Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POZAZIEMSKIE CYWILIZACJE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POZAZIEMSKIE CYWILIZACJE. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 kwietnia 2025

RZYM POGAŃSKI i RZYM CHRZEŚCIJAŃSKI - Cz. I

CZYLI KIEDY NASTĄPIŁA

ZAUWAŻALNA ZMIANA




 Gdy (zapewne w kwietniu) 30 roku naszej ery na Golgocie w Jerozolimie ukrzyżowany został Jeszua zwany Chrestosem (czyli "Mesjaszem") przy krzyżu nie było praktycznie żadnego z Jego uczniów, którzy wcześniej towarzyszyli mu w ziemskiej wędrówce przez ten świat. Wszyscy w obawie o własne życie uciekli, Piotr (rozpoznany i oskarżony o znajomość z Chrystusem) trzykrotnie miał się wyrzec znajomości ze swym Nauczycielem. Przy krzyżu pozostały jedynie kobiety (w tym Maria - matka Jezusa), które również zapełniały krąg jego uczennic (ale ponieważ w tamtych czasach edukacja kobiet, nawet jeżeli następowała, nie miała żadnego  praktycznego znaczenia, przez co nawet wykształcone kobiety nie były niczym więcej, niż tylko lokalną ciekawostką) i Jan, jedyny z Jego uczniów. Gdy zaś ciało Chrystusa złożono już do grobu i miejsce to zastawiono ciężkim głazem, również to właśnie głównie kobiety przychodziły tam, aby "zobaczyć Mistrza". W Ewangeliach spisanych już po roku 70 naszej ery zapisane jest, że trzeciego dnia po śmierci Chrystusa Maria Magdalena, Joanna i Maria matka Chrystusa udały się do grobu aby natrzeć ciało Jezusa olejkami. I one jako pierwsze ujrzały pusty grób, bardzo się tym uradowały i ogłosiły tę nowinę innym Jego uczniom (w tym Janowi). Wydaje mi się jednak że takie postawienie sprawy jest błędne, a nawet nielogiczne. W najstarszej bowiem spisanej Ewangelii (która powstała ok. 57-58 roku), czyli Ewangelii Marka po pierwsze nie ma słowa o tym aby kobiety te miały ze sobą jakieś olejki do namaszczenia ciała, a po drugie widok pustego grobu je przeraził, a nie uradował. Ponieważ jednak wydaje mi się że warto czerpać z pierwowzorów, bowiem późniejsze zapisy ewangeliczne niosą za sobą możliwość "nadinterpretacji zdarzeń" czy to w celach rozwoju duchowego danej wspólnoty czy też w celach politycznych, to jestem przekonany że Ewangelia Marka (która kończy się właśnie tym wydarzeniem: kobiety wchodzą do grobu, widzą puste miejsce i są tym faktem przerażone i koniec, Ewangelia kończy się w tym właśnie miejscu) jest najbliższa prawdy. Późniejsze zapiski (innych ewangelistów) iż kobiety te niosły ze sobą olejki do natarcia ciała Chrystusa, są według mnie wymysłem przeznaczonym raczej dla ludzi mieszkających w innych klimatach niż starożytna Palestyna, gdzie natarcie ciała (które w ogromnych upałach praktycznie już zaczęło się rozkładać) nie miałoby większego sensu. Dlatego też w Ewangelii Marka nie ma nic na temat olejków, gdyż on jeszcze zwracał się bezpośrednio do Żydów (a nie do pogan, jak późniejsi ewangeliści), dla których taka informacja byłaby niezrozumiała, a nawet dziwna, gdyż tego po prostu nie praktykowano. Dlatego też Maria Magdalena, Joanna i Maria - matka Chrystusa, poszły odwiedzić grób z potrzeby serca (lub z ciekawości jak pisze Marek).




Widok pustego grobu je jednak przeraża, a nie raduje, gdyż kobiety podejrzewają że ciało Chrystusa zostało skradzione. Ewangelista Marek bardzo często pozostawia nas w niepewności co do wielu opisywanych przez siebie wydarzeń z życia Jezusa, które musimy sobie sami potem dopowiadać. Tak jest i w tym przypadku, które oznacza jednocześnie koniec całej Ewangelii, przerażenie kobiet widokiem pustego grobu jest ostatnią wiadomością jaką otrzymujemy. Kolejni ewangeliści rozwijali ten opis i dodali że Chrystus trzeciego dnia po ukrzyżowaniu zmartwychwstał, pojawił się wśród swoich uczniów (i nie tylko ich), a potem wstąpił do nieba. Ponieważ doświadczenie Tomasza - który dotknął ran Chrystusowych - nie pozwala nam twierdzić iż nauczyciel pojawił się wśród uczniów stosując jedynie sztukę bilokacji czy trilokacji (bowiem pojawiał się w kilku miejscach jednocześnie, często oddalonych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów), przeto Jego uczniowie  doświadczyli zapewne prawdziwego ukrzyżowanego ciała Chrystusa. Potem nastąpiło wniebowstąpienie i powrót do "Domu Ojca"... ... czyli gdzie? Jeśli potraktujemy poważnie przesłanie Michaela Desmarqueta z roku 1987, w trakcie którego został on zabrany przez "wysokich, galaktycznych ludzi" na ich rodzimą planetę TJehooba (prawidłowa wymowa tej nazwy jest następująca: "T" jest praktycznie bezdźwięczne, "E" to coś pomiędzy a i e, "B" czytane bardziej jako w, a akcent położony jest na drugie "O". Innymi słowy prawidłowa wymowa brzmi: "-JæhoOwa" - i to już chyba nam coś przypomina 😉) i właśnie na "JæhoOwa" wrócił Jezus. Oczywiście w owej "Misji" Desmarqueta powiedziane jest również że ten Chrystus, który został ukrzyżowany i który zmartwychwstał i który został zabrany na TJehooba, to nie był ten Chrystus, którego urodziła Maria. Śmierć na krzyżu Chrystusa miała być misją swoistego przeprogramowania naszej planety na wyższe wibracje, ale do tego zadania użyto nie prawdziwego Chrystusa zrodzonego z Maryi (którego zarodek objawiło Jej trzech aniołów z TJehooba), lecz klonu prawdziwego Chrystusa, którego celem było takie właśnie poświęcenie. Oczywiście dla chrześcijanina, dla katolika takie słowa brzmią jak herezje. Coś, z czym nie jest w stanie się w żaden sposób pogodzić (nie mówiąc już o tym, aby to w ogóle zaakceptować). Ale jeżeli uświadomimy sobie że prawdziwy Chrystus wiedział o celu swojej misji (to znaczy nie do końca swojej), natomiast jego klon, który był dokładnym jego odzwierciedleniem (choć wydaje się że nie aż tak dokładnym, bowiem gdy ukazywał się niektórym ludziom już po zmartwychwstaniu, ci nie byli w stanie go rozpoznać) nie miał o tym pojęcia, stąd też modlitwa w ogrodzie Getsemani i prośba aby zdjąć z Niego to doświadczenie (odsunąć od niego ten kielich), jeśli to możliwe.




Wiem że zabrzmi to okrutnie, ale Chrystus który miał umrzeć na krzyżu, nie mógł wiedzieć że to wszystko jest pewnego rodzaju spektaklem. Gdyby bowiem wiedział, cała ta misja podniesienia ziemskich wibracji na wyższy poziom nie powiodłaby się, bowiem zachowanie Chrystusa (który wiedziałby że musi odegrać pewną rolę, a następnie iść sobie dalej), byłoby zupełnie inne (może nawet by się z tego śmiał), a to nie tak miało wyglądać. Chrystus musiał cierpieć fizycznie i musiał być przekonany o tym, że naprawdę umrze, inaczej cały sens owej  misji nie miałby najmniejszego sensu. Zresztą w kanonie biblijnym również Chrystus jest przekonany o tym że umrze, natomiast wszelkie Jego zapewnienia że powróci są późniejszym dopiskiem który powstał już po Zmartwychwstaniu. I w tym właśnie zadaniu ogromne zadanie (pozytywne - co należy podkreślić) ma niejaki Judasz Iskariota, który wydaje Jezusa jego oprawcą. W Naszej tradycji chrześcijańskiej taki postępek jest godnym pogardy czynem zdrajcy, człowieka niegodnego, który swego własnego Mistrza wydaje na śmierć w łapy jego wrogów. Ale zastanówmy się nad celem misji Judasza, zanim ponownie (jak Dante) wrzucimy go w największe czeluści piekieł. Przecież gdyby nie on, cała zaplanowana wcześniej misja nie mogłaby dojść do skutku. Tak więc czy jest to zdrajca, który dla 30 srebrników sprzedaje swego nauczyciela, czy też postać pozytywna, gdyż bez niego nie byłoby chrześcijaństwa? Według mnie bezwzględnie to drugie, tym bardziej że zauważmy iż zachowanie Judasza nie jest złe, a wręcz przeciwnie, ten człowiek ma silne opory moralne przed popełnieniem czynu, który uczynił go na zawsze już czarnym charakterem, ale jednocześnie był żydowskim patriotą (zapewne zelotą) dążącym do obalenia rzymskiej władzy nad Judeą, który dołączył do uczniów Chrystusa, gdyż uznał w nim Mesjasza zapowiadanego przez proroków, który uwolni "naród wybrany, spod obcej tyranii. Okazuje się jednak że Chrystus nie przyszedł po to, żeby zabijać wrogów "narodu wybranego", tylko żeby zabijać, a raczej zwalczać wrogów wewnętrznych, których każdy człowiek ma w sobie, a to jest znacznie trudniejsza i trwająca praktycznie całe życie walka (łatwiej bowiem komuś obcemu rozpłatać łeb i powiedzieć że to przez niego całe nasze nieszczęście, niż podjąć walkę z naszymi wewnętrznymi demonami). I to właśnie zniechęciło Judasza do Chrystusa, ten bowiem gotowy był do walki z wrogiem zewnętrznym, a nie wewnętrznym. 




