Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPISKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SPISKI. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 marca 2025

NIM POWSTAŁY HAREMY - Cz. VII

ŻYCIE KOBIET KALIFÓW 
DYNASTII ABBASYDÓW





II
ASMA
Cz. III





 Muhammad, syn Alego (o którym pisałem w poprzedniej części), ten, którego przekonał do podjęcia walki o władzę nad Kalifatem Bukair, syn Mahana (który został stracony w Marwie w 742 r.) szczycił się tym, że prawo do kontynuowania ruchu Haszimija (a tym samym podjęcia walki o władzę z Ommajadami nad Kalifatem) i stanięcia na jego czele, otrzymał z woli ostatniego przywódcy szyitów (kajsanitów-rawandytów) Abu Haszima (potomka Alego, zięcia i najbliższego druha Mahometa, zamordowanego w 661 r., który przez szyitów jest uważany za prawdziwego kalifa i następcę proroka). Oczywiście nie była to główna linia potomków Alego, a jedynie linia wywodząca się z klanu Banu Hanifa, ale to wystarczyło Muhammadowi i jego potomkom, aby uważać się za powołanych do władzy nad wszystkimi muzułmanami. Muhammad twierdził, że Abu Haszim na łożu śmierci (716 r.) przekazał mu zwój żółtego pergaminu, na którym było napisane, iż w Churasanie pojawił się czarny sztandar symbolizujący Haszymitów (a potem stanie się on banderą Abbasydów), oraz że odnowę religijną, czyli rewolucję przeciwko Ommajadom należy rozpocząć w "roku osła" który to rok jest wymieniony w Koranie (oraz w opowieści o stuletnim śnie beduina Udajra). Rok osła przypadał na stulecie śmierci Mahometa (czyli był to 111 rok ery muzułmańskiej, natomiast licząc naszą, chrześcijańską rachubą czasu był to rok 729-730, jako że muzułmański rok księżycowy był nieco krótszy od słonecznego roku chrześcijańskiego, stąd stulecie śmierci Mahometa - przypadające na rok 632 - nie wypadało dokładnie w tym czasie). Muhammad, syn Alego (z Al-Humajmy) był kontynuatorem tego dziedzictwa aż do swej śmierci w roku 743. Następnie ta scheda przypadła jego najstarszemu synowi -  Ibrahimowi zwanemu imamem. Nowy przywódca ruchu Haszimija wysłał emisariuszy (kaznodziei) do wszystkich prowincji Kalifatu, którzy mieli oznajmiać ludziom że za wszystkimi dramatami i klęskami jakie spadły na muzułmanów, stoi ród Ommajadów (czyli ród Abu-Sufjana - pierwotnie wroga Mahometa, który potem się nawrócił i stał się jego stronnikiem).

"Kaznodzieje" Ibrahima imama, obiecywali wszystkim (szczególnie aktywni byli we wschodnich prowincjach Kalifatu) po obaleniu rządów uzurpatorów, potomków Abu-Sufiana, obniżenie podatków i wszelkich danin, zlikwidowanie przymusu budowlanego (polegającego na tym, że na rozkaz kalifa dana ludności miała obowiązek wznieść - najczęściej - na własny koszt meczet), a także obiecywano równouprawnienie nie Arabów i przyznanie im praw politycznych. Propagandą abbasydzką na terenie Chorasanu kierował Abu Salama (o którym pisałem już w poprzedniej części), który zdołał zbiec z więzienia w Marwie ok. 741 r. Jakiś rok później uwolniony stamtąd został również Abu Muslim (główny wódz i autor zwycięstwa Abbasydów nad Ommajadami), ale ponieważ wcześniej był zdeklarowanym szyitą, został odesłany do Al-Humajmy (głównej siedziby zarówno Muhammada, jak i teraz Ibrahima imama) "na nauki" (a tak naprawdę na indoktrynację polityczno-religijną), więc na razie był nieaktywny. Jednak w Chorasanie w tym czasie toczyło się już powstanie (od 734 r.) niejakiego Harisa bin Surajdż. Początkiem tego buntu było miasto Andchuj w Guzganie, a potem rebelia rozprzestrzeniła się. Abbasydzi oczywiście starali się również ten bunt wykorzystać na swoją korzyść, tym bardziej że to właśnie Haris jako pierwszy rozwinął czarny sztandar - symbol powrotu Mahdiego (było to takie połączenie islamu z chrześcijaństwem - oczywiście na gruncie arabskim, zapowiadające powrót nie tyle Syna Bożego, ile Mahdiego, czyli Mesjasza, ale jednak człowieka tyle że Bożego proroka). Ponieważ w wojska Harisa składały się głównie z chłopów (i z dekhańskiego pospolitego ruszenia), tak więc jego program polityczny opierał się na deklaracji zaprzestania pobierania podatków i danin od muzułmanów (co przyciągało do jego ruchu tych którzy dopiero co przeszli na islam) ale jednocześnie jego tak odważne projekty równouprawnienia najuboższych z bogatymi, oraz sojusz z Białymi Hunami (Heftalitami), odżegnywał wielu od wsparcia jego ruchu. Szczególnie niezadowoleni z sojuszu z Heftalitami byli dekhanowie, którzy cenili sobie porządek i stabilizację i sprzeciwiali się wszelkim nowinkom (szczególnie tym, związanym z kwestiami klasowymi).




Ale bunt Harisa bin Surajdż nie był groźny dla kalifatu Ommajadów. Doszło nawet do tego, że kalif Hiszam (panował w latach 724-743) postanowił nawet... wesprzeć bunt Harisa. To znaczy, zdając sobie sprawę z częstych rebelii, które wybuchały szczególnie na Wschodzie Kalifatu, postanowił Hiszam wykorzystać Harisa jako swoistego słupa, skupiającego wokół siebie wszystkich niezadowolonych z rządów dynastii Ommajadów, aby ich kontrolować i aby nie przyłączyli się do znacznie poważniejszych wrogów, jakich upatrywał zarówno w szyitach, jak i w Abbasydach. Po klęsce i śmierci pod Talqanem Jahji - syna Bukaira (743 r.), jego ciało zostało okrutnie pohańbione, został bowiem ukrzyżowany, a aby odstraszyć kolejnych buntowników, jego ciało wisiało tak przez kilka kolejnych lat, aż do ostatecznego zwycięstwa Abbasydów w bitwie nad Wielkim Zabem w styczniu roku 750. Wówczas to dopiero Abu Muslim zdjął ciało z krzyża, zawinął je w całun i pochował. A następnie ścigał i zabijał wszystkich, którzy mieli swój udział w śmierci Jahji. Natomiast miłość ojcowska Jahji i jego okrutna śmierć, stała się następnie powodem, że mieszkańcy Chorasanu przez kilka kolejnych lat swoich nowonarodzonych synów zaczęli nazywać właśnie Jahja. Tak więc, aby nie dochodziło do kolejnych rebelii, Hiszam (nieoficjalnie, ale przez swych przedstawicieli) złożył Harisowi propozycję stania się kontrolowaną opozycją i przyciągania tych wszystkich, którzy mogliby być niezadowoleni z władzy Kalifatu (w tym celu Haris został schwytany i aresztowany, a następnie, aby pokazać dobrą wolę kalifa - wypuszczony na wolność). Trudno przewidzieć czy Haris poszedł na ową współpracę, ale wydaje się że jednak nie, jako że jego późniejsze losy świadczą o tym dosyć dobitnie (choć przez pewien czas można by było podejrzewać, że jakieś tajne konszachty z kalifem wchodziły w grę). Wydaje się więc że kalif Hiszam był prekursorem tego typu praktyk, które potem zostały dopracowane do perfekcji przez różnych dyktatorów, ale również i przywódców demokratycznych (choć w tym przypadku bardziej w grę wchodzą służby specjalne, które tworzą kontrolowaną opozycję, aby nie urosła im ta prawdziwa i aby oni mogli temu przeciwdziałać).

Kalif Hiszam zmarł w lutym 743 r. a jego następcą został jego bratanek kalif al-Walid II. O ile 19-letnie rządy Hiszama nie należały do łatwych, jako że częste bunty we wschodnich prowincjach dawały o sobie znać, o tyle jego panowanie jest uważane za dosyć spokojny i stabilny czas dla ludności Kalifatu. Nie było zbyt wielkich podatków, oraz rozwijała się gospodarka i handel. Al-Walid zaś, jeśli opuszczał swoją komnatę, to często był pod wpływem alkoholu, natomiast gdy sypiał, to sypiał w towarzystwie kilku kobiet jednocześnie (najczęściej nagich). Jego wuj Hiszam (zdając sobie sprawę że to właśnie on zostanie następcą tronu kalifów z rodu Ommajadów), starał się go upominać i przekonywać - nadaremnie. Odsunął a nawet uwięził jego osobistego kompana, z którym al-Walid pijał wino - to też nie odmieniło jego przyzwyczajeń. Tak więc nowym kalifem został człowiek, który nie stronił od alkoholu, a także uwielbiam towarzystwo pięknych młodych kobiet (w tym czasie takie pomieszczenie jak haram jeszcze nie istniało, a kobiety te najczęściej były niewolnicami). Jednak po objęciu władzy, al-Walid jakoby sam doszedł do wniosku, że pewne rzeczy już nie przystoją. Oczywiście nie przestał spożywać wina, ale wówczas zamykał się w swej komnacie i póki nie wytrzeźwiał, nie wychodził. Był człowiekiem hojnym i sprawiedliwym, starał się bowiem aby negatywne opinie o nim, przesłonić tymi pozytywnymi. Nie zdołał jednak przekonać tych, którzy wielokrotnie mieli w pamięci jego pijaną facjatę i właśnie grupa takich ludzi na dworze w Damaszku zawiązała spisek, mający na celu zabicie al-Walida, jako człowieka który hańbi Kalifat. Wciągnięto do tego spisku gubernatora Mekki - Kalida al-Kasriego, lecz ten odmówił współuczestnictwa, a nawet ostrzegł kalifa przed spodziewanym zamachem. Niestety, uczynił to w tak niezręczny sposób, że al-Walid uznał, iż ten niedwuznacznie mu grozi i kazał go uwięzić, a następnie upokorzył go, sprzedając jako niewolnika niejakiemu Jusufowi, który poddał go torturom, a następnie uśmiercił. Ta śmierć spowodowała powszechne oburzenie na kalifa. Dowódca armii Kalifatu Sulejman (syn poprzedniego kalifa Hiszama) zbuntował się i ruszył na Damaszek przy wsparciu swego kuzyna Jazyda. Ostatecznie pałac kalifa został oblężony, a Jazyd przedostał się do jego komnaty i doszło do pojedynku pomiędzy kuzynami, zakończonego (po dzielnej walce) śmiercią al-Walida II. Teraz nowym kalifem został Jazyd III (kwiecień 744 r.).




Nie było mu jednak pisane długie panowanie, gdyż już w październiku tego samego roku Jazyd III zmarł na guza mózgu. Na łożu śmierci wyznaczył swym następcą brata - Ibrahima, ale ten młodzieniec był kompletnie nieprzygotowany do roli, jaka na niego spadła. Przerażony buntami i niepokojami w Kalifacie, a także tym, że również i na jego życie może czyhać niebezpieczeństwo, Ibrahim zrezygnował z władzy już w grudniu 744 r. Poeta i historyk al-Tabari stwierdził nawet, że Ibrahim "nie zdążył nawet stać się kalifem, a już przestał nim być" (potem, po zwycięstwie Abbasydów w 750 r., Ibrahim - jak większość Abbasydów -zostanie zamordowany w Damaszku). Nowym kalifem został teraz daleki kuzyn Ibrahima - Marwan II i teraz też zaczęły się schody, a raczej pojawiła się okazja, aby ostatecznie usunąć Ommajadów z tronu. Co prawda Marwan dążył do odbudowy pozycji Kalifatu i wzrostu znaczenia swego rodu, ale postępował w taki sposób, że szybko zrażał do siebie różne grupy ludności. Podniósł np. drastycznie podatek gruntowy (charadż), a jednocześnie od lat już na wielu terenach zaprzestano modernizacji sieci nawadniającej ziemię, przez co plony były słabe. Ludzie nie mieli więc z czego zapłacić owego podatku. W tym też mniej więcej czasie (645 r.) Abu Muslim opuścił Al-Humajmę i przybył do Chorasanu, gdzie dołączył do obecnego tam 
Abu Salamy al-Challaliego i zaczął głosić, że Ommajadzi to "dynastia nieprawdy"...





