Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIECI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DZIECI. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 marca 2021

O RETY KABARETY! - Cz. XVI

OJCOWIE I DZIECI

 
 
DZIŚ KRÓTKA, KABARETOWA RETROSPEKCJA, 
JAK OJCOWIE RADZĄ SOBIE ZE SWOIMI DZIEĆMI
 
 
 

 
 
 
OJCIEC ODBIERA SYNA ZE SZKOŁY
 
 
 
 
 1:25 - "PAN TEŻ CZEKA NA DZIECKO? CZY WOŹNY?

"OCZEKUJĘ TU NA SWOJEGO POTOMKA"

"A JA OCZEKUJĘ NA SWOJEGO POKRZYŚKA"

2:35 - "DZIECIAKI MUSZĄ SIĘ WYGANIAĆ, WYKRZYCZEĆ, W KAŁUŻY WYCHLAPAĆ, ŻABĘ NAPOMPOWAĆ. IM GŁUPIEJ, TYM LEPIEJ. ALE TAKIE SĄ DZIECIAKI - TAK?"
 
"JA NIE WIEM JAKIE SĄ DZIECIAKI, BO MÓJ TEODOR ZAPEWNE PRZYCUPNĄŁ GDZIEŚ Z DALA OD TEJ ROZWYDRZONEJ HOŁOTY, I CZYTA!"
 
3:40 - "A MÓJ CZYTA OD TAKIEGO MAŁEGO, ŻE PIERWSZĄ ZAKŁADKĘ SOBIE ZROBIŁ Z PĘPOWINY"
 
"A MÓJ CZYTA WIERSZE (...) I ESEJE. JEST COŚ TAKIEGO!" 😄
 
"A MÓJ CZYTA ROZPRAWY FILOZOFICZNE. JEST COŚ TAKIEGO?!"
 
5:15 - "A MÓJ CZYTA ROZPRAWY FILOZOFICZNE PO ŁACINIE"
 
"A MÓJ JUŻ PRZECZYTAŁ WSZYSTKIE ROZPRAWY FILOZOFICZNE PO ŁACINIE I TERAZ SAM PISZE, PO ŁACINIE!" 😅

6:15 - "A MÓJ TEODOR, CO MIAŁ NAPISAĆ, TO JUŻ NAPISAŁ, A TERAZ KRĘCI PEŁNOMETRAŻOWE FILMY NA PODSTAWIE WŁASNYCH FILOZOFICZNYCH ROZPRAW PO ŁACINIE" 

"O, TY ŁAJZO! MÓJ TEŻ KRĘCI PEŁNOLITRAŻOWE 😂 FILMY PO ŁACINIE I SAM JESZCZE GRA W NICH PO ŁACINIE"

6:40 - "A MÓJ KRĘCI PO ŁACINIE, GRA PO ŁACINIE I ZREZYGNOWAŁ Z DUBLERA W SCENIE WYBUCHU BOMBY ATOMOWEJ PO ŁACINIE" 😅

"A MÓJ SAM ZAGRAŁ BOMBĘ ATOMOWĄ PO ŁACINIE"

9:10 - "PRZEPRASZAM BARDZO, KIEDY MOJA LATOROŚL OPUŚCI PLACÓWKĘ SZKOLNĄ?"

"I MOJA NAROŚL?" 😂

"NIE PRĘDKO, CHŁOPCY SĄ U PIELĘGNIARKI. WYMYŚLILI SOBIE ZABAWĘ I NAJPIERW ZACZĘLI LEPIĆ PĄCZKI Z BŁOTA, A POTEM ZROBILI KONKURS KTÓRY Z NICH ZJE ICH WIĘCEJ"
 
 

 
 
 
1:30 - "JA PO DZIECIAKA PRZYSZŁEM!" 😉
 
2:40 - "A JAK SIĘ NAZYWA?"
 
"KOWALSKI"
 
"ALE W "ŻABKACH" MAMY TRZECH KOWALSKICH. ALE JAKIEŚ IMIĘ MA?!" 😄
 
3:20 - "WIEDZIAŁEM ŻE ANTEK. NAWET WIEM KIEDY MA URODZINY. WCZORAJ MIAŁ - TO DLATEGO TAKI SMUTNY CHODZIŁ" 😇
 
4:10 - "HALINA, NIE MOŻESZ NORMALNIE MI POWIEDZIEĆ JAK MICHAŁEK WYGLĄDA, ŻEBYM NIE SWOJEGO DZIECIAKA DO DOMU PRZYPROWADZIŁ?! a, TO MY NIE MAMY MICHAŁKA? TO JAK ON SIĘ NAZYWA?" 😂

6:25 - "KTO JAK KTO, ALE PAN NIE POWINIEN UDZIELAĆ RAD RODZICIELSKICH! PANA ANTEK CAŁY DZIEŃ ŚPI. RANO POWIEDZIAŁ TYLKO, ŻE CAŁĄ NOC Z OJCEM NA XBOKSIE SIEDZIAŁ. CZY UWAŻA PAN, ŻE CZTEROLETNIE DZIECKO POWINNO PRZEZ CAŁĄ NOC GRAĆ W GRY?"
 
"A NIE UWAŻA PANI, ŻE JAK BRAKUJE DWÓCH QUESTÓW DO SIÓDMEGO LEVELU, TO WYPADA TO DOKOŃCZYĆ?"
 
7:35 - "COŚ SIĘ PANI STAŁO?"
 
"NIE, DZIECI WŁAŚNIE PALIŁY ŚWINKĘ PEPPĘ (...) BO DZISIAJ NA KATECHEZIE MIELI O EKUMENIZMIE I UCZYLI SIĘ TOLERANCJI DLA ISLAMU" 😉
 
8:15 - "O, CHYBA DOGASA" 😂
 
   

 
 
 
"MARIUSZ, CHODŹ TU DO MNIE! JAK TO JEST MOŻLIWE SIEDZIEĆ TYLE CZASU PRZED KOMPUTEREM, CO TY TAM ROBISZ? (...) JA JESTEM TRADYCJONALISTĄ, CZŁOWIEKIEM STAREJ DATY, CHODZĘ DO KOŚCIOŁA I... UWAŻAM ŻE INTERNET JEST TYLKO PO TO, ŻEBY ŚCIĄGAĆ PORNOSY" 😂
 
1:15 - "MOJA CIOTKA, JAK SIĘ WRZĄTKIEM OBLAŁA TO SIĘ DŁUŻEJ DARŁA!" 😄
 
2:00 - "A W WARSZAWIE TEŻ PANI ŚPIEWA?"
 
"OWSZEM, W WARSZAWIE ŚPIEWAM W "HALCE"
 
"A W SAMYCH MAJTKACH TEŻ PANI ŚPIEWA" 😅
 
 2:15 - "HALKA" TO JEST OPERA STANISŁAWA MONIUSZKI"

"A, TO WIEM, STANISŁAW MONIUSZKO NOSIŁ IMIĘ MOJEJ SZKOŁY" 😀

4:20 - "DO-RE-MI-FA-SOL-LA-SI-DO. POWTÓRZ!"

"CO JEST! WIESZ CO TO ZNACZY POWTÓRZ? RECYDYWA!" 😂

5:00 - "NIE WIEM, ALE MI SIĘ WYDAJE, ŻE JEDNO Z WAS DWOJGA FAŁSZUJE" 😅

 

 
 
 CDN. 

piątek, 22 maja 2020

JAKA PIĘKNA... PATOLOGIA! Cz. IV

CZYLI ROZWAŻANIA NAD

WSPÓŁCZESNOŚCIĄ




 

 Dziś chciałbym poruszyć temat, odnoszący się do kwestii zarówno bieżących wydarzeń polityczno-obyczajowych, jak i współczesności w ogóle i naszej roli jako ludzi żyjących w określonej społeczności. Dlatego też przygotowałem trzy odrębne tematy (z których dziś zaprezentuję jedynie ten pierwszy, natomiast pozostałe dwa w ciągu kilku następnych dni). W temacie pierwszym chciałbym się odnieść do sprawy filmu Sylwestra Latkowskiego pt.: "Nic się nie stało", opowiadającym o zjawisku pedofilii i dotykającym znaczny krąg tak zwanych lokalnych "elit" oraz szeroki front medialno-polityczno-celebrycki, chroniący to środowisko. Moim celem jednak nie będzie sam film jako taki, a raczej szersze zjawisko zwane pedofilią - do której to współczesna cywilizacja niestety przygotowuje nasze dzieci już od przedszkola. 

W temacie drugim chciałbym powrócić do feminizmu i ruchu "Mee To" (oraz tym podobnych), zaś w temacie trzecim zajmę się kwestią odwróconego rasizmu, wymierzonego w białych ludzi i to zarówno w takich krajach jak USA, Niemcy, Francja, Wielka Brytania jak i przede wszystkim Republika Południowej Afryki - gdzie problem ten przyjął postać w pełni już odwróconego apartheidu.


 

 PEDOFILIA

CZYLI KTO WYCHOWUJE NASZE DZIECI?



"MUSIMY STRZEC DZIECI!"

 


 Co mogę powiedzieć po obejrzeniu filmu Sylwestra Latkowskiego "Nic się nie stało"? Przyznam się szczerze że jestem nieco zawiedziony, gdyż spodziewałem się dokumentu obejmującego szerokie spektrum problemu jakim jest pedofilia, natomiast autor skupił się właściwie zaledwie na jednym klubie z Sopotu o nazwie "Zatoka Sztuki" (i w odniesieniu do pana Marcina Turczyńskiego do dwóch jeszcze - "Kongo Bar" i "V Club"). Według mnie autor potraktował ten temat po macoszemu i przygotował co prawda zatrważającą opowieść, to jednak skupienie się tylko na wąskim światku jednego klubu z nadmorskiego kurortu - uważam za pomysł całkowicie chybiony. Temat ten należałoby znacznie poszerzyć i zająć się kilkoma dużymi materiałami, odnoszącym się do określonych środowisk (np. do celebrytów, polityków, sędziów, księży itd.). Rozumiem że taka praca byłaby znacznie trudniejsza (i zapewne bardziej niebezpieczna), ale jednak dałaby szerszy obraz i pokazała jak bardzo rozbudowana jest ta gangrena złożona z dewiantów, którzy mają tak wypaczone pojęcie seksualności, że spełnienie swych chorych żądz są w stanie zaspokoić jedynie z dziećmi. Ale trudno, jest to, co jest, choć przyznam się szczerze - nie mam ochoty komentować samego ponadgodzinnego filmu Latkowskiego (kto chce może sobie obejrzeć, choćby TUTAJ!). Ja chciałbym skupić się na samym procederze pedofilii i zacznę może od pewnego niezrozumienia. Otóż kompletnie nie pojmuję, co może być w głowie osoby, którą podniecają seksualnie dzieci? To jest w zasadzie pytanie retoryczne i nie oczekuję na nie odpowiedzi, ale warto tu od razu zauważyć, że dzisiejsza cywilizacja w ogromnym stopniu sprzyja pedofilom. Dzisiaj dzieciom odbiera się dzieciństwo bardzo szybko i szykuje się je (w mniejszym lub większym stopniu, ale jednak konsekwentnie) do roli "małych laleczek" a nawet przygotowuje się na zapełniania swoistych "haremików" dla pedofilów.

Wiem że to brzmi okropnie i ja sam mam wręcz odruch wymiotny, gdy tylko pomyślę sobie o tym, że istnieją ludzie którzy odczuwają podniecenie na widok dzieci (podobnie jak ci, których np. spółkują ze zwierzętami czy z osobami zmarłymi). Ja należę do ludzi dość spokojnych, ale bez wątpienia wszystko ma swoje granice i jeślibym miał świadomość spotkania z taką ludzką gnidą, to nie wiem czy zdołałbym uspokoić emocje na tyle, aby nie dać mu odczuć dobitnie co o tym myślę. Bowiem taka ludzka gnida niszczy dzieciom to wszystko, co jest najpiękniejsze w pierwszych latach ich rozwoju - czyli świat dzieciństwa. Niestety, pedofile są jedynie efektem końcowym całego długiego procesu, do jakiego współczesna cywilizacja przygotowuje dzieci. I nie mówię tutaj tylko o tym że już małe dziewczynki seksualizuje się, poprzez malowanie im ust, oczu, paznokci, przekłuwanie uszu w młodym wieku itd. Oczywiście jestem w stanie zrozumieć, że dziewczynki lubią bawić się w dorosłe kobiety i w tym celu przymierzają buty lub sukienki matek - ale rzecz nie w samej zabawie, a raczej w odpowiednio przygotowanym anturażu, który potem serwuje się dzieciom i młodym nastolatkom w postaci bajek, popkultury oraz mediów. Jeśli dziewczynki widzą, że taka Lady Gaga, Kim Kardashian, Katy Perry, Beyonce, Roksana Węgiel czy Viki Gabor prezentują się w kusych strojach i są przy tym mocno wymalowane, a dzięki temu mają wielką popularność i mnóstwo adoratorów - to bez wątpienia podążą w ich ślady i tak właśnie wymalowane i skąpo ubrane, będą chciały na przykład wychodzić z domu na dyskoteki czy po prostu pójść do miasta. W galeriach handlowych chodzą bardzo młode dziewczyny, które są tak skąpo ubrane, że niekiedy zastanawiam się jacy rodzice w ogóle pozwolili im wyjść z domu. A przecież te młode dziewczyny jedynie powielają wzorce, które same widzą, czy w to w pismach typu "Brawo Girl", "Barbie Girl" (kiedyś był jeszcze "Popcorn" - i pamiętam że moja siostra to kupowała, a nie wiem czy to pismo jeszcze wychodzi) etc. czy też z blogów, na których młode influencerki robią sobie wymalowane "dzióbki" i wrzucają je potem do sieci (albo się obnażają). Poza tym świat mody, w którym z dziewczynek robi się skąpo wystrojone i wymalowane lolitki - działa również na korzyść pedofilów.

