Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HIPNOTERAPIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą HIPNOTERAPIA. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2021

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. L

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XIX

 



 
 RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
 Trzy tygodnie minęły, nim się znów spotkaliśmy. Przyczyną tej przerwy była moja krótka choroba i jej urlop. Katarzyna czuła się nadal doskonale, ale kiedy zaczęliśmy seans, sprawiała wrażenie zaniepokojonej. Oświadczyła mi, że jest w tak dobrym stanie zdrowia i czuje się tak znakomicie, że hipnoza nie jest już jej potrzebna. Oczywiście miała rację. W zwykłych okolicznościach zaczęlibyśmy kończyć terapię wiele tygodni temu. Kontynuowaliśmy ją częściowo z powodu mojego zainteresowania przesłaniami Mistrzów, a poza tym, dlatego że Katarzyna nadal miała pewne drobne dolegliwości. Musiałem przyznać, że jest prawie wyleczona, a poza tym jej wcielenia się powtarzały. Ale co w przypadku, gdyby Mistrzowie mieli mi jeszcze więcej do powiedzenia? Jak mógłbym się porozumieć z nimi bez pośrednictwa Katarzyny? Wiedziałem, że gdybym nalegał, kontynuowałaby nasze seanse. Czułem jednak, że nie mam do tego prawa. Z pewnym smutkiem przyznałem jej rację. Porozmawialiśmy o tym, co wydarzyło się w minionych trzech tygodniach, ale robiłem to bez zapału. 

 Minęło pięć miesięcy. Katarzyna nadal była w dobrym stanie zdrowia. Lęki i obawy były minimalne. Zmieniły się na plus jej stosunki z ludźmi i jakość życia. Spotykała się obecnie również z innymi mężczyznami, choć Stuart nadal był obecny w jej życiu. Po raz pierwszy od wczesnego dzieciństwa była radosna i szczęśliwa. Od czasu do czasu spotykaliśmy się w hallu szpitala albo w kolejce w kafeterii, ale kontakt lekarz-pacjent przestał istnieć.

Zima się skończyła i zaczęła wiosna. Katarzyna zapisała się do mnie na wizytę. Trapił ją uporczywy sen o jakiejś religijnej ofierze, o wężach w głębokiej jamie. Jacyś ludzie zostali zmuszeni do wejścia do tej jamy. Ona też znalazła się tam i próbowała uciec, wbijając palce w piaszczyste ściany i pnąc się w górę. Węże były pod nią. W tym momencie sen się urywał, a ona budziła się z sercem walącym ze strachu. Pomimo długiej przerwy zapadła szybko w głęboki sen hipnotyczny. Nie dziwiłem się, kiedy natychmiast znalazła się w dawnym bardzo wcieleniu.

- Tu, gdzie jestem, panuje upał - zaczęła. - Widzę dwóch czarnych ludzi, którzy stoją koło kamiennego muru, zimnego i wilgotnego. Mają jakieś nakrycia głowy. Wokół prawej kostki każdy z nich ma sznur, w który wplecione są paciorki i wstążki. Oni budują magazyn z kamieni i gliny na pszenicę, na jakieś ziarno. Do spichrza prowadzą trzy stopnie, a na zewnątrz stoi posąg boga. Ciało ma człowieka, a głowę zwierzęcia, ptaka. To bóg czterech pór roku. Ściany są uszczelnione rodzajem smoły, żeby powietrze nie dostawało się do wnętrza i zboże nie psuło. Swędzi mnie twarz... We włosach mam niebieskie paciorki. Latają muszki albo jakieś owady i dlatego swędzą mnie ręce i twarz. Smaruję twarz maścią, żeby mi nie dokuczały... ta maść bardzo brzydko pachnie, to sok jakiegoś drzewa. Mam warkocze, a w nich paciorki i złote sznurki. Moje włosy są kruczoczarne. Należę do domu królewskiego. Jestem tutaj z powodu jakiejś uroczystości. Przyszłam, żeby patrzeć, jak namaszczają kapłanów... jest święto bogów nadchodzących żniw. Składane będą tylko ofiary ze zwierząt, a nie ludzi. Krew ofiarnych zwierząt spływa z białego zbiornika do sadzawki... spływa z pyska węża. Mężczyźni noszą małe złote kapelusze. Wszyscy tu mają ciemną skórę. Niewolników sprowadza się z innych krajów, spoza morza...

Zamilkła i czekaliśmy, jak gdyby nie było pięciu miesięcy przerwy. Zrobiła się czujna, nasłuchiwała czegoś. 

- Wszystko odbywa się tak szybko i tak bardzo jest skomplikowane... to, co mi mówią... o zmianie i rozwoju oraz innych płaszczyznach. Jest płaszczyzna świadomości i płaszczyzna przejściowa. Przychodzimy z jednego życia i, jeśli nauczyliśmy się wyznaczonych nam lekcji, przenosimy się do innego wymiaru, innego życia. Musimy to wszystko w pełni zrozumieć. Jeśli nie zrozumiemy, nie wolno nam przejść... powtarzamy, ponieważ nie nauczyliśmy się. Doświadczenie musimy czerpać ze wszystkich stron. Jeśli chcemy brać, musimy także dawać... Tyle musimy wiedzieć, tyle duchów bierze w tym udział. Dlatego jesteśmy tutaj. Mistrzowie... tutaj na tej płaszczyźnie jest tylko jeden. 

Katarzyna urwała, a potem odezwała się głosem Mistrza-poety. Mówił do mnie:

- To, co ci powiemy, jest na teraz. Odtąd musisz się uczyć poprzez własną intuicję.

Po długiej chwili Katarzyna odezwała się szeptem: 

- Tutaj jest czarne ogrodzenie... wewnątrz są kamienne groby. Twój grób także jest tutaj.

- Mój? - spytałem zdumiony.

- Tak.

- Czy możesz przeczytać napis?

- Nazwisko "Noble", 1668 - 1724. Leży na nim kwiat... To we Francji albo w Rosji. Nosiłeś czerwony mundur... spadłeś z konia... widzę złoty pierścień... z głową lwa... to oznaka. 

Na tym seans się zakończył. Zrozumiałem z oświadczenia Mistrza-poety, że nie będzie więcej żadnych przesłań podczas seansów hipnotycznych z Katarzyną, i tak istotnie się stało. Była całkowicie wyleczona, a ja nauczyłem się wszystkiego, co było możliwe, podczas jej powrotów do poprzednich wcieleń. Reszty, którą kryła przyszłość, musiałem nauczyć się dzięki własnej intuicji.




W dwa miesiące po naszym ostatnim seansie zadzwoniła do mnie Katarzyna i zapisała się na wizytę, mówiąc, że ma mi coś bardzo ciekawego do powiedzenia. Kiedy weszła do mego gabinetu, zdumiała mnie ta nowa szczęśliwa, uśmiechnięta Katarzyna, promieniejąca wewnętrznym światłem. Pomyślałem wtedy o naszym pierwszym spotkaniu i o tym, jak wiele osiągnęła w bardzo krótkim czasie. 

Katarzyna odwiedziła Iris Saltzman, znaną jasnowidzącą, która zajmowała się astrologią i specjalizowała w poznawaniu dawnych wcieleń. Byłem tym nieco zdziwiony, ale zrozumiałem ciekawość Katarzyny i jej chęć potwierdzenia tego, czego doświadczyła. Byłem rad, że odważyła się na to. Katarzyna dowiedziała się o Iris od przyjaciółki. Umówiła się z nią telefonicznie, nie wspominając o seansach hipnotycznych w moim gabinecie. Iris spytała ją tylko o datę, godzinę i miejsce urodzenia. Na podstawie tego - jak wyjaśniła - miała wykreślić astrologiczne koło, które w połączeniu z jej intuicją ukaże szczegóły dawnych wcieleń Katarzyny. Była to pierwsza wizyta Katarzyny u osoby tego rodzaju i dlatego nie bardzo wiedziała, czego się może spodziewać. Ku jej zdumieniu Iris potwierdziła większość tego, co Katarzyna odkryła podczas hipnozy. Iris stopniowo wprowadziła siebie jakby w trans, rozmawiając w trakcie tego z Katarzyną i robiąc notatki na spiesznie naszkicowanym astrologicznym wykresie. W kilka minut później, kiedy Iris była już w transie, chwyciła się za gardło i powiedziała, że Katarzyna w jednym z poprzednich wcieleń była duszona i miała poderżnięte gardło. Rana ta została zadana podczas wojny, Iris widziała też płomienie i ruiny jakiejś wsi kilka wieków temu. Powiedziała, że Katarzyna była młodym człowiekiem w momencie śmierci. Kiedy następnie opisywała Katarzynę jako młodego chłopca w marynarskim mundurze, w krótkich czarnych spodniach i butach z dziwnymi klamrami, oczy jej były szkliste. Nagle Iris dotknęła swej lewej ręki, wołając, że czuje pulsujący ból i że coś ostrego wbiło się w nią, w wyniku czego została na zawsze blizna. Mówiła o wielkich bitwach morskich w pobliżu wybrzeża Anglii. Potem opisała życie na żaglowcu. Następnie opisała fragmenty innych wcieleń. A więc widziała Katarzynę w Paryżu, gdzie ona znowu była chłopcem i umarła młodo w nędzy. Innym razem była ciemnoskórą zezowatą Indianką na południowo-zachodnim wybrzeżu Florydy. Uzdrawiała ludzi i chodziła boso. Na rany stosowała różne maści, leczyła też ziołami, odznaczała się wielką intuicją. Lubiła nosić biżuterię z niebieskich kamieni, przeważnie z lapisu i czerwony, żyłkowany kamień. W innym jeszcze wcieleniu Katarzyna była Hiszpanką, prostytutką, a jej imię zaczynało się na literę L. Mieszkała z jakimś starszym mężczyzną. Kiedyś też była córką z nieprawego łoża bogatego utytułowanego ojca, mieszkała w wielkim domu. Iris widziała herb rodzinny na kubkach. Powiedziała, że Katarzyna była bardzo ładna i miała długie, smukłe palce. Grała na harfie. Z góry wybrano jej męża. Katarzyna bardzo lubiła zwierzęta, zwłaszcza konie, i lepiej traktowała zwierzęta niż ludzi ze swego otoczenia. W którymś krótkim wcieleniu była Marokańczykiem, który zmarł w młodości z powodu jakiejś choroby. Kiedyś żyła na Haiti i brała udział w magicznych obrzędach. W bardzo dawnym wcieleniu była Egipcjanką i uczestniczyła w uroczystościach pogrzebowych. Ta kobieta miała warkocze. Kilkakrotnie żyła we Francji i we Włoszech. Podczas wcielenia we Florencji miała do czynienia z religią, potem wyjechała do Szwajcarii, gdzie była związana z klasztorem, była kobietą i miała dwóch synów. Lubiła złoto i rzeźby ze złota, nosiła złoty krzyż. We Francji uwięziono ją i trzymano w zimnym ciemnym lochu. W innym życiu Katarzyna była mężczyzną, nosiła czerwony mundur, wokół niej byli żołnierze i konie. Ten mundur, czerwony ze złotem, był chyba rosyjski. Kiedy indziej była nubijską niewolnicą w starożytnym Egipcie, wtrąconą do więzienia. W jeszcze innym życiu Katarzyna była mężczyzną w Japonii, bardzo wykształconym nauczycielem, który miał do czynienia z książkami. Pracowała w szkole i dożyła późnego wieku. I wreszcie na zakończenie było niezbyt odległe życie, kiedy będąc niemieckim żołnierzem zginęła podczas bitwy.

