Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OBOZY ZAGŁADY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OBOZY ZAGŁADY. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 lipca 2024

ZEMSTA! - Cz. I

CZYLI O TYM, JAK TO ROSJANIE, CZESI, ŻYDZI I POLACY MŚCILI SIĘ PO WOJNIE NA NIEMCACH




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".


 Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 194 5 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego krętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było potem dopaść ich aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę że nadejście sowietów będzie równoznaczny z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusia, na Litwie i w wielu innych okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przechodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przed zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".


RUINY WARSZAWY 
(1945)



Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawę na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowej, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedziała ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się gdy Niemiec odjeżdżał, gdyż rzekł  mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu gdy Niemcy zostały zmiażdżone, a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowałaś się w wielu ludziach podskórna wręcz ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy), kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90%) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbą ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów zdążającą na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało pisałem już jakiś czas temu, teraz jedynie przypomnę: ludzie których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich dowozów niczym konie i kazano ciągnąć po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...


BERLIN 
(1945)



CDN.

sobota, 15 czerwca 2019

AUSCHWITZ - POCZĄTEK

ROCZNICA PIERWSZEGO TRANSPORTU I

PIERWSZEJ UCIECZKI Z NIEMIECKIEGO

OBOZU ZAGŁADY W 

AUSCHWITZ-BIRKENAU






W dniu wczorajszym minęła 79 rocznica pierwszego transportu do niemieckiego-nazistowskiego obozu koncentracyjnego w Auschwitz - pierwszy transport - SAMI POLACY! To, że obóz zagłady w Auschwitz-Birkenau został zaprojektowany przez Niemców do masowej eksterminacji narodu polskiego, dziś nie jest jeszcze powszechnie wiadomym faktem (szczególnie na Zachodzie, w samych Niemczech czy USA, o Izraelu nawet nie wspominając). Postuluje bowiem (powielany w szkołach, gdzie wiele się mówi na temat Holokaustu samych Żydów) przekonanie, że w obozach koncentracyjnych, a szczególnie w Auschwitz ginęli tylko Żydzi (dokłada się jeszcze oczywiście homoseksualistów, Cyganów i jeńców sowieckich - choć o tych ostatnich też już raczej się nie pamięta), natomiast nikt nie mówi o pierwszej nacji, dla której cały ten obóz w ogóle został zbudowany - o POLAKACH! Tak, to Polacy było zarówno pierwszym, jaki i (do 1942 r.) najliczniejszym narodem, jaki był masowo uśmiercany w tym niemieckim obozie zagłady (zresztą tak na dobrą sprawę to i tak Polacy byli najliczniej mordowaną tam nacją do końca Wojny, jako że przecież Żydzi którzy tam zginęli, w ogromnej wiekszości nie tylko pochodzili z Polski, ale byli jej obywatelami - czyli byli Polakami. W Auschwitz nie ginęli więc Żydzi obywatele Izraela - bo takiego państwa wówczas jeszcze nie było - ale albo Żydzi - obywatele polscy, albo po prostu Polacy. Dopiero w dalszej kolejności byli to jeńcy sowieccy, Żydzi pochodzący z innych europejskich krajów zajętych przez niemiecki Wehrmacht, Cyganie, homoseksualiści, a także (nieliczni co prawda) niemieccy przeciwnicy narodowego socjalizmu). Tak więc wygląda stopień zagłady ludności zarówno w samym Auschwitz, jak i w czasie całej II Wojny Światowej: na pierwszym miejscu Żydzi - obywatele polscy, następnie Polacy, potem długo, długo nic - potem jeńcy sowieccy, Żydzi z innych krajów a następnie cała wyżej wymieniona reszta ludności.

Swoją drogą ciekawe czy dzień 14 czerwca - czyli dzień pierwszego transportu do obozu w Auschwitz, jest również wymieniany na lekcjach historii na temat II Wojny Światowej i Holokaustu? Mogę się założyć że nie, gdyż po pierwsze byli to sami Polacy (728 osób z Tarnowa), po drugie obóz w Auschwitz aż do 1942 r. był zdominowany przez więźniów - Polaków, po trzecie Holokaust dotyczy Żydów i tylko Żydów (tak przynajmniej to wygląda w oficjalnym przekazie), a jak wiadomo nikt nie lubi konkurencji nawet (a może przede wszystkim) w ilości doznanych cierpień i pomordowanej ludności. Pod tym względem jednak nikt nie może się z nami równać. Byliśmy bowiem notorycznie mordowani zarówno przez samych Niemców jak i przez Rosjan (Sowietów), a także Ukraińców, Litwinów, nawet Czechów, o stratach materialnych nawet nie wspomnę (bo już wielokrotnie je opisywałem), ale dodać muszę, że kwota ponad 700 000 000 000 (miliardów) dolarów, jakie Niemcy powinny zapłacić Polsce za II Wojnę Światową (Grecja żąda ponad 200 000 000 000 dolarów) jest śmiesznie niska. Realnie kwota ta nie powinna być mniejsza niż 1 000 000 000 000 (bilion) dolarów, a i to nie zadośćuczyniłoby nawet połowie zbrodni i zniszczeń, jakie oni tutaj popełniali. Oczywiście uzyskanie takich odszkodowań na razie jest mało prawdopodobne, ale... różnie już bywało w historii, oj różnie - myśmy nawet już kiedyś z Mongolią graniczyli... i pod Legnicą 😊. Wszystko jest więc możliwe - tylko trzeba być konsekwentnym i oczywiście przedstawić stronie niemieckiej pełny rachunek naszych strat, żeby dokładnie wiedzieli za co płacą - w ogólności - za GŁUPOTĘ swoich przodków!




WARSZAWA PO PAŹDZIERNIKU 1944


 
W szkołach nie uczy się zresztą nie tylko o pierwszym (i kolejnych, także złożonych głównie z Polaków, bowiem w kolejnych transportach byli już nieliczni Żydzi), transporcie do Auschwitz, ale również nic nie mówi się o pierwszej udanej ucieczce z tego niemieckiego obozu śmierci, dokonanej też 79 lat temu (niedługo będzie rocznica) - 6 lipca 1940 r. i również oczywiście przez Polaka - Tadeusza Wiejowskiego. Ten, urodzony w maju 1914 r. w Kołaczycach na Podkarpaciu - szewc, został w sierpniu 1939 r. (tak jak większość innych mężczyzn) zmobilizowany i wziął udział ze swoją jednostką w walkach o Małopolskę (Armia Kraków). Po sowieckim uderzeniu z 17 września 1939 r. i klęsce Wojny Obronnej, udało mu się uniknąć niemieckiej niewoli i wrócić do domu - do Kołaczyc. Już jesienią 1939 r. zawiązał lokalne struktury konspiracyjne. Gestapo aresztowało go z końcem kwietnia 1940 r. i trafił na początek do więzienia w Tarnowie. Wiejowski całą nadzieję pokładał we Francji, gdyż wówczas została ona zaatakowana przez Wehrmacht, jednak 14 czerwca, gdy pierwszy transport więźniów do Auschwitz (wysłany z Tarnowa 13 czerwca) dotarł do obozu, tego właśnie dnia skapitulował Paryż a niemieckie jednostki wkroczyły do stolicy Francji. Wkrótce potem cała Francja podpisała akt kapitulacji (22 czerwca 1940 r.). Wiejowski kompletnie się wtedy załamał, stracił bowiem wiarę że ta wojna może się skończyć niemiecką klęską. 14 czerwca, w pierwszym apelu obozowym, on i inni więżniowie usłyszeli z ust zastępcy komendanta obozu - Karla Fritzscha, takie oto słowa: "Nie przybyliście tutaj do sanatorium, lecz do niemieckiego obozu koncentracyjnego. Jeśli w transporcie są Żydzi, to mają prawo żyć nie dłużej niż dwa tygodnie, księża miesiąc, pozostali trzy miesiące". Żydów nie było, ale znalazło się kilku księży katolickich. 