CDN.
 

piątek, 25 listopada 2022

BYLIŚMY - JESTEŚMY - BĘDZIEMY! Cz. XIV

CZYLI DAWNA POLSKA UCHWYCONA NA

KLISZY APARATU FOTOGRAFICZNEGO

 


 

CZĘŚĆ PIERWSZA

WOJNA OBRONNA

(VARIA)

 
 



 
ZAMACH STANU I SOJUSZNICZA ZDRADA
(CZYLI Z NIEZNANYCH DZIEJÓW WRZEŚNIA 1939)
Cz. I
 
  
 Zaleszczyki! Nazwa tej miejscowości stała się samoistnie symbolem nie tylko upadku II Rzeczpospolitej, ale ucieczki władz oraz klęski i długiej, ciężkiej ponad pięcioletniej okupacji ziem polskich przez hitlerowskie Niemcy (w latach 1939-1941 do spółki z Sowietami). To tam ponoć przekroczyć granicę z Rumunią miały polskie władze: prezydent, rząd i Naczelny Wódz - piszę "ponoć", ponieważ dla ludzi niemających pojęcia nie tylko o historii własnego kraju, ale wprost o zwykłej przyzwoitości, hasło "droga na Zaleszczyki" stała się symbolem upadku "sanacyjnej Polski". Wiele złego w tej mentalności wyrządziły lata komuny i powojennego zniewolenia, oraz indoktrynacji, jaką młodzież przechodziła w szkołach "Polski Ludowej", ale duża część tych, którzy powielają te jawne bzdury ma po prostu złą wolę (część nawet porównuje czasy współczesne z tamtymi), a na to już poradzić nie można, co najwyżej należy takie postawy pokazywać, mówić o nich i po prostu je obśmiewać (gdyż żadne argumenty na fanatyków nie działają). Jakim bowiem trzeba być bezmózgiem, aby twierdzić że polskie władze we wrześniu 1939 r. przekroczyły granicę polsko-rumuńską właśnie w Zaleszczykach? Może nazwa tego kurortu jakoś bardziej pasuje do narracji tworzonej przez ludzi, którzy takie debilizmy (bo nie można tego inaczej nazwać) powielają, gdyż miejscowość Kuty jakoś wydaje się mniej znana i cały ten przekaz nie brzmi już tak wzniośle; a to przecież w tej właśnie miejscowości polskie władze i Naczelny Wódz przekroczyły granicę - ale to szczegół, który dla oszczerców nie zmienia faktu, że "sanacyjne" władze uciekły z kraju.

Jak już wspomniałem wyżej, argumenty nie mają dla oszczerców żadnego znaczenia, przeto nie do nich się zwracam, a do ludzi, którzy mają otwarty umysł i pragną poznać mało znane tajemnice Września 1939 r. Otóż, oddając głos gen. Sosnkowskiemu, należy stwierdzić: "W ówczesnych warunkach przekroczenie granicy było smutną koniecznością podyktowaną przez interes Państwa, który wymagał aby została zachowana legalna ciągłość jego najwyższej instytucji, a także utrzymana była ciągłość polskiego wysiłku zbrojnego przez odtworzenie armii na obczyźnie dla kontynuowania walki razem z Francją i Wielką Brytanią. Nikt nie mógł wówczas przewidzieć, że Rząd Rumuński... złamie przyrzeczenie, złożone przed niespełna dziesięciu dniami w sprawie wolnego przejazdu dla państwowych władz polskich oraz przekraczających granicę resztek Wojska Polskiego". W polskiej kulturze odwrót nigdy nie był powodem do wstydu czy hańby, wręcz przeciwnie, był to raczej dowód roztropności i militarnego rozsądku. Książę Józef Poniatowski po nierozstrzygniętej bitwie pod Raszynem nie upierał się żeby kurczowo bronić Warszawy przed Austriakami, tylko oddał miasto zadowolonemu arcyksięciu Ferdynandowi d'Este, a sam przekroczył Wisłę i zajął ziemie trzeciego rozbioru, odcinając Austriaków od zaplecza (1809), a kropkę nad i postawił Napoleon Wielki, niszcząc pod Wagram austriacką armię arcyksięcia Karola Ludwika Habsburga. Podobnie po klęsce Powstania Listopadowego (1831 r.) pozostałe jeszcze oddziały liniowe kierowały się ku granicom z nadzieją przekroczenia jej, dotarcia do Francji i... powrotu, by dalej kontynuować walkę (nieudana akcja płk. Józefa Zaliwskiego z 1833 r.). Celem podstawowym dowództwa było bowiem utrzymanie jedności i spoistości armii w sytuacji niemożności dalszego prowadzenia wojny w kraju, wyprowadzenie tych oddziałów w takiej formie, aby można je było ponownie sprowadzić w stosownej chwili dziejowej. I tak właśnie miało być we Wrześniu 1939 r.

To, że spodziewano się odwrotu, nie ulega żadnej wątpliwości, to że przewidywano również inwazję sowiecką też nie ulega wątpliwości (wywiad dostarczał informacje o sowieckich przygotowaniach zarówno przed, jak i już w trakcie wojny z Niemcami), jedyne czego nie przewidziano, to postawa naszych zachodnich sojuszników, którym (szczególnie Francuzom) odechciało się walczyć. Skąd jednak wiadomo, że polskie władze przygotowywały się do ewakuacji jeszcze przed wybuchem wojny? Ciekawą informację na ten temat podaje Dariusz Baliszewski w jednym z numerów "Uważam Rze. Historia", otóż pisze on że już w lipcu 1939 r. dyrektor Prezydium Rady Ministrów - Józef Ołpiński wizytował miejscowości na Kresach, dokąd przewidywano ewakuację rządu i urzędów centralnych. Plan ewakuacji na Kresy (potem na Przedmoście Rumuńskie a następnie po inwazji sowieckiej wyprowadzenie urzędów, armii i skarbu przez Rumunię i Węgry do Francji ) był gotowy na długo przed Wrześniem 1939 r. Nasze tak krytykowane "sanacyjne władze", doskonale zdawały sobie sprawę z konieczności utrzymania ciągłości istnienia państwa polskiego, nawet w sytuacji utraty terytorium (tak też było długo po trzecim rozbiorze Polski w 1795 r., gdy zaraz potem zaczęły się tworzyć we Włoszech grupki patriotów, którzy u boku rewolucyjnej Francji - a realnie gen. Napoleona Bonaparte - formowali armię [Legiony Polskie] z myślą o powrocie do kraju i wypędzeniu stamtąd zaborców. Realnie rzecz biorąc więc, Polska pomimo upadku trwała dalej - był co prawda ten krótki, dwunastoletni okres upadku państwowości, ale w tym czasie powstały najpierw Legiony Polskie, potem Legia Naddunajska i wreszcie Wojsko Księstwa Warszawskiego, czyli Armia Polska w tym czasie realnie istniała. Powstało Księstwo Warszawskie a potem w 1815 r. Królestwo Polskie z carem Rosji jako królem, czyli znów instytucje państwa przetrwały, była ciągłość władzy. I dopiero po klęsce Powstania Listopadowego mamy po raz pierwszy w polskich dziejach okres upadku państwowości, po raz pierwszy zabrakło instytucji, która - w takiej lub innej formie zawsze istniała, po raz pierwszy więc od 1832 r. zabrakło i państwa i wojska i dopiero ten okres powinien być oficjalnie uznawany za upadek polskiej państwowości, bo to była rzecz całkowicie nowa. Emigranci, którzy zgromadzili się we Francji, Wlk. Brytanii, Włoszech, Niemczech - nie dysponowali żadną siłą zbrojną, żadnym politycznym przedstawicielstwem, gdyż tzw. Hotel Lambert i tego typu twory służyły jedynie podtrzymaniu ducha polskości w coraz szybciej przyzwyczajającej się Europy do braku Polski na mapie - jeszcze w latach 40-tych XIX wieku na anglo- i francuskojęzycznych mapach Europy, oprócz współczesnych granic, były przedstawione kontury przedrozbiorowej Polski z 1772 r. Zabrakło tego już w kolejnych dziesięcioleciach a Europa coraz bardziej przyzwyczajała się do faktu, że Polski nie ma, nie będzie i... nie potrzeba).


PRZEDMOŚCIE RUMUŃSKIE
(zaznaczone żółtą linią)



Dlatego też myślano nie tylko o ewakuacji, ale przedwojenne władze opracowały nawet... plan powojennej okupacji Niemiec, także brano pod uwagę bardzo wiele czynników i dziejowych okoliczności. Dlatego też ewakuacja wojska i rządu do Rumunii miała być zaledwie etapem w kolejnej fazie, przybliżającej Rzeszę Niemiecką i Związek Sowiecki do ostatecznej klęski. Płk. Józef Jaklicz pisał: "Można z całą pewnością przyjąć, ze Marszałek (Edward Rydz-Śmigły) był nieustraszonym żołnierzem. Dał tego dowody w okresie Legionów, następnie w czasie wojny polsko-sowieckiej 1919-1920 r. Dnia 8 września, w czasie bombardowania Brześcia, z trudem udało mi się go nakłonić, aby schronił się do wykopu, ubezpieczającego od odłamków. Ustąpił pod naciskiem argumentu - kto pokieruje losami wojny, gdy jego braknie. Niezależnie od osobistej odwagi, cechowało go w najwyższym stopniu, poczucie odpowiedzialności za włożony na niego obowiązek. W czasie ofensywy Budiennego i mającego się rozpocząć odwrotu w 1920 r., towarzyszyłem gen. Romerowi, dcy świeżo stworzonej Grupy Operacyjnej, udającemu się po instrukcje do Dcy Frontu Południowego, gen. Listowskiego. W rozdrażnieniu informował gen. Listowski mego dcę, o dwukrotnym wysłaniu rozkazu gen. Rydz-Śmigłemu odwrotu z Kijowa, a Śmigły dwukrotnie odpowiedział, że opuści Kijów tylko na pisemny rozkaz Piłsudskiego. Dlaczego Śmigły nie wykonał rozkazu Dcy Frontu Płd., któremu podlegał? Albowiem jeszcze przed stworzeniem Frontu Południowego, otrzymał decyzję Piłsudskiego: Kijów wolno opuścić tylko na jego pisemny rozkaz. I opuścił Kijów dopiero wtedy, gdy lotnik zrzucił mu rozkaz podpisany przez Naczelnego Wodza. (...) Marszałek powziął decyzję wykonawczą przejścia do Rumunii w Kołomyi przedpołudniem. Potwierdził mi ją osobiście w Kosowie. Następnie, a może już uprzednio, toczył w swoim wnętrzu niedostrzegalną dla otoczenia walkę. Nie mógł się pogodzić z błyskawicznym rozwojem wypadków tego dnia, z wynikającymi z niego konsekwencjami, nie nadążał za nimi psychicznie. Pragnął ten rozwój zahamować, powstrzymać lub przynajmniej opóźnić. Zapadały się w jego umyśle i w jego duszy elementy, które przygotował, przemyślał, zdecydował, a które w wykonaniu nie przyjęły formy, jaką im nakazał. Toczył walkę między powziętą i wydaną już decyzją a osobistym jej wykonaniem. Dowódcą kierowało szlachetne uczucie dzielenia losu walczącego jeszcze żołnierza. Żołnierza, artystę, pociągała romantyczna śmierć na polu chwały. Lecz ta śmierć zwalniała go równocześnie ze straszliwej odpowiedzialności, jaką przyjął na siebie wobec Państwa, wobec Narodu, wobec Żołnierza. Pod Kijowem, żołnierskie poczucie spełnienia włożonego na niego obowiązku, nakazało mu odmówić wykonania rozkazu Dcy Frontu. W Kosowie, tęsknotę za romantyczną śmiercią na polu chwały, pokonało poczucie odpowiedzialności Naczelnego Wodza, którego rola nie kończyła się na tragicznym zakończeniu Kampanii Wrześniowej w Polsce".

