Mali chłopcy zawsze chcą być żołnierzami,Indianami,
policjantami, strażakami albo prezydentami - rosną, starzeją się, bywają żołnierzami, Indianami, strażakami, policjantami, prezydentami. Miewają już swoje komże, psy i okręty - a jednak tak naprawdę chcą jedynie być kimś innym i zadręczają się tym do śmierci.
Nieszczęśliwy kto nie jest takim małym chłopcem, dorosłym małym chłopcem, który gdzieś w zakamarku duszy hołubi wielkie marzenie, tęsknotę za czymś innym, odległym, lepszym...
CZYLI BROSZURA WYDANA W 1938 ROKU POD EGIDĄ "POLITYKI"
DZIŚ KOLEJNA ODSŁONA TEJ JUŻ NIECO ZAPOMNIANEJ SERII
POLSKA IDEA IMPERIALNA
Cz. VIII
VI
POLITYKA SPOŁECZNO-GOSPODARCZA
Cz. II
5. ZAKRES WŁASNOŚCI PUBLICZNEJ
Zanim wskażemy kierunek powyższych reform, musimy stwierdzić, że stojąc na gruncie własności prywatnej, nie tylko nie eliminujemy własności publicznej, lecz przeciwnie stwierdzamy, że zakres jej ustawicznie rośnie. Dzieje się tak dlatego, że zwiększa się stale ilość usług i dóbr, których produkcja nie opłaca się bezpośrednio, a które ze względów ogólnogospodarczych muszą być produkowane. Tego rodzaju produkcja może być prowadzona jedynie przez państwo. Poza ten teren państwo nie powinno jednak wychodzić.
Żądamy, innymi słowy, aby wszystkie przedsiębiorstwa które winny być w zasadzie rentowne, w administracji publicznej jednak są źródłem strat pokrywanych z podatków albo też odrzucają minimalne zyski, zostały uprywatnione. Nie może to oczywiście dotyczyć przemysłu wojennego w ścisłym tego słowa znaczeniu, który z całego szeregu poza gospodarczych względów winien pozostać w rękach państwa i względy rentowności schodzą w odniesieniu do niego na plan drugi. Należy się jedynie sprzeciwiać zbyt szerokiej interpretacji przemysłu wojennego, ponieważ wtedy każdy prawie przemysł mógłby zostać w obecnych warunkach zaliczony do tej kategorii i uznany za bezsprzeczną domenę przedsiębiorczości państwowej.
6. KRYTERIA PLANOWANIA GOSPODARCZEGO
Stojąc na gruncie własności prywatnej kierujemy się nie wygodą właścicieli, ale koniecznością eliminacji marnotrawstwa przez sprawną organizację produkcji. Żądamy też socjalizacji nie własności prywatnej, ale płynących z niej zysków, które nie powinny być przejadane, lecz po uwzględnieniu pewnych konieczności konsumpcyjnych samych przedsiębiorców, reinwestowane. Reinwestowanie to nie może się jednak odbywać w sposób dowolny, lecz winno być zorganizowane w myśl określonego programu. Odpowiednim kryterium programowym mogą być jedynie potrzeby szerokich mas ludności, których ograniczenie wino mieć miejsce tylko z uwagi na zbiorowe potrzeby państwa. Należy sobie też zdawać sprawę, w jaki sposób przejawiają się potrzeby mas, oraz jaki wpływ na ich zaspokojenie wywiera zwiększenie wydatków na potrzeby publiczne.
Istnieje pewne minimum potrzeb, które winny być zaspokojone przez każdą jednostkę, zanim ktokolwiek uzyska prawo zaspokojenia potrzeb wyższego rzędu. Postulat ten jest podstawą naszego żądania, aby w pełni zatrudniono bezrobotnych oraz zużyto na ten cel cały przyrost dochodu społecznego - nie zaś na zwyżkę płac osób już zatrudnionych. Z chwilą jednak, gdy osiągniemy pełne zatrudnienie, winno się pozostawić wyborowi jednostki, na zaspokojenie jakich potrzeb pragnie ona obrócić swe dochody. Sprzeciwiamy się zatem ingerencji państwa w wolność konsumpcji za wyjątkiem tych jej form, które wiodą do degeneracji fizycznej i duchowej, względnie osłabiają państwo w walce konkurencyjnej z zagranicą.
Z powyższego postulatu wynikają doniosłe konsekwencje. Różnorodność potrzeb ludzkich jest tak olbrzymia, że nie istnieje jakakolwiek możliwość przewidywania i obliczania każdorazowo, co i w jakiej ilości należy produkować. Jedynym wskaźnikiem w tym względzie jest głosowanie konsumentów, odbywające się poprzez rynki towarowe. Ceny dóbr najbardziej przez konsumentów pożądanych idą w górę, dając w ten sposób znać, że produkcja ich powinna być zwiększona. Obniżenie tych zwyżkujących cen, celem udostępnienia odnośnych dóbr szerszym masom ludności, jest możliwe jedynie przez zwiększenie ich produkcji. (...) Tak zatem fluktuacje zysków w poszczególnych gałęziach produkcji są jedynie wskaźnikiem, mówiącym w jakim kierunku winien być rozbudowany aparat produkcyjny, jeżeli ma służyć zaspokajaniu potrzeb ludności. (...)
7. REWIZJA POLITYKI KARTELOWEJ
Obecnie musimy wysunąć z kolei żądanie, ażeby narastające zyski mogły płynąć właśnie do tych gałęzi produkcji, których dóbr ludność najbardziej potrzebuje, co się objawia we wzroście ich rentowności. Żądamy usunięcia wszelkich przeszkód, jakie różnego rodzaju grupy interesów stwarzają, ażeby utrzymać swe anormalnie wysokie dochody, nie dopuszczając do ich wyrównania z ogólnym poziomem i wyrządzając tym samym olbrzymią szkodę całości gospodarstwa społecznego. Oznacza to konieczność przywrócenia wolnej konkurencji tam, gdzie działanie jej zostało wysiłkami różnych grup interesów zawieszone. W tym też kierunku winna iść integracja państwa. Zwalczamy też bezwzględnie te formy ingerencji państwa, które czy to przez nieudolność biurokracji, czy też na skutek zabiegów różnych grup interesów działają w kierunku odwrotnym tzn. stwarzają niczym nie uzasadnione przywileje produkcyjne, utrudniające kapitałowi oraz pracy ludzkiej ich odpływ w kierunku, gdzie są najbardziej pożądane.
Istnieją jednak gałęzie produkcji, w których rozwój techniki doprowadził do takiego stopnia koncentracji, że przywrócenie wolnej konkurencji jest w nich niemożliwe. W odniesieniu do tych gałęzi produkcji domagamy się z jednej strony kontroli cen, mającej na celu uniemożliwienie wyzysku konsumenta, z drugiej zaś strony ustalenia pewnego minimum płac dla zatrudnionych robotników; minimum nieprzekraczającego jednak ogólnego poziomu płac. Tą właśnie drogą winno się odbyć uspołecznienie omawianych gałęzi produkcji, nie zaś przez ich upaństwowienie, które staje się źródłem olbrzymiego marnotrawstwa z uwagi na niedołęstwo biurokratyczne, nad którym nie można już rozciągnąć odpowiedniego środka kontroli. Państwo może bowiem kontrolować produkcję prywatną, ale państwa z kolei nie ma już kto kontrolować.
Sejm bowiem nie nadaje się do kontroli zawiłych procesów technicznych. Upaństwowienie jako forma uspołecznienia jest możliwe tylko w odniesieniu do tego rodzaju monopolów, których eksploatacja jest z punktu widzenia technicznego tak prosta, że ulega łatwej mechanizacji i w związku z tym można rozciągnąć nad nią przejrzystą kontrolę. Drugim wyjątkiem są monopole o charakterze par excellence podatkowym. Zasadniczym dążeniem państwa winna być jednak nie kontrola nad kartelami, ale ich całkowita likwidacja wszędzie tam, gdzie to jest możliwe. Winien w tym celu być wprowadzony ustawowy zakaz zawierania wszelkiego rodzaju zmów gospodarczych, dotyczących czy to ceny ostatecznego produktu, czy też odmowy sprzedaży produktów pewnej kategorii nabywcom. Ustawowe zakazy posiadają jednak problematyczne znaczenie, dlatego też najlepszą formą likwidacji karteli jest w słabo uprzemysłowionym kraju dopuszczenie konkurencji zagranicznej.
Z silnej ochrony rynku wewnętrznego winno korzystać tylko kilka najbardziej podstawowych gałęzi przemysłu, na których dzięki temu skupiłby się wysiłek inwestycyjny kraju, doprowadzając do ich szybkiej rozbudowy i usamodzielnienia się. Silna i szeroka ochrona rynku wewnętrznego, przerastająca w dodatku możliwości inwestycyjne kraju, jest tylko szkodliwym rozpraszaniem wysiłków i zbędnym podrażaniem kosztów produkcji, które w rezultacie uprzemysłowienie kraju w poważny sposób utrudniają. Jest już najwyższy czas skończyć cieplarnianymi warunkami, jakimi otoczono w Polsce ciężki przemysł, zabijając w ten sposób rozwój przemysłu przetwórczego odciętego zarówno od tanich źródeł energii jak i taniego surowca. Uniemożliwiono tym samym odpływ nadmiaru rąk ludzkich ze wsi do miast, pogłębiając nędzę chłopską i kryzys ustroju rolnego.
PS: Obecnie autorzy owej broszury, wydrukowanej na łamach "Polityki" w roku 1938, skupiają się na kwestiach gospodarczych, używając przy tym często trudnego języka fachowego, przez co temat nie wydaje się zbytnio ciekawy dla osób bezpośrednio nie związanych z zagadnieniami rolno-handlowymi i przemysłowymi. Wszakże - choć powoli zbliżamy się już do końca - będą jeszcze tematy związane z kulturą i opinią publiczną.
PS2: Tutaj też muszę się pochwalić jakiego mam zdolnego siostrzeńca. Ma co prawda zaledwie pięć lat ale w jego przedszkolu wybrany został do recytowania patriotycznego wierszyka na 11 listopada. Spytałem się go, czy wie jak to się stało, że Polska jest wolna i niepodległa, licząc na to, że albo nie odpowie, albo będzie próbował szukać jakichś dziwnych wymówek, jak to czynią dzieciaki w tym wieku. On powiedział coś, co mnie dosłownie zbiło z nóg, a mianowicie rzekł: "Bo byliśmy sprytni!" 👍. I przyznam się szczerze że sam lepiej chyba bym tego nie podsumował. W końcu stworzyć armię pod bokiem niemiecko-austriackich zaborców (a także zaborcy rosyjskiego, w końcu nie należy zapominać również o Legionie Puławskim), wypchnąć wraz z nimi Polski zaborcą moskiewskiego, a potem po przystąpieniu USA do wojny, zmienić stronę wspierając aliantów. Zwycięstwo bowiem ani Niemiec ani Rosji nie było nam na rękę, a jedynie klęska tych wszystkich państw i rozpad Monarchii Habsburskiej mógł doprowadzić do ponownego odrodzenia Rzeczpospolitej, i tak się właśnie stało. Tutaj w dużej mierze zagrało szczęście, ale tego szczęścia by nie było, gdybyśmy nie potrafili skutecznie wykorzystać okienka czasowego które się dla nas otworzyło, a to właśnie objawiło się w naszym sprycie, pomysłowości i upartym dążeniu do celu.
