Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NIEŚMIERTELNI-NIEZWYCIĘŻENI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NIEŚMIERTELNI-NIEZWYCIĘŻENI. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2025

UMIESZ LICZYĆ, LICZ NA SIEBIE - Cz. I!

CZYLI O TYM, JAK POMAGALI NAM W WALCE Z BOLSZEWICKIM NAJAZDEM ZACHODNI SOJUSZNICY W ROKU 1920





"NIE MOŻE BYĆ WIĘKSZEJ NAUKI POGLĄDOWEJ TEGO, ŻE NA SOJUSZACH POLEGAĆ NIE WOLNO, A TYLKO NA WŁASNEJ SILE"

WŁADYSŁAW GRABSKI 
"IDEA POLSKI"
(1935)


JÓZEF PIŁSUDSKI 
W OTOCZENIU OFICERÓW 
WARSZAWA 
(Jesień 1920)



 Pamiętając wydarzenia roku 1939 (oczywiście "pamiętając" w cudzysłowie 😉), a także obecne wydarzenia toczącej się wojny na Ukrainie, spowodowały, że zacząłem się głębiej zastanawiać nad kwestią pomocy sojuszniczej państw zachodnich dla Polski w roku 1939, a co za tym idzie, doprowadziło mnie to do roku 1920 i tego, co się wówczas wyprawiało w stolicach takich jak Londyn i Paryż (częściowo również Waszyngton) odnośnie wsparcia militarnego czy nawet politycznego walczącej o przetrwanie (a jednocześnie o to, aby Europejczycy na Zachodzie mogli spokojnie wrócić do pokojowego życia po krwawej I Wojnie Światowej i nie musieć doświadczać bolszewickiego terroru) Polsce. Pomoc bowiem państw takich jak Wielka Brytania czy Francja w roku 1920 była... żadna! Mało tego, gdyby ta pomoc była żadna, to i tak byłoby wiele, ale oni wręcz rzucali nam kłody pod nogi, abyśmy się wywalili i żeby jak najszybciej porozumieć się z bolszewicką Rosją i Leninem. Pragnienie powrotu do rozmów z Moskwą, a co za tym idzie do zawarcia traktatu handlowego pomiędzy Wielką Brytanią (jak również Francją) a Związkiem Sowieckim (oczywiście kosztem wszystkich państw które stałyby temu na drodze, w tym Polski) była bardzo silna w Wielkiej Brytanii w tym czasie. Postaram się w tej właśnie serii tematycznej wyjaśnić jak do tego doszło, jak nas mamiono, a wręcz otwarcie... kazano się poddać.


"POLACY NIE TYLKO OKAZALI SIĘ SKRAJNIE GŁUPI, ALE TAKŻE ŚWIADOMIE ZLEKCEWAŻYLI RADY DAWANE IM PRZEZ ALIANTÓW"

PREMIER WIELKIEJ BRYTANII LIOYD GEORGE W ROZMOWIE Z MINISTREM SPRAW ZAGRANICZNYCH RZECZPOSPOLITEJ STANISŁAWEM PATKIEM
LONDYN 
(6 Lipca 1920)


Wręcz trudno uwierzyć w to, do czego dążono i jak bardzo polityka ta była oderwana od rzeczywistości. Większość członków brytyjsko-francuskiej Misji Międzysojuszniczej, wysłanej w końcu lipca 1920 r. do Warszawy (która miała przyjrzeć się polskim przygotowaniom do obrony i w ogóle możliwością tej obrony) była bardzo sceptyczna co do możliwości zatrzymania Armii Czerwonej przez Wojsko Polskie, a niektórzy (jak choćby zaufany człowiek brytyjskiego premiera Davida Lioyda George'a, sekretarz jego gabinetu - baron Maurice Hankey) szczerze nienawidzili Polski.


"... NIE CIERPIĘ POLAKÓW I GARDZĘ NIMI I ŻE NIE WIERZĘ, ABY W DŁUŻSZEJ PERSPEKTYWIE MOŻNA BYŁO ZROBIĆ COKOLWIEK, ŻEBY ICH URATOWAĆ, A WRESZCIE, ŻE WĄTPIĘ, ABY WARTO ICH BYŁO RATOWAĆ. (...) WEDŁUG MNIE, PRĘDZEJ CZY PÓŹNIEJ, WSPÓLNA GRANICA ROSJI Z NIEMCAMI JEST NIEUCHRONNA I ŻE MOIM ZDANIEM POWINNIŚMY ZORIENTOWAĆ NASZĄ POLITYKĘ, NA TO, IŻBY TO NIEMCY, A NIE POLSKĘ UCZYNIĆ MUREM POMIĘDZY WSCHODNIĄ A ZACHODNIĄ CYWILIZACJĄ"

MAURICE HANKEY
DZIENNIK
(17 Lipca 1920)



WŁODZIMIERZ LENIN NA PLACU CZERWONYM W MOSKWIE 
(Wiosna 1919) 



Polityków brytyjskich (a po części również francuskich) bardzo bolało, a wręcz przyprawiało o furię, że pomimo klęsk w lipcu 1920 r. i odwrotu Armii ze Wschodu, Polacy nie kapitulowali, nie prosili o zawieszenie broni, mało tego w Warszawie nie było widać oznak paniki, chociaż front bolszewicki bardzo szybko zbliżał się do stolicy Rzeczpospolitej. Sklepy były otwarte, nawet korty tenisowe były czynne (chociaż w tym czasie prawie nie było chętnych aby z nich skorzystać, gdyż ogromna część młodzieży, a także inteligenci, profesorowie uczelni, masowo zaciągali się albo bezpośrednio do Wojska, albo też do Armii Ochotniczej, którą dowodził gen. Józef Haller). Było to niezwykle dziwne dla dyplomatycznych przedstawicieli obcych państw, łącznie z członkami owej Misji Międzysojuszniczej.


"BRAK WSZELKIEJ PANIKI WŚRÓD SZEROKICH MAS LUDNOŚCI JEST WPROST NIEZWYKŁY"

LORD EDGAR VINCENT D"ABERNON
(Przewodniczący brytyjsko-francuskiej Misji Międzysojuszniczej w Polsce)
DZIENNIK 
(Sierpień 1920)


Również zmiana rządu i usunięcie nieradzącego sobie wybitnie wówczas Władysława Grabskiego, a powołanie rządu Obrony Narodowej z Wincentym Witosem na czele, bardzo wiele zmieniło w początkowo dosyć pesymistycznie nastawionym społeczeństwie i Wojsku (w swoim "Roku 1920" Marszałek Józef Piłsudski tak przedstawiał zachowanie gen. Stanisława Szeptyckiego, który wówczas nie radził sobie zarówno prywatnie, jak i z obowiązkami służbowymi i opisuje go tak: "... okazywał ogromny upadek ducha. (...) Na zebraniu kilku generałów u mnie, w Belwederze, oświadczył mi, że właściwie wojna jest przegrana i że sądzi, iż należy zawierać pokój za wszelką cenę"). Anegdota mówi, że rządowa limuzyna, która zawiozła do Wierzchosławic wysłanników Piłsudskiego, wiozących telegram dla Witosa, powołujący go na urząd premiera, zastała go na polu, gdy właśnie orał zagon pod łubin. Po odejściu od pługa i przeczytaniu wiadomości, Witos powiedział że czym prędzej uda się do Warszawy, ale najpierw musi dokończyć orkę. 24 lipca 1920 r. oficjalnie objął tekę premiera. Nowy rząd wystosował też apele do ludu polskiego, aby gremialnie pomogli chłopi w odparciu bolszewickiej nawały (dotąd bowiem do wojska zaciągali się głównie inteligencji i młodzież, natomiast chłopi robili co mogli aby uniknąć służby wojskowej. Zmieniło się to, po dosyć emocjonalnej przemowie Witosa do ludu:


"OD WAS, BRACIA WŁOŚCIANIE, ZALEŻY, CZY POLSKA BĘDZIE WOLNYM PAŃSTWEM LUDOWYM, W KTÓRYM LUD BĘDZIE RZĄDZIŁ I ŻYŁ SZCZĘŚLIWIE, CZY TEŻ STANIE SIĘ NIEWOLNIKIEM MOSKWY, CZY BĘDZIE SIĘ ROZWIJAĆ W WOLNOŚCI I DOBROBYCIE, CZY TEŻ BĘDZIE ZMUSZONA POD BATEM WŁADCÓW ROSJI PRACOWAĆ DLA NAJEŹDŹCÓW I ŻYWIĆ ICH SWOJĄ KRWIĄ I ZNOJEM. ZA TO, CZY PAŃSTWO NASZE OBRONIMY OD ZAGŁADY, SIEBIE OD JARZMA NIEWOLI, RODZINY NASZE OD NĘDZY, A CAŁE POKOLENIA NASZE OD HAŃBY, ZA TO MY, BRACIA WŁOŚCIANIE, ODPOWIEDZIALNOŚĆ PONIESIEMY I PONIEŚĆ MUSIMY"

WINCENTY WITOS 
"ODEZWA DO LUDU POLSKIEGO"
(6 Sierpnia 1920)



KOMUNIZM W PRAKTYCE 



Zofia Dąbska (żona polityka Polskiego Stronnictwa Ludowego Jana Dąbskiego) tak zanotowała słowa Witosa w swym pamiętniku: "Nie chcąc, jestem wzruszona. Zdaje mi się, że w tym głosie słyszę twardą, poważną mowę ludu polskiego, który długo się waha i zwodzi, ale, jak co postanowi, idzie krokiem twardym i niewzruszonym". Rzeczywiście, sytuacja zaczęła się zmieniać, niechętni dotąd wojaczce chłopi, masowo zaczęli zgłaszać się do wojska (no, może nie masowo, ale w ogromnej liczbie). A tymczasem brytyjscy oficjele z Misji Międzysojuszniczej też nie próżnowali:


"POLSKA JEST NIE DO UTRZYMANIA MIĘDZY NIEMCAMI A ROSJĄ. TRZEBA WYCOFAĆ SIĘ Z WSZELKIEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI ZA JEJ LOS I ZOSTAWIĆ JEGO ROZSTRZYGNIĘCIE WIELKIM SĄSIADOM POLSKI"

MAURICE HANKEY 
(Raport do Londynu) 
(Koniec lipca 1920)


4 sierpnia 1920 r w Londynie premier Wielkiej Brytanii David Lloyd George uroczyście powitał sowiecką delegację na czele z Lwem Kamieniewem i Krasinem, deklarując, że jak będzie trzeba, to wymusi na Polakach zakończenie wojny i przyjęcie sowieckich warunków pokojowych, nawet jeśli doprowadziłoby to do wchłonięcia Polski przez sowiecką Rosję. Nie wszystkim jednak taka uległość wobec Sowietów się podobała. Marszałek polny sir Henry Wilson - szef Imperialnego Sztabu Generalnego, tak oto opisał wymuszone na nim przez premiera uczestnictwo w rozmowach z sowiecką delegacją:


"BYŁEM PRZERAŻONY SPOSOBEM, W JAKI L.G. (LIOYD GEORGE) MÓWIŁ O FRANCUZACH I ODNOSIŁ SIĘ DO NICH PRZED TYMI BANDZIORAMI. A TAKŻE TYM NIEMAL SŁUŻALCZYM NASTAWIENIEM, Z JAKIM ZABIEGAŁ O ROSYJSKIE INTERESY I BYŁ WROGI WOBEC POLAKÓW"

Sir HENRY WILSON
(4 Sierpnia 1920)



DRASTYCZNE ZDJĘCIE 
POLSKI OFICER NABITY NA PAL
PRZEZ BOLSZEWIKÓW 
(1920)



