Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PEDOFILIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PEDOFILIA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 lipca 2021

NIEWOLNICE - Cz. LVI

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 



 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. III






 
 RZECZ O NADZIEI
 
 
W dniu moich szesnastych urodzin tata przysłał mi wiadomość: "Ty mały bękarcie, zabiję cię". I wiecie co? Tych pięć słów znaczyło dla mnie wszystko. Nie z powodu samej groźby, ale przez to, co oznaczały. I przez to, jak i gdzie mój kochany tata je powiedział. Od czterech dni siedziałam w małej salce Sądu Koronnego w Middlesbrough. Mój tata miał proces - ktoś w końcu zdecydował się zrobić coś w kwestii długotrwałego molestowania mnie, odkąd skończyłam trzy lata. W ciągu tych lat spędzonych pod skrzydłami opieki społecznej rozmawiałam kilka razy z policją i z prawnikami, ale tata wszystkiemu zaprzeczał. Usłyszałam jego wersję zdarzeń. Że nie tknął mnie palcem, chociaż byłam naprawdę trudnym dzieckiem. A nawet przyjął mnie pod swój dach, kiedy mama już nie dawała sobie ze mną rady. No i oczywiście, wcale mnie nie molestował, nie był przecież jakimś bydlakiem, pedofilem. Więc nikt nic nie robił. Kiedy ma się zapewnienie szanowanego miejscowego przedsiębiorcy przeciwko słowu dziewczyny, która sprawiała takie kłopoty, że własna matka wykopała ją z domu... Dziewczyny, która w końcu wylądowała w domu dziecka. Jak myślicie, czyje jest wtedy na wierzchu? Jednak w Riverside wydarzyło się coś, co skłoniło policję i prawników do tego, żeby moje słowa potraktować poważniej. Nigdy nie powiedzieli mi, co to było - przepisy prawa w zakresie dowodów przedstawianych w sądzie mówią, że gdyby to zrobili, wszystko, co powiedziałabym później, mogłoby nie zostać uznane przez sąd. Dotarły do mnie plotki i pogłoski o tym, że tatę podejrzewano o molestowanie innej dziewczyny. Może sam fakt, że pojawiła się kolejna potencjalna ofiara, skłonił system prawny, żeby się temu przyjrzeć. 

Jakikolwiek był powód, tata został aresztowany i oskarżony za molestowanie mnie w dzieciństwie. Jak wam się wydaje, co mi przemknęło przez myśl? Sądzę - i jest to elementarna dedukcja - że odpowiedź na to pytanie zależy od tego, czy wy sami byliście wykorzystywani seksualnie. Ci szczęściarze, którzy nie doświadczyli cierpienia spowodowanego seksualnym molestowaniem przez własnego ojca, pomyślą pewnie, że byłam szczęśliwa i zadowolona na wieść, że tata w końcu zapłaci za to, co zrobił, i że nie skrzywdzi już żadnego innego dziecka. O ile go oczywiście skażą. Ale ci z was, którzy znaleźli się w tym samym mrocznym, pełnym rozpaczy miejscu co ja, ci z was, którzy poznali skomplikowaną mieszaninę uczuć - zdrady i wierności, nienawiści i tęsknoty - będą wiedzieć, że nie jest to takie proste. Pewnie, że się cieszyłam, że tata będzie sądzony. Wystarczającą liczbę nocy spędziłam bezsennie, marząc o dniu, kiedy stanę z nim twarzą w twarz w sądzie i powiem mu - nie zważając na przyglądających się ludzi, tych samych, którzy przede wszystkim powinni mnie chronić - jak bardzo mnie zranił. W tych młodzieńczych fantazjach widziałam siebie, jak stoję silna i wyprostowana. Wzburzona kobieta, domagająca się sprawiedliwości, nie tylko dla siebie, ale w imieniu wszystkich wykorzystywanych dzieci, które doświadczyły cierpienia ze strony rodziców. Akurat. Bo chociaż byłam zadowolona, chociaż czułam, że mi wierzono, i owszem, czułam ulgę, to nadal był mój tata. Bydlak - nazywając rzeczy po imieniu - skończony, zwykły drań, ale mój tata. A ja miałam go pogrążyć. Chociaż brzmi to dziwnie, czułam się winna. 

I tak 26 stycznia 1992 roku sprawa trafiła na wokandę sądu w Middlesbrough, tego samego, jak się później dowiedziałam, który prowadził pierwsze sprawy w czasie afery z molestowaniem dzieci w Cleveland w latach osiemdziesiątych. I który odwrócił się do tych dzieci plecami. Bardzo dziwnie się czułam ze świadomością, że po tylu latach dwanaścioro kobiet i mężczyzn, którzy zasiadali jako ławnicy, miało decydować o tym, czy tata jest brutalnym oprawcą, czy ja bezwstydną kłamczuchą. Dziwnie czułam się też z tym, że nagle tak wiele osób zwracało na mnie uwagę. Chociaż w Riverside żyło mi się dobrze, był to mimo wszystko ośrodek opiekuńczy, a ja byłam tylko jedną z wielu młodych ludzi w nim żyjących. Nagle okazało się, że reprezentuje mnie adwokat i radca prawny, zatrudniony został też biegły z zakresu ginekologii, żeby dostarczyć dowodów dotyczących obrażeń wewnętrznych spowodowanych wykorzystywaniem seksualnym i nożem, który tata lubił we mnie wsuwać. Na dodatek przydzielono mi urzędnika do spraw ochrony dzieci, który miał dbać o moje interesy. Była też przy mnie mama, brat i siostra, żeby mnie wspierać. A nawet macocha, gotowa zeznawać na temat tego, co słyszała tamtej nocy na schodach. 

Sprawa trwała cztery dni. Żebym nie musiała patrzeć na tatę na sali sądowej, zeznawałam na taśmie wideo z małej bocznej sali. Oczywiście zniszczyło to moje fantazje o tym, jak stoję w miejscu dla zeznającego, wskazuję oskarżycielsko palcem mężczyznę, który zrujnował mi dzieciństwo, ale cieszę się, że przebiegło to w ten sposób. Tata wszystkiemu zaprzeczył - jakżeby inaczej - i trudno byłoby mi odpowiadać na wszystkie pytania, które chciał mi zadać jego adwokat, gdyby mój dręczyciel siedział kilka metrów ode mnie, wpatrując się we mnie gniewnie. Mimo wszystko była to ciężka przeprawa. Niech nikt wam nie wmawia, że łatwo jest przedstawić dowody tego, że było się wykorzystywanym. Jest to niewiarygodnie bolesne, przyprawiające o mdłości doświadczenie. Ponieważ zeznawałam z pokoju obok, aż do ostatniego dnia nie widziałam sali sądowej. Była mniejsza i mniej oficjalna, niż myślałam. Wyobrażałam sobie, że będzie o wiele bardziej imponująca i wiktoriańska. Usiadłam z tyłu i zdążyłam dobrze przyjrzeć się ławnikom, kiedy sędzia odczytywał wyrok. Byłam zdumiona, widząc, że wielu z nich nie kryje łez. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że kogoś obcego mogę obchodzić na tyle, żeby tak nade mną płakał. W końcu uznali, że tata jest winny.




Sędzią był sir Angus Stroyan. Wcześniej pełnił funkcję adwokata królewskiego, następnie awansowano go na stanowisko sędziego, a później został mianowany głównym sędzią dla całego Newcastle. Popatrzył na tatę i powiedział mu, że to najgorsza ze spraw, w jakiej przyszło mu orzekać, po czym skazał go na osiem lat więzienia. Niektórym może się wydawać, że nie jest to bardzo długi czas - jeden rok więzienia za każdy rok molestowania i robienia z mojego życia piekła. Ale w porównaniu do wyroków, jakie dostaje większość mężczyzn za molestowanie swoich dzieci, to był surowy wyrok. Często, zbyt często, sądy wymierzają karę poniżej czterech lat więzienia. Cztery lata to magiczna liczba, bo każdy niższy wyrok sprawia, że mężczyzna nie jest kwalifikowany do programów dla przestępców seksualnych w więzieniu. Programy te są najlepszym sposobem na to, żeby dotrzeć do pedofilów - odzierają z warstw usprawiedliwiania się, którymi ci mężczyźni się osłaniają i zmuszają ich do zmierzenia się z rzeczywistością. Z tym, co ich molestowanie zrobiło z ofiarami. A co z ofiarą taty? Co czułam, kiedy go wyprowadzali pod obstawą dwóch funkcjonariuszy więziennych, wiedząc, że będzie się musiał zmierzyć ze społeczną degradacją i niebezpieczeństwami więzienia? Nawet ja wiedziałam, że pedofile - cwele w więziennym slangu - znajdują się najniżej w hierarchii i często są brutalnie atakowani przez współwięźniów. 

Co czułam? Oczywiście, czułam się winna. Pedofilom udaje się unikać odpowiedzialności dzięki temu, że obarczają odpowiedzialnością za to, co robią, swoje małoletnie ofiary. Dzięki temu, że wywołują w nich poczucie winy, z tego powodu, że je molestowano. Tata niczym się nie różnił - zrobił ze mnie wspólniczkę podłego, brudnego sekretu - i teraz ja byłam odpowiedzialna, w dniu moich szesnastych urodzin, za to, że posyłam go do miejsca, z którego może nie wyjść żywy. Oj, tak. Wzięłam to brzemię na ramiona, powitałam poczucie winy i oskarżenie jak dawnych przyjaciół. Wszystko przeze mnie, jasne, jak zawsze. I czułam się właśnie tak do chwili, kiedy funkcjonariusze zaczęli go wyprowadzać, a on odwrócił się i wycedził w moją stronę urodzinową wiadomość: "Ty mały bękarcie, zabiję cię". Byłam zamroczona, kiedy opuścił salę. Poczucie winy wyparowało, można by myśleć, że ogarnęło mnie poczucie ulgi albo satysfakcja, albo spadł mi z serca kamień. Ale nie. Wierzyłam tacie, który powiedział, że mnie zabije. 

Upłynęły trzy lata, zanim tata w końcu przyznał się do tego, co mi zrobił. W międzyczasie stał się religijny i zaczął twierdzić, że się zmienił. Długo trwało, zanim przestałam się go bać. Chociaż wiedziałam, że tata odnalazł Boga i zrozumiał, co mi zrobił, nadal nie czułam się bezpieczna. Odkąd tylko pamiętam, błagałam go, żeby nie robił mi krzywdy, ale się tym nie przejmował i nadal mnie molestował. Nawet kiedy już go powstrzymali, to ja zostałam ukarana i zamknięta w domu dziecka. Więc jak mogłam wierzyć ojcu czy samemu systemowi? Ale w tamtej chwili musiałam zająć się swoim życiem. Miałam szesnaście lat, opuściłam dom dziecka i byłam wolna - w przewidywalnej przyszłości - od taty. Nadszedł czas nadrabiania straconych lat i luk w wykształceniu. Poszłam do college’u.

Gateshead College istniał, w takiej czy innej formie, od czasów I wojny światowej. W 1955 roku książę Filip przeciął wstęgę nowego wybudowanego kampusu przy Durham Road. Zanim się w nim znalazłam, rozrósł się i stał się tętniącym życiem, ekscytującym miejscem z czterema głównymi wydziałami i ponad dwustuosobową kadrą. Zostałam przyjęta do klasy przygotowującej do państwowych egzaminów pielęgniarskich. Państwowy egzamin i dyplom NNEB (National Nursery Examination Board) są podstawą, bez której nie można pracować z dziećmi, a wiedziałam, że właśnie to chcę robić. Więc codziennie wsiadałam do autobusu niedaleko mieszkania mamy i cały dzień spędzałam na nauce w szkole. Uwielbiałam to. Kochałam tę dziedzinę, teorię i praktyki, wszystko. Ale czy byłam szczęśliwa? To całkiem inna sprawa. Często wracam myślami do tamtego okresu i zadaję sobie pytanie, co poszło nie tak. Na ogół przychodzi mi do głowy odpowiedź, która zawiera się w jednym słowie. Steve. Nie jest to jego prawdziwe imię. Z racji tego, że był w zasadzie niewinną stroną całej historii, chyba nie w porządku byłoby, gdybym je ujawniła. Nie widziałam go od ponad piętnastu lat - kto wie, może teraz jest szczęśliwym mężem, ma dobrą pracę, rodzinę i niezłe życie. Mam taką nadzieję. 

