Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WĘGRY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WĘGRY. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VIII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)


DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. IV





 Nikt, kto trwał w sojuszu z Niemcami, nie wychodził na tym dobrze (ja w ogóle zastanawiam się jaki sens mają te wszystkie dywagacje Zychowicza i jemu podobnych - a można takie odnaleźć również na YouTubie - które zadają "filozoficzne" pytanie: "A co by było gdyby w 1939 r. Polska sprzymierzyła się z Niemcami?". Przyznam się szczerze że coraz częściej doprowadzają mnie one do pasji, gdyż geopolityczne pojęcie tych ludzi jest tak mierne że szkoda gadać, szkoda strzępić języka. Nawet bowiem człowiek z niedorozwojem umysłowym zdawałby sobie sprawę z podstawowego faktu, iż na linii zgniotu, czyli na linii która najbardziej interesowała Niemcy hitlerowskie linii Moskwa - Warszawa -  Berlin - Paryż żaden kraj nie był w stanie przetrwać, choćby nie wiem jak dobrze wysługiwał się Niemcom, jego istnienie było skazane na zagładę. Hitler nie miał bowiem najmniejszego zamiaru zostawiać nawet kadłubowego państwa polskiego na tym terenie i choć oczywiście na początku bylibyśmy mu w jakiś tam sposób potrzebni - ale to też zależałoby od tego, jak bardzo bylibyśmy posłuszni i wykonywalibyśmy polecenia płynące z Berlina - jednak i tak wcześniej czy później nasz los był przesądzony. Ostatnio widziałem na jednej z niemieckich stron związanych z AFD ciekawą mapę, która pokazywała rozmieszczenie ludności polskiej i niemieckiej w roku 1939, a niżej taką, która powstałaby już po niemieckim zwycięstwie w II Wojnie Światowej. Tam kolor czerwony - czyli obszar zasiedlony przez Polaków - ograniczony był jedynie do niewielkiego terenu wokół Krakowa, cała reszta ziem polskich była niebieska, czyli niemiecka. I taka jest rzeczywistość, a nie jakieś pierdy Zychowicza i jego popleczników. Rzygać się chce jak się to czyta czy ogląda). Co więcej, państwo niemieckie w każdej formie - a szczególnie narodowosocjalistyczne - było państwem irracjonalnym. Pod każdym względem.

W 1914 roku rozpoczęło wojnę z Rosją od uderzenia na Francję (i to przez terytorium neutralnej Belgii) (w ogóle wojna z Rosją w koncepcji Bismarcka zawsze oznaczała niemiecką klęskę, bez względu na wynik wojny na froncie. Jeśli bowiem Niemcy taką wojnę militarnie by przegrały, utraciłyby znaczne tereny na wschodzie i realnie przestałyby być liczącym się graczem europejskim i światowym; natomiast gdyby taką wojnę wygrały, to również spowodowałoby to problemy, które mogły zakończyć się katastrofalnie dla Niemiec. A mianowicie Bismarck mówił wprost że tym problemem byliby po prostu Słowianie, którzy nagle w ogromnej liczbie znaleźliby się w granicach Rzeszy. Szczególnie zaś - i podkreślał to bardzo stanowczo - problem taki stanowiliby Polacy, którzy już wcześniej - jako poddani niemieckiego cesarza, sprawiali wiele kłopotów w niemieckiej polityce wewnętrznej. Teraz zaś pojawienie się tak wielkiej liczby Polaków byłoby dla Niemiec katastrofalne. Pewnym wyjściem z tej pułapki była naumannowska koncepcja mitteleuropy z roku 1915, choć tak naprawdę nie była ona pierwszą, bo już wcześniej powstawały podobne projekty. Jednak jej wyjątkowość polegała na tym, że Naumann całkowicie odrzucał jakąkolwiek przymusową formę germanizacji ludności słowiańskiej - głównie zaś Polaków. Pisał bowiem otwarcie że Polak który mieszka w Rzeszy, który nauczył się języka niemieckiego i pracuje wśród Niemców nie przestaje być Polakiem. Ma zupełnie inne problemy, cele i plany niż jego niemiecki współpracownik czy szef i tak będzie i tego się nie zmieni i nie warto nawet próbować tego zmieniać. Dlatego uważał politykę germanizacyjną Polaków za całkowicie błędną i skazaną na porażkę. On postanowił bowiem w inny sposób podporządkować sobie narody Europy Wschodniej, wychodząc z założenia że w zmieniającym się świecie istnienie państw małych (a za takowe uważał nie tylko Serbię, Belgię czy Rumunię, ale również Niemcy i Austro-Węgry) dobiegło kresu, że czas małych księstewek średniowiecznych już minął i teraz będą liczyły się tylko ogromne kolosy - taki jak choćby Rosja. Dlatego też projekt mitteleuropy miał być projektem "Wielkich Niemiec", bo nie chodziło tam o to, że byłby to jakiś konglomerat różnych narodów które by sobie tam jakoś gospodarowały w jednym związku, a po prostu Niemcy do kwadratu, a raczej do sześcianu. Oczywiście powstałyby lokalne królestwa czy księstwa takie jak Litwa, "państwo Niemców bałtyckich" czyli Łotwa i Estonia, Białoruś, Ukraina i oczywiście Polska, ale byłyby to twory całkowicie podporządkowane Niemcom we wszystkich aspektach gospodarczych, politycznych i militarnych. Oczywiście kulturowo mogły rozwijać własną tradycję, język i tak dalej i tym podobnie, ale kultura mitteleuropy byłaby zbudowana na kulturze niemieckiej - i on o tym pisał otwarcie. Gospodarka, a także wojskowość tych państw byłaby albo w rękach niemieckich bezpośrednio, albo też całkowicie kontrolowana przez Berlin za pomocą np obserwatorów czy doradców, gdyż wojska poszczególnych państw miały służyć tylko i wyłącznie na potrzeby mitteleuropy {swoją drogą, czy projekt scentralizowanej Unii Europejskiej z armią europejską nie przypomina tej właśnie koncepcji Naumanna z 1915 r.? Według mnie to jest praktycznie 1:1}. Twierdził też, że np. Polska nie może posiadać żadnego portu morskiego, aby nie była w stanie prowadzić samodzielnej polityki gospodarczej, gdyż polityka Polski - jak również innych satelit niemieckich - miała być podporządkowana tylko i wyłącznie... mitteleuropie).




W latach 20-tych i 30-tych - w chwili gdy elektronika stawała się najważniejszą z nauk - ograniczono ruch niemieckich radioamatorów. W tym samym czasie doprowadzono do emigracji olbrzymią liczbę naukowców. Gdy trwała walka o nowy kształt Europy, Niemcy masowo zarażali do siebie swych sąsiadów: gwałcąc, mordując, rabując, paląc. W czasie II Wojny Światowej Niemcy napadły zbrojnie na niemal wszystkich swoich sojuszników (jest taka anegdotka, której co prawda już dokładnie nie pamiętam, ale chodziło o to, że w roku 1944 Joachim von Ribbentrop - minister spraw zagranicznych Rzeszy, chcąc zrobić prezent führerowi, postanowił przekazać mu pięknie wydany zbiór wszystkich umów, zawartych przez III Rzeszę od początku wojny i okazało się, że nie mógł znaleźć żadnej takowej, której Niemcy do tej pory by nie złamali 🤭). Zaczęło się od Włoch w 1943 roku, w kolejnym roku przyszła kolej na Słowację i Węgry. Finlandię zaatakowano w 1944 roku pomimo znacznego oddalenia, a Rumunia nie miała nawet wspólnej morskiej granicy - jak Finowie - ale i tak stała się obiektem niemieckiej agresji. Jedynym wyjątkiem była Chorwacja, bo jej wierność zagwarantowano sobie innymi metodami - skłóceniem Chorwatów z Serbami (notabene rozpad Jugosławii i późniejsza wojna w tym kraju w roku 1991, był ściśle inspirowany przez zachodnio-niemiecki wywiad, gdyż w interesie jednoczących się Niemiec nie było aby na terenie tzw. mitteleuropy -  którą oni uważali za swój obszar wpływów - powstało coś na kształt projektowanego już wówczas (w roku 1989) przez państwa takie jak Polska, Węgry, Czechosłowacja czy Jugosławia -  kiełkującego Międzymorza w postaci projektu Inicjatywy Środkowoeuropejskiej). Stosunki pomiędzy tymi bliskimi niegdyś narodami do dziś pozostają największym chyba "dziedzictwem kulturowym" Niemców na Bałkanach. Sojusz pomiędzy Warszawą a Berlinem może wydawać się racjonalny - ale wszelkie analogie wskazują na to, że prędzej czy później jakiś Niemiec pokazałby swoje prawdziwe oblicze i okradł Muzeum Narodowe, rozstrzelał marszałka sejmu, wymordował polską inteligencję, zabił polskich Żydów, spalił Warszawę...



ZABAWNE ODNIESIENIE DO ZNISZCZENIA WARSZAWY PRZEDSTAWIONE W TEATRZE TELEWIZJI pt.: "19 POŁUDNIK"

3:33 - "Jesteśmy sojusznikami, przyjaciółmi na śmierć i życie? Jeżeli więc przyjaciel, sąsiad zrobi drugiemu coś brzydkiego... To co powinien zrobić? Przeprosić i naprawić winę albo szkodę... Klaus, mój przyjacielu z NATO, który wyrządziłeś mi krzywdę, no co ty jeszcze czekasz? Kiedy zamierzasz odbudować nam Warszawę?... Twoi koledzy swego czasu zburzyli nam Warszawę"

"Moi koledzy?"

"A co, moi?"

"To nie tak"

"A jak, sama się rozpadła?" 🤭

"Ja z tym nie mam nic wspólnego, ja się urodziłem w 1945 roku"

"To bardzo dobrze, czyli jesteś w pełni sił i masz bardzo dobry powód żeby ją odbudować..."




Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Moralnie nie byłoby to działanie hańbiące. Doświadczenie -  częściowo obecne w świadomości Polaków lat 30-tych - przemawiało raczej przeciwko takim związkom, ale być może Niemcy zachowywaliby się racjonalnie. Najważniejsza jednak była polska racja stanu. Polską racją stanu było utrzymanie suwerenności. To był jedyny cel istnienia Rzeczypospolitej od 1918 roku. Niemcy zaś proponowali, aby Rzeczpospolita z tej suwerenności zrezygnowała, wniwecz obracając poprzednie 20 lat pracy. Współczesnym odpowiednikiem niemieckich propozycji z 1939 roku byłoby zaproszenie Polski do Związku Białorusi i Rosji. Teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie... (Notabene na jednym z kanałów na YouTube Rosjanin który zamieszkał w Polsce jeszcze przed wybuchem wojny na Ukrainie, publikuje ciekawe filmiki, nazywa się Viacheslav Zarutskii - w jednym z ostatnich swoich internetowych felietonów stwierdził, że Rosjanie nie są w stanie zrozumieć dlaczego Polacy nie uczą się już języka rosyjskiego. Bo przecież rozumieją ten język i w ogóle powinni się go uczyć, bo jak inaczej nasze dzieci dogadają się z dziećmi polskimi? Odpowiedź jest bardzo prosta - uczcie się języka polskiego Moskale, języka przyszłości 👍. Polacy nigdy nie używali przecież cyrylicy, a Rosjanie naprawdę wierzą w to, że było inaczej? Odkąd Mieszko I w roku 966 przyjął chrzest z Rzymu a nie z Konstantynopola, związaliśmy się na trwałe ze światem Zachodu i jakkolwiek żałośnie by on dzisiaj nie wyglądał, to jednak tak było. Natomiast indolencja niektórych polityków zachodnich również rozbraja. Pamiętam taką ciekawostkę jak na początku lat 90-tych jakiś polityk z Francji przyjechał do Polski i był pod ogromnym wrażeniem że Polacy w ciągu kilku dosłownie lat przeszli z cyrylicy na alfabet łaciński. Był zdziwiony że to się nam udało tak szybko 😂. Głupiutki Francuzik 🤭).