Udał się więc do Sanhedrynu, gdzie za zdradę i wydanie Chrystusa otrzymał 30 srebrników, które w tamtych czasach były dość znaczną sumą pieniędzy (oczywiście pytanie jakie to były pieniądze, bo to też miało znaczenie, ale przyjmijmy że były to szekle, którymi wówczas płacono w Judei). 30 srebrników - w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze - to jakieś niecałe 20 000 zł, czyli nieco ponad 5300 dolarów. Była to kwota którą pisarz dostawał za rok swojej pracy, gdyż owe srebrniki (jak sama nazwa wskazuje) wykonane były ze srebra, a ponieważ w tamtych czasach srebro miało znacznie większą wartość niż obecnie (jako że kopalni srebra było znacznie mniej i były trudniej dostępne), przeto zupełnie inny był również poziom życia ludzi w tamtych czasach. Owe 30 srebrników dla Judasza, to była kwota której - jestem przekonany - nigdy nie widział w swoim życiu i to również go skusiło do zdrady (za jeden taki srebrnik można było kupić dużą amforę wina w dobrej oberży {"Otwieram wino ze swoją dziewczyną, pragnę aby ten czas nie przeminął, nigdy nie przeminął, nigdy nie przeminął..." 🥂). Pamiętajmy jednak że Judasz bardzo szybko uświadamia sobie że popełnił błąd i wraca do Sanhedrynu aby  zwrócić całą kwotę w zamian za uwolnienie Mistrza, co oczywiście nie następuje i z rozpaczy Iskariota popełnia samobójstwo. Jezus zaś zostaje wydany przez Żydów w ręce rzymskiego namiestnika Judei - Poncjusza Piłata (człowieka Lucjusza Eliusza Sejana - prawdziwego twórcy kohort pretoriańskich w Rzymie, choć powstały one jeszcze w czasach Oktawiana Augusta, który zostanie zgładzony na rozkaz Tyberiusza w roku 31 za dążenie do przyjęcia władzy cesarskiej) który został namiestnikiem w roku 26, na cztery lata przed męczeńską śmiercią Chrystusa na krzyżu. Ten człowiek jest wielkim okrutnikiem, który postawił sobie za cel krwawe zdławienie wszelkich buntów w tej niespokojnej prowincji, w której nie uznaje się innych bogów poza tym jednym, tym dziwnym Bogu o imieniu "JæhoOwa". Natomiast w krótkiej rozmowie z Chrystusem Piłat dochodzi do wniosku, że oskarżenia którymi szafowali kapłani Świątyni Jerozolimskiej, sadyceusze i faryzeusze, a także zeloci - są całkowicie bezpodstawne. Oskarżono go bowiem o to, że Chrystus ogłosił się królem żydowskim, czym podważył władzę cezara Tyberiusza, czyli oskarżono go o jawną deklarację polityczną. Był to zarzut bez wątpienia najsilniejszej natury, karany natychmiastową śmiercią, gdyż był jednocześnie buntem przeciwko rzymskiemu panowaniu i nawet jeśli uznamy że poszczególne prowincje wewnętrznie miały (większy lub mniejszy poziom autonomii), to jednak wola cezara była bezdyskusyjna i nikt nie mógł z nią polemizować.

Tylko że w rozmowie z Chrystusem Piłat (ten "bat na Żydów") zdał sobie sprawę, że Chrystus nie dąży do wywołania żadnego antyrzymskiego powstania, że nie ogłosi się królem żydowskim, a nawet jeśli tak stwierdził, to dodał zaraz że "Królestwo moje nie jest z tego świata". Piłat uznał więc że są to wewnętrzne porachunki religijne Żydów, w co nie chciał się w ogóle mieszać, bo jeżeli interesy Rzymu nie były zagrożone, to on nie interweniował, ale jeżeli zaistniała choćby obawa że może dojść do buntu, to wówczas bywał bezwzględny - ten człowiek bowiem wystawił cały las krzyży na drodze do Jerozolimy. Natomiast dla Sanhedrynu nauki Chrystusa były nie do zaakceptowania i to dla wszystkich religijnych odłamów jahwizmu. Zdając sobie jednak sprawę że jeżeli nie oskarżą Jezusa o działalność na szkodę Rzymu (czyli działalność stricte polityczną), to Piłat umyje ręce i tak też się stało, po rozmowie z Chrystusem oficjalnie stwierdził: "Ja w tym człowieku winy nie widzę", co było realnym uniewinnieniem (nie wiadomo też na ile była to jego własna ocena działalności Chrystusa, a na ile prośba własnej żony Prokuli, która ponoć miała mieć proroczy sen o Chrystusie i  namawiała męża aby go ułaskawił). Żydzi (a szczególnie kapłani, faryzeusze i sadeceusze) gwałtownie protestowali, zarzucając Piłatowi bezczynność wobec antyrzymskiej postawy Jezusa z Nazaretu (a to było już bardzo poważne oskarżenie, za coś takiego - gdyby dotarło to do cezara - Piłat z pewnością zapłaciłby własną głową). Zaproponował on więc Żydom taki oto układ: skaże Chrystusa na biczowanie, a jeżeli przeżyje to biczowanie (które było niezwykle brutalne i znaczna część więźniów nie doczekiwała ukrzyżowania, gdyż umierali już podczas biczowania) wówczas go uwolni. Początkowo się zgodzono, ale ostatecznie Chrystus przeżył biczowanie, a Żydzi dalej dążyli to jego ukrzyżowania ("Na krzyż z nim, królem żydowskim" - padały takie oto oskarżenia). Ubrany więc w koronę cierniową, z plecami pokrytymi krwawą miazgą, z mocno krwawiącą twarzą (gdyż krew spływała z Jego głowy) Chrystus ostatecznie został skazany przez Piłata na ukrzyżowanie (mowa jest oczywiście o ułaskawieniu jednego z więźniów w dniach Paschy, ale ja nie spotkałem się z taką tradycją wśród Żydów, szczególnie respektowaną przez Rzymian, chociaż w jednym z dokumentów pozabiblijnych znalazłem pewne odniesienie do takiego właśnie ułaskawienia więźnia, z tym że jego wina nie była ani winą polityczną {a takową był bunt przeciwko Rzymowi}, ani też nie było to oskarżenie religijne godzące w obowiązującą wiarę żydowską, a raczej drobna kradzież). 




I tutaj miało dojść do wyboru pomiędzy Chrystusem a Barabaszem - który w oficjalnym przekazie biblijnym występuje jako morderca i zbrodniarz. Ale powiedzmy sobie znowu... naprawdę? Kim był Barabasz, mordercą? Tak zostało nam to przedstawione, jako wybór pomiędzy "Barankiem Bożym", czyli tym, który przyszedł zbawić świat, a niegodnym tego świata okrutnikiem, którego woleli wybrać Żydzi. Ale to znowu jest nadinterpretacja późniejszych przekładów, jeśli bowiem Barabasz istniał (a według mnie nie istniał), to był on żydowskim patriotą, a nie mordercą, zapewne zelotą, który trafił do lochu właśnie za swoją anty-rzymską działalność i za próbę wywołania antyrzymskiego powstania został skazany na śmierć przez ukrzyżowanie. Czy teraz mając porównanie: wybieramy patriotę walczącym z rzymską okupacją naszej ziemi, czy człowieka który podważa sens naszej wiary, sam ogłasza się królem żydowskim i Mesjaszem i próbuje nam narzucić swoją wizję drogi do Boga, to kogo wybierzemy? Do prawdy nie dziwmy się więc, że ci, którzy dążyli do skazania Chrystusa, jednocześnie wręcz żądali uwolnienia Barabasza. Dla nich to był bowiem bohater, a Chrystus był uzurpatorem i bluźniercą. Zresztą powiedzmy sobie otwarcie Barabasz nie mógł istnieć, tym bardziej że imię Barabasza to Jeszua Bar-Aba, czyli Jezus Mesjasz wojownik (nie był jedynym, przecież obroną Jerozolimy w latach 66-70 dowodził Szymon Bar-Giora, a w latach 132-135 Szymon Bar-Kochba). Tak naprawdę Barabasz nie był więc drugą osobą, tylko swoistym alter ego Chrystusa, takim, jakiego chciał w Nim widzieć chociażby Judasz Iskariota, czyli bojownika o wolność narodową. Takiego Chrystusa być może kapłani by zaakceptowali (stąd biblijne okrzyki tłumu "uwolnij Barabasza"), ale nie byli w stanie zaakceptować człowieka, który mówił rzeczy dla nich zupełnie niezrozumiałe, a choćby takie, by zburzyli Świątynię Jerozolimską, a on w trzy dni zbuduje ją na nowo (oczywiście nie chodziło Chrystusowi o fizyczny budynek, a o Świątynię Chrystusową w sercu każdego człowieka. Tak proste, a jednocześnie tak trudne do pojęcia dla ludzi którzy byli tak bardzo zapętleni w swojej fizyczności). Chrystus musiał więc umrzeć i wszystko musiało być naprawdę, biczowanie, krew, korona cierniowa, Golgota, krzyż - wszystko! Jezus nie mógł wiedzieć że to wszystko jest pewnego rodzaju grą, grą w której oczywiście musi umrzeć, ale nie na długo. Natomiast właściwy Chrystus w tym czasie podróżował po świecie, był w Indiach, w Chinach i w Japonii - gdzie ostatecznie zmarł. Natomiast Chrystus klon (który posiadał tą samą pamięć czynów właściwego Chrystusa, Jego życia i nauk) "wstąpił do nieba", czyli powrócił na TJehooba. 




W "Misji" Desmarquet opisuje ciało owego Chrystusa, które lewituje w ogromnym doko na planecie TJehooba, obok 146 ciał klonów podobnych mu Nauczycieli, którzy również przez tę rasę Galaktycznej Ludzkości wysłani zostali na inne planety podobne do naszej Ziemi (czyli na planety "bólu i łez" jak się je określa) i tam pełnili rolę proroków i duchowych nauczycieli. Ciało tamtego Chrystusa klona pozbawione jest pępka, jako że nie zrodziła go kobieta, tylko powstał sztucznie jako odzwierciedlenie właściwego Chrystusa - narodzonego w Betlejem (prawdopodobnie w marcu, kwietniu lub maju 4 r. p.n.e.). W kolejnej części przejdę do opisu tego, jak zachowywali się apostołowie po śmierci Chrystusa i po Jego Zmartwychwstaniu (którego notabene nikt nie widział i nawet zapisane jest że: "świadkiem Zmartwychwstania była jedynie noc"), jak rozpoczęły się podróże apostolskie i przede wszystkim przyjdę do rozwoju diecezji rzymskiej i rzymskiego kościoła, pragnąc zobaczyć jak miały się sprawy chrześcijan w stolicy Imperium Rzymskiego w pierwszych wiekach po Chrystusie.





PS: Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że postawa i męczeńska śmierć Chrystusa na krzyżu, zapewne musiała coś zmienić w dotychczas okrutnym podejściu jakim kierował się Poncjusz Piłat. Wysłał on bowiem do Rzymu, do cezara Tyberiusza list, w którym deklarował że Chrystus prawdopodobnie był Bogiem. Te jego zapewnienia były tak silne że cesarz Tyberiusz planował... postawić Chrystusowi świątynię w Rzymie (ostatecznie z różnych względów do tego nie doszło). Byłoby to doprawdy niezwykle zabawne, gdyby świątynia Chrystusa powstała w Rzymie zanim narodziła się rzymska diecezja chrześcijańska 😉.




CDN.
 