W nauce odnosiłam sukcesy, ale w życiu prywatnym panowało zamieszanie. Miałam szesnaście lat i wydawało mi się, że doskonale wiem, czego spodziewać się od życia. Z tego powodu spędziłam na szaleństwach tyle nocy, że wolałabym o tym zapomnieć. Dorosłam zbyt szybko i zbyt brutalnie. Byłam przyzwyczajona do tego, że względy okazują mi starsi mężczyźni, bez względu na to, czy tego chcę, czy nie. A jeżeli źle się czułam sama ze sobą, bez trudu mogłam temu zaradzić, spędzając kilka nocy na mieście z tym, kto miał ochotę płacić za drinki. Moja biedna mama rozpaczała. Dopiero do niej wróciłam. Rozdzielono nas, jak się wydawało, na całe życie. Najpierw z powodu molestowania, potem przez dom dziecka. I teraz, gdy wreszcie miała swoją kochaną dziewczynkę, córkę, z którą kiedyś była tak blisko, ona balowała do białego rana nie wiadomo z kim. Czy się ze mną kłóciła? Pewnie, że tak. Czy jej słuchałam? Jasne, że nie.




Dlatego wielką ironią było to, że Steve’a poznałam przez mamę. Był ode mnie starszy o dziesięć lat. Pracował jako inżynier w małej miejscowej firmie i poznałam go przez chłopaka mamy. Nie jestem dumna z tego, że zaczęłam się z nim spotykać z czystej interesowności. Miał samochód i dla sfrustrowanej, zbuntowanej nastolatki mieszkającej w małym mieszkaniu z mamą i siostrą - brat wyprowadził się wcześniej - był uosobieniem nadziei na coś, o czym inaczej mogłabym tylko marzyć. Wolności. Nie kochałam Steve’a, tego jestem pewna. A on nie kochał mnie. Dobrze się dogadywaliśmy, dużo się śmialiśmy i, tak jak mówię, miał samochód. Ale nie kochaliśmy się. 

Pewnego dnia zorientowałam się, że jestem w ciąży. Nie powiedziałam Steve’owi, chociaż wiedziałam, że to on jest ojcem. Nie kochałam go, to prawda, ale byłam mu wierna. Miałam wtedy siedemnaście lat, niedługo czekały mnie egzaminy i - mając przed sobą perspektywę normalnego życia po raz pierwszy od czasów dzieciństwa - byłam w ciąży. W głowie mi wirowało, czułam się całkiem skołowana. Z kim powinnam porozmawiać? Dokąd pójść? Co robić? Zebrałam się na odwagę i powiedziałam mamie. Po tej niełatwej rozmowie obie byłyśmy rozdarte. Perspektywa posiadania dzieci bardzo mi się podobała i wiedziałam, że starałabym się dla nich z całych sił, ale byłam taka młoda i miałam strasznie zagmatwane życie. Czy poradziłabym sobie w roli matki? Teraz, kiedy spoglądam wstecz na młodą dziewczynę, którą wtedy byłam, stojącą przed tak poważną decyzją, czasami mam wrażenie, że patrzę na całkiem inną osobę. Ta nastolatka to nie ja, to ktoś inny, na kogo nie mam wpływu ani nie ponoszę odpowiedzialności za wybory, których dokonuje. Mama starała się doradzać mi, jak mogła. Ale była w tym wszystkim tak samo zagubiona, jak ja. Żadna z nas nie wiedziała, jakie rozwiązanie będzie najlepsze, więc decyzję podjęłyśmy z wahaniem. A zdecydowałyśmy, że zakończymy rozwijające się we mnie życie. 

Mama znalazła prywatną klinikę, która miała przeprowadzić zabieg. Tydzień później jechałyśmy do Leeds. Nie wiem, dlaczego zdecydowała się akurat na Leeds, ale właśnie tam się wybrałyśmy. Jechałyśmy samochodem mamy w milczeniu, przybite, powoli pokonując kilometry, aż w końcu dotarłyśmy do szpitala, który miał wykonać aborcję. Kosztowała pięćset funtów, musiałyśmy zapłacić z góry. Wiem, że ludzie, którzy ją przeprowadzili, nie byli źli. Wiem, że nie zachowywali się umyślnie w tak niemiły sposób. Ale było to okropne, beznadziejne miejsce, do którego przyjeżdżało się w desperacji, miejsce, które na zawsze człowieka odmieniało. Byłam w szesnastym tygodniu ciąży i tak naprawdę wcale nie chciałam pozbywać się dziecka. Chciałam je urodzić, przytulać i kochać. Wiedziałam to w głębi duszy. A jednak włożyłam koszulę, przeszłam z sali na oddział operacyjny i położyłam się na łóżku, a oni podali mi narkozę. Pielęgniarki uprzedziły mnie, że po wybudzeniu mogę mieć wrażenie, że chce mi się siku, ale powiedziały, że to tylko złudzenie. Nie będę mogła się załatwić, bo będzie mi się tylko wydawało, że chcę. Oczywiście, miały rację, wykonywały swoją pracę i wiedziały, jak to wszystko wygląda. Rzeczywiście poczułam, że chce mi się siku, ale poczułam też coś innego. Nie wiem, czy powinnam była pytać i jestem raczej pewna, że nikt nie powinien mi odpowiedzieć, ale gdybym nie dokonała aborcji, miałabym córkę. Dzisiaj miałaby siedemnaście lat - tyle samo, co ja, kiedy pojechałam do kliniki z mamą. 

Wróciłyśmy do Gateshead dzień po aborcji. Nie byłyśmy zbyt rozmowne w drodze powrotnej. Mama nie musiała nic mówić, wiedziałam, że jest tak samo przybita jak ja. Zostałam w szkole i zdałam egzaminy. Nadal wychodziłam wieczorami, ale zachowywałam się spokojniej i nie szalałam tak jak wcześniej. Przestałam się spotykać ze Steve’em. Pytałam mamę, czy mu powiedzieć, że jestem w ciąży. Doszłyśmy do wniosku, że zamiast mówić mu o aborcji, skłamiemy, że poroniłam. Wydawało mi się, że ten sposób będzie łagodniejszy - dlaczego miałby przeżywać te same udręki, które nie dawały mi spokoju od samego rana do zaśnięcia? W każdym razie dla mnie i dla Steve’a nie było wspólnej przyszłości. 

Kiedy zdobyłam dyplom NNEB, zaczęłam się rozglądać za pracą opiekunki. Nietrudno było ją znaleźć - wkrótce zatrudniła mnie szkoła podstawowa w centrum Gateshead. Miałam pomagać przy cztero- i pięciolatkach, które chodziły do zerówki. Pokochałam tę pracę od pierwszego dnia. Uwielbiałam mój zawód, obowiązki, szkołę, a przede wszystkim maluchy. Niedawno pozbyłam się dziecka, a teraz, proszę, byłam nimi otoczona. Okazały się takie małe i niewinne, tyle z nich potrzebowało mnóstwa miłości i uwagi, że niedający mi do tej pory spokoju ból zaczynał powoli łagodnieć. Było mi dobrze i z cudowną łatwością poświęciłam się potrzebom innych. Jednemu wycierałam nos, drugiemu wiązałam sznurowadła, a przede wszystkim przytulałam ich małe ciałka, kiedy zrobiły sobie krzywdę i szlochały wniebogłosy. To mi odpowiadało. Miałam misję, odnalazłam cel istnienia i mogłam dla niego żyć.




Miesiące mijały szybko. Poczułam się wreszcie na tyle pewnie, że znowu zaczęłam spotykać się z chłopakami. Chyba większość osiemnastolatków, którzy to czytają, zastanawia się, jakiej też wielkiej pewności do tego potrzeba. Nie byłam brzydka, miałam ładną, szczupłą figurę, kręcone brązowe włosy i wiedziałam, że mężczyźni uważają mnie za atrakcyjną. Ale nie bardzo pociągał mnie seks. Nie przyniósł mi nic dobrego w życiu, a nie chciałam kolejnego bólu. Poza tym nie uważałam się za atrakcyjną. Czułam się mała i bezsilna, mdła i nieinteresująca. Po co - poza szansą na to, że mnie zaliczy - ktokolwiek chciałby się ze mną umawiać? Dlatego przeszłam powolny proces, ostrożnie wkładając znów stopę do wody. W tamtym czasie nadal mieszkałam z mamą, więc pewnie nieuchronne było, że poznam kogoś przez nią. Chris - znowu nie podaję jego prawdziwego imienia - był innym kolegą chłopaka mamy. Obaj należeli do tego samego klubu golfowego, wydawał się prawdziwym dżentelmenem. Był ode mnie siedem lat starszy, ale o wiele bardziej stateczny. Opowiedziałam mu o swoim życiu. O tym, co robił tata, o wykorzystywaniu w domu dziecka, nawet o aborcji - słuchał i nigdy mnie nie oceniał. Zaczęliśmy się spotykać regularnie i wkrótce staliśmy się parą. Chodziliśmy wszędzie razem i wszystko razem robiliśmy. Nie minęło dużo czasu i zamieszkaliśmy ze sobą. Od taty nauczyłam się jednej dobrej rzeczy. Zawsze twierdził, że wynajem jest dla frajerów. "Pnij się po drabinie, miej swój dom na własność", tę zasadę wbijał nam, dzieciom, do głowy od małego. Więc kiedy z Chrisem zaczęliśmy się rozglądać za miejscem do zamieszkania, wiedziałam, że je kupimy, żeby nie płacić za wynajem. 

Znaleźliśmy ładny domek w Birtley, w miłej okolicy na przedmieściach Gateshead, w pobliżu ukochanego klubu golfowego Chrisa. Był czysty, schludny i nowoczesny. Miał tylko jedną sypialnię, ale wiedziałam, że mogę w nim stworzyć przytulne gniazdko. Oboje pracowaliśmy. Chris miał dobrą pracę, mnie też całkiem nieźle się powodziło z pensją opiekunki - nie mieliśmy więc problemu z otrzymaniem kredytu. W dniu, kiedy wniosłam za próg nasz dobytek, poczułam, że wreszcie jestem naprawdę dorosła. Miałam wtedy osiemnaście lat i wydawało mi się, że w końcu odnajdę prawdziwe szczęście. Uwielbiałam ten mały dom. Za zamkniętymi drzwiami byliśmy tylko Chris i ja - chyba że z wizytą wpadła mama, siostra czy brat. Zajęłam się urządzaniem, mogłam się w pełni wykazać talentem artystycznym, który odkryłam w sobie w Riverside. Ściany zostały pomalowane zgodnie z ówczesnymi trendami - przecierane zwiniętą szmatką, gąbką, cieniowane - a w weekendy starałam się, żeby nasz maleńki ogródek był zadbany i wymuskany. Chris i ja szybko przyzwyczailiśmy się do nowego życia. Właściwie żyliśmy jak małżeństwo, chociaż nim nie byliśmy. Wszystko robiliśmy razem i lubiliśmy wyjeżdżać na wakacje w słoneczne miejsca - naszym ulubionym było Rodos. Wszystko to sprawiało, że czułam się szczęśliwa i odzyskałam poczucie bezpieczeństwa. 

Chyba powinnam była wiedzieć, że ta sielanka nie może trwać wiecznie. W moim życiu obowiązuje schemat - bezduszny i niesprawiedliwy. Zawsze, kiedy coś zaczyna się układać, zawsze, kiedy wydaje mi się, że panuję nad sytuacją i nie muszę się obawiać żadnych zawirowań, mam jak w banku, że coś nagle wyskoczy i dostanę w twarz. Czasami to moja wina, przynajmniej częściowo. Tęskniłam za życiem normalnej nastolatki. Brakowało mi wychodzenia na dyskoteki, do pubów, ogólnie mówiąc zupełnej beztroski, przynajmniej wieczorami. Niekoniecznie chciałam szaleć i upijać się do nieprzytomności - te czasy dawno zakończyła aborcja - ale chciałam czuć, że żyję i zachowuję się jak osoba w moim wieku. I w tym tkwił problem. Chris był prawdziwym dżentelmenem, ale był też ode mnie starszy i o wiele bardziej dojrzały. Chociaż było między nami zaledwie siedem lat różnicy, miałam wrażenie, że on ma około pięćdziesiątki. Jego pomysły na spędzanie wolnego czasu ograniczały się do wyjść do ukochanego klubu golfowego i paru drinków przy barze. Nie zrozumcie mnie źle, nie miałam nic przeciwko alkoholowi. Lubiłam napić się drinka, ale pole golfowe było dla mnie zbyt nudne, a Chris uparcie spędzał tam mnóstwo czasu, pijąc z innymi starszymi nudziarzami i zaczęło mnie to irytować. Sytuację pogarszał fakt, że inni faceci okazywali mi zainteresowanie. Nie kryli się z tym, że im się podobam i robili to niezbyt subtelnie, na oczach Chrisa. Mnie się podobały te przejawy zainteresowania. Miło było być docenianą, ale nigdy tego w żaden sposób nie wykorzystywałam.




