Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA OBRONNA POLSKI - 1939. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WOJNA OBRONNA POLSKI - 1939. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 marca 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. XIII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



PRZYGOTOWANIA 
DO WOJNY 
Cz. II


UROCZYSTOŚĆ WRĘCZENIA BUŁAWY MARSZAŁKOWSKIEJ JÓZEFOWI PIŁSUDSKIEMU ZA ZWYCIĘSKĄ WOJNĘ Z SOWIETAMI
(PLAC ZAMKOWY W WARSZAWIE)
14 listopada 1920 r.



 (...) Europejskie dywizje piechoty w dwudziestoleciu międzywojennym nie różniły się między sobą. Nie różniły, bo nie mogły, opierały się na trakcji konnej. Zwiększenie "siły uderzeniowej" musiało skutkować drastycznym zmniejszeniem ruchliwości. Wielkość dywizji piechoty oraz jej struktura organizacyjna i stan uzbrojenia - ustaliły się dzięki praktyce: było to nieco więcej niż 15 000 ludzi, ponad setka karabinów maszynowych i około 40 dział artylerii lekkiej. Podjęto jednak próbę skokowego zwiększenia sprawności dywizji piechoty. W 1918 roku bolszewicy podjęli decyzję, że dywizje piechoty Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej będą liczniejsze, lepiej uzbrojone i silniejsze od "burżuazyjnych dywizji piechoty". Miały liczyć 27 batalionów strzeleckich, 500 karabinów maszynowych, sześć dywizjonów artylerii, dywizjon kawalerii i eskadrę lotniczą. Było to - bagatela - 38 000 żołnierzy. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te plany i w 1920 roku na froncie rosyjska dywizja piechoty liczyła mniej niż 10 000 żołnierzy, czyli mniej niż dywizja piechoty Wojska Polskiego.


SOWIECKI PLAKAT PROPAGANDOWY 
1920



Wojsko Polskie powstało przed około stu laty, w czasie I Wojny Światowej. "Około" gdyż jego geneza była skomplikowana: zdecydowanie się na datę wcześniejszą mogło świadczyć o nie polskich korzeniach polskiego wojska, zdecydowanie się natomiast na datę późniejszą - odbierało honor tym, którzy za ojczyznę walczyli dłużej niż inni. Z pewnością 11 listopada 1918 roku, gdy Polska odzyskiwała niepodległość, jej wojsko było już sprawnym i skutecznym narzędziem - narzędziem, które uratowało jedność kraju, jego granice i niepodległość. Pierwszą prawdziwie podręcznikową bitwą Wojska Polskiego, była ta stoczona nad Niemnem jesienią 1920 roku. W teorii - a praktyka niewiele od niej odbiegała - powinna wyglądać następująco: Po przygotowaniu artyleryjskim rzucona do szturmu piechota przełamywała pierwszą linię oporu wroga, rozbijała kontratakujące odwody nieprzyjaciela i zajmowała pozycje tyłowe broniącej się dywizji. Powinno to być łatwe gdyż stanowiska nieprzyjacielskich karabinów maszynowych - najpoważniejszego narzędzia obrony - mogły być łatwo zniszczone przez artylerię kierowaną przez obserwatorów. Następnie atakująca piechota, wzmocniona kolejnymi batalionami i wsparta ogniem artylerii, włamywała się w ostatnią linią obrony wroga i umożliwiała kawalerii wyjście na przestrzeń operacyjną nieprzyjaciela, co oznaczało przełamanie jego obrony, zniszczenie dowództw i artylerii, a w konsekwencji zrolowanie całego frontu i zmuszenie nieprzyjaciela do ucieczki (pamiętam jak godzinami z kolegami grałem w gry planszowe, m.in. bitwy wojen napoleońskich, jak i roku 1920).


PLAN BITWY NAD NIEMNEM 
(DRUGIEJ I OSTATNIEJ WIELKIEJ BITWY ROKU 1920, KTÓRA OSTATECZNIE PRZYPIECZĘTOWAŁA KLĘSKĘ SOWIECKIEJ ROSJI W WOJNIE Z POLSKĄ)
20-26 września 1920 r.



To, co w teorii przedstawiało się jasno i wyraźnie, w praktyce napotykało wiele trudności. Najpoważniejsza z nich pojawiała się wówczas, gdy atakujące bataliony zajmowały pozycje tyłowe broniącej się dywizji wraz ze stanowiskami ogniowymi artylerii wroga. Oznaczało to wyjście z zasięgu ognia własnej artylerii dywizyjnej. W dodatku współdziałanie między piechotą i artylerią pogarszało się z każdym metrem przebytym przez piechurów. W pewnym momencie boju należało przerwać ogień wspierających atak armat lekkich i przesunąć je do przodu, a przebycie kilku kilometrów i poprawne zajęcie nowych stanowisk ogniowych zajmowało - według regulaminu - kilka godzin. Rozwiązaniem tego problemu były czołgi, bowiem szybko przemieszczały się po polu walki, a wsparcie ogniem piechoty nie wymagało dokładnego - a więc czasochłonnego - zajmowania stanowisk. W razie powodzenia natarcia następował pościg: wówczas bataliony saperów naprawiały drogi, a przede wszystkim budowały mosty zniszczone przez uchodzącego nieprzyjaciela. Saperzy stawiali takie przyprawy, które były potrzebne ich macierzystym jednostkom: w pułku -  mosty dla piechoty i promy dla dział; w dywizji - mosty dla artylerii i lekkiej i promy dla artylerii ciężkiej; w armii - mosty dla artylerii ciężkiej, a nawet czołgów lekkich. Czołgi cięższe niż dziesięciotonowe mogły zostać użyte - ale byłaby to broń nieelastyczna, mało wydajna i nieekonomiczna. Tak samo jak bronią nieelastyczną (...) była artyleria najcięższa. Jednak cele dla potężnych polskich moździerzy 220 mm istniały i były jasno określone: umocnienia dookoła Kijowa i Królewca.