Polska w zamian za zawieszenie broni miała się zgodzić na redukcję swych sił zbrojnych do 50 000 żołnierzy, oraz wydanie Armii Czerwonej wszystkich zapasów broni (uzbrojenie to miało trafić na wyposażenie utworzonej w Polsce sowieckiej milicji ludowej). Polska miałaby się też zgodzić na swobodne przejazd wszelkich sowieckich transportów, co de facto likwidowało jakąkolwiek suwerenność, a nawet niepodległość kraju. Poza tym Kamieniew stwierdzał, że wschodnia granica Polski (jaka granica 🥴) będzie przebiegać na tzw. linii Curzona, czyli mniej więcej dzisiejszej wschodniej granicy naszego kraju z Białorusią i Ukrainą. Ale się nie udało, gdyż Lenin - zbyt pewny swego - ufny w zapewnienia Tuchaczewskiego że Warszawa lada dzień padnie, odrzucał wszelkie proponowane mu coraz bardziej żałośnie, w upokarzającej formie prośby Lioyda George'a o zatrzymanie się Armii Czerwonej na linii Curzona, a wówczas Polacy będą zmuszeni podpisać kapitulację i nowy pokój narzucony przez Moskwę. Gdyby na to poszedł (a zastanawiał się nad tym kilka dni), nasza sytuacja byłaby tragiczna. Stalibyśmy się marionetkowym państewkiem, które wcześniej czy później zostałoby wchłonięte przez Związek Sowiecki. To właśnie pycha i pewność siebie Lenina, ocaliła naszą niepodległość, gdyż w Bitwie Warszawskiej Sowieci dostali takiego łupnia, że nie wiedzieli gdzie uciekać. Cztery armie sowieckie (które już widziały się nie tylko w Warszawie, ale również w Berlinie, a zapewne i w Paryżu, Rzymie czy Madrycie) zostały praktycznie unicestwione. Tak opisywał to wydarzenie młody francuski oficer, członek Misji Międzysojuszniczej - Charles de Gaulle: 


"OFENSYWA ROZPOCZĘŁA SIĘ ŚWIETNIE. GRUPA MANEWROWA, KTÓRĄ DOWODZIŁ SZEF PAŃSTWA, PIŁSUDSKI (...) SZYBKO PRZESUWA SIĘ NA PÓŁNOC. NIEPRZYJACIEL, CAŁKOWICIE ZASKOCZONY WIDOKIEM POLAKÓW NA SWOIM LEWYM SKRZYDLE, O KTÓRYCH MYŚLAŁ, ŻE SĄ W STANIE ROZKŁADU, NIGDZIE NIE STAWIA POWAŻNEGO OPORU, UCIEKA W ROZSYPCE NA WSZYSTKIE STRONY ALBO PODDAJE SIĘ CAŁYMI ODDZIAŁAMI (...) ACH, CÓŻ TO BYŁO ZA PIĘKNE POSUNIĘCIE! NASI POLACY JAK GDYBY PRZYPIĘLI SKRZYDŁA, ABY JE WYKONAĆ; CI SAMI ŻOŁNIERZE, PRZED TYGODNIEM WYCZERPANI FIZYCZNIE I MORALNIE, BIEGNĄ NAPRZÓD, POKONUJĄC DZIENNIE 40-KILOMETROWE ETAPY. DROGI ZAWALONE SĄ GRUPAMI JEŃCÓW W OPŁAKANYM STANIE I RZĘDAMI PODWODÓW ZABRANYCH BOLSZEWIKOM"

CHARLES DE GAULLE 
DZIENNIK 
(17 Sierpnia 1920)





A Bitwa Warszawska była tylko pierwszym ciosem wymierzonym w bolszewickiego gada. Dobicie "czerwońców" nastąpiło dopiero w Operacji Niemeńskiej z września 1920 r. Po czym ponownie Wojsko Polskie odzyskiwało dawne ziemie Rzeczypospolitej, wkraczając chociażby do Mińska (dzisiejszej stolicy Białorusi). Lenin wiedział już że tej wojny nie wygra, poprosił więc o pokój. Potem rozpoczęły się rozmowy pokojowe w Rydze i grupa głupich, ludowo-narodowych posłów zgodziła się na żałosne granice, takie jakie mieliśmy w II Rzeczpospolitej, które to granice były dla nas zabójcze, gdyż brak kordonu sanitarnego w postaci niepodległych państw Ukrainy i Białorusi (połączonych z Polską sojuszem militarnym i politycznym), był tak naprawdę dla nas wyrokiem śmierci, który nadszedł 20 lat później, w roku 1939. Ale to już zupełnie inna historia. 





PS: W kolejnej części (zapewne w dniu jutrzejszym) przedstawię jak to wyglądało krok po kroku, mniej więcej od grudnia 1919 r. Pojawią się też dokładne mapy linii frontu, najważniejszych bitew i operacji roku 1920. Tak cholernie teraz brakuje mi wolnego czasu na pewne osobiste przyjemnostki (takie właśnie jak ten temat), ale postaram się zmobilizować. 😉




CDN.

piątek, 7 czerwca 2024

KRWAWA GRANICA 2.0

GDZIE TERAZ SĄ AKTYWIŚCI, GRUPA GRANICA, OSTASZEWSKIE, STUHRY, A PRZEDE WSZYSTKIM GDZIE JEST AGNIESZKA HOLLAND?




 Przyznam się szczerze że początkowo miałem pominąć ten temat i nawet nie próbować go podejmować. Uznałem bowiem że nie ma sensu pisać o rzeczach które są jak najbardziej oczywiste i które już zostały wypowiedziane tyle razy, a jak na razie nie ma żadnego odzewu i żadnego odzewu też się nie spodziewam - przynajmniej od tego żałosnego rządu. Potem jednak doszedłem do wniosku że głupio tak nic nie powiedzieć, w tym temacie, tym bardziej że - choć staram się oczywiście trzymać je na wodzy - to jednak emocje we mnie pulsują. Pierwotnie bowiem zamierzałem podjąć temat dosyć zabawny, komediowy, rozweselający, no ale w tych okolicznościach oczywiście nie wchodzi to w rachubę. A okoliczności o których wspominam zapewne wszystkim są dobrze znane. W dniu wczorajszym (a w zasadzie to już praktycznie w niedzielę) odszedł z tego świata jeden z żołnierzy strzegących naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, szeregowy (obecnie awansowany na sierżanta) Mateusz Sitek. Młody, 21-letni chłopak, który służbę w Wojsku Polskim rozpoczął w grudniu ubiegłego roku. Zginął pół roku później, zamordowany przez jakiegoś bydlaka (prawdopodobnie z Bliskiego Wschodu), który próbował przedrzeć się przez naszą wschodnią granicę... do Europy, po wysoki i łatwy socjal oraz młode kobiety. Mateusz Sitek został ugodzony nożem, przywiązanym (czy przytwierdzonym) do długiego patyka, który to nóż wcześniej został zanurzony w jakiś fekaliach. Młody żołnierz został dwa razy ugodzony w brzuch i w klatkę piersiową. Trafił do szpitala (najpierw na miejscu tuż przy granicy), a potem przewieziony został helikopterem do Warszawy. Chłopak ("chłopak", Bohater - Obrońca Polskich Granic) jednak nie przeżył nie tyle samego ataku, nie tyle owych ciosów (które być może nie były śmiertelne), ale ponieważ nóż był zakażony, więc wystąpiły powikłania, wdało się zakażenie i realnie nie było już możliwości Mateusza ocalić.




Ale przecież żołnierz musi brać pod uwagę również i taki fakt, że może zostać ranny, lub nawet zginąć, bo taka właśnie jest służba, (nie praca, służba dla Ojczyzny). Problem tylko polega na tym, że nie mamy żadnej wojny, bomby nie spadają nam na głowę, a żołnierze nie muszą ryzykować bezpośrednio własnego życia po to tylko, aby odeprzeć agresję nieprzyjaciela (przynajmniej oficjalnie oczywiście). Realnie jednak jak wiadomo, od sierpnia 2021 r. mamy destabilizację naszej wschodniej granicy na odcinku z Białorusią, gdyż setki a nawet tysiące ściągniętych tam przez reżim Łukaszenki szuszfoli, pragnie przejść przez nasz kraj głównie po to, aby dostać się na Zachód (głównie do Niemiec). Czyli ewentualność utraty zdrowia sytuacji atak (i to niekoniecznie ataku z udziałem noża, ale chociażby zaostrzonego patyka którym można uszkodzić oko) jest więc bardzo duże, również duża jest ewentualność utraty życia jak widzimy w przypadku pana Mateusza Sitka. Ale czy możemy mieć pretensje do ludzi którzy (wyszkoleni przez służby specjalne Białorusi, a z pewnością i Rosji), zaprawieni w walkach (chociażby w Afganistanie), starają się sforsować tę granicę, nie patrząc na konsekwencje, tym bardziej jeśli z naszej strony tych konsekwencji nie ma żadnych. I właśnie nad tym chciałbym się teraz pochylić, bo tak naprawdę to nie jakiś muzułmański bandyta odebrał życie Mateuszowi Sitkowi - naszemu Bohaterowi, to nawet nie nóż ani ów patyk którym go dźgnął odebrał Mu życie. Nie! Życie odebrali młodemu żołnierzowi nasi politycy, a szczególnie obecna ekipa - która jeszcze do niedawna otwarcie hańbiła polski mundur i mieszała Polskich Żołnierzy - naszych Obrońców Granic... z gównem (bo już nawet nie z błotem). To tę ekipę wspierali pseudo-celebryci, pseudo-artyści, wszelkiej maści pajace, hochsztaplerzy i cwaniacy. To pan Frasyniuk - "legenda" Solidarności, który ponoć był takim kozakiem, że nie można go było złapać i komuniści mieli problem ze schwytaniem pana Frasyniuka bo tak się dobrze ukrywał (😂). Tylko jakimś cudem Kiszczak stwierdził jeszcze w 1988 czy 1989 roku że z Frasyniuka jest większa korzyść gdy przebywa na wolności, niż gdyby siedział w więzieniu, ale jeśliby chcieli, to nawet godziny dłużej nie byłby on wolny. I ta "legenda" śmiała dwa lata temu obrażać naszych żołnierzy, ten marny człowieczek o mentalności żula śmietnikowego śmiał pluć na mundur Żołnierza Wojska Polskiego. Niech on się cieszy (on i wszyscy jemu podobni) że żyjemy w takim państwie z kartonu, jakim jest III RP, bo gdybyśmy się cofnęli do lat 30-tych, to taki Frasyniuk na drugi dzień po tej swojej wypowiedzi, trafiłby do Brezy, gdzie miałby czas troszeczkę zastanowić nad swoim życiem (w 1930 r aresztowany poseł Libermann - a był to człowiek ideowo zbliżony do komunizmu, choć sam komunistą nie był - w drodze do więzienia w Brześciu nad Bugiem, eskortujący go strażnicy zatrzymali auto, wyciągnęli pana posła na zewnątrz gdzieś w otwartym polu i... kazali mu całować polską ziemię, na którą wcześniej pluł (bo i takie jego sejmowe mowy się zdarzały). Niestety ale w tym przypadku uważam że nie ma innego wyjścia (i możecie mnie nazywać zamordystą czy totalitarystą, mam to gdzieś, powiem nigdy takowym nie byłem i nie będę), lecz jeśli do pewnych ludzi nie dotrą słowa, które tłumaczą im że działają przeciwko interesowi Państwa Polskiego i naszego Narodu, i dopiero wtedy, jak taki jeden z drugim dostanie w ucho, to zastanowi się nad swoim postępowaniem i dojdzie do wniosku, że to co czynił było niewłaściwe. Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękoma, choć nie są one moje, a wypowiedziane zostały przez Marszałka Piłsudskiego.

Inną sprawą jest jakość naszych celebrytów. Przecież to co mamy obecnie, to jest jakiś totalny chłam (i nie mówię tutaj o Opolach czy Eurowizjach - czego nie oglądam już od lat). Mówię o jakości, o tym z jakiego budulca ulepieni zostali współcześni celebryci, w porównaniu chociażby do ludzi zajmujących się kulturą i sztuką sto lat wcześniej. Pokażcie mi bowiem takich aktorów jak Eugeniusz Bodo, Adolf Dymsza, Jan Kiepura, Jadwiga Smosarska (w 1932 r. odrzuciła kontrakt w Hollywood bo nie chciała wyjeżdżać z Polski), Ina Benita, Loda Niemirzanka czy Nora Ney. A kogo mamy dzisiaj, panią Jandę (która czuje się jakby ciągle na nią oddawano kał), panią Kurdej-Szatan, Kayah, Wojewódzkiego, Zelta, Żebrowskiego? Powiem kolokwialnie bez jaj. Widać już oficjalnie jak ogromna różnica jakościowa dzieli nas współczesnych, od ludzi, którzy żyli 90, 100 lat temu. I ci wszyscy pseudo-celebryci i pseudo-artyści chórem (jakby ktoś na nich oddawał kał) pluli na polski mundur i polskich Obrońców Granic. I wszyscy oni oczywiście gremialnie (jak banda lemingów) wspierali reżim Donalda Tuska. Pan Sterczewski robił z siebie błazna na granicy biegając z reklamówkami, Filip i Flap - czyli Joński i Budka przynosili pizzę, albo jakieś inne zupki. Pani Jachira (to też jest modelka) konsekwentnie opluwała nie tylko polskich żołnierzy, ale również Polaków jako takich i polskie wartości oraz symbole niesławny: "Bób, hummus, włoszczyzna"). No i oczywiście pani Agnieszka Holland, spiritus movens całej obecnej sytuacji, autorka antypolskiego gniota pod tytułem "Heimkehr" "Zielona granica", w którym przedstawiła Żołnierzy Straży Granicznej i Wojska Polskiego jako... bandytów, po prostu bandytów. Wszyscy ci celebryci (bez wyjątków) mają teraz krew na rękach 21-letniego żołnierza Mateusza Sitka.