Chris za to tego nienawidził, w miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej zaborczy. Chyba dlatego, że tak otwarcie flirtowałam, martwił się, że której nocy zwyczajnie mu ucieknę i mimo moich zapewnień, że nigdy bym tego nie zrobiła, niepokój rozrastał się w nim jak rak. Im bardziej narzekał, tym bardziej stawałam się zadziorna i urażona. Czułam się tak, jakby mnie dusił, jakby odbierał mi całą radość życia. Kłóciliśmy się i kłóciliśmy, wpadając w błędne koło sprzeczek i cichych dni. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to zapowiedź katastrofy. Nie pomogło też, że mniej więcej w tym czasie znów zaczęły mnie dręczyć duchy przeszłości. Ni z tego, ni z owego, pewnego wieczoru rozległo się pukanie do drzwi. Kiedy je otworzyłam, zobaczyłam na progu dwie pracownice wydziału śledczego policji w Northumbrii. Powiedziały, że wiedzą, iż przebywałam w kilku domach dziecka w okolicy i chcą zapytać, czy mogłyby ze mną porozmawiać o moich przeżyciach. Można by pomyśleć, że musiałam być zachwycona, kiedy pojawiła się policja. Tyle przeżyłam w tym okropnym domu dziecka. A teraz ktoś w końcu miał zamiar coś z tym zrobić. I w pewnym sensie, oczywiście, tak się poczułam. Ale jeśli było się molestowanym seksualnie w dzieciństwie, w dodatku przez tak długi czas, reakcja nigdy nie ogranicza się do zwykłego poczucia ulgi. A to dlatego, że rozmowa o tym, co mi wyrządzono, sprawiała ból. 

Przez lata starałam się odsunąć jak najdalej od siebie te straszne wspomnienia. Musiałam się nastawić psychicznie na to, żeby znowu je przywołać. Poza tym wylewanie z siebie rzeki trujących wspomnień wywołuje we mnie jeszcze jedną reakcję. Jak u większości molestowanych dzieci, ból przeżywania na nowo tego, czego zaznałam, okazał się niemal fizyczny. Miałam mdłości, cały czas czułam się przybita i wystraszona. Jedynym celem przeżywania tego bólu było to, żeby sprawiedliwości stało się zadość, żeby ktoś został postawiony przed sądem za to, co mi zrobił. A przecież mówiłam pracownikom opieki społecznej o moich oprawcach w tamtym domu dziecka, kiedy miałam trzynaście lat. Poza tym że zgodzili się mnie tam z powrotem nie odsyłać, nikt niczego nie zrobił. Z całą pewnością nikt nie był sądzony. Tak właśnie jest z nadzieją - kiedy się ją wzbudzi, a potem zabije, ból jest wyjątkowy i potworny. A wyrządzanie czegoś podobnego molestowanemu dziecku, narażanie go na koszmar bolesnego przeżywania wspomnień, wzbudzania oczekiwań po to, żeby niczego nie zrobić... Cóż, graniczy to z okrucieństwem. Więc nie mogę powiedzieć, że tamtego wieczoru, kiedy w moich drzwiach pojawiły się policjantki, byłam szczęśliwa. Ale jedno z dzieci, które przebywało w tym samym domu, dziewczyna, która również była dręczona przez tych samych mężczyzn, podała im moje nazwisko i powiedziała, że mnie też molestowano. Z początku nie byłam skłonna do współpracy, ale policjantki rozmawiały ze mną - cicho i cierpliwie - aż w końcu zgodziłam się złożyć zeznania. 

Poszłam na komisariat i opowiedziałam wszystko policji - o grze w żółtą kamienną drogę i małym pokoju, do którego prowadzili nas ci mężczyźni, żeby nas gwałcić. Wskazałam im człowieka, który mnie krzywdził. I tyle słyszałam o całej sprawie. Mijały dni, tygodnie, miesiące bez wiadomości od śledczych. Cały ten trudny i bolesny proces, wszystko na nic. Kolejny raz poczułam, że wzbudzono we mnie nadzieję tylko po to, żeby ją zgasić. Kiedy bez wieści upływały kolejne miesiące, czułam się coraz gorzej, gorzej i gorzej. Wtedy tego nie wiedziałam, ale nie tylko ja się tak czułam. Jak się okazało, miało być tylko gorzej.
 




  
 CDN.
 

poniedziałek, 14 czerwca 2021

NIEWOLNICE - Cz. LV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 



 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. II





 
KOGO TO OBCHODZI? 
 
 
 Mama w końcu zostawiła tatę, kiedy miałam jedenaście lat. Zaczynałam właśnie gimnazjum St. Leonard’s w Gateshead, kiedy zabrała naszą trójkę, wpakowała do samochodu i odjechaliśmy. Była to ucieczka dla nas wszystkich od brutalnego, złego człowieka. Ale tylko ja wiedziałam, od czego tak naprawdę uciekamy. Mama miała wujka, który mieszkał w Szkocji. Troon leży prawie trzysta pięćdziesiąt kilometrów od Gateshead, zagubione na południowym wybrzeżu Szkocji, tuż nad Glasgow. Wujek mamy był dobrym, miłym człowiekiem. Jego dom stał na plaży bardzo blisko słynnego pola golfowego Royal Troon. Był właścicielem fabryki i nie cierpiał na brak pieniędzy. Miał kilka koni wyścigowych. Może je nawet hodował - nie pamiętam dokładnie - i w każdy weekend zabierał nas na wyścigi, żebyśmy przyglądali się jego koniom. Czasami dawał nam pieniądze, żebyśmy na nie postawili. Uwielbiałam te konie. Był tam jeden źrebak, którego pomagałam ujeżdżać - obcowanie z takim pięknym, łagodnym stworzeniem wydawało mi się cudowne. Uwielbiałam spacery, na które chodziliśmy na plażę - ja, mama, brat i siostra, wujek mamy i kilkoro jego dzieci. Większość z nich była mniej więcej w moim wieku i po raz pierwszy poczułam, że mogę rozmawiać z innymi dziećmi i po prostu... cóż, chyba po prostu cieszyłam się, że jestem dzieckiem, wreszcie bez tego okropnego ciężaru, jakim obarczył mnie ojciec. To moje pierwsze wspomnienie, kiedy czułam się szczęśliwa. 

Mieszkaliśmy w Troon kilka miesięcy, a potem mama postanowiła spróbować na nowo z tatą, więc pojechaliśmy z powrotem do Gateshead. Bałam się powrotu, chociaż nie wiedziałam, jak zła dla nas wszystkich okaże się ta decyzja. Podczas naszej nieobecności tata otworzył nowy interes - kolejne uniki, kolejne długi i kolejne niedotrzymane obietnice. Związał się też z inną kobietą, którą poznał w chińskim barze z jedzeniem na wynos. Nie zostaliśmy chyba u niego nawet na jedną noc. Zamieszkaliśmy u mamy mojej mamy, sześć kilometrów za miastem. Babcia była bystra, rozsądna i twardo stąpająca po ziemi, przejrzała tatę w chwili, kiedy go poznała. A potem, oczywiście, musiała się przyglądać temu, jak jej córka jest przez niego bita i siniaczona. Nie przesadzę, mówiąc, że babcia nienawidziła taty. Podejrzewam, że w tamtym okresie nie byłam łatwym dzieckiem. Na pewno nigdy nie czułam się prawdziwie szczęśliwa i bezpieczna. Mama mówi, że byłam nieustępliwa, uparta i trudna. I jestem w stanie w to uwierzyć. Nie sądzę, że czułam się tak samo jak brat i siostra, ale przecież nie byłam taka jak oni - tata sprawił, że bardzo się od nich różniłam. 

Znaleźliśmy inny kąt do zamieszkania, kiedy tata zadawał się z nową dziewczyną, ale atmosfera była napięta i pełna goryczy. A ja chyba nie ułatwiałam sprawy. W końcu mama doszła do wniosku, że nie potrafi sobie ze mną poradzić i zostałam odesłana do ostatniego miejsca na ziemi, w którym powinnam mieszkać. Do taty. Już i tak było mi ciężko z powodu rozstania z mamą i rodzeństwem - kolejny raz czułam się jak outsider, naznaczona przez brudny sekret tego, co robił mi tata. Ale mieszkanie pod jednym dachem z nim i jego nową rodziną stało się koszmarem od samego początku. Jego dziewczyna - moja macocha - była oschłą, twardą kobietą z dwojgiem dzieci, które nie miały pięciu lat. Uwielbiałam te brzdące, ale, Boże, było mi ich żal. Tata był dla nowej mamy jeszcze bardziej brutalny niż dla mamy. I nie przejmował się tym, na co patrzą. Co tydzień, regularnie, bił moją macochę. Nie miało znaczenia, co zrobiła albo czego nie zrobiła, wyczyniał z nią straszne rzeczy. Raz widziałam na własne oczy, jak wypchnął jej głowę przez szybę w oknie. Innym razem dźgał ją na oczach nas wszystkich małym widelcem. Dzieci były przerażone. Tuliły się do mnie i płakały.

- Nie pozwól, żeby tata nas dzisiaj zabił... Prosimy, Sarah, prosimy... 

A ja je obejmowałam i próbowałam uspokoić. I byłam przy nich, dopóki nie usnęły. Ale ja nie zasypiałam. W każdym razie, nie tak łatwo. Tata okładał macochę pięściami i odsyłał ją do łóżka. A potem przychodził do mnie. Wtedy byłam już na tyle duża, że wiedziałam, że to nie jest "nasz mały sekret". A tata przestał nawet udawać, że molestowanie to coś normalnego. Że jest przejawem miłości. Może odejście mamy w jakimś sensie go uwolniło od strachu, że zostanie nakryty. Może to dlatego nie przejmował się tym, czy moja macocha się czegoś domyśla, czy coś wie. Może również fakt, że zostałam przysłana, żeby z nim mieszkać - oddana mu całkowicie pod kontrolę - sprawił, że poczuł się odważniejszy i bardziej pewny w zaspokajaniu swoich wykrzywionych żądz, jak tylko chciał. Tak, byłam na tyle duża, żeby doskonale o tym wiedzieć. I wierzcie mi, walczyłam najlepiej jak umiałam. Ale to niczego nie zmieniło, ani trochę. Trudno o tym mówić, bo trudno jedenastoletniej dziewczynce opisać, co zrobił tata. Gwałcił mnie. Na kanapie, na moim łóżku... Czasami za pomocą ostrego noża, wyciągniętego z kuchennej szuflady, wbijał się we mnie, bez względu na to, czy walczyłam, czy nie. Ten mężczyzna mnie gwałcił. A ja miałam jedenaście lat. Niektórzy pytają, dlaczego nigdy nikomu nie mówiłam o tym, co robił mi tata. Nie wiedzą, jak to jest być dzieckiem wykorzystywanym przez dorosłego, silnego mężczyznę. Nie chodzi tylko o przewagę fizyczną. Tata, jak większość oprawców, używał emocjonalnych i psychologicznych zagrywek, żeby zamknąć mi usta. Mówił, że nikt mi nie uwierzy albo że wszyscy mnie znienawidzą, albo - co było najgorsze - że nigdy nie zobaczę mamy, brata ani siostry, ani dzieci mojej macochy. Na dodatek groził, że zrobi mi coś gorszego niż rany kuchennym nożem. Wymachiwał nim przede mną i ostrzegał, że jeżeli pisnę komukolwiek słowo, przyjdzie, zabierze mnie i nigdy więcej nikt mnie nie zobaczy. Czy mu wierzyłam? Oj, wierzyłam. 

