Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEMOC SEKSUALNA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEMOC SEKSUALNA. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

ZEMSTA! - Cz. I

CZYLI O TYM, JAK TO ROSJANIE, CZESI, ŻYDZI I POLACY MŚCILI SIĘ PO WOJNIE NA NIEMCACH




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".


 Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 194 5 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego krętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było potem dopaść ich aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę że nadejście sowietów będzie równoznaczny z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusia, na Litwie i w wielu innych okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przechodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przed zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".


RUINY WARSZAWY 
(1945)



Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawę na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowej, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedziała ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się gdy Niemiec odjeżdżał, gdyż rzekł  mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu gdy Niemcy zostały zmiażdżone, a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowałaś się w wielu ludziach podskórna wręcz ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy), kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90%) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbą ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów zdążającą na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało pisałem już jakiś czas temu, teraz jedynie przypomnę: ludzie których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich dowozów niczym konie i kazano ciągnąć po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...


BERLIN 
(1945)



CDN.

środa, 23 listopada 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

 HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. XII

 
 
 

 
 
DROGA DO WOLNOŚCI
 
 
 Ucieczka. To słowo tłukło mi się po głowie. Dzień i noc, trzeźwa czy naćpana, nagle miałam coś silniejszego niż narkotyki - determinację, żeby uciec. Było to maleńkie światełko, bardzo odległe, na końcu długiej ciemnej ścieżki. Ale się pojawiło. I wiedziałam, że muszę odnaleźć drogę do niego. Ale jak? Po zabójstwie Par miałam wrażenie, że Gregor i Pavlov mają mnie ciągle na oku. Nawet kiedy nie było ich w pobliżu, wiedziałam, że oni sami albo któryś z ich ludzi obserwuje mnie, żebym przypadkiem nie spróbowała ucieczki. Sprawy nie ułatwiało również to, że pojawiało się coraz więcej pogłosek o specjalnej jednostce policji. I nie były to tylko plotki. Przy mojej witrynie stanęło kiedyś dwoje nieznajomych - mężczyzna i kobieta - którzy próbowali mnie nakłonić, żebym z nimi porozmawiała. Mężczyzna twierdził, że ma na imię Leon, kobieta przedstawiła się jako Helène. Wyglądali młodo, ale nieprzyjemnie - mieli na sobie zwykłe, codzienne ubrania i w jednej chwili nabrałam co do nich podejrzeń. Byłam pewna, że to podstawieni agenci - kolejny test Gregora na dziewczynach. To Leon pojawiał się najczęściej. Kręcił się pod moją witryną, przypatrywał mi się uważnie, jakby moja twarz wydawała mu się znajoma. Od dawna nie przyglądałam się klientom, których obsługiwałam - jakie znaczenie miało to, jak wyglądają? - ale majaczyło mi się, że wcześniej go nie widziałam. Za trzecim razem wszedł po schodach na górę i powiedział, że jest gliniarzem i pracuje w jednostce specjalnej spoza dzielnicy. Nie miałam zamiaru dać się na to nabrać. Udawanie policjanta z komendy na drugim końcu miasta było klasyczną zagrywką ludzi Gregora. Kazałam mu spadać. Ale wręczył mi pieniądze i powiedział, że nie chce seksu, tylko porozmawiać.
 
- Opowiem ci pewną historię. Po mieście krążą pogłoski o młodej Angielce, która została ściągnięta do Amsterdamu przez naciągacza. Podobno była niewinną dziewczyną, dobrą, przekonaną, że przyjeżdża tu do pracy, żeby być opiekunką. Ale stało się inaczej. Mężczyzna, który ją zwabił, zmusił ją do prostytucji gdzieś w Holandii, a potem przekazał ją innemu mężczyźnie. Słyszałaś o kimś takim? 
 
Przyglądał mi się uważnie. Patrzył prosto w oczy i ponaglał mnie, żebym coś powiedziała. Ale nie byłam w stanie otworzyć ust ani wymówić słowa. Skąd to wszystko wiedział? Pewnie, że opowiedziałam moją historię innym dziewczynom, które pracowały w dzielnicy, chyba dziesiątkom. Czyżby któraś z nich puściła parę? Chyba żadna nie byłaby tak głupia, żeby rozmawiać z policją. A poza tym, czemu miałyby komukolwiek opowiadać o mnie? Nie, coś mi nie grało. To nie był prawdziwy policjant. Któryś ze szpiegów Gregora próbował mnie podejść i sprawdzić. Stąd wiedział o młodej Angielce podstępem wrobionej w prostytucję. "Nie ufaj mu, bo skończysz jak Par" - pomyślałam. Och, jak bardzo chciałam wierzyć, że to prawdziwy policjant. Marzyłam, żeby okazał się szczery i chciałam powiedzieć mu prawdę, żeby mnie chwycił, otworzył szklane drzwi mojego więzienia i zabrał mnie w bezpieczne miejsce. Pragnęłam tego tak bardzo, że chociaż wargi miałam zaciśnięte, oczami musiałam go błagać, żeby wydusił ze mnie całą historię. W końcu zaczął się zbierać do wyjścia. Wcisnął mi przedtem do ręki małą, sztywną karteczkę. Była to wizytówka z jego nazwiskiem i numerem telefonu. U góry znajdowało się wydrukowane kolorową pogrubioną czcionką logo holenderskiej policji - tak, żeby się wyróżniało. Po jego wyjściu myśli zaczęły się kotłować w mojej głowie. Czy to możliwe, że to jednak prawdziwy policjant? Chyba nawet Gregor nie zadałby sobie trudu i nie naraził na koszty drukowania podrabianych wizytówek? Ale nawet jeżeli był to prawdziwy policjant, wcale nie znaczyło to, że mogę mu zaufać. Gregor opłacał wielu policjantów. Nie zapomniałam tych siedmiu, którzy przyszli mnie zgwałcić, traktując to jako gratisowy numerek. Więc nic nie powiedziałam ani niczego nie zrobiłam. Wyciągnęłam zapalniczkę i spaliłam małą prostokątną wizytówkę z jego nazwiskiem i numerem telefonu. Po tamtym wydarzeniu Leon i Helène nadal kręcili się w pobliżu. Próbowali mnie skłonić do mówienia. Helène chyba wiedziała o Reubenie i bardzo chciała się dowiedzieć, czy wiedziałam coś na temat jego śmierci. Ale trzymałam gębę na kłódkę i po kilku tygodniach przestali się pojawiać pod moją witryną. Jednak nigdy nie przestałam marzyć o ucieczce. Chociaż wtedy byłam już całkowicie uzależniona od narkotyków, które dostarczali mi Gregor i Pavlov - twierdzili, że każdego dnia przepuszczam na crack i kokę równowartość pięciuset guldenów - widziałam małe białe światełko nadziei w oddali, na końcu długiej, ciemnej drogi. 
 
Było trochę łatwiej, bo zima się ciągnęła i Gregor z Pavlovem trochę odpuścili z pilnowaniem. Widać uznali, że od tamtej strasznej nocy w magazynie minęło dość czasu i mogą być pewni, że nikomu nie powiem o tym, co się przydarzyło biednej Par. Ale gońcy cały czas przynosili mi zapasy prezerwatyw, chusteczek i narkotyków. I wiedziałam, że przekazaliby każdy okruch informacji - donieśliby Gregorowi o najmniejszej zmianie. Więc pracowałam dalej, siedziałam w mojej szklanej klatce, rozchylałam nogi przed niekończącym się strumieniem mężczyzn, których interesowało tylko to, co mam między nimi. Na noc nadal byłam zamykana w sypialni z innymi dziewczynami, którym Gregor kazał spać na materacu obok mojego. Na korytarzu pod drzwiami dyszały i śliniły się psy. O Boże, te psy. Po dziś dzień mam przez nie koszmary, nadal je widzę, słyszę, czuję. Ludzie pytają, dlaczego nie próbowałam uciekać, dlaczego zwyczajnie nie prysnęłam. Ale nie widzieli tych psów. Nie mają pojęcia, jakie przerażenie budziły. A teraz wiedziałam już, skąd się bierze ciepłe czerwone mięso, którym karmił je Gregor - Par nie była jedyną dziewczyną z dzielnicy, która zaginęła bez śladu. Nie, nie mogłam uciec. Ani przed klientami, ani przed gońcami, ani przed gliniarzami, którzy siedzieli Gregorowi w kieszeni i żyli z jego przestępczego procederu. Nie mogłam uciec ze śmierdzącej, wstrętnej sypialni ani od psów, które jej pilnowały. Powoli, żałośnie, migoczące światełko nadziei zaczęło gasnąć. Stopniowo, ale nieuchronnie, zanurzałam się z powrotem w otępiającej mgle cracku i haszyszu, za pomocą których starałam się wybić sobie z głowy myśl o ucieczce. Wiedziałam, że Gregor nie pozwoli mi odejść, dopóki będę cokolwiek warta. A nawet potem znajdzie sposób, żeby wycisnąć ostatnie pieniądze z mojego zmaltretowanego ciała. Poza tym, dokąd miałabym pójść i kto chciałby mnie przygarnąć? Sarah Forsyth stała się uzależnioną od cracku dziwką. Moje miejsce było tutaj, w śmierdzącym szambie De Rosse Buurt. Aż pewnego ranka stał się cud.
 
 

 
Obudziłam się, jak zwykle, w rogu materaca w głębi sypialni. Byłam sama. Pozostałe dziewczyny, które towarzyszyły mi, kiedy zapadałam w narkotyczny sen, znikły. Poczłapałam do drzwi i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie są zamknięte na klucz. Przytknęłam do nich głowę, spodziewając się, że usłyszę niskie, złowrogie warczenie bulmastifów. Cisza. O co chodzi? Gdzie są wszyscy? Czemu zostawili mnie samą? Jak zwierzę z zoo, które pewnego dnia zastaje otwartą klatkę, siedziałam w pokoju, zbyt oszołomiona i zdezorientowana, żeby cokolwiek zrobić. Nagle zerwałam się do biegu. Stopy niosły mnie za próg, na dół, do wielkich ciężkich drzwi na ulicę. One też były otwarte. Pociągnęłam je do siebie i wybiegłam na dwór. Umysł mi się wyłączył, a stery przejęło ciało, kierowane resztkami instynktu samozachowawczego. Nie miałam pojęcia, dokąd pójść. Wiedziałam tylko, że muszę biec, i to tak szybko, jak tylko nogi są mnie w stanie nieść. Biegnij, Sarah, biegnij. Mijałam ulicę za ulicą, wejście za wejściem, sklep za sklepem. Biegłam, przerażona, że usłyszę głosy Gregora i Pavlova, wyczuję zbliżające się do mnie psy. Że poczuję leciutką ostrzegawczą zmianę w powietrzu przy kostkach i zorientuję się, że ich pyski są blisko i że zabawa się skończyła. Biegnij, Sarah, biegnij. Więc pędziłam na złamanie karku, nie oglądając się za siebie. Nagle stanęłam jak wryta. Nie wiem, co by się stało, gdybym nagle - na szczęście - nie uprzytomniła sobie, że minęłam znak: "Politie". Policja. Zawróciłam biegiem, aż znowu na niego trafiłam. Wpatrywałam się w znak i z całych sił pragnęłam spokojnie podejść, otworzyć drzwi i poprosić o pomoc. Ale moje stopy nie chciały się ruszyć. Wydawało mi się, że wrosły w ziemię. Nie mogłam ich podnieść ani przesunąć. Jak długo tak stałam? Bóg jeden wie. W końcu zmusiłam się, żeby na ołowianych nogach pokonać drogę na komisariat. 
 
