Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KATASTROFY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KATASTROFY. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 października 2024

POLSKA NA WOJNIE! - Cz. III

CZYLI JAK TO SIĘ ZACZĘŁO?





Kolejna część wybranych przeze mnie fragmentów z książki Zbigniewa Parafianowicza: "Polska na wojnie. Nieznane fakty, kulisy rozmów. Wielkość i małość polskiej polityki".





INWAZJA 
Cz. III


Zbigniew Parafianowicz: Czy Kaczyński albo Duda zakładali, że Ukraina może upaść?

Minister X: Nie było takich rozważań. Jesteśmy na wojnie i nie zajmujemy się tym, czy wygramy, czy przegramy, tylko walczymy.

Zbigniew Parafianowicz: Kto podjął decyzję o otwarciu granic?

Minister X: Sama się podjęła. I nie pamiętam, żeby ta decyzja była przez kogokolwiek kwestionowana. Duda na parę dni przed wybuchem wojny rozmawiał z Justinem Trudeau i powiedział, że Polska granice otworzy. Obiecał to zresztą Zełenskiemu w Wiśle. Trudeau mówił, że dziękuje, bo to jest takie ważne dla nich. Drugiego czy trzeciego dnia wojny dostaliśmy informację, że jest problem, bo pociąg z czterystoma osobami utknął. Był siedem godzin sprawdzany przez ukraińskie służby. Ktoś poprosił, czy możemy to udrożnić. Zadzwoniliśmy do Ukraińców. I tak się zaczął wielki exodus. Dochodziło oczywiście do incydentów. Hindusi jacyś dostali po łbie, bo kobiety wywalali z kolejki. Nie miało to nic wspólnego z kwestiami rasowymi. Tylko jak ktoś drze japę i popycha kobiety, po prostu dostaje.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Przez pierwsze tygodnie wojny każdy dzień zaczynaliśmy naradą koło ósmej rano, potem były kolejne. Po jakimś czasie była już tylko jedna narada. Po półtora miesiąca chyba przyszedł dzień, w którym nie mieliśmy żadnego gabinetu wojennego. 

Minister X: Struktura nart była zawsze taka: najpierw występowały służby i sucho przedstawiały, jaki jest stan gry na frontach. Wywiad miał dobre informacje. Wychodziłem mądrzejszy z tych spotkań. Służby zajmujące się bezpieczeństwem wewnętrznym relacjonowały, czy jest zagrożenie infiltracją. Ich informacje były uspokajające. Po nich dochodziło do generacji, która się chwaliła. Oni tak mają. Mundury, lampasy, te sprawy. Nie wierzyli, że Ukraina przetrwa. My studziliśmy te ponure emocje. Mnie irytuje osobiście taka ekspertyza generalska. Nauczyłem się tego, żeby w to nie wierzyć. Oni siadają i zaczyna się jazda. "Proszę państwa, przewaga tutaj jest jednak tak duża, że proszę. Tutaj nie ulegajmy też złudzeniom". No i co z tego. Była przewaga, nie ma przewagi. Ukraina stoi. Nie doceniali tego, że od pierwszego dnia nie było żadnej zdrady w wojsku ukraińskim. Nie było powtórki z Krymu. Stawili opór. Nie poszli w rozsypkę. (...)

Minister Y: Nie rozumiałem podejścia generalicji. Wiedziałem, że trzeba prowadzić wojnę do zwycięstwa. Trzeba tak zakładać, bo jak się nie wierzy w zwycięstwo i cały czas prowadzi wojnę, kwestionując, czy ma to sens, przegrywa się. I tak jesteśmy w luksusowej sytuacji. Żaden Polak nie musi walczyć. Walczą z za nas. My tylko mamy robić zaplecze. 





 AWARIA PREZYDENCKIEGO SAMOLOTU
 

Wojskowy: Siedziałem blisko szefa sztabu generalnego generała Rajmunda Andrzejczaka. Na początku był wyluzowany. Ale tylko na początku. Zapytałem go, czy jest źle. Potwierdził. Nie był w dobrym nastroju. Wiedziałem, że jesteśmy w dupie. Ktoś wyszedł z kokpitu od pilotów. Był zielony i przerażony. Nic nie powiedział. Prezydencki boeing 737-800 NG 25 marca o godzinie 12:50 wystartował z warszawskiego Okęcia. Lot do Rzeszowa miał potrwać czterdzieści pięć minut. Na lotnisku w Jasionce Andrzej Duda miał witać Joe Bidena, który składał pierwszą wizytę w Polsce. Duda dotarł jednak spóźniony. Maszyna po kilkudziesięciu kilometrach zawróciła. Pilot zgłosił awarię. 

Minister X: Gdy wyłączono sygnalizację zapiąć pasy, wstałem z fotela. Szedłem do toalety, kiedy poczułem silne przeciążenie. Tak, jakby pilot walczył z maszyną. Próbował ją za wszelką cenę poderwać do góry, żeby nie spadła. Nogi miałem strasznie ciężkie. W zasadzie nie mogłem iść. Na miejsce wracałem, trzymając się foteli. 

Minister Y: To było strasznie dziwne. Na początku nie wiedziałem, o co chodzi. Załoga zaczęła ponaglać pasażerów, żeby ponownie zajęli swoje miejsca. Zrobiło się nerwowo, zanim znów włączyła się sygnalizacja, aby zapiąć pasy. Najpierw trzęsło. Później czuć było silne przeciążenie. Nikt nie wiedział, o co chodzi. 

Minister X: Stewardesa pogoniła mnie z powrotem na miejsce. Wiedziałem, że coś niedobrego się dzieje. Usiadłem. Zapiąłem pasy. Czekaliśmy, co dalej.




Wojskowy: Jeszcze na początku tego dziwnego wydarzenia ktoś sobie żartował. Takie klasyczne heheszki, gdy samolotem mocno trzęsie. Jak w locie czarterem do Egiptu. Ktoś rzucił, że jak to minie, nagrodzimy pilota oklaskami. Żołnierze śmiali się, że zrzucamy paliwo, choć chyba go nie zrzucaliśmy. Możliwe, że padły wtedy słowa nawiązujące do Smoleńska. Coś na wzór czarnego humoru. Szybko jednak te heheszki się skończyły. Było jasne, że dzieje się coś bardzo złego. Nie widziałem prezydenta. (...)

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Trzęsło jak cholera. Wszyscy patrzyli na wojskowych. Ich reakcje były papierkiem lakmusowym tego, co się dzieje. Zdawało nam się, że oni wiedzą najlepiej. (...) Maszyna należy do Pierwszej Bazy Lotnictwa Transportowego, która zajmuje się wożeniem VIP-ów. Wojskowi wiedzieli najlepiej, jak się sprawy mają. Ich koszarowy humor szybko jednak ustąpił miejsca powadze. To mogło oznaczać tylko jedno, będziemy lądować awaryjnie. (...)

Minister X: Wysłałem sms-a do żony, że jest problem z maszyną. Pożegnałem się. Całym samolotem telepało. 

Wojskowy: Zapadła decyzja, że wracamy do Warszawy. Po walce pilota o kontrolę nad maszyną, boeing zaczął obniżać lot. (...) Maszyna miała priorytet w awaryjnym lądowaniu w Warszawie.




Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Zawróciliśmy nad Warką i krążyliśmy w okolicach Warszawy. Pilot musiał podjąć decyzję, gdzie będzie lądował awaryjnie. Zdecydował, że optymalne będzie Okęcie. Załoga argumentowała, że to najlepiej wyposażone lotnisko. Tam też jest baza, z której pochodziła maszyna. Było jednak jasne od początku, że chodzi o potencjalną pomoc dla pasażerów. Przede wszystkim pasażera numer 1 - gdyby okazało się, że grozi nam katastrofa.

Wojskowy: Pilot ustalał, jaka jest kondycja maszyny. Stabilizował ją. Przestało trząść. Wydawało się, że wyjdziemy z tego cali. Na pokładzie panowała jednak grobowa cisza. Nie było rzucania kurwami. Nie było paniki. Była cisza. Pustka.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Każdy wiedział, że w przypadku lotów o statusie HEAD w Polsce nie ma tabu. 10 kwietnia 2010 spadł samolot z prezydentem. Skoro to się wydarzyło, dlaczego my mielibyśmy nie spaść. To rujnowało morale. Myślałem: "Jak to, powtórka z tego będzie? Przecież to niedorzeczne".

Minister X: Po wysłaniu wiadomości do rodziny po prostu się modliłem.

Wojskowy: To był najdłuższy lot w moim życiu. Nie chciałem dołączyć do grona kolejnych żołnierzy, którzy zginęli w katastrofach. Wolę na wojnie. Smoleńsk jest jednak pewną hańbą. Porażką państwa. Niezależnie od tego, czy jesteś w gronie zwolenników teorii o zamachu, czy tych, którzy są przekonani o zaniedbaniach rosyjskich i polskich. No nie może być tak, że drugi raz, po dwunastu latach, znów dochodzi do takiej kompromitacji. Po Smoleńsku transport VIP-ów przekazano LOT-owi. Niedawno znów wrócił do wojska. Wojsko zaczęło odzyskiwać autorytet w tej dziedzinie. Kupiono nowe maszyny za astronomiczne sumy. Po tupolewizmie w Londynie i próbie zapakowania do jednego samolotu dwóch, napisano nawet nową, zupełnie sensowną instrukcję HEAD. Katastrofa doprowadziłaby do utraty wiary w to, że państwo może takie rzeczy ogarniać.
Po Smoleńsku była zgoda co do tego, że to nie może się powtórzyć. (...)




Minister X: Lądowaliśmy w grobowej ciszy. Nikt nic nie mówił. To był zupełnie surrealistyczny obrazek. Gdy schodziliśmy do lądowania, nie było czuć już żadnych problemów technicznych. Samolot usiadł normalnie. Nic nadzwyczajnego się nie działo.

Człowiek z bliskiego otoczenia prezydenta: Po lądowaniu, gdy emocje opadły, byłem na najzwyczajniej wściekły. Boeing miał być nowoczesny. To nie Tupolew czy Jak, w którym były popielniczki z PKS-u i koce na fotelach. Tamte maszyny były postrzegane jako stary złom. Boeing zmieniał wszystko. Nie śmierdziało w nim paliwem. Nie było głośno. Siedzenia się same nie składały. Był wygodny. Dlaczego się zepsuł? Dlaczego znów mieliśmy przed oczami kompromitację? 