Jak myślicie Kochani, jak długo możemy czekać na to, aby wreszcie urzeczywistnić marzenie które musi stać się ciałem. Marzenie pokoleń Polaków, zarówno tych którzy budowali Rzeczpospolitą Niepodległą po I Wojnie Światowej, jak i tych, którzy żyć musieli w kraju podporządkowanym Moskwie, w kraju biedy i marazmu, beznadziei i serwilizmu. Ta nadzieja jednak nigdy nie umarła. Ona żyła w ludziach nawet wówczas, gdy musieli wyjeżdżać do innych krajów, na Zachód Europy lub do Stanów Zjednoczonych, gdzie ludzie żyli zupełnie inaczej, gdzie wolność była naturalnym przejawem zarówno w polityce jak i w gospodarce, gdyż Europa (a po części również USA) nie były opanowane jeszcze przez kulturowych marksistów. Wyrwanie się więc z tego prl-owskiego marazmu, było marzeniem tysięcy Polaków. Lecz tak naprawdę marzyli oni o tym, aby we własnym kraju zbudować drugą Amerykę, żeby tworzyć Wolną i Niepodległą Polskę i móc swobodnie gospodarzyć na swojej ziemi. Tak naprawdę od 1939 r. na dłuższą metę nie było to możliwe, gdyż najpierw była niemiecko-sowiecka okupacja, potem sowieckie "wyzwolenie" - zakończone kolejnym podporządkowaniem i zamianą naszego kraju w moskiewską satelitę, a na końcu już, gdy było wiadome że ten ustrój demokracji ludowej dosłownie się rozpada, paru cwaniaków wymyśliło sobie transformację, która polegać miała tylko i wyłącznie na wydrenowaniu dotychczas wypracowanego majątku narodowego w ręce kilku tysięcy ludzi służb i dawnej partii (oczywiście dokooptowano do tego tych najbardziej rokujących opozycjonistów z Solidarności). Okres rozwoju gospodarczego (począwszy od ustawy Wilczka z 1988 r. aż do wprowadzenia planu Balcerowicza z 1990 r.) był zbyt krótki, aby mógł przynieść realne korzyści, ale jednocześnie pokazał że Polacy mają niesamowity zmysł przedsiębiorczości i pragną - a przede wszystkim potrafią - budować swoją ekonomiczną siłę, jeśli tylko nikt nie będzie im w tym przeszkadzał. Plan Balcerowicza i "schładzanie gospodarki", a potem wyprzedaż najważniejszych aktywów w obce ręce doprowadził do tego, że realnie znów cofnęliśmy się do pozycji kraju półkolonialnego, drenowanego przez obcy kapitał i będącego na łasce obcych stolic.
Przez lata też wmawiano nam, że "kapitał nie ma narodowości" i że wyprzedaż majątku narodowego jest jak najbardziej konieczny, że powinniśmy się cieszyć że ktokolwiek chce cokolwiek od nas kupić itd. itp. Rządzili nami ludzie, dla których była to "oczywista oczywistość" i którzy naprawdę wierzyli w te brednie, węsząc przy tym własną korzyść. Jakże obce im było myślenie w kategoriach prorozwojowych, myślenie w kategoriach nie tylko gospodarczej suwerenności, ale przede wszystkim polskiej ekonomicznej ekspansji w Europie i poza Europą. Rozmowa Bartłomieja Sienkiewicza z 2018 r. dla Klubu Jagiellońskiego, której otwarcie twierdził iż: "Polska zawsze będzie krajem peryferyjnym. W naszym interesie jest rezygnacja ze snów o podmiotowości. Tylko wówczas w spokoju będziemy mogli korzystać z dobrodziejstw naszego peryferyjnego położenia. Jesteśmy wewnętrzną gospodarką Niemiec, wywijanie szabelką to samobójstwo", doskonale pokazuje w jak bardzo toksyczne były nasze tzw. elity polityczne (co ja mówię jakie elity, nasze elity zostały rozstrzelane w katyńskim lesie i na błoniach Palmir oraz krematoriach niemieckich obozów koncentracyjnych i sowieckich łagrów).
Mentalność która opanowała te nasze elity III RP nie była wcale nowa. Zresztą elity te też nie były nowe. Większość z nich pochodziła bowiem z rodzin komunistycznych genseków partycypujących w rozkradaniu zajętego przez Sowiety kraju, a duża część również uczestniczyła w zbrodniach popełnianych na ostatnich Żołnierzach Wolnej Polski, zwanych dziś Żołnierzami Niezłomnymi lub Wyklętymi. Ich dzieci rosły w zupełnie innym środowisku niż większość Polaków w powojennej, komunistycznej rzeczywistości ciągłego niedoboru produktów pierwszej potrzeby. Żyli jak pączki w maśle, choć oczywiście z biegiem lat część z nich zbuntowała się przeciwko rodzicom (bowiem tak już jest, że dzieci najczęściej buntują się przeciwko zastanym regułom swoich rodziców, ale ten bunt z reguły jest tylko przelotnym młodzieńczym kaprysem, z reguły bowiem niedaleko pada jabłko od jabłoni). Ten bunt lat 60 zrodził takie postaci jak Adam Michnik, Jacek Kuroń, Bronisław Geremek, Karol Modzelewski, Jan Tomasz Gross i wielu innych. O tym jak nieistotny był to bunt, świadczy fakt że ci ludzie w większości powielali to wszystko co zostało im wtłoczone do głowy, w czym wychowywali się przez te lata i co uważali za jak najbardziej oczywiste czyli początkowo była był to sojusz ze Związkiem Sowieckim oraz nieubłagana kolektywizacja rolnictwa i wprowadzanie w życie owych fantasmagorii Marksa i Lenina. Potem zaś stali się "demokratami", ale demokratami - jak oni to nazywali - rozsądnymi, czyli zdającymi sobie sprawę że nie ma możliwości wprowadzić prawdziwej demokracji i nie można też Polakom na zbyt wiele pozwolić, bo wówczas (jak to często głosili ci właśnie, w których żyłach płynęła również krew semicka - czyli wszyscy z wyżej wymienionych) obudzą się "demony polskiego nacjonalizmu" jakkolwiek by to żałośnie nie brzmiało. Swoją drogą jeżeli tak bardzo różnili się od swoich rodziców, to jak to się stało że w ich mentalu wciąż pozostało takie stwierdzenie jak "demoniczny polski nacjonalizm". Skąd to się wzięło, jeśli nie z wtłaczania im tego do głów zarówno przez rodziców, jak i przez całe otoczenie, czyli organizacje typu walterowcy, szkołę i tym podobne.
Ci ludzie - wraz z przedstawicielami służb Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, zbudowali nam III Rzeczpospolitą, w której niby komunizm upadł (😂🤣). Rzeczywiście tamtego komunizmu już nie ma, ale to nie znaczy że komunistów już nie ma. Ludzie którzy w mentalu swym pozostali wierni ideałom marksizmu (oczywiście wiadomo że ten komunizm z lat 80-tych polegał jedynie na trwaniu i szukaniu alternatywy przejścia na coś innego, bo przecież nikt mi nie powie że Miller czy Kwaśniewski to byli ideowi komuniści. To byli raczej ludzie którzy robiąc karierę w partii stali się nomenklaturą, a potem chcieli to już tylko zabetonować wraz z "rozsądną opozycją" solidarnościową typu Wałęsa, Michnik, Kuroń, Geremek etc.). Komunizm lat 80-tych co prawda zdychał, ale powoli. Natomiast "upadek komunizmu" sprowokowali głównie ludzie służb (impuls wyszedł z Moskwy) którzy uznali że znacznie lepiej można się bogacić w systemie quasi-kapitalistycznym (quazi - gdyż wciąż przez nich kontrolowanym), niż w tym spróchniałym i rozpadającym się systemie gospodarki planowej. Ale Polskę jaką nam zbudowano, to była Polska minimalistyczna, Polska która zmieniła tylko swego pana (już nie Moskwa teraz, ale Waszyngton, Berlin, ewentualnie Paryż a potem Bruksela). Rządzili nami bez wątpienia - jak wyraził się w swej przepowiedni z końca sierpnia 1939 r. ,najsłynniejszy jasnowidz II Rzeczpospolitej Stefan ossowiecki - "szubrawcy i świnie"). W ich mentalności Polska ciągle była na dorobku, ciągle była biedna (to żałosne hasełko Władysława Bartoszewskiego o "brzydkiej pannie bez posagu") ciągle była zależna, ciągle była zdana na jakieś poddaństwo czy to Niemcom, czy to Unii Europejskiej (wcześniej Wspólnocie) czy też Ameryce (bo nikt mi nie powie że nasze relacje są równorzędne, choć rzeczywiście jeśli mam wybierać pomiędzy partią pruską a partią amerykańską, to wybieram amerykańską - skoro nie ma polskiej). W takiej retoryce, a przede wszystkim w takiej mentalności Polska i za 100 lat nie byłaby w stanie dogonić Niemcy, bo ciągle byłaby dla tych ludzi na dorobku. Oczywiście dla nich to była wymarzona sytuacja, bo to byli ludzie o mentalności chłopków pańszczyźnianych, ludzie przyzwyczajeni do przyjmowania i wykonywania poleceń. Dlatego ciężko byłoby od nich wymagać jakichś wielkich planów rozwojowych, jakichś idei, czy też propolskich inwestycji. Ich mentalność sprowadzała się przecież tylko do jednego - wejścia Polski do NATO i wejścia do Unii Europejskiej i na tym koniec. Po spełnieniu tych dwóch postulatów mieliśmy znaleźć się w raju, z którego nigdy mieliśmy nie wyjść i tak dokonałby się swoisty "koniec historii" (🤭🤪☹️).
Osiem lat rządów Donalda Tuska to była właśnie owa Polska minimalistyczna, a raczej mikromalistyczna. Nie sposób znaleźć wówczas żadnych programów rozwojowych kraju, nie sposób znaleźć żadnej myśli która by była myślą przewodnią, nie było nic, zero, nul, totalne wyjałowienie. Ale ani Donaldowi Tuskowi, ani ludziom z jego otoczenia to wcale nie przeszkadzało, gdyż po pierwsze Tusk jest totalnym nierobem który brzydzi się pracą i jeżeli ma cokolwiek do zrobienia to dostaje skrętu kiszek (dlatego też zaczyna pracę we wtorek a kończy w czwartek ⌛😂). Po drugie wszelkie plany rozwojowe Polski nie podobają się ani w Moskwie, ani w Berlinie, ani tym bardziej w Brukseli, więc po co mamy się angażować w coś, co ma nas "skłócać z sąsiadami" (🙄). Lepiej przecież płynąć w głównym nurcie, wówczas i tak nie ma się na nic wpływu ale przynajmniej będziemy jak to gówno które przyczepiło się do okrętu i mówi "płyniemy". Poza tym Tusk w ogóle nie potrafi rządzić, nie ma ręki do ludzi (zresztą podobnie jak Kaczyński). Jeżeli bowiem co jakiś czas słychać że "Donald się wściekł" i że członkowie rządu z tych narad (szczególnie kobiety) wychodzą zapłakane, to o czym to świadczy? Szef który musi wydzierać się na swoich pracowników to jest jakiś idiota, a nie szef. Ja osobiście nigdy nie podniosłem głosu na żadnego z moich pracowników - nigdy! Szef ustala priorytety które należy spełnić, zakres czasowy który powinien obowiązywać i potem tylko rozlicza z tego co zostało zrobione. Nie potrzeba do tego nerwów, nie potrzeba płakać czy "wciekać się". Przede wszystkim należy pamiętać że każdy człowiek ma swoją godność i że my wszyscy powinniśmy widzieć siebie samych w drugiej osobie. Ale jeśli pewne rzeczy idą zbyt opieszale (lub nie idą wcale) to oczywiście należy wyciągnąć konsekwencje, co nie znaczy że taką osobę trzeba upokarzać, krzyczeć na nią czy w ogóle znęcać się psychicznie. Ludzie poza tym lubią być komplementowani i nagradzani i jeżeli tylko można, należy tak czynić (oczywiście tylko wtedy, kiedy rzeczywiście jest za co, ale oszczędzanie na pracownikach jest największą głupotą, jaką można popełnić będąc właścicielem firmy czy przedsiębiorstwa).