Zafascynowała mnie niezwykła dokładność, z jaką Iris opisywała wydarzenia z dawnych wcieleń. Zdumiewająca była zbieżność ze wspomnieniami Katarzyny podczas hipnozy. Christian ranny w rękę podczas bitwy morskiej, opis jego ubrania i butów; życie Luizy jako hiszpańskiej prostytutki; Aronda i egipskie pogrzeby; John, młody wojownik, który miał podcięte gardło przez Stuarta w jego dawnym wcieleniu; Eryk nieszczęsny niemiecki pilot i tak dalej. Były także punkty styczne z obecnym życiem Katarzyny. Na przykład lubiła ona bardzo niebieską biżuterię, zwłaszcza lapis lazuli. Nie miała jednak na sobie żadnych ozdób podczas spotkania z Iris. Zawsze kochała zwierzęta, zwłaszcza konie i koty, i czuła się z nimi lepiej niż z ludźmi. A gdyby mogła wybierać miejsce stałego zamieszkania, wybrałaby Florencję. Oczywiście pod żadnym pozorem nie uważam tego spotkania za eksperyment o znaczeniu naukowym a o gwiazdach wiem bardzo mało. Ponieważ miało miejsce, uważałem za właściwe opowiedzieć o nim. Trudno mi stwierdzić, co właściwie stało się tego dnia. Może Iris podświadomie użyła telepatii i "czytała" w myślach Katarzyny, której podświadomość zapamiętała dawne wcielenia? A może Iris naprawdę potrafiła zdobyć te informacje dzięki swej niezwykłej nadwrażliwej duchowości? Niezależnie od tego, jak to się stało, obie, choć różnymi drogami, uzyskały te same rezultaty: Katarzyna dzięki hipnotycznym transom, Iris ponadzmysłowym kanałom. Mało jest osób, które potrafiłyby zrobić to, co Iris. Wielu ludzi, którzy nazywają siebie jasnowidzami, po prostu żeruje na strachu innych ludzi, jak również na ich ciekawości, żeby poznać nieznane. A dzisiaj różni naciągacze i oszuści, udający astrologów i wróżbitów, w pełni to wykorzystują. Popularność takich książek jak "Out on a Limb" Shirley MacLaine spowodowała, że pojawiło się mnóstwo "mediów". Wiele z nich zachwala swe usługi w lokalnych gazetach i wobec bezkrytycznego audytorium powtarza banały w stylu: "Jeśli nie jesteś w harmonii z naturą, natura nie będzie w harmonii z tobą". Tego rodzaju oświadczenia, wygłaszane zwykle głosem odmiennym od głosu "medium", często z obcym akcentem, znajdują poklask szerokiego kręgu słuchaczy. Doprawdy trudno jest ocenić wartość tych dotyczących głównie sfery duchowej przesłań. Po to, by całkowicie nie zdyskredytować tej dziedziny, należy odróżnić prawdę od fałszu. Powinni się tym zająć nie tylko poważni naukowcy, specjaliści od behawioryzmu, ale również psychiatrzy, by wyeliminować choroby psychiczne, oszustwo, symulację i tendencje socjopatyczne. Do oceny tych zjawisk i dalszych nad nimi badań potrzebni będą statystycy, psychologowie i fizycy. Żeby osiągnąć na tym polu poważne rezultaty, trzeba stosować naukową metodę. W nauce formułuje się początkowo hipotezę, która jest wstępnym założeniem, budowanym na podstawie licznych obserwacji, po to, żeby wyjaśnić jakieś zjawisko. Od tego momentu hipoteza musi być sprawdzona w warunkach kontrolowanych. Kiedy już naukowcy dojdą do wniosku, że mają pewną teorię, musi być ona wielokrotnie sprawdzana przez innych badaczy po to, by otrzymać te same wyniki. Szczegółowe, do zaakceptowania przez naukę badania, które przeprowadzili: dr Joseph B. Rhine (Uniwersytet Duke), dr Lan Stevenson (Uniwersytet Wirginia, Wydział Psychiatrii), dr Gertruda Schmeidler (College Nowego Jorku) i wielu innych poważnych naukowców dowiodły, że jest to możliwe.

Minęły prawie cztery lata od niezwykłych doświadczeń, przeżytych wspólnie z Katarzyną, które zmieniły nas oboje do głębi. Od czasu do czasu Katarzyna wpada do mojego gabinetu, żeby mnie pozdrowić czy omówić jakiś problem. Nigdy więcej nie miała ochoty ani potrzeby, żeby się cofnąć do poprzednich wcieleń, ani żeby zwalczyć jakiś niepokojący objaw czy też, żeby się przekonać, jak nowi ludzie spotkani w jej życiu byli związani z jej przeszłością. Nasza praca została zakończona. Katarzyna może teraz w pełni cieszyć się życiem, nie jest już sparaliżowana dziwnymi objawami. Znalazła szczęście i zadowolenie, o jakich nigdy nie marzyła. Nie boi się już choroby i śmierci. Życie ma dla niej sens i cel, ponieważ teraz jest w harmonii z samą sobą. Promieniuje wewnętrznym spokojem, którego wielu pragnie, lecz niewielu osiąga, czuje się bardziej uduchowiona. Dla Katarzyny to, co się wydarzyło, jest bardzo realne. Nie wątpi w prawdziwość żadnej fazy swych przeżyć i uważa je za integralną część samej siebie. Nie zamierza studiować zjawisk ponadzmysłowych, gdyż jest pewna, iż "wie" w sposób, jakiego nie można nauczyć się z książek. Ludzie bliscy śmierci i ci, którzy mają kogoś umierającego w rodzinie, często szukają jej pomocy. Coś ich do niej przyciąga. Wystarczy, że siądzie i porozmawia z nimi, a od razu czują się lepiej.

Moje życie również zasadniczo się zmieniło. Stałem się bardziej wrażliwy, intuicyjnie świadom jestem ukrytych tajemnych problemów, jakie nękają moich pacjentów, kolegów, przyjaciół. Wiem o nich znacznie więcej niż powinienem. Zmienił się też mój system wartości życiowych, znacznie bardziej cenię teraz wartości humanistyczne niż materialne. Coraz częściej spotykam się z ludźmi o duchowej nadwrażliwości oraz z tymi, którzy posiadają zdolności mediumistyczne, z uzdrowicielami i tak dalej. Zacząłem nawet systematycznie oceniać ich umiejętności. Wraz ze mną rozwija się Carole. Znakomicie potrafi udzielać porad w sprawach dotyczących śmierci i umierania, opiekuje się grupami ludzi chorych na AIDS. Od pewnego czasu prowadzę medytacje, co przedtem uważałem wyłącznie za domenę Hindusów i Kalifornijczyków. Nigdy nie zapomnę lekcji przekazanych mi przez Katarzynę. Zawsze pamiętając o głębszym znaczeniu życia i o tym, że śmierć jest jego naturalną częścią, stałem się bardziej cierpliwy, bardziej spontanicznie potrafię okazywać współczucie i miłość. Świadom też jestem, że zawsze odpowiadam za swoje czyny, zarówno te przyziemne, negatywne, jak i wzniosłe, ponieważ wiem, że za wszystko będę musiał zapłacić, że cokolwiek uczynię, wróci to do mnie. Nadal piszę prace naukowe, wygłaszam odczyty na spotkaniach z kolegami mej specjalności i kieruję oddziałem psychiatrii. Ale teraz ogarniam dwa światy: ten poznawalny pięcioma zmysłami, który reprezentuje nasze ciało i potrzeby fizyczne, oraz ten wielki świat ponad-fizycznych dziedzin, reprezentowany przez naszą duszę i ducha. Wiem, że oba się łączą, że wszystko jest energią. A jednak czasem wydaje mi się, że tak bardzo są od siebie odległe. Moim zadaniem jest połączyć te dwa światy, z drobiazgową starannością udokumentować naukowo ich jedność. Moja rodzina kwitnie, okazało się, że Carole i Amy mają wielką nadwrażliwość duchową, co staramy się rozwijać. Nastolatek Jordan okazał się charyzmatycznym, urodzonym przywódcą. Wreszcie ja nie jestem już tak poważny jak dawniej. I czasem miewam niezwykłe sny. W kilka miesięcy po ostatnim seansie z Katarzyną zacząłem przejawiać dziwną skłonność. Otóż często miałem bardzo wyraźny sen, że albo słucham wykładu, albo zadaję pytania prelegentowi. Wykładowca ten miał na imię Philo. Po obudzeniu natychmiast notowałem zapamiętane fragmenty, kilka z nich przytaczam tu. Pierwszy jest z wykładu i widzę tu wpływ przesłań Mistrzów: 

"...Mądrość osiąga się bardzo powoli. Dlatego że łatwo zdobyta wiedza umysłowa musi być przemieniona w wiedzę emocjonalną czyli podświadomą. A kiedy to nastąpi, zostanie na zawsze utrwalona. Behawiorystyczne ćwiczenia są koniecznym katalizatorem tej reakcji. Wiedza teoretyczna nie wystarczy, trzeba ją stosować w praktyce. We współczesnym świecie lekceważy się równowagę i harmonię. Wszystko się robi w nadmiarze. Ludzie są zbyt grubi, ponieważ jedzą nadmiernie. Niektórzy są nadmiernie skąpi. Inni zbyt dużo piją, zbyt dużo palą, bawią się do upadłego, mówią zbyt wiele i bez sensu, nazbyt się martwią. Zbyt często głoszą czarno-białe poglądy. Wszystko albo nic. Ale nie taka jest droga natury. W naturze istnieje równowaga. Zwierzęta niszczą ją tylko w nieznaczny sposób. Zjedzone rośliny ponownie odrastają. Wykorzystywane źródła pożywienia wkrótce się odradzają. Kwiat cieszy, owoc żywi, korzeń zostaje zachowany. Ludzkość nie nauczyła się dotąd, jak ważna jest równowaga, a co gorsza nic ją to nie obchodzi. Kieruje się wyłącznie chciwością i ambicją, ulega strachowi. Tak postępując wreszcie unicestwi samą siebie. Ale natura przeżyje, w każdym razie rośliny. Źródłem szczęścia jest prostota. Dążenie do przesady w myśli i czynach pozbawia nas szczęścia, nadmiar zaciemnia podstawowe wartości. Ludzie wierzący mówią nam, że szczęście jest wtedy obecne, kiedy w naszym sercu gości wiara, nadzieja i miłość, kiedy okazujemy bliźnim miłosierdzie i jesteśmy łagodni. I oni mają rację. Każdy, kto ma taką postawę, osiągnie harmonię i równowagę. Taki być powinien powszechny stan ducha. Niestety, w naszych czasach ludzie mają zupełnie odmienny stan ducha, niezgodny z naturą. Ludzkość musi osiągnąć inny stan, promieniować miłością, miłosierdziem i prostotą, musi być czysta i pozbyć się swego wszechobecnego strachu. Jak osiągnąć ten inny stan, inny system wartości? A kiedy zostanie osiągnięty, w jaki sposób można go zachować? Odpowiedź jest bardzo prosta: to powszechny wyznacznik wszystkich religii. Ludzkość jest nieśmiertelna i trzeba nauczyć się zadanych nam lekcji. Wszyscy jesteśmy w szkole. Jakież to proste, wystarczy tylko uwierzyć w nieśmiertelność. Jeśli ludzkość jest nieśmiertelna, a jest na to wiele dowodów, dlaczego tak bardzo szkodzimy sobie? Dlaczego depczemy innych dla własnego zysku, kiedy w rzeczywistości nie nauczyliśmy się naszej lekcji? My wszyscy zmierzamy ostatecznie do tego samego celu, choć z różną prędkością. Nikt nie jest większy od innych".




Trzeba się zastanowić nad tymi lekcjami. Rozum od dawna znał odpowiedzi, ale kluczem do nich jest doświadczenie, one muszą na zawsze odcisnąć się w naszej podświadomości, trzeba je stosować w praktyce. Kucie na pamięć, tak jak w niedzielnej szkółce, nie wystarczy. Modlenie się wargami, bez czynnego działania, nic nie jest warte. Jakże łatwo czytać lub rozmawiać o miłości, miłosierdziu i wierze. Ale naprawdę kochać, naprawdę okazywać miłosierdzie i wierzyć całym sercem wymaga odmiany świadomości, oczywiście nie tej przejściowej, wywołanej narkotykami, alkoholem czy przypływem chwilowej emocji. Trwałą odmianę świadomości można osiągnąć przez wiedzę i zrozumienie, tylko konkretne czyny i praktyka mogą ją podtrzymać. To asymilacja czegoś prawie mistycznego, co stosowane w praktyce staje się codziennym nawykiem. Trzeba zrozumieć i o tym pamiętać, że wszyscy jesteśmy równi, pomagać innym. Wszyscy płyniemy tą samą łódką, jeśli nie będziemy razem wiosłować, grozi nam osamotnienie. 

Wczoraj w nocy w innym śnie zadałem pytanie: "Jak to jest, ty mówisz, że wszyscy są równi, a my widzimy coś wręcz odmiennego, nie ma równości w dziedzinie cnót, usposobień, zamożności, praw, zdolności i talentów, inteligencji, uzdolnień matematycznych i tak dalej?" Odpowiedź była metaforą: "To tak jakby w każdym człowieku można było znaleźć diament. Wyobraź sobie diament długości ćwierć metra. Ten diament ma tysiące faset, ale są one pokryte brudem i smołą. Zadaniem duszy jest oczyścić każdą fasetę, aż wreszcie jej nieskazitelna powierzchnia będzie mogła odbić tęczę barw. Jedni umyli wiele faset i świecą jasno. Inni próbowali umyć zaledwie kilka, a więc nie świecą. Jednak pod brudem każdy człowiek posiada w swym sercu błyszczący diament z tysiącem błyszczących faset. Diament jest doskonały, bez jednej skazy. Jedyne co różni tych ludzi, to ilość czystych faset. Ale każdy diament jest taki sam, i każdy jest doskonały. Kiedy wszystkie fasety będą oczyszczone i błyszczące, staną się niezmąconym światłem, diament znów będzie czystą energią, taką jak na początku. Światło zostaje. To tak jakby proces, który był przyczyną powstania diamentu, został odwrócony. Czysta energia istnieje w tęczy świateł, a te światła mają świadomość i wiedzę. I wszystkie diamenty są doskonałe". Czasem pytania bywały skomplikowane, a odpowiedzi proste. "Co mam zrobić? - spytałem w jednym ze snów. - Wiem, że potrafię leczyć i uzdrawiać ludzi, którzy cierpią. Przychodzi do mnie tak dużo pacjentów, że nie mogę wszystkich przyjąć. Jestem bardzo zmęczony. Ale czy mam powiedzieć nie, kiedy jest tylu potrzebujących, a ja mogę im pomóc? Czy mam prawo powiedzieć: Nie, już dosyć?" "Twoja rola nie polega na tym, żeby każdego uratować" - padła odpowiedź. 