Ale to co rzeczywiście może człowieka wyprowadzić z równowagi, to jest fakt, iż przy tym rządzie (za PiS-u, ale nie sądzę żeby były aż tak drastyczne zakazy) zarówno Żołnierze Wojska Polskiego jak Straży Granicznej i Policji mają realnie związane ręce, gdyż nie mogą użyć broni palnej... nawet we własnej obronie. Aresztowanie z końcem marca tego roku dwóch żołnierzy Wojska Polskiego, którzy zmagając się z pięćdziesięcioosobowym tłumem migrantów oddali strzały ostrzegawcze najpierw w powietrze, a następnie pod nogi tych bandytów (oczywiście nikogo nie raniąc) zostali wyprowadzeni znad granicy w kajdankach na rękach przez żandarmerię wojskową podległą oczywiście pod pana "tygryska" Kosiniaka-Kamysza. Żołnierze ci zostali pozostawieni sami sobie, ponieważ partyjne wojsko (a szczególnie kadra oficerska, która woli przymilać się do polityków niż pielęgnować etos oficera Wojska Polskiego i przede wszystkim dbać o własnych żołnierzy) pozostawiła ich zupełnie samych, nawet nie zapewniając im adwokata i gdyby nie zbiórka wśród samych żołnierzy znad granicy, to do dzisiaj ta dwójka siedziałaby w areszcie. Co ciekawe śmierć Mateusza Sitka nastąpiła właśnie w tym miejscu, w którym ponad dwa miesiące wcześniej zostali aresztowani dwaj żołnierze Wojska Polskiego, i teraz powstaje pytanie: Mateusz Sitek zginął dlatego, że nie chciał mieć problemów z prawem, nie chciał zostać wyprowadzony w kajdankach przez żandarmerię wojskową podległą głupim politykom, którzy boją się że im słupki poparcia spadną (szczególnie teraz, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego). Skoro tak, to jedyne co mógł zrobić to dać się zabić! Ewentualnie uciekać lub odwrócić się w inną stronę i nie patrzeć jak bandyci przekraczają nasze granice, ponieważ żołnierz Wojska Polskiego, Straży Granicznej i Policjant realnie na granicy jest tylko marionetką i stoi tam po to, żeby politycy mogli powiedzieć że coś robią. Żeby pan "tygrysek" Kosiniak-Kamysz wyszedł na konferencję prasową i powiedział w blacków fleszczy: "stoimy murem za polskim mundurem". Doprawdy? Tygrysku, kiedy ty stałeś murem za polskim mundurem? Przecież ty nawet w wojsku nie byłeś, a jesteś ministrem Obrony Narodowej. To jest kpina, to jest naplucie żołnierzom w twarz, mało tego to jest naplucie w twarz nam wszystkim.

Ja widzę w tym momencie tylko jedno wyjście z całej tej sytuacji, które i tak będzie tylko połowicznym rozwiązaniem sprawy, ale od czegoś trzeba zacząć. Natychmiastowa dymisja Kosiniaka-Kamysza, Bodnara (czyli takiego tuskowego prokuratora Wyszynskiego) i oczywiście na końcu sam sprawca całych tych nieszczęść naszej Ojczyzny, które niestety nie omijają nas od grudnia zeszłego roku, czyli Donalda Tuska - pełniącego obecnie funkcję premiera rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Następnie wszystkich tych prokuratorów wojskowych, którzy stali za aresztowaniem owych dwóch żołnierzy na granicy, wysłałbym bez broni (po co im broń? i tak nie mogą jej użyć) bezpośrednio na granicę żeby zobaczyli jak to jest, jak masz do czynienia z hordą agresywnych bandytów, którzy chcą się dostać do twojego kraju i uczynią to bez względu na środki (tym bardziej jeśli wiedzą - a wiedzą doskonale - że Wojsko Polskie nie może nie tylko do nich strzelać, ale nawet interweniować w żaden zdecydowany sposób, który może zostać potem odebrany jako przekroczenie uprawnień). Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i ciekawe co zrobili by ci świntojebliwi prokuratorkowie, gdyby bandyta z nożem na kiju zamoczonym w fekaliach zbliżyłby się do nich z zamiarem zadania śmiertelnego ciosu. 

To tyle na dzisiaj. To co leżało mi na sercu, napisałem i tak jeszcze się zastanawiam, w zasadzie po jakiego grzyba potrzebni nam są politycy? Przecież oni nie generują żadnego dobra, niczego nie tworzą a jeśli już to durne ustawy które mają nam albo odebrać pieniądze w postaci nowych podatków, albo wprowadzić jakieś inne durnoty administracyjne które też mają nas wydoić z kasy lub też uczynić z nas powolnych i posłusznych, grzecznych niewolników, którzy chodzą na wybory wtedy kiedy się im każe, a poza tym siedzą cicho i wykonują polecenia swoich panów (pamiętacie Kochani zakaz wejścia do lasów w czasie "pomoru" - ja pamiętam). Oczywiście nie oznacza to że nie powinniśmy mieć przywódców, liderów - owszem (których my sami wybierzemy i których będziemy mogli odwołać jeśli nie spełnią naszych oczekiwań), ale politycy jako grupa zawodowo-społeczna są nam potrzebni jak przysłowiowy zeszłoroczny śnieg. Przyznam się szczerze że już nie mogę patrzeć na niektóre twarze z tak zwanego politycznego ogródka i staram się naprawdę przynajmniej neutralnie myśleć o tych ludziach, choć nie jest to wcale łatwe. Pytanie tylko czy przez walkę o słupki poparcia dla takich panów jak Tusk, Bodnar i Kosiniak-Kamysz oraz całej masy tego tałatajstwa które siedzi za biurkami i nigdy nie wąchało nawet prochu, będą ginęli kolejni żołnierze Wojska Polskiego, Straży Granicznej Policji?


PS: w Niemczech również zmarł policjant, który został dźgnięty nożem w plecy przez migranta. Pewnie też nie miał prawa użyć środków przymusu bezpośredniego. Cóż, niestety ale przez polityczną poprawność, głupotę politruków i jeszcze większy debilizm aktywistów wszelkiego typu, popłynie jeszcze wiele krwi niewinnych osób.






niedziela, 15 października 2023

KU PAMIĘCI!

CI, KTÓRZY NIE ZNAJĄ HISTORII, ZMUSZENI SĄ DO JEJ POWTARZANIA

  
"Strzeżcie Ojczyzny jak strzegły jej pokolenia, które przed nami żyły.
Strzeżcie, gdyż ktoś obcy, może jedynie na nowo nas zniewolić.
Ta ziemia droga była tym, którzy za nią oddawali swe życie.
Jesteśmy Im winni pamięci i trwania, że Słowianin zawsze Ojczyznę kocha nad życie...".







"Pragnę wam dziś przekazać tego ducha, ogarniając sercem z najgłębszą pokorą to wielkie "bierzmowanie dziejów", które przeżywacie.
I dlatego - zanim stąd odejdę, proszę was, abyście całe to duchowe dziedzictwo, któremu na imię Polska, raz jeszcze przyjęli z wiarą, nadzieją i miłością
- taką, jaką zaszczepia w nas Chrystus na chrzcie świętym,
- abyście nigdy nie zwątpili i nie znużyli się, i nie zniechęcili,
- abyście nie podcinali sami tych korzeni, z których wyrastamy. Proszę was:
- abyście mieli ufność nawet wbrew każdej waszej słabości, abyście szukali zawsze duchowej mocy u Tego, u którego tyle pokoleń ojców naszych i matek ją znajdowało,
- abyście od Niego nigdy nie odstąpili,
- abyście nigdy nie utracili tej wolności ducha, do której On wyzwala człowieka,
- abyście nigdy nie wzgardzili tą Miłością, która jest największa, która się wyraziła przez Krzyż, a bez której życie ludzkie nie ma ani korzenia, ani sensu. Proszę was o to…"





"NASZEGO ŚWIATA JUŻ NIE MA"

"ALE MY JESTEŚMY!"








DZIĘKUJĘ I ŻYCZĘ WSZYSTKIM MIŁEJ I SPOKOJNEJ NIEDZIELI

środa, 21 czerwca 2023

W ODPOWIEDZI!

ZGNILIZNA POLSKIEJ RADYKALNEJ PRAWICY JEST WPROST NIEPRAWDOPODOBNA




 Niestety znów muszę wrócić do tematu szurii, czyli całej tej żałosnej, totalnie (jak widać) zinfiltrowanej przez Moskwę polskiej radykalnej prawicy (jeśli tak to środowisko w ogóle można nazwać, bo ono samo tak próbuje się nazywać). Przyznam się szczerze że dotąd nie sądziłem iż poziom zidiocenia wśród ludzi - którzy oficjalnie zwą się polskimi patriotami - jest tak ogromny. Ponieważ ja jednak nigdy do żadnych tego typu organizacji nie należałem i nie miałem z nimi większej styczności, przeto moja świadomość była nieco idealistyczna i nie myślałem że to wszystko poszło w tak groźną stronę. Teraz widać że w środowiskach radykalnej prawicy jest mnóstwo ludzi, którzy deklarują się jako jawni stronnicy Moskwy, i to już nawet nie chodzi o kwestie wojny na Ukrainie, tu chodzi o kwestie polskiej suwerenności a nawet niepodległości. Ponieważ ja sam ponad dwadzieścia lat temu z pewnością nie nazwałbym się człowiekiem prawicy (i dziś również się tak nazwać nie mogę, ponieważ byłby to błąd poznawczy), wtedy bowiem miałem jakieś dziwne zauroczenie lewicowością, pamiętam jak czytywałem urbanowskie "Nie", "Wyborczą" czy inne temu podobne pisemka. Wtedy jednak szukałem zapewne jakiejś własnej drogi, choć przyznać się muszę że zawsze bliżej mi było do lewicy niż do prawicy. Potem zrozumiałem że lewicowość dobra jest dla młodych umysłów i w pewnym sensie kształtuje charakter, uczy wrażliwości społecznej, ale trzeba też wiedzieć kiedy z tego wyjść, bo to jest na dłuższą metę trucizna (to tak samo jak z solą, poprawia smak kiedy stosuje się ją do potraw, ale jeśli mielibyśmy zjeść całe opakowanie soli to byśmy tego nie przeżyli gdyż jest to trucizna). Dobrze jest być lewicowcem za młodu, kiedy się jeszcze wierzy w pewne ideały, ale z czasem trzeba wychodzić z tego, bo inaczej utoniesz w tym środowisku. Dla mnie cezurą ku temu był stosunek lewicy do komunizmu, Armii Czerwonej, Związku Sowieckiego a przede wszystkim do Polskiej Tradycji Niepodległościowej która była albo traktowana po macoszemu, albo zakłamana. Ale prawdopodobnie przeważył stosunek do Żołnierzy Niezłomnych, który na lewicy przecież nie mógł być inny niż był i niż jest do tej pory.

Tak więc nie jestem lewicowcem (i całe szczęście). Ale też nie uważam się za prawicowca, tym bardziej gdy patrzę na to, co się dzieje po tak zwanej prawej (radykalnej) stronie polskiej sceny politycznej (a nawet nie tylko politycznej, gdyż szuria mimo wszystko jeszcze do polityki ma dosyć daleko). Jestem zatem i pozostanę już człowiekiem środka, choć może bardziej dokładnie nazwałbym się zwolennikiem ponownej sanacji państwa polskiego. Przeglądając najróżniejsze fora (zarówno lewicowe jak i prawicowe) doszedłem do wniosku, że ci ludzie - mimo oficjalnych różnic które je niby dzielą - że im jednak do siebie jest bardzo blisko, szczególnie radykalnej lewicy i radykalnej prawicy. Zauważyłem, że tam jest nieprawdopodobna tendencja do niszczenia dorobku Polskiej Tradycji Niepodległościowej, szczególnie zaś do atakowania idei twórcy państwa polskiego, które po 123 latach (a realnie 150) ponownie pojawiło się na mapie Europy - czyli Marszałka Józefa Piłsudskiego. Na forach lewicowych spotkałem się z nieprawdopodobną wręcz ojkofobią (oczywiście nie dotyczyła ona w stu procentach ludzi którzy mają poglądy lewicowe, ale jednak jest to bardzo odczuwalne w tamtym środowisku i wręcz nie dałoby się - tak czuję - porozumieć z tymi ludźmi w żaden sposób, nawet wówczas gdy mówimy tym samym językiem (pamiętam kiedyś Tadeusz Drozda śpiewał taką piosenkę, zapamiętałem jedną ze zwrotek:  "Ja mam trzy córki, pan ma syna, dla nich to jeszcze puste słowa, im wszystko jedno gdzie przyczyna, czy jest odnowa czy budowa. Załatwmy to, nim zaczną gadać i patrzeć na nas bykiem, czy to tak trudno się dogadać mówiąc tym samym językiem?). Tak więc ludzie o mentalności postkomunistycznego betonu, wyznający dla zasady (albo dla innych korzyści) "nowoczesne", współczesne ideologie, to dla mnie środowisko totalnie obce i wręcz nieprawdopodobnie odległe, a wręcz wrogie.