TADEUSZ WIEJOWSKI

 

Następnie wytatuowano Wiejowskiemu na przedramieniu numer 220 i od tej chwili to było jego obozowe imię. Przydzielono go do bloku więźniów czyszczących cegły, pochodzące z rozbiórki i noszących cement pod budowę krematorium i nowych baraków. Podczas tych prac, nawiązał on kontakt z obozowymi elektrykami, też Polakami i wówczas to w jego głowie zakiełkował plan ucieczki (każdy bowiem dzień w obozie wyczerpywał jego siły, należało więc uciec szybko, póki jeszcze jest się sprawnym fizycznie). Owych pięciu elektryków było członkami Związku Walki Zbrojnej - czyli konspiracyjnej organizacji niepodległościowej i to oni (a konkretnie jeden z nich - Józef Patek), zorganizowali mu kombinezon roboczy potrzebny do ucieczki. Plan został opracowany na 6 lipca, po porannym apelu. Wówczas to Wiejowski niepostrzeżenie wśliznął się do jednej z izb w bloku nr. 15 (gdzie pracowali owi elektrycy). Tam ściągnął swój obozowy pasiak i włożył strój roboczy. Następnie razem wyszli z bloku, kierując się do bramy obozu. Minęli strażników i szybko znaleźli się za bramą, po czym skierowali na pobliską stację kolejową. Tam Tadeusz Wiejowski wsiadł (a raczej wskoczył) do pociągu towarowego (dostał jeszcze na drogę od Patka trochę pieniędzy), jadącego na południe i po kilku dniach podróży dotarł do swojej rodzinnej miejscowości. Tymczasem w obozie już wiedziano o ucieczce, więc natychmiast zarządzono apel i ściągnięto wszystkich więźniów (1 300) z bloku nr. 1 (w którym przebywał Wiejowski) a Fritzsch nakazał by zgłosili się ci, którzy wiedzą coś na temat ucieczki więźnia 220. Nikt się nie odezwał, więc każdemu wymierzono karę 25 kijów (bito gdzie popadło, również po głowie). Wszyscy musieli też stać na baczność długie godziny, a kto nie wytrzymywał i osuwał się na ziemię, był polewany wodą i ponownie bity. Łącznie więźniowie stali tak przez 20 godzin, przy czym tylko 10 z nich dotrwało do końca, w postawie na baczność, inni leżeli na ziemi i ze zmęczenia nie reagowali już nawet na ciosy esesmanów. 

Tymczasem zarządzone po okolicy poszukiwania Wiejowskiego nic nie dały, ale 8 lipca znaleźli się więźniowie, którzy wskazali na elektryków, jako tych, którzy mieli pomóc Wiejowskiemu w ucieczce. Oczywiście elektrycy nie przyznali się do winy, ale poddano ich brutalnemu sześciodniowemu śledztwu, w wyniku którego byli bici do nieprzytomności - lecz nie załamali się i nie przyznali do umożliwienia ucieczki Wiejowskiemu. Skazano ich więc na trzy lata obozu w Mauthausen w Austrii (wcześniej byli pracownikami zatrudnionymi przy rozbudowie obozu) i tam większość z nich (Józef Patek, Emil Kowalewski, Jerzy Muszyński i Stanisław Mrzygłód) została zamordowana - przeżył tylko jeden Bolesław Bicz. Natomiast Tadeusz Wiejowski także nie dożył końca wojny. We wrześniu 1941 r. (już po ataku Niemiec na Związek Sowiecki), został zadenuncjowany do Gestapo przez jednego z mieszkańców Kołaczyc (popełnił błąd, że wrócił w rodzinne strony). Trafił następnie do więzienia w Jaśle, gdzie przeszedł bardzo brutalne śledztwo (był nieludzko torturowany), a ostatecznie w grudniu 1941 r. rozstrzelany, wraz z grupą innych polskich więźniów, blisko nieczynnego szybu naftowego w okolicach Gorlic. Tak więc Tadeusz Wiejowski był nie tylko jednym z więźniów pierwszego transportu do Auschwitz, ale również pierwszym, który skutecznie uciekł z tego niemieckiego obozu śmierci. Nigdy o tym nie zapominajmy!      






PS1: 
NA OSTATNIEJ KONFERENCJI PRASOWEJ PREZYDENTÓW DUDY I TRUMPA (PODCZAS WIZYTY ANDRZEJA DUDY W USA - GDZIE RZECZYWIŚCIE, WITANY BYŁ NICZYM KRÓL, CO RZADKO SIĘ ZDARZA), I NIE WCHODZĄC W SZCZEGÓŁY TEGO, CO ONI TAM WYNEGOCJOWALI - PADŁY WAŻNE SŁOWA, ODNOSZĄCE SIĘ RÓWNIEŻ DO II WOJNY ŚWIATOWEJ, SOWIECKIEJ OKUPACJI CZY WOJNY POLSKO-BOLSZEWICKIEJ






PS2:
PIĘKNY MECZ ZAGRALI POLSCY PIŁKARZE Z IZRAELEM, AŻ MIŁO BYŁO POPATRZEĆ NA TO POPATRZEĆ

POLSKA  4 : 0  IZRAEL 





 CDN.
 

niedziela, 27 stycznia 2019

POWRÓT DO PIEKŁA!

74 LATA TEMU SOWIECI 

WYZWOLILI NIEMIECKI 

OBÓZ ZAGŁADY W 

AUSCHWITZ-BIRKENAU, 

TYLKO PO TO, ABY... 

ZAMIENIĆ GO W SWÓJ WŁASNY 

OBÓZ ZAGŁADY




 Dziś mija 74 rocznica wyzwolenia niemieckiego obozu koncentracyjnego i zagłady w Auschwitz-Birkenau. Jest to swoista okazja do podzielenia się z czytelnikami pewnymi moimi rozważaniami na temat związany z samą zagładą Żydów w tzw.: Holokauście (czyli całopaleniu). Krążą mi bowiem po głowie myśli, które na pierwszy rzut oka wydają się niedorzeczne, ale po głębszym zastanowieniu i po rozważeniu wszystkich okoliczności z tym związanych, stanowią pewien punkt zaczepienia nie tylko wielce prawdopodobny, ale być może nawet... jedynie prawdziwy? Nim jednak do tego przejdę, najpierw chciałbym opowiedzieć o owym "sowieckim wyzwoleniu" obozu zagłady w Auschwitz, który notabene wyglądał tak samo jak całe to sowieckie "wyzwolenie Polski" i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, czyli innymi słowy należałoby się zapytać (słowami Wiktora Suworowa - rosyjskiego dysydenta, który jako wysoki rangą oficer Armii Sowieckiej i sowieckiego wywiadu GRU, doskonale znał ten system od wewnątrz), otóż zadał on kiedyś proste pytanie: "Dlaczego po owym wyzwoleniu Europy przez Armię Czerwoną, zapomniano... wrócić do domu?". No właśnie - proste pytanie, prawda? Sowieci wyzwolili pół Europy od niemieckiego jarzma, tylko potem zapomnieli wrócić do domu. Narzucili "wyzwolonym" przez siebie państwom swoją władzę i okupację, system polityczny i niewydolną gospodarkę socjalistyczną. Wprowadzili terror, który niejednokrotnie przewyższał terror wprowadzony przez samych Niemców (rotmistrz Witold Pilecki powiedział tuż przed śmiercią że obóz Auschwitz, do którego dał się złapać i zawieść na ochotnika, aby stworzyć tam wewnętrzny ruch oporu - "to była igraszka", w porównaniu z tym, czego doświadczył po tzw.: "wyzwoleniu" ze strony sowieckich okupantów i ich polskich wykonawców. "Wykończyli mnie Marysiu, Auschwitz, to była igraszka" - tymi słowy zwrócił się do swojej żony Marii Pileckiej). Ci sami "wyzwoliciele" stworzyli również sieć obozów koncentracyjnych i obozów pracy na ziemiach polskich, które niczym nie różniły się od niemieckich obozów zagłady (jedyna różnica polegała na tym że w obozach sowieckich ludzi nie gazowano w komorach śmierci). Jednym z takich obozów był opisywany wcześniej przeze mnie obóz zagłady w Łambinowicach

Ale były też inne - Świętochłowice, Jaworzno, Poniatowa, Popkowice, Kępno, Niemodlin, Pawłowice, Dobrzyny, Głuchołazy i wiele, wiele innych. Oficjalnie były to obozy pracy, realnie obozy zagłady, gdzie co prawda rzadko zabijano ludzi w sposób bezpośredni (choć takie przypadki też zdarzały się w niektórych obozach dość często), to jednak ludzie umierali tam masowo z głodu, chorób, przemęczenia, zimna i ciężkiej, katorżniczej pracy od świtu do zmierzchu. Za najmniejszy błąd byli karani, za to że byli kalekami i nie potrafili chodzić i pracować, byli bici i szczuci psami na śmierć. Oto co przyniósł komunizm Europie po tzw.: "wyzwoleniu" spod niemieckiej okupacji (czyli innego marksistowskiego bagna - nazizmu). Choć tak naprawdę czy rzeczywiście wiemy jak było? Czy potrafimy sobie wyobrazić życie ludzi w tych ciężkich, wojennych i powojennych latach? Czy umiemy się wczuć w to, co musieli przeżywać, oddzieleni od swoich bliskich i skazani na ciągłe bicie, poniżanie i tortury (swoją drogą gdyby to wszystko sprowadzało się tylko do bicia i poniżania, to byłoby tam jak w raju). Dochodził jednak głód, zimno, robaki, które wchodziły do ust i nosa, a człowiek nie reagował bo był zbyt zmęczony całodzienną pracą ponad siły. Wielu więc, aby przetrwać i mieć trochę lepsze życie od innych, decydowało się przyjąć rolę obozowego kapo - czyli sami na rozkaz znęcali się nad innymi osadzonymi współwięźniami, by tylko dostać trochę lepszą zupę, lub podwójną kromkę chleba. W tych sowieckich obozach ludziom, którzy nie mieli już siły pracować i mdleli z osłabienia, obozowi kapo... skakali po klatce piersiowej, aż coś chrupnęło i nieszczęśnik umierał zadławiony własną krwią. Przerażające? Nie, to nie było nic wielkiego, ot po prostu zwykły dzień obozowego piekła pod sowieckim zarządem wojskowym. 

