Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 8 - OKRES ROMANTYZMU I NACJONALIZMU (1815 - 1848). Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą EPOKA 8 - OKRES ROMANTYZMU I NACJONALIZMU (1815 - 1848). Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 listopada 2024

WOKÓŁ AKTU 5 LISTOPADA - Cz. I

CZYLI JAK NIEMCY CHCIELI SOBIE STWORZYĆ "SWOJĄ" POLSKĘ?




 Jakiś czas temu rozmawiałem na X-ie z pewnym niemieckim doktorem historii (?), który przekonywał mnie że Niemcy w roku 1916 przywrócili niepodległą Polskę do życia po ponad stuletnim okresie zaborów, ogłaszając właśnie ów akt 5 listopada, w którym rzeczywiście miał powstać taki twór jak Polska. Wcześniej bowiem stwierdziłem, że warunkiem sine qua non odrodzenia niepodległej Polski, była klęska wszystkich trzech jej zaborców, czyli Rosji, Niemiec i Austro-Węgier. Ponieważ tamta rozmowa przypomniała mi się teraz, postanowiłem rozpocząć nową serię o tym, jak to Niemcy próbowały stworzyć "swoją" Polskę w roku 1916, jak i na ile im się to udało, oraz jakie były reakcje międzynarodowe (głównie rosyjskie) na ową deklarację. 

Zapraszam zatem do lektury.






RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNA 


"O wojnę powszechną za wolność ludów, 
Prosimy cię Panie.
O broń i orły narodowe, 
Prosimy cię Panie.
(...)
O niepodległość, całość i wolność Ojczyzny naszej, 
Prosimy cię Panie"


 Oto fragment "Litanii pielgrzymskiej" Adama Mickiewicza, w której autor (żyjący w pierwszej połowie XIX wieku - notabene Mickiewicz zmarł w Konstantynopolu w listopadzie 1855 r. po zatruciu się kebabem), doskonale zdawał sobie sprawę, że niepodległość Polski realnie musi być związana po pierwsze z wzajemną wrogością mocarstw zaborczych, a po drugie z wynikającą z niej wojną europejską (a być może nawet światowej) I o to właśnie się modlił w swej litanii - "o wojnę powszechną za wolność ludów". Polacy bowiem (głównie mam tutaj oczywiście na myśli polską szlachtę) za późno otrząsnęli się z marazmu XVIII wieku. Reformy jakie podjęto pod koniec tego stulecia, mające wewnętrznie wzmocnić państwo i stworzyć stałą armię, oraz wzmocnić władzę królewską czyniąc ją odtąd dziedziczną, przyszły za późno. Co prawda uchwalono pierwszą w Europie i drugą na świecie Konstytucję - 3 maja 1791 r. Ale już nie zdołano obronić tych reform w konfrontacji zarówno z agresją rosyjską (1792 r.) jak i rosyjsko-pruską (1794 r.). W każdym razie przetrwało to pocieszenie, że Polacy - wbrew innym narodom (jak choćby Hiszpanom, u których pierwsze reformy zainicjowały dopiero interwencyjne wojska francuskie po roku 1808), potrafili własnym działaniem politycznym (w obliczu pewnego rozpadu państwa trapionego wewnętrzną anarchią) zdobyć się na taką jedność, która pozwoliła zreformować kraj. Ocalić go już jednak nie była w stanie, gdyż zaborcy okazali się wyjątkowo zgodni w dziele zniszczenia Rzeczypospolitej. Ale upadek państwa był niczym kubeł zimnej wody na te wszystkie dotychczas zaślepione umysły, na tych wszystkich małych paniczyków którzy nie widzieli dalej niż koniec własnego nosa i tylko powtarzali "złota wolność, złota wolność", a prysła ona niczym sen złoty po utracie państwa.




Potrzeba odrodzenia tak świetnego państwa, pełnego wielkich tradycji i wspaniałej historii, stała się odtąd motorem działań przede wszystkim szlachty, która żyła odtąd pod zaborami w cieniu pamięci dawnych wieków. Jak pisał już w XX wieku Władysław Kamieniecki herbu Pilawa: "Dziesiątki senatorskich pokoleń, hetmańskie buławy i marszałkowskie laski, wielkie bogactwa, wspomnienia wielkich cnót i jeszcze większych zbrodni kształtowały od dziecka psychikę tych potomków najmożniejszych rodów dawnej Rzeczypospolitej. Literatura historyczna, a jeszcze bardziej tradycja domowa uczyła ich o zasługach i występach przodków. Zdrada Janusza Radziwiłła czy warcholstwo Jerzego Lubomirskiego było im wskazywane jako odstraszający przykład - wiedzieli, czego się mają wystrzegać. A jednocześnie budziło się w nich przeświadczenie, że w odrodzonej Ojczyźnie przypaść im winna rola pierwszoplanowa". Nie od razu, ale również wśród chłopów zaczęło kształtować się poczucie przynależności narodowej, przejawiające się odmiennością religijną, językową i obyczajową w stosunku do zaborców. Ale poczucie przynależności narodowej (lub też odrębności w stosunku do zaborców), nie oznaczało automatycznie poczucia świadomości narodowej. Można bowiem społeczeństwo polskie w czasach rozbiorów (poniekąd i wcześniej też, ale tamten okres nas nie interesuje) opisać na zasadzie czterech kręgów. Krąg pierwszy (zewnętrzny), to ludzie uważający się za "tutejszych" (głównie chłopi, często Rusini, Żydzi, lub Niemcy wyznania luterańskiego, a także polscy chłopi z bardzo słabym poczuciem przynależności narodowej). Krąg wyższy, to ludzie którzy posiadali już świadomość narodową (częściowo byli to chłopi, częściowo mieszczanie, a częściowo szlachta ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej o rusińskich korzeniach). Trzeci krąg, to obszar Polaków ożywionych świadomością polityczną, a ostatni czwarty a jednocześnie pierwszy krąg wewnętrzny) to krąg ludzi gotowych działać aktywnie w kwestii odzyskania niepodległości i zrzucenia jarzma niewoli.




Dla tych wszystkich ludzi odrodzona, niepodległa Polska, miała być krajem takim, jakim została wcześniej rozszarpana, czyli w najmniejszych granicach z roku 1771 (a były również plany odtworzenia wielkiej Rzeczpospolitej z XV, XVI i XVII wieku). Polska etnograficzna, Polska mała, nigdy - powtarzam to raz jeszcze: NIGDY! - nie wchodziła w zakres jakichkolwiek politycznych kalkulacji, a jeśli już, to tylko jako etap początkowy odrodzenia Państwa (tak, jak miało to miejsce chociażby w roku 1918). Dla polityków zachodnich, polityków brytyjskich, amerykańskich, częściowo również francuskich, włoskich, nie mówiąc już o Niemcach czy Moskalach - był to jasny dowód na polską zaborczość i imperializm. Oni bowiem tworząc państwa (jak choćby w Afryce) po prostu rysowali linie etnograficzne (linia Curzona z 1919 r.) lub tak jak w roku 1884/1885 na kongresie berlińskim, po prostu podzielono Afrykę wzdłuż linii narysowanych na mapie, w ogóle nie zaprzątając sobie głowy lokalnymi stosunkami tamtejszych plemion (i tak pozostało do dzisiaj, gdzie np. w jednym państwie afrykańskim są plemiona wzajemnie się nienawidzące, natomiast w państwach sąsiednich, plemiona ze sobą spokrewnione i bliskie). Świadomość narodowa bowiem Litwinów, Ukraińców czy Białorusinów tak naprawdę w wieku XIX była świadomością narodową Rzeczpospolitan (oczywiście mam tutaj na myśli głównie tamtejszą szlachtę, gdyż chłopstwo żyło jakby obok tego wszystkiego, w opisanym wyżej kręgu czwartym). A świadomość Rzeczpospolitan była nieodzownie zjednoczona ze świadomością bycia Polakiem (niekoniecznie w rozumieniu narodowościowym, ale politycznym). Losy tej walki o niepodległość układały się bardzo różnie na przestrzeni całego wieku XIX. Można powiedzieć że pomimo utraty państwowości w roku 1795, polska elita polityczna przetrwała na ziemiach polskich i ziemiach dawnej Rzeczpospolitej. Odrodzenie w roku 1807 małego, stworzonego przez cesarza Napoleona Wielkiego Księstwa Warszawskiego, było jedynie wstępem do odtworzenia dawnej Rzeczypospolitej (do czego dążył Cesarz w roku 1812, rozpoczynając "wojnę polską" z Rosją). Ale potem również w epoce podporządkowanego Rosji Królestwa Polskiego z lat 1815-1830, polska elita polityczna nie miała powodu aby opuszczać polskie ziemie i pozostała tutaj, nadal będąc siłą z którą należało się liczyć.




Dopiero po zakończeniu Powstania Listopadowego (1830-1831) i rozpoczęciu Wielkiej Emigracji (głównie na zachód Europy, ale również do USA) to był pierwszy taki czas w dziejach Narodu, w którym elita polityczna musiała opuścić swój własny kraj (to było zupełnie coś nowego, wcześniej niespotykanego na żadnym etapie polskiej historii). Emigranci jako punkt najważniejszy swego nowego osiedlenia wybierali Francję (z którą większość z nich była mocno związana jeszcze w czasach wojen napoleońskich, ale i później uważano Francję za "wyzwolicielkę ludów"). Sporo emigrantów (szczególnie na pierwszym etapie podróży) schronienie znalazło w państwach niemieckich, gdzie byli witani jak bohaterowie (w Niemczech bowiem odradzał się wówczas narodowy patriotyzm dążący do zjednoczenia ziem niemieckich i wszelkie ruchy rewolucyjne, powstańcze przeciwko dotychczasowym konserwatywnym władcom i zastanemu ancient regime uważano za pozytywne i dające nadzieję na zmianę rzeczywistości politycznej również w Niemczech i innych państwach Europy). Jedną z najbardziej znanych w Niemczech reakcji artystycznych na ówczesne wydarzenia w Polsce, stał się obraz "Finis Poloniae 1831" namalowany przez Dietricha Montena, na którym twórca przedstawił grupę przygnębionych, lecz dumnych polskich żołnierzy, którzy zgromadzili się obok słupa granicznego z napisem stanowiącym jednocześnie tytuł dzieła (swoją drogą zasługuje na uznanie wybitne znawstwo tego malarza w kwestiach polskich, gdyż słowa "Finis Poloniae" ponoć miał wypowiedzieć Tadeusz Kościuszko po klęsce pod Maciejowicami w roku 1794, natomiast na obrazie znajdował się również książę Józef Poniatowski na białym koniu, który utonął w nurtach Elstery podczas odwrotu spod Lipska w roku 1813, czyli w Powstaniu udziału brać nie mógł, ale autor i tak umieścił go na obrazie). 