Ostatni przykład, jaki zacytuję, to przesłanie do innych psychiatrów. Obudziłem się około szóstej rano ze snu, w którym miałem wykład, w tym przypadku do dużego audytorium moich kolegów: "W dążeniu do medykalizacji psychiatrii ważne jest, żebyśmy nie zaniechali tradycyjnych, choć może niezbyt precyzyjnie określonych wytycznych naszego zawodu. Jesteśmy tymi, którzy jeszcze nadal rozmawiają z pacjentami, cierpliwie i ze współczuciem. Nadal znajdujemy czas na to. Jesteśmy za konceptualnym pojmowaniem choroby, lecząc nie tylko za pomocą promieni laserowych, ale z pełnym zrozumieniem i nakłaniając pacjenta do poznania samego siebie. My nadal leczymy nadzieją. W obecnych czasach przedstawiciele innych gałęzi medycyny tego rodzaju podejście do leczenia uważają za mało efektywne, czasochłonne i niepewne. Nad rozmowę przedkładają technologię, nad osobisty kontakt lekarz-pacjent, biochemię krwi odczytaną przez komputer. Obecnie w medycynie idealizm, etyka i osobista satysfakcja lekarza ustępują miejsca rachunkowi ekonomicznemu i wydajności, co sprawia, że nasi koledzy czują się coraz bardziej wyizolowani i przygnębieni. Traktowani zaś jak przedmioty pacjenci twierdzą, że nie mają właściwej opieki. Musimy unikać fascynacji wysoko rozwiniętą technologią. Nasz przykład winien świadczyć o tym, że cierpliwość, zrozumienie i współczucie pomagają zarówno pacjentowi, jak i lekarzowi. A sami więcej czasu poświęcajmy na rozmowę, nauczanie, podtrzymywanie nadziei na wyzdrowienie - te prawie zapomniane powinności lekarza-uzdrowiciela niech się staną wzorem dla naszych kolegów innych specjalności. Wspaniałą rzeczą jest wysoko rozwinięta technologia, która pomaga w badaniach, w zrozumieniu ludzkich chorób i dolegliwości, która może być bezcennym klinicznym narzędziem, ale nigdy nie zastąpi wrodzonych zalet prawdziwego lekarza i jego metod. Psychiatria może stać się najbardziej godną szacunku specjalizacją medyczną. Jesteśmy nauczycielami. Nie powinniśmy rezygnować z tej roli w imię asymilacji, zwłaszcza nie teraz". Nadal miewam takie sny, choć teraz rzadziej. 

Często podczas medytacji albo kiedy prowadzę samochód na autostradzie, a nawet kiedy marzę, opadają mnie zdania, myśli i obrazy. Często są zupełnie odmienne od mego zwykłego świadomego toku myślenia czy wyciągania wniosków. Często są bardzo na czasie i rozwiązują pytania i problemy, jakie właśnie mnie nękają. Przydają mi się w leczeniu i w codziennym życiu. Uważam te zjawiska za projekcję moich intuicyjnych uzdolnień i bardzo mnie one podnoszą na duchu. Uważam je za oznakę tego, że zmierzam we właściwym kierunku, choć być może czeka mnie długa droga. Jestem posłuszny snom i temu, co mi podpowiada intuicja. A kiedy tak postępuję, wszystko idzie dobrze. Jeśli nie, zawsze coś mi się nie uda. Nadal czuję obecność Mistrzów koło siebie. Nie jestem całkiem pewien, czy to ich obecność dyktuje moje sny oraz intuicyjne przeczucia, ale przypuszczam, że tak jest.






EPILOG


Katarzyna jest całkiem wyleczona i nie wróciły dawne symptomy. Jestem bardzo ostrożny w przenoszeniu moich pacjentów w przeszłość. Wskazaniem dla mnie jest konkretny zespół objawów, odporność pacjenta na innego rodzaju terapię, skłonność do poddania się hipnozie, jego zgoda na tę formę kuracji i moja własna intuicja, czy to jest właściwa droga. Po Katarzynie dwunastu pacjentów cofnąłem do ich wielokrotnych wcieleń. Żaden z nich nie był psychotyczny, nie cierpiał na halucynacje ani na rozdwojenie osobowości. U wszystkich nastąpiła zdumiewająca poprawa. Z dwunastu pacjentów każdy miał bardzo odmienną przeszłość i osobowość. 

Gospodyni domowa z Miami Beach doskonale pamiętała, jak ją zgwałciła grupa rzymskich żołnierzy w Palestynie krótko po śmierci Pana Jezusa. W wieku dziewiętnastym prowadziła dom publiczny w Nowym Orleanie, w średniowieczu znajdowała się w klasztorze, a jako Japonka miała bardzo tragiczne życie. Poza Katarzyną tylko ona jedna ze wszystkich pacjentów potrafiła zdać relację ze stanu pomiędzy wcieleniami. Jej przesłania były niezwykle uduchowione. Ona również znała fakty i zdarzenia z mej przeszłości. Z łatwością też przepowiadała przyszłość. Jej przesłania pochodziły od określonego ducha i obecnie właśnie starannie kataloguję seanse z nią. Nadal jestem naukowcem. Cały materiał jej dotyczący muszę dokładnie sprawdzić, ocenić i przewartościować. 

Pozostali pacjenci nie pamiętali nic z tego, co było po śmierci, oprócz opuszczenia ciała i szybowania w kierunku bardzo jasnego światła. Żaden z nich nie otrzymał dla mnie przesłań. Ale wszyscy mieli wyraźne wspomnienia z poprzednich wcieleń. Bardzo inteligentny makler giełdowy prowadził wygodne, choć nudne życie w wiktoriańskiej Anglii. Pewien artysta był torturowany przez inkwizycję. Właściciel restauracji, który nie mógł jeździć samochodem przez most czy tunel, przypomniał sobie, że w starożytności był pochowany żywcem na Bliskim Wschodzie. Młody lekarz przypomniał sobie katastrofę łodzi na morzu, kiedy był wikingiem. Pewien pracownik telewizji, sześćset lat temu był torturowany we Florencji. I tak dalej, i tak dalej. Ci ludzie pamiętali również inne wcielenia. A w miarę jak przypominali sobie różne życia, objawy ich dolegliwości ustępowały. Każdy z nich (niezależnie od płci) wierzy mocno, iż żył dawniej i będzie żyć ponownie. Lęk przed śmiercią znacznie się zmniejszył. Wcale nie jest konieczne, by każdy człowiek chodził do jasnowidzów, wróżbitów, poddawał się terapii hipnozą, żeby poznać dawne swe wcielenia, czy nawet medytował. Na to powinni się zdecydować ci, którzy mają jakieś konkretne dolegliwości. Reszta powinna mieć otwarty umysł i zdawać sobie sprawę, iż w życiu istnieje coś więcej niż tylko to, co widzą oczy, że wykracza to poza nasze pięć zmysłów. Trzeba być otwartym na nowe doświadczenia i wiedzę. "Naszym zadaniem jest dzięki wiedzy stać się podobnymi do Boga".  

Mam nadzieję, że to, co tutaj przeczytaliście, pomoże wam, że wasz lęk przed śmiercią zmniejszy się, a przesłania tu zamieszczone, dotyczące prawdziwego znaczenia życia sprawią, że będziecie szukać pełni, harmonii i wewnętrznego pokoju, a do swych bliźnich będziecie się odnosić z miłością.



CIEKAWY FILM Z OSTATNICH CHWIL TITANIC'A
NAGRANY PRZEZ 17-letniego JOSEPHA DAVIES'A 
KAMERĄ - ODNALEZIONĄ W 1989 r., 
FILM ZAŚ ZOSTAŁ ODTWORZONY DOPIERO w 2020 r.
(MOMENT, W KTÓRYM FILM SIĘ KOŃCZY, 
TO MOMENT UTONIĘCIA TEGO MŁODEGO CZŁOWIEKA)


    



PS: To już koniec serii z Katarzyną, w kolejnej części przejdę do innych przykładów kontaktów ludzi żyjących z tymi, którzy opuścili już ten fizyczny świat. Ja sam o sobie mogę powiedzieć, że fascynuje mnie morze i czuję - zawsze czułem - jakąś bliskość do klimatów morskich. Z drugiej strony niezbyt lubię duże wysokości i w takich miejscach czuję się bardzo niekomfortowo. Fascynuje mnie też otoczenie leśne - aczkolwiek głównie otwarte polany, a las jako taki też jest dla mnie lekko nieprzyjemnym miejscem (mówiąc eufemistycznie), ale to zapewne związane jest z pamięcią mego ostatniego życia i ostatniej śmierci - właśnie w lesie, podczas ucieczki przed ścigającymi mnie żołnierzami. Do tej pory myślałem, że jestem bardziej podatny na ową duchową wrażliwość, ale ponieważ wciąż mam wiele pytań, jestem jak ten przysłowiowy ślepiec we mgle. Fascynuje mnie również starożytność i jakoś dziwnie czuję bliskość z postacią Gajusza Oktawiusza Cezara - czyli Augusta, tylko nie potrafię wyjaśnić z czym ta bliskość może być związana. Czy żyłem w tamtych czasach? (to jest raczej pytanie retoryczne, ponieważ pamiętam jak dopiero uczyłem się historii, to właśnie ten okres jakoś dziwnie mnie fascynował i czułem się z nim związany). Jeśli nawet miałem jednak takie (dobre i wygodne) życie, to albo było ono przeplatane z cięższymi żywotami, albo też należało do wyjątków (moje poprzednie życie do łatwych nie należało - o czym już wielokrotnie pisałem) i choć obecnie nie mogę narzekać, to jednak zawsze marzyłem o czymś większym, chciałem zostać zapamiętany przez historię. Czy tak się jeszcze stanie - trudno powiedzieć. Ale jedno jest pewne - przeszłość nie przemija nigdy. To co minęło, wciąż jest obok nas (stąd uważam że można cofnąć się w przeszłość - choć jeszcze na razie nie wymyślono wehikułu, który wyłapałby te pulsujące fale przeszłości, które są wokół nas i pozwolił nam przenieść się w przeszłość), a to, co dopiero przed nami - jest podzielone na talie wyborów i to od nas zależeć będzie, którą z owych możliwości wybierzemy i którą pójdziemy przez życie (póki żyjemy talie te się nie skończą).
                                                                      

                                                    CDN.

piątek, 5 listopada 2021

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XLIX

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XVIII

 



 
RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
Katarzyna uwolniła się od nękających ją objawów. Była całkowicie zdrowa. Jej wcielenia zaczęły się powtarzać. Wiedziałem, że zbliżamy się do kresu naszych spotkań, ale tego jesiennego dnia, kiedy znów zapadła w hipnotyczny trans, nie zdawałem sobie sprawy, że upłynie pięć miesięcy do następnego seansu - ostatniego.

- Widzę rzeźby - zaczęła. - Niektóre z nich są w błocie. Widzę glinę. Jacyś ludzie robią garnki. Są czerwone... używają jakiegoś czerwonego materiału. Widzę brązowy budynek, w którym się znajdujemy.

- Czy jesteś w tym budynku, czy blisko niego?

- Jestem w środku. Robimy różne rzeczy.

- Czy widzisz siebie podczas pracy? - spytałem. - Czy możesz opisać, co masz na sobie? Spójrz uważnie, jak wyglądasz?

- Mam na sobie coś długiego z czerwonego materiału. I śmieszne buty, jakby sandały. Włosy moje są brązowe. Lepię coś w rodzaju posążków. Postać człowieka... mężczyzny. W ręku trzyma kij. Inni ludzie robią jakieś przedmioty z metalu...

- Czy to jest fabryka?

- Nie. Po prostu budynek z kamienia.

- Robisz posążki mężczyzny z kijem, czy wiesz, kto to jest?

- Nie wiem. Po prostu mężczyzna. On się opiekuje stadem... krów. Wokoło jest ich dużo [posążków]. To bardzo śmieszny materiał. Trudny do roboty. Kruszy się.