Rząd i prezydent Ignacy Mościcki przekroczyli granicę polsko-rumuńską w Kutach dopiero o godz. 00:30, 18 września 1939 r. Naczelny Wódz, marszałek Edward Rydz-Śmigły uczynił to tego samego dnia o godz. 23:00, czyli prawie dobę później. Jak pisał Bogdan Konstantynowicz: "Przez cały dzień 18 września w Kutach stał drugi rzut Sztabu Naczelnego Wodza, mając kontakt z całym byłym Przedmościem Rumuńskim i organizując skuteczna obronę przed Armią Czerwoną, mimo utraty Kołomyi o godzinie 16.00 dnia 18 września 1939 roku. Utrzymaliśmy dnia 18 września łączność z Wilnem, Grodnem, Piaskiem, Warszawą i pośrednio z Modlinem, także z Frontem Północnym generała Dęba Biernackiego, a radiodepesza Stachiewicza dotarła do generała Piskora oraz rozkazy do walki z sowietami - nawet do placówki w litewskim Kownie. Tym samym przeciwdziałano zgubnym skutkom wysłanej z Kut o godzinie 21.30 dnia 17 września 1939 roku "okrojonej" Dyrektywy Naczelnego Wodza. Odzyskaliśmy Śniatyń i Horodenke - były w polskich rękach przed południem 18 września 1939 roku. Zorganizowano obronę wschodniego przedpola Stanisławowa, tak aby w dniu 19 września przed południem mogły tamtędy wycofywać się polskie oddziały na Węgry", a płk. Józef Jaklicz tak pisał o przekroczeniu przez Naczelnego Wodza granicy rumuńskiej: "Marszałek zmęczony, odpoczywał w samochodzie. Miał prosić, aby go nie niepokoić. Po przejeździe przez most stwierdził, że warty rumuńskie rozbrajają naszych wojskowych. Interweniował gwałtownie, zaprzestano rozbrajania. Ruszyliśmy na Starożyniec, do którego przybyliśmy w godzinach przedpołudniowych. Na rynku zastaliśmy stłoczone dziesiątki samochodów, których pasażerowie nie orientowali się dokąd się kierować. W porozumieniu z miejscowymi władzami i przybyłym wkrótce z Bukaresztu, niezwykle nam życzliwym senatorem, który potwierdził mi znane już instrukcje kierowania wozów, rozładowywaliśmy Starożyniec. Mniej więcej do godz. 14 wszystko szło składnie i spokojnie. Lecz popołudniu zjawił się oddział żandarmerii z oficerem rumuńskim. Otrzymaliśmy polecenie składania na miejscu sprzętu wojskowego. Żandarmeria zaczęła rozbrajać oficerów i żołnierzy. Gdy szukaliśmy senatora, okazało się, że nagle gdzieś znikł. Dzięki naszej interwencji, uzyskaliśmy pozostawienie oficerom broni bocznej, żołnierzom pasów. Cały sprzęt składany był początkowo w najbliższych domach, następnie, gdy brakło tam miejsca, wprost na rynku. Odbierano kompaniom telegraficznym aparaty telefoniczne, juzy, aparaty radiowe. Zdejmowano z wozów motocykle, nawet rowery. Nie odbywało się to jednak spokojnie. Żołnierze z wściekłością rozbijali sprzęt. Wobec stałego, licznego napływu wozów, rozbrajanie początkowo dokładne, stawało się coraz więcej powierzchowne i większość sprzętu jechała dalej. Około godz. 17 znudziło się żandarmerii szczegółowe sprawdzanie samochodów, operacja stawała się formalnością".


ARMAND CĂLINESCU



W tym też czasie (17-18 września) Niemcy naciskają na rząd rumuński i króla Karola II, aby Rumunia (wbrew sojuszowi polsko-rumuńskiemu z 1921 r.) rozpoczęła internowanie władz i rozbrajanie żołnierzy oraz oficerów Wojska Polskiego. W dniu 18 września 1939 r. rano, ambasador Związku Sowieckiego w Bukareszcie zagroził sowiecką "interwencją" w Rumunii, jeśli rząd rumuński przepuści polskie władze i wojsko (zgodnie z umową wynegocjowaną wcześniej przez Becka) do portu w Konstancy (a stamtąd morzem miano przedostać się do Francji). Rząd Rumuński premiera Armanda Călinescu ulega temu szantażowi. Călinescu jednak jest bardzo przychylny Polakom (pozwala np. na transport polskiego złota przez Rumunię), za co zostaje zamordowany już 21 września 1939 r. przez członków rumuńskiej Żelaznej Gwardii - faszystowskiej organizacji działającej na zlecenie nazistowskich Niemiec. Tego samego dnia, 18 września, brytyjski poseł w Rumunii - sir Reginald Hoare wręczył notę rządowi rumuńskiemu, z prośbą o umożliwienie kontynuowania podróży polskim władzom dalej na Zachód. Dnia 20 września (dopiero) dołącza do niego ambasador Francji w Rumunii - Adrien Thierry, interweniując u Călinescu który realnie ma związane ręce (obawiając się interwencji sowieckiej i... niemieckiej). Francuska zwłoka nie była wcale przypadkowa (choć akurat francuski ambasador w Rumunii nie był wtajemniczony), bowiem oto zawiązuje się nieprawdopodobna wręcz intryga, która ma na celu obalenie legalnych polskich władz i zastąpienie ich posłusznymi klientami Paryża z gen. Władysławem Sikorskim i całym tym Komitetem Obrony Demokracji Frontem Morges na czele. Ale o tym w drugiej części.  
 


A TAK MOGŁA WYGLĄDAĆ CAŁA II WOJNA ŚWIATOWA ZAKOŃCZONA JESZCZE PRZED KOŃCEM 1939 r. GDYBY FRANCUZI ZGODNIE Z UKŁADEM SOJUSZNICZYM Z POLSKĄ UDERZYLI NA NIEMCY


 
 CDN.
  

środa, 30 czerwca 2021

WIELIKOJE DIEŁO - CZYLI INNA WOJNA 1812 ROKU - Cz. I

O TYM, JAK TO ROSJANIE 

PLANOWALI INWAZJĘ NA EUROPĘ, 

A NAPOLEON UPRZEDZIŁ ICH ATAK




 
 
PROLOG 
 

 
"JAKIE DZIWNE LUSTRO. 
WIDZĘ SIEBIE ZE SKRĘCONĄ SZYJĄ"

SŁOWA WYPOWIEDZIANE PRZEZ CARA PAWŁA I, PRZYGLĄDAJĄCEMU SIĘ SWEMU OBLICZU W LUSTRZE, W DNIU, W KTÓRYM ZOSTAŁ OKRUTNIE ZAMORDOWANY
 
 

 Jęki bitego, dźganego i kopanego po całym ciele cara, dobiegały do drzwi sąsiednich sypialni, w których przebywał jego syn - Aleksander Pawłowicz Romanow i małżonka Maria Fiodorowna (Zofia Dorota Wirtemberska). 

- Podpisz petycję, abdykuj! - wrzeszczał Nikołaj Zubow, który bił cara trzymaną w swej dłoni tabakierką.

- Trzeba było z nim skończyć już przed czterema lata - dodawał opętany rządzą mordu hrabia August Teofil Benningsen, ów zruszczony Niemiec spod Hanoweru.

Potakiwał mu Płaton Zubow i inni spiskowcy, którzy owej feralnej, deszczowej nocy 23 marca 1801 r. (11 marca według starego stylu, obowiązującego wówczas w Rosji) próbowali wydrzeć życie z ciała owego pokurcza o rysach twarzy złośliwego diabełka, jakiego bez wątpienia przypomniał car Paweł I Romanow. Znęcanie się spiskowców i agonia tego człowieka, trwała w nieskończoność, a zmęczeni przedłużającym się mordem jego uczestnicy, co jakiś czas opuszczali komnatę cesarską w Pałacu Michajłowskim i udawali się na odpoczynek do sąsiedniego pokoju. Benningsen właśnie przyglądał się obrazom wiszącym na ścianie, gdy dołączył do niego Nikołaj Zubow, który mniej zainteresowany sztuką, podszedł do okna i nerwowo zaczął uderzać palcami w szybą, powtarzając do siebie: "Boże mój, jak ten człowiek krzyczy!"

Krzyki dało się słyszeć również w komnacie carewicza Aleksandra, który siedział na łóżku w pełnym ubraniu i przysłuchiwał się, jak za ścianą grupa spiskowców maltretuje jego ojca. W drugiej komnacie siedziała zaś Maria Fiodorowna, która miała bezpośrednie połączenie z pokojami swego małżonka poprzez dodatkowe drzwi (które jednak wcześniej Paweł I na swą zgubę kazał zablokować). Ona również wiedziała o spisku. A nawet jeśli nie znała szczegółów, to z pewnością domyślała się, że dni jej małżonka są już policzone. Parszywa to była chwila dla wszystkich. Dla spiskowców, którzy długo nie byli w stanie uśmiercić cara, dla jego syna - któremu obiecano, że ojciec zostanie tylko zmuszony do abdykacji i odesłany na dostatnią "emeryturę" do swojego ulubionego Pałacu Michajłowskiego (czyli miejsca, w którym ów mord popełniano), gdzie będzie mógł do woli jeździć konno, zajmować się ogrodem i wychowywać swoje wnuki. Aleksander był jednak zbyt inteligentny aby nie wiedzieć, że w Rosji nie ma miejsca dla dwóch carów, nawet jeśli jeden z nich będzie już "tylko" pełnił funkcję emeryta - bowiem w idei samodzierżawia nie było miejsca dla dwóch równych sobie gosudarów. Czym więc była zgoda carewicza na dokonanie owego zamachu stanu? Próbą zabicia wyrzutów sumienia, w sytuacji gdy wiedział doskonale jaki los spotka obalonego cara i że nie ma mowy o żadnej abdykacji czy emeryturze? Tego nie wiadomo, wiadomo tylko, że carewicz siedział w swej komnacie i udawał że śpi. Śpi, przy ogłuszających wrzaskach mordowanego władcy, jakie rozchodziły się po korytarzach Pałacu Michajłowskiego? Śpi, w butach i pełnym ubraniu? Kogo Aleksander chciał oszukać - siebie, swoje sumienie, czy może potomnych?

"Panowie, na litość boską, błagam was, zlitujcie się nade mną" - tak ponoć brzmiały ostatnie słowa mordowanego cara Pawła. Ale nie było litości. Spiskowcy mordowali go przecież nie jak zwykłego człowieka, a jak tyrana - za którego go uważali. Gdy już twarz zamęczonego władyki nie przypominała ludzkiej, a raczej jeden wielki kawał zakrwawionego mięsa, spiskowcy - aby upewnić się że zamach na pewno się udał - zarzucili mu jeszcze na szyję oficerską szarfę i nią go zadusili. Było już kilka minut po północy - 23 marca, gdy do komnaty Aleksandra wpadł zdyszany zamachowiec o nazwisku Półtoracki i zameldował:

- Stało się!

Carewicz zamyślony i wciąż jakby nieobecny, jakby wsłuchujący się w ostatnie odgłosy zanikających jęków swego ojca, zapytał:

- Co się stało?

- Car nie żyje! - odrzekł zamachowiec. 

Stało się, teraz nowym gosudarem, nowym carem, imperatorem Wszechrusi stał się młody, bo zaledwie 23-letni Aleksander I, oczko w głowie swej babki, imperatorowej Katarzyny II, która również (zdechła) zginęła w wyniku zamachu, siedząc na tronie królów polskich, zamienionym przez nią na sedes.  Tak oto rozpoczęły się rządy "szczwanego Bizantyjczyka" - jak o nim mawiał cesarz Napoleon, jednak warto cofnąć się o te kilka lat wstecz, aby przedstawić relacje rodzinne, panujące na dworze carskim tuż po śmierci Katarzyny II, oraz te wszystkie okoliczności, które ostatecznie doprowadziły do brutalnego mordu na carze Pawle I.