W środku było ciepło mimo ogromnych okien wychodzących na ulicę. W głębi pomieszczenia znajdowała się lada z małym dzwonkiem i kilka krzeseł dla ludzi czekających na swoją kolej. Zajęte było tylko jedno, przez kobietę w średnim wieku, która czytała książkę. Zauważyłam angielski tytuł. Wcisnęłam dzwonek i wydawało mi się, że czekam wieki. Cały czas oglądałam się przez ramię, przekonana, że Gregor i Pavlov zobaczą mnie przez szybę i dopadną. Nagle zobaczyłam policjanta. I poczułam, że to koniec. Byłam pewna, że widziałam go wcześniej. Że mnie zna i wie, kim jestem. Rozpłakałam się i wyjąkałam moją historię, przekonana, że nic dobrego mi to nie przyniesie. Byłam przerażona. Bałam się, że policjant wyciągnie mnie na zewnątrz, odprowadzi brudnymi uliczkami do kawiarni Gregora i odda wprost w jego szpony. A wtedy zostanę zakuta w łańcuchy w magazynie i zabita jak Par. A potem porąbią moje ciało na pokarm dla tych okropnych psów. Ale okazało się, że się myliłam. Nie mogłam przestać płakać. Policjant wyszedł zza lady, stanął przede mną i próbował mnie wyprowadzić. Nagle kobieta z książką wstała i odezwała się do niego:
 
- Co pan ma zamiar zrobić? Dokąd zabiera pan tę dziewczynę? Nie widzi pan, że jest w szoku? 
 
Wpatrywałam się w nią z wdzięcznością. Zwykła Angielka. Nie alfons, nie diler ani prostytutka jak ja. I usiłowała mi pomóc. Policjant odparł, że jestem jedną z tych Angielek, które żyją na ulicy i są znane z tego, że kradną paszporty. Ale nie dała się zbyć. Coś w zachowaniu policjanta sprawiło, że kobieta nabrała podejrzeń.
 
- Ta dziewczyna jest Angielką i widać, że ma kłopoty. Sugeruję, żeby w tej chwili zadzwonił pan do ambasady brytyjskiej. Zaczekam przy panu. 
 
Miałam ochotę ją uściskać. Ta wspaniała nieznajoma spokojnie, ale stanowczo postawiła się brutalnemu
policjantowi. Nikt nigdy nie zrobił dla mnie niczego takiego. Nikt się za mną nie wstawił, nikt nie stanął na linii ognia. Prawdę mówiąc, nigdy w życiu nikt nie wyświadczył mi żadnego dobra. Tymczasem ona sprzeciwiła się policjantowi, nie myśląc o własnym bezpieczeństwie. Nagle wiedziałam, że wszystko skończy się dobrze. Ta odważna, niesamowita kobieta uratowała mi życie, chociaż nie mogła o tym wiedzieć. Policjant wrócił za ladę i podniósł słuchawkę, wskazując mi, żebym usiadła na którymś z krzeseł. Wydawało się, że nie minęła chwila, kiedy do środka weszły dwie osoby. Widziałam ich wiele razy, zanim przekroczyłam próg tego pomieszczenia. To byli Leon i Helène. Zabrali mnie na górę, do przestronnego, zabezpieczonego kłódkami gabinetu. W środku ze zdumieniem dostrzegłam zdjęcia starannie porozwieszane na każdym wolnym fragmencie ściany - fotografie witryn z prostytutkami z dzielnicy, uzupełnione imionami, dopisanymi u dołu markerem. Były wśród nich także zdjęcia każdego sex shopu, burdelu, miejsca pokazów na żywo i każdej kawiarni narkotykowej. Przypominało to mapę piekła w kolorze. Każdy złowrogi zaułek został zaznaczony. Wydaje mi się, że nie było zakątka czy dziupli, której by nie sfotografowali i nie opisali.
 
- Obserwowaliśmy cię od dawna, Sarah - wyjaśniła Helène. - Wiedzieliśmy, że to ty, nie pytaj nas skąd, nie możemy ci powiedzieć. Ale wiedzieliśmy, że jesteś dziewczyną, o której mówią ludzie, opiekunką zwabioną tu z Anglii. Nie chciałaś z nami rozmawiać, więc mogliśmy tylko siedzieć i czekać
 
Okazało się, że Helène i Leon należeli do specjalnej jednostki, o której było tak głośno. Tej, która miała prowadzić dochodzenia w sprawie całego brudu pleniącego się w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Działali zupełnie niezależnie od jednostki policji skorumpowanej przez Gregora. Najbardziej zainteresowani byli właśnie korupcją. Na pierwszym miejscu ich listy znajdowało się morderstwo Reubena. Odniosłam wrażenie, że szczególnie Helène zależy na tym, żeby dociec, kto za nim stał. Mówiła o Reubenie tak, jakby coś do niego czuła. Zanosiło się na to, że mam stać się głównym źródłem informacji. Ale wszystko to mogło zaczekać. W tamtej chwili musieli przede wszystkim zabrać mnie w bezpieczne miejsce i trzeba było zaangażować w to ambasadę brytyjską. Mimo że przez wiele miesięcy pracowałam jako prostytutka i miałam wszystkie objawy silnego uzależnienia od narkotyków, Leon i Helène umieli spojrzeć poza teraźniejszość i dostrzec we mnie dziewczynę, którą byłam kiedyś - Sarah Forsyth, bezbronną angielską opiekunkę, która rozpaczliwie potrzebowała pomocy. Znalezienie bezpiecznego domu zabrało sporo czasu. Leon i Helène nie mieli złudzeń co do tego, że w Amsterdamie nie mogą ufać nikomu. Denerwowali się nawet, że muszę przebywać na terenie Holandii. Ale przewiezienie mnie do innego kraju wymagało całej serii zezwoleń. W końcu zostali zmuszeni do tego, żeby zaangażować w sprawę holenderski odpowiednik wydziału specjalnego. Tylko tak można mnie było przewieźć przez granicę, do Belgii.
 
 

 
Negocjacje ciągnęły się całe popołudnie, do późnego wieczora. Z każdą mijającą godziną ogarniał mnie coraz większy strach. Tkwiłam na komisariacie, niedaleko kawiarni Gregora, Pavlova i wszystkich ich ludzi, o broni nie wspominając. Wiedziałam - Leon i Helène również zdawali sobie z tego sprawę - że Gregor przekupił połowę miejscowej policji. Mogłam rozpoznać większość skorumpowanych policjantów - zwłaszcza tych siedmiu, którzy mnie zgwałcili. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, żeby się zorientować, że znajduję się w dużym niebezpieczeństwie. Poza tym zaczęłam odczuwać głód narkotykowy. Moje ciało do tego stopnia przyzwyczaiło się do regularnego palenia kryształków cracku, a po nich mocnych jointów haszyszu, że każda minuta spędzona na komisariacie wydawała mi się godziną dzielącą mnie od upragnionej działki. Moją paranoję nakręcała jeszcze mocniej rozpacz i upokorzenie. O północy prawie chodziłam po ścianach. W końcu zapadła decyzja, żeby sprowadzić lekarza specjalistę. Nawet w tolerancyjnej, jeśli chodzi o narkotyki, Holandii, była to rzadkość. Miałam dostać medyczną dawkę narkotyku w samym komisariacie. Kiedy wyciągano lekarza z łóżka, ambasada brytyjska pracowała gorączkowo nad tym, żeby dotrzeć do osoby, której głos najbardziej pragnęłam usłyszeć, do mojej mamy. W końcu chyba nad ranem powiedzieli mi, że jest przy telefonie. Ręce trzęsły mi się strasznie, kiedy brałam słuchawkę od Leona. Nie pamiętam, co mówiłyśmy. Ile dni, tygodni, miesięcy czekała na wiadomość ode mnie? Musiała odchodzić od zmysłów ze zmartwienia, a jednak słyszałam w jej głosie jedynie łagodność. Od bardzo, bardzo dawna nie zaznałam niczyjej łagodności. Wiem, że mama powiedziała, że zarezerwuje bilet na pierwszy poranny samolot - miała jej w tym pomóc ambasada - i że zobaczymy się następnego dnia wieczorem. Ale nie dotarły do mnie jej słowa. Zobaczę mamę? Jutro? Jak to możliwe? Byłam dziwką i narkomanką. Mama nie będzie chciała mnie widzieć. To moje ciało - obolałe, złaknione narkotyków, drżące ciało próbowało mnie zmylić. Ale mój umysł wiedział, że mama przyjeżdża. Byłam bezpieczna. 
 
Nagle do środka wszedł lekarz. Na jego widok zaczęłam się martwić. Jeżeli był klientem i regularnie odwiedzał dzielnicę? Jeżeli tak, czy mogę mu ufać? Zaczęłam wzywać pomocy, chciałam kogoś przywołać, ale poczułam tylko silne dłonie i igłę wbijającą się w moją rękę. A potem ogarnęło mnie słodkie, totalne zapomnienie. Był to zabawny początek drogi do wolności.
 