Więc tak wyglądało moje życie, kiedy wkraczałam w okres dojrzewania. Byłam uwięziona w małym mieszkaniu nad restauracją znajdującą się w zaułku Gateshead, z molestującym mnie ojcem, maltretowaną macochą i dwójką jej przerażonych dzieci. Za łóżko służył mi gruby materac, a kąpiele odbywały się w wielkiej czarnej balii przed kuchenką gazową. Podobno lata szkolne powinny być najszczęśliwszym okresem w życiu. Nie wiem, bo rzadko chodziłam do szkoły. Większość dni spędzałam w domu, opiekując się przyrodnim rodzeństwem. Tata albo pracował poza domem, albo pił w którymś pubie. Bałam się jego powrotów, nie tylko z powodu tego, co mi robił. Co jakiś czas dzwoniono ze szkoły, żeby spytać, gdzie jestem. Albo zostawiali wiadomość, żeby tata do nich oddzwonił, albo, czasami, udało im się zadzwonić, kiedy był w domu. Wiedziałam, że będą z tego kłopoty. Tata wychodził wściekły, najczęściej się napić, potem do szkoły. Robił z siebie wariata, opowiadał kłamstwa, robił wszystko, aż przestawali się dopytywać, gdzie jestem. A potem wracał do domu i wyładowywał się na mnie. Nie mogę powiedzieć, żebym lubiła macochę. Była oschła i obcesowa. Ale patrząc wstecz, być może to życie z moim ojcem sprawiło, że się taka stała. Ten mój tata był w stanie świętego zamienić w diabła. W sumie myślę, że wyświadczyła mi przysługę. Pewnej nocy, kiedy zrobił z niej worek treningowy, posłał ją na górę i znowu zaczął się do mnie dobierać. Ale tym razem - do tej pory nie wiem dlaczego - nie położyła się. Zakradła się na dół, usiadła na schodach i słuchała, co się dzieje. Następnego ranka spotkała się ze mną i powiedziała, że wie, co tata mi robi. Jak mówię, nienawidziłam jej, ale tego ranka poczułam ogromną ulgę, słysząc, że ktoś mówi, że zna mój potworny sekret. Niestety, był to ostatni okruch szczęścia. Na długo.




Dzisiaj, kiedy ktoś informuje opiekę społeczną o wykorzystywanym seksualnie dziecku, osoba oskarżona o molestowanie musi się wyprowadzić na czas trwania dochodzenia. W 1998 roku było inaczej. Zostałam zabrana przez opiekę i przewieziona do wielkiego starego domu dziecka za Gateshead, niedaleko miejsca, gdzie obecnie stoi rzeźba Anioła Północy. W domu było około dwadzieściorga dzieci, w większości z patologicznych rodzin. Łączyło nas milczące porozumienie wynikające z naszej trudnej sytuacji - coś na kształt zorganizowanego bractwa. Wszyscy byliśmy ostrożni i nie wyjawialiśmy za dużo ze swojego życia. Wszyscy się nauczyliśmy albo zostaliśmy nauczeni tego, żeby nie mówić o tym, co przeżyliśmy i byliśmy raczej pewni, że nawet gdybyśmy powiedzieli, nikt nie mógłby na to za wiele poradzić. Przebywałam w tym domu cztery miesiące, kiedy mnie oceniano. Nikt nigdy nie powiedział mi, co właściwie działo się wtedy z tatą. Tkwiłam tam po prostu, kiedy przeprowadzano jakieś badania, a ja miałam się z tym pogodzić. Podejrzewam, że chodziło o to, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo, wyrwać mnie ze szponów taty. 

Ale jeśli tak, to był niewypał. Tata kręcił się pod domem dziecka. Chyba próbował mnie zawstydzić, i na pewno mu się to udało. Miałam dopiero dwanaście lat, ale zanim zostałam zabrana przez opiekę, zdążyłam już nauczyć się palić. Tam, skąd pochodziłam, papierosy nazywaliśmy "tabletkami" ibwiększość dzieci, które znałam, zdążyła ich spróbować, zanim poszły do szkoły średniej. Palenie było sprzeczne z zasadami obowiązującymi w domu dziecka, ale wszyscy wymykaliśmy się na szybkiego dymka z nadzieją, że nie zostaniemy przyłapani. I na ogół nam się udawało, tyle że miałam wrażenie, że tata jest pod domem za każdym razem, kiedy zapalałam papierosa. Stał i patrzył na mnie, aż musiałam wrócić do środka. Oczywiście, nie powinno go tam być. Nie wolno mu było również do mnie dzwonić, ale to mu nie przeszkadzało. Wykorzystywał swoich kolegów, żeby dzwonić, a kiedy odbierałam, pojawiał się na linii. Po prostu nie chciał mi dać spokoju. A może nie mógł.
 
Pod koniec tych czterech miesięcy zostałam odesłana do mniejszego rodzinnego domu dziecka. Było tam troje dzieci, w moim wieku, którymi opiekowali się naprawdę troskliwi ludzie. Ale po pobycie w domu dziecka nabawiłam się klaustrofobii, wydawało mi się, że wciąż jestem w opresji. Nie mogłam się odnaleźć i zaczęłam uciekać. W końcu pracownicy opieki się poddali i zostałam odesłana z powrotem do domu dziecka. Mimo zachowania taty czułam się tam bezpieczna. Był to pierwszy dłuższy okres odkąd skończyłam trzy lata, kiedy mnie nie molestowano. Nawiązałam nieśmiałe przyjaźnie z innymi dzieciakami, chociaż i te więzy były kalekie, bo wszyscy bardzo dbaliśmy, by udawać twardych i nigdy nie traciliśmy czujności. Może to dlatego nie pamiętam imienia ani jednego chłopca czy dziewczynki, którzy tam mieszkali. Personel był miły dla nas, dzieciaków. Mówili do nas spokojnie, nawet wtedy, kiedy dostawaliśmy napadów wściekłości, trzaskaliśmy drzwiami i ogólnie zachowywaliśmy się tragicznie. Pojechaliśmy nawet na wycieczkę do Scarborough i raz do Francji. Moja buntownicza natura nie pozwalała mi jednak się uspokoić. Paliłam już jawnie, rzucając personelowi wyzwanie, żeby spróbowali skonfiskować mi cenne fajki. I co jakiś czas uciekałam, chowałam się i czekałam z nadzieją, że ktoś będzie mnie szukał, że komuś zależy na mnie na tyle, żeby mnie znaleźć i sprowadzić z powrotem. W końcu chyba doszli do wniosku, że mają tego dość. 

Kiedy skończyłam trzynaście lat, zostałam wysłana do domu dziecka o zaostrzonym rygorze, daleko na wsi. To, co się tam działo, sprawiło, że zaczęłam wątpić w sam pomysł "opieki", której miałam być powierzona. Z ogromną chęcią wskazałabym to miejsce z nazwy, ale nie wolno mi z powodów prawnych. Mogę je jednak opisać. Chociaż to przywoła koszmary. Był to duży, zimny stary budynek pośrodku czegoś, co wyglądało na ogromne połacie pól, jakieś półtora kilometra od najbliższej wioski. Umeblowanie było jasne, czyste i surowe, gdy tylko przekroczyłam próg, wiedziałam, że nie będzie to miłe miejsce do mieszkania. Mieszkało nas tam dwadzieścioro pięcioro chłopców i dziewczynek w wieku nastoletnim. W domu panowała surowa, posępna atmosfera. Nikt się nie uśmiechnął ani mnie nie przywitał, kiedy zaprowadzono mnie do pokoju rozmiarów pudełka, w którym miałam spać. Czułam się tak, jakbym została wysłana do więzienia. W każdym razie tak sobie wyobrażałam więzienie. Bezpieczeństwo traktowano tam bardzo poważnie. Na tyle że personel domu i nauczyciele byli nocnymi strażnikami, którzy patrolowali teren z dobermanami. To właśnie jeden ze strażników zaznajomił mnie z nowym miejscem już pierwszej nocy po moim przybyciu. Spałam w łóżku, zmęczona stresem związanym z kolejnymi przenosinami. Obudziłam się i w ciemności zobaczyłam zbliżającą się do mnie pochodnię. Mężczyzna, który ją trzymał, odwrócił się lekko i zaświecił mi nią prosto w oczy. Poczułam, że chwyta mnie i wyciąga z łóżka. Już wiedziałam, co mnie czeka. Nie wiedziałam tylko, że spędzę w tym domu dziewięć długich miesięcy. Uwięziona w zimnej, czarnej dziurze, ponurym, strasznym Colditz, do którego były zabierane dzieci takie jak ja, które tam wrzucano i zapominano o nich.

Oczywiście nie tylko ja byłam seksualnie wykorzystywana. Nie byłam żadnym wyjątkiem. Ale fakt, że inna dziewczyna czy chłopak byli dotykani, obmacywani i krzywdzeni, nie poprawiał sytuacji. Być może umysł płata mi figle, ale nie mogę sobie przypomnieć ani jednej nocy, kiedy nie byłam molestowana. Dorastałam przyzwyczajona do tego, że czułam wzwiedziony członek napierający na mnie albo wciskający się we mnie. I wiedziałam, co muszę zrobić, żeby mieć to jak najszybciej za sobą, z głowy. To jeden z potwornych skutków długo trwałego molestowania - dziecko czuje się niemal uwikłane w seks. Nie dlatego, że tego chce. Broń Boże! Nie dlatego, że sprawia mu to przyjemność. Ale dlatego, że zaangażowanie, umiejętność zaspokojenia oprawcy gwarantuje, że całe to potworne, bolesne doświadczenie szybko się skończy. Dom dziecka był również szkołą. Dzieci, które w nim przebywały, uważano za niebezpieczne do tego stopnia, że nie było mowy, żeby mogły chodzić do normalnej szkoły poza pilnie strzeżonym terenem. Nauczyciele przychodzili do nas i uczyli nas podstawowych rzeczy: czytania, pisania, liczenia i wszystkiego, co mieli nadzieję, że uda im się wbić nam do głowy. Oczywiście czekało ich niewdzięczne zadanie - byliśmy wszyscy za bardzo naburmuszeni i gburowaci, żeby się czegokolwiek nauczyć. Jedynym, co trzymało nas w ryzach, była perspektywa kary. Zachowuj się źle, a będziesz siedział zamknięty, albo gorzej.

Więc siedzieliśmy na tych smętnych, bezdusznych lekcjach. Nie rozrabialiśmy za bardzo, ale nie odebraliśmy dobrego wykształcenia. Do dzisiaj nie potrafię poprawnie pisać, a jeżeli chodzi o arytmetykę - nie wspominając o kwestiach bardziej skomplikowanych - cóż, powiedzmy, że nie byłby ze mnie materiał na studentkę. Jednak czegoś się tam nauczyłam. Psychologii, a na pewno jednego z jej ciemnych aspektów. Seks to oczywiście podstawowy motyw molestowania, ale zaczęłam dostrzegać, że stoi też za tym specyficzny odrębny motyw psychologiczny. Jako osoba dorosła z takimi doświadczeniami wiem, że w molestowaniu seksualnym dzieci nie chodzi wyłącznie o seks, ale o kontrolę czy dominację i inne chore gry. Wtedy nie potrafiłabym tak tego określić, ale zaczęłam rozumieć, że moim oprawcom nie wystarcza seksualna przyjemność. Musieli ranić mnie również psychicznie i fizycznie. Przejawem psychicznego znęcania się była gra, w którą kazali nam grać wieczorami. Nazywali ją żółtą kamienną drogą. Jeden z mężczyzn przygotowywał kartkę z narysowaną na niej drogą. Od głównej drogi odchodziły mniejsze ścieżki. Tłumaczył, że gra zaczęła się na głównej drodze, która była bezpieczna, ale wyruszając, musimy wybrać ścieżkę, którą pójdziemy. Niektóre prowadziły do dobrego, inne do złego. Nie wiedzieliśmy, która jest która. Musieliśmy wybierać na ślepo i mieć nadzieję.

Po dziś dzień nie mogę dojść, jakie zasady miała ta gra ani jakie nagrody można było zdobyć. Wiem tylko, że na ogół wybierałam złą ścieżkę. Zaciągano mnie do pokoju na górze i zamykano na klucz. Niedługo potem jeden z mężczyzn otwierał drzwi, wchodził i przyciskał mnie - często trzymając za gardło - do ściany. Mam przed oczami ich twarze, mężczyzn, którzy według kolejności przychodzili do tego zamkniętego, samotnego pokoju. Czuję ich szorstkie ubranie na moim ciele, ciężar ich dłoni na mojej głowie, pchających mnie w dół do pozycji koniecznej, żeby dać im zadowolenie. I słyszę ich, jak na mnie krzyczą, nazywają "małą dziwką" i próbują doprowadzić do płaczu. Czy im się udawało? Lubię sobie wmawiać, że nie, że nigdy się nie złamałam i nie rozpłakałam. Ale wiem, że parę razy na pewno było inaczej. Chociaż ten tak zwany przytułek znajdował się na odludziu, nie przeszkadzało mi to próbować ucieczki. Niejeden raz wymykałam się przez okno mojego pokoju na piętrze i zeskakiwałam - ale wysoko mi się to wydawało! - na ziemię. Później biegłam przez pola tak szybko, jak chciały mnie nieść nogi, w stronę wioski, w nadziei że mi się uda i że znajdę kogoś, kto pomoże mi wrócić do Gateshead. Raz fatalnie skręciłam kostkę i nie pobiegłam za daleko, ale mimo wszystko próbowałam. Oczywiście, zawsze mnie łapali. Miałam zaledwie trzynaście lat i nie wiedziałam, gdzie jestem. Oni byli duzi i silni i znali okolicę jak własną kieszeń. I mieli psy. Nie umiem opisać, jakie uczucia we mnie wywoływały. Na pewno przerażenie. Świadomość, że mnie wytropią i wyczekiwanie na to, kiedy wpadną na mój ślad, była paraliżująca.




