Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODSIECZ WIEDEŃSKA 1683. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ODSIECZ WIEDEŃSKA 1683. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 kwietnia 2018

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. II

NIEZWYKŁE

(CHOĆ CZĘSTO ZAPOMNIANE)

PRZYGODY I EUROPEJSKIE WOJAŻE

POLAKÓW od XVI do XIX wieku




1633 r.

BAJECZNY WJAZD PODSKARBIEGO

NADWORNEGO KORONNEGO 

JERZEGO OSSOLIŃSKIEGO DO RZYMU

 



 "ZATEM DOBRANOC KORONNI SYNOWIE,
ZACNYCH PRADZIADÓW ZACNI POTOMKOWIE,
A SŁUGI SWEGO NIE ZAPOMINAJCIE 
I DO RZYMU MI TO ŚWIADECTWO DAJCIE
 
 "O JEDNEJ KORTEZANCE PADEWSKIEJ, CO JĄ ZWANO SIGNORA DIAMANTE
JAN KOCHANOWSKI


 Wjazdy polskich magnatów i szlachciców do europejskich stolic zawsze były dość niezwykłe. Każda bowiem taka wyprawa stanowiła o splendorze króla i Rzeczypospolitej, zatem musiała być wyjątkowa. W latach 1605-1607 sporządzona została instrukcja poselska (rozbita na 27 rozdziałów) "Sposób odprawiania poselstw", która zalecała w jaki sposób należy się zachowywać na obcych dworach, udzielała rad  i wskazówek (instrukcja była tak naprawdę zbiorem wcześniejszych polskich poselstw m.in.: Erazma Ciołka, Jana Ocieskiego, Stanisława Mińskiego czy Piotra Dunina Wolskiego). Mówiła również o tym, że w poselstwach do papieża należy przewodnictwo oddawać osobie świeckiej, a nie duchownej, gdyż ta ostatnia "mniej waży w antykamerze papieskiej". W Rzymie bowiem, duchowny z innego kraju: "jeśli nie jest asystent, siedzi gorzej niż u nas pleban". Radzono tam również aby w poselstwie uczestniczyli też obcokrajowcy naprzemiennie (np. majordom Polak, kapelan Włoch, ale medyk Polak), oraz jaką trasę należy obrać, aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Instrukcja była jedynie uzupełnieniem tego, co praktykowano u nas od bardzo dawna, jeśli chodzi o misje dyplomatyczne, a mianowicie człowiek wysyłany w taką misję, musiał być odpowiednio zaznajomiony zarówno z krajem do którego przybywał w poselstwie, jak i (mniej więcej) z relacjami panującymi wśród króla i jego otoczenia (często przydatne w tej mierze bywały znajomości, zawierane podczas studiów na uniwersytetach). 

Polscy posłowie byli uważani w całej Europie za dobrze wykształconych, władających kilkoma językami, obytych w świecie i niezwykle uprzejmych oraz pełnych smaku i elegancji (w 1573 r. francuski poeta Jean Dorat był pod wielkim wrażeniem polskiego poselstwa, które w tymże roku odwiedziło Paryż, czego wyrazem były jego słowa, zawarte relacji z owego spotkania, które brzmiały: "My, Gallowie, dziwimy się, Polacy, waszym postaciom, waszej ogładzie, jakby półbogom") i nie zmieniło tego wizerunku nawet niefortunne poselstwo Pawła Działyńskiego do królowej Anglii - Elżbiety I w 1597 r. (o którym już wielokrotnie pisałem). Jednak poselstwo podskarbiego nadwornego koronnego - Jerzego Ossolińskiego, jakie wyruszyło z Krakowa (15 września 1633 r.) w podróż poselską do Rzymu, przyćmiło wszystkie poprzednie tego typu poselstwa. Wjazd do Rzymu (20 listopada) był bowiem doprawdy bajeczny i ukazywał ówczesną potęgę Rzeczypospolitej polsko-litewskiej (poseł wenecki pisał w roku 1646 iż: "Polacy byliby strasznymi światu, gdyby się nauczyli porządku i posłuszeństwa", po czym wyliczał zasługi Polaków w walkach w Europie Zachodniej, w tym m.in.: "Kosztowne zaciągi obróciła Francyja na swój pożytek, dwa tysiące czterysta samej piechoty polskiej, uzbrojonej w kosy, dopomogło w następnym roku do wzięcia Dunkierki"). Wjazd Ossolińskiego do Rzymu porównywano wówczas do... drugiej inwazji Hannibala, a to z tej przyczyny, iż w jego orszaku było aż 10 wielbłądów, które musiały przejść Alpy. Do tego przepiękne karoce, konie podkute złotymi podkowami (które specjalnie gubiły na ulicach Rzymu) i w ogóle niezwykłe bogactwo całego orszaku (nawet 30 służących Ossolińskiego jechało na koniach o turkusowych rzędach, a przyozdobieni byli w piękne szaty w atłasowych, błękitnych frezjach, do tego siodła na których jechali były wysadzane drogimi kamieniami). 