Ostatnio oglądałem jakiś reportaż na temat dzisiejszej Rosji i odradzaniu się w tym kraju kultu Stalina. "Stalin wielki przywódca", "Stalin obrońca i wybawicieli kraju od faszystów", a kto siedział w gułagach? "Jak to kto, przestępcy, kryminaliści, ci, którym się nie chciało pracować, lub którzy byli kombinatorami" - takie właśnie padały odpowiedzi, i to zarówno wśród profesorów uniwersyteckich, jak i wśród wielu zwykłych ludzi. Słuchając tego zastanawiam się jak ludzka percepcja pewnych faktów, oddziałuje na nasz mózg i nasze uczucia. Ci ludzie bowiem (którzy tak pochlebnie wyrażali się o Stalinie, uważając że za jego rządów w kraju panował porządek), w ogóle nie brali pod uwagę możliwości popełnienia przez jego reżim takich zbrodni, uważając je za albo przesadzone i wyolbrzymione, albo za... konieczne. Konieczne, ponieważ "tylko kombinatorzy, lawiranci i anty państwowcy, którym się nie chciało pracować - siedzieli wówczas w gułagach, porządni ludzie przecież nie siedzieli". Problem polegał jednak na tym, że w ustroju komunistycznym każdy człowiek, bez względu na jego ideowość i przywiązanie do państwa, partii i ustroju, był od początku podejrzany. I na każdego można było znaleźć cokolwiek, nawet najbardziej niedorzeczne oskarżenia, jak np. o działalność agenturalną na rzecz Japonii, Niemiec, Polski, USA, Wielkiej Brytanii, Burkina Faso, czy Marsjan z planety Wenus. Powód oskarżenia był bez znaczenia bo i tak ogromna większość oskarżonych się pod nim podpisywała by uniknąć brutalnych tortur (i to tortur tak okrutnych, że niejeden dziś zemdlałby na sam widok). Mało tego, niektórzy nawet pytali co jeszcze maja tam dopisać, aby było dobrze i by akt oskarżenia wyglądał prawidłowo. Wiedzieli że czeka ich za to śmierć lub w najlepszym razie wysłanie do obozu pracy (co w praktyce też równało się śmierci, tylko rozłożonej na dni i tygodnie), a mimo to sami pytali o co jeszcze można ich oskarżyć - wszystko, aby tylko uniknąć bicia (wyrywania paznokci tępymi szczypcami, wybijania zębów, łamania kości, wyrywani palców ze stawów itd. Należy jednak pamiętać że to był... łagodny zestaw tortur). 




Czy więc można się dziwić, że wielu bardzo szybko (po pierwszym biciu) do wszystkiego się przyznawało i doprawdy mam wielki szacunek dla tych Niezłomnych (jak rotmistrz Witold Pilecki czy major Hieronim Dekutowski "Zapora" i inni - którzy mimo to się nie załamali. Ja sam dziś nie jestem pewien czy wytrzymałbym połowę z tego co oni wówczas przeszli. Spójrzcie, jak silną wiarę trzeba mieć, aby to wytrzymać i jeszcze na koniec odrzec: "Będę się za ciebie modlił" - jak odrzekł do swego kata rotmistrz Pilecki. Doprawdy - Niesamowite). Należałoby zanucić tutaj słowa: "Hej, hej Rotmistrzu, było Was tak wielu - lecz zabija Moskwa naszych bohaterów". A przecież ci ludzie, ci Niezłomni-Niezwyciężeni, oni wyrośli i wychowali się zarówno w domach jak i potem w szkołach, w których uczono ich trzech najważniejszych zasad, które sprowadzały się do słów: BÓG-HONOR-OJCZYZNA. Więcej nie trzeba - to wystarczy. Potem jednak, podczas komunistycznych procesów pokazowych w tzw.: "Polsce Ludowej" (czyli ta hybryda polskiej państwowości, ciało obce, narzucone nam przez sowieckich "wyzwolicieli" i tak nienaturalne dla genu polskości, niczym siodło zapięte na krowie), takich ludzi uważano za bandytów, faszystów, zbrodniarzy etc. etc. Mawiano o nich w uzasadnieniach wyroków pseudo-sądowych iż wyrośli w "faszystowskiej, sanacyjnej Polsce", że pozostają ideowymi zwolennikami: "tego przedwojennego watażki i wroga ludu polskiego - Piłsudskiego" itd. A co oni mieli do zaoferowania, skoro mordowali ludzi pokroju rotmistrza Pileckiego, wychowanego właśnie kulcie Niepodległej i żyjącego w tej "faszystowskiej Polsce, pod rządami tego watażki Piłsudskiego?". 

Ano do zaoferowania mieli wielu - jak choćby zwykłego bydlaka - Karola Świerczewskiego, który wciąż zamroczony alkoholem, wolną ręką wysyłał swych żołnierzy prosto pod niemieckie karabiny maszynowe niczym mięso armatnie. Mieli zbrodniarza Czesława Gęborskiego - który strzelał do kobiet w obozie w Łambinowicach i kazał mordować noworodki, roztrzaskując im główki o ścianę, Mieli Salomona Morela - Żyda/komunistę który w swoim obozie w Świętochłowicach dopuszczał się również okrutnych zbrodni na więzionej tam, bezbronnej (i często niewinnej ludności). Mieli do zaoferowania i innych zbrodniarzy, których nazwiska mógłbym wymieniać bez końca (a które i tak dla większości czytelników byłyby zupełnie pustymi słowami). Spójrzmy co (prócz pięknych słówek na sztandarach) przyniósł Ludzkości komunizm? Jakie wartości wpajał w człowieka - przemoc, złodziejstwo, kłamstwo, kombinatorstwo - to oto nam chodzi? To chcecie przekazać własnym dzieciom? Spójrzmy, w świecie bez Boga, bez Godności, bez Honoru, w świecie bez Prawdy, bez Wartości - co się może ostać? Słyszałem że zagładę nuklearną mogą przeżyć jedynie... robaki. Janusz Szpotański pisał w swej "Gnomiadzie": "A młodość twoja? Nie górna i chmurna, lecz przede wszystkim ponura i durna. Jeszcze cię teraz chwytają wymioty, gdy ZMP-owskie wspominasz bełkoty. Wysoko świeci stalinowskie słonko, wciąż na trybunę straszne typy włażą, z owadzim okiem i pryszczatą twarzą, krzyczą, byś walczył z kułakiem i stonką. Wtem cię za serce straszna chwyta trwoga, bo wiesz, że wyraz twarzy masz nieszczery, że pod tą maską klasowego wroga ktoś wnet rozpozna i skopią ci nery (...). O, jakże szybko nastrój prysnął wzniosły! Albowiem w kraju tym zaczarowanym, gdzie - jak w złej bajce - ludźmi rządzą osły, jakież tu mogą być właściwie zmiany? Tu tylko szpiclom coraz większe uszy rosną, milicji - coraz dłuższe pałki, i coraz bardziej pustka rośnie w duszy, i coraz bardziej mózg się staje miałki. Tu tylko może prosperować gnida, cwaniak i kurwa, łotr i donosiciel - niewielki wybór, jak sami widzicie, choć niejednemu kuszącym się wyda".

Tak komuniści nienawidzili Polski, Polaków i Ziuka Piłsudskiego, jak pisał bowiem Witold Gadowski: "Myślę oczywiście o naszym historycznym genomie ukształtowanym w dobie Pierwszej Rzeczpospolitej. Niewiele o niej wiemy. Właściwie tyle co wbili nam do głów w komunistycznej i postkomunistycznej szkole. Obie te hybrydy - protezy polskiej państwowości -  szczególną nienawiścią darzyły właśnie Pierwszą Rzeczpospolitą i  jej najwierniejszego dziedzica "Ziuka" Piłsudskiego. Pierwsza Rzeczpospolita Obojga Narodów była krajem o jakim marzyłby Arystoteles - pierwszą republiką świadomych obywateli. Była krajem tolerancji i naturalnego ładu społecznego, którego nie uczynił żaden wymyślony system, a genialne dostosowanie ustroju do codziennej praktyki i wymagań ziemi. Wokół Rzeczpospolitej szalały wojny religijne, wzmacniały się absolutystyczne monarchie i tyranie, a na jej obszarze kwitły tolerancja i szacunek wobec głosu wolnego, wolność ubezpieczającego. Tamta Polska była fenomenem na skalę świata, a ukształtowała się tak nie z pomysłu jakiegoś szaleńca (jak wszystkie "izmy"), ale na drodze wlewania charakteru zamieszkujących ją narodów do kielicha wspólnego ustroju. Gdyby nie zdziczenie i prymitywizm naszych sąsiadów, trwalibyśmy tak przez długie wieki jeszcze. Cóż, było to jednak zbyt piękne, aby mogło trwać długo. Spójrzcie jednak - mieliśmy kraj, który przodował w tolerancji, samorządzie i próbach budowania rozsądnej demokracji - wedle marzeń samego Arystotela. Nigdy przy tym nie kolonizowaliśmy nikogo, nie wyzyskiwaliśmy.  Jeśli jakiś lud dołączał się do naszego wysiłku, to szybko dopuszczaliśmy go do równoprawnej kompanii. W naszej Polsce dobrze żyli sobie i Żydzi i Rusini i moi dalecy przodkowie Tatarzy i cała reszta. Taką Polskę zepsuły germańskie i ruskie watahy barbarzyńców. Ona jednak przetrwała. I teraz, kiedy większość Europy pogrąża się w szaleńczej brei, my przetrwaliśmy, przenieśliśmy do dzisiejszych dni nasze geny. Polska to wielka Rzecz a przy tym Pospolita dla wszystkich tych, którzy dołączają do naszej wspólnoty etycznej, Polakiem bowiem może być każdy, kto godzi się na taką wspólnotę i chce ją upowszechniać. Polska to wielka Rzecz, zbyt wielka, aby długo znosiła na swoim grzbiecie insekty, które nanieśli najeźdźcy".