Decyzja Warszawy, żeby nie wchodzić w sojusz z III Rzeszą, była decyzją jedną możliwą. Ryzyko, które ten wybór niósł ze sobą, nie było większe od tego, które pojawiało się przy każdej walce o suwerenność. Można porównać je do tego, jakie pojawiło się gdy - wraz z wygaśnięciem klauzuli najwyższego uprzywilejowania w początkach 1925 roku - Niemcy postanowili wymusić na Polakach ustępstwa poprzez wstrzymanie importu surowców z Rzeczpospolitej i zwiększenie cła eksportowego. Warszawa podjęła rzuconą rękawicę i - chociaż wojna celna przyniosła większe straty Polsce - to jednak suwerenność została obroniona. W 1939 roku stawka była niemal taka sama jak 14 lat wcześniej, choć sytuacja obu państw nieco inna. Niemcy były na pewno potężniejsze militarnie niż w roku 1925. Polska okrzepła z kolei gospodarczo, a jej sytuacja militarna poprawiła się o tyle, że przestała być zależna w tak dużym stopniu od dostaw sojuszniczych jak w latach 20-tych. Odmienna była również sytuacja polityczna. O ile czynnik sowiecki miał niemal taką samą wagę w roku 1925, co w 1939, to zmieniło się położenie samych Niemiec. W pierwszej połowie lat 20-tych izolowano je politycznie, a ich adwokatem była Wielka Brytania. Wynikało to przede wszystkim z zasady równowagi sił i niechęci Londynu wobec Francji i jej sojuszników - a więc Polski. W 1939 roku izolacja Niemiec należała do przeszłości, ale Brytyjczycy występowali przeciwko Rzeszy. Rzeczywistych sojuszników III Rzesza nie miała zbyt wielu. Sympatyzujące z Berlinem Rzym i Tokio, sympatią darzyły również Warszawę, a problemy łatwiej było rozwiązać wbrew Niemcom niż wraz z nimi. Czecho-Słowacja, będąca jedynym oficjalnym aliantem Niemców, w marcu 1939 roku - podczas wydarzeń zwanych czasem idami marcowymi - została uznana za niegodną zaufania i rozmieniona na drobne. Czechy i Morawy stały się państwem niemal zupełnie pozbawionym armii, Słowacja miała armię nieliczną i słabo dowodzoną (w armii czechosłowackiej nie powierzano funkcji dowódczych Słowakom), a Zakarpacie zostało zajęte przez Węgrów. Oczywiście związanie Czech i Słowacji z III Rzeszą miało dla Niemców skutki pozytywne: znacznie zwiększyło potencjał gospodarczy oraz powiększyło głębię operacyjną śląskiego place d'armes. Jednak berlińscy politycy popełnili wiele błędów, mogli bowiem doprowadzić do rzeczywistego okrążenia Rzeczypospolitej, a nie tylko połowicznego oskrzydlenia.

Niemiecka decyzja popierająca rozpad Czecho-Słowacji była - z punktu widzenia Warszawy - bardzo dla nas korzystna. Rząd w Pradze był wobec Polski nastawiony bardzo agresywnie i atakował Rzeczpospolitą za każdym razem, gdy miał ku temu okazję. To znaczy: za każdym razem, gdy Rzeczpospolita była osłabiona. Praga wysyłała swoje jednostki wojskowe za linię graniczną w roku 1919, 1920 i 1945. Duetowi Masaryk-Beneš, a po 1945 Beneš-Masaryk junior - w ataku na Polskę ani razu nie przeszkodził fakt, że oba państwa należały do tej samej konstelacji politycznej. Skoro Czesi nie wahali się uderzać na Polskę, gdy odbierali dyrektywy płynące z - zaprzyjaźnionych faktycznie lub formalnie z Warszawą - Paryża i Moskwy, to wątpliwe jest, żeby zawahali się uderzyć, gdyby dyrektywy odbierali z Berlina. Najprawdopodobniej kilkanaście doskonale wyposażonych dywizji czechosłowackich uderzyłoby wraz z Wehrmachtem na Rzeczpospolitą - i to uderzyłoby bardzo chętnie. Mogłoby jednak nie dojść do bezpośredniej agresji Czechów na Polskę (tak samo jak w 1942 i 1943 roku, gdy Adolf Hitler - pomimo próśb prezydenta Emila Hachy - uznał sprzymierzone z III Rzeszą wojska czeskie za niegodne wzięcia udziału w walkach przeciwko bolszewikom na froncie wschodnim). Jednak nawet wówczas mógłby skorzystać z linii komunikacyjnych biegnących wzdłuż Czecho-Słowacji i skierować swoje wojska do głębokiego oskrzydlenia Rzeczypospolitej od południa - ze Słowacji lub Rusi Zakarpackiej (stamtąd mogli też zneutralizować linie komunikacyjne biegnące przez Rumunię). Niemcy stopniowo tracili te szanse - tak zgodnie ze staraniami Warszawy, jak i nieco obok nich. Wyzwolenie Śląska Cieszyńskiego w 1938 roku spowodowało przerwanie północnej linii kolejowej biegnącej ze wschodu na zachód. Miesiąc później Niemcy oddali Węgrom - podczas arbitrażu wiedeńskiego - południową linię kolejową biegnącą ze wschodu na zachód Czecho-Słowacji. Wreszcie w marcu 1939 roku Madziarzy inkorporowali Zakarpacie, uzyskując w ten sposób wspólną z Polską granicę. 




Trudno zgodzić się z lansowaną powszechnie tezą, że "głębokiego oskrzydlenia od południa w żadnej mierze nie mogło zrekompensować zajęcie Ukrainy Zakarpackiej przez Węgrów". "Głębokiego oskrzydlenia" po prostu nie było, zapobiegło mu skuteczne działanie polityczne i militarne Warszawy. O "głębokim oskrzydleniu" nie decyduje przebieg granic, ale dostępność linii komunikacyjnych: te zaś - dzięki wyzwoleniu Zaolzia - kończyły się w 1939 roku w tym samym miejscu, co w roku 1938 (a nawet kilkanaście kilometrów dalej na zachód). Polska wykorzystała też doskonale błędy niemieckiej polityki nadbałtyckiej. Najpierw - korzystając z zamieszania wywołanego anszlusem - udało się Rzeczypospolitej unormować stosunki z Litwą kowieńską. Państwo to przez większą część lat 20-tych i 30-tych było najbardziej agresywnym polskim sąsiadem, chętnym do ataku na Polskę jeszcze bardziej niż Czesi czy Rosjanie. Nawet po nawiązaniu w 1938 roku stosunków dyplomatycznych pomiędzy Kownem a Warszawą nienawiść północnych sąsiadów do Polski była tak wielka, że potrzeba by wielkich starań, żeby zniechęcić Litwę kowieńską do agresji na Polskę. A jednak Niemcy dokonali niemożliwego! 23 marca 1939 roku niemieckie siły zbrojne zajęły okręg Kłajpedy, "przywróciły do macierzy" kilkadziesiąt tysięcy Prusaków i skutecznie zmieniły antypolskie resentymenty w Kownie na resentymenty antyniemieckie. 9 maja 1939 roku do Warszawy przybył generał Stasys Raštikis - wódz naczelny litewskich sił zbrojnych - i zaoferował Polsce życzliwą neutralność w nadchodzącym konflikcie polsko-niemieckim. Jak mogłaby wyglądać wojna pomiędzy Polską a Niemcami, gdyby Berlin zimą 1939 roku podjął inne decyzje polityczne? Gdyby nie dokonał agresji ani na czecho-Słowację, ani na Litwę kowieńską? Gdyby nie zalarmował Rzeczypospolitej - i jej sojuszników - z tak dużym wyprzedzeniem? (Oczywistym jest że zwycięstwo nad Niemcami w roku 1939 czy 1940 mogło zostać odniesione jedynie wspólnym wysiłkiem wszystkich członków sojuszu, czyli Polski, Francji i Wielkiej Brytanii, gdyż Hitler uczynił z Wehrmachtu prawdziwą maszynkę do zabijania, której realnie (ani w roku 1939 ani w 1940 w krótkich kampaniach nie była w stanie sprostać żadna ówczesna armia europejska. Jedynie morze gwarantowało tymczasowe bezpieczeństwo, co pokazała paniczna ewakuacja Brytyjczyków spod Dunkierki. Ale wspólna akcja zbrojna, taka, która trwałaby kilka, kilkanaście miesięcy, doprowadziłaby Wehrmacht na skraj upadku, gdyż realnie zacząłby tracić w walkach sprzęt i amunicję, których zastępowalność byłaby mniejsza niż potrzeby wojenne. Tak naprawdę Wehrmacht zaczął powoli odczuwać problemy z tym związane niestety dopiero w drugiej połowie 1940 r. w chwili rozpoczęcia bitwy o Anglię. Dlatego wcześniej spokojnie łamał czy to Polskę czy Francję, bo państwa te działały samodzielnie przeciwko militarnemu potworowi, którego stworzył Hitler na potrzeby podboju Europy i Świata).




CDN.
 

czwartek, 24 października 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. VII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY? 
Cz. III





 Hitler wybrał drogę konfrontacji, czy też - jak rozumowano w Berlinie - zabezpieczenia sobie tyłów. W niespełna miesiąc po konferencji monachijskiej, 24 października 1938 roku, Joachim von Ribbentrop - nowy minister spraw zagranicznych Rzeszy - przedstawił ambasadorowi Polski w Berlinie Józefowi Lipskiemu propozycję "uporządkowania istniejących między obydwoma krajami punktów spornych". Chodziło przede wszystkim o przystąpienie Polski do paktu antykominternowskiego. Był to dziwny sojusz podpisany przez Niemcy i Japonię 25 listopada 1936 roku w Tokio, do którego 6 listopada 1937 roku dołączyły Włochy. Sojusz był dziwny dlatego, że choć nominalnie wymierzony przeciwko Kominternowi - a więc w Związku Sowieckiego - faktycznie grupował państwa wrogie Wielkiej Brytanii i Francji. Oprócz zerwania z Francją Warszawa miała wykonać gesty dobrej woli wobec Berlina - przedłużyć polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy na 25 lat, wyrazić zgodę na przyłączenie Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy, oraz na przeprowadzenie eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich.