- Czy znasz nazwę tego materiału?

- Nie znam. Po prostu coś czerwonego.

- Co się stanie z tym posążkiem, jak go zrobisz?

- Będzie sprzedany, część z nich będzie sprzedana na targu, część ofiarowana różnym możnym panom. Tylko te najpiękniejsze będą ofiarowane możnym panom. Reszta zostanie sprzedana.

- Czy masz kiedy do czynienia z tymi możnymi panami?

- Nie.

- To, co teraz robisz, to twoja praca?

- Tak.

- Czy ją lubisz?

- Tak.

- Czy od dawna to robisz?

- Nie.

- Czy dobrze to robisz?

- Niezbyt dobrze.

- Potrzebne ci jest większe doświadczenie?

- Tak, dopiero się uczę.

- Rozumiem. Czy jeszcze mieszkasz ze swoją rodziną?

- Nie wiem, ale widzę brązowe jakby pudła.

- Brązowe pudła? - powtórzyłem.

- One mają takie małe otwory, drzwiczki, i w tych drzwiczkach siedzą małe posążki. Drzwiczki są z drzewa, z jakiegoś rodzaju drzewa. My robimy do nich posążki.

- Jaka jest rola tych posążków?

- Religijna - odparła.

- O jaką religię chodzi?

- Taką, w której jest wielu bogów, wielu opiekunów... wielu bogów. Ludzie tutejsi bardzo się ich boją. Robimy tutaj wiele rzeczy. Także gry... tablice do gier z otworami. W te otwory wkłada się głowy zwierząt.

- Czy widzisz coś jeszcze?

- Tutaj jest bardzo gorąco, bardzo gorąco i dużo pyłu...

- Czy gdzieś w pobliżu jest woda?

- Tak, sprowadzana z gór.

I to wcielenie było mi jakoś znajome.

- Czy ludzie tu boją się? Czy są zabobonni?

- Tak - odparła. - Bardzo się boją. Każdy się boi. Ja także. Musimy siebie chronić. Panuje choroba. Musimy chronić się przed nią.

- Jakiego rodzaju choroba?

- Taka, która wszystkich zabija. Wielu ludzi umiera.

- Woda jest jej przyczyną? - spytałem.

- Tak. Panuje susza... jest bardzo gorąco, ponieważ bogowie są zagniewani i karzą nas.

Ponownie znalazła się we wcieleniu, podczas którego stosowano kurację taniną. Rozpoznałem religię strachu, religię Ozyrysa i Hathor.

- Dlaczego bogowie się gniewają? - spytałem, z góry znając odpowiedź.

- Ponieważ nie przestrzegaliśmy praw. Dlatego się gniewają.

- Jakich praw nie przestrzegaliście?

- Tych, które ustanowili możni panowie.

- W jaki sposób można ułagodzić bogów?

- Trzeba nosić pewne przedmioty. Niektórzy ludzie noszą naszyjniki. To pomaga odegnać zło.

- Czy jest jakiś bóg, którego ludzie boją się najwięcej?

- Oni boją się wszystkich bogów.

- Czy znasz imię któregoś z bogów.

- Nie, nie znam. Ja tylko wiem, jak wyglądają. Jeden ma ludzką postać, ale głowę zwierzęcia. Inny wygląda jak słońce. Jeszcze inny jak ptak, i jest czarny. Zakładają im sznur na szyję.

- Czy ty przeżyłaś zarazę?

- Tak, nie umarłam.

- Ale członkowie twojej rodziny umarli - przypomniałem jej.

- Tak... mój ojciec. Matka dobrze się czuje.

- A brat?

- Brat... nie żyje.

- Dlaczego ty przeżyłaś? Czy istnieje jakaś specjalna przyczyna? Co zrobiłaś?

- Nic - odparła i zmieniła temat. - Widzę jakieś naczynie z oliwą.

- Co mianowicie?

- Coś białego. Przypomina marmur. To... alabaster... rodzaj misy... trzymają w tym oliwę. Do namaszczania głowy...

- ... kapłanów? - spytałem.

- Tak.

- Jaka jest teraz twoja funkcja? Czy pomagasz przy tej oliwie?

- Nie, ja robię posążki.




- W tym brązowym budynku?

- Nie... jest później... w świątyni.

Wyglądała na zmartwioną, nie wiedziałem dlaczego.

- Czy masz jakieś kłopoty?

- Ktoś w świątyni popełnił czyn, który rozgniewał bogów. Przygotowują ofiarę, jakieś zwierzę... to jagnię... Kapłani mają ogolone głowy. Nie mają na nich włosów ani na twarzach...

Zamilkła, minuty mijały powoli. Nagle zrobiła się niespokojna, jakby czegoś nasłuchiwała, minuty wolno mijały. Kiedy się odezwała, głos jej był głęboki. Pojawił się któryś z Mistrzów.

- To na tej płaszczyźnie dusze mogą się objawić ludziom, którzy nadal są w fizycznym ciele. Wolno im wrócić... ale tylko wtedy, gdy nie dotrzymali jakiejś umowy. Na tej płaszczyźnie wzajemny kontakt jest dozwolony. Ale na innych płaszczyznach... Tutaj wolno ci używać twoich duchowych uzdolnień i porozumiewać się z ludźmi w fizycznym kształcie. Istnieje na to wiele sposobów. Niektórym dzięki sile wzroku wolno się ukazać ludziom w swej fizycznej formie. Inni mogą korzystać ze swej energii i telepatycznie przesuwać przedmioty. Dostajesz się na tę płaszczyznę tylko wtedy, kiedy to jest dla ciebie korzystne... Jeśli nie dopełniłeś zawartej umowy, możesz tu przyjść i nawiązać w jakiś sposób kontakt. A to wszystko po to... żeby dopełnić umowy, jeśli twoje życie nagle się zakończyło, będzie to powodem, żebyś także się znalazł na tej płaszczyźnie. Wielu ludzi decyduje się na przyjście tu, ponieważ wolno im zobaczyć swoich bliskich, którzy nadal są w fizycznym kształcie. Ale nie każdy decyduje się na nawiązanie z nimi kontaktu. Dla niektórych ludzi byłoby to zbyt przerażające.

Katarzyna zamilkła, wypoczywała. Po chwili wyszeptała cicho:

- Widzę światło.

- Czy to światło dostarcza ci energii? - spytałem.

- Jakby coś się zaczynało... to ponowne narodziny.

- Jak ludzie w fizycznej postaci odbierają tę energię? Jak mogą się z nią połączyć i naładować ponownie?

- Poprzez umysł - odparła cicho.

- Ale jak osiągają ten stan?

- Muszą być bardzo odprężeni. Można odnowić się przez światło... Trzeba być bardzo odprężonym, nie zużywać energii, ale ją odnawiać. We śnie człowiek odnawia siebie.




Była w stanie nadświadomym, postanowiłem rozszerzyć zakres pytań.

- Ile razy ponownie się rodziłaś? - spytałem. - Czy zawsze tutaj, w tym otoczeniu, na ziemi, czy również gdzie indziej?

- Nie tylko tutaj.

- Do jakich innych płaszczyzn się udajesz, do jakich innych miejsc?

- Ja jeszcze nie skończyłam tego, co tu mam do zrobienia. Nie mogę odejść, dopóki nie doświadczę wszystkiego w życiu, a to się jeszcze nie stało... Będę miała wiele wcieleń... żeby dopełnić wszystkich umów i spłacić wszystkie zaciągnięte długi.

- Jednak robisz postępy - zauważyłem.

- Zawsze robimy postępy.

- Ile wcieleń miałaś na ziemi?

- Osiemdziesiąt sześć.

- Osiemdziesiąt sześć?

- Tak.

- I wszystkie pamiętasz?

- Będę je pamiętać, jeśli to dla mnie będzie istotne. 

Poznaliśmy fragmenty albo większe odcinki dziesięciu, dwunastu jej wcieleń, ostatnio niektóre się powtarzały. Najwidoczniej nie potrzebowała pamiętać pozostałych. Zrobiła rzeczywiście znaczne postępy, przynajmniej wedle mojej oceny. Postępy, jakie miała odtąd robić, może nie miały zależeć od wspominania tych innych wcieleń. Może nawet przyszłe jej postępy nie miały zależeć ode mnie czy mojej pomocy. Znowu zaczęła szeptać:

- Niektórzy ludzie nawiązują kontakt z astralną płaszczyzną przez narkotyki, ale nie rozumieją tego, co przeżywają. Jednak zezwolono im na ten kontakt.

Nie pytałem jej dotąd o narkotyki. A ona uczyła mnie, dzieliła się zdobytą wiedzą, czy ja o to konkretnie pytałem czy nie.

- Czy możesz używać swych sił duchowych, żeby pomóc sobie w osiągnięciu tutaj postępu? - spytałem. - Wydaje mi się, że coraz bardziej rozwijasz je.

- Tak - przyznała mi rację. - To jest ważne, ale nie tak ważne tutaj, jak na innych płaszczyznach. Jest to część ewolucji i wzrostu.

- Ważne dla ciebie i dla mnie?

- Ważne dla nas wszystkich.

- Jak rozwijamy te uzdolnienia?

- Rozwija się je poprzez kontakty z innymi ludźmi. Są tacy, którzy posiadają więcej siły, i wrócili tu obdarzeni większą wiedzą. Oni szukają tych, którzy muszą się rozwijać, i pomagają im.

Zapadła cisza. Opuszczając stan nadświadomości, weszła w inne wcielenie.

- Widzę ocean. Widzę dom nad brzegiem oceanu. Jest biały. Statki wpływają i wypływają z portu. Czuję zapach morskiej wody.




- Czy jesteś tam?

- Tak.

- Jaki jest ten dom?

- Mały, na szczycie ma jakby wieżę... okno, przez które można patrzeć na ocean. Jest tam teleskop. Z mosiądzu, z mosiądzu i drzewa.

- Czy widzisz ten teleskop?

- Tak, patrzę na statki.

- Jakie jest twoje zadanie?

- Składam raporty o statkach handlowych, które wpływają do portu.

Przypomniałem sobie, że to samo robiła w jednym z wcieleń, kiedy była Christianem, marynarzem, który został ranny podczas bitwy morskiej.

- Czy jesteś marynarzem? - spytałem, chcąc się dowiedzieć więcej szczegółów.

- Nie wiem... może.

- Czy widzisz, co masz na sobie.

- Białą koszulę i brązowe krótkie spodnie i buty z dużymi klamrami... W późniejszym życiu jestem marynarzem, ale nie teraz.

Mogła widzieć przyszłość, ale żeby to zrobić, musiała przeskoczyć do tej przyszłości.

- Jestem ranna. - drgnęła i zaczęła wić się z bólu. - Ręka mnie boli.

Istotnie była Christianem i znowu przeżywała bitwę morską.

- Czy był jakiś wybuch?

- Tak... czuję zapach prochu.

- Wszystko będzie dobrze - zapewniłem ją, wiedząc, co nastąpi dalej.

- Bardzo wielu ludzi umiera!




Nadal była przejęta.

- Żagle są porwane... część lewej burty została zmiażdżona.

Oglądała uszkodzenie statku.

- Musimy zreperować żagle. One muszą być zreperowane.

- Czy już dobrze się czujesz?

- Tak. To bardzo trudno szyć materiał, z którego są żagle.

- Czy możesz już pracować tą ręką, która była ranna?

- Nie, ale obserwuję innych... żagle... są zrobione z płótna, specjalnego rodzaju płótna, które bardzo trudno szyć... Wielu ludzi zmarło. Tak bardzo cierpieli.

Zadrżała.

- Co takiego?

- Ten ból... w ręce.

- Twoja ręka się goi. Przesuń się naprzód w czasie. Czy znowu żeglujesz?

- Tak. - krótka przerwa. - Jesteśmy w południowej Walii. Musimy bronić brzegu.

- Kto was atakuje?

- Wydaje mi się, że Hiszpanie... mają wielką flotę.

- Co się dzieje dalej?

- Widzę statek. Widzę port. Widzę sklepy i warsztaty. W jednym z tych warsztatów robią świece. Są też sklepy, gdzie można kupić książki.

- Czy chodzisz czasem do księgarni?

- Tak. Bardzo lubię tam chodzić. Książki są cudowne... Widzę wiele książek. Ta czerwona jest historyczna. Piszą w niej o miastach... krajach. Są też w niej mapy. Bardzo lubię tę książkę... Jest też sklep z kapeluszami.

- Czy jest takie miejsce, gdzie chodzisz na piwo? - przypomniałem sobie opis piwa Christiana.

- Tak, jest ich wiele - odparła. - Podają piwo... bardzo ciemne piwo... a do tego mięso... baraninę i chleb, duże kawałki chleba. Piwo jest bardzo gorzkie, bardzo gorzkie. Czuję jego smak. Podają też wino, są tam długie drewniane stoły... 