środa, 26 marca 2025

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CXCIV

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI 
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POD SKRZYDŁAMI ASYRII - UPADEK IZRAELA)

(ok. 738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)

Cz. XIV







FILISTEA
PONOWNE ODRODZENIE
(738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. XIV


DEWARIM
(738 r. p.n.e. - 586 r. p.n.e.)
Cz. XVI


 Władca Asyrii Sannaherib był zdeterminowany w trakcie tej kampanii (700 r. p.n.e.) aby ostatecznie pochwycić i ukarać Merodach-Baladana, sprawcę tylu problemów trapiących Babilonię, dlatego też podążał za nim do Kraju Nadmorskiego, gdzie ten miał się ukrywać - "na bagna". Najpierw dotarł Sannaherib do miasta Bitutu - znajdującego się "na środku bagna", którym władał lokalny szejk Szuzubu (Chaldejczyk z pochodzenia, zresztą Kraj Nadmorski był opanowany przez plemiona chaldejskie, stanowiące nieustanny ból głowy nie tylko w Babilonie, ale również w Kalchu i Niniwie). Szuzubu sądził, że bagienne rejony umożliwią mu schronienie i bezpieczeństwo, pomylił się bardzo nie doceniając asyryjskiej armii. Został pochwycony, okrutnie zamordowany, a Bitutu przestało istnieć (zaś ludność tego plemienia została uprowadzona, a następnie przesiedlona w inne miejsce). Teraz dopiero król Assuru skierował się przeciwko plemieniu Bit-Jakini, z którego wywodził się Merodach-Baladan. Ten jednak szybko zbiegł i jak opisuje to Sannaherib na swej steli zwycięstwa: "Szczęk mego potężnego oręża sprawił, że (...) przelągł się, zebrał (w tym miejscu ponownie brak tekstu, zapewne powinno być "posągi swych") bóstw z całej swej krainy, załadował na statki i połknął niczym ptak do miasta Nagite-rakki, które znajduje się na środku morza. Jego brata, którego zostawił nad brzegiem, wraz z całą resztą ludu wywiozłem z ziemi Bit-Jakini, ze środka bagien i trzcinowisk, uznając ich za łup wojenny. Jego miasta zniszczyłem, obróciłem w perzynę, przemieniłem w ruiny. W sercu jego sojusznika, króla Elamu, zasiałem przerażenie". Co prawda Sannaheribowi nie udało się pochwycić Merodach-Baladana, ale człowiek ten już więcej nie zagrażał asyryjskim interesom w Babilonii i Kraju Nadmorskim. Dokończył swego żywota na jakiejś wysepce w dzisiejszej Zatoce Perskiej. Być może jego osoba z dzisiejszego punktu widzenia nic nikomu nie powie, nic też już nie znaczy, ale trzeba pamiętać, że w tamtym czasie stanowił on poważne zagrożenie dla utrzymania Babilonii pod asyryjską kontrolą. Dwukrotnie był królem Babelu (710-705 r. p.n.e. i w 703 r. p.n.e. przez 9 miesięcy). Na jednym z kudurru (kamieniu granicznym z królewską inskrypcją dotyczącą nadania ziemi) został pokazany jako wysoki, choć nieco otyły mężczyzna, postawny i o pogodnym spojrzeniu. Był bardziej dyplomatą niż wojownikiem, ale napsuł wiele krwi asyryjskim królom.




Kampania roku 700 p.n.e. okazała się całkowitym sukcesem z punktu widzenia Asyrii. Niebezpieczne ludy (szczególnie zaś Bit-Jakini) zostały przesiedlone w inne rejony Imperium. Asyryjczycy bowiem na masową skalę stosowali nie tylko politykę bezwzględnych zniszczeń i mordów, mających na celu zastraszenie ewentualnych dalszych buntowników, ale przede wszystkim organizowali masowe przesiedlenia ludności, coś, co stało się popularne w czasach Związku Sowieckiego - szczególnie zaś w epoce Stalina (na przykład wysiedlenie Tatarów krymskich). Była to polityka ludobójstwa kulturowego, wykorzenienia danego plemienia (lub ludu) z jego ziemi, tradycji, przodków, a często również religii. Celem tego wszystkiego była oczywiście asymilacja, uczynienie z różnych ludów jednego ludu Asyryjczyków (pisał o tym Sargon II - ojciec Sannaheriba, na swej steli: "Ludy z czterech części świata, o odmiennych językach i nieporównywalnych dialektach, mieszkańców gór i równin, wszystkich podlegających światłu bogów i panu wszystkiego, przyniosłem na rozkaz Aszura mego pana, a dzięki potędze mego berła. Sprawiłem, że stali się (ludźmi) jednego języka i osadziłem ich tam. Posłałem im Asyryjczyków jako pisarzy i nadzorców, potrafiących nauczyć ich lęku przed bogiem i królem"). Takie przesiedlenia oznaczały całkowite wykorzenienie kulturowe, gdyż ludy,  które do tej pory zasiedlały bogate, pełne życia, słynące z handlu, rozwijające własne pismo, a także czczące swych własnych bogów miasta, jak choćby Damaszek, Hamat czy Samaria, teraz zamieniły się w ośrodki asyryjskiej władzy. Co prawda zniszczenia dokonane przez wojsko zostały szybko usunięte, a pałace królewskie (jeśli uległy zniszczeniu) odbudowane, ale mieszkał tam już asyryjski gubernator, a ludność była inna, sprowadzona na to miejsce z innych terenów Imperium, zasymilowana i nie skora już do buntu. Natomiast ludność przesiedlana, przybywała na teren którego nie znała, gdzie była otoczona przez ludy sobie wrogie, a wierne władcy Asyrii, więc aby przetrwać wolała siedzieć cicho, nie buntować się, a z czasem następowała asymilacja (oczywiście wymuszana, ale jednak). Wiele też miast zostało zmienionych przez Asyryjczyków, jak choćby Tell Keisan (gdzie wytyczono nową siatkę ulic), w Megiddo (odbudowa miasta według nowych planów, nowa siatka ulic, nowy dziedziniec miejski i dwa wielkie budynki administracyjne asyryjskiej władzy), inne zaś miasta zyskały rolę lokalnych ośrodków administracji, co też wiązało się z pewnymi przywilejami (Gezer, Hazor, Tell Kinneret - asyryjski fort, w którym znajdował się wygodny pałac gubernatora). Można by wymieniać tych miast wiele (gdyż mam ich znaczną listę), ale myślę że na tym skończymy. Warto tylko powiedzieć, że językiem urzędowym Imperium Asyryjskiego był aramejski, a polityka przesiedleń była niezwykle skuteczna, wręcz... zabójczo. 




Ponieważ jednak w kraju, w którym władał okrutny bóg Aszur, przez kolejne sześć lat po kampanii nadmorskiej Sannaheriba nic specjalnego się nie wydarzyło (a trwało spokojne konsumowanie dokonanych podbojów), przenieśmy się zatem w inne rejony Bliskiego Wschodu, które wydają się bardziej interesujące. Jeruzalem! Pomimo zniszczeń jakie dokonała w Judzie armia asyryjska, pomimo kontrybucji narzuconej na Judę i na króla Ezechiasza przez zwycięskiego Sannaheriba, wydaje się, że okres tuż po zakończeniu wojny (701 roku), był niezwykle korzystny nie tylko dla odbudowy judejskiej gospodarki, ale również dla całkowitego zwycięstwa jahwizmu (nie chcę być tutaj źle zrozumiany, gdyż za czasów syna i następcy Ezechiasza - Manassesa, obce kulty ponownie powrócą do Judy, również do Jerozolimy, ale będzie to już znacznie słabsze oddziaływanie, niż miało to miejsce wcześniej). Sama Jerozolima rozrosła się w ciągu rządów króla Ezechiasza (który wstąpił na tron w roku 715 p.n.e., zmarł zaś w roku 686 p.n.e.) z miasta leżącego na 5 hektarach (w dużej mierze zajmowanego przez Świątynię i Pałac) do 60 ha. Postawiono nowy mur obronny (który ocalił Jerozolimę przed Asyryjczykami, choć tak naprawdę ocaliła ich epidemia, jaka wybuchła w armii asyryjskiej, co potem było interpretowane jako boża pomoc dla "ludu wybranego"). Aby Ezechiasz mógł wznieść ten mur, musiano przedtem wyburzyć wiele prywatnych domów (opłakiwane to jest w Księdze Izajasza 22,10), ale dzięki temu powstały w Jerozolimie dwie nowe dzielnice (Mišneh - "Nowe Miasto" i Makteš - "Tłuczek"). Poza tym miasto zostało zaopatrzone w nowy, duży zbiornik na wodę, zwany Siloe (zasilany przez kanał Ezechiasza, transportujący wodę ze źródła Gihon). Odbudowano także (zniszczony przez Asyryjczyków) Lachisz (największe miasto Szefeli), który z ok. 4-5 hektarów rozrósł się do 10. Ezechiasz wzniósł też całą listę nowych fortec (które w większości zostały zdobyte przez Asyryjczyków w czasie kampanii 701 r. p.n.e., ale potem ponownie odbudowane), takich jak: Rujm Abu Mukhayr, Khirbet Marjama, Tell el-Hesi, Tell Judeide, Tell Zakarya czy Khirbet Rabut (ta ostatnia była na granicy południowej, wszystkie pozostałe na północnej, od strony Syrii). Asyryjskie zniszczenia szybko zostały naprawione nie tylko w dziedzinie umocnień i urbanizacji, ale również kwestii gospodarki. Przykładem niech będzie szybki rozwój winnic w rejonie Gibeon (amfory z tego regionu po roku 700 p.n.e. były sprzedawane nie tylko w Filistei, ale również w Egipcie). Postępowała również produkcja i sprzedaż oliwy, (pomimo że filistyński Ekron stanowił pod tym względem znaczną konkurencję, to jednak oliwa w amforach z jahwistyczną ornamentyką, znajdowana jest w tym okresie nie tylko w Filistej, ale również w Asyrii, a nawet w Babilonii). Poza tym handlowano judzkimi pomarańczami i innymi owocami. Symbolem zaś Judy (a raczej domu panującego) stał się skarabeusz o czterech skrzydłach (wymiennie z uskrzydlonym słońcem), co oznaczało że ewidentnie skopiowano tutaj motywy egipskie.




Największe jednak zmiany poczyniono w kwestii religii. Ponoć reformy religijne Ezechiasza rozpoczęły się jeszcze przed asyryjską inwazją, ale jeśli to prawda, to były one dopiero zapoczątkowane, gdyż realnie nastąpiły po wycofaniu się Asyryjczyków z ziemi Judy. Tradycja biblijna przypisuje rozpoczęcie tych reform na 18 rok panowania Ezechiasza (wypadałoby wówczas na ok. 698/697 r. p.n.e.). Ich autorem w dużej mierze był (urodzony ok. 765 r. p.n.e.) prorok Izajasz. A zmiany te były gruntowne, wręcz dotykały podstaw jahwizmu, w tym również tego, co nazywano "religią mojżeszową" (czyli głównie religią agrarną). Za radą Izajasza zaczęto bowiem niszczyć wszelkie widoczne (czyli agrarne, ludowe) formy kultu Jahwe, w tym style stojące w miastach i na wsiach, wycinano drzewa, wyrywano pnie, zniszczono nawet owego biblijnego węża z brązu, który miał w czasach Mojżesza ocalić Izraelitów od plagi węży. Konsekwentnie niszczono wszystko, gdzie lud przychodził, składał ofiary i palił kadzidła. Izajasz bezwzględnie walczył z tymi pozostałościami obcych kultów, tak bardzo zakorzenionymi w tradycji ludu Izraela, że wręcz niechętnie przezeń usuwanymi. Po prostu Żydzi w tamtym czasie tak bardzo przyzwyczaili się do religii agrarnej (w której Jahwe co prawda jest bogiem narodowym, ale nie jedynym, co bardzo ważne - NIE JEDYNYM!), natomiast reformy Izajasza i Ezechiasza szły w kierunku stworzenia z Jahwe nie tyle boga narodowego, co boga jedynego. Z Jerozolimy, z tamtejszej Świątyni zamierzał Ezechiasz uczynić centrum jahwicznego monoteizmu, dlatego też słał zaproszenia do Żydów mieszkających w podbitym przez Asyrię Izraelu (Królestwie Północnym), aby przybywali do Jerozolimy, tu się modlili, a nawet tu się osiedlali. Oczywiście król i prorok Izajasz nie byli jedynymi, którzy wówczas propagowali nową reformę religijną, znacznie wsparli ich tzw. dworscy wieszcze, spośród których należy wymienić choćby: Ozeasza czy Micheasza. Co prawda najazd asyryjski, wielkie zniszczenia i asyryjskie okrucieństwo mocno nadwyrężyło poparcie ludu dla monarchii, kasty kapłańskiej, a nawet dla boga Jahwe, który nie chronił swojego "ludu wybranego", ale Izajasz i to postanowił przekuć w sukces nowej reformy religijnej, twierdząc że przecież Jahwe zesłał na Asyryjczyków zarazę, dzięki której "lud wybrany" ocalał. Była więc nadzieja, gdyż Pan zesłał na Izraelitów karę za ich bałwochwalstwo, ale dał im również szansę odrodzić się na nowo, w nowej religijnej tradycji i nowej czci dla swego boga (swoją drogą, ci wszyscy bogowie, którzy tak bardzo wymagają atencji, ludzkiej czci i składania darów - jak myślicie kim są? Kiedyś chyba już pisałem co na ten temat myślę, ale wydaje mi się - i wcale nie sądzę że dużo się mylę - iż są to byty pochodzące z innych rejonów Wszechświata. Niektóre z tych bytów być może opanowały do perfekcji poziom niematerialny, co nie oznacza że mają one cokolwiek wspólnego z rozwojem duchowym. Raczej są czymś w rodzaju kosmicznych piratów, którzy najeżdżają światy {w ten lub inny sposób}, wymagają czci i uwielbienia, a jednocześnie wysysają duchową energię z tych, którzy oddają im cześć).