Cały orszak liczył 300 ludzi i koni, 10 wielbłądów, mnóstwo karoc i wozów obładowanych bogactwem, do tego wzięci w niewolę Turcy i Tatarzy w turbanach (którzy prowadzili owe wielbłądy), mający stanowić swoistą atrakcję dla papieża i ludu Rzymu, dlatego też wszystko to razem wzięte przypominało prawdziwą inwazję Hannibala na Rzym. Orszak wyjechawszy z Krakowa w dniu 15 września, kierował się powoli w kierunku cesarskiego Wiednia. Następnie skierowano się do Leoben, potem St. Veit i Villach). W początkach października przekroczono rzekę Gall, po czym wjechano do Tarvisio. Cała droga nie była łatwą, bowiem musiano pokonywać góry i przełęcze, a także drogi zarzucone odłamkami skalnymi (co było niezwykle trudne dla dużych i ociężałych karoc, a szczególnie wozów obładowanych najróżniejszymi kosztownościami), szczególnie pod Camporosso i Pontebba a także pod Venzone. Często dochodziło też do sytuacji, że z braku mostów na rzekach, musiano pokonywać je wpław (nad Piawą o mal nie doszło z tego powodu do tragedii, gdy jedna z karoc została zniesiona przez fale rzeczną i jedynie dzięki szybkiej reakcji hajduka Michała nie doszło do tragedii i uratowano siedzące w niej osoby). Pewien problem nastręczały postoje, choć starano się obozować głównie w klasztorach (przede wszystkim sam Ossoliński i niektórzy z panów szlachty jego orszaku), a reszta po prostu rozbijała obóz pod danym miastem lub szukała sobie kwater. 


JERZY OSSOLIŃSKI




W Trewiso po raz pierwszy powitano orszak Ossolińskiego fanfarami, mowami powitalnymi i oficjalnymi przyjęciami w pałacach wielmożów (podczas jednego z takich przyjęć, Ossoliński zainteresował się kształtem jednej z willi, którą kazał dokładnie zmierzyć). Dalsza podróż przebiegała pod znakiem przyjęć i zwiedzania poszczególnych miast włoskich (Padwa, Rovigo, gdzie odbyło się przyjęcie w pałacu Roncalli, Polesella i gościna u signora Grimani, Ferrara i wreszcie Bolonia).  W Ferrarze władze miasta przywitały Polaków jeszcze nim ci ujrzeli bramy tego włoskiego miasta. Osobiście wyprawił się na ich przywitanie signor Domenico Danino, siostrzeniec kardynała Ferrary - Magalottiego. Po mieście oprowadzał ich książę Torquato. W Bolonii zaś powitał ich gubernator miasta signor Sant Mario, który oprowadził przybyszów po mieście (odegrano również komedię w palazzo Sforza. Potem zatrzymano się w Forli i Cesenie (w tym ostatnim mieście zorganizowano dla Polaków taką ucztę, że rano wszyscy biesiadnicy ledwie mogli ustać na nogach, mając tak potwornego kaca). W Rimini, w palazzo d'Arengo urządzono bal, połączony z tańcami (po raz pierwszy w swej podróży członkowie orszaku ujrzeli piękne włoskie damy, z którymi tańczono i konwersowano, choć ze względu na obecność mężów tych panien na sali, jakiekolwiek inne relacje, w tym dłuższe rozmowy były niemożliwe). Kolejne postoje to niekończące się przyjęcia, połączone (głównie z piciem ogromnych ilości wina) i zwiedzanie lokalnych miast. W Senigalli Ossoliński nocował w willi Włocha, który dumny był z tego, że lat temu kilka (1624 r.) widział przejazd polskiego królewicza Władysława (wówczas już króla Rzeczypospolitej), przez Senigallię do Rzymu.

Następnie odwiedzono Ankonę (gdzie podziwiano występ chóru mniszek z klasztoru brygidek), Loreto, Maceratę, Belforte, Muccię, Seravelle, Foligno i gdy opuszczano już Civita Castellana kolejnym etapem podróży był już bezpośrednio sam Rzym. Nim jednak orszak poselski Ossolińskiego wjechał do miasta, powitało go na jego rogatkach ok. stu karet, będących własnością poszczególnych posłów z najróżniejszych krajów, którzy witali go oficjalnie w imieniu swych monarchów i rządów. Ossoliński odpowiadał wszystkim w językach włoskim, hiszpańskim, francuskim, niemieckim, angielskim i jeszcze kilku innych. Pamiętny bajeczny wjazd polskiego orszaku do Rzymu, miał miejsce w kilka dni później. Tak oto ów wjazd widział anonimowy naoczny świadek, włoski pisarz który pozostawił własną relację z tego wydarzenia: "Z taką pompą prowadzono Jego Mości do pałacu, pod górę della Trinita dei Monti (...) Wszystkie drogi i ulice, przez które ta jazda poszła, były zagęszczone karetami i bardzo wielką ciżbą ludzi, że trudno się było przecisnąć, a sama sława narodu polskiego i posła takowego była nader wielka, przy takim porządku i dostatku, gdyż w strojach było widzieć okazałość wielką, w siedzeniu na koniach prawie żołnierską postać, w postępkach poważność i skromność, a we wszystkich innych obyczajach animusze prawie pańskie i wspaniałe we wszystkim, a na dostatek prawie nieporównaną ludzkość i grzeczność, przez co prawie zniewolili sobie wszystkich w tym mieście, które przyzywa jednym głosem, że pamiętnika nie masz, który by widział taką pompę. Gdy wjeżdżał Jego Mość pan poseł w swój pałac, ex castro S. Angeli wypuszczono wszystkie strzelbę na przywitanie Jego Mości i na oświadczenie wielkiej radości wszystkiego Rzymu z przyjazdu pana tak wielkiego".