Oczywiście rozumiem że dzieci w pewnym wieku (a szczególnie nastolatkowie) chcieliby czym prędzej stać się dorosłymi, bo wydaje im się że dzięki temu szybciej osiągną sukces albo spełnią swoje marzenia. Dzieciom imponuje fakt, że dorośli mają pieniądze i dzięki temu są w stanie kupować sobie co tylko zechcą (jak w tej naiwnej, aczkolwiek niepozbawionej dziecięcej fantazji odpowiedzi na pytanie: "Skąd się biorą pieniądze?" Dziecko powie że "z bankomatu", wystarczy iść i wypłacić 😏). Oczywiście tłumaczenie że pieniądze nie rosną na drzewach, ani też nie produkuje ich bankomat, tylko trzeba je najpierw zarobić - co prawda działają, ale w świecie, w którym dokoła na dzieci czyha tyle atrakcji, przestaje pełnić istotną rolę. Dzieci uważają że stanie się dorosłym automatycznie rozwiąże wszystkie ich problemy i sprawi że będą szczęśliwsze (wiem po sobie - jak byłem dzieckiem, to marzyłem aby czym prędzej dorosnąć - bo dorośli nie musieli chodzić do szkoły, nie musieli się uczyć, słuchać mamy, taty i mogli robić co chcieli - tak wówczas myślałem). A przecież dzieciństwo to najpiękniejszy okres w życiu człowieka, okres gdy kształtuje się osobowość dziecka, gdy co prawda trzeba się uczyć, ale też można całymi godzinami bawić się z kolegami, grać w piłkę, psocić i spędzać długi czas na nicnierobieniu. Gdy jest się już dorosłym, często z rozrzewnieniem wspomina się te beztroskie chwile, gdy wraz z kolegami i przyjaciółmi spędzało się długie godziny na świeżym powietrzu, lub wymieniało się kartami piłkarzy czy przeglądało komiksy. Wspaniały, beztroski czas dzieciństwa. Ale właśnie ten proces dojrzewania, ten proces w którym kształtuje się dziecięca psychika i dziecięca osobowość, jest dziś wystawiany na atak, właśnie poprzez wszelkie te próby szybszej ich seksualizacji. Te wszystkie programy typu "Big Brother" czy "You can dance" i całe to badziewie od którego robi się niedobrze (a przynajmniej ja tak mam), niestety na dzieci działa, przyspieszając proces ich dojrzewania (co bardzo często dla psychiki i niewykształconego jeszcze systemu wartości dziecka jest szalenie niebezpieczne).

Ja co prawda (jeszcze) dzieci nie mam, ale widzę że ten proces mocno oddziałuje (szczególnie gdy odwiedzam siostrę i jej synów i gdy skarży mi się że ten starszy - 4 lata - wcześniej pięknie liczył do dziesięciu w czterech językach, a teraz - szczególnie w tych dniach pandemii - spędza czas na grze w gry na telewizorze typu "spiderman" lub jakieś tam "zombiaki", czy jeszcze inne gry, których nazw już nie pamiętam. Ciężko go podobno zapędzić do nauki czytania - ale czy można się dziwić. Ja przyznam się szczerze - jako ojciec chrzestny - czuję się w obowiązku stwierdzić, że mama trochę za dużo pozwala swemu synkowi i robi z niego takiego maminsynka. Siostra też miała zresztą do mnie lekkie pretensje, że jakiś czas temu pokazałem małemu kilka ciosów samoobrony i teraz okazuje się że... stosował je również w przedszkolu. Potem było że "wujo ci to pokazał", a mały używał ich nawet na... mamie 😂. Niekiedy zapominam że dziecko w tym wieku chłonie wszystko co zauważy u dorosłych -  i to zarówno słowa jak i gesty - niczym gąbka, a przy tym należy bardzo uważać na to co się przy dziecku mówi i co robi. Cóż, jeszcze ojcem nie jestem, więc doświadczenia w tych sprawach nie mam 😎, ale uważam że zbytnie popuszczanie dziecku nie wychodzi mu na dobre. Ja uważam że już powinien uczyć się czytać i pisać - choć siostra mówi że to jeszcze za wcześnie - a w ogóle książki jakoś mało go obecnie interesują. Jakiś czas temu kupiłem mu obrazkową Biblię dla dzieci - nie wiem czy zajrzał tam raz, czy może dwa razy. Chyba będę musiał się temu bliżej przyjrzeć i wprowadzić rygor oraz dyscyplinę 😆. Pożartować i pomarzyć piękna rzecz - prawda 😉).




Dlatego też tak szczególnie ważne jest to, aby co prawda pozwolić dziecku się rozwijać w swoim tempie i chłonąć beztroskie dzieciństwo wszystkimi zmysłami, ale jednocześnie dzieciństwo to nie są tylko przyjemności. To również obowiązki - takie jak choćby nauka - a także stopniowe kształtowanie moralności, po to właśnie, aby móc, potrafić i umieć rozróżnić dobro od zła i to nie na zasadzie jednostkowych bodźców emocjonalnych "filozofii Kalego" (jak ktoś mnie uderzy - to źle, bo boli, ale jak ja kogoś uderzę - to dobrze, lub: jak ktoś mi coś ukradnie to źle bo jest strata, ale jak ja komuś ukradnę - to dobrze bo mam zysk), tylko kształtowania systemu wartości w taki sposób, aby uwzględniać dobro nie tylko swoje, lecz również (a może przede wszystkim) większych zbiorowości (np. mamy, taty, własnej rodziny, swojego miasta, czy własnego kraju ewentualnie całej ludzkości jako zbiorowości).

I tu dochodzimy do clou całej sprawy, bowiem w dzisiejszym świecie nie tylko wyżej wymieniona seksualizacja dzieci stanowi poważne niebezpieczeństwo, ale znacznie większym zagrożeniem jest to, co już teraz próbuje się zaaplikować małym dzieciom (oczywiście zgodnie z wytycznymi WHO), czyli demoralizację w formie przyspieszonej seksualizacji. W Polsce co prawda nie zostało to jeszcze przeprowadzone na taką skalę, w jakiej już obowiązuje w Europie Zachodniej - czyli wpuszczania do szkół deprawatorów seksualnych (zwanych dla niepoznaki "edukatorami"), gdzie dzieci uczy się o korzyściach płynących z masturbacji i gdzie zaprasza się aktorów, którzy imitują sceny seksualne (nawet przy rodzicach - widziałem film, chyba z Kanady, gdy pewna mama wręcz oklaskiwała przebranego za kobietę dewianta, który przed zniesmaczonym dzieckiem, siedzącym na środku - przybierał najróżniejsze seksualne pozy. To też pokazuje, do jakiego stopnia deprawacji zostali sprowadzeni rodzice, że nie widzą nie tylko nic niewłaściwego w zaproszeniu na urodziny własnego dziecka - bo to chyba urodziny były - transwestyty, ale wręcz go oklaskują. Ja przyznam się szczerze - jestem człowiekiem spokojnym, ale gdybym tam był, to chyba bym go tam połamał, a takiej głupiej matce od razu zabrał prawa rodzicielskie. Dziewczynka była wyraźnie zniesmaczona i zażenowana, a głupia matka oklaskiwała dewianta który się "gibał" przed jej córką - jak inaczej można zareagować?). Są też takie lekcje, gdzie każe się dzieciom nakładać prezerwatywę na sztucznego penisa lub wprost mówi się że homoseksualizm to jest coś normalnego (a nie jest - co nie znaczy że obrażam homoseksualistów, bo nic mi do nich, póki siedzą u siebie i nie próbują zbliżać się do dzieci) i że jak facet przebierze się za kobietę - to staje się kobietą. A jak uzna że jest różowym słoniem, to także będzie różowym słoniem? A jak stwierdzi że jest ptakiem i będzie chciał sobie pofruwać? Może odleci i będzie spokój! Co prawda wydaje się to niedorzeczne a nawet głupie samo przez się, ale jednocześnie staje się niebezpieczne, gdyż cierpią na tym najsłabsi szczególnie dzieci (choć także i kobiety - zobaczcie bowiem co obecnie zrobiono z kobiecym sportem, wpuszczając tam transseksualistów i transwestytów. Dziś kobiety przegrywają z mężczyznami - którzy każą o sobie mówić jako o kobietach - i to zarówno w lekkoatletyce, w sportach walki jak w podnoszeniu ciężarów. Dziś kobiety nie mają czego już szukać w tych dyscyplinach, bo zawsze będą przegrywały z facetami którzy przyprawili sobie cycki i wmówili wszystkim że przez to są już kobietami. W taki to sposób, w imię neomarksistowskiego "postępu" właśnie zniszczono kobiecy sport).

To tyle, jeśli chodzi o współczesną pedofilię. Uważam że my w Polsce musimy się zdecydowanie sprzeciwiać jakimkolwiek próbom wpuszczania tzw.: "edukatorów seksualnych" do szkół i na każde takie próby zdecydowanie pociągać władze szkoły do odpowiedzialności prawnej (a przynajmniej warto je postraszyć). Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris robi w tej sprawie dużo dobrego i dlatego też jest tak mocno atakowany przez te wszystkie neomarksistowskie, lewackie jaczejki, typu "Kretynika Polityczna", czy "Ośrodek Monitorowania...". Dziś lewacy piszczą: "Ordo Iuris jest po prostu wszędzie", "weszło w nasze życie". Bowiem to jest prawdziwy "czołg kontrrewolucji", który powoli, acz konsekwentnie zmiata wszystkie te lewackie plany zmian obyczajowych w prawie (choć przyznam się szczerze, że nie wszystko co robi Ordo Iuris uważam za pozytywne, ale i tak trzeba przyznać że w ogromnej większości wykonują oni kawał dobrej roboty). To Ordo Iuris zablokował wejście "edukatorów" do szkół, to Ordo Iuris doprowadził do przeciwdziałania planom liberalizacji aborcji (czyli innymi słowy: mordowania nienarodzonych dzieci) i choć w planach sam ma ograniczenie aborcji, to uważam że obecny kompromis aborcyjny z 1993 r. w którym dopuszcza się aborcję w wypadku zagrożenia zdrowia matki, gwałtu na kobiecie czy wad płodu - jest satysfakcjonujący. Co prawda w tym ostatnim przypadku przypomina to nieco eugenikę, ale z drugiej strony nie każdy rodzic chce urodzić dziecko które będzie albo bardzo chore, albo też urodzi się fizycznie zdeformowane. To jest przykre, ale nie można zmusić nikogo aby urodził i wychowywał takie dziecko i uważam że w tym przypadku kompromis z 1993 r. powinien zostać utrzymany. Dzieci są naszą przyszłością i chciałbym bardzo, aby moi siostrzeńcy (i moje własne dzieci - które mam wielką nadzieję, też się pojawią) żyły w lepszych i bezpieczniejszych czasach niż żyjemy my, czy też żyli nasi rodzice, bowiem jak mówił Marszałek Piłsudski: "Nie wiem i nie chcę badać, jak będą czuły i rozumowały nasze dzieci. Chcę wierzyć, że będą one lepsze, rozumniejsze i szczęśliwsze od nas, chociażby dlatego, że będą chowane w mniej okrutnych, niż my, warunkach" - ale aby tak się stało, dziś już musimy zadbać o ich przyszłość i pogonić tych wszystkich lewicowych "edukatorów" (oraz całe to neomarksistowskie bagno) gdzie "raki zimują", właśnie po to, aby pozwolić naszym dzieciom rozwijać się po swojemu i po swojemu, stopniowo dojrzewać. i stopniowo odkrywać własną seksualność.