Wojskowy: Na Okęciu vis-a-vis terminala pasażerskiego jest budynek z poczekalnią dla VIP-ów i dziennikarzy. W salonce dla dziennikarzy kiedyś był alkohol. Miałem ochotę po prostu się napić.




CDN.
 

sobota, 21 września 2024

KATASTROFA!

III RZECZPOSPOLITA - PAŃSTWO Z DYKTY I PAŹDZIERZA




 Dziś zamierzałem napisać o czymś innym (zresztą planuję dzisiaj jeszcze jeden temat), ale musiałem zamieścić ten komentarz, bo przyznam się szczerze szlag mnie już trafia jak na to wszystko patrzę. Odnoszę się zaś do katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, szczególnie zaś Kotlinę Kłodzką w postaci powodzi, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń i kilku? (nie wiadomo dokładnie ile bo te dane jeszcze nie są znane albo są ukrywane) ofiar śmiertelnych (nie mówiąc już oczywiście o ludziach którzy odnieśli przy tym rany). Jak tak na to wszystko patrzę, to myślę że żyję w jakimś matriksie, w kraju nierzeczywistym, w którym liczy się tylko PR i i całkowity serwilizm wobec podmiotów zewnętrznych (ale o tym później).












Nie rozumiem też jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jak to jest że takie osoby jak pani Urszula Zielińska czy pani Paulina Henning-Kloska - odpowiadające za Ministerstwo Klimatu i Środowiska - nadal jeszcze pełnią swoje funkcje i nie mają postawione zarzuty karne. Zresztą trudno się temu dziwić, gdy okaże się że facet który miał wprowadzić Donalda Tuska "w błąd" (jakiś ponoć jego doradca), i podsunąć mu do podpisania dokument w którym zgadza się powołać do zgromadzenia sędziów cywilnych Sądu Najwyższego tzw: neosędziego (oczywiście posługuję się tutaj terminologią "sinych razem", czegoś takiego bowiem realnie nie ma i w przyrodzie nie istnieje, a na pewno w polskim prawodawstwie), taki ktoś nadal pozostaje na swoim stanowisku i oficjalnie nic się nie stało poza tym że Donald Tusk wycofał kontrasygnatę pod podpisem prezydenta Andrzeja Dudy (😂), czyli totalny kabaret (jak to śpiewał Walduś Kiepski: "Raz pod wozem raz na wozie tak się żyje w banderozie, którą czasem w telewizji Polską zwą..."). Natomiast już gość, który podczas głosowania w sprawie aborcji (notabene przegranej przez całą tą żałosną koalicję 13 grudnia), który w czasie głosowania przebywał w USA negocjując dla Polski ważne kontrakty, po powrocie stracił stanowisko, ponieważ Tusk musiał kogoś "odpalić", aby dać pożywkę swoim hunwejbinom. W tym zaś przypadku, w kwestii katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, zarówno pani Zielińska jak i Henning-Kloska też nie poczuwają się do odpowiedzialności, a Tusk nie wyciąga wobec nich konsekwencji. Czyli co? jedziemy dalej na tym skrzypiącym coraz bardziej wozie.




10 września były już pierwsze alarmujące komunikaty na temat możliwości wystąpienia katastrofy powodziowej w rejonie południowo-zachodnim - całkowicie zbagatelizowane (żeby nie powiedzieć olane) przez rząd i Donalda Tuska osobiście. 13 września Donald Tusk zbłaźnił się totalnie, twierdząc że informacje na temat powodzi nie są aż tak alarmujące i wszystko będzie "git", a on zamierzam (oczywiście tego nie powiedział ale wiadomo przecież co robi) wkrótce wyfrunąć sobie helikopterkiem do Sopotu (czy do Gdańska) żeby spędzić weekend "haratając w gałę", bo wiadomo że Donald Tusk weekend rozpoczyna w czwartek po południu, a do pracy (bardzo niechętnie) przystępuje we wtorek też tak około godziny 12:00. W poniedziałek bowiem wraca z Wybrzeża, więc jest zmęczony żeby pracować- 🤭). 14 września doszło do katastrofy która całkowicie obnażyła indolencję i głupotę tego rządu. Zaczęto więc przede wszystkim od pr-owych konferencji powodziowych Tuska, a usłużne media pokazały jak biedny Donald ratuje pieska, (oczywiście nie z wody, tylko przenosi go z jednej strony ulicy na drugą - a widać po mordce tego psiaka, że sam jest zdezorientowany tym, co się tutaj właśnie odwala (😭), i że ma zabłocone buciki (te zabłocone buciki mają być dowodem na to, że Tusk czuwa 🤔). 16 września nie było już rady (kolejny weekendzik i kolejne haratanie w gałę poszło się - że tak powiem - gonić) i trzeba było ogłosić stan klęski żywiołowej.

Wylana woda doprowadziła do ogromnych zniszczeń (no to będę wydaje się że to nie była Odra, a raczej jej mniejsze dopływy - przynajmniej ja to tak widzę, być może się mylę), wiele domów zostało wprost porwanych przez wodę. Nieznana jest też dokładna liczba (oficjalne komunikaty według mnie są zaniżane) osób, którzy ponieśli śmierć czasie tej powodzi, nie mówiąc już o tym, że nie wiemy zupełnie nic o tych, którzy odnieśli rany. Tak działa bowiem państwo zwane III Rzeczpospolita (szczególnie pod rządami koalicji 13 grudnia) od PR-u do PR-u, od weekendu do weekendu i... jakoś to będzie. Przyznam się szczerze że nie chce mi się nawet tego komentować, bo nie chcę się denerwować, a musiałbym naprawdę użyć tutaj kilku soczystych zwrotów które byłyby jednak adekwatne do tego co obecnie się dzieje pod rządami tej oto żałosnej koalicji (notabene też nie chcę być tutaj krytykiem tylko jednej opcji, powiedzmy sobie bowiem szczerze, że PiS też miał na sumieniu wiele złego i mówię to całkowicie otwarcie jako wyborca tej partii). 

Inna sprawa, to oświadczenie jakie złożył na antenie Polsatu dr. Grzegorz Chocian, ekolog, prezes zarządu "Ekotron", który stwierdził że niemiecki wywiad zwracał się do niego z propozycją współpracy, aby protestował przeciwko kluczowym dla rozwoju Polski inwestycjom. I mnie przyznam się szczerze przeraża fakt, że od roku 1990 minęło praktycznie 35 lat, a my nadal nie mamy pojęcia, jak bardzo III RP została zinfiltrowana przez niemiecki wywiad BND (który odziedziczył przecież kontakty wschodnio-niemieckiej Stasi, a ta również czerpała swoich informatorów i współpracowników w Polsce, a raczej w PRL-u, i to często było za zgodą i wiedzą komunistycznego wywiadu polskiego). Jeden z niemieckich profesorów kilka lat temu stwierdził wprost, że po roku 1990 Niemcy zbudowały sobie Polskę jako kraj taniej siły roboczej. Notabene pamiętajmy że to są te same Niemcy, które realnie nadal nie są państwem suwerennym (jak odwiedzam bowiem niemieckie fora dyskusyjne i społecznościowe, to widzę to utyskiwanie Niemców na fakt, iż ich państwo nie jest w pełni suwerenne, że jest całkowicie zależne od wpływów zewnętrznych a głównie od USA). Co prawda w latach 90-tych ów amerykański gorset kontroli nad Niemcami został znacznie poluzowany (natomiast lata rządów Baracka Obamy i obecnie tego staruszka, który śpi 17 godzin na dobę, jeszcze bardziej zmniejszyło amerykańskie zaangażowanie w Niemczech) i to dało Niemcom możliwość próby ponownego odrodzenia projektowanej (tak naprawdę od I Wojny Światowej) koncepcji mitteleuropy, czyli obszaru państwa Europy Środkowo-Wschodniej, będących tak naprawdę państwami-klientami wielkiej Rzeszy (jakkolwiek by się ona obecnie nie nazywała, cel pozostaje nadal aktualny).

Od roku 1990 niemiecki wywiad (oczywiście pomijając również nadal istniejący wywiad upadłego państwa sowieckiego, później rosyjskiego, czy też inne wywiady: jak wywiad amerykański, izraelski, francuski - pisałem na ten temat pracę licencjacką - jeszcze przed magisterką) miał tutaj prawdziwe eldorado, werbując wielu przekonanych (albo też zwiedzionych) wizją nieskończonej "miłości polsko-niemieckiej" i o wspólnym domu nazywanym Europa. Oczywiście wszystko to było podparte suto przyznawanymi stypendiami, nagrodami, czy też bezpośrednio wypłacanymi wynagrodzeniami za "dobrą służbę" dla Niemiec wspólnej przeszłości polsko-niemieckiej w zjednoczonej Europie. Bo przecież Niemcy to Europa - prawda? Zresztą oni już inaczej siebie nie postrzegają jak w kontekście europejskim i to rzeczywiście ma swoje plusy, gdyż realizacja niemieckich interesów bezpośrednio napotykałaby wiele przeszkód, ale jeżeli włożymy to w piękne opakowanie europejskie i powiemy że w interesie Europy jest "to i to" (co oczywiście jest całkowicie zgodne z interesem niemieckim - a takich przykładów jest mnóstwo) to wtedy brzmi to zupełnie inaczej. I Polacy (którzy decyzją powiedzmy sobie otwarcie zdradzieckich państw zachodnich, takich jak Francja czy Wielka Brytania, a potem również USA -  zostały wtrącone po roku 1945 {pomimo przelanej krwi w czasie II Wojny Światowej, pomimo ogromnego wkładu jakie wniosło Wojsko Polskie, polski wywiad do zwycięstwa nad III Rzeszą}, zostaliśmy oddani na łaskę i nie łaskę Sowietów) wychodząc z tego komunistycznego gówna po 45 latach realnej niewoli, zostali olśnieni wizją jedności europejskiej (pod niemieckim przewodem), wiodącą kontynent a również i świat do "końca historii" 🧐. I jurgielników znalazło się wielu. 