Wjazd był doprawdy bajeczny i wyżej wymieniona relacja Rzymianina, który ją oglądał nie oddaje w pełni jej piękna i bogactwa. W naszej pamięci przetrwała jedynie opowieść, jak to konie z orszaku Ossolińskiego specjalnie gubiły złote podkowy, które potem ochoczo zbierali mieszkańcy Rzymu, ale był to jedynie fragment dziejących się wydarzeń (choć bez wątpienia najbardziej imponujący). Niesamowite wrażenie musieli budzić również przybrani za husarzy i przyozdobieni w piękne stroje z aksamitu i atłasu, ze sterczącymi za ich plecami (na husarski sposób) piórami (z tą jednak różnicą iż były to... pióra pawie) służący Jerzego Ossolińskiego. Końskie uzdy i siodła były przetykane złotem, srebrem i drogimi kamieniami, ale równie wielką ciekawość budzili Turcy i Tatarzy w turbanach, którzy jechali na wielbłądach. Cały orszak wyglądał niczym wyjęty z jakiegoś innego świata, ale oni stanowili dodatkowy element orientalizmu. Ossoliński wiózł również papieżowi Urbanowi VIII bogate dary, załadowane na wozach, wygłosił też na jego cześć sławną mowę pochwalną. Długo jeszcze w Rzymie wspominano tę polską ambasadę (Ossoliński jechał do Rzymu, aby objąć urząd polskiego posła przy Stolicy Apostolskiej), a papież dzięki uzyskanym darom, mógł sprawić mieszkańcom Rzymu nie lada przyjemność, doprowadzając by jednego dnia z miejskich fontann zamiast wody, płynęło wino.




Podobnie widok wziętych w niewolę (choć równie bogato przybranych) muzułmanów musiał przypominać mieszkańcom Rzymu i innych włoskich miast, że to właśnie Rzeczpospolita polsko-litewska stanowi największą i najpewniejszą zaporę przeciwko rozlewaniu się islamu na Europę i że to "Polska jest najsilniejszą fortecą całej Europy przeciwko ludom barbarzyńskim" ("Poloniae totus Europae adversus barbarorum nationum" - taki napis znalazł się na łuku triumfalnym w Paryżu w roku 1573). Pięćdziesiąt lat po owym świetnym poselstwie Jerzego Ossolińskiego do Rzymu, ponownie przekona się o tym cały świat, gdy husaria Rzeczypospolitej dosłownie zmiecie 300 000 tureckich i tatarskich wojsk, które obległy Wiedeń i już czuły się jego panami.         







GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH



CDN.

piątek, 6 kwietnia 2018

SUŁTANAT KOBIET - Cz. VII

SUŁTANKA NURBANU






Czasy, o których teraz pragnę opowiedzieć, to okres powolnego ale konsekwentnego upadku pozycji i znaczenia Imperium Osmańskiego. Upadek został zapoczątkowany po śmierci Sulejmana I Wspaniałego (1566 r.) i wraz z objęciem tronu przez jego jedynego syna (który pozostał przy życiu) Selima II, zwanego Pijakiem (choć oficjalnie nazywano go Selimem Jasnowłosym). Matka Selima, kobieta która zapoczątkowała swoisty okres "Sułtanatu Kobiet" - Hurrem (Roksolana) nie żyła już także od ośmiu lat, jej rolę jako Haseki Sultan (głównej małżonki sułtana) objęła teraz niejaka Afife Nurbanu (która wzorując się na swej teściowej Hurrem, również doprowadziła do oficjalnego ślubu z Selimem, stając się jego prawnie poślubioną najważniejszą małżonką, a nie tylko jedną z żon). Początkowo nie zanosiło się na pojawienie się oznak kryzysu, co prawda po wstąpieniu na tron Selima zbuntowali się janczarzy (domagając się zaległego żołdu), ale wielki wezyr Sokollu Mehmed Pasza wypłacił im pieniądze z rezerw, ale już wielkie uroczystości, jakie zorganizowano na cześć nowego sułtana w Konstantynopolu przyciągały tłumy i ukazywały potęgę państwa osmańskiego (choć oczywiście owe uroczystości pochłonęły również ogromne pieniądze z sułtańskiego skarbca). Szybko jednak się one zwróciły gdy Piyale Pasza zdobył Chios (1566 r.) a Sokollu i Perveta Pasza zmusili cesarza rzymskiego Maksymiliana II do zapłaty sporego corocznego haraczu (zwanego "upominkiem dla sułtana") w wysokości 30 000 dukatów (plus coroczne upominki dla wezyra i kilku paszów), w zamian za zaprzestanie walk na Węgrzech, Siedmiogrodzie i w Transylwanii (luty 1568 r.). 