  
 

CDN.
 

niedziela, 21 lipca 2019

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. II

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ





GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.)

Cz. II





WYCHOWANIE MŁODYCH MĘŻCZYZN


"DOBRZY MĘŻCZYŹNI PRAGNĄ ZŁOTA, DOBRYCH KONI I PIĘKNYCH KOBIET, ALE PRZECIEŻ POTRAFIĄ SIĘ POWSTRZYMAĆ I BEZPRAWNIE JEDNEGO I DRUGIEGO NIE TYKAJĄ"

KSENOFONT
"CYROPEDIA" 



Rodzina grecka nie należała do nazbyt płodnych. Najwłaściwszy kształt rodziny stanowił model 2+2 (rodzice i dwoje dzieci), najlepiej syn i córka (jak uważał Platon a wcześniej Hezjod). Syn był niezbędny, gdyż to właśnie on dziedziczył majątek rodziny i to on przedłużał ród swego ojca. Dlatego rodziny które posiadały po kilka córek, uważano za nieszczęsne, gdyż jedynie syn był swoistym "gwarantem bezpieczeństwa i przetrwania" rodu (greckie przysłowie mówiło: "Syna wychowuje się zawsze, nawet jeśli jest się biednym, córkę zaś porzuca się, nawet jeśli jest się bogatym"). Do siódmego roku życia rodzeństwo wychowywało się razem w otoczeniu matki i innych kobiet w gineceum (pomieszczeniu przeznaczonym dla kobiet, które znajdowało się w każdym zamożniejszym greckim domu). Z chwilą jednak ukończenia przez syna 7 roku życia, opuszczał on matczyne pielesze i przechodził pod bezpośrednią (choć sprawowaną pośrednio) władzę swego ojca, który miał za zadanie nauczyć go wszystkiego, co będzie mu niezbędne w przyszłości jako obywatelowi i żołnierzowi, stojącemu na straży ojczystego polis. Ojciec powierzał więc swego syna opiece specjalnie wybranemu pedagogowi (z reguły był to wykształcony niewolnik), którego głównym zadaniem było przede wszystkim nauczyć chłopaka dobrych manier. Najważniejszym obowiązkiem każdego Ateńczyka (i Greka w ogóle), było dbanie o swych rodziców i okazywanie szacunku starszym ludziom, przeto pedagog uczył chłopca by zawsze ustępował drogi napotkanym sędziwym osobom i zawsze (na znak szacunku) trzymał w ich obecności spuszczoną głowę. Nie wolno mu też było się odezwać niepytanemu. Pedagog uczył również chłopca jak zachować się przy stole oraz jak skromnie się ubierać, aby nie prowokować zgorszenia. Odprowadzał również wychowanka do szkoły.

Poza tym w czasie wolnym od zajęć szkolnych, pozwalał mu się bawić. A chłopaki urządzali najróżniejsze podchody, takie jak łapanie chrząszczy i motyli oraz... wrzucanie ich za chitony sióstr, zaprzęganie psów do wózka i ściganie się z innymi chłopakami, jeżdżenie na kiju (niczym na koniu), łapanie na wyścigi jaszczurek za ogon (należało to zrobić szybko i sprawnie, aby nie ugryzła). Chłopcy zabawiali się też grając "w rzutki" (gra polegała na tym że należało wrzucić odpowiedni kamyk do dołka), w piłkę (odbijano ją rękoma - jak w siatkówce). To były takie początkowe zabawy dla chłopców, inaczej bawiły się dziewczynki i inaczej też bawili się dorośli mężczyźni (do których chłopcy mogli już dołączyć po ukończeniu 16 roku życia). Jak już wspomniałem - matki opiekowały się synami do skończenia przez nich siódmego roku życia, choć oczywiście zdarzają się (bardzo nieliczne) przypadki że to ojcowie zajmowali się synami w okresie ich wczesnej młodości. Niejaki Strepsjades przypomina swemu synowi ("Chmury" Arystofanesa) iż: "Jam cię wszak wychował, bezwstydniku (...) Mówiłeś "mlimli" - jam ci wnet przynosił kubek mleka, wołałeś "papu" (...) Bułeczkę tatuś daje. A ledwie "esi" stęknął, już na dwór cię wynoszę, wysadzam, trzymam". Takie przypadki były jednak nie tylko bardzo nieliczne, ale wręcz powszechnie wyszydzane (nie na darmo Arystofanes umieszcza je w swej komedii) i były przykładem nieradzenia sobie męża ze swą żoną, której nie potrafi on przymusić by zajęła się dziećmi (zamiast spędzać długie godziny na upiększaniu swej urody). W każdym razie Grecy byli zbyt zajęci na co dzień by jeszcze zajmować się dziećmi, dlatego też naturalnym rozwiązaniem było zarówno zatrudnienie pedagoga, oraz posłanie chłopców do szkół (oczywiście nauka była prywatna a nie publiczna, więc jedynie klasa wyższa i średnia mogła sobie pozwolić na kształcenie swych synów w szkołach, chłopcy z najbiedniejszych rodzin byli zaś od maleńkości - 7 rok życia - przysposabiani do zawodu ojca).




Zadaniem pedagoga było więc zarówno odprowadzić chłopca do szkoły, jak i potem go z niej odebrać. Nauka oczywiście nie była obowiązkowa a państwo ateńskie nie kontrolowało wykształcenia swych obywateli, ale bez wątpienia w zamożniejszych rodzinach przygotowywano synów do roli pełnoprawnych obywateli, więc znajomość czytania, pisania, poprawnej wymowy, historii, rachunków, gry na instrumentach i gimnastyki - były do tego niezbędne. Córek nie kształcono (zdarzały się od tego oczywiście pewne wyjątki - jak zawsze zresztą), gdyż - można to stwierdzić z pełną premedytacją - Ateńczycy nie uznawali kobiet nawet za ludzi (jak bowiem pisał Plutarch w "Alkibiadesie": "Nikt nie miał za złe Peryklesowi, że (...) źle traktował swoją pierwszą żonę, ale wszyscy uważali za rzecz skandaliczną, iż w drugiej uznawał człowieka i żył z nią, zamiast ją odesłać do gineceum (...) To wszystko było tak szokujące, że nie mogło zostać przyjęte za rzecz naturalną"). Tak więc wracając do edukacji młodych chłopców, opiekę nad nimi w drodze do szkoły i w domu sprawował pedagog. W szkole zaś (nauczyciele przyjmowali uczniów we własnych domach), u nauczyciela zwanego "gramatikos" - uczono się z reguły czytania i pisania (choć nie zawsze) , a szczególnie rachowania i poprawnej wymowy. Każdy uczeń musiał być zaopatrzony w przybory do pisania, czyli tabliczki powleczone woskiem (aby ich nie zgubić, kilka tabliczek związywano ze sobą razem w formie książki), oraz rylec (z kruszcu lub kości słoniowej), służący do pisania (zaostrzony z jednej strony, z drugiej zgięty w formie swoistej "gładyszki" by zetrzeć z woskowej powierzchni już napisane słowa niczym gumką), nie znano bowiem jeszcze pergaminu (wynalezionego dopiero w pierwszej połowie II wieku p.n.e. w Pergamonie - stąd nazwa), zaś papirus egipski był zbyt drogi, by go marnować na naukę pisania, a wygarbowane skóry owiec i kóz też się do tego słabo nadawały. Nauczyciel zwany "kitharistes" udzielał zaś lekcji muzyki oraz (czasem) czytania i pisania, szczególnie jeśli trzeba było poznać i omówić poematy muzyczne.

To były jednak nauki rozwijające umysł, ale aby być pełnoprawnym obywatelem, należało również posiąść sprawność fizyczną, niezbędną w marszu i boju. W tym celu pedagog prowadził chłopca do nauczyciela zwanego - "pajdotribes" (czyli gimnastyk). Pajdotribes przyjmował w prywatnej palestrze, która z reguły nosiła jego imię (w Atenach w V wieku p.n.e. była np. palestra Sibirtiosa czy też palestra Taureasa). Taka nauka była niezwykle kosztowna i często zdarzało się że ubodzy Ateńczycy, których nie było stać na posłanie swych synów do szkół - przekazywali sobie dziedziczny analfabetyzm (wielokrotnie podczas głosowań na Pnyksie, ubodzy Ateńczycy musieli prosić tych, którzy umieli pisać o wyrycie na ostrakonach imienia polityka, którego chcieli wygnać z miasta. Nie można więc się dziwić że nie kształcono kobiet, skoro tak wielu mężczyzn też było analfabetami. W drugiej połowie V wieku p.n.e. to się jednak zmieniło - o czym niżej). Oczywiście czasem zdarzało się, że to państwo przejmowało na siebie wykształcenie pewnej grupy obywateli, ale musiała tu zaważyć wyższa okoliczność (taka jak na przykład najazd Persów na Grecję i spalenie Aten w 480 r. p.n.e. gdy mieszkańcy miasta przenieśli się na Salaminę, gdzie Temistokles zgromadził całą flotę w oczekiwaniu na ostateczną bitwę, dzieci swe zaś wysłali do Trojzeny - gdzie zostały przyjęte bardzo życzliwie, a na wniosek Nikagorasa przyznano dzieciom utrzymanie na koszt polis, a chłopcom również możliwość dalszej nauki). Państwo jednak nie wnikało w program nauki i jedynie stało na straży moralności (w czasie gdy chłopcy przebywali w szkole, nie wolno było wejść do tego budynku żadnemu dorosłemu mężczyźnie - aby nie prowokować pederastii). Zdarzało się też że strategowie określonych demów obejmowali pieczę nad wychowaniem młodzieży szkolnej (tak jak uczynił to w latach 70-tych V wieku p.n.e. strateg Derkylos, któremu wdzięczni rodzice potem wystawili pomnik). W czasach Peryklesa (lata 462 - 429 p.n.e.), w okresie największej politycznej świetności Aten, takie działania demów stały się znacznie częstsze, czego efektem jest choćby fakt, iż na początku wojny peloponeskiej (431 r. p.n.e.) liczba analfabetów w Atenach zmalała tak bardzo, że wręcz na palcach można było policzyć tych, którzy nie potrafili czytać i pisać podczas głosowań.

Po ukończeniu 14 roku życia, chłopiec coraz więcej czasu spędzał na nauce gimnastyki, zapasów i boksu. Bieganie było nieodłącznym elementem tych ćwiczeń (po raz pierwszy wyścigi chłopców włączono do dyscyplin olimpijskich już na 37 Olimpiadzie w 632 r. p.n.e.). Gdy chłopiec skończył 16 rok życia, ćwiczył już cały pentatlon (biegi, skok w dal, rzut dyskiem, rzut włócznią, zapasy i oczywiście jako dodatkowy boks). Wszystko to jednak miało służyć nie tylko przygotowaniu fizycznemu młodzieży do stojących przed nimi wyzwań przyszłości, ale również idealnemu ukształtowaniu muskulatury ciała. W wieku szesnastu lat, chłopiec mógł już też uczestniczyć w zajęciach gimnastycznych w publicznych palestrach (co często czyniono, jako że palestry pajdotribesa były płatne, a na przykład w miesiącu antesterion - luty - gdy przypadało dużo dni wolnych od pracy, rodzice w ogóle nie posyłali swych synów do szkół aby zaoszczędzić pieniądze i dzieci miały wówczas swoiste ferie zimowe. Większość tego wolnego czasu chłopcy spędzali właśnie w palestrach na podnoszeniu sprawności fizycznej). Udając się do palestry należało zabrać ze sobą skrobaczkę, gąbkę do mycia i jakiś flakonik z oliwą do nacierania ciała aby umyć się po ćwiczeniach w fontannie, zeskrobać z siebie pot i bród oraz nasmarować się oliwką. Zawody gimnastyczne, zapaśnicze i bokserskie były ważne dla kształtowania wytrzymałości i przygotowania bojowego młodego Greka (Ateńczyka), ale równie ważne było też przygotowanie obywatelskie do pełnienia w przyszłości funkcji publicznych.