Postanowiłem zwrócić się do niej po imieniu, żeby zobaczyć, jak zareaguje.

- Christian - powiedziałem z naciskiem. Odparła głośno, bez wahania:

- Tak, czego chcesz?

- Gdzie jest twoja rodzina, Christianie?

- Mieszkają w pobliskim mieście. My wypływamy z tego portu.

- Kto należy do twojej rodziny?

- Mam siostrę... imieniem Mary.

- A czy masz dziewczynę?

- Nie mam żadnej dziewczyny. Tylko kobiety w mieście.

- Nikogo specjalnie?

- Nie, tylko kobiety... Znowu pływam. Walczyłam w wielu bitwach, ale nic mi się nie stało.

- Zestarzałaś się...

- Tak.

- Czy miałaś kiedy żonę?

- Chyba tak. Widzę obrączkę.

- Czy miałaś dzieci?

- Tak. Mój syn także będzie pływał... Widzę pierścień, pierścień z ręką. Ta ręka coś trzyma, ale nie widzi co. Ten pierścień to ręka, ręka coś trzymająca.

Katarzyna zaczęła się krztusić.

- Co się dzieje?

- Ludzie na statku są chorzy, wymiotują... to z powodu jedzenia. Zjedliśmy zepsutą żywność. Soloną wieprzowinę.

Nadal się krztusiła. Przesunąłem ją w czasie i krztuszenie ustąpiło. Postanowiłem już nie doprowadzać jej ponownie do ataku serca Christiana. Była bardzo wyczerpana, wyprowadziłem ją więc z transu. Kolejne, przedostatnie już spotkanie nastąpiło dopiero trzy tygodnie później.



PS: Historia Katarzyny mnie prywatnie pozwoliła kilka rzeczy wyjaśnić i "wyprostować", choć wciąż mam sporo pytań na które muszę szukać odpowiedzi. Jestem - niestety - dość niespokojną duszą, ale staram się wprowadzać do swojego życia więcej harmonii. Jestem też nieco dumny, gdyż czasem zapytuję siebie w myślach: - Spójrz, skończyłeś już cztery dekady życia, a jeszcze niczego wielkiego nie dokonałeś - i myśl ta przeraża mnie w podobny sposób, jak przerażała Juliusza Cezara, który wypowiadał te słowa będąc w Hiszpanii i porównując się do Aleksandra Wielkiego, który w chwili swej śmierci (w wieku 33 lat) miał u stóp większość znanego świata, a Cezar był jedynie kwestorem w prowincji Hispania Ulterior i bolał iż umrze zapomniany przez świat. Ta myśl i mnie nie jest obca, ale z drugiej strony - uświadamiając sobie okoliczności - dochodzę do przekonania, że przecież niczego "wielkiego" przecież ostatecznie czynić nie muszę, a raczej powinienem skupić się nad kształtowaniem charakteru i własnej duchowości. Wiem też, że doświadczyłem od "Losu" wielu dobrodziejstw - na które nie zawsze zasługiwałem - i życie mam ogólnie rzecz biorąc dobre - kilka rzeczy mógłbym uczynić jeszcze lepszymi, ale moje wrodzone lenistwo często stoi temu na przeszkodzie. Co przyniesie przyszłość - tego nie wiem, ale jedno jest pewne - Nigdy nie jesteś na tym świecie sam i zawsze jest "Ktoś" kto ci pomoże na tej drodze życia. To jest ważne przesłanie o którym nigdy nie powinniśmy zapominać i które powinno pozbawić wielu naszych ukrytych lęków. 



 
CDN. 
 

czwartek, 28 października 2021

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XLVIII

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XVII





 
RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
 Minęło trzy i pół miesiąca od naszego pierwszego seansu hipnotycznego. Nie tylko ustąpiły u Katarzyny wszelkie niepokojące objawy i została uleczona, lecz całkiem się zmieniła. Była radosna, promieniowała spokojem i energią. Ludzie się do niej garnęli. Kiedy jadła śniadanie w szpitalnej kafeterii, spieszyli do niej zarówno mężczyźni, jak i kobiety. "Chciałem(łam) ci tylko powiedzieć, że pięknie wyglądasz" - mówili do niej. Miałem wrażenie, że przyciąga ich niewidzialną wędką. A przedtem przez wiele lat w tej samej kafeterii nikt na nią nie zwracał uwagi. 

Jak zwykle zapadła szybko w głęboki trans hipnotyczny w moim słabo oświetlonym gabinecie, a jej blond włosy rozsypały się na dobrze znanej beżowej poduszce.

- Widzę budynek... z kamienia. I coś ostrego na jego szczycie. To mocno górzysta okolica. Bardzo tu wilgotno... bardzo duża wilgoć na zewnątrz. Przejeżdża wóz. Przejeżdża przed... frontem. Ten wóz załadowany jest sianem czy słomą, czymś, co jedzą zwierzęta. Są tutaj jacyś mężczyźni. Niosą chyba sztandary, coś co powiewa na końcu kija. Są bardzo kolorowe. Mówią o Maurach. I o tym, że toczy się wojna. Na głowie mają coś metalowego... metalowe okrycia na głowie. Rok jest 1483. To wszystko ma coś wspólnego z Duńczykami. 

- Czy walczymy z Duńczykami? 

- Toczy się jakaś wojna.

- Czy jesteś tam? - spytałem.

- Nie widzę tego - odparła cicho. - Widzę teraz wozy. Każdy ma dwa koła... dwa koła i otwarty tył, boki z drewnianych listew. Widzę... coś metalowego, co noszą na szyjach... to ciężki metal w kształcie krzyża. Ale końce są zaokrąglone. To uroczystość jakiegoś świętego... Widzę miecze. Oni mają jakby noże albo miecze... bardzo ciężkie, z bardzo ostrymi końcami. Przygotowują się do bitwy.

- Spróbuj siebie znaleźć - poleciłem. - Rozejrzyj się. Może jesteś żołnierzem. Widzisz ich z pewnej odległości?

- Nie jestem żołnierzem - powiedziała stanowczo.

- Rozejrzyj się.

- Przywiozłam jakieś prowianty. To wioska... - zamilkła.

- Co teraz widzisz?

- Widzę sztandar, coś w rodzaju sztandaru. Jest biało-czerwony... biały z czerwonym krzyżem.

- Czy to sztandar twego narodu? - spytałem.

- To sztandar żołnierzy króla - wyjaśniła.

- Czy to jest twój król?

- Tak.

- Czy wiesz, jak ten król ma na imię?

- Nie słyszałam. Jego tu nie ma.

- Czy możesz spojrzeć i zobaczyć, co nosisz na sobie? Spójrz uważnie i powiedz, co nosisz?

- Coś ze skóry... na wierzchu skórzany kaftan... na bardzo grubej koszuli. Skórzany krótki kaftan... Trzewiki ze skóry zwierzęcej... nie trzewiki, raczej buty albo mokasyny. Nikt się do mnie nie odzywa.

- Rozumiem. Jakiego koloru są twoje włosy?

- Jasne, ale ja nie jestem stara, trochę są siwe.

- Jaki jest twój stosunek do tej wojny?

- Przywykłam do niej, to mój zawód. W poprzedniej walce straciłam dziecko.

- Syna?

- Tak - powiedziała z wielkim smutkiem.

- Kto ci został? Kto został z twojej rodziny?

- Moja żona... i córka.

- Jak twój syn miał na imię?

- Nie widzę jego imienia. Pamiętam go. Widzę moją żonę.

Katarzyna wielokrotnie była to mężczyzną, to kobietą. W obecnym wcieleniu straciła dziecko, ale w poprzednich miała wiele dzieci.

- Jak wygląda twoja żona?

- Jest bardzo zmęczona, stara. Mamy kilka kóz.

- Czy twoja córka nadal mieszka z tobą?

- Nie, wyszła za mąż i zostawiła nas.

- A więc jesteś teraz tylko z żoną?

- Tak.

- Jakie jest twoje życie?

- Jesteśmy bardzo zmęczeni i bardzo biedni. Nie było nam łatwo.

- Straciłaś syna. Czy bardzo za nim tęsknisz?

- Tak - odparła krótko, ale z wyraźnym smutkiem.

- Czy byłaś wieśniakiem? - zmieniłem temat.

- Tak. Rośnie tu pszenica... pszenica, coś podobnego do pszenicy.

- Czy w tym kraju podczas twego życia było wiele wojen, wiele tragedii.

- Tak.

- Ale jednak dożyłaś starości.

- Wojny toczą się z dala od wsi, a nie we wsi - wyjaśniła. - Oni muszą dojechać na pole bitwy... przez pasma górskie.

- Czy znasz nazwę kraju, w którym żyjesz? Albo najbliższego miasta?

- Nie widzę tego, ale musi mieć jakąś nazwę. Nie widzę jej.

- Czy to jest wojna religijna? Widziałaś krzyże u żołnierzy? Czy to ma dla ciebie jakiś związek z religią?

- Dla innych tak, nie dla mnie.

- Czy ktoś z twojej rodziny oprócz żony i córki żyje jeszcze?

- Nie.

- Twoi rodzice zmarli.

- Tak.

- Bracia i siostry?

- Mam siostrę, ona żyje. Nie znam jej - dodała mając na myśli swoje obecne życie.

- Dobrze. Spójrz, czy nie rozpoznajesz kogoś we wsi albo w twojej rodzinie.

Jeśli ludzie przeżywają reinkarnację grupowo, może znalazłaby tam kogoś, kto odgrywał istotną rolę w jej obecnym wcieleniu.

- Widzę kamienny stół... i miski.

- Czy to twój dom?

- Tak. Widzę coś ugotowanego, coś żółtego... jakby z kukurydzy... lub coś w tym rodzaju... żółtego. My to jemy...

- W porządku - powiedziałem, starając się przyspieszyć jej relację. - Miałaś bardzo trudne życie, bardzo trudne. O czym teraz myślisz?

- O koniach - szepnęła.

- Czy masz konie? Albo ktoś inny?

- Nie mam... ale żołnierze mają, niektórzy z nich. Większość porusza się na piechotę. Ale to nie są konie, to są osły, w każdym razie są mniejsze niż konie. Bardzo złe.

- Przesuń się teraz naprzód w czasie - poleciłem. - Jesteś bardzo stara. Postaraj się znaleźć w ostatnim dniu swego życia jako stary człowiek.

- Kiedy ja nie jestem bardzo stara - zaprotestowała. 

Nie przejmowała się specjalnie tymi swoimi wcieleniami. To, co się działo, to się działo. Nie mogłem jej podsuwać ówczesnych przeżyć. Nie mogłem jej skłaniać, żeby zmieniała szczegóły tego, co się wydarzyło i co pamiętała.

- Czy w tym twoim wcieleniu coś się jeszcze wydarzy? - spytałem, zmieniając temat. - Ważne, żebyśmy to wiedzieli.

- Nic istotnego - odparła obojętnie.

- A więc przesuń się w czasie. Dowiedzmy się, czego powinnaś się nauczyć. Wiesz już?

- Nie. Ciągle tam jestem.

- Tak, wiem o tym. Czy coś widzisz?

Dopiero po dłuższej chwili wyszeptała:

- Unoszę się.

- Czy opuściłaś jego ciało?

- Tak, unoszę się.

Znowu stała się duchem.

- Czy teraz wiesz, czego powinnaś się nauczyć? Znowu miałaś bardzo ciężkie życie.

- Nie wiem. Po prostu unoszę się.

- W porządku. Odpocznij... odpocznij.

Upłynęło w milczeniu kilka minut. Potem sprawiała wrażenie, że czegoś nasłuchuje. Nagle zaczęła mówić, głos jej był donośny, głęboki. To nie mówiła Katarzyna.