Selima II nie interesowała jednak polityka i wojaczka, wolał czas spędzać w swym haremie (często zamroczony sprowadzanym dla niego z Europy winem) zarówno w Konstantynopolu jak i w Edirne (gdzie przeniósł się po objęciu rządów), pozostawiając władzę w rękach swego ambitnego wezyra - Sokollu Mehmeda Paszy oraz swej małżonki Afife Nurbanu. Razem snuli nawet ciekawe projekty, (jak choćby budowę Kanału Sueskiego, ułatwiającego przeprawę z Morza Śródziemnego na Ocean Indyjski), ale na wszystko potrzeba było pieniędzy i to gigantycznych pieniędzy, a wojny i łupy ledwie pokrywały bieżące wydatki i potrzeby dworu sułtańskiego. Selim żył niczym w złotej klatce, przebywając w swym pałacu w Edirne, spacerując po tamtejszych wspaniałych ogrodach, oddając się uciechom łoża w haremie czy... spożywając posiłki na specjalnych misach, które ponoć miały same pękać, gdy tylko miały kontakt z trucizną. Przez kolejne lata dwór sułtański nie miał większych powodów do zmartwień, może poza wielkim pożarem Konstantynopola, jaki wybuchł 27 września 1569 r., falami upałów roku 1570 oraz konfliktem pomiędzy Nurbanu a siostrą Selima - Mihrimah. Te dwie kobiety toczyły ze sobą regularną podjazdową wojnę, a ponieważ obie żywo się nienawidziły, nie przebierały też w środkach. Mihrimah została mianowana przez Selima jego Valide Sultan (tytuł ten należał do matki panującego sułtana) i do jej kompetencji należało zarządzanie haremem (oraz dostarczanie młodych dziewcząt do alkowy Selima, co Mihrimah czyniła z pasją, starając się aby brat zainteresował się innymi kobietami i oddalił Nurbanu, lub przynajmniej ją zmarginalizował). I rzeczywiście, na tym polu odniosła spore sukcesy (to ona miała wybrać dla Selima dwie główne konkurentki Nurbanu - Selimiye w której ponoć Selim miał się zakochać i Aysę, zwaną również Hubbi Hatun - poetkę która pisała dla sułtana wiersze miłosne, tańczyła i śpiewała).




W 1570 r. Sokollu zdobył Jemen (uroczyście intronizując panowanie Selima w Mekce), ale już sprzeciwił się inwazji na Cypr, do czego namawiali sułtana paszowie (którym nie w smak były rządy Mehmeda Sokollu). Sokollu twierdził bowiem, iż inwazja na tę wenecką wyspę doprowadzi do zawiązania nowej koalicji państw chrześcijańskich przeciwko Turcji, czego on starał się unikać. Sułtan jednak (choć sam nie zamierzał wyjeżdżać z pałacu i brać udziału w długiej i męczącej kampanii) przystał na plan zajęcia Cypru. W sierpniu 1571 r. padła Famagusta - największa i najpotężniejsza twierdza wenecka na Cyprze, co automatycznie oznaczało że wyspa ta została zajęta przez Turków. Zajęcie wyspy podkopało wpływy Sokollu na dworze sułtańskim na korzyść jego wroga Lala Mustafy Paszy (zdobywcy Famagusty), ale choć początkowo wydawało się że zwycięstwo to będzie można łatwo skonsumować i nie pociągnie to za sobą żadnych skutków ubocznych (cesarz Maksymilian II odmówił Wenecjanom pomocy i wystąpienia przeciw Osmanom), to jednak poparł ich król Hiszpanii - Filip II. Przyłączyły się też i inne włoskie państewka z Papiestwem na czele i tak już we wrześniu powstała Liga Święta skierowana przeciw Osmanom. Obawy Sokollu się sprawdziły, teraz świat chrześcijański wyprawił się zbrojnie przeciwko muzułmańskiemu Imperium. Do głównego starcia doszło 7 października 1571 r. na morzu, pod Lepanto. Flotą Ligii Świętej dowodził nieślubny syn cesarza rzymskiego - Karola V (i tym samym przyrodni brat króla Hiszpanii Filipa II) Don Juan de Austria, zaś flotą osmańską Muezzinzade Ali Pasza. Zakończyła się ona totalną klęską Turków i utratą przez nich prawie całej floty (200 okrętów). 