Oficjalnie uważa się, że caryca Katarzyna II, zwana przez niektórych Wielką, zmarła 17 listopada (6 listopada starego stylu) 1796 r., po nabytym dzień wcześniej udarze, jakiego miała nabawić się w ubikacji, siedząc na dawnym tronie królów Polski, teraz przemianowanym na sedes. Gdy znaleźli ją tam pokojowiec i pokojówka, leżała na ziemi z podkulonymi nogami nieopodal "tronu". Natychmiast zabrano ją na komnaty, lecz jej stan ciągle się pogarszał. Lekarze twierdzili że - to udar -, - to apopleksja, w każdym razie caryca dogorywała, leżąc na sofie w swej komnacie, gdy za oknami Pałacu Zimowego padał śnieg, a dworzanie z przerażeniem wpatrywali się w gasnący obraz swej władczyni. Ostatecznie zmarła o godzinie 10 wieczorem, 36 godzin, od chwili gdy znaleziono ją nieprzytomną w ubikacji. Miała 67 lat. Pytanie jednak brzmi, czy był to udar, apopleksja, czy może coś innego? Jak i na co nieoficjalnie zmarła "Semiramida Północy" (jak ją zwał Wolter), lub też owa "Niewyżyta Niemra"? Pytanie to należy do kategorii tych, które pozostają bez odpowiedzi, ale nie oznacza to, że tych odpowiedzi nie ma. Aby to jednak sobie uzmysłowić, warto pokazać relacje, jakie panowały w rodzinie carskiej, pomiędzy samą carycą a jej synem Pawłem oraz wnukiem Aleksandrem.

Zofia Augusta Fryderyka Elżbieta, księżniczka Anhalt-Zerbst-Donburg, wkroczyła w progi Pałacu Zimowego jako jeszcze 14-letnia dziewczyna, 3 lutego (23 stycznia starego stylu) 1744 r., jako kandydatka na żonę następcy rosyjskiego tronu - Piotra Fiodorowicza. Zostali oni zaręczeni przez carycę Elżbietę I - 29 czerwca 1744 r. (dzień wcześniej Zofia Augusta - wówczas już znana jako Katarzyna Aleksiejewna - przeszła na prawosławie). Jej narzeczony i przyszły małżonek - Piotr, był synem Anny, starszej (ukochanej) siostry carycy Elżbiety I, a obie one były córkami twórcy nowożytnej Rosji - cara Piotra I Wielkiego. Związek ten jednak od początku nie był dopasowany. Piotr był typem tzw.: "dużego dziecka". W wieku 16-17 lat, nadal lubił bawić się ołowianymi żołnierzykami, urządzał polowania na szczury (które potem skazywał na śmierć przez powieszenie), lubił bawił się w chowanego, obrzucał poduszkami etc. etc. Młoda Zofia (wówczas już Katarzyna) starała się dopasować do przyszłego małżonka i razem z nim uczestniczyła w jego zabawach. Razem więc tańczyli, skakali, bawili się w ciuciubabkę, jednak zabawy te na dłuższą metę Katarzyny nie radowały, a czyniła tak jedynie po to, aby sprawić przyjemność Piotrowi. Zdała sobie bowiem sprawę, że aby zdobyć wpływ na Piotra, jako przyszłego cara, musi postępować inaczej, niż wszyscy ci, którzy starali się go przywołać do porządku. Jako jego żona musi wzbudzić w nim nie tylko zaufanie, ale być może nawet miłość. Zrażanie przyszłego małżonka do siebie, na tym etapie znajomości, byłoby wielce nierozsądne. Jednak długie obcowanie z nie do końca rozwiniętym umysłowo i żyjącym w swoim świecie zabaw oraz ołowianych żołnierzyków (których wkrótce potem zamienił na prawdziwych) Piotrem Fiodorowiczem, nie należało do przyjemności Katarzyny, dlatego też starała się szukać innego męskiego towarzystwa, aby móc "przynajmniej" porozmawiać na poważniejsze tematy. A okazji do nawiązywania innych, dyskretnych znajomości, dawały nieustanne bale, jakie organizowano wówczas na dworze Elżbiety I.




Niektóre z tych bali były dość szczególne, gdyż na przykład na życzenie carycy w każdy wtorek kobiety przywdziewały męskie stroje, zaś mężczyźni damskie suknie. Katarzyna po latach pisała: "Muszę powiedzieć, że nic nie było równie okropne, a zarazem komiczne od widoku tak przebranych mężczyzn i nic bardziej żałosne niż widok kobiet w męskim stroju". Przyjęcia te był obowiązkowe i trudno się było z nich wykręcić, choć większość dworzan ich nie znosiła, ale kaprys carycy Elżbiety był ponad wszystkim, a wynikał on z prostego założenia - ona sama doskonale prezentowała się w męskim przebraniu i dlatego wymagała tego również on innych swych dworzan. Niektóre z takich uroczystych spotkań, mogły skończyć się nawet pewnymi urazami, jak bowiem pisała Katarzyna w swych "Pamiętnikach: "Tańczyłam poloneza z bardzo wysokim panem Sieversem, który miał na sobie krynolinę użyczoną mu przez cesarzową. Hrabina Hendrikowa, która tańczyła za mną, nadepnęła na krynolinę pana Sieversa, gdy robił obrót z dłonią w mojej dłoni. Padając, uderzyła mnie tak mocno, że wpadłam pod krynolinę Sieversa, która wystrzeliła do góry obok mnie. Sam Sievers zaplątał się w swoje suknie, które były w wielkim nieporządku, i tak nasza trójka leżała rozciągnięta na podłodze, przy czym mnie całkowicie przykrywała jego suknia. Umierałam ze śmiechu, próbując wstać, lecz było to możliwe dopiero z pomocą innych, ponieważ byliśmy tak zaplątani w odzienie monsieur Sieversa, że każda próba powstania powodowała upadek pozostałej dwójki".

Ślub Piotra i Katarzyny miał miejsce 21 sierpnia 1745 r. Wcześniej otrzymali oni porady, jak należy postępować w małżeństwie i jak powinien zachowywać się mąż w stosunku do żony oraz żona w stosunku do męża. Lekcji tych udzielał szwedzki dragon o nazwisku Rumberg (lub Romburg). Uczył więc on nowożeńców, iż mąż zawsze ma być panem i władcą. Żona w jego obecności nie może się odezwać bez pozwolenia i nie może mieć też innych poglądów, niż ma jej małżonek. A jeśli będzie się buntowała, to zalecał on "dać jej po głowie", czyli po prostu spuścić lanie. Piotr potem wielokrotnie z lubością przypominał te słowa Katarzynie. Pisała ona: "Czułam doskonale, jak mało go obchodziłam i jak mało ma dla mnie uczucia. (...) Gdy jednak zostawałam sama, zalewałam się łzami, po czym po cichu je ocierałam i biegłam dokazywać z moimi pannami". Piotr z biegiem lat nie tylko nie dorastał, ale wciąż dziecinniał i nie tylko bawił się żołnierzykami, ale nawet lalkami, lub dokazywał z lokajami, chowając się przed nimi i zmuszając by co go szukali. Starał się też "ćwiczyć" swoją żonę w wojskowej musztrze, i jak Katarzyna pisała w "Pamiętnikach": "Wielki książę z dużym upodobaniem instruował mnie w sprawach wojskowych ćwiczeń. Dzięki niemu potrafię trzymać karabin z precyzją doświadczonego grenadiera. Kazał mi stać z muszkietem na warcie przy drzwiach pomiędzy naszymi pokojami".

Po ślubie Katarzyna musiała nie tylko znosić humory i dziwactwa swego męża, ale również kaprysy carycy Elżbiety, która np. wyznaczała młodej parze godziny w jakich mają się udać do łóżka. Nie wolno im było siedzieć za długo w nocy i jeść kolacji, gdyż Elżbieta uważała, że noc jest od spania i od "robienia dzieci". Jednak nie było to wcale takie proste, gdyż Piotr nie traktował Katarzyny jak kobiety, tylko jak towarzyszkę zabaw, i nocami albo grywał jej na skrzypcach, albo też godzinami opowiadał o swoich perypetiach, lub też wzywał służbę i kazał im ze sobą tańczyć w maskach na twarzy. Były też sytuacje, że Piotr w łóżku bawił się... zabawkami (czasem właśnie z tego powodu nie pozwalał się Katarzynie położyć spać, gdyż całe łóżko zastawione było żołnierzykami, a ta musiała siedzieć i przyglądać się temu na krześle. Jednocześnie Piotr ukrywał to przed ciotką i jej damami dworu oraz okłamywał ją, że nocami sypia z Katarzyną. 

Mijały jednak lata, a młoda Niemka nie zachodziła w ciążę. Stało się tak dopiero w 1754 r. a 20 września tego roku powiła syna, któremu nadano (na polecenie carycy Elżbiety) na imię Paweł. Piotr nie był zbytnio zainteresowany synem, ponoć podszedł do niego, popatrzył i wzruszywszy ramionami wyszedł. Z pewnością nie był to też jego syn (choć co do tego nie ma pewności, gdyż Paweł po latach odziedziczył wiele cel właśnie po Piotrze), gdyż w tym okresie Katarzyna wdała się już w romans z Sergiuszem Sałtykowem, z którym to zapewne też straciła cnotę. Po latach Katarzyna tak o nim pisała: "Miał dwadzieścia sześć lat. Pod każdym względem, zarówno z urodzenia, jak pod wieloma innymi, był dystyngowanym kawalerem. Umiał ukrywać swe wady, z których największą była skłonność do intryg i brak zasad. Tego jednak nie dostrzegałam". Dziecko natychmiast po urodzeniu zostało matce odebrane i opiekowała się nim teraz osobiście caryca Elżbieta, która zapewne sama pragnęła mieć takie dziecko i małego Pawła traktowała jak swego syna, całkowicie odseparowując od niego Katarzynę (ta mogła go widzieć tylko z daleka, a po raz pierwszy ujrzała go czterdzieści dni po porodzie i zapisała w swym pamiętniku: "Wydał mi się bardzo ładny, a jego widok trochę mnie rozweselił, gdy tylko jednak ukończono modły, cesarzowa poleciła natychmiast zabrać go i wyszła". Sałtykow został wysłany z misją dyplomatyczną do Szwecji, a Katarzyna całymi dniami płakała, leżąc samotnie w łóżku.




Katarzynie odmówiono uczestnictwa w życiu swego dziecka, co spowodowało że stała się dla niego jakby obcą osobą. Nie była bowiem świadkiem jego pierwszego uśmiechu, pierwszego kroku, pierwszego wypowiedzianego słowa. Katarzyna poświęcała ten czas na czytanie książek (np. zaciekawiło ją, jak wiele podobieństw było w relacjach autorów antycznych, do realiów panujących w ówczesnej Rosji, szczególnie pod względem intryg, korupcji i dążenia do władzy) oraz modlitwy. Mąż coraz mniej się nią interesował, spędzając całe dnie w towarzystwie swych kompanów i metres które sobie wybierał, oraz musztrując swój pułk na kształt pruski. Katarzyna również z czasem zaczęła szukać spełnienia w ramionach innych mężczyzn, a gdy Elżbieta zmarła i na tron wstąpił Piotr III - 5 stycznia 1762 r., stanęła ona na czele buntu przeciwko małżonkowi i odebrała mu władzę - 9 lipca 1762 r., jego samego umieszczając w pałacu w Ropszy, gdzie też (na polecenie nowej carycy) został on zamordowany - 17 lipca 1762 r.