Ostatnio w jednym ze swoich tweetów przywołany wcześniej przeze mnie niemiecki doktor historii stwierdził, że to nieprawda iż niemieckie państwo istnieje dopiero od roku 1871, gdyż przecież już na zamku Hambach w roku 1832 powiewano trójkolorową flagą niemiecką czarno-czerwono-złotą, nawołując do zjednoczenia Niemiec. To prawda, ale jak przystało na zwolennika AfD zapomniał on dodać, że podczas tej imprezy na zamku Hambach w Palatynacie było wielu Polaków, byłych powstańców listopadowych. Zapomniał też że powiewały tam biało-czerwone flagi, a także flagi z białym orłem, a podczas przemówienia niemiecki adwokat Johann Wirth stwierdził: "Tylko Niemcy są w stanie przyczynić się do odzyskania przez Polskę niepodległości. Nasz naród jest pod względem prawnym, jak i moralnym zobligowany do odpokutowania za ciężki grzech zniszczenia Polski. Nasz naród musi wreszcie przyjąć do wiadomości, że przywrócenie niepodległości Polski jest jego najpilniejszym, podstawowym zadaniem i leży w jego własnym interesie". Od tego też czasu zaczęto w Niemczech powtarzać często słowa polskiego hymnu narodowego: "Noch ist Polen nicht verloren" czyli "Jeszcze Polska nie zginęła" (w znaczeniu że nie wszystko stracone i wcześniej czy później dojdzie do zjednoczenia Niemiec). Podobnie było w marcu roku 1848, gdy w Berlinie tłumy mieszkańców przywitały owacyjnie wjeżdżającego tam Ludwika Mierosławskiego (zwolnionego z pruskiego więzienia, gdzie oczekiwał wyroku śmierci za próbę wywołania powstania w Wielkopolsce - czyli w ówczesnym Wielkim Księstwie Poznańskim). Gdy jednak Mierosławski wrócił do Wielkopolski i ponownie sformował oddział, który starł się w walkach z wojskiem pruskim, nastroje w Berlinie szybko się zmieniły. Zaczęto teraz Polaków, polskich powstańców przedstawiać w prasie i literaturze (głównie pruskiej) jako brutalnych oprawców Niemców i Żydów, podstępnych strzelców zza węgła. Już nie byli bohaterami jak w roku 1832, teraz twierdzono że Polacy stanowią zagrożenie dla państwa pruskiego i są niczym spiskowcy, którzy potajemnie przygotowują Niemcom istne nieszpory sycylijskie (było to krwawe powstanie antyfrancuskie na Sycylii, które wybuchło 30 marca 1282 r. i doprowadziło do obalenia rządzących wyspą od 1266 r. Andegawenów. Niektórzy historycy twierdzą też, że od tego właśnie momentu datuje się pojawienie w południowej Italii włoskiej mafii). 

Przychylność dla Polaków w Niemczech (a szczególnie w Prusach) zaczęła słabnąć. Prusacy uznali oni bowiem (podobnie zresztą jak pierwszy kanclerz Rzeszy Niemieckiej - Otto von Bismarck), że Polacy stanowią realne zagrożenie dla stabilności i bezpieczeństwa państwa. Przykładem tego było chociażby stanowisko niemieckiego poety Wilhelma Jordana, który zabrał głos podczas obrad parlamentu frankfurckiego w lipcu 1848 r. Stwierdził on bowiem że wszyscy ci Niemcy, którzy popierają odrodzenie Polski, to "sentymentalni głupcy"i mówił: "Polityka która apeluje do nas "oddajcie Polsce wolność, bez względu na koszty", jest polityką krótkowzroczną, polityką słabości, zapominającą o własnych interesach, polityką strachu i tchórzostwa. Przyszedł już chyba czas, aby ocknąć się z tego idealistycznego marzycielstwa, w którym zachwycaliśmy się sprawami wszystkich narodowości, pozostając sami w okowach haniebnego zniewolenia. Czas zbudzić się do życia w zdrowym narodowym egoizmie". Wtórował mu również historyk Rudolf Haym, który stwierdzał iż rozbiór Rzeczpospolitej "był sprawiedliwym sądem nad zepsutym do imentu narodem, który nie miał na tyle siły, aby samodzielnie obalić feudalizm" (co oczywiście jest bzdurą, gdyż Konstytucja 3 Maja stwarzała zupełnie nową rzeczywistość polityczno-społeczną). Co prawda sympatia dla Polski i Polaków pojawiła się w Niemczech jeszcze na krótko w czasie Powstania Styczniowego 1863-1864, ale coraz częściej w świadomości Niemców (zarówno tej politycznej, literackiej jak i codziennej-prasowej) wdzierał się nacjonalizm i "zdrowy narodowy egoizm". Otto von Bismarck bardzo obawiał się Polaków jako "wewnętrznego wroga Rzeszy" (i to w sytuacji kiedy Niemcy rosły w siłę, a Polski nie było nawet na mapach i nie było żadnych nadziei na jakiekolwiek odrodzenie naszego kraju w przyszłości). Jeszcze nim został kanclerzem Rzeszy, a nawet premierem Prus, w swym liście do siostry w roku 1861 tak pisał o Polakach w Rzeszy: "Bijcie Polaków tak długo, dopóki nie utracą wiary w sens życia; współczuję im ich sytuacji, ale jeżeli chcemy przetrwać, nie możemy zrobić nic innego, jak tylko ich wytępić. Wilk nic nie poradzi na to, że Bóg go stworzył jakim jest, a jednak do wilka strzela się, kiedy tylko można".




Rzeczywistość polityczna Polaków po upadku Cesarza Napoleona w roku 1815 była następująca: na ziemiach dawnej Rzeczpospolitej trzy mocarstwa rozbiorowe (Rosja Prusy i Austria) były teraz zespolone ze sobą wspólnym celem politycznym, który sprowadzał się do jednego, uniemożliwienia odrodzenia państwa Polskiego w przyszłości, a także w powołanym również ku temu celowi (czyli zakonserwowania decyzji traktatu wiedeńskiego) we wrześniu 1815 r. Świętym Przymierzu. Był to notabene pierwotnie pomysł Adama Jerzego Czartoryskiego - przyjaciela i doradcy młodego cara Aleksandra I z pierwszych lat jego panowania - z roku 1804. Czartoryskim jednak kierowała chęć zwiększenia swobód Polakom, żyjącym teraz w państwie moskiewskim jak reszta niewolników cara (inną sprawą była również jego niechęć do rewolucji francuskiej i obawa przed wpływami rewolucyjnymi w Polsce i w Rosji). To właśnie ten projekt stał się podstawą zawiązania sojuszu czterech mocarstw (Rosji, Prus Austrii i Wielkiej Brytanii) na zjeździe w Chaumont w marcu 1814 r. który (w założeniach) miał przetrwać również po pokonaniu Napoleona i stać się podstawą nowego układu sił w Europie. Jednak w roku 1815 na konferencji w Wiedniu Aleksander I postanowił nadać temu sojuszowi nieco inną, bardziej mistyczną podbudowę. Zafascynowany bowiem mistycyzmem (szczególnie po roku 1812 i zmuszeniu Wielkiej Armii napoleońskiej do odwrotu z Rosji) a także po spotkaniu z mistyczką Barbarą Julią Krüdener w roku 1815, carowi marzyła się federacja chrześcijańskich państw, kierujących się etyką (tę kwestię pewnie zaczerpnął od Franciszka Baadera - monachijskiego teozofa) i dlatego 10 września 1815 r zaproponował cesarzowi austriackiemu Franciszkowi I (jako cesarz byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego "narodu niemieckiego" - nad którym obecnie rozpaczają niemieccy zwolennicy teorii o istnieniu niemieckiego państwa przed rokiem 1871, a co według mnie słusznie zlikwidował Napoleon Wielki w 1806 r., bo był to konglomerat różnych, często skłóconych ze sobą krajów, zupełnie do siebie nie pasujących - występował jako II) i królowi Prus - Fryderykowi Wilhelmowi III, właśnie projekt Świętego przymierza, w którym kanclerz Metternich poczynił pewne zmiany i przyjęto go dopiero 26 września. W układzie tym trzej monarchowie deklarowali, że będą złączeni węzłami braterstwa i wzajemnie okazywać będą sobie pomoc, że w rządach wewnętrznych i zewnętrznych kierować się będą nakazami religii chrześcijańskiej, sprawiedliwości, miłości i pokoju. Do udziału w Świętym Przymierzu zaproszono wszystkie państwa europejskie z wyjątkiem muzułmańskiej Turcji (ale jej przedstawiciela zapewniono, że układ ten nie jest skierowany przeciwko Imperium Osmańskiemu). Bezpośrednio udział odmówił tylko papież Pius VII (ale to dlatego, że do tego układu dołączyć miały narody różnych wyznań), a także brytyjski następca tronu i regent Królestwa - książę Jerzy (który jednak zapewnił, że wszystkie zawarte w tym układzie kwestie są mu drogie). Do roku 1817 akt Świętego Przymierza podpisało łącznie 16 dużych państw (nie licząc drobnych niemieckich krajów). Aleksander I w 1820 r. zaproponował uczestnictwo w tym sojuszu również Stanom Zjednoczonym, ale ich przedstawiciel stwierdził, że USA nie miesza się do spraw europejskich.




Sojusz Świętego Przymierza stał się odtąd niewidzialnym łańcuchem, spajającym ze sobą przede wszystkim Rosję, Prusy i Austrię - czyli państwa rozbiorowe Rzeczpospolitej), chociaż tak na serio traktował ten układ jedynie Aleksander I, a wszyscy inni przywódcy mniej lub bardziej drwili z niego i nie uważali jego zapisów za w jakikolwiek sposób ważne, ale ponieważ Rosja odniosła wówczas wielki sukces militarny i polityczny, nikt nie miał odwagi aby sprzeciwić się carowi. Sojusz ten przetrwał długo, nawet wówczas, gdy samo Święte Przymierze rozpadło się (lub raczej po prostu przestało istnieć, gdyż nie było żadnego oficjalnego aktu odwołującego ten sojusz i jedynie można przyjąć, że nastąpiło to po roku 1822, gdy zaprzestano już zjazdów Świętego Przymierza - do tej pory było ich pięć, w 1818 w Akwizgranie, w 1819 Karlsbadzie, w 1820 w Opawie, w 1821 w Lublanie i w 1822 w Weronie). Pomimo dzielących państwa zaborcze różnic. Austria i Prusy wręcz się nie znosiły (czego przykładem niech będzie nieoficjalna radość, jaka zapanowała w Berlinie, gdy w roku 1805 Napoleon rozbił pod Austerlitz armię austriacko-rosyjską, podobnie choć już z mniejszą sympatią reagowano na klęskę Austrii w roku 1809). W Wiedniu żywiono obawę, że Berlin planuje odebrać Austrii pierwszoplanową pozycję w Związku Niemieckim i rzucić jej wyzwanie na tym polu. Natomiast Prusy i Austrię niepokoiła również mocarstwowa polityka rosyjska, gdzie z Austrią rysowały się już punkty konfliktowe (szczególnie na Bałkanach). Mimo to spajał te wszystkie trzy państwa niewidzialny łańcuch uzyskanych po roku 1815 zdobyczy, ale przede wszystkim najważniejszym powodem dla którego te państwa wzajemnie przeciwko sobie nie występowały zbrojnie przez całe dekady, była obawa przed ponownym odrodzeniem dawnej Rzeczpospolitej - i to była rzecz kluczowa.