PiS natomiast jaki był taki był (moja lista zastrzeżeń wobec tej formacji jest bardzo długa), ale jeżeli ktokolwiek myśli że obecnie "zamienił stryjek siekierkę na kijek" to nie, tak nie jest. Tam przynajmniej pojawiały się jakieś prorozwojowe plany, jak choćby udrożnienie Odry, rozbudowa portu kontenerowego w Świnoujściu, przekop Mierzei Wiślanej (który wcale nie jest bez sensu jak twierdzą wszelkiej maści jebaćpisy, trzeba tylko powiększyć jeszcze port w Elblągu, a tutaj problem stwarza prezydent tego miasta który nie chce tego finansować, a jednocześnie uważa że po sfinansowaniu takiego przedsięwzięcia przez budżet państwa, taki port wciąż należałoby do miasta, a nie... do rządu). Najważniejsze zaś przedsięwzięciem i wręcz symbolem rządu PiS miał być Centralny Port Komunikacyjny, czyli średniej wielkości lotnisko, które jednak przejęłoby cały transport cargo z lotniczych portów niemieckich (głównie Berlina) na Europę Środkowo-Wschodnią. Tutaj dochodzimy do bardzo ważnej kwestii, bo o ile ludzie pokroju Sienkiewicza (czyli wszelkiej maści mentalni kastraci), twierdzą że Polska i tak pozostanie krajem peryferyjnym i nie ma co tutaj pobrzękiwać szabelką, tylko cieszyć się że płyniemy w głównym nurcie europejskiej polityki i jak Niemcy pozwolą to będziemy się bogacić i w ogóle cieszmy się że pozwalają nam żyć (🤯). To jednak zupełnie inne zdanie mają o nas chociażby sami Niemcy, którzy doskonale wiedzą jaki w Polakach drzemie potencjał i jak bardzo Polska może im zagrozić. Oni dobrze pamiętają że przegrali z nami wojnę handlową w latach 1925-1933 i to w sytuacji w której oni totalnie dominowali. Doskonale wiedzą też, że Polska jako lider krajów Międzymorza, to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niemieckich wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej (a realnie w całej Europie). Doskonale też wiedzą że polski złoty był w latach 20-tych i 30-tych znacznie silniejszą i stabilniejszą walutą od niemieckiej marki (niemieccy chłopi po 1924 r. woleli płacić polską walutą niż niemiecką, nazywając tę drugą "Żydowskim konfetti z Berlina"). Mamy też ogromny potencjał geopolityczny, przez nasze ziemie przechodzą kluczowe drogi handlowe zarówno do Azji jak i do Europy Zachodniej i stąd budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego jest tak istotna. Inna sprawa, że kontynuacja tego projektu byłaby niezwykle korzystna dla nowego rządu i samego Tuska, gdyż zyskałby on wówczas poparcie takich ludzi jak ja, którzy co prawda nie pałają do niego sympatią, aczkolwiek jeśli kontynuował by propolskie inwestycje, byłbym pierwszą osobą która by go w tym wspierała. A przecież CPK to też tylko projekt minimalistyczny. Ja uważam że my powinniśmy patrzeć znacznie dalej, przynajmniej tak jak Indie, które niedawno wysłały własny lądownik na Księżyc. Ja również pragnę abyśmy wysłali naszą polską wyprawę na Księżyc, a być może nawet i dalej - dlaczego nie. Wszystko jest możliwe, tym bardziej dla takiego narodu jak my.
I teraz powstaje pytanie, skoro Donald Tusk zyskałby znaczne poparcie kontynuując projekt CPK (bo przecież spora część wyborców jego własnej partii również popiera budowę Centralnego Portu Komunikacyjnego). Tym bardziej że kontynuacja tego projektu zwiększyłaby szansę Platformy Obywatelskiej na zwycięstwo w wyborach do Parlamentu Europejskiego (co dla Tuska jest bardzo ważne). Co więc stoi na przeszkodzie aby tego nie czynić, skoro prawie wszystko przemawia aby to robić (również te żałosne choć bardzo kosztowne audyty, które do tej pory wykonano chyba w liczbie trzy czy cztery, i to za nasze pieniądze). Co stoi na przeszkodzie aby tego nie robić? Otóż odpowiem na to pytanie, po pierwsze tego projektu nie chce Berlin, nie chce go Bruksela, a po trzecie nie chce go również sam Tusk, któremu w ogóle nie chce się nic robić. I te argumenty całkowicie przeważają nad tamtymi, dlatego uważam (i mówię to otwarcie) że ten rząd działa na szkodę Polski i Polaków i każdy dzień istnienia tego rządu jest policzkiem wymierzonym w nas wszystkich. Dlatego też nie chcę rządu złożonego z ludzi o mentalności Sikorskiego (który robił reset z Moskwą i twierdzi że Rosja pod rządami takich wielkoruskich nacjonalistów jak zamordowany niedawno Aleksiej Nawalny byłaby optymalna a nawet pożądana dla Polski), Sienkiewicza ("Polska jest niemieckim peryferium"), czy Tuska ("Polskość to nienormalność"). Pragnę Wielkiej Polski i nie jestem w tym swoim pragnieniu odosobniony. Takich Polaków jak ja jest całe mnóstwo, a ostatnie 8 lat rządu PiS-u wyrobiło w Polakach przeświadczenie, o tym że Polak potrafi, że możemy osiągnąć potęgę ekonomiczną (staliśmy się w końcu 20 gospodarką świata, Hiszpania jest 15, a Niemcy zdaje się 5, także przed nami jeszcze wiele prac żeby stać się pierwszą) dzięki własnej pracy i ekonomicznej zaradności. Zbudujmy nasze własne ekonomiczne Trójmorze i zamiast zlikwidować złotówkę i przyjmować euro, stwórzmy naszą własną strefę złotówki wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej, państw które będą płaciły w naszej walucie (kto wie, może do tego programu kiedyś przystąpią również Niemcy - zresztą historyczne tradycje pod tym względem już mają).
Nie chcę więc słyszeć o żadnych likwidacjach projektu CPK czy temu podobnych. Jedyne co chcę widzieć, to nieustanne dążenie do rozwoju, budowanie naszej własnej siły i ekonomicznej potęgi - a co za tym idzie potęgi politycznej która, musi niestety następować również z wymianą kadr (tak jak Mojżesz, który 40 lat błąkał się po Synaju zanim wkroczył do Kanaanu tylko po to, aby wymarło pokolenie pamiętające niewolę egipską, bo z tymi ludźmi nie dałoby się nic pożytecznego stworzyć, gdyż ci ludzie nawet będąc wolnymi, w głębi duszy wciąż pozostali niewolnikami). Kadry bowiem jak (głosił zbrodniarz Lenin), rzeczywiście decydują o wszystkim. Jeżeli nie masz dobrej ekipy która będzie z tobą realizowała dobry plan, to nic z tego nie będzie, dlatego musisz usunąć ze swego otoczenia ludzi o mentalności niewolników, aby następne pokolenie (lub też ludzie którzy nie mają w sobie genu zaprzańców i szmalcowników) zbudowali z tobą coś Wielkiego. Amen!
CZYLI MIĘDZYNARODOWE REAKCJE NA ZAMACH STANU JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO W POLSCE z 12 MAJA 1926 i PÓŹNIEJSZE RZĄDY OBOZU SANACYJNEGO
REAKCJA NIEMIEC NA ZAMACH MAJOWY W POLSCE
ULRICH RAUSCHER
NIEMIECKI POSEŁ W POLSCE
To, co wydarzyło się w Polsce w owych dniach majowych 1926 r. napawało niemieckich polityków ogromną nadzieją na powstanie w Polsce takiego stanu chaosu politycznego, dzięki któremu byłaby możliwa korekta granic zarówno na Pomorzu jak i na Śląsku, a być może również i w Wielkopolsce. Jeszcze w kwietniu 1926 r. niemiecki minister spraw zagranicznych Gustav Stresemann (główny autor tak korzystnych dla Niemiec układów lokarneńskich, podpisanych 1 grudnia 1925 r. w Londynie i gwarantujących nienaruszalność granicy niemiecko-francuskiej i niemiecko belgijskiej, natomiast pozostawiający Niemcom wolną rękę w kwestii rewizji warunków Traktatu Wersalskiego co do granicy niemiecko-polskiej i niemiecko czechosłowackiej). Otóż Stresemann stwierdził wówczas, że problem niemieckiej granicy wschodniej uda się rozwiązać pod warunkiem "osiągnięcia przez Polskę skrajnego upadku gospodarczego i finansowego, który ściągnie na całe państwo polskie stan niemocy". Natomiast tuż po zakończeniu samych walk w stolicy, 15 maja 1926 r. niemiecki poseł w Warszawie - Ulrich Rauscher raportował do centrali w Berlinie o Piłsudskim i ewentualnych Jego przyszłych zamiarach politycznych: "Wszystko jest destrukcyjne, nic nie jest konstruktywne (...) ten nerwowy, chwiejny, niepewny i pozbawiony programu człowiek jest najmniej odpowiedzialnym sternikiem państwowym". Rauscher dodawał też, że Piłsudski kieruje się polską racją stanu i (pomimo tego że przypisywana jest mu łatka germanofila) Jego rządy zapewne nie będą korzystne dla Niemiec. Jednocześnie Rauscher twierdził, że co prawda Piłsudski może i jest dobrym dowódcą, ale jego charakter, a przede wszystkim skłonność do zazdrości czynią go niezwykle słabym przywódcą zarówno wojska jak i narodu. Jednocześnie niemiecki poseł podkreślał niezwykłą odwagę i dzielność żołnierza polskiego który walczył po obu stronach konfliktu, a jednocześnie krytykował dowódców, wytykając wiele błędów które oni poczynili. Twierdził też że pucz ten mógł zostać zakończony przez Piłsudskiego jeszcze tego samego dnia, gdyby tylko Marszałek wykazał się większą konsekwencją (tylko to nie Piłsudski dowodził owym buntem. Piłsudski w ogóle praktycznie nie uczestniczył w walkach, a dowództwo przejęli jego najbardziej zaufani oficerowie).