Zwycięstwo pod Lepanto (choć uroczyście świętowane w wielu chrześcijańskich krajach), nie spowodowało jednak odzyskania Cypru. Wyspa ta została już stracona i choć zadano Osmanom potężny cios, to jednak (z rozkazu sułtana) szybko odbudowali oni swoją flotę (w czerwcu 1572 r. nowe okręty były już gotowe do wodowania). Utracono jednak wielu doświadczonych dowódców i marynarzy (zginęło ich prawie 30 000, w tym m.in.: sam dowódca Muezzinzade Ali Pasza), a szkolenie nowych musiało zająć kilka (lub nawet kilkanaście) kolejnych lat. Tymczasem w haremie trwał konflikt Nurbanu i Mihrimah, który przeniósł się również na najstarszego oraz jedynego syna Selima i Nurbanu - Murada. I na tym polu również wygrywała Mihrimah (ponoć Murad wolał przyjmować nałożnice od swej ciotki niż od matki), ale swoją główną żonę (i niezwykle wpływową sułtankę w późniejszych latach) Safiye, otrzymał od swej kuzynki - Humasah (córki księcia Mehmeda, najstarszego syna Sulejmana i Hurrem). Książę Murad objął tron (jako Murad III) po śmierci ojca Selima II (który został najprawdopodobniej otruty) w grudniu 1574 r. Nim jednak to nastąpiło, jego matka Nurbanu ukryła ciało męża przez prawie dwa tygodnie, jednocześnie wysyłając wiadomość do syna, aby natychmiast przybył do Konstantynopola i objął władzę. Murad III niewiele różnił się od ojca. Wstąpił na tron  w wieku 28 lat, ale folgował tym samym uciechom co Selim (lubił alkohol, kobiety i wygodne pałacowe życie). Najpierw kazał udusić wszystkich swoich pięciu braci. On również nie przywiązywał większej wagi do spraw państwa, pozostawiając je w rekach swej matki, ciotki i... żony, która szybko podjęła rękawicę konfliktu o władzę z Nurbanu.


NURBANU - MURAD III i SAFIYE



Imperium wciąż święciło triumfy (w 1574 r. zdobyto Tunis, który od 1535 r. był w rękach Hiszpanów), a odbudowana osmańska flota, znów siała postrach na Morzu Śródziemnym (po klęsce pod Lepanto wielki wezyr Mehmed Sokollu rzekł do weneckiego posła takie oto słowa: "Zdobywając Cypr odcięliśmy wam ramię, wy niszcząc naszą flotę obcięliście nam brody. Odcięte ramię nie odrośnie, zaś odcięta broda wkrótce urośnie jeszcze bujniej niż poprzednio"). W 1576 r. Sokollu zajął na Persach Gruzję, Azerbejdżan i Luristan (zyskując nowe łupy, które pozwoliły uniknąć bankructwa państwa). Zawarł sojusz z Sułtanatem Maroka, dzięki czemu Turcy rozgromili Portugalczyków pod Wadi Sebil niedaleko Fezu (1578 r.). Jednak 12 października 1579 r. wielki wezyr Sokollu Mehmed Pasza zakończył życie.       





Był on ostatnim przez kolejne 75 lat wezyrem, który realnie próbował odbudować pozycję Imperium Osmańskiego w ówczesnym świecie. Kolejnym będzie dynastia Koprulu, której przedstawiciel - Kara Mustafa Pasza ostatecznie poniesie druzgocącą klęskę pod Wiedniem w 1683 r. zadanej z rąk króla Rzeczypospolitej - Jana III Sobieskiego i niezwyciężonej polskiej husarii. Będzie to ostatni akt wielkości Turcji Osmańskiej, po którym państwo to już się nie odrodzi w dawnym kształcie.  



 
 

GERMAN DEATH CAMPS

NEVER POLISH

 
CDN.

sobota, 16 lipca 2016

LIBERTÉ, EGALITÉ, FRATERNITÉ, OU LA MORT!

CZYLI NICEA ALBO ŚMIERĆ






JUŻ POWOLI ZACZYNA MNIE TO WSZYSTKO WKURWIAĆ!


Właściwie to nie wiem co mam tutaj napisać? Wszystko co bowiem przychodzi mi na myśl, wydaje się banalne i takie powtarzalne, wręcz ... znajome. Nie chce mi się pisać o kolejnym szuszfolskim ataku terrorystycznym i przyznać się też muszę że ... coraz rzadziej na nachodzi mnie refleksja nad zabitymi w kolejnych zamachach. Nie dlatego że nie potrafię współczuć, czy jestem chamem bez serca (wielokrotnie udowadniałem na tym blogu że jest zupełnie na odwrót), tylko dlatego że nienawidzę głupków i głupoty. Uważam wręcz, że za każdą głupotę należy zapłacić i przedwczorajszy zamach w Nicei, był właśnie takim rachunkiem do zapłacenia. Wielokrotnie pisałem już, że zachodnia Europa musi już się przyzwyczaić do cyklicznych (co trzy, cztery, sześć miesięcy), ataków terrorystycznych, przeprowadzanych przez "opuchnięte jądra" z Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Musi się przyzwyczaić i zaakceptować kolejne zamachy i związane z tym ofiary, gdyż nie ma innego wyjścia.