Czy Polska mogła zaakceptować takie rozwiązania? Kwestie, na które przez długi czas zwracali uwagę historycy, publicyści - a przede wszystkim propagandyści - czyli "oddanie Gdańska i budowa eksterytorialnej autostrady", były w gruncie rzeczy zmianami kosmetycznymi. Gdańsk nie był częścią terytorium Rzeczypospolitej, tylko państwem pod protektoratem Ligii Narodów. W drugiej połowie lat 30-tych - po wybudowaniu portu w Gdyni - miasto to nie miało dla Rzeczpospolitej większego znaczenia gospodarczego (zresztą Berlin gwarantował utrzymanie polskich przywilejów). Miało jednak znaczenie propagandowe - i to przede wszystkim na arenie międzynarodowej. Polska zgoda na jego połączenie z Rzeszą byłaby prztyczkiem w nos Lidzie Narodów, a przede wszystkim publicznym upokorzeniem Francji. Eksterytorialna autostrada i linia kolejowa miała również symboliczne znaczenie, tym razem jednak pozytywne. Czemu zaprzyjaźnione państwo miałoby utrudniać kontakty pomiędzy poszczególnymi częściami Niemiec? (Od czasu pierwszego konsula generalnego Rzeczpospolitej Polskiej w Królewcu - Stanisława Srokowskiego, który piastował tę funkcję od 24 IV 1920 do 16 XI 1921 r. polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała na maksymalnym osłabieniu wpływu tej prowincji od Berlina i w miarę możliwości uzależnić go od Polski. Srokowski pisał bowiem: "Sąsiada w rodzaju Prus Wschodnich należy przeto za każdą cenę albo pozyskać, albo przeistoczyć. Inaczej przy nadarzającej się sposobności zgotuje on nam los fatalny. I to wtedy, kiedy sąsiedzkiej lojalności jak najbardziej będzie nam potrzeba. Robota zmierzająca do uzgodnienia dążności Prus Wschodnich z interesami polskimi winna być (...) wykonywana z niezłomną, choćby wieki trwającą stanowczością i wytrwałością. Celem jej ostatecznym musi być zniszczenie ekspansji wschodniopruskiej". Polska polityka wobec Prus Wschodnich polegała więc na stopniowym przechodzeniu z płaszczyzny rozważań gospodarczych głównie z handlu drewnem, na płaszczyznę militarną i stopniowym uzależnianiu ziemi pruskiej od Polski. Nie brano jednak pod uwagę faktu, że prowincja ta -  paradoksalnie oderwana od reszty Niemiec polskim Pomorzem - już w latach 20-tych była znacznie bardziej podporządkowana Berlinowi, niż miało to miejsce przed rokiem 1918, gdyż odebrano tej ziemi, posiadane przez nią wcześniej autonomiczne prerogatywy).

Poza tym rozwiązanie takie było proponowane już od lat 20-tych - i to nie przez kręgi niemieckie (pisałem już o tym, że to właśnie polska strona proponowała stworzenie sieci kolejowej, biegnącej przez Pomorze do Prus Wschodnich. Aczkolwiek wydaje mi się że jeszcze tego tematu nie zakończyłem) ponieważ było symbolem porzucenia przez Berlin planów inkorporacji całego polskiego Pomorza. (...) Wydaje się, że przyjęcie takich rozwiązań terytorialnych rzeczywiście zakończyłoby spory terytorialne pomiędzy Berlinem a Warszawą. Najważniejszym postulatem było jednak przyłączenie się Polski do paktu antykominternowskiego, a więc zerwanie sojuszu z Francją. Byłby to na pewno wielki dyplomatyczny sukces Berlina, bowiem za Rzeczpospolitą akces do bloku niemieckiego ogłosiłyby zapewne państwa bałtyckie, a przede wszystkim Rumunia. Królestwo to związane było dość ogólnikowym sojuszem z Francją (poza tym niemiecka ekspansja gospodarcza w tym kraju była bardzo intensywna), oraz sojuszem z Jugosławią i Czechosłowacją (tzw. Mała Ententa) wymierzonym w państwa "reakcyjne": Węgry, Bułgarię i Austrię w rozumieniu "habsburskim"). Po konferencji monachijskiej Mała Ententa (...) przestała istnieć. Mała Ententa była sojuszem podwójnie, a nawet potrójnie egzotycznym (rzeczywiście, jak się na to patrzy, to trzeba sobie powiedzieć jasno, że poszczególne interesy państw sygnatariuszy tego układu były ze sobą często sprzeczne - to znaczy nie w pełni jednakowe. Podam przykład: Czechosłowacja obawiała się przede wszystkim Niemiec i Węgier i to przeciwko nim głównie się zbroiła, natomiast za sojusznika uznawała Związek Sowiecki. Rumunia na odwrót, za wroga uznawała Związek Sowiecki {z tego powodu zawarła również sojusz z Polską w roku 1921} i Węgry, natomiast Niemcy za partnera handlowego, a również i politycznego. Jugosławia zaś nie miała żadnych pretensji ani do Niemiec, ani do Związku Sowieckiego, a za głównego wroga upatrywała... Włochy {w mniejszym stopniu Węgry}, czyli tak naprawdę jedynym państwem które łączyło te trzy kraje, to była obawa węgierskiej irredenty za rozbiór tego kraju dokonany w czerwcu 1920 r w Trianon). (...) Każdy kraj miał bowiem wrogiego sobie sąsiada, z którym jego alianci mieli bardzo dobre stosunki. (...)




Jedynym lojalnym sojusznikiem Rumunii była Rzeczpospolita, gdyby więc Warszawa związała się z Berlinem, Bukareszt uczyniłby podobny krok (przemawiał też za tym fakt, że uzbrojenie armii rumuńskiej było produkcji czeskiej i francuskiej. Niemcy kontrolowali po Monachium przemysł czeski, a Polacy - także używając sprzętu pochodzącego znad Sekwany i Loary - samodzielnie produkowali do niego i części zamienne, i amunicję). Nowy układ sojuszy w Europie Środkowej - Niemców z Polską, Rumunią i państwami bałtyckimi - wzmocniłby pozycję Berlina wobec Paryża i Londynu. Spowodowałby jednocześnie powstanie silnego bloku antysowieckiego. Racjonalne wydaje się założenie, że w takiej konfiguracji wojna pomiędzy Niemcami a Francją nie wybuchłaby. Nie leżałaby ani w interesie Francji, ani samych Niemiec. A tym bardziej niemieckich sojuszników, tzn. Polski i Rumunii. Rzecz nie w tym, że Polacy i Rumunii jakoś szczególnie kochali Francuzów - takie "uczucia" ulicy łatwo zmienić akcją propagandową. Rzecz nawet nie w tym, że Polacy i Rumunii obawiali się uderzenia sowieckiego. Rzecz w tym, że zwycięstwo Niemiec oznaczałoby wzmocnienie pozycji Berlina wobec Warszawy i Bukaresztu, a zwycięstwo Francji - katastrofę polityczną i gospodarczą. Dla człowieka myślącego realistycznie to właśnie z sukces Francuzów był bardziej prawdopodobny -  otrzymaliby oni wsparcie ze swych kolonii, od imperium brytyjskiego, a nawet Stanów Zjednoczonych i Związku Sowieckiego. III Rzesza mogłaby korzystać z ograniczonych zasobów kontynentalnych (i nie ma powodów w podejrzewać, że scenariusz wojny niemiecko-francuskiej różniłby się znacznie od tego z lat 1914-1918 czy 1939-1945). 

Dużo bardziej prawdopodobne było podjęcie - w bliższej lub dalszej przyszłości - "krucjaty antybolszewickiej". Jeśli doszłoby do niej, to najprawdopodobniej zakończyłaby się sukcesem państw europejskich. Przeciwko kontynentalnemu mocarstwu bolszewickiemu - wrogiemu nie tylko sąsiadom, lecz także swoim obywatelom - wystąpiłyby państwa wspierane przez niemal cały wolny świat. Co więcej, jedną z głównych przyczyn klęski III Rzeszy w wojnie przeciwko Związkowi Sowieckiemu w latach 1941-1945 było kurczowe trzymanie się ideologii narodowosocjalistycznej (to prawda, Hitler popełnił totalną głupotę pod tym względem. Chociaż należy też pamiętać, że Niemcy częściowo przynajmniej korygowali tę politykę od roku 1943, dopuszczają również uczestnictwo narodów takich jak Kozacy, Ukraińcy, a  nawet oddziały Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej gen. Własowa - czyli chętnych mimo bandyckiej niemieckiej polityki na Wschodzie było dosyć dużo do wstępowania w szeregi Wehrmachtu {bo przecież te jednostki nosiły mundury niemieckie i jedynie ich naszywki różniły je od siebie}. Z tym że w roku 1943 to nawet nie tyle czynnik ludzki był dla Niemiec istotny na Wschodzie - bo tego wbrew pozorom nie brakowało - a kluczowe zaopatrzenie w paliwo, czyli to "czarne złoto" którego Niemcom zawsze brakowało, a także Niemcy nie nadążali w produkcji czołgów i artylerii. Sowieci byli w stanie miesięcznie wystawić samych czołgów T-34 kilkaset, podczas Niemcy produkując ciężkie "Tygrysy" czy "Pantery" mogli ich wyprodukować co najwyżej od kilkunastu do kilkudziesięciu sztuk). Zaowocowało to ludobójstwem i utrzymaniem - w okupowanych częściach państwa sowieckiego - "bratniego" socjalistycznego porządku gospodarczego z kołchozami, sowchozami i komisarzami. (Niemcy na ogromnych obszarach Związku Sowieckiego mieli ogromne trudności z aprowizacją, to znaczy oni wkraczając do Rosji sowieckiej od razu zakładali, że tamtejsza ludność nie będzie żywiona. To znaczy, będzie zdana na śmierć głodową, co było oczywiście zgodne z narodowosocjalistyczną ideologią słowiańskich podludzi przeznaczonych do eksterminacji. I to właśnie ta polityka, połączona jeszcze z represjami, doprowadziła do radykalnej zmiany nastrojów ludów Związku Sowieckiego, które jeszcze w czerwcu i lipcu 1941 r. witały wkraczający Wehrmacht kwiatami, a nawet niekiedy chlebem i solą).