Przejdźmy więc teraz do tematu, choć może jeszcze nim to uczynię, chciałbym zaprezentować relacje osób, które przeszły przez sowiecki obóz koncentracyjny w Świętochłowicach na ziemiach polskich, niepodzielne władztwo Salomona Morela (zbrodniarza wojennego, który spowodował śmierć 1695 więźniów i w 1992 r. uciekł do Izraela w obawie przed aresztowaniem, a na wystawiony przez Polskę wniosek ekstradycyjny, Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela odpowiedziało w 1998 r. następująco: "przestępstwa Morela, za które jest ścigany, jeśli w ogóle do nich doszło, w świetle izraelskiego prawa nie są żadnym ludobójstwem, a ponadto po 20 latach uległy już przedawnieniu"). Morel zmarł w 2007 r. w Tel Awiwie w wieku 87 lat. Nigdy nie odpowiedział za żadne ze swoich zbrodni, bowiem strona izraelska uważała że nękanie go za zbrodnie na nie-Żydach, to jest... antysemityzm. Więc oceńmy sami czy nie było to żadne ludobójstwo i czy rzeczywiście mogło to ulec przedawnieniu. Oto relacje osób, które przeszły przez piekło Świętochłowic, tam, gdzie panem życia i śmierci był Salomon Morel. Obóz pracy (w rzeczywistości obóz zagłady) w Świętochłowicach został założony w lutym 1945 r. jeszcze przed zakończeniem II Wojny Światowej. Komendantem tego obozu mianowany został właśnie Salomon Morel, urodzony 15 listopada 1919 r. we wsi Garbów w Lubelskiem. W czasie wojny był on ukrywany przed Niemcami wraz z bratem Ickiem, przez polskich sąsiadów - rodzinę Tkaczyków. Oni ich ukrywali, pomagali, przynosili jedzenie. Po jakimś czasie jednak obaj bracie opuścili schronienie u rodziny Tkaczyków i następnie przystąpili do bandy rabunkowej, okradającej wsie. W 1942 r. jego brat został skazany na śmierć za rozboje (z rozkazu Grzegorza Korczyńskiego - dowódcy komunistycznej Armii Ludowej - ponoć Morel zachował życie, ponieważ... zrzucił całą winę na brata. Potem przyłączył się do komunistów, a w 1943 r. przedostał się do Związku Sowieckiego i wstąpił do sowieckiej partyzantki. W 1944 powrócił do Polski i wstąpił do UB (Urzędu Bezpieczeństwa), a w lutym 1945 r. został mianowany komendantem obozu w Świętochłowicach. W obozie więzieni byli zarówno Niemcy jak i Polacy (a także Ślązacy, którzy uważali się za tutejszych i mówili dwoma językami), oto relacje niektórych z nich:


Niemiec Gerhard Gruschke: "Morel miał 25 do 30 lat. Miał wyrazistą, silną sylwetkę i emanowała z niego żarliwa nienawiść. Gdy sam upatrzył sobie jakiegoś więźnia, w zasadzie oznaczało to dla tego więźnia wyrok śmierci. Jego "specjalnością" było to, że przejął obyczaj z czasów obozów koncentracyjnych, polegający na biciu więźniów ciężkim taboretem. Zawsze po takich "nalotach" więźniowie leżeli ciężko ranni i musiano ich przynosić do ambulatorium. Niektórzy z rozbitymi głowami lądowali w baraku - trupiarni. Na zawsze pozostanie w mojej pamięci niezapomniane: "panie komendancie" - błagalny ton dręczonych ofiar. Ale miłosierdzia nie było. A byli to w przeważającej liczbie uczciwi i prości mężczyźni oraz chłopcy z Górnego Śląska, którzy tu byli bici, dręczeni i w końcu umierali. Uderzenia gumową pałką lub kawałkami drewna były na porządku dziennym. Ile spowodowało to trwałych uszkodzeń ciała, szczególnie nerek, w wyniku stosowania tylko tego rodzaju tortur? Innym sposobem dręczenia było to, że leżeliśmy na ziemi i musieliśmy się z niej zrywać jak najszybciej, a następnie kopali nas milicjanci, szczególnie po głowach. Prócz bólu cielesnego, który był największy wtedy, gdy miejsce torturowania - plac apelowy - pokryty był żwirem, najbardziej bolało nas wewnętrznie - poczucie zupełnego poniżenia w tych chwilach".

Polak Nikodem Osmańczyk: "Znam nazwisko komendanta obozu. Brzmi ono Morel. Był to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o czarnych włosach. Pewnego razu Morel przyszedł do baraku, w którym mieszkaliśmy, polecił stanąć nam wszystkim w dwuszeregu twarzami do siebie i kazał się wzajemnie bić po twarzy. Ponieważ ja i ojciec zamarkowaliśmy uderzenie, Morel podszedł do nas i ze słowami: "co, skurwysyny, tak to się bije świnię" ręką w której miał pistolet, uderzył mnie w twarz, w wyniku czego upadłem na ziemię pod pryczę. To samo postąpił z moim ojcem. Potem kazał się nam ponownie bić. Morel bił praktycznie codziennie więźniów za byle jakie przewinienia. W pewnym momencie wywołali jednego z więźniów - z tego, co wiem, był profesorem. Miał brodę, gdyż nie było się czym ogolić. Kazali mu usiąść na taborecie i po wyjęciu przez jednego ze strażników zapałek wywołali mnie i jeszcze jednego więźnia i polecili nam ogolić profesora. Golenie polegało na tym, że przy pomocy zapalonych zapałek opalaliśmy mu zarost. Ponieważ ja nie mogłem zapalić zapałek za pierwszym i drugim razem, zostałem przez jednego ze strażników uderzony pejczem po twarzy. Podczas gdy opalaliśmy mu twarz, strażniczki, które stały za profesorem, biły go po plecach i twarzy za to, że wymieniony ruszał się na taborecie, ponieważ go bolało opalanie zarostu. Przypominam sobie, że w sobotę wielkanocną 1945 r. w nocy do mojego baraku przyszli strażnicy oraz komendant Morel. Wszyscy byli pijani i bez żadnego powodu bili nas pejczami, nogami od taboretu i rękojeściami pistoletów po całym ciele".

Polak Edmund Kamiński: "Morel uderzył mnie jeden raz ręką. Po tym uderzeniu straciłem częściowo słuch w lewym uchu. Uderzenie było bardzo mocne. Pamiętam, że Morel przyszedł na apel przed nasz barak ubrany w polski mundur oficerski, w stopniu chyba kapitana. Przyszedł w towarzystwie dwóch żołnierzy rosyjskich. Nie pamiętam, za co zostałem uderzony. Morel miał na rekach czarne skórkowe rękawiczki, w których było coś metalowego, chyba metalowa płytka. Widziałem, jak z drutów zdejmowano jednego z więźniów. Nie wiem, czy więzień ten jeszcze wtedy żył. U nas w baraku były przypadki - podobnie jak i w innych barakach - że więźniowie wieszali się na paskach, sznurkach. Słyszałem że kobiety były gwałcone przez obsługę obozu".