Pamiętam ładnych kilkanaście lat temu zdaje się że na łamach "Polityki" znalazłem taki oto tekst (niestety nie pamiętam już autora, a nie chce mi się tego szukać) "Mijają wieki, mijają lata, a Polak ma za miedzą brata" - oczywiście chodziło o "brata" zza Odry (brata ze wschodu zastąpił brat z zachodu). I jakże to było piękne, takie europejskie, że aż moja "niemiecka natura" (oczywiście w cudzysłowie 🤭) była tym wręcz zafascynowana. A mówiąc całkowicie poważnie zobaczcie jaki kraj nam zbudowano po roku 89, jak bardzo przypomina to ściernisko z mchu i paproci, podlane paździerzowym sosem. Oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim w sporej części (choć też nie takiej, jakiej bym pragnął) zmieniła się mentalność Polaków, którzy jeżdżąc po Europie przekonywali się na własne oczy że tak naprawdę w niczym nie jesteśmy gorsi od tych z Zachodu, a już na pewno w niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców. Dziś Niemcy technologicznie to jest skansen, to jest kraj który od nas powinien się uczyć jak wdrażać wszelkie technologiczne nowinki. Tam bowiem nie ma czegoś takiego jak blik, tam zapłacić kartą w sklepie to jest osiągnięcie tam przede wszystkim wciąż króluje faks. Silni są jeszcze (jeszcze!) w przemyśle samochodowym i chemicznym, ale bez wsparcia tanich rosyjskich surowców - ich gospodarka pada. 

A przecież powiedzmy sobie szczerze -  Niemcy wciąż nie rozliczyli się ze swoich zbrodni z czasów II Wojny Światowej i to wciąż nad nimi tkwi niczym miecz Damoklesa. Ja oczywiście wiem jak silna jest w Niemczech niechęć do kwestii reparacji dla Polski (i również Grecji), widać to chociażby w komentarzach na forach dyskusyjnych, gdzie podnosi się kwestie naszych ziem zachodnich. Swoją drogą to też jest ciekawe, bo jak im się mówi że Polska utraciła cały wschód, nasze Kresy Wschodnie, gdzie to nie było tak (jak widzieli to nie tylko w Berlinie, ale również w Londynie, a nawet w Waszyngtonie i po części także w Paryżu - chociaż ci się akurat się nie odzywali bo było im to na rękę) że myśmy je zrabowali ukradli Rosji, Ukrainie czy nawet Litwie. Nie, były nasze ziemie, gdzie kulturę wykuwaliśmy ciężką pracą, a nie mieczem jak "teutońska misja cywilizacyjna na wschodzie", gdzie miasta (a również i mniejsze miasteczka) były polskie - owszem otoczone morzem Ukraińców i Białorusinów, ale jednak polskie. Dopuszczaliśmy do naszej społeczności wszystkich którzy tego pragnęli, nie czyniąc dla nikogo przeszkody pod względem rasy, wyznawanej religii czy krwi - polskość bowiem to była jedność cywilizacyjna, a nie rasowa (wielokrotnie w tej kwestii powoływałem się również na własne doświadczenia rodzinne, więc już tego nie będę robił). I pod tym właśnie względem te ziemie były polskie. Chociaż - i to też musimy podkreślić niezwykle mocno - to co dzisiaj nazywamy Kresami Wschodnimi czyli utracone miasta takie jak Lwów, Grodno, Wilno, Baranowicze - to nie były realnie żadne Kresy, to było centrum państwa. My o tym dzisiaj zapominamy, ale kresami Rzeczypospolitej były: Smoleńsk, Mścisław, Czernichów, Połtawa, ale już nawet nie Witebsk, nie Mińsk i nie Kijów.

Polacy kiedyś zostali określeni jako tzw. "Hobbici Europy", którzy przede wszystkim od walki i wszelkich niebezpieczeństw wolą spokojne życie i ciepło domowego ogniska. To prawda, ale jeśli ja miałbym nas przyporządkować do jakiejś grupy ludów Śródziemia, to raczej do Roharimów z Rohanu. Zawsze walczyliśmy za innych, pomagając im i niosąc wolność, natomiast często spotykaliśmy się potem ze wzgardą, zdradą i poniżeniem. 




ODSIECZ WIEDNIA 1683 r.



SZARŻA W WĄWOZIE SAMOSIERRA (KTÓRY DLA FRANCUZÓW MIAŁ BYĆ NIE DO ZDOBYCIA) TRWAŁA 8 MINUT - 1808 r.



SZARŻA POD ROKITNĄ 1915 r.



Gdy w lipcu 2018 r. w środkowej Szwecji wybuchła fala pożarów, Polska natychmiast wysłała tam 140 strażaków wraz ze sprzętem, którzy wybitnie przysłużyli się do ugaszenia tamtejszych pożarów. Gdy w lipcu 2021 r. w Nadrenii Północnej-Westfalii doszło do powodzi, Polska wysłała 70 wozów strażackich na ratunek Niemcom. Kiedy nas spotkała taka tragedia, jakoś nikt się nie pali do tego żeby nam pomagać. O przepraszam, Tusk ponoć ma ściągnąć Bundeswehrę (😆🤭) i potem przyznam się szczerze nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Mamy prawie 300 000 strażaków ochotników, którzy posiadają ponad 12 tysięcy wozów do gaszenia pożarów (przy czym należy podkreślić że nasz sprzęt jest najlepszy w całym naszym regionie łącznie z Niemcami, gdy bowiem nasi strażacy pojechali do Szwecji, to tamci łapali się za głowy widząc nasze auta gaśnicze), poza tym są Wojska Obrony Terytorialnej czy w ogóle Wojsko Polskie, a Tusk ściąga tutaj Bundeswehrę, po co? Na miejscu, na zalanych terenach Polski pracuje jedynie 700 strażaków - 700, a cała reszta ma ponoć zakaz aby tutaj przybywać, bo władze nie chcą żeby pokazali się oni na "pisowskim sprzęcie" (to znaczy na autach zakupionych w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości), bo to by źle wyglądało pijarowo dla koalicji 13 grudnia. Jeżeli to jest prawda (w co trudno nie uwierzyć, bo oni przyzwyczaili nas do jeszcze większych debilizmów), to według mnie to jest jawna zdrada i tutaj już nie ma zmiłuj się. Jeżeli premier naszego kraju ściąga do nas obce boisko bez zgody parlamentu, to jak to nazwać. Mają nam pomagać, bundeswehra czym i po co, skoro mamy ku temu własne siły i środki? Ja nie mówię tutaj o tym żeby Niemcy nie przysłali do nas swoich straży pożarnych, czy Szwedzi, czy też inni nasi sąsiedzi, ale po co ściągać Bundeswehrę - żeby nas przyzwyczajać? A jeśli tak, to do czego?

I tutaj znów wracamy do kwestii niemieckich wpływów w Polsce. To, że na zalanych terenach nie powstały zbiorniki retencyjne w odpowiedniej ilości, to jest właśnie robota ekologów, którzy w ogromnej większości (oczywiście nie mam ku temu szczegółowej wiedzy, więc też nie będę się wymądrzał), zapewne idą na sznurku prowadzonym przez BND. Pani Zielińska była dumne, że spotykały się ze swoją odpowiedniczką z Niemiec, a panią Zielińską znamy doskonale z jej różnych bardzo mądrych wypowiedzi:


CO SIĘ ZROBIŁO W GŁOWIE TEJ KOBIETY? MIRAŻ Z MCHU I PAPROCI!? NAJTAŃSZY TRANSPORT JAKI MOŻNA SOBIE W OGÓLE WYMYŚLIĆ - CZYLI TRANSPORT WODNY ONA UWAŻA ZA NIEOPŁACALNY (😂). PYTANIE BRZMI CZY ONA TAK SAMA Z SIEBIE CZY TEŻ POD "INSPIRACJĄ"



POSŁANKI KOALICJI 13 GRUDNIA UCZĄ SIĘ O OCHRONIE ŚRODOWISKA Z GRY DLA DZIECI (PANI ZIELIŃSKA PIERWSZA Z LEWEJ, W ŻÓŁTEJ SUKIENCE PANI JACHIRA)



Podsumowując, najważniejszą kwestią jest teraz (już po pokonaniu owej powodzi, podliczeniu ofiar i strat, uporządkowaniu tamtych miejsc oraz przyznaniu poszkodowanym pomocy finansowej - bo to jest podstawa w tych warunkach, a przede wszystkim zapewnienia nowych mieszkań i to o lepszym standardzie niż mieli do tej pory. Natomiast posłanki koalicji 13 grudnia szczególnie pani Henning-Kloska twierdzi że najlepszy jest niskoprocentowany kredycik w wysokości 2,5%, niech więc powodzianie biorą kredyty, bowiem za "naszych" rządów - liberałów z Wybrzeża, nigdy niczego nie było, nie było "pinindzy", nie było inwestycji a przede wszystkim nie było rozwoju Polski) powołanie i wyjaśnienie komisji do spraw zbadania wpływów niemieckich w Polsce od roku 1990 i ukrócenia tego procederu raz na zawsze, bez względu na to jak bardzo bolesny dla niektórych będzie. Ja mam bowiem już serdecznie dosyć życia w takim popapranym kraju, w którym jurgielnicy mówią nam jak mamy żyć, jak ku...a nie miłość do Moskwy, to teraz do Berlina i Brukseli, ale jakoś nie widać w nich miłości do własnej Ojczyzny. Może więc już czas na zmiany i to zmiany gruntowne, a widzę ku temu potencjał wśród zwolenników budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który jest tak naprawdę wspierany przez zwolenników różnych partii i na tym właśnie na tym należy budować nasze polskie deep state - deep state rozwoju i potęgi Polski. Trzeba bowiem odtworzyć dawną Rzeczpospolitą, jeśli nawet nie tę Pierwszą, to przynajmniej tę Drugą.

poniedziałek, 13 lutego 2023

POST-ATOMOWA RZECZYWISTOŚĆ

CZYLI MIKROŚWIAT PO ATOMOWEJ APOKALIPSIE





Ponieważ ostatnio czytałem że rosyjskie bomby jądrowe po raz ostatni wymieniano jakieś trzydzieści lat temu (i wtedy też przeprowadzono ostatnie testy tej broni), a to oznacza, że broń ta w rosyjskich realiach jest już mocno przestarzała i nie nadająca się do użytku (gdyż żywotność głowic nuklearnych wynosi mniej więcej jakieś dwadzieścia lat). Cóż, nawet jeśli to prawda i broń ta jest już nie nadającą się do użytku, to jednak warto by się zastanowić, jak wyglądałby świat po atomowej apokalipsie. Nie chodzi mi jednak o świat rozumiany w kategoriach globalnych czy kontynentalnych, ale o ten nasz najbliższy mikroświat. Jak wyglądałyby domy, które uniknęłyby bezpośredniego zniszczenia, ale jednak zostałyby opuszczone ze względu na wysokie promieniowanie jądrowe i jak wyglądałaby najbliższa okolica po takim właśnie ataku? Proponuję więc małą podróż po już istniejących w rzeczywistości podobnych miejscach-widmach, opuszczonych przez ludzi i pozostawionych na łaskę warunków atmosferycznych i nieubłaganego czasu. 