POLSKA PIECHOTA WSIADA 
DO POCIĄGU PANCERNEGO 
1920



Wojsko Polskie osiągnęło "europejski" poziom organizacyjny wiosną 1920 roku. Jego struktura została następnie ujednolicona z armią francuską, z którą Rzeczpospolita pozostawała w - sformalizowanym ostatecznie w 1921 roku - sojuszu wojskowym. Obszar Polski został podzielony na 10 okręgów, w których stacjonowały korpus armijne: trzy dywizje piechoty służące do walki, brygada kawalerii służąca do rozpoznawania i działań rajdowych, pułk artylerii ciężkiej mający ułatwiać przełamywanie pozycji wroga oraz batalion saperów ułatwiający wszelkie manewry. Wnet jednak okazało się, że taką strukturę organizacyjną należy zmodyfikować, bowiem to, co sprawdzało się na zachodzie Europy, było zbyt ciężkie i zbyt mało elastyczne w warunkach Europy Wschodniej (już kiedyś pisałem na temat błędu jaki popełnił Hitler po inwazji na Związek Sowiecki, nie przygotowując znacznych sił kawaleryjskich, które byłyby nieodzowne w warunkach zarówno srogiej rosyjskiej zimy, jak i praktycznego braku tam dróg, gdzie żołnierze w czasie roztopów praktycznie brodzili po kolana w błocie i zapadali się w nim. Większe formacje kawaleryjskie Wehrmachtu były tworzone dopiero od roku 1943, a w ich skład wchodzili przede wszystkim Kozacy, ale również Niemcy. Był to jednak czas, gdy hitlerowskich Niemiec nic już nie było w stanie ocalić. Zresztą o czym my mówimy skoro wojska niemieckie pod Moskwą nie miały nawet ciepłych ubrań ani czapek - co oczywiście nie znaczy że ich nie przygotowano. Owszem, były, stały w transportach kolejowych na dworcu w Warszawie, natomiast na front wschodni przerzucano przede wszystkim najpotrzebniejsze rzeczy, czyli broń i amunicję. Natomiast ciepłych ubrań, czapek i temu podobnych nie uznawano za aż tak istotne, co powodowało że Niemcy wręcz zamarzali we własnych czołgach).


POLSKI PLAKAT PROPAGANDOWY 
1920



Podstawowym problemem było zaopatrzenie. Amunicja, paliwo, jedzenie powinny trafić liniami kolejowymi do magazynów korpuśnych, a stąd dywizyjne tabory miały dowozić je do pułków. Tymczasem w kierunku wschodnim biegło z centralnej Polski jedynie pięć magistrali kolejowych. Nie dało się więc zastosować "zachodnioeuropejskiej" struktury dowodzenia i zaopatrzenia, w którym jedna magistrala służy do zaopatrywania jednego korpusu. Dowództwa okręgów korpusów przestały więc odpowiadać za planowanie wojenne, a zajęły się jedynie organizacją pokojową. Dowódcy okręgów korpusów również stracili na znaczeniu, generał na tym stanowisku określano złośliwym przymiotnikiem "gaciowy". Planowanie operacyjne powierzono zatem wybranej grupie generałów: inspektorom armii. Skoro na wschód prowadziło pięć magistrali kolejowych, zatem istniało jedynie pięć kierunków operacyjnych, stąd też było pięciu inspektorów armii dla przeciwsowieckiego frontu wschodniego (i pięciu inspektorów armii dla przeciwniemieckiego frontu zachodniego). Podjęto też decyzję, że sprawami kwatermistrzowskimi będą zajmowały się sztaby armii, którym będą bezpośrednio podlegały dywizje piechoty I brygady kawalerii. W razie potrzeby można było natomiast zorganizować z kilku dywizji "grupy operacyjne". Bardzo często porównuje się je do znanych z innych armii korpusów, krytykując polskie grupy operacyjne za zbyt małą liczbę oficerów. Tymczasem w czasie wojny liczenie zaopatrzenia - kiedy?, ile?, gdzie? - było najbardziej pracochłonnym zadaniem sztabów, a skoro zajmowały się tym polskie sztaby armijne, to sztaby grup operacyjnych były mniej liczne: zaopatrzenie dowożone było do magazynów armii, a stamtąd trafiało na front (podobna organizacja była - według słów amerykańskiego generała George'a Pattona - kluczem do sukcesu jego 3 Armii w latach 1944 i 1945. Taka sama organizacja funkcjonuje dziś niemal w każdych siłach zbrojnych świata).


TOTALNY ODWRÓT SOWIETÓW 
(TUTAJ ARMII BUDIONNEGO) 
Wrzesień-październik 1920



STANOWISKO POLSKIEGO KARABINU MASZYNOWEGO NA LINII ROZEJMOWEJ 
Październik 1920





CDN.

czwartek, 6 lutego 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. XII

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






PRZYGOTOWANIA DO WOJNY 
Cz. I


Wojsko Polskie z 1939 roku - w książkach, filmach, prasie, publikacjach i widowiskach - uchodzi za przestarzałe. Najlepsze, co można o nim przeczytać, to że w chwili rozpoczęcia II wojny światowej swoim standardem dorównywało wojskom walczącym w I wojnie światowej. Warto więc się przyjrzeć, jak wyglądały armie dwudziestolecia międzywojennego i w jaki sposób ich używano.


WETERAN UCZY TAKTYKI WOJENNEJ CHŁOPCÓW
Z ARYSTOKRATYCZNYCH RODÓW
(POŁOWA XVIII WIEKU)



Nowoczesna organizacja sił zbrojnych - której odejścia do historii jesteśmy świadkami - powstała na przełomie XVIII i XIX wieku. Jeszcze w XVIII wieku armie były jednolitymi formacjami, maszerującymi w jednej kolumnie - zarówno ze strachu przed nieprzyjacielem, jak i ze strachu przed masową dezercją własnych żołnierzy, siłą wcielonych do wojska. Armia podchodziła do swojego celu, staczała o niego bitwę i wygrywała - lub przegrywała - wojnę. Wszystko zmieniła rewolucja francuska. Do francuskiej armii trafili żołnierze, którzy wiedzieli, o co walczą. Walczyli o zdobycze rewolucji: o wolność, równość, braterstwo, a przede wszystkim o pieniądze, majątek i liberalną politykę podatkową. To właśnie był duch, który umożliwił Napoleonowi podbój Europy, bronionej przez armię ancient regimé'u. Nic dziwnego, że francuski system został zaadoptowany przez wszystkie państwa europejskie. Polegał przede wszystkim na przekonaniu żołnierzy, że będąc częścią armii, walczą nie tylko w interesie władcy, lecz także - a może przede wszystkim - we własnym interesie. Poborowy był indoktrynowany od najmłodszych lat w specjalnie przygotowanej instytucji - obowiązkowej szkole państwowej. Patriotyzmu uczył się na lekcjach historii, języka narodowego, religii, geografii, a krzepę fizyczną zdobywał na lekcjach gimnastyki. W XIX wieku regułą było, że wojny wygrywały państwa, w których był obowiązkowy system edukacji. Te, w których takiego systemu nie było - wprowadzały go po pierwszej przegranej wojnie. 