Ale na tak zwanej prawicy szuria jest równie potężna i jej nieprawdopodobne wręcz zapatrzenie się w stronę Moskwy sugeruje że to nie są ludzie, którzy - wbrew ich własnym deklaracjom - mają jakiekolwiek patriotyczne cele i dla których polskość jest ideą samą w sobie (idą Wolności, suwerenności i Człowieczeństwa, bowiem w wielu przypadkach - a śledzę dzieje różnych krajów i narodów - nie spotkałem się z takim umiłowaniem zarówno Wolności jak i zwykłej ludzkiej Godności i prawa do Szczęścia, które przecież też w naszym narodzie jest bardzo silne, a które niestety przez ostatnie ponad 300 lat było nam skrupulatnie odbierane). Ci ludzie z tak zwanej prawicy, ze środowisk które na ustach mają Boga i Ojczyznę, które deklarują na każdym kroku swoją polskość, ci ludzie są gotowi widzieć Polskę już nawet nie tyle jako kraj mały i słaby w typie prl-u, ale wręcz jako nowy model Królestwa Kongresowego podczepionego pod Moskwę. I to nie są żarty. Wśród tzw. środowiska "kamratów" - czyli tych wszystkich ... ... związanych z Olszańskim/Jabłonowskim czy Jabłonowskim/Olszańskim, a także z "polskim ruchem antywojennym" Sykulskiego, żywo produkującym się na Twitterze, rzuciła mi się w oczy kolejna postać (niestety jedna z wielu) którą nazwać szurem to byłoby zbyt słabe określenie, bo ten człowiek (a jest to pan o imieniu "Marian Konarski") już jawnie pragnąłby podporządkować Polskę Moskwie i wszystko pozostałe (wojna na Ukrainie, jak również jakiekolwiek działania międzynarodowe Polski) służą tylko temu celowi. Nie chciałbym się tutaj szczególnie rozpisywać o nim, gdyż przykład tego pana traktuję tylko jako wzór pokazujący tendencję, która niestety jest bardzo silna w środowiskach radykalnej polskiej prawicy - nieprawdopodobnej i dla mnie totalnie niezrozumiałej rusofilii, a nawet wręcz wrogości do wszystkiego co byłoby związane z Polską Niepodległością, która (tak wyszło w historii) często była skierowana przeciwko imperialnym planom moskowi.

Moje oburzenie (choć może powinno się takie poglądy i środowiska zwalczać na zimno, bez emocji), spowodowały szczególnie dwa tweety tego pana, pierwszy w którym pisze tak: "Często czytam że pozbawiono nas, Polaków, elit. Jakich niby elit nas pozbawiono? Sanacyjnych? To były elity? Elitą narodu są ludzie nieprzekupni, brzydzący się nepotyzmem i tumiwisimem , o różnym statusie wykształcenia i majątkowym. Przedkładający przetrwanie Narodu nade wszystko". I drugi, w którym pisze: "Moim zdaniem większość Polaków którzy zostali fajno i ukro poliniakami zrezygnowała z jakiejkolwiek suwerenności gdyż zrozumieli że likwidując PRL zlikwidowali Polskę. Państwa nie da się reaktywować będąc w UE i NATO. Powrót do statusu Królestwa Polskiego może uratować Polaków". Co ten kamrat zatem nam sugeruje? Otóż pisze on że tak naprawdę nic się nie stało, co prawda wybili nam okupanci jakieś tam elity, ale to nie były polskie elity, tylko jakieś sanacyjne, wiecie, nie wiadomo jakie na pewno gorsze, bo to nie były elity o mentalności moskiewskich pachołków. A tak w ogóle to nic się nie stało, bo te śmierci otworzyły drogę pod budowę nowej Polski która przecież też była naszą ojczyzną - no bo jakże inaczej? Ta nowa Polska była naszą ojczyzną może nawet bardziej niż tamta, sanacyjna Polska, bo tamta była zbyt suwerenna, zbyt niepodległa, zbyt polska. A to się nie może przecież podobać ludziom o mentalności kacapskich spierdolin.
 





Dlatego też powinniśmy powrócić do prl-u a może nawet i do Królestwa Kongresowego, tego żałosnego, kaleckiego państewka, które istniało realnie 16 lat (1815-1831) a potem to już była tylko męka pod moskiewskim knutem. Tak więc dla kamratów (i tego pana Konarskiego) te wszystkie powstania, ta krew przelana w obronie wolności i niepodległości była na marne, bo Polacy powinni się zrusyfikować, podporządkować, powinni być wiernymi poddanymi cara wszechrusi czyli wszechtyrana rodzaju ludzkiego. Niedoczekanie wasze szczekające pieski zdychającej kacapi.



POWSTANIE LISTOPADOWE
(1830-1831)






POWSTANIE STYCZNIOWE
(1863-1864)






A WRESZCIE 
LEGIONY
I ODRODZENIE POLSKI
(1914-1918)




I TRIUMF NAD PARSZYWYM RUSKIM BOLSZEWIZMEM
(1919-1920)





Warto o tym pisać i mówić, ponieważ toksyczne środowisko polskiej radykalnej prawicy jest w stanie (szczególnie młodym ludziom) robić mętlik w głowie i prowadzić ich niczym na carskim powrozie - ku nowej moskiewskiej niewoli. Dlatego jeszcze chciałbym przypomnieć co w dwudziestą rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości pisano w Ilustrowanym Kurierze Codziennym (czyli w słynnym IKC-u) z 11 listopada 1938 r. w artykule pod znamiennym tytułem:



"TRZY POKOLENIA PATRZĄ NA ODRODZONĄ POLSKĘ"


Gdy w przeddzień Święta dwudziestolecia niepodległości głośniki radjowe przekazały audycję szkolną dla dzieci z okazji tego pamiętnego dnia - uprzytomniliśmy sobie prawdę pozornie jasną, a nawet banalną, o której w gruncie rzeczy myślimy tylko rzadko i z której nie umiemy nieraz wyciągać praktycznych konsekwencyj. Prawda ta powiada, że w polskich szkołach powszechnych, średnich a częściowo i nawet na wyższych uczelniach kształci się pokolenie, które urodziło się już w niepodległej Polsce.

Niema zaś wogóle wśród młodzieży kończącej studja już rocznika, który mógłby pamiętać okres wojny światowej. Pojęcie niewoli, obcej władzy w Polsce, najezdniczego munduru, jest dla tej dorastającej Polski czemś obcem, w gruncie rzeczy mało …prawdopodobnem.

O moskiewskich satrapach, o pruskich pikelhaubach, czy austrjackich zaborcach czytają ci nasi młodsi bracia i synowie, tak jak my czytaliśmy o wypadkach historycznych, luźno już tylko związanych z przeżywaną historją współczesną.

Nie chce się wierzyć, ale w rzeczywistości przecież jest tak, że także dla odbywających obecnie czynną służbę wojskową roczników nawet wojna polska z roku 1920 jest… zamierzchłą historją. Ci bowiem żołnierze Rzeczpospolitej, którzy dzisiaj defilować będą na ulicach miast polskich, reprezentując siłę zbrojną wskrzeszonego państwa polskiego, mieli w roku wojny polsko-bolszewickiej trzy, cztery, pięć a najwyżej sześć lat. Dla nich w gruncie rzeczy niema wielkiej różnicy pomiędzy cudem nad Wisłą (1920) a odsieczą Wiednia (1683) czy bitwą pod Kircholmem (1605). Tu i tam pokonali Polacy - ich przodkowie - przemoc wroga. Sami nie pamiętają ani jednego, ani drugiego. Historją dla nich jest Batory pod Pskowem (1581-82), historją Jan III pod Wiedniem, historją Piłsudski pod Warszawą czy Wilnem.

Tak więc najmłodsze, najbardziej prężne elementy, Polska ucząca się i Polska w żołnierskim mundurze, nie jest już obciążona schorzeniami psychicznemi, jakie przynosi z sobą niewola. Umie ona patrzeć na świat bardziej radośnie, bardziej zdobywczo; niema w niej śladu z kompleksu niższości. Jest to pokolenie, które mogłoby być pokoleniem znacznie silniejszem od nas, gdyby tylko umiało odnaleźć swą właściwą drogę i gdyby pokolenie starsze, pokolenie walki o Polskę, pokolenie wielkiego przełomu umiało tą młodzieżą pokierować.

Spójrzmy teraz na starsze pokolenia, czyli na tych, co już odeszli i po prostu spójrzmy na siebie samych. Ludzie znajdujący się dziś między czterdziestym a siedemdziesiątym piątym rokiem życia mieli w 1918 r. od lat dwudziestu do lat pięćdziesięciu pięciu. Byli więc wówczas młodzieżą i pokoleniem średniem; starsza część tej grupy ludzkiej kierowała już życiem publicznem, młodsza stała z bronią w ręku w różnych okopach, pod własnym i obcym sztandarem, zdążając poprzez krwawy odmęt ostatnich miesięcy wojennych ku jednemu celowi: ku Polsce niepodległej, która ziściła się w pamiętne listopadowe dni tej wielkiej jesieni ludów, która stała się powrotną wiosną Polski.

Wtedy to obok nas, obok ówczesnej młodzieży i "średniaków", tłoczyła się na ulicach Polski w kościołach na dziękczynnych nabożeństwach i w salach, w których odbywały się pierwsze w wolnej Polsce zebrania polityczne - ówczesna starsza Polska. Ówczesne pokolenie ludzi starszych i starców: nasi ojcowie i nasze matki lub starsi bracia najstarszych z pośród nas. Dziś niema ich już na świecie. Kości ich spoczęły na cmentarzach i odwiedzaliśmy je niedawno w Dnie Zaduszne. Było to może najszczęśliwsze polskie pokolenie, pokolenie, które wyrosło w niewoli, marzyło o wolności i w swym wieku męskim kładło pozytywne podwaliny pod przyszłą wskrzeszoną Ojczyznę, pokolenie, które jeszcze własnemi oczyma widziało wolną Polskę i zmarło w ekstazie radosnej.

Wówczas w roku 1918 ludzie ci płakali z radości na ulicach. Pamiętamy ich przecież, jak padali sobie w objęcia, jak nieprzytomni ze szczęścia pokazywali sobie wzajemnie polskie mundury i polskie orły na urzędach. Było to jednak już wówczas pokolenie odchodzące, które nam, młodszym, jako testament zostawiało rok po roku, w miarę topnienia własnych szeregów, jeden tylko nakaz:

Umiejcie w Polsce tak żyć, jak umieliście o Nią walczyć; nie zakłócajcie nowego polskiego domu waśniami, kłótniami, które z chwilą wskrzeszenia Polski stają się czemś przebrzmiałem, odnajdźcie nową polską prawdę, prawdę miłości i jedności w waszych sercach. Starzy pomarli, młodzi dojrzewają, a my, my, pokolenie dziś już ludzi w średnim wieku i ludzi starych, mamy w dwudziestolecie Niepodległej Polski odpowiedzieć sobie na pytanie: czy spełniliśmy swój obowiązek? Bo przecież my, a nie ludzie w roku 1918 siwi ani też ludzie, którzy wtedy bawili się w piasku, odpowiadamy za historyczny dorobek ubiegłych lat 20-tu.