CDN.

czwartek, 8 czerwca 2023

O POLSCE! - Cz. I

CZYLI CO MÓWILI I PISALI ZNANI I MNIEJ ZNANI LUDZIE O POLSCE I POLAKACH?


 Dziś krótko chciałbym przytoczyć dwie ciekawe opinie o Polakach wygłoszone przez dwóch Francuzów. Pierwszym z nich jest niejaki Honore de Balzac, który w jednym ze swoich dzieł dał wyraz swemu stosunkowi do naszego narodu, drugim zaś Wiktor Hugo autor "Nędzników", który również kilkukrotnie wypowiadał się na tematy polskie. Niech więc te dwa pierwsze głosy znad Sekwany o mieszkańcach kraju nad Wisłą będą początkiem nowej serii, która opowiadać będzie o stosunku obcokrajowców do Polaków na przestrzeni wieków.



HONORE de BALZAC
(1840)




 "Słowianie są po trosze dziećmi, jak wszystkie ludy pierwotnie dzikie, które wtargnęły raczej w grono narodów cywilizowanych niż ucywilizowały się naprawdę. Rasa ta rozprzestrzeniła się jak powódź, pokrywając olbrzymią powierzchnię kuli ziemskiej. Zamieszkuje pustkowie tak niezmierzone że może się na nim swobodnie obracać; ludzie nie obijają się wzajemnie łokciami jak w Europie; ale osiągnięcie cywilizacji jest niemożliwe bez ustawicznego ocierania się o siebie zarówno umysłów jak interesów. Ukraina, Rosja, równiny naddunajskie, słowem Słowiańszczyzna jest łącznikiem między Europą i Azją, między cywilizacją i barbarzyństwem. Toteż Polacy, stanowiący najbujniejszą część ludności słowiańskiej, mają dziecinny i niestały charakter gołowąsego narodu. Posiadają odwagę, bystrość i siłę, ale ta odwaga, ta siła i ta bystrość są porażone niestałością i przez to pozbawione metody i rozsądku, gdyż Polak ma ruchliwość podobną do wiatru hulającego na olbrzymich równinach poprzerzynanych bagnami. Ma rozpęd straszliwej lawiny, która miażdży i unosi domy i tak jak ona ginie w pierwszym lepszym stawie, rozpływa się w wodzie. Człowiek zawsze coś zapożycza ze środowiska w którym żyje. Wiodąc nieustanne wojny z Turkami, Polacy przyjęli od nich upodobanie do wschodniej świetności. Często poświęcają to co niezbędne aby móc błyszczeć, stroją się jak kobiety, choć klimat obdarzył ich, jak Arabów, twardą wytrzymałością. Toteż Polak, który w cierpieniu osiąga wzniosłość, wyczerpał do mdlenia ramię swoich zaborców usiłujące go dobić. Wznowił w początkach XIX w. wrażenia, jakie wzbudzali pierwsi chrześcijanie. Gdyby dodać 10% angielskiej przewrotności do szczerego i otwartego charakteru polskiego, szlachetny orzeł biały panowałby dziś wszędzie tam, gdzie wdarł się orzeł dwugłowy. Szczypta machiavelizmu byłaby wstrzymała Polskę od ratowania Austrii, która przyczyniła się potem do jej rozbioru, od zaciągania pożyczek u Prus, które, jak lichwiarz, podkopały podstawy jej bytu, i od rozpadu wewnętrznego w chwili pierwszego rozbioru. Zła wróżka pozostawiona na chrzcinach Polski przez dobre duchy obdarzające ten uroczy naród najświetniejszymi przymiotami, zjawiła się by przepowiedzieć: "Zatrzymasz wszystkie dary moich sióstr, ale nie będziesz nigdy wiedziała czego chcesz!". Gdyby Polska zwyciężyła w bohaterskim pojedynku z Rosją, Polacy biliby się między sobą, jak dawniej, na sejmikach, byle nie dopuścić się wzajemnie do tronu. W dniu kiedy naród ten, złożony wyłącznie z ludzi nieustraszonych, zdobędzie się na rozsądek wyszukania w swym wnętrzu Ludwika XI, przystanie na jego tyranię i przyjmie jego dynastię, będzie uratowany. Czym Polska była w polityce, tym jest większość Polaków w życiu prywatnym, osobliwie w obliczu nieszczęścia. (...) Ukażcie Polakowi przepaść, natychmiast w nią skoczy. Jest to genialny naród kawalerzystów, który ufa że zdoła obalić wszystkie przeszkody i wyjść zwycięsko."

Długo było czekać ale ów przepowiadany przez Balzac'a "Ludwik XI" urodził się dopiero w grudniu 1867 r. i choć słowa przepowiedni z Tęgoborzy z 1893 r. brzmią nieco naiwnie, to jednak w zdaniu: "Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu, na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu" - kryje się pewna tajemnicza moc ukazująca piękno naszego narodu i naszej społeczności.




Polak zdolny jest bowiem do wielkich poświęceń i wielkich wyrzeczeń. Charakter nasz narodowy ukształtowany jest bowiem na romantycznych porywach serca i to właśnie pchało nas do różnych powstań, choć umysł podpowiadał aby tego nie czynić - serce rwało się do walki, nawet walki w przegranej sprawie. Może wydawać się to zarówno naiwne jak i dziecinne, a niekiedy nawet głupie - taka bohaterszczyzna, jakże to nie zrozumiałe dla Anglika, Niemca czy Francuza. Ale to właśnie owa bohaterszczyzna i te romantyczne porywy serca sformatowały naszą tożsamość, i choć oczywiście nie jest ona jednorodna, to bez wątpienia jest dominująca. To również pozwoliło nam wydać na świat tylu bohaterów i historię naszą zapisać złotymi zgłoskami wśród dziejów całego świata. Pamiętać jednak musimy niestety, że obok tych bohaterów, którzy gotowi byli poświęcić swe życie dla Niepodległej, były też i szumowiny, zdrajcy i warchoły. Naród polski który wydał tyle światłych umysłów i dzielnych synów oraz córek (bo rola kobiet w naszych dziejach również jest nieprawdopodobnie duża, o czym przekonałem się nawet ostatnio, wertując stare pamiętniki w których zaborcy pisali wręcz, że naród polski jest silny przede wszystkim dzięki dwóm postaciom. Pierwszym jest katolicki kapłan, a drugim jest polska kobieta, żona i matka, która od młodości wpajała swym dzieciom ogromne przywiązanie do wartości rodzinnych i przede wszystkim ową miłość do Ojczyzny. Stąd też Polki jako jedne z pierwszych w Europie zaraz po odzyskaniu Niepodległości w listopadzie 1918 r. uzyskały równe prawa wyborcze z mężczyznami, na długo przed Brytyjkami, Amerykankami i Francuzkami), jakoby dla swoistej równowagi wydał również mnóstwo oszczerców podłych małostkowych ludzi i zwykłych zdrajców.


JÓZEF PIŁSUDSKI O MATCE
(od 7 minuty)





Przesłuchaniu rotmistrza Pileckiego również ukazane są dwie postawy przedstawicieli narodu polskiego ta wzniosła i ta haniebna. A jednak wielkość zawsze zwycięży choćby nawet była ukrywana przez pół wieku i mocno zakopana w ziemi to wcześniej czy później zatriumfuje a moc tej wielkości wyraża się w słowach które tutaj padły wypowiedziane przez aktora grającego rotmistrza Witolda Pileckiego w stronę jego kata - Józefa Różańskiego (prawdziwe nazwisko (Josef Goldberg):

"BĘDĘ SIĘ ZA PANA MODLIŁ - DO KOŃCA"

Wszyscy bowiem zapominamy że na tym świecie jesteśmy tylko na chwilę, na moment - a śmierć jest najprzyjemniejszą ze wszystkich rzeczy jakie możemy tutaj przeżyć. Pięknie jest to pokazane w scenie śmierci Dżihangira z serialu "Wspaniałe Stulecie




Oczywiście nie znaczy to że powinniśmy dążyć do śmierci, bo życie nie na tym polega aby się zabijać, tylko aby doświadczać)



Co zaś się tyczy ostatniego zdania wypowiedzianego przez Balzaka, to również jest w tym trochę racji, naród nasz czasami bywa nazbyt brawurowy (podam przykład: tuż przed wrześniem 1939 r. pewien polski dyplomata mówił francuskim politykom w Paryżu, że jak wybuchnie wojna to niech oni zajmą się Włochami, a Niemców niech zostawią nam - my się nimi rozprawimy i nie mnie miesiąc a będziemy w Berlinie. Notabene trzeba też przyznać że dziś takie myślenie również udziela się Ukraińcom walczącym z moskalami, częstokroć przeceniają oni bowiem naszą siłę, twierdząc że Polska ma najsilniejszą armię w Europie i mówią np. że gdyby Polacy realnie włączyli się do wojny z Rosjanami, to w dwa tygodnie byłoby po wszystkim.).


WOJNA W BYŁEJ JUGOSŁAWII 



WOJNA W AFGANISTANIE 



WOJNA W IRAKU 




VICTOR HUGO
"Jestem bardzo Polakiem, ponieważ jestem bardzo Francuzem"
(1876)





"Les chants de crépuscole"
("Pieśni o zmierzchu")
1833


"Niestety, jesteś związana, zwyciężona i chylisz się ku mogile, a twoje białe ręce, zamiast synów, przyciskają do piersi skrwawiony krucyfiks. Na twojej królewskiej szacie znać jeszcze odciski butów Baszkirów, którzy przeszli po twoim ciele. Od czasu do czasu słychać brzmienie czyjegoś głosu, odgłos czyichś ciężkich kroków, widać błysk szabli, a ty pod murem, ociekającym twymi łzami, podnosząc umęczone ręce i głowę, która się chwieje, i oczy, które zdają się zachodzić mgłą śmierci, mówisz: "Siostro moja, Francjo, czy nic dla mnie nie świta?"