Niemiecka prasa zareagowała na ów majowy zamach w Polsce dość różnie, choć przeważały raczej reakcje negatywne. Szczególnie była tutaj aktywna niemiecka prasa prawicowa i prasa wschodnio-pruska, gdzie wręcz pojawiły się ponownie hasła takie jak: "Polska jako przeszkoda na drodze europejskiej odbudowy", albo: "Polska zakłóca europejski transport", lub "Polska zagraża Prusom Wschodnim". Prasa wschodnio-pruska przepowiadała wręcz katastroficzne wizje dla tego regionu i dla Niemiec, związane z zdobyciem władzy w Polsce przez Piłsudskiego. Satyryczne pismo "Kladderadatsch" z 6 czerwca 1926 r umieściło rysunek pokazujący dwóch okładających się kijami wąsatych mężczyzn w rogatywkach (i oczywiście z łatami na spodniach), którzy niemiłosiernie biją się w domu, w którym wszystkie sprzęty zostały już zniszczone. Przygląda się temu przez okno inny mężczyzna w rogatywce, a podpis pod rysunkiem brzmi: "Tęsknota (Polska gospodarka)", oraz: "Teraz wszystko trafia szlag - wracają stare dobre czasy. Czy to nie jest w porządku!" Ogólny niemiecki przekaz prasowy był następujący: "Polska anarchia powraca!", a co za tym idzie - Polska, jako "państwo sezonowe" wkrótce upadnie, czy to pod wpływem interwencji sowieckiej, czy też ze względu na własną wewnętrzną słabość. W innym niemieckim piśmie satyrycznym "Simplicissimus" z 7 czerwca 1926 r. pokazany jest polski ułan (z czapką z czasów napoleońskich), na tle płonącej wioski i podpis pod rysunkiem: "Zwyciężyliśmy Rosję, Austrię i Niemcy. Teraz jeszcze musimy zwyciężyć samych siebie". Jednak dość krótkotrwałe walki ograniczające się tylko do samej Warszawy spowodowały, iż Niemcy straciły nadzieję na kontynuację wojny domowej w Polsce, a co za tym idzie na ewentualną interwencję z zewnątrz. Głównie zamyślano oczywiście o interwencji sowieckiej, ponieważ zdawano sobie doskonale sprawę, że realnie Niemcy nie mogą uderzyć na Polskę (chociaż wielu polityków niemieckich z pewnością by sobie tego życzyło). Nie może tak się stać z dwóch z powodów. Po pierwsze: armia niemiecka (Reichswehra) w tamtym czasie była bardzo słaba, nie posiadała ani broni pancernej ani lotnictwa (których to rodzajów wojsk zakazywał Niemcom Traktat Wersalski). Po drugie zaś: taka nawet nieśmiała interwencja zapewne spotkałaby się z reakcją mocarstw zachodnich, głównie zaś Francji, dlatego też Stresemann wykluczał jakąkolwiek akcję zbrojną... chyba że doszłoby do sowieckiej inwazji i Sowieci zajęliby większość Polski. Wtedy oczywiście Reichswehra mogłaby wkroczyć na Górny Śląsk, Pomorze i do Wielkopolski oficjalnie ratując te ziemie przed komunizmem. Taki scenariusz był jednak dosyć odległy i raczej mało prawdopodobny.
GUSTAW STRESEMANN
Szef Auswärtiges Amt miał zupełnie inny pomysł na ponowne opanowanie wyżej wymienionych prowincji. Wszystko to oczywiście było związane zarówno z przedłużającą się wojną domową w Polsce, jak również z katastrofą gospodarczą, która niechybnie miała nastąpić - nawet gdyby wojna domowa zakończyła się szybko. Niemieccy politycy bowiem zakładali że w Polsce wkrótce nastąpi kryzys gospodarczy (tym bardziej że analizy roku 1925 i początku 1926 mogły ich w tym utwierdzać). 10 stycznia 1925 r. utraciły bowiem moc te artykuły Traktatu Wersalskiego, które przyznawały państwom sprzymierzonym i stowarzyszonym jednostronne klauzule najwyższego uprzywilejowania oraz jednostronne prawo tranzytu. Co prawda już 13 stycznia podpisano polsko-niemieckie porozumienie handlowe, przewidujące utrzymanie dotychczasowego stanu (głównie odnośnie ceł i reglamentacji handlu), ale tylko do kwietnia 1925 r. Z chwilą jego wygaśnięcia realnie rozpoczęła się polsko-niemiecka wojna handlowa, która wkrótce potem została jeszcze spotęgowana, gdy 15 czerwca 1925 r. wygasł przewidziany konwencją górnośląską z 15 maja 1922 r. obowiązek Niemiec dopuszczania na swój rynek towarów polskich bez cła (w tym m.in. 500 tys. ton węgla miesięcznie). Co prawda trwały rozmowy aby tę konwencję przedłużyć i Warszawa zgadzała się na przyznanie sobie klauzuli wzajemnego uprzywilejowania, ale pod warunkiem zniesienia ograniczeń ilościowych w imporcie niemieckim, na co nie zgadzał się Berlin. Z końcem roku 1925 realnie rozmowy zostały przerwane, gdyż w niemieckich kręgach politycznych pojawiła się myśl, że wojna handlowa i załamanie gospodarcze Polski jest jak najbardziej Niemcom na rękę. Tak więc problemy gospodarcze Polski z eksportem węgla, jak również pucz Marszałka Piłsudskiego z maja 1926 r. wszystko to razem wzięte dawało nadzieję niemieckim politykom na doprowadzenie Polski do finansowej i politycznej katastrofy, a co za tym idzie, wyzyskanie tego w celu ponownego przejęcia Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski (w "Kladderadatsch" z 12 lipca 1925 r ukazał się rysunek, w którym po jednej stronie granicy stoi niemiecki Michael (w charakterystycznej czapce na głowie, przypominającej czapki które używano do łóżka), po drugiej zaś stronie jakiś... polski brudas w rogatywce - bo tak właśnie należy to nazwać - którzy wymachują workami z napisem: "Handel-Produkty". Worek Michaela oczywiście jest znacznie większy niż worek Polaka, i Michael mówi: "Teraz zobaczysz, czyje na wierzchu!". Inny zaś rysunek w tym samym piśmie z 19 lipca 1925 r. Pokazywał dwie taplające się w błocie świnie w rogatywkach i przyglądający się im Michael, podpis brzmiał: "Tego brata z naprzeciwka to my tutaj nie wpuścimy. On absolutnie nie umie docenić naszej polskiej gospodarki". Jeszcze inny rysunek z tego samego pisma z 26 lipca 1925 r. ukazywał wąsatego Polaka z młotem w ręku i w rogatywce jadącego na świni i przeskakującego niemiecką granicę. Podpis brzmiał: "Polska żądza inwazji", na młocie zaś, który trzymał Polak znajdował się napis: "Węgiel").
Natomiast niemiecka gospodarka po okresie załamania w latach powojennych (z apogeum hiperinflacji w roku 1923 o czym już też pisałem) wsparta amerykańskimi i brytyjskimi kredytami, ponownie odżywała. 15 listopada 1923 r wprowadzono nową walutę - markę rentową (Rentenmark), w relacji 1 marka rentowa - 1 bilion dawnej reichsmarki. Oprócz kredytów przyznawanych przez banki USA i Wielkiej Brytanii, należało również ustabilizować budżet państwa, gdyż w przeciwnym wypadku nowa waluta szybko podzieliłaby los starej. Wprowadzono zatem cały system nowych podatków, połączonych z radykalną redukcją budżetówki, i taka polityka fiskalna szybko przyniosła efekty. W 1924 r. dług wewnętrzny Niemiec wynosił zaledwie 2 miliardy marek (w porównaniu ze 170 miliardami w roku 1919) i był mniejszy niż zadłużenie Wielkiej Brytanii (7,5 miliarda funtów), oraz Francji (6 miliardów funtów). Jednocześnie szerokim strumieniem do Niemiec płynęły pożyczki w ramach planu Dawesa (łącznie w latach 1924-1931 Niemcy otrzymały 25 miliardów nowych marek pożyczek, z czego w ramach odszkodowań zwycięskim mocarstwom zapłaciły jednie 11 miliardów marek reparacji). Rozwój gospodarczy Niemiec postępował więc bardzo szybko w latach 20-tych (1928 r. dochód narodowy stanowił 150% dochodu z 1913 r.). W 1928 r Niemcy zajęły drugie miejsce w Świecie pod względem eksportu maszyn, pierwsze miejsce osiągnął przemysł chemiczny, drugie miejsce przemysł samochodowy. Pojawiały się nowe spółki takie jak: linie żeglugowe Hapag czy Norddeutscher Lloyd, oraz powietrzna Lufthansa. Oczywiście wszystko to budowano głównie na kredytach które kiedyś trzeba było spłacić, ale mimo wszystko ożywienie gospodarcze jakie wówczas nastąpiło, dawało nadzieję na bezpieczną przyszłość po latach wojen i gospodarczych kryzysów. Dlatego też biorąc pod uwagę owe sukcesy gospodarcze, minister Stresemann zakładał, że wojna domowa w Polsce i związana z nią katastrofa gospodarcza doprowadzi do takiej sytuacji, że Niemcy będą mogły wesprzeć Polskę finansowo, udzielając pożyczek, ale... pod zastaw Górnego Śląska, Pomorza i Wielkopolski. Był to plan brany pod uwagę i uważany za najbardziej prawdopodobny.
Natomiast Polska po 150 latach zaborów (licząc od 1772 do 1922 r.) i 123 latach niewoli (od 1795 od 1918) była krajem gospodarczo zrujnowanym przez wojny i okupacje (często zmieniające się fronty, których żołnierze wycofując się palili za sobą wszystko), której gospodarka tak naprawdę musiała być budowana od nowa. 11 marca 1919 r ujednolicono walutę, wprowadzając markę polską, jako obowiązującą na wszystkich ziemiach odradzającej się Rzeczpospolitej (wcześniej bowiem używano różnych walut w zależności od różnych prowincji, na zachodzie używano niemieckiej reichsmarki, na wschodzie ruskich rubli lub czerwońców, na terenach byłej Ukraińskiej Republiki Ludowej grzywien i karbowańców, na Wileńszczyźnie ostrubliz a w Galicji austriackie korony. W centrum kraju zaś używano również marki polskiej, powstałej wraz z proklamowaniem przez zaborców niemiecko-austro-węgierskich Królestwa Polskiego 5 listopada 1916 r.). Najdłużej używano podwójnych walut w Galicji dopiero i 15 stycznia 1920 r wprowadzono płatność jedynie marką polską. Po zjednoczeniu kraju w 1922 r. problemy zarówno gospodarcze jak i wszelkie inne (w tym komunikacyjne, bo przecież sieć kolejowa była zupełnie inna w zaborze rosyjskim, jak i w zaborach pruskim czy austriackim i to wszystko należało ujednolicić), czy zróżnicowanie przemysłowe kraju. To wszystko razem wzięte powodowało, że w pierwszych latach Niepodległości trudności ekonomiczne odbijały się wyraźnie na sile nabywczej zarówno waluty jak i całej gospodarki. W 1923 r. inflacja w Polsce (podobnie zresztą jak w Niemczech) przybrała "postać" galopującą. Marka polska straciła swe podstawowe znaczenie jako miernik wartości. Bazując na niej nie można było planować ani inwestycji, ani nawet jakichkolwiek wydatków. W wielu regionach kraju zaczęła zamierać wymiana towarowo pieniężna, natomiast pojawiła się wymiana naturalna - towar za towar, lub też zaczęto używać walut obcych (głównie dolarów amerykańskich). Wynagrodzenie lawinowo traciło na wartości. Najbardziej odczuli to robotnicy, urzędnicy, emeryci i renciści, a co za tym idzie zaczęły się niepokoje społeczne. Dnia 19 grudnia 1923 r nowym premierem został Władysław Grabski, który jednocześnie przejął Ministerstwo Skarbu. Rząd ten miał już do pewnego stopnia ułatwioną drogę, gdyż od wiosny 1923 r. w Sejmie uchwalano najróżniejsze ustawy (głównie podnoszące podatek). Przeprowadzenie jednak reformy walutowej, wymagało specjalnych pełnomocnictw i o nie właśnie musiał toczyć przed Sejmem swoiste boje premier Grabski. Ostatecznie ustawa o pełnomocnictwach przeszła 11 stycznia 1924 r. (miała obowiązywać do 30 czerwca tego roku). Na mocy tych pełnomocnictw prezydent otrzymał prawo do dekretowania w następujących kwestiach: podnoszenia podatków bezpośrednich, przyspieszenia płatności podatku od kapitałów i rent, wprowadzania zmian ceł stosownie do koniunktury, wprowadzania oszczędności w budżecie, przekazywania niektórych zadań państwa samorządom po zabezpieczeniu odpowiednich środków finansowych, zaciągania pożyczek zagranicznych (do 500 milionów franków w złocie), zatwierdzania zmian w statutach kredytu długoterminowego i przedsiębiorstw państwowych celem wprowadzenia oszczędności oraz wprowadzenia nowej waluty.