Armie stawały się masowe. Nikt - czy raczej prawie nikt - z nich nie dezerterował. Olbrzymie armie sprawiły, że konieczny stał się ich podział na takie formacje, które mogły oddzielnie maszerować i samodzielnie toczyć małe bitwy, a w razie potrzeby skoncentrować się do stoczenia bitwy walnej. Konieczne było także zreorganizowanie dowodzenia, które umożliwiłoby skuteczne zarządzanie masami ludzkimi. Od dawien dawna - często od średniowiecza - funkcjonowały kompanie, bataliony, pułki i dywizje. Kompania liczyła około 100 ludzi i nie była niczym więcej, jak grupą żołnierzy skupioną wokół swojego dowódcy - kapitana (czyli "głowy"). Kilka kompanii łączono w bataliony, które na polu bitwy mogły samodzielnie wykonywać działania bojowe: maszerować, atakować, bronić się. Pułk, czyli regiment, początkowo różnił się od batalionu jedynie tym, że funkcjonował także w czasie pokoju: rekrutował, szkolił, zarządzał żołnierzami. Dywizja natomiast - jak sama nazwa wskazuje - była częścią armii. Warto pamiętać, że dywizje były czymś wyjątkowym, bowiem nowożytne armie stanowiły z reguły całość. Nową wartość organizacji wojskowej nadała rewolucja francuska. Najważniejszą formacją był wciąż batalion. Dywizja ewoluowała w stałą formację, w której zgrupowanych było kilka batalionów. Dowódca dywizji na polu walki dowodził wszystkimi tymi batalionami albo samodzielnie, albo korzystając z pomocy dowódców pułków lub dowódców brygad (różnica pomiędzy tymi formacjami polegała na tym, że pułk przede wszystkim służył do administrowania wojskiem w czasie pokoju, a brygada - mająca niewiele więcej batalionów niż pułk - mogła służyć jako miniaturowa dywizja).


11-letni KSIĄŻĘ PORUCZNIK DOGLĄDA SWÓJ REGIMENT 
(FRANCJA - POŁOWA XVIII WIEKU)



Najważniejszym jednak wojskowym wynalazkiem Napoleona był korpus. Korpus składał się z kilku dywizji piechoty, brygady jazdy oraz artylerii. Stanowił armię w miniaturze. Korpusem dowodził marszałek i jedynie na czas walnej bitwy bezpośrednie dowództwo obejmował sam cesarz. Skoncentrowanie korpusów było przedsięwzięciem niesamowicie trudnym, wymagającym olbrzymiego doświadczenia, doskonałego planowania, efektywnego współdziałania i wiele szczęścia. Czasem koncentracja korpusów nie udawała się nawet Francuzom, a wówczas przegrywali bitwy, operacje i kampanie. W kolejnych latach nauczono się jednak i tej trudnej sztuki. Bardzo pomocne okazały się koleje żelazne oraz telegraf. W drugiej połowie XIX wieku na froncie walczyły trzy-cztery armie składające się z trzech-czterech korpusów każda. Gdy w 1914 roku wybuchła wielka wojna, w każdej ze stron walczyło po kilkanaście armii, konieczne stało się więc zgrupowanie ich w jeszcze większe formacje, nazwane grupami armii albo frontami. Lecz tak samo jak w czasach wojen napoleońskich współdziałanie kilku korpusów nie zawsze było efektywne, tak samo podczas I wojny światowej współdziałanie grup armii nie zawsze przynosiło pożądane efekty. Trudności związane z dowodzeniem wielkimi armiami nie wynikały z kwestii militarnych, lecz ekonomicznych. Ekonomia to umiejętność wykorzystania zasobów, których - zawsze -  jest zbyt mało. W XVIII wieku dawano sobie z tym radę, tworząc system magazynów i walki toczono właśnie z reguły o te magazyny. Napoleon nadał wojnie zupełnie nową dynamikę i wojska żywiły się, ubierały i zbroiły, wykorzystując zasoby zdobyte na przeciwniku. Tam, gdzie brak było takich zasobów, starano się dowieźć je wszelkimi możliwymi środkami. Jako że naziemne środki transportu były mało wydajne, to i wydajność żywionych w ten sposób armii nie była wielka. Wzrosła dopiero w połowie XIX wieku - po pojawieniu się linii kolejowych.


FRANCUSCY KIRASJERZY PRZECHODZĄ PRZEZ DUNAJ 
PRZED BITWĄ POD WAGRAM 
(1809)



Wciąż pozostawały nierozwiązane problemy: jedna linia kolejowa może pomieścić ograniczoną liczbę pociągów. W dodatku zapasy przywiezione koleją trzeba jeszcze dowieźć do wojsk oddalonych od stacji rozładunkowych. Problemy ekonomiczne - w dawnym języku wojskowym zwane kwatermistrzowskimi, a we współczesnym: logistycznymi - doprowadziły do tego że w XIX i XX wieku organizacja wojskowa sprowadzała się do prostego podziału: korpus to formacja, która działa wzdłuż jednej linii komunikacyjnej (najczęściej kolejowej). Schodząc niżej po drabinie organizacyjnej, również możemy znaleźć podobne powiązania pomiędzy ekonomią (kwatermistrzostwem, logistyką) a organizacją wojenną. Z tym, że należy wziąć pod uwagę nie transport kolejowy, ale konny (jeszcze w ostatnim roku II Wojny Światowej 1944/1945 w Wehrmachcie było aż 100 000 koni). Kompania to - w gruncie rzeczy - formacja skupiona wokół kuchni polowej. Bynajmniej nie jest to żadna kpina (bowiem zapewnienie żołnierzy w stały posiłek jest kluczowym zadaniem każdej armii, w jednym z kolejnych tematów opowiem jak ten problem rozwiązywano chociażby w czasie Powstania Styczniowego w latach 1863-64, gdzie przecież była to wojna oddziałów bardziej powstańczych niż regularnej armii po stronie polskiej). Kuchnia polowa -  wynaleziona w początkach XX wieku - umożliwiała przygotowanie posiłku jeszcze podczas marszu i zaserwowanie go żołnierzom tuż po dotarciu na miejsce postoju. Jako że koń pociągowy jest w stanie - zgodnie z regulaminami wojskowymi i zdrowym rozsądkiem - pociągnąć po drodze gruntowej ciężar 500 kg. Taką więc masę miały kuchnie polowe. Mogły one wydać około 200 posiłków - i taką wielkość miały kompanie strzeleckie przez cały niemal XX wiek.


ATAK "SZARYCH" SZKOTÓW gen. WILLIAMA PONSOMBY'EGO NA 45 PUŁK LINIOWY ARMII FRANCUSKIEJ W BITWIE POD WATERLOO
(1815)