Kiedy już zostałam złapana, czekała mnie dodatkowa kara. Innych takich jak ja również uciekinierów i tych, co do których nie można było mieć pewności, że będą siedzieć cicho i potulnie znosić cierpienia. Zabierali nam buty i kazali przez cały czas chodzić boso. Było mi wszystko jedno. Boso czy w butach, chciałam uciec za wszelką cenę, chociaż wiedziałam, że zawsze mnie złapią. Próby ucieczki były chyba podstawowym mechanizmem obronnym, dzięki któremu udało mi się tam przetrwać. W końcu, pewnej nocy, stał się cud. Przewiesiłam się przez okno, zeskoczyłam na ziemię, nic mi się nie stało i puściłam się pędem przez pola. Spodziewałam się, że za chwilę usłyszę odgłosy pościgu i wyczuję psy, ale nic się nie wydarzyło. Byłam tylko ja, noc i cisza. Biegłam, biegłam i biegłam. Wiem, że się przewracałam i wpadałam w rowy, chociaż tego nie pamiętam, bo kiedy dotarłam na przystanek autobusowy, cała byłam oblepiona czarnym błotem z pól. Tamtego wieczoru miałam wrażenie, że czekam na autobus całą wieczność, ale w końcu się zjawił, a ja wsiadłam i zapłaciłam pięć pensów za bilet do Gateshead. Było to najlepiej wydane pięć pensów w życiu. Jeden z kolegów mojego brata miał mieszkanie w miasteczku. Trafiłam tam w samym środku nocy i waliłam w drzwi, dopóki się nie otworzyły. Byłam brudna, obdarta i musiałam wyglądać na skończoną wariatkę. Ale skoro dotarłam tak daleko - w końcu udało mi się uciec z więzienia - byłam gotowa zrobić wszystko, żeby wpuścił mnie do środka i dał mi schronienie. I zrobił to. Tamtej nocy opowiedziałam mu wszystko. Otworzyłam przed nim serce i widocznie przekonałam go, jak rozpaczliwie potrzebuję bezpiecznego miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać, bo zgodził się, żebym mieszkała u niego tak długo, jak będę potrzebować. Mieszkanie było maleńkie, miało tylko jedną sypialnię. W nocy spałam na kanapie w salonie, w dzień przesiadywałam w kuchni, paląc bez końca papierosy i wypijając morze herbaty.

Jeśli spojrzy się na to z perspektywy, był to bardzo dziwny układ, który może wydawać się podejrzany - młody mężczyzna ukrywający nieletnią uciekinierkę. Ale to wcale nie było tak. Kolega mojego brata okazał się dobrym i miłym człowiekiem. Widział, że potrzebuję miejsca, w którym mogłabym odzyskać siły. Mieszkałam u niego trzy miesiące, ukrywając się i drżąc ze strachu, że ktoś stanie w drzwiach, żeby zabrać mnie z powrotem do tego strasznego domu dziecka. Jakimś cudem nikt się nie pojawił. Ale nie mogłam mieszkać tam bez końca. Ktoś w końcu mógł się zorientować, że nastolatka mieszka z kilka lat starszym od siebie mężczyzną - nastolatka w wieku szkolnym, która nigdy do szkoły nie chodzi. Więc zanim ktoś zdążył na mnie donieść, sama skontaktowałam się z opieką społeczną, w nadziei że mnie wysłuchają i nie będą mi kazali wracać do domu na odludziu. Do mężczyzn, którzy co noc mnie gwałcili albo bili. Widocznie powiedziałam coś właściwego, bo pracownik opieki mnie wysłuchał i obiecał, że nie będę musiała tam wracać. I nie wróciłam. Umieszczono mnie za to w szkole z internatem w Krainie Jezior.

Na początku nie umiałam się tam odnaleźć. Chyba przyzwyczaiłam się do małego mieszkania i do tego, że znów jestem w Gateshead. Szkoła z internatem, do której mnie posłano, Riverside, znajdowała się na jeszcze większym odludziu niż tamten straszny dom dziecka. Ale stopniowo zaczynałam ją kochać i po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy, czułam się szczęśliwa. W pewnym sensie kojarzyła mi się z domem wujka mamy w Szkocji. Panował tu taki sam spokój, powietrze było czyste i świeże. Jednak najważniejsze, że czułam się bezpiecznie. Miałam przynajmniej pewność, że nic z tych potwornych rzeczy, jakich doświadczyłam, nigdy się nie powtórzy i nie ściągnie mnie w dół. Znów się uczyłam: matematyki, angielskiego, trochę nauk ścisłych - jak zwykła nastolatka. Słuchałam muzyki, czytałam gazety, plotkowałam z koleżankami... I myślałam sobie, że w końcu coś jest tak, jak powinno. Odkryłam w sobie talent plastyczny. Jako dziecko lubiłam rysować i potrafiłam spędzać długie godziny zatopiona w świecie, który tworzyłam za pomocą zwykłej kartki i paru ołówków czy kredek. Ale gdy tata zaczął robić ze mną coraz gorsze rzeczy, moje rysunki stawały się coraz bardziej mroczne i złowrogie. Mama mówi, że rysowałam obrazki przedstawiające małą dziewczynkę uwięzioną w jaskini albo w zamku i postać stojącą na zewnątrz, która wyglądała jak czarownica. Teraz jej się wydaje, że to ona była tą czarownicą, a ja próbowałam jej pokazać, że powinna pomóc tej małej dziewczynce. Ale wtedy kończyło się tym, że nauczyciele w szkole wyrzucali rysunki do śmieci.

W Riverside na nowo odkryłam radość tworzenia, do którego zachęcali mnie nauczyciele. Któregoś roku przed Bożym Narodzeniem zorganizowali konkurs na najlepiej zaprojektowaną kartkę pocztową. Pracowałam w pocie czoła nad rysunkiem - był to śnieżny krajobraz z radośnie wyglądającym domkiem, któremu z komina leciał dym, a nad nim, oczywiście, unosił się Mikołaj z reniferem i saniami obładowanymi zabawkami. Wiem, że to brzmi banalnie i absurdalnie dziecinnie jak na kogoś, kto przeżył tyle, co ja. Ale było to narysowane z uczuciem i ambicją. I pękałam z dumy, kiedy wygrałam ten nasz mały konkurs. Ja, nic niewarta Sarah Forsyth, wykorzystywane dziecko i nastoletnia buntowniczka - chociaż raz zrobiłam coś dobrze i ktoś to zauważył! Nie mogłam się doczekać, żeby powiedzieć mamie. Ale nauczyciele w Riverside mieli inny, o wiele lepszy pomysł. Załatwili druk pewnej liczby kartek - profesjonalny wydruk, tak żebym mogła rozesłać je pocztą. Nie mogłam uwierzyć, kiedy mi o tym powiedzieli, myślałam, że szczęście mnie rozsadzi. Boże, jaka dumna była ze mnie mama. Przepełniała ją prawdziwa radość - pierwsza, jak myślę, jakiej dostarczyłam jej od wielu, wielu lat. Jeszcze długo potem przechowywała tę kartkę jak cenny skarb i pokazywała, komu się dało. Zabawne, ile mogą znaczyć drobiazgi. Co kilka tygodni w Riverside odwiedzał mnie brat. Dowiedział się o tym, co robił mi tata. Boże, jaki był wściekły. Powiedział, że pojechał do niego porozmawiać o tym. A nasz kochany tata go pobił.

Chociaż z bratem nigdy nie trzymaliśmy się razem, jakoś staliśmy się sobie bliżsi niż wcześniej. Zawsze będę pamiętać ubrania, jakie mi przywoził - koszulki i dżinsy i papierosy, które przemycał dla mnie w adidasach. Wychodziliśmy na wzgórza na długie, cudowne spacery. Kochałam mojego brata. Był moją opoką i kołem ratunkowym. W Riverside spędziłam trzy lata. Był to szczęśliwy okres, który przyniósł mi tak bardzo potrzebne wytchnienie od tragicznego dzieciństwa. Miałam trzynaście lat, kiedy mnie tu przysłano. Wydawało mi się, że te trzy lata minęły bardzo szybko. Nie wiem, jak to się stało, ale nagle skończyłam szesnaście lat. Od prawie pięciu lat byłam pod opieką państwa. Poza wizytami brata i mamy nie miałam kontaktu z rodziną. Umieszczenie mnie w Krainie Jezior prawdopodobnie ocaliło mi życie, ale nagle dotarło do mnie, że nie będę tu mieszkać wiecznie. W tamtych czasach system opieki na ogół przestawał zajmować się dziećmi, kiedy kończyły szesnaście lat. Ratował je od przemocy, zaniedbania czy molestowania seksualnego, a potem, właściwie bez uprzedzenia, odwracał się do nich plecami. Widziałam raporty, pokazujące, że większość młodych dziewcząt i wielu chłopców, pracujących na ulicach Wielkiej Brytanii, wychowało się w domach dziecka. Na ogół zaczynali trudnić się prostytucją, szukając środków na przeżycie, kiedy przestał zajmować się nimi system opieki. W wieku szesnastu lat stawali się łatwym łupem stręczycieli i dilerów narkotyków, którzy wciągali ich w nałóg i żyli z pieniędzy, jakie zarabiali swoim ciałem.

Szczęśliwie miałam dokąd pójść, kiedy opuściłam Riverside. Mama znowu chciała mnie wziąć do siebie. Zaczęłam też zastanawiać się, co zrobić ze swoim życiem, kiedy już przestałam podlegać systemowi opieki. Moje myśli biegły z powrotem do czasów, kiedy opiekowałam się dwójką dzieci mojej macochy i dotarło do mnie, że bardzo lubię pracę z maluchami. Do tego sprawdzałam się w niej. Może, pomyślałam, udałoby mi się pójść do szkoły, żeby zdobyć kwalifikacje, które pozwoliłyby mi zarabiać na życie wartościową pracą, którą w dodatku lubię. Ale wtedy mój świat legł w gruzach. Kolejny raz.
 




 
CDN.
 

wtorek, 1 czerwca 2021

NIEWOLNICE - Cz. LIV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI






HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. I






I wreszcie przechodzę do trzeciego tematu, który pierwotnie miał być drugim. Zajęło mi to bagatela, ponad... cztery lat 😄. Cała sejmowa kadencja upłynęła już na historii Tehminy z Pakistanu, żony Mustafy Khara, która zniewalana i upokarzana, potrafiła znaleźć w sobie dość dużo siły, aby ostatecznie zerwać z mężem, który - wydawało się - po prostu emocjonalnie na niej żerował. Teraz zaś zapraszam na trzecią część z czterech zapowiedzianych historii (mam nadzieję że ta opowieść nie potrwa już kolejnych czterech lat 😉) o kobietach, które zły los uczynił prawdziwymi niewolnicami. Ta opowieść będzie się tyczyła niejakiej Sarah Forsyth - dziewczyny z Wielkiej Brytanii podstępem zwabionej do Amsterdamu i tam zmuszonej w "Dzielnicy Czerwonych Latarni" do świadczenia usług seksualnych. Oto jak zaczęła i skończyła się jej historia:



WSTĘP


 Najważniejsze w tym wszystkim były psy. Były dwa, bulmastify. Siedziały pod drzwiami dzień i noc. I tak byłam zamknięta na klucz, ale gdybym próbowała nacisnąć klamkę, psy zaczęłyby szczekać jak oszalałe. Wiedziałam, że w ciągu kilku sekund zjawiłby się ktoś, żeby mnie sprawdzić. Byłam przerażona mężczyznami, którzy wbiegali do tego obskurnego, brudnego, żałosnego mieszkania, ale najbardziej bałam się psów. Wiedziałam, do czego są zdolne. I co mogą zrobić, jeżeli będą miały okazję. Jeżeli mężczyźni je do mnie wpuszczą. Tego właśnie chyba nikt nie potrafił pojąć.