Francuska Izba Parów 
 (głos zabiera Victor Hugo)
1846


"...Francja rozpraszała mroki, Polska odpierała barbarzyńców. Francja szerzyła idee, Polska broniła granic. Francja była misjonarzem cywilizacji, Polska jej rycerzem. Gdyby naród polski nie dokonał swego zadania, Francja nie mogłaby spełnić swego. Polskim Leonidasem był Sobieski. Dlatego Polska zasługuje na wdzięczność świata, a naród polski, choć mały liczebnie, nie przestał być wielkim narodem..."





Przemowa Victora Hugo na bankiecie na Jersey
(29 listopada 1852 r.)


"... w tym ogromnym rumowisku ohydnych umów, które stanowią to co kancelarie nazywają obecnym prawem publicznym Europy - kramarzenie ziemiami, zakup ludów, sprzedaż narodów, - w tej obmierzłej kupie pergaminów, opatrzonych pieczęciami wszystkich cesarzy i królów, gdzie pierwszą stronę stanowi traktat rozbiorowy z r. 1772 a ostatnią traktat rozbiorowy z r. 1815, zieje otwór głęboki, straszliwy, groźny, rana otwarta, która przedziurawia plikę na wylot. Ktoż tego dokonał? Szabla polska. Iloma pchnięciami? Jednym. Kiedy? 29 listopada 1830. I oto ten naród, który był bohaterem, stał się z powrotem niewolnikiem. Odziano go znowu w łachy galernika. Monarchowie, godni katorgi, zakuli w kajdany tego katorżnika godnego aureoli. Barbarzyństwo, jak wzbierające morze, rozbijało się o brzegi Polski, a Polska mówiła barbarzyństwu: "Ani kroku dalej". Tak było przez lat trzysta. (...) Pewnego pięknego dnia, Europa, którą Polska ocaliła od Turcji, wydała Polskę Rosji. Popełniając tę zbrodnię Europa nie spostrzegła że popełniła głupstwo. Położenie na kontynencie uległo zmianie; niebezpieczeństwo nie groziło stamtąd skąd groziło wprzódy. Miejsce Turcji zajęła Rosja. Rozwarta paszcza, to nie była już Turcja, to była Rosja. Ryk rozlegał się już nie ze Stambułu lecz z Petersburga. Ale Polska pozostała na miejscu. Rzecz uderzająca, dzięki Opatrzności, położenie Polski było takie że mogła ona odpierać zarówno Turków jak Rosjan. I cóż uczyniła Europa? "Polska była posterunkiem. Europa go wydała. Komu? Wrogowi". I któż uczynił tę rzecz dla której trudno znaleźć określenie? Dyplomaci, mózgi polityczne tamtych czasów, mężowie stanu. Trzeba powiedzieć że nie tylko odpłacono się Polsce niewdzięcznością, ale zrobiono rzecz niemądrą. Był to nie tylko czyn haniebny, był to także czyn głupi. Dzisiaj Europa zbiera owoce swej zbrodni. Dzisiaj trup Polski wydaje Europę Rosji. A niebezpieczeństwo rosyjskie nie da się porównać z niebezpieczeństwem tureckim. Zarówno Rosja jak Turcja należą do Azji. Ale Turcja, to Azja ciepła, barwna, płomienna, to lawa, która może wzniecić pożar ale może użyźnić, podczas gdy Rosja, to Azja zimna, blada i lodowata, wieko grobowe które zapada na zawsze! Turcja, to był tylko islam; było to okrucieństwo pozbawione metody. Rosja, to przeszłość, która chce żyć kosztem teraźniejszości. Lepiej być ugryzionym przez lamparta niż być usciśniętym przez widmo. Turcja zwalczała tylko jedną stronę cywilizacji - chrześcijaństwo, - Rosja pragnie zdusić całą cywilizację za jednym zamachem. Despotyzm rosyjski jakby mówił: "Mam jednego wroga: ducha ludzkiego (...) Obywatele, jest w Europie człowiek, który ciąży nad Europą; który razem jest księciem duchownym, panem świeckim, despotą, autokratą, słuchanym w koszarach, uwielbianym w klasztorach, który przewodzi orężowi i dogmatom, który dla zmiażdżenia wolności na kontynencie może ruszyć imperium z 60 milionów ludzi. Tych 60 milionów ma w ręku nie jak ludzi ale jak bestie, nie jak umysły ale jak narzędzia. W swoim podwójnym charakterze - duchownego i wojskowego - nakłada ich duszom, jak ich ciałom, mundury, mówi: "Maszerować!" - i trzeba maszerować, mówi: "Wierzcie!" - i trzeba wierzyć… jest on najwyższym wyrazem wszechwładzy, może torturować, jeśli zapragnie, całe narody; wystarczy jednego gestu, - i gest ten uczynił, – by ludność Polski znalazła się na Syberii. Despota rosyjski uosabia Europę kozacką, reprezentuje Rosję, która od czasów Piotra kieruje się tylko dwiema przesłankami, - absolutyzmem i podbojem, - jest to duch ciemności w walce z duchem światłości, duch Północy walczący z duchem Południa. Potęgę swoją czerpie z morderstwa dokonanego na dziesięciu narodach."



Victor Hugo w liście do Władysława Mickiewicza - syna Adama
(20 grudnia 1865 r.)


"Pamięć Waszego Ojca jest jedną z najszczytniejszych w tym wieku i rzuca blask promienny na Waszą ojczyznę. Serce moje nigdy nie oziębi się dla Waszej cierpiącej i mężnej Polski. Nie pominę żadnej okazji żeby wyrzucać Europie jej zbrodnie, bo bezczynność jest wspólnictwem."




CDN.

niedziela, 1 stycznia 2023

MIKOŁAJ NIE ŚWIĘTY I SIEDMIU ŁAJDAKÓW

Z DZIEJÓW

PRIWISLENIJE






"OSIEM LWÓW, CZTERECH PTAKÓW PILNUJE SIEDMIU ŁAJDAKÓW"





Dziś, jeszcze w starym roku, pragnę na krótko powrócić do tematyki rosyjskiej, ale pomijając współczesność,przenoszę się (wraz z Wami, czytelnikami tego bloga) do XIX wieku. Chciałbym bowiem poruszyć temat stosunków polsko-rosyjskich na przykładzie trzech wizyt cara Rosji - Mikołaja I Romanowa w Królestwie Kongresowym (Priwislinskim Kraju - czyli tej części ziem dawnej Rzeczpospolitej, które znalazły się pod moskiewskim zaborem), z lat 1838, 1840 i 1841, ze szczególnym uwzględnieniem tej ostatniej daty, jako że wówczas doszło do otwarcia pomnika tzw. "Siedmiu oficerów lojalnych wobec swego króla" (którym w latach 1815-1831 był właśnie car Mikołaj I). Oficerowie ci, zostali zamordowani na początku Powstania Listopadowego w listopadzie 1830 r. za odmowę przyłączenia się do owej insurekcji. Od razu też pragnę wyjaśnić (biorąc pod uwagę tytuł) że ja takich mordów nie pochwalam, tym bardziej, że ci oficerowie (Potocki, Siemiątkowski, Trębicki, Hauke, Blumer, Nowicki i Mecieszewski) zasłużyli się znacznie w czasach Napoleońskich, podobnie jak np. Józef Zajączek, w latach 1815-1826 carski namiestnik Królestwa Polskiego. Zarówno on, jak i oni są bowiem doskonałym przykładem, jak piękną kartę swego życiorysu można zamienić w... gówno). Ci zaś, którzy ich zamordowali, niekoniecznie musieli być ludźmi o szlachetnych intencjach, mimo to jednak ich postawa była wybitnie demotywująca i podobnie jak postawa późniejszych dowódców powstańczych, nie sprzyjała szybkiemu wygraniu Wojny o Niepodległość w roku 1831 i przeniesieniu walk na tereny Ukrainy, Litwy i Białorusi - ludzie ci myśleli bowiem tylko o szybkim zakończeniu walk i dogadaniu się z carem, co powodowało spory dysonans pomiędzy niezwykle bojowo usposobionym korpusem oficerskim średniego i niższego szczebla jak również całym ówczesnym Wojskiem Polskim oraz patriotycznie zmotywowaną młodzieżą (jak bowiem pisał w 1839 r. brytyjski konsul w Warszawie - John Charles Barnett: "Surowość kary (...) zwiększa tylko z każdym dniem niepopularność Rosjan, zwłaszcza w szkole silny duch narodowy ujawnia się nieustannie, a każdy dwunastoletni chłopiec ma się za patriotę"). Dlatego też postawa owych siedmiu oficerów nie mogła być powszechnie akceptowalne.

Świadczą o tym również dzieje owego monumentu, postawionego na Placu Saskim w Warszawie w listopadzie 1841 r. Wypisano na nim nazwiska siedmiu oficerów, dodając że zginęli za wierność swojemu królowi (co ciekawe, wdowa po generale Potockim, prosiła listownie cara Mikołaja, aby ten nie umieszczał nazwiska jej męża na owym cokole, twierdząc iż "nie zasłużył na taki zaszczyt", car jednak odrzucił jej prośbę). Pomnik w formie małego obelisku, miał u swej podstawy osiem spiżowych lwów, a nieco wyżej umieszczone zostały cztery dwugłowe rosyjskie orły, stąd bardzo szybko monument ów otrzymał prześmiewczą nazwę, nadaną mu przez mieszkańców Warszawy, a brzmiała ona właśnie tak: "Osiem lwów, czterech ptaków pilnuje siedmiu łajdaków". Pomnik znajdował się pod ciągłą obserwacją (zawsze przy nim stacjonował jakuś ruski sołdat), gdyż ciągle dochodziło na nim do różnych aktów wandalizmu. Przylepiano na nim kartki (tzw.: paskiewiczówki, od nazwiska carskiego namiestnika Królestwa - Iwana Paskiewicza) z prześmiewczym przesłaniem (raz nawet taką kartkę przyklejono na plecach owego żandarma pilnujacego pomnika). Kilka razy próbowano go wysadzić w powietrze, ale ostatecznie przetrwał te wszystkie ataki i został rozebrany dopiero w 1917 r. (po abdykacji cara Mikołaja II) oczywiście za zgodą okupujących wówczas miasto władz niemieckich. Był to przedsmak tego, co miało nastąpić już po odzyskaniu Niepodległości i swoistej derusyfikacji Warszawy, prowadzonej od początku lat 20-tych XX wieku w czasie której usunięto większość rosyjskich cerkwi lub ponownie zamieniono je na katolickie Kościoły .