Gdyby w wojnie przeciwko Sowietom walczyło państwo polskie, można przyjąć za pewnik, że przyjęto by ideę prometeizmu, czyli wykorzystania tendencji odśrodkowych w imperium bolszewickim. Obywatelom sowieckim oddano by prawo wolności do ziemi, pamiętano bowiem doskonale co leżało u podstaw polskich sukcesów i porażek w walkach z Rosjanami w roku 1863 i 1920. Polski chłop występował po stronie tej władzy, która gwarantowała mu prawo własności do ziemi. A przy zachowaniu życzliwości obywateli Związku Sowieckiego to zbrodnicze państwo upadłoby bardzo szybko. Można też przyjąć, że nastąpiłyby okresy pokojowego rozwoju Europy. Nie musiałoby dojść do żadnych wojen. Francuzi skupiliby się na swoich koloniach, Niemcy Hitlera i Rosja Stalina utrzymywałyby pokojowe stosunki  scementowane wspólną socjalistyczną ideologią. Mogłoby to trwać kilkadziesiąt lat po których nastąpiłaby destalinizacja i dehitleryzacja, a Europa rosła by w siłę i ludziom żyłoby się dostatnio. (Z tym się nie zgodzę, to jest kompletny miraż, i to nie tylko dlatego że zarówno Hitler jak i Stalin dążyli do wojny bez względu na wszystko, tylko że do wojny rozsądnej -  takiej, z której wyjdą zwycięsko. Ale nawet jeżeli założymy że do wojny nie doszłoby, to taki sojusz - czy to ideologiczny, czy polityczny, czy jakikolwiek inny pomiędzy Niemcami a Rosją - byłby z góry zagładą dla Polski. Po prostu w żadnym takim wariancie Europy rosnącej w siłę istnienie Polski nie byłoby możliwe. Polski nie było na mapie Europy 123 lata, i przyznam się szczerze nikomu na Zachodzie to nie przeszkadzało, a w Europie Środkowej Rosja i Niemcy wpływami by się podzieliły. Zresztą w takiej konfiguracji po zagładzie Polski nie byłoby możliwe również istnienie państw w bałtyckich, a także Czechosłowacji - chyba że w jakiejś kadłubkowej formie protektoratu. Czy to by oznaczało europejski pokój? Śmiem wątpić)




Czy Polska mogła zaakceptować sojusz z Niemcami? Technicznie nic nie stało na przeszkodzie. Związanie się Polski z Niemcami nie stanowiłoby też chyba większego problemu moralnego. Przez większą część wspólnej historii Polacy i Niemcy pozostawali w stosunkach pokojowych, a nawet przyjacielskich. Oprócz kilku średniowiecznych awantur dynastycznych, wojen nie prowadzono (w okresie PRL duży nacisk propagandowy położono na konflikty polsko-krzyżackie, nie zwracając uwagi ani na fakt, że państwa krzyżackiego nie można w pełni utożsamiać z państwem niemieckim, ani na to, że każda niemal wojna rozpoczynała się od polskiej agresji). Co więcej, najlepszym i najwierniejszym sojusznikiem Rzeczpospolitej było Cesarstwo Niemieckie - to dzięki niemu odbudowano państwo polskie po Potopie. Polska i Saksonia były związane unią personalną, którą oceniano na tyle dobrze, że regularnie wracano do tej idei (zarówno w Konstytucji 3 Maja, jak i w konstytucji z 1807 roku). Cieniem na wzajemne stosunki kładła się oczywiście polityka pruska. Warto jednak zauważyć, że Hitler był Austriakiem, a NSDAP - jako socjalistyczna partia robotnicza - zwracała uwagę na interesy przemysłowe, a nie agrarne. Poza tym w czasach wielkiej wojny najbliższymi sojusznikami żołnierzy polskich - a także ich nauczycielami i wychowawcami - byli żołnierze państw centralnych: Niemcy i Austriacy. Wreszcie III Rzesza u progu 1939 roku nie była wcale ohydnym i zbrodniczym organizmem planującym masowe ludobójstwa. Oczywiście obrzydzenie w Polakach mogły wzbudzać i ustawy norymberskie, i krwawe porachunki towarzyszy partyjnych, i obozy koncentracyjne, ale nie były one niczym wyjątkowym: rasistowskie prawo funkcjonowało w "kulturalnych" Stanach Zjednoczonych do 1965 roku (jeszcze w latach 50-tych XX wieku na południu USA murzyn, który był chociażby podejrzany o stosunek z białą kobietą, mógł zawisnąć na stryczku. I nie było to wcale rzadkie zjawisko), pogromy zdarzały się na terenach kontrolowanych przez "kulturalnych" Brytyjczyków (m.in. w 1929 roku w Hebronie dopuścili do śmierci 67 Żydów, w 1919 roku w Amristarze żołnierze króla zastrzelili co najmniej 379 Hindusów), obozy koncentracyjne zakładali "kulturalni" Czesi (w Letach i Hodoninie), a przeciwników politycznych brutalnie eliminowali także "kulturalni" Rumunii (mordując przetrzymywanych w więzieniach setki wrogów politycznych).

Polacy mogli patrzeć z wyższością na Niemców, ale inni sąsiedzi Rzeczypospolitej nie byli lepsi. W porównaniu zaś ze Związkiem Sowieckim i Stalinem - mającym na sumieniu miliony ofiar - Hitler wydawał się świętoszkiem. I to sowiecka Rosja była wrogiem numer jeden dla Polaków, Europy i świata -  przynajmniej przed 1939 rokiem. (...) Racjonalne argumenty mogą wskazywać, że skutki kapitulacji Polski przed III Rzeszą i przyjęcie jej dyktatu byłyby lepsze niż danie im odporu. Jest jednak pewne "ale" - Hitler był niegodnym zaufania głupcem. Sam zresztą tak siebie określił w początkach 1939 roku: "Musiałbym być idiotą, gdybym rozpoczął kolejną wojnę światową z powodu Polski". Jako że niedaleko pada jabłko od jabłoni, to inni przywódcy niemieccy byli równie "stabilni" emocjonalnie i "godni zaufania" jak Hitler. Niemal wszyscy sojusznicy Niemców - czy z I, czy z II wojny światowej - stracili na tym związku. Jedynie ci, którzy odpowiednio wcześnie zerwali alians z Berlinem, nie zostali zniszczeni. Wystarczy porównać sobie pierwszowojenne losy Bułgarii i Grecji, albo drugowojenne losy Italii - pierwszego odstępcy - oraz Węgier - państwa wiernego Niemcom do ostatka. Jeszcze lepszym materiałem porównawczym dla Warszawy, były pierwsze lata państw oddzielonych Zbruczem: stworzone przez Niemców Królestwo Polskie latem 1917 roku zlikwidowało militarne stosunki z Berlinem, a w październiku 1918 roku ogłosiło niepodległość (mowa tutaj oczywiście o rejonie Krakowa i Galicji, które to pierwsze się oderwały od okupacji austriackiej, dopiero potem, w listopadzie przyszła kolej na Warszawę. Należy jednak powiedzieć że owych listopadowych dniach, szczególnie po 11 listopada 1918 r. gdy rozpoczęto w Warszawie rozbrajanie wojsk niemieckich, zaczęło krążyć takie powiedzenie: "Ni to z tego, ni z owego, mamy Polskę na pierwszego". Mało kto zdaje sobie dzisiaj sprawę że te słowa nie były wcale od tak rzucone na wiatr, a oddawały rzeczywistość jaka wówczas zaistniała. Rzeczywiście 11 listopada była Polska ponieważ wcześniej Niemcy dekretem z 5 listopada 1916 r. stworzyli administrację Królestwa Polskiego, czyli my mieliśmy już pełne kadry administracyjne rodzącego się państwa, co prawda nadal podzielonego, ale jednak administracja już była. Wojsko też już było, choć podlegało różnym wodzom i wciąż jeszcze było nieliczne. Dopiero Piłsudski zebrał to wszystko w karby i w kolejnych miesiącach rozpoczęto rozbudowę Wojska Polskiego, głównie stawiając nacisk nie na ilość a na jakość, co było powodem późniejszych zwycięstw w wojnie z Ukraińcami w roku 1919 i w wojnie polsko-bolszewickiej z lat 1919-1920). Objęta protektoratem niemieckim Ukraińska Republika Ludowa do 11 listopada 1918 roku pozostawała wierna Kajzerowi. Polska pozostała państwem suwerennym, Ukraina nie zdołała obronić swej niepodległości.




CDN.
 

środa, 16 października 2024

TRIANON - WĘGIERSKA TRAUMA - Cz. I

I DO DZIŚ NIEZABLIŹNIONA RANA




 Był szczególnie brzydki piątek 4 czerwca 1920 r. Chociaż to już było lato, dzień był chłodny, pochmurny, wyjątkowo nieprzyjemny, a słońca praktycznie nie widać było za gęstych chmur, które przetaczały się po niebie. W zasadzie dzień ten oddawał nastrój ludzi, zebranych na Placu Bohaterów w Budapeszcie, którzy tego właśnie dnia rozpoczynali swoją narodową żałobę, trwającą tak naprawdę do dziś dnia (czyli już ponad 100 lat). Cóż takiego się wydarzyło, że naród węgierski do dzisiaj postrzega tamto wydarzenie jako narodową tragedię, wręcz rozbiór państwa, które było jednym z największych w Europie, a skończyło jako niewiele znaczący ogryzek Europy Środkowej (choć akurat tutaj też liczą się elity, co współcześnie pokazuje chociażby przykład Wiktora Orbana, czy premiera Słowacji Roberta Fico - którzy są wielkimi przywódcami małych państw. Natomiast zarówno Węgry jak i Słowacja, Czechy, Rumunia, Bułgaria, te wszystkie kraje zachowały swoją pierwotną elitę polityczną, która co prawda nieco się zmieniła w czasach komunistycznych, ale nie aż tak bardzo jak to miało miejsce u nas. Nasza elita kończyła w dołach śmierci w Katyniu, w Palmirach, w niemieckich obozach koncentracyjnych i w sowieckich łagrach, a ci którym udało się przetrwać,  osiedli na Zachodzie {tam też osiadło również wielu wybitnych polskich naukowców, którzy później przez lata pracowali na wielkość USA, Wielkiej Brytanii, Francji czy innych krajów, tylko nie Polski - bo tutaj najpierw Sowieci z Niemcami urządzili krwawą łaźnię, a następnie przez lata komunistycznego zniewolenia tak naprawdę nie dało się ani pracować, ani żyć wybitnym jednostkom}. Nasze nowe "elity" przyjechały na sowieckich tankach ze Wschodu, a w ciągu kolejnych dekad jedynie dokooptowano do tego towarzystwa technokratów {i najróżniejszych politycznych cwaniaków}, którzy aby przetrwać, musieli działać i mówić tak jak tamci. Węgrom ta katastrofa została oszczędzona, dlatego też dzisiaj Węgry mają węgierskiego Orbana, a my mamy niemieckiego Tuska).

Węgry zostały zranione, mocno zranione, choć w ich przekonaniu kara jaka została im zadana, była niewspółmierna do ich ewentualnej winy. Bo cóż też było miało być tą winą? Że Węgry w dualistycznej monarchii z Austrią, razem walczyły po stronie Państw Centralnych w Wielkiej Wojnie? A jaki miały wybór? Żadnego! tym bardziej że cesarz z rodu Habsburgów (rezydujący głównie w Wiedniu) był równocześnie ich królem. Z tego też powodu przedstawiciele zwycięskich mocarstw uznali to państwo za pokonane i wrogie, a tym samym narzucili mu tak drakońskie warunki, jakich nie narzucono żadnemu innemu państwu z którym Ententa toczyła Wielką Wojnę. Tak więc 4 czerwca 1920 r. dokładnie o godzinie 16:15 w Pałacu Trianon pod Paryżem, dwaj węgierscy przedstawiciele: minister spraw socjalnych Ákos Benárd i ambasador Alfréd Drasche-Lázár (w towarzystwie Ivána Praznovszkyego, hrabiego Istvána Csáskyego, radcy ambasady Jánosa Wettsteina i sekretarza Arnó Bobrika) podpisali dokument hańby, który realnie oznaczał rozbiór Wielkich Węgier. Przyglądało się temu 22 przedstawicieli Ententy i państw z nią stowarzyszonych, oraz 4 przedstawicieli doproszonych z Kanady, Australii, Nowej Zelandii i Republiki Południowej Afryki. Po stronie węgierskiej dokument ten podpisywało przedstawicielstwo o tak niskiej hierarchii dyplomatycznej, ponieważ żaden inny polityk na Węgrzech nie chciał podpisać tego traktatu, aby nikt nie kojarzył owej hańby z jego nazwiskiem. Wyznaczono więc do tego ludzi pośrednich, gdyż ktoś musiał to podpisać bo inaczej Węgry stałyby się pariasem Europy i chcąc nie chcąc zostały do tego zmuszone, ale Węgrzy w swej świadomości wypierali tę hańbę (i wypierają ją poniekąd po dziś dzień).