Podział na kampanie miał znaczenie czysto administracyjne: dowódca prowadził ewidencję żołnierzy, wydawał im przepustki, a szef kompanii ubierał i - z pomocą kuchni polowej - karmił żołnierzy. Kompanie nie walczyły samodzielnie. Najmniejszą formacją zdolną do prowadzenia samodzielnego boju był batalion. Liczył blisko 1000 żołnierzy w czterech kompaniach. Przemiany I wojny światowej sprawiły, że jedna z tych kompanii była wyposażona w "broń zespołową" - ciężkie karabiny maszynowe pomagające w obronie oraz moździerze piechoty pomagające w natarciu. To właśnie ta kompania - nazywana najczęściej kompanią ciężkich karabinów maszynowych - stanowiła o sile batalionu. Smutna prawda była taka, że regulaminy zakładały, iż utrata nawet połowy strzelców nie wpłynie znacząco na siłę batalionu. Walczyła przede wszystkim broń zespołowa, strzelcy służyli natomiast przede wszystkim jako zasłona dla niej oraz jako elementy rozpoznające stanowiska broni zespołowej przeciwnika. To właśnie w kompanii ciężkich karabinów maszynowych batalion miał uzbrojenie potrzebne do powstrzymania szturmu przeciwnika, zniszczenia jego pozycji obronnych, powstrzymania czołgów, a nawet - do samoobrony przeciwlotniczej. Bataliony piechoty armii europejskich niewiele się od siebie różniły. Wielowiekowe doświadczenie wskazywało, że batalion powinien liczyć kilkaset ludzi, raczej nie więcej niż 1000 - ponieważ taką grupą można skutecznie dowodzić. Liczniejszy ma większą siłę ognia, staje się jednak trudny w dowodzeniu i manewrowaniu. O ile kompanie strzeleckie wymagały jedynie kilku wozów - kuchni polowej i jakiejś bryczki kancelaryjnej - to kompanie karabinów maszynowych potrzebowały jednego wozu konnego dla każdego karabinu maszynowego czy moździerza. Po wielu próbach znaleziono kompromis pomiędzy siłą ognia a długością batalionowych kolumn taborowych - kompania karabinów maszynowych liczyła z reguły 12 karabinów maszynowych oraz pojedyncze sztuki moździerzy czy też działek piechoty.


HIRAM MAXIM PREZENTUJE SKONSTRUOWANY PRZEZ SIEBIE
KARABIN MASZYNOWY
(1884)



Jakość tego uzbrojenia była jednakowa w całej Europie. Niemal wszystkie ciężkie karabiny maszynowe wywodziły się od wspólnego przodka zbudowanego przez Hirama Maxima, miały podobną masę i podobną sprawność. Takie samo było również wyposażenie w amunicję - trzeba bowiem pamiętać, że karabin maszynowy wraz z amunicją był przewożony na wozie konnym zaprzężonym w jednego konia. A wozy dla karabinów maszynowych i konie pociągowe były w całej Europie takie same. W niektórych armiach pozwalano co prawda na większe obciążenie wozów, ryzykując wytrzymałość zarówno samych wozów, jak i koni, a istotne różnice pojawiały się w państwach o odmiennych systemach komunikacyjnych - na przykład w górzystej Jugosławii. (...)


W BITWIE NAD SOMMĄ BRYTYJCZYCY PO RAZ PIERWSZY W HISTORII UŻYWAJĄ CZOŁGÓW, TYM SAMYM SIEJĄC PANIKĘ 
W NIEMIECKICH SZEREGACH
(14 września 1916)





CDN.

środa, 22 stycznia 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. XI

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY
Cz. VII


 Tymczasem z Sowietami zaczęli negocjować także Niemcy. Pretekstem do nawiązania rozmów były sprawy gospodarcze - uregulowanie kontaktów sowiecko-czechosłowackich.  Sprawy zostały załatwione w sposób zadowalający obie strony, co położyło fundament pod porozumienie polityczne i wojskowe. Hitler próbował jeszcze dojść do porozumienia z Wielką Brytanią, równolegle starając się wymusić na Polsce zgodę na rozwiązanie połowiczne: zajęcie Gdańska. I w Londynie, i w Warszawie zaserwowano mu czarną polewkę: 30 lipca Chamberlain oficjalnie zapowiedział, że wysyła misję wojskową do Moskwy, 10 sierpnia wiceminister Mirosław Arciszewski poinformował, że jakakolwiek akcja niemiecka w Gdańsku, wywoła odpowiednią reakcję Rzeczypospolitej. Za słowami poszły czyny: nastąpiła mobilizacja alarmowa drugiego już okręgu korpusu - pierwszy zmobilizowano w marcu - oraz wysłanie dwudywizyjnego Korpusu Interwencyjnego na przedpola Wolnego Miasta Gdańska.




12 sierpnia rozpoczęły się w Moskwie rozmowy sztabowe z Brytyjczykami i Francuzami. Ceną za podpisanie sojuszu antyniemieckiego była zgoda Polski i Rumunii na wejście do nich Armii Czerwonej. Takie posunięcie - pomijając pewność, że Sowieci nigdy już nie opuszczą ziem swoich sąsiadów - odznaczało natychmiastowe rozpoczęcie wojny przez Niemców (dla których jedyną szansą na uniknięcie przegranej byłoby pobicie Polski przed nadejściem czerwonoarmistów). Ani Polska, ani Rumunia nie mogły więc wyrazić zgody na sojusz z Sowietami, co alianci przekazali 14 sierpnia. Brytyjczycy przekazali także, że dysponują jedynie sześcioma czynnymi dywizjami. 15 sierpnia minister Wiaczesław Mołotow rozpoczął pospieszne negocjacje z niemieckim ambasadorem Friedrichem von Schulenburgiem. Po trzech dniach gotowy był wieloletni układ handlowy, po kolejnych dwóch dniach ustalono datę spotkania Mołotowa i Ribbentropa na 23 sierpnia. Już po północy, 24 sierpnia, zostaje podpisany niemiecko-sowiecki pakt o nieagresji, zawierający tajny protokół, w którym oba państwa podzieliły pomiędzy siebie Europę Środkową. Jest to faktyczny początek II wojny światowej.

Niemcy jeszcze próbowali jej uniknąć. Tajny protokół był tajny tylko dla Sowietów, którzy niemal do końca istnienia swojego państwa - do grudnia 1989 - będą przysięgać, że nigdy nie powstał. Dla Niemców protokół był tajemnicą poliszynela i narzędziem polityki zagranicznej: już w dniu jego podpisania - rankiem 24 sierpnia, Hans von Hervath, sekretarz ambasadora Schulenburga, przekazał informację o tajnym protokole ambasadorowi Stanów Zjednoczonych. Z tego źródła informację o nim mają również Brytyjczycy i Francuzi. Ci ostatni zostali powiadomieni równolegle przez Hansa Lammersa, szefa kancelarii III Rzeszy. 24 sierpnia był dla Hansa von Hervatha bardzo pracowitym dniem: o protokole poinformował także ambasadę włoską. Poprzez kontakty na szczeblach attachatów dowiedzieli się również Łotysze, Estończycy i Japończycy. Oczywiście można wierzyć, że oto 24 sierpnia nastąpił przypadkowy przeciek, można wierzyć w kilka przypadkowych przecieków, ale wiara w tak wiele seryjnych przypadków niedyskrecji skierowanych do państw utrzymujących doskonałe stosunki wywiadowcze z Polską (należy pamiętać że u nas szkolili się wojskowi oraz agenci wywiadu japońskiego i łotewskiego), które błyskawicznie dotarły do adresata, przypomina dowcip o teściowej, która poślizgnęła się na skórce od banana i upadła na nóż... piętnaście razy.