 
 
 
 
 CDN.
  

wtorek, 6 września 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXIV

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. XI

 
 
 

 
 
OSTATNIE TCHNIENIE
 
 
 Wdech. Chwyt. Obrót. Pociągnięcie. Kliknięcie. Wydech. Podaj dalej i trzymaj kciuki za następny raz. Jak urozmaicić seks klientowi, który znudził się rutyną? Czym można podkręcić atmosferę wizyty u prostytutki? Co może przywrócić wcześniejszy poziom adrenaliny, gdy przestała już towarzyszyć zwykłej transakcji handlowej, jaką stało się pieprzenie za pieniądze? Istnieje prosty sposób. Trzeba sprawić, żeby przeżycie było ostrzejsze i brudniejsze. Od tak zwanego zwykłego seksu klient przechodzi do analnego, po analnym może trochę "sportów wodnych". A potem czas przejść do czegoś trochę bardziej brutalnego albo niebezpiecznego. Nie dla klienta, oczywiście, chociaż niektórzy chcieli być bici. Nie, ryzyko prawie nigdy nie dotyczyło jego. Wszystko spadało na biedną, załamaną prostytutkę, którą przyszedł wykorzystać. To jej groziło niebezpieczeństwo. I dzięki temu wszystko znowu stawało się ekscytujące, przynajmniej na chwilę. Bo bez względu na krążące teorie, w dziedzinie skomercjalizowanego seksu obowiązuje prawo malejących przychodów. Uwierzcie mi, pracowałam w tym zawodowo i wiem, jak to działa. Seks, odcięty od głębokiego, ożywiającego nurtu prawdziwej miłości, staje się czynnością mechaniczną. I jak każda czynność mechaniczna, z każdym powtórzeniem robi się coraz nudniejszy. Stąd konieczność dodatkowych podniet. W tym samym stopniu co do prostytucji, odnosi się to do pornografii. Pornografię znali wszyscy w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Bóg jeden wie, ile sex shopów działało w jej klaustrofobicznych granicach, wydawało się, że dziesiątki dziesiątek - wszystkie z identycznymi neonami w witrynach: "Czasopisma, Wideo, Hardcore". A wewnątrz, na drewnianych półkach można było znaleźć błyszczące kolorowe obrazy - na papierze czy na taśmie - ciał penetrowanych w imię przyjemności. Rzecz jasna, męskiej przyjemności. Pornografia jest interesem o zasięgu światowym. Główne ośrodki, w których się ją produkuje, nie znajdują się w wilgotnej, ponurej Holandii, ale w słonecznej Hiszpanii albo południowej Kalifornii. Amsterdam jest jedynie ośrodkiem zbytu - wielką hurtownią pełną nagrań uprzemysłowionego seksu, starannie poukładanych i gotowych do sprzedaży detalicznej. W Dzielnicy Czerwonych Latarni nikt nie kręci ani nie wydaje ostrej pornografii. W każdym razie nie taką, jaką zna większość ludzi. A jednak trochę nagrano w czasie, kiedy tam żyłam.
 
W pustych, ponurych magazynach, które wyglądały na zamknięte na sto spustów i opuszczone, ludzie, mężczyźni, kręcili filmy innego rodzaju. Takie, o których nikt nie mówi, a w każdym razie niechętnie i nie za dużo, bo ci, którzy je kupują, wiedzą, że dotarli do samego końca. Tak jak ci, którzy są wykorzystywani do tych produkcji. O takiej pornografii ani słowem nie wspominają ci, którzy doskonale zdają sobie sprawę z jej istnienia - policjanci, dziennikarze i politycy. Dlaczego? Bo jest ukryta w tej szufladzie, do której wpychają wszystkie naprawdę trudne, niedające spokoju sprawy. Dziwne okruchy ludzkiego życia, które wymagałyby zbyt wiele wysiłku, żeby coś z nimi zrobić. Wpychają je więc do szuflady z napisem: "Problemy za trudne do rozwiązania". A przecież nie powinno tak być. Wyciągnijmy je zatem na światło dzienne. Przestańmy ukrywać w szufladzie, w której leżą kwestie, które boimy się nazwać po imieniu, nie mówiąc już o tym, żeby je w ogóle poruszać. Mowa o torturach. Wiem, bo tam byłam.
 
Gregor miał kilku szczególnych klientów, z wielką kasą, którzy zdążyli się znudzić albo zmęczyć zwykłym seksem z prostytutkami - o ile w ogóle taka rzecz istnieje. Nawet nieustanna zmiana kobiet, napływ świeżego towaru, nie były w stanie zapewnić im pożądanego poziomu adrenaliny. Byli to dobrzy klienci, cenne sztuki, więc Gregor wymyślał sposoby, żeby ich zadowolić. A raczej, żeby jego prostytutki ich zadowoliły. Gra w rosyjską ruletkę wywodzi się, jak sugeruje sama nazwa, z przedrewolucyjnej Rosji. Na początku była rozrywką strażników więziennych, którzy zmuszali grupę więźniów, żeby usiedli w kręgu i podawali sobie kolejno rewolwer nabity jednym nabojem. Każdy musiał zakręcić bębenkiem, przystawić sobie broń do skroni i pociągnąć za spust. Strażnicy obstawiali wynik. Zasady nie zmieniły się od tamtych czasów. Gregor i Pavlov grali w to samo ze swoimi więźniami - nami, prostytutkami. Wszystkie o tym wiedziałyśmy, chociaż krążyły plotki, że każdą dziewczynę czeka to tylko raz. Prawdziwe niepowtarzalne doświadczenie. Jak głosiły plotki, kiedy Gregor i Pavlov mieli kilku specjalnych klientów, skłonnych wydać po kilkaset guldenów, posyłali gońca, żeby zebrał z witryn parę dziewczyn. Szły z nim do zamkniętego budynku niedaleko kawiarni Gregora - zbieranina nieszczęśnic, które nie miały sił, żeby się ochronić przed tym, co je czeka, a tym bardziej próbować ucieczki. Goniec wprowadzał je do pokoju i zwiewał co sił w nogach. Na środku, w świetle, stało kilka drewnianych krzeseł. W ciemności z tyłu czaili się klienci. Zaczynała się gra. 
 
Moja kolej nadeszła zimą. Oczywiście, byłam po cracku, ale mimo wszystko czułam przeszywający do szpiku kości dreszcz prawdziwego, dzikiego przerażenia. Siedziałyśmy naprzeciw siebie we dwie, w ostrym żółtym świetle. Nie znałam tej drugiej dziewczyny - chyba świeży towar w dzielnicy. Ktoś podał mi rewolwer. Miał krótką, grubą lufę, ale był zaskakująco ciężki i nie wiedziałam, jak się z nim obchodzić. Przekręć bębenek. Przystaw sobie lufę do skroni. Pociągnij za spust. Chociaż byłam na haju, trzęsły mi się ręce. Miałam wrażenie, że minęły całe wieki, zanim udało mi się skupić wzrok na grubej metalowej lufie, którą podnosiłam do głowy. Wdech. Przekręć bębenek. Pociągnij za spust. Klik. Tym razem nie ja. Wydech. Podaj dalej. Siedź. Przyglądaj się. Słuchaj. Nad plamą światła unosił się kwaśny zapach moczu. Któraś z nas czy może klient w ciemności? Kto wie? Kogo to obchodzi? Trzask. Terkot bębenka. Klik. Widzę podawaną mi z powrotem broń. Czuję w dłoni jej ciężar. Wdech i wszystko zaczyna się od nowa. Jak długo się to ciągnęło? Pewnie nie dłużej niż kilka minut - magazynek rewolweru ma miejsce na sześć naboi, prawda? Ale wydawało mi się, jakbym siedziała tam długie godziny, czekając na swoją kolejkę, żeby przystawić sobie pistolet do skroni i pociągnąć za spust. O czym myślałam przez ten czas? Może zabrzmi to dziwnie, ale jedynym uczuciem, którego nie mogę sobie przypomnieć, jest ulga. Myślicie pewnie, że właśnie jej powinnam doznać, kiedy moja dłoń - nadal zaciskająca palce na rękojeści - odsuwała się od głowy? Właśnie, że nie. Najbardziej wyraźnym wspomnieniem tego dnia - które pojawia się nieproszone w moim umyśle w dzień i w nocy, kiedy dręczą mnie koszmary - jest poczucie winy. Potworne, wszechogarniające wyrzuty sumienia, że byłam odpowiedzialna za to, co mogło się stać tej przerażonej dziewczynie, siedzącej naprzeciwko mnie. Czułam się winna, że przeżyłam i że ona mogła zginąć. Czy z nią było tak samo? Może mężczyźni w ciemności wyczuwali, co się z nami dzieje i właśnie dlatego całe to surrealistyczne, niemoralne wydarzenie wydawało im się takie mocne. Poczucie absolutnej władzy nad dwiema bezradnymi niewolnicami seksualnymi, które biorą na siebie odpowiedzialność nawet za nieuchronny wynik igrania ze śmiercią. Ale towarzyszyło mi też inne uczucie - za każdym razem, kiedy unosiłam rewolwer do głowy i spust klikał na pustej komorze. Czułam się oszukana. Dlaczego broń nie wypaliła, nie wyrzuciła swojego małego ładunku? Dlaczego mój mózg nie rozbryzgnął się po podłodze magazynu? Dlaczego nie mogę zaznać błogosławieństwa i ulgi nagłej śmierci? Znałam odpowiedź, pewnie. Ponieważ moje uczucia - nawet rozpaczliwa, szczera tęsknota za nieistnieniem - się nie liczyły. Byłam tylko mięsem. A mięso nie jest ważne. 
 
Czy w broni kiedykolwiek znajdował się nabój? Na pewno nie. Owszem, byłam upaloną crackiem dziwką, ale pamiętałabym, gdyby pistolet wypalił. Czyli trik. Jednym słowem - gra. Ale dlaczego? Jaką erotyczną przyjemność można czerpać z przyglądania się dwóm przerażonym, załamanym, zrozpaczonym kobietom? A jeżeli to ich podniecało - Bóg jeden wie, w jaki sposób - czego będą potrzebować następnym razem? Jakie inne atrakcje wymyśli dla nich potem Gregor? Przez jakiś czas będą oglądać film nagrany na kasecie wideo, żeby dogadzać swoim fantazjom. Strach wyświetlany na okrągło na ekranach ich telewizorów; przerażenie starannie zapakowane w czarne plastikowe pudełko, po to, żeby mogli rozkoszować się nim w samotności (prawdopodobnie) na nowo i na nowo. W bezpiecznym domowym zaciszu. Kopie filmu być może zostaną też sprzedane. Oczywiście dyskretnie, nigdy drogą oficjalną w porno shopach, którymi upstrzone są ulice wokół. Gregor z pewnością maczał palce w tym lukratywnym interesie. Taka kaseta jest warta o wiele, wiele więcej niż przemysłowe porno nakręcone w Hollywood czy Hiszpanii. Wcześniej, kiedy opowiadałam tę historię, widziałam w oczach ludzi, że mi nie wierzą. Niektórzy nawet mówili mi wprost, że zmyślam albo mi się tylko zdawało. Nie są w stanie w to uwierzyć, czy może raczej nie chcą? Że ktoś tak chętnie handlowałby torturowaniem bliźniego. I że ktoś inny chciałby zabrać do domu takie nagranie, żeby je sobie odtwarzać i się przy nim masturbować, aż ziarnisty obraz przestanie podniecać. Znam tych ludzi. Ludzi, którzy chowają podobne historie we własnej szufladzie ze zbyt trudnymi problemami. To ci sami przechodnie, których obserwowałam z mojej witryny, którzy spacerowali brudnymi ulicami Rosse Buurt i przyglądali się kobietom w bieliźnie, uwięzionym za szkłem. Ci sami ludzie, którzy zwiedzali dzielnicę z wycieczkami, zatrzymując się przy sex shopach, podziwiając mnogość przemysłowego porno w lśniącym opakowaniu i może kupowali je sobie na pamiątkę niegrzecznego weekendu w Amsterdamie. Oj, znam tych ludzi. I gardzę nimi. Nie z powodu tego, kim są i co postanowili zobaczyć, ale z powodu tego, co postanowili zignorować. Nie widzieli widocznie - bo dlaczego mogliby twierdzić, że wymyśliłam sobie rosyjską ruletkę - pozostałych półek w tych samych porno shopach. Półek z drogimi kasetami, które na okładkach miały związane, wykorzystywane i torturowane kobiety? Sznury, pejcze, kajdanki, ślady silnego bicia na bladej skórze albo wiele mówiące ślady krwi? Nie, widzieli - ale też nigdy nie widzieli - tej opakowanej w termokurczliwą folię pożywki dla onanistów. Ich ślepe oczy nie widziały też czasopism pokazujących kobiety gwałcone przez zwierzęta hodowlane. Nie mogły widzieć. Bo gdyby widzieli to wszystko - naprawdę widzieli, zamiast odpychać od siebie wspomnienia - jak mogliby wątpić, że są mężczyźni, którzy czerpią przyjemność seksualną z krzywdzenia innych? Albo że mężczyźni pokroju Gregora tylko czekają, żeby dostarczyć im rozrywki, jeśli otrzymają za to sowitą zapłatę.
 