Izajasz, Ozeasza i Micheasz (a co za tym idzie również król Ezechiasz) opowiadają się bowiem za koncepcją bezwarunkowej wierności Jahwe, jako jedynej formy wybawienia dla "ludu wybranego". Jednocześnie burzą wszelkie jego ludowe formy, tak aby nakierować lud Izraela na bardziej duchowe tory jego kultu. Od chwili gdy reforma zaczyna wchodzić w życie (a nawet wcześniej, jeszcze przed inwazją asyryjską), widać ewidentnie różnice zdań Izajasza i wieszczów, a oficerów i dworaków króla Ezechiasza. Izajasz mocno krytykuje chociażby wyburzenie domów prywatnych pod budowę murów obronnych Jerozolimy, tak jakby nie rozumiał że umocnienia pomogą w odparciu inwazji asyryjskiej (on jednak stwierdza, że tylko bezwarunkowa wiara w pomoc i łaskę Jahwe ocali Judejczyków). Krytykuje również sojusz z Egiptem, deklarując iż pogańskie wojska nie mogą ocalić "ludu wybranego", jeśli nie zechce tego Jahwe. Tutaj dochodzi do ostrego sporu między Izajaszem, a królewskim sekretarzem Szebną i prefektem pałacu Eliakimem. Izajasz co prawda najpierw widzi w Asyrii narzędzie w ręku Jahwe, którym ten zamierza ukarać swój lud, potem jednak (po inwazji i po tylu zniszczeniach oraz mordach, dokonanych przez asyryjskie wojska) oficjalnie potępia Asyrię i wszystkich sąsiadów Izraela, którzy wykorzystali najazd dla własnych celów (Ammonitów i Moabitów). Jednocześnie przeciwny jest zbyt rozbudowanej militarnej obronie, deklarując całkowitą ufność Jahwe. Co ciekawe Izajasz jednocześnie ostro krytykuje (a nawet zwalcza) te wszystkie kraje i miasta, które stanowią konkurencję dla Judy, ale nie stanowią bezpośredniego zagrożenia militarnego. Ciekawym jest jego stosunek do zdobytego przez Asyryjczyków fenickiego z Sydonu (o którym opowiadałem w poprzedniej części i którego król uciekł na Cypr), a żeby się nie rozpisywać po próżnicy, zanotuję ten fragment w całości: "Wyjcie, okręty tertezyjskie, gdyż zburzona jest wasza twierdza. Oznajmiono im o tym, gdy wracali z ziemi Kittim. Zamilknijcie, mieszkańcy wybrzeża, kupcy sydońscy, którzy jeździcie morzem i których wysłańcy są na wielu wodach. Ich zbiorami są zasiewy Sychoru, a bogactwem dochody narodów. Wstydź się, Sydonie, gdyż morze twierdza nadmorska, rzekła: "Ja nie wiłam się z bólu ani nie rodziłam, nie wychowałam młodzieńców, lecz jedynie wypiastowałam dziewczęta. (...) Już nie będziesz się weselić, zhańbiona córko Sydonu, powstań, przepraw się do Kittim (czyli na Cypr). Lecz i tam nie zaznasz spokoju" (Księga Izajasza 23,1-4,11). Reforma Izajasza i Ezechiasza zaczęła powoli, acz systematycznie nabierać tempa, aż oficjalnie przyjęła taki obraz, jaki zastał ją Syn Boży Jezus Chrystus, który przybył na Ziemię (swoją drogą w wielu przekazach channalingowych można spotkać się z określeniem Ziemi jako planety "Sol-3") z misją "Syna Człowieczego" (swoją drogą - i nie chcę tutaj być źle odebrany, a być może nawet niezrozumiany - ale wydaje mi się i staje się to dla mnie coraz bardziej oczywiste, że tam gdzie nie ma Chrystusa, we wszystkich narodach, we wszystkich ludach, które są daleko od Chrystusa, tam człowieczeństwo jest na bardzo niskim poziomie, a okrucieństwo - szczególnie wobec słabszych - święci swoje triumfy).





Ten moment, w którym grający Chrystusa aktor wpatruje się w Barabasza, jest niezwykle przyjmujący. Aktor który grał Barabasza Piętro Sarubbi stwierdził później, że ten wzrok, nie był wzrokiem jego kolegi z planu Jamesa Caviezela, z którym wielokrotnie się znali. Powiedział wręcz że ten wzrok wbił go w ziemię, był jakby nie z tego świata, jak dodał na pewno nie należał do Caviezela.



CDN.

niedziela, 25 sierpnia 2024

DLACZEGO JESTEŚMY SAMI W KOSMOSIE?

GDZIE SIĘ PODZIAŁA RESZTA 

INTELIGENTNYCH ISTOT?




 Ciekawe pytanie prawda? Zastanawiałem się nad nim od długiego już czasu i w zasadzie jedyne co przechodziło mi do głowy, to były takie oklepane teorie na zasadzie Paradoksu Fermiego. Mimo to chciałbym właśnie odnieść się w tym temacie do pytania nie tyle "czy" jesteśmy sami w Kosmosie (a tak naprawdę w naszej Galaktyce, bo żeby ruszyć dalej trzeba najpierw poznać Galaktykę w której żyjemy, a tego do tej pory nie uczyniliśmy. Mało tego, my nawet nie znamy planety na której żyjemy, z tego co bowiem twierdzą naukowcy - 90% mórz i oceanów na Ziemi jest jeszcze niezbadanych - to jest doprawdy niesamowite), ale właśnie pragnę zadać pytanie "dlaczego" jesteśmy sami w Kosmosie, i dlaczego - jeśli istnieje rozumne życie, a należy założyć że istnieje, gdyż twierdzenie że życie powstało tylko na naszej małej planecie (która tak naprawdę znajduje się gdzieś na rubieżach Wszechświata), jest doprawdy co najmniej głupie, żeby nie powiedzieć dosadniej (to jest dokładnie to samo myślenie, jak niegdyś uważano że słońce i inne planety krążą wokół Ziemi i że ona jest centrum Bożego stworzenia). A jeżeli te cywilizacje istnieją, mało tego, jeżeli są bardziej rozwinięte od naszej, to pytanie brzmi dlaczego się z nami dotąd nie skontaktowały i dlaczego nie dały nam żadnego znaku, że nie jesteśmy sami we Wszechświecie. 

Jak wiadomo paradoksy Fermiego odpowiadają na to pytanie w bardzo różny sposób. Jedna z teorii (która jest bodajże najmniej prawdopodobna i najbardziej głupkowata) mówi że jesteśmy sami we Wszechświecie, bo tylko na Ziemi ukształtowały się odpowiednie warunki do stworzenia życia biologicznego, dzięki któremu wyewoluowaliśmy jako jedyny rozumny gatunek na planecie. To jest według mnie najbardziej niedorzeczna ze wszystkich teorii, dlatego należy ją na wstępie odrzucić. Inna teoria mówi zaś, że nasza cywilizacja jest najstarszą cywilizacją we Wszechświecie (przynajmniej obecnie), wszystkie inne bowiem są albo na etapie rozwoju pierwotnego, albo też tamtejsze cywilizacje nie są jeszcze w stanie komunikować się z nami w sposób zrozumiały (mam tu na myśli fale radiowe). To też wydaje się mało prawdopodobne, chyba że założymy (jak mówi kolejna teoria), że rozwój każdorazowej cywilizacji postępuje w taki sposób, że nie jest ona w stanie rozwinąć się do etapu podróży międzygwiezdnych, gdyż gdy tylko cywilizacja dana osiągnie poziom rozwoju, pozwalający skonstruować broń atomową - sama się wykańcza, a jeśli jakimś cudem uda jej się przetrwać atomową apokalipsę i nie cofnąć się z powrotem w rozwoju, to czeka na nią kolejne zagrożenie w postaci niekontrolowanej, samo świadomej sztucznej inteligencji, która przejmuje władzę na danej planecie, niszcząc tamtejszą cywilizację. To oczywiście ma jakieś podstawy racjonalności, ale też wydaje mi się to bardzo mało prawdopodobne, aby dotknęło wszystkie cywilizacje we Wszechświecie prócz (przynajmniej na razie) naszej. Inna teoria mówi zaś o Ziemi jako o swoistej planecie -więzieniu, a my, ludzie mamy być potomkami galaktycznych przestępców, którzy zostali zesłani na tę właśnie trzecią planetę od słońca, w celu ich "resocjalizacji", dlatego też kontakt z innymi cywilizacjami nie następuje. Ta teoria wydaje się jeszcze mniej prawdopodobna, jako że zakłada ona dziedziczenie winy przez potomków ewentualnych przestępców, co raczej nie jest sprawiedliwe (chyba że założymy że o sprawiedliwości decydują ci, którzy mają siłę, a bez wątpienia siłą dysponowali ci, którzy umieścili na Ziemi owych przestępców i buntowników, czyli naszych ewentualnych protoplastów).

A może też jest tak, że inne cywilizacje po prostu nie chcą się z nami kontaktować, gdyż jesteśmy zbyt niedorozwinięci duchowo i mentalnie, zbyt okrutni oraz zbyt przyziemni, aby w ogóle zrozumieć sens istnienia innych (poza naszą) cywilizacji i potrzebujemy czasu aby pod tym względem dojrzeć. To wydaje się jak najbardziej prawdopodobne, aczkolwiek jest to tylko jedna z teorii Fermiego. Być może też zasłonili przed nami dostęp do siebie i dopóki nie rozwiniemy się duchowo, nie będziemy mogli skontaktować się z nimi, ani ich usłyszeć, ani ich zobaczyć. A może... może jest jeszcze jedno wytłumaczenie całej tej sytuacji niemożności skontaktowania się z innymi cywilizacjami, wytłumaczenie, które jest znacznie gorsze, niż nam się wydaje. Wytłumaczenie tak przerażające, że może doprowadzić do zagłady życia nie tylko na naszej planecie, ale i na wszystkich innych, które tylko dadzą jakikolwiek znak swego istnienia. Co to takiego? Odpowiedź na to pytanie podobno znajdowała się w czeluściach darknetu, a ponieważ ja już od dłuższego czasu tam nie zaglądam, przeto dowiedziałem się o niej pośrednio, lecz zanim podam bezpośrednie źródło tych informacji, chciałbym najpierw opowiedzieć własnymi słowami czym jest owo zagrożenie i dlaczego jest tak przerażające że wszystkie cywilizacje siedzą cicho, udając że ich nie ma, bowiem totalna zagłada może przyjść właśnie z Kosmosu, a jeśli oglądaliśmy filmy, lub też czytaliśmy komiksy o Transformersach (ja na przykład w dzieciństwie zbierałem wiele komiksów, głównie były to komiksy o Supermanie, Spider-manie, Batmanie, a o Transformersach i Zielonej Latarni rzadziej), wówczas możemy się domyślić o jakie zagrożenie chodzi, ale nawet i to wyobrażenie nie oddaje całego poczucia grozy, jakie czekałyby cywilizacje, gdyby te postanowiły się ujawnić. Aby jednak pozostać nie zauważonym, należy być cicho, baaardzo cicho, a my, ludzie cicho być nie potrafimy. Jesteśmy bowiem obecnie na takim poziomie rozwoju, że rajcuje nas wszystko nowe, tak jak dzieci, które zobaczyły właśnie gniazdko elektryczne i sprawdzają czy można tam włożyć palce.