Być może polski rząd - jako jedyny - nie wiedział o tajnym protokole. Świadczyłoby to nie tylko o słabości polskiego wywiadu, lecz także o niesamowitej dyskrecji Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów, Włochów, Łotyszy, Estończyków i Japończyków (jest taki kapitalny łotewski thriller szpiegowski z 2020 r. zatytułowany "O2" {w polskim tłumaczeniu tytuł brzmi: "U progu wojny", pokazujący właśnie jak łotewski wywiad zdobył informacje na temat paktu Ribbentrop-Mołotow. Wydarzenia tam przedstawione są na faktach autentycznych, a opowiadają o oficerze łotewskiego wywiadu Feliksie Kangurze, który musi zdemaskować szpiega sowieckiego w strukturach wywiadu, wszystko to oczywiście w sytuacji zbliżającej się zagłady estońskiej państwowości, gdy do kraju wkraczają wojska sowieckie, a rząd estoński ustępuje pod presją żądań Moskwy. Ostatnia scena gdy Kangur (notabene zakochany w agentce polskiego wywiadu, która wcześniej wpadła w Związku Sowieckim i została skazana na śmierć) ucieka samolotem z kraju - wraz z żoną swego przyjaciela, który wrócił się po paszporty i już nie zdążył wsiąść na pokład - kraju który właśnie traci niepodległość - jest niezwykle symboliczna. A szczególnie scena gdy schwytany przyjaciel prosi Kangura - który jest już w samolocie - aby go zastrzelił, bo wie, że jeżeli wpadnie w ręce Sowietów żywy, to będzie gorsze niż śmierć i ten spełnia jego prośbę).




W sytuacji, która wytworzyła się pod koniec sierpnia, mogłaby ona zostać zinterpretowana w Warszawie jedynie jako próba wymuszenia przez Niemców kapitulacji polskiego rządu, ewentualnie jako próba zachwiania morale Polaków. Być może niepodzielenie się z Polakami wiedzą o tajnym protokole przez Francuzów i Brytyjczyków jest świadectwem dwulicowości sojuszników, należy jednak pamiętać, że w tym czasie była to jedynie wiedza o RZEKOMYM podpisaniu tajnego protokołu. Wywiad - czy to cywilny, czy wojskowy, czy dyplomatyczny, zanim przedstawi swoim zwierzchnikom plotki i pogłoski, musi je sprawdzić i zweryfikować. Dopiero wówczas zamieniają się w informację. Z perspektywy każdego normalnego człowieka decyzja Hitlera o związaniu się sojuszem ze stalinem i wydaniu wojny Polsce była decyzją głupią. W najlepszej sytuacji prowadziła do tego, że na wschodnich rubieżach III Rzeszy pojawiłby się - zamiast w miarę życzliwej i przyjaznej Polski - Związek Sowiecki. Najbardziej prawdopodobnym skutkiem było jednak rozpoczęcie przez Niemców wojny z całym światem. Decyzja Hitlera z 23 sierpnia 1939 roku była najtragiczniejszą w historii Niemiec, doprowadziła państwo i naród do katastrofy niespotykanej w dziejach Europy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł przypuszczać, że Niemcy przygotowują się właśnie do popełnienia zbiorowego samobójstwa. Niestety, w otchłań pociągnęli za sobą innych.




CDN.

piątek, 3 stycznia 2025

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. X

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)






DLACZEGO DOSZŁO 
DO WOJNY 
Cz. VI



 Wydaje się, że wojnę odbierano w Warszawie jako bardzo bliską już w marcu 1939 roku. Spodziewano się wówczas może nie tyle "przekroczenia granicy na całej jej długości", co akcji na mniejszą skalę.  Wielce prawdopodobny był pucz w Gdańsku -  potrojono więc obsadę Polskiej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte, oraz zmobilizowano formacje, które stały się następnie podstawą polskiego Korpusu Interwencyjnego (mającego interweniować w Gdańsku). Zakładano też ataki zbrojne z terenu III Rzeszy - być może przypominające "powstanie" Niemców sudeckich, stanowiące przykrywkę do konferencji w Monachium. Wzmocniono zatem nadgraniczne garnizony Wojska Polskiego. Wreszcie ze wschodu Polski skierowano dywizje na teren północnego Mazowsza (łącznie w pierwszym etapie wojny Polska zamierzała zmobilizować 39 dywizji piechoty, 11 brygad kawalerii oraz dwie brygady pancerno-motorowe. Realnie jednak ze względu na szybkie posuwanie się Niemców, nie udało się tego osiągnąć i łącznie zmobilizowano 40 dywizji pierwszego i drugiego rzutu - rezerwowa Armia Prusy, reszta była albo w trakcie formowania, albo po prostu jeszcze ten proces się nie rozpoczął). Tamtędy właśnie prowadziła najkrótsza droga z Prus Wschodnich do Warszawy. Przy "sprzyjających okolicznościach" możliwy był bowiem coup de force, podczas którego zmotoryzowane jednostki niemieckie w ciągu kilku godzin dotarły by do Warszawy i obaliły polski rząd.

Czym właściwie były te "sprzyjające Niemcom okoliczności"? Przede wszystkim był to brak oporu militarnego ze strony ofiary. Nie było go ani w Austrii, ani w Czechosłowacji, ani na Litwie kowieńskiej. Warto zauważyć, że w związku ze "sprzyjającymi okolicznościami" atakowano te państwa według szkieletowych planów operacyjnych, bowiem niemieckie sztaby nie zakończyły nad nimi pracy. Tę "sprzyjającą okoliczność" Warszawa wyeliminowała 23 marca, ogłaszając mobilizację alarmową. Oczywiście także i Austria, i Czechosłowacja, mobilizowały swoje wojska do odparcia Niemców, jednak Berlin potrafił wyperswadować ich rządom stawianie oporu poprzez doprowadzenie do osamotnienia tych państw na arenie międzynarodowej. To jednak nie udało się w stosunku do Polski (nasz Naród nie był bowiem gotowy na jakąkolwiek formę podległości, czy to wobec Niemiec czy wobec Związku Sowieckiego. Panowała bowiem bardzo silna wiara w potęgę Wojska Polskiego i fakt, że jesteśmy w stanie nawet osamotnieni rozbić Niemców - tym bardziej że nasza generalicja uważała {niestety błędnie} że Niemcy nie mają dobrej kadry oficerskiej, że niemieckie czołgi są w większości na pokaz, a tak naprawdę zbudowane są z kartonów i papieru. Oczywiście były meldunki pokazujące rozbudowę armii niemieckiej, ale te meldunki nie trafiały do szeregu społeczeństwa, gdyż nie mogły tam trafić. Dziś możemy się śmiać z haseł: "Silni, Zwarci, Gotowi", albo: "Nie oddamy nawet guzika od munduru", ale w tamtym czasie Polacy po prostu byli o tym święcie przekonani. Z drugiej wszakże strony, jeżeli weźmiemy jak bardzo nadmuchaną była Armia Francuska, jak zwano ją "Najsilniejszą armią świata", - gdzie takową nie była, ba mało tego, Francja wygrała I Wojnę Światową psim swędem, bowiem bez wsparcia Brytyjczyków i Amerykanów - a po części również Belgów - poniosłaby druzgocącą klęskę w tej wojnie. Jeżeli zestawimy to z Armią Brytyjską - która posiadając olbrzymie kolonie była bardzo słaba, a we wrześniu roku 1939 Brytyjczycy mieli możliwość wystawić i wysłać do Francji tylko 4 dywizje, piąta była gotowa dopiero w listopadzie tego roku, a łącznie Wielka Brytania mogła wystawić 50 dywizji do końca roku 1940 - z czego 32 brytyjskie i 18 kolonialnych. Gdyby więc Hitler zaatakował Francję - tak jak planował w listopadzie 1939 r. - to do grudnia, do Nowego Roku byłoby po wojnie i zapewne wówczas Wielka Brytania przystałaby na "wielkoduszną" propozycję Hitlera zakończenia stanu wojny i zawarcia sojuszu dzielącego strefy wpływów w Europie i na świecie. Tak więc gdy na to wszystko spojrzymy chłodnym okiem, to wychodzi na to, że nasza armia wcale nie była taka zła, jak nam próbowali to wmówić komuniści i ludzie preferujący pedagogikę wstydu).