Oto kilka z takich obrazków:
































A TO JUŻ WIZJA ARTYSTYCZNA 






















poniedziałek, 12 grudnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXVI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 

 
 

VI

MEDIA I SEANSE

Cz. III

 
 
 

 
 
SPOSOBY KONTAKTOWANIA SIĘ Z ZAŚWIATEM
Cz. II
 
 
TALERZYKI - KRYPTOSKOPY
 
 
 Innym sposobem kontaktowania się z istotami z tamtego świata są talerzyki-kryptoskopy. Potrzebny jest do tego także podwójny arkusz białego kartonu o formacie 32x25 cm wraz z planszetką. Planszetę stawiamy na tablicy medialnej (kryptoskopie). Światło lekko przyciemniamy. Obok, przy stoliku siada trzecia osoba, zapisująca litery, które wskaże kryptoskop. Na planszecie dwie osoby stawiają wskazujące palce i... spokojnie czekają. Przy pewnej medialności którejś z obecnych osób planszeta zaczyna posuwać się po stole i wskazywać na kolejne litery (zamiast planszety można zastosować talerzyk - zwykły spodek od herbaty - odwrócony dnem ku górze. Wówczas na krawędzi talerzyka rysujemy dodatkowo strzałkę). Zadajemy głośno pytania. Czy chcesz z nami rozmawiać? Jak się nazywasz?... itp. Talerzyk sunie po stole, wskazując na poszczególne litery, które dyktujemy zapisującemu. Czasem wychodzi z tego nawet i sensowne zdanie. Sam byłem obecny na kilkudziesięciu seansach tego typu. Proszę spróbować, jeżeli to kogoś interesuje. Nie wiadomo, kto kieruje talerzykiem ani kto daje temu impuls. Znany mi jest jeden przypadek, kiedy talerzyk podyktował obecnej studentce pytanie, jakie jej zadano nazajutrz na egzaminie. Nie można jednak wykluczyć i takiej możliwości, że studentka narzuciła egzaminatorowi na drodze telepatycznej myśl, zawierającą pytanie, podyktowane jej poprzedniego dnia przez talerzyk. 
 
Ale, jak wszystkie doświadczenia z dziedziny parapsychologii lub magii, tak i talerzyki-kryptoskopy kryją w sobie niebezpieczeństwo, z czego ludzie niedoświadczeni nie zdają sobie w ogóle sprawy. Jak już wspomniałem, tylko osoby doświadczone i oczytane mogą robić próby. Dr med. Carl Wickland twierdzi na podstawie kilku tysięcy przypadków wyleczonych "schizofreników", traktowanych przez naszą oficjalną naukę jako chorych na rozdwojenie jaźni, które to określenie właściwie nic nam nie mówi, że pewne typy ludzi ulegają opętaniu. O opętanych możemy przeczytać również w Starym Testamencie, co się jednak przemilcza. Nie można wymagać od nikogo, aby znał się na wszystkim, lecz dobry astrolog w ciągu kilku minut stwierdzi, czy danej osobie grozi "schizofrenia". Zależne to jest od pewnych charakterystycznych aspektów. Eksperymentowanie z takimi osobami jest szczególnie niebezpieczne. Znany w kołach parapsychologów niemieckich generał R. Peter prowadził przez wiele lat badania i doświadczenia z wykorzystaniem kryptoskopu. Jest on zdania, że na seanse zazwyczaj zgłaszają się osoby zmarłe, których identyczność często trudno stwierdzić. Ciekawe, że na wszystkich seansach udanych, po tamtej stronie występuje "kontroler", jakaś istota, która dyryguje duchem manifestującym się. 
 
We wspomnieniach generała Petera czytamy, iż, kiedyś uczestniczył w seansach, gdzie jako zdolne medium występowała młoda dziewczyna. Jako istota kontrolująca przedstawiała się nieznana bliżej Paulina. Na ósmym z kolei seansie z jej udziałem Paulina oświadczyła, że już się nie zgłosi. Zapytana o powód - odparła: 
 
- Bo się już nauczyłam tego, co mi było potrzebne, aby przejść do wyższej sfery.
 
- Czego się nauczyłaś? - zapytano.
 
- Poznawać unum Deum omnipotentem (jednego wszechmogącego Boga). 
 
Nie jest tu ważny sens odpowiedzi, będącej początkiem modlitwy: Wierzę w Boga wszechmogącego. Istotny natomiast jest fakt, że medialna dziewczyna, prowadząca palcami talerzyk, nie znała języka łacińskiego.
 
Pewnego razu - pisze dalej generał R. Peter - poprzez kryptoskop zgłosił się jakiś fakir, rzekomo zmarły na dżumę w roku 376.
 
- Przed, czy po Chrystusie? - spytał generał Peter.
 
- Czy ty nie wiesz, że my, Mahometanie liczymy lata od roku ucieczki Proroka? 
 
Medium tego nie wiedziało, a generałowi nie przyszło to na myśl. 
 
Możliwe, że w doświadczeniach z zakresu parapsychologii pewną rolę gra podświadomość medium lub osób obecnych na seansie. Nie ulega jednak wątpliwości, że w niektórych przypadkach należy szukać wyjaśnień w teorii spirytystycznej, której zdaniem na seansach manifestują się osoby zmarłe. W każdym razie musimy przyznać, iż wyjaśnienie o zaangażowaniu się podświadomości właściwie niczego nam nie tłumaczy. Jak mówi Mefistofeles w "Fauście" Goethego: "Gdzie nam brak właściwego określenia, tam tworzymy słowo". 
 
W czasopiśmie angielskim "Quarter by Transactions of the British College of Psychic Science" (tom V, nr 4) ze stycznia 1927 roku znajduje się ciekawe sprawozdanie niemieckiego skrzypka, profesora Florizela von Reutera o jego eksperymentach z kryptoskopem. Profesor zapoznał się z kryptoskopem w domu znajomego aptekarza w Magdeburgu. Z początku nie wychodziło z tego nic. Razem z matką wodzili talerzykiem po stole (matka uchodziła za osobę medialną). Po kilku bezowocnych seansach zgromadziło się po "tamtej" stronie mnóstwo chętnych, którzy zaczęli przemawiać poprzez talerzyk w dziewięciu językach. Początkowo informacje otrzymywane tą drogą zapisywano na ślepo, a później dawano je do przetłumaczenia. Wypowiedzi były dowcipne i inteligentne. Wygłaszano aforyzmy, epigramy i różne mądrości życiowe.
 
Pierwszy komunikat nadała istota kontrolna w błyskawicznym tempie. Był to podobno jakiś grecki święty, żyjący na naszym świecie około 470 r. Tekst był nawet dla tłumacza niezrozumiały. Dopiero po dłuższych dociekaniach wyjaśniło się, iż był nadawany wstecz. Takie lustrzane pismo stosowane jest nieraz w zaklęciach magicznych pochodzących z wieków średnich. 
 
- Mam siedem obowiązków - oświadczył rzekomy święty. - Strzegę, oszczędzam, obserwuję, ostrzegam, czuwam, pilnuję, sprawdzam. 
 
Nie można powiedzieć, aby po 1400 latach te "obowiązki" miały jeszcze jakiś sens. 
 
Oprócz świętego zgłosili się dwaj francuscy muzycy. Jeden z nich nadawał swój tekst częściowo po francusku, a częściowo po włosku. Inne istoty nadawały swe komunikaty w językach: łacińskim, rosyjskim, węgierskim, a nawet islandzkim. Nie sposób tu wymienić wszystkich chętnych z tamtego świata, szukających kontaktu. Ważnym szczegółem jest jednak fakt, że matka wspomnianego profesora Reutera wodziła kryptoskopem sama, bez niczyjej pomocy i dla kontroli miała zawiązane oczy. 
 
Do grona najsławniejszych mediów "talerzykowych" w okresie międzywojennym należała Angielka, pani Travel Smith, córka znanego profesora literatury, Doudana. Eksperymentował z nią znany angielski fizyk, profesor William F. Barret. Doszedł on do wniosku, iż nie ma tu mowy o jakiejś podświadomości, o rozdwojeniu jaźni i innych określeniach mających niejasną interpretację. 
 
- Na seanse przybywają - twierdzi profesor z całą stanowczością - istoty z tamtego świata.
 
Tego samego zdania jest angielski pisarz Bradley, bliski współpracownik profesora Barreta. Wspomniani badacze zapraszali na seanse specjalistów z różnych dyscyplin oficjalnej nauki. Na ich fachowe pytania - dla obecnych niezrozumiałe - natychmiast otrzymywano odpowiedź właściwą, nawet jeśli chodziło o trudne zagadnienia naukowe. Mimo otrzymywania pozytywnych wyników w przeprowadzonych doświadczeniach pani Travel Smith jest zdania, że ona nie ma kwalifikacji medialnych, bo w jej życiu nic się szczególnego nie zdarzyło, a prawdziwie uzdolnione medium nie może uniknąć kontaktów z zaświatem chociażby i tego chciało. Istoty z tamtej strony życia narzucają się same. Dlaczego tak jest? Na to pytanie odpowiedź znajdziemy w znanej książce doktora Carla Wicklanda: "30 lat wśród zmarłych". Pisze on tam m.in.: "Osoby medialne posiadają świetlistą aurę, widoczną dla istot z tamtego świata". Zdarza się często, że i osoby żywe dostrzegają aurę. Osoby takie "widzą" czyjeś choroby, nastrój psychiczny i inne cechy. Znana z tej umiejętności jest mieszkanka Szczecina, pani Barbara Leńczuk. Testowanie jej przez lekarzy dało wręcz rewelacyjne wyniki. Oczywiście, wspaniałe cechy pani Basi są znacznie mocniej doceniane za granicą, w myśl przysłowia, że nikt nie może zostać prorokiem we własnym kraju. 
 