GRAFICZNE PRZEDSTAWIENIE KOMUNIKATU WYSŁANEGO W KOSMOS Z ARECIBO 



Bodajże po raz pierwszy ludzie wystrzelili w Kosmos informacje o naszym istnieniu - 3 marca 1972 r. na pokładzie sondy kosmicznej Pioneer 10, która wycelowana była w kierunku Jowisza. W owej informacji zawarty był wizerunek mężczyzny i kobiety, a także rysunek naszego Układu Słonecznego z zaznaczoną nań Ziemią, jako miejscem wysłania wiadomości. Następnie wiadomość tę powtórzono - 5 kwietnia 1973 r. na pokładzie sondy Pioneer 11. Najsilniejszy sygnał w przestrzeń kosmiczną wysłała ludzkość jednak dnia 16 listopada 1974 r. za pomocą radioteleskopu z obserwatorium w Arecibo (Portoryko), w której to podano jeszcze dokładniejsze informacje (zakodowane w kodzie dwójkowym) na temat naszego istnienia, czyli wiadomość o istnieniu dwóch płci na Ziemi, o liczbie ludności na świecie, o naszym Układzie Słonecznym i odległości Ziemi od Słońca, oraz o miejscu, z którego wysłano wiadomość. W kolejnych latach i dekadach tak bardzo nam się to spodobało, że wysyłaliśmy w przestrzeń kosmiczną kolejne wiadomości o naszym istnieniu, jednak nigdy nie otrzymaliśmy żadnej informacji zwrotnej, nigdy nikt nam nie odpowiedział... do czasu. Wiadomość jaka nadeszła, pojawiła się stosunkowo niedawno (kilkanaście lat temu), nie miało to jednak żadnego znaczenia, gdyż owej wiadomości nie mogliśmy przez dłuższy czas odcyfrować i odczytać. Udało się to dosłownie kilka lat temu, a to, co odczytano, było tak przerażające że wprost niewiarygodne. Oczywiście na samym początku zawsze można było założyć że dana informacja zwrotna może zawierać przekaz dwojakiego znaczenia. Po pierwsze może to być informacja wysłana przez cywilizację nam przychylną, pokojowo nastawioną i pragnącą się ujawnić oraz spotkać. Po drugie zaś może to być informacja od istot nam wrogich, pragnących naszego zniszczenia i naszej śmierci, z tym tylko że logicznym wydaje się fakt, że taka cywilizacja raczej nie traciłaby czasu i energii na wysyłanie nam informacji zwrotnej, w celu grożenia nam czy też poinformowania nas, że lecą aby nas zniszczyć. Raczej jeśli więc uzyskaliśmy informację zwrotną, to jest to przekaz od istot co najmniej do nas neutralnie ustosunkowanych. Ale to, co odcyfrowali naukowcy, było jeszcze dziwniejsze i jeszcze bardziej przerażające.

Początek bowiem owej informacji brzmiał: "Lepiej bądźcie cicho, stanowicie zagrożenie dla nas wszystkich!" Ciekawe prawda? Dalsza część wiadomości wyjaśniała dokładnie o co chodzi i dlaczego nie należy - tak jak my to robiliśmy - krzyczeć po całej Galaktyce że istniejemy, bo to może oznaczać że już wkrótce... przestaniemy jako ludzkość istnieć. "Śmierć przyjdzie do was z gwiazd" - tak można przetłumaczyć to, co "Oni" nam przesłali. W dalszej części wiadomości "Oni" opowiedzieli o co dokładnie chodzi, a mianowicie setki tysięcy lat temu w naszej Galaktyce toczyła się wojna - to znaczy toczyły ją mieszkające na naszej planecie cywilizacje, przeciwko cywilizacji z innej Galaktyki. Nie ma informacji na temat tego, kto sprowokował tę wojnę, wydaje się jednak prawdopodobne że to tamci - dysponując lepszą bronią - zaatakowali nas (to znaczy nie nas, tylko tych, którzy żyli przed nami - Atlantów, Nibiruan???). Byli lepsi, przegrywaliśmy tę wojnę i aby ostatecznie się ratować, naukowcy z naszej Galaktyki (a raczej z Ziemi, choć może też chodzić o cywilizację Marsa i Wenus), powołali do życia okrutną broń - Replikatorów, czyli maszyny bojowe, które niszcząc broń i okręty przeciwnika, przekształcały je na swoją modłę, tworząc kolejne jednostki bojowe. Dzięki tej sile udało "Nam" się zwyciężyć i wypchnąć ich z naszej Galaktyki. Okazało się jednak że owych Replikatorów nie można już wyłączyć i z chwilą gdy zabrakło im wrogów, zwrócili się oni przeciwko wysoce rozwiniętym cywilizacjom w naszej Galaktyce, kolejno je niszcząc. Tak zniszczona została Atlantyda, zniszczeni zostali twórcy egipskich piramid i cywilizacji sumeryjskiej (być może również cywilizacja Mohendżo-Daro o której kiedyś wspomniałem). Replikatorzy bowiem niszczyli wszystkie rozwinięte cywilizacje, które mogły stanowić dla nich zagrożenie. Tak oto niektóre planety zostały zmienione w światy nie zdatne do życia (przynajmniej z naszego punktu widzenia, bowiem najprawdopodobniej nasz Układ Słoneczny aż kipi od cywilizowanego życia, tylko siedzą cicho obawy właśnie przed Replikatorami). Replikatorzy jednak nie są w stanie przemieszczać się pomiędzy Galaktykami, dlatego też w dalszym ciągu przebywają w naszej Galaktyce, z tym że przez te setki tysięcy lat duża część z nich uległa najróżniejszym awariom i usterkom, gdyż nie są oni w stanie wzajemnie się naprawiać bez możliwości zdobywania nowej technologii, a tak się dzieje w sytuacji gdy niszczą sprzęt przeciwnika z którym walczą.




Replikatorzy jednak nieustannie nasłuchują wszelkich fal radiowych, jakie płyną z poszczególnych planet w naszej Galaktyce, a gdy taką informację przejmą, natychmiast ruszą przeciwko danemu światu. Informacja od "onych" mówiła również, że nim Replikatorzy przybędą aby zniszczyć daną cywilizację, wcześniej wysyłają swoich zwiadowców, którzy to poruszają się znacznie szybciej niż cała ta flotylla (porusza się ona bowiem z prędkością światła). Zwiadowcy bowiem mogą przeskakiwać pomiędzy czasoprzestrzenią, znacznie skracając sobie podróż. Gdy zaś przybędą do danego świata, ich zadaniem jest sianie wewnętrznego chaosu na planecie i eliminacja najbardziej wartościowych jednostek, które to mogłyby stanowić zagrożenie dla floty Replikatorów. W tym celu (choć Replikatorzy są maszynami), tworzą zwiadowców na podobiznę istot danego świata, a przynajmniej istoty te wyglądają jak istoty cielesne, białkowe, których skóra (choć nie zawsze przypomina naszą, to jednak) wygląda jakby była złożona z tego samego, białkowego budulca. I tutaj nasunąć się może od razu fenomen UFO. Czym jest UFO? tak naprawdę do końca nie wiadomo. Wiadomo tylko że te statki czasem się pojawiają, czasem też tak zwane ufoludki (zwane niekiedy szarakami) pokazują się ludziom, a czasem też dochodzi do porwań (porwania mają na celu genetyczną modyfikację szaraków w celu dopasowania ich ciał do genotypu ludzkiego, tak, aby zgadzał się on wręcz jeden do jednego z ludzkim i aby te istoty - które tak naprawdę napędzane są przez sztuczną inteligencję Replikatorów - mogły funkcjonować na pierwszy rzut oka tak jak normalni ludzie). Cel bowiem stanowi wprowadzenie tych zmodyfikowanych istot do ludzkiego społeczeństwa, i takie nim pokierowanie, aby nie zdołało ono przygotować się na agresję z gwiazd i aby nie wypracowało broni, która mogłaby Replikatorów pokonać. Tak przynajmniej brzmiał komunikat wysłany przez tych, którzy kazali nam siedzieć cicho. Poinformowali oni również ludzi, że poszczególne cywilizacje w naszej Galaktyce kontaktują się ze sobą, ale nie w taki sposób, jak to my uczyniliśmy - krzycząc na cały Układ Słoneczny: "Halo, tu jesteśmy, widzicie nas!", tylko na zasadzie przekaźników pomiędzygalaktycznych, czyli czegoś na wzór galaktycznego telefonu, dzięki któremu słuchać może nas tylko odbiorca wiadomości, natomiast my używamy do komunikacji... megafonu, korzystając z fal radiowych, które Replikatorzy są w stanie przechwycić.




Naukowcy z Ziemi mieli odpowiedzieć tym, którzy wysłali nam ową zwrotną wiadomość, że u nas już coś takiego jak UFO istnieje i że najprawdopodobniej nasz przekaz został przechwycony przez Replikatorów, a być może zdradziliśmy się jeszcze czymś o czym nie wiemy. W każdym razie istnieje ogromne niebezpieczeństwo że oni już o nas wiedzą i że ich flota zmierza właśnie w kierunku naszej planety, aby zniszczyć na niej wszelkie życie i że dotrą tutaj w ciągu kilku, być może kilkunastu kolejnych lat. Co mamy więc zrobić, aby ocalić życie na naszej planecie? - padło takie pytanie. Cywilizacja która odebrała tę wiadomość, odpowiedziała, że Replikatorzy jeśli rzeczywiście ruszyli przeciwko nam, to po drodze zniszczą i inne światy, które są między nimi a nami, a na których istnieje cywilizowane i rozwinięte życie, tak więc oni sami nie będą się ujawniać i nie będą prosić się o kłopoty. Nie przybędą też, aby nam pomóc w tej walce która nas czeka. Stwierdzili jednak że są gotowi podzielić się z nami technologią, która jest w stanie zatrzymać Replikatorów, a którą oni sami tworzyli przez tysiące lat. Tylko że walczyć będziemy sami, oni pozostaną w ciszy (chyba że zostaną już zmuszeni do walki poprzez naszą niefrasobliwość, to znaczy jeśli Replikatorzy wykryją ich obecność - i cywilizacje jakie oni stworzyli na innych planetach naszej Galaktyki). Może i to byłoby dla nas najbardziej optymalne, ale raczej nie można na to liczyć. Opierając się więc na przekazie który znajduje się w darknecie, technologia o której powiedzieli nam obcy, miała już zostać przekazana przywódcom naszej planety, być może więc dlatego co jakiś czas słychać o militaryzacji społeczeństw, o przygotowywaniu się do wojen - na razie co prawda lokalnych, ale musimy prawdopodobnie wyrobić w sobie ten gen zabójcy, abyśmy - gdy przyjdzie pora - stanęli w obronie naszego świata i naszego istnienia. Tak wygląda przekaz od obcych istot (zapewne humanoidalnych lub wręcz ludzkich) które odpowiedziały na nasz komunikat, a ponieważ bardzo mnie on zaciekawił (gdyż nie spotkałem się z nim wcześniej), dlatego postanowiłem zaprezentować go w osobnym temacie na tym blogu.