Tak to zatem wyglądało, ale wracając do XIX stulecia słów jeszcze parę powiem na temat wizyt cara Mikołaja w  wyżej wspomnianych latach. Otóż Powstanie w Królestwie Polskim wybuchło w listopadzie 1830 r. Był to rewolucyjny czas w całej Europie, niedawno zakończyła się Wojna o Niepodległość Grecji (1821-1829), która dzięki Wielkiej Brytanii i Francji, wyzwoliła się z tureckiego jarzma. Sama zaś Turcja popadła w długotrwały konflikt z Egiptem paszy Mohameda Alego (1831-1839). We Francji Rewolucja Lipcowa zrzuciła z tronu króla Karola X, a w jego miejsce wprowadzono Ludwika Filipa z orleańskiej linii Burbonów (1830). Belgia wyzwoliła się od Holandii (1830, choć niepodległość tego kraju uznana została dopiero w 1839 r.). W Wielkiej Brytanii trwał konflikt o nowe ułożenie reprezentacji miast i rozkładu głosów w parlamencie  (zakończony ostatecznie w 1832 r.). W Hiszpanii narastała wrogość zwolenników księżniczki Izabeli - córki Ferdynanda VII i jego brata don Carlosa, zakończonej wybuchem trzech wojen karlistowskich, toczonych z przerwami w latach 1833-1876. W Italii zyskiwała popularność idea Risorgimento - zjednoczenia Włoch (Garibaldii, Mazzini). Zaś w krajach języka niemieckiego trwała zimna wojna o dominację Prus i Austrii. A poza tym jak zwykle, codzienne problemy ludzi tamtych czasów  (np. walka o ograniczenie zatrudniania dzieci w przemyśle i w kopalniach - w Wielkiej Brytanii takie prawo weszło w 1833 r. jako pierwsze w Europie) i rozbudowa sieci kolejowej (pierwsza linia kolejowa została otwarta w Wielkiej Brytanii w 1825 r. między Stockton a Darlington, w Niemczech w Bawarii w 1835, we Francji w 1837 między Paryżem i Saint- Germain, a na ziemiach polskich Kolej Warszawsko-Wiedeńska powstała w latach 1846-1847. Taka była ówczesna rzeczywistość.

Car Mikołaj I nie ufał Polakom po Powstaniu Listopadowym, które to o mały włos zakonczyloby się klęską Rosji (Armia rosyjska mając ponad trzykrotną przewagę nie była w stanie pokonać w polu Wojska Polskiego, co doprowadzało cara do furii, natomiast jego brat, wielki książę Konstanty - choć musiał uciekać przed powstańcami, cieszył się z sukcesów Polaków). Dlatego też po stłumieniu Powstania, car odebrał Królestwu Polskiemu konstytucję i zniósł jego samodzielność i odrębność od Rosji, powołując tzw. Statut Organiczny (1832 r.). Wielu Polaków sądziło, że przyjazd cara do Królestwa spowoduje pewne łaski dla kraju, jak choćby zniesienie stanu wyjątkowego, wprowadzonego w 1833 r. Jego przyjazd w lipcu 1838 r. był jednak jednym wielkim rozczarowaniem. Brytyjski poseł - Barnett tak oto pisał o polskim społeczeństwie w raporcie z 1838 r.: "Towarzystwo warszawskie, które przed rewolucją składało się ze wszystkich prawie głównych rodzin polskich, obecnie ogranicza się do niewielu, które tu jeszcze rezydują, raczej z obawy, że ich nieobecność byłaby poczytania za niechęć do rosyjskiego rządu i podany ich w podejrzenie, aniżeli z chęci włączenia się do towarzystwa w jego obecnym składzie. Rosjanie i Polacy spotykają się w towarzystwie, na pozór po przyjacielsku. (...) Rosjanie są to albo oficerowie, albo wyżsi urzędnicy cywilni. Bardzo zwraca uwagę prawie całkowity brak młodych ludzi cokolwiek znaczących (...) budzi satysfakcję obserwowanie ich właściwej postawy, która ich skłania do obchodzenia się bez zabaw w stolicy (...) z ludźmi, w których upatrują najzaciętszych wrogów swego kraju. Wiele znanych mi rodzin, osiadłych w Warszawie, żyje bardzo w odosobnieniu i nie ukazuje się nigdy publicznie - takich ludzi obserwuje bacznie policja". W takiej atmosferze przyjazd cara (i króla) była nadzieją na nowe otwarcie i nastanie lepszych czasów. Wszystko to okazało się jednak  mrzonkom.

Car przyjechał, lecz swoje kontakty ograniczył do minimum i ku powszechnemu rozczarowaniu nie spotkał się z nikim - wcześniej apelującym o audiencję, a jedynie z przedstawicielami wojska, Rady Stanu i duchowieństwa. Nie odwiedził nawet specjalnie dla niego przygotowanej wystawy wyrobów przemysłu krajowego, nie pokazał się też publiczności w czasie uroczystego przedstawienia w Łazienkach. Ogólne wrażenie tej wizyty zostało bardzo negatywnie odebrane przez mieszkańców Warszawy i jeszcze bardziej pogłębiło ich niechęć do osoby Mikołaja.

Kolejna wizyta, do której doszło we wrześniu 1840 r. też okazała się nieudana. Tym razem jednak car przyjechał z małżonką- Aleksandrą Fiodorowną. Wiele też sobie obiecywano po tej wizycie, a zakończyło się skandalem. Otóż para cesarska urządziła przyjęcie w Pałacu w Łazienkach, na które m.in. zaproszono rosyjskie i polskie damy z warszawskich rodów. Spodziewano się że oto wreszcie dojdzie do przełamania impasu i polepszenia stosunków polsko-rosyjskich i przyznania pewnych ulg dla Królestwa. Okazało się jednak że nie oto chodziło moskiewskiemu monarsze. Wszystkie damy zostały zmuszone do przystrojenia się w rosyjskie stroje, a następnie wzięły udział w uroczystości dziewiątej rocznicy zdobycia przez Rosjan Woli (na szańcach Woli w obronie Warszawy zginął we wrześniu 1831 r. gen. Józef Sowiński. Wdowa po nim, generałowa Katarzyna Sowińska była postacią bardzo szanowaną w mieście, a jej śmierć w czerwcu 1860 stała się podstawą do zorganizowania wielkiej patriotycznej manifestacji, której brutalne stłumienie, było jednym z powodów wybuchu w 1863 r.  Powstania Styczniowego). Wizyta więc pary cesarskiej zakończyła się ponownie całkowitym rozczarowaniem.






Do kolejnej wizyty cara w Warszawie doszło w listopadzie 1841 r. i było związane właśnie z odsłonięciem pomnika "siedmiu łajdaków". Początkowo planowano huczną uroczystość, połączoną z wystrzałami artyleryjskimi (przywołującymi w pamieci szturm Warszawy sprzed dziesięciu lat) oraz z iluminacjami świetnymi (fajerwerkami), ostatecznie jednak z tego zrezygnowano. 
Ograniczono się jedynie do parady wojskowej 8 tys. żołnierzy przed pomnikiem i mszy pontyfikalnej na Placu Saskim. Mikołaj bowiem nie ufał Polakom, twierdził wręcz otwarcie że nasz naród jest jawnie rusofobiczny i że powodem tego było przede wszystkim katolickie wychowanie polskiej młodzieży, dlatego też włączył budynek dawnej szkoły pijarów Collegium Nobilium w obręb wznoszonej od 1832 r. Cytadeli warszawskiej, symbolu moskiewskiego zniewolenia kraju.


BÓG WYRZEKŁ SŁOWO "STAŃ SIĘ".
BÓG I "ZGIŃ" WYRZECZE,
KIEDY OD LUDZI 
WIARA I WOLNOŚĆ UCIECZE,
KIEDY ZIEMIĘ 
DESPOTYZM I DUMA SZALONA,
OBLEJĄ JAK MOSKALE
 REDUTĘ ORDONA
KARZĄC PLEMIĘ ZWYCIĘZCÓW 
ZBRODNIAMI ZATRUTE,
BÓG WYSADZI TĘ ZIEMIĘ,
JAK ON SWĄ REDUTĘ



To tyle na dziś. Wybaczcie mi tę i kilkunastodniową absencję, ale niestety muszę jeszcze trochę odpocząć. Ja bowiem tak już mam, że jak pracuję, to pracuję - nawet parę lat bez przerwy, ale przychodzi taki czas, że potrzebuję przerwy i wtedy biorę dłuższy urlop. Wkrótce wracam z nowymi pomysłami i planami, tak więc czekajcie cierpliwie. I oczywiście:


WSZYSTKIM CZYTELNIKOM MOJEGO BLOGA ŻYCZĘ SZCZĘŚLIWEGO, RADOSNEGO I SPOKOJNEGO 2023 ROKU


PS: Bardzo przepraszam za literówki,  ale związane to było z faktem iż pisałem na szybko z telefonu i nie przeprowadziłem korekty. Teraz to wszystko naprawiłem i tak też wygląda moją myśl (a pisałem to głównie z pamięci) już po korekcie.


czwartek, 18 czerwca 2020

TRAGEDIA "MEDUZY"

CZYLI CZY TY STRZELASZ, 

CZY DO CIEBIE STRZELAJĄ,

JEDEN HUK!




 
 Miałem dziś napisać parę słów na temat tej marksistowskiej rewolty, która obecnie przetacza się po ulicach miast w USA, Wielkiej Brytanii, Francji (a jej odprysk widać też i w Hiszpanii) - uznałem jednak że na razie poczekam jak rozwinie się sytuacja (podobnie czyni Donald Trump, wyczekując kiedy wreszcie amerykańscy obywatele zwrócą się do niego z prośbą o pomoc przed zalewającym Amerykę lewackim bandytyzmem). Ponieważ jednak od tego tematu całkowicie uciec się nie da, postanowiłem dziś zaprezentować szanownym czytelnikom - jak mogłoby wyglądać w rzeczywistości społeczeństwo, w którym nie ma żadnego prawa i porządku, w którym policja stoi i bezradnie przygląda się rabowaniu mienia przez bandytów (w obawie o oskarżenia o rasizm), albo też klęka i przeprasza czarnoskórych przestępców za całkowicie wydumany "biały przywilej". Obraz, który pokażę dziś, jest kwintesencją marksizmu w skali mikro i niechybną przyszłością świata, w którym zatriumfuje ideologia lewicowej nienawiści do człowieka, społeczeństwa, tradycji, rodziny a nawet do życia. Może na pierwszy rzut oka owe skojarzenie wyda się nieco nietrafione, to jednak (biorąc pod uwagę te wszystkie koncepcje do których dąży współczesna lewica - czyli mit "pięknego i szlachetnego dzikusa"), są jak najbardziej adekwatne. Neomarksiści chcieliby bowiem cofnąć nas do epoki pierwotnej, w której nie istniałyby takie "narzucone wzorce" jak naród, rodzina czy po prostu pojęcie mężczyzna i kobieta. Chodzi więc o to, aby wszystko wróciło do stanu pierwotnego, całkowicie wolnego, niczym nieskrępowanego i żeby każdy mógł żyć tak - jak tego zapragnie, oraz posiadać to, na co tylko przyjdzie mu ochota. Problem zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy okaże się że owych dóbr zacznie brakować - bowiem wszystko zostało już rozkradzione w początkowej fazie rewolucji. A gdy do tego dojdzie głód - który nieodzownie towarzyszy wszelkim tego typu marksistowskim eksperymentom społecznym (jak np. w Seattle - gdzie powstała "eksterytorialna" komuna i gdzie co prawda na razie jeszcze trwa ogłupiająca radość i zabawa, ale już wkrótce zacznie się tam prawdziwa klęska głodu, bowiem owe "sierotki" po Marksie i Leninie nadają się co najwyżej do urządzania ulicznych burd, rabowania sklepów, niszczenia samochodów i palenia materacy bezdomnym amerykańskim weteranom, oraz mordowania zwierząt na ulicach - ale nie do pracy, w tym pracy na roli, która choćby w połowicznym kształcie mogłaby zapewnić przynajmniej częściowe wyżywienie dla owej komuny), wówczas skończy się bandycka ruchawka Black Lives Matter i Antify, a zacznie prawdziwa walka o... życie. 