W greckim systemie politycznym to zawsze człowiek stał na pierwszym miejscu i to człowiek był dominantem danej narodowości a nie kraj czy określone terytorium. Wojen nigdy ze sobą nie prowadziły Ateny i Lacedemon (Sparta), tylko zawsze Ateńczycy i Lacedemończycy. Dlatego też Hellenowie (a Ateńczycy w szczególności) mogli o sobie powiedzieć z pełną premedytacją - "polis to my" (parafrazując słowa króla Francji Ludwika XIV - "państwo to ja"). Obywatel Aten jednak, choć mógł bezpośrednio uczestniczyć w obradach i głosowaniu ludowym na Pnyksie, przede wszystkim sprawał władzę poprzez określone instytucje publiczne (demokracja bezpośrednia - za którą dziś uważamy demokrację ateńską, gdy zjawiało się na głosowanie 10 000 - lub więcej - osób, była w praktyce niemożliwa). Ateny w czasach Peryklesa liczyły ok. 60 000 mężczyzn-obywateli (do tej liczby należy doliczyć kobiety, metojków - czyli ludność napływową, nie posiadającą praw obywatelskich, oraz oczywiście niewolników). Nawet jeśli przyjąć że liczyły tylko ok. 150 000 mieszkańców, to i tak była to jak na greckie warunki liczba ogromna i Ateny bez wątpienia były najludniejszym ośrodkiem miejskim Hellady i to tam narodziła się demokracja. Demokracja zresztą (jako ustrój - czyli politeia - Arystoteles określał ustrój Aten jako: "Wspólnotę obywateli w ramach ustroju"), miała zarówno różne znaczenia, jak i pojawiała się z różnym natężeniem w pewnych okresach, po czym znikała i znów się pojawiała, obejmując w całości okres niecałych 200 lat (od 508 r. p.n.e. do 322 r. p.n.e.). W tym to czasie powstały wszystkie najważniejsze instytucje demokratyczne, oraz cała idea demokracji jako "władzy ludu" ("demos kratos" lub "demos kratein" - "władać ludem"). 

Pojęcie demokracji w tym sensie (jako władzy ludu w miejsce władzy jednostki czy też władzy możnych), pojawiło się zapewne jako slogan polityczny na początku "rewolucji Klejstenesa" (508-507 r. p.n.e.) a potem już tylko ewoluowało - stając się ostatecznie ideologią nie tylko polityczną ale wręcz religią państwową Aten (druga połowa IV wieku p.n.e.). Oczywiście nie będę teraz omawiał zawiłości poszczególnych ewolucji systemu demokratycznego (i prób jego powstrzymania), ale warto zaznaczyć że od czasów reform Klejstenesa system demokratyczny zaczął kiełkować, następnie "wielka rewolucja ustrojowa Peryklesa i Efialtesa" z 462 r. p.n.e. spowodowała iż stał się ustrojem niepodważalnym, który całkowicie zastąpił wszelkie pozostałości "ustroju przodków" (jak Ateńczycy nazywali władzę możnych ("aristoi" - arystokratów). Demokracja jednak V wieku p.n.e. była jedynie ustrojem politycznym, który co prawda stał się determinantem ateńskiej politei, ale nie wywierał tak przemożnego wpływu na każdy przejaw życia obywatelskiego, jak to miało miejsce w wieku IV p.n.e., po odnowieniu demokracji przez Trazybula w 403/402 r. p.n.e. (po klęsce w Wojnie Peloponeskiej w 404 r. p.n.e. i krótkim okresie rządów oligarchicznych "trzydziestu tyranów"). Oczywiście żeby zrozumieć te zawiłości które się wcześniej i potem wytworzyły i uświadomić sobie jak funkcjonował młody mężczyzna jako obywatel ateńskiego polis, należy przynajmniej skrótowo i chronologicznie przedstawić koleje systemu demokratycznego Aten, jednak w kolejnej części przejdę już do wychowania młodych dziewcząt. Podsumowując więc: młody Ateńczyk szkolił się przede wszystkim do tego aby być dobrym obywatelem, żołnierzem i zapaśnikiem, zaś jego siostra (z którą się wychowywał do siódmego roku życia), tylko i wyłącznie do roli żony i matki (każda kobieta, nawet już zamężna, ale bezdzietna - wciąż pozostawała pod władzą swego ojca, dopiero z chwilą wydania na świat dziecka przechodziła pod bezpośrednią władzę męża a małżeństwo nie mogło już być przez nią zerwane (a raczej przez jej ojca, bowiem kobieta nie miała prawa głosu ani w chwili małżeństwa, ani przy ewentualnym rozwodzie - to ojciec lub brat wszystko załatwiał. Nawet wypowiadał sławne słowa podczas zaręczyn: "Urodzę ci prawowitego potomka", na co przyszły małżonek odpowiadał ojcu - "Zgadzam się", co musiało wyglądać nieco komicznie, bo córka w tym czasie przebywała zamknięta w gineceum). Małżonek mógł zaś w każdej chwili odprawić żonę, musiał tylko zwrócić jej posag. Wszyscy greccy autorzy uznawali taki stan za uzasadniony i prawidłowy i jak pisał Arystoteles: "Rodzaj męski jest z natury silniejszy, żeński słabszy, toteż ten panuje, a tamten mu podlega").



         
CDN.

piątek, 14 czerwca 2019

PORADY DLA MĘŻCZYZN I KOBIET - Cz. I

OD ANTYKU PO WSPÓŁCZESNOŚĆ




 

"JEŚLI SIĘGNIEMY W PRZESZŁOŚĆ, PRZEKONAMY SIĘ, ŻE KAŻDA UCZONA NIEWIASTA BYŁA WSTYDLIWA"

JAN LUDWIK VIVES
"O WYCHOWANIU NIEWIASTY CHRZEŚCIJANKI"
(1524 r.)



 Jak wychować przykładną żonę a jak dobrego męża? Te pytania stawiali sobie już starożytni i mieli w tej kwestii zaprawdę wiele ciekawych porad. Dziewczęta i chłopców oczywiście wychowywano oddzielnie i czego innego uczono. Na przykład w poradniku dla młodych panien autorstwa Klementyny z Tańskich Hoffmanowej pt.: "Pamiątka po dobrej matce" z 1819 r., można przeczytać m.in. takie zdanie odnośnie stosunku żony do męża: "Poznawaj najdrobniejsze gusta jego, dogadzaj mu, okazuj mu tysięczne względy, otaczaj go pieczołowitym staraniem. To sposób najlepszy przywiązania sobie na zawsze męża. Skoro będziesz nieustannie zajęta wygodą jego, uprzyjemnianiem każdej chwili, sprawisz, że mu nigdzie tak dobrze jak przy tobie nie będzie". Hoffmanowa pisze dalej że rozpadowi związków małżeńskich w ogromnej większości winne są kobiety, gdyż nie potrafią dogodzić swemu małżonkowi a potem skarżą się że ten staje się im obojętny. Pani Hoffmanowa pisze dalej tak: "Dobra żona powinna więc nie tylko dostosować się do humorów współmałżonka, lecz także pamiętać, żeby nie oczekiwać od niego zbyt wiele. Nie wymagaj nigdy od męża starań kochanka". A należy pamiętać że praktycznie do końca XIX stulecia, książka Hoffmanowej była prawdziwą biblią dla matek, chcących przygotować swoje córki do życia w społeczeństwie (czyli do zamążpójścia - gdyż to był pierwszy z dwóch najważniejszych celów każdej kobiety, drugim było urodzenie dziecka - im więcej tym lepiej - a szczególnie synów). Dziewczęta powinny więc być wstydliwe, umieć się ładnie kłaniać, "trzymać rączki w małżyk" (dłonie złożone na krzyż, wewnętrzną powierzchnią do siebie), nie przystoi im śmiać się na głos a jedynie lekko uśmiechać przygryzając wargi, nie powinny też podczas przyjęć dotykać jadła a jedynie lekko moczyć usta w winie.

Nie wolno jednak dopuścić aby młode kobiety przez takie wychowanie stały się próżne i leniwe. Dlatego też należy im wynajdować pracę, która będzie dla nich odpowiednia. Powinny więc umieć prząść wełnę i len i oczywiście zdobywać umiejętności przygotowywania posiłków (ale nie mają to być jakieś wyszukane potrawy, kuchnia dla niewiast ma być lekka, zdrowa i prosta, chyba że ów posiłek przeznaczony jest dla męża). Panna z dobrego domu powinna też oczywiście posiąść wiedzę w czytaniu i pisaniu, oraz znajomości przynajmniej jednego języka obcego. Ale nie powinny być za mądre i dyskutować na równi z mężczyznami, gdyż to powoduje iż: "wyzbywają się wstydliwości i skromności niewieściej" - jak pisał Jan Ludwik Vives. Dobra żona powinna być wizytówką męża, powinna dbać o podtrzymanie ogniska domowego. "Dom to warsztat kobiety" - jak pisał Francois Fenelon - "o ile ten dom będzie prowadzony umiejętnie i porządnie, będzie miły mężowi, a zarazem będzie najodpowiedniejszym terenem wychowania zdrowych, normalnie rozwijających się dzieci". O ile wiek XVIII można nazwać wiekiem upadku pruderii i niesamowitej wręcz seksualnej emancypacji kobiety, o tyle wiek XIX to powrót do starych zasad ścisłej moralności i ponownego ujarzmienia rozbuchanej kobiecej (seksualnej) natury. Po krwawej Rewolucji Francuskiej i wojnach okresu napoleońskiego, Europa wróciła do sztywnych zasad moralnych, w tym również do ścisłej kontroli moralności (głównie, choć oczywiście nie tylko) wśród kobiet. O tym właśnie zamierzam napisać. Jednak nie byłbym sobą, gdybym ograniczył się jedynie do wieku XIX lub całego okresu nowożytnego. Aby bowiem zaprezentować kontekst całościowy wychowania młodych mężczyzn i kobiet, należy cofnąć się nieco dalej - co najmniej do epoki Grecji klasycznej, okresu hellenistycznego i starożytnego Rzymu. Przejdźmy więc tam czym prędzej:      





 GRECJA KLASYCZNA

ATENY

(V - IV wiek p.n.e.) 

Cz. I






 "KTO NIE POTRAFI CZYTAĆ I PŁYWAĆ - 
NIE JEST CZŁOWIEKIEM"

ATEŃSKIE PRZYSŁOWIE


Ateńczycy uważali że umiejętność czytania i pisania jest gwarantem nie tylko obywatelskości i umiejętności włączenia się w społeczne życie polityczne miasta, ale przede wszystkim jest gwarantem człowieczeństwa. Z tej umiejętności zwolnione były tylko dwie kategorie ludności - niewolnicy (mam tutaj na myśli ogół niewolników wykonujących wiele zleconych zadań, bowiem byli przecież bardzo dobrze wykształceni niewolnicy-pedagodzy, których oczywiście to kryterium nie obejmowało) i kobiety. Oczywiście kształcenie dziewczynek należało do prywatnej sprawy obywateli i każdy ojciec mógł indywidualnie podchodzić do tej kwestii. jednak głównym celem życia kobiety było przygotowanie się do roli żony i matki - i tego głównie uczyły się przez całe swoje życie. Dlatego też kobiet nie postrzegano w społeczeństwie ateńskim (szczególnie od V wieku p.n.e.) jako ludzi, gdyż z reguły nie potrafiły one "ani czytać ani pływać".


NARODZINY DZIECKA


Ideałem była męska jurność i kobieca płodność a wzorem choćby tacy mityczni herosi jak Herakles (co jednej tylko nocy zdeflorował pięćdziesiąt dziewic), czy Tezeusz (który na równi zabijał potwory i pozbawiał cnoty młode niewiasty). Popularne stały się słowa, wypowiedziane przez Demostenesa: "Dla potrzeb ducha mamy hetery, dla uciech ciała mamy kurtyzany, a żony po to, aby rodziły nam synów i strzegły domowego ogniska". I w zasadzie pozycja kobiety greckiej (a w szczególności ateńskiej) sprowadzała się do tych dwóch na dobrą sprawę funkcji - "naczynia miłości" i "strażniczki domowego ogniska", przy czym te dwie funkcje nie tylko że się ze sobą nie łączyły, ale były wręcz postawione jako swoiste przeciwieństwo. Żona nie mogła stać się heterą (czyli luksusową kurtyzaną), a hetera nie była godna by stać się żoną jakiegokolwiek mężczyzny (przypadki małżeństw klientów z kurtyzanami co prawda się zdarzały, ale były bardzo rzadkie i raczej nie był to powód do chluby). Od żony wymagano przede wszystkim czystości, skromności i godności, od hetery seksapilu, umiejętności uwodzenia i bezpośredniego charakteru. Hetery były prostytutkami do wynajęcia (co prawda luksusowymi prostytutkami - ale jednak), i nawet te, którym udało się wyjść za mąż (z reguły na starość większość z nich kończyła podobnie - jako burdelmamy prowadzące domy publiczne i podsyłające młode niewolnice swym byłym klientom i sponsorom), nie były traktowane jak żony. Przykładem może być tutaj choćby hetera Neera z Koryntu (żyjąca w połowie IV wieku p.n.e.), która namówiła niejakiego Stefanosa, by ten się z nią ożenił, lecz nie była akceptowana przez inne kobiety, a wielu mężczyzn znało ją z jej wcześniejszych erotycznych umiejętności, a niektórzy wręcz opisywali najintymniejsze zakamarki jej ciała (jak pisze Demostenes: "Tam spało z nią, kiedy się upiła (...) wielu innych, nawet słudzy Chabriasa").