Rząd Grabskiego od lutego 1924 r. wprowadzał działania mające uskutecznić ściągalność podatków (wprowadzając sumy dłużne za każdy dzień zwłoki w opłacie). Zniesiono dopłaty do kolei, przeprowadzono waloryzację taryf przewozowych, podniesiono ceny biletów dla pasażerów. Poza tym dodatkowe środki uzyskano ze sprzedaży rosyjskich kosztowności, przekazanych Polsce po zakończeniu Wojny z bolszewikami i podpisaniu traktatu ryskiego z marca 1921 r. Działania te pozwoliły ustabilizować wartość marki polskiej, ale mimo to rząd Grabskiego zdecydował się wprowadzić nową walutę (było to potrzebne ze względów psychologicznych, nie gospodarczych. Po prostu dawna waluta kojarzyła się z Niemcami, więc była ostatnim bastionem zaborów. Należało więc odciąć ten wrzód i w odrodzonym państwie wprowadzić nowy pieniądz). 28 kwietnia 1924 r. rozpoczął działalność Bank Polski, mający wyłączne prawo emisji banknotów, tego też dnia pojawiła się nowa waluta - złoty polski, równa frankowi szwajcarskiemu (relacja wymiany wyglądała następująco: 1 zł za 1 800 000 marek polskich). 1 lipca 1924 r. marka polska została oficjalnie wycofana z obiegu, a jedynym środkiem płatniczym stał się złoty, zaś 31 maja 1925 r. zawieszono wymianę bankową marek na złotówki. Specyfika polskiej reformy polegała jednak na tym, że o ile trudności ekonomiczne i towarzysząca im inflacja dotykały praktycznie wszystkie kraje w tamtym czasie (szczególnie zaś Niemcy i Polskę) to jednak wszędzie przełamywano je dzięki pomocy z zewnątrz, czyli dzięki kredytom zagranicznym. Polska była pod tym względem wyjątkiem. Premier Grabski bowiem nieustannie podkreślał, że kraj jest wystarczająco silny i zasobny, aby pokonać trudności własnymi siłami, bez uciekania się do pożyczek. Tym bardziej że kredyty zagraniczne obwarowane były chęcią poddania gospodarki polskiej zewnętrznej kontroli, a co za tym idzie często takie rozmowy kończyły się fiaskiem. Co oczywiście nie oznacza że nie było żadnych kredytów, owszem, zdarzały się, jednak nie były one determinujące i najważniejsze. Gospodarka polska też powoli odżywała i właśnie wówczas, 15 czerwca 1925 r. Niemcy wstrzymały przyjmowanie polskiego węgla z Górnego Śląska, tym samym rozpoczynając wojnę celną z Polską. Oczywiście polski rząd odpowiedział zakazem wwozu niektórych niemieckich towarów, Niemcy oczywiście zareagowali podobnie, tylko że bilans ten wypadał bezwzględnie korzystnie dla strony niemieckiej i stąd właśnie rodziły się nadzieje niemieckich polityków na przyszłą (lub nawet wcale nie tak odległą) rewizję granic z Polską.
Nadzieje Niemiec w tym temacie okazały się jednak mrzonką. Co prawda budżet pierwszego półrocza 1926 r. zamknięto deficytem w wysokości 71 mln. zł., ale paradoksalnie po zamachu majowym Polska weszła w okres prosperity gospodarczej i już w drugiej połowie 1926 r. odnotowano nadwyżkę (przy całkowitej likwidacji deficytu) w wysokości 153,6 mln. zł. W następnym roku nadwyżka budżetowa wyniosła już 214 mln. zł. W maju 1926 r. za jednego dolara płacono 11 zł, pod koniec 1926 r. - 9 zł. Oszczędności obywateli uległy podwojeniu, a wartość eksportowanego węgla wzrosła niemal trzykrotnie (ze 160 mln. zł. w 1925 r. do 447 mln. zł. w 1926 r.). Te sukcesy gospodarcze osiągnięto przy ostrej wojnie celnej z Niemcami i przy niemal całkowicie zamarłej wymianie handlowej ze Związkiem Sowieckim. Nakłady uzyskane w ten sposób pozwoliły na rozbudowę portu w Gdyni, która już wtedy stawała się "polskim oknem na świat". Niemiecka prasa co prawda grzmiała, iż "Gdańsk - ofiara Polski", ale rozwój Gdyni przebiegał w sposób konsekwentny i planowy (amerykański reportażysta Hubert Renfro Knickerbocker, w wydanej w 1935 r w książce "Europa w mundurze", opisywał swoje relacje z podróży do Gdyni, i stwierdzał: "Dopiero wizyta w tym najbardziej zadziwiającym mieście Europy uświadomiła mi, że państwo polskie nie wyrzeknie się nigdy "korytarza", a Niemcy, chcąc odzyskać te terytoria, mają tylko dwie możliwości: wycofać się ze swych pretensji lub podbić całą Polskę"). Nie było więc możliwe odzyskanie terytoriów (które zakładali niemieccy politycy) na drodze do prowadzenia Polski do gospodarczej ruiny, ponieważ ruina ta nie następowała, a wręcz przeciwnie. Polska finansowo kwitła (podobnie zresztą jak ówczesne Niemcy), i nic nie wskazywało na to że może się to zmienić. W sierpniu 1926 r. niemiecka prasa pisała o nowych polskich zbrojeniach (w "Kladderadatsch" z 15 sierpnia 1926 r. czyli w szóstą rocznicę rozbicia bolszewików pod Warszawą), pojawił się rysunek, w którym Polacy przybijają do budynku napis: "Polska prowadzi nieustannie prawdziwie pokojową politykę", przygląda się temu cała Europa, a Piłsudski - wychylając się z okna mówi: "Kolego Zaleski (minister spraw zagranicznych August Zaleski) przybijajcie mocno, aby nikt nie słyszał za bardzo naszej roboty", a w tle widać odlewane nowe armaty).
MIASTO Z MORZA
BUDOWA GDYNI
(Której port w 1938 r. był najnowocześniejszym portem morskim na Bałtyku)
Warto jeszcze nadmienić że niecała prasa niemiecka była negatywnie nastawiona do wydarzeń majowych 1926 r. i rządów Marszałka. Zdarzały się bowiem i takie głosy, które twierdziły że rządy pomajowe będą korzystne dla Niemiec, gdyż Piłsudski nie jest wrogiem Niemiec i można się z Nim porozumieć. Była to głównie prasa centrowa i (częściowo) socjaldemokratyczna, jednak przeważający ton artykułów w prasie niemieckiej i wśród niemieckich polityków był bardzo negatywny lub też wyczekujące. Relacje różniły się w zależności od barw politycznych, ale tak naprawdę dominowała niechęć do Polski, jako kraju po pierwsze agresywnego (który dąży do zajęcia Prus Wschodnich), po drugie, kraju który zdecydowanie konkuruje z Niemcami na wielu polach (i chociaż wyśmiewano "polską gospodarkę" jako przykład zacofania i nędzy, to jednak bezsprzecznie wojna celna pokazała że jest się czego bać i że Polska nawet słaba, jest w stanie konkurować z Niemcami jak równy z równym), a także nie chce się im podporządkować (bo przecież taka miała być koncepcja Królestwa Polskiego powołanego przez Niemców w listopadzie 1916 r. jako państwo buforowe, całkowicie podporządkowane Berlinowi). Realnie jednak nie doszło do zbliżenia polsko-niemieckiego aż do czasu gdy Adolf Hitler nie doszedł do władzy, czyli do stycznia 1934 r. Przez ten cały czas Polska i Polacy byli w prasie niemieckiej głównie przedstawiani jako brudasy, pijacy, lub też jako szczury, insekty i ewentualnie świnie. Niemcy w żaden sposób nie uznawali nas za równego sobie i wychodząc z niezwykle rasistowskiego (lub też szowinistycznego) przeświadczenia, uważali się za "rasę panów" na długo, zanim Hitler doszedł do władzy.
PS: W części IV (i zapewne ostatniej) opiszę reakcje Moskwy na przewrót majowy i rządy sanacji w Polsce.
Dziś, gdy jesteśmy w szale ostatnich przedświątecznych zakupów (często dokonywanych w dużych dyskontach), warto wspomnieć o pewnej małej ciekawostce odnośnie pierwszego nowoczesnego supermarketu, otworzonego na ziemiach polskich (a konkretnie w Warszawie). Kiedy po raz pierwszy otworzono w Polsce supermarket? Większość źródeł na ten temat twierdzi, że stało się to dopiero po upadku komunizmu, czyli po roku 1989/1990, a jako pierwszy duży supermarket (czy też raczej hipermarket) otwarty zostały w 1993 r. sklep pod szyldem HIT (należący do niemieckiej firmy Dolhe). Pytanie tylko czy rzeczywiście był to pierwszy supermarket na ziemiach polskich, bo z tego co wiem, to nie. I teraz właśnie pragnę opowiedzieć o takim pierwszym, pionierskim supermarkecie, otwartym w Warszawie jeszcze w latach 60-tych.