- Czemu nie uciekłaś - pytali. - Na pewno miałaś jakąś okazję, żeby uciec.

Ale psy były zawsze. Psy i mężczyźni. I jeszcze narkotyki, którymi faszerowano mnie na okrągło, aż całkiem się pogubiłam i znalazłam się w potwornym miejscu, potrzebowałam ich tak samo jak ich nienawidziłam. Bardzo. Nie miałam żadnej nadziei. Oczywiście, oni o tym wiedzieli. Starali się z całych sił, żeby doprowadzić mnie do takiego stanu, żeby uzależnić mnie od działki kokainy. Na domiar złego, śmiertelnie mnie przerazili, strzelając w skroń młodej dziewczynie na moich oczach. Przebrnęłam przez tamte dni, tygodnie, miesiące, które niczym się od siebie nie różniły - mężczyźni i narkotyki, więcej narkotyków i więcej mężczyzn. Życie odpływało ze mnie powoli jak woda w brudnym brązowym kanale, zmierzająca w stronę Morza Północnego. Ilu mężczyzn płaciło po sto pięćdziesiąt guldenów za kilka minut surowej, egoistycznej przyjemności? Nie umiałabym powiedzieć. Zanim zdążyłam o tym pomyśleć, policzyć, nie byłam już wstanie tego zrobić.

Ile kryształów cracku, ile kresek koki wzięłam? Ile jointów mocnej, uspokajającej marihuany wypaliłam? Nie byłabym w stanie zliczyć. Rzecz jasna, ktoś to zrobił, w Amsterdamie nie ma nic za darmo, a już na pewno nie w Dzielnicy Czerwonych Latarni. I płaciłam rachunek - rachunek za narkotyki, które zamulały mi umysł, kiedy sprzedawałam swoje ciało w odrapanej witrynie oświetlonej neonem przy kanale - płaciłam go, znowu się sprzedając. Błędne koło. Zataczałam je dziesięć, piętnaście razy dziennie, siedem dni w tygodniu. Nie, z tego piekła nie było ucieczki. Aż do chwili, kiedy mimo mgły uzależnienia i rozpaczy dostrzegłam nikłą szansę i jakimś cudem znalazłam odwagę, by się jej uchwycić. Aż do dnia, kiedy moje nogi niosły mnie coraz dalej, kiedy mój umysł krzyczał ze strachu. Aż do chwili, kiedy - chyba po raz pierwszy w życiu - ktoś przyszedł mi z pomocą i stanął przy mnie, nie dlatego, że czegoś chciał, ale z ludzkiej przyzwoitości. To był początek mojego powrotu z piekła, ten pierwszy akt nieegoistycznej dobroci. Ale gdybym wtedy wiedziała, ile ta podróż potrwa i jak trudna to będzie droga, czy znalazłabym siłę, żeby ją rozpocząć? Szczerze mówiąc, nie wiem.






PONIEDZIAŁKOWE DZIECKO


 Urodziłam się w poniedziałek, 26 stycznia 1976 roku w Szpitalu Królowej Elżbiety w Gateshead. Poniedziałkowe dziecię urodą jaśnieje, mówi stary wierszyk, a ja miałam tyle szczęścia, że odziedziczyłam urodę po matce. Była - i nadal jest - drobną kobietą o gęstych ciemnych kręconych włosach i dużych brązowych oczach, z których bije łagodność i dobroć. Teraz ma pięćdziesiąt lat, ale wygląda tak młodo, że można by ją wziąć za moją starszą siostrę. Za to mój ojciec to całkiem inna historia. Jak powiedziałam, miałam szczęście. Byłam drugim dzieckiem w rodzinie. Brat był ode mnie starszy o osiemnaście miesięcy, a siostra o siedem lat młodsza. Mieszkaliśmy wszyscy w domku na jednej ze specyficznych tarasowych ulic, które wykorzystuje się dzisiaj do kręcenia dramatów z okresu I wojny światowej. Gateshead w 1976 roku było brudnym, zaniedbanym miasteczkiem, przyklejonym do południowego wybrzeża rzeki Tyne i raczej przyćmionym przez swojego większego brata, Newcastle, które leżało po drugiej stronie rzeki. Kiedy byłam mała, sprawdziłam historię miasteczka w książce. Było zamieszkane od czasów Rzymian, a nazwa Gateshead miała oznaczać "początek drogi (Rzymian)". Dalsza historia miasta nie jest szczególnie pociągająca. Urodziło się w nim kilka średniej sławy gwiazd piłkarskich, przemysłowiec dziwak z czasów wiktoriańskich i kobieta, która stała się gwiazdą filmów porno w Hollywood. Przez Gateshead przewinęły się dwie bez wątpienia sławne osoby, które publicznie podzieliły się później swoimi wrażeniami. W XVIII wieku doktor Johnson opisał miasteczko jako "brudną czarną uliczkę wychodzącą z Newcastle". Prawie dwieście lat później J.B. Priestley oznajmił, że "żadna prawdziwa cywilizacja nie mogłaby stworzyć takiego miasta", dodając, dla lepszego wyobrażenia, że wydawało się zaprojektowane przez "wroga rasy ludzkiej".

Większość życia spędziłam w Gateshead i w sąsiedztwie. Od tamtej pory niewiele się tam zmieniło i pewnie nigdy się nie zmieni. Mój tata był drobnym miejscowym przedsiębiorcą, właścicielem dwóch chłodni i restauracji. Ale pamiętam też, że był przedstawicielem handlowym i podróżował po całym północnym wschodzie. Nie mam pojęcia, co sprzedawał i niedane mi było wiele o niego pytać. Mama przez większość życia zajmowała się prowadzeniem domu i wychowywaniem naszej trójki, ale czasami pracowała na nocną zmianę w miejscowej fabryce. Tata zwykle zabierał nas i pakował do samochodu w środku nocy, żeby po nią jechać. Finansowo wiodło nam się nieźle. W odróżnieniu od wielu mieszkańców miasteczka, tata zawsze dbał o to, żeby domy w których mieszkaliśmy, były naszą własnością. Nie wynajmowaliśmy ich. Mieszkaliśmy w ładnych dzielnicach, zawsze mieliśmy mnóstwo jedzenia i nigdy nie brakowało nam zabawek ani ubrań. W Gateshead plasowaliśmy się dzięki temu w klasie średniej. Jako dzieci trzymaliśmy się razem i byliśmy bezgranicznie oddani mamie. Łączyła mnie z nią szczególnie bliska więź, przypuszczam, że po części dlatego, że byłam jej pierwszą córką, a jak wiadomo, matkę i jej pierwszą córeczkę łączy coś wyjątkowego. Uwielbiałam być tak blisko mamy i uwielbiałam to, że wobec obojga rodzeństwa odgrywałam rolę starszej siostry, chociaż brat w rzeczywistości był starszy ode mnie. Na pierwszy rzut oka musieliśmy sprawiać wrażenie szczęśliwej rodzinki. Troje żywych, rezolutnych dzieci, ładna, kochająca mama i ojciec pracujący na okrągło, żeby niczego nam nie brakowało.

Jednak w czterech ścianach naszego domu wyglądało to zupełnie inaczej. Tata, z pozoru dobry ojciec z klasy średniej, był brutalnym, złym człowiekiem, zwłaszcza po kieliszku. Okładał mamę pięściami, rzucał w nią przedmiotami, nawet ją ciął. Raz rzucił w nią butelką mleka, taką starą, szklaną, jaką każdy dostawał co rano na naszej ulicy. Rozcięła jej twarz tak paskudnie, że musiała jechać do szpitala, żeby założyli jej szwy. Tata uparł się, że sam ją tam zawiezie, chociaż był pijany jak bela, więc znowu wpakował nas, dzieciaki, do samochodu w środku nocy i zabrał ze sobą. Byliśmy przerażeni. Krzyczeliśmy, kiedy samochód jechał zygzakiem po ulicach Gateshead, ale tata był zbyt pijany, żeby nas usłyszeć. Kiedy nasze wrzaski w końcu przebiły się przez jego zamroczenie, jego reakcja była typowa.

- Do jasnej cholery, zamknijcie się! Zamknijcie się albo się tam do was przejdę i sam was uspokoję! 

Zamknęliśmy się. Widzieliśmy wystarczająco dużo przykładów brutalności ojca i wiedzieliśmy, że nie zawahałaby się. Zatrzymałby samochód na środku drogi i spełnił swoją groźbę. 

Dorastając, przekonywałam się, co tak naprawdę kryje się w moim ojcu pod maską odnoszącego sukcesy miejscowego biznesmena. Tak naprawdę był bydlakiem. Pieniądze, którymi cały czas obracał, nie zawsze należały do nas. Okradał ludzi i często w drzwiach naszego domu pojawiali się ludzie - wielcy faceci, nierzadko przerażający - którzy szukali taty i żądali pieniędzy, które podobno był im winien. My, dzieciaki, dobrze wiedzieliśmy, jak ich spławiać.

- Oj, tata jest teraz za granicą. Nie, nie mam pojęcia, kiedy wróci. Może mama wie, ale gdzieś wyskoczyła. 

I odchodzili, czasami mamrocząc coś pod nosem, czasem wygrażając. Aż do następnego razu. Niełatwo się dorastało, wiele razy jako dzieci obawialiśmy się zasnąć. Baliśmy się, że ktoś zacznie walić do drzwi, usiłując za wszelką cenę dostać się do środka i odzyskać pieniądze, które byliśmy mu winni. Miało to jednak jeden pozytywny skutek - cała nasza trójka była bardzo ze sobą zżyta, jak sądzę, zjednoczona przeciwko wspólnemu wrogowi. A w miarę jak dorastaliśmy, nasza więź z mamą stawała się coraz silniejsza, brała na siebie prawie wszystkie wybuchy złości ojca i musiała na co dzień radzić sobie ze skutkami jego oszustw i zdrad. Gateshead nie jest wielkim miastem, a plotkarze nie trzymają języka za zębami. Wychodzenie za próg ze świadomością, co ludzie gadają o tych "cholernych Forsythach" za jej plecami, musiało być dla niej piekłem. Zgadza się, summa summarum tata był w pewnym stopniu ryzykantem. Zawsze uchylał się, chował i balansował, na głowie mamy zostawiając to, żeby zrobić po nim porządek. I potrafił być niewiarygodnie gruboskórny. W któreś Boże Narodzenie miał składać domek dla lalek, który kupił pod choinkę mojej młodszej siostrze, ale nie można było liczyć na to, że zostanie w domu i to zrobi. Mamie zależało, poprosiła, żebyśmy poszli go szukać. I w końcu go znaleźliśmy. Siedział sobie przy piwie i patrzył na striptizerki, które zrzucały z siebie ubrania dla starych, obleśnych facetów takich jak on. Wesołych świąt, tato.

I zgadza się, był brutalny, zawsze gotowy wyskoczyć z pięściami i skrzywdzić tych ludzi, których powinien kochać. Ale nie to było najgorsze. Gdzie tam. Przypuszczam, że gdyby chodziło tylko o pieniądze albo przemoc i nieustające wrażenie, że żyjemy na zboczu wulkanu, który może w każdej chwili wybuchnąć i zalać nas, dzieci, gorącą lawą, nie pałałabym do niego taką nienawiścią. Bo nienawidzę taty i boję się go do dzisiaj. Był złodziejem i dręczycielem. I pedofilem. Odkąd skończyłam trzy lata, tata wykorzystywał mnie seksualnie. Kazał mi robić odrażające rzeczy, które - jak myślę - sprawiały mu ogromną przyjemność, a mnie potwornie raniły, przez całe dzieciństwo. Czasami działo się to w łóżku. Przychodził do mojego łóżka albo nawet kazał się zadowalać w tym, które dzielił z mamą. Czasami działo się to w wannie. Tata często wyrywał się, żeby wykąpać mnie przed snem, żeby - jak mówił - dać mamie trochę odsapnąć. Oj, jakim troskliwym człowiekiem był ten mój tata. Nie mogę sobie przypomnieć, jak ani kiedy to się właściwie zaczęło. Co może pamiętać trzylatka? Ale dobrze pamiętam potworne uczucie strachu - strachu, który ściskał mi pierś i brzuch, pozbawiał tchu, przyprawiał o mdłości i zawroty głowy - kiedy wiedziałam, że tata zaraz zacznie mnie dotykać. Nazywał to naszym małym sekretem. Coś, co robią wyjątkowe małe dziewczynki ze swoimi tatusiami, bo ich kochają. Jeszcze dzisiaj z trudem zmuszam się, żeby napisać to zdanie. Co za okropność i perwersja mówić dziecku w ten sposób o miłości. Co za potworna i egoistyczna metoda wynaturzania czegoś pięknego w coś brzydkiego i brutalnego.

