwny zajmowaniu Sudanu, twierdząc że jest to "bezużyteczna ziemia", pustynny i górzysty "kraj czarnych" barbarzyńców i łowców niewolników. Jednak dla wielu brytyjskich urzędników stało się jasne, że rozciągnięcie kontroli nad Sudanem może okazać się korzystne pod względem finansowym, gdyż tamtejsi łowcy niewolników (napadający na afrykańskie wioski i wystawiający uprowadzony "heban" w Chartumie, Omdurmanie czy Suakinie) musieli opłacać się egipskim gubernatorom, którzy przymykali oko na ich działalność, a ci zaś opłacali się brytyjskiemu gubernatorowi Egiptu. Powstała samonapędzająca się spirala łatwych pieniędzy, czerpana z ludzkiej rozpaczy, poniżenia i niegodziwości, której Anglicy nie zamierzali przeciwdziałać a wręcz ją wspomagali, mając jednocześnie w głębokiej pogardzie miejscowe ludy (podobnie jak i Egipcjan, zresztą angielskie kobiety, które przybyły do Egiptu lub Indii wraz ze swymi mężami, gdy tylko zachodziły w ciążę natychmiast pierwszym statkiem wracały do Anglii, aby dziecko nie musiało potem mieć przez całe życie wpisane jako miejsce urodzenia jakiś Wisakhapatnam, Srirampur, Rangun, Omdurman czy inny Bombaj. Znacznie lepiej w brytyjskich kręgach "dżentelmenów z Eton" widziane było miejsce urodzenia w Hertford, Reading, Aldershot czy Hull. Zresztą Brytyjczycy z początku XX wieku uważali siebie samych i swój kraj za prawdziwy pępek świata, powtarzając często że "Dzikusy zaczynają się już w Calais").


 

Wplątanie się Brytyjczyków w sprawy Egiptu, spowodowało wybuch kolejnego buntu (1881 r.), tym razem prowadzonego przez pustynnego ascetę z wyspy Aba na Białym Nilu (już za życia uważanego za "umiłowanego przez Allaha" czyli muzułmańskiego świętego) Mohammeda Ahmeda zwanego "Mahdim" (prorokiem). Tak oto rozpoczynało się krwawe powstanie, które trwało w Sudanie aż do 1899 r. i zakończyło się okupacją i podporządkowaniem sobie egipskiego Sudanu przez Brytyjczyków (pozwolę sobie już nie wchodzić w kluczowe momenty tych walk, gdyż nie mają one większego znaczenia dla tego tematu i przejdę bezpośrednio dalej). Ostatecznie po długotrwałej wojnie z derwiszami Mahdiego, a po jego śmierci w 1885 r. kalifa Abdullahiego (analfabety, który doskonale potrafił prowadzić działania partyzanckie i kierować uzbrojonymi w oszczepy i łuki zwolennikami świętości Mahdiego), Brytyjczycy (pod dowództwem gen. Horatio Kitchenera) zdobyli Dongolę (21 września 1896 r.), Abu Hamed (7 sierpnia 1897 r.) i rozbili mahdystów w bitwach nad rzeką Atbarą (8 kwietnia 1898 r.) i pod Omdurmanem nad Nilem (2 września 1898 r.), To właśnie po zakończeniu tej ostatniej bitwy o mało co nie doszło do wybuchu znacznie większego konfliktu, który z pewnością odmieniłby przyszłość Europy i Świata. Otóż w Faszodzie (obecnie Kodok) w południowym Sudanie, doszło do poważnej konfrontacji pomiędzy dwiema ekspedycjami: brytyjskiej flotylli kanonierek, płynącej pod dowództwem gen. Kitchenera w górę Nilu i francuskiej kolumny kapitana Jeana-Baptiste'a Marchanda, idącej drogą lądową z Dakaru do Dżibuti. Konflikt ten trwał prawie pół roku i choć obie kolumny nie otwierały do siebie ognia, to jednak żadna ze stron nie zamierzała się wycofać, co jedynie potęgowało wzajemny konflikt i w dłuższej perspektywie groziło wybuchem otwartej wojny brytyjsko-francuskiej (na co bez wątpienia liczył Berlin), tym bardziej że brytyjska Royal Navy już się szykowała do uderzenia na francuską Marine Nationale na Morzu Śródziemnym. Wówczas zadziałał jednak zdrowy rozsądek i za sprawą kilku polityków (przede wszystkim zaś Teofila Delcasse - francuskiego ministra spraw zagranicznych, który świadomy rosnących wpływów niemieckich, otwarcie dążył do zbliżenia Paryża z Londynem) udało się zakończyć ten konflikt (21 marca 1899 r. zawarto porozumienie uznające prawa Wielkiej Brytanii do całej doliny Nilu, a korpus kapitana Marchanda został wycofany z Faszody na polecenie ministra Delcasse'go).


Lord gen. HORATIO KITCHENER



KAPITAN JEAN-BAPTISTE MARCHAND

 

Był to pierwszy krok na drodze późniejszego zbliżenia Paryża i Londynu, choć kolejny krok ku temu wyszedł teraz ze strony Anglików (za czasów urzędowania przy Quai d'Orsay ministra Gabriela Hanotaux - poprzednika Delcasse'go i zwolennika zbliżenia zarówno z Rosją jak i z Niemcami, oraz stworzenia bloku kontynentalnego złożonego z tych trzech państw, a wymierzonego przeciw Brytyjczykom - Wielka Brytania znalazła się w izolacji i na gwałt poszukiwała sojuszników). Rozładowanie konfliktu z Faszody stwarzało doskonałą okazję pod wygaszenie narosłych przez wieki uprzedzeń oraz przezwyciężanie stereotypów narodowych (bardzo silnych w obu tych krajach), w celu realnego zbliżenia polityczno-militarnego Francji i Anglii. I w tym dziele znacznie wykazał się nowy król (od 22 stycznia 1901 r.) Wielkiej Brytanii (koronowany 9 sierpnia 1902 r.) - Edward VII. Po raz pierwszy od 64 lat, na tronie brytyjskim zasiadł mężczyzna, gdyż długoletnie rządy jego matki, królowej Wiktorii - zdążyły już przyzwyczaić Anglików że "Monarchia jest kobietą" (notabene podobnie jest dzisiaj z Elżbietą II). Anglicy rodzili się za panowania Wiktorii i umierali za panowania Wiktorii, która w pewnym momencie stała się dla nich już nie tyle żywą osobą, co wręcz pewnym symbolem czasów wielkiej brytyjskiej prosperity i rozwoju kolonialnego. To właśnie Wiktoria wprowadziła Anglię w wiek kolei, fotografii, pierwszych samochodów i samolotów, to wlaśnie za jej panowania powstały największe od czasów Tudorów arcydzieła brytyjskiej literatury. Królowa Wiktoria była więc symbolem nie tylko monarchii, ale wręcz brytyjskiego Imperium i wszystkich żyjących w nim ludów. Teraz zaś na tron wstępował sześćdziesięcioletni (skutecznie odsuwany przez matkę od spraw politycznych), nieco przysadzisty mężczyzna o skłonnościach do kleptomanii (nie jest do końca wiadome czy to prawda czy też plotka, ale istnieją przypuszczenia że książę Edward lubił dokonywać drobnych kradzieży w sklepach, a żeby sprawy te nie ujrzały nigdy światła dziennego, szedł za nim specjalny urzędnik dworu i na miejscu regulował ceny za skradzione przedmioty). Mimo to, jeśli chodzi o charakter, to nowy monarcha wcale nie przypominał swej nudnej (noszącej czarne suknie od śmierci swego męża w grudniu 1861 r.) matki, której niewiele rzeczy było w stanie zadowolić (szczególnie pod koniec swego długiego życia, stawała się nieco zgorzkniała i marudna) i która często powtarzała podczas publicznych przedstawień, organizowanych na królewskim dworze: "Nie jesteśmy zabawieni". O Edwardzie można było powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że był nudny.


KRÓL WIELKIEJ BRYTANII - EDWARD VII


 
Kochał życie i dawał się lubić (miał skłonność przyciągania do siebie ludzi). Gdy jeszcze jako młody mężczyzna (w wieku 19 lat) wyjechał do Stanów Zjednoczonych, był tam witany jak zwycięski amerykański prezydent, a tłumy kłębiły się, aby tylko, choć z oddali ujrzeć księcia. Jako pierwszy brytyjski przedstawiciel dynastii panującej, złożył kwiaty na grobie Jerzego Waszyngtona, czym od razu przekonał do siebie amerykańską prasę i elity ze Wschodniego Wybrzeża (tamte amerykańskie elity jeszcze był patriotyczne, nie to co dziś). Zaś podczas oficjalnego przyjęcia w Chicago, taki tłum gości oczekiwał przyjazdu księcia, że w budynku... zarwała się podłoga i 200 osób pospadało do znajdującej się niżej sali teatralnej, wprost na krzesła parteru. Nikt co prawda nie zginął, ale było wielu poważnie rannych. Amerykanie tak zakochali się w Edwardzie, że powstała nawet propozycja wysunięcia go jako kandydata w wyborach na prezydenta USA (to były te same wybory, które wygrał Abraham Lincoln i które pośrednio doprowadziły do rozpadu Unii i wybuchu Wojny Secesyjnej). Książę uwielbiał życie i zabawy, a przede wszystkim uwielbiał płeć piękną i wdawał się w liczne romanse (będąc na przykład w Paryżu, wprowadził swoje całkiem nagie kochanki - które notabene pochodziły z brytyjskiej elity arystokratycznej - okryte jedynie w wymyślne futra, na wieżę Eiffla). Spotykał się też (a potem długie lata korespondował) ze znaną kurtyzaną Katarzyną Walters. Książę był również bardzo inteligentnym człowiekiem i nawet swoją mowę tronową wygłosił własnymi słowami (a nie odczytywał jej z deklaracji Wilhelma IV z 1831 r.), czym wzbudził ogromną radość swych poddanych. Nowy król, na nowe czasy (wszyscy myśleli że nowe, XX stulecie, także będzie wiekiem Brytanii), monarcha władający Imperium złożonym z 400 milionów poddanych - to właśnie on (i może jeszcze sekretarz stanu do spraw kolonii w rządzie Artura Balfoura - Joe Chamberlain, ojciec Austena i Neville'a - tego który po powrocie z Monachium w 1938 r. twierdził że zgodą za oddanie Hitlerowi Czechosłowacji przywiózł: "Pokój naszych czasów") stał sie autorem zgody z Francją, która przeszła do historii jako "Entente Cordiale" ("Serdeczne Porozumienie"). Cóż się zresztą dziwić, skoro to właśnie we Francji książę Edward przeżył swe najlepsze, erotyczne doświadczenia.