Pewne, nawet minimalne kwalifikacje medialne, ma większość mieszkańców Ziemi, Są one jednakże utajone, poniekąd w stanie uśpienia. Mogą się rozwijać, jeżeli ktoś tymi zagadnieniami będzie się interesował, zacznie o nich myśleć i studiować literaturę przedmiotu. Zdaniem wielu parapsychologów co najmniej 50% ludzi ma w swym życiu jakieś przeżycia z dziedziny parapsychologii. Milczą jednak, bojąc się ośmieszenia ze strony ignorantów. W podobnej sytuacji są liczni uczeni. Milczą więc, gdyż zawistna konkurencja czeka tylko na taką "kompromitację", jak uznanie faktów, które faktycznie nie mają prawa istnieć. 
 
Lecz powróćmy do wspomnień pani Travel Smith. Pewnego wieczoru siedziała ona wraz z przyjaciółką nad kryptoskopem. Przez dwie godziny cierpliwie czekały na kontakt. Bez skutku. Gdy przyjaciółka zabierała się już do wyjścia, pani Travel Smith poczuła nagle chęć powtórzenia eksperymentu. Było to w Londynie w roku 1912.
 
- Statek tonie... Wszystko stracone... William Stead za burtą... Kobiety i dzieci płaczą... Lament ogólny... 
 
- Nie miałyśmy pojęcia co to miało znaczyć - powiedziała później pani Smith. - Ale rankiem usłyszałam nawoływania gazeciarzy na ulicy. Wybiegłam na ulicę, aby kupić dodatek nadzwyczajny. Było to zawiadomienie o katastrofie statku "Titanic", na którego pokładzie znajdował się sławny angielski uczony William Stead (co ciekawe, ten sam Wiliam Stead w 1886 r. opisał dokładnie taką samą katastrofę pasażerskiego liniowca, jaka miała miejsce w 1912 r. w czasie katastrofy Titanica. Pikanterii całej sprawie dodaje jeszcze fakt, że w owym opowiadaniu sprzed 26 lat zgadzało się nawet nazwisko kapitana statku "Smith" - a Edward Smith był kapitanem Titanica - a także fakt, iż zatonięcie setek osób spowodowane było brakiem dostatecznej liczby szalup ratunkowych - podobnie jak to miało miejsce na Titanicu). Sceptyk powie, iż był to przebłysk jasnowidzenia. Lecz w rzeczywistości będzie to wyjaśnienie kłopotliwe, nie tłumaczące niczego. Tak czy owak był to wspaniały dowód czegoś, czego nie rozumiemy, czego nie znamy i z czego ignoranci się śmieją, wystawiając sobie świadectwo ubóstwa umysłowego.
 
 
 OSTATNIE NAKRĘCONE SCENY Z ZATONIĘCIA TITANICA
 

 
Angielski miesięcznik "Proceedings" z roku 1920 w tomie XXX wspomina o następującym wypadku. Pani Travel Smith i pani Lennox Robinson, także osoba o kwalifikacjach medialnych, zasiadły pewnego wieczora do stolika. Zawiązano im oczy. Zapis prowadził dziennikarz Savell Hicks. Uczestnicy seansu wiedzieli już o tym, że zatopiono statek pasażerski "Lusitania" (7.05.1917 r.), lecz szczegółów jeszcze nie znano. Zadano więc pytanie:
 
- Ile osób zatonęło w wyniku zatopienia "Lusitanii"? 
 
Odpowiedź:
 
- 470. Módl się za Hugh Lane. Utonął.
 
- Kto mówi?
 
- Hugh Lane. 
 
Obecni nie wiedzieli, że na statku znajdował się ich znajomy Hugh Lane. Nastąpił dłuższy komunikat z prośbą o zawiadomienie znajomych artysty. Podane adresy były zgodne ze stanem faktycznym. Tytułem próby nadano alfabetowi inne położenie. Media nie wiedziały o tym, miały zawiązane oczy.
 
- To mi nie przeszkadza - podyktowano w odpowiedzi. 
 
Któregoś dnia wspomina pani Barret zgłosiła się jakaś obca kobieta, mieszkająca za życia doczesnego na przedmieściach Londynu. Oświadczyła, że zmarła przed dwoma dniami. Bardzo cierpiała, umierając. Kilku z obecnych udało się nazajutrz pod wskazany przez kobietę adres. Okazało się, że podane przez kryptoskop informacje były zgodne z rzeczywistością.
 
 
 
PS: W kolejnej części/ach przedstawię pismo automatyczne i malarstwo medialne jako metody skontaktowania się z istotami z Tamtego Świata. A potem przejdziemy już do zagrożeń czyhających na niedoświadczonych żartownisiów, twierdzących że dla zabawy można spróbować "wywołać sobie ducha". Jednym z niebezpieczeństw tego typu jest imienne wzywanie ducha (nigdy nie wolno tego czynić), oraz pokusy dotknięcia zjawy (tego również nie należy czynić - a dlaczego, o tym będzie w kolejnych częściach)
 
 
CDN.
 

czwartek, 18 czerwca 2020

TRAGEDIA "MEDUZY"

CZYLI CZY TY STRZELASZ, 

CZY DO CIEBIE STRZELAJĄ,

JEDEN HUK!




 
 Miałem dziś napisać parę słów na temat tej marksistowskiej rewolty, która obecnie przetacza się po ulicach miast w USA, Wielkiej Brytanii, Francji (a jej odprysk widać też i w Hiszpanii) - uznałem jednak że na razie poczekam jak rozwinie się sytuacja (podobnie czyni Donald Trump, wyczekując kiedy wreszcie amerykańscy obywatele zwrócą się do niego z prośbą o pomoc przed zalewającym Amerykę lewackim bandytyzmem). Ponieważ jednak od tego tematu całkowicie uciec się nie da, postanowiłem dziś zaprezentować szanownym czytelnikom - jak mogłoby wyglądać w rzeczywistości społeczeństwo, w którym nie ma żadnego prawa i porządku, w którym policja stoi i bezradnie przygląda się rabowaniu mienia przez bandytów (w obawie o oskarżenia o rasizm), albo też klęka i przeprasza czarnoskórych przestępców za całkowicie wydumany "biały przywilej". Obraz, który pokażę dziś, jest kwintesencją marksizmu w skali mikro i niechybną przyszłością świata, w którym zatriumfuje ideologia lewicowej nienawiści do człowieka, społeczeństwa, tradycji, rodziny a nawet do życia. Może na pierwszy rzut oka owe skojarzenie wyda się nieco nietrafione, to jednak (biorąc pod uwagę te wszystkie koncepcje do których dąży współczesna lewica - czyli mit "pięknego i szlachetnego dzikusa"), są jak najbardziej adekwatne. Neomarksiści chcieliby bowiem cofnąć nas do epoki pierwotnej, w której nie istniałyby takie "narzucone wzorce" jak naród, rodzina czy po prostu pojęcie mężczyzna i kobieta. Chodzi więc o to, aby wszystko wróciło do stanu pierwotnego, całkowicie wolnego, niczym nieskrępowanego i żeby każdy mógł żyć tak - jak tego zapragnie, oraz posiadać to, na co tylko przyjdzie mu ochota. Problem zaczyna się jednak dopiero wtedy, gdy okaże się że owych dóbr zacznie brakować - bowiem wszystko zostało już rozkradzione w początkowej fazie rewolucji. A gdy do tego dojdzie głód - który nieodzownie towarzyszy wszelkim tego typu marksistowskim eksperymentom społecznym (jak np. w Seattle - gdzie powstała "eksterytorialna" komuna i gdzie co prawda na razie jeszcze trwa ogłupiająca radość i zabawa, ale już wkrótce zacznie się tam prawdziwa klęska głodu, bowiem owe "sierotki" po Marksie i Leninie nadają się co najwyżej do urządzania ulicznych burd, rabowania sklepów, niszczenia samochodów i palenia materacy bezdomnym amerykańskim weteranom, oraz mordowania zwierząt na ulicach - ale nie do pracy, w tym pracy na roli, która choćby w połowicznym kształcie mogłaby zapewnić przynajmniej częściowe wyżywienie dla owej komuny), wówczas skończy się bandycka ruchawka Black Lives Matter i Antify, a zacznie prawdziwa walka o... życie. 