Ile razy leżałam w nocy w łóżku i słyszałam, że wchodzi po schodach? Ile razy wiedziałam, że idzie do mnie? Ile razy chowałam się pod kołdrą i udawałam, że łóżko jest zamkiem z mocnymi, wielkimi murami, które będą przeszkodą dla zła, i próbowałam zapanować nad strachem, który we mnie wzbierał? Ile razy z całych sił zaciskałam powieki, leżałam nieruchomo, udając, że śpię, tak przerażona, że bałam się nawet oddychać? Oczywiście to nigdy niczego nie zmieniło. Jeżeli tata mnie chciał, nie miał zamiaru pozwolić mi spać. Więc czułam jego ciężar na brzegu łóżka, słyszałam jego oddech i czułam w nim alkohol i papierosy, kiedy się nade mną pochylał. A potem jego ręce wsuwały się pod kołdrę, naruszając bezpieczny teren mojego zamku, a ja czułam wielkie, szorstkie palce dorosłego w miejscach, w których dziecko nigdy nie powinno ich czuć. W miarę jak dorastałam, tata posuwał się coraz dalej, dostosowując się - tak mu się chyba wydawało - do mojego rozwoju. Już mnie nie dotykał, teraz to ja musiałam dotykać jego. Dotykanie zmieniło się w głaskanie z jego nieuniknionym kłopotliwym skutkiem. Przez cały czas był to nasz mały sekret. Coś tak wyjątkowego, że nikt inny nie byłby w stanie tego zrozumieć, więc lepiej nikomu nie mówić. 

Kiedy się zorientowałam, że to jest złe? Kiedy mnie olśniło, że tatusiowie z córeczkami tego nie robią - normalni tatusiowie i córeczki? Chyba kiedy włożył mi go do ust. Na pewno wiedziałam to, zanim wepchnął go we mnie. No dobrze, wiedziałam. Wiedziałam, że to po prostu kolejny sposób, w jaki mój kochany tata z radością mnie rani. Nie wpychał we mnie jedynie palców i penisa. Wkładał mi też do środka noże albo nożyczki. Czasami mnie raniły i krwawiłam. Ale oczywiście nikt nie widział ran, bo miałam je wewnątrz. Ze skaleczoną tkanką jest tak, że rośnie i rośnie, okalając uszkodzenie ochronną warstwą zrogowaciałej skóry. Na moich cielesnych ranach tworzyły się strupy, a ja znalazłam sposób na to, jak radzić sobie z psychicznym bólem. Z kochającego, beztroskiego dziecka, starszej siostry dla rodzeństwa, tak bardzo zżytej z matką, stałam się dziewczynką, która sprawia kłopoty i z którą ciężko wytrzymać. Dostawałam przerażających napadów histerii tak, że bano się do mnie podejść, a wszelkie próby uspokojenia mnie kończyły się fiaskiem. Wrzeszczałam, krzyczałam, a kiedy płomienie złości się wypalały, wycofywałam się do mojego małego świata milczenia i dąsów. 

Czy mama zorientowała się, czym spowodowane były te nagłe i brutalne zmiany? Zawsze wydawało mi się, że musiała wiedzieć. Pewnego razu znalazłam list, który zaczął do niej pisać tata o tym, jak bardzo mu przykro, że mi to wszystko robi. Ale mama twierdzi, że nie wiedziała i że bała się go tak samo, jak ja. Jestem w stanie w to wierzyć. Widziałam ślady przemocy na jej twarzy zbyt wiele razy, żeby w to wątpić. Ale nie chodziło tylko o fizyczne rany, jakie zadawał tata, takie jak siniaki, które pokrywały jej ciało. Nie chodziło też o potworne blizny na psychice wywołane tym, że dorastałam jako zabawka seksualna dorosłego. Najgorszym w tym wykorzystywaniu - czymś, czego nigdy mu nie wybaczę - jest to, że rozbił naszą rodzinę. Na zawsze. Każde seksualne wykorzystywanie powoduje w dziecku głębokie i długotrwałe szkody, ale do wyjątkowo okropnych należy wykorzystywanie przez kogoś, kto powinien się o ciebie troszczyć i cię kochać. Wywołuje to zjadliwie niszczące skutki dla każdego kolejnego związku. Poznałam setki kobiet, które były molestowane przez ojców i każda opowiada tę samą historię o tym, że w końcu zaczynają obwiniać matki za to, że nie zdołały ich ochronić. Powiedziałam mamie, że jej wierzę, kiedy zapewniała, że niemiała pojęcia, że tata mnie molestuje i zapewniłam ją, że to już przeszłość, że się nie liczy. Ale, jeżeli mam być szczera, to, co zrobił tata, rozdzieliło nas na większą część życia.

Dlaczego wybrał mnie? Nigdy nie tknął mojej młodszej siostry i - chociaż bił brata, czasami dość mocno - jego też nigdy seksualnie nie wykorzystywał. Co takiego w sobie miałam, że go do tego skłoniło? Zawsze chciałam wiedzieć. I pewnego dnia tata mi powiedział... oczywiście w typowy dla siebie, czarujący sposób.

- Nie jesteś moją córką! - wykrzyczał. - Jesteś kogoś innego, bękarcie! Od tamtego dnia to był powód seksualnego wykorzystywania, bicia, kopania... wszystkiego, czym mnie dręczył. Czy to prawda? Nie wiem i chyba nigdy się nie dowiem. Mama zaklina się, że to bzdura, że wszyscy troje jesteśmy jego dziećmi. Ale nawet gdyby to była prawda, to nie powód, żeby robić coś takiego małej dziewczynce. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla seksualnego wykorzystywania dziecka, własnego ani cudzego. Seks jest dla dorosłych, nie dla dzieci.

Wiele się dowiedziałam na temat tego, jaki wpływ na dzieci mają podobne przeżycia. O niektórych rzeczach przekonałam się w bolesny sposób na własnej skórze, reszty dowiedziałam się z książek albo z rozmów z ludźmi, którzy to rozumieją. Często dzieje się tak, że umysł stara się zablokować tyle bolesnych wspomnień, ile tylko jest wstanie. Może właśnie dlatego pamiętam tylko niektóre rzeczy, które robił tata. Może też właśnie dlatego nikt nie widział, co się działo. To wszystko zaczęło się na początku lat osiemdziesiątych. Wtedy o pedofilii nie mówiło się za dużo. Nawet kiedy wybuchła afera z wykorzystywaniem dzieci w Cleveland w Middlesbrough w 1987 roku. Dwoje lekarzy pediatrów wywołało falę protestów w całym kraju, kiedy w ciągu zaledwie trzech miesięcy zdiagnozowali skutki wykorzystywania seksualnego u stu trzydziestu jeden dzieci. Media oszalały, a politycy jeździli po całym północnym wschodzie. Gazety i telewizja podawały informacje o dzieciach siłą odbieranym niewinnym rodzicom i obwiniały pracowników opieki społecznej i lekarzy. Zaczęły nawet sugerować, że ze względów bezpieczeństwa lepiej, żeby rodzice nie przytulali dzieci i żeby mężczyźni nie kąpali synów i córek. Że "socjalni" mogą przyjść i odebrać dzieci, jeżeli się o tym dowiedzą. Lekarze i pracownicy opieki społecznej zapewniali, że to bzdury i że istnieją niepodważalne dowody na molestowanie. Ale ich głosy nie miały siły przebicia - wszyscy mówili tylko o niewinnych rodzicach.

Cleveland leży niecałe siedemdziesiąt kilometrów na południe od Gateshead. Miałam jedenaście lat, kiedy ta sprawa stała się głośna. Oczywiście o niczym nie miałam pojęcia. Ale tata robił mi te rzeczy już wtedy od wielu lat i dobrze wiedziałam, jak to jest być małą dziewczynką wykorzystywaną seksualnie przez dorosłego mężczyznę. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego inni nie widzieli, jaką krzywdę mi wyrządza. Myślałam, że nauczyciele w szkole coś zauważą i że przyjdą do nas i powiedzą tacie, żeby przestał. Ale tak się nie stało. Może z powodu afery w Cleveland, dosłownie kilkadziesiąt kilometrów dalej, nauczyciele i pracownicy opieki społecznej bali się, że zaczną dostawać wrogie, pełne nienawiści listy, podobnie jak lekarze z Cleveland. Nie wiem, jaka była przyczyna. W każdym razie nikt się nie odezwał, a ja dalej byłam małą niewolnicą taty. 

W szkole podstawowej wydawałam się cichym, samotnym dzieckiem. Mama mówi, że miałam koleżanki, jak każda dziewczynka, że przychodziły na herbatę albo nocowały u nas w domu. Ale ja nie pamiętam, żebym miała koleżanki ani żebym z kimkolwiek rozmawiała. Już w wieku siedmiu lat wiedziałam, że jestem inna, przez to, co robił ze mną tata. Pamiętam, iż myślałam, że nie mogę pozwolić, żeby ktokolwiek spał w moim pokoju, bo to, co się tam działo, musiało pozostać tajemnicą. Nie wydaje mi się, żeby ktoś w szkole zwracał na mnie większą uwagę, mimo że zachowywałam się coraz gorzej, a moja zmienność nastrojów się pogłębiała. Nauczyciele czasami pytali mnie, co się ze mną dzieje, ale nigdy nie odezwałam się do nich słowem. I chyba nikt nie drążył tematu.

Nagle, kiedy miałam jedenaście lat, coś się stało. Przestałam chodzić. Było to zupełnie nagłe. Jednego dnia chodziłam jak wszyscy inni, następnego - moje nogi nie były w stanie się ruszyć. Mama od razu zabrała mnie do szpitala, temperatura zaczęła mi rosnąć i dostałam dreszczy. Kiedy badali mnie lekarze, zapadałam w śpiączkę i się z niej wybudzałam. W szpitalu spędziłam prawie cztery tygodnie. Schudłam przeraźliwie. Straciłam kilkanaście kilogramów w bardzo krótkim czasie i wyglądałam jak szkielet. Trzeba było wielkiego wysiłku pielęgniarek i lekarzy, żebym wyzdrowiała. Musieli nauczyć mnie chodzić od nowa, jakbym była dzieckiem. Musiałam ćwiczyć o kulach, potem tylko z jedną, wolną ręką, chwytając się wszystkiego, na co udało mi się trafić. Długo wracałam do siebie. I w dalszym ciągu nikt nie potrafił powiązać ze sobą faktów i nie zorientował się, co było przyczyną problemu. Nawet kiedy przyszedł mnie odwiedzić tata i - z tego, co opowiadała mi mama - wyraźnie się skrzywiłam, kiedy wszedł na salę. Nawet wtedy nikt nie wpadł na to, co było oczywiste jak dwa razy dwa, nie mówiąc już o tym, żeby doliczyć się, że to cztery. Spoglądając wstecz, mam ochotę krzyknąć do tych wszystkich lekarzy i pielęgniarek: "Patrzcie, nie widzicie?! Ta dziewczynka jest wykorzystywana! Robi jej to tata. To dlatego nie może chodzić, schudła i do nikogo się nie odzywa". Ale tak właśnie jest z perspektywą czasu -wszystko wydaje się oczywiste. W końcu wypisali mnie do domu. Do mamy i taty, do wszystkiego, co na mnie tam czekało.





Czy tata przestał? Choć na chwilę? Nie wiem. To jedno ze wspomnień, które mój umysł wymazał. Pamiętam za to, że na swój cudowny sposób powitał mnie w domu - kiedy kuśtykałam, cały czas niepewnie czując się na nogach, przestraszona, że upadnę, mój wspaniały tata kopał mnie po nogach, usiłując mnie przewrócić. A żebym czuła się zupełnie wyjątkowo, nazywał mnie bękartem. Znowu.



CDN.

środa, 2 września 2020

WITAJ REWOLUCJO!!!

CZYLI LEWICOWA "LOGIKA"


DZIŚ KRÓTKO, PARĘ FILMÓW NA TEMAT LEWICOWEJ (REWOLUCYJNEJ) RZECZYWISTOŚCI, ORAZ MÓJ KOMENTARZ DO WYDARZEŃ Z USA



NA POCZĄTEK ROZMOWA Z FEMINISTKĄ:





 NOWA, LEWICOWA MODA - "MANSPLAINING",
CZYLI KOLEJNY FRONT, NA KTÓRY FEMINISTKI WCIĄGAJĄ KOBIETY DO WALKI Z MĘŻCZYZNAMI. PYTANIE TYLKO KOMU TAK NAPRAWDĘ TO SŁUŻY I CZY NA PEWNO KOBIETOM?