 

 
Prawda wygląda tak, że Dzielnica Czerwonych Latarni istnieje po to, żeby zaspokajać żądze mężczyzn, których nie obchodzi ból i cierpienie innych. Oczywiście z wyjątkiem tych chwil, za które płacą, żeby na to cierpienie popatrzeć. Potem idą dalej. Nie ma perwersji, upokorzenia, bólu czy krzywdy, na których ktoś nie chciałby zarobić. A my, kobiety w szklanych więzieniach, znałyśmy prawdę o dzielnicy. Wiedziałyśmy, że istnieją źli mężczyźni, którzy chętnie sprzedadzą wszystko, każdego i każdemu, za odpowiednią kwotę. Wiedziałyśmy o pustych magazynach z czarnymi ścianami i o salach tortur. Wiedziałyśmy wszystko o sznurach, kołach i wielkich drewnianych łopatkach. Znałyśmy kobiety, które zrobiły się za stare albo narkotyki zbyt je wyniszczyły, by mogły stać w witrynach, więc pracowały na ulicach, zdesperowane tak bardzo, że zniosłyby każdy ból czy upokorzenie za kryształek cracku. Wiedziałyśmy też o dzieciach. O miejscach, w których sprzedawano czasopisma i taśmy pokazujące gwałt na niemowlakach, kilkulatkach czy starszych dzieciach. Amsterdam zawsze był centrum międzynarodowej pornografii dziecięcej. Byłam tego wszystkiego świadoma, jak przez mgłę, przez ciemne szkło lufki do cracku, który zamienił moje wargi w piekącą bolesną ranę na zapadniętej, pustej twarzy. Wiedziałam o tym wszystkim i po rosyjskiej ruletce wydawało mi się, że nic gorszego mnie nie spotka. Nic nie będzie już tak przerażające, żeby przebić się przez mgłę napędzanego narkotykami oszołomienia. Jakże się myliłam.
 
Par pracowała w witrynie przez tydzień. Była młodą Tajką, pewnie młodszą ode mnie, dziewczyną z chłopskiej rodziny z odległej wioski, zwabioną i wciągniętą w oślepiające światła amsterdamskiego rynku mięsnego. Którejś nocy zjawiła się w naszej sypialni śmiertelnie przerażona. Po angielsku znała słowo czy dwa. Następnego ranka wepchnięto ją do niebieskiej furgonetki i zawieziono z nami do dzielnicy. Przypadła jej witryna sąsiadująca z moją. Dostrzegłam w Par samą siebie sprzed tych kilku odległych miesięcy, kiedy Reece i Sally sprowadzili mnie tutaj. Próbowałam - na tyle, na ile pozwolił mi narkotykowy głód - pomóc jej tak, jak Sally pomogła mnie. Ale nic z tego nie wychodziło. Nie mogła się przełamać, żeby stanąć półnaga w witrynie i pokazywać się pełnym żądzy lub obojętnym przechodniom. Coś tam zarobiła, ale zdecydowanie za mało. 
 
Pod koniec tygodnia pojawił się Gregor z psami na wielkich, ciężkich łańcuchach. Właściwie od razu zorientowałam się, że coś się kroi. Było wcześnie, zostało kilka godzin do końca pracy, a Gregor nigdy nie pozwalał nam kończyć przed czasem. Powiedział Par, że na dzisiaj kończy. Nie miałam wtedy klienta, więc próbowałam się do niej odezwać. Spojrzał na mnie i powiedział, że ja też mam iść. Na ogół czekała na nas niebieska furgonetka, ale tego wieczoru jej nie było. Gregor kazał Par i mnie iść uliczkami, w stronę zaułka przy jednym z kanałów. Szliśmy dalej, poza dzielnicę, tam gdzie stały opuszczone magazyny. Rozmawiałyśmy po drodze, czując przy nogach psy. Ich gorący oddech owiewał mi skórę i widziałam wpatrujące się w nas straszne ślepia, w których od czasu do czasu odbijało się światło mijanych latarni. Gregor zatrzymał się i odwrócił się do nas.
 
- Ile dzisiaj zarobiłaś? Pokaż. Daj mi pieniądze. 
 
Miałam na nogach szpilki, w których z boku zatknęłam zwitek banknotów. Wyjęłam je i podałam Gregorowi. Zważył je w dłoni, z wprawą oceniając, ile guldenów dla niego zarobiłam. Prychnął. Par wyciągnęła skądś żałosny zwitek i podała Gregorowi. Wściekł się.
 
- Do kurwy nędzy, co robiłaś cały dzień? Siedzisz i gadasz zamiast pracować. Nie jesteś dobra, jesteś do niczego! 
 
Szarpnął psy za łańcuchy i gestem kazał nam iść dalej. Po kilku minutach chwycił nas za ręce i wepchnął brutalnie za drzwi, w ciemność, która skrywała ogromną przestrzeń fabryczną. Ktoś włączył światło. Oślepiło nas. Kiedy mój wzrok się z nim oswoił, zobaczyłam, że znajdujemy się w pustym magazynie, w którym stało tylko łóżko przykryte jakimś błyszczącym czarnym materiałem. Dostrzegłam też kamery wideo z małymi czerwonymi kontrolkami. I dwóch potężnych mężczyzn, rozebranych do pasa, z solidnymi metalowymi łańcuchami wokół torsu. Par i ja zostałyśmy wepchnięte w krąg światła. Ktoś - Gregor? - kazał nam się rozebrać. Kiedy to zrobiłyśmy, mężczyźni stanęli za nami i chwycili nas mocno. Jeden z nich uderzył mnie w twarz, rzucił na ziemię i zaczął pieprzyć. Zrobiłam z umysłem to samo co przy klientach - wyłączyłam się i czekałam, aż będzie po wszystkim. Kiedy pieprzenie się skończyło, znów pochwyciła mnie silna, szorstka dłoń. Ścisnęła mi twarz i wykręciła głowę. Przed oczami miałam Par z drugim facetem. Była sztywna ze strachu, miała szeroko otwarte oczy i wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Mężczyzna, który ją trzymał, miał broń. O Boże, nie! Tylko nie rosyjska ruletka. Ale to nie była rosyjska ruletka. Nie tym razem. Mężczyzna, zamiast podać broń Par albo mnie, szybko uniósł ją do jej głowy. I pociągnął za spust. Nigdy nie zapomnę tego odgłosu. Nie przypomina wystrzału, jaki słyszy się w filmach czy w telewizji. Był to potężny, ogłuszający huk, który zagłuszył wszystko wokół. Wydawało mi się, że mnie pochłania. Ale ten odgłos - potworny - pojawił się ułamek sekundy później. Najpierw zobaczyłam strzał. Twarz Par eksplodowała. Stałam i patrzyłam, jak kula dosłownie strąca połowę jej głowy z szyi. A potem, kiedy rozległ się huk, opadła na ziemię przy moich stopach. Chciałam krzyczeć, ale chociaż otworzyłam usta, gardło miałam ściśnięte z przerażenia. Nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Dostrzegłam czerwone kontrolki kamer i usłyszałam cichy szum przewijających się taśm. Dotarło do mnie, że zabójstwo Par zostało sfilmowane. Słyszałam o filmach porno ostatniego tchnienia. Wszystkie o nich słyszałyśmy. Zawsze, kiedy z witryny znikała któraś z dziewczyn, pojawiały się plotki, że wykorzystano ją do takiego filmu. Ale żadna z nas do końca nie wierzyła, że coś takiego ma miejsce. Filmy ostatniego tchnienia stanowiły swoistą upiorną legendę. Traktowałyśmy je jako kolejny sposób na to, żeby wymóc na nas uległość. Żebyśmy jeszcze ciężej pracowały w witrynach. Teraz w nie wierzę. Z ciemności dobiegł do mnie głos Gregora.
 
- Masz nauczkę. Źle się pieprzyła, za mało zarabiała. Kasetę sprzedam za miliony i tak na niej zarobię. Pracuj ciężko, bo spotka cię to samo. 
 
Wtedy do mnie dotarło, że muszę uciec.
 
 
 
 
CDN.

piątek, 8 lipca 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXIII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 
 
 
 

HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. X

 
 
 

 
 
KRYSZTAŁ W PIEKLE
 
 
 I am ready, I am ready, I am ready... Co rano budziłam się w tym samym brudnym pokoju, z warczącymi psami pod drzwiami i tą samą piosenką puszczaną gdzieś blisko na sprzęcie muzycznym. Nigdy wcześniej jej nie słyszałam - i nigdy potem też nie - ale w tamtym czasie każdego ranka jej powtarzające się słowa atakowały mój mózg. I am ready, I am ready, I am ready... Nie wiem, czy zaplanował to Gregor lub Pavlov, ale piosenka wywierała na mnie hipnotyczny efekt. W połączeniu z kreską koki na śniadanie, wyraźnie wzmacniała przekaz, który Gregor co rano wbijał nam, prostytutkom, do głowy: "Macie u mnie dług. Kupiłem was i musicie pracować, dopóki nie spłacicie tego, co za was zapłaciłem. Nie wciskajcie mi kitu, że coś was boli, nie gadajcie, że czujecie się do dupy. Idziecie pracować i zarabiać. W tej chwili". Słowa piosenki wirowały mi w głowie, unosząc się na morzu kokainy. I am rady, I am ready, I am ready...
 