 

CDN.

poniedziałek, 27 kwietnia 2020

FEMINIZM - CO TO WŁAŚCIWIE JEST? - Cz. I

PRAWDZIWI TWÓRCY I RZECZYWISTE

CELE TEGO NAJBARDZIEJ

ANTYKOBIECEGO RUCHU W DZIEJACH





 Jest 6 grudnia 1989 r. Do budynku Politechniki w Montrealu wchodzi 25-letni mężczyzna - Marc Lépine. Nikt nie wie że jest on uzbrojony w broń palną i nóż myśliwski, nikt go też nie sprawdza. Na uczelni spędził on ponad godzinę, nim ostatecznie wszedł do klasy inżynierii mechanicznej i od razu nakazał chłopakom oddzielić się od dziewczyn i przejść na przeciwległe strony sali. Z początku wszyscy myśleli że to jakiś żart, ale gdy Lépine wyciągnął broń i strzelił w sufit, było wiadomo że to nie przelewki. Gdy już chłopcy oddzielili się od dziewcząt, mężczyzna nakazał im wszystkim (w liczbie ok. 50) opuścić salę, podczas gdy wciąż nakazał pozostać tam pozostałym 9 kobietom. Żaden z tych chłopaków nie interweniował, chociaż mieli znaczną przewagę liczebną nad zamachowcem i wszyscy posłusznie opuścili salę. Następnie Lépine zapytał się owych dziewcząt, czy wiedzą dlaczego je tu uwięził, a gdy odpowiedziały przecząco, odparł: "Walczę z feminizmem". Jedna z dziewcząt - Nathalie Provost powiedziała wówczas: "Słuchaj, my tylko studiujemy inżynierię, nie jesteśmy feministkami i nie walczymy z mężczyznami". Wtedy napastnik rzekł: "Jesteście kobietami i wszystkie jesteście grupą feministek, a ja nienawidzę feministek", po czym otworzył ogień do znajdujących się na sali dziewcząt, zabijając na miejscu sześć z nich a trzy poważnie raniąc. Nim ostatecznie popełnił samobójstwo, zabił 14 dziewcząt - wszystkie tylko dlatego że uważał je (jako studiujące inżynierię) za feministki. Żaden chłopak im nie pomógł, żaden nie stanął w ich obronie. W swym liście Lépine napisał: "Postanowiłem odesłać do Stwórcy te wszystkie feministki, które zawsze rujnowały mi życie. Przez ostatnie siedem lat życie nie sprawiało mi żadnej radości i będąc całkowicie zdecydowanym, postanowiłem położyć kres życiu tych jędz". Tak oto przez feminizm życie straciło 14 dziewcząt, a przy tym żaden chłopak nie stanął w ich obronie i nie udzielił im pomocy. Oczywiście feministki wykorzystały tę tragedię jako kolejny atak na mężczyzn, organizując w 1991 r. "Narodowy Dzień Pamięci Przeciwko Przemocy wobec Kobiet" i znów odwracając kota ogonem.

Dlaczego o tym piszę? Otóż dlatego, że przypadek Marca Lépine'a (który prawdopodobnie był albo bardzo słaby psychicznie, albo też miał nierówno pod sufitem), wcale nie jest odosobniony i to nie dlatego że każdy mężczyzna pragnie poniżać, gwałcić, upokarzać lub zabijać kobiety, ale dlatego że prawdziwym problemem dzisiejszego świata stało się już jawne szczucie kobiet na mężczyzn, a do tego właśnie zadania najlepiej nadają się feministki - szczególnie radykalne - a przy tym często lesbijski. Jest wiele powodów dlaczego zdeklarowane lesbijski stały się radykalnymi feministkami, ale najważniejszym z nich jest wciąż sączona do ich główek propaganda, mówiąca o tym, że każdy mężczyzna jest potencjalnym gwałcicielem i oprawcą kobiety, że dobrowolny seks pomiędzy kobietą a mężczyzną nie istnieje i zawsze jest wymuszany, a to oznacza że z definicji musi być gwałtem. Nim rozwinę ten temat, chciałbym jeszcze na moment opowiedzieć o moim doświadczeniu z radykalnymi feministkami, którego doświadczyłem w ostatnich dniach. Otóż, ponieważ ta koronowirusowa pandemia nieco ograniczyła moje relacje zawodowe (choć już powoli wracamy do pracy), przeto z nudów coraz częściej szukałem w internecie najdziwniejszych i najbardziej kontrowersyjnych aspektów wzajemnych damsko-męskich relacji i rzeczywiście kilka z nich udało mi się znaleźć i poznać, jak to wygląda od strony tych, którzy dany model relacji dwustronnych praktykują. A znalazłem naprawdę dziwne związki, jak choćby środowiska opartego na relacji goreańskiej. Chodzi tutaj o pewien styl życia, polegający na tym że istnieje relacja oparta na... rzeczywistym, choć całkowicie dobrowolnym niewolnictwie kobiet, które nazywane są kajirami (opartym na motywach powieści o fantastycznym świecie Gor, autorstwa Johna Normana z lat 60-tych, 70-tych i 80-tych). Ich model związku, oparty na relacji Pan-niewolnica, jest co prawda w pewien sposób podniecający, ale jednocześnie całkowicie upokarzający dla kobiety (przynajmniej ja tak uważam, są jednak kobiety które to lubią). Bo jak inaczej nazwać prowadzenie niewolnicy na smyczy po ulicy, lub inne tego typu podobne fetysze. Ja też oczywiście przyznaję się - lubię spanking (ale bez wiązania i tego typu dodatków z repertuaru BDSM, ja raczej wolę relację na zasadzie dominacji mentalnej a nie fizycznej, zaś sam spanking jest jedynie dodatkiem i nie zawsze musi być stosowany - ale piękne jest już samo zdominowanie kobiety w taki sposób, aby zawsze była gotowa na lanie, bez względu na to czy do niego dojdzie, czy też nie), jednak takie upodlenie (wybaczcie, ale inaczej tego nie nazwę) kobiety, po prostu mnie odrzuca, choć na tym forum bardzo przyjemnie mi się konwersowało. 

Innym, bardzo podobnym, aczkolwiek odwróconym o 180 stopni, było forum feministyczne, ale skupione bardziej na nietypowych relacjach. Ok. ja jestem osobą tolerancyjną (oczywiście do pewnego stopnia) i ci, którzy czytają to forum zdążyli się już o tym przekonać (😋). Dlatego też podchodzę z pewną dozą akceptacji do (prawie) każdego urozmaicenia relacji dwustronnych, dwojga dorosłych osób odmiennej płci (homoseksualistów zostawmy w spokoju bo mnie ten temat zupełnie nie interesuje). Dlatego też, wchodząc na owe feministyczne forum, które było poświęcone... zamianie mężczyzn w kobiety - że tak to kolokwialnie ujmę - również podchodziłem do tego co prawda z przymrużeniem oka, ale przecież każdy zdrowy, dorosły człowiek kontroluje własne odruchy i własne ekscytacje i ma prawo praktykować taki styl życia, jaki chce (pod warunkiem oczywiście że przy tym nie krzywdzi drugiej osoby) i tak właśnie początkowo było (oczywiście oba fora były anglojęzyczne, bowiem u nas w Polsce nie jesteśmy jeszcze na takim stopniu zdeprawowania, żeby praktykować jawną niewolę kobiet lub feminizację mężczyzn - tak mi się przynajmniej wydaje), lecz gdy poczytałem sobie posty na owym forum (do którego linków podawał nie zamierzam), przyznam się szczerze że złapałem się za głowę. Oto bowiem owe radykalne feministki (swoją drogą forum było zdominowane przez facetów lubiących przebierać się za kobiety, a prawdziwych kobiet było tam zaledwie... dwie), postulowały bowiem jakąś rewolucję, trwającą co prawda chyba przez dekady, a polegającą na radykalnym odwróceniu relacji kobiet i mężczyzn o 180 stopni. Chodziło tam o to, że kobiety przejmą męskie zawody a faceci żeńskie i że oczywiście wszyscy mężczyźni będą zmuszeni nosić sukienki etc. etc. Początkowo traktowałem to forum, jako dobrą okazję do rozładowania nastroju, czyli po prostu do beki (a że lubię się pośmiać, to tego nigdy nie ukrywałem 😇). Z czasem jednak zacząłem się zastanawiać nad tym co one (i oni) tam radzą i ogarnął mnie... smutek. Nie dlatego abym uważał te brednie za możliwe do urzeczywistnienia (bo to jest oczywiste), ale dlatego że w ich sposobie myślenia zobaczyłem typowe totalitarne myślenie człowieka, który pragnie Nowego, Lepszego Świata i który oczywiście zawsze musi powstać na gruzach starego. 




Twórcy "Encyklopedii" z 1751 r., też chcieli przecież tylko uczynić świat lepszym, a ostatecznie to dzieło dało asumpt dla jednej z najkrwawszych wydarzeń w dziejach świata - Rewolucji Francuskiej, która z mordowania ludzi uczyniła wręcz sztukę. Sztukę tę następnie znacznie rozbudowali marksistowscy myśliciele, którzy mamili świat wizją Nowych, Wspaniałych Czasów po Rewolucji bolszewickiej i nastaniu komunizmu, w którym każdy będzie mógł mieć tyle, ile mu potrzeba (jedyna zaś równość, jaką naprawdę wprowadzili komuniści to była równość cmentarna - każdy, bez względu na stan społeczny, materialny, rasę czy płeć - każdy był równy... w umieraniu). To samo było z idealistami nazizmu i faszyzmu - którzy także śnili o lepszym świecie, a zgotowali temu światu prawdziwe piekło. Ponieważ ja należę do ludzi, którzy nie lubią stać z boku, lub milczeć, gdy głupota triumfuje, przeto zalogowałem się na to forum i wyznając oczywiście moje zrozumienie dla ich zabaw (już sam fakt że nazwałem to "zabawą", bardzo ich oburzył), zacząłem skrupulatnie tłumaczyć (jak Urban w tym skeczu Tadeusza Drozdy z 1988 r.: "Wiecie co mi się nie podoba? Korespondenci zagraniczni. Przyjeżdża taki do kraju, węszy, szuka, pyta i całe szczęście że tera w naszym roku, co wtorek zgarnia ich minister Urban i im "tłuumaczy". Wiecie, jak takiemu raz na tydzień prawdę wyłożyć, to on z czasem znormalnieje. Oni mają tam przygotowane pytania na tę konferencję prasową, typu: "Panie ministrze, dlaczego to i to i to i to i to?", a minister im mówi: "Bo to i to!". A oni wtedy: "Achaaa"). Tak mniej więcej wyglądały nasze konwersacje na tym forum, gdy próbowałem im wytłumaczyć że myślenie typu "coś się narzuci i coś się przymusi" - jest myśleniem osób o światopoglądzie TOTALITARNYM! Oczywiście nikogo nikt nie obrażał i obie strony zachowywały daleko posuniętą grzeczność, ale ostatecznie po zaledwie dwóch (może trzech dniach) tej naszej konwersacji, otrzymałem dożywotniego bana 😂. Coś już zresztą przeczuwałem, gdy na moje argumenty brak było odpowiedzi, a jedynie pojawiały się sformułowania typu "Wielkie Nieba", "Niesamowite" itd. Gdy zaś zacząłem im (w ogromnym skrócie) opisywać historię marksizmu i feminizmu - to chyba ich cierpliwość nie wytrzymała i dali mi bana. Cóż, od pierwszego dnia się z tym liczyłem, bo wiedziałem że tak to się właśnie skończy (nie po to się zresztą tam logowałem, aby dzielić się z nimi swoimi "doświadczeniami"). 