A tam gdzie idzie o życie, tam kończą się wszelkie ideologiczne brednie o rasizmie, o heroicznej walce w imię pamięci po "łagodnym olbrzymie" - ćpunie i przestępcy - George Floydzie (notabene już krążą na ten temat dowcipy: redaktor CNN zapytuje się jednego czarnoskórego demonstranta jak bardzo wstrząsnęła nim wiadomość, że ci rasistowscy biali policjanci z zimną krwią zamordowali jego brata. Ów Murzyn odpowiada: "To był dla mnie prawdziwy cios z którego wciąż nie mogę się podnieść. Dlatego też z pobliskiego sklepu wziąłem sobie tylko dwa telewizory, laptop, kilka ubrań i buty, ale wciąż wierzę że sprawiedliwości stanie się zadość"). Gdy dojdzie do totalnej już anarchii i przykładów kanibalizmu i gdy wzburzony prekariat obróci się przeciwko swoim "dobroczyńcom" (tym, którzy wręcz namawiali, nadzorowali i wspierali owe rozróby - czyli tym wszystkim lewicowym politykom ze Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, tym gubernatorom którzy klękali przed rozwydrzonym motłochem, tym "dziennikarzom" z CNN, BBC, CNBC, MSNBC etc., a przede wszystkim tym, którzy kreują owe antycywilizacyjne ruchy z myślą o instalacji NWO - globalnego społeczeństwa, odgórnie zarządzanego przez totalitarystów, o których w mediach "głównego ścieku" nic się nie mówi). A wówczas - zgodnie z wytycznymi Marksa - wprowadzi się terror i zainstaluje na całego "Nowy, Wspaniały Totalitaryzm". A czarnoskóry prekariat? Cóż, Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść - jeśli zaczną podskakiwać, to staną się pierwszymi ofiarami tego nowego świata, podobnie jak pierwszymi ofiarami bolszewików w Rosji Sowieckiej, stali się robotnicy i chłopi, w imię których przecież owi bolszewicy walczyli z kapitalistami. Takiego zamordyzmu, jaki wprowadził robotnikom i chłopom Lenin a następnie Stalin, nie doświadczyli oni nigdy wcześniej, nawet za czasów okrutnego, carskiego poddaństwa. Dlatego też zbiera mi się na wymioty, gdy widzę jak czarnoskóra społeczność w USA jest oszukiwana i jak próbuje się im (niestety często skutecznie) prać mózgi, wmawiając że we współczesnej Ameryce czai się na nich jakiś "biały rasizm" (podobnie jak kobietom próbują feministki wmówić, że ich największym wrogiem jest dziś biały, heteroseksualny mężczyzna). Czarnoskórzy (i ewentualnie kobiety oraz homoseksualiści) mają obecnie spełnić rolę robotników i chłopów z leninowskiej Rosji. A potem owe "mięso armatnie" wyrzuci się na śmietnik, tak samo jak to uczyniono w Związku Sowieckim, zamieniając chłopów i robotników w prywatnych niewolników nowego ustroju. 

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu, który właśnie zamierzam poruszyć. Otóż dziś zaprezentuję jedną z największych katastrof (również w skali społecznej) XIX wieku, a z pewnością największą katastrofę morską tamtego stulecia. Mam tutaj oczywiście na myśli tragedię francuskiego okrętu "Meduzy" z 1816 r., która dla ludzi żyjących w XIX wieku, była dokładnie tym samym, czym dla współczesnych było (i jest do tej pory) zatonięcie "Titanica" w 1912 r. Dziś historia rozbitków z okrętu "Meduzy" jest już praktycznie zapomniana, a warto o niej przypomnieć, bowiem okropności jakie wyrosły u tamtych ludzi, są oczywistym wzorcem skonfrontowania lewicowych mrzonek o "szlachetnym dzikusie" (jak np. historia Indian amerykańskich, których zaczęto w pewnym momencie idealizować, opowiadając bajki jak to wspaniały i zgodny z naturą wiedli żywot i jak to owi przebrzydli koloniści wszystko zniszczyli. Takie filmy jak "Tańczący z wilkami" czy nawet "Avatar" - pokazują wspaniałe społeczeństwo, żyjące w zgodzie z odwiecznymi prawami świata, nie ma tam jednak wielu odniesień do faktu, że Indianie wcale nie zabijali bizonów tylko dla pożywienia, ale również dla zysku. Często urządzali wręcz masowe polowania na te zwierzęta, aby potem sprzedać je "białym kolonistom" w zamian za paciorki lub alkohol. Podobnie mordy rytualne, dokonywane przez kapłanów przed przybyciem Europejczyków do Ameryki Środkowej - były przykładem wręcz zwierzęcego barbaryzmu tych ludów i tych plemion). Zawsze bowiem, wcześniej czy później w sytuacji ekstremalnej następuje powrót do "zezwierzęconej" natury człowieka, który gotów jest zabijać aby tylko samemu przeżyć. I o tym właśnie będzie w opowieści o "Meduzie", której tragedię w wymowny sposób oddał w 1819 r., francuski malarz - Théodore Géricault w swym obrazie: "Tratwa Meduzy". Historia tego okrętu pokazuje dobitnie, że po rozmontowaniu wszelkich społecznych i cywilizacyjnych bezpieczników (a temu doskonale sprzyja chociażby głód), powstaje próżnia w której odnaleźć się mogą tylko najsilniejsze jednostki - kosztem całej reszty. Tak więc przytaczając słowa Wacława Kowalskiego (nieśmiertelnego Pawlaka z "Samych Swoich"): "Czy to ty strzelasz czy do ciebie strzelają - jeden huk" - więc po co nam policja? wystarczy Antifa i Black Lives Matter na ulicach 😒.             



KATASTROFA OKRĘTU "MEDUZA
i GEHENNA JEGO PASAŻERÓW
(1816 r.)






 Cesarz Napoleon Wielki abdykował 6 kwietnia 1814 r. 20 kwietnia opuścił pałac w Fontainebleau by udać się na wyspę Elbę (która stała się jego dożywotnim władztwem) a na którą dotarł 3 maja. Paryż został zdobyty przez siły rosyjsko-austriacko-pruskie 30 marca, zaś Ludwik XVIII Burbon odzyskał władzę we Francji dnia 3 kwietnia 1814 r. Wraz z królem powróciło do ojczyzny wielu arystokratów, którzy często od ponad dwudziestu lat pozostawali na obczyźnie i nie zamierzali godzić się na żadne kompromisy. Ci - oderwani od rzeczywistości i żyjący w dawnym świecie, którego we Francji już nie było - emigranci, wyposzczeni i aroganccy, domagali się utraconych przywilejów, majątków i nowych stanowisk oraz nadań. Często jednak ich kompetencje na nowych stanowiskach odrodzonego królestwa były mizerne - choć oni tym akurat najmniej się przejmowali, uważając że sama ich pozycja społeczna nobilituje do zajmowania najwyższych urzędów w państwie (Stendhal pisał o tych politycznych emigrantach: "Nic nie potrafią, a domagają się wszystkiego"). Arystokraci z "chambre introuvable" ("nie odnalezionej komnaty" - czyli osobiście służący niegdyś królowi), oraz ci drudzy - pałali żądzą zemsty za lata wygnania, upokorzeń i niedostatku, przemieniając swoje żądze w czyn i urządzając polowania na byłych oficerów, żołnierzy lub urzędników z czasów napoleońskich, którzy nie chcieli (lub nie mogli) złożyć przysięgi na wierność Ludwikowi XVIII. Te krwawe samosądy szybko otrzymały nazwę "Białego Terroru" i stały się prawdziwą plagą, szczególnie w południowych i zachodnich prowincjach kraju. W wojsku również nastąpiła prawdziwa czystka, a oficerowie musieli udowadniać swą wierność królowi, który to otoczył się gwardią złożoną z emigrantów - służących wcześniej w obcych armiach i walczących z Francuzami na wielu polach bitew. Poza tym król twierdził że Napoleon: "Popsuł mu Francję!", gdyż zmuszony był nadać obywatelom tzw.: "Kartę" (4 czerwca 1814 r.), nadającą ustrój monarchii konstytucyjnej (przynajmniej teoretycznie). Dawała ona Francuzom wolność osobistą, równość w sądach, nienaruszalność majątków nabytych w okresie Rewolucji i Cesarstwa. Parlament składał się z Izby Deputowanych i Izby Parów, jednak rząd pozostawał mianowany i zależny od króla, a nie od Parlamentu.