- Wszystkiego jest siedem płaszczyzn, siedem płaszczyzn, a każda składa się z wielu poziomów, jeden z nich jest poziomem skupienia. Na tym poziomie wolno ci zebrać myśli. Możesz zobaczyć swoje życie, które właśnie się skończyło. Tym z wyższych poziomów wolno zobaczyć wypadki historyczne. Mogą się cofnąć i potem uczyć tego, czego się dowiedzieli. Ale nam z niższych poziomów wolno tylko zobaczyć swoje życie... które właśnie minęło. Mamy długi, które trzeba spłacić. Jeśli ich nie spłacimy, będziemy musieli je zabrać do następnego życia... po to, żeby nad nimi pracować. Żeby osiągnąć postęp, trzeba spłacić swoje długi. Niektóre dusze osiągają postęp szybciej niż inne. Kiedy jesteś w fizycznej powłoce, pracujesz nad kształtem swego życia... Jeśli coś przeszkodziło ci w spłaceniu twego długu, musisz wrócić na płaszczyznę skupienia i tam czekać aż dusza, wobec której masz dług, przyjdzie do ciebie. A kiedy obie będą mogły w tym samym czasie wrócić do cielesnego kształtu, wtedy będzie ci wolno wrócić. Ale to ty decydujesz, kiedy wrócisz. To ty decydujesz, co należy uczynić, żeby spłacić ten dług. Nie będziesz pamiętać innych swoich wcieleń... tylko to jedno, z którego właśnie przybyłeś. Tylko duszom na wyższym etapie — mędrcom — wolno wrócić do czasów historycznych i minionych wydarzeń, żeby nam pomóc, nauczyć tego, co musimy zrobić. Jest siedem płaszczyzn... siedem, przez które musimy przejść, nim zostaniemy odesłani. Jedną z nich jest płaszczyzna przejściowa. Tu trzeba czekać. Na tej płaszczyźnie będzie postanowione, co możesz zabrać do następnego życia. Każdy z nas ma... dominującą wadę. Może to być chciwość, pożądanie i tak dalej, ale cokolwiek to będzie, musisz spłacić dług tym ludziom, których skrzywdziłeś. Potem musisz nad tą wadą zapanować właśnie w tym życiu. Musisz nauczyć się panować nad chciwością. Jeśli ci się nie uda, kiedy wrócisz, będziesz musiał przenieść tę wadę, jak również inne, do twego następnego życia. Ciężar się powiększy. Z każdym wcieleniem, które przeżyłeś nie spłaciwszy swoich długów, następne będzie trudniejsze. Jeśli je spłacisz, otrzymasz łatwe życie. Tak więc sam decydujesz, jakie będziesz mieć życie. W następnej fazie będziesz odpowiadać za życie, jakie masz. To ty decydujesz. - Katarzyna zamilkła.




Najwyraźniej to nie był żaden z Mistrzów. Określił siebie jako "my z niższych poziomów", w przeciwieństwie do tych dusz na wyższym poziomie - "mędrców". Ale przekazana wiedza była jasna i prosta. Ciekaw byłem pozostałych pięciu poziomów. Czy etap odnowy był jedną z tych płaszczyzn? A co z etapem nauki i etapem decyzji? Cała mądrość ujawniona w przesłaniach tych dusz o różnych wymiarach duchowości była konsekwentna. Styl wypowiedzi różnił się, jak też słownictwo i budowa zdań, ale treść pozostawała niezmiennie taka sama. Systematycznie zdobywałem zasób wiedzy duchowej, na którą składała się miłość i nadzieja, wiara i miłosierdzie. Mówiła ona o cnotach i wadach, długach, jakie się miało wobec innych ludzi i siebie samego. Obejmowała minione wcielenia i duchowe płaszczyzny pomiędzy wcieleniami. Głosiła postęp duszy poprzez harmonię i równowagę, miłość i mądrość, postęp, którego celem był mistyczny i ekstatyczny związek z Bogiem. Było przy tym wiele praktycznych wskazówek, podkreślono doniosłe znaczenie: cierpliwości i czekania; mądrości, jaka się kryje w równowadze przyrody; wyzbycia się strachu, zwłaszcza strachu przed śmiercią; zaufania i przebaczenia; uczenia się, a nie sądzenia innych; tego, że nikogo nie wolno pozbawiać życia; gromadzenia i posługiwania się siłami intuicji i może nade wszystko niezachwianej wiary, że jesteśmy nieśmiertelni, że jesteśmy poza życiem i śmiercią, poza przestrzenią i czasem, że jesteśmy jak bogowie, a oni są nami.

- Unoszę się - wyszeptała Katarzyna.

- W jakim jesteś teraz stanie? - spytałem.

- Żadnym... Unoszę się... Edward jest mi coś winien... coś mi jest winien.

- Czy wiesz, co ci jest winien?

- Nie... jakąś informację. Ma mi coś do powiedzenia, może o dziecku mojej siostry.

- O dziecku twojej siostry? - powtórzyłem.

- Tak... to dziewczynka. Na imię ma Stefania.

- Stefania? Czego masz się o niej dowiedzieć?

- Muszę się dowiedzieć, jak nawiązać z nią kontakt. - odpowiedziała Katarzyna, która nigdy dotąd nie wspomniała mi o tej siostrzenicy.

- Czy ona jest ci bardzo bliska? - spytałem.

- Nie, ale chciałaby ich znaleźć.

- Kogo znaleźć? - spytałem zdumiony.

- Moją siostrę i jej męża. A tylko przeze mnie może to zrobić. Ja jestem ogniwem łączącym. On ma tę informację. Jej ojciec jest lekarzem, praktykuje gdzieś w Vermoncie. Ta informacja przyjdzie do mnie, kiedy będzie trzeba. 

Później dowiedziałem się, że siostra Katarzyny i jej przyszły mąż oddali do adopcji swoją malutką córeczkę. Byli wtedy bardzo młodzi i nie mieli nawet ślubu. Adopcję załatwił Kościół. Potem wszelki kontakt urwał się. Nie było żadnych informacji.

- Tak - zgodziłem się. - Kiedy nadejdzie odpowiedni czas.

- Tak. Wtedy on mi powie.

- Jakie inne informacje ma dla ciebie?

- Nie wiem, ale ma mi coś do powiedzenia. I coś mi jest winien... coś. Nie wiem co. - Zamilkła. 

- Czy jesteś zmęczona? - spytałem.

- Widzę uzdę na ścianie - wyszeptała w odpowiedzi. - I jakieś wędki. Uzdę... widzę koc leżący na zewnątrz stajni.

- A może to stodoła?

- Oni tam trzymają konie. Mają wiele koni.

- Co jeszcze widzisz?

- Dużo drzew... z żółtymi kwiatami. Mój ojciec jest tutaj. Zajmuje się końmi.

Zrozumiałem, że mówię do dziecka.

- Jak on wygląda?

- Jest bardzo wysoki, ma siwe włosy.

- Czy widzisz siebie?

- Jestem dzieckiem... dziewczynką.

- Czy twój ojciec jest właścicielem tych koni, czy tylko się nimi zajmuje?

- Zajmuje się nimi. Mieszkamy w pobliżu.

- Czy lubisz konie?

- Tak.




- Czy masz jakiegoś ulubionego?

- Tak. To mój koń. Na imię mu Jabłko.

Przypomniałem sobie jej wcielenie jako Mandy, kiedy również pojawił się koń imieniem Jabłko. Czyżby powtarzała wcielenie, w które kiedyś się przeniosła? Może patrzyła na nie z innej perspektywy.

- Jabłko... tak. Czy twój ojciec pozwala ci jeździć na Jabłku?

- Nie, ale mogę mu dawać różne rzeczy do jedzenia. On jest zaprzęgany do powozu naszego pana, ciągnie ten powóz. Jest bardzo duży, ma wielkie kopyta, trzeba bardzo uważać, bo może nadepnąć.

- Kto jeszcze jest z tobą?

- Moja matka. Widzę siostrę... jest starsza ode mnie. Poza tym nie widzę nikogo.

- A teraz co widzisz?

- Tylko konie.

- Czy jesteś szczęśliwa?

- Tak. Lubię zapach stajni.

- Czujesz zapach koni?

- Tak.

- Siana też?

- Tak... Konie mają takie miękkie pyski. Są tu również psy... czarne, i koty... dużo zwierząt. Psy są używane do polowania. Kiedy jest polowanie na ptaki, psy też biorą w nim udział.

- Czy coś się z tobą dzieje?

- Nie.

Moje pytanie było zbyt ogólnikowe.

- Czy ty mieszkasz na tej farmie?

- Tak. Ten człowiek, który się zajmuje końmi... - urwała i dokończyła: - Tak naprawdę nie jest moim ojcem.

Byłem zaskoczony.

- Nie jest naprawdę twoim ojcem?

- On nie jest moim ojcem. Ale jest dla mnie jak rodzony ojciec. To mój drugi ojciec. Jest dla mnie bardzo dobry. Ma zielone oczy.

- Spójrz mu w oczy, w te zielone oczy, i powiedz, czy go rozpoznajesz. On jest dla ciebie dobry, kocha cię.

- To mój dziadek... mój dziadek. Bardzo nas kochał. Często nas ze sobą zabierał tam, gdzie chodził na piwo, a myśmy dostawali wodę sodową. Kochał nas.

Moje pytanie przeniosło ją z tego wcielenia w jej stan obserwacyjny, nadświadomy. Oglądała teraz życie Katarzyny i jej stosunki z dziadkiem.

- Czy bardzo ci go brak? - spytałem.

- Tak - odparła cicho.

- Ale jak widzisz, był też z tobą przedtem - wyjaśniłem jej, próbując ją pocieszyć.

- Był dla mnie bardzo dobry. Kochał nas. Nigdy się nie gniewał. Dawał nam pieniądze i często ze sobą zabierał. Lubił to. Ale umarł.

- Będziesz z nim znowu razem. Wiesz o tym.

- Tak, byłam z nim przedtem. Nie był taki jak mój ojciec. Oni są zupełnie różni.

- Dlaczego dziadek kochał cię tak bardzo i dobrze traktował, a ojciec jest całkiem inny?

- Dlatego, że trzeba się uczyć. Dziadek spłacił dług, jaki zaciągnął, a mój ojciec nie spłacił swego długu. Musiał wrócić... nie zrozumiał... Będzie musiał spróbować jeszcze raz.

- Tak - zgodziłem się. - Będzie musiał nauczyć się kochać dzieci, wychowywać.

- Tak - powiedziała tylko.

- Jeżeli ludzie tego nie rozumieją - dodałem - traktują dzieci jak swoją własność, zamiast kochać je.

- Tak - odparła znowu.

- Twój ojciec musi się jeszcze tego nauczyć, a twój dziadek już to wie...

- Ja też wiem... - przerwała mi. - Mamy tyle etapów do przejścia, kiedy jesteśmy w fizycznym ciele... takie jak etap ewolucji. Musimy przejść przez etap niemowlęctwa, dzieciństwa... Musimy odbyć długą drogę, nim osiągniemy... nim osiągniemy nasz cel. Etapy w fizycznym ciele są trudne. Te w fazie astralnej są łatwe. Tam tylko wypoczywamy i czekamy. Teraz te etapy są trudne.

- Ile płaszczyzn jest w stanie astralnym?

- Siedem - odpowiedziała.

- Jakie są?

Wiedziałem już o dwóch, wymienionych podczas tego seansu i chciałem poznać pozostałe.

- Powiedziano mi tylko o dwóch - wyjaśniła. - O etapie przejściowym i etapie skupienia.

- O tych dwóch ja też słyszałem.

- Inne poznamy później.

- Uczyłaś się w tym samym czasie co ja - zauważyłem. - Dziś nauczyliśmy się o długach. To bardzo ważne.

- Zapamiętam to, co powinnam zapamiętać - dodała tajemniczo.

- Zapamiętasz te płaszczyzny? - spytałem.

- Nie. Dla mnie nie są ważne. Ważne są dla ciebie.

Już przedtem słyszałem, że to było przeznaczone dla mnie. Żeby jej pomóc, ale jeszcze coś więcej. Żeby mnie pomóc, ale także jeszcze coś więcej. Nie mogłem jednak dociec, jaki nadrzędny cel krył się w tym.

- Moim zdaniem twój stan bardzo się poprawił - ciągnąłem. - I tyle się nauczyłaś.

- Tak - odparła.

- Dlaczego teraz ludzie tak do ciebie lgną? Co ich przyciąga?

- Ponieważ uwolniłam się od wszystkich moich lęków i mogę im pomóc. Przyciąga ich do mnie moja duchowa wrażliwość.

- Czy potrafisz sobie z tym poradzić?

- Tak. Nie mam żadnych wątpliwości. Wcale się tego nie boję - dodała.

- Ja ci w tym pomogę.

- Wiem, że mi pomożesz, jesteś moim nauczycielem - odparła.

Umówili się za tydzień na kolejne spotkanie.
 