Ale to, co mnie zaskoczyło, to takie bezrozumne przekonanie, że kobiety są w stanie cokolwiek uczynić bez zgody i poparcia mężczyzn - a przecież nawet na tamtym forum dominowali faceci i to w ogromnej większości, gdyż normalnych kobiet takie kwestie jak feminizacja - do tego przymusowa co szczególnie było komiczne - mężczyzn, zupełnie nie interesują). Wszystkie prawa jakie osiągnęły kobiety, nie zostały im przyznane przez inne kobiety, ale właśnie przez mężczyzn, przez tych znienawidzonych samców. I to wcale nie dlatego (jak głosi współczesna feministyczna propaganda), że wywalczyły to sobie swoimi protestami (czy jakkolwiek nazwać to co robiły sufrażystki - które notabene wcale nie były feministkami, a gdyby ujrzały co też wyczyniają ich dzisiejsze potomkinie, złapałyby się z przerażeniem za głowy), tylko dlatego że taka stawała się konieczność dziejowa, zaś kobiety własną pracą i poświęceniem w czasie dwóch wielkich Wojen Światowych - udowodniły, że nie tylko należy im przyznać prawo do głosowania, ale i do pracy takiej, jaką zapragną. I wcale stopień rozwoju ruchu sufrażystek w danym kraju, nie miał najmniejszego przełożenia na szybkość przyznawania kobietom praw (głównie wyborczych), gdyż weźmy sobie na przykład taką Polskę, która w 1918 r. po 123 latach (oficjalnie, realnie zaś po 150, licząc od pierwszego rozbioru w 1772 r. do zjednoczenia ziem polskich w 1922 r.) odzyskała niepodległość i która od razu w tym samym roku przyznała kobietom równe z mężczyznami prawa wyborcze. U nas natomiast ruch sufrażystek praktycznie (poza jakimiś marginalnymi "kółkami gospodyń wiejskich") nie istniał. Natomiast w Wielkiej Brytanii, we Francji czy w USA był to ruch dość duży. A w tych krajach kobiety otrzymały prawa wyborcze znacznie później: USA - 1920, Wielka Brytania - 1928, Francja - 1944 r. Natomiast w takiej bogatej Szwajcarii, w części kantonów dopuszczono kobiety do głosowania w 1971 r. (natomiast we wszystkich kantonach dopiero w 1990 r.). Spójrzcie, tyle dekad walk sufrażystek i feministek i nic, większość państw miało zupełnie gdzieś ich postulaty i dopiero z czasem (cezurą była tu szczególnie I a potem II Wojna Światowa) przyznano im prawa wyborcze na równi z mężczyznami. I to mężczyźni ofiarowali im te prawa, nie sufrażystki ani nie feministki - one niczego nie wywalczyły, one wielokrotnie poniżały same siebie i swoją płeć, co tylko budziło efekt przeciwny przyznaniu im jakimkolwiek praw (jak na przykład współczesne paradowanie z gołymi cyckami tych ogłupionych propagandą i wykorzystywanych dziewcząt z "Femenu", czy też "marsze szmat" - co jak wiadomo przybliżają one kobiecą godność i wyrabiają w mężczyznach poczucie, że kobiety są im równe - z pewnością tak jest 😅).

Nie tylko prawa wyborcze (i jakiekolwiek inne) ofiarowali kobietom mężczyźni, ale nawet sam feminizm (tzw.: "drugiej fali"), został wymyślony nie przez kobiety, tylko właśnie przez mężczyzn. Kobiety (szczególnie te radykalne feministki-lesbijski, którym się wydaje że coś mogą zrobić) są tam jedynie w roli "mięsa armatniego" i taką tylko pełnią funkcję, jako przystawki atakujące normalnych facetów i wmawiające im że pocałunek to gwałt lub molestowanie, że seks kobiety z mężczyzną jest zawsze wymuszony i że istnieje jakaś "kultura gwałtu", oraz "toksyczna męskość". To bardzo pięknie wpasowuje się w teorie feministek-lesbijek, które przecież (szczególnie te radykalne) nie znoszą mężczyzn i najchętniej (jak ta idiotka Valerie Solanas) poddaliby ich masowej eksterminacji. A atakowani z każdej strony (szczególnie przez media, filmy, seriale, prasę i nawiedzone aktywistki z gołymi cyckami) faceci, którym ciągle się wmawia że są "głupi", "niepotrzebni" i że tylko "myślą o tym aby swój sprzęt włożyć do jakiejś dziury" (jak mi powiedziała jedna z pań feministek na wyżej wspomnianym forum), wreszcie zaczną odwracać się od kobiet. Już teraz powstają (coraz liczniejsze) grupy mężczyzn zwane (przez feministki) incelami - którzy właśnie zaczynają obwiniać kobiety za to, że nie wychodzi im w związkach z kobietami i będą za to owe kobiety nienawidzić (to naturalna reakcja każdego zagonionego w pułapkę stworzenia, które nie mając już gdzie uciec, będzie się bronić i atakować), lub - równie popularne - ruchy MGTOW (Men Going Their Own Way - Mężczyźni, Którzy Poszli Własną Drogą), nie dbające o kobiety i wykorzystujące je przedmiotowo  jedynie dla zaspokojenia własnych popędów, bez konieczności wchodzenia w jakieś relacje typu małżeństwo. Wiele kobiet zadaje sobie pytanie: "Gdzie ci mężczyźni?"i nie znajduje na nie odpowiedzi. A odpowiedź jest prosta - zostali poniżeni przez feministki (często lesbijki - co jest ważne) i uznani za potencjalnych gwałcicieli, oskarżeni o molestowanie za to tylko, że powiedzieli kobiecie komplement, zaś ich uczucie w stosunku do kobiet określone zostało "toksyczną męskością". Po co więc mają się męczyć w domu z kobietami, które chcą ciągle z nimi walczyć? Mają to gdzieś i idą własną drogą, która jednak nie spodoba się kobietom (już się nie podoba, wystarczy poczytać co na forach piszą kobiety o owych grupach "inceli" lub właśnie tych MGTOW-ach). Jeśli wszystko, co robią od wieków jest złe, to może kobiety zrobią to lepiej? Niech robią, ciekawe jak długo wytrzymają (a te osoby z męskich grup naprawdę są zdeterminowane, prawie tak bardzo jak ów nieszczęsny Marc Lépine, który zamordował bezbronne dziewczęta tylko dlatego że uznał je za feministki które zniszczyły mu życie, więc oni z pewnością nie popuszczą, a to odbije się tylko na kobietach. Już teraz nazywanie kobiet "świniami" lub "małpami" jest czymś naturalnym na tych grupach).

 


Oczywiście jest to celowy zabieg, ustawiony specjalnie aby uderzyć w mężczyzn - gdyż to właśnie na ich barkach istnieje ten świat od tysięcy lat i od tysięcy lat to właśnie faceci są największymi  obrońcami i opiekunami kobiet (feministki tego nie akceptują, ale prawda jest taka, że największym wrogiem kobiety jest właśnie druga kobieta). Ale feministkom zależy właśnie na tym aby te wzajemne relacje na trwale zniszczyć. Zapewne sądzą że większość kobiet stanie się wtedy lesbijkami i wreszcie będzie można przeprowadzić eksterminację wszystkich "samców". Problemem jednak dla feministek są te kobiety, które nie myślą jak zaprojektowane roboty, tylko mają gdzieś feministyczne ględzenie i kochają swoich mężczyzn. To właśnie dzięki nim świat nabiera piękna, a poranna rosa zamienia się w prawdziwy nektar bogów. Nie ma bowiem na tym świecie niczego piękniejszego od kobiety, która pielęgnuje swoją kobiecość i ofiarowuje ją swojemu mężczyźnie jak prawdziwy dar. To właśnie dla takich chwil chce się żyć i tworzyć, to stąd faceci czerpią swoją moc do działania i upiększania tego świata. I to właśnie te miliony normalnych kobiet są największymi przeciwniczkami "feministyczno-lesbijskiego raju". Czyż bowiem ikona feminizmu, autorka "Drugiej płci" - Simone de Beauvior w rozmowie z inną "ikoną" Andreą Dworkin (zdeklarowaną lesbijką - uważającą każdy męsko-żeński akt seksualny za gwałt na kobiecie) w 1975 r. nie powiedziała wprost: "Nie, nie wierzę, że każda kobieta powinna mieć wolny wybór. Żadna kobieta nie powinna mieć możliwości pozostania w domu, aby wychowywać swoje dzieci. Społeczeństwo powinno być zupełnie inne. Kobiety nie powinny mieć takiego wyboru, właśnie dlatego, że jeśli posiadają taki wybór, zbyt wiele kobiet zdecyduje się na niego. Należy więc im tego zabronić, a jest to jedyny sposób na zmuszanie kobiet do podążania w określonym kierunku". Oczywiście nie muszę tu dodawać, że ta "ikona feminizmu" była tak zafascynowana swoim partnerem - zdeklarowanym komunistą - Jean-Paulem Sartre, że dla niego... molestowała swoje uczennice i niektóre z nich przyprowadzała aby i on z nich skorzystał. Wmawiała tym dziewczętom że tworzą swoiste "trio", a prywatnie twierdziła że uwodzi dziewczęta, aby Sartre mógł posiąść ich dziewictwo. To właśnie taka była ta ikona. Inna radykalna feministka - Valerie Solanas stwierdziła zaś że prawdziwym problemem dla stworzenia nowego, feministycznego społeczeństwa, nie są wcale mężczyźni, tylko kobiety, te (jak je nazwała) "córeczki tatusia" zapatrzone w facetów, z którymi niczego nie da się zbudować. Należy więc je w jakiś sposób zmusić do współpracy (tak samo mówiły kobiety na owym forum). 

Zaś inna feministka-lesbijska (również ikona - tam bowiem są same ikony które cały czas walczą... tylko wroga na razie nie widać 😂) Alice Schwarzer - zwana "papieżycą niemieckiego feminizmu", uważała, że tradycyjny seks pochwowy zawsze jest gwałtem mężczyzny na kobiecie, gdyż - jak twierdziła: "Orgazm pochwowy nie istnieje. Jest fizjologicznym absurdem, bowiem pochwa ma tyle zakończeń nerwowych co jelito grube, a to znaczy: prawie wcale. Jej główna część może być operowana bez znieczulenia". Nie wiem co papieżyca-ikona brała i czy kiedykolwiek cokolwiek wsadzała sobie w tylny otwór - aby sprawdzić czy rzeczywiście jelito grube nie ma żadnych zakończeń nerwowych i nic to nie boli, ale już sam fakt że stwierdziła iż pochwa może być operowana bez znieczulenia - jest wybitnym przykładem jej potwornej wręcz nienawiści do kobiet, które nie podzielają jej lesbijsko-feministycznych mrzonek. Ciekawe co by powiedziała dziewczynkom z Afryki, które przymusowo się obrzezuje. To zapewne w ogóle nie boli, bo tak właśnie powiedziała feministyczna ikona. To że ona sama nigdy nie miała przyjemności ze stosunku pochwowego, uznała za pewnik, iż wszystkie kobiety nie posiadają z takiego seksu przyjemności, zatem - idąc logicznym tropem dalej - każdy stosunek pochwowy jest automatycznie gwałtem mężczyzny na kobiecie. Można by - parafrazując i nieco modyfikując słowa mości Zagłoby - rzecz: "sama żem to wymyśliła, bom taka ikona" 😂. To tyle na dzisiaj, a od następnego tematu rozpocznę właśnie od Simone de Beauvoir i jej "Drugiej płci", a następnie wyjaśnię kto, po co i dlaczego w ogóle założył ruch feministyczny i jedynie dodam że nie była to żadna kobieta. Tak więc drogie panie, feminizm jest takim samym rakiem, jakim był komunizm, nazizm czy faszyzm, zresztą nie  jedyny w swoim czasie. Obok niego powstał tzw.: ruch wyzwolenia czarnoskórych Amerykanów "Black Power" i "Czarne Pantery", a potem został mocno napompowany ruch gejowski i genderowy, a wszystko po to aby zniszczyć stare społeczeństwo, starą kulturę i pognębić jej jedynego obrońcę - białego, heteroseksualnego mężczyznę, który od wieków stoi na straży tej cywilizacji i przede wszystkim jest prawdziwym, a nie wydumanym obrońcą kobiety. 

 

 

CDN.

sobota, 4 kwietnia 2020

ZRESETOWALI NAS!

CZYLI JAK I CZY W OGÓLE 

OCZYSZCZA SIĘ SYSTEM?