Otóż po okresie stalinizmu w Polsce, nastała odwilż tzw: "Polskiego Października" 1956 r. Nim jednak do tego doszło, wybuchł konflikt pomiędzy dwoma frakcjami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej: dążącymi do odwilży i reform "puławian" - nazwa wzięła się od ulicy Puławskiej w Warszawie, gdzie mieszkało najwięcej członków tej grupy; oraz twardogłowych stalinowców zwanych "natolińczykami" - nazwa wzięła się od osiedla Natolin na Ursynowie w Warszawie, gdzie spotykali się przedstawiciele tej frakcji. Po krwawym stłumieniu w czerwcu 1956 r. buntu mieszkańców Poznania - którego stłumieniem kierowali natolinczycy, we wrześniu i październiku 1956 r. konflikt pomiędzy tymi dwoma grupami przybrał na sile. Już 15 października Biuro Polityczne partii wyznaczyło zebranie VIII plenum na 19 października, z tym że dokooptowano do składu Biura Politycznego dotychczas prześladowanych komunistów, w tym Władysława Gomułkę. Natolińczycy próbowali kontratakować i już 17 października Marszałek Związku Sowieckiego Konstanty Rokossowski, polecił podległym mu dywizjom sowieckim z Pomorza i Dolnego Śląska, marsz w kierunku Warszawy. Do Zatoki Gdańskiej usiłował też wpłynąć krążownik "Żdanow" w asyście trzech kontrtorpedowców i kilku mniejszych okrętów sowieckich, ale kontradmirał Jan Wiśniewski nie wyraził zgody na ich wpłynięcie na polskie wody terytorialne i zagroził użyciem siły w przypadku niepodporządkowania się temu żądaniu, a gen. Jan Frey-Bielecki polecił podporządkowanej sobie eskadrze lotniczej w Poznaniu zbombardować sowieckie kolumny pancerne, jeśli nie udałoby się rozwiązać tego konfliktu polubownie. Poszczególni oficerowie szykowali się do walki z sowietami mobilizując swoje formacje. 19 października rano do Polski przyleciał sam pierwszy sekretarz Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego Nikita Chruszczow - a wraz z nim Mołotow, Łazar Kaganowicz, Mikojan i oczywiście dowódca Sił Państw Układu Warszawskiego Iwan Koniew. Rozpoczęły się trudne rozmowy z Gomułką i jego zespołem (notabene w Belwederze gdzie toczyły się rozmowy, Gomułka polecił zainstalować sztab jednostki informacyjnej pułkownika Zbigniewa Paszkowskiego, która na bieżąco miała informować o postępach wojsk sowieckich. Był to element psychologiczny, który miał na sowieckiej delegacji wywrzeć przekonanie o determinacji Polaków do wprowadzenia reform w kraju). Ostatecznie - po dramatycznych nocnych rozmowach - delegacja sowiecka odleciała 20 października rano, wcześniej uzyskała jednak zapewnienie że Gomułka będzie dobrym komunistą i przyjacielem Związku Sowieckiego. Tego dnia Gomułka wygłosił swoje słynne przemówienie przez radio, które przyciągnęło miliony radiosłuchaczy.
Poparcie dla Gomułki sięgnęło zenitu, ludzie bowiem w nim tylko widzieli męża opatrznościowego i jedynego gwaranta dokonywanych zmian. W niedzielę 21 października (obradujące od 19 października) VIII plenum PZPR wybrało Władysława Gomułkę na pierwszego sekretarza partii, jednocześnie dokonując zmian zarówno w Biurze Politycznym jak i w Sekretariacie Komitetu Centralnego. Natolin przegrał i rozpoczynał się krótki bo krótki, ale jakże intensywny czas odwilży i reform. Szczególne poparcie reformatorzy uzyskali w zakładach pracy (jak np. w Fabryce Samochodów Osobowych na Żeraniu, gdzie przywódcą zmian obrano dotychczasowego pierwszego sekretarza Komitetu Zakładowego PZPR - Lechosława Goździka - takie go ówczesnego Lecha Wałęsę). Dochodziło niekiedy do rozliczeń ze starym kierownictwem, ale ludzie ogólnie byli podekscytowani nowym kierownictwem Partii i mającymi dokonać się zmianami. 24 października 1956 r. na Placu Defilad w Warszawie zebrały się ogromne tłumy (prawdopodobnie było ok. 400, 500 a może nawet więcej tysięcy ludzi). W podniosłej atmosferze najpierw zaśpiewano Gomułce - który przemawiał do tłumu - "Sto lat", a potem odśpiewano hymn narodowy. Gomułka jednak uzyskał już to, co chciał i widząc te ogromne tłumy, przeraził się zapewne tym, do czego może mogą one doprowadzić. A przecież on nie pragnął żadnej rewolucji, pragnął tylko pewnych zmian kadrowych i takowe uzyskał. Dlatego też zaapelował do zebranych osób tymi o to słowo "Dość wiecowania, dość manifestacji, czas przejść do codziennej pracy".
Odwilż październikowa trwała co prawda krótko, ale zmiany bez wątpienia się dokonywały. Zresztą my i tak mieliśmy ogromne szczęście, czego nie można powiedzieć o Węgrach, którzy również podjęli wówczas próbę reform we własnym kraju. 23 października pod pomnikiem Józefa Bema w Budapeszcie odbyła się wielka manifestacja poparcia dla przemian dokonujących się w Polsce. Manifestacja ta została ostrzelana przez siły bezpieczeństwa i wywiązała się walka. 24 października do Budapesztu wkroczyły sowieckie czołgi, chodź tego dnia również na czele węgierskiego rządu stanął Imre Nagy, który (podobnie jak Gomułka) stał się symbolem dokonujących się w tym kraju przemian. I początkowo rzeczywiście nowy rząd radził sobie dosyć dobrze, jeszcze 24 października Sowieci wycofali się z Budapesztu. Szybko też zaczęły odradzać się przedwojenne węgierskie partie polityczne, a co za tym idzie 30 października Nagy ogłosił powrót do systemu wielopartyjnego. 1 listopada Węgierska Partia Pracujących (czyli partia komunistyczna, taka jak u nas PZPR) przekształciła się w Węgierską Socjalistyczną Partię Robotniczą na której czele stanął Janos Kadar. Jednocześnie rząd węgierski ogłosił pełną neutralność swego kraju i wystąpienie z Układu Warszawskiego, zwracając się jednocześnie do Organizacji Narodów Zjednoczonych z prośbą o pomoc w zapewnieniu własnej neutralności. To, co zrobili Węgrzy, to był wyłom, którego Sowieci nie mogli w żaden sposób tolerować, bo doprowadziłoby to na zasadzie domina do rozpadu systemu stworzonego przez Stalina po II Wojnie Światowej (czyli ich strefy wpływów w Europie Środkowo-Wschodniej). 4 listopada 1956 r. o świcie sowieckie wojska pancerne ponownie wkroczyły do Budapesztu, a Nagy poinformował świat o rozpoczęciu walk sowiecko-węgierskich. Węgrzy nie mieli w tej walce żadnych szans, gdyż Sowieci całkowicie górowali i uzbrojeniem i sprzętem i liczbą żołnierzy. Dokonywali przy tym niezliczonych zbrodni wojennych (np. zbombardowanie z samolotów robotniczej dzielnicy Cepel w Budapeszcie). Powstanie Węgierskie trwało do 10 listopada i zakończyło się klęską i totalną masakrą walczących o swą wolność ludzi. Nagy został aresztowany i potem skazany na śmierć, a Kadar - który już 4 listopada przyłączył się do Sowietów, zdradzając własny naród - stał się nowym pierwszym sekretarzem węgierskiej partii komunistycznej.
Powstanie węgierskie wywołało jednak - szczególnie w Polsce - ogromne pokłady sympatii. Polacy wręcz masowo oddawali krew dla Bratanków i dawali pieniądze na zbiórki, na pomoc dla Węgrów. Poza tym gromadzono i wysyłano lekarstwa, koce, zabawki dla dzieci, wszystko co mogłoby w jakikolwiek sposób przydać się napadniętym bandycko przez Sowietów Bratankom (zgodnie z hasłem "Polak Węgier dwa bratanki, i do szabli i do szklanki"). USA i państwa Europy Zachodniej nie protestowały, nie mogły. Same bowiem w tym czasie dokonały równie bandyckiego ataku na Bliskim Wschodzie. Gdy bowiem w lipcu 1956 r. rząd egipski dokonał nacjonalizacji Kanału Sueskiego, spotkało się to z krytyką wielu państw zachodnich, zaś 28 października wojsko izraelskie dokonało ataku na Półwysep Synaj, a spadochroniarze brytyjscy i francuscy (przy wsparciu USA) wylądowali w rejonie Kanału Sueskiego i szybko go opanowali. Walki zakończyły się kilka dni później, ale sam fakt że do takiej zbrojnej akcji doszło, zamknął usta politykom i dyplomatom państw zachodnich, którzy mogliby zaprotestować przeciwko krwawemu sowieckiemu zmiażdżeniu Powstania Węgierskiego. To tyle tytułem wstępu otwierającego, który miał przybliżyć nam tamtejszą rzeczywistość i zmiany, jakie dokonywały się w Polsce po październiku 1956 r.
Nowa ekipa Gomułki dobrze wiedziała że szybko stopy życiowej społeczeństwa podnieść się nie da, bowiem Polska była potwornie zniszczona w wyniku II Wojny Światowej, a strat materialnych i ludnościowych nie sposób było szybko odbudować. Jednocześnie ta sama ekipa zdawała sobie sprawę, że znacznie łatwiej trzymać naród w posłuszeństwie wobec władzy polepszeniem codziennego dobrostanu oraz zapewnieniem pożądanych artykułów codziennego użytku, niż terrorem Urzędu Bezpieczeństwa. Jednak centralnie planowana gospodarka komunistycznego kraju była nie tylko nieefektywna, ale skupiała się na zupełnie innych priorytetach do których należała chociażby budowa transporterów opancerzonych, czołgów, samolotów, a także okrętów czy pociągów, jednocześnie przy tym zapominano o takich podstawach jak żyletki, bielizna, materace, czy telewizory. Pierwsze telewizory można było w Polsce kupić dopiero w 1962 r. (inna sprawa jest taka, że "towarzysz Wiesław" czyli Władysław Gomułka zbytku nie lubił i prywatnie nim gardził. Problem tylko polegał na tym, że zbytek w ustroju narzuconym nam przy pomocy sowieckich czołgów, miał bardzo wysoką poprzeczkę i za zbytek mogły uchodzić chociażby lepsze kafelki w łazience, nie mówiąc już o papierze toaletowym - który w tamtym czasie był bardzo pożądanym prezentem, jaki młody chłopak mógł - zamiast kwiatów - ofiarować dziewczynie). Po "sklejki", czyli meblościanki ustawiały się swoiste kolejki, które częstokroć stały po kilka a nawet kilkanaście godzin. Samochód był prawdziwym luksusem, chociaż starano się - przynajmniej deklaratywnie - lansować nowe zachodnie wzorce mody, jak i wyposażenia domów, dlatego też na rynku pojawiało się coraz więcej lodówek, pralek i kuchenek gazowych. Polacy zatem lata 60-te nazwali "Naszą małą stabilizacją".