Wróć, wyjście oczywiście jakieś jest, ale aby je przeprowadzić, to należy mieć (nieopuchnięte) jaja i przestać zachowywać się jak jakaś płaczliwa lalka Mogherini, tylko podjąć konsekwentne i zdecydowane działania, które zaważą na przyszłości następnych pokoleń Francuzów, Niemców, Włochów, Hiszpanów czy nawet Brytyjczyków. Tu już nie ma zmiłuj się, nie ma litości czy współczucia - to jest WOJNA! do kurwy nędzy, zrozumcie to że jesteście żołnierzami, wy wszyscy, cywilni mieszkańcy zachodnioeuropejskich krajów. Dlatego sprawa jest prosta jak przysłowiowy drut. Po pierwsze - należy rozprawić się z islamistyczną piątą kolumną, która zajęła kluczowe pozycje we władzach i mediach zachodnioeuropejskich krajów. Mam tutaj oczywiście na myśli wasze "rodzime" lewactwo, czyli tych wszystkich pro-islamistycznych durniów, którzy najpierw nasprowadzali do swych krajów szuszfoli, a gdy doszło do pierwszych zamachów, zaczęli twierdzić że ... to Wy, ludzie Zachodu, jesteście winni ataków, bo przecież ci wszyscy muzułmanie to są gołąbki pokoju i jedynie brak pracy, wykluczenie społeczne etc. etc. powoduje wzrost ich radykalizmu.

Czyli diagnoza lewaków jest bardzo prosta - nie należy denerwować i drażnić muzułmanów, należy kategorycznie usuwać wszelkie chrześcijańskie atrybuty religijne, drzewka bożonarodzeniowe, żłóbki z Jezuskiem, a nawet krzyże, jeśli stoją w przestrzeni publicznej (Francja ma w tym dziele pokaźną tradycję już od ponad 110 lat). Usuwać wszystko, co mogłoby sprowokować muzułmanów do aktów agresji. Kobiety powinny nosić specjalne opaski (a może powinno się wprowadzić odpowiednie stroje dla kobiet, co, pomyślcie o tym lewacy?), z napisem: "Nie dotykaj mnie" (tylko ciekawe w jakim języku mają być pisane te "wiadomości, bo jeśli jak mniemam w językach narodowych, a głównie w szwedzkim, bo to właśnie w tym kraju policja wpadła na tak "inteligentny" pomysł, aby ukrócić akty gwałtów, dokonywanych przez arabusów z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej - to gratuluję, na pewno liczba gwałtów od razu spadnie diametralnie). Ale ja bym poszedł jeszcze dalej, może od razu oplakatujemy wszystkie kobiety napisami w stylu: "Nie gwałć mnie, proszę, bo się popłaczę jak ta Mogherini". Tylko tak, aby wszystkie te napisy dokładnie zakrywały całe ciało, z ... niewielkim otworem na oczy. 

Także pozbądźmy się naszej tradycji chrześcijańskiej, zamieniajmy puste kościoły na meczety, oplakatujmy kobiety od stóp do głów i na pewno, wówczas z całą pewnością liczba ataków muzułmańskich szuszfoli spadnie diametralnie, prawie że do zera. Bo przecież oni tak w głębi duszy pragną pokoju i miłości (stąd właśnie opuchnięte jądra), i nie chcą nas zabijać, tylko nas kochać, oraz podzielać ... wartości europejskie (zabijcie mnie, za cholerę nie wiem co to takiego jest?). Chcą żyć z nami w zgodzie, pokoju, harmonii i miłości, tylko ci nienawistni chrześcijanie, ci narodowcy, te cholerne tradycyjne wartości jak Honor, Męstwo, Odwaga, Poświęcenie (w obronie Rodziny i Ojczyzny), oraz Wiara (jeden z kluczowych aspektów naszego jestestwa, ja sam wielokrotnie już pisałem na tym blogu, że nie ma dnia, bym nie odczuwał przemożnej obecności Bożej Istoty w swoim życiu). I właśnie to jest dla lewaków poważny problem, z którym chcą walczyć - Patriotyzm, który dla nich jest rasizmem i ksenofobią.

Ale na Zachodzie Europy, przez kilka poprzednich dekad, poczynili oni spore sukcesy, dziś bowiem (i wiem co mówię, gdyż piszę to z obserwacji osobistych, lub tych, które otrzymuję na bieżąco z tych krajów), zarówno Niemcy jak i Francuzi nie są w stanie wykrzesać z siebie jakiejś konstruktywnej akcji, która miałaby stabilne podłoże, oparte na dumie z własnych narodowych osiągnięć i tradycji ojców, których ciężka praca doprowadziła te kraje do wielkości, a których poświęcenie jest dziś marnotrawione przez ich potomków. Tam panuje jakiś taki marazm, zniechęcenie, brak zdecydowania, brak pomysłu, wręcz prawdziwy brak i wstyd ... istnienia. 