Jak w ogóle do tego doszło i dlaczego Węgrzy odczuwają tak wielką stratę, jaką ponieśli na korzyść państw sąsiednich: głównie Rumunii (utracono obszar 103 095 km² i 5 257 467 ludności), Czechosłowacji (61 633 km² i 3 517 568 ludności), Królestwa Serbii, Chorwacji i Słowenii - od 1929 r Jugosławii (20 551 km² i 1 509 295 ludności), Austrii (4 020 km²), Włoch (jakiś niewielkie tereny na Słowacji), a także Polski (dwie wioski na Spiszu, zamieszkałe łącznie przez 230 osób). Kraj który jeszcze w 1918 r. liczył 282 870 km² i 18 264 000 ludności, w roku 1920 liczył już 92 963 km² i 7 615 117 ludności, czyli zmniejszył się o ponad 10 649 000 mieszkańców, z czego jakieś 30% to byli rodowici Węgrzy. Zresztą zarówno w Siedmiogrodzie (przyłączonym do Rumunii), jak również na Słowacji (która stała się częścią Czechosłowacji), Węgrzy zamieszkiwali głównie miasta, a także stanowili lokalną elitę. Wszystkie zamki na Słowacji, jak również wszystkie dwory w Siedmiogrodzie należały do Węgrów, natomiast Słowacy (i Rumunii) to byli głównie chłopi. Włoski podróżnik Claudio Magris tak opisywał słowacką ziemię: "Większość panów zamieszkujących te posiadłości stanowili Węgrzy. Dla słowackich chłopów pozostawały drevenice, chaty lub małe domy z desek, połączonych słomą lub suchym nawozem. (...) ręce chłopek z leżącej u podnóża zamku wioski dziś jeszcze są barwy ziemi, wysuszone i sękate niczym korzenie drzew, torujące sobie drogę pośród kamieni. (...) przez wieki Słowacy byli ludem ignorowanym, nieznanym substratem i tkanką swego kraju, podobnym owej słomie i suchemu nawozowi spajającemu drevenice". Wielkie Węgry, Węgry historyczne przeszły do historii, pozostał ogryzek, którym obecnie włada Wiktor Orban.




Nim jeszcze w Pałacu Trianon przedstawiciele Węgier zostali zmuszeni do podpisania owego haniebnego traktatu, który nazwano traktatem pokojowym - czyli 4 czerwca 1920 r. (a więc na zaledwie jeden dzień przed rozpoczęciem ofensywy Siemiona Budionnego na Ukrainie, gdyż od 7 maja 1920 r. Wojsko Polskie przebywało w Kijowie a front stał na Dnieprze, Białej Cerkwi, Samhorodku, Piskowie, Hajsynie,  Bracławiu aż do Dniestru), już od rana, od godziny 8:00 na Placu Bohaterów w Budapeszcie (przed ustawionym w 1895 r. Panteonem węgierskich królów) zaczął gromadzić się gęsty tłum. W tłumie tym licznie znajdowali się uchodźcy z ziem które od Węgier odpadały, a którzy przybyli do stolicy aby zamanifestować swój sprzeciw wobec rozpadu kraju, sprzeciw wobec rozbioru Węgier po ponad tysiącletniej jego historii. Przybyli oni tam z transparentami ziem, które odpadały od węgierskiej macierzy i można było wówczas przeczytać nazwy owych ziem: Górne Węgry (czyli dzisiejsza Słowacja), Siedmiogród, Kraina Południowa (dzisiejsza Wojwodina). Obok czerwono-biało-zielonych sztandarów powiewały tam również czarne, żałobne proporce i proporcjonalnie było ich znacznie więcej niż flag narodowych Węgier. Ok. godziny 9:30 tłum sprzed Placu Bohaterów ruszył aleją Andrássyego ku Bazylice św. Stefana, gdzie też o godzinie 10:00 miało się odbyć nabożeństwo żałobne. Po drodze śpiewano hymn narodowy na przemian z węgierskimi pieśniami patriotycznymi, a także dały się słyszeć tu i ówdzie pojawiające się okrzyki: "Precz z Ententą!", "Sprawiedliwość dla Węgier!", "To nie pokój!". Tuż przed godziną 10:00 we wszystkich kościołach w Budapeszcie rozdzwoniły się dzwony, stanęły wszystkie tramwaje, a na 5 minut również pociągi i statki na Dunaju. Mszę w Bazylice św. Stefana odprawił opat Kálmán Kovács (gdyż biskup István Zadravecz był wówczas chory), który w ostatnich słowach swego kazania zwrócił się do zebranych: "Pokażemy, że chcemy żyć i żyć będziemy. Nie zgorzknienie i nie nienawiść wiodą nas, gdyż wierzymy w odrodzenie, lepszą przyszłość, w którą z pomocą boską nieustannie ufamy". Na zakończenie tłum odśpiewał hymn, po czym ludzie przeszli pod pomnik narodowego poety Sándora Patöfiego, gdzie również odśpiewano hymn i rozwiązano zgromadzenie. Udając się do swych domów ludzie szli w smutku, niektórzy płakali - potworna żałoba spadła wówczas na Węgry.

O godzinie 11:05 zebrało się Zgromadzenie Narodowe, a głos zabrał reprezentujący komitat Veszprém - István Rokovszky, który po odczytaniu krótkiego oświadczenia parlamentu Węgier w tej sprawie, wypowiedział na koniec takie oto słowa: "W dniu dzisiejszym Węgry znalazły się w historycznym punkcie zwrotnym. Dziś podpisany zostanie układ pokojowy, który oznacza rozdrobnienie naszego tysiącletniego państwa. Nazywają traktatem pokojowym to, co nie gwarantuje wiecznego pokoju, lecz wieczny niepokój" (z sali wówczas dało się słyszeć głosy: "Właśnie, właśnie...!"). (...) "Nikogo nie można przymusić do czegoś, co jest niewykonalne" - kontynuował Rokovszky i zwrócił się do tych Węgrów, którzy: "są dziś od nas odcinani: po tysiącletnim wspólnym życiu i losie musimy się rozejść, ale nie na zawsze!" (z sali padły głosy: "Nie na zawsze!", "Nigdy!"). Co doprowadziło Węgry do takiej tragedii, której efekty tak naprawdę ciążą na nich po dziś dzień? Wielu Węgrów uważało że głównym spirytus movens owej hańby traktatu z Trianon do której zostali zmuszeni, był premier Francji Georges Clemenceau. Opowiadano sobie że wpływ na to miał jego osobiste doświadczenia, a mianowicie to, że jego syn poślubił Węgierkę - Idę Michnay, z którą później się rozwiódł. Powodem rozwodu miał być romans, w jaki wydałaś się Ida w czasie, gdy młody Clemenceau był na froncie. Georges raczej nie utrzymywał dobrych stosunków ze swym synem, natomiast z synową dosyć ożywione, wspierał ją i pomagał, ale jego stosunek również się zmienił po tym, jak wyszło na jaw, że Ida rzeczywiście zdradzała jego syna (ten porzucił ją wówczas z dwojgiem dzieci). Na Węgrzech uznano więc oficjalnie że powodem niechęci Francuzów - a szczególnie właśnie Clemenceau do Węgier, była jego osobista, rodzinna trauma, której następnie dawał on wyraz, dyktując Węgrom tak okrutne warunki pokojowe.

Jaka była jednak prawda? Kto zawinił, kto rzeczywiście ponosił odpowiedzialność i gdzie należy jej szukać? Czy wśród przedstawicieli państw Ententy którzy na mapie Europy w Wersalu nie byli w stanie znaleźć Wisły tylko dlatego, że była ona tam zapisana po niemiecku? Czy może jednak winę ponosili sami Węgrzy, którzy należąc do dualistycznej monarchii również przegrali wojnę, a Austriacy pociągnęli ich na dno za sobą? O tym opowiem już w kolejnej części tej nowej serii, która jednocześnie jest pierwszą na temat Węgier jako takich. 




Poza tym jak to mówi się w tym przysłowiu: "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki". Węgrom należy oddać szacunek, jako że bez ich wsparcia, a przede wszystkim bez ich amunicji - którą dostarczyli nam w kluczowych dniach Bitwy Warszawskiej w sierpniu 1920 r. przegralibyśmy tę bitwę (gdyż nie mieliśmy już czym strzelać, a wszystkie fabryki amunicji w naszym kraju zostały zniszczone kompletnie w czasie Wielkiej Wojny) i co za tym idzie Sowieci doszliby do Niemiec, a prawdopodobnie również do Francji, Włoch i Hiszpanii. Powstałaby nowa komunistyczna, zjednoczona Europa, zbudowana oczywiście na milionach zamordowanych "wrogów socjalizmu". W 1939 r Hitler chciał aby Węgry również uczestniczyły w agresji na Polskę, ale premier Węgier Pál Teleki powiedział, że jakakolwiek akcja wymierzona przeciwko Polsce ze strony Węgier jest niemożliwa ze względu na zaszłości historyczne i względy moralne, a przez jakąkolwiek akcję rozumie również przemarsz przez węgierskie terytorium wojsk niemieckich i zapowiedział że jeżeli Niemcy nadal będą naciskać i usiłować wymusić takie działania, to gotów jest użyć siły. Potem po klęsce w 1939 r. Węgrzy bardzo często przymykali oko na internowanych na Węgrzech żołnierzy polskich. Dochodziło do tego, że Polacy chodzili sobie po mieście zupełnie nie pilnowani, a wielu z nich już nie wracało do obozu internowania, tylko przedzierali się dalej do Francji, do tworzonego tam Wojska Polskiego, aby dalej walczyć z niemieckim okupantem które zniszczył nam kraj. Węgrzy też pomagali nam w czasie rzezi na Wołyniu w 1943 r. chroniąc ludność polską przed ukraińskimi nacjonalistami z OUN-UPA, a także w Powstaniu Warszawskim 1944 r. Odpłaciliśmy im się w roku 1956 w czasie Powstania Węgierskiego gdy Sowieci niszczyli wolnościowy zryw Węgrów. Wówczas w Polsce organizowano powszechną pomoc dla krwawiących Węgier, oddawano masowo krew, polskie dzieci wysyłały zabawki dla dzieci węgierskich, przygotowywano leki, środki opatrunkowe, ubrania nawet żywność. To wspólne wsparcie z Bratankami poniekąd przetrwało do dziś.





PS: Kochani ostatnio jestem tam tak zawalony pracą, że dosłownie nie wiem w co ręce mam włożyć, dlatego też nieco mniej angażuję i tutaj na tym blogu, aczkolwiek być może szybko się to zmieni. Zobaczymy jak szybko uda mi się pewne sprawy uporządkować (i to sprawy które się nagle niestety zwaliły mi się na głowę i wymagają niezwłocznej interwencji). Cóż, nikt nie powiedział że będzie łatwo (a nie chcę nie będę się tutaj skarżyć).


CDN.