Każdego ranka, wsiadając na tył niebieskiej furgonetki Gregora, która przewoziła mnie do miejsca pracy - jak zwykłego pracownika, tyle że dojeżdżającego do półświatka handlu seksem - byłam gotowa. W pewnym sensie stałam się robotem. Oddychałam, chodziłam i (czasami) mówiłam, ale zachowywałam się jak żywa lalka do wynajęcia na piętnaście minut. Nikt nie widział, w jakim stresie żyję. Jak miałam okazywać najmniejszy choćby cień emocji czy bólu, skoro byłam po uszy nafaszerowana narkotykami? W tamtym czasie nie wystarczały mi już kreski kokainy na zmianę ze słodkimi, ciepłymi oparami haszyszu. Zdążyłam poznać nowy rodzaj znieczulenia, które w jednej chwili odcinało mnie od całego zgiełku i bólu codzienności. Zostałam wprowadzona w osobiste piekło cracku. Bierzesz działkę kokainy w proszku i rozpuszczasz w mieszance wodorowęglanu sodu z wodą. Potem gotujesz do wytrącenia substancji z wrzącej mieszaniny. Wyciągasz ją i zostawiasz do wyschnięcia. I już masz kryształek kokainowego cracku, gotowy do użycia. Nigdy nie robiłam cracku sama - chociaż to absurdalnie proste, co jest jednym z powodów jego popularności. Nie musiałam. Dzięki wydajności i produktywności imperium Gregora narkotyk był dostępny dwadzieścia cztery godziny na dobę. A raczej dbano o to, żeby był dostępny. Bo crack ma jedną wielką zaletę dla dilera, ważniejszą nawet od tego, że tak łatwo go wyprodukować i że w cudowny sposób pozwala z jednego grama proszku kokainy zrobić kilkanaście pojedynczo sprzedawanych kryształków, z których każdy zawiera nie więcej niż jedną dziesiątą grama kokainy. Zaleta ta pozwala na duże zyski z handlu i jest bezwzględnie wykorzystywana - crack jest jednym z najszybciej uzależniających ze wszystkich dostępnych narkotyków. Słowo dla tych, którzy mieli tyle szczęścia, że nigdy nie zetknęli się z crackiem - naukowcy (i konsumenci) jako sposób podawania tego narkotyku wymieniają wdychanie. Inaczej mówiąc, pali się go. Kryształek umieszcza się w końcówce szklanej lufki, często zrobionej z małych wazoników na miniaturową różę. 
 
Kwiat ten zwykli ludzie - ci, którzy zaznali luksusu miłości w życiu - dają partnerom jako wyraz uczucia. Dla nas, dziewczyn pracujących w witrynach, wazoniki i różyczki stały się wyrazem rozpaczy. Wrzucasz kryształek na dno, podgrzewasz tanią zapalniczką i wdychasz opary. Skutek? Natychmiastowy odlot. A jeżeli nie miałyśmy wazonika na różę - czyli przeważnie - wykorzystywałyśmy wszystko, co wpadło nam w ręce: puszki po pepsi, plastikowe butelki po wodzie, wszystko, co mogło dostarczyć do naszych spragnionych płuc obezwładniającą dawkę cracku. Crack, którego nazwa wzięła się od odgłosu pękania, jaki podczas ogrzewania wydaje woda uwięziona w kamieniu, dostaje się do organizmu szybciej i jest silniejszy niż inne narkotyki. W ciągu niecałych dwóch sekund od chwili, kiedy opary dotrą do płuc, potężna dawka wypalonej koki ląduje w mózgu. Kiedy pierwszy raz zapaliłam crack w lufce - dostarczony, oczywiście, przez jednego z ludzi Gregora - poczułam, że gałki oczne wciągają mi się do środka i padłam jak długa, wymiotując potwornie. Tak moje ciało zareagowało na olbrzymią dawkę narkotyku. Nie miałam zielonego pojęcia, gdzie jestem, i w ogóle mnie to nie obchodziło. Doskonały towar, żebym mogła dalej robić za towar. Ale haj po cracku trwa krótko, najwyżej dwadzieścia minut. I to tylko po kilku pierwszych kryształkach. Każde następne odurzenie jest nieco słabsze i krótsze. I zostawia palące pragnienie kolejnego. Zwykły głód? Nie. To bezlitosna, wszechogarniająca potrzeba. Dla osoby uzależnionej od cracku liczy się tylko to, skąd weźmie następny kryształek. Uzależnienie pojawia się niemal natychmiast. I dlatego dilerzy tak go kochają. Jedno pociągnięcie z fifki i jesteś uwiązana na całe życie, jakkolwiek krótkie czy długie by było. 
 
Moja pierwsza prawdziwa miłość - pierwszy raz, kiedy całkowicie oddałam się komuś lub czemuś w ciągu dziewiętnastu lat mego życia - była uczuciem do chemicznej substancji powstałej z podgrzewania wodorowęglanu sodu i kokainowego proszku w tanim garnku. Kiedy raz zaznałam niepamięci dzięki crackowi, stałam się jego beznadziejną niewolnicą. Kiedy goniec przyniesie następny kryształek? Czym mu zapłacić? Och, zrobiłabym wszystko - i robiłam wszystko - żeby zasmakować słodkiego zapomnienia, które gwarantowały opary płynące z lufki z crackiem. Oczywiście, nigdy nie zarabiałam dość. Crack jest tak wymagający, że nie byłam w stanie obsłużyć wystarczającej liczby klientów, wyciągnąć od nich dość napiwków, żeby płacić za mój nałóg. Ale Gregor z radością dawał mi go na krechę. I z wielkim zadowoleniem zapisywał moje długi w zeszycie. Crack w znacznym stopniu ułatwił mu pracę. Nie musiał się martwić, że zwabi mnie do siebie jakiś inny alfons. Kto inny dostarczałby mi crack? Nie potrzebował nawet usług Aniołów Piekła - gangu, który pojawił się w Dzielnicy Czerwonych Latarni i oferował swe usługi alfonsom, którzy martwili się o to, że dziewczyny mogą im uciec. Dokąd miałybyśmy uciec, skoro byłyśmy tak skutecznie przywiązane do lufki i małych kryształków cracku? Gregor, oczywiście, tolerował mój nałóg - i nałóg wszystkich swoich dziewczyn - pod warunkiem że zarabiałyśmy. Czasami napominał: "Musisz więcej zarabiać. Za dużo wydajesz na crack, za mało przynosisz pieniędzy od klientów".
 
 

 
Innym razem zachęcał nas do pracy, szczując nas psami. Działo się to u niego, na obrzeżach Dzielnicy Czerwonych Latarni, w pokoju, w którym spały wszystkie dziewczyny. Słyszałyśmy, jak idzie z Pavlovem korytarzem i jak mówią coś do psów. Nagle drzwi się otwierały. W progu stawał Gregor z psami przy nodze. Mówił coś do nich w obcym języku, a one ruszały do nas wolnym krokiem, warcząc, całe zaślinione, jakbyśmy były żywym mięsem, które miały zaraz rozszarpać. Gregor przemawiał do zwierząt, powoli, spokojnym tonem, a one zbliżały się, aż znalazły się tuż przed naszymi twarzami. Czułyśmy smród ich oddechu i jego ciepło na skórze. Wtedy je zatrzymywał - bez pomocy smyczy czy łańcucha, wystarczył jego głos. A my czekałyśmy w przerażeniu, czy nie wyda komendy: "Brać je!" Nigdy tego nie zrobił, w każdym razie nie na moich oczach, ale paraliżujący strach nas nie opuszczał ani nie słabł. Za każdym razem, kiedy chciał się z nami tak zabawić, psy przerażały nas tak samo jak wcześniej. Dzięki temu podwajałyśmy wysiłki w witrynie, spoglądając pożądliwie na klientów spacerujących po ulicy, dotykając się - albo siebie nawzajem - obscenicznie. Robiłyśmy wszystko, żeby zwabić mężczyznę do środka. Wszystko, żeby zarobić i dostać następny kryształek i stanowczo zbyt krótkie zapomnienie, jakie obiecywał. 
 
Od czasu do czasu - Bóg jeden wie, skąd brałam na to siłę i chęć - robiłam krótkie notatki z mojej codziennej żałosnej egzystencji w smutnym małym pamiętniku, który przywiozłam ze sobą do Amsterdamu. Kiedy go pakowałam, wyobrażałam sobie, że będę zapisywać w nim wszystkie szczęśliwe, ekscytujące rzeczy, które przydarzą mi się w tym pięknym mieście. Tymczasem w pamiętniku pojawiły się skromne wpisy pełne goryczy - kilka rozpaczliwych słów młodej kobiety cierpiącej podwójnie, z powodu prostytucji i narkotyków. 
 
"Czwartek: Jestem smutna. Czuję się brudna i przerażona. Brałam crack i hasz". 
 
"Sobota: Zaczynam się zastanawiać, kim jestem. Nienawidzę mężczyzn". 
 
"Wtorek: Smutna i przerażona, chcę wracać do domu". 
 
"Czwartek: Chcę się obudzić z tego koszmaru, mam dość broni, strachu, facetów, których nienawidzę. Leżę tylko i marzę, żeby minęło dziesięć minut. Ciągną się jak godziny".
 
"Sobota: Umieram, czuję się jak dziwka". 
 
Ile kryształków cracku wypaliłam? Ile dymków silnego haszu wciągnęłam do zrozpaczonych płuc? Nie mam pojęcia. Setki. Może tysiące. A ilu klientów obsłużyłam? Ilu mężczyzn wręczało mi zwitki brudnych pieniędzy za używanie mojego ciała dla własnej, egoistycznej krótkotrwałej przyjemności? Bóg jeden wie. Ile pieniędzy zarobiłam dla Gregora? Z perspektywy czasu wydaje mi się, że Gregor był milionerem. W całym Amsterdamie miał dziewczyny, które dla niego pracowały, stojąc w witrynach po siedemnaście, osiemnaście godzin dziennie. Każda prostytutka obsługiwała setki klientów tygodniowo. Poza tym prowadził biznes narkotykowy - w półlegalnych kawiarniach z haszyszem i rozprowadzając narkotyki po całym mieście. Pracowałam dla niego kilka miesięcy - chociaż, szczerze mówiąc, straciłam poczucie czasu, więc tylko się tego domyślam - kiedy w naszej sypialni pojawił się Pavlov z jakimiś tabletkami. Dał każdej z nas po jednej i kazał połknąć. Potem stał przed nami i czekał, żeby zobaczyć, co się stanie. Dwadzieścia minut później ciągle tam był, ten sam łysy zbir z wielkim czarnym pistoletem zatkniętym za paskiem. Ale jakimś cudem wydawał się mniej groźny. Po raz pierwszy odkąd pamiętam, zaczęłam się czuć dobrze. Nawet psy warczące na korytarzu nie wydawały się tak groźne. Uśmiechnęłam się do reszty dziewczyn w pokoju, a one odwzajemniły uśmiech. Pavlov chrząknął, odwrócił się na pięcie i wyszedł. Usłyszałam odgłos klucza przekręcanego w zamku, ale nawet on nie wydał mi się taki straszny. Wtedy właśnie przeżyłam pierwsze doświadczenie z ecstasy. Okazało się, że Gregor uruchomił nową fabrykę masowo produkującą E. Tabletki były we wszystkich kształtach i o różnej mocy, każda oznaczona odpowiednim kolorem i charakterystycznym wzorem na otoczce. 
 