Natomiast informacje o nim zaczerpnąłem z bloga Krzysztofa Woźniaka "Atora": "Wideoprezentacje". Co o nim sądzicie? Mnie wydaje się dosyć interesujący i ciekawy, choć może nieco przerażający, a przynajmniej tworzący tę atmosferę lekkiej obawy o przyszłość naszej cywilizacji.




sobota, 27 lipca 2024

CZY ŻYJEMY W PIEKLE?

A JEŚLI TAK, 

TO CZY W PIEKLE MOŻE ISTNIEĆ MIŁOŚĆ?



 Dziś chciałbym się skupić na temacie który frapuje mnie już od dość dłuższego czasu, a który sprowadza się do pytania: czy piekło istnieje i czy przypadkiem właśnie w nim nie jesteśmy?


CIEKAWY FRAGMENT Z "REICHU" PASIKOWSKIEGO


2:00 - "Jak miałem 19 lat to byłem w Legii Cudzoziemskiej. Kiedy nasi murzyni wkraczali do wioski innego plemienia, to było piekło. Chodziłem po kolana we krwi - dosłownie, buty były do wyrzucenia, tak śmierdziały. Wszędzie było pełno ciał i krwi i muchy, muchy! Pomyślałem sobie wtedy że jeśli jest Bóg, jakikolwiek, nasz albo muzułmański, albo bogowie shinto, to powinien pochłonąć nas ogień piekielny i że nie ma żadnego piekła, poza tym tu i że właśnie w nim jesteśmy i będziemy dręczeni aż do śmierci, i że sami musimy ją sobie zadać"



Dziś chciałbym skupić się właśnie na tym temacie, ale w dość niekonwencjonalny sposób, a mianowicie posiłkując się wizjami Krzysztofa Jackowskiego. Ten jasnowidz (z którym nie we wszystkim się zgadzam), w tym akurat aspekcie tematu "życia po życiu" - jego wizje pokrywają się w większości z tym, co albo ja sam doświadczyłem na pewnym etapie swojego życia, albo też do czego doszedłem w formie poszukiwań i wszelkich innych przekazów (np. channelingów). Przyznam się też szczerze że gdy zaczyna mówić o tych tematach to czuję z nim taką bliskość, bliskość myśli i dlatego też postanowiłem dzisiaj skupić się na tym, co zaprezentował on w jednym z ostatnich swoich filmików na kanale: "Jasnowidz Krzysztof Jackowski" na YouTube. 

Opowiada on np. o swoim wypadku samochodowym do którego doszło w 2008 r i w wyniku którego na krótko stracił przytomność i poczuł swoistą błogość. Ja nie miałem takiego doświadczenia, chociaż też miałem wypadek samochodowy w roku 2007, z tym że pomimo mocnego uderzenia w lewy bok mojego auta i pęknięcia kości miednicy, ja przytomności nie straciłem, chociaż byłem tak oszołomiony owym uderzeniem, że wyglądałem jakbym umierał, bowiem i takie głosy wokół siebie słyszałem (swoją drogą w takich sytuacjach to też jest duże pole do popisu dla wszelkiego typu złodziejstwa, pamiętam bowiem że straciłem wtedy wiele rzeczy z auta, w tym swój telefon - ale mniejsza o to). Potem kilkumiesięczna nauka chodzenia i powrotu do normalnego życia. I takie doświadczenie też miałem.

Według tego co mówi Krzysztof Jackowski, my tutaj na Ziemi tworzymy - jak on to nazwał: "wylęgarnię świadomości" (choć samo słowo ma dosyć negatywne konotacje, to jednak wydaje się że w pełni oddaje sens naszego tutaj istnienia). Kiedyś pisałem już na temat indywidualnego tworzenia świadomości duszy, ale tak naprawdę ta świadomość nie jest w stanie się wykrystalizować bez osobistych doświadczeń, które zdobędzie w świecie materialnym (czyli na przykład właśnie na Ziemi). Tutaj bowiem jesteśmy mega indywidualni, wszystko postrzegamy na zasadzie korzyści jakie osiągniemy lub strat jakie poniesiemy, nawet jeśli - i tak też często się zdarza - robimy coś dobrego, to z reguły patrzymy czy ewentualnie coś na tym zyskamy (oczywiście nie zawsze, wiadomo, ale tak też się zdarza). Jak inni mają lepiej od nas, to nasze serca zalewa zazdrość, tym bardziej że my znamy nasze doświadczenia i często trudy jakie włożyliśmy żeby cokolwiek osiągnąć i widząc że ktoś ma lepiej od nas, trudno nam to jest zaakceptować, bo przecież według naszego indywidualnego rozumienia... to nie jest sprawiedliwe. A czy sprawiedliwe jest to, że bandyci i przestępcy częstokroć żyją lepiej i dłużej od ludzi którzy nie popełnili żadnych przestępstw? Dlaczego małe dzieci muszą umierać z głodu, a ludzie chciwi i pazerni żyją długo i dostatnio - czy to jest sprawiedliwe? Jeżeli ktoś czytał moje wpisy od dłuższego czasu to wie że ja już na te tematy pisałem, a teraz tylko przypomnę jedno dzieło grecko-rzymskiego autora Plutarcha z końca I wieku naszej ery: "O odwlekaniu kary przez bogów". Tam jest pięknie wytłumaczone dlaczego to wszystko jest tak, a nie inaczej, ale w pojęciach indywidualizmu naszego ziemskiego, występuje silna potrzeba kary i nagrody (co wydaje się zrozumiałe, w końcu lata naszego życia są ograniczone, a co za tym idzie chcemy doświadczyć sprawiedliwości i widzieć że wyrządzone zło zostaje ukarane a tak się często nie dzieje). I tutaj od razu już wpadamy w pewną pułapkę. Dlaczego bowiem w ogóle myślimy że ktokolwiek będzie ukarany (a wiem że to co teraz piszę wydaje się pewną herezją, bo jednak istnieją pewne kanony które czynią nas moralnymi ludźmi, takie jak: nie zabijaj, nie krzywdź drugiej osoby, nie kradnij, nie cudzołóż etc, etc. A jeśli to też są doświadczenia?). Oczywiście nie chciałbym być źle zrozumiany - to wszystko o czym wyżej wspomniałem generuje bardzo wiele negatywnej energii którą trzeba będzie potem oczywiście usunąć, a jest tylko jedna możliwość żeby ją usunąć, doświadczyć tego samego. Ale jeśli ten świat potraktujemy jako świat zabawy, jako grę komputerową lub właśnie coś w rodzaju piekła do którego schodzimy po to, aby doświadczyć (bo to doświadczenie jest nam potrzebne byśmy mogli dalej duchowo się rozwijać. Nie da się bowiem rozwijać żyjąc - -  Tam - - na Tamtym Świecie w otoczeniu wszechogarniającej Miłości i wyobrazić sobie, wygenerować uczucie bólu, strachu, nienawiści - jest to niemożliwe dla duszy, dlatego tu schodzimy żeby tego doświadczyć i zapisać w naszej świadomości). Przyjdźmy zatem dalej do przepowiedni Jackowskiego. 

"Życie na ziemi jest kontrolowane". To też ciekawe stwierdzenie, o którym zresztą już kilkakrotnie wspominałem. Ludzkość od swych początków w zasadzie zawsze miała jakiś nadzorców, oficjalnie można powiedzieć że od 3 700 roku przed naszą erą ludzkość żyje teoretycznie pozbawiona kontroli z zewnątrz. Ale czy na pewno? Czy różne siły kosmiczne które zawsze traktowały ziemię jako poletko uprawne, a nas jako swoiste króliczki doświadczalne, czy oni zrezygnowali z tych swoich prób. Oczywiście można znaleźć pewne różnice pomiędzy istotami które kiedyś tutaj przebywały (a o których też wielokrotnie pisałem), np w channelingach mamy zapisane że naszymi przyjaciółmi, obrońcami i tymi którzy "są nami z przyszłości" są głównie Plejadianie i TJehooba (jak również Arkturianie i kilka innych ras Galaktycznej Ludzkości), ale czy my jesteśmy w stanie to zweryfikować? My musimy w to uwierzyć, albo nie, natomiast nie mamy możliwości żeby to sprawdzić. Idźmy zatem dalej. 

"Istoty które tu były, bały się słońca (...) promienie słoneczne były dla nich szkodliwe lub zabójcze" - ciekawe stwierdzenie, o kogo mogło chodzić?

"Kosmos jest odbiciem wielu odbić" - czyli według tego jak ja to rozumiem, istnieje nieskończona liczba takich właśnie kosmosów, lub wszechświatów i wciąż powstają nowe, inne zaś umierają i tak to się toczy. "Co by się jednak stało" - zapytuje Jackowski - "gdyby udało się wyrwać z kosmosu?", co też tam się znajduje? "Kosmos jest czymś owalnym, a jak się z niego wyjdzie - to jest jasno, a w stosunku do tej jasności kosmos jest czymś małym, a tych kosmosów może być bardzo dużo" - tak odpowiedział Krzysztof Jackowski według tego co poczuł na temat istoty Wszechświata. "Tamta nadprzestrzeń poza kosmosem jest ogromna - jest bardzo jasno i wszystko faluje, a kosmos w stosunku do tej Rzeczywistości jest malutki". Według Krzysztofa Jackowskiego poza naszym Wszechświatem istnieje jasna, falująca materia w której nic nie ginie - wszystko jest, złożona ze "zrozumienia i dobroci, a za tym jest świat prawdziwy". Co to jest jednak "świat prawdziwy?" Według Jackowskiego: "Tam żyją istoty które wiedzą co to jest zło i zła nie stosują" - czyżby więc były to istoty które wcześniej inkarnowały fizycznie, zebrawszy wystarczającą ilość doświadczenia, poznały zło, nienawiść i ból, i nie muszą tego już stosować, bo wiedzą czym ono jest? Ja to w taki sposób mógłbym wytłumaczyć. W każdym razie nasz Wszechświat (jak również i inne wszechświaty) jest tak mały w stosunku do Tamtego Świata, że można by go dosłownie "schować w kieszeń".

Wreszcie Krzysztof Jackowski stwierdza: "Ja mam takie wrażenie, że cały Wszechświat i to, gdzie my tutaj jesteśmy, to jest coś w rodzaju piekła. My żyjemy i jesteśmy w pewnym sensie w piekle! Dlatego tu nie jesteśmy w stanie zrozumieć Boga". Z tego piekła jak twierdzi Jackowski można wyjść, "a wyjście z niego zależy tylko od nas". "Tutaj jesteśmy nie znając naszego pochodzenia, nie znając istoty Boga (...) tylko dlatego że jesteśmy tu, w piekle!" Jackowski mówi: "Tu Bóg zagląda, jeżeli się do niego zwrócisz, jeżeli go o to poprosisz" - i tak sobie myślę jakie to jest oczywiste i jakże wręcz namacalne. Zresztą wielokrotnie już pisałem na tym blogu że ja dosłownie odczuwam obecność Boga zawsze wtedy, kiedy do Niego "dzwonię", czyli wtedy kiedy Go o coś proszę w myślach i w sercu nie było jeszcze rzeczy aby nie uzyskał pomoc - NIE BYŁO!