A tam gdzie idzie o życie, tam kończą się wszelkie ideologiczne brednie o rasizmie, o heroicznej walce w imię pamięci po "łagodnym olbrzymie" - ćpunie i przestępcy - George Floydzie (notabene już krążą na ten temat dowcipy: redaktor CNN zapytuje się jednego czarnoskórego demonstranta jak bardzo wstrząsnęła nim wiadomość, że ci rasistowscy biali policjanci z zimną krwią zamordowali jego brata. Ów Murzyn odpowiada: "To był dla mnie prawdziwy cios z którego wciąż nie mogę się podnieść. Dlatego też z pobliskiego sklepu wziąłem sobie tylko dwa telewizory, laptop, kilka ubrań i buty, ale wciąż wierzę że sprawiedliwości stanie się zadość"). Gdy dojdzie do totalnej już anarchii i przykładów kanibalizmu i gdy wzburzony prekariat obróci się przeciwko swoim "dobroczyńcom" (tym, którzy wręcz namawiali, nadzorowali i wspierali owe rozróby - czyli tym wszystkim lewicowym politykom ze Wschodniego i Zachodniego Wybrzeża, tym gubernatorom którzy klękali przed rozwydrzonym motłochem, tym "dziennikarzom" z CNN, BBC, CNBC, MSNBC etc., a przede wszystkim tym, którzy kreują owe antycywilizacyjne ruchy z myślą o instalacji NWO - globalnego społeczeństwa, odgórnie zarządzanego przez totalitarystów, o których w mediach "głównego ścieku" nic się nie mówi). A wówczas - zgodnie z wytycznymi Marksa - wprowadzi się terror i zainstaluje na całego "Nowy, Wspaniały Totalitaryzm". A czarnoskóry prekariat? Cóż, Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść - jeśli zaczną podskakiwać, to staną się pierwszymi ofiarami tego nowego świata, podobnie jak pierwszymi ofiarami bolszewików w Rosji Sowieckiej, stali się robotnicy i chłopi, w imię których przecież owi bolszewicy walczyli z kapitalistami. Takiego zamordyzmu, jaki wprowadził robotnikom i chłopom Lenin a następnie Stalin, nie doświadczyli oni nigdy wcześniej, nawet za czasów okrutnego, carskiego poddaństwa. Dlatego też zbiera mi się na wymioty, gdy widzę jak czarnoskóra społeczność w USA jest oszukiwana i jak próbuje się im (niestety często skutecznie) prać mózgi, wmawiając że we współczesnej Ameryce czai się na nich jakiś "biały rasizm" (podobnie jak kobietom próbują feministki wmówić, że ich największym wrogiem jest dziś biały, heteroseksualny mężczyzna). Czarnoskórzy (i ewentualnie kobiety oraz homoseksualiści) mają obecnie spełnić rolę robotników i chłopów z leninowskiej Rosji. A potem owe "mięso armatnie" wyrzuci się na śmietnik, tak samo jak to uczyniono w Związku Sowieckim, zamieniając chłopów i robotników w prywatnych niewolników nowego ustroju. 

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu, który właśnie zamierzam poruszyć. Otóż dziś zaprezentuję jedną z największych katastrof (również w skali społecznej) XIX wieku, a z pewnością największą katastrofę morską tamtego stulecia. Mam tutaj oczywiście na myśli tragedię francuskiego okrętu "Meduzy" z 1816 r., która dla ludzi żyjących w XIX wieku, była dokładnie tym samym, czym dla współczesnych było (i jest do tej pory) zatonięcie "Titanica" w 1912 r. Dziś historia rozbitków z okrętu "Meduzy" jest już praktycznie zapomniana, a warto o niej przypomnieć, bowiem okropności jakie wyrosły u tamtych ludzi, są oczywistym wzorcem skonfrontowania lewicowych mrzonek o "szlachetnym dzikusie" (jak np. historia Indian amerykańskich, których zaczęto w pewnym momencie idealizować, opowiadając bajki jak to wspaniały i zgodny z naturą wiedli żywot i jak to owi przebrzydli koloniści wszystko zniszczyli. Takie filmy jak "Tańczący z wilkami" czy nawet "Avatar" - pokazują wspaniałe społeczeństwo, żyjące w zgodzie z odwiecznymi prawami świata, nie ma tam jednak wielu odniesień do faktu, że Indianie wcale nie zabijali bizonów tylko dla pożywienia, ale również dla zysku. Często urządzali wręcz masowe polowania na te zwierzęta, aby potem sprzedać je "białym kolonistom" w zamian za paciorki lub alkohol. Podobnie mordy rytualne, dokonywane przez kapłanów przed przybyciem Europejczyków do Ameryki Środkowej - były przykładem wręcz zwierzęcego barbaryzmu tych ludów i tych plemion). Zawsze bowiem, wcześniej czy później w sytuacji ekstremalnej następuje powrót do "zezwierzęconej" natury człowieka, który gotów jest zabijać aby tylko samemu przeżyć. I o tym właśnie będzie w opowieści o "Meduzie", której tragedię w wymowny sposób oddał w 1819 r., francuski malarz - Théodore Géricault w swym obrazie: "Tratwa Meduzy". Historia tego okrętu pokazuje dobitnie, że po rozmontowaniu wszelkich społecznych i cywilizacyjnych bezpieczników (a temu doskonale sprzyja chociażby głód), powstaje próżnia w której odnaleźć się mogą tylko najsilniejsze jednostki - kosztem całej reszty. Tak więc przytaczając słowa Wacława Kowalskiego (nieśmiertelnego Pawlaka z "Samych Swoich"): "Czy to ty strzelasz czy do ciebie strzelają - jeden huk" - więc po co nam policja? wystarczy Antifa i Black Lives Matter na ulicach 😒.             



KATASTROFA OKRĘTU "MEDUZA
i GEHENNA JEGO PASAŻERÓW
(1816 r.)






 Cesarz Napoleon Wielki abdykował 6 kwietnia 1814 r. 20 kwietnia opuścił pałac w Fontainebleau by udać się na wyspę Elbę (która stała się jego dożywotnim władztwem) a na którą dotarł 3 maja. Paryż został zdobyty przez siły rosyjsko-austriacko-pruskie 30 marca, zaś Ludwik XVIII Burbon odzyskał władzę we Francji dnia 3 kwietnia 1814 r. Wraz z królem powróciło do ojczyzny wielu arystokratów, którzy często od ponad dwudziestu lat pozostawali na obczyźnie i nie zamierzali godzić się na żadne kompromisy. Ci - oderwani od rzeczywistości i żyjący w dawnym świecie, którego we Francji już nie było - emigranci, wyposzczeni i aroganccy, domagali się utraconych przywilejów, majątków i nowych stanowisk oraz nadań. Często jednak ich kompetencje na nowych stanowiskach odrodzonego królestwa były mizerne - choć oni tym akurat najmniej się przejmowali, uważając że sama ich pozycja społeczna nobilituje do zajmowania najwyższych urzędów w państwie (Stendhal pisał o tych politycznych emigrantach: "Nic nie potrafią, a domagają się wszystkiego"). Arystokraci z "chambre introuvable" ("nie odnalezionej komnaty" - czyli osobiście służący niegdyś królowi), oraz ci drudzy - pałali żądzą zemsty za lata wygnania, upokorzeń i niedostatku, przemieniając swoje żądze w czyn i urządzając polowania na byłych oficerów, żołnierzy lub urzędników z czasów napoleońskich, którzy nie chcieli (lub nie mogli) złożyć przysięgi na wierność Ludwikowi XVIII. Te krwawe samosądy szybko otrzymały nazwę "Białego Terroru" i stały się prawdziwą plagą, szczególnie w południowych i zachodnich prowincjach kraju. W wojsku również nastąpiła prawdziwa czystka, a oficerowie musieli udowadniać swą wierność królowi, który to otoczył się gwardią złożoną z emigrantów - służących wcześniej w obcych armiach i walczących z Francuzami na wielu polach bitew. Poza tym król twierdził że Napoleon: "Popsuł mu Francję!", gdyż zmuszony był nadać obywatelom tzw.: "Kartę" (4 czerwca 1814 r.), nadającą ustrój monarchii konstytucyjnej (przynajmniej teoretycznie). Dawała ona Francuzom wolność osobistą, równość w sądach, nienaruszalność majątków nabytych w okresie Rewolucji i Cesarstwa. Parlament składał się z Izby Deputowanych i Izby Parów, jednak rząd pozostawał mianowany i zależny od króla, a nie od Parlamentu.

Ludwik XVIII początkowo odmówił także uznania trójkolorowej flagi i powrócił do białego sztandaru Burbonów (ozdobionego złotymi liliami, choć lilie pominięto aby nie drażnić ludu). Napoleon w rozmowie z gen. Henri Gatien Bertrandem stwierdził, że Burbonowie igrają z ogniem, bowiem chcą co prawda odzyskać swoje dawne zamki i pałace, ale jednocześnie gdy zaczną zrażać do siebie lud, to ten przepędzi ich w ciągu sześciu miesięcy. Bertrand nie dawał jednak temu wiary. Niezadowolenie Francuzów z nowych rządów i powrót do starych zwyczajów, było szczególnie silne w wojsku, w którym - pomimo zakazu - wciąż obchodziło się urodziny Cesarza (15 sierpnia). Podczas tego święta w 1814 r., doszło do znieważenia symboli królewskich i podeptania białych kokard - symbolu odrodzonej monarchii - przez żołnierzy, którym odmówiono celebrowania dnia "Dnia Napoleona". Te wszystkie wieści dotarły szybko również i na Elbę, gdzie - ku zdumieniu brytyjskich parlamentarzystów Fazakerleya i Vernona, którzy odwiedzili Cesarza na wyspie - tamtejszy pałac przemieniono w prawdziwy cesarski dwór, z setką grenadierów strzegących wejścia (ubranych w mundury z czasów Cesarstwa), etykietą i służbą. Była to zaledwie zapowiedż tego, co już wkrótce miało nadejść, gdyż Napoleon skrupulatnie śledził wieści z Francji, czytając nie tylko gazety (w których często przedstawiano go jako potwora, połykającego państwa i narody), ale również wypytywał swoich zwolenników o nastroje ludu - a te wcale nie były dobre. Francja ponownie zaczęła kipieć niechęcią do odrodzonej monarchii i z nadzieją wyczekiwała zmian, choć nie było jeszcze wówczas wiadome jakie to mają być zmiany. Zwycięskie mocarstwa koalicji anty-napoleońskiej pozwoliły Cesarzowi zachować jego tytuł, władzę nad maleńką Elbą (kiedyś opiszę jak Cesarz spędzał czas na Elbie i jak wypełniał tam swoje zadania) oraz na utrzymanie przez niego 675 francuskich żołnierzy cesarskiej gwardii, 54 polskich szwoleżerów gwardii, batalionu sformowanego z miejscowych, oraz batalionu Korsykanów. Były to niewielkie, wręcz nic nie znaczące siły i Napoleon przy ich pomocy nie mógł niczego zdziałać. Ale, lud francuski coraz częściej - miast okrzyków "Vive Le Roi!" - wznosił okrzyki: "Vive L'Empereur!" i to była jego ogromna szansa. Poza tym ciążyło mu życie bez żony i syna (Maria Ludwika - córka cesarza Austrii Franciszka I Habsburga - otrzymała tytuł księżnej Parmy i tam właśnie przeniosła się wraz z synem: Napoleonem Franciszkiem Józefem Karolem Bonaparte, zwanym po prostu Napoleonem II lub "Orlątkiem". A potem wdała się w romans i poślubiła hrabiego von Neipperga, z którym doczekała się trójki dzieci). Napoleon myślał sobie zapewne tak: mam gnić na tej wyspie i czekać aż Burbonowie przyślą mordercę, jednocześnie upokarzając mnie i odmawiając kontaktów z żoną i synem? Czy też ruszyć do Francji, zwyciężyć i znów połączyć się z rodziną? Odpowiedź była prosta i Napoleon był już na nią od dawna gotowy mawiając czasem: "Na Elbie zapomniano, że kiedyś byłem cesarzem królów".