 Przyznam się szczerze, że nie chce mi się pisać już na temat tego całego koronawirusa (znanego również jako Covid-19), ale ponieważ wszystkie media od rana do wieczora mówią tylko o tym, postanowiłem również zabrać głos i zaprezentować moje prywatne zdanie, na temat całej tej zarazy. Jak do tej pory, powstało już multum teorii spiskowych o Covid-19 (niektóre wręcz tak bzdurne, że aż szkoda tracić na nie czasu), choć teoria spiskowa sama w sobie, wcale nie musi być zabawna czy niedorzeczna (jeśli spojrzymy rozsądnie na dzieje świata, to cała historia ludzkości składa się wręcz z teorii spiskowych, gdyż w wielu kwestiach, nim cokolwiek zaistniało, pojawiała się najpierw myśl, a potem opracowywany był - często w tajemnicy - plan jej realizacji). Prawdziwym problemem jest jednak to, że my, jako społeczeństwo, nie jesteśmy rzetelnie informowani o prawdziwych powodach i realnych skutkach tej pandemii. Nie wiemy dokładnie (a możemy się tylko domyślać, lub spekulować) kiedy realnie rozpoczęto prace nad tym wirusem (gdyż fakt, iż jest to zaraza stworzona ręką człowieka, jest już dziś bezsporny), dlaczego wydostał się on z laboratorium i z jakiego powodu chińskie władze tak długo ukrywały informacje o Corona-chan? Jak to się stało, że Światowa Organizacja Zdrowia - informowana już wcześniej (w końcu grudnia 2019 r.) przez władze Tajwanu, o zaistnieniu takiej epidemii w prowincji Wuhan - nic z tym nie zrobiła, a wręcz celowo sprawę uciszyła, pozwalając by setki tysięcy turystów przybywało do Chin i tam się zarażało? (a Chińczycy wyjeżdżali do innych krajów świata). Komu (prócz oczywiście chińskiej Partii Komunistycznej) zależało również na tym, aby Covid-19 wydostał się za granicę i w przeciągu kilku-kilkunastu tygodni opanował praktycznie cały świat, oraz - jakie są prawdziwe (a nie znacznie zaniżane - może nie aż tak jak w Chinach, gdzie prognozuje się iż oficjalne statystyki zgonów, są... aż 40-krotnie wyższe) dane ofiar tej pandemii? Na te pytania próżno dziś jednak szukać odpowiedzi w mediach.

Należy jednak zadać sobie pytanie - komu mogło zależeć na wyprowadzeniu tego wirusa z Chin w taki sposób, aby objął on swym zasięgiem cały ziemski glob? Aby postarać się odpowiedzieć na tak postawione pytanie, należy przede wszystkim popatrzeć dokoła co się dzieje na świecie i jak Corona-chan wpływa nie tylko na politykę i gospodarkę, ale również na inne dziedziny naszego życia. Co też takiego się stało i dlaczego świat przechodzi swoisty reset systemu, który wręcz wali się na naszych oczach. Spójrzmy ile warte dziś były te wszystkie lewicowo-liberalne gadki o potrzebie zjednoczonej Europy, budowaniu jednego europejskiego państwa, tworzeniu jednej europejskiej armii itd. itp. Dziś, w tych dniach, gdy obywatele państw Unii Europejskiej najbardziej potrzebują jakiejś pomocy z jej strony, Unii nie ma, Unia nie istnieje, przestała realnie funkcjonować, zaś jedna z jej czołowych przedstawicielek - przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen - umywa ręce (i to dosłownie, gdyż jedyne co w tym momencie potrafi, to pokazywać jak powinno się prawidłowo myć ręce). To wszystko co owa "wspólnota" ma dziś do zaoferowania państwom takim jak Włochy, czy Hiszpania - gdzie odsetek zarażonych i odsetek zgonów jest jednym z najwyższych w skali całego globu (nie licząc USA - gdzie pandemia też przybiera niepokojące rozmiary i niektórzy twierdzą że to dopiero początek, a właśnie w Stanach Zjednoczonych dojdzie wkrótce do prawdziwej apokalipsy, gdzie zarażonych może być nawet kilka milionów ludzi). Unia przestała funkcjonować, liczą się tylko państwa narodowe, a przed laty wmawiano nam, że jedynym wyjściem dla przyszłości Europy, jest ścisła integracja, która uniemożliwi powstanie nacjonalizmów prących ku wojnie (swoją drogą to ciekawe że za nacjonalizmy uważa się najbardziej lewicowe reżimy jakie kiedykolwiek istniały - rosyjski komunizm i niemiecki nazizm - które to razem wzięte, doprowadziły do niewyobrażalnych zbrodni i śmierci setek milionów ludzi. To nie państwa narodowe, ani nawet nacjonalizm popychał te kraje do wojen i podbojów, ale właśnie chore, lewicowe ideologie, które miast Boga, zawsze stawiały sobie na cokołach swoich bożków - rasę czy też klasę społeczną, zaś dziś ich ideowi kontynuatorzy dodają do tego jeszcze płeć i orientację seksualną).




Niektórzy twierdzą, że Unia nie może działać sprawnie, gdyż traktaty europejskie (te podpisane w Lizbonie w 2007 r., które weszły w życie ostatecznie 13 listopada 2009 r. po ratyfikacji przez ostatni kraj członkowski - Czechy) nie przyznają Unii żadnych uprawnień w tej kwestii. A gdyby jednak przyznawały, to co? byłoby lepiej? Zresztą fakt, iż podpisane traktaty ograniczają Unię w jakiejś materii, nie ma większego znaczenia w sytuacji, w której sama Unia konsekwentnie dąży do pozatraktatowego zwiększenia swych uprawnień i przywilejów. Tak np. jest w kwestii tak zwanej: "praworządności", czyli brutalnemu wtrącaniu się Unii Europejskiej - wbrew podpisanym traktatom, nie przyznającym jej żadnych co do tego kompetencji - w wewnętrzny kształt systemu sądownictwa w krajach członkowskich. Widać to wyraźnie w próbie wymuszenia na Polsce zaprzestania wdrażania tych reform w sądownictwie, które (w jakiś ograniczony choćby sposób) eliminowałaby  wszechwładzę owej kasty sędziowskiej, która po 1989 r. uniknęła lustracji. Ci wszyscy wielcy "eksperci", jak choćby profesor Strzembosz - dziś tak bardzo krytykujący zmiany w sądownictwie - na progu transformacji ustrojowej sprzed trzydziestu lat mówili: "Nie dotykajmy sądownictwa, zostawmy je, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś widać jak to "sędziowskie oczyszczenie" postępuje  a kasta ta (mam tutaj oczywiście na myśli niewielką, lecz bardzo wpływową grupę ludzi, którzy uważają się wręcz za żyjących bogów i zdolni są do wszelkich niegodziwości, byle tylko utrzymać swe wpływy) z biegiem lat jeszcze bardziej się zdegenerowała. Widać też jawną obłudę, gdy słyszy się że obecnie jest już za późno na przeprowadzenie reformy sądownictwa. Za późno? Ale przecież po 1989 r. sędziowie sami mieli się oczyścić i usunąć ze swojego grona osoby totalnie  skompromitowane w służbie komunistycznemu aparatowi przemocy (jak choćby takich sędziów jak Stefan Michnik - który w latach 50-tych skazywał na śmierć w sfingowanych procesach politycznych Żołnierzy Wyklętych, a potem uciekł do Szwecji w obawie przed karą i tam się zamelinował), wówczas to nie nastąpiło i gdy po roku 2000 wrócono do planów lustracji sądownictwa, to znów podniosły się głosy: "Zostawmy sądownictwo, sędziowie sami się oczyszczą". Dziś zaś, ci sami ludzi obłudnie twierdzą: "Teraz chcecie rozliczać sądownictwo, trzeba było zrobić to wcześniej" (zresztą żadne środowisko samo w sobie, przez nikogo nie przymuszone, nie ma ani osobistego interesu, ani chęci do przeprowadzania jakichkolwiek zmian - to powinno być oczywiste dla każdego, w miarę inteligentnego człowieka).

Ale wracając do tematu - Unia Europejska praktycznie przestała istnieć, a brukselscy eurokraci gdzieś się zadekowali w obawie przed zarazą. I oto nagle przestały być słyszalne te wszystkie lewicowe przesłania - stanowiące dotąd niepodważalny kanon lewicowej propagandy - jakoby istniało jakieś kilkadziesiąt płci, jakoby homoseksualizm był wrodzony, jakoby płeć można sobie wybrać w zależności od nastroju i jakoby dzieci były wrażliwe na bodźce seksualne już od urodzenia? Gdzie podziała się propaganda feministek, widzących wciąż największe zagrożenie dla świata w białych, heteroseksualnych mężczyznach, a jednocześnie twierdzących że kobieta i mężczyzna niczym się od siebie nie różnią? Dziś, gdy okazuje się że to właśnie mężczyźni są bardziej podatni na zarażenie Covid-19 i że prócz płuc, serca, przełyku oraz systemu nerwowego - wirus atakuje również jądra, okazuje się że nie ma już wymyślonych kilkudziesięciu płci, tylko są (i zawsze były, a wszelkie od tego odstępstwa, znane od starożytności - w postaci osób androgynicznych - są jedynie pewną anomalią, czyli odstępstwem od reguły) są dwie płcie i jeśli mężczyzna przebierze się za kobietę, oraz będzie myślał i twierdził że jest kobietą - to przecież realnie nie przestanie być mężczyzną, co najwyżej będzie facetem w damskich ciuchach i tyle. Zabawne w tym wszystkim jest to, że ci wszyscy ekolodzy, walczący o ograniczenie dwutlenku węgla pod tęczowo-feministycznym przywództwem Grety Thunberg (jakiś czas temu miała ona stwierdzić, że kryzys klimatyczny spowodowany jest przez "kolonializm, rasizm i patriarchalny system opresji"), nie są w stanie przyjąć i zaakceptować prawideł natury, która czyni nas od urodzenia mężczyznami i kobietami, i która powoduje że rodzimy się jako istoty płciowe, ale w żadnym razie nie seksualne.




Dziecko nie jest wrażliwe seksualnie dopóty, dopóki nie osiągnie dojrzałości seksualnej, a staje się tak dopiero w wieku dojrzewania - czyli mówimy tutaj już o nastolatku, a nie o dziecku. To też już zostało naukowo udowodnione (okazało się że nie ma ani żadnego "wrodzonego genu homoseksualizmu", ani też dzieci nie rodzą się jako istoty seksualne, natomiast lewica z WHO na czele - tym samym które nie kiwnęło palcem, aby przeciwdziałać chińskiej pandemii z Wuhan i na którego czele stoi zagorzały marksista Teodros Adhanom - zaleca rozpoczęcie seksualizacji dzieci od najmłodszych lat życia, zaś w matrycy dla grupy wiekowej dla dzieci lat 0-4, znajdują się takie zalecenia Światowej Organizacji Zdrowia - "masturbacja w okresie wczesnego dzieciństwa, odkrywanie własnego ciała i własnych narządów płciowych (...), wyrażanie własnych potrzeb, życzeń i granic, na przykład w kontekście "zabawy w lekarza" (...). Pozytywne nastawienie w stosunku do własnej płci biologicznej i społeczno-kulturowej (...). Prawo do badania nagości i ciała, do bycia ciekawym. Pomóż dziecku rozwijać ciekawość dotyczącą własnego ciała i ciał innych osób". Cóż to innego jest, jak nie najzwyklejsza pedofilia, jak przygotowywanie dziecięcych haremików, dla zboczonych pedofilów?). Innymi słowy celem jest uczynienie z dzieci istot niestabilnych zarówno płciowo, jak i seksualnie, a służy temu również otaczająca nas popkultura i oczywiście media. Skąd bierze się w ostatnich latach nagły wzrost osób, które twierdzą że są homoseksualne lub biseksualne? (w takich krajach jak Szwecja, Wielka Brytania, Niemcy czy USA w przeciągu dekady, osobu z podejrzeniami zaburzeń tożsamości płciowej wzrosły o... 1000 %). A spowodowane to jest przede wszystkim kulturą masową, tymi wszystkimi serialami, filmami, muzyką w której homoseksualizm uważany jest za coś naturalnego i wrodzonego (żeby było jasne - ja nie mam nic przeciwko homoseksualistom, w żadnym razie, to są ludzie którzy żyją sobie w taki sposób, w jaki chcą sobie żyć i póki nie łamią prawa, to jest tylko i wyłącznie ich prywatna sprawa, mnie nic do tego. Ale zawsze będę się sprzeciwiał ekspansji ideologii homoseksualnej i ideologii gender, która robi sieczkę w mózgach naszych dzieci i tworzy z nich istoty nieprzystosowane ani do świata ani do życia, ani też do jakiejkolwiek odpowiedzialności za siebie samych, jak i za swoją rodzinę. Są to takie żywe, współczesne, chodzące zombi).