Katarzyna, nie mając wcześniej emocjonalnego związku z synem, po swym wstąpieniu na tron również nie starała się zacieśniać tych związków, tym bardziej że młody Paweł stawał się bardzo brzydkim dzieckiem. W wieku dziesięciu lat przeszedł ospę, która zniekształciła mu twarz do tego stopnia, że realnie zaczął przypominać "złośliwego diabełka". Podobnie jak Piotr, gardził i wyśmiewał wszystkim co rosyjskie. Ale przecież matka nie miała innego wyjścia i to właśnie on był jej jedynym następcą tronu. Już w 1773 r. ogłosiła pełnoletność syna i zaczęła poszukiwania kandydatki na jego żonę. Jej wybór padł na Wilhelminę Luizę von Hessen-Darmstadt, która po przyjeździe do Rosji, przejściu na prawosławie i przyjęciu imienia Natalia Aleksiejewna, oraz poślubieniu carewicza Pawła - 10 października 1773 r., szybko popadła w konflikt z teściową. Paweł miał wówczas 19 lat, a jego nowa małżonka lat 18. Katarzyna II miała pretensje do synowej, że ta nie uczy się języka rosyjskiego, ma skłonności do intryg, jest rozrzutna i podporządkowała sobie jej syna. To właśnie w otoczeniu Pawła i Natalii, kształtowała się opozycja do rządów Katarzyny, którą oskarżano o mężobójstwo i cudzołóstwo (oczywiście nieoficjalnie, wiadomo przecież że nie można było o to oskarżyć cesarzowej, która jednym słowem mogła sprowadzić na taką osobę więzienie, tortury i śmierć). Zresztą Natalia nie była wcale lepsza od teściowej. Już bowiem na statku, którym płynęła do Petersburga, nawiązała romans z młodym oficerem pułku Izmaiłowskiego - hrabią Andriejem Kiriłłowiczem Razumowskim... oraz z Nikołajem Aleksandrowiczem Zagriażskim. Wydaje się, że chciała ona pójść w ślady Katarzyny i władać Rosją przy pomocy swego męża (którego owinęła sobie wokół palca), a być może nawet sama ogłosiłaby się carycą i rządziła krajem tak, jak jej teściowa.

Razumowski należał do grona przyjaciół carewicza Pawła i co noc podawał mu opium oraz środki nasenne, aby móc spędzać czas z jego żoną. Do Pawła oczywiście dochodziły plotki, na temat niewierności żony, ale nie dawał on im wiary i święcie wierzył w uczciwość swej małżonki. Ambitna Niemka pozwalała sobie jednak na coraz więcej i nie poprzestawała na zdradzie małżeńskiej, ale poczęła knuć spisek, mający na celu obalić Katarzynę i osadzić na tronie jej męża - Pawła I. Krąg spiskowców sięgał daleko i ocierał się nawet o sekretarza ambasady francuskiej oraz kilku biskupów prawosławnych. Co ciekawe, zawiązany został jeszcze w tym samym 1773 r., czyli... wkrótce po ślubie Natalii z Pawłem. Spisek się wydał i jego niedoszli członkowie zostali ukarani utratą stanowisk lub wygnaniem (choć nikogo nie postawiono przed sądem), zaś sam Paweł i jego małżonka zostali objęci ścisłą kontrolą carycy. Z końcem 1775 Natalia Aleksiejewna zaszła w ciążę, lecz w kwietniu 1776 r. poroniła syna, sama umierając wkrótce potem. Paweł wpadł w rozpacz i oskarżył o śmierć żony swą matkę, która miała kazać podać jej truciznę. Katarzyna zwołała konsylium 13 chirurgów, którzy po przebadaniu ciała Natalii, doszli do wniosku że nie była ona w stanie urodzić dziecka, ponieważ miała wadę anatomiczną (stwierdzono że: "szpara była szeroka na cztery palce, a ramiona dziecka na osiem" 😄) - to jednak Pawła nie przekonało, lecz wkrótce pojawiły się plotki (zapewne rozgłaszane na polecenie Katarzyny) że ojcem zmarłego dziecka był jednak Razumowski. Caryca wygnała go z dworu i zesłała na Ukrainę, gdzie jego ojciec - Kiriłł, pełnił funkcję atamana Kozaków lewobrzeżnych. 

Katarzyna rozpoczęła też poszukiwania nowej kandydatki na żonę dla syna i jej wzrok padł teraz na Wirtembergię. Spodobała jej się bowiem urodzona - podobnie jak ona sama w Szczecinie - księżniczka wirtemberska Zofia Dorota Augusta Luiza. Rzeczywiście, była ona piękną kobietą i porównywano ją nawet do "pięknego dnia" oraz twierdzono że jest stworzona by nosić koronę. Gdy Katarzyna zaakceptowała kandydaturę Zofii, posłała swego syna do Berlina, gdzie przybył on 7 lipca 1776 r. Opiekunem księżniczki, był król Prus - Fryderyk II Wielki, który radował się że to właśnie ona zostanie żoną rosyjskiego następcy tronu, gdyż jej rodzina była przyjacielsko nastawiona do Hohenzollernów. Paweł też zauroczył się piękną księżniczką z Wirtembergii i był skory do szybkiego ożenku. To, iż to właśnie Katarzyna stała za tym związkiem, na pewien czas zbliżyło do siebie matkę i syna. Nim jednak Paweł opuścił Prusy, spisał specjalne "porady" dla nowej małżonki, jak widzi sobie ich dalszy związek. Jako pierwszy punkt, wymienił obowiązek wierności małżeńskiej, następnie urodzenie dzieci - przede wszystkim synów, podporządkowanie się woli męża, nieuczestniczenie w intrygach dworu oraz niepodważanie powagi imperatorowej, Oczywiście księżniczka przyjęła wszystkie warunki bez zastrzeżeń (co ciekawe, jej matka, pruska księżniczka - Fryderyka Zofia, zobowiązała ją przede wszystkim do wierności królowi pruskiemu i nie uleganiu wpływom rozpustnej Katarzyny).

Z końcem sierpnia 1776 r. Zofia Dorota przybyła do Carskiego Sioła i tam po raz pierwszy ujrzała ją caryca Katarzyna... a była nią zachwycona. Pisała potem: "Jest taka, jakiej sobie życzyłam, strojna jak nimfa, oblicze twarzy - mieszanina lilii i różu, cera najpiękniejsza na świecie (...) moja księżniczka przedstawia sobą wszystko, czego pragnęłam", zaś w liście do barona Friedricha Melchiora Grimma caryca pisała krótko: "Ona jest po prostu wspaniała!". Zofia też odwzajemniała te uczucia i zwracając się do Katarzyny, mówiła: "Wasza Cesarska Mość jest przecudna i niezwykle mądra. Kocham WCM do szaleństwa". Podczas zaręczyn Katarzyna wręczyła zaś Pawłowi liścik, w którym było zapisane: "Kocham Was z całego serca moje dzieci". Ślub odbył się 26 września 1776 r. i Zofia Dorota przyjęła imię Marii Fiodorownej. Miała prawie 17 lat, a jej małżonek 22. Dyskretnie dbała o interesy Prus, a jednocześnie starała się prowadzić takie życie, aby jak najmniej o niej mówiono. Męża swego wspierała we wszystkich jego przedsięwzięciach i deklarowała mu swą dozgonną miłość i posłuszeństwo. Do Katarzyny starała się zwracać z najwyższym szacunkiem i troską, ale... taki stan rzeczy nie trwał zbyt długo. Gdy Katarzyna zaczęła zmieniać swą pro-pruską politykę na pro-austriacką, sympatie między dwiema kobietami się skończyły. Maria Fiodorowna zaczęła izolować męża od matki i zamykać się w gronie swych pruskich przyjaciół. Oczywiście publicznie wciąż deklarowała swą miłość i oddanie imperatorowej, ale realnie drogi obu kobiet zaczęły się rozchodzić.




Latem 1777 r. Katarzyna wysłała syna i synową do miejscowości Pawłowsk, gdzie rozpoczęto budowę ich wspólnej rezydencji. Była to oficjalnie nagroda za zajście Marii w ciążę, ale realnie caryca zsyłała Pawła i Marię na wygnanie z dala od dworu i tutejszych intryg. W Pawłowsku Maria znacznie rozbudowała pałac i zamieniła go na swój prywatny dwór z niezwykle wykwintną formą i anturażem. 23 grudnia (12 grudnia starego stylu) 1777 r. w Pałacu Zimowym w Petersburgu Maria Fiodorowna powiła syna, którego nazwano (na życzenie carycy) Aleksander (na cześć zarówno Aleksandra Newskiego, żyjącego w XIII wieku, jak i Aleksandra Wielkiego). Od chwili narodzin tego dziecka, cesarzowa wiązała z nim wielkie nadzieje i to do tego stopnia, że powiadano iż to właśnie on ma być jej następcą, z pominięciem Pawła. Nad jego główką podczas chrztu trzymano koronę, zaś Katarzyna oficjalnie mówiła o nim, jako o przyszłym carze. Organizowano bale na jego cześć i pomyślność (w których to prześcigali się również wzajemnie carscy dworacy), dedykowano mu wspaniałe wiersze i widziano w nim przyszłość dynastii i chwałę Rosji. Katarzyna tak pokochała chłopca, że wkrótce po urodzinach popełniła ten sam grzech, który wcześniej na niej samej dopuściła się caryca Elżbieta - czyli odebrała dziecko spod opieki rodziców. To przelało czarę uczuć Marii do Katarzyny i zapełniło serce tej pierwszej żywą nienawiścią do teściowej, której przecież woli nie mogła się sprzeciwić. Uciekała więc w inne rozrywki, przede wszystkim zajmowała się rozbudową rezydencji w Pawłowsku. 

A tymczasem Katarzyna nie odstępowała Aleksandra na krok, sypiał on nawet w jej pokojach. Chciała go uformować w taki sposób, aby był jej wierny i jednocześnie spełniał wszystkie kryteria, jakie pokładała w Pawle, a nie było jej dane go wychować. Jego kołyska wyścielona była najdelikatniejszymi i najpiękniejszymi materiałami, a mamki i niańki nie mogły spuścić z malucha oka. Co prawda rodzice nie zostali całkowicie pozbawieni kontaktów z dzieckiem i mogli go odwiedzać (czego wcześniej Katarzyna czynić nie mogła) a nawet zabierać go na spacery po ogrodzie, ale realnie przebywał on u boku carycy, a nie Marii i Pawła. Jego pokój był codziennie wietrzony i nie wolno było tam zapalić więcej, niż dwóch świec. Niemowlę często też kąpano w zimnej wodzie. Babka zapewniła mu wszelkie rozrywki - otrzymał żołnierzyki, farby do malowania, instrumenty muzyczne, a potem książki. Katarzyna wybuchała radością, gdy tylko informowano ją o postępach wnuka, pięknie grającego na skrzypcach, malującego obrazy, projektującego i budującego meble, pokrywającego książki delikatnym aksamitem, czy też czytającego. Aleksander ponoć sam nauczył się czytać, a babka mawiała że wyprzedza on innych chłopców w swoim wieku co najmniej o sześć lat. Matka też radowała się, słysząc o postępach syna, ale żal z powodu odebrania Aleksandra przepełniał jej serce do głębi goryczą i prawdziwą nienawiścią do Katarzyny. Paweł zaś zupełnie się synem nie interesował. Choć może nie do końca - interesował się, ale inaczej niż można by zakładać. Interesował się tylko w taki sposób, że był po prostu o niego zazdrosny i informacje o jego sukcesach nie napawały go dumą, lecz obawą że w przyszłości to właśnie Aleksander może zostać następcą Katarzyny. 