Ecstasy była stosunkowo nowym narkotykiem - nie zdążyła się jeszcze przebić z młodej sceny klubowej i trafić do szerszej międzynarodowej społeczności. Do ludzi, którzy zażywają narkotyki jedynie okazjonalnie. Główny składnik — MDMA, czyli 3,4-metylenodioksymetamfetamina, jest pochodną amfetaminy, chociaż wywołuje efekty podobne do narkotyków psychodelicznych takich jak LSD. To właśnie one wpłynęły na poprawę nastroju, którą zauważyłyśmy po zażyciu tabletek od Pavlova. Podejrzewam, że w tej początkowej fazie producentom takim jak Gregor ciężko było dobrać odpowiednie ilości i skład - za mało MDMA i tabletki nie dawały kopa, za dużo i skutki mogły się okazać niebezpieczne. Dlatego każdą zmianę receptury testował na nas. Byłyśmy jego królikami doświadczalnymi. Mógł na nas eksperymentować z każdą nową partią, żeby sprawdzić, czy narkotyki są dobrej jakości. Nigdy nie miałyśmy nic do gadania. Musiałyśmy brać tabletki. Tak właśnie jest z niewolnikami, nie trzeba ich o nic pytać, wydaje im się rozkazy. Ale nawet gdyby pytał, nie odmówiłybyśmy. Nie zamierzałyśmy się sprzeciwiać żadnemu nowemu narkotykowi, który nam rzucał, bo oznaczało to więcej zapomnienia i nowy sposób na odcięcie się od bólu spowodowanego pracą. Nigdy nie przeżyłyśmy chwili niepokoju, połykając pigułkę za pigułką. Nawet wtedy, kiedy Gregor i Pavlov rozmawiali o Brytyjce, która zmarła po zażyciu jednej tabletki ecstasy. I śmiali się, że narkotyk mógł pochodzić od nich. (była to Leah Betts, zmarła w listopadzie 1995 r. po zażyciu jednej tabliczki ecstasy. Jednak sekcja zwłok wykazała że przyczyną zgonu było spożycie przez Leah równocześnie nadmiernej ilości wody).
 
W mieście, w którym obsceniczność i wykorzystanie były normą, Gregor wyróżniał się spomiędzy setek innych dilerów i alfonsów nie tylko skalą interesów, ale też bezczelną jawnością. On i Pavlov - i wszyscy inni, którzy dla niego pracowali - nosili przy sobie broń. Nie kryli się z handlem kobietami i narkotykami. Jakby byli nietykalni. Jakby znajdowali się całkowicie i bezspornie ponad prawem. Jedno z pytań, które najczęściej słyszę, to: "Dlaczego policja ich nie powstrzymała?" Dlaczego, skoro robili tak niewiele, albo wręcz nic, żeby maskować swoje przestępcze działania, nie zostali aresztowani i postawieni przed sądem? Zgadnijcie. W Holandii są dwa rodzaje policji: regiokorpsen czyli siły regionalne i KLPD - Korps Landelijke Politiediensten - państwowe oddziały policji o zasięgu krajowym. KLPD, które przypomina trochę amerykańskie FBI, prowadzi śledztwa w sprawie większych przestępstw popełnianych na skalę krajową lub międzynarodową oraz, co najważniejsze, działalność wywiadowczą. Codzienna rutynowa służba pozostawiona jest w rękach regiokorpsen, które dbają o bezpieczeństwo w miasteczkach i miastach w całym kraju. Istnieje dwadzieścia pięć okręgów sił regionalnych. Na czele każdego stoi szef sił, który zajmuje się zarządzaniem policją w podległym mu okręgu. Cały jego sztab jest podzielony na miejscowe zespoły policyjne nazywane basiseenheden - jednostkami podstawowymi. Decyzje dotyczące egzekwowania przestrzegania prawa w okręgu - wybieranie problemów priorytetowych, na które kieruje się największą uwagę i wysiłki - należą do odrębnej zewnętrznej komisji. Zasiadają w niej przedstawiciele policji, główny prokurator okręgowy i przewodniczący największej miejscowości w okręgu. W praktyce oznacza to, że policja w miejscu takim jak Rosse Buurt znajduje się pod wpływem ludzi, którzy rządzą miastem. A ponieważ Amsterdam nie był zainteresowany zrobieniem porządku w Dzielnicy Czerwonych Latarni, miejscowe zespoły policyjne też nic w tym kierunku nie robiły. Od tamtej pory niewiele się zmieniło.
 
 

 
W lecie 2000 roku policja amsterdamska wydała piękny przewodnik o tym, jak się bezpiecznie bawić w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Kokaina, heroina, LSD, ekstazy itd. są surowo zakazane, zauważa przewodnik. Następnie wyjaśnia, że niewielkie ilości marihuany, posiadanej na użytek własny, mogą być legalnie spożywane w kawiarni, dodając pomocnie: jeżeli poczujesz mdłości po wypaleniu lub zjedzeniu kosmicznego ciastka, wypij dużą ilość wody z cukrem. Wskazówki dotyczące prostytutek bezpośrednio odnoszą się do zainteresowań "konsumenta": "Jeżeli odwiedzasz jedną z tych kobiet, chcemy ci przypomnieć, że nie zawsze są kobietami". Przewodnik napisano z zachowaniem wszelkich norm moralnych - nie krzycz ani nie używaj wyzwisk w stosunku do tych kobiet - ale początkowo zawierał również bezwstydne porady, jak najlepiej zaliczyć wizytę u prostytutki uwięzionej w szklanej klatce: "Rozliczenia załatw w drzwiach i nie bądź zbyt pijany, żeby skorzystać z usługi. Dla tych pań czas to pieniądz". Wszystkie te rady zebrał i opublikował czynny funkcjonariusz policji, który przepracował na ulicach dzielnicy dwanaście lat. Jego zdjęcie, które zdobi okładkę, ukazuje uśmiechniętego policjanta w pełnym umundurowaniu na policyjnym motocyklu. Obok niego widać reklamę Muzeum Erotyki. W Amsterdamie nie ma wiele miejsca na rygorystyczne przestrzeganie prawa. Fakt, że w 1995 roku każdy policjant, który chciałby zaprowadzić porządek w dzielnicy, niemal na pewno trafiłby na opór ze strony wielu własnych kolegów. Wszystkim rządziła prosta ekonomia - przestępstwo, które było atrakcyjne dla rady miasta, stawało się też szybko atrakcyjne dla urzędników niższego szczebla. Policjanci - w każdym razie ci najniższej rangi, z patroli ulicznych - rzadko zarabiają krocie. Gregora stać było na to, żeby co miesiąc zasilać ich portfele. Oczywiście w zamian za przymykanie oka tam, gdzie tego potrzebował. Nie chcę powiedzieć, że każdy policjant, który pełnił służbę na osiemnastu ulicach w De Wallen i Singelgebied brał łapówki, ale większość na pewno to robiła. W dodatku wynagrodzenie niekoniecznie było wypłacane w gotówce. 
 
Zabójstwo Reubena wywołało niepokój na ulicach. Nie dlatego, że został zabity. W tej dzielnicy ludzie często umierali czy znikali. Chodziło o to, że jego głowa została odrąbana i celowo porzucona kilka metrów od reszty ciała. Miało to stanowić ostrzeżenie dla innych Loverboys, ale czyn ten okazał się na tyle bezczelny, że ściągnął uwagę z zewnątrz. Pojawiły się plotki - przekazywane przez gońców i wśród dziewczyn w witrynach - że wyznaczono specjalną jednostkę policji spoza Dzielnicy Czerwonych Latarni, której zadaniem było zbadanie grup przestępczych, które stały za handlem ludźmi. Niektórzy stręczyciele, włącznie z Gregorem, przestraszyli się na tyle, że podjęli działania antyszpiegowskie. Od czasu do czasu nasyłali jakiegoś nowicjusza z gangu, żeby porozmawiał z nami, dziewczynami, podając się za funkcjonariusza specjalnej jednostki. Wszystko po to, by sprawdzić, czy któraś nie zechce zeznawać przeciwko swojemu panu. Na ogół wyczuwałyśmy prowokatorów albo ich znałyśmy. Ale i tak nie pisnęłybyśmy słowem. Mimo to podobne akcje były oznaką tego, jak niepewnie zaczęli czuć się bossowie przestępczości. W każdym razie, kiedy jestem pytana, dlaczego Gregorowi tak długo się udawało, opowiadam zazwyczaj o zabójstwie Reubena i korupcji. Robię to także wtedy, gdy ktoś docieka, dlaczego nie poszłam na policję. Później, dla lepszego zobrazowania swojej sytuacji, opowiadam o gwałcie. Narkotykowa kawiarnia Gregora znajdowała się niedaleko miejscowego komisariatu. Wszystkie wiedziałyśmy, że nasz szef opłaca część gliniarzy. Przypuszczam jednak, że z powodu narastającego napięcia i podejrzeń oni sami postanowili zachęcić nas dodatkowo do milczenia.
Było około siódmej. Zrobiło się ciemno, wilgotno i smutno, jak zwykle zimową nocą w Dzielnicy Czerwonych Latarni. Wieczór płynął dość spokojnie - wielu przechodniów, ale niewielu klientów skłonnych otworzyć portfel. To oznaczało kłopoty, kiedy przyjedzie po nas Gregor. Kłopoty i niewystarczającą ilość narkotyków, żeby zaspokoić nałóg i złagodzić ból. 
 
Dlatego moje przekrwione oczy pewnie rozbłysły, kiedy zobaczyłam zbliżającą się do mojej witryny grupę siedmiu mężczyzn. Szli pewnym krokiem, nie za szybko, nie za wolno. Wyglądali na potencjalnych klientów. Podeszli do witryny i chcieli, żeby ich wpuścić, wszystkich naraz. W dzielnicy obowiązuje zasada: jeden na raz. Nigdy więcej niż jeden na raz. Dość często wpuszczałam grupki dwóch czy trzech facetów - na ogół młodych, głupich i pijanych - którzy chcieli wejść, żeby popatrzeć, jak jeden z nich pieprzy się za kasę. Zwykle tłoczyli się po to, żeby ten, który wydaje kasę, czuł się bezpiecznie, bo był zbyt przestraszony, żeby wejść samemu. Naprawdę, żałosne. Czasami do pokoju chciały wejść pary, szukając dreszczyku, który miał urozmaicić ich życie erotyczne. A może dlatego, że oboje fantazjowali o towarze do wynajęcia? Nigdy się tego nie dowiedziałam. W każdym razie, podstawowa zasada samoobrony to: jeden na raz. Tych siedmiu mężczyzn, którzy podeszli do mojej witryny, nie miało jednak zamiaru wchodzić po kolei ani się przyglądać. Ani - jak się okazało - płacić. Otworzyli szklane drzwi i pokazali policyjne legitymacje. Jeden z nich zaciągnął kotary, a drugi pchnął mnie na łóżko. Gwałcili mnie na zmianę, cała siódemka. Po wszystkim wyszli razem. Podziękowali mi - chłodno i ironicznie - za gratisowy numerek. Dlaczego nigdy nie pobiegłam na policję, nie wyjaśniłam, że jestem opiekunką i że zostałam uwięziona wbrew mojej woli, faszerowana narkotykami i zmuszana do zaspokajania dzikiej egoistycznej żądzy mężczyzn przez cały dzień? Dlaczego? Wy byście pobiegli?
 