PS: Ciekawi mnie, czego ja musiałbym się nauczyć w moim życiu - bowiem wad niestety mi nie brakuje. Mam też może i parę zalet i takie dziwne przeświadczenie, że... trochę nie pasuję do tego świata - ale to może tylko moje przeświadczenie. Ciekawym jest też fakt, dlaczego udało mi się mimo wszystko przypomnieć moje poprzednie wcielenie (o którym już kilkukrotnie pisałem). Czyżby po to, abym przestał się bać? Bo rzeczywiście odczuwałem strach jako dziecko, ale teraz wydaje mi się, że to wcale nie chodziło o tamten strach i tamte dziecięce sny. Wydaje mi się - więcej - coraz bardziej jestem przekonany, że pozwolono mi ujrzeć (i zrozumieć) poprzednie życie, właśnie po to, abym nieco się zmienił w obecnym czasie. Wiem że wiele elementów na mojej drodze obecnego życia, pozwoliło mi zrozumieć i łożyć pewne mechanizmy, ale wciąż wydaje mi się, że do przepracowania mam jeszcze jakąś lekcję. Jaka to lekcja? - nie mam pojęcia, ale czasem się zastanawiam - ciekawym faktem w tym wszystkim jest choćby to, że byłem osobiście świadkiem śmierci obojga moich rodziców (tata zginął na moich oczach - choć udało mi się z nim jeszcze pożegnać, zaś mama zmarła krótko, nim do niej dotarłem, ale jeszcze tego samego dnia - z nią już się nie pożegnałem. Byłem też osobiście przy śmierci mojej babci, w dzień, w którym zawiozłem ją do hospicjum - jeszcze nie zdążono jej przyjąć, a po kilkunastu minutach już nie żyła. Miała 85 lat. I właśnie zastanawiające w tym wszystkim jest to, że - biorąc pod uwagę moment mej śmierci z poprzedniego życia, to ja właśnie wówczas praktycznie zginąłem na oczach ówczesnych mych rodziców - czy to ma jakiś związek z mym obecnym życiem? Trudno powiedzieć, ale jest to wybitnie zastanawiające. Cechuje mnie też olbrzymia wrażliwość i to, iż ludzie lubią zwierzać mi się ze swoich problemów, ale... mam też takie nieodparte wrażenie że wielu z nich wciąż jestem sporo winien. Cóż, życie jak wysoka wieża, takie życie w mordę jeża... 😉
 



 
 CDN.
 

niedziela, 17 października 2021

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. XLVII

PONOWNE ODRODZENIE POPRZEZ

POZNANIE SAMEGO SIEBIE

Cz. XVI

 



 
RELACJA KATARZYNY W CZASIE
TERAPII HIPNOTERAPEUTYCZNEJ
 
 
 
 W kilka dni po swoich trzecich urodzinach moja córeczka Amy podbiegła do mnie, objęła za kolana i spojrzała w górę mówiąc:

- Tatusiu, kocham ciebie od czterdziestu tysięcy lat.

Popatrzyłem na jej małą twarzyczkę i byłem bardzo, bardzo szczęśliwy. 

W kilka dni później obudziłem się w nocy z głębokiego snu. Całkiem przytomny ujrzałem twarz Katarzyny, kilkakrotnie większą niż w rzeczywistości. Wyglądała na przerażoną, jak gdyby potrzebowała mojej pomocy. Spojrzałem na zegarek, była 3:36 nad ranem. Nie obudził mnie żaden hałas z zewnątrz, Carole spała mocno obok mnie. Doszedłem do wniosku, że to nic ważnego, i za- snąłem znowu. Około 3:30 tego samego dnia nad ranem Katarzyna obudziła się w panice, ponieważ miała jakiś koszmarny sen. Była spocona, serce jej mocno biło. Postanowiła zrelaksować się przez medytację, wyobrażając sobie, że ją hipnotyzuję w moim gabinecie. Widziała moją twarz, słyszała mój głos i po chwili zasnęła. Katarzyna stawała się coraz bardziej wrażliwa, to samo działo się ze mną. Przypomniałem sobie, jak moi profesorowie na psychiatrii mówili o reakcjach transferencji i kontrtransferencji zachodzących podczas kontaktów terapeutycznych. Transferencja to przekaz uczuć pacjenta, jego myśli i pragnień do terapeuty, który reprezentuje kogoś z przeszłości pacjenta. Kontrtransferencja jest czymś odwrotnym, mianowicie podświadomą emocjonalną reakcją terapeuty wobec pacjenta. Ale o 3:30 nie było tego rodzaju komunikacji. Był to kontakt telepatyczny na fali poza normalnymi kanałami. W jakiś sposób hipnoza udrożniła ten kanał. A może to grupa różnych duchów - Mistrzów czy opiekunów - była odpowiedzialna za powstanie tej nowej fali? Wcale bym się tym nie zdziwił.

Podczas następnego seansu Katarzyna szybko osiągnęła głęboki poziom hipnozy. I od razu była zaniepokojona.

- Widzę wielką chmurę... boję się jej - szybko oddychała.

- Czy jest tam nadal?

- Nie wiem. Nadeszła i szybko zniknęła... coś wysoko na górze.

Nadal była przerażona, nadal ciężko oddychała. Obawiałem się, że widzi wybuch bomby atomowej. Czyżby zajrzała w przyszłość?

- Czy widzisz tę górę? Czy kształtem przypomina bombę atomową?

- Nie wiem.

- Dlaczego tak ciebie przeraża?

- To stało się całkiem nagle. Ja tam byłam... pełno dymu... bardzo dużo dymu. To jest wielkie. Wybuchło daleko. Och...

- Jesteś bezpieczna. Czy możesz się do tego zbliżyć?

- Ja nie chcę się do tego zbliżyć! - odparła ostro, rzadko kiedy była tak oporna.

- Dlaczego tak się tego boisz? - spytałem znowu.

- Mnie się zdaje, że to są jakieś chemikalia czy coś w tym rodzaju. Trudno oddychać w pobliżu tego - z trudem łapała oddech.

- Czy to coś w rodzaju gazu? Czy pochodzi z samej góry... jak z wulkanu?

- Chyba tak. Przypomina wielki grzyb. Podobny jest do niego... jest biały.

- Ale to nie jest bomba? To nie jest bomba atomowa ani nic takiego?

Milczała i po chwili znowu zaczęła mówić:

- To jest wul... coś w rodzaju wulkanu. Budzi przerażenie. Trudno oddychać. W powietrzu jest pył. Nie chcę tam być.

Po pewnym czasie zaczęła oddychać głęboko i nawet pocić się, jak zwykle podczas hipnozy.

- Teraz łatwiej ci oddychać?

- Tak.

- To dobrze. Co teraz widzisz?

- Nic... Widzę naszyjnik, naszyjnik na czyjejś szyi. Niebieski... nie, srebrny i wisi na nim błękitny kamień, a pod tym kamieniem są mniejsze kamienie.

- Czy coś się znajduje na tym niebieskim kamieniu?

- Nie. Ale można widzieć przez niego. Ta pani ma czarne włosy i niebieski kapelusz... z wielkim piórem, jej suknia jest z aksamitu.

- Czy wiesz, kim jest ta pani?

- Nie.

- Czy jesteś tam, czy to ty jesteś tą panią?

- Nie wiem.

- Ale widzisz ją?

- Tak. Nie jestem tą panią.

- Ile ma lat?

- Około czterdziestu. Ale wygląda na starszą.

- Czy ona coś robi?

- Nie. Po prostu stoi przy jakby umywalni, na której widzę flakon z perfumami. Ten flakon jest biały i są na nim zielone kwiaty. Widzę też szczotkę i grzebień ze srebrnymi rączkami.

Podziwiałem jej spostrzegawczość.

- Czy to jest w jej pokoju, czy też w sklepie?

- W jej pokoju. Stoi tu łóżko... z czterema kolumnami, brązowe. Na umywalni stoi dzbanek.

- Dzbanek?

- Tak. W tym pokoju nie ma żadnych obrazów. Są tylko śmieszne ciemne zasłony.

- Czy jest ktoś inny jeszcze?

- Nie.

- W jakim stosunku do ciebie pozostaje ta pani?

- Służę jej.

Znowu była służącą.

- Od dawna u niej służysz?

- Nie... od kilku miesięcy.

- Czy podoba cię się ten naszyjnik?

- Tak. Jest bardzo elegancki.

- Czy kiedykolwiek nosiłaś naszyjnik?

- Nie.

Z powodu jej krótkich odpowiedzi, musiałem tak pokierować rozmową, żeby zdobyć jakieś zasadnicze informacje. Przypomniało mi to rozmowy z moim kilkunastoletnim synem.

- Ile lat masz teraz?

- Trzynaście, może czternaście...

Była mniej więcej w tym samym wieku co on.

- Dlaczego opuściłaś swoją rodzinę?

- Nie opuściłam ich - poprawiła mnie. - Ja tylko tutaj pracuję.

- Ach, tak. Czy po pracy wracasz do swojej rodziny?

- Tak.

Jej lakoniczne odpowiedzi bardzo ograniczały teren moich dociekań.

- Czy twoja rodzina mieszka blisko?

- Dość blisko... Jesteśmy bardzo biedni. Musimy pracować... służyć.

- Czy znasz nazwisko tej pani?

- Belinda.

- Czy ona dobrze cię traktuje?

- Tak.

- Cieszę się z tego. Czy ciężko pracujesz?

- To nie jest praca specjalnie męcząca.

Przeprowadzanie wywiadu z nastolatkami nigdy nie było łatwe, nawet jeśli to dotyczyło dawnego wcielenia. Całe szczęście, że miałem dość dużą wprawę.

- Dobrze. Czy widzisz ją nadal?

- Nie.

- Gdzie jesteś teraz?

- W innym pokoju. Jest tu stół przykryty czarnym materiałem, obszytym frędzlą. Tutaj pachnie ziołami... i mocnymi perfumami.

- Czy to wszystko należy do twojej pani? Czy ona używa dużo perfum?

- Nie, to jest inny pokój. Jestem w innym pokoju.

- Czyj to jest pokój?

- Należy do jakiejś ciemnej pani.

- W jakim sensie ciemnej? Czy widzisz ją?

- Głowę ma obwiązaną - szepnęła Katarzyna. - Kilkoma szalami. Jest stara i pomarszczona.

- Jaki jest twój stosunek do niej?

- Przyszłam zobaczyć się z nią.

- W jakim celu?

- Żeby mi postawiła karty.

Intuicyjnie wiedziałem, że przyszła do wróżki, która zapewne stawiała kabałę kartami tarota. Jakaż w tym była ironia. Oto Katarzyna i ja braliśmy udział w niezwykłej duchowej przygodzie, przenosząc się w różne wcielenia i wymiary, a mimo to ona jakieś dwieście lat temu poszła do wróżki, żeby się dowiedzieć, co ją czeka w przyszłości. Wiedziałem, że Katarzyna nigdy nie była u wróżki w swym obecnym życiu i nic nie wiedziała o kartach tarota ani o przepowiedniach przyszłości, ponieważ zawsze ją to przerażało.

- Czy ona przepowiada przyszłość?

- Ona widzi różne rzeczy.

- Czy masz dla niej jakieś pytanie? Co chcesz zobaczyć? Czego się chcesz dowiedzieć?

- O pewnym mężczyźnie... za którego może wyjdę za mąż.

- Co ona mówi, kiedy kładzie karty?

- Karta z... jakby tyczkami. Tyczki i kwiaty... tyczki, włócznie i jakaś linia. Na innej karcie jest kielich, kubek... Widzę kartę z mężczyzną albo chłopcem niosącym tarczę. Ona mówi, że wyjdę za mąż, ale nie za tego człowieka... Nic więcej nie widzę.

- Czy widzisz tę panią?

- Widzę jakieś monety.

- Czy jesteś nadal z nią, a może to jest jakieś inne miejsce?

- Jestem z nią.

- Jak wyglądają te monety?

- Są złote. Ich brzegi nie są gładkie. Kanciaste. Na jednej stronie widać koronę.

- Zobacz, czy na tych monetach wybita jest data. Coś, co możesz przeczytać... litery.

- Jakieś obce liczby - odparła. - X-y oraz duże I.

- Czy wiesz, jaki to rok?

- Tysiąc siedemset... któryś. Nie wiem który.

Znowu zamilkła.

- Dlaczego ta wróżka jest dla ciebie taka ważna?

- Nie wiem.

- Czy jej przepowiednia się sprawdziła?

- ... Ona właśnie odeszła - szepnęła Katarzyna. - Skończyło się. Nie wiem.

- Czy coś widzisz teraz?

- Nie.

- Nic nie widzisz? 

Byłem zdumiony. Gdzież ona była.




- Czy znasz swoje imię w tym wcieleniu? - spytałem mając nadzieję, że wreszcie uchwycę nić tego życia sprzed dwustu lat.

- Odeszłam stamtąd.

Opuściła tamto wcielenie i odpoczywała. Teraz potrafiła to robić sama. Nie potrzebowała przeżyć śmierci, żeby odpoczywać. Czekaliśmy przez kilka minut. To jej życie nie było specjalnie ciekawe. Zapamiętała tylko jakieś wnętrza i ciekawą wizytę u wróżki.

- Czy coś teraz widzisz? - spytałem znowu.

- Nie - wyszeptała.

- Odpoczywasz?

- Tak... Klejnoty w różnych kolorach...

- Klejnoty? 

- Tak. To są właściwie światła, ale wyglądają jak klejnoty.

- Co jeszcze? - spytałem.

- Ja właśnie... - urwała i po chwili jej szept stał się wyraźny i głośny: - Jest wiele słów i myśli, które wokół krążą... Dotyczą koegzystencji i harmonii... równowagi rzeczy.