Przejdźmy jednak do żon, bo to one rodziły prawowitych obywateli i przedłużały rody swych mężów. Na przełomie VI i V wieku p.n.e. zmieniła się zupełnie pozycja greckiej (ateńskiej - gdyż wpływ Aten oddziaływał również i na inne helleńskie polis) kobiety, można wręcz powiedzieć że doszło wówczas do prawdziwej rewolucji obyczajowej, z tym że realnie była to rewolucja pozbawiająca kobietę jej podmiotowości prawnej a nawet seksualności. W czasach mykeńskich i homeryckich kobiety w zasadzie niewiele różniły się w swej pozycji społecznej od mężczyzn - oczywiście żona, która wchodziła do domu męża (z reguły to kobieta przechodziła do domu mężczyzny, bardzo rzadko działo się na odwrót) i tam zajmowała swe kobiece obowiązki, związane z prowadzeniem domu, to jednak jej pozycja była dość duża, a w każdym razie była ona wolna i mogła nie tylko swobodnie poruszać się po mieście bez pozwolenia małżonka, ale również dziedziczyć jego majątek. Jeśli żona zdradziła męża, ten mógł się z nią natychmiast rozwieść (małżeństwo zresztą w tym okresie nie było jeszcze tak bardzo zinstytucjonalizowane i opierało się po prostu na obopólnej zgodzie na wspólne życie - było to więc bardziej partnerstwo życiowe niż małżeństwo rozumiane w dzisiejszych kategoriach) i nie był do tego potrzebny ani kapłan ani nawet urzędnik. Zdrada żony była powodem natychmiastowego rozwodu, ale zdrada męża nie była adekwatna, wręcz przeciwnie, mąż mógł (nawet we własnym domu) obcować z niewolnicami lub sprowadzanymi tancerkami i nie był to dla żony powód do rozwodu. Rzadko jednak dochodziło do takich sytuacji, aby żona i kochanka męża mieszkały pod jednym dachem (natomiast np. u Celtów było naturalne że mąż utrzymywał w swym domu oficjalną kochankę lub kochanki, które mieszkały z jego żoną, lecz zawsze to żona musiała wyrazić zgodę na ich wspólne zamieszkanie). Pierwsze zmiany pojawiły się już z początkiem VI wieku p.n.e.




Wcześniej bowiem kobieta mogła dziedziczyć majątek zarówno po mężu jak i po ojcu (dostawała co prawda mniejszą część niż synowie, ale jednak). Po reformie Solona z 594 r. p.n.e. córka nie mogła już odziedziczyć żadnej nieruchomości po ojcu, choć wciąż mogła nią rozporządzać (gdy np. była jedynaczką i nie miała braci). Nie była to jej własność według prawa, lecz własność rodziny jej ojca (której jurysdykcji podlegała) i choć to ona realnie zarządzała nieruchomością, musiała ją przekazać jakiemuś innemu mężczyźnie (niekoniecznie z rodziny ojca, mógł to być np. jej mąż lub syn), który prawnie byłby jej właścicielem. Po roku 507 p.n.e. i reformach demokratycznych Kleistenesa, małżeństwo stało się nie tyle już dobrowolnym, ile prawnym instrumentarium demokratycznego ustroju miasta (taka funkcja małżeństwa obowiązywała już od czasów Solona, z tym że wówczas dopuszczano również i związki pozamałżeńskie i zrodzone z nich dzieci - jako przyszłych obywateli). Małżeństwo stawało się teraz uświęcone, a zrodzone z niego dzieci były jedynymi pełnoprawnymi obywatelami ateńskiej polis. Od reformy Kleistenesa, tylko dzieci poczęte z w małżeństwie miały prawo dziedziczenia i pełne przywileje związane z posiadaniem obywatelstwa ateńskiego, natomiast po 451 r. p.n.e. i reformie Peryklesa, nie tylko dzieci zrodzone z małżeństw miały pełne prawa obywatelskie, ale również takich małżeństw, w których oboje rodzice byli Ateńczykami. W czasach Peryklesa co prawda pozycja prawno-społeczna kobiety została drastycznie obniżona, ale wprowadzono też pewne bezpieczniki w prawie, które gwarantowały kobiecie bezpieczeństwo w przypadku rozwodu (takie jak zwrot posagu, który żona wniosła do związku w chwili ślubu, oraz możliwość zawarcia związku przez ubogie dziewczęta, których nie było stać na wniesienie posagu - ich potomstwo, jeśli były one Atenkami - również stawało się legalne i zaliczane do pełnoprawnych obywateli - ponoć te przepisy wymogła na Peryklesie jego kochanka - Aspazja z Miletu, dla której to porzucił żonę i swoje legalne dzieci).

Małżeństwa nie zawierano jednak od tak sobie dla przyjemności czy nawet z miłości. Celem głównym i podstawowym każdego małżeństwa było spłodzenie potomstwa. Dlatego też prawo nakazywało małżonkowi (który lubował się często w orgiach - zwanych przez Greków sympozjonami) co najmniej trzy razy w miesiącu odwiedzać łoże żony. Urodzenie dziecka (a konkretnie - syna, gdyż córki traktowane były w Atenach jak osoby drugiej a może nawet trzeciej kategorii i nie wliczały się jako osoby przedłużające ród ojca), było priorytetem każdej kobiety - to była podstawa każdego związku małżeńskiego. Żona w czasie ciąży przebywała z reguły (gdyż należy rozgraniczyć, im dom był majętniejszy, tym pozycja kobiety była mniejsza, im zaś biedniejszy i ograniczający się do jednej izby, tym pozycja kobiety niewiele różniła się od pozycji jej męża) w pomieszczeniu dla kobiet zwanym gyneceum. Tam w otoczeniu niewolnic i przyjaciółek oczekiwała rozwiązania (notabene, o ile mężczyźni mogli cały czas obcować z innymi kobietami, sprowadzając sobie hetery - lub nawet zwykłe sprzedajne dziewki - na sympozjony, o tyle żona była zupełnie pozbawiona jakichkolwiek możliwości kontaktu z innymi mężczyznami jeśli jej mąż nie odwiedzał ją w gyneceum. Dlatego też nie należy się dziwić, że kobiety radziły sobie w trochę inny sposób, a mianowicie podczas wzajemnych odwiedzin niektóre damy wypożyczały sobie drewnianego olisbosa. Było to zwykłe dildo, wykonane z drewna, wypolerowane i nasmarowane oliwą z oliwek. Można było taki "instrument" zamówić u szewca, ale należało uważać aby mąż nie znalazł tej rzeczy, gdyż - za karę - mógł np. odebrać żonie możliwość wychodzenia z domu, zmykając gyneceum na klucz. Grecy bowiem, choć sami kopulowali i rozsiewali swe nasienie na prawo i lewo, uważali że jeśli pozwoli się kobiecie na zbytnią niezależność, to ta zamieni się w niewyżytą seksualnie wiedźmę, która jedyne o czym będzie myślała, to o zaspokojeniu własnej chuci. Takie przeświadczenie, choć nam może wydawać się dziwne lub zgoła niedorzeczne, wcale takowym nie było dla Greków, gdyż jedyne o co często prosiły żony swych mężów to było właśnie... zbliżenie cielesne. Kobiety były bowiem wyposzczone, pozbawione bliskości swego męża, siedziały same w swoim towarzystwie bez jednego nawet "męskiego cienia". Nic więc dziwnego, że gdy odwiedzał je małżonek, lub wspólnie spożywali posiłek, żony starały się zaciągnąć go do łoża. W oczach Greków powstał jednak obraz ciągle napalonej, bezrozumnej istoty, która nie potrafi zaakceptować faktu że mężowie potrzebują jej tylko do rodzenia synów i do niczego więcej).




Kobiety postrzegano więc jako ułomne, ciągle napalone (dosłownie) syreny, którym należy jasno i otwarcie pokazać gdzie jest ich miejsce. I tak gdy mąż wprowadzał żonę do swego domu w utworze Ksenofonta pt.: "Oikonomikos" ("O gospodarstwie"), mówił jasno że jej głównym zadaniem jest dać mu syna (lub synów), a następnie rozdzielił pomiędzy nią obowiązki domowe, mówiąc: "Ponieważ Bóg tak ukształtował ciało i duszę mężczyzny, iż ten lepiej znosi chłód, skwar, forsowny marsz i wyprawy wojenne - powierzył mu też prace poza domem (...) Będąc zaś świadomym, iż celem kobiety jest opieka nad nowo narodzonymi dziećmi, obdarzył ją, w większej mierze niż mężczyznę, zdolnością kochania potomstwa". Kobieta jako obdarzona "bojaźliwą naturą", przeznaczona jest więc do przebywania w domu i pielęgnowania domowego ogniska. Podział obowiązku był więc prosty i jasny - prace w domu wykonuje kobieta, prace poza domem - mężczyzna. Dlatego też, gdy wreszcie zaczynał się poród... mężczyźni kompletnie znikali z domu, a poród odbierały albo sprowadzone piastunki, albo przyuczone do tego niewolnice. Po urodzeniu dziecko owijano materiałem i wiązano spiralnie, tworząc zawiniątko (w Sparcie czegoś takiego nie robiono). Dziecko przebywało wraz z matką w gyneceum. Tam też była drewniana kołyska, w której go usypiano. Atenki (jak większość Greczynek) często osobiście karmiły swoje dziecko i bardzo rzadko korzystanły z usług niewolnic lub piastunek (tylko wtedy, gdy matka nie miała pokarmu, lub miała go zbyt mało). Ponieważ gynecea były ulokowane na piętrze, część kobiet zamieniała się pokojami ze swymi mężami (aby w ciemności nie spaść z niemowlakiem ze schodów i łatwiej go nakarmić), którzy jak ów Eufiletos, godzili się przenieść wówczas na piętro, do pokoju żon (czyli do gyneceum). Zaś ona zajmowała cały parter (czyli główne pomieszczenia domu), tłumacząc że tak łatwiej będzie jej zajmować się niemowlakiem (potem okazało się że żona Eufiletosa, którego namówiła na tę zmianę, przyjmowała na dole także i swojego kochanka).

W zamożniejszych domach bywało jednak tak, że co prawda to matka karmiła swoje dziecko, ale następnie oddawała go do ukojenia piastunce lub niańce (co samo w sobie nie musiało się wykluczać). Ojcowie zaś praktycznie nigdy nie zajmowali się swymi dziećmi, a utwory gdzie jest to pokazane (jak choćby w "Chmurach" Arystofanesa), mają na celu wyśmianie tego typu praktyk. To matki lub piastunki śpiewały dziecku w kołysce piosenki i tuliły go do snu. Gdy dziecko podrosło na tyle, że rozumiało już wypowiadane do niego słowa, a nie słuchało się matki - straszono je różnymi dziwadłami z bajek (np. z bajek Ezopa). Mówiono też że jeśli będzie niegrzeczne, to porwie je wilk (z bajki o "Wilku i starusze" Ezopa). Dzieciom opowiadano też bardzo dużo bajek (np. Sokrates znał wszystkie bajki na pamięć, jakie opowiadała mu matka w dzieciństwie i aż do końca życia mógł je powtarzać. Zaś siedząc w celi śmierci tuż przed swą egzekucją, zaczął nawet... układać do nich rymy). Jednak wróćmy do narodzonego niemowlaka. Otóż, siódmego dnia po narodzinach odbywało się święto, podczas którego matka (lub piastunka) obnosiła dziecko wokół ołtarza domowego, przy którym rozpalano ogień. Było to święto rodzinne, na które sprowadzano gości (głównie członków rodziny), a dom na tę okoliczność pięknie dekorowano (drzwi domu zaś ozdabiano wieńcem laurowym - jeśli urodził się chłopiec i wełną - jeśli na świat przyszła dziewczynka), po czym następowała uczta (była to jedna z nielicznych publicznych okazji, podczas których żona mogła ucztować przy boku męża. Z reguły bowiem przyjęcia odbywały się tak, że kobiety udawały się na piętro do gyneceum, zaś mężczyżni w otoczeniu muzykantek i tancerek - czy też heter - organizowali sobie sympozjum na parterze. Żona jadała z mężem posiłek tylko wówczas gdy byli sami, choć też nie zawsze, wszystko bowiem zależało od tego, czy mąż chciał spożyć go w obecności żony).