Rachunek ten nie wypada najgorzej. Przez tych lat 20 odbudowaliśmy zniszczony kraj, obroniliśmy go zaraz w zaraniu niepodległości od wrogów na wszystkich granicach, położyliśmy fundamenty pod mocny ustrój wewnętrzny wcześniej niż to uczyniły inne narody i państwa, a dzięki Opatrzności, która na przełomie dziejów dała nam Wielkiego Wodza i Nauczyciela, przetrwaliśmy wszelkie burze dziejowe ostatniego dwudziestolecia jako organizm nie tylko zdolny do życia, ale i do walki. Samo niemal dwudziestolecie uczciliśmy przyłączeniem Zaolzia, odwiecznego klejnotu rodzinnego wszystkich ziem polskich.

W ubiegłą niedzielę sporządziliśmy taki bilans naszego dorobku na kilkunastu kolumnach "Kuryera". Przed oczyma czytelnika przewijała się praca naszej dyplomacji i wojska, dorobek naszej gospodarki, nasza praca kulturalna i wychowawcza. Z uczuciem słusznej dumy patrzyliśmy na fotografje odzwierciedlające rozwój naszych miast, powstanie Gdyni, czy tworzenie się COP-u. Z radością bezmierną patrzyliśmy na różnice pomiędzy źle umundurowanymi, licho uzbrojonymi oddziałami z roku 1918, a potężną zmotoryzowaną armią z roku 1938, wkraczającą na odzyskane Zaolzie.

Nie zamierzamy więc dziś w generalnym skrócie powtarzać raz jeszcze tego, co już powiedziano. Chcemy bowiem popatrzeć w dzisiejszych rozważaniach na Polskę w roku 1938 nie od strony dzieł dokonanych, nie od strony dorobku materjalnego, czy nawet nie od strony trwałych osiągnięć kulturalnych - ale od strony żyjącego na ziemi polskiej człowieka, jako podmiotu działań historycznych. I tu wróćmy znowu do trzech pokoleń i do konsekwencyj, jakie z porównania tych trzech pokoleń wysnuć trzeba. Mówiliśmy o naszej młodzieży, która jest u bram życia publicznego i która już nie pamięta niewoli. Wspomnieliśmy o pokoleniu, które będąc w chwili odzyskania wolności pokoleniem schytkowem, zostawiło nam testament zgodnej, uczciwej, wspólnej pracy dla Polski.

A jakiem właściwie pokoleniem jesteśmy duchowo my, owa młodzież i owi "średniacy" z roku 1918?, my istotni czynni gospodarze Rzeczypospolitej przez ostatnich lat 20? Jesteśmy pokoleniem przełomu, pokoleniem walki orjentacyjnej, pokoleniem największego skłócenia o wizję przyszłej Polski i o sposób jej urządzania. Dokonaliśmy wspólnie wielu rzeczy, przeszliśmy, borykając się wzajemnie, szmat życia. Wypaliło się z nas po drodze wszystko, co najlepsze, a zostały - dawne kwasy, spory przeszłości, dawne porachunki, dawne - jakże dziś śmiesznie nieaktualne - spory o zasługi historyczne, dawne - jakże już dziś dziwaczne - linje podziału. Wszystko to ciąży na nas, ale ciąży także na życiu Polski.

I jeszcze jedno powiedzmy - może na usprawiedliwienie przed samymi sobą. Życie jest inne, aniżeli wyśnione ideały. Musi być inne. W czasie niewoli idealizowaliśmy sobie przyszłą wyśnioną Polskę. Gdy marzenie stało się ciałem, musiało nas spotkać niejedno rozczarowanie. Dla młodych, wchodzących dopiero w życie, takie borykanie się z losem, z ułomnościami natury własnego społeczeństwa, takie pojawienie się życiowych zmarszczek na obliczu ojczyzny - jest czemś samo przez się zrozumiałem. Dla nas każde takie najmniejsze rozczarowanie stawało się wewnętrznym dramatem. Nikt z nas nie chce przecież widzieć zmarszczki na twarzy ukochanej kobiety, nikt nie chce widzieć wad i błędów w dorastającem dziecku, nikt z nas nie patrzy chętnie w zwierciadło, gdy daje ono świadectwo prawdzie, iż starzejemy się i że takie czy inne defekty przesłaniane woalem młodości zaczynają się ujawniać coraz bardziej jaskrawo. Wszystko to razem spowodowało, żeśmy powoli zaczęli zatracać wspólny język i z naszymi ojcami i z naszemi dziećmi.

Na stare pokolenie patrzyliśmy, jak na romantyków, którzy na odchodnem prawią nam kazania. Młodego pokolenia już nie rozumiemy. Gniewamy się, gdy myśli kategorjami, których nie znała nasza własna młodość, narzucamy temu pokoleniu nasze stare walki o tytuły i zasługi historyczne, nasze przebrzmiałe spory orjentacyjne, echa naszych walk partyjnych, nasze zastarzałe kwasy i urazy. Mimo woli stwarzamy więc atmosferę, która odgradza Polskę idącą od Polski dzisiejszej, która utrudnia nam wobec młodzieży rolę przewodników i wychowawców.

Stąd wiele błędów w życiu, nie tylko naszem, ale i w życiu młodzieży, która z kolei nas już nie rozumie, a wiedząc, iż pogrążeni jesteśmy w nieaktualnych sporach, zaczyna uważać, że Polska zaczyna się dopiero od nich, od dwudziestolatków, a my jesteśmy już tylko chodzącymi rekwizytami historji, upiorami, które straszą, staremi ciotkami, które zanudzają wszystkich opowiadaniem o swoich pierwszych balach lub weteranami, którzy powinni co prędzej znaleźć się w przytulisku. Jeszcze raz powtarzamy: nie wińmy o to naszej młodzieży. Jeśli ta młodzież nas nie rozumie, jeśli często schodzi na manowce, to nasza w tem wina, wina pozorów, które stwarzamy.

Bo cóż mają myśleć młodzi, gdy widzą i słyszą, że w czasie gdy cały świat się wali, gdy tytułem do pierwszeństwa w narodzie winna być współczesna praca i coraz to nowy wysiłek, my ludzie starsi wyciągamy z muzeów, archiwów i biur ewidencyjnych stare dokumenty i kłócimy się o to, kto przed dwudziestu czy trzydziestu laty lepiej Polsce służył! Zechciejmy wreszcie zrozumieć, że dla nich, dla młodych, wszystkie nasze walki mają takie znaczenie, jak dla nas miały wspomnienia walk "białych" i "czerwonych" w rządzie narodowym 1863. Nie obchodziło nas już nic to, co ich dzieliło; wszystkich ich jednakowo szanowaliśmy za ich przeszłość i za ich walkę, ale nigdy nie zgodzilibyśmy się na to, aby ich przebrzmiałe spory miały nam młodym zatruwać życie lub stawać na drodze w tworzeniu się nowych form polskiego bytowania!

Wyjdziemy dziś znowu na ulice polskich miast, miasteczek i wsi. Patrzmy na maszerujące oddziały, na młodych chłopców pod staremi sztandarami, patrzmy na dzieci szkolne, które tworzyć będą szpalery i - radujmy się życiem. Radujmy się odzyskaną wolnością, radujmy się wizją Polski przyszłej, zaklętej w rozpromienionych oczach idącego pokolenia. A potem, wróciwszy do domu - zróbmy raz jeszcze rachunek sumienia; i wejrzyjmy w siebie, uznajmy popełnione błędy! I wieczorem, przy naszych rodzinnych stołach, w kole najbliższych, szukajmy, każdy z osobna i wszyscy razem, drogi, która wiedzie ku wspólnej, twórczej pracy, nie obciążonej echami dawnych swarów, a która wiedzie zarazem ku sercom i umysłom młodego pokolenia, co tylko wtedy spełni swe historyczne zadanie, jeśli ze swej strony potrafi odnaleźć wspólność myśli i ciągłość tradycji historycznej z Polską dzisiejszą i wczorajszą.

Przez dwadzieścia lat usuwaliśmy gruzy niewoli z wielkiego pobojowiska, zwanego Polską. Usuńmy je teraz z naszych serc i z naszych mózgów. Uczcijmy w ten sposób dwudziestolecie Niepodległości.


PIĘKNE 




czwartek, 8 czerwca 2023

O POLSCE! - Cz. I

CZYLI CO MÓWILI I PISALI ZNANI I MNIEJ ZNANI LUDZIE O POLSCE I POLAKACH?


 Dziś krótko chciałbym przytoczyć dwie ciekawe opinie o Polakach wygłoszone przez dwóch Francuzów. Pierwszym z nich jest niejaki Honore de Balzac, który w jednym ze swoich dzieł dał wyraz swemu stosunkowi do naszego narodu, drugim zaś Wiktor Hugo autor "Nędzników", który również kilkukrotnie wypowiadał się na tematy polskie. Niech więc te dwa pierwsze głosy znad Sekwany o mieszkańcach kraju nad Wisłą będą początkiem nowej serii, która opowiadać będzie o stosunku obcokrajowców do Polaków na przestrzeni wieków.



HONORE de BALZAC
(1840)




 "Słowianie są po trosze dziećmi, jak wszystkie ludy pierwotnie dzikie, które wtargnęły raczej w grono narodów cywilizowanych niż ucywilizowały się naprawdę. Rasa ta rozprzestrzeniła się jak powódź, pokrywając olbrzymią powierzchnię kuli ziemskiej. Zamieszkuje pustkowie tak niezmierzone że może się na nim swobodnie obracać; ludzie nie obijają się wzajemnie łokciami jak w Europie; ale osiągnięcie cywilizacji jest niemożliwe bez ustawicznego ocierania się o siebie zarówno umysłów jak interesów. Ukraina, Rosja, równiny naddunajskie, słowem Słowiańszczyzna jest łącznikiem między Europą i Azją, między cywilizacją i barbarzyństwem. Toteż Polacy, stanowiący najbujniejszą część ludności słowiańskiej, mają dziecinny i niestały charakter gołowąsego narodu. Posiadają odwagę, bystrość i siłę, ale ta odwaga, ta siła i ta bystrość są porażone niestałością i przez to pozbawione metody i rozsądku, gdyż Polak ma ruchliwość podobną do wiatru hulającego na olbrzymich równinach poprzerzynanych bagnami. Ma rozpęd straszliwej lawiny, która miażdży i unosi domy i tak jak ona ginie w pierwszym lepszym stawie, rozpływa się w wodzie. Człowiek zawsze coś zapożycza ze środowiska w którym żyje. Wiodąc nieustanne wojny z Turkami, Polacy przyjęli od nich upodobanie do wschodniej świetności. Często poświęcają to co niezbędne aby móc błyszczeć, stroją się jak kobiety, choć klimat obdarzył ich, jak Arabów, twardą wytrzymałością. Toteż Polak, który w cierpieniu osiąga wzniosłość, wyczerpał do mdlenia ramię swoich zaborców usiłujące go dobić. Wznowił w początkach XIX w. wrażenia, jakie wzbudzali pierwsi chrześcijanie. Gdyby dodać 10% angielskiej przewrotności do szczerego i otwartego charakteru polskiego, szlachetny orzeł biały panowałby dziś wszędzie tam, gdzie wdarł się orzeł dwugłowy. Szczypta machiavelizmu byłaby wstrzymała Polskę od ratowania Austrii, która przyczyniła się potem do jej rozbioru, od zaciągania pożyczek u Prus, które, jak lichwiarz, podkopały podstawy jej bytu, i od rozpadu wewnętrznego w chwili pierwszego rozbioru. Zła wróżka pozostawiona na chrzcinach Polski przez dobre duchy obdarzające ten uroczy naród najświetniejszymi przymiotami, zjawiła się by przepowiedzieć: "Zatrzymasz wszystkie dary moich sióstr, ale nie będziesz nigdy wiedziała czego chcesz!". Gdyby Polska zwyciężyła w bohaterskim pojedynku z Rosją, Polacy biliby się między sobą, jak dawniej, na sejmikach, byle nie dopuścić się wzajemnie do tronu. W dniu kiedy naród ten, złożony wyłącznie z ludzi nieustraszonych, zdobędzie się na rozsądek wyszukania w swym wnętrzu Ludwika XI, przystanie na jego tyranię i przyjmie jego dynastię, będzie uratowany. Czym Polska była w polityce, tym jest większość Polaków w życiu prywatnym, osobliwie w obliczu nieszczęścia. (...) Ukażcie Polakowi przepaść, natychmiast w nią skoczy. Jest to genialny naród kawalerzystów, który ufa że zdoła obalić wszystkie przeszkody i wyjść zwycięsko."