NAWIEDZONA RASISTKA I FEMINISTKA OBRAŻA LUDZI DOKOŁA, BO MĘŻCZYZNA POWIEDZIAŁ JEJ: "DZIEŃ DOBRY"
DLA MNIE KWALIFIKUJE SIĘ CO NAJMNIEJ NA BADANIA PSYCHOLOGICZNE, A NAJLEPIEJ NA STAŁY POBYT W SZPITALU PSYCHIATRYCZNYM.
JEST TO TEŻ KOLEJNY PRZYKŁAD, CO FEMINIZM ROBI Z KOBIETAMI I JAK NISZCZY ZWIĄZKI MIĘDZYLUDZKIE





NASTĘPNA FEMINISTKA PAPLA COŚ O "TOKSYCZNEJ MĘSKOŚCI"
 KOLEJNEJ, LEWICOWEJ NOWOMOWIE, WYMYŚLONEJ NA POTRZEBY WALKI REWOLUCYJNEJ FEMINISTEK Z MĘŻCZYZNAMI.
"CHŁOPCY NIE BĘDĄ CHŁOPCAMI" - NIE? 
TO MOŻE ZRÓBMY Z NICH DZIEWCZYNKI I WPUŚCIMY DO ŻEŃSKICH TOALET I ŻEŃSKIEGO SPORTU I OCZYWIŚCIE DO... ORGANIZACJI FEMINISTYCZNYCH.
Z PEWNOŚCIĄ WSZYSTKIE KOBIETY BĘDĄ Z TEGO FAKTU BARDZO ZADOWOLONE





HIPOKRYZJA FEMINISTEK:
KRYTYKUJĄ "TOKSYCZNĄ MĘSKOŚĆ" I MĘSKIE ZACHOWANIA JAKO "SEKSISTOWSKIE", ALE GDY KOBIETY ZACHOWUJĄ SIĘ PODOBNIE DO MĘŻCZYZN, WÓWCZAS NAZYWAJĄ TO  
"RÓWNOŚCIĄ" LUB "RÓWNOUPRAWNIENIEM"
W RZECZYWISTOŚCI JEDNAK FEMINIZM, PODOBNIE JAK  KAŻDY MARKSISTOWSKI WYTWÓR, BAZUJE JEDYNIE NA STAŁYM PODSYCANIU NIENAWIŚCI I CIĄGŁEJ, NIEKOŃCZĄCEJ SIĘ WALKI. WCZEŚNIEJ DZIAŁO SIĘ TAK W RAMACH "WALKI KLAS", TERAZ ZAŚ W RAMACH "WALKI PŁCI" I "WALKI RAS"





I TERAZ PRAWDZIWA DELICJA:
ODPOWIEDŹ AMERYKAŃSKICH STUDENTÓW 
NA PYTANIE "ILE MAMY PŁCI?" 😂






 Jakiś czas temu, kupiłem książkę autorstwa niejakiej Marilyn Yalom, opowiadającej o historii żon na przestrzeni dziejów. Wszystko byłoby ok, gdybym w ostatnim rozdziale tej książki nie spotkał się z tezą pochwalną na temat "wyzwolenia kobiet" dzięki rewolucji seksualnej zapoczątkowanej przez Alfreda Kinseya. Autorka pisała tam że jego badania stały się bestsellerami i doprowadziły do utrwalenia linii następnych pokoleń seksuologów. Przypomnę tylko, że (oficjalnie) Kinsey pisał iż przynajmniej 1/3 mężczyzn miała (lub będzie miała) doświadczenia w seksie homoseksualnym, że ponad 10 % mężatek to lesbijski i że ponad 50 % mężczyzn będących w związkach małżeńskich, zdradziło swe partnerki. Powiem tak: po przeczytaniu odniesienia autorki książki do Alfreda Kinseya, jedyne co mogłem zrobić z tą książką, to wrzucić ją do kominka (a była to "cegła" licząca prawie 500 stron). Pięknie się paliła, żałowałem tylko że w ogóle coś takiego wziąłem do rąk. Jeśli zaś zapytacie mnie dlaczego tak postąpiłem, odpowiedź jest prosta: autorka książki jest albo głupia, albo tak samo chora i wynaturzona jak Kinsey - gdyż ten bydlak, to ludzkie ścierwo - nigdy nie powiien chodzić po ziemi, a co dopiero być cytowanym i uważanym za prekursora "wyzwolenia kobiet". Swoją drogą feminizm niewiele różni się w swym przekazie od praktyk Kinseya, więc można powiedzieć że rzeczywiście "wyzwolenie kobiet" postępuje wedle ustalonego ściśle wzorca. Mam bowiem nadzieję że nie muszę jeszcze na tym forum tłumaczyć kim był Kinsey i co takiego praktykował? Powiem tylko że nazwanie go pedofilskim bydlakiem, który nagrywał gwałty na dzieciach, aby następnie stwierdzić ile to miały one "orgazmów" (owe "orgazmy" polegały na tym, że gdy dziecko broniło się przed gwałtem, płakało, krzyczało, wyrywało się, prosiło - on odnotowywał to jako "kolejny orgazm" i ostatecznie wychodziło mu że podczas jednego gwałtu dzieci przeżywały po kilkanaście a nawet kilkadziesiąt "orgazmów" - a to prowadziło do stwierdzenia że... dzieci od urodzenia są seksualne i należy je "seksualnie pobudzać" co dziś już oficjalnie nakazuje ŚWiatowa Organizacji Zdrowia). Nazwanie Kinseya chodzącym łajnem, doprawdy jest najłagodniejszym określeniem na jego temat, a każdy kolejny seksuolog, który posiłkuje lub odwołuje się do "badań" Kinseya - jest współsprawcą w jego kłamstwie i zbrodni popełnianej na dzieciach.






Niestety, w dzisiejszych rewolucyjnych czasach, takie postaci są uważane za ikony nowoczesności i postępu, za latarnie "wiodące lud ku wyzwoleniu seksualnemu" (w tym wyzwoleniu z okowów płci, tożsamości, wiary, tradycji, kultury - czyli wszystkiego tego, co pragną zniszczyć marksiści). Dobitny jest tutaj przykład George'a Floyda z Minneapolis w Minnesocie - przestępcy i ćpuna, co porzucił swoją rodzinę by dokonywać napadów z bronią w ręku - który stał się "bohaterem" lewicy. Bohaterem, ponieważ podczas zatrzymania policyjnego udusił się będąc pod wpływem narkotyków (już oficjalnie zostało to potwierdzone przez lekarzy toksykologów). Pochowano go więc w pięknej trumnie jak bohatera, zaś dzicz z Antify i Black Lives Matter przez kilkanaście dni dokonywała rabunków mienia, podpaleń i zniszczeń na niespotykaną dotąd w Ameryce skalę. Stworzono nawet w mieście Seattle (zdominowanym w 99 % przez białych) specjalną strefę wydzieloną, w której miano wprowadzić "komunistyczny raj na ziemi". Strefa ta, o nazwie: "Capitol Hill Autonomous Zone", istniała zaledwie... cztery dni (od 8 do 12 czerwca 2020 r.). Gdy całe to białe, lewicowe towarzystwo z Antify zgłodniało (założono tam ponoć nawet jakiś ogródek zwany "Farmą", na którym sadzono ukradzione z pobliskiego marketu zielska oraz kwiaty. Kładziono je jednak na posypane ziemią... kartony 😅, co spowodowało że bardzo szybko wszystko zwiędło 😘 Rewolucyjna inteligencja tych ludzi doprawdy poraża) i gdy rozkradziono już towary z pobliskich sklepów - całe to towarzystwo po prostu... rozeszło się do domów (pozostawiając niestety cały teren, jako schronienie dla wszelkich przestępców i szkolonych w ulicznych walkach oddziałów Antify).




Teraz też w mieście Kenosha w stanie Wisconsin zastrzelony został czarnoskóry mężczyzna, który nie reagował na polecenia policji, trzymając w reku nóż i grożąc że wszystkich policjantów nim pozabija, a następnie próbował sięgnąć do auta po jeszcze skuteczniejszą broń. Wówczas to policja oddała do niego siedem strzałów i nagle lewicowe media amerykańskie dostały sraczki, tradycyjnie mieszając z błotem policję i opowiadając kłamstwa (taki przekaz usłyszałem jako pierwszy) że ów mężczyzna odwrócił się do swych dzieci, siedzących z tyłu samochodu i wtedy właśnie zostały oddane do niego strzały. Kolejny lewicowy męczennik (choć nie umarł - a jest w śpiączce). Bardzo szybko do Kenosha przybyli ściągnięci z Chicago bandyci Antify i "Black Nikes Matter" dokonując tam kolejnych podpaleń, rabunków i ataków na ludzi broniących jedynie swojego mienia i życia. Podczas jednej z prób odebrania broni 17-letniemu ochroniarzowi - Kyle Rittenhouse'owi, ten młody chłopak zastrzelił dwóch antifiarskich napastników (a trzeciego poważnie ranił). Tak się akurat złożyło (jak zwykle w przypadku lewicy) że jednym z napastników był 36-letni Joseph Rosenbaum - figurujący w policyjnej kartotece jako pedofil (być może jeden z uczniów "doktora" Kinseya). Kolejny rewolucyjny "bohater" oddał swe życie w walce z tą okropną amerykańską opresją białych ludzi (żeby było ciekawie, Rosenbaum też był biały, poza tym miał - jak można się domyślić - "eskimoskie" pochodzenie). 







Te zamieszki nadal jeszcze trwają, ale już demokraci (którzy wraz Chińczykami rozkręcają całą tę marksistowską "płomienną imprezę" dla Amerykanów w miastach USA) zaczęli się niepokoić, że dalsze podgrzewanie protestów może przysłużyć się Trumpowi i doprowadzić go do zwycięstwa w jesiennych wyborach prezydenckich w USA. Nie będę tego komentował (postaram się do tego wrócić w zupełnie nowym komentarzu) i choć sam mam kilka zastrzeżeń do Donalda Trumpa, to jednak mocno mu kibicuję i mam wielką nadzieję że jeśli Amerykanie nie chcą u siebie marksistowskiego zamordyzmu (swoją drogą zastanawiam się który normalny człowiek atakuje drugiego człowieka trzymającego broń w ręku - i to pokaźnej wielkości karabinek - po to tylko aby mu ją odebrać? Przecież taki człowiek musi się liczyć z tym, że może zostać odstrzelony. Zapewne jednak Antifa uważa że jest całkowicie chroniona przez władze, więc nikt nie odważy się do nich strzelać. Cóż w tym przypadku przeliczyły się "biedne misie"), jeśli Amerykanie nie chcą ograniczania praw policji, płonących miast i ataków na ludzi broniących swego mienia - to nie zagłosują na paralityka, stojącego już nad grobem i jego feministycznej "uciskanej" lalki, ale oddadzą głos właśnie na Donalda Trumpa. To bez wątpienia leży w interesie Amerykanów, lecz również leży to w interesie Polski i Polaków (uważam że amerykańska Polonia w tych wyborach w ogromnej większości zagłosuje na Trumpa - a wnoszę to z rozmów jakie prowadzę z kilkoma znajomymi Amerykanami polskiego pochodzenia, którzy mają dość dobre rozeznanie w tym środowisku). Może więc Polonia będzie tym "języczkiem u wagi" który przechyli szalę na korzyść obecnego prezydenta USA. I znów sobie wzajemnie pomożemy, tak jak podczas Wojny o Niepodległość USA, gdzie Polacy: Tadeusz Kościuszko (m.in.: współautor zwycięstwa pod Saratogą w 1777 r. gdzie Brytyjczycy nie byli w stanie pokonać wzniesionych przez niego fortyfikacji, a także autor murów akademii wojskowej w West Point), Kazimierz Pułaski (twórca amerykańskiej kawalerii) wspomogli rodzący się do życia amerykański naród. Potem zaś, w 1920 r. podczas wojny z polsko-sowieckiej, amerykańska eskadra lotnicza (7 eskadra myśliwska, zwana też "Eskadrą Kościuszkowską") pod dowództwem Meriana C. Coopera (tego samego który w 1933 r. wyreżyserował film "King Kong"), równie bohatersko walczyła na froncie walki z bolszewikami.
 








GOD BLESS POLAND! - GOD BLESS AMERICA!