A przecież już samo Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów LGBTQ+ stwierdza iż: "Obecnie odnowiło się zainteresowanie poszukiwaniem biologicznych źródeł homoseksualizmu. Jakkolwiek jak dotąd nie znaleziono powtarzalnych naukowych badań wspierających tezę o decydującym wpływie jakiegoś czynnika biologicznego. (...) Niektórzy ludzie wierzą, że seksualna orientacja jest wrodzona lub niezmienna, ale seksualna orientacja zmienia się w ciągu życia. Niektóre osoby na poszczególnych etapach życia stają się świadome, że są heteroseksualne, homoseksualne lub biseksualne". Innymi słowy: nie ma czegoś takiego, jak gen homoseksualizmu, gdyż ludzie nie rodzą się jako istoty seksualne. Rodzimy się jako istoty płciowe (chłopcy-dziewczynki, mężczyźni-kobiety) i uczymy się naszej seksualności w trakcje całego procesu dojrzewania. Niekiedy ulegamy modzie, wpływom otoczenia, innym razem chcemy poeksperymentować, doświadczyć czegoś innego. Zdarza się też, że nasza orientacja seksualna zostaje zaburzona (np. poprzez homoseksualny gwałt) i wtedy dalej wkręcamy się w to środowisko, twierdząc że jesteśmy (co najmniej) biseksualni. Przyczyn wzrostu osób o orientacji homoseksualnej jest wiele, ale wszystkie sprowadzają się zarówno do wychowania, jak i do kultury masowej, którą dzieciaki chłoną niczym gąbka. I tutaj właśnie mamy poważny problem - ponieważ media są w rękach wielkiego kapitału, któremu bardzo zależy na tworzeniu "seksualnych zombi", niezdolnych nie tylko sprecyzować własnej orientacji seksualnej, ale nawet... wskazać własnej płci. Zastanówmy się, co może osiągnąć w życiu człowiek, który nie wie nawet czy jest mężczyzną czy kobietą? Jak ma zadbać o swoją przyszłość, o bezpieczeństwo swojej rodziny, jak ma stać się oparciem i ochroną dla swojej kobiety? Przecież taka istota, niestabilna uczuciowo (i rozedrgana psychicznie), zdana jest jedynie na pomoc innych, w tym przypadku pomoc władzy - która w jakiś "magiczny" sposób zapewni mu przetrwanie. Taka osoba będzie więc wspierała tych, którzy "dadzą mu jeść" i będą go wspierać w jego emocjonalnym rozedrganiu - czyli głównie wszelkie lewactwo. Ci wszyscy wielcy aktywiści (czy to lgbt, czy też pseudo-ekolodzy) istnieją dopóty, dopóki jest kasa. Jak się kasa kończy, nie ma żadnych aktywistów - gdyż oni sami nie są w stanie zarobić na swoje utrzymanie i muszą polegać na datkach od rządu lub organizacji pozarządowych (wspieranych przez wielkie koncerny i ludzi pozostających w cieniu światowej finansjery i polityki).

Podobnie jest z feministkami, które głośno krzyczą, widząc opresję jedynie w owym mitycznym patriarchacie, a nie dostrzegają że każda płeć ma swoje role do wypełnienia na tym świecie i nie jest to wcale żadna narzucona nam opresja kulturowa (choć kultura nieznacznie wzmacnia ten proces), tylko naturalny proces rozwoju. Spójrzmy tylko jak nasza planeta w sposób wręcz genialny potrafi układać świat. Jak zwierzęta z różnych gatunków wykształciły cechy, umożliwiające im kamuflaż i obronę przed drapieżnikami. I to wszystko w celu przetrwania, rozwoju gatunku. Tylko gatunek ludzki wydaje się być na tyle głupi, aby sądził że anomalie (które występują także i w świecie zwierząt) jak choćby homoseksualizm - można uważać za coś naturalnego i wrodzonego. Popatrzmy wokół siebie a następnie zamknijmy oczy i weźmy głęboki oddech - co czujemy? ŻYCIE! Otaczające nas zewsząd pragnienie i dążenie do życia. Prawdą jest bowiem, że wszystko zmierza ku życiu, każdy organizm, każda komórka pragnie przetrwać i przekazać dalej swoje geny. Taki jest cel trwania nie tylko tutaj na Ziemi, gdyż jeśli tylko mamy choć trochę rozsądku i nie jesteśmy całkowicie zaplątani w te wszystkie nasze "ziemskie sprawy", to uświadomimy sobie, że życie nie kończy się także po naszej fizycznej śmierci - że istniejemy dalej, że wokół nas otoczeni jesteśmy ciągłym i nieprzeniknionym, niekończącym się życiem. Natura jest genialna w swej prostocie i potrafi w cudowny sposób obalać ludzkie przesądy i mity (gdybyśmy bowiem porzucili Ziemię na jakiś czas, zauważylibyśmy że po kilkuset latach, nasze wspaniałe miasta, pokryłyby się zielenią, domy zarosły drzewami i trawą, a dzieła ludzkich rąk, w konfrontacji z siłami natury stałyby się niczym), także i te, związane z płcią i seksualnością (przypomniał mi się przypadek pewnego transwestyty, który trafił do szpitala i miał być operowany - chodziło o przerost prostaty. Tylko że on uważał się za kobietę i chciał być leczony jak kobieta - a jak wiadomo kobiety prostaty nie posiadają. Ponieważ lekarze nie chcieli się na to zgodzić, zawiadomił on jedną z organizacji NGO i wkrótce do szpitala przybyła przedstawicielka tejże organizacji, która starała się wymusić na lekarzach, by uszanowali wybór pacjenta i leczyli go jak kobietę. Ostatecznie lekarze wyrazili na to zgodę, ale najpierw zażądali, by owa przedstawicielka NGO, podpisała dokument, w którym brałaby na siebie prawną i finansową odpowiedzialność za wszelkie ewentualne powikłania takiego leczenia, łącznie ze śmiercią pacjenta. I co się stało? Owa kobieta bardzo szybko się ulotniła, zniknęła i nie został po niej ślad, a ów transwestyta musiał być leczony w naturalny sposób, czyli jak mężczyzna).


CIEKAWE PRZEMÓWIENIE DONALDA TRUMPA I JFK

 

Podsumowując - nie wiadomo dokładnie kto i dlaczego wypuścił Covid-19 z laboratorium w Wuhan, ale, jedno jest pewne. Ten mały, zabójczy (choć sam w sobie ponoć nie jest zabójczy, oddziałuje jednak na komórki, obniżając automatycznie odporność całego organizmu - co oznacza że jeśli ktoś choruje na inne choroby np. cukrzycę, ma większą możliwość wystąpienia poważniejszych skutków chorobowych) wirus, nagle zaczął nam resetować dotychczasowy system na naszej małej planecie. Już teraz ustąpili z zajmowanych stanowisk prezesi kilkudziesięciu międzynarodowych korporacji, a platformy takie jak Google czy YouTube nagle ograniczyły cenzurę internetu. Wielcy tego świata zadekowali się w swoich willach i pałacach, jakby obawiając się tego, co nadchodzi. Trwają też ponoć aresztowania najbardziej zaangażowanych zwolenników wdrażania planów NWO, zaś aby to umożliwić (i aby zginęło przy tym jak najmniej osób) wprowadzono nakaz "Zostań w domu" (swoją drogą, jest to bardzo dobra i przemyślana akcja, gdyż w najlepszy sposób ogranicza zarówno przyrost nowych zarażonych, jak i ewentualnych ofiar śmiertelnych). Czy tak jest naprawdę? Coś w tym musi być, gdyż wielcy tego świata nagle... zniknęli. Albo schowali się w swoich norach, albo też zostali w jakiś sposób wyeliminowani, co oznacza że światowy system oczyszcza się z dotychczasowych bredni i jawnych kłamstw, serwowanych nam w opakowaniu niezbywalnej i jedynej prawdy objawionej lewicy. Sai Baba - hinduski mistyk, właśnie na 2020 r. przewidywał nastanie radykalnego resetu dotychczasowego systemu, być może właśnie w celu pewnego przebudzenia się ludzkości i uświadomienia sobie, że dotąd żyliśmy w matriksie pełnym kłamstwa i obłudy. Sai Baba twierdził również (ok. roku 2000) że właśnie od 2020 r. nastąpi podniesienie się świadomości ludzi i wyjście z tej naszej "zwierzęcej" częstotliwości, ku częstotliwości ludzkiej - przygotowującej nas na to co nieubłaganie nadchodzi, czyli na uzmysłowienie sobie, że my, ludzie, nie jesteśmy jedyną formą życia, nie tylko w całym Wszechświecie, ale także i w naszej Galaktyce. Do wszystkiego tego ludzkość musi dojrzewać powoli, tak samo jak do swej seksualności dojrzewa powoli nastolatek, który dopiero uczy się poznawać damsko-męski świat. Obecnie posiadamy już taką wiedzę, że jesteśmy w stanie uświadomić sobie - lub jedynie przyjąć do wiadomości - że nasze istnienie nie jest wyjątkowe, a przecież, gdybyśmy cofnęli się do starożytności lub średniowiecza, lub nawet do XVI, XVII, XVIII wieku - to wszelkie niezrozumiałe dla nas zjawiska, tłumaczylibyśmy jedynie interwencją bogów (Boga). Spójrzcie więc jak daleko już doszliśmy, a ile jeszcze przed nami...?!


 




PS: Jak Covid-19 wpłynie na światową gospodarkę, zobaczymy dopiero za kilka miesięcy, choć już nastąpiło duże spowolnienie. Ja sam też musiałem ograniczyć aktywność zawodową, choć na razie nie jest tak źle i (jeszcze) nie muszę nikogo zwalniać. Wierzę też że my wszyscy jakoś wyjdziemy z tego doświadczenia obronną ręką, nawet jeśli obecnie trzeba nieco zacisnąć pasa. Pamiętajcie o jednym - Umysł to My! To co rodzi się w naszej głowie, urzeczywistnia się wcześniej czy później w naszej rzeczywistości, dlatego też, jeśli teraz będziemy rozmyślać tylko o naszych problemach finansowych - które bez wątpienia są ważne, ale nie najważniejsze - to one wciąż będą do nas powracać. Myślmy o tym co dobre, zajmijmy się odnową relacji z naszymi partnerami, z naszymi dziećmi, spędzajmy więcej czasu w gronie rodziny, jedzmy wspólnie posiłki. Odłóżmy telefony, smartfony, komputery, a wróćmy do naszych bliskich, gdyż każdy człowiek potrzebuje trochę uwagi i ciepła, a w naszym zabieganym dotychczasowym życiu, nie było na to dotąd zbyt wiele czasu. 


PS2: Wedle tego, co mówi Witold Gadowski - opierając się na już przeprowadzonych doświadczeniach naukowych - jedną z najlepszych metod na skuteczne ograniczenie zachorowania na koronawirusa, jest zakwaszenie organizmu... chininą, która zawarta jest chociażby w Tonicu. Pijmy więc Tonic, myślmy pozytywnie i z wiarą podchodźmy do tego, co przed nami. Bo to, co jest nam przeznaczone i tak musimy przeżyć - a życie trwa dalej i trwać będzie dalej, gdyż wszystko zmierza ku życiu!