Polak Henryk Wowr: "Przed północą zostaliśmy obudzeni i osiem osób z sali, wśród których byłem ja i ojciec, zostaliśmy zaprowadzeni na blok nr. 2. Tam był Salomon Morel i strażnicy. Każda z tych osób miała broń. Czekaliśmy na korytarzu. . Podzielono nas na dwie grupy: starszych i młodszych. Najpierw do pomieszczenia bloku, w którym odbywały się tortury, weszła grupa osób starszych i wśród nich był mój ojciec. Widziałem, że po wejściu do tego pomieszczenia ojciec dostał bykowcem z tyłu w szyję i upadł na twarz. Zamknęły się drzwi. Dochodziły do nas krzyki i jęki. Po pobiciu osoby były wyrzucane na korytarz, nieprzytomne, zlane wodą. Ja także wszedłem w grupie około ośmiu osób. Na powitanie Morel każdego z nas uderzył o twarzy ręką, na której miał rękawiczkę z twardej skóry. Kazał się następnie każdemu z nas po kolei kłaść i byliśmy bici rurkami obciągniętymi gumą, po całym ciele, gdzie popadło. Bił zarówno Morel, jak i inne osoby, które tam były. Ja zemdlałem. Ocucono mnie wodą. Jak wszyscy byliśmy skatowani, to Morel sam osobiście wysypał cztery wiadra miału węglowego na podłogę. Kazał zlizywać językiem miał z podłogi i dawać go z powrotem do wiadra. Oświadczył nam, że nie wyjdziemy stamtąd, dopóki podłoga nie będzie czysta. Gdy to robiliśmy, Morel jak i też inni naigrywali się z nas. W tej chwili nie potrafię powtórzyć tego, co mówili. Gdy nie byliśmy w stanie posprzątać miału z podłogi, ponownie po kolei każdego z nas bito metalową rurką owiniętą gumą. Znowu straciłem przytomność na pryczy. Pamiętam jak przez mgłę, że ktoś mówił, aby zabierać to ścierwo, przytomność odzyskałem w swoim bloku. Miałem sińce na całym ciele i wybite dwa zęby w górnej szczęce. Na całym ciele widać było ślady po uderzeniu metalową rurką. Dopiero po upływie miesiąca te ślady znikły. Gdy to wszystko się działo, miałem 16 lat. Bardzo to przeżyłem. Do dnia dzisiejszego mam uraz psychiczny - jak zobaczę policjanta, to się cały trzęsę. Osoby, które nas biły, były nietrzeźwe. Praktycznie zawsze było czuć od nich wódkę. Chcę dodać, że ojciec po pobiciu na bloku nr. 2 załamał się i nie chciał ze mną rozmawiać na temat tego, co się tam zdarzyło. Mówił do mnie, że jak mama nas stąd nie wyciągnie, to on ze sobą skończy. Praktycznie każdego dnia ktoś popełniał samobójstwo, gdyż nie wytrzymywał tego psychicznie. Najczęściej samobójstwa popełniane były w ubikacji, bo to było jedyne miejsce, gdzie można było zawiesić sznur i się powiesić. Jeżeli ktoś nie chciał sam odebrać sobie życia, to szedł na tak zwane druty i wtedy był zastrzelony przez strażnika obozu, bez żadnego ostrzeżenia".

Polka Dorota Borczek: "Był barak nr. 7. W tym baraku bito ludzi na śmierć. Często widziałam wieczorami, jak Morel wraz z innymi mężczyznami wchodził do tego baraku. Słyszano krzyki umierających i widziano następstwa. Rano z baraku wynoszono nagich, martwych mężczyzn. To znaczy wyrzucano ich przez okno. Wszyscy byliśmy wtedy wygłodzeni. Jak odtworzyłam to sobie wraz z innymi więźniami, otrzymywaliśmy około 700 g. chleba jako przydział dzienny i dzieliliśmy go na osiem części pomiędzy osiem kobiet. Cierpieliśmy straszny głód. Do tego jeszcze wszy i pluskwy - prawdziwa plaga. Zostały z nas wychudzone szkielety. Coraz więcej ludzi miało wysoką gorączkę, wśród nich moja matka. Pewnej nocy do naszego baraku przyszedł Morel z lekarzem obozowym. Niespodziewanie Morel uderzył lekarza obozowego, aż ten upadł na ziemię, i skakał po nim. Tamtej nocy Morel wydał rozkaz, aby z baraku powynosić nieprzytomnych, wśród nich była też moja matka. Z uwagi na gorączkę obwiązałam matce łydki swoim stanikiem i majtkami. Gdy matka zauważyła, że ją zabierają, zaczęła śpiewać. Więźniowie sądzili, że zwariowała. Potem zobaczyłam, że moja matka została zrzucona z noszy i uderzyła głową o beton".

Polka Maria Kozieł: "Ludzie, których zamykano w karcerze, umierali. Chyba zagryzały ich szczury. Widziałam przez otwarte drzwi, że tam było pełno wody. Były tylko drzwi, za nimi kilka schodów i sama woda. Czasem słyszałam, jak zamknięte tam osoby krzyczały, wołały o pomoc albo "mamo". Kiedyś zamknięto tam szefa naszej obozowej orkiestry, złożonej z więźniów. Podobno powodem jego zamknięcia tam było to, że przygrywał strażnikom w nocy podczas jednej z orgii, jakie sobie urządzili. Z naszego baraku na te nocne imprezy zabierali zawsze taką młodą dziewczynę Renatę. Renata nigdy niczego nie opowiadała - jej nie wolno było o tym mówić".


A teraz, nim przejdę do sowieckiego obozu w Auschwitz, chciałbym jeszcze przedstawić relacje dzieci polskich, zamkniętych w tym obozie w czasie II Wojny Światowej. Swoją drogą zadziwiające jest że początkowo w niemieckich obozach koncentracyjnych i zagłady więziono głównie Żydów i Polaków, a po tzw.: sowieckim "wyzwoleniu" zamykano w nich... Niemców i ponownie Polaków. No to teraz przejdźmy do niemieckich zbrodni nad polskimi dziećmi w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau:


Relacja Polki Wacławy Kędzierskiej: "W obecności doktora Mengele polecono wystąpić młodym dziewczętom w wieku od czternastu do szesnastu lat. Zabrano nas do obozowego szpitala, gdzie polecono nam się rozebrać. Popatrzyli, jak wyglądamy nago, były z nas już tylko szkielety. Zostałyśmy skierowane do baraku 23. Na drugi dzień zostałyśmy wezwane na izbę przyjęć chorych, gdzie otrzymałyśmy zastrzyki, powodujące zarażenie malarią, czego objawem było wystąpienie bardzo wysokiej temperatury. Podzielono nas na dwie grupy, z których tylko jedna była leczona chininą. Chciało nam się strasznie pić. Koleżanki przynosiły mi wywar z ziółek, a ja za to dawałam im chleb. Kiedy byłam poddawana eksperymentom, do baraku szpitalnego przychodził dr. Mengele. Był to bardzo przystojny mężczyzna. Dziewczyny potem mówiły: "Jakie ma piękne oczy", a później okazał się takim katem. Pamiętam również, że w baraku nr. 7 miałyśmy bardzo niedobrą blokową. Była nią Żydówka słowacka".

Relacja Polki Marii Wawrzynkiewicz: "Następnego dnia po selekcji odnalazłam swoją matkę i sąsiadki. Widziałam się z nimi przez kratę w oknie. Przynosiłam matce swoją porcję chleba. Matka mówiła do mnie: "W nocy wywożą kobiety samochodami ciężarowymi do krematorium. Nie płacz za mną. Tak musi być. Może już jutro się nie zobaczymy". Ja przychodziłam pod okno przed apelem rano i po apelu wieczorem. Matka mówiła do mnie, że tu dużo kobiet umiera. Okna były bez szyb, na pryczach nie było nic tylko gołe deski. "Nie ma żadnego jedzenia ani picia. Módl się, żebym szybko umarła, bo bardzo cierpię". Jednego razu, gdy byłam przy oknie, złapała mnie za kołnierz kapo Czeszka. Krzyczała, że mnie zabije albo mnie zamknie w tym bloku śmierci. Ja powiedziałam, że się nie boję, bo tam jest moja mama, to będziemy razem. Skończyło się na tym, że dostałam kilka kopniaków, aż się przewróciłam. Uważałam, że łagodnie mnie potraktowała, bo mogła mnie zabić. Moja matka to widziała. Jak już nie mogła przyjść do okna, to podawałam jej chleb przez sąsiadki, które mówiły, że nie oddadzą chleba, same zjedzą. Były bardzo głodne. Mówiły, że matka jeszcze żyje, ale jest już bez ubrania, bo kto jest silniejszy, zabiera wszystko słabym, żeby się ratować".

Relacja Polaka Juliana Kiwały: "W listopadzie lub grudniu roku 1942 przybył do Oświęcimia transport z obozu lubelskiego. Wśród kobiet tam się znajdujących były trzy matki kilkutygodniowych niemowląt oraz trzy ciężarne kobiety, które spodziewały się rozwiązania w najbliższym czasie. Umieszczono je w bloku 24, gdzie nazajutrz urodziły troje dzieci. Poród odebrał dr. Bolesław Zbozień. Przez kilka dni ukrywaliśmy dzieci przed esesmanami, co było o tyle łatwe, że esesmani bojąc się duru, nie wchodzili do bloków szpitalnych. Po kilku dniach dr. SS Rhode dowiedział się jednak o niemowlętach i polecił mi umieścić je w stanie liczbowym bloku. Dzieci te były ulubieńcami całego bloku. Początkowo pokarm, jak mleko, chleb biały dla matek "organizowaliśmy" w kuchni obozowej obozu męskiego. Po około dwóch tygodniach, pewnego dnia rano po przyjściu do pracy, sanitariuszka Halina Skonieczna zgłosiła mi, że poprzedniego dnia, w późnych godzinach wieczornych, zjawił się wspomniany już podoficer SS Nierzwicki, ubrany był w biały kitel, zarządził natychmiastowe przeniesienie matek i dzieci do bloku nr. 25, określanego wówczas jako blok śmierci. Pobiegłem natychmiast do kostnicy mieszczącej się w tym bloku i stwierdziłem, że i matki i dzieci, to jest sześć kobiet i sześć niemowląt, już nie żyły. Wszystkie zwłoki miały na piersiach w okolicy serca ślady ukłucia igły. W ciągu dnia zjawił się doktor SS Rhode i polecił mi skreślić ze stanu liczebnego bloku zarówno matki, jak i dzieci".