Dziesiątego dnia po narodzinach, organizowano zaś uroczystość nadania dziecku imienia (z reguły ojciec, za zgodą matki nadawał mu imię po członkach swojej rodziny i jeśli urodził się syn, z reguły dostawał imię po dziadku). Znów spraszano gości i po złożeniu ofiar przez ołtarzem Hery, ponownie kładziono się do uczty (zarówno Grecy jak i Rzymianie nie spożywali posiłków na siedząco a tylko  na leżąco - jedynym wyjątkiem od tej reguły były śniadania, które rzeczywiście spożywano siedząc na krzesłach. Potem zaś, gdy chrześcijaństwo zaczęło zdobywać coraz większe znaczenie, uznano leżący rodzaj spożywania pokarmu za niegodny wobec Boga). Tego dnia goście przynosili niemowlakowi zabawki, oraz wręczali prezenty matce (głównie jakieś naczynia domowe). Zabawki, jakie wówczas otrzymywało dziecko, to były głównie grzechotki. Przez pierwszych siedem lat dzieci chowały się w gyneceach pod okiem matki, piastunki lub niańki i to zarówno chłopcy jak i dziewczynki. W tym czasie pojawiały się nowe zabawki, takie jak gliniane lalki z ruchomymi rączkami i nóżkami dla dziewczynek, gliniane zwierzęta dla chłopców (żółwie, zające, kaczki, a nawet małpy), drewniane okręty (wyściełane skórami) lub wozy z obracanymi kółkami, które można było ciągnąć. Za nieposłuszeństwo stosowano kary w postaci bicia dziecka sandałem lub paskiem (a raczej linką, którą używano do spięcia kobiecych chitonów). Gdy zaś dziecko kończyło 7 rok życia, następowała gwałtowna zmiana i odtąd chłopiec szedł do szkoły, zaś dziewczynka... nadal pozostawała przy matce w gyneceum. Od tej chwili drogi rodzeństwa rozchodziły się i brat przygotowywał się do roli obywatela oraz żołnierza stojącego na straży interesów swego polis, zaś siostra szykowała się do roli... "nosicielki dzieci" (jak w Atenach nazywano matki) i posłusznej żony przyszłego męża. O tym jednak w kolejnej części.      

             




 CDN.

czwartek, 30 maja 2019

(EURO)WYBORY... Cz. I

I PO WYBORACH!

 



Wybory, wybory i po wyborach, jak zatem wygląda europejska scena polityczna i co (ewentualnie) owe wybory zmieniły wśród Europejczyków? Zacznę może od stwierdzenia faktu że na polskiej scenie politycznej nic się nie zmienia - PiS (Prawo i Sprawiedliwość) zdobyło pełną pulę mandatów, czyli 27 (26 do czasu aż Wielka Brytania nie opuści Unii Europejskiej), czyli 45,38 % ważnych głosów. Drugą w kolejności była tzw.: Koalicja Europejska, czyli zbieranina różnych partii od lewa do centrum (głównie Platforma Obywatelska, Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej, Nowoczesna, Zieloni oraz cztery mniejsze partie, które podobnie jak Nowoczesna nie mają już żadnego znaczenia). Uzyskali oni razem 22 mandaty (z czego sama Platforma tylko 14) przy 38,47 % głosów. Trzecią partią, która jeszcze dostała się do Parlamentu Europejskiego, została "Wiosna" Roberta Biedronia, która skosiła 3 mandaty przy poparciu 6,06 % głosów. Czwartą siłą (przynajmniej jeszcze w niedzielę) była Konfederacja (KORWIN-Braun-Liroy-Narodowcy) która zyskała 3 mandaty z poparciem 6,01 % głosów, lecz już w poniedziałek rano, po przeliczeniu wszystkich głosów okazało się że jednak Konfederacja nie zdobyła żadnego mandatu, uzyskując jedynie 4,55 % poparcia i tracąc trzy mandaty na rzecz Prawa i Sprawiedliwości. Pozostałe mniejsze partie nie liczyły się od samego początku. Nim przejdę do omawiania owych wyborów, chciałbym na początku zakomunikować, że po raz pierwszy w wyborach zagłosowałem nie na Prawo i Sprawiedliwość, lecz właśnie na Konfederację. Co prawda niektóre osoby we władzach tej partii mocno mnie odpychają, jak również retoryka narodowa nie przemawia do mojego piłsudczykowskiego serca, to jednak uznałem że PiS powinien dostać pstryczek w nos i to mocny, aby się trochę opamiętał i jednocześnie by pojawiła się opozycja, która może realnie PiS-owi zagrozić. Pisząc "realnie" mam tu na myśli utratę wyborców, gdyż ilość przepływu elektoratu między PiS a PO (czy KO co można również powiększyć o nazwę POKO + Tusk, czyli... POKOT) jest na poziomie granic błędu statystycznego i realną konkurencją (wręcz śmiertelną) dla Prawa i Sprawiedliwości staje się w tej sytuacji właśnie Konfederacja. 

Konfederacja stała się dla PiS-u tak wielkim zagrożeniem, że... zupełnie zniknęła z jakichkolwiek informacji w TVP, nic - tabula rasa. Co chwila są prezentowane tylko peany na cześć rządu Prawa i Sprawiedliwości jaki to jest wspaniały i w ogóle, a już Mateuszek to najcudowniejszy geniusz nad geniusze itd. itp. O Platformie jak zwykle dużo się mówi i często negatywnie, ale zauważyliście - mówi się tak, aby... nie zrobić jej większej krzywdy i tylko mobilizować do działania swój najtwardszy elektorat. Co chwila jest tylko Platforma-PiS, PiS-Platforma i do tego dochodzi jeszcze od czasu do czasu Wiosna (jako siła mogąca zabrać nieco głosów Platformie), a o Konfederacji nic, ani źle, ani dobrze, po prostu NIC! (czasem tylko, bardzo rzadko wrzucane są wstawki typu "ruscy agenci"). Inna sprawa że sama Konfederacja musi jeszcze przemyśleć swoją drogę i usunąć niektóre, zbyt negatywnie kojarzące się postaci, ale sam fakt że PiS (poprawnie) zdiagnozował skąd może nadejść dla niego prawdziwe niebezpieczeństwo (bo przecież nie ze strony Platformy czy Wiosny), jest aż nadto dobitny. Dobrze, przejdźmy więc do kilku poszczególnych (największych) krajów w Unii Europejskiej, takich jak Wielka Brytania, Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania i Polska, by zdiagnozować co ewentualnie zmieniły te wybory dla poszczególnych państw i ich społeczeństw (jeśli w ogóle cokolwiek) i jak to się przełoży na powyborcze rozdanie kart w Parlamencie Europejskim?



POLSKA


 PRAWO I SPRAWIEDLIWOŚĆ




 Jak już wyżej wspomniałem, zwyciężył PiS całkowicie deklasując rywali. Partia Jarosława Kaczyńskiego, która notabene deklaruje się jako konserwatywna, chrześcijańska (katolicka), narodowa i euro-realistyczna - tak naprawdę niewiele ma wspólnego z wyżej wspomnianymi wartościami. Owszem jest chrześcijańska (katolicka) - przynajmniej publicznie mocno to demonstruje, narodowa - wszelkie te patriotyczne deklaracje o Ojczyźnie, Godności, Honorze, Żołnierzach Wyklętych i polskim Bohaterstwie są co prawda medialne i głośne, ale... niestety realnie kończą się z reguły jedynie na słowach. A jak mówił Jezus w Ewangelii św. Mateusza: "Po owocach ich poznacie", a te owoce to albo zgniłe robaczywki są, albo też zwykły ugór. Gdzie jest tak zapowiadany hucznie pomnik 100-lecia zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920 r. Sierpień 2020 już blisko a nic w tej dziedzinie nie zostało nawet zaczęte. Pomnik zwycięstwa w wojnie z bolszewikami musi stanąć tak czy siak i musi być na tyle duży, aby z czasem stał się wizytówką stolicy (pisałem już o tym kiedyś, że ja widzę go w formie Łuku Triumfalnego podobnego do tego stojącego w Paryżu, ale... większego, na tyle aby przykryć tego socrealistycznego potworka podarowanego Warszawie przez towarzysza Józefa Stalina o nazwie "Pałac Kultury i Nauki", który według mnie powinien być stopniowo lecz konsekwentnie rozmontowywany. A zacząć należy od usunięcia iglicy. Jest to bowiem prawdziwy wrzut na tyłku Warszawy i symbol komunistycznego zniewolenia Polski. Spójrzcie bowiem jak w połowie lat 20-tych rozprawiono się z rosyjskimi cerkwiami w Warszawie, większość z nich (tych największych) po prostu wyburzając, choć były to znacznie lepsze przykłady architektonicznego kunsztu niż ten sowiecki potworek. Jednak stanowiły również symbol władzy rosyjskiego zaborcy nad Polską i bez względu na ich piękno - musiały zniknąć. Teraz tym symbolem powinien stać się Łuk Zwycięstwa 1920 r, który, być może mógłby spinać oba brzegi Wisły. Zresztą już należałoby rozpisać konkurs na ten pomnik - a jak do tej pory nic w tej materii nie zostało zrobione).


 COŚ TAKIEGO JAK TO, TYLKO ZNACZNIE WIĘKSZY


 
Nie chodzi zresztą tylko o pomnik, co prawda przedstawiciele PiS-u często publicznie demonstrują swój patriotyzm, ale jak przychodzi co do czego, to szybko potrafią schować głowę pod siebie, jak choćby miało to miejsce w przypadku bandyckich prób wymuszenia na Polsce przez międzynarodowe organizacje mieniące się żydowskimi - ogromnego haraczu za tzw.: "mienie bez-spadkowe" czyli bezdziedziczne. I to tylko dlatego że na ziemiach polskich Niemcy wymordowali Żydów (obywateli polskich). Czyli wychodziłoby na to że mamy zapłacić za to, że inny bandyta zamordował naszych współobywateli na naszych ziemiach? To może zapłaćmy jeszcze za to że Polska została kompletnie zniszczona w czasie wojny i że cofnęło to nas pod względem rozwoju cywilizacyjnego o jakieś 20-30 lat w stosunku do Europy Zachodniej. Warszawa została zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, nie było nic - tylko ciała pomordowanych Powstańców Warszawskich i gruzy zniszczonego miasta. Zapłaćmy więc bandyckim organizacjom quasi-żydowskim za to że kraje Zachodu wystawiły nas w 1939 r. na pastwę Hitlera a w 1945 oddały w łapy Stalina. Straciliśmy podczas wojny ponad 6 milionów mieszkańców (3 miliony obywateli polskich - Polaków i 3 miliony obywateli polskich pochodzenia żydowskiego), co w przeliczeniu na ilość obywateli przedwojennej (35 milionów - tyle ludności liczyła międzywojenna II Rzeczpospolita) Polski stanowi największe straty wojenne wśród wszystkich państw uczestniczących w wojnie (220 osób zamordowanych lub poległych na 1 000 obywateli, w porównaniu z nami Związek Sowiecki stracił 116 osób na 1 000 obywateli, Francja - 15, Wielka Brytania - 8, a USA - 3). Nie mówiąc oczywiście o stratach materialnych, czyli całkowitym zniszczeniu Warszawy (tego "Paryża Północy" jak mówiono o stolicy przed wojną. Dziś Warszawa jest miastem-grobem, choć odbudowana i wskrzeszona do życia przez jej mieszkańców, którzy własnymi rękoma odbudowywali to miasto, gdy pierwotnie władze komunistyczne planowały pozostawić te gruzy w nienaruszonym stanie, jako żywy przykład niemieckiego bestialstwa. Dziś z każdego zakamarka, z każdej warszawskiej ulicy woła krew i wołają duchy ludzi pomordowanych tam przez niemieckich barbarzyńców. Za to też może powinniśmy zapłacić tym bandyckim organizacjom?).

Można by dalej wymieniać w nieskończoność dalsze straty, jakie poniosła Polska w czasie II Wojny Światowej, całkowite zniszczenie i rozkradzenie przemysłu, zastój rolnictwa, zniszczenia wielu budynków w wielu miastach Polski, rabunek dzieł sztuki (w latach 90-tych w Niemczech krążył taki dowcip o Polakach: "Jedź do Polski, twój samochód już tam jest" - mający pokazać że Polacy to złodzieje samochodów, ale czy Niemcy pamiętają że to samo mówiono w czasie wojny o ich ojcach i dziadach, którzy niczym zwykli bandyci rabowali dosłownie wszystko - od złotych zębów, wyrywanych ofiarom w obozach koncentracyjnych, pierścionków, obrączek (całe skrzynie były wyładowane w obozach złotymi obrączkami po pomordowanych więźniach). Rabowano dosłownie wszystko, nawet klasery ze znaczkami, nie było takiej rzeczy, na którą niemiecki okupant (czytaj złodziej-morderca) by się nie skusił - NIE BYŁO! Dlatego też powstało powiedzenie: "Jedź do Niemiec, twoje meble już tam są"). Poza tym straty terytorialne. Straciliśmy wszystkie ziemie wschodnie, te, które były od średniowiecza najbardziej złączone z Polską. Utraciliśmy nasz Lwów - stary, gród zasiedlony przed Polaków i bardziej polski niż nawet taka Warszawa. Straciliśmy Wilno - "miasto-symbol naszej wielkiej kultury, państwowej ongiś potęgi", jedno z najpiękniejszych miast na świecie - dziś będące stolicą Litwy. Miasta Wołynia i Podola z przepiękną Kołomyją, Oszmianą i Lidą, z Baranowiczami z ich klasyczną atmosferą (którą również współtworzyli miejscowi Żydzi - obywatele polscy). Co zyskaliśmy w zamian? Ziemie na Zachodzie do granicy Odry i Nysy Łużyckiej, czyli innymi słowy totalnie rozgrabiony przez Sowietów i stanowiący część ich bazy wypadowej w ewentualnej III wojnie światowej, wyludniony po wojnie teren. Zniszczone i rozkradzione były wszystkie niemieckie fabryki, brakowało nawet prostych narzędzi takich jak śrubokręt czy młotek. Nie było NIC - wszystko trzeba było zaczynać od nowa (nic więc dziwnego że powstawały filmy o kolonistach przybywających na Ziemie Odzyskane niczym rewolwerowcy z Dzikiego Zachodu, którzy próbowali jakoś się urządzić wśród Indian). 