"Mamy przestać tu myśleć o sobie i zajmować się zdobyczami" - jest to niezwykle ciężkie w materialnym świecie, który jest kuźnią naszej świadomości. "Żyjemy w świecie iluzji, otaczamy się wieloma rzeczami, a potem je zostawiamy, przestają być nasze, chociaż ciężko na to wszystko pracowaliśmy. Dlatego tu, w naszym obliczu myślowym nieodzowna jest śmierć - bo to jest piekło! Piekło naszej próżności, naszych zachcianek - a nic tu nie będziemy mieli na własność!

Jeden z internautów napisał iż gdybyśmy żyli w piekle, to nie mielibyśmy wyboru czy czynić zło czy dobro. Bzdura i Jackowski bardzo dobrze odpowiedział: "Wybór to jest nasz ratunek, my zawsze mamy wybór. W piekle jest trudno walczyć ze złem, ale my mamy wybór, bo Niebo byłoby piekłem gdybyś tu nie miał wyboru. A jak myślisz, czy w piekle można czynić dobro?" - zobaczcie jakie to jest proste i oczywiste, czynić dobro i dawać Miłość ludziom, gdzie tej Miłości brakuje, gdzie łatwiej jest popełnić przestępstwo, okraść kogoś dla własnej korzyści niż dać komuś coś bezinteresownie. Ale taki mamy wybór i możemy z niego skorzystać w każdej chwili (zresztą ja przynajmniej tak mam, że znacznie lepiej się czuję jak komuś coś daję, niż jak ktoś inny daje coś mnie, i wydaje mi się że nie jest to wcale uczucie tak odosobnione).





PS: Ponieważ postanowiliśmy z moją Panią że zrobimy sobie taki szybki dwudniowy wypad nad morze, jako że ciężko mi się wyrwać z obowiązków zawodowych, to przynajmniej na ten weekend postanowiłem zrobić wyjątek. Tak więc czeka mnie dwa dni laby i wypoczynku. Chyba dobrze 😉



Ponieważ jednak zbliża się weekend, chciałbym na zakończenie dodać mały element komediowy (choć może ów humor nie każdemu przypadnie do gustu), W każdym razie mnie śmieszy, a mam tutaj na myśli jeden z odcinków komediowej kreskówki dla dorosłych pod tytułem "Egzorcysta". Ta bajka dla dorosłych opowiada o nałogowym alkoholiku Bogdanie Bonerze, który zawodowo zajmuje się li to koszeniem trawników, li to wykończeniówką wnętrz, a tak naprawdę jego główne zadanie polega na oddiablaniu, czyli w walce z demonami i diabłami które przechodzą z piekła na Ziemię. Oczywiście wszystko ukazane jest w zabawnej konwencji, aczkolwiek nieraz humor ten może być nieco wulgarny. W każdym razie zapraszam do obejrzenia jednego z takich odcinków:

W tym odcinku Boner wraz ze swoim pomocnikiem Marcinkiem i diabełkiem o imieniu Domino, udają się na Marsa, gdzie lokalne skorpio-demony przejęły kontrolę nad papieżem Franciszkiem, a z czasem nad całą załogą. Jedyną nadzieją zostaje Domino, który nie jest zbyt inteligentny (pracuje u Bonera za darmo, zresztą Marcinkowi też Boner praktycznie nie płaci 🤭). Zabawny moment pojawia się wówczas kiedy, skorpio-demony dochodzą do wniosku że męskie genitalia kontrolowanych przez nich osób, to jest szczególnego rodzaju broń, którą można się posłużyć w walce, tylko trzeba ją najpierw... rozmasować 🤣.














😅

poniedziałek, 22 lipca 2024

HISTORIA ŻYCIA WSZECHŚWIATA - WSZELKIEJ CYWILIZACJI - Cz. CLXXXV

TWÓRCY EUROPEJSKICH CYWILIZACJI 
SŁOWIANIE I CELTOWIE





PIERWSZE EUROPEJSKIE CYWILIZACJE

SŁOWIANIE

(POD SKRZYDŁAMI ASYRII - UPADEK IZRAELA)

(ok. 738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)

Cz. V




BOGINI BASTET Z BUBASTIS 




FILISTEA
PONOWNIE ODRODZENIE
(738 r. p.n.e. - ok. 635 r. p.n.e.)
Cz. V



DEWARIM
(738 r p.n.e. - 586 r p.n.e.)
Cz. VII



 Konflikt pomiędzy faraonem Osorkonem II a jego kuzynem z Południa - arcykapłanem Amona-Re Harsiesisem, trwał dość długo (bo całą dekadę) i przypominał stan zimnej wojny pomiędzy Dolnym i Górnym Egiptem, aczkolwiek nie przerodził się w wojnę gorącą. Ten drugi niczym udzielny władca rezydował w królewskich Tebach, ten pierwszy zaś na Północy, w Delcie, w świętym mieście kociej bogini Bastet -  Bubastis. Osorkon mają takie problemy z kapłanami Amona-Re, którzy realnie uniezależnili Górny Egipt, postanowił nie dopuścić do takiego samego wzmocnienia władzy kapłańskiej w Delcie. W Memfis (drugim wielkim mieście Egiptu), odsunął od władzy lokalnych kapłanów boga Ptaha (świętym zwierzęciem tego boga, dla którego w Memfis organizowano wielkie święto, był byk Apis. Musiał to być oczywiście bardzo szczególny byk - czarno-biały oraz mieć białą trójkątną łatę na czole, łatę przypominającą lecącego sępa na grzbiecie, narośl w kształcie skarabeusza na języku oraz podwójne włosie w ogonie. Gdy tylko takiego byka znaleziono, jego i jego matkę zabierano do Memfis gdzie do końca życia żyli wygodnie, a ich nawóz i mleko wykorzystywano do celów magicznych i leczniczych) i kapłanem tego boga mianował swego syna - Szeszonka. To samo uczynił w mieście Tanis, gdzie kapłanem tamtejszego boga Amona mianował swego kilkuletniego synka Hornatcha. Hornatch jednak nie dożył dziesiątego roku życia i przy ogromnym żalu ojca, opuścił ten ziemski padół.  Osorkon miał jeszcze jednego syna - Nimlota, kapłana boga Arsafesa, którego szykował na swego następcę. Poza tym Osorkon II wiele budował (m.in. rozbudował świątynię bogini Bastet w Bubastis - dodając wielką halę hypostylową, a poza tym budował świątynie w Leontopolis, Tanis i Memfis). Stan zimnej wojny pomiędzy Północą a Południem zakończył się ok. 860 r. p.n.e. wraz ze śmiercią arcykapłana Harsiesisa. Wówczas Osorkon błyskawicznie zajął Teby i nowym arcykapłanem Amona-Re mianował swego najstarszego syna - Nimlota.




W 22 roku swego panowania (ok. 852 r. p.n.e.) urządził Osorkon w nowo rozbudowanej świątyni w Bubastis wielką uroczystość religijną, będącą nawiązaniem do starej egipskiej tradycji święta sed (odnowienia władzy królewskiej, którą z reguły urządzano w 30 roku panowania władcy). Żeby skrupulatnie i zgodnie z tradycją odprawić to dawno zapomniane święto, sięgnięto do instrukcji spisanej w świątyni w Soleb za czasów Amenhotepa III (czyli jakieś 500 lat wcześniej) i trzymano się tego wzorca w najdrobniejszych szczegółach (łącznie z obowiązkiem zwolnienia wszystkich świątyń z podatków). Według informacji zawartych w portyku świątyni bogini Bastet w Bubastis, święto to zakończyło się pełnym sukcesem Osorkona, jako odnowiciela dawnych wieków Egiptu i jednocześnie ukazało go jako sprawnego mężczyznę, który był w stanie samodzielnie podnieść ciężki słup sed (oczywiście każdy faraon musiał taki słup podnieść po 30 latach swego panowania, nawet jeśli nie starczało mu na to siły. Wówczas więc z boku pomagali mu słudzy, a zadaniem władcy było utrzymanie sznura - który był przywiązany do owego słupa, na tyle długo aby można było stwierdzić publicznie że faraon w dalszym ciągu jest w formie i że łaski Amona, Ozyrysa, Horusa i Re nie opuszczają Egiptu). Podczas tej uroczystości oczywiście był również obecny Nimlot, jako arcykapłan rządca Górnego Egiptu, jednocześnie deklarując jedność pomiędzy świętymi miastami - Tebami i Tanis. Osorkon II zmarł wkrótce po tej uroczystości (ok. 850 r. p.n.e.). Przez te niecałe 25 lat rządów Osorkona nad Egiptem, panował tutaj wewnętrzny spokój (pomimo tej dekady wewnętrznego konfliktu pomiędzy Deltą i Górnym Egiptem) a gospodarka kraju po latach wewnętrznych buntów znów zaczęła się odradzać. W polityce zagranicznej Osorkon kontynuował handlowy sojusz z fenickim miastem Byblos, który przerodził się również w sojusz polityczny. W roku 853 p.n.e. gdy ambitny władca Asyrii Salmanasar III wyruszył na podbój Syrii i Lewantu, tamtejsze miasta wystąpiły przeciw niemu jednocząc się i uzyskały również wsparcie Egiptu (Byblos wysłało 500 wojowników, a Egipt 1000). Bitwa pod Karkar nad Orontesem (o której pisałem już w poprzednich częściach) zakończyła się zapewne zwycięstwem Asyryjczyków, ale było to zwycięstwo pyrrusowe, które jednocześnie uniemożliwiło im dalszy podbój miast-państw Lewantu. Od tej pory Egipt finansował miasta syryjskie (łącznie z Damaszkiem), czyniąc z nich zaporę przed nieuchronnym wkroczeniem Asyryjczyków do Delty.




Śmierć Osorkona tak naprawdę stworzyła nowe problemy, które znów pojawiły się przed państwem faraonów. Pretendentem do objęcia władzy był Nimlot (którego ojciec uczynił arcykapłanem Amona-Re w Tebach). Jego konkurentem był jego przyrodni brat, arcykapłan Ptaha w Memfis - Szeszonk. Ten jednak nie doczekał śmierci ojca i odszedł z tego świata jeszcze za życia Osorkona II. Jego miejsce zajął jednak rodzony brat Szeszonka - Takelot, który szybko w Bubastis koronował się na nowego władcę Egiptu (jako Hadżcheperre Takelot II). Konflikt pomiędzy Północą a Południem zaczynał się więc od początku. Nimlot (jako najstarszy z braci) zażądał od Takelota aby ustąpił i oddał mu władzę nad dwoma Krajami, a w zamian (jako arcykapłan Ptaha) będzie mógł wycofać się do Memfis, które zostanie oddane jemu i jego potomkom w wieczne władanie. Takelot odmówił, więc Nimlot zebrał armię i wraz z nią ruszył na Północ. Nimlot zdobył twierdzę w Herakleopolis (prawdopodobnie tamtejsza załoga poddała się), a stąd było już niedaleko do samego Memfis. Nimlot maszerował wraz ze swym kilkunastoletnim synem Ptahudżefanchefem (któremu oddał władzę nad twierdzą w Herakleopolis). Nimlot maszerował dalej pewny zwycięstwa, ale gdzieś na wysokości miasteczka Maidun, został poinformowany że Takelot zebrał znaczne siły i oczekuje go już pod Memfis, a jednocześnie proponuje pokój, aby nie przelewać bratniej krwi. I rzeczywiście do walki nie doszło, a obaj bracia spotkali się w Memfis i wzajemnie pogodzili, uznając swoją władzę, a nawet Nimlot oddał Takelotowi za żonę jedną ze swych nastoletnich córek - Karomamę Merytmut (syn zrodzony z tego związku otrzymał po dziadku imię Osorkon). 