 Oczywiście są to tylko wybrane fragmenty relacji więźniów niemieckiego obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau, pozwalają jednak w pewien sposób spojrzeć na to, co się wówczas działo. Niemcy dopuszczali się potwornych, wręcz niewyobrażalnych zbrodni, uśmiercali ludzi z niebywałą wręcz "automatycznością" i starannością. Obóz Auschwitz został założony po koniec kwietnia 1940 r. i od samego początku był obozem przeznaczonym głównie dla... Polaków. Obóz koncentracyjny i zagłady w Auschwitz, był od początku obozem eksterminacji narodu polskiego (który miał zostać po części fizycznie eliminowany, a po części zamieniony w niewolników, pracujących na rzecz zwycięskiej Rzeszy Wielkoniemieckiej - niewielki zaś procent ludności miał zostać zniemczony, czego przykładem było chociażby odbieranie polskim rodzinom dzieci i przekazywanie ich rodzinom niemieckim, gdzie mieli być wychowywani jako Niemcy). Tak więc to wcale nie ludność żydowska (notabene także posiadająca w ogromnej większości polskie obywatelstwo), ale waśnie ludność polska, była pierwszą nacją przeznaczoną do fizycznej eksterminacji w obozie Auschwitz-Birkenau (nie tylko zresztą tam, Polacy byli mordowani w każdym niemieckim obozie, bez względu na to, gdzie on się znajdował, czy w Stutthofie, czy też - tak jak zginął mój pradziadek od strony mamy - w Gross Rosen). Po niemieckiej inwazji na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 r. do Auschwitz zaczęły napływać również transporty sowieckich jeńców wojennych, którzy byli traktowani najgorzej ze wszystkich żołnierzy wszystkich armii, wziętych do niewoli przez Wehrmacht podczas II Wojny. Jeńcy sowieccy bowiem nie byli, tak jak inni żołnierze, zamykani w obozach jenieckich, tylko - jeśli nie zostali zabici na miejscu - byli kierowani do obozów koncentracyjnych i zagłady, gdzie na równi z Polakami i Żydami byli masowo mordowani (notabene, po wojnie Sowieci to samo robili z jeńcami niemieckimi i japońskimi, wywożąc ich do gułagów i zmuszając do pracy ponad siły).

W tym czasie Żydzi byli zamknięci w miejskich gettach i dopiero po niesławnej konferencji w Wannsee w styczniu 1942 r. i zaakceptowaniu planu tzw.: "Ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", byli kierowani do obozów zagłady. I dopiero od tego czasu można mówić o rzeczywistym Holokauście Żydów (podaje te informacje tylko aby wyjaśnić nieścisłości). Po wyzwoleniu obozu Auschwitz 27 stycznia 1945 r. przez Armię Czerwoną, wkrótce potem jej infrastruktura posłużyła nowym okupantom do ponownego otwarcia obozu. Nowe, sowieckie Auschwitz, zostało otwarte z końcem kwietnia 1945 r. Dowódcą obozu (a raczej dwoma obozami Auschwitz I i Auschwitz-Birkenau) został pułkownik Masłobojew. Ściągano do niego okolicznych Niemców ze Śląska, jeńców z Wehrmachtu, Ślązaków, którzy mówili śląską godką (lecz znali zarówno język polski jak i niemiecki), no i oczywiście... Polaków. Obóz ten, miał być z góry obozem tymczasowym, który służyłby do przerzucania więźniów do gułagów wgłąb terytorium Związku Sowieckiego. Więźniowie oczywiście byli bici, głodzeni i zmuszani do ciężkiej, wielogodzinnej pracy ponad siły. Praca była niezwykle ciężka, trwała od 9:00 do 21:30, i każdy musiał w niej uczestniczyć, zarówno mężczyżni jak i kobiety. Więźniowie demontowali dawne niemieckie fabryki (głównie IG Farben) a sprzęt ładowali do pociągów towarowych, które wywoziły je do Związku Sowieckiego. Każdy kto nie wytrzymał długich godzin ciężkiej pracy (w czasie których nie było żadnej przerwy), kto zemdlał, był bity, a jeśli to nie pomagało - zabijany przez sowieckich strażników lub obozowych kapo (również najczęściej rekrutujących się z Rosjan, wziętych wcześniej do niemieckiej niewoli, którzy po sowieckim "wyzwoleniu" jako "wrogowie ludu" byliby od razu przeznaczani do likwidacji. Wykupywali się więc od tego rolą obozowych kapo w takich obozach jak właśnie Auschwitz-Birkenau).


Relacja Ernsta Dietmara, niemieckiego jeńca z Wehrmachtu, który tak pisał w swym pamiętniku o tym co przeżył w obozie: "Długi czas pracy: od 9-21:30. Głodny i zmęczony. Wreszcie wieczór. Nic do jedzenia, żadnej przerwy na obiad, robimy ją dopiero teraz. Załamuję się często ze słabości. Nie mogę więcej. Jest strasznie. 5 km. drogi. W obozie cienka zupa z ziół, nic w środku. Głód. Ciągle śmiertelnie zmęczony. Ciężki obóz. Upadłem na elementy żelazne. Zraniłem łydkę. 14 VII. Mam mocną biegunkę i bóle brzucha. 15 VII. Moja matka ma dzisiaj urodziny. Przesyłam ci kochana matko z daleka najserdeczniejsze życzenia szczęścia i błogosławieństwa".


W tym obozie bardzo wielu było Polaków, gdyż początkowo byli to po prostu wcześniejsi więżniowie niemieckiego Auschwitz, którzy po zajęciu obozu przez Sowietów, błąkali się po mieście w pasiakach obozowych, więc... zostali zgarnięci i ponownie zamknięci do tego samego obozu przez NKWD. Większość Polaków (12 000 ludzi) w jesieni 1945 r. została jednak zwolniona z tego obozu, po interwencji Aleksandra Zawadzkiego (do którego napisali list) u samego Gomułki. Jednak... na krótko, bowiem duża ich część ponownie wróciła do obozu za działalność w Armii Krajowej, Batalionach Chłopskich czy Narodowych Siłach Zbrojnych. Tak swoją relację z pobytu w tym obozie, opisuje więźniarka Anna Pudełko:


Relacja Polski Anny Pudełko: "Często nas bili. Musieliśmy skakać żabki. W obozie był taki jeniec z Niemiec. Nie mógł chodzić, to szczuli na niego psa. Ten pies go gryzł. Pewnego dnia zagryzł go całkiem. Te milicjanty w nocy przychodzili do nas. Pijani byli. Potem chcieli z nami broić. Porucznik Henek strzelał do mnie".

Relacja Polki Marty Nycz: "Oni nie musieli nas zabijać. Głód, wycieńczenie i tyfus robiły to za nich. Ludzie padali jak muchy. Ale zdarzały się również zabójstwa. Strażnicy, którzy tłukli więźniów za najmniejsze krzywe spojrzenie. Byli panami życia i śmierci. Pewnego młodego chłopaka zakatowali na śmierć za próbę ucieczki. Gdy ktoś próbował zbiec, strażnicy dostawali szału (...) Józef Dyczek nieco się ociągał. Był zmęczony, starszy i miał duży garb na plecach.Ubowiec Bajdys coraz bardziej się denerwował. W końcu uderzył go karabinem. Józef ogłuszony padł na ziemię. Pieniący się z wściekłości ubowiec skoczył do Józefa i stanął mu na piersiach. Usłyszałam słuchy trzask łamiącego się mostka i ciche: "Jezu" konającego. Zgniótł tego biednego człowieka tak, jak zabija się karalucha".