Ludwik XVIII początkowo odmówił także uznania trójkolorowej flagi i powrócił do białego sztandaru Burbonów (ozdobionego złotymi liliami, choć lilie pominięto aby nie drażnić ludu). Napoleon w rozmowie z gen. Henri Gatien Bertrandem stwierdził, że Burbonowie igrają z ogniem, bowiem chcą co prawda odzyskać swoje dawne zamki i pałace, ale jednocześnie gdy zaczną zrażać do siebie lud, to ten przepędzi ich w ciągu sześciu miesięcy. Bertrand nie dawał jednak temu wiary. Niezadowolenie Francuzów z nowych rządów i powrót do starych zwyczajów, było szczególnie silne w wojsku, w którym - pomimo zakazu - wciąż obchodziło się urodziny Cesarza (15 sierpnia). Podczas tego święta w 1814 r., doszło do znieważenia symboli królewskich i podeptania białych kokard - symbolu odrodzonej monarchii - przez żołnierzy, którym odmówiono celebrowania dnia "Dnia Napoleona". Te wszystkie wieści dotarły szybko również i na Elbę, gdzie - ku zdumieniu brytyjskich parlamentarzystów Fazakerleya i Vernona, którzy odwiedzili Cesarza na wyspie - tamtejszy pałac przemieniono w prawdziwy cesarski dwór, z setką grenadierów strzegących wejścia (ubranych w mundury z czasów Cesarstwa), etykietą i służbą. Była to zaledwie zapowiedż tego, co już wkrótce miało nadejść, gdyż Napoleon skrupulatnie śledził wieści z Francji, czytając nie tylko gazety (w których często przedstawiano go jako potwora, połykającego państwa i narody), ale również wypytywał swoich zwolenników o nastroje ludu - a te wcale nie były dobre. Francja ponownie zaczęła kipieć niechęcią do odrodzonej monarchii i z nadzieją wyczekiwała zmian, choć nie było jeszcze wówczas wiadome jakie to mają być zmiany. Zwycięskie mocarstwa koalicji anty-napoleońskiej pozwoliły Cesarzowi zachować jego tytuł, władzę nad maleńką Elbą (kiedyś opiszę jak Cesarz spędzał czas na Elbie i jak wypełniał tam swoje zadania) oraz na utrzymanie przez niego 675 francuskich żołnierzy cesarskiej gwardii, 54 polskich szwoleżerów gwardii, batalionu sformowanego z miejscowych, oraz batalionu Korsykanów. Były to niewielkie, wręcz nic nie znaczące siły i Napoleon przy ich pomocy nie mógł niczego zdziałać. Ale, lud francuski coraz częściej - miast okrzyków "Vive Le Roi!" - wznosił okrzyki: "Vive L'Empereur!" i to była jego ogromna szansa. Poza tym ciążyło mu życie bez żony i syna (Maria Ludwika - córka cesarza Austrii Franciszka I Habsburga - otrzymała tytuł księżnej Parmy i tam właśnie przeniosła się wraz z synem: Napoleonem Franciszkiem Józefem Karolem Bonaparte, zwanym po prostu Napoleonem II lub "Orlątkiem". A potem wdała się w romans i poślubiła hrabiego von Neipperga, z którym doczekała się trójki dzieci). Napoleon myślał sobie zapewne tak: mam gnić na tej wyspie i czekać aż Burbonowie przyślą mordercę, jednocześnie upokarzając mnie i odmawiając kontaktów z żoną i synem? Czy też ruszyć do Francji, zwyciężyć i znów połączyć się z rodziną? Odpowiedź była prosta i Napoleon był już na nią od dawna gotowy mawiając czasem: "Na Elbie zapomniano, że kiedyś byłem cesarzem królów".

Napoleon opuścił brzegi Elby w poniedziałek 27 lutego 1815 r. rano i po wyminięciu francuskich okrętów patrolowych (mających czuwać by Bonaparte nie uciekł z wyspy), już 28 lutego dotarł do brzegów Italii (wówczas jednak te ziemie wciąż jeszcze należały do Francji - piszę "jeszcze" ponieważ na Kongresie Wiedeńskim uzgodniono że zostaną one włączone do odnowionego Królestwa Sardynii), lecz na ląd zszedł dopiero w środę 1 marca w Zatoce Juan nieopodal Genui. Następnie Cesarz przeszedł przez miasteczka: Escragnolles, Seranon i Castellane - ale nie było tam zbyt wielkiego entuzjazmu jego osobą (Południe pozostawało raczej nastawione pro-rojalistycznie), ludzi jednak przyciągała doń głównie ciekawość. Dopiero w Sisteron tamtejszy garnizon pozdrowił Napoleona gromkim "Niech żyje Cesarz!" W Gap to samo, rozentuzjazmowane tłumy cisnęły się, by na własne oczy ujrzeć swojego Cesarza, pojawiły się też głosy: "Śmierć Burbonom", "Arystokratów na latarnie". W dalszej drodze na Paryż, do niewielkiego oddziału Napoleona, przyłączali się okoliczni wieśniacy - Napoleon starał się ich od tego odwieść (nie chodziło mu bowiem o ponowną rewolucję, a jedynie o odzyskanie tronu Francji), ale nie wszystkim udało się to wyperswadować i poszczególne grupki, uzbrojone w widły i kosy szły razem u boku cesarskich oddziałów. W wąwozie Laffrey po raz pierwszy drogę Napoleonowi zastąpiło (co prawda nieliczne, ale) regularne wojsko z 5 regimentu liniowego. Żołnierze wymierzyli swoje karabiny, a Cesarz, odsłaniając poły płaszcza szedł w ich kierunku, mówiąc: "Żołnierze, jestem waszym cesarzem. Jeśli wśród was jest choć jedna osoba, która chce strzelić do swojego cesarza - oto jestem!" Nikt się nie odważył wystrzelić, a wkrótce cały regiment dołączył do Napoleona. Potem Cesarz rzekł do gen. Drouta: "Jeśli tu nie zginąłem, zdobędę Paryż bez jednego wystrzału".




W dalszej drodze jeszcze wielokrotnie wysyłane przez króla wojsko, przyłączało się do Bonapartego (tak się stało np. pod Grenoble).7 marca 1815 r. Cesarz wkroczył do Grenoble i wówczas miasto  ogarnął szał tłumów, każdy bowiem chciał być jak najbliżej wkraczającego Cesarza, ludzie sypali  kwiaty pod stopy żołnierzy, wynosili wodę i żywność (choć początkowo obawiano się że woda może być zatruta, ale szybko obawy te zostały rozwiane). Onieśmielony takim powitaniem Napoleon rzekł: "Do Grenoble byłem tylko awanturnikiem, teraz znów jestem cesarzem". 10 marca w Lyonie (z którego wcześniej uciekły dotychczasowe władze, w tym sprawcy "Białego Terroru", jak choćby hrabia d'Artois) sytuacja się powtórzyła, wszędzie Napoleon witany był owacyjnie i przyjmowany z najwyższym dostojeństwem. 11 maja 1815 r. w Lyonie, w pałacu hrabiego d'Artois, Cesarz Napoleon wydał swoje pierwsze dekrety, w których rozwiązywał dwór królewski w Paryżu, znosił wszelkie rozkazy Ludwika XVIII i przywracał trójkolorowy sztandar, jako oficjalną francuską flagę, skazując jednocześnie na banicję wszystkich zdrajców, którzy w latach 1795-1814 nie powrócili do Francji (mawiał o nich: "Niech wracają tam, skąd przyszli, skoro przez te wszystkie lata tak dobrze im szło przyjmowanie rozkazów z obcych dworów"). Pisze też list do żony, do Schönbrunn, w którym umieszcza takie oto słowa: "Pani i droga przyjaciółko, powróciłem na mój tron (...) Kiedy otrzymasz ten list, będę już w Paryżu. Przyjedź do mnie z moim synem. Mam nadzieję Cię uściskać przed końcem marca. Cały Twój, Nap." Do Napoleona dołączają wciąż nowi oficerowie i żołnierze (nawet bataliony z Villejuif - uważane dotąd za najwierniejsze królowi), Ludwik XVIII zostaje zupełnie sam i musi uciekać z Paryża - 19 marca 1815 r. (ponoć rzekł wówczas ze smutkiem: "I cóż? To już koniec?" po czym dodał: "Niebywałe! W kilka dni odzyskał całą Francję"). Do Napoleona przybył marszałek Ney - ofiarując mu swoją szpadę i jednocześnie próbując się usprawiedliwiać czemu przeszedł na stronę króla. Cesarz ponoć odrzekł wówczas doń: "Nie musi się Pan usprawiedliwiać. Pańskim usprawiedliwieniem, podobnie jak i moim, są wydarzenia, które są silniejsze niż ludzie. Nie mówmy już o przeszłości i pamiętajmy o niej tylko po to, aby raźniej iść w przyszłość" - po czym oboje padli sobie w ramiona.




19 marca - po prawie jedenastu miesiącach od swego wyjazdu - Napoleon ponownie wkroczył do Fontainebleau. 20 marca 1815 r. Cesarz Napoleon wjechał zaś do Paryża, gdzie lud radośnie wiwatował na jego cześć. Strach i niepewność była jednak wciąż obecna wśród elit, które wolały na razie trzymać się z boku i w nic nie angażować, a jednocześnie niczemu też nie przeszkadzać - wyczekując co będzie dalej. Napoleon wszedł do Pałacu Tuileries, gdzie wszystko (poza poszerzonym tronem - specjalnie skonstruowanym dla otyłego Ludwika XVIII) wyglądało po staremu, tak jakby nic się nie zmieniło - tak jakby Cesarz powrócił jedynie z długiej, jedenastomiesięcznej kampanii wojennej. Kilku dygnitarzy przybyło połączyło się z Napoleonem, ale sporo z nich uciekło wraz z królem - większość zaś przyjęła postawę wyczekującą, nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić. Do Tuileries przybyła np. Hortensja de Beauharnais wraz ze swoimi dziećmi, aby wytłumaczyć się dlaczego przez tyle czasu nie interesowała się losem męża własnej matki. Rozpłakana próbowała się usprawiedliwiać - mówiąc że chciała pozostać przy boku swej umierającej matki (Józefina zmarła 29 maja 1814 r.). To można jeszcze zrozumieć, ale jej wiernopoddańcze hołdy dla Ludwika XVIII - czym były jeśli nie jawną zdradą? Tak bardzo chciała zachować swe tytuły i majętności, które otrzymała tylko dzięki Napoleonowi? Cesarz często w tych dniach mawiał (co również znalazło odzwierciedlenie w jego listach): "Tacy właśnie są ludzie". Nic dodać, nic ująć. Nie odezwała się również Maria Ludwika (która już wówczas grzała łoże z hrabią Neippergiem), choć do Paryża przyjechała Maria Walewska wraz z synem. Cesarz ujrzał chłopca i obiecał im pomoc finansową. Jednak koniec końców napoleoński eksperyment nie powiódł się, a klęska Cesarza w bitwie z Brytyjczykami, Prusakami i Holendrami pod Waterloo (18 czerwca 1815 r.), ostatecznie przypieczętowała los odradzającego się Cesarstwa. Napoleon zaś został zesłany na odległą wyspę Atlantyku - Św. Helenę, gdzie ostatecznie dokończył swego żywota (5 maja 1821 r.). Do Francji ponownie wrócił zaś król Ludwik XVIII, a wraz z nim cała plejada rządnych władzy i stanowisk arystokratów. 