W Polsce tego nie ma. U nas mamy stabilne podłoże, potrafimy myśleć i wyciągać wnioski z historii. A dodatkowo mamy bodajże najpiękniejszą historię ze wszystkich krajów i narodów Europy (jeśli nie Świata). Jako pierwsi zawsze występowaliśmy przeciwko największym barbarzyństwom i totalitaryzmom, od najazdów mongolskich, po powstrzymywanie turecko-muzułmańskiej inwazji na Europę (XVI/XVII wiek, ze szczególnym uwzględnieniem roku 1683).


W BITWIE POD WIEDNIEM O ZWYCIĘSTWIE ZADECYDOWAŁ ATAK NAJPIĘKNIEJSZEJ I NAJSKUTECZNIEJSZEJ JAZDY ŚWIATA - POLSKIEJ HUSARII (OWYCH "USKRZYDLONYCH JEŹDŹCÓW")


 Po obronę Europy przed bolszewickim zniewoleniem (którego turański charakter opisywałem w innym poście), w 1920 r. 




Próbą eliminacji nazizmu w kolejnych latach 1933 - 1936 -1938 i jako pierwsi (i osamotnieni), walczyliśmy w 1939 r. z połączonym atakiem dwóch najstraszniejszych światowych totalitaryzmów - niemieckiego nazizmu i rosyjskiego komunizmu. Zapłaciliśmy za to najstraszniejszą cenę, mordowani w publicznych egzekucjach (za śmierć jednego Niemca rozstrzeliwano 100 Polaków), wywożeni do obozów koncentracyjnych, łagrów, na Syberię, na Magadan (gdzie ludzie nie umierali, ale wręcz zdychali głęboko pod ziemią w tym "sowieckim sanatorium"). 




Lista miejsc, które przesiąkły polską krwią, jest wręcz imponująca, tylko u nas groziła kara śmierci (dla całej rodziny), za ukrywanie choćby jednego Żyda, mimo to lista Polaków nagrodzonych izraelskim tytułem: "Sprawiedliwi wśród Narodów Świata", jest największa i nie ma sobie równej (kiedyś może zaprezentuję wszystkie polskie nazwiska, nagrodzone tym wyróżnieniem). A ile było takich rodzin, które zostały odkryte i zamordowane wraz z ukrywanymi przez nich Żydami? Ilu było takich, którzy nigdy się oficjalnie nie przyznali, że podczas wojny i okupacji ukrywali swych żydowskich współbraci? (ja osobiście znam dwa takie przypadki). Ta lista byłaby znacznie dłuższa. Ale to nie wszystko, to właśnie Polska stworzyła najskuteczniejszą podziemną armię w dziejach świata, cały podziemny aparat państwowy (z sądami, administracją, wojskiem, policją, szkołami etc.), który funkcjonował dalej pod niemiecką i sowiecką okupacją. To u nas wybuchło największe w II Wojnie Światowej powstanie miejskie - Powstanie Warszawskie (1 sierpnia - 2 października 1944 r.), w wyniku którego całe miasto zostało doszczętnie zniszczone. 




A po wojnie? Młodzi Polacy dziś mają autentyczne (nie zmyślone, sztuczne) wzorce zwykłych ludzi, takich jak rotmistrz Witold Pilecki, major Hieronim Dekutowski "Zapora", major Henryk Dobrzański "Hubal", Jan Rodowicz "Anoda", generał August Emil Fieldorf "Nil", Danuta Siedzikówna "Inka", major Zygmunt Szendzielarz "Łupaszka" i wielu innych. 


 "BYŁO WAS TYSIĄCE, ZOSTAŁO NIEWIELU - BO ZABIJA MOSKWA NASZYCH BOHATERÓW"






My mamy swoje wzorce, nie potrzebujemy ani muslinów z opuchniętymi jądrami, ani lewactwa z jego antykulturowością i nienawiścią skierowaną głównie przeciwko własnej rasie, tradycji i historii.

 


 







Zachód zaś jest duchowo ubogi, nie potrafi dojrzeć w swych dziejach jakiegokolwiek pozytywnego przykładu walki o najważniejsze wartości - Honor, Ludzką Godność, Wolność, Sprawiedliwość ... Ojczyznę. A przecież Francuzi też mają takie piękne kraty w swych dziejach, jak choćby w okresie napoleońskim, ze szczególnym uwzględnieniem samej postaci Cesarza Napoleona Wielkiego, pierwszego człowieka nowożytnych czasów, który próbował rozkruszyć narzucony system absolutyzmu i oligarchizmu nieliczącego się z życiem i potrzebami zwykłego człowieka (w armiach rosyjskiej, pruskiej czy austriackiej żołnierze mieli tylko maszerować, bić się i ginąć za cara, cesarza bądź króla, nie uzyskując za to żadnej, nawet najmniejszej dozy wdzięczności). 