"JUŻ MI RAZ ZABRALI WILNO, JUŻ MI RAZ ZABRALI LWÓW. ALE SERCA MI NIE WYRWĄ, MOICH DWÓCH NAJMILSZYCH SŁÓW. ZRABOWALI MI JUŻ SPORO, Z MOICH SNÓW I MOICH ŁEZ, LECZ TĘSKNOTY NIE ZABIORĄ, BO TĘSKNOTA WE MNIE JEST! (...) I CHOĆ MÓWIĄ MI - "IDŹ SOBIE, TO NIE TWOJA ZIEMIA DZIŚ, POLSKI W WILNIE I WE LWOWIE - KAŻDY KAMIEŃ, KAŻDY LIŚĆ (...) WSZYSCY NA ŚWIECIE TO WIEDZĄ, ŻE WOLNOŚĆ CO PRAWDA NAM DANA, A POLSKI PÓŁ LEŻY ZA MIEDZĄ (...) CHCĄ WMÓWIĆ MI W BEZWZGLĘDNYM TONIE, ŻE POLSKIE NIE BYŁY TO KRAJE (...) WIĘC NIECH MÓWIĄ SIŁY NIECNE, ZE NIE MOJE ZIEMIE TAM, PRZECIEŻ DO NICH JA ODWIECZNE, PRZEZ TE (PRZODKÓW) PROCHY PRAWO MAM!"  

 

Utraciliśmy więc nasze ziemie a otrzymaliśmy zniszczone tereny poniemieckie (oczywiście ziemie te kiedyś też były polskie, ale było to w średniowieczu i od tego czasu Niemcy skutecznie je zniemczyli). Stalin przyznał Polsce te tereny celowo, aby w przyszłości wygrywać konflikty polsko-niemieckie (gdyby Polska chciała się wyrwać spod sowieckiej kurateli, można by było zagrozić oddaniem Ziem Odzyskanych Niemcom). Każdy kamień na Wschodzie wciąż (choć już bardzo cicho) krzyczy: "Polska", natomiast ziemie na Zachodzie stały się karą dla Niemiec za rozpętaną przez nich bandycką wojnę i przez sam ten fakt wróciły do dawnej Macierzy. Ale Wschód straciliśmy! Dlatego też, bez względu na to że obecnie żyjące w Niemczech pokolenie dawno już nie ma nic wspólnego z II Wojną Światową (a część nawet dokładnie nie wie o co ta wojna się toczyła i jakie były strony konfliktu), to jednak muszę powiedzieć i stwierdzam to z pełną odpowiedzialnością i świadomością historycznych krzywd, jako osoba w żyłach której płynie jeszcze niemiecka krew - Drodzy Przyjaciele - MUSICIE ZAPŁACIĆ ZA II WOJNĘ ŚWIATOWĄ, gdyż wbrew temu co się mówi w samych Niemczech, wy do dziś dnia nie rozliczyliście się z tej wojny. Nie rozliczyliście się ze zbrodni ludobójstwa, z potwornych zniszczeń, z kradzieży wszystkiego co miało (lub nawet nie miało) wartości. Nie rozliczyliście się z zamordowanych i porwanych przez was polskich dzieci, które potem trafiały albo do obozów zagłady albo do niemieckich rodzin celem zniemczenia (dziś to samo robi Jugendamt). Nie rozliczyliście się przede wszystkim moralnie, przed sobą samym. Naziści, którzy po wojnie byli pod ochroną państwa niemieckiego (Republiki Federalnej Niemiec) i którzy znajdowali posady w różnych rządowych instytucjach, o ministerstwach nawet nie wspomnę (W niemieckim MSZ po wojnie pracowało więcej nazistów niż... w czasach Hitlera, a to tylko jedna instytucja) - o czym to świadczy? Że stworzyliście tym zbrodniarzom miękkie lądowanie i pozwoliliście im dożyć ich dni w spokoju i dostatku (z nakradzionych w Polsce i innych krajach Europy - kosztowności). Dodatkowo wasi przodkowie zabijali Polaków za to, że ci ratowali Żydów a teraz uważacie że wszystko jest w porządku, że rozliczyliście się z nazizmu i że "to było tak dawno temu, że nie warto już do tego wracać?" Powiem to raz dobitnie - ja osobiście wstydzę się tego, że moi przodkowie byli pochodzenia niemieckiego - naprawdę WSTYD mi wpół-należeć do narodu morderców i złodziei, którzy po dziś dzień nie potrafią skutecznie przerwać tej nazistowskiej pępowiny i uregulować (oczywiście głównie finansowo, bo jakże inaczej) tych kwestii. 




 

I to jest też mój kolejny kamyczek w kierunku PiS-u, konsekwentne zabieganie o niemieckie odszkodowania za popełnione w Polsce zbrodnie wojenne i totalną dewastację kraju. Za to nikt nam nie zapłacił a Ziemie Zachodnie nie są żadnym zadośćuczynieniem, gdyż po pierwsze utraciliśmy ziemie na Wschodzie, a po drugie - Niemcy przegrały wojnę do cholery. Wojnę którą sami wywołali, kierując się opętańczą wizją Lebensraumu jednego chorego człowieka, który zdołał tym opętać cały naród. Więc jak czytam komentarze pod postami na niemieckich forach, w których ludzie w piszą że Ziemie Zachodnie są ekwiwalentem i zadośćuczynieniem to ja mówię zdecydowanie NIE! Mordowaliście, gwałciliście, rabowaliście, niszczyliście na potęgę i nie ma takiego zadośćuczynienia na tym świecie, abyście się z niego wypłacili. Te marne 700 400 000 000 dolarów nie wrócą nikomu życia, nie spowodują że ci ludzie zapomną o traumie i lęku jaki przeżyli podczas wojny i długiej, pięcioletniej niemieckiej okupacji - będą jedynie drobną (i spóźnioną) rekompensatą moralną od narodu sprawców dla narodu ofiar. Są też inne moje zarzuty do PiS-u, np. konsekwencja w kwestii przekopu Mierzei Wiślanej w celu uniezależnienia się od kaprysów Rosjan z Obwodu Kaliningradzkiego dla żeglugi elbląskiej na Zalewie Wiślanym (zobaczymy co PiS zrobi z tym dalej), oraz w kwestii wybudowania Centralnego Portu Komunikacyjnego (lotniczego i kolejowego), będącego największym tego typu przedsięwzięciem w Europie (podobnym do wielkiego przedsięwzięcia II Rzeczpospolitej, czyli Centralnego Okręgu Przemysłowego, powstałego w latach 1937-1939 na wielkich terenach środkowej i południowej Polski). Najważniejsze jednak kwestie na dziś, jakie pokładam w Prawie i Sprawiedliwości (i to zaważy na moim głosie w październiku tego roku) to kwestia zabezpieczenia Polski (realnego) przed bandyckim wymuszeniem roszczeń organizacji żydowskich z USA i Izraela za tzw.: mienie bezdziedziczne. Konsekwentne dążenie do uzyskania odszkodowań dla Polski od Niemiec (to na początku, po jakimś czasie również i od Rosji, bo oni także dołożyli się do zniszczenia nam kraju i wymordowania naszych elit). Jasna deklaracja w sprawie emigrantów (nie tylko tych z Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, których ponoć nie przyjmujemy, lecz również tych z Azji, z Bangladeszu, Pakistanu i Indii, którzy przyjeżdżają tu tabunami. Jestem zaś pozytywnie nastawiony w kwestii Ukraińców - bo to mimo wszystko też nasi bracia Słowianie (wykluczając banderowców), ale należy pamiętać że ci ludzie powinni zostać sprawdzeni i nie mogą być wykorzystywani przez nikogo, do jakichkolwiek antypolskich akcji - np. przez obce wywiady). Postawienia zdecydowanej tamy patologii i dewiacji spod znaku LGBT, gender i tego typu marksistowskiej degrengolady moralnej. Zwiększenia siły zbrojnej i zorganizowania przysposobienia obronnego dla mężczyzn (i kobiet) w każdej gminie, połączonego z nauką posługiwania się bronią, głównie zaś bronią palną. Oraz (jako ostatnie, ale nie mniej ważne) obniżenia podatków i likwidacji napompowanej biurokracji. To tyle jeśli chodzi o PiS.



KOALICJA OBYWATELSKA

(PLATFORMA OBYWATELSKA i WSZELKIE JEJ PRZYBUDÓWKI BEZ WIĘKSZEGO ZNACZENIA, CZYLI: SOJUSZ LEWICY DEMOKRATYCZNEJ, POLSKIE STRONNICTWO LUDOWE, NOWOCZESNA, ZIELONI etc.)



 
Klasyczna partia tzw.: liberałów (czy też lyberałuf - gdyż z prawdziwymi liberałami nie mają oni nic wspólnego poza nazwą). Ciężko mi pisać o wyniku tej partii czy też koalicji, gdyż jak dla mnie jest to klasyczna mentalna (a często realna) Targowica. Uzyskali co prawda 22 mandaty, liczyli na więcej - przegrali i tyle. Co tu jeszcze dodać. To jest partia z którą nigdy nie było mi po drodze, gdyż ja nie mam tej mentalności (a znam zarówno polityków jak i oczywiście sympatyków tej partii i czuję  czasem jakbyśmy pochodzili z zupełnie innych cywilizacji, a nawet z innych galaktyk). Oczywiście nie znaczy to że nie należy rozmawiać, wręcz przeciwnie (ja ze względu na pewne moje relacje zawodowe, dość często rozmawiam ze zwolennikami tej właśnie opcji politycznej), ale musimy postawić sobie twarde podstawy, które są niezaprzeczalne dla obu stron. Taką podstawą musi być fakt, iż Polska dla nas wszystkich jest najważniejsza - Najjaśniejsza Rzeczpospolita przede wszystkim, dopiero potem Europa (USA) i inne kraje (w tym miast sprowadzania imigrantów do kraju, udzielanie im pomocy na miejscu, w ich krajach ojczystych poprzez organizacje rządowe czy pozarządowe). Ich proniemieckość i pro-unijność mnie (którego korzenie rodzinne także sięgają Niemiec, ale w którego duszę polski orzeł srebrnopióry mocno "wbił pazury") bardzo razi. Nie potrafię zrozumieć mentalności tych ludzi (sympatyków, bo o politykach to nie ma o czym mówić - to są z reguły ludzie którzy już dawno przestali wierzyć w polską suwerenność, a teraz utracili również wiarę w polską niepodległość. Oczywiście stało się to z różnych względów, również finansowych - ale powód nie ma znaczenia, liczy się bowiem ostateczne nastawienie). Niby zależy im na Polsce a wspierają te wszystkie odśrodkowe, antypolskie ruchy, które finansowane są często albo w Berlinie, albo w Moskwie, albo w Brukseli, albo w Pekinie, albo w Tell Awiwie, albo w Waszyngtonie. Należy do nich bezsprzecznie wsparcie dla ruchów antykościelnych i pro-gejowskich.