Długo było czekać ale ów przepowiadany przez Balzac'a "Ludwik XI" urodził się dopiero w grudniu 1867 r. i choć słowa przepowiedni z Tęgoborzy z 1893 r. brzmią nieco naiwnie, to jednak w zdaniu: "Gdy lat trzydzieści we łzach i rozterce trwać będą cierpienia ludu, na koniec przyjdzie jedno wielkie serce i samo dokona cudu" - kryje się pewna tajemnicza moc ukazująca piękno naszego narodu i naszej społeczności.




Polak zdolny jest bowiem do wielkich poświęceń i wielkich wyrzeczeń. Charakter nasz narodowy ukształtowany jest bowiem na romantycznych porywach serca i to właśnie pchało nas do różnych powstań, choć umysł podpowiadał aby tego nie czynić - serce rwało się do walki, nawet walki w przegranej sprawie. Może wydawać się to zarówno naiwne jak i dziecinne, a niekiedy nawet głupie - taka bohaterszczyzna, jakże to nie zrozumiałe dla Anglika, Niemca czy Francuza. Ale to właśnie owa bohaterszczyzna i te romantyczne porywy serca sformatowały naszą tożsamość, i choć oczywiście nie jest ona jednorodna, to bez wątpienia jest dominująca. To również pozwoliło nam wydać na świat tylu bohaterów i historię naszą zapisać złotymi zgłoskami wśród dziejów całego świata. Pamiętać jednak musimy niestety, że obok tych bohaterów, którzy gotowi byli poświęcić swe życie dla Niepodległej, były też i szumowiny, zdrajcy i warchoły. Naród polski który wydał tyle światłych umysłów i dzielnych synów oraz córek (bo rola kobiet w naszych dziejach również jest nieprawdopodobnie duża, o czym przekonałem się nawet ostatnio, wertując stare pamiętniki w których zaborcy pisali wręcz, że naród polski jest silny przede wszystkim dzięki dwóm postaciom. Pierwszym jest katolicki kapłan, a drugim jest polska kobieta, żona i matka, która od młodości wpajała swym dzieciom ogromne przywiązanie do wartości rodzinnych i przede wszystkim ową miłość do Ojczyzny. Stąd też Polki jako jedne z pierwszych w Europie zaraz po odzyskaniu Niepodległości w listopadzie 1918 r. uzyskały równe prawa wyborcze z mężczyznami, na długo przed Brytyjkami, Amerykankami i Francuzkami), jakoby dla swoistej równowagi wydał również mnóstwo oszczerców podłych małostkowych ludzi i zwykłych zdrajców.


JÓZEF PIŁSUDSKI O MATCE
(od 7 minuty)





Przesłuchaniu rotmistrza Pileckiego również ukazane są dwie postawy przedstawicieli narodu polskiego ta wzniosła i ta haniebna. A jednak wielkość zawsze zwycięży choćby nawet była ukrywana przez pół wieku i mocno zakopana w ziemi to wcześniej czy później zatriumfuje a moc tej wielkości wyraża się w słowach które tutaj padły wypowiedziane przez aktora grającego rotmistrza Witolda Pileckiego w stronę jego kata - Józefa Różańskiego (prawdziwe nazwisko (Josef Goldberg):

"BĘDĘ SIĘ ZA PANA MODLIŁ - DO KOŃCA"

Wszyscy bowiem zapominamy że na tym świecie jesteśmy tylko na chwilę, na moment - a śmierć jest najprzyjemniejszą ze wszystkich rzeczy jakie możemy tutaj przeżyć. Pięknie jest to pokazane w scenie śmierci Dżihangira z serialu "Wspaniałe Stulecie




Oczywiście nie znaczy to że powinniśmy dążyć do śmierci, bo życie nie na tym polega aby się zabijać, tylko aby doświadczać)



Co zaś się tyczy ostatniego zdania wypowiedzianego przez Balzaka, to również jest w tym trochę racji, naród nasz czasami bywa nazbyt brawurowy (podam przykład: tuż przed wrześniem 1939 r. pewien polski dyplomata mówił francuskim politykom w Paryżu, że jak wybuchnie wojna to niech oni zajmą się Włochami, a Niemców niech zostawią nam - my się nimi rozprawimy i nie mnie miesiąc a będziemy w Berlinie. Notabene trzeba też przyznać że dziś takie myślenie również udziela się Ukraińcom walczącym z moskalami, częstokroć przeceniają oni bowiem naszą siłę, twierdząc że Polska ma najsilniejszą armię w Europie i mówią np. że gdyby Polacy realnie włączyli się do wojny z Rosjanami, to w dwa tygodnie byłoby po wszystkim.).


WOJNA W BYŁEJ JUGOSŁAWII 



WOJNA W AFGANISTANIE 



WOJNA W IRAKU 




VICTOR HUGO
"Jestem bardzo Polakiem, ponieważ jestem bardzo Francuzem"
(1876)





"Les chants de crépuscole"
("Pieśni o zmierzchu")
1833


"Niestety, jesteś związana, zwyciężona i chylisz się ku mogile, a twoje białe ręce, zamiast synów, przyciskają do piersi skrwawiony krucyfiks. Na twojej królewskiej szacie znać jeszcze odciski butów Baszkirów, którzy przeszli po twoim ciele. Od czasu do czasu słychać brzmienie czyjegoś głosu, odgłos czyichś ciężkich kroków, widać błysk szabli, a ty pod murem, ociekającym twymi łzami, podnosząc umęczone ręce i głowę, która się chwieje, i oczy, które zdają się zachodzić mgłą śmierci, mówisz: "Siostro moja, Francjo, czy nic dla mnie nie świta?"



Francuska Izba Parów 
 (głos zabiera Victor Hugo)
1846


"...Francja rozpraszała mroki, Polska odpierała barbarzyńców. Francja szerzyła idee, Polska broniła granic. Francja była misjonarzem cywilizacji, Polska jej rycerzem. Gdyby naród polski nie dokonał swego zadania, Francja nie mogłaby spełnić swego. Polskim Leonidasem był Sobieski. Dlatego Polska zasługuje na wdzięczność świata, a naród polski, choć mały liczebnie, nie przestał być wielkim narodem..."





Przemowa Victora Hugo na bankiecie na Jersey
(29 listopada 1852 r.)


"... w tym ogromnym rumowisku ohydnych umów, które stanowią to co kancelarie nazywają obecnym prawem publicznym Europy - kramarzenie ziemiami, zakup ludów, sprzedaż narodów, - w tej obmierzłej kupie pergaminów, opatrzonych pieczęciami wszystkich cesarzy i królów, gdzie pierwszą stronę stanowi traktat rozbiorowy z r. 1772 a ostatnią traktat rozbiorowy z r. 1815, zieje otwór głęboki, straszliwy, groźny, rana otwarta, która przedziurawia plikę na wylot. Ktoż tego dokonał? Szabla polska. Iloma pchnięciami? Jednym. Kiedy? 29 listopada 1830. I oto ten naród, który był bohaterem, stał się z powrotem niewolnikiem. Odziano go znowu w łachy galernika. Monarchowie, godni katorgi, zakuli w kajdany tego katorżnika godnego aureoli. Barbarzyństwo, jak wzbierające morze, rozbijało się o brzegi Polski, a Polska mówiła barbarzyństwu: "Ani kroku dalej". Tak było przez lat trzysta. (...) Pewnego pięknego dnia, Europa, którą Polska ocaliła od Turcji, wydała Polskę Rosji. Popełniając tę zbrodnię Europa nie spostrzegła że popełniła głupstwo. Położenie na kontynencie uległo zmianie; niebezpieczeństwo nie groziło stamtąd skąd groziło wprzódy. Miejsce Turcji zajęła Rosja. Rozwarta paszcza, to nie była już Turcja, to była Rosja. Ryk rozlegał się już nie ze Stambułu lecz z Petersburga. Ale Polska pozostała na miejscu. Rzecz uderzająca, dzięki Opatrzności, położenie Polski było takie że mogła ona odpierać zarówno Turków jak Rosjan. I cóż uczyniła Europa? "Polska była posterunkiem. Europa go wydała. Komu? Wrogowi". I któż uczynił tę rzecz dla której trudno znaleźć określenie? Dyplomaci, mózgi polityczne tamtych czasów, mężowie stanu. Trzeba powiedzieć że nie tylko odpłacono się Polsce niewdzięcznością, ale zrobiono rzecz niemądrą. Był to nie tylko czyn haniebny, był to także czyn głupi. Dzisiaj Europa zbiera owoce swej zbrodni. Dzisiaj trup Polski wydaje Europę Rosji. A niebezpieczeństwo rosyjskie nie da się porównać z niebezpieczeństwem tureckim. Zarówno Rosja jak Turcja należą do Azji. Ale Turcja, to Azja ciepła, barwna, płomienna, to lawa, która może wzniecić pożar ale może użyźnić, podczas gdy Rosja, to Azja zimna, blada i lodowata, wieko grobowe które zapada na zawsze! Turcja, to był tylko islam; było to okrucieństwo pozbawione metody. Rosja, to przeszłość, która chce żyć kosztem teraźniejszości. Lepiej być ugryzionym przez lamparta niż być usciśniętym przez widmo. Turcja zwalczała tylko jedną stronę cywilizacji - chrześcijaństwo, - Rosja pragnie zdusić całą cywilizację za jednym zamachem. Despotyzm rosyjski jakby mówił: "Mam jednego wroga: ducha ludzkiego (...) Obywatele, jest w Europie człowiek, który ciąży nad Europą; który razem jest księciem duchownym, panem świeckim, despotą, autokratą, słuchanym w koszarach, uwielbianym w klasztorach, który przewodzi orężowi i dogmatom, który dla zmiażdżenia wolności na kontynencie może ruszyć imperium z 60 milionów ludzi. Tych 60 milionów ma w ręku nie jak ludzi ale jak bestie, nie jak umysły ale jak narzędzia. W swoim podwójnym charakterze - duchownego i wojskowego - nakłada ich duszom, jak ich ciałom, mundury, mówi: "Maszerować!" - i trzeba maszerować, mówi: "Wierzcie!" - i trzeba wierzyć… jest on najwyższym wyrazem wszechwładzy, może torturować, jeśli zapragnie, całe narody; wystarczy jednego gestu, - i gest ten uczynił, – by ludność Polski znalazła się na Syberii. Despota rosyjski uosabia Europę kozacką, reprezentuje Rosję, która od czasów Piotra kieruje się tylko dwiema przesłankami, - absolutyzmem i podbojem, - jest to duch ciemności w walce z duchem światłości, duch Północy walczący z duchem Południa. Potęgę swoją czerpie z morderstwa dokonanego na dziesięciu narodach."



Victor Hugo w liście do Władysława Mickiewicza - syna Adama
(20 grudnia 1865 r.)


"Pamięć Waszego Ojca jest jedną z najszczytniejszych w tym wieku i rzuca blask promienny na Waszą ojczyznę. Serce moje nigdy nie oziębi się dla Waszej cierpiącej i mężnej Polski. Nie pominę żadnej okazji żeby wyrzucać Europie jej zbrodnie, bo bezczynność jest wspólnictwem."




CDN.

czwartek, 9 marca 2023

WIELCY POLACY

MOJA SUBIEKTYWNA I CAŁKOWICIE PRYWATNA LISTA NAJWIĘKSZYCH POLAKÓW W HISTORII


Ponieważ ostatnimi czasy próba dekonstrukcji polskości przybrała na sile, a polega ona przede wszystkim na uderzeniu w najsilniejszą jej ostoję, czyli na Kościół Katolicki - którego ja sam wcale nie jestem bezkrytycznym zwolennikiem, a wręcz przeciwnie, dostrzegam ogromne mnóstwo zła które się tam zalęgło - ale ponieważ widać gołym okiem, że chodzi tylko i wyłącznie o kwestie zniszczenia narodu jako takiego i doprowadzenia szybkim krokiem (bo to już nie ma na co czekać, Polska bowiem za bardzo urosła) do stworzenia IV Rzeszy Europejskiej, której my, tutaj na wschodzie Unii Europejskiej będziemy jedynie czymś na kształt rezerwatu przyrody (gdzie za wycięcie jednego drzewka będą horrendalne wręcz kary), ewentualnie też miejsca, skąd będzie można jeździć do Niemiec na zbiór szparagów (to głównie mężczyźni) lub do podcierania tyłków były esesmanom (tutaj zaś przodowałyby kobiety), to walka z Kościołem jest tak naprawdę walką z polskością, a zniszczenie pewnych filarów tego Kościoła będzie jednocześnie dekonstrukcją całej wspólnoty narodowej - bo potem to już pójdzie bardzo prosto. Co ciekawe, zauważyłem że "oni" idą w tę narrację nawet w roku wyborczym, gdzie istnieje wielkie niebezpieczeństwo że będzie to broń obosieczna i może zostać wykorzystana przeciwko nim samym (i nawet pojawiają się tego typu głosy po tak zwanej stronie "totalnej targowicy" - bo inaczej tego po prostu nazwać nie można, choć bardzo bym chciał, to nie znajduje w swoim słowniku innych słów na określenie tego utworu - przestrzegające przed zbytnim brnięciem w te tematy, bo może to zostać wykorzystane w kampanii wyborczej (czyli jednak zdają sobie sprawę że to jest niepopularne w społeczeństwie, ale idą w to, ponieważ jest taki prikaz i jest konieczność polityczna więc trzeba trzeba to zrobić).