Dlatego też jest oczywiście szansa na powstrzymanie kolejnych zamachów w zachodnioeuropejskich miastach. Tą szansą i kierunkiem ku niej wiodącym w po pierwsze jest doprowadzenie do takiej sytuacji, aby lewackość i lewackie przekonania ... automatycznie dezawuowałyby tego, kto je wygłasza (np. publicznie w mediach), na zasadzie "faszysty". Każdy lewak, który mówi "przyjmijmy muzułmanów", powinien być z urzędu spisany i poddany policyjnemu dozorowi, a wszelkie fundusze i granty na lewackie przedsięwzięcia i "performersy", natychmiast ukrócone (chcą finansować swe antykulturowe i antyludzkie dywagacje - niech je finansują z własnych pieniędzy, gwarantuję że od razu by im przeszła chęć na podobne wygłupy). Lewaków należy zneutralizować na zasadzie "marszu przez instytucje" i zdobywania kolejnych przyczółków a następnie publicznego uwypuklania i dezawuowania lewactwa, jako neomarksistowskiej ideologii, wiodącej ku katastrofie cywilizacyjnej i kulturowej. Należy pokazać, jak ideologia neomarksizmu, zatruwa umysły i ogłupiając, czyni nas zupełnie bezbronnymi, a co za tym idzie potencjalnymi ofiarami dla wszelkiej maści najeźdźców (w tym przypadku muslimów).




Drugim etapem tej odnowy cywilizacyjnej Europy Zachodniej, powinien być jasny przekaz wydany do zamieszkałych w poszczególnych krajach muzułmanów o arabsko-bliskowschodnich korzeniach: "Macie trzy miesiące na opuszczenie Europy i powrót do krajów waszych przodków", i nie ma żadnego znaczenia, czy dany muzułmański szuszfol już od drugiego czy trzeciego pokolenia mieszka we Francji (czy innym kraju Europy Zachodniej), czy urodził się w Paryżu, Lyonie, Marsylii, Nicei czy w Mosulu, Tikricie, Tunisie, Algierze czy w Mombasie. Ktoś powie, ale jak to, przecież ci urodzeni we Francji muzułmanie, to już są Francuzi, on nie znają innych państw, nie mówią w innych językach, jak można ich wyganiać? No właśnie, w Nicei dobitnie pokazali owi "Francuzi" jak doskonale się zintegrowali z resztą społeczeństwa. Zresztą i tak Cywilizacja Białego Człowieka jest o niebo bardziej humanitarna i ci "francuscy muzułmanie" powinni docenić, że daje im się aż trzy miesiące na załatwienie spraw i opuszczenie Europy, gdyż np. Algierczycy już takiej wyrozumiałości nie mieli, gdy w 1962 r. gdy Algieria odzyskała niepodległość, dali urodzonym w tym kraju Francuzom, którzy tam żyli od pokoleń i Francję kontynentalną często znali tylko z opowiadań - JEDEN DZIEŃ! Tak, jeden dzień na opuszczenie Algierii, porzucenie własnego majątku, pracy, wspomnień i powrót do mitycznej Francji, której nie znali (choć byli rdzennymi Francuzami). Widzicie różnicę - ja widzę diametralną. 

Ale to są tylko takie moje dywagacje, bowiem aby podjąć się takiego moralnego oczyszczenia i aby stworzyć bezpieczny, wolny świat dla przyszłych pokoleń Francuzów, Niemców, Włochów, Hiszpanów czy Brytyjczyków, to trzeba mieć jaja, prawdziwe jaja. I konsekwentnie dążyć do celu. Ale cała ta moja pisanina jest daremna, bowiem Francuzi tego nie uczynią, są za słabi, są narodem przeznaczonym do likwidacji i to muslimy z Algierii i Bliskiego Wschodu z drugiego, trzeciego a nawet czwartego pokolenia - zgaszą światło, niszcząc francuską kulturę. Wreszcie też spełni się sen Rewolucji Francuskiej: Wolność-Równość-Braterstwo albo ... Śmierć. Francuzi od mniej więcej 1918 r. (z małym wyjątkiem w latach 1959-1969) cyklicznie wybierają poniżenie i hańbę (przykładem niech tutaj będzie francuska partyzantka z czasów II Wojny Światowej, która była tworem komicznym, a seriale typu "Allo Allo" nie są wcale komediami, lecz filmami dokumentalnymi, pokazującymi prawdziwą "walkę" Francuzów z Niemcami podczas okupacji), dlaczego więc nie mieliby wreszcie zdecydować się na publiczną, narodową eutanazję? Nicea pokazuje że aparatura podtrzymująca jeszcze tego francuskiego "starucha" powoli jest odłączana. 



ADIEU! 



 PS: Przepraszam za mocne słowa użyte w tekście - ale cały ten zamach i to francuskie niezdecydowanie - po prostu mnie poniosło



PS2: Ciekawe dlaczego już teraz do Polski zdążają z Europy Zachodniej rdzenni Norwegowie, Niemcy, Francuzi, ciekawe dlaczego uważają że życie w Polsce jest lepsze dla wychowywania ich dzieci, niż w ich własnych krajach? Może dlatego że u nas nie ma muzułmańskiej dziczy, albo dlatego że jeszcze zachowały się na tej ziemi podstawowe wartości, które na zachodzie są już praktycznie zapomniane (lub wyszydzane przez neomarksistowskie lewactwo). To jest właśnie konsekwencja multikulturalizmu i niekontrolowanego muzułmańskiego zalewu.