środa, 20 grudnia 2023

PIERWSZY SUPERMARKET

 TAKA TAM CIEKAWOSTKA




 Dziś, gdy jesteśmy w szale ostatnich przedświątecznych zakupów (często dokonywanych w dużych dyskontach), warto wspomnieć o pewnej małej ciekawostce odnośnie pierwszego nowoczesnego supermarketu, otworzonego na ziemiach polskich (a konkretnie w Warszawie). Kiedy po raz pierwszy otworzono w Polsce supermarket? Większość źródeł na ten temat twierdzi, że stało się to dopiero po upadku komunizmu, czyli po roku 1989/1990, a jako pierwszy duży supermarket (czy też raczej hipermarket) otwarty zostały w 1993 r. sklep pod szyldem HIT (należący do niemieckiej firmy Dolhe). Pytanie tylko czy rzeczywiście był to pierwszy supermarket na ziemiach polskich, bo z tego co wiem, to nie. I teraz właśnie pragnę opowiedzieć o takim pierwszym, pionierskim supermarkecie, otwartym w Warszawie jeszcze w latach 60-tych.

Otóż po okresie stalinizmu w Polsce, nastała odwilż tzw: "Polskiego Października" 1956 r. Nim jednak do tego doszło, wybuchł konflikt pomiędzy dwoma frakcjami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: dążącymi do odwilży i reform "puławian" - nazwa wzięła się od ulicy Puławskiej w Warszawie, gdzie mieszkało najwięcej członków tej grupy; oraz twardogłowych stalinowców zwanych "natolińczykami" - nazwa wzięła się od osiedla Natolin na Ursynowie w Warszawie, gdzie spotykali się przedstawiciele tej frakcji. Po krwawym stłumieniu w czerwcu 1956 r. buntu mieszkańców Poznania - którego stłumieniem kierowali natolinczycy, we wrześniu i październiku 1956 r. konflikt pomiędzy tymi dwoma grupami przybrał na sile. Już 15 października Biuro Polityczne partii wyznaczyło zebranie VIII plenum na 19 października, z tym że dokooptowano do składu Biura Politycznego dotychczas prześladowanych komunistów, w tym Władysława Gomułkę. Natolińczycy próbowali kontratakować i już 17 października Marszałek Związku Sowieckiego Konstanty Rokossowski, polecił podległym mu dywizjom sowieckim z Pomorza i Dolnego Śląska, marsz w kierunku Warszawy. Do Zatoki Gdańskiej usiłował też wpłynąć krążownik "Żdanow" w asyście trzech kontrtorpedowców i kilku mniejszych okrętów sowieckich, ale kontradmirał Jan Wiśniewski nie wyraził zgody na ich wpłynięcie na polskie wody terytorialne i zagroził użyciem siły w przypadku niepodporządkowania się temu żądaniu, a gen. Jan Frey-Bielecki polecił podporządkowanej sobie eskadrze lotniczej w Poznaniu zbombardować sowieckie kolumny pancerne, jeśli nie udałoby się rozwiązać tego konfliktu polubownie. Poszczególni oficerowie szykowali się do walki z sowietami mobilizując swoje formacje. 19 października rano do Polski przyleciał sam pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikita Chruszczow - a wraz z nim Mołotow, Łazar Kaganowicz, Mikojan i oczywiście dowódca Sił Państw Układu Warszawskiego Iwan Koniew. Rozpoczęły się trudne rozmowy z Gomułką i jego zespołem (notabene w Belwederze gdzie toczyły się rozmowy, Gomułka polecił zainstalować sztab jednostki informacyjnej pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która na bieżąco miała informować o postępach wojsk sowieckich. Był to element psychologiczny, który miał na sowieckiej delegacji wywrzeć przekonanie o determinacji Polaków do wprowadzenia reform w kraju). Ostatecznie - po dramatycznych nocnych rozmowach - delegacja sowiecka odleciała 20 października rano, wcześniej uzyskała jednak zapewnienie że Gomułka będzie dobrym komunistą i przyjacielem Związku Sowieckiego. Tego dnia Gomułka wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio, które przyciągnęło miliony radiosłuchaczy.

Poparcie dla Gomułki sięgnęło zenitu, ludzie bowiem w nim tylko widzieli męża opatrznościowego i jedynego gwaranta dokonywanych zmian. W niedzielę 21 października (obradujące od 19 października) VIII plenum PZPR wybrało Władysława Gomułkę na pierwszego sekretarza partii, jednocześnie dokonując zmian zarówno w Biurze Politycznym jak i w Sekretariacie Komitetu Centralnego. Natolin przegrał i rozpoczynał się krótki bo krótki, ale jakże intensywny czas odwilży i reform. Szczególne poparcie reformatorzy uzyskali w zakładach pracy (jak np. w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, gdzie przywódcą zmian obrano dotychczasowego pierwszego sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR - Lechosława Goździka - takie go ówczesnego Lecha Wałęsę). Dochodziło niekiedy do rozliczeń ze starym kierownictwem, ale ludzie ogólnie byli podekscytowani nowym kierownictwem Partii i mającymi dokonać się zmianami. 24 października 1956 r. na Placu Defilad w Warszawie zebrały się ogromne tłumy (prawdopodobnie było ok. 400, 500 a może nawet więcej tysięcy ludzi). W podniosłej atmosferze najpierw zaśpiewano Gomułce - który przemawiał do tłumu - "Sto lat", a potem odśpiewano hymn narodowy. Gomułka jednak uzyskał już to, co chciał i widząc te ogromne tłumy, przeraził się zapewne tym, do czego może mogą one doprowadzić. A przecież on nie pragnął żadnej rewolucji, pragnął tylko pewnych zmian kadrowych i takowe uzyskał. Dlatego też zaapelował do zebranych osób tymi o to słowo "Dość wiecowania, dość manifestacji, czas przejść do codziennej pracy".




Odwilż październikowa trwała co prawda krótko, ale zmiany bez wątpienia się dokonywały. Zresztą my i tak mieliśmy ogromne szczęście, czego nie można powiedzieć o Węgrach, którzy również podjęli wówczas próbę reform we własnym kraju. 23 października pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie odbyła się wielka manifestacja poparcia dla przemian dokonujących się w Polsce. Manifestacja ta została ostrzelana przez siły bezpieczeństwa i wywiązała się walka. 24 października do Budapesztu wkroczyły sowieckie czołgi, chodź tego dnia również na czele węgierskiego rządu stanął Imre Nagy, który (podobnie jak Gomułka) stał się symbolem dokonujących się w tym kraju przemian. I początkowo rzeczywiście nowy rząd radził sobie dosyć dobrze, jeszcze 24 października Sowieci wycofali się z Budapesztu. Szybko też zaczęły odradzać się przedwojenne węgierskie partie polityczne, a co za tym idzie 30 października Nagy ogłosił powrót do systemu wielopartyjnego. 1 listopada Węgierska Partia Pracujących (czyli partia komunistyczna, taka jak u nas PZPR) przekształciła się w Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą na której czele stanął Janos Kadar. Jednocześnie rząd węgierski ogłosił pełną neutralność swego kraju i wystąpienie z Układu Warszawskiego, zwracając się jednocześnie do Organizacji Narodów Zjednoczonych z prośbą o pomoc w zapewnieniu własnej neutralności. To, co zrobili Węgrzy, to był wyłom, którego Sowieci nie mogli w żaden sposób tolerować, bo doprowadziłoby to na zasadzie domina do rozpadu systemu stworzonego przez Stalina po II Wojnie Światowej (czyli ich strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej). 4 listopada 1956 r. o świcie sowieckie wojska pancerne ponownie wkroczyły do Budapesztu, a Nagy poinformował świat o rozpoczęciu walk sowiecko-węgierskich. Węgrzy nie mieli w tej walce żadnych szans, gdyż Sowieci całkowicie górowali i uzbrojeniem i sprzętem i liczbą żołnierzy. Dokonywali przy tym niezliczonych zbrodni wojennych (np. zbombardowanie z samolotów robotniczej dzielnicy Cepel w Budapeszcie). Powstanie Węgierskie trwało do 10 listopada i zakończyło się klęską i totalną masakrą walczących o swą wolność ludzi. Nagy został aresztowany i potem skazany na śmierć, a Kadar - który już 4 listopada przyłączył się do Sowietów, zdradzając własny naród - stał się nowym pierwszym sekretarzem węgierskiej partii komunistycznej.




Powstanie węgierskie wywołało jednak - szczególnie w Polsce - ogromne pokłady sympatii. Polacy wręcz masowo oddawali krew dla Bratanków i dawali pieniądze na zbiórki, na pomoc dla Węgrów. Poza tym gromadzono i wysyłano lekarstwa, koce, zabawki dla dzieci, wszystko co mogłoby w jakikolwiek sposób przydać się napadniętym bandycko przez Sowietów Bratankom (zgodnie z hasłem "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki"). USA i państwa Europy Zachodniej nie protestowały, nie mogły. Same bowiem w tym czasie dokonały równie bandyckiego ataku na Bliskim Wschodzie. Gdy bowiem w lipcu 1956 r. rząd egipski dokonał nacjonalizacji Kanału Sueskiego, spotkało się to z krytyką wielu państw zachodnich, zaś 28 października wojsko izraelskie dokonało ataku na Półwysep Synaj, a spadochroniarze brytyjscy i francuscy (przy wsparciu USA) wylądowali w rejonie Kanału Sueskiego i szybko go opanowali. Walki zakończyły się kilka dni później, ale sam fakt że do takiej zbrojnej akcji doszło, zamknął usta politykom i dyplomatom państw zachodnich, którzy mogliby zaprotestować przeciwko krwawemu sowieckiemu zmiażdżeniu Powstania Węgierskiego. To tyle tytułem wstępu otwierającego, który miał przybliżyć nam tamtejszą rzeczywistość i zmiany, jakie dokonywały się w Polsce po październiku 1956 r.

Nowa ekipa Gomułki dobrze wiedziała że szybko stopy życiowej społeczeństwa podnieść się nie da, bowiem Polska była potwornie zniszczona w wyniku II Wojny Światowej, a strat materialnych i ludnościowych nie sposób było szybko odbudować. Jednocześnie ta sama ekipa zdawała sobie sprawę, że znacznie łatwiej trzymać naród w posłuszeństwie wobec władzy polepszeniem codziennego dobrostanu oraz zapewnieniem pożądanych artykułów codziennego użytku, niż terrorem Urzędu Bezpieczeństwa. Jednak centralnie planowana gospodarka komunistycznego kraju była nie tylko nieefektywna, ale skupiała się na zupełnie innych priorytetach do których należała chociażby budowa transporterów opancerzonych, czołgów, samolotów, a także okrętów czy pociągów, jednocześnie przy tym zapominano o takich podstawach jak żyletki, bielizna, materace, czy telewizory. Pierwsze telewizory można było w Polsce kupić dopiero w 1962 r. (inna sprawa jest taka, że "towarzysz Wiesław" czyli Władysław Gomułka zbytku nie lubił i prywatnie nim gardził. Problem tylko polegał na tym, że zbytek w ustroju narzuconym nam przy pomocy sowieckich czołgów, miał bardzo wysoką poprzeczkę i za zbytek mogły uchodzić chociażby lepsze kafelki w łazience, nie mówiąc już o papierze toaletowym - który w tamtym czasie był bardzo pożądanym prezentem, jaki młody chłopak mógł - zamiast kwiatów - ofiarować dziewczynie). Po "sklejki", czyli meblościanki ustawiały się swoiste kolejki, które częstokroć stały po kilka a nawet kilkanaście godzin. Samochód był prawdziwym luksusem, chociaż starano się - przynajmniej deklaratywnie - lansować nowe zachodnie wzorce mody, jak i wyposażenia domów, dlatego też na rynku pojawiało się coraz więcej lodówek, pralek i kuchenek gazowych. Polacy zatem lata 60-te nazwali "Naszą małą stabilizacją".