W 1967 r. w FSO na Żeraniu ruszyła produkcja pierwszego Polskiego Fiata 125p (produkowanego na włoskiej licencji). Samochód był prawdziwym luksusem, na który władza przyznawała talony (taki talon był bowiem najlepszym sposobem egzekwowania posłuszeństwa, któż bowiem nie chciał mieć własnego wozu, a żeby uzyskać taki talon trzeba było być posłusznym). Ogromną popularnością cieszyły się też wszelkie "odrzuty z eksportu" przeznaczone na rynek zachodni. Tamtejsza klientela bowiem wymagała, żeby produkty były wysokiej jakości, dlatego tam produkowano rzeczy dobre (a przynajmniej znacznie lepsze niż te, które przeznaczono na rynek krajowy). Wszystkie miejsca więc, gdzie można było dostać takie "odrzuty", cieszyły się ogromnym powodzeniem i popularnością (a były to wszelakie jarmarki - szczególnie na Podhalu, marynarski import na Pomorzu, rembertowskie ciucholandy itd.). Wszystko wzbudzało ogromną popularność: skąpe kostiumy kąpielowe, ładne sweterki, obcojęzyczne czasopisma, płyty, egzotyczne owoce - to wszystko bowiem pokazywało, że gdzieś dalej istnieje inny, lepszy świat poza tą codzienną szarzyzną i komunistycznym zniewoleniem (chociaż i tak trzeba powiedzieć że Polska była najbardziej liberalnym i najbardziej swobodnym z wszystkich krajów komunistycznych i wszystkich krajów zdominowanych przez Moskwę. U nas bowiem można było pisać i mówić znacznie więcej, niż było to możliwe gdziekolwiek indziej. Ale to też wiąże się z naszym charakterem narodowym, my nigdy bowiem nie byliśmy narodem dążącym do jakichkolwiek większych rewolucji czy temu podobnych zmian, wystarczy bowiem prześledzić nasze rokosze jakie szlachta wszczynała wobec możliwości wzmocnienia władzy królewskiej. Oczywiście pełno było tomtadracji, wszelkiego typu mocnych haseł i zapewnień, a niekiedy nawet dochodziło do krwawych bitew. Tylko że różnica polegała na tym, jak to wszystko się kończyło, w porównaniu z tym co działo się na Zachodzie - nie mówiąc już o tym co działo się w barbarii moskiewskiej. Tam gdzie na zachodzie strona zwycięska z reguły skazywała pokonaną na ścięcie i kat miał pełne ręce roboty, u nas kończyło się ogólną zgodą, rokoszanie przepraszali króla, a król wycofywał się z planów wzmocnienia władzy królewskiej - i to było naturalne. Zresztą dużo też uczyniła ta legendarna wręcz polska tolerancja).
Na fali bowiem zmian które następowały, na fali festiwali muzycznych jakie organizowała nowa władza (w 1961 r. po raz pierwszy odbył się Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, a od 1963 r. Festiwal Piosenki Polskiej w Opolu), pojawiały się płyty z muzyką pop, jazzem czy rock and rollem. Młodzież po raz pierwszy zaczęła bawić się na dyskotekach, wzorem ich rówieśników z Zachodu. W tej sytuacji nie mogło również zabraknąć pojawienia się w Polsce pierwszego supermarketu (które to np. w USA znane były już w latach 30-tych). Tak oto w 1959 r. Rozpisano projekt pod budowę hali targowej spełniającej wymogi wyżej wymienionego sklepu. Do realizacji tego zadania wybrano ekipę Jerzego Hryniewieckiego, który znany był już chociażby z budowy Stadionu Dziesięciolecia. Wraz z nim za konstrukcję tego budynku odpowiadali inżynierowie: Wacław Zalewski i Andrzej Żórawski (którzy zastosowali specjalny system odciągów i dźwigarów, które to utrzymywały stu tonowy dach budynku). Supermarket ów (zwany po prostu Supersamem), otwarto w 1962 r. Prezentował się on wspaniale i był prawdziwym powiewem zachodniego świata. Były ogromne tablice na których napisano "Wejście" i "Wyjście", poza tym mnóstwo stoisk z działami: napoje, pieczywo, produkty kolonialne, przetwory warzywne, owocowo, koncentraty, makarony, kawy i kilka innych. Mięso i wędliny trzymano w chłodniach, a liczba kas przy wyjściu robiła wrażenie nawet na dziennikarzach, którzy pisali że w Supersamie "towar sam wpada do koszyka". Oczywiście były i mankamenty, jak to w rzeczywistości socjalistycznej, w której "bohatersko rozwiązywało się problemy nieznane nigdzie indziej" 😂. Oczywiście w sklepie notorycznie brakowało produktów, a także ustawiały się przed sklepem kolejki, szczególnie do po mięso. W każdym razie ów Supersam był pierwszym powiewem Zachodu w naszym prl-owskim grajdole, i to nim jeszcze powstały Domy Towarowe "Centrum", czy bary Praha i Wenecja.
A NA KONIEC JEDEN Z ODCINKÓW PIERWSZEGO POLSKIEGO SERIALU "BARBARA I JAN" z 1965 r.
CZYLI PLAN ROZWIĄZANIA PROBLEMU DOSTĘPU NIEMIEC DO PRUS WSCHODNICH PRZEZ POLSKIE POMORZE
Dziś chciałbym opowiedzieć o tym, jak doszło do sytuacji w wyniku której wybuchła II Wojna Światowa, która rozpoczęła się z pozoru błahego powodu odmowy polskiej strony budowy przez Niemcy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej do Prus Wschodnich przez fragment polskiego Pomorza - czyli dostępu Polski do Bałtyku, naszego morskiego "okna na świat". Oczywiście większość powodów przez które potem wybuchają wielkie wojny, to z reguły są błahostki, które łatwo można by było rozwiązać, gdyby po obu stronach były tylko dobre chęci. Jednak z tym projektem jest drobna różnica, bowiem projekt budowy eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej przez Pomorze do Prus Wschodnich i do Niemiec, nie był projektem niemieckim, a polskim, który to potem Hitler odświeżył i dodając do nich kilka innych punktów jak podpisanie wzajemnego układu o nieagresji na 25 lat, budowy podobnej eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej z Polski do Gdyni - głównego portu morskiego II Rzeczpospolitej, oraz wejście Polski do paktu antykominternowskiego, wymierzonego w sowiecką Rosję - wszystko to razem wzięte nieco zmieniło ów pierwotny projekt i spowodowało, że w konsekwencji strona polska musiała go odrzucić, jako że realnie Polska zostałaby w nim sprowadzona do roli satelity Niemiec, a to w głowach ludzi którzy własną krwią i własnym czynem odbudowali niepodległą Polskę, było nie do pomyślenia.
Hitler jednak parł do szybkiej wojny, zdając sobie doskonale sprawę że taka musi wybuchnąć albo w 1938, albo w 1939, a najpóźniej w 1940 r., ponieważ każdy kolejny rok powodowałby wzmocnienie potencjałów państw takich jak Polska, Francja czy Wielka Brytania i zwycięstwo niemieckie z każdym kolejnym rokiem byłoby coraz mniej prawdopodobne. Strona polska oczywiście również myślała o tym, jak możliwie najlepiej rozwiązać problem Prus Wschodnich które stanowiły swoistą niemiecka esklawę, otoczoną od południa granicą z Polską, od wschodu z Litwą, od zachodu z Wolnym Miastem Gdańskiem, a od północy z Morzem Bałtyckim. Powstawały więc różne projekty począwszy już od lat 20-tych, gdyż było oczywistym że nie uporządkowanie spraw Prus Wschodnich może w przyszłości doprowadzić do wybuchu wojny polsko-niemieckiej, która również przerodzić się może w wojnę europejską, a być może także i światową. Na tych projektach więc pragnę się teraz skupić.
I
OKNO NA ŚWIAT
Polska nigdy nie miała wielkich tradycji morskich. Wyjąwszy pewien okres wczesnego średniowiecza kiedy to sami Pomorzanie grasowali na Bałtyku i zapuszczali się nawet na ziemie Wikingów grabiąc ją i paląc (notabene Wikingowie wyprawiali się zarówno na Zachód jak i na Wschód. Pustoszyli ziemie Anglii, Francji, Niemiec, Hiszpanii i Italii, a także Rusi i zapuszczali się Dnieprem nawet na Morze Czarne i pod Konstantynopol, natomiast nie atakowali ziem pomorskich które były najbliżej nich samych, ziem którymi władało plemię Pomorzan. Natomiast można znaleźć informacje że Wikingowie obawiali się Pomorzan i ataków z ich strony - kiedyś jeszcze bardziej to rozwinę). Natomiast zjednoczone państwo polskie, a szczególnie Rzeczpospolita Obojga Narodów nie miała tradycji morskich. Królowie najczęściej wynajmowali lokalnych kaprów, którzy mieli patrolować wybrzeże lub w przypadku wojny blokować dane porty (czy to moskiewskie czy duńskie czy też szwedzkie). Największe zaś zwycięstwo polskie z czasów świetności dawnej Rzeczypospolitej, odniesione zostało w bitwie morskiej że Szwedami pod Oliwą (na północ od Gdańska) 28 listopada 1627 r. Zatopiony wówczas jeden szwedzki okręt a jeden wzięto do niewoli, pozostałe zaś okręty zmuszono do rozproszenia się. Okrętami polskimi dowodził w tej bitwie holenderski admirał Arend Dickmann, który od 1608 r. mieszkał w Gdańsku i po jakimś czasie się spolszczył, wstępując jednocześnie na służbę do tworzącego flotę króla Zygmunta III Wazy. Zginął on w tej bitwie trafiony pociskiem (kulą armatnią która obcięła mu nogi i wykrwawił się), ale bitwa została wygrana (podobnie jak Nelson pod Trafalgarem). Ale Rzeczpospolita Obojga Narodów mimo to nie była krajem morskim. Był to kraj uskrzydlonych jeźdźców, którzy najlepiej czuli się pod siodłem, a nie na okrętach, a owi uskrzydleni jeźdźcy byli nie do pokonania i mówiło się, że jeśli do trzeciego szeregu piechoty nie uda się zatrzymać polskich husarzy to należy już żegnać się z życiem, bowiem ucieczka też jest niemożliwa.
Mimo jednak tak nielicznych i bladych morskich tradycji Rzeczypospolitej, z chwilą odrodzenia Państwa Polskiego 11 listopada 1918 r. (tego dnia rozpoczęto rozbrajanie wojsk niemieckich w Warszawie, a rządząca dotychczas z niemieckiego nadania Rada Regencyjna przekazała Komendantowi Legionów Polskich Józefowi Piłsudskiemu dowództwo nad tworzącą się Armią Polską) już wówczas Naczelnik Państwa Józef Piłsudski w 291 rocznicę bitwy pod Oliwą powołał do życia Marynarkę Wojenną Rzeczpospolitej Polski. Odradzająca się Polska nie miała jeszcze swoich granic, nie miała nawet dostępu do morza, a już miała swoją morską siłę zbrojną (przynajmniej oficjalnie, co też nie było bez znaczenia). 28 czerwca 1919 r. w wyniku postanowień Traktatu Wersalskiego (również dzięki działalności takich ludzi jak Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski), Polska uzyskała skąpy dostęp do morza (długość granicy 70 km.). Bez Gdańska (który zawsze był częścią dawnej Rzeczypospolitej, nawet gdy doszło do pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. to Gdańsk dalej pozostał przy Rzeczypospolitej) który to stał się teraz w Wolnym Miastem Gdańskiem. Gdańsk był bez wątpienia największym portem tego regionu i utrata Gdańska spowodowała że pas morski który otrzymała Polska, pozbawiony był jakiegokolwiek dużego portu morskiego (reszta osad była po prostu zwykłymi nadmorskimi wioskami, takimi jak: Gdynia, Oksywie, Władysławowo czy Hel). Z końcem stycznia 1920 r. 2 Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich wyruszył aby przejąć w polskie ręce przyznany w Traktacie Wersalskim obszar Pomorza (który potem zostanie nazwany - głównie przez stronę niemiecką- niezbyt poprawnym określeniem "Korytarz"). 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller (pod którego to rozkazami służył mój pradziadek) dokonał w Pucku oficjalnych zaślubin Polski z Morzem, wrzucając w fale Bałtyku pierścień (niektórzy twierdzili, że był to pierścień, który w 1647 r. podczas swej wizyty w Gdańsku królowa Ludwika Maria Gonzaga - żona Władysława IV - ofiarowała jednemu z rajców gdańskich). Polska odzyskała tym samym dostęp do morza, ale wciąż pozbawiona była swojego własnego portu swego okna na świat.