Swoją drogą spójrzcie jak to jest, starożytni faraonowie żenili się między sobą, ze swymi siostrami i córkami tak aby nie dopuścić o swego grona nikogo z zewnątrz. Potem monarchowie również żenili się pomiędzy sobą, a następnie magnaci i wielka finansjera, tworząc bardzo hermetyczne i zamknięte środowiska. Wszystko to przetrwało po dziś dzień, wystarczy bowiem przyjrzeć się jak wygląda proces demokracji w takich strukturach jak Komisja Europejska czy Parlament Europejski. Gdzie tam jest demokracja, którą wycierają sobie gęby załgani politykierzy? Kto wybiera takiego szefa Komisji Europejskiej - Parlament? Teoretycznie tak, a w praktyce z demokracją nie ma to naprawdę nic wspólnego. Ci, którzy mieli zostać wybrani, zostali wybrani, jak w demokracji socjalistycznej, gdzie również odbywały się wybory, również głosowano, z tym że władze z reguły nawoływały żeby głosować bez skreśleń, czyli na listę kandydatów już wybraną przez partię i zadaniem wyborcy było po prostu wziąć tą kartę i wrzucić ją do urny, bo partia wiedziała lepiej których synów (i córki) pragnie widzieć w swoich szeregach. Frekwencji oczywiście były niebotyczne 90 parę procent zawsze głosowało, i zawsze głosowało jakieś 80 do 90% na listę wyznaczoną przez partię. Demokracja prawda?! A w rzeczywistości działy się cuda na urną. Poza tym udzie z reguły nie głosowali, bo nie chcieli z siebie robić idiotów, ale nie zawsze było to możliwe, gdyż na przykład w zakładach pracy wymagano żeby pójść na wybory i od tego była uzależniona np. premia, albo jakieś inne suweniry. Dziś partie konserwatywne realnie wygrały wybory (np. we Francji) natomiast żadna z nich nie rządzi, dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, gdyż został stworzony wokół nich "kordon sanitarny" innych partii establishmentu - w imię demokracji oczywiście, ale nie tej demokracji wywodzącej się jeszcze ze starożytnych Aten, tylko tej demokracji "jak my (elity) ją rozumiemy", czyli demokracji socjalistycznej, liberalnej czy jakiejkolwiek innej przymiotnikowej. Jeśli demokracja zaczyna być demokracją przymiotnikową, to  przestaje być demokracją, bo nie da się budować demokracji liberalnej, socjalistycznej czy nawet szlacheckiej - bo to już nie jest żadna demokracja (a przynajmniej demokracja niepełna, co na jedno wychodzi). Dzisiejsze elity, które same się wybierają i wzajemnie wspierają, niczym się nie różnią od starożytnych faraonów którzy żenili się z własnymi siostrami i córkami aby zachować tę "najlepszą krew" w jednym rodzie, i żeby nie dopuścić do wspólnego grona nikogo z zewnątrz. Ale jak wiadomo taka praktyka powoduje już w drugim, trzecim, czwartym pokoleniu degradację genową (stąd różne przypadki deformacji psychicznych i fizycznych) jak również całkowity zastój i degenerację całej grupy. Tak więc wystąpienie pani Ewy Zajączkowskiej-Hernik - chodź nic nie zmieniło bo też i zmienić nie mogło - jest swoistym memento dla tych ludzi. Wszystkie hermetyzmy wcześniej czy później będą rozerwane i to krwawo, co też pokazuje historia. Wszelkie rewolucje były tego przyczyną, właśnie tego że grupa możnych zamykała się w swoim środowisku i starała się odciąć od ludu, uważając się za lepszych od innych. Historia non stop się powtarza, i jak to ktoś kiedyś powiedział "gdyby człowiek żył wiecznie, to umarłby z nudów".




Zawarte  porozumienie przetrwało kolejną dekadę, podczas której Takelot wydawał swoje córki za mąż za tebańskich kapłanów (którym nie w smak był wzrost znaczenia tynickich kapłanów Amona z Północy i poprzez małżeństwa z córkami faraona starali się owe wpływy zneutralizować). Ok. 839 r. p.n.e. swym pałacu w Karnaku zmarł Nimlot. Teraz znów pojawił się problem następstwa, kto ma być nowym arcykapłanem Amona-Re w Tebach? Najstarszy syn Nimlota Ptahudżefanchef (sprawujący władzę wojskową nad twierdzą w Herakleopolis), czy młodszy syn Nimlota - Takelot? A może syn poprzedniego arcykapłana Harsiesisa - również imieniem Harsiesis? Faraon Takelot II wyznaczył na to stanowisko swego najstarszego syna Osorkona (młodszego zaś - Dżedptchiuefancha jeszcze wcześniej mianował drugim prorokiem Amona w Tebach). Nie spodobało się to kapłanom Amona, a dodatkowo do buntu podżegał ich Harsiesis. Książę Osorkon zaś (mianowany arcykapłanem) w twierdzy El-Hiba gromadził wojsko (ofiarowane przez ojca, w tym najbardziej elitarny Korpus Delty) z zamiarem zdobycia Teb i wyegzekwowania na buntownikach woli faraona. Ptahudżefanchef w Herakleopolis uznał władzę swego kuzyna nad Górnym Egiptem, w zamian za potwierdzenie jego kontroli nad owym miastem i twierdzą, co też Osorkon uczynił. Następnie ruszył w górę Nilu docierając do Hermopolis. Następnie wkroczył do Tebajdy, a kolejne miasta padały praktycznie bez walki, tak też się stało w samych Tebach, w których rebelianci Harsiesisa nie stanowili wielkiej siły. Bardzo szybko i bardzo łatwo udało się Osorkonowi z nimi uporać. Uwięził ich, a następnie deklarując przywrócenie spokoju w świętym mieście boga Amona-Re, skazał ich na śmierć w niezwykle okrutny sposób, każąc ich po prostu spalić (łącznie z Harsiesisem -  swoim jakby nie było kuzynem). Był to okrutny wyrok nie tylko pod względem fizycznym, ale przede wszystkim religijnym, gdyż Egipcjanie wierzyli, że aby zachować duszę w zaświatach, muszą tu na ziemi również zachować ciało, i to ciało musi zostać pochowane z odpowiednimi formułkami.




Swoją drogą zastanawiam się jak bardzo łatwo ludźmi manipulować. Przecież to jest tak piramidalna bzdura, że aż czuję się fizyczny ból gdy tylko się o tym pomyśli. Ja nie wiem co trzeba mieć w głowie, żeby sądzić że ciało jest potrzebne do czegokolwiek poza tym, czego tutaj jeszcze za życia doświadczamy. Równie dobrze można by było się zapytać, czy potrzebne nam jest totalnie zniszczone auto, z którego nie da się nawet wyciągnąć żadnych części, nie mówiąc już o tym że nie można go wyremontować, gdyż już się do tego nie nadaje. I tak samo jest z naszymi ciałami, uwalniamy się z nich, a one idą do ziemi, albo do ognia - bez znaczenia co się z nimi stanie. Mogą nawet leżeć na piasku, czy gdziekolwiek indziej, dla nas to realnie już jest śmieć! A my? No cóż, szykujemy się do kolejnych narodzin, aby znów doświadczać na tym świecie pełnym łez i cierpienia 😉 Swoją drogą Ziemia wydaje mi się, jest najbardziej optymalnym miejscem do tego, żeby można tu było poznać zarówno nienawiść, niechęć, odrzucenie, ból jak również doświadczyć miłości, radości i szczęścia. Natomiast istnieją również w naszym Wszechświecie planety piekielne, gdzie życie jest baaardzo ciężkie i gdzie tej radości oraz szczęścia praktycznie nie ma. Oczywiście są i planety anielskie, gdzie praktycznie nie doświadczamy cierpienia i nienawiści - albo doświadczamy w bardzo minimalnej formie. Taką planetą np. jest rodzinny świat Jezusa Chrystusa planeta TJehooba).




Wydawało się że buntownicy zostali ukarani, a rebelia ostatecznie i nieodwołalnie stłumiona. Ale nie była to prawda, prawdziwy bunt miał dopiero wybuchnąć i tak też się stało w roku 835 p.n.e. Rewolta była nieporównywalna z niczym wcześniejszym, a sam Osorkon pisał w "Annałach" z Karnaku, że przypominała najgorsze czasy Pierwszego Okresu Przejściowego (oczywiście on tego tak nie nazywał, ale ponieważ był człowiekiem wykształconym to znał wcześniejsze dzieje Egiptu i dlatego porównywał je, z tym, co się wówczas działo). Rebelianci (głównie złożeni z najbiedniejszej ludności - szczególnie wiejskiej, ale nie tylko), niszczyli świątynie, zabijali kapłanów i w zasadzie można powiedzieć że to, co się wówczas działo, to był koniec świata dla każdego pobożnego Egipcjanina (czyli wszystko jak widać sprawdza się notorycznie, jeśli elity zaczynają zamykać się we własnym gronie, jeśli za bardzo zaczynają wierzyć w swoją niezwykłość i wyjątkowość, oraz w to, że są "wybrańcami bogów" i że rządzić będą wiecznie, jeśli ich polityka opiera się przede wszystkim na eksploatacji ludności najuboższej - lub też tej, która jest pod nimi - to należy się spodziewać że wcześniej czy później dojdzie do rozlewu krwi. I to jest tak oczywiste, jak fakt że po nocy przychodzi dzień, ale dla polityków którzy rządzą od dekad, jest to nie do zaakceptowania, gdyż w ich główkach już od dawna powstała myśl że oni są wieczni, a po nich - ewentualnie - przyjdą ich potomkowie i to się tak będzie "kręciło" do końca świata i jeden dzień dłużej. Cóż, taka już mentalność władców, bez względu na epokę historyczną. Ludzie non stop popełniają te same błędy, non stop - co jest niemożliwe, ale jak widać dla nich możliwe - wchodzą do tej samej rzeki i non stop robią to samo, co wcześniej na swą zgubę czynili inni, niczego nie ucząc się z historii, NICZEGO! - I co pan zrobisz? nic pan nie zrobisz?!).




Wojna ludowa trwała w Tebajdzie prawie dziesięć lat. Większość miast wokół Teb została zniszczona, a same Teby ledwie zdołały się obronić. Ok. 826 r. p.n.e. zawarto rozejm (który pierwotnie miał być traktatem pokojowym), gdy już wydawało się że normalność wróci do Tebajdy, a postulaty rebeliantów zostały (bo musiały zostać, gdyż wojska arcykapłana nie były w stanie ich pokonać) uznane, okazało się że pokój nie przetrwał nawet dwóch lat, a wojna wróciła ze zdwojoną siłą. Jeszcze bowiem w roku 825 p.n.e. arcykapłan Osorkon został zmuszony do ucieczki z Teb i popędził na Północ, do Tanis (notabene Takelot II przeniósł stolicę z Bubastis do Tanis w Delcie), tam jednak spotkała go kolejna niemiła niespodzianka.




CDN.