Napoleon opuścił brzegi Elby w poniedziałek 27 lutego 1815 r. rano i po wyminięciu francuskich okrętów patrolowych (mających czuwać by Bonaparte nie uciekł z wyspy), już 28 lutego dotarł do brzegów Italii (wówczas jednak te ziemie wciąż jeszcze należały do Francji - piszę "jeszcze" ponieważ na Kongresie Wiedeńskim uzgodniono że zostaną one włączone do odnowionego Królestwa Sardynii), lecz na ląd zszedł dopiero w środę 1 marca w Zatoce Juan nieopodal Genui. Następnie Cesarz przeszedł przez miasteczka: Escragnolles, Seranon i Castellane - ale nie było tam zbyt wielkiego entuzjazmu jego osobą (Południe pozostawało raczej nastawione pro-rojalistycznie), ludzi jednak przyciągała doń głównie ciekawość. Dopiero w Sisteron tamtejszy garnizon pozdrowił Napoleona gromkim "Niech żyje Cesarz!" W Gap to samo, rozentuzjazmowane tłumy cisnęły się, by na własne oczy ujrzeć swojego Cesarza, pojawiły się też głosy: "Śmierć Burbonom", "Arystokratów na latarnie". W dalszej drodze na Paryż, do niewielkiego oddziału Napoleona, przyłączali się okoliczni wieśniacy - Napoleon starał się ich od tego odwieść (nie chodziło mu bowiem o ponowną rewolucję, a jedynie o odzyskanie tronu Francji), ale nie wszystkim udało się to wyperswadować i poszczególne grupki, uzbrojone w widły i kosy szły razem u boku cesarskich oddziałów. W wąwozie Laffrey po raz pierwszy drogę Napoleonowi zastąpiło (co prawda nieliczne, ale) regularne wojsko z 5 regimentu liniowego. Żołnierze wymierzyli swoje karabiny, a Cesarz, odsłaniając poły płaszcza szedł w ich kierunku, mówiąc: "Żołnierze, jestem waszym cesarzem. Jeśli wśród was jest choć jedna osoba, która chce strzelić do swojego cesarza - oto jestem!" Nikt się nie odważył wystrzelić, a wkrótce cały regiment dołączył do Napoleona. Potem Cesarz rzekł do gen. Drouta: "Jeśli tu nie zginąłem, zdobędę Paryż bez jednego wystrzału".




W dalszej drodze jeszcze wielokrotnie wysyłane przez króla wojsko, przyłączało się do Bonapartego (tak się stało np. pod Grenoble).7 marca 1815 r. Cesarz wkroczył do Grenoble i wówczas miasto  ogarnął szał tłumów, każdy bowiem chciał być jak najbliżej wkraczającego Cesarza, ludzie sypali  kwiaty pod stopy żołnierzy, wynosili wodę i żywność (choć początkowo obawiano się że woda może być zatruta, ale szybko obawy te zostały rozwiane). Onieśmielony takim powitaniem Napoleon rzekł: "Do Grenoble byłem tylko awanturnikiem, teraz znów jestem cesarzem". 10 marca w Lyonie (z którego wcześniej uciekły dotychczasowe władze, w tym sprawcy "Białego Terroru", jak choćby hrabia d'Artois) sytuacja się powtórzyła, wszędzie Napoleon witany był owacyjnie i przyjmowany z najwyższym dostojeństwem. 11 maja 1815 r. w Lyonie, w pałacu hrabiego d'Artois, Cesarz Napoleon wydał swoje pierwsze dekrety, w których rozwiązywał dwór królewski w Paryżu, znosił wszelkie rozkazy Ludwika XVIII i przywracał trójkolorowy sztandar, jako oficjalną francuską flagę, skazując jednocześnie na banicję wszystkich zdrajców, którzy w latach 1795-1814 nie powrócili do Francji (mawiał o nich: "Niech wracają tam, skąd przyszli, skoro przez te wszystkie lata tak dobrze im szło przyjmowanie rozkazów z obcych dworów"). Pisze też list do żony, do Schönbrunn, w którym umieszcza takie oto słowa: "Pani i droga przyjaciółko, powróciłem na mój tron (...) Kiedy otrzymasz ten list, będę już w Paryżu. Przyjedź do mnie z moim synem. Mam nadzieję Cię uściskać przed końcem marca. Cały Twój, Nap." Do Napoleona dołączają wciąż nowi oficerowie i żołnierze (nawet bataliony z Villejuif - uważane dotąd za najwierniejsze królowi), Ludwik XVIII zostaje zupełnie sam i musi uciekać z Paryża - 19 marca 1815 r. (ponoć rzekł wówczas ze smutkiem: "I cóż? To już koniec?" po czym dodał: "Niebywałe! W kilka dni odzyskał całą Francję"). Do Napoleona przybył marszałek Ney - ofiarując mu swoją szpadę i jednocześnie próbując się usprawiedliwiać czemu przeszedł na stronę króla. Cesarz ponoć odrzekł wówczas doń: "Nie musi się Pan usprawiedliwiać. Pańskim usprawiedliwieniem, podobnie jak i moim, są wydarzenia, które są silniejsze niż ludzie. Nie mówmy już o przeszłości i pamiętajmy o niej tylko po to, aby raźniej iść w przyszłość" - po czym oboje padli sobie w ramiona.




19 marca - po prawie jedenastu miesiącach od swego wyjazdu - Napoleon ponownie wkroczył do Fontainebleau. 20 marca 1815 r. Cesarz Napoleon wjechał zaś do Paryża, gdzie lud radośnie wiwatował na jego cześć. Strach i niepewność była jednak wciąż obecna wśród elit, które wolały na razie trzymać się z boku i w nic nie angażować, a jednocześnie niczemu też nie przeszkadzać - wyczekując co będzie dalej. Napoleon wszedł do Pałacu Tuileries, gdzie wszystko (poza poszerzonym tronem - specjalnie skonstruowanym dla otyłego Ludwika XVIII) wyglądało po staremu, tak jakby nic się nie zmieniło - tak jakby Cesarz powrócił jedynie z długiej, jedenastomiesięcznej kampanii wojennej. Kilku dygnitarzy przybyło połączyło się z Napoleonem, ale sporo z nich uciekło wraz z królem - większość zaś przyjęła postawę wyczekującą, nie wszyscy jednak mogli sobie na to pozwolić. Do Tuileries przybyła np. Hortensja de Beauharnais wraz ze swoimi dziećmi, aby wytłumaczyć się dlaczego przez tyle czasu nie interesowała się losem męża własnej matki. Rozpłakana próbowała się usprawiedliwiać - mówiąc że chciała pozostać przy boku swej umierającej matki (Józefina zmarła 29 maja 1814 r.). To można jeszcze zrozumieć, ale jej wiernopoddańcze hołdy dla Ludwika XVIII - czym były jeśli nie jawną zdradą? Tak bardzo chciała zachować swe tytuły i majętności, które otrzymała tylko dzięki Napoleonowi? Cesarz często w tych dniach mawiał (co również znalazło odzwierciedlenie w jego listach): "Tacy właśnie są ludzie". Nic dodać, nic ująć. Nie odezwała się również Maria Ludwika (która już wówczas grzała łoże z hrabią Neippergiem), choć do Paryża przyjechała Maria Walewska wraz z synem. Cesarz ujrzał chłopca i obiecał im pomoc finansową. Jednak koniec końców napoleoński eksperyment nie powiódł się, a klęska Cesarza w bitwie z Brytyjczykami, Prusakami i Holendrami pod Waterloo (18 czerwca 1815 r.), ostatecznie przypieczętowała los odradzającego się Cesarstwa. Napoleon zaś został zesłany na odległą wyspę Atlantyku - Św. Helenę, gdzie ostatecznie dokończył swego żywota (5 maja 1821 r.). Do Francji ponownie wrócił zaś król Ludwik XVIII, a wraz z nim cała plejada rządnych władzy i stanowisk arystokratów. 




Jednocześnie Francuzi całkiem nieźle wyszli z nowego podziału Europy, uzgodnionego w Wiedniu (na tzw.: "Tańczącym Kongresie"), odbywającego się od września 1814 r. do czerwca 1815 r. Nie tylko że Francuzi nie zostali obłożeni żadnymi odszkodowaniami wojennymi, to jeszcze nie utracili żadnych własnych ziem (Prusacy np. już wówczas żądali dla siebie Alzacji i Lotaryngii, ale zgodnie sprzeciwiły się temu Wielka Brytania jak i Austria - którzy poparli Francję), choć musieli powrócić do granic z 1792 r.. Chytrość i przebiegłość dyplomatyczna, oraz niezwykła biegłość polityczna reprezentanta Francji na Kongresie - Charlesa-Maurice de Talleyranda (o którym Napoleon mawiał iż jest to: "Gówno przyobleczone w jedwabne pończochy", ale nawet Cesarz cenił sobie kunszt polityczny Talleyranda, który miał tę niesamowitą zdolność, iż potrafił przekuwać w dyplomatyczne zwycięstwa - militarne porażki, w myśl starej zasady: "Generałowie są po to, by wygrywać wojny. Dyplomaci zaś po to, by myśleć co się stanie gdy generałowie wojnę przegrają"), wyniosła pokonany kraj (który to już na początku obrad Kongresu, koalicjanci chcieli wykluczyć z obrad i jedynie przekazać mu wspólnie uzgodnione warunki) do rangi jednego z europejskich mocarstw i gwaranta stabilizacji na Kontynencie. Mało tego, Francuzom udało się zachować kilka wcześniejszych zdobyczy terytorialnych, jak choćby część okręgu Saary oraz miasta w Sabaudii: Chamberry i Annecy. Francja otrzymała również Senegal w Afryce Zachodniej, więc co prawda wyszła z tych wojen co prawda skrwawiona, ale jednak terytorialnie i politycznie wzmocniona (gorzej mieli chociażby Włosi, Niemcy i Polacy, których Kongres całkowicie pominął - zmuszając tych pierwszych i drugich by wciąż żyli w stanie rozbicia terytorialnego i wzbraniając im zjednoczenia, tych ostatnich zaś, by pozostali pod rządami trzech zaborców, odmawiając im pełnego prawa do niepodległości). I właśnie historia z otrzymaniem Senegalu, wiąże się bezpośrednio z tematem, do którego teraz dopiero zamierzam przejść.