Najbardziej śmieszą mnie zaś teksty, które pojawiają się w prasie wspierającej "totalną targowicę" (lub z nią sympatyzujące) w której próbuje się twierdzić, iż wytyczne unijne - na przykład na temat ograniczenia możliwości podróżowania lub zmiany diety na bardziej zrobaczałą - że to wszystko jest tak naprawdę wymysł i pisowska propaganda (to że PiS ma swoje za uszami to jest zupełnie inna sprawa) i że to nie jest ważne, że to są tylko rekomendacje, tylko analizy i to wszystko jest nieważne, a te miliony które idą na analizy są w ogóle nieważne, one są tak po prostu od tak wyrzucane w błoto. Innymi słowy próbuje się uśpić ludzi i przekonać ich, że to nic takiego, że to są tylko mało ważne rekomendacje, że nikt nikomu nie zabroni jedzenia mięsa, nikt nikogo nie zmusi jeść robaków i nikt nikomu nie zabroni latać samolotami czy podróżować - to przecież takie, prawda? Tylko że zauważmy, że ludzie którzy posiadają ogromne majątki i którzy realnie rządzą tym światem, oni już nawet nie ukrywają że chcą powrotu do nowego feudalizmu i że oni już nawet nie chcą być królami czy oligarchami, ale wręcz pragną stać się bogami (istnieje bowiem takie hasło: "Skoro Bóg umarł, ktoś musi go zastąpić") którzy będą decydować o życiu milionów ludzi na tej planecie. Jaka przyszłość czeka nasze dzieci? Przyszłość, w której "nie będą nic posiadać i będą szczęśliwi"? jak głosi inne hasło, wymyślone przez ludzi którzy pragną urządzić nam świat od nowa? Będą szczęśliwi, nie posiadając nic? Utopia! Utopia, a o tyle niebezpieczna, że ponownie próbuje się zniewolić ludzkość i narzucić ludziom jakieś odhumanizowane, marksistowskie tezy, które nijak się mają do rzeczywistości i do ludzkiego charakteru. Oczywiście na dłuższą metę takie koncepcje nie będą w stanie przetrwać, ale spowodują mnóstwo niewyobrażalnego cierpienia ludzkiego i kilka milionów ludzkich ofiar - znowu, tak jak to było wcześniej gdy próbowano na siłę wymusić jakieś komunistyczne wizje powstałe w chorych głowach "naprawiaczy świata" którzy święcie wierzą w swoją nieomylność.

Jakiś czas temu podczas jednej z parad lgbt, pewien redaktor internetowego portalu zadał pytanie młodemu chłopakowi bardzo zaangażowanemu w sprawę i twierdzącemu, że on jest komunistą a przynajmniej uważa się za komunistę, ponieważ o komunizmie dużo czytał i popiera te tezy. Na pytanie jednak jak zamierzałby wprowadzić komunizm, skoro wcześniej już wielokrotnie próbowano to zrobić na wiele sposobów i zawsze kończyło się to totalną klęską? Odpowiedź tego chłopaka w zasadzie mnie nie zdziwiła, ale dobitnie pokazała mentalność tych ludzi, tym bardziej że to był młody student. Stwierdził on, że wcześniej to tak naprawdę nie było prawdziwego komunizmu i że dopiero teraz on i jemu współcześni zaprowadziliby ten komunizm właściwy, ale na pytanie w jaki sposób by to zrobił, skoro przed nim wielu już próbowało i nigdy to się nie udało, odpowiedział wprost: "Ponieważ przeszkodą jest czynnik ludzki". I w tym momencie w zasadzie można by było zakończyć, gdyż ten młody szczawik właśnie stwierdził oficjalnie, że to ludzie są przeszkodą do zbudowania komunizmu, czyli innymi słowy ludzi trzeba usuwać, wrogów komunizmu trzeba usuwać. I ten człowieczek chłopaczek twierdzi, że zbudowałby inny komunizm niż budowano go wcześniej a jednocześnie powiela te same tezy o nieakceptacji chorych urojeń przez ludzkość. I na to jest tylko jedna rada - eliminacja wrogów (chociaż o tym oczywiście nie wspomina), ale inaczej nie da się tego zrobić jak tylko strzałem w tył głowy.




Wracając jednak do narracji o której wcześniej mówiłem, to jest to o tyle śmieszne (mówię tutaj o tej całej prasie lewicowo-leberalnej czyli totalnej), iż w jednym tekście piszą oni, że to jest tylko wymysł i propaganda, że to nic takiego, że to przecież nie ma znaczenia i że nikt nam nie zabroni jeść mięsa, nikt nas nie zmusi do tego, żebyśmy ograniczyli nasze podróże, żebyśmy jedli robaki - ale skąd to przecież  niemożliwe. A w drugim tekście pojawia się informacja o jadalnych pasikonikach i pszczółkach które można spożywać, i tak sobie myślę: czy ci ludzie są idiotami, czy też nas wszystkich mają za idiotów? Po co publikuje się artykuły o jadalnych pasikonikach? Aby stwierdzić, że są jadalne i smaczne i że można je jeść i że trzeba ludzi powolutku przygotowywać do nowej diety; ale przecież to niemożliwe żeby ktokolwiek nas do czegokolwiek zmuszał - prawda? 

Ponieważ zaś mam dosyć tego typu propagandy i ataków, które wymierzone są w ludzi, z którymi większość z nas jeszcze bardzo długo nie będzie w stanie się zrównać, przeto wpadło mi do głowy ułożenie takiej prywatnej, indywidualnej i całkowicie subiektywnej listy pięciu postaci, które uważam za największe w dziejach Polski. Oto moja lista:



1.
Św. JAN PAWEŁ II




To bez wątpienia postać kluczowa która w zasadzie nie ma sobie równych. Kiedyś na pierwszym miejscu postawiłbym zapewne Marszałka Józefa Piłsudskiego ale od jakiegoś już czasu (od kilku lat) uważam właśnie papieża Jana Pawła II za postać która nie ma konkurencji, jeśli chodzi o pierwsze miejsce w rankingu największych Polaków w dziejach. Gdyby bowiem nie Jan Paweł II, to w Polsce dzisiaj byłby postkomunizm podobny do tego, który jest na Białorusi i który był do tej pory na Ukrainie. To właśnie dzięki Niemu bowiem powstał 10-milionowy ruch Solidarności, (który to doprowadził do upadku Żelaznej Kurtyny, czego symbolem był upadek Muru Berlińskiego) gdyż podczas pierwszej swojej podróży do Polski w 1979 r. Polacy po raz pierwszy tak masowo zobaczyli jaką siłą dysponują, zobaczyli że są ich miliony i że komunizm nie jest wcale taki silny, jak się wydawało. Nic dziwnego że komuniści tak bardzo się Go obawiali że doszło nawet do zamachu na Jego życie w 1981 r. Dzięki jego pontyfikatowi Świat po raz pierwszy poznał inne oblicze papiestwa, gdyż ten oto następca św. Piotra odbył tyle pielgrzymek po świecie ile nie zdołali odbyć wszyscy papieże przed Nim razem wzięci. Był to prawdziwy Apostoł Miłości, Święta Dusza, która uczyła nas jak żyć w zgodzie z nauką Chrystusa i i w matczynej miłości Maryi. Wielką rolę Jan Paweł II przypisywał również kobietom to też jest ważne ze względu na przypadające w dniu wczorajszym dzień kobiet i upatrywał w nich dawczynie życia i orędowniczki Chrystusowej Miłości. Poza tym papież zwracał się przede wszystkim do młodych, wiedząc że są oni przyszłością świata, a także do tych wszystkich, którzy są uciemiężeni, biedni, prześladowani mówiąc otwarcie że Jezus był taki sam jak oni, też urodził się i żył w biedzie i umarł prześladowany za to, że odważył się mówić o Miłości w świecie, w którym ta Miłość była ostatnią rzeczą jaka mogła spotkać człowieka. Niektórzy twierdzą że jednostka w historii nie ma większego znaczenia i nic nie może, ja uważam inaczej, ja uważam że Wola jednostki jest decydująca w historii Świata i to od jej wyborów, jej wskazań, jej woli i jej działań zależy to, czy świat pójdzie w dobrym czy w złym kierunku (oczywiście mam tutaj na myśli kierunek Chrystusowej Miłości i Sprawiedliwości, ponieważ stwierdzenie "dobro" i "zło" jest subiektywne i każdy może je inaczej interpretować, zresztą tak jak mówiłem Hitler i Stalin też chcieli dobrze...). Szanujmy zatem tę wielką tradycję pozostawioną nam przez owego Orędownika Miłości, aby nie powielać błędów które znów stoczą nas w otchłań wrogości i wzajemnych podziałów. Ludzkość powinna wejść w nową erę jako wolne społeczeństwa przygotowane na to, co przyniesie przyszłość, łącznie z uświadomieniem sobie iż nie jesteśmy jedyni we Wszechświecie i pogodzeniem się z faktem że są i były cywilizacje obok nas z którymi warto współpracować na zasadzie zgodnej jedności federacji tego Wszechświata (ale to oczywiście zadanie dla następnych pokoleń).




Dziękuję ci ojcze Święty za to że byłeś





2.
JÓZEF PIŁSUDSKI 




O Marszałku długo pisać nie zamierzam, ponieważ czyniłem to już wielokrotnie wcześniej i nie byłoby sensu aby się powtarzać. Dodam tylko że była to czołowa postać, bez której niepodległość Polski i utrzymanie tej niepodległości (gdyż nie chodziło tylko oto, żeby się odrodzić, gdyż odrodzić się w roku 1918 nie było trudno i czyniło tak wiele państw wcześniej uciemiężonych przez Rosję jak i wchodzących w skład Austro-Węgier, problem polegał tylko na tym, żeby tą niepodległość utrzymać a wiele państw nie zdołało tego uczynić) praktycznie byłoby niemożliwe. Tak, właśnie tak uważam - bez osoby Marszałka Piłsudskiego realnie utrzymanie niepodległości po 1920 roku byłoby niemożliwe, nawet gdyby udało się wygrać Bitwę Warszawską i Bitwę Niemeńską, to bez postaci Marszałka i bez tego Odrodzenia które w dużej mierze nastąpiło po roku 1926, Polska rozgrywana przez partyjne koterie i obce agentury byłaby znacznie łatwiejszym łupem dla Niemiec i Związku Sowieckiego na długo przed 1939 rokiem. Marszałek zrodzony w tradycji Powstania Styczniowego, był tym, który odrodził Ducha Narodu (zbudził "Króla Ducha"), sam twórca Legionów polskich natchnął tych młodych chłopaków przelewając z własnej duszy w ich dusze konieczność i potrzebę Odrodzenia Niepodległej Ojczyzny. Był propagatorem idei czynu. Rzadko kto ma taki wpływ na dzieje świata i tak wiele może dokonać swoją własną wolą, rzadko spotyka się takie osoby i to nie dlatego żeby takich osób brakowało, tylko dlatego że ludzie w większości nie uświadamiają sobie ani celu ani kierunku w którym pragną podążyć i swoich własnych możliwości które mogą zrealizować. On wiedział, On konsekwentnie dążył do celu -  najpierw odzyskanie Niepodległości a potem Polska wielka, mocarstwowa, równa znaczeniem narodom tej ziemi, ale bynajmniej nie kraj, który swoją wielkość zamierza budować na nieszczęściu innych narodów, ale w zgodzie z nimi (szczególnie zaś z narodami Europy Środkowo-Wschodniej).