 
DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ

 

piątek, 21 lutego 2020

DZIENNIKI ZBRODNIARZA - Cz. VI

CZYLI OPIS I KOMENTARZ DO

DZIENNIKÓW JOSEPHA GOEBBELSA





1924

 

DZIENNIKI DLA JOSEPHA GOEBBELSA

od 27 CZERWCA 1924 r.

do 9 CZERWCA 1925 r.

Cz. I





 "MUSIMY SIĘ POŚWIĘCIĆ. 
PRACA UMYSŁOWA TO NAJWYŻSZA OFIARA"



27 CZERWCA 1924 r.


 Oby ta księga sprawiła, że stanę się jaśniejszy na umyśle, prostszy w myśleniu, potężniejszy w miłości, bardziej wytrwały w nadziei, żarliwszy w wierze i skromniejszy w mowie! 

Franz Herwig Sankt Sebastian vom Wedding (Święty Sebastian z Weddingu). Chrystusowa nowela. Muszę wiele myśleć o (powieści) Jakoba Wassermanna Christian Wahnschaffe. Ale ten Sankt Sebastian jest przecież czystszy, bardziej przekonujący, słowem - bardziej chrześcijański. Coś na kształt prawdziwego ducha katolicyzmu przenika tę książeczkę. Coś jakby od Franciszka z Asyżu. Jak daleko oficjalny Kościół oddalił się od tego ducha! Te wszystkie książki pochodzą z ducha prachrześcijaństwa, to nic innego jak emanacja silnej tęsknoty do Chrystusa. Hauptmanna Der Narr in Christo ("Szaleniec Boży Emanuel Quint" z 1910 r.). Na razie jeszcze to pierwsza książka w języku niemieckim, wywodząca się z tej myśli. Ale jak daleko znajduje się Der Narr w tyle za Idiotą Dostojewskiego! Rosja odnajdzie nową wiarę Chrystusową z tą całą młodzieńczą żarliwością i z tą całą dziecinną ufnością, całym religijnym cierpieniem i fanatyzmem. 

Rozmyślam wiele w tych dniach nad przyszłością Niemiec i Europy. Jak będzie wyglądał obraz tej części ziemi za 50 lat? Prawdopodobnie całkiem inaczej. Dzisiaj mamy nowego człowieka, przynajmniej początek jego. Ludzkie społeczeństwo pozostało bez zmian. Tak długo nie będzie spokoju w Europie, jak długo nie zostanie zlikwidowana ta forma ludzkiego społeczeństwa. Nowe społeczeństwo stworzy sobie samo nową, jemu tylko właściwą formę. Biegu historii nie można zatrzymać. Nowy człowiek ma zawsze i wszędzie tylko jedną tęsknotę: do nowego świata.

Else jest dla mnie letnio dobra. Chciałbym z nią pojechać w podróż poślubną, z dużą ilością pieniędzy, miłości, bez trosk, w dół do Włoch i Grecji! 

Czytałem dzisiaj Die Kunst des Dirigierens (Sztuka dyrygentury) Richarda Wagnera. Dla muzyka to niewyczerpane źródło subtelności. Lektura: Prozesse (Procesy) (Nagłówki, część 3) Maximiliana Hardena (alias Isidor Witkowski). Cóż to za obłudna świnia ten przeklęty Żyd. Lumpy, szubrawcy, zdrajcy. Wysysają nam krew z żył. Wampiry! 

Siedzę w nowo postawionej altance i raduję się pięknym dniem lata. Słońce! Ciepłe, cudowne powietrze! Zapach kwiatów! Jaki piękny jest ten świat! 



30 CZERWCA 1924 r.


 Wczoraj w Elberfeldzie. To są więc przywódcy ruchu volkistowskiego na okupowanym obszarze. Wy Żydzi oraz wy, panowie Francuzi i Belgowie, nie musicie się obawiać. Wobec nich jesteście bezpieczni. Rzadko kiedy brałem udział w zgromadzeniu, podczas którego gadałoby się tak wiele głupstw jak wczoraj. A przy tym najczęściej w stosunku do własnych towarzyszy. Na obszarze nieokupowanym walka rozgorzała na dobre, i tak jak już od dawna tego oczekiwałem, między volkistowską Partią Wolnościową i narodowosocjalistyczną Partią Robotniczą. Obie do siebie zupełnie nie pasują. Ci pierwsi chcą pruskiego protestantyzmu (nazywają to Kościołem niemieckim), ci drudzy opowiadają się za wielkoniemieckim kompromisem - trochę chyba z domieszką katolicyzmu. Monachium i Berlin stanęły do walki. Można także powiedzieć, Hitler i Ludendorff. Dokąd pójdę, co do tego nie ma w ogóle wątpliwości. Do młodych, którzy faktycznie chcą nowych ludzi. Starzy bojownicy Niemiecko-Volkistowskiego Związku Obronno-Zaczepnego (istniejącego w latach 1919-1935 w Bawarii), chcą odsunąć młodzież. Możliwe, że sukcesy młodzieży budzą w nich zgrozę. Jestem za skrupulatnym rozwodem - również w Reichstagu. Tam, gdzie mogą wspólnie występować, niech to czynią, tam gdzie nie mogą - niech nie przesłaniają tego zakłamaną jednością. Jak żałosne było to wczorajsze popołudnie. Tylko małostkowość. Personalne utarczki. Żadnego zbawczego słowa, żadnej opromieniającej myśli. Mieszanka tchórzostwa, podłości, manii wielkości i karierowiczostwa. Jakże to przykre wrażenie, które zabrałem ze sobą do domu. Muszę czym prędzej jechać do Monachium, a potem do Berlina. Gdyby tak Hitler wyszedł na wolność! (Hitler wyszedł na wolność w grudniu 1924 r. po zaledwie 9 miesiącach twierdzy w Landsbergu nad Lechem, mimo że w procesie, jaki się odbywał w dniach 24 luty - 1 kwietnia 1924 r., sąd skazał go na 5 lat więzienia).



2 LIPCA 1924 r.


Maximilian Harden, ten tak zakłamany polski, chamski Żyd (Maximilian Harden czyli Felix Ernst Witkowski, był polskim pisarzem pochodzenia żydowskiego tworzącym w Niemczech). Czasami jakże podły. I to tchórzostwo ukryte pod pseudopatriotyczną dzielnością. To działające na nerwy żydowskie krętactwo. To czułe semickie kadzenie sobie. "Działam jedynie z najczystszych pobudek patriotycznych". "Możecie mnie skazać, jeśli tylko to uratuje naród". (...). Na przykładzie Hardena można studiować cały problem rasy. Najbardziej podłe jest przy tym to, że te goje na prowincji niczego nie zauważają. "Pańskie nazwisko?". "Ernst Felix Maximilian Harden, wyznania protestanckiego". Cha, cha! Prawdziwy patriota! Człowiek, który kocha prawdę. Nie babrzę się w błocie. Nie uganiam się za sensacją. Maximilian Harden! Pisarz o określonej renomie. Potem sztuczne podniecenie. Sędzia kuli ogon pod siebie. (Prawdopodobnie także jakiś żydowski nicpoń, nazwiskiem Lehmann, prokurator nazywa się Preuß). To łowienie naiwnych na patriotyczne hasła. "Zmagałem się ze sobą siedem lat". Ale potem przelałem to z rozkoszą na niemiecką opinię publiczną. Boże, co za szwindel. Pan Maximilian Harden = Isidor Witkowski, protestanckiego = żydowskiego wyznania, niemieckiej = polskiej = semickiej narodowości, Panie patrioto, Panie dzielny bojowniku o prawdę i prawo, jest Pan prostakiem, łotrem i największym oszustem XX wieku. Udowodnił Pan to po wojnie nawet najgłupszym ludziom za pomocą oszczerczych artykułów przeciwko Pańskiej niemieckiej "ojczyźnie". Potem mógł Pan zerwać maskę ze swojej żydowskiej mordy - i zrobił to Pan z rozkoszą. Assez! ("Dość!"). Próżny trud! Gdybym ja miał coś do powiedzenia w Niemczech, to jeszcze dzisiaj zostałby Pan w towarzystwie panów Warburga, Louisa Hagena, Nathana i kilku innych żółtych chamów wywieziony w bydlęcym wagonie przez granicę (może do Auschwitz? Tylko że wtedy jeszcze obóz ten nie istniał, a zbudują go dopiero koledzy pana Goebbelsa za jakieś szesnaście lat. Swoją drogą, jakże to przewidywalne).



 W TEJ PARODII pt.: "19 POŁUDNIK", RÓWNIEŻ JEST CIEKAWY DIALOG Z NIEMIECKIM AMBASADOREM:


"JESTEŚMY SOJUSZNIKAMI - TAK?"

"NATURALNIE, SOJUSZNIKAMI W NATO"

"PRZYJACIÓŁMI NA ŚMIERĆ I ŻYCIE?"

"PRZYJACIÓŁMI TEŻ, BARDZO"

"JEŻELI WIĘC PRZYJACIEL, SĄSIAD - ZROBI DRUGIEMU COŚ BARDZO BRZYDKIEGO (...) POWIEDZMY ŻE NIECHCĄCY. TO CO POWINIEN ZROBIĆ?"

"PRZEPROSIĆ?!"

"TAK JEST - PRZEPROSIĆ. I CO JESZCZE?"

"NAPRAWIĆ WINĘ"

"TAK, NAPRAWIĆ WINĘ LABO SZKODĘ. A JAK SZYBKO POWINIEN ZAPRAWIĆ TĘ SZKODĘ?"

"NAJSZYBCIEJ JAK SIĘ DA. NATYCHMIAST!"

"KLAUS, NA CO TY JESZCZE CZEKASZ? KLAUS, MÓJ PRZYJACIELU Z NATO, KTÓRY WYRZĄDZIŁEŚ MI KRZYWDĘ, NA CO TY JESZCZE CZEKASZ?"

"NIE ROZUMIEM?"

"KIEDY ZAMIERZASZ ODBUDOWAĆ NAM WARSZAWĘ? (...) TWOI KOLEDZY SWEGO CZASU ZBURZYLI NAM WARSZAWĘ!"

"MOI KOLEDZY ZBURZYLI WARSZAWĘ?"

"A CO, MOI?"

"TO NIE TAK"

"NIE TAK? A JAK? SAMA SIĘ ROZLECIAŁA?"

 


Duch stanowi dla nas niebezpieczeństwo. Musimy przezwyciężyć ducha. Ten duch dręczy nas i pcha od katastrofy do katastrofy. Tylko w czystym sercu znajduje udręczony człowiek wybawienie od nieszczęścia. Ponad duchem ku czystemu człowiekowi! 