FRAGMENT FILMU
"JUTRO IDZIEMY DO KINA"

(0:10 - "Będzie wojna? 
"Tak mówią, ale nawet jeśli to i tak ich pogonimy!")
{Takie właśnie było przekonanie ogromnej części społeczeństwa polskiego latem 1939 r. Oczywiście nie uważam tego za złe, a wręcz przeciwnie - chociaż bez wątpienia klęska wojenna była traumatycznym przeżyciem dla wielu ludzi, którzy wcześniej myśleli o naszej niezwyciężoności podobną traumatycznym przeżyciem była przecież klęska Francji w czerwcu 1940 r. A poza tym pokolenie wyrosłe na tradycji "Legunów", na tradycji powstań niepodległościowych oraz wielkich wiktorii wojennych czasów dawnej Rzeczpospolitej, było tak zdeterminowane prowadzić tę wojnę do ostatecznego zwycięstwa, że pierwsza klęska wcale ich nie zniechęciła. Potem w czasie II Wojny Światowej wszędzie gdzie tylko pojawił się żołnierz niemiecki, czuł za plecami oddech żołnierza polskiego).





Sojusze Rzeczypospolitej zostały potwierdzone jeszcze w kwietniu, a kropkę nad "i" postawiono 5 maja w Sejmie (powiedzmy sobie szczerze, my przygotowywaliśmy się do innej wojny, niż chociażby szykowali się do niej Brytyjczycy czy Francuzi. Oczywiście zdawaliśmy sobie sprawę że ta wojna może potrwać nawet parę lat - w najgorszym scenariuszu, w najlepszym co najmniej do połowy roku 1940. Tylko że Brytyjczycy {a także i Francuzi} szykowali się do wojny koalicyjnej, do wojny, która zarówno na Zachodzie jak i na Wschodzie będzie absorbować Niemcy po równo. Dlatego Wielka Brytania w roku 1939 złożyła deklarację nienaruszalności granic nie tylko dla Polski, ale również dla Jugosławii, Rumunii, potem Grecji a także Turcji. Mało tego, wojna koalicyjna na Wschodzie przeciwko Niemcom, to była wojna Polski i Związku Sowieckiego {tak jak na Zachodzie była to wojna Wielkiej Brytanii i Francji}. I tutaj pojawiał się pierwszy zgrzyt, gdyż wojna koalicyjna Polski ze Związkiem Sowieckim przeciwko Niemcom w ogóle nie wchodziła w rachubę, gdyż oznaczałaby de facto wpuszczenie Armii Czerwonej na terytorium Rzeczpospolitej - bowiem związek sowiecki nie posiadał wspólnej granicy z Niemcami - a jak wiemy, tam gdzie stopę swoją położy sołdat Krasnej Armii, tam jest już ziemia sowiecka -przynajmniej tak to określano w oficjalnych deklaracjach sowieckich. Dla nas wpuszczenie Czerwonej Armii było nie do zaakceptowania, to nie było w ogóle brane pod uwagę. Mało tego, myśmy naciskali na Bukareszt, aby i oni nie godzili się na brytyjską propozycję wpuszczenia Armii Czerwonej na terytorium Rumunii. Myśmy po prostu chcieli być jedynym aliantem Wielkiej Brytanii i Francji na Wschodzie, bez Związku Sowieckiego).




Minister spraw zagranicznych Józef Beck wygłosił wówczas przemówienie, w którym jasno i zdecydowanie ogłosił wolę stawiania oporu najeźdźcy. Przemówienie było skierowane nie tyle do narodu polskiego, i nie tyle nawet do Adolfa Hitlera, ile do sojuszników. Zamykało im to drogę do rozwiązania konfliktu polsko-niemieckiego kosztem Polski. Przyniosło pożądany rezultat: "sprzyjające Niemcom okoliczności" nie nastąpiły, napięcie wojenne zmalało. Zmalało, ale nie zniknęło. W Warszawie, równie dobrze jak w Berlinie - a także i w innych stolicach - zdawano sobie sprawę, że wojna może wybuchnąć na przełomie sierpnia i września: po zbiorach, a przed jesienną pluchą. Albo po zimie - wiosną 1940 roku. Nie można było jednak utrzymywać armii - i państwa - w stanie permanentnej mobilizacji, doprowadziłoby to bowiem do załamania gospodarki. W ciągu kilku miesięcy nie można było też wzmocnić Wojska Polskiego w sposób systemowy, zdecydowano zatem, że uzbrojenie zakupione u Francuzów i Brytyjczyków -  przede wszystkim sprzęt pancerny i lotniczy - dotrze do Polski tak, żeby wojsko zostało wzmocnione przed wiosną następnego roku. Podobne kroki poczyniły zresztą i Paryż, i Londyn - ich armie miały być dużo silniejsze w 1940 roku.