Doszło do tego, że dorastający Aleksander zaczął traktować swą babkę, jak matkę i prosił ją nawet by "dała mu braciszka", a gdy 8 maja (27 kwietnia) 1779 r. urodził się drugi syn Marii i Pawła - Konstanty, babka również i jego odebrała rodzicom, aby malec miał towarzysza zabaw (co do Konstantego caryca również snuła wielkie plany, i o ile Aleksander miał w przyszłości zasiąść na rosyjskim tronie, o tyle Konstanty miał objąć władzę w uwolnionym od Turków Konstantynopolu i odrodzić dawne Cesarstwo Bizantyjskie). Mijały lata, a Aleksander otoczony był wciąż nowymi książkami (głównie francuskimi), mającymi kształtować jego charakter i sposób myślenia. Babka wpajała mu przeświadczenie o potędze i chwale Rosji, zaś on sam nigdy o Rosjanach nie mówił "podani", a raczej "współobywatele" lub "rodacy". Młody Konstanty kpił z Aleksandra, że ten zaśmieca sobie głowę francuskimi książkami, podczas gdy on uczy się o wojnach, bitwach i walkach z Turkami. Ale Aleksander - z wyglądu przypominający greckiego boga - w wieku 12 lat, znał już pięć języków (głównie mówił po francusku, po rosyjsku zaś dosyć słabo). Zgromadził wokół siebie ludzi, którzy pragnęli przeprowadzić w Rosji reformy ustrojowe ograniczające samodzierżawie i ułożyć pierwszą w dziejach kraju konstytucję. Zarówno Aleksander, jak i ludzie z jego otoczenia obawiali się, że jeśli po śmierci Katarzyny II do władzy dojdzie ograniczony intelektualnie i wielbiący proste rozrywki Paweł, to wówczas Rosja stoczy się na długie lata w odmęty tyranii.




W 1793 r., gdy Aleksander skończył 16 lat, babka ofiarowała mu Pałac Aleksandrowski w Carskim Siole. Jednocześnie Katarzyna widziała, że chłopiec lubi się ładnie stroić i ma nieco zniewieściałe ruchy, dlatego nalegała na częste szkolenia fizyczne, z jazdy konnej, szermierki, strzelania z pistoletów itp. Aleksander, pod wpływem dostarczanych mu francuskich książek i żyjąc w czasach Rewolucji Francuskiej, starał się nieco upodabniać do "eleganckiego jakobina", co skutkowało tym, że np. przyszywał sobie do munduru trójkolorową kokardę. Paweł, widząc te synowskie fanaberie, wpadał w złość i wielokrotnie groził że wybije mu owe "heretyckie fantazje" z głowy za pomocą pięści. Babka nie tylko dbała o wykształcenie i sprawność fizyczną swego wnuka, ale również zaczęła namawiać go, by skorzystał z zakazanego owocu i zabawił się z kobietami. Ona sama, która zmieniała kochanków jak rękawiczki, dobrze wiedziała co mówi - chciała aby przyszły władca doświadczył wszystkiego, co zapewne mu się przyda w późniejszym życiu. Poleciła również jednej z dam dworu, aby pomogła carewiczowi przestać być prawiczkiem, a potem sama sprowadzała dla niego różnego rodzaju artystki, śpiewaczki i tancerki - rzekomo dla kształtowania jego muzycznego słuchu i talentu, a naprawdę z zupełnie innych powodów. I to się Aleksandrowi spodobało, a wkrótce potem uzależnił się od seksu. 

W 1792 r. babka postanowiła ożenić swego wnuka i w tym celu wysłała swoje poselstwo do Badenii. Posłowie zaproponowali małżeństwo z carewiczem Aleksandrem, dwóm córkom margrabiego Badenii - Karola Ludwika: 13-letniej Luizie Ludwice Marii Auguście i 11-letniej Fryderyce Dorocie. Matka dziewcząt - Amalia Fryderyka, była siostrą Natalii Aleksiejewnej, pierwszej żony carewicza Pawła. Spisano warunki kontraktu małżeńskiego, podobne do tych, jakie swej małżonce podyktował Paweł podczas wizyty w Berlinie, szesnaście lat wcześniej. Wybór kandydatki na żonę, pozostawiono w gestii Aleksandra i dlatego oba sporządzone obrazy dziewcząt posłano do Petersburga (co ciekawe dziewczęta nie wiedziały w jakim celu pozują do obrazów, a potem, gdy wsadzono je razem do karety i wysłano do Petersburga - po co i dokąd jadą. Dopiero w czasie jazdy poinformowano je, że jadą do Rosji. Dziewczęta się rozpłakały, a Luiza Ludwika krzyczała, że nie chce jechać do "północnego barbarzyńcy". W czasie jazdy pisały one listy do ojca i matki, błagając ich, aby zmienili swą decyzję i pozwolili im wrócić - oczywiście niczego nie wskórały). 31 października 1792 r. wjechały do Petersburga i jeszcze tej samej nocy powitała je caryca Katarzyna. Podczas tego powitania, Katarzynie bardziej spodobała się starsza Luzia i ją to właśnie głównie obsypywała pochwałami. Aleksander powitał specjalnie dla niego wystrojone (w długie białe tuniki, gdzie wyglądały jak nimfy) dziewczęta dopiero 2 listopada.

To nie on wybrał sobie kandydatkę na żonę, uczyniła to za niego babka, już podczas pierwszego powitania dziewcząt w Pałacu Zimowym. Aleksander nie mógł się bowiem zdecydować i tak naprawdę wcale nie spieszyło mu się do żeniaczki. Wolał prowadzić takie życie, jakie prowadził dotąd, wolne, w dużej mierze beztroskie i nie podlegające małżeńskim ograniczeniom. Ale babka nalegała i ostatecznie wręczyła mu do ręki liścik, każąc go ofiarować Luizie. To były spisane przez Katarzynę oświadczyny. 9 maja 1793 r. odbyła się konwersja Luizy na prawosławie (przyjęła ona nowe imię - Elżbieta Aleksiejewna), a dzień później oficjalne zaręczyny jej z Aleksandrem. Od początku nie był to dobrany związek, może dlatego że oboje byli jeszcze zbyt młodzi i łatwo podatni na wszelkie oddziaływania, które niekoniecznie mogły im służyć. Aleksander już tej samej nocy po zaręczynach, na przyjęciu w towarzystwie swych druhów, kazał Luizie obnażyć się do pasa i zachwycał się jej piersiami, oraz tym, jak będzie się nimi bawił w łożu (podobnie jakieś czterdzieści lat wcześniej postąpił carewicz Piotr, który wyciągnął z łoża swoją młodą żonę - Katarzynę, zerwał z niej koszulę i tak ją pokazał swym pijanym kompanom). Ślub odbył się 28 września 1793 r. Najbardziej z tego ożenku niezadowolony był carewicz Paweł, który już jawnie zaczął podejrzewać, że matka chce pominąć go w drodze do korony. Aleksander bardzo bał się swego ojca, jego spojrzenie elektryzowało go. Jego słynne powiedzenie: "Zrobię z ciebie człowieka" powodowało dreszcz grozy u Aleksandra. Paweł obawiał się, że matka zechce oficjalnie uczynić Aleksandra swym następcą i zapewne nie zamierzał się temu biernie przyglądać. Tak więc, gdy stara caryca usiadła na sedesie, który wcześniej był tronem polskich królów, stało się coś, o czym oficjalnie się nie mówi i za przyczynę jej śmierci uznaje albo udar mózgu, albo apopleksję, wykluczając całkowicie... zamach na jej życie. Tym bardziej, że jak świadczą niektórzy, 24 listopada 1796 r. caryca Katarzyna planowała oficjalnie ogłosić Aleksandra swym następcą. Jestem pewien, że plany te dotarły do carewicza Pawła i jego stronników, którzy postanowili jej w tym przeszkodzić. 

Co zatem mogło się stać w ubikacji, owego 16 listopada 1796 r.? Niestety, najbardziej logiczna wydaje się tutaj możliwość najmniej prawdopodobna i przez to oficjalnie nie brana pod uwagę. Otóż należy pamiętać - co raczej nie było tajemnicą - że carewicz Paweł darzył Polaków dość dużą sympatią. Na ile ona wynikała z jego rzeczywistych poglądów, a na ile była jedynie formą walki z matką, która doprowadziła do rozbiorów Polski - tego niestety nie wiadomo. Ale wiadomo, że to właśnie car Paweł I, już po śmierci matki, zwolnił z więzienia w twierdzy Pietropawłowskiej w Petersburgu Tadeusza Kościuszkę, bohatera walk o Niepodległość nie tylko Polski, ale również Stanów Zjednoczonych Ameryki. Paweł uwolnił go już 26 listopada 1796 r., czyli zaledwie dziewięć dni po śmierci Katarzyny II i swoim wstąpieniu na rosyjski tron. To też daje do myślenia. Ale warto wreszcie powiedzieć, co też mogło się stać w ubikacji, w chwili gdy weszła doń stara caryca. Otóż - jak już wspomniałem - sedes został przebudowany z dawnego tronu polskich królów, a dla wygody, specjalnie wyposażony w poduszki wyłożone na krawędziach, które sprawiały że nie odczuwało się chłodu zimnego metalu. Poduszki te zostały jednak usunięte na krótko, nim doszło do zgonu carycy - oficjalnie po to, aby je zmienić, gdyż tamte uległy przedarciu. I tak też się stało, tron sedes został wyłożony zupełnie nowymi poduchami, z których wcześniej nikt nie korzystał. Gdy więc caryca weszła do ubikacji i opadła całym ciężarem swego już pokaźnego ciała na sedes... jej pośladki i uda zostały przebite dużą ilością małych sztyletów, które były ukryte wewnątrz nowych poduch i które zapewne spowodowały, że się tam w dużej mierze wykrwawiła, nim odnalazła ją służba. Oczywiście ktoś powie - nie ma na to żadnych dowodów - ale przecież dowody przedstawiłem, obawa Pawła przed pominięciem go w linii sukcesji, wymiana poduch w osobistej toalecie carycy i jej śmierć w dość dziwnych okolicznościach (gdy ją znaleziono, leżała na ziemi, z podkulonymi nogami). W każdym razie Katarzyna II - ta "niewyżyta seksualnie Niemra" odeszła z tego świata, a jej następcą został car Paweł I (Aleksander od razu ogłosił że nie zamierza rywalizować z ojcem w walce o koronę). I dopiero w kilka lat później jego syn, namawiany przez dworaków, dla których polityka Pawła I zbliżenia z Francją Napoleona, sympatii do Polaków i walce z Prusami, Austrią i Anglią, była nie do zaakceptowania. Postanowiono go więc "wymienić", a doszło do tego tak, jak na samym początku zaprezentowałem. 

To tyle jeśli chodzi o tę część wprowadzenia do tematu, która bezpośrednio dotyczyła relacji rodzinnych Pawła i Aleksandra za czasów panowania Katarzyny II. W kolejnej części przeniesiemy się nad Sekwanę i przyjrzymy, w jaki sposób młody generał Bonaparte zdobył władzę i ogłosił się Pierwszym Konsulem (a potem niestety znów czeka nas powrót do Petersburga). 
   





CDN.
 

czwartek, 4 marca 2021

GWAŁT - CZY NIEODZOWNY ELEMENT KOBIECEGO LOSU? - Cz. XXI

NAJWAŻNIEJSZE I (NIEKIEDY)

NAJBRUTALNIEJSZE PRZYPADKI

GWAŁTÓW W HISTORII

 
 

 
 

145 r. p.n.e.

GWAŁT NA WESELU

Cz. VII

 
 
 
 
 
 
BÓG Z ODLEGŁEJ KRAINY
Cz. VII
 
 
 
"STRZEŻ SIĘ, O SPARTO, CHOĆ WIELKA TY I DUMNA.
PROSTO STÓJ! KRÓLÓW NIECH MOC CI NIE SZKODZI UŁOMNA!
BO NIESPODZIANIE CIĘ BĘDĄ GNIEŚĆ DŁUGI CZAS ZNOJE,
LUDZI NISZCZĄCE BAŁWANY PORWĄ CIĘ DO WOJEN!"

DIOPEITES
(spartański wieszcz)
V/IV wiek p.n.e.
 