W 1967 r. w FSO na Żeraniu ruszyła produkcja pierwszego Polskiego Fiata 125p (produkowanego na włoskiej licencji). Samochód był prawdziwym luksusem, na który władza przyznawała talony (taki talon był bowiem najlepszym sposobem egzekwowania posłuszeństwa, któż bowiem nie chciał mieć własnego wozu, a żeby uzyskać taki talon trzeba było być posłusznym). Ogromną popularnością cieszyły się też wszelkie "odrzuty z eksportu" przeznaczone na rynek zachodni. Tamtejsza klientela bowiem wymagała, żeby produkty były wysokiej jakości, dlatego tam produkowano rzeczy dobre (a przynajmniej znacznie lepsze niż te, które przeznaczono na rynek krajowy). Wszystkie miejsca więc, gdzie można było dostać takie "odrzuty", cieszyły się ogromnym powodzeniem i popularnością (a były to wszelakie jarmarki - szczególnie na Podhalu, marynarski import na Pomorzu, rembertowskie ciucholandy itd.). Wszystko wzbudzało ogromną popularność: skąpe kostiumy kąpielowe, ładne sweterki, obcojęzyczne czasopisma, płyty, egzotyczne owoce - to wszystko bowiem pokazywało, że gdzieś dalej istnieje inny, lepszy świat poza tą codzienną szarzyzną i komunistycznym zniewoleniem (chociaż i tak trzeba powiedzieć że Polska była najbardziej liberalnym i najbardziej swobodnym z wszystkich krajów komunistycznych i wszystkich krajów zdominowanych przez Moskwę. U nas bowiem można było pisać i mówić znacznie więcej, niż było to możliwe gdziekolwiek indziej. Ale to też wiąże się z naszym charakterem narodowym, my nigdy bowiem nie byliśmy narodem dążącym do jakichkolwiek większych rewolucji czy temu podobnych zmian, wystarczy bowiem prześledzić nasze rokosze jakie szlachta wszczynała wobec możliwości wzmocnienia władzy królewskiej. Oczywiście pełno było tomtadracji, wszelkiego typu mocnych haseł i zapewnień, a niekiedy nawet dochodziło do krwawych bitew. Tylko że różnica polegała na tym, jak to wszystko się kończyło, w porównaniu z tym co działo się na Zachodzie - nie mówiąc już o tym co działo się w barbarii moskiewskiej. Tam gdzie na zachodzie strona zwycięska z reguły skazywała pokonaną na ścięcie i kat miał pełne ręce roboty, u nas kończyło się ogólną zgodą, rokoszanie przepraszali króla, a król wycofywał się z planów wzmocnienia władzy królewskiej - i to było naturalne. Zresztą dużo też uczyniła ta legendarna wręcz polska tolerancja).

Na fali bowiem zmian które następowały, na fali festiwali muzycznych jakie organizowała nowa władza (w 1961 r. po raz pierwszy odbył się Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, a od 1963 r. Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu), pojawiały się płyty z muzyką pop, jazzem czy rock and rollem. Młodzież po raz pierwszy zaczęła bawić się na dyskotekach, wzorem ich rówieśników z Zachodu. W tej sytuacji nie mogło również zabraknąć pojawienia się w Polsce pierwszego supermarketu (które to np. w USA znane były już w latach 30-tych). Tak oto w 1959 r. Rozpisano projekt pod budowę hali targowej spełniającej wymogi wyżej wymienionego sklepu. Do realizacji tego zadania wybrano ekipę Jerzego Hryniewieckiego, który znany był już chociażby z budowy Stadionu Dziesięciolecia. Wraz z nim za konstrukcję tego budynku odpowiadali inżynierowie: Wacław Zalewski i Andrzej Żórawski (którzy zastosowali specjalny system odciągów i dźwigarów, które to utrzymywały stu tonowy dach budynku). Supermarket ów (zwany po prostu Supersamem), otwarto w 1962 r. Prezentował się on wspaniale i był prawdziwym powiewem zachodniego świata. Były ogromne tablice na których napisano "Wejście" i "Wyjście", poza tym mnóstwo stoisk z działami: napoje, pieczywo, produkty kolonialne, przetwory warzywne, owocowo, koncentraty, makarony, kawy i kilka innych. Mięso i wędliny trzymano w chłodniach, a liczba kas przy wyjściu robiła wrażenie nawet na dziennikarzach, którzy pisali że w Supersamie "towar sam wpada do koszyka". Oczywiście były i mankamenty, jak to w rzeczywistości socjalistycznej, w której "bohatersko rozwiązywało się problemy nieznane nigdzie indziej" 😂. Oczywiście w sklepie notorycznie brakowało produktów, a także ustawiały się przed sklepem kolejki, szczególnie do po mięso. W każdym razie ów Supersam był pierwszym powiewem Zachodu w naszym prl-owskim grajdole, i to nim jeszcze powstały Domy Towarowe "Centrum", czy bary Praha i Wenecja.


A NA KONIEC JEDEN Z ODCINKÓW PIERWSZEGO POLSKIEGO SERIALU "BARBARA I JAN" z 1965 r.



niedziela, 19 marca 2023

SUŁTANAT KOBIET - Cz. XLII

HAREMY WYBRANYCH WŁADCÓW
OD MEHMEDA II ZDOBYWCY
DO ABDUL HAMIDA II





SERAJ SULEJMANA WSPANIAŁEGO

Cz. XXXI







ŻONA
SERAJ POD RZĄDAMI
ROKSOLANY/HURREM
(1534-1558)
Cz. XVI



"JAKŻE WSZYSTKO UMILKŁO WOKÓŁ"
CZYLI ZNÓW NIESZCZĘŚCIA



"Chwało władców religii chrystusowej wiedz, że na prośbę twego ministra Polina przyznałem mu mą straszliwą flotę wyposażoną we wszystko, co niezbędne. Wydałem rozkaz Hayreddinowi, memu Kapudan Paszy, by wysłuchał twych zamiarów i uformował swe działania ku zatracie twoich wrogów... Uważaj, by twój wróg znowu cię nie zwiódł, zgodzi się na pokój z tobą, tylko jeśli zrozumie, że jesteś zdecydowany na to, by toczyć z nim nieustannie wojnę. Niech Bóg błogosławi tych, którzy cenią sobie mą przyjaźń i których chronią me zwycięskie wojska" - list takiej treści wysłał sułtan Sulejman do Paryża, do króla Franciszka, tuż przed opuszczeniem przez siebie Konstantynopola 23 kwietnia 1543 r. Nim jednak przejdę do początków tego konfliktu i trwogi, jaka wówczas spadła na Italię a w szczególności na Rzym, warto nadmienić jeszcze o innych listach wysyłanych w tym czasie bezpośrednio z sułtańskiego haremu ale pisanych ręką nie samego Sulejmana a jego małżonki, sułtanki Rokolany/Hurrem. Gdzieś tak bowiem w styczniu 1543 r. (a może nawet jeszcze z końcem poprzedniego roku) nawiązała ona korespondencję listowną z królową Węgier (a właściwie już tylko Siedmiogrodu) Izabelą Jagiellonką i jej matką, polską królową Boną z rodu z Sforzów. Nie wiadomo czy inspiracja do pisania owych listów wyszła ze strony samego sułtana, czy też to Hurrem osobiście nawiązała owe kontakty, w każdym razie wytworzył się swoisty żeński triumwirat, w którym (o czym zresztą świadczą owe listy) wszystkie trzy niewiasty rozumiały się ze sobą bardzo dobrze. Hurrem obiecywała w nich Izabeli swoje wsparcie dla niej i dla jej syna (zaledwie 3-letniego Jana Zygmunta Zapolyi). Tytułowała też Izabelę swoją "najdroższą córką" i zapewniała, że może ona liczyć na wsparcie sułtana i jego armii w walce z Habsburgami. Ponadto Hurrem w korespondencji z Boną obiecywała jej swe poparcie co do planów małżeństwa króla Zygmunta II Augusta z francuską księżniczką Małgorzatą, do czego też dążyła Bona aby uniemożliwić mariaż jej syna z Elżbietą Habsburg. Byłoby to bowiem dopełnienie sojuszu Imperium Osmańskiego z Francją i Polską, a jednocześnie przerwałoby tak niebezpieczny dla Osmanów związek jagiellońsko-habsburski.

W tej właśnie sprawie do Krakowa przybył 28 stycznia 1543 r. poseł turecki Jan Kierdej, który prócz darów dla króla Zygmunta I Jagiellończyka, przywiózł listy do królowej Bony od sułtanki Hurrem. Zygmunta w tym czasie nurtowało wielkie pytanie: bić się z Turkami w obronie wiary chrześcijańskiej, czy nie bić? Dworskie stronnictwo hetmana wielkiego koronnego - Jana Amora Tarnowskiego opowiadało się za wojną, przeciwko była oczywiście królowa Bona i związani z nią ludzie. Sam Zygmunt był raczej niechętny wojnie, jako że mierzył siły na zamiary i dobrze wiedział że szlachta nie zgodzi się na nowe podatki w wojnie napastniczej, a bez pieniędzy nie było nawet co myśleć o wojnie. 29 stycznia 1543 r. doszło na Wawelu do narady z tureckim posłem, podczas której król wyraził oburzenie postępowaniem Turcji na Węgrzech, w szczególności zaś zajęciem Budy i Pesztu oraz stworzeniem pasaliku ze środkowych Węgier. Jednocześnie Zygmunt skarżył się na działania Osmanów, którzy dopuszczają do najazdów Tatarów na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego i Korony Polskiej i deklarował że jeżeli te dwa państwa mają być przyjaciółmi i sojusznikami to takie rzeczy nie mogą być tolerowane. Na owym spotkaniu obecna była również królowa Bona Sforza i to ona wówczas zadeklarowała, że lepiej: "aby Izabela zginęła razem z synem lub była zakładniczką u Turków, niż żeby Ferdynand drogą pokojową opanował Węgry". Tego typu deklaracja była ogromnym skandalem, gdyż nie tylko podważała politykę króla Zygmunta, ale również godziła zarówno w chrześcijaństwo jak i w samą Izabelę. Zygmunt nie zamierzał zostawiać córki samej i w najlepszym wypadku radził jej utrzymać przyjaźń z sułtanem, natomiast Bona żądała wręcz od córki, aby ta zabiegała o względy Sulejmana i czyniła wszystko, by przeszkodzić Habsburgom w opanowaniu całych Węgier. Gdy Izabela w swych listach do matki prosiła ją o pieniądze - aby móc ratować się ucieczką z Węgier, ta odpisywała że woli widzieć Węgry w rękach Turków, niż pod berłem Ferdynanda i że córka ma zostać na miejscu, aby strzec praw swego syna do Korony św. Stefana.