Gdziekolwiek jesteś panie Marszałku - miły Wodzu mój. Dziękuję Ci





3.
WITOLD PILECKI 




Ten "Człowiek ze stali" zasługuje na miejsce trzecie (być może nawet drugie), gdyż swoim życiem udowodnił co to znaczy wiara jak silna może się okazać w starciu z brutalną siłą. Rotmistrz Witold Pilecki jako młody chłopak uczestniczył już w wojnie z bolszewikami w roku 1920, ale ukoronowaniem jego żywota była dopiero II Wojna Światowa i okres powojenny czyli sowiecka okupacja Polski. We wrześniu 1940 r. sam jako ochotnik zgłosił się do obozu w Auschwitz (a konkretnie przekonał swego przełożonego majora Włodarkiewicza z Tajnej Armii Polskiej do wyrażenia zgody na dołączenie do łapanki i trafienie do obozu w zagłady Auschwitz gdzie rotmistrz Pilecki miał nadzieję na zorganizowanie pracy konspiracyjnej i stworzenie ruchu oporu który, gdy przyjdzie czas będzie mógł uwolnić więźniów z obozów (oczywiście miało być to skoordynowane z atakami Armii Krajowej na obóz oraz z bombardowaniami lotniczymi Aliantów). Tak też się stało i gdy 19 września 1940 r. doszło do dużej łapanki na Żoliborzu, podczas której Niemcy wyciągali mężczyzn z mieszkań i pakowali na ciężarówki wywożąc ich najpierw na Szucha do siedziby Gestapo, a potem do Auschwitz albo innych obozów koncentracyjnych -wśród złapanych był również Witold Pilecki który znalazł się tam całkowicie dobrowolnie. Do Auschwitz trafił w nocy z 21 na 22 września wraz z 1138 osobami złapanymi w obławie ulicznej oraz 566 więźniami osadzonymi wcześniej w więzieniu na Pawiaku. Tam rotmistrz zaczął tworzyć Związek Organizacji Wojskowej wśród osadzonych (głównie byli to oficerowie Wojska Polskiego oraz młodzież uniwersytecka i szkolna). Członkowie ZOW poruszali się po terenie przyobozowym, wymieniali grypsy, wnosili lekarstwa żywność i odzież (współpracowała z nimi bowiem okoliczna ludność), celem głównym było jednak zorganizowanie ruchu oporu i wyzwolenie obozu we współdziałaniu z atakami Armii Krajowej i bombardowaniami lotniczymi. Ostatecznie jednak stało się jasne że Alianci nie zamierzają zbombardować obozu, a atak Armii Krajowej też nie wchodził w rachubę w tej sytuacji. W tej sytuacji Witold Pilecki zdecydował się uciec z obozu i wraz z Janem Redzejem i Edwardem Ciesielskim dokonał tego w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Sam swoją ucieczkę wspominał potem w ten sposób: "Wyszedłem w nocy - tak samo, jak przyjechałem - byłem więc w tym piekle 947 dni i tyleż nocy (...). Wychodząc miałem o kilka zębów mniej niż w momencie mojego tu przyjścia oraz złamany mostek. Zapłaciłem więc bardzo tanio za taki okres czasu w tym "sanatorium". Potem dołączył do konspiracji, brał udział w Powstaniu Warszawskim w 1944 r. Skąd trafił do obozów jenieckich w Lansdorf i Murnau. 




W lipcu 1945 r dołączył do II Korpusu Polskiego stacjonującego we Włoszech. Pod koniec listopada 1945 r powrócił do Polski z tajną misją, której celem było wybadanie możliwości zorganizowania oporu przeciwko komunistom zajętym przez Sowiety kraju. Rotmistrz sam zorganizował własną tajną organizację konspiracyjną, której jednak członkowie nie składali przysięgi ani też część z nich nie wiedziała nawet że jest w konspiracji, zresztą nie stosowano terroru ani sabotażu, nie wydawano też nielegalnych pism, gromadzono jedynie informacje o przebiegu komunizowania społeczeństwa polskiego i szukano sposobów przeciwstawienia się temu. Jednak jak sam dodawał: "Nigdy jednak w świadomości mojej nie powstała myśl, że działanie moje jest szpiegostwem, gdyż nie działałem na rzecz obcego mocarstwa, a posłałem wiadomości do macierzystego oddziału polskiego i miałem zawsze nadzieję że jednak kiedyś rząd polski i ośrodki emigracyjne jakoś się wreszcie porozumieją" (trochę naiwne ale idealistyczne). Rotmistrz Witold Pilecki został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa dnia 8 maja 1947 r. W więzieniu na Mokotowie rotmistrz Pilecki był bity i torturowany, mimo to całą winę wziął na siebie nikogo ze swych współpracowników nie oskarżył ani nie wydał tym bardziej że większość z nich i tak siedziała już razem z nim na UB. Śledztwo nadzorował pułkownik Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego - Józef Różański (właściwe nazwisko Jozef Goldberg), który podczas jednego z przesłuchań tak zwrócił się do Pileckiego: "Ty masz u mnie dwa wyroki śmierci, ciebie nic nie uratuje. Przyjdą, wyprowadzą, pierdolną ci w łeb i to będzie taka zwykła ludzka śmierć". Ksiądz Czajkowski który odwiedzał więźniów w więzieniu na Mokotowie, opisywał potem rodzinie Witolda Pileckiego jak on wyglądał po przesłuchaniach: "Nie był w stanie podnosić głowy, miał połamane obojczyki, ręce zwisały mu bezwładnie wzdłuż ciała", nie dodał tylko że rotmistrz Pilecki miał również zerwane wszystkie paznokcie z obu rąk. Kilkumiesięczne śledztwo i przesłuchania fizycznie wyniszczyły Pileckiego, podczas jednego z niewielu spotkań ze swoją małżonką powiedział otwarcie: "Wykończyli mnie Marysiu. Auschwitz to była igraszka". Rotmistrz Witold Pilecki został zamordowany 25 maja 1948 roku w więzieniu na Mokotowie katyńskim strzałem w tył głowy (miał 47 lat). 




Warto tutaj również dodać że to, co spowodowało iż Witold Pilecki tak długo opierał się torturom (chociaż mówił prawdę w zeznaniach, niczego nie kłamał ani nic nie zmyślał, mówił jak było naprawdę, mówił o swojej roli w założeniu konspiracji w Auschwitz oraz o tym co robił przyjechawszy do Polski i podkreślał że jego działalność nigdy nie była wymierzona przeciwko państwu polskiemu ani też żadnych informacji nie przekazał obcemu wywiadowi), była bezgraniczna wiara i ufność w Boga, w Jezusa Zmartwychwstałego i w Bożą Sprawiedliwość. Gdyby nie ta wiara, to już dawno by się załamał, gdyż człowiek nie jest w stanie samodzielnie znieść tak brutalnych tortur, jakim poddawany był rotmistrz Witold Pilecki. Ostatnie Jego słowa, wydrapane na ścianie więziennej celi brzmiały: "Zawsze starałem się żyć tak, abym w godzinie śmierci mógł się bardziej radować niż lękać". Wieczna cześć Jego pamięci.





4.
DANUTA SIEDZIKÓWNA "INKA"




Ta dziewczyna w chwili śmierci nie miała nawet osiemnastu lat. Została zakatowana i zamordowana przez bandytów z Urzędu Bezpieczeństwa tylko dlatego, że była sanitariuszką w 4 szwadronie 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Zygmunta Szendzielarza "Łupaszki" - jednego z Żołnierzy Niezłomnych/Wyklętych. Jej kuzyn Paweł Hur był lotnikiem i brał udział w bitwie o Anglię w 1940 r. Jej mama zginęła zamordowana przez Niemców we wrześniu 1943 r. (należała do Armii Krajowej). Ona sama uczyła się w szkole sióstr salezjanek ale w czerwcu 1945 r. została aresztowana przez NKWD-UB za "działalność w ruchu antykomunistycznym". Konwój ten jednak został rozbity i uwolniony przez patrol 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej majora Łupaszki i tak odtąd Danuta Siedzikówna przyłączyła się do oddziału jako sanitariuszka opiekująca się rannymi żołnierzami. Opiekowała się oczywiście również rannymi w potyczkach żołnierzami MBP i Ludowego Wojska Polskiego. Została aresztowana 20 lipca 1946 r. we Wrzeszczu i umieszczona w V pawilonie więzienia w Gdańsku. Tam była bita i torturowana, starano się wymusić od niej informacje obciążające majora Łupaszkę i innych żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej. Ostatecznie została skazana na karę śmierci (odmówiła złożenia prośby o ułaskawienie do "prezydenta" Bolesława Bieruta, twierdząc iż nie będzie się prosić sowieckiego namiestnika o łaskę). Zginąć miała wraz z feliksem Selmanowiczem "Zagończykiem" w więzieniu przy ul. Kurkowej w Gdańsku, jednak gdy pluton egzekucyjny dostał rozkaz zastrzelenia obu, zabito jedynie Zagończyka, nikt bowiem nie strzelił do Inki (zapewne ze względu na jej wiek, gdyż miała dopiero 17 lat). Dobił ją dopiero strzałem z własnej broni oficer uczestniczący w tej egzekucji - był 28 sierpnia 1946 r. Ostatnie słowa Inki brzmiały: "Niech żyje Polska, niech żyje Łupaszko". Wcześniej zaś będąc jeszcze w celi kazała przekazać: "Powiedzcie mojej babci że zachowałam się jak trzeba"


Jak to jest zabić nastolatkę?




5.
RYSZARD KUKLIŃSKI 




 Człowiek który ocalił świat od wybuchu III wojny światowej przekazując Amerykanom dokładne plany wojenne Związku Sowieckiego, oraz co najważniejsze - miejsca schronów dla najwyższego dowództwa sowieckiego, co w przypadku wybuchu takiego konfliktu oznaczałoby, że w ciągu kilkunastu minut całe to dowództwo zostało bez likwidowane bez konieczności uderzenia nuklearnego USA i krajów NATO na Polskę i inne kraje satelickie Związku Sowieckiego. O pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim pisałem już kilkakrotnie wcześniej, więc nie ma sensu się powtarzać. Warto jednak nadmienić że ojciec Kuklińskiego - Stanisław należał do Armii Krajowej i zginął zamęczony przez Niemców w obozie w Sachsenhausen w 1943 r. Ogromnym wstrząsem dla Ryszarda Kuklińskiego była informacja o samospaleniu Ryszarda Siwca na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, który podpalił się aby zaprotestować przeciwko interwencji państw Układu Warszawskiego w Czechosłowacji w 1968 r., Poza tym Kukliński miał wgląd w ofensywne plany marszałka Związku Sowieckiego - Wiktora Kulikowa, który przewidywał wojnę ofensywną przeciwko Zachodowi i szybkie zajęcie Europy. Pułkownik Ryszard Kukliński doskonale więc zdawał sobie sprawę, że główne uderzenie pierwszego i drugiego rzutu Armii sowieckiej, polskiej i wschodnio niemieckiej wyjdzie z ziem polskich, a to oznaczało że kraje NATO właśnie tutaj skierują swoją broń nuklearną, aby zniszczyć owe armie. Z Polski wówczas zostałaby co najwyżej popromienna radioaktywna pustynia i nic więcej, a Sowietów oczywiście nic to nie obchodziło, dlatego też Kukliński postanowił działać aby ocalić własny kraj przed zbliżającą się nuklearną zagładą. Ponieważ często udawał się na rejsy morskie (na przykład do Danii czy do Niemiec) nawiązał tam kontakt z wywiadem amerykańskim i tak przez 10 lat (począwszy od 1971 roku, aż do ewakuacji w roku 1981) przekazywał Amerykanom dokładne sowieckie plany inwazji na Europę i wszelkie inne tajemnice sowieckiej armii (podkreślam sowieckiej nie polskiej). Za swą działalność nigdy nie pobierał pieniędzy, wręcz przeciwnie czynił to z pobudek patriotycznych jak i ogólnoludzkich - jego celem było zapobieżenie nuklearnej zagładzie Świata. Niestety za ujawnienie sowieckich planów Kulikowa (o czym ponoć Kulikow został poinformowany przez Breżniewa i jest ta scena pokazana w filmie Jack Strong z Dorocińskim w roli głównej, w której Kulikow mdleje, gdy dowiaduje się że jego plany ataku na Europę znane są już Amerykanom - ta scena jest autentyczna, Kulikow bowiem rzeczywiście stracił wówczas przytomność) Ryszard Kukliński zapłacił najwyższą cenę - jego dwaj synowie w ciągu roku obaj zostali zamordowani w USA przez sowiecki wywiad. Warto jednak pamiętać że ten człowiek ocalił nas przed nuklearną zagładą i że przekazał Amerykanom takie informacje, które eliminowały Związek Sowiecki z dalszej wojny, już po kilkunastu minutach od jej rozpoczęcia.