 
 
DRUGA WOJNA TROJAŃSKA
 
 
 
 Przygotowania do wyprawy wojennej przeciw Persom były już przez Spartan właściwie zakończone. Główny obóz wojenny wyznaczono pod miejscowością Gerajstos na Eubei i tam zebrano siły liczące 2000 neodamodów (byli to wyzwoleni spartańscy niewolnicy - heloci, którzy służyli jako hoplici, a dzięki temu mieli prawo do założenia rodziny i posiadania własnego domu, nie mogli jednak uzyskać ziemi na własność i nie byli zaliczani do grupy obywateli - Spartiatów), 6000 hoplitów sprzymierzonych polis ze Związku Peloponeskiego i kolejne 4000 żołnierzy z innych krajów helleńskich (prócz Teb, Koryntu i Aten), a także 30 Spartiatów. Oczywiście liczono również na połączenie się z armią Derkyllidasa, która już była w Azji Mniejszej i flotą pod dowództwem Faraksa. Król Lacedemonu - Agesilaos II - wspierany przez Lizandra, zwycięzcę Aten w II Wojnie Peloponeskiej - bardzo zapalił się do tej kampanii i wręcz uznał się za nowego Agamemnona, a wyprawę tę określił mianem "drugiej wojny trojańskiej". W tym celu przepłynął nawet cieśninę Euripos (oddzielającą Eubeę od Beocji w Grecji Środkowej) i w Świątyni Artemidy w Aulidzie zamierzał złożyć ofiarę bogini (podobnie jak miał to uczynić - według mitu - Agamemnon przed wyprawą na Troję). Ale Persowie, choć żołnierzy mieli kiepskich, to jednak w dyplomacji znacznie górowali nad Grekami i sypnąwszy złotem Beotom, przekonali ich, aby ci przeszkodzili spartańskiemu władcy w złożeniu ofiary. Beotarchowie (przywódcy miast Związku Beockiego) wysłali jazdę beocką, która zabroniła dalszego składania ofiar i zmusiła Agesilaosa do odwrotu. Wzburzony król, "pełen gniewu i wzywając bogów na świadków" (jak pisze Ksenofont) powrócił do Geraistos, gdzie zarządził wymarsz i cała zebrana armia odpłynęła w kierunku Efezu. A gdy już tam dotarł, czekała nań propozycja rozejmu, zaproponowana przez satrapę Karii - Tyssafernesa. W zamian za zaprzestanie działań wojennych (do czasu zgody Króla Królów - Artakserksesa II na zawarcie ostatecznego pokoju), obiecywał Tyssafernes wolność greckich polis małoazjatyckich. Król Sparty przystał na trzymiesięczny rozejm, gdyż sam musiał się rozeznać w sytuacji, oraz miał do rozwiązania kilka naglących spraw (jak choćby przywrócenie miastom greckim na wybrzeżu ich dawnego arystokratycznego ustroju, zgodnie z decyzją eforów).
 
W Efezie Agesilaos bardzo szybko popadł w konflikt ze swym dotychczasowym stronnikiem (dzięki któremu został też wybrany na króla) Lizandrem, który jako sławny wódz był oblegany przez ludzi, którzy chcieli cokolwiek zyskać dla siebie lub dla swojego polis. Król poczuł się urażony, gdyż nikt się do niego nie zwracał bezpośrednio, a przychodzono jedynie "z poręczenia" Lizandra. Wszystkich takich Agesilaos odprawiał bez jakiegokolwiek nawet tłumaczenia, a Lizander - widząc co się dzieje - radził innym by do niego już nie przychodzili, a zanosili swe prośby bezpośrednio do króla. Ale to królowi nie wystarczyło. Aby więc jasno dać do zrozumienia kto tu jest panem i kto podejmuje wszelkie decyzje, wyznaczył Lizandrowi funkcję... dostawcy mięsa, a potem (według Plutarcha) dodawał: "Niech sobie teraz idą i kłaniają się swojemu dostawcy mięsa". Potem jednak Agesilaos wysłał Lizandra z misją na Hellespont, aby pozyskać perskiego arystokratę Spitridatesa - poróżnionego z satrapą Myzji Artabazosem, który chciał tamtemu zabrać jego córkę i ją poślubić. I to się Lizandrowi udało, jednak po powrocie do Efezu nie był on już królowi potrzebny i nie otrzymał żadnych nowych przydziałów, co też zmusiło go do opuszczenia Azji Mniejszej i powrotu do Sparty (latem 395 r. p.n.e.). Wracał tam upokorzony i pełen żalu do człowieka, którego wcześniej wyniósł do władzy. Zaczął też coraz częściej pomstować na panujący w Sparcie ustrój. A tymczasem jeszcze latem 396 r. p.n.e. Agesilaos wyruszył przeciwko satrapie Farnabazosowi do Frygii, którą okrutnie spustoszył. Zimą (396/395 r. p.n.e.) wódz perskiej floty - Ateńczyk Konon (który od czasów klęski pod Ajgospotamoj w 405 r. p.n.e., przebywał w perskich satrapiach małoazjatyckich), poradził Farnabazosowi, aby otworzył drugi front przeciw Sparcie w samej Grecji i podburzył do walki tamtejsze miasta. Wysłany z tą misją Timokrates, nie szczędził złota i szybko zdołał przekonać Beotów, Argiwów i Koryntyjczyków do wszczęcia wojny przeciw Lacedemonowi (do wojny tej dołączyli też Ateńczycy, ale akurat oni odmówili Timokratesowi przyjęcia złota i tym samym sprzedania się Persom). Powodem wojny stał się konflikt Lokrydy z Fokidą, który szybko przerodził się (395 r. p.n.e.) w dużą wojnę pomiędzy greckimi polis, jakiej nie było na tych ziemiach od czasu zakończenia Wojny Peloponeskiej (404 r. p.n.e.).
 
 

 
A tymczasem wiosną 395 r. p.n.e. Agesilaos ruszył przeciw Tissafernesowi do Karii, gdzie w dolinie Hermosu, pod Paktolos w pobliżu Sardes, rozbił  w bitwie perską jazdę. Tissafernes uciekł z pola bitwy, a w ręce zwycięzców wpadł cały skarb satrapy oraz jego wielbłądy. Takiej zniewagi Król Królów nie mógł puścić płazem i gdy tylko pokonany satrapa Karii przybył do Suzy - został tam zamordowany (głównie za sprawą królowej-matki Parysatis, która nienawidziła Tissafernesa jako sprawcę śmierci jej ukochanego syna - Cyrusa, podczas jego buntu w 401 r. p.n.e. Stara królowa wreszcie dopełniła swej zemsty - pięć lat wcześniej zgładziła małżonkę swego syna Artaksarksesa II - Statejrę, uważając ją za swego największego wroga. Teraz wszyscy, którzy przyczynili się do śmierci Cyrusa już nie żyli, zaś ci, którzy walczyli w jego szeregach - jak choćby Klearchos ze Sparty, dowodzący kontyngentem 13 000 Greków - otrzymali z jej rozkazu wspaniały pogrzeb a ich groby był zawsze zadbane. Rozprawiwszy się ze wszystkimi swymi wrogami, królowa-matka Parysatis zmarła jeszcze tego samego 395 r. p.n.e.). Nowym satrapą wyznaczony został teraz dowódca gwardii przybocznej Króla Królów (tzw.: "Nieśmiertelnych") - Titraustes, który wybrał na swą kwaterę główną miasto Kolossaj we Frygii. Wysłał on też do Agesilaosa posłów, którzy mieli mu powiedzieć aby się stąd wynosił, gdyż sprawca całego zamieszania - Tissafernes już nie żył, zaś Król Królów godził się na autonomię greckich miast małoazjatyckich, pod warunkiem, że te najpierw wypłacą zaległe daniny. Agesilaos stwierdził że nie może odejść, bez uzyskania zgody eforów, ale zawarł z Persem ośmiomiesięczny rozejm i powrócił do Efezu dzielić zdobyte pod Paktolos łupy. Jednocześnie, pragnąc przypodobać się swej żonie - Kleorze, mianował - wbrew stanowisku doradców - dowódcą floty (nauarchą) jej brata - Pejsandrosa. Titraustes zaś wyjechał do Babilonu (gdzie wówczas przebywał Król Królów), a na stanowisku dowódców zostawił we Frygii Ariajosa i Tasyfernesa.
 
A tymczasem w samej Sparcie miały wówczas miejsce rzeczy dość niepokojące. Zawiedziony w swych ambicjach Lizander, postanowił dokonać prawdziwego zamachu stanu, obalić dynastię Heraklidów i wprowadzić dostępność tronu dla ogółu Spartiatów, jako podstawę wyznaczajac dzielność każdego z nich. Tron miał odtąd przypadać "najdzielniejszemu", a ponieważ sława Lizandra jako "pogromcy Ateńczyków" wciąż była bardzo silna (i to nie tylko w Sparcie) - przeto liczył on, iż współobywatele to właśnie jemu powierzą władzę królewską. Zaczął więc przygotowywać pod to odpowiednią propagandową otoczkę. Pomagał mu w tym sławny mówca - Kleon z Halikarnasu (który układał mu mowy). Ale przede wszystkim Lizander pragnął przekonać do swych planów współobywateli strachem, a najlepiej nadawała się do tego religia, a w szczególności zaś przepowiednie. Niestety, ani Pytia delficka, ani Dodonidzi (kapłani ze świątyni Zeusa w epirockiej Dodonie, którzy notabene słynęli ze swego specyficznego... zapachu, gdyż myli się tylko raz do roku) nie chcieli ułożyć korzystnej dla niego przepowiedni w zamian za złoto. Postanowił zatem Lizander dokonać fałszerstwa, preparując jakoby tajne księgi kapłańskie ze Świątyni w Delfach, których żaden śmiertelnik - prócz bogów lub też ich potomków - nie mógł dotknąć ni ujrzeć na oczy. A umieścił w nich informacje o woli bożej dotyczącej ustroju Sparty i tego, jak - zgodnie z wolą niebios - miał on teraz wyglądać. Aby jednak przekonać do tego współobywateli, należało "tylko" znaleźć jakiegoś boga, który mógłby je publicznie odczytać. Wiadomo jednak że bogowie bywają kapryśni i nie zawsze chce im się uczestniczyć w codziennych sprawach ludzkości. Ci kłótliwi, cudzołożni, małostkowi bogowie nie byli łatwo sterowalni, a poza tym część Greków nie wierzyła w ich istnienie (choć oczywiście nikt się publicznie do tego nie przyznawał z obawy o zarzut ateizmu, który w większości przypadków kończył się wyrokiem skazującym na karę śmierci). Można jednak było czasem wyczytać takie oto "skargi" na bogów, jak ta autorstwa Kerkidasa z Megalopolis: "Jakże można uznawać za bogów tych, co ani słuchu, ani wzroku nie mają? Nawet sam dostojny gromowładny Zeus na najwyższym szczycie Olimpu nieruchomo dzierży swoją wagę i o niczym nie rozstrzyga! A przecież Homer powiada w Iliadzie, że w dniu wyznaczonym owa waga się przechyli i rozstrzygnie na korzyść dzielnych mężów. Dlaczego więc nigdy ku mnie się nie skłoniła ta waga wielce sprawiedliwa?" Inni zaś otwarcie twierdzili w swych poematach (jak choćby Kallimach w epigramach): "Charidasie, co w dole? Gęsty mrok - A wyjście? - Kłamstwo. - A Hades? - Bajka. - Zginęliśmy zatem!" Mimo to, jakiś bóg był wówczas potrzebny Lizandrowi, by wprowadzić w życie jego misterny plany. Co prawda boga "złapać" byłoby ciężko, ale jak to mówią na bezrybiu i rak ryba, może więc być i... syn boży.
 