Otóż dnia 17 czerwca 1816 r. z portu w Aix wypłynęła eskadra czterech okrętów ("Meduza", "Loara" "Argus" i "Echo"), w celu objęcia we władanie nowej, zamorskiej prowincji w Afryce. W czasie wyprawy jednak owa eskadra została skutecznie rozproszona przez silne sztormy, a 2 lipca (w wyniku błędów niedoświadczonego kapitana okrętu - hrabiego Hugues Duroy de Chaumereys -  niedawnego emigranta, mianowanego przez nowy rząd dowódcą nie w wyniku jego kompetencji, a jedynie lojalności i anty-napoleonizmu) "Meduza" osiadła na mieliźnie u brzegów Mauretanii. Wówczas było już pewne że okręt zatonie i należało czym prędzej ewakuować wszystkich pasażerów. Wsadzono więc wszystkich notabli i ich rodziny w szalupy okrętowe, które mieli skierować do brzegów Afryki. Pozostałym pasażerom dopomożono w zbudowaniu gigantycznej tratwy (z lin, belek i desek tonącego okrętu, który tonął kilka dni, więc mieli czas by się dobrze przygotować), na której zamierzano także umieścić prowiant, słodką wodę i wino dla pozostałych pasażerów (również tych w szalupach - łącznie było ich ok. 400 osób). Niestety, nie udało się zmieścić na tratwie całości zapasów, gdyż musiało na nią wejść pozostałe 149 osób, ale uważano że pomyślne wiatry (tratwa miała maszt i żagiel o raz "bocianie gniazdo") i pomoc szalup (które miały holować tratwę) doprowadzi do szybkiego dotarcia do brzegu i uzupełnienia brakujących zapasów. Los jednak nie sprzyjał rozbitkom, bowiem pogoda była przepiękna, słoneczna i bezwietrzna, a to powodowało, że główny wysiłek w holowaniu tratwy wzięły na siebie szalupy, którym jednak szybko się to znudziło, odcięli więc cumy łączące ich z tratwą i odpłynęli. Wówczas dla pasażerów tratwy, zaczął się prawdziwy powrót do czasów "szlachetnego dzikusa" (do którego to pragnie nas dziś sprowadzić całe to lewactwo), a mówiąc konkretnie zaczęło się prawdziwe piekło dla dużej części pasażerów owej "tratwy Meduzy". Jeśli bowiem pamiętamy, jak zakończyła się "Teksańska masakra piłą mechaniczną" - to mamy już odpowiedź co działo się wówczas, przez te kilkanaście dni dryfowania - do czasu aż owi rozbitkowie zostali wreszcie odnalezieni (i ocaleni) przez okręt "Argus".


SZKIC TRATWY "MEDUZY"
(20 m. długości na 7 m. szerokości)

 

Zapasy żywności bardzo szybko się wyczerpywały przy takiej masie ludzi, a to, co zostało, stało się cenniejsze od złota. Za łyk wina (słodkiej wody już tam nie było), ludzie gotowi byli oddawać wszelkie kosztowności, jakie jeszcze przy sobie posiadali, problem polegał jednak na tym, że nikt im nie chciał wówczas tego przyjąć (choćby nie wiem co, nie sposób zjeść złota). Do pierwszej walki o żywność doszło pomiędzy pijanymi żołnierzami z Batalionu Afrykańskiego (głównie Hiszpanie i Włosi), a marynarzami z pokładu "Meduzy", i to był początek horroru, który stał się nieodłączną codziennością nieszczęsnych pasażerów owej tratwy. W walce pomiędzy marynarzami a żołnierzami, padli pierwsi ranni i zabici - i to właśnie oni stali się następnie pierwszymi ofiarami kanibalizmu wygłodniałych pasażerów. Pozwolę sobie nie wchodzić w szczegóły, bo nie ma to żadnego sensu, natomiast chciałbym się skupić na jednym. W sytuacji kiedy cywilizacja zostanie nagle "wyłączona", gdy wszelkie mechanizmy, ograniczające ludzką samowolę, zostaną zdemontowane - któż wówczas najbardziej na tym ucierpi? Oczywiście - najsłabsi i tak jest zawsze w "stanie naturalnym", gdy do głosu dochodzi "szlachetny dzikus". Oczywistym więc było, że najłatwiejszymi ofiarami były kobiety - które szybko zostały zabite i... zjedzone (inna sprawa że nie było ich wówczas na tratwie zbyt wiele), oraz słabi i ranni mężczyźni. Codziennie na linach masztu tratwy "Meduzy", suszyły się na słońcu odcięte kawałki ludzkiego ciała - języki, ręce, nogi, wycięte narządy wewnętrzne. Powiedzenie że doszło wówczas do prawdziwego horroru, to nie powiedzenie nic - to była gehenna, która (nawet tym, co to przetrwali) do końca życia nie pozwalała w pełni normalnie funkcjonować. Te kilkanaście dni spędzonych na tratwie dryfującej po Atlantyku, całkowicie wywróciły ich życie do góry nogami i po powrocie do domów, stali się już zupełnie innymi ludźmi (byli tacy - jak choćby inżynier Correard, autor broszury - opisującej co działo się na pokładzie tratwy "Meduzy" - którzy potem do swej diety dodali cytryny, spożywając je codziennie w ogromnych ilościach - prawdopodobnie chcieli tym samym zabić w ustach i w pamięci smak ludzkiego mięsa). 

Po dwóch tygodniach bezwolnego dryfowania po Oceanie, tratwę rozbitków z zatopionego okrętu "Meduza", dostrzegł inny okręt z pierwotnej eskadry - "Argus". Ze 149 pasażerów, którzy znaleźli się na pokładzie tratwy, pozostało przy życiu zaledwie... 15 (pięciu z nich było jednak tak osłabionych, że wkrótce po ocaleniu zmarło) - co dobitnie pokazuje o skali desperacji, której jedyną granicą było zaspokojenie głodu i przeżycie jeszcze jednego dnia. W 1817 r. Correard i Savigny (lekarz pokładowy, który był również obecny na pokładzie tratwy "Meduzy"), opublikowali wspomnienia (szybko przetłumaczone na język angielski i niemiecki), opisujące co się działo na pokładzie tratwy i jak bardzo zmienną jest ludzka natura. Zaś w 1819 r. Théodore Géricault namalował swój najsłynniejszy obraz: "Tratwa Meduzy", na którym (po znacznym wizualnym zmniejszeniu tratwy) przedstawił 19 pozostałych przy życiu rozbitków w momencie, w którym wypatrzyli oni na horyzoncie żagle okrętu "Argus" przynoszącego im nadzieję i ocalenie. Tak właśnie wyglądała historia rozbitków z francuskiej fregaty "Meduza", której kapitan, emigrant kreujący się na ofiarę Bonapartego i nie posiadający  większego doświadczenia w kierowaniu okrętem - spowodował jego zatonięcie i tragedię ponad setki ludzi. Angelo Solmi pisał w 1980 r. w "Tragicznych wodach" o przybyłych po upadku Bonapartego do Francji emigrantach, którzy objęli stanowiska wraz z powrotem do władzy Ludwika XVIII: "Nastąpił triumf niekompetencji. Beznadziejni ignoranci objęli ster, podejrzani osobnicy stali się doradcami głupawych szefów, ministrowie dawali nonsensowne instrukcje, a dyletanci trzymali się ich dosłownie (...) Odpowiedzialny za tragedię kapitan pozował na ofiarę Bonapartystów, licząc, że możni protektorzy nie dadzą go ukarać". I rzeczywiście był chroniony przez władze, które starały się wyciszyć wszelkie informacje o katastrofie (zdając sobie sprawę że kładzie się ona cieniem na idei restauracji monarchii) a twórcy, którzy starali się o niej przypominać, byli zmuszani (metodami administracyjnymi) do zaprzestania swych działań (również dzieło Géricault'a wisiało w Paryskim Salonie jedynie cztery miesiące do połowy listopada 1819 r. po czym na żądanie Augusta-Hilariona de Keratry zostało zdjęte, zaś krytyka nie pozostawiła suchej nitki na "Tratwie Meduzy"). Władze rzeczywiście bały się obrazu Géricault'a i to w nie mniejszym stopniu, jak cztery lata wcześniej powracającego z Elby Cesarza Napoleona Wielkiego. 

Gdy radykalni zwolennicy monarchii zaczęli krzyczeć, że dzieło to jest "zamachem wymierzonym w Ludwika XVIII", Paryski Salon został zamknięty, a obraz nabyty do pałacu w Luwrze, po czym zrolowany i umieszczony na tamtejszym strychu w rupieciarni (nie pomogła nawet zmiana nazwy z "Tratwa Meduzy" na "Scena katastrofy morskiej"). W 1820 r. Géricault odebrał swoją własność i wywiózł obraz do Wielkiej Brytanii, gdzie wystawiono go 31 grudnia 1820 r. w Egyptian Hall w Londynie. Na zakończenie chciałbym jeszcze dodać, że tragedia Tratwy Meduzy nie jest niczym szczególnym, tak dzieje się bowiem zawsze, gdy zostaną usunięte wszelkie cywilizacyjne oraz moralne bezpieczniki - z podobnym przykładem mamy do czynienia obecnie w USA, Francji i Wielkiej Brytanii.