A tymczasem w maju i czerwcu 1543 r armia sułtana Sulejman wkroczyła na Węgry. Kolejno padały poszczególne twierdze wierne Ferdynandowi Habsburgowi, m.in: twierdza Valpovo nieopodal Osijeku (zdobyta została przez bejlerbeja Rumelli - Ahmeda Paszę, czy twierdza Siklos. 23 lipca sułtan był już w Budzie, gdzie należycie wynagradzał dowódców, którzy wsławili się w dotychczasowej kampanii. Szybko też ruszono w kierunku twierdzy Esztergom (duchowej stolicy Węgier) której bronił garnizon składający się z 1300 najemników (Niemców Włochów i Hiszpanów). Obrona trwała trzy dni, po czym Sulejman w zdobytym Esztergomie (w tamtejszej katedrze zamienionej na meczet) odprawił swoje modlitwy do Allaha. Znoszono też ku niemu i rzucano pod nogi odcięte nosy i uszy obrońców owej twierdzy. W sierpniu padł też Białogród Królewski (czyli Szekesfehervar), miejsce pochówku królów Węgier. Stamtąd to Sulejman wysłał swe listy do króla Francji, do weneckiego doży, do przywódców miasta Raguzy i do gubernatorów Imperium Osmańskiego, zawiadamiające ich o zdobyciu węgierskich twierdz i pokonaniu Ferdynanda, który - jak dodawał Sulejman - ponownie uciekł niczym kobieta, nie podejmując walki. W tym czasie królowa Izabela Jagiellonka przeżywała ciężkie chwile w siedmiogrodzie, nie wiedząc co czynić dalej i gdzie szukać schronienia. Przyszłość jej i jej syna wydawała się rysować w ciemnych barwach a ona gotowa była szukać schronienia nawet w Wiedniu (co też spotkało się z histerycznym wręcz zakazem Bony, która stwierdziła, że córka w ostateczności może przybyć do Krakowa). Ostatecznie nie doszło jednak do wyjazdu, gdyż sułtan Sulejman - syty zdobyczami osiągniętymi na Węgrzech -we wrześniu 1543 r. powrócił do Konstantynopola. Europejska granica Imperium Osmańskiego była stabilna jak nigdy dotąd, wzmocniona dodatkowo pasem ziem wokół Budy. Sulejman mógł więc w glorii chwały powrócić do swej stolicy i choć nie dotarł do Wiednia (zbliżała się już jesień a lekcja z 1529 r. nie poszła w zapomnienie) to mógł uważać się za największego zwycięzcę tej kampanii.

Podczas gdy sułtan umacniał swoją władzę na Węgrzech, jego admirał Hayrredin Barbarossa na czele 200 okrętów wypłynął na morze, obierając kurs na Italię. Rzym ogarnęła panika, a to, co wówczas działo się w owym mieście trudno opisać słowami. Ludzie uciekali w popłochu - porzucając swe domostwa, aby czym prędzej wydostać się z owego grodu Romulusa, który jak powszechnie uważano - skazany jest już na upadek. Kto miał konia był szczęściarzem, reszta pakowała swój dobytek na wozy i zaprzęgała do nich nawet osły a niekiedy psy czy choćby świnie, byle tylko uciec jak najdalej. W najgorszym położeniu były oczywiście kobiety, szczególnie te, które nie mogły liczyć na pomoc żadnego mężczyzny. Włoski kronikarz Paulo Giovio - naoczny świadek tamtych dni, tak oto opisuje to, co działo się z niewiastami - które wiadomo było jak skończą w przypadku zdobycia Rzymu przez Osmanów: "Kobiety zamężne, panny na wydaniu, mniszki - wszystkie opuszczały swoje domy i swoje klasztory i zapominając o własnej godności, płaczliwym głosem nagabywały pierwszego lepszego przechodnia napotkanego w mroku, by pokazał im drogę do najbliższej miejskiej bramy i niósł przed nimi światło". Opis ów nie oddaje jeszcze całej grozy tamtych wydarzeń i tego, że w zamian za ratunek kobiety były skłonne oddawać się komukolwiek aby tylko uniknąć osmańskiej niewoli, co uważano za gorsze od śmierci. A tymczasem Hayreddinowi Barbarossie wystarczał sam strach, jaki budziła jego osoba i miast na Rzym, kierował się ku Marsylii na spotkanie z królem Franciszkiem. Wcześniej jednak, w miesiącach kwiecień-czerwiec 1543 r. jego ludzie pustoszyli wybrzeża Kalabri, Sardynii, Korsyki i Neapolu, nie stroniąc przy tym od gwałtów i porwań. Sam Wielki admirał postanowił się nieco rozerwać. On, 65-letni wilk morski zakochał się i poślubił 18-letnią córkę gubernatora Don Diego Gaetano - Donnę Marię, która dla niego przyjęła islam i została żoną największego muzułmańskiego korsarza w dziejach. Barbarossa był w niej tak bardzo zakochany że częstokroć nie całymi dniami nie opuszczał swej kajuty na okręcie (ona oczywiście płynęła z nim, ale jako muzułmanka nie opuszczała kajuty, aby nie pokazywać się innym mężczyznom - a jeśli już to tylko z odpowiednim nakryciem głowy i twarzy), a potem powiadano, że to właśnie chęć sprostania obowiązkom małżeńskim doprowadziła do jego przedwczesnej śmierci trzy lata później.




A tymczasem osmańska flota dotarła do Marsylii, gdzie była witana z wielką pompą przez królewskiego namiestnika na morzach Lewantu - Francois de Bourbon monsieur d'Enghien. Wraz z nim obecny był tam francuski następca tronu 24-letni książę Henryk (syn króla Franciszka), który ofiarował admirałowi Barbarossie specjalnie wykonaną szablę i kilka z innych podarków (ten zaś odwdzięczył się kilkoma końmi arabskimi z kosztownymi siodłami i czaprakami, które były prezentem dla króla Franciszka). Tłumy ciekawskich otaczały wówczas samego kapudan paszę i to zarówno ze strony szlachty (która ściągała tam z Paryża całymi rodzinami) jak i zwykłych mieszczan, chętnych na własne oczy ujrzeć sławnego korsarza Morza Śródziemnego. Urządzano też dla niego nieustannie bankiety oraz parady i to do tego stopnia, że wreszcie samemu Barbarossie zaczęło to przeszkadzać. Król Franciszek jednak pragnął się pokazać z jak najlepszej strony i jednocześnie udowodnić sulejmanowi że godzien jest jego przyjaźni (choć stan floty i armii francuskiej mocno temu przeczył). Na paryskim dworze Franciszka Walezjusza zawsze było mnóstwo cudzoziemców, nie tylko Francuzów ale również Włochów, Hiszpanów, Niemców, Szkotów i Polaków. Tak naprawdę jednak w tym czasie rządziły dwie koterie dworskie na których czele stały dwie kobiety: Anne de Pisseleu d'Heilly księżna d'Etampes - królewska faworyta (którą Franciszek nazywał swoją blondyneczką) oraz Diana de Portiera - kochanka następcy tronu, księcia Henryka. Małżonka delfina - Katarzyna Medycejska znajdowała się w tym czasie na uboczu, ale była się ona w kręgu ulubienic samego króla i dla niego uczyła się nawet greki (o czym pisałem już w poprzednich częściach). Poseł florencki pisał w grudniu 1544 r. iż: "La Delfina pilnie poświęca się naukom, a przede wszystkim studiom greckim, tak dalece, że wzbudza podziw w każdym mężczyźnie". Ani ona jednak, ani żadna z kobiet będących na dworze Franciszka Walezjusza (oczywiście nie licząc tych które przyjechały do Marsylii wraz ze swoimi mężami), nie widziały jednak Barbarossy na własne oczy.

Nie widział go i nie spotkał się z nim również sam król, któremu tylko donoszono o zachowaniu tureckiego admirała. A ten wpadał w coraz większy gniew, bowiem okazało się, że Francuzi zapomnieli dostarczyć zaopatrzenia jego załogom, a poza tym pierwotny plan ataku uległ zmianie, co nie było wcześniej uzgodnione z samym sułtanem. Barbarossa dążył bowiem do szybkiego zaatakowania hiszpańskiej floty pod wodzą samego Andrea Dorii (tego, którego pokonał w bitwie pod Prewezą w 1538 r.), ale król Franciszek obawiał się ataku na Hiszpanię (przede wszystkim obawiał się reakcji chrześcijańskiego świata na fakt, iż sprzymierzył się z muzułmanami przeciwko chrześcijańskiemu władcy) i odmówił podjęcia takiej wyprawy. Jak pisał Prudencio de Sandoval, turecki admirał: "Ryczał, rwał sobie brodę, wściekły, bo odbył tak długą podróż, z tak wielką flotą, by przekonać się, że z góry jest skazany na bezczynność". Oczywiście nie do końca pozostawał bezczynny. Miał bowiem młodą żonę, która pobudzała w nim młodzieńcze instynkty i którą (jak już wcześniej wspomniałem) praktycznie nie opuszczał, nie wychodząc ze swojej kajuty. Zamiłowanie do pięknych kobiet (a Donna Maria ponoć była bardzo piękna, do tego blondynka) których w swoim życiu miał bardzo wiele (w tym kilka żon), dzielił Barbarossa z królem Franciszkiem, który mawiał że dwór jest jak ogród a kobiety są jak kwiaty które ten ogród czynią pięknym. Niestety, od częstego "wąchania" owych "kwiatów" nabawił się Franciszek męskiej niemocy i w owym 1543 roku wyprawił ekspedycję do Brazylii, aby stamtąd przywieziono mu pewien tajemniczy korzeń - stosowany przez miejscowych Indian dla pobudzenia męskości. Tak też się stało, ale niestety niewiele to pomogło i król do końca swego życia (które nastąpiło cztery lata później) rzadko kiedy mógł ponownie stanąć na wysokości zadania, a co najwyżej jedynie popatrzeć sobie na to, co kochał od młodości.




Nim jednak przyjdę do działań wojennych, prowadzonych na zachodnim froncie w roku 1543 i 1544, przenieśmy się teraz na moment do Konstantynopola, czyli do miasta, do którego wrócił zwycięski Sulejman. Radość z odniesionego zwycięstwa nie trwała jednak długo, już bowiem dwa miesiące później czyli w listopadzie 1543 r. nadeszła nad Bosfor smutna wiadomość. Oto bowiem w Manisie (do której został wysłany zaledwie rok wcześniej) zmarł książę Mehmed - najstarszy syn Sulejmana i Hurrem oraz faworyt ojca w walce o następstwo osmańskiego tronu (niektórzy historycy twierdzą, że Sulejman popierał Mehmeda i to jego widział właśnie jako swego następcę, całkowicie pomijając najstarszego syna zrodzonego z Mahidevran - księcia Mustafę, którego odesłał z Manisy i wysłał do dalszej, wschodniej prowincji Amasyi - co niewątpliwie przez Mustafę mogło być odebrane za rodzaj swoistej kary, lub też utraty ojcowskiego wsparcia). Według oficjalnych przekazów książę Mehmed zachorował na ospę 31 października 1543 r. a zmarł w wieku 22 lat 7 dni później. Pozostawił po sobie jedną córkę, sułtankę Humasah (jej matką prawdopodobnie była nałożnica księcia - Aya Hatun) która stała się ulubienicą swego dziadka sułtana. Sulejman bardzo przeżył śmierć swego ulubionego potomka, ku jego pamięci kazał wznieść meczet w Konstantynopolu oraz napisał elegię na cześć swego syna. 






CDN.