I akurat Lizander miał szczęście, gdyż dowiedział się że w odległej krainie Pontu, żyje kobieta, która twierdzi iż zaszła w ciążę za sprawą Apollina i utrzymywała że jej syn - o imieniu Sylenos - jest właśnie synem tego boga. Zapewne była to niezwykle inteligentna (lub przebiegła) osoba, gdyż wiele na tym zyskała. Będąc ubogą, nagle znalazła możnych protektorów, którzy zakupili jej dom i zapewnili wygodne życie. Synem jej zaś zaopiekowano się szczególnie, dając mu dobre wykształcenie i ofiarowując wszystko, czego zapragnął (nie wiadomo tylko czy ci, którzy to finansowali, wierzyli w opowieść o "synu Apolla"? Wydaje się jednak że czynili tak powodowani własnym interesem. Któż bowiem mógłby czegokolwiek odmówić człowiekowi, który opiekuje się "synem boga" i przez to zyskuje jego wdzięczność oraz ochronę? A tym bardziej tak sławnego boga jak Apollo). O owym młodzieńcu dowiedział się właśnie Lizander i również postanowił wykorzystać go do własnych celów. Wszystko było już zapięte na ostatni guzik, młodzieniec miał zostać przewieziony do Lacedemonu i opowiadając iż powraca z Delf, odczytać Spartiatom plan reformy ustroju Sparty. Niestety nie doszło do tego, gdyż... zawinił "czynnik ludzki". Człowiek wysłany przez Lizandra by sprowadził Sylenosa nad Eurotas - po prostu przestraszył się kary boskiej, wiedząc doskonale że księgi, które młodzieniec miał odczytać, nie pochodzą z Delf, a są wytworem rąk (zapewne) Kleona i myśli Lizandra. Tak więc nie udało się wprowadzić w życie tego planu (należy jednak przyznać, że ówczesnym ludziom nie brakowało fantazji i pomysłowości w dążeniu do celu). Mimo to Lizander się nie poddawał i gdy tylko wybuchł konflikt między Lokrydą a Fokidą (395 r. p.n.e.), postanowił również i z niego skorzystać dla realizacji własnych planów. Fokida zwróciła się teraz do Sparty z prośbą o wsparcie, a ponieważ graniczyła ona od południowego-wschodu z Beocją - która już zacierała ręce, pragnąc włączyć się w ten konflikt - bardzo obawiała się stamtąd ataku. Eforowie zabronili Beotom podejmowania jakichkolwiek wrogich kroków przeciwko Fokidzie (na której to terytorium leżały zresztą sławne Delfy - miasto boga Apollina, wraz z jego wyrocznią). Beoci jednak mieli gdzieś lacedemońskie zakazy i wielokrotnie wcześniej udowodnili już, że wcale nie zamierzają podporządkować się hegemonii Symmachii Spartańskiej (szczególnie Tebańczycy mieli za złe Lacedemończykom i Ateńczykom, że ci uważali się za "jedynych sprawiedliwych" i często wypominali im, że podczas wojen perskich, gdy ważyły się losy Hellady, Beoci pierwsi podporządkowali się Królowi Królów i nie uczestniczyli w wojnie wyzwoleńczej z innymi Hellenami. Potem, w czasie I Wojny Peloponeskiej z lat 460-445 p.n.e., Ateńczycy zajęli Beocję w 457 r. p.n.e. i okupowali ją przez dziesięć kolejnych lat. W czasie II Wojny Peloponeskiej, toczonej w latach 431-404 p.n.e. Tebańczycy - najsilniejsi spośród Beotów, walczyli u boku Sparty przeciw Atenom i należeli do największych zwolenników ostatecznego zniszczenia Aten. Jednak po 404 r. p.n.e. zmienili front i przyjęli u siebie - wbrew stanowisku Sparty - demokratycznych uchodźców ateńskich. Potem zdecydowanie protestowały na zebraniach Symmachii, przeciw organizowaniu wypraw wojennych na Ateny - w 403 r. p.n.e. i przeciw Elidzie w 400 i 399 r. p.n.e. Ostateczną miarą odpadnięcia Beotów od Sparty, był... zakaz złożenia ofiary króla Agesilaosa w Aulidzie w 396 r. p.n.e. i zniszczenie stosu ofiarnego, poprzez wrzucenie go do morza).
 
 


W Tebach beockich istniały wówczas dwa zwalczające się stronnictwa polityczne - prospartańskie pod przewodnictwem Leontiadesa i proateńskie (co prawda oskarżane było ono o zbytni "attycyzm", ale tak naprawdę nie było proateńskie, a bardziej anty-spartańskie) na którego czele stał Ismenias. To drugie stronnictwo zyskało przewagę po 404 r. p.n.e. i teraz nie zamierzało spełniać poleceń Sparty. Z końcem lata 395 r. p.n.e., Tebańczycy uderzyli na Fokidę. W tej sytuacji Lacedemończycy musieli wypowiedzieć Tebom wojnę. Eforowie wysłali tam Lizandra z jedną armią, z rozkazem oderwania od Teb innych beockich polis, a następnie połączenia sie z drugą armią, prowadzoną przez króla Sparty Pauzaniasza z dynastii Agiadów (Agesilaos pochodził z dynastii Eurypontydów), który szedł okrężną drogą przez przełęcz Kyteronu. Lizander odniósł w Beocji kilka sukcesów (zajął bez walki miasto Orchomenos - które mocno konkurowało z Tebami i ostatecznie zmuszone było im się podporządkować - oraz zdobył Leibadeję). Obawiając się jednak przekazać pełne dowództwo Pauzaniaszowi - jako królowi - pochopnie przyjął bitwę na niekorzystnym terenie pod Haliartos (nie czekając na wsparcie Pauzaniasza i licząc na szybkie zwycięstwo), poniósł jednak klęskę (Beoci uderzyli z dwóch stron, z przodu i z tyłu - od strony miasta) i poległ w tej bitwie (395 r. p.n.e.). Potem jego ciało wykupił Pauzaniasz i pochował przy drodze z Delf do Cheronei, gdzie następnie postawiono mu pomnik (pisał o nim Plutarch). Władze uczciły jego pamięć, a gdy okazało się że jego majątek jest niewielki i córki nie otrzymają odpowiedniego posagu, a co za tym idzie zaręczyny z nimi zostały zerwane - eforowie surowo ukarali tych, którzy tak postapili, twierdząc że poślubić chcieli córki Lizandra, gdy ten żył i gdy myśleli że jest majątny, a gdy okazało się że majątku posiada niewiele, zerwali zaręczyny, co - według eforów - było postępkiem ubliżającym samym bogom. Potem jednak, gdy Agesilaos odnalazł w jego domu plan reformy ustroju Sparty, planowao cofnąć wszystkie przyznane mu pośmiertnie tytuły honorowe, ale efor Lakratydas stwierdził że zasługi Lizandra dla państwa są ogromne, zaś on sam nie jest już w stanie nikomu zagrozić, więc i jego plany nie powinny zostać upublicznione, a pogrzebane wraz z nim. Tak też się stało. Natomiast Pauzaniasz, gdy dowiedział się o idącej na odsiecz Tebańczykom armii ateńskiej pod dowództwem Trazybulosa, wycofał się z Beocji, a gdy oskarżono go przez to o tchórzostwo i zdradę (co oznaczało oczywisty wyrok śmierci), uciekł do Tegei w Arkadii (na Peloponezie), gdzie spędził resztę życia.
 
A tymczasem Agesilaos, po spustoszeniu satrapii Farnabazosa (Paflagonii -czyli wschodniej części Frygii) i po skłóceniu się ze Spiridatesem o łupy (które podwładny Agesilaosa - Herippidas, zabrał w całości do Sparty), przeniósł się na południe, do Efezu, z zamiarem ponownego wyruszenia w pole na wiosnę 394 r. p.n.e. Jednak obawiając się inwazji Beotów, Koryntyjczyków i Argiwczyków na Lakonikę, na początku 394 r. p.n.e. władze Lacedemonu wezwały Agesilaosa do ojczyzny. Po ucieczce Pauzaniasza, nowym królem z rodu Agiadów został syn owego - Agesipolis I, który jednak był za młody, aby osobiście dowodzić armią w polu i w jego imieniu występował inny krewniak - Aristodemos (Agesilaos bardzo szybko podporządkował sobie młodego Agesipolisa m.in. organizując mu homoseksualne orgie). Do sprzymierzonych (Teby, Korynt, Argos, Ateny) bardzo szybko przyłączyli się inni, którym hegemonia Sparty w Grecji zaczęła już ciążyć (Akarnania, Leukas, Ambrakia, Eubea, Związek Chalkidycki) i uskrzydleni zwycięstwem pod Haliartos, rozbili jeszcze spartański garnizon w tessalskim Farsalos i zajęli Fokidę. Lecz potem tracili czas na jałowe dysputy na temat dalszych działań, prowadzone w Koryncie. A tymczasem Lacedemończycy wystawili ponad 26000 armię (z czego 6600 to byli Spartiaci, a reszta to periojkowie i neodomadzi). Strona przeciwna wystawiła armię porównywalną 24000 hoplitów (z czego 5000 Beotów, 7000 z Argos, 6000 z Aten, 3000 z Koryntu i 3000 z Eubei) oraz 1500 jeźdżców. Do bitwy doszło w lipcu 394 r. p.n.e. nad rzeką Nemeą nieopodal Koryntu, która zakończyła się całkowitym zwycięstwem Spartan (Diodor twierdził że poległo wówczas ok. 1100 Lacedemończyków i ponad 2800 koalicjantów). Bitwę wygrał Aristodemos, gdyż Agesilaos jeszcze nie zdążył powrócić do Grecji. Nie mógł płynąć morzem, gdyż flota była potrzebna na wschodzie, gdzie sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli (na Rodos, jeszcze w 395 r. p.n.e. doszło do demokratycznego przewrotu wspieranego przez Persów, a wódz floty Króla Królów - Ateńczyk Konon, znacznie ją rozbudował i gotów był zmierzyć się z siłami niedoświadczonego Pejsandrosa - szwagra Agesilaosa). Szedł więc Agesilaos lądem, przez południową Trację, Chalkidykę, Macedonię i Tesalię (która to opowiedziała się po stronie Tebańczyków). Pobił pod górą Nartakion, próbującą zastąpić mu drogę konnicę Tesalów i już gotował się do ataku na Beocję, gdy przyszła do niego katastrofalna wiadomość. Oto w bitwie morskiej pod Knidos (sierpień 394 r. p.n.e.) jego szwagier poniósł całkowitą klęskę z fenicko-cylicyjską flotą Konona. Ponieważ taka wiadomoś o utracie całej floty, działałaby deprymująco na morale jego żołnierzy, ogłosił więc że to Pejsandros pokonał Persów i wlawszy otuchę w serca hoplitów, ruszył ku Beocji. Tam, pod Koroneą zastąpiły mu drogę siły sprzymierzonych. I po raz kolejny spartańska sztuka wojenna wzięła górę a Agesilaos odniósł świetne zwycięstwo nad przeciwnikiem (miało wówczas polec 600 Tebańczyków, nie licząc Ateńczyków, Argiwczyków, Koryntyjczyków, Eubejczyków i tych z Lokrydy i Ajnanii, oraz ok. 300 Spartan).
 
 


Mimo wszystko jednak cele prowadzonej wojny były mizerne. Co prawda udało się zapobiec atakowi sprzymierzonych na Lakonikę, ale realnie nie rozbito ich sojuszu, zaś Agesilaos zrezygnował z ataku na Beocję i skierował się do Naupaktos w Lokrydzie, gdzie skonfiskował okręty i przerzucił swą armię przez Zatokę Koryncą na Peloponez. Poza tym na wschodzie sytuacja wyglądała katastrofalnie - Konon i Farnabazos odzyskali wszystkie greckie miasta na wybrzeżu, wypędzając stamtąd spartańskie załogi, a miastom obiecując autonomię (co ciekawe, po zwycięstwie pod Knidos - choć oficjalnie sukces ten należało przypisać Persom - Ateńczycy uczcili swego rodaka Konona specjalnym dekretem, nazywając go "Obrońcą Wolności Hellady", co było dość kuriozalnym tytułem, zważywszy że walczył on po stronie Persów. Mimo to nienawiść Ateńczyków i Lacedemończyków była na tyle silna, że nikt nie zwracał uwagi na takie detale). Teraz wojna stanęła w martwym punkcie i obie strony oczekiwały tego, co też nieprzyjaciel uczyni wiosną 393 r. p.n.e.
   
 
 

 
   
 CDN.