Ludzie umierali albo z głodu, albo z przepracowania, albo z nieludzkiego bicia i tortur. Jak wspomina jedna z więźniarek (o nieznanym imieniu): "Myśmy się tam strasznie modlili. Policjant z Kóz krzyczał na nas: Wy kurwy hitlerowskie. Teraz tu śpiewacie, a przedtem wy Hitlera chcieli". Dużym problemem było to, iż do jednego obozu spędzano ludność ze Śląska, bez względu na to, czy byli to Polacy czy Niemcy. Często Sowieci i polscy komuniści posuwali się do takich zagrywek, że złapanym żołnierzom Armii Krajowej i Narodowych Sił Zbrojnych (czyli walczącym nadal z sowiecką okupacją kraju Żołnierzom Niezłomnym), kazali ubrać się w mundury Wehrmachtu, a potem prowadzili ich przez ulice miasteczek, wśród szyderstw i rzucanych w ich stronę kamieni oraz innych rzeczy, przez okolicznych mieszkańców, którzy sami wcześniej doświadczywszy niemieckich zbrodni, myśleli że oto prowadzą prawdziwych Niemców. W takich sowieckich, nowo otwartych po wojnie obozach, jak Auschwitz-Birkenau, niemieccy jeńcy byli przerzucani do gułagów w Związku Sowieckim, skąd ocaliła ich dopiero w 1955 r. umowa Chruszczow-Adenauer, pozwalając powrócić do Zachodnich Niemiec. Niemieccy cywile czekali na możliwość wyjazdu do Niemiec (choć częściej doczekiwali się obozowej śmierci), a Polacy? No cóż. Czekaliśmy na wybawienie z Zachodu, które nie nadchodziło, na wybawienie spod jarzma czerwonej zarazy, która kraj nam przedtem rozdarłszy na części była zbawieniem witanym z odrazą. Żeby oni wiedzieli jak to strasznie boli - nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej, skuwać w kajdany łaski tej przeklętej, cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli. Ale wiedz o tym ty sowiecki gadzie, że z naszej mogiły nowa się Polska - zwycięska narodzi, i po tej ziemi ty nie będziesz już chodzić, czerwony władco rozbestwionej siły. Amen!




Na zakończenie chciałbym tylko dodać jeszcze jedno. Zobaczcie, pokazałem tyle ludzkiego cierpienia, tyle krzywd, śmierci, nienawiści i zbrodni, a mimo to... w ogóle nawet nie wspomniałem o ludności żydowskiej, która przecież też przeszła podobną gehennę. Ale Holokaust wcale nie był czymś wyjątkowym (jak pragną to widzieć dzisiejsi spekulanci historii), Żydzi nie mieli monopolu na cierpienie. Ono było częścią wielu narodów, a szczególnie narodu polskiego, który wycierpiał to samo co Żydzi. A nawet więcej, bo byliśmy mordowani z każdej strony, przez Niemców, Ukraińców, Rosjan, nawet Żydów. Ale przecież cierpienie jeńców sowieckich i innych nacji, które też zginęły w niemieckich i sowieckich obozach zagłady powinno stać się powodem do zadania prostego pytania: Spójrzcie do czego doprowadził marksizm? Zarówno ten nazistowski, jak i ten bolszewicki. Dlatego ja dosłownie dostaję drgawek, gdy widzę że jakiś kretyn na Zachodzie wkłada koszulkę z sierpem i młotem, lub z czerwoną gwiazdą, z Marksem lub Ch Guevarą, z hitlerowską swastyką czy tego typu podobnymi symbolami. Zakończmy więc dziś ten przydługi temat tą informacją i pochylmy głowy w zadumie nad wszystkimi, którzy wówczas zginęli, stając się ofiarami chorej ideologii stworzenia Nowego Wspaniałego Świata.                           

     



ACT 447 IS NOT APPLICABLE 

AND NEVER WILL APPLY TO POLAND


czwartek, 1 lutego 2018

ŻYDZI PRZECIW ŻYDOM!

ZAPOMNIANY HOLOKAUST

NIEWYGODNA PRAWDA





Nie milkną głosy żydowskiego ataku na Polskę/na prawdę i przyznam się szczerze że mam już po dziurki w nosie tego ze wszech stron wylewającego się kłamstwa, perfidii i obłudy. Nie jestem żadnym antysemitą (zresztą podobnie jak i ponad 90% Polaków) i zawsze patrzyłem na Izrael z pewną dozą zarówno sympatii jak i zazdrości. Sympatii, ponieważ to właśnie polscy żydzi zbudowali współczesny Izrael, to język polski był pierwszym oficjalnym językiem tego państwa. To Żydzi z Polski stali na czele tego państwa w pierwszych jego konfliktach na Bliskim Wschodzie w walce z Arabami (ogólnie rzecz ujmując). Żydzi walczyli o niepodległość Polski w kolejnych powstaniach i zrywach narodowych, walczyli w polskiej armii Księstwa Warszawskiego u boku Cesarza Napoleona, w Powstaniu Listopadowym i Styczniowym, oraz oczywiście w Legionach Piłsudskiego. W Legionach walczyło łącznie ok. 650 osób pochodzenia żydowskiego, wystarczy chociażby wspomnieć Jana Ruffa (który w wieku 19 lat wstąpił do Legionów aby bić się o wolną Polskę. Po odzyskaniu Niepodległości był adwokatem i autorem kilku prac z zakresu prawa karnego. Został zamordowany przez Niemców w Auschwitz-Birkenau w 1941 r.), Henryka Beatusa (jak młody chłopach wstąpił do Legionów Piłsudskiego, potem brał udział w rozbrajaniu Niemców w listopadzie 1918 r. Zginął podczas obrony Warszawy we wrześniu 1939 r. za co potem Niemcy zamordowali jego ojca Edwarda Beatusa), Dawida Moneta, Zygmunta Goldschlaga, Emanuela Buxbauma, Edmunda Grossa, Berischa Joffe, Izaaka Jungermana, Mieczysława Kapellnera i wielu innych.


YAIR LAPID

 

Zazdroszczę zaś Żydom skuteczności w prezentowaniu swoich racji oraz ich obronie. Mimo to jak widzę co wygadują niektórzy przedstawiciele tego narodu, to aż mi się włosy jeżą na głowie. Niejaki Yair Lapid, prócz tego że obraził Polskę i Polaków, to napisał jeszcze że "jego babka została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków". Sam fakt że stosuje tutaj znak równości pomiędzy zbrodniami niemieckimi a Polakami jest wybitnie dojmujący i powoduje że osoba taka, przez sam ten fakt wyklucza się z grona ludzi kulturalnych, wręcz wypadałoby tutaj przytoczyć sławetne słowa majora Wagnera z "CK Dezerterzy", które brzmiały właśnie następująco: "Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić takie postępowanie (...) Pan się nie kwalifikuje nawet do sądu dla ludożerców - Buszmenie. W moich oczach jest pan nędznym gadem, omyłkowo tylko nazywanym człowiekiem", panie Yair Lapid. I to tylko za zestawienie ze sobą razem Polaków i Niemców, natomiast nie wiem jak określić to indywiduum, gdy okazuje się że jego babka... wcale nie zginęła w Polsce! Nigdy też nie była w Polsce, a zmarła w Izraelu w... 1974 r. Jakim cudem mogła więc zginąć w Polsce podczas II Wojny i jak to się ma do tych słów pana Lapida: "Moja babka została zamordowana w Polsce przez Niemców i Polaków". Czy kłamstwo jest naturalną cechą niektórych Żydów? A może jest inaczej, może takie kanalie jak pan Yair Lapid wpisują się w długą tradycję antysemityzmu wśród... samych Żydów, czego potworną próbkę ukazały nam właśnie dzieje tego narodu podczas II Wojny Światowej? Wydaje mi się, że taka menda jak Yair Lapid, sama sprzedawałaby swych żydowskich współbraci Niemcom, i to z uśmiechem na twarzy.


FRAGMENT "CK DEZERTERZY" 
ZE SŁAWNĄ MOWĄ MAJORA WAGNERA

"PAN SIĘ NIE KWALIFIKUJE NAWET DO SĄDU DLA LUDOŻERCÓW - BUSZMENIE. 
W MOICH OCZACH JEST PAN NĘDZNYM GADEM, 
OMYŁKOWO TYLKO NAZYWANYM CZŁOWIEKIEM. 
NIECH PAN STĄD WYJDZIE, BO JA NIE MOGĘ NA PANA PATRZEĆ BYDLAKU!"

 

I tutaj już przechodzę do tematu, czyli do faktu historycznego jakim było wyłapywanie i mordowanie ukrywających się Żydów, wśród... samych Żydów. Czy ktokolwiek na Zachodzie o tym słyszał? Zapewne nie, bo taka wiedza jest obecnie na cenzurowanym i nie wolno o tym mówić - ale prawdy nic nie zagłuszy, a na pewno już nie takie indywidua jak Yair Lapid i jemu podobni. Żydzi mordowali Polaków, ale równie chętnie mordowali samych Żydów, swych braci. Zresztą nie ma co się temu dziwić, bowiem wielu Żydów było wręcz skrajnymi antysemitami i to oni głównie organizowali komanda, wyłapujące swych pobratymców do obozów śmierci. To właśnie Żydzi, a nie Niemcy zajmowali się tym procederem (Niemcy tylko zamykali już "dostarczone sztuki" w bydlęcych wagonach i odwozili z gett do obozów). Teraz właśnie chciałbym opowiedzieć jak wyglądał ten codzienny żydowski antysemityzm w gettach i dlaczego Żydzi nawzajem tak się wyniszczali. Można wręcz powiedzieć, że nie byłoby Holokaustu, bez wsparcia wielu Żydów z gett, którzy najpierw sami napędzali do bydlęcych wagonów własnych żydowskich sąsiadów, a często nawet własne rodziny - ojców, matki, żony... dzieci, a potem podzielali ich los. No cóż, kto wojuje bumerangiem antysemityzmu, niech się potem nie dziwi że raz rzucony wraca ponownie do właściciela.