 
 
 
 CDN.
 

wtorek, 17 maja 2022

NIEWOLNICE - Cz. LXII

CZYLI CZTERY HISTORIE

WSPÓŁCZESNYCH KOBIET

KTÓRE STAŁY SIĘ PRAWDZIWYMI

NIEWOLNICAMI

 

 
 

 HISTORIA TRZECIA

SARAH

NIEWOLNICA SEKSUALNA

Cz. IX

 
 
 

 
 
 GREGOR
 
 
 Siedziało ich trzech przy stole. Trzech wielkich mężczyzn z ogolonymi głowami, w skórzanych płaszczach, rozmawiało z werwą. Popijali espresso i palili. Była to kawiarnia z narkotykami, ale nie zaciągali się skrętami z haszyszu, na stole leżała paczka zwykłych papierosów, Marlboro Reds. Dziwne, na co człowiek zwraca uwagę, kiedy jest przerażony. Spojrzeli na mnie, kiedy weszłam. Jeden z nich wskazał sąsiedni stół.
 
- Siadaj i czekaj - 
 
Odwrócił się z powrotem do towarzyszy i znowu zaczęli rozmawiać. Siedziałam i czekałam. Była mniej więcej ósma wieczorem, kiedy przybiegł po mnie goniec. Wydaje mi się, że pracowałam dla Reece’a około miesiąca. Zdążyłam stracić rachubę czasu. Nie wiedziałam, ile minęło dni czy tygodni, żyłam pogrążona w swoim piekle i interesowała mnie jedynie następna kreska koki i następny pocieszający joint. Zupełnie straciłam łączność ze światem, który znałam, z przyjaciółmi i rodziną. Chociaż od czasu do czasu przez stan zamroczenia przebijały się nagle myśli o mamie i zalewały mnie fale potwornego smutku. Miałam do niej zadzwonić kilka dni po przyjeździe do Holandii, ona przecież nie wiedziała, jak się ze mną skontaktować - nie miała pojęcia, gdzie będę mieszkać i pracować. Na pewno odchodziła od zmysłów ze zmartwienia. Ale byłam bezradna, nie mogłam nic na to poradzić. A kolejna kreska albo joint szybko tłumiły ból. Kończyłyśmy z Sally zmianę, kiedy przybiegł goniec. Znałyśmy go dobrze, bo regularnie dostarczał nam do witryny prezerwatywy, chusteczki i narkotyki, ale pod koniec dnia pracy raczej go nie widywałyśmy. Wskazał na mnie palcem.
 
- Ty. Chodź ze mną. Gregor cię chce. John Reece wie i się zgadza. Natychmiast. 
 
Spojrzałam na Sally, a ona wzruszyła ramionami. Żadna z nas nie wiedziała, o co chodzi, ale też żadnej z nas to wtedy za bardzo nie obchodziło. Byłyśmy po prostu towarem, który można przerzucać dla przyjemności mężczyzn. A goniec był jednym z nich. Więc wyszłam za nim w ciemność. Szliśmy labiryntem uliczek, wzdłuż kanału, a potem jedną z brudnych ulic w świetle latarni i wszechobecnym blasku neonów. Milczeliśmy. Rzadko pozwalano mi gdzieś wyjść bez Sally czy Reece’a, którzy zawsze trzymali się na tyle blisko, żeby mnie złapać, gdybym chciała uciec. Ale chociaż goniec trzymał się w pewnej odległości ode mnie i zostawił mi dość przestrzeni, żebym mogła próbować ucieczki, nie przemknęło mi to nawet przez myśl. Nie wszystkie więzienia mają kraty i wysokie mury. Są takie, które znajdują się w umyśle. Zatrzymaliśmy się przed kawiarnią narkotykową i goniec gestem kazał mi wejść do środka. Pchnęłam ciężkie drzwi. Jedynymi ludźmi w środku byli trzej postawni mężczyźni. Siedziałam i czekałam, a oni kończyli interesy, bawiąc się skórkami, czyli bibułkami do papierosów, starannie ułożonymi w małym szklanym pojemniku. Czekały tam, aż klienci zwiną z nich swoje jointy. W końcu jeden z mężczyzn wstał i wyszedł, a pozostałych dwóch odwróciło się i spojrzało na mnie. Obaj byli o wiele starsi ode mnie. Wyższy miał pod czterdziestkę, starszy z dziesięć lat więcej. Jakoś od razu wyczułam, że to on rządzi. Miał mocny wschodnioeuropejski akcent, ale dobrze mówił po angielsku. Odnosił się do mnie opryskliwie, wyraźnie obojętny na to, co mogłabym mieć do powiedzenia.
 
- Teraz należysz do mnie. Twój przyjaciel, pan Reece, nie mógł uregulować należności za mały interes. Zabieram cię jako zapłatę. Reece’owi trzeba było pomóc to zrozumieć. Jestem Gregor. To moja kawiarnia. A to - wskazał młodszego, mocniej zbudowanego mężczyznę - jest Pavlov. Pomoże ci. Pokaże, jak pracujemy. 
 
Jedno przelotne spojrzenie na Pavlova wystarczyło, żebym nabrała pewności, że wolałabym nie potrzebować, i że nie chcę jego pomocy. Miał około metra osiemdziesięciu pięciu i potężne, umięśnione ciało. Zauważyłam rękojeść broni, wystającą spod skórzanego płaszcza. Ale najgorsze były jego oczy - osadzone głęboko w łysej głowie, wredne i srogie. Miałam wrażenie, że potrafi mnie nimi przejrzeć na wylot. To prawda, że byłam nafaszerowana narkotykami, ale nie na tyle, żeby nie rozpoznać zła. Gregor i Pavlov dopili kawę, zabrali papierosy i we troje wyszliśmy z kawiarni. Za rogiem stała niebieska furgonetka. Pavlov otworzył drzwi i wepchnął mnie do tyłu, a potem odpalił samochód i ruszył. Kiedy teraz o tym myślę, ta chwila wydaje mi się nierealna. Zostałam sprzedana - żywa, oddychająca, ludzka istota przehandlowana za długi, jak samochód czy nieruchomość. A jednak wtedy była to dla mnie zupełnie normalna sytuacja. Tak wyglądało życie w Rosse Buurt. Widziałam, że opuszczamy Dzielnicę Czerwonych Latarni i jedziemy do otaczającej ją miejskiej dzielnicy przemysłowej. Zatrzymaliśmy się przed wysokim, ponurym magazynem. Pavlov bez słowa wyciągnął mnie z furgonetki i wepchnął za ciężkie żelazne drzwi. Jak tylko weszłam do środka, usłyszałam groźne, niskie, dzikie ujadanie - głosy wielkich zwierząt, złych i gotowych rzucić się na intruza, który wkroczył na ich terytorium. Po chwili je zobaczyłam - dwa umięśnione moręgowate psy po jakieś sześćdziesiąt centymetrów każdy, z ciemnymi, oślinionymi pyskami i wściekłymi, świńskimi oczami. Kiedy mnie zauważyły i wyczuły mój zapach, ujadanie zamieniło się w gardłowe, przerażające warczenie. Na ostrą komendę Gregora zamilkły, ale słyszałam, jak dyszą i czułam, jak im śmierdzi z pysków. Zostałam poprowadzona - Pavlov z przodu, Gregor z tyłu - po schodach z surowego drewna do wąskiego korytarza, oświetlonego jedną gołą żarówką. Zatrzymaliśmy się przy drewnianych drzwiach po lewej stronie. Pavlov przekręcił klucz w solidnej kłódce i przesunął podwójną zasuwę z zardzewiałego żelaza. Lewie zdążyłam to zauważyć, bo wepchnął mnie do środka i zatrzasnął za mną drzwi.
 
 

 
Na obrzydliwym materacu, wciśniętym pod jedną ze ścian, siedziały dwie dziewczyny. Były młode, prawdopodobnie w moim wieku. Miały na sobie brudne T- shirty i zniszczone dżinsy. Kiedy wpadłam do środka, otaksowały mnie szybko spojrzeniami, a potem odwróciły się i oparły o ścianę, najwyraźniej nie przejmując się za bardzo moją obecnością. Podeszłam do materaca i usiadłam ciężko obok nich. Miałam wrażenie, że cisza ciągnie się całe wieki. W końcu któraś z nas przełamała lody i się odezwała. Powoli i ostrożnie próbowałyśmy się poznać. Badałyśmy się nawzajem, żeby zobaczyć, ile można wyjawić. Okazało się, że są z Czech. Obie zostały sprowadzone z Pragi i sprzedane Gregorowi przez gang, który ściągnął je do Amsterdamu. Były dość sympatyczne, mówiły w miarę dobrze po angielsku i, chociaż śmiertelnie się bały Pavlova, w końcu opowiedziały mi o moim nowym pracodawcy. Gregor - nigdy nie poznałam jego nazwiska - należał do grubych ryb rządzących seksbiznesem w Amsterdamie. Był Jugosłowianinem, alfonsem i liczącym się dilerem narkotyków. Kawiarnia z haszyszem, do której zostałam zabrana, należała do niego, załatwiał w niej wszystkie swoje interesy. Jak powiedziały mi Czeszki, w pobliżu znajdowała się komenda policji, ale w kawiarni nigdy nie postała noga policjanta. Widocznie Gregor miał bardzo dobre układy. Dziewczyny podzieliły się ze mną paroma mocnymi kojącymi jointami. Rozmawiałyśmy do później nocy. Wszystkie trzy tak się naćpałyśmy, że nie byłyśmy w stanie położyć się i zasnąć na jednym brudnym materacu. Rozmowa mnie pokrzepiła, jakby ich doświadczenia czy nawet samo istnienie zapewniało mi poczucie bezpieczeństwa. Ze wstydem muszę przyznać, że nie pamiętam ich imion ani nawet tego, czy w ogóle się sobie przedstawiłyśmy. Przez całą noc słyszałyśmy psy pod drzwiami, groźne powarkiwania, przez które trudno było zasnąć, nawet kiedy już się położyłyśmy. Psów bałam się panicznie od czasów tamtego potwornego domu dziecka na odludziu w Anglii. Nigdy nie udało mi się zapomnieć straszliwego uczucia, kiedy mnie goniły przez pola w czasie jednej z nieudanych prób ucieczki. Nigdy nie otrząsnęłam się ze wspomnień tego, jak zbliżają się do mnie w ciemności, a ja wiem z całą pewnością, że niedługo poczuję ich oddech, a potem ohydne obślinione pyski, którymi chwycą mnie za nogi. Ale dopiero to, co Czeszki opowiedziały mi o psach za drzwiami, napełniło mnie zimnym, obezwładniającym przerażeniem.
 