"Listy z więzienia do Karla Liebknechta" Róży Luxemburg. Możliwe, że to idealistka (jak wszyscy komuniści - idealistka z naganem w dłoniach). Czasem zaskakująca w swojej intymności, w ciepłym, drogim tonie przyjaźni (oj, bo się rozczulę). Zresztą listy są skierowane do Sonji, żony Liebknechta, a nigdy do niego. W każdym razie Róża cierpiała za swoje idee, za nie siedziała przez wiele lat w więzieniu i w końcu - za nie umarła. O tym wszystkim nie można zapomnieć. Lecz ci żydowscy ideolodzy nie zauważają tego, co w sercach ludzi z Zachodu zapisane jest jako wieczne prawo: miłość do ojczyzny. Dlatego zwalczamy ten fantastyczny i kłamliwy - bo nienaturalny - świat idei. (kolejny dowód jak blisko było nazistom nie tylko do komunistów pokroju Lenina czy Stalina, ale nawet dzisiejszych zamordystów i dewiantów spod znaku Spinellego, Horkheimera, Marcuse, Adorno, Kinseya, oraz gender, lgbt, ekoterroryzmu i zwolenników masowej depopulacji ludności. Tak się czasem zastanawiam - człowiek jest istotą ułomną i słabą. Wiele nas ogranicza, wiele rzeczy jest przeciwko nam, nawet nasze własne ciało stanowi swoistą barierę uniemożliwiającą nam podejmowanie wielu działań. Poza tym wciąż umysłowo jesteśmy na poziomie przedszkolaków, bawiących się w piaskownicy. Tak, my Ludzie, którzy żeśmy oderwali się od ziemi, wymyśliliśmy samochody, samoloty, dotarliśmy na Księżyc, zdobywamy najodleglejsze miejsca globu, zarówno te podwodne jak i te górskie, odkryliśmy fizykę kwantową, tworzymy niesamowite dzieła sztuki i nauki, niesamowitą muzykę - a mimo to ciągle jeszcze jesteśmy dziećmi, którzy bawią się w swojej piaskownicy, nie wiedząc nic o otaczającym ich dalej świecie. Do tego wymyślamy wciąż nowe teorie, które skutecznie potrafią spieprzyć nam życie jeszcze bardziej i myślimy że dzięki temu zbawimy świat. Nie! Nie zbawimy niczego ani nikogo, nawet siebie samego, jeśli nie uświadomimy sobie że każdy dogmat, którego nie wolno krytykować, staje się - wcześniej czy później - totalitarną religią, która prowadzi tylko i wyłącznie do cierpienia i śmierci milionów istnień. Dziś na publicznych uczelniach wykładają ludzie, którzy - podobnie jak niegdyś komuniści czy naziści - oficjalnie dążą do uśmiercenia ogromnej ilości ludzi i to na wiele sposobów - z których najważniejszym wydaje się namawianie ludzi by przestali się rozmnażać - a aby to osiągnąć powiela się i pochwala w mass mediach i w kulturze wszelkie anomalie, czyli: aborcję,  homoseksualizm i eutanazję. Ostatnio na jednym z anglojęzycznych portali trafiłem na feministkę, która oficjalnie postuluje wprowadzenie totalitarnego ustroju, na zasadzie: to faceci są winni całemu złu świata, więc należy ich po pierwsze wysterylizować - zostawiając niewielką liczbę tych, od których można będzie pobrać nasienie. Kobiety powinny rządzić światem i całkowicie kontrolować wszystkich mężczyzn pod każdym względem. Było tam jeszcze wiele innych, naprawdę ciekawych - pod względem umysłowego zapętlenia się - i niedorzecznych pomysłów, w których co prawda oficjalnie nie napisała ona jeszcze, że należy część mężczyzn fizycznie wyeliminować, ale w sposób zawoalowany tak to właśnie brzmiało i było to całkiem czytelne przesłanie. Tak samo było z Karolem Marksem czy Różą Luksemburg - których dziś się wynosi na ołtarze - dosłownie, w 2018 r. przewodniczący Komisji Europejskiej - Jean-Claude Juncker oddał hołd Marksowi w... Katedrze w Trewirze, a kardynał, przewodniczący Episkopatu Niemiec - Reinhard Marx (😯) stwierdził: "Manifest komunistyczny zrobił na mnie wrażenie". I cóż tu więcej dodać, skoro na jednym z przywódców Kościoła, kardynale "Manifest Komunistyczny" zrobił wrażenie, to znaczy że ów człowiek - i wielu podobnie myślących - pochwala masowe morderstwa i tworzenie niewydolnego gospodarczo, a całkowicie odgórnie sterowanego społeczeństwa totalitarnego, w którym ludzi poddaje się permanentnej inwigilacji, jak to już teraz ma miejsce choćby w Chinach. Wielu ludzi z tytułami profesorskimi, kardynalskimi oraz książęcymi zamyśla cały czas jak by tu nas wszystkich... wymordować! I to jest jedyna rzecz, jaka przyświeca każdym rewolucjom, nawet tym, które - dla niepoznaki - rozłożone są w czasie w sposób ewolucyjny. Co prawda wiele z nich to zwykłe fantasmagorie, jak choćby próba podporządkowania mężczyzn kobietom itd. Przecież te wszystkie panie feministki kompletnie nie zdają sobie sprawy, że cały ten feminizm jest od początku do końca finansowany przez ponadnarodowe koncerny, których zarząd składa się prawie w 100 % z samych mężczyzn. To oni decydują o przyznaniu pieniędzy na feministyczne czy genderowe "eventy" i wszystko rozbija się zawsze o pieniądze. Wystarczy że tylko pstrykną palcem, a cały ten feminizm w jednej chwili się skończy, bo nie będzie po prostu zabraknie pieniędzy. Dlaczego komunizm i nazizm przetrwały? Bo dostawały grubą kasę z międzynarodowych banków i trustów, które zainteresowane były w powstaniu takich właśnie eksperymentów. Tak więc ci mężczyźni, tam na górze - finansują durne feministki aby te podburzały kobiety przeciwko mężczyznom. Po co? Cóż, nikt nie lubi konkurencji, prawda? Po co władcy zakładali sobie haremy, złożone z setek a nawet tysięcy kobiet, skoro i tak z większością z nich nigdy nie spali? Po to aby udowodnić innym "samcom" że jestem najlepszy i mogę posiąść wszystkie "samiczki" z okolicy jeśli tylko tego zapragnę. Reszta męskiej populacji musi zaś się obejść samkiem. To jest tak samo, jak w stadzie lwów, gdzie dominuje jeden samiec, który całymi dniami śpi i je - nic więcej nie robi. Polują tylko lwice i to one dbają by stado miało co jeść. Ale wystarczy by na horyzoncie pojawił się jakiś inny samiec i wówczas ten ospały lew zamienia się w mordercę i z taką furią naciera na przeciwnika, że tamten musi albo uciec, albo go pokonać. Jeśli konkurent zwycięrzy, lwi harem przechodzi na niego, a młode lwy z poprzedniego miotu zostaną uśmiercone. Zresztą tak samo jest, gdy dorosną młode lwy, wówczas ojciec wypędza synów ze stada, aby założyli sobie swój własny lwi harem. To samo myslenie działa w świecie ludzi, gdzie stosuje się starą, wypróbowaną zasadę "Dziel i rządź", dzięki której komuniści najpierw podzielili ludzi na lepszych i gorszych, to samo potem zrobili naziści, a dziś dokładnie to samo robią ruchy lgbt - domagające się dla siebie coraz więcej przywilejów, oraz oczywiście feministki. I tak się kręci ten nasz świat - od jednej masowej zbrodni, do drugiej i tylko my - małe misie - musimy znaleźć dla siebie jakieś miejsce w tych "ciekawych czasach").

      
FEMINISTKI I STARA DOBRA PYTA

7:35 - PRZEPRASZAM, A JAKIEJ PETYCJI PANIE KONKRETNIE SZUKAJĄ?

PRZECIW USTAWIE ANTY-ABORCYJNEJ

(...)

TO MY MOŻEMY PRZYJĄĆ JAKIEŚ PODPISY EWENTUALNIE, MASZ JAKIŚ DŁUGOPIS?

8:10 - CO MAM NAPISAĆ?

IMIĘ, NAZWISKO I CO PANI POPIERA 😂

8:50 - ŻEBY PAN MNIE NIE WPISAŁ NA TĘ DRUGĄ LISTĘ"

NIE, MY TO MAMY ODDZIELNE FOLDERY 😅 




      
4 LIPCA 1924 r.


 (...) Czytałem "Von Kiel bis Kapp" (Od Kilonii do Kappa) Gustava Noskego (gubernator Kilonii, który stłumił komunistyczne Powstanie Spartakusa w styczniu 1919r.). Jak bardzo wstrząsnęła tym socjaldemokratą sławetna rewolucja. Cóż za suma tchórzostwa, podłości i wyświechtanych frazesów w okresie od Kilonii do Kappa. Brakuje nam w Niemczech silnej ręki. Trzeba zrobić koniec z eksperymentem i frazesem. Zacząć od powagi i pracy. Wysadzić w powietrze tę żydowską zgraję (tak, właśnie - uśmierćmy wszystkich innych i wtedy nam będzie dobrze, ocalimy rasę, klasę społeczną, płeć i planetę. A sumienie? A co to takiego, czy ktoś w ogóle widział sumienie? Już Gagarin powiedział kiedyś że w kosmosie nie ma Boga, a skoro nie ma Boga to nie ma też sumienia - proste, prawda?), która nie chce zastosować się do odpowiedzialnych myśli o wspólnocie narodowej. Również przetrzepać skórę. Wysadzić w powietrze awanturników finansowych. Gustav Noske miał coś z człowieka o silnej ręce. Gdybyż ten człowiek, dysponujący takimi środkami władzy, podjął walkę z niebezpieczeństwem żydowskim! Dzisiaj bylibyśmy dalej. 

Niemcy tęsknią za tym jedynym człowiekiem niczym ziemia za deszczem w lecie. Uratuje nas tylko ostateczna koncentracja sił, zapał i bezgraniczne oddanie. To jest wszystko na miarę cudu. Ale czyż nie może nas uratować tylko cud? Panie, spraw niemieckiemu narodowi cud! Cud!! Mężczyznę!!! Bismarcku, powstań! Rozum i serce wyschły we mnie z rozpaczy nade mną samym i moją ojczyzną. Jakiś ciężar dławi Niemcy. Trzeba spodziewać się najgorszego. Chciałem pomagać przy odbudowie, ale wszędzie mnie odtrącano. Dzisiejsza walka o oblicze Niemiec to odwieczne zmagania między ojcem i synem. Rozpacz! Rozpacz! Nie chce mi się dłużej żyć, patrząc na to całe bezprawie. Muszę włączyć się do walki o prawo i wolność! Rozpacz! Pomóż mi, wielki Boże! Jestem u kresu moich sił!



7 LIPCA 1924 r.


 Sytuacja polityczna w Europie, szczególnie w relacjach niemiecko-francuskich, popycha w stronę gwałtownego wstrząsu. To niepojęte, jak ogólne nastroje społeczne mogły tak szybko po 1918 roku obrócić się o 180 stopni. Jeszcze dzisiaj działają złe siły. Jak długo jeszcze? Kto to może powiedzieć? W końcu jednak któregoś dnia zaświeci wielki promień naszej wolności. Nie wolno tylko stracić odwagi. Myśl żyje i maszeruje ku przyszłości. Niech żyje i zwycięża! Dla nowych ludzi! 

Czytam wspomnienia Bebla (August Bebel - jeden z założycieli w 1869 r. Socjaldemokratycznej Partii Robotników. Niemiecki marksista). Ten człowiek zaczął od niczego i stał się później wielkim, budzącym respekt przywódcą socjalistycznym. Sądzę, że w młodości był ambitnym idealistą, potem zrobiło się na odwrót, to znaczy został socjalistycznym kapitalistą. Przywódcy, którzy wywodzą się z ludu! O Boże, ci osławieni autodydaktycy! I tyle się kręci wokół nich hołoty. Mielenie frazesów! Przez to czcze gadanie niedouczków zejdziemy na psy. Niebawem człowiek będzie się obawiał prezentować swoje myśli publicznie: po paru dniach odnajdzie je jako najbardziej trywialne frazesy. Beblowski socjalizm oznaczał zdrowy rozwój w stosunku do wszechmocnego wówczas liberalizmu. Był również nastawiony patriotycznie. Dowód: walka przeciwko Lassalle’owi (Ferdynand Lassalle - również niemiecki marskista, tyle że pochodzenia żydowskiego), możliwe, że instynktowna. Później ten socjalizm został zażydzony. Jak pasują do niemieckiego kołtuna krwiożercze idee światowej katastrofy niejakiego Karola Marksa czy też Lenina i Trockiego? Rosjanin jest dostatecznie zanurzony w fantazjach, jemu bolszewizm może się mieszać z obszarem myśli o mistyce, fantazji i ekstazie itd.; możliwe, że bez woli i wiedzy przywódców. Już choćby z tego powodu bolszewizm może się tak długo utrzymywać w Rosji. Tu w Niemczech byłby on od dawna rozpoznany i osądzony. Bolszewizm jest zdrowy w swoim jądrze. To, co my widzimy w nim dzisiaj, to polowanie na żłób, brak efektywności, niedojrzałość i tchórzostwo. Ci fantastycznie ekstremistyczni przywódcy niemieckiego komunizmu giną przy niemieckim kołtunie. Przy niemieckiej głupocie albo - jak kto woli - rozsądku. Bebel ma sympatyczne cechy. Szanuje się go za prostolinijny i otwarty charakter. Ale on nic nie daje ludziom na pewnym poziomie duchowym. Nie ma żadnej kultury, pisze okropnym stylem, mówi chętnie i w sposób działający na nerwy (podobnie jak Noske, wygląda więc, że taka jest moda u różowo-czerwonych), jest więc zupełnie nie do zaakceptowania dla subtelnych umysłów. (...)