Kwestia pedofilii w polskim Kościele, która wybuchła na krótko przed wyborami do Europarlamentu, pokazuje dobitnie iż atak ten został spreparowany celowo, podobnie zresztą jak ów film Sekielskich: "Tylko nie mów nikomu". Co nie znaczy że ten film był niepotrzebny, wręcz przeciwnie - bardzo dobrze że powstał taki obraz degeneracji polskiego Kościoła, bowiem każdy, kimkolwiek by nie był (a księża w szczególności) którzy wykorzystują seksualnie dzieci powinni dostać najwyższy możliwy wymiar kary. Brak mi bowiem słów na określenie takiego dewianta. Takich ludzi należałoby chemicznie kastrować i nie ma zmiłuj gdyż takie gnidy wyrządzają dzieciakom ogromną krzywdę na całe życie. Dla takiego kogoś to nie ma nawet litości, najlepiej więc stosować wobec nich maksymalne wyroki kar więzienia, a tam współwięźniowie już zrobią z nimi porządek. Wybaczcie ale nie mam zrozumienia ani litości dla tego typu zboczeńców. Dlatego też bardzo dobrze że powstał taki dokument, ale nie mówi on niestety całej prawdy o polskim Kościele. Przede wszystkim większość księży w nim ukazanych, to dawni ubeccy donosiciele, którzy szpiegowali dla komunistów wśród innych księży. Sam fakt że pedofile najczęściej okazywali się kapusiami (bezpieka wiedziała dokładnie gdzie uderzyć), dobitnie pokazuje skalę patologii i inwigilacji w tzw.: Polsce Ludowej - tej moskiewskiej kolonii. Cieszę się również że taki film ujrzał światło dzienne, bo wydaje mi się że polski Kościół (nie tylko polski) musi wreszcie przejść gruntowną przemianę. Musi zostać coś w nim przepalone, potrzeba bowiem duchowej odnowy i zwrócenia się w kierunku Jezusa Chrystusa (wiem że takie porównanie jest nie na miejscu, ale należałoby powiedzieć że Chrystus w swoim czasie był takim Piłsudskim, Paderewskim, Dmowskim razem wziętymi - czyli człowiekiem czynu, który zdecydowanie i bez obaw mówił co należało zmienić i nie bał się wykrzyczeć faryzeuszom: "Wy macie diabła za ojca (...) Od początku był on zabójcą (...) bo prawdy w nim nie ma" i z pewnością aż do chwili swego ukrzyżowania nie działał na zasadzie "nadstaw drugi policzek". Jezus nie nadstawiał drugiego policzka, On był typem bojownika - co oczywiście nie znaczy że nie nauczał o przebaczaniu i o tym jak wielkie ma to znaczenie dla nas samych. Potrafił bowiem powiedzieć takie oto słowa: "Zaprawdę, powiadam wam: Kto powie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze", a nie wątpi w duszy, lecz wierzy, że spełni się to, co mówi, tak mu się stanie. Dlatego powiadam wam: Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie. A kiedy stajecie do modlitwy, przebaczcie, jeśli macie co przeciw komu, aby także Ojciec wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia wasze").




Dzisiejszy Kościół jednak (mam na myśli Kościół jako całość), to już jest jakaś parodia wiary i wylęgarnia patologii. Kościół dziś to takie ciamcia-ramcia - nadstaw drugi policzek, zdejmij krzyż ze ściany bo muzułmanin lub ateista może się poczuć urażony, preferuj ekumenizm, mów że Żydzi nie chcieli zabić Jezusa  i całą winę zrzuć na Piłata (notabene Piłat był wielkim sukinsynem i to jest fakt historyczny, skazywał Żydów na krzyż za najdrobniejsze wykroczenia, ale to nie on wystąpił z propozycją zamordowania Jezusa, tylko właśnie Żydzi - sadyceusze i faryzeusze, którym nie podobał się ten buntownik, który gromadził tysiące ludzi na swoich kazaniach pod otwartym niebem i który czynił cuda - rozmnażał pokarm, chodził po wodzie a nawet wskrzeszał zmarłych. Należało więc go szybko uciszyć, gdyż Jahwe cholernie nie lubił konkurencji. I do dziś Żydzi uważają że Jezus w piekle pływa w kotle z... ekskrementami). Taki właśnie jest dzisiejszy Kościół słaby, kalający się za wszystko (podczas gdy pedofilia jest oficjalnie propagowana przez Judaizm, Islam i Buddyzm - słyszeliście aby któryś z tamtejszych kapłanów tłumaczył się z tej patologii?). Dziś w Kościele brakuje powera Jezusa, brakuje tej Siły i Odwagi, tej moralnej Pewności Siebie i Przebojowości - brakuje kapłanów Czynu, za to są kapłani od nadstawiania drugiego policzka (o pedofilach w sutannach już nie wspomnę). Czy taki Kościół jest w stanie przyciągnąć do siebie wiernych? Oczywiście że nie i nie dziwota że kościoły zamieniane są na puby czy dyskoteki, bowiem jeśli ma tam mszę odprawiać kapłan o podejściu ciamcia-ramcia to może lepiej aby rzeczywiście zamienić to miejsce na jakiś pub, przynajmniej ludzie będą zadowoleni a ktoś na tym zarobi.

Pedofilia w Kościele jest oczywiście wielkim problemem, podobnie zresztą jak i cała ta ideologia "nadstawiania drugiego policzka" i bez wątpienia odpycha z seminariów nowych adeptów. Co taki młody mężczyzna, którego przepełnia testosteron i który widziałby się w Służbie Bogu i Chwale Jego Syna - Jezusa Chrystusa, miałby robić w dzisiejszym Kościele? Nie ma tam woli walki, nie ma tam woli chrystusowej misji ("Idźcie i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego"), natomiast zalęgły się tam patologie: od pacyfizmu i nadstawiania drugiego policzka, po homoseksualizm i pedofilię. Doprawdy niezły wybór na życiową drogę, prawda? Nic dziwnego że głównie mężczyźni odwracają się od Kościoła. Nie znajdują bowiem w nim nic dla siebie, nic z Chrystusowej misji, zaś mnóstwo patologii. Dlatego też Kościół nie ma szans się sam oczyścić i powinno mu się w tym pomóc (należałoby pomyśleć jak zorganizować takie rady ekumeniczne, które przede wszystkim rozpoczną zdecydowaną walkę z mafią homoseksualną,  bardzo dziś potężnej i wpływowej w Kościele Katolickim, która notabene kryje większość przypadków pedofilii - również w ogromnej większości homoseksualnej). Trzeba odrzucić cały posoborowy ekumenizm i wrócić do korzeni Kościoła, do poweru jaki dał nam Chrystus abyśmy nie zapomnieli kim jesteśmy, co potrafimy i dokąd zmierzamy. I wykrzyczmy to na całą Europę, cały Świat: Chrystus jest naszym Mistrzem, jest potężną Duchową Istotą, zesłaną po to abyśmy dostąpili zbawienia. To tyle jeśli idzie o Platformę i jej przybudówki pod wspólną nazwą Koalicji Europejskiej (zwanej również POKOT-em) o której nie ma sensu więcej pisać (przynajmniej na razie).  




 WIOSNA

 



No i wreszcie Wiosna. Jak to było w tej piosence: "Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty?" O tym czymś - powiem krótko, Wiosną powinien szczegółowo zainteresować się kontrwywiad, choćby dlatego że finansowana jest przez niemieckie fundacje (z czego publicznie cieszył się "sympatyczny zwolennik czyszczenia odbytu" pan Robert Biedroń). Co tu napisać o tej partii - koń jaki jest każdy widzi. Jednym zdaniem - zbieranina wszelkiej maści homosiów, zwolenników LGBT, feministów i feministek i ludzi o "bardzo małym rozumku", ale za to "sympatycznych zwolenników czyszczenia odbytu". I w zasadzie wszystko. Od siebie tylko dodam że wszelkie tego typu patologie, jak nauka dzieci masturbacji i dotykania narządów płciowych przez jakichś latarników-edukatorów-masturbatorów w szkołach od najmłodszych lat - WON! Natychmiast WON! Won z tym pedofilskim gównem, z tym ideologicznym homoseksualnym szlamem, wlewającym się dzieciom do głów od najmłodszych lat, aby uczynić z nich przewrażliwione na swoim punkcie i myślące tylko o kopulacji istoty. Jeżeli walczymy z pedofilią w Kościele, która stanowi zaledwie czubek góry lodowej, to przede wszystkim należy uderzyć w lobby homoseksualne, które już w szkołach szykuje haremiki dla pedofili. Bo czymże innym jest uczenie dzieci, których psychika jest bardzo delikatna i nie ukształtowana, oraz które chłoną wszystko jak gąbka - nakładania prezerwatyw na sztucznego członka czy głaskania się po genitaliach? To jest mega patologia i to musi być karalne. Taki latarnik powinien ze szkoły wylecieć na kopach od rodziców (łącznie z tym całym Czaskoskim - pożal się boże prezydencikiem), a następnie trafić za kratki. To samo dotyczy marszów LGBT. 

Tutaj jest Polska, tu nie ma przyzwolenia na propagowanie dewiacji. Czym innym jest homoseksualizm, który kto sobie chce, niech praktykuje w domu za zamkniętymi drzwiami (byle nie z dziećmi), a co innego marsze dewiantów pod tęczową flagą LGBT, publicznie obcałowujących się, półnagich lub przebranych za kobiety. Oczywiście prawo nie zabrania im tych "parad", ale oni muszą zrozumieć, że Polska jest krajem konserwatywnym i to bardzo. Konserwatywnym i chrześcijańskim (katolickim), co udowodniły ostatnie wybory do Europarlamentu. Lewactwo stanowi jakieś 6-7 % wyborców, to wszystko na co ich stać. Polacy nie chcą rewolucji obyczajowych w duchu marksistowskim, my już to przeszliśmy. Gdy na Zachodzie kraje rozwijały swoje gospodarki dzięki powojennej amerykańskiej pomocy w ramach Planu Marshalla, u nas i w całym bloku Środkowo-Wschodnim Sowieci wtłaczali nam do głów Marksa i Lenina. Dlatego uodporniliśmy się na tę chorobę i nawet inna forma tego dziadostwa niewiele tu zmienia. Polacy mówią "Nie" - LGBT i gender, mówią nie radykalnemu feminizmowi. Chcemy się normalnie rozwijać, chcemy pozostać wierni naszej tradycji i kulturze czego byliśmy pozbawieni przez 50 lat od 1939 r., a nie walczyć z Kościołem i pozwalać na patologie wkraczające do szkół i na nasze ulice. To tyle jeśli chodzi o "Wiosnę", która sądzę że do zimy całkowicie zniknie. A wtedy pan Biedroń i jego partner Śmiszek mogą sobie codziennie "sympatycznie czyścić odbyt" czym chcą, byle tylko nas o tym nie uświadamiali.        





KONFEDERACJA

 



 I na koniec Konfederacja. Jak już wspomniałem, to była partia na którą zagłosowałem, ale od razu muszę dodać że kilka postaci w tym ugrupowaniu mnie bardzo razi. Przede wszystkim pan Janusz Korwin-Mikke czyli sławny "Korwin Krul". Jest to dla mnie człowiek-zagadka, który potrafi zmobilizować elektorat i stworzyć prężną partię. Problem polega na tym że... on nigdy nie chce z tą partią (a zakładał ich już kilka) zwyciężyć i gra tylko na siebie, na własną popularność. Zauważcie że Korwin przez jakiś czas buduje swoją partie i przyciąga wyborców, czyli pompuje balonik i tuż przed samymi wyborami on ten balonik po prostu... przekuwa. Zauważyliście to? Zawsze przed wyborami mówi jakąś kompletnie głupią lub szkodliwą frazę, typu np.: "kobiety są dużo głupsze od mężczyzn", lub "niepełnosprawnych powinno się poddawać aborcji", lub "Hitler nie wiedział o Holokauście", lub jakieś brednie o Piłsudskim, lub jeszcze coś wybitnie gorszącego, co powoduje że popularność jego partii tuż przed wyborami gwałtownie spada. Ale on sam zyskuje znaczną popularność. I chyba o to właśnie mu chodzi - o podtrzymywanie własnej kariery politycznej, nic więcej go nie interesuje. Tak samo było teraz, gdy powiedział coś pochlebnego na temat Putina i Rosji (nie pamiętam już dokładnie bo tego pana bardzo rzadko słucham). Dlatego według mnie Korwina należy z Konfederacji "odpalić". Drugą taką osobą jest Grzegorz Braun - który ma dziwne (chyba bezrozumne, bo mimo wszystko nie posądzam go o wpływanie na rzecz Rosji) prorosyjskie i pro-chińskie wyskoki w stylu pana Jabłonowskiego. Też wydaje mi się że szkodzi Konfederacji. Trzecim zaś jest pan Winnicki za którym także nie przepadam, ale głównie ze względu na jego jakąś taką flegmowatość. Natomiast sama idea Konfederacji jest bez wątpienia potrzebna, choćby po to aby punktować PiS w kwestii bandyckich roszczeń bezdziedzicznych organizacji żydowskich i podtrzymywania sprzeciwu w sprawie imigrantów. Mam też nadzieję że w wyborach parlamentarnych na jesieni, uzyskają znacznie lepszy wynik niż teraz. To tyle na dziś, kolejne kraje zaprezentuje w innych częściach tego tematu.  





CDN.