(Zgodnie z defensywnym planem wojennym, jaki obowiązywał w Armii Francuskiej, Francję miała przed niemieckim uderzeniem osłonić - budowana ogromnym kosztem - linia umocnień nadgranicznych w Alzacji i Lotaryngii, zwana Linią Maginota {swą nazwę wzięła od nazwiska francuskiego ministra wojny André Maginota}. Budowana była w latach 1929-1934, a do roku 1939 intensywnie rozbudowywana. Głównym pomysłodawcą linii Maginota był francuski bohater wojenny znad Verdun {do historii przeszły jego słynne słowa, gdy lornetką obserwował niemieckie okopy i stwierdził: "Tędy nie przyjdą"}, Philippe Pétain. Oczywiście nie jest prawdą myślenie że Linia Maginota miała być linią umocnień, które miały skutecznie ochronić Francję, nie! Nawet sami Francuzi budując te potężne nadgraniczne umocnienia wiedzieli, że nie będą one w stanie długo zatrzymać Niemców. Po co więc to wszystko było? Odpowiedź jest bardzo prosta, aby zyskać czas. Znacznie lepiej rozbudowywać armię oraz formować kolejne jednostki będąc schowanym za umocnieniami, których przez długi czas wróg nie będzie w stanie pokonać {w najlepszym przypadku sądzono że nie uda się to nawet kilka lat, w najgorszym - co najmniej kilka miesięcy}. Francuzów przed uderzeniem na Niemcy w roku 1939 powstrzymywał jeszcze jeden aspekt {inna sprawa, że Belgia już w 1936 r. ogłosiła neutralność, czyli odpadał jej północny aliant; ale w tym przypadku sądzono że gdy wojna wybuchnie Niemcy i tak złamią neutralność Belgii, więc naturalnie wejdzie ona do wojny, tak, jak w roku 1914. Swoją drogą umocnienia Linii Maginota kończyły się właśnie tuż nad granicą z Belgią, czyli Francuzi - wydając krocie na ten system umocnień - nie brali pod uwagę że Niemcy mogą uderzyć na nich od północy, tak, jak miało to miejsce w sierpniu 1914 r., a wówczas wyjdą na francuskie tyły i zmuszą oddziały stojące za Linią Maginota do kapitulacji - porażający tok myślenia} Francuzów paraliżował po prostu strach przed wojną. To była prawdziwa endemiczna obawa, podbudowana traumatycznymi przeżyciami z okopów I Wojny Światowej i tego, jaki ślad pozostawiła ona na żołnierzach tamtej Wojny. Francuzi byli bowiem trochę tak jak wykastrowany galijski kogut, który już nawet nie pieje, a jedynie złowieszczo macha skrzydłami).




W płaszczyźnie politycznej pozostawało więc opóźnić działania III Rzeszy. Postanowiono wykorzystać do tego Związek Sowiecki, mocarstwo niegdyś silne i wrogie Europie, ale w 1939 roku słabe i przyjazne (z tym się nie zgodzę, Związek Sowiecki w 1939 r. był silniejszy niż w roku 1920, a nawet w roku 1930. Zawdzięczał to oczywiście konsekwentnej rozbudowie i modernizacji - oczywiście głównie skupionej na ilości, a nie jakości, co powodowało że choćby ogromna część sowieckich czołgów realnie nie nadawała się do użytku, gdyż była większym zagrożeniem dla obsługujących je załóg, niż dla wroga. Ale nie zmienia to faktu, że Związek Sowiecki czasów Stalina przeszedł konsekwentną industrializację na zachodnią modłę. Mało tego, w Sowiety {podobnie zresztą jak w III Rzeszę hitlerowską} pompowano ogromne pieniądze, a zachodni specjaliści {główni amerykańscy} budowali tam tamy, fabryki i modernizowali sprzęt Armii Czerwonej. Gdy podczas wielkich manewrów w roku 1935 oczom zachodnich obserwatorów ukazały się wojska powietrznodesantowe, "wypluwające" z samolotów niezliczoną liczbę żołnierzy, niektórzy z oficerów holenderskich i belgijskich stwierdzili, że same te wojska byłyby w stanie zająć ich kraje w ciągu góra dwóch dni. Oczywiście to też wszystko było na pokaz. Armia Czerwona była osłabiona potężnymi czystkami stalinowskimi z drugiej połowy lat 30-tych {chociaż akurat Wiktor Suworow twierdzi, że te czystki wyszły Armii Czerwonej na dobre, gdyż Stalin zabijał oficerów, którzy co prawda mieli już doświadczenie wojenne, ale byli oficerami poprzednich wojen, a przez to byli mocno zacofani. Ich tok myślenia pozostawiał wiele do życzenia i nawet jeżeli weźmiemy pod uwagę, że Stalin powołał na to stanowisko oficerów miernych i sobie całkowicie podporządkowanych, to jednak byli to oficerowie szkoleni już według nowego modelu walki. Ja akurat nie zgodzę się z tym twierdzeniem. Trzeba bowiem pamiętać że w armiach wielu krajów znajdowali się oficerowie, którzy postulowali znaczną modernizację własnych sił zbrojnych, a byli to przecież żołnierze poprzedniej Wielkiej Wojny. We Francji był to chociażby pułkownik de Gaulle, u nas Władysław Sikorski pisał również o modernizacji wojska (chociaż ja osobiście nie czytałem tego, więc się nie odniosę, poza tym mówcie co chcecie, ale za tym gostkiem nie przepadam) natomiast Franz Halder bardzo lubił czytać taką literaturę. Kazał sobie tłumaczyć owe książki na niemiecki i dokładnie je czytał, wertując co też w danym kraju komu i jak "leży na wątrobie", kto planuje jaką modernizację i co należy usprawnić w pierwszej kolejności. Wydaje się że w Armii Czerwonej zwolennikiem chociażby broni pancernej był również wielki przegrany roku 1920, marszałek ZSRS Michaił Tuchaczewski, którego Stalin kazał zamordować w roku 1937).




O słabości zadecydowała wielka czystka, załamanie gospodarcze oraz klęski dyplomatyczne. Zmiana nastawienia polegała m.in. na porzuceniu republikańskiej Hiszpanii i poparciu walki Zachodu z imperialistyczną Japonią. Moskwa stawała się atrakcyjnym, szukającym porozumienia partnerem, podjęto więc z nią rozmowy. Negocjowali przede wszystkim Brytyjczycy. Być może - jak chce wielu komentatorów - to oni stanowili aktywniejszą część aliansu (u nas nie zdawano sobie do końca sprawy, jak bardzo od decyzji Londynu uzależniony był Paryż. Wygląda na to, że Francuzi realnie nie byli w stanie ani zdecydować się na wypowiedzenie wojny, ani też na zawarcie sojuszu bez jasnej decyzji Londynu. Także 3 września 1939 wypowiedzieli wojnę Niemcom dopiero kilka godzin po tym, jak uczynili to Brytyjczycy. To też pokazuje że Francuzi wcale nie byli żadną wielką militarną potęgą i za każdym razem oglądali się na sojuszników, głównie zaś na Brytyjczyków). Francja była rzekomo bierna z przyczyn politycznych i niechętna jakiejkolwiek aktywności (o  powodach tego stanu "odrętwienia" opowiedziałem wyżej). Na pewno zaś Londyn - w przeciwieństwie do Paryża - nie dysponował silną armią, więc jedynym środkiem nacisku była dyplomacja. Stosunek zaś Warszawy do rozpoczętych 15 czerwca w Moskwie negocjacji był ambiwalentny: z jednej strony chciała wzmocnienia sojuszu antyniemieckiego, z drugiej strony obawiała się sowieckiego zagrożenia. I słusznie (Związek Sowiecki pragnął bowiem permanentnej rewolucji, z tym że w przeciwieństwie do roku 1920 gdy tworzono rewkomy i popierano lokalne partie komunistyczne w ich dążności do przejęcia władzy w danym kraju, tak w 1939, 1940 a nawet 1945 miano tego dokonać siłami Armii Czerwonej. Stalin chciał mieć bowiem kontrolę nad całym obszarem opanowanym przez komunizm, chciał być jedynym carem, panem i Bogiem).