- Psy są najgorsze. To bulmastify, wielkie i silne. Słuchają tylko Gregora i Pavlova i zrobią wszystko, dosłownie wszystko, co im każą. Gregor karmi je jakimś mięsem, które wygląda inaczej niż karma dla psów. Nie wiemy co to, ale jest w nim dużo krwi i wygląda, jakby było jeszcze ciepłe, kiedy im je rzuca. Czasami nas nimi straszy. To taka zabawa, sama zobaczysz. Nie próbuj uciekać. Dopadną cię i po tobie. 
 
W końcu zasnęłam. Wydawało mi się, że minęło tylko kilka minut, kiedy moje towarzyszki zaczęły mnie szarpać i powiedziały, że zaraz przyjdzie po nas Pavlov.
 
- Idź za nami i rób to co my. Pokażemy ci. 
 
Kilka minut później pojawił się Pavlov. Usłyszałyśmy, jak otwiera ciężkie zasuwy i wielką kłódkę i wstałyśmy, gotowe na jego rozkazy. Pamiętam, że pomyślałam, że jesteśmy jak te psy - wyszkolone, posłuszne, wyczekujące komendy zbliżającego się pana. Na korytarzu za drzwiami znajdowała się brudna mała toaleta i prysznic. Pavlov zaprowadził nas tam i patrzył, jak po kolei się rozbieramy i spłukujemy nasze wychudzone, zaniedbane ciała strumieniem wody. Kiedy wychodziłyśmy spod prysznica, podawał nam mały, sprany ręcznik, żebyśmy się wytarły i formował kreskę białego proszku na desce sedesowej. Każda z nas łapczywie pochłaniała swoją działkę. Czy byłam już wtedy uzależniona? Czy wpadłam w bezlitosne sidła żyletki i małej białej kreski? Kokaina w proszku na pewno uzależnia, a ja w tym czasie pochłaniałam ją już regularnie w znacznych ilościach. Ale wciąganie kokainy jest stosunkowo powolną i podstępną drogą do uzależnienia. Nie umiałabym powiedzieć, czy na tym etapie to ja korzystałam z niej, czy odwrotnie. Tak czy siak, niedługo potem odkryłam bardziej bezpośredni sposób korzystania z uroków kokainy. I wtedy stałam się jej prawdziwą niewolnicą.
 
 

 
Gregor i Pavlov zawieźli nas z powrotem do Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jak się okazało, Gregor miał tam kilka wynajętych pokoi. Nam przypadł mały kompleks witryn - dwie na górze i jedna poniżej - z łączącym je korytarzem i schodami. Moje nowe miejsce pracy znajdowało się na jednej z droższych ulic, blisko głównych szlaków turystycznych przy kanale. Przed wejściem Pavlov wręczył nam plastikową reklamówkę z naszymi strojami roboczymi - stanikami i skąpymi figami - a do tego kilka zwitków z koką i zapas mocnego haszyszu, które miały nas utrzymać na nogach. Ostrzegł nas jeszcze, że mamy nie rozmawiać z innymi alfonsami i zostałyśmy same, żeby odsłużyć swoją zmianę. Dzienną i nocną. Szybko się dowiedziałam, że dziewczyny Gregora nie pracują ośmiu godzin. Zaczynałyśmy o dziesiątej, a kończyłyśmy nad ranem. I nie daj Boże, żeby klienci nam nie dopisali. Z upływem czasu, kiedy zaczęłam się przyzwyczajać do nowej rutyny, przypomniałam sobie, co powiedziała mi Sally pierwszej nocy w Holandii. "Będziesz się uważać za szczęściarę, jeżeli John cię zatrzyma". Teraz wiedziałam, co miała na myśli. Reece był zadowolony, na ogół, jeżeli obsłużyłam dziesięciu klientów dziennie. Gregor nie godził się na mniej niż zyski z siedemnastu czy osiemnastu, a jeżeli zbyt wielu wybierało taniego loda albo, co gorsza, masturbację w ubraniu, wtedy od razu podejrzewał, że go oszukałyśmy.
 
- Bierzesz klienta i ma cię pieprzyć, jasne?! Nie chcę słyszeć o żadnych lodach. Nie chcę słyszeć o żadnych szybkich numerach rękami. Masz go zmusić, żeby cię pieprzył i dobrze zapłacił. Albo Pavlov zrobi z tobą porządek. Okej? 
 
To nie było pytanie. Okej dla Gregora znaczyło jedno: "Masz robić dokładnie to, co ci każę. Koniec tematu". Więc robiłyśmy wszystko, co się dało, żeby zarobić dla niego więcej. Stosowałyśmy na klientach każdy najdrobniejszy trik, każde małe oszustwo czy gierkę. Gość wyglądał na takiego, który łyknie ckliwą historyjkę? Wymyślaj, ile wlezie. Chciał ostrego seksu, chciał czuć, że robi ci krzywdę? Jęcz, wij się i mów, że cię boli, ale że ma nie przestawać, bo wszystko w porządku. Kolejna dwudziestka i będzie cię mógł krzywdzić dalej. Czy bolało? W ogóle? Wtedy już w dużej mierze narkotyki tłumiły ból, nawet nieuniknione bolesne pieczenie po obsłużeniu stu pięćdziesięciu klientów co tydzień. Ból? Co z tego? Kolejna kreska i kolejny gruby joint, i zniknie. Tyle że nie znikał. Nie do końca. Nigdy. Owszem, można było go zagłuszyć, stłumić, znieczulić się, ale cały czas go czułaś. Ból pojawia się nie bez powodu - informuje, że musisz skończyć z tym, co robisz. Ja, oczywiście, nie skończyłam. Nawet gdybym miała dość wolnej woli, żeby próbować, Gregor i Pavlov by mi na to nie pozwolili. Dawali nam to do zrozumienia w bardzo bezpośredni sposób. 
 
Lubiłam Reubena. Wszystkie lubiłyśmy Reubena, w tym sęk. Reuben był czarny, a raczej jego skóra miała cudowny odcień ciemnej kawy. Był Marokańczykiem, bardzo przystojnym, i doskonale o tym wiedział. Kolejny alfons, oczywiście, ale z tych "miłych". Należał do Loverboys. Potrafił oczarować dziewczynę i sprawić, że czuła się wyjątkowa. Że wierzyła, iż koleś jest jej chłopakiem, i godziła się pracować dla niego w witrynie. Obsługiwała obrzydliwych klientów tylko po to, żeby zapewnić Reubenowi pieniądze. Tak, Reuben był "miłym" alfonsem, to fakt. To, że wszystkie go lubiłyśmy, wiele mówi o upodleniu, w jakim żyłyśmy i o tym, jak wypaczone spojrzenie miałyśmy na życie. Bo kiedy nie czarował niewinnej dziewczyny, wmawiając jej, że ją kocha, że potrzebuje tylko trochę pieniędzy - tylko przez kilka dni, kochanie, tylko dla mnie, skarbie - krążył między witrynami w Dzielnicy Czerwonych Latarni, wypatrując dziewczyn innych alfonsów, które mógłby zwabić do swojej dochodowej stajni. Słyszał o mnie już wcześniej i zainteresował się mną chyba dlatego, że wyglądałam na nieletnią, a dziewczyny o wyglądzie małolaty cieszyły się większym wzięciem. Zaczął kręcić się przed moją witryną, jeszcze kiedy pracowałam dla Reece’a. Kiedy zostałam sprzedana Gregorowi i przeniesiona do innej witryny parę ulic dalej, potrzebował kilku tygodni, żeby mnie wytropić. Kilka tygodni to niedługo jak na okolicę tak zatłoczoną jak amsterdamska Dzielnica Czerwonych Latarni. W każdym normalnym miejscu nietrudno byłoby namierzyć osobę, która - bądź co bądź - wystawiała się na widok publiczny w ulicznej witrynie przez szesnaście godzin na dobę. I chyba właśnie to najlepiej obrazuje liczbę identycznych oświetlonych neonami witryn z dziewczynami w skąpej bieliźnie. Oraz fakt, jak często zaciągnięte kotary zasłaniały ją przed wzrokiem ludzi z ulicy. Dlatego upłynęło tyle czasu, zanim mnie odnalazł. Ale w końcu mu się udało. A ja lubiłam wychylać się przez okno na górze i spędzać nudne, choć straszne, chwile między klientami na jałowych pogaduszkach i flirtach. Te nic nieznaczące, głupie rozmowy były namiastką normalnego życia - jedyną, jaką mogłam się cieszyć - chociaż w nieunikniony sposób przerywał je kolejny klient lub potrzeba wciągnięcia następnej kreski koki. 
 
Aż któregoś dnia Reuben się nie pokazał. Dzielnica Czerwonych Latarni pod pewnymi względami przypominała, i nadal przypomina, wioskę. Położoną w niebezpiecznej dżungli kanibalizmu, zgadza się, niemniej jednak wioskę. Odgłosy bębnów z dżungli i rytmów ulicy odpływały i przypływały. Informacja płynęła uliczkami w ciszy i tajemniczo, jak dzisiejsze rozmowy internetowe. Nikt mi nie powiedział, że Reuben nie żyje, nie musiał. Wszyscy wiedzieliśmy. Jakoś, na zasadzie zbiorowej osmozy, każda prostytutka w każdej witrynie po prostu wiedziała. Wszystkie zdawałyśmy sobie sprawę, kto go zabił i dlaczego. Ludzie Gregora mieli dość tego, że Reuben podrywa dziewczyny, które nie należą do niego. Jego śmierć była informacją - i ostrzeżeniem - dla wszystkich innych Reubenów, pracujących na ulicach i w zaułkach Rosse Buurt. Istnieje granica, której nie wolno przekraczać, bo w przeciwnym razie skończą jak on. Brakowało nam Reubena. Mnie go brakowało. Nic dziwnego. Ktoś znalazł jego głowę, podobno kilka metrów od ciała. Wszystkie zaczęłyśmy za nim tęsknić jeszcze bardziej. A potem wciągnęłyśmy kolejną kreskę, wypaliłyśmy następnego jointa i dalej zajmowałyśmy się za pieniądze pieprzonymi klientami.
 
 

 
CDN.