Jednocześnie Francuzi całkiem nieźle wyszli z nowego podziału Europy, uzgodnionego w Wiedniu (na tzw.: "Tańczącym Kongresie"), odbywającego się od września 1814 r. do czerwca 1815 r. Nie tylko że Francuzi nie zostali obłożeni żadnymi odszkodowaniami wojennymi, to jeszcze nie utracili żadnych własnych ziem (Prusacy np. już wówczas żądali dla siebie Alzacji i Lotaryngii, ale zgodnie sprzeciwiły się temu Wielka Brytania jak i Austria - którzy poparli Francję), choć musieli powrócić do granic z 1792 r.. Chytrość i przebiegłość dyplomatyczna, oraz niezwykła biegłość polityczna reprezentanta Francji na Kongresie - Charlesa-Maurice de Talleyranda (o którym Napoleon mawiał iż jest to: "Gówno przyobleczone w jedwabne pończochy", ale nawet Cesarz cenił sobie kunszt polityczny Talleyranda, który miał tę niesamowitą zdolność, iż potrafił przekuwać w dyplomatyczne zwycięstwa - militarne porażki, w myśl starej zasady: "Generałowie są po to, by wygrywać wojny. Dyplomaci zaś po to, by myśleć co się stanie gdy generałowie wojnę przegrają"), wyniosła pokonany kraj (który to już na początku obrad Kongresu, koalicjanci chcieli wykluczyć z obrad i jedynie przekazać mu wspólnie uzgodnione warunki) do rangi jednego z europejskich mocarstw i gwaranta stabilizacji na Kontynencie. Mało tego, Francuzom udało się zachować kilka wcześniejszych zdobyczy terytorialnych, jak choćby część okręgu Saary oraz miasta w Sabaudii: Chamberry i Annecy. Francja otrzymała również Senegal w Afryce Zachodniej, więc co prawda wyszła z tych wojen co prawda skrwawiona, ale jednak terytorialnie i politycznie wzmocniona (gorzej mieli chociażby Włosi, Niemcy i Polacy, których Kongres całkowicie pominął - zmuszając tych pierwszych i drugich by wciąż żyli w stanie rozbicia terytorialnego i wzbraniając im zjednoczenia, tych ostatnich zaś, by pozostali pod rządami trzech zaborców, odmawiając im pełnego prawa do niepodległości). I właśnie historia z otrzymaniem Senegalu, wiąże się bezpośrednio z tematem, do którego teraz dopiero zamierzam przejść.

Otóż dnia 17 czerwca 1816 r. z portu w Aix wypłynęła eskadra czterech okrętów ("Meduza", "Loara" "Argus" i "Echo"), w celu objęcia we władanie nowej, zamorskiej prowincji w Afryce. W czasie wyprawy jednak owa eskadra została skutecznie rozproszona przez silne sztormy, a 2 lipca (w wyniku błędów niedoświadczonego kapitana okrętu - hrabiego Hugues Duroy de Chaumereys -  niedawnego emigranta, mianowanego przez nowy rząd dowódcą nie w wyniku jego kompetencji, a jedynie lojalności i anty-napoleonizmu) "Meduza" osiadła na mieliźnie u brzegów Mauretanii. Wówczas było już pewne że okręt zatonie i należało czym prędzej ewakuować wszystkich pasażerów. Wsadzono więc wszystkich notabli i ich rodziny w szalupy okrętowe, które mieli skierować do brzegów Afryki. Pozostałym pasażerom dopomożono w zbudowaniu gigantycznej tratwy (z lin, belek i desek tonącego okrętu, który tonął kilka dni, więc mieli czas by się dobrze przygotować), na której zamierzano także umieścić prowiant, słodką wodę i wino dla pozostałych pasażerów (również tych w szalupach - łącznie było ich ok. 400 osób). Niestety, nie udało się zmieścić na tratwie całości zapasów, gdyż musiało na nią wejść pozostałe 149 osób, ale uważano że pomyślne wiatry (tratwa miała maszt i żagiel o raz "bocianie gniazdo") i pomoc szalup (które miały holować tratwę) doprowadzi do szybkiego dotarcia do brzegu i uzupełnienia brakujących zapasów. Los jednak nie sprzyjał rozbitkom, bowiem pogoda była przepiękna, słoneczna i bezwietrzna, a to powodowało, że główny wysiłek w holowaniu tratwy wzięły na siebie szalupy, którym jednak szybko się to znudziło, odcięli więc cumy łączące ich z tratwą i odpłynęli. Wówczas dla pasażerów tratwy, zaczął się prawdziwy powrót do czasów "szlachetnego dzikusa" (do którego to pragnie nas dziś sprowadzić całe to lewactwo), a mówiąc konkretnie zaczęło się prawdziwe piekło dla dużej części pasażerów owej "tratwy Meduzy". Jeśli bowiem pamiętamy, jak zakończyła się "Teksańska masakra piłą mechaniczną" - to mamy już odpowiedź co działo się wówczas, przez te kilkanaście dni dryfowania - do czasu aż owi rozbitkowie zostali wreszcie odnalezieni (i ocaleni) przez okręt "Argus".


SZKIC TRATWY "MEDUZY"
(20 m. długości na 7 m. szerokości)

 

Zapasy żywności bardzo szybko się wyczerpywały przy takiej masie ludzi, a to, co zostało, stało się cenniejsze od złota. Za łyk wina (słodkiej wody już tam nie było), ludzie gotowi byli oddawać wszelkie kosztowności, jakie jeszcze przy sobie posiadali, problem polegał jednak na tym, że nikt im nie chciał wówczas tego przyjąć (choćby nie wiem co, nie sposób zjeść złota). Do pierwszej walki o żywność doszło pomiędzy pijanymi żołnierzami z Batalionu Afrykańskiego (głównie Hiszpanie i Włosi), a marynarzami z pokładu "Meduzy", i to był początek horroru, który stał się nieodłączną codziennością nieszczęsnych pasażerów owej tratwy. W walce pomiędzy marynarzami a żołnierzami, padli pierwsi ranni i zabici - i to właśnie oni stali się następnie pierwszymi ofiarami kanibalizmu wygłodniałych pasażerów. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły, bo nie ma to żadnego sensu, natomiast chciałbym się skupić na jednym. W sytuacji kiedy cywilizacja zostanie nagle "wyłączona", gdy wszelkie mechanizmy, ograniczające ludzką samowolę, zostaną zdemontowane - któż wówczas najbardziej na tym ucierpi? Oczywiście - najsłabsi i tak jest zawsze w "stanie naturalnym", gdy do głosu dochodzi "szlachetny dzikus". Oczywistym więc było, że najłatwiejszymi ofiarami były kobiety - które szybko zostały zabite i... zjedzone (inna sprawa że nie było ich wówczas na tratwie zbyt wiele), oraz słabi i ranni mężczyźni. Codziennie na linach masztu tratwy "Meduzy", suszyły się na słońcu odcięte kawałki ludzkiego ciała - języki, ręce, nogi, wycięte narządy wewnętrzne. Powiedzenie że doszło wówczas do prawdziwego horroru, to nie powiedzenie nic - to była gehenna, która (nawet tym, co to przetrwali) do końca życia nie pozwalała w pełni normalnie funkcjonować. Te kilkanaście dni spędzonych na tratwie dryfującej po Atlantyku, całkowicie wywróciły ich życie do góry nogami i po powrocie do domów, stali się już zupełnie innymi ludźmi (byli tacy - jak choćby inżynier Correard, autor broszury - opisującej co działo się na pokładzie tratwy "Meduzy" - którzy potem do swej diety dodali cytryny, spożywając je codziennie w ogromnych ilościach - prawdopodobnie chcieli tym samym zabić w ustach i w pamięci smak ludzkiego mięsa). 

Po dwóch tygodniach bezwolnego dryfowania po Oceanie, tratwę rozbitków z zatopionego okrętu "Meduza", dostrzegł inny okręt z pierwotnej eskadry - "Argus". Ze 149 pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie tratwy, pozostało przy życiu zaledwie... 15 (pięciu z nich było jednak tak osłabionych, że wkrótce po ocaleniu zmarło) - co dobitnie pokazuje o skali desperacji, której jedyną granicą było zaspokojenie głodu i przeżycie jeszcze jednego dnia. W 1817 r. Correard i Savigny (lekarz pokładowy, który był również obecny na pokładzie tratwy "Meduzy"), opublikowali wspomnienia (szybko przetłumaczone na język angielski i niemiecki), opisujące co się działo na pokładzie tratwy i jak bardzo zmienną jest ludzka natura. Zaś w 1819 r. Théodore Géricault namalował swój najsłynniejszy obraz: "Tratwa Meduzy", na którym (po znacznym wizualnym zmniejszeniu tratwy) przedstawił 19 pozostałych przy życiu rozbitków w momencie, w którym wypatrzyli oni na horyzoncie żagle okrętu "Argus" przynoszącego im nadzieję i ocalenie. Tak właśnie wyglądała historia rozbitków z francuskiej fregaty "Meduza", której kapitan, emigrant kreujący się na ofiarę Bonapartego i nie posiadający  większego doświadczenia w kierowaniu okrętem - spowodował jego zatonięcie i tragedię ponad setki ludzi. Angelo Solmi pisał w 1980 r. w "Tragicznych wodach" o przybyłych po upadku Bonapartego do Francji emigrantach, którzy objęli stanowiska wraz z powrotem do władzy Ludwika XVIII: "Nastąpił triumf niekompetencji. Beznadziejni ignoranci objęli ster, podejrzani osobnicy stali się doradcami głupawych szefów, ministrowie dawali nonsensowne instrukcje, a dyletanci trzymali się ich dosłownie (...) Odpowiedzialny za tragedię kapitan pozował na ofiarę Bonapartystów, licząc, że możni protektorzy nie dadzą go ukarać". I rzeczywiście był chroniony przez władze, które starały się wyciszyć wszelkie informacje o katastrofie (zdając sobie sprawę że kładzie się ona cieniem na idei restauracji monarchii) a twórcy, którzy starali się o niej przypominać, byli zmuszani (metodami administracyjnymi) do zaprzestania swych działań (również dzieło Géricault'a wisiało w Paryskim Salonie jedynie cztery miesiące do połowy listopada 1819 r. po czym na żądanie Augusta-Hilariona de Keratry zostało zdjęte, zaś krytyka nie pozostawiła suchej nitki na "Tratwie Meduzy"). Władze rzeczywiście bały się obrazu Géricault'a i to w nie mniejszym stopniu, jak cztery lata wcześniej powracającego z Elby Cesarza Napoleona Wielkiego. 

Gdy radykalni zwolennicy monarchii zaczęli krzyczeć, że dzieło to jest "zamachem wymierzonym w Ludwika XVIII", Paryski Salon został zamknięty, a obraz nabyty do pałacu w Luwrze, po czym zrolowany i umieszczony na tamtejszym strychu w rupieciarni (nie pomogła nawet zmiana nazwy z "Tratwa Meduzy" na "Scena katastrofy morskiej"). W 1820 r. Géricault odebrał swoją własność i wywiózł obraz do Wielkiej Brytanii, gdzie wystawiono go 31 grudnia 1820 r. w Egyptian Hall w Londynie. Na zakończenie chciałbym jeszcze dodać, że tragedia Tratwy Meduzy nie jest niczym szczególnym, tak dzieje się bowiem zawsze, gdy zostaną usunięte wszelkie cywilizacyjne oraz moralne bezpieczniki - z podobnym przykładem mamy do czynienia obecnie w USA, Francji i Wielkiej Brytanii.