Od razu wiedziałem, że Mistrzowie są w pobliżu.

- Chciałbym dowiedzieć się więcej o tych rzeczach - poprosiłem ją. - Mów dalej.

- Teraz to są tylko słowa - odparła.

- Koegzystencja i harmonia - przypomniałem jej. 

Odpowiedziała mi głosem Mistrza-poety. Byłem bardzo przejęty, że znowu go słyszę.

- Tak - odparł. - Wszystko musi być w równowadze. Natura opiera się na równowadze. Zwierzęta żyją w harmonii. Ludzie się tego nie nauczyli. Nadal niszczą siebie nawzajem. Nie ma ani harmonii, ani planu, w tym, co robią. W naturze jest całkiem inaczej. Natura jest zróżnicowana. Natura to życie i energia... i odradzanie się. A ludzie tylko niszczą. Niszczą naturę. Niszczą innych ludzi. Wreszcie zniszczą samych siebie. 

Bardzo ponura była to przepowiednia. Zważywszy na ustawiczny chaos i zamęt na świecie miałem nadzieję, że to nie spełni się tak szybko.

- Kiedy to nastąpi? - spytałem.

- Wcześniej niż oni myślą. Natura przeżyje. Rośliny przeżyją. Ale my nie.

- Czy możemy coś zrobić, żeby nie dopuścić do tego zniszczenia?

- Nie. Wszystko musi być zrównoważone...

- Czy to zniszczenie nastąpi za naszego życia? Czy możemy nie dopuścić do niego?

- To się nie zdarzy za naszego życia. My będziemy na innej płaszczyźnie, w innym wymiarze, kiedy to się stanie, ale będziemy tego świadkami.

- Czy nie ma możliwości nauczenia rodzaju ludzkiego?

Szukałem jakiegoś wyjścia, jakiejś możliwości ratunku.

- To się dokona na innym poziomie. Na podstawie tego będziemy się uczyć. 

Próbowałem spojrzeć na to z jaśniejszej strony:

- A więc nasze dusze gdzie indziej będą się rozwijać?

- Tak. Nie będziemy dłużej... tutaj. Ale będziemy tego świadkami.

- Chciałbym uczyć ludzi, ale nie wiem, jak do nich dotrzeć - powiedziałem. - Czy jest jakiś sposób, czy też muszą się oni sami tego nauczyć?

- Nie możesz dotrzeć do każdego. Po to, żeby powstrzymać zagładę, trzeba dotrzeć do każdego człowieka, a tego nie zdołasz uczynić. Tego procesu nie można zatrzymać. Oni się nauczą. Kiedy zrobią postępy, nauczą się. Zapanuje pokój, ale nie tu, nie w tym wymiarze.

- Wreszcie będzie pokój?

- Tak. Na innym poziomie.

- To wydaje się tak bardzo odległe - poskarżyłem się. - Ludzie są teraz tacy mali.... chciwi, pragnący władzy, chorobliwie ambitni. Zapominają o miłości, wzajemnym zrozumieniu i wiedzy. Tyle trzeba się jeszcze nauczyć.

- Tak.

- Czy mogę coś napisać, żeby pomóc tym ludziom? Czy jest jakiś sposób?

- Ty znasz ten sposób. Nie musimy ci tego mówić. Zresztą my wszyscy osiągniemy ten poziom, oni również. Wszyscy jesteśmy tacy sami. Nikt nie jest większy od swego sąsiada. A to są wszystko po prostu lekcje... i kary - zakończył.

Ta lekcja była bardzo głęboka i potrzebny mi był czas, żeby ją przetrawić. Katarzyna umilkła. Czekaliśmy, ona odpoczywała, a ja zamyśliłem się pochłonięty dramatycznymi proroctwami. Wreszcie przerwała ciszę:

- Klejnoty zniknęły... - wyszeptała. - Zniknęły. Światła... zniknęły.

- Głosy także? Słowa?

- Tak. Nic nie widzę.

Kiedy przestała mówić, głowa jej zaczęła się kiwać z boku na bok.

- Duch... patrzy.

- Na ciebie?

- Tak.

- Czy poznajesz tego ducha?

- Nie jestem pewna... to może być Edward.

Edward zmarł w zeszłym roku. Był naprawdę wszechobecny. Zawsze przy niej.

- Jak ten duch wygląda?

- Jak... jak białe... po prostu światło. Nie ma twarzy takiej, jaką myśmy znali, ale ja wiem, że to on.

- Czy on chce z tobą nawiązać kontakt?

- Nie, on tylko patrzy.

- Czy słucha tego, co ja mówię?

- Tak - szepnęła. - Ale teraz odszedł. Chciał tylko sprawdzić, czy ja się dobrze czuję.



TAKI WŁAŚNIE OBRAZEK MIAŁEM W DZIECIŃSTWIE 
NA ŚCIANIE PRZY SWOIM ŁÓŻKU, A BABCIA UCZYŁA MNIE WIERSZYKA:

"ANIELE BOŻY STRÓŻU MÓJ
TY ZAWSZE PRZY MNIE STÓJ,
RANO, WE DNIE, WIECZÓR, W NOCY
BĄDŹ MI ZAWSZE KU POMOCY,
STRZEŻ DUSZY CIAŁA MEGO
AŻ DO ŻYWOTA WIECZNEGO"




Pomyślałem o tak popularnym aniele stróżu. Z pewnością Edward w roli kochającego, często obecnego ducha, który nad nią czuwa, żeby sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku, prawie spełniał taką anielską rolę. Przecież Katarzyna mówiła o duchach opiekuńczych. Ciekaw byłem, ile z naszych dziecięcych "mitów" zakorzeniło się w ledwie pamiętanej przeszłości. Ciekaw też byłem, jaka jest hierarchia duchów, który z nich staje się opiekunem, a który Mistrzem, a który tylko się uczy. Gradacja musi być oparta na mądrości i wiedzy, a ostatecznym celem jest upodobnienie się do Boga, zbliżenie, a może nawet jakieś zjednoczenie się z Nim. Był to cel, który mistycy wieki całe opisywali w ekstatycznych słowach. Oni mieli przedsmak takiej boskiej jedności. Nam to ukazywali tacy pośrednicy jak Katarzyna, nie mający osobistego doświadczenia, ale za to niezwykły talent. Edward odszedł, a Katarzyna zamilkła. Twarz miała spokojną i radosną. Jakież wspaniałe zdolności posiadała: spojrzenia poza życie i śmierć, rozmawiania z "bogami" i przekazywania ich mądrości. Spożywaliśmy z Drzewa Wiedzy, już nie zakazanego. Ciekaw byłem, ile jeszcze jabłek zostało.

Minette, matka mojej żony, Carole, umierała na raka, który z piersi przerzucił się na kości i wątrobę. Choroba trwała ponad cztery lata i chemioterapia już nie mogła zatrzymać tego procesu. Była ona dzielną kobietą, która ze stoicyzmem znosiła cierpienie i słabość. Stan jej się niestety pogarszał, a ja wiedziałem, że śmierć zbliża się nieubłaganie. Seanse z Katarzyną cały czas się odbywały, a ja opowiadałem Minette o moich doświadczeniach i niezwykłych odkryciach z tym związanych. Byłem raczej zdziwiony, że ona, tak rzeczowa kobieta interesu, słuchała tego niezwykle uważnie i chciała wiedzieć jak najwięcej. Dałem jej więc odpowiednie książki, które wprost pochłaniała. Zorganizowała dla nas trojga kurs kabały, mistycznych pism żydowskich sprzed setek lat. A choć reinkarnacja oraz fazy między wcieleniami są podstawą literatury kabalistycznej, współcześni Żydzi nie mają o tym pojęcia. W miarę jak ciało Minette było coraz słabsze, jej duch stawał się coraz mocniejszy. Zmniejszył się też strach przed śmiercią, ponieważ czekała na ponowne spotkanie z ukochanym mężem, Benem. Uwierzyła w nieśmiertelność duszy, i to pomogło jej znosić cierpienie. Na razie pragnęła żyć, gdyż marzyła o tym żeby zobaczyć swoją następną wnuczkę, pierwsze dziecko córki Donny. Podczas jednego z zabiegów w szpitalu spotkała Katarzynę i bardzo się zaprzyjaźniły. Szczerość i uczciwość Katarzyny sprawiły, że Minette uwierzyła w istnienie przyszłego życia.

Na tydzień przed śmiercią Minette została przyjęta na oddział onkologiczny naszego szpitala. Carole i ja spędzaliśmy z nią dużo czasu rozmawiając o życiu i śmierci, i o tym, co nas po niej czeka. Minette, kobieta o wielkiej godności, postanowiła umrzeć w szpitalu, gdzie miała zapewnioną dobrą opiekę pielęgniarską. Donna, jej mąż i sześciotygodniowa córeczka też ją odwiedzili, spędzając z nią dużo czasu. Prawie stale byliśmy przy niej. Pewnego wieczoru o godzinie szóstej, wkrótce po powrocie ze szpitala do domu, nagle oboje z Carole poczuliśmy, że natychmiast musimy tam wracać. Następne sześć, siedem godzin byliśmy pod wpływem transcendentalnej duchowej energii. Choć Minette trudno było oddychać, nie miała już bólów. Rozmawialiśmy o tym, że wkrótce znajdzie się w stanie pośrednim, że ujrzy promienne światło i jasną postać. W milczeniu dokonała przeglądu swego życia, starając się przypomnieć wszystkie jego negatywy, jakby wiedziała, że nie może odejść, dopóki tego nie zrobi. Czekała na określoną porę nad ranem, czekała na to z coraz większą niecierpliwością. Minette była pierwszą osobą, którą w ten sposób prowadziłem do momentu umierania i przez śmierć. Była wzmocniona na duchu, a całe to przeżycie łagodziło nasz ból. Przekonałem się, że moje umiejętności leczenia pacjentów znacznie wzrosły, nie tylko w dziedzinie fobii i lęków, ale zwłaszcza przygotowania do śmierci i umierania, cierpienia i obaw z tym związanych. Wiedziałem intuicyjnie, co jest złe i jak pokierować terapią. Potrafiłem przekazać moim pacjentom uczucie spokoju i nadziei. Po śmierci Minette wiele osób, które wiedziały, że wkrótce umrą albo niedawno przeżyły śmierć kogoś bliskiego, zwracało się do mnie o pomoc. Wiele z nich nie było jeszcze dostatecznie przygotowanych, by im powiedzieć o Katarzynie lub zapoznać z literaturą dotyczącą życia po śmierci. Ale nawet jeśli nie posiadali tej specyficznej wiedzy, czułem, że mogę wiele dla nich zrobić. Ton głosu, serdeczne zrozumienie całego procesu oraz ich obaw i uczuć, spojrzenie, dotknięcie ręką, słowo - wszystko to w pewnym momencie mogło do nich przeniknąć, poruszyć strunę nadziei, ożywić zapomnianą duchowość, świadomość wspólnoty człowieczej. A dla tych, którzy gotowi byli przyjąć coś więcej, podsunięcie odpowiedniej książki, relacja o przeżyciach Katarzyny oraz innych ludzi były jak otwarcie okna na świeży powiew. W tych, którzy byli gotowi, wstępowała nowa duchowa energia, rozwijała się ich intuicja. Jestem całkowicie przekonany, że musieli być ludźmi o szerokich horyzontach. 

Tak jak potrzebna jest praca naukowa, żeby udokumentować przeżycia z okresu umierania i śmierci, jakie były udziałem Katarzyny, równie potrzebna na tym polu jest praca eksperymentalna. Terapeuci powinni rozważyć możliwość istnienia życia po śmierci i umieścić to w swoim programie doradczym. Nie muszą stosować regresji hipnotycznej, ale powinni mieć otwarte umysły, dzielić się swą wiedzą z pacjentami i nie lekceważyć ich przeżyć. Ludzie żyją teraz w nieustannym strachu o swoje życie. AIDS (Covid-19), zagłada nuklearna, terroryzm, choroby oraz inne katastrofy grożą nam codziennie. Wielu nastolatków nie wierzy, że dożyje dwudziestego roku życia. Jest to okropne nastawienie, odzwierciedlające wielkie stresy, jakie przeżywa nasze społeczeństwo. Reakcja Minette na przesłanie Katarzyny była niezwykła. Wzmocniła ją duchowo i mimo wielkiego cierpienia fizycznego i upadku cielesnego ożyła w niej nadzieją. Ale to, czego się dowiedziała, jest dla nas wszystkich, nie tylko dla umierających. I dla nas także istnieje nadzieja. Potrzeba nam więcej klinicystów i naukowców, którzy pisaliby i mówili o ludziach takich jak Katarzyna, żeby potwierdzić i szerzyć zdobytą przez nią wiedzę. W niej zawarta jest odpowiedź: jesteśmy nieśmiertelni. Zawsze będziemy razem.   







 CDN.