Dziś świat mówi np. o Powstaniu w Getcie Warszawskim i bardzo dobrze, bo o takich sprawach trzeba i należy przypominać. Ale nikt już nie zadaje sobie pytania, skąd ci Żydzi z getta mieli broń, skąd ją zdobyli? No właśnie, skąd? Jak myślicie? Do żadnego Powstania w Getcie Warszawskim nigdy by nie doszło i Żydzi stamtąd potulnie musieli by pójść do obozów koncentracyjnych (zapędzanych na stacje kolejowe przez swych żydowskich kapo), gdyby nie... Polacy. To bowiem właśnie Armia Krajowa dostarczyła zarówno Żydowskiemu Związkowi Wojskowemu (dziś już praktycznie zapomnianemu, ale wówczas mającemu znacznie większe poparcie od ŻOB-u) jak i  Żydowskiej Organizacji Bojowej (wysuniętej dziś na pierwsze miejsce głównie dzięki filmom o holokauście) broń do walki, aby Żydzi mogli przynajmniej godnie zginąć walcząc, a nie być prowadzonym na rzeź jak stado baranów. Nie przypadkiem też w getcie na początki Powstania, zostały wywieszone dwie flagi - żydowska biało-niebieska z gwiazdą Dawida i polska biało-czerwona. Walczący Żydzi bowiem wiedzieli że nie mogą liczyć na nikogo innego, jak tylko na swych polskich współbraci.






A jak wyglądało życie getta przed wybuchem Powstania? Otóż były dwa światy - żydowska elita, która aby przeżyć próbowała jakoś dogadać się z Niemcami, kosztem całej reszty swych pobratymców. Pierwszą i podstawową sprawą było jedzenie. Niektórzy Żydzi z tzw.: "elity" mogli sobie pozwolić za spore pieniądze na trochę lepsze jedzenie, ale o wszystkim i tak decydowali Niemcy, przydzielając odpowiednie kontyngenty (gdzie od razu było zaznaczone że mieszkańcy gett maja otrzymywać mniejsze racje żywnościowe niż więźniowie w więzieniach karnych). Ci, którzy mieli znajomości wśród żydowskich władz getta, mogli (za przyzwoleniem Niemców) jeść trochę lepiej od reszty (którą uważali za zwykłą hołotę). Tak np. było w getcie w Łodzi, gdzie specjalną kuchnię dla elity (lekarzy, nauczycielu, pisarzy) prowadziła szwagierka Chaima Rumkowskiego (przewodniczącego łódzkiego getta) - Helena. Cała reszta jadła ochłapy (raz Niemcy postanowili wysłać do getta w Łodzi same dynie i całe getto musiało jeść tylko dynie), przez to wielu ludzi szybko traciło na wadze a niektórzy wręcz przypominali kościotrupy (w Kronice getta pod datą 4 sierpnia 1941 r. jest zapisane: "Panie o wdzięcznym kulistym kształcie (...) mają obecnie smukłe dziewczęce figury. Straty na wadze 20, 30 kg, nieraz i więcej, są częstsze. (...) Niepokojącym natomiast jest, że u wielu ubytek przekroczył dopuszczalne granice i objawia się zanik umięśnienia").

Z głodu powstawały patologie, kobiety prostytuowały się za jedną kromkę chleba, a mężczyźni wzajemnie na siebie donosili (często wręcz wymyślali zarzuty, aby tylko uzyskać cokolwiek do jedzenia). Zdarzało się że dzieci donosili na własnych rodziców, bo ci nie dali im przypadającej racji chleba i wręcz żądali aby rodziców surowo ukarać (zdarzały się takie przypadki). Ale prawdziwą szansę przeżycia (przynajmniej przez jakiś czas) dawała tylko praca. Kto nie miał odpowiedniego fachu w ręku, ten był skazany na powolną śmierć głodową (zresztą nie tylko, bowiem w gettach można było zginąć na wiele sposobów). Ci którzy byli nauczycielami lub pisarzami i nie mieli poparcia żydowskiej elity getta, kończyli marnie, bowiem liczyła się tylko praca fizyczna. Najlepiej mieli krawcy i szewcy, którzy szyli mundury i robili buty dla niemieckiej armii. Ci mogli przeżyć - przynajmniej póki byli potrzebni. Poza tym potrzebni byli stolarze, kuśnierze i metalowcy. Dzień pracy trwał 12 godzin (w niektórych przypadkach Niemcy zmniejszali go do 8, gdyż obawiali się że zmęczony pracownik może źle wykonać swoją pracę). Do gett (zarówno tego warszawskiego jak i tego w Łodzi), były co jakiś czas przerzucane z polskiej strony lekarstwa i jedzenie (w przypadku gdyby jednak coś takiego zobaczyli Niemcy, śmierć groziła zarówno temu który przerzucał jak i temu po stronie getta który odbierał).

Ale najbardziej ponurą sławą okryło się tzw.: "żydowskie gestapo" czyli policja żydowska z gett. Była ona najbardziej znienawidzona (Żydzi bardziej niż Niemców, bali się właśnie swych pobratymców, służących w żydowskiej policji). Aby się wykazać przed swymi niemieckimi mocodawcami, każdy z członków tej formacji starał się zadenuncjować lub przyprowadzić co najmniej kilku Żydów... dziennie. Tak, z reguły było to od 4 do 8 osób dziennie, im więcej tym lepiej. Gdy już zabrakło innych Żydów i sąsiadów, ci żydowscy policjanci przyprowadzali członków własnej rodziny, nawet własne żony i dzieci, aby tylko Niemcy pozwolili im przeżyć kolejny dzień. Oczywiście początkowo można było się od tego wykupić, ale trzeba było dobrze zapłacić (cenę wyznaczał z reguły sam policjant, a kto nie miał takiej kwoty, szedł do obozu pracy lub do obozu śmierci, w zależności od kontyngentu). Często żydowska policja wręcz ograbiała swe ofiary do ostatnich groszy, a gdy nie była zadowolona z zebranej sumy i tak prowadziła tych nieszczęśników na rampy kolejowe. Była to najbardziej znienawidzona formacja getta (prócz judenratów - które również skrupulatnie realizowały odgórnie narzucone przez Niemców "kontyngenty" Żydów). Przypadków ludzkich zachowań wśród policjantów praktycznie... nie było, każdy bowiem myślał tylko o sobie i o ile wśród władz judenratów znajdowali się ludzie, którzy starali się albo sabotować albo odmawiać zgody na wyznaczone "kontyngenty" (co oczywiście groziło natychmiastową śmiercią przez rozstrzelanie lub biciem aż do skonania), to wśród żydowskiego gestapo" takie przypadki wręcz można było policzyć na palcach... jednej ręki.




Mógłbym na ten temat trochę więcej napisać, ale sądzę że jak na razie wystarczająco nakreśliłem temat wzajemnego żydowskiego Holokaustu. Wielu Żydów też pozostało zupełnie biernych i niechętnych jakiejkolwiek pomocy swym cierpiącym pobratymcom (np. Żydzi amerykańscy). Dlatego też gdy dziś jakaś menda znów porówna Niemców i Polaków i powie że ktoś z rodziny został zamordowany w Polsce rękoma Polaków, niech przypomni sobie zbrodnie żydowskie (żydowska filozof Hannah Arendt zapewniała że bez pomocy ze strony Judenratów i policji żydowskiej w gettach - masowa Zagłada Żydów była technicznie nie do przeprowadzenia). Dlaczego jest bowiem tak, że to właśnie Polacy stanowią najliczniejszą grupę "Sprawiedliwych wśród Narodów Świata" zaś największymi antysemitami w dziejach zawsze były osoby... pochodzenia żydowskiego? (Karol Marks - "kultem Żyda jest oszustwo", Zygmunt Freud - "modelowy Żyd to szczwany fałszywiec", Bobby Fischer, Daniel Berenboim, Heinrich Heine, Borys Pasternak, Antoni Słonimski, Kataw Zara i wielu innych). 



PS: Kochani, pamiętacie sławnego Katona Starszego? Nie, to przypomnę że każde swoje wystąpienie przed senatem (bez względu na przedmiot obrad) kończył on zawsze słowami: "Ceterum censeo Karthaginem essse delendam" - "A poza tym uważam że Kartaginę należy zniszczyć". Tak też i ja postanowiłem że każdy mój kolejny post, począwszy od tego właśnie będę kończył słowami:


"GERMAN DEATH CAMPS" 

"NEVER POLISH"


Bowiem dość już z tym wylewającym się zewsząd kłamstwem, oczerniającym naród polski o zbrodnie niemieckich katów