W roku 1920 (a był to przecież rok ogromnego zagrożenia istnienia dopiero co odrodzonego kraju, gdyż w czerwcu i lipcu ruszyła wielka ofensywa bolszewicka na Zachód, pod wodzą Michaiła Tuchaczewskiego i Siemiona Budionnego. To właśnie z tego powodu Polska musiała odwołać swój udział w Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii, a miała to być pierwsza olimpiada, w której polscy sportowcy mogli uczestniczyć z Orłem Białym na piersi i pod biało-czerwoną flagą. Trzeba było na to poczekać kolejne cztery lata) w Warszawie powstało I Polskie Towarzystwo Kąpieli Morskich SA, które planowało budowę nowoczesnego kąpieliska bałtyckiego. W tym samym roku inżynier Tadeusz Wenda (oddelegowany przez admirała Kazimierza Porębskiego, szefa Departamentu Spraw Morskich przy Ministerstwie Spraw Wojskowych) wskazał Gdynię, jako najdogodniejsze i najlepsze miejsce pod budowę portu wojennego, rybackiego i handlowego. Z końcem 1920 r. rusza budowa drewnianego Tymczasowego Portu Wojennego i Schroniska dla Rybaków. Gdynia (czyli niemieckie Gdingen) składała się przed 1920 r. z kilkunastu chałup rybackich, jednej gospody i jednego murowanego domu, zamieszkiwanego przez księdza z lokalnej parafii. Adolf Nowaczyński (publicysta i dramatopisarz) odwiedził tę wioskę w 1911 r. i tak o niej pisał: "Cichszej miejscowości chyba nie było wówczas na całej kuli ziemskiej. Po zoppockiej Sodomie odkryta Arkadia pasterska i patriarchalna". Odnotował wówczas trzy ulice (Johanniskrugstrasse, Altdorfstrasse i Kurhausallee) "ani kościoła, ani apteki, poczta ze szkołą razem". Poza tym trzy sklepy, dwie karczmy (Grzegorzewskiego i Skwiercza), mały tartak i cegielenka. Nad brzegiem morza zaś (na terenie dzisiejszego skweru Kościuszki) stał Kurhaus z fortepianem w paradnej sali. Tamta Gdynia liczyła ok. 900 mieszkańców i Nowaczyński określił ją mianem "letniska dla Polaków".
TELEDYSK DO FILMU "MIASTO Z MORZA"
(O BUDOWIE GDYNI, KTÓRA JUŻ w 1938 r. STAŁA SIĘ NAJWIĘKSZYM I NAJNOWOCZEŚNIEJSZYM PORTEM NA BAŁTYKU)
W 1921 r. Gdynię zamieszkiwało już 1300 osób, ale tempo prac budowlanych Portu Tymczasowego wciąż było bardzo wolne. 23 września 1922 r. sejm przyjął ustawę o budowie portu morskiego w Gdyni, a inżynier Wenda kreśli śmiały projekt nowoczesnych głębokich kanałów i szerokich basenów portowych (oczywiście kraj który dopiero co wyszedł z pożogi I Wojny Światowej, kraj wówczas bardzo biedny, zniszczony dodatkowo inwazją sowiecką, nie jest w stanie wysupłać takich pieniędzy, jakie są potrzebne na realizację projektów Wendy). Mimo to prace się rozpoczynają, a port uroczyście zostaje otwarty 29 kwietnia 1923 r. i na tę uroczystość przyjeżdża prezydent Polski Stanisław Wojciechowski, premier gen. Władysław Sikorski i ksiądz prymas kardynał Edmund Dalbor. Wojciechowski w swej przemowie stwierdza: "Trzeba, aby cały naród polski zrozumiał, jakie znaczenie ma wolny dostęp do morza, zagwarantowany pełnym posiadaniem jego wybrzeża. Tutaj winni zwrócić swój wzrok i prężność gospodarczą Mazurzy i Małopolanie, nazbyt w przeszłości zapatrzeni ku wschodnim rubieżom i czarnoziemom podolskim, bo tutaj jest gwarancja wolnego oddechu dla piersi całego narodu". Wciąż jednak przed rozwojem miasta i portu stoi brak pieniędzy. Niemcy dążą do storpedowania projektu budowy Gdyni. W swej prasie nazywają Gdynię "polskim zatorem" i pokazują Polaków jako świnie które uczą się pływać w morzu. W 1925 r. wybucha wojna handlowa polsko-niemiecka a Niemcy liczą, że Polska gospodarka szybko się załamie i będą mogli odzyskać nie tylko Pomorze, ale również Śląsk i Wielkopolskę (czyli Poznańskie). Tak się jednak nie dzieje gdyż na początku 1926 r. wybucha strajk górników i dokerów angielskich, a przed polskim węglem stoją otworem rynki skandynawskie. Miasto też powoli zaczyna się rozwijać.
W marcu 1925 r. w Gdyni jest już elektryczność (ludzie powitali ją symbolicznym pogrzebem naftowych lamp - nieco przedwczesnym, bowiem stacje transformatorowe dostosowane są zaledwie do potrzeb 4000 mieszkańców, a ludność miasta rośnie w zastraszającym tempie). Słomiane dachy rybackich chat sąsiadują z pierwszymi kamienicami. Powstaje ulica 10 lutego i inne, które istnieją do dzisiaj. 10 lutego 1926 r. Gdynia otrzymuje prawa miejskie, a pod koniec tego roku miasto ma 12 000 mieszkańców. W opracowanym w maju 1926 r. planie miasta przewiduje się iż ostatecznie zamieszka tutaj 60 000 mieszkańców, szybko jednak plany te ulegają zmianie i w kolejnej korekcie mowa już jest o 120 000. Ulice wzorowane są na zabudowie berlińskiej. Z końcem 1926 r otwarto do użytku na Oksywiu okazałą siedzibę dowództwa Floty Marynarki Wojennej (choć flota wojenna jaką wówczas Polska dysponuje jest mała i nieliczna). Rok 1926 to również rok otwarcia dworca kolejowego w Gdyni, gdyńskiego kina "Czarodziejka", ale przede wszystkim kontynuowana jest budowa Portu Wojennego oraz magazynów przy Nabrzeżu Pilotów i mostu przeładunkowego na Nabrzeżu Szwedzkim.
W 1927 r. Powstaje Polsko-Skandynawskie Towarzystwo Transportowe Polskarob (Gdynianie tłumaczą nazwę firmy na "Polska rób!"), na jej czele staje Napoleon Korzon. To on właśnie wraz ze swym zastępcą Janem Hołowińskim (wiele ryzykując), doprowadzają do nabycia wielu nowoczesnych, a jednocześnie pionierskich urządzeń przeładunkowych. W niemieckiej firmie Demag w Duisburgu kupują w 1927 dwa 7-tonowe żurawie (okazuje się to strzałem w dziesiątkę). W roku następnym dyrektor Demagu proponuje im kupno skonstruowanej przez siebie wywrotnicy której nie ma jeszcze nigdzie w Europie ani na świecie, Gdynia byłaby pierwszym takim portem. Korzon się waha i mówi: "Ja się na tym nie znam (jest specjalistą od kolejnictwa) i nie mogę ryzykować". Dyrektor Demagu przekonuje jednak Hołowińskiego i ostatecznie kupują ową wywrotnicę i to był kolejny strzał w dziesiątkę, bo nikt inny nie miał czegoś takiego i do Gdyni zjeżdżały wycieczki z całej Europy żeby podziwiać owe dzieło.
Eugeniusz Kwiatkowski (minister przemysłu i handlu w latach 1926-1930, a od 1935 r. minister skarbu i wicepremier) w 1932 r. w opublikowanych przez siebie "Dysproporcjach. Rzeczy o Polsce przeszłej i obecnej" napisał: "Każdy metr Wybrzeża, każdy nowy dźwig, każdy skład towarowy, każda nowa placówka handlowa w Gdyni, każde ulepszenie komunikacji, każdy nowy okręt, każda nowa fabryka na wybrzeżu, każdy nowy bank, każda nowa więź cementująca Gdynię z Pomorzem, a całe województwo pomorskie z resztą państwa, to wielka zdobycz, to poważny aktyw naszego dorobku państwowego. Tu koncentruje się jedyna, praktyczna, akademia kupiecka Polski, tu stoi otworem droga najpewniejsza i najkrótsza dla wyrównania wartości człowieka w Polsce z wartością człowieka w Europie, tu zbiega się granica współpracy z narodami całego świata, tu wreszcie harmonizują się automatycznie wszystkie różnice poglądów, wszystkie starcia myśli i programów całej Polski". Budowa i rozbudowa miasta oraz portu w Gdyni spowodowała, że kilka tysięcy (a być może kilkanaście może nawet kilkadziesiąt) Polaków zamiast szukać szczęścia za granicą (w hutach Westfalii czy za oceanem), wyruszyło do Gdyni, aby tam budować siłę morską odrodzonego Państwa Polskiego. Wielu też w Gdyni poznaje to, czego nie mieli u siebie, w swoich miejscowościach. Na przykład przeniesiony w grudniu 1928 r. z Bydgoszczy do Gdyni Kazimierz Niemkiewicz (który zostaje zastępcą naczelnika Urzędu Pocztowo-Telegraficznego) jest oczarowany budynkiem jak i rodzajem pracy. Budynek posiada automatyczną centralę telefoniczną i elektryczną rozdzielnię listów, wydzielone jest też miejsce na pocztę i na urząd telegrafów, a dla pracowników są mieszkania służbowe w nowoczesnych blokach.
LINIA ŻEGLUGOWA GDYNIA AMERYKA
TRANSATLANTYK "PIŁSUDSKI"
W roku 1928 miasto jest już prawdziwą metropolią (oczywiście nie przesadzajmy, nadal posiada wiele z elementów rybackiej wioski, ale jest ich już coraz mniej). Buduje się szkoły, boiska sportowe, korty tenisowe, kryte pływalnie, kina dźwiękowe. Powstaje szpital sióstr miłosierdzia na 40 łóżek (przy Placu Kaszubskim), gotowy jest Bank Gospodarstwa Krajowego przy 10 lutego i siedziba Żeglugi Polskiej przy ul. Jerzego Waszyngtona. Tak się rozwija miasto - o którym rozwoju i budowie opowiedzieć należało, gdyż bez tego nie poznalibyśmy kontekstu, oraz tego, o co chodziło w owych planach budowy eksterytorialnej autostrady i drogi kolejowej z Niemiec przez polskie Pomorze do Prus Wschodnich i dlaczego owe "okno na świat" jakim była Gdynia i dostęp do Bałtyku było tak ważne dla państwa polskiego. A o tym wszystkim w następnej części.