 



11 LIPCA 1924 r.


 Czytam wspomnienia Bebla po części z zainteresowaniem i przyjemnością, po części z przykrym uczuciem niedosytu. Przyjemności dostarcza mi jego natura poszukiwacza, jego odwaga i wytrzymałość. Przykre są natomiast jego wspomnienia osobiste. Wszystko to brzmi tak podniośle i dumnie, a w rzeczywistości to czcze i niewiele mówiące słowa. (...) 

Rozmyślam ciągle jeszcze nad planem wydawania tygodnika w Elberfeldzie. W teorii zgadza się wszystko. Brakuje tylko 2 tysięcy marek kapitału początkowego. Ta praktyka, przeklęta praktyka! 

Piękne letnie dni! Gorąco niczym w Afryce. Gdybyż tak można było gdzieś wyskoczyć, nad morze czy w góry. Najchętniej nad morze. 

W polityce dnia codziennego mieszają się konwulsje z bzdurną gadaniną. Francja pogodziła się z Anglią, naturalnie kosztem Niemiec. Herriot to podstępny łajdak. Poincaré jest mi sympatyczniejszy. Angielski premier MacDonald - o tak - to apostoł pokoju z gałązką oliwną, angielski świętoszek, hipokryta, tego nie lubi się w Niemczech, mój panie. 

Czekam - na co, nie wiem. Na coś niepewnego, ale na co? (...) Czyż natura nie jest potwornie okrutna? Czyż walka o przetrwanie - między ludźmi, państwami, rasami i częściami kuli ziemskiej - nie jest najokrutniejszym procesem, jaki zna świat? Prawo silniejszego - musimy to prawo natury znowu ujrzeć jaśniej, a wtedy ulotnią się wszelkie fantazje dotyczące pacyfizmu i wiecznego pokoju. Co mówicie dzisiaj o pacyfizmie! Chcecie cmentarnego spokoju? Dzisiejszy pokój na świecie został zawarty kosztem Niemiec. Możecie mówić o pokoju światowym, kiedy 60 milionów żyje w niewoli. Czyż te 60 milionów nie zrzuci jarzma, jak tylko poczuje w sobie dostateczną siłę? Co wtedy powiecie o pacyfizmie! Czy nie chcemy powrotu do natury? Czy nie jest to ciągle nasza wielka przewodniczka i nauczycielka? Idźcie pomiędzy lwy i tygrysy i rozprawiajcie tam o pacyfizmie! Pacyfizm to zawsze narzędzie zwycięzcy przeciwko pokonanemu. Jeśli mówię o wiecznym pokoju, a jednocześnie łupię cię do ostatniej koszuli, Boże - ciągle jeszcze są tacy, co wierzą moim słowom.



19 LIPCA 1924 r.


 (...) Lektura: "Unterhaltungen mit Friedrich dem Grossem. Tagebücher des Herrn de Catt 1758–1760" ("Rozmowy z Fryderykiem Wielkim. Dzienniki Pana de Catt 1758-1760"). Pewien bardzo wówczas błyskotliwy człowiek otrzymywał co wieczór "rozkaz" od króla prowadzenia z nim rozmowy o świecie, życiu, sztuce, filozofii i poezji. Wiele czczej gadaniny Francuza, ale przebijają przez to cudowne słowa tego jedynego w swoim rodzaju monarchy. Każdemu staje się bliski przez swoje człowieczeństwo. Widać, jak cierpi i umiera. Ten największy z ludzi toczy za dnia swoje wielkie bitwy, a wieczorem rozprawia z przyjacielem o nieśmiertelności duszy, o Bogu, obowiązkach, o sztukach i nauce. To najwybitniejszy przedstawiciel rodu Hohenzollernów. "Życie to hańba, umieranie to obowiązek", powie on w związku z bitwą, która jest nieodwołalnie przegrana. Cóż to za słowo, które brzmi niczym sygnał do ataku w uszach jego niegodnych następców. Tak, monarchia pod rządami starego Fryca to byłaby najlepsza forma państwa. Ale to tylko iluzja. Skąd wziąć wielkiego Fryca? Taki człowiek zdarza się jedynie raz na 100 lat w historii świata. (...) Ten wielki dowódca nazywa wojnę jedynie "udręką". Jego ideał to Sanssouci (letnia rezydencja władców Prus a potem niemieckich cesarzy, wzniesiony na polecenie króla Fryderyka II w latach 1745-1747), filozoficzne dysputy przy stole i (...) koncert na flecie. Wojnę prowadzi on jedynie z poczucia obowiązku i służby dla własnego narodu. Wielcy ludzie tworzą wielkie czasy - ale wielkie czasy nie tworzą wielkich ludzi. Co to znaczy wielkie czasy? Są czasy spokojne i niespokojne. Nasze należą do tych ostatnich. Czasy jednak stają się wielkie dzięki człowiekowi. Aleksander, Cezar, Barbarossa, Napoleon, Fryderyk, Bismarck. A jak żałosne były ich czasy, chciałoby się o nich nie myśleć. A tak w ogóle czas i człowiek są w organicznym związku. Gdy brakuje wielkiego człowieka, to oznacza, że czas jeszcze nie dojrzał. (...) Decyduje nie rozprzestrzenianie się na strony, lecz w dół i do góry. Już nasze dojrzałe czasy wydadzą wielkiego człowieka. Fryc to świetlisty wzorzec dla naszej słabej generacji. (...)






23 LIPCA 1924 r.


 (...) Polityka to kwaśny owoc. Konferencji londyńskiej znowu grozi impas (w czasie tej konferencji, mającej miejsce w lipcu i sierpniu 1924 r. amerykański finansista Charles Gates Dawes - przedłożył plan zmniejszenia i rozłożenia na dogodne raty reparacji wojennych, jakie miały zapłacić pokonane w I Wojnie Światowej Niemcy. Pomogło to ożywić niemiecką gospodarkę, ale jednocześnie nabiło bańkę spekulacyjną, która wybuchła w październiku 1929 r. i skończyła sie krachem na Wall Street, a nastepnie Wielkim Kryzysem finansowym). Żydzi nie chcą pieniędzy, nie mając pewności. A znowu Francuzi chcą innej formy zabezpieczenia. Przypadek, w którym nakładają się interesy niemieckie i żydowskie. Wyzyskiwacze nie będą więc zgodni. Walka między pieniądzem a narodem. Ostatnia walka o formę naszej kultury. Być może wkrótce będziemy tymi, którzy się śmieją ostatni. Francuski instynkt jest taki pewny i właściwy. Trzeba podziwiać ten uparty naród za jego narodową jednorodność. Francja ponad wszystko. Trudno wprost uwierzyć, że ten chory kraj stać jeszcze na takie narodowe uniesienie. (...)



28 LIPCA 1924 r.


 "Mein Leben" ("Moje życie") Richarda Wagnera. Tę książkę musi czytać co roku każdy młody artysta, który chciałby zwątpić w ten świat. To jest źródło odwagi, wytrwałości i siły przetrwania. Dlaczego mielibyśmy zwątpić, gdy w tym rozchwianym czasie akurat nam nie wiedzie się najlepiej, jeśli taki geniusz jak Wagner nie stracił odwagi. W tym czasie, który upływa przecież pod znakiem wyraźnie lepszych uwarunkowań zewnętrznych? 

Niemcy udają się do Londynu na konferencję. Złożyć podpis. Nie ma mowy o ewakuacji Zagłębia Ruhry (okupacja Nadrenii, w tym Zagłębia Ruhry przez Francuzów i Belgów, trwała od 1 grudnia 1918 r. do końca czerwca 1930 r.). Chcą nas wystrychnąć na dudka. W okresie pacyfizmu i demokracji. W tym świecie chce się wyć, można pęknąć ze śmiechu. 

Żyję stale w nerwowym niepokoju. Ta nędza pasożytnictwa. Łamię sobie głowę, jak mógłbym położyć kres tej niegodnej sytuacji. Jeśli się niczego nie chce - nic nie może się udać. Najpierw trzeba wszystko odrzucić: własny pogląd, odwagę cywilną, osobowość, charakter, aby stać się jakąś liczbą w tym świecie protekcji i kariery. Ja jeszcze tą liczbą nie jestem. Jestem wielkim zerem. I pewnie trudno mi będzie nią zostać. (...)

Młodzież akademicka. Przyszli przywódcy narodu. Narybek burżuazji. Nie można brać komunistom za złe, że nienawidzą oni tej burżuazji niczym zarazy. Rozmowa na tematy duchowe jest dla nich nudna i nieprzyjemna. Lubią natomiast sprośne kawały i paplaninę przy piwie. Są nawet zbyt leniwi, aby zagrać w skata. Wielu twierdzi, że także aby spółkować. Nic dziwnego, że stają się grubi, okrągli i tłuści. Entuzjazm - to przeżytek. Ci młodzi ludzie są starzy jak Matuzalem (biblijny Matuzalem - dziadek Noego, miał żyć 969 lat). To jest typ niemieckiego, małomiasteczkowego mieszczanina. Z takim nie rozprawimy się do końca. Tego rodzaju obywatel ma swoją wielką organizację w Reichstagu. Ten sam gatunek, tyle tylko że w powiększeniu i uzbrojony w bezpłatny bilet kolejowy pierwszej klasy. (...) Hasło: wyleźć z bagna. Niech żyje stowarzyszenie życzliwych. Niech żyje międzynarodowa swojskość. Co ma być, to będzie. Nic przecież nie możemy na to poradzić. 
 
Czy szkoda utracić takich "przyjaciół"? Biedny Richard (Flisges - najlepszy przyjaciel Goebbelsa, zginął w kopalni w 1923 r.)! Do jakiego towarzystwa chce się ciebie zaliczyć! Po stracie Anki i śmierci Richarda nie mam już prawdziwych przyjaciół i towarzyszy. Ale i tak muszę być wdzięczny losowi, że przez kilka lat wskazywał mi, co to jest prawdziwa miłość i takaż przyjaźń.Skąd wezmę inspirację i zachętę, jeśli nie z siebie samego? Czerpać z własnych zapasów oznacza jednak na dłuższą metę bezpłodność i zubożenie. Tęsknię za nowym człowiekiem. Mój eros jest chory. Nawet nie wolno mi o nim myśleć. W miłości my, ludzie, jesteśmy przecież wszyscy bezwstydnymi egoistami. Za fallusa ofiaruje się hekatombę nieśmiertelnych dusz. Przemawia przeze mnie rozpacz, ale przecież takie uczucie nie może zatriumfować. Negatywne myślenie prowadzi do zmęczenia, poczucia beznadziejności i rozpaczy. Z powrotem więc do rzeczy pozytywnych. 

 



CDN.