FRAGMENT SOWIECKIEGO PROPAGANDOWEGO FILMU 
"UPADEK BERLINA
(1949)



Początkowo rozmowy dotyczyły bezpieczeństwa państw bałtyckich, które niedawno podpisały z III Rzeszą traktat o nieagresji. Moskwa odczytywała to jako przygotowania do niemieckiej agresji na ZSRS i chciała jej dać odpór. Była bliska uzyskania zgody Paryża i Londynu na okupację Estonii, Łotwy i Litwy w razie niemieckiego ataku zbrojnego. Wówczas zażądała zgody także na okupację tych państw w razie przyjęcia przez ich rządy stanowiska wrogiego Sowietom, a przyjaznego Niemcom, co w praktyce oznaczało zgodę na zajęcie ich przez Armię Czerwoną według własnego uznania. Na to ani Paryż, ani Londyn zgodzić się nie mógł. Szczególnie że stanowcze weto postawiła Warszawa, w miarę lojalnie informowana o przebiegu rozmów: po zgodzie na wejście do państw bałtyckich wbrew ich woli, mogła nastąpić taka sama zgoda wobec Polski. Pod koniec lipca leniwie toczące się rozmowy polityczne zostały jako bezowocne przerwane, rozpoczęto rozmowy wojskowe.


CDN.

czwartek, 19 grudnia 2024

MOGLIŚMY TO WYGRAĆ! - Cz. IX

CZYLI, CZY RZECZYWIŚCIE WOJNA ROKU 
1939 BYŁA Z GÓRY SKAZANA NA KLĘSKĘ?





SOWIECI NIE WCHODZĄ 
(TYMOTEUSZ PAWŁOWSKI)



DLACZEGO DOSZŁO DO WOJNY 
Cz. V




 W kampanii 1939 roku Wojsko Polskie musiało obsadzić front od Augustowa po Jasło, a bronić się od Mławy po Cieszyn. Skrajna północna flanka była chroniona przez Republikę Litewską, a skrajna flanka południowa - tak skrajna, że można o niej mówić "wschodnia" - przez Węgry. Gdyby jednak Niemcy nie zneutralizowali wrogich Polsce sąsiadów, należałoby obsadzić front ciągnący się od Brasławia nieopodal Dźwiny aż po Kuty, leżące nad Czeremoszem. Walki natomiast toczyłyby się od Wileńszczyzny aż po Borysław. Oznaczałoby to, że polskie pozycje obronne byłyby obsadzone dwakroć słabiej. Tymczasem przeciwnik byłby przynajmniej tak samo silny. Główne niemieckie uderzenie na Warszawę ruszyłoby najprawdopodobniej z Pomorza Zachodniego. Był to bowiem kierunek wydajniejszy niż śląski: szybciej wychodziło się na stolicę Rzeczypospolitej, odcinając jednocześnie wojska stojące wzdłuż granicy ze Śląskiem. W dodatku uderzenie takie spowodowałoby ściąganie w jego kierunku oddziałów ze skrzydeł polskiego frontu. W uderzeniu takim Niemcy mogliby rzeczywiście zrealizować zasadę schwerpunktu i skomasować wszystkie dywizje szybkie. Można się spodziewać, że niemieckie uderzenie nie zostałoby zatrzymane nawet na 48 godzin. Polskie dywizje zostałyby zniszczone na swoich pozycjach obronnych, a podchodzące odwody - zniszczone jeszcze w czasie marszu dofrontowego. Po dwóch dniach nikt nie stałby Niemcom na drodze do Warszawy, która została by osiągnięta trzeciego lub czwartego dnia wojny.

Być może zresztą Warszawa byłaby już wówczas zdobyta szybkim atakiem z Prus Wschodnich. Stąd bowiem wiodła najkrótsza droga z terytorium Rzeszy do stolicy Rzeczypospolitej. Polska obsada tego odcinka frontu byłaby mniejsza niż w rzeczywistości, atak niemiecki zaś miałby większy potencjał. Mógłby bowiem korzystać nie tylko z zasobów Prus Wschodnich, ale także Litwę kowieńskiej. Państwo to na pewno skorzystałoby z możliwości zajęcia Wilna, być może też - chcąc upokorzyć Polskę - wysłałoby korpusik ekspedycyjny, pomagając Niemcom w zajęciu Warszawy. Już więc po kilku dniach wojny stolica Polski byłaby albo zdobyta, albo oblężona tak od zachodu - przez armię pomorską, jak i wschodu przez armię prusko-żmudzką. I to byłby finis Poloniae... Nie byłoby szans na kontynuowanie oporu, możliwości ewakuacji Wojska Polskiego "na Węgry". Polsko-węgierska granica powstała bowiem dopiero w marcu 1939 roku, na skutek rozpadu Czecho-Słowacji. Oddziały Wojska Polskiego nie miałyby też szans na dotarcie do Rumunii - była ona zbyt daleko na wschód. Poza tym przedmoście rumuńskie byłoby dawno zajęte przez armię niemiecką atakującą z czechosłowackiego Zakarpacia: dywizje Wehrmachtu - i zaopatrzenie dla nich - zostałyby tam dowiezione szlakami kolejowymi, które wciąż przecież pozostawałyby w rękach Czechów lub Słowaków.

W momencie, w którym padałaby Warszawa, a prezydent Rzeczypospolitej trafiałby do niemieckiej niewoli, armia czesko-słowacka wkraczałaby już do Lwowa i na Podole. Nagłówki praskich gazet głosiłyby Czechom: "Prastare ziemie Wiślan, oderwane w średniowieczu od dynastii Przemyślidów, wracają do macierzy!" Dla Emila Hachy - prezydenta sprzymierzonej z III Rzeszą Czecho-Słowacji - zajęcie Małopolski Wschodniej byłoby niezmiernie istotne. Oto połączyłaby się "Północna Ruś" ze stolicą we Lwowie z "Rusią Zakarpacką" ze stolicą w Chuście. Znacznie poprawiłoby to pozycję przetargową Pragi - zarówno wobec Berlina, jak i Budapesztu. Być może powstałaby nawet czecho-Słowacko-Ruś - spełnienie panslawistycznych marzeń rodaków Jaroslava Haška (nowe państwo mogłoby przyjąć również uroczą nazwę "Zapadoslavia", szczególnie jeśli powierzono by mu administrację nad całą "Galicją"). Na szczęście dla Rzeczypospolitej Niemcy - zamiast zaatakować Polskę - woleli osłabić swoich potencjalnych sojuszników (generał Franz Halder w kwietniu 1939 r. na odprawie niemieckiej generalicji -  wyjaśniając cele i powody wojny z Polską - twierdził otwarcie, że likwidacja Czechosłowacji jest niezwykle korzystna dla Niemiec, gdyż likwiduje nie tylko samo to państwo, ale również całą Małą Ententę - francuski twór, który byłby niebezpieczny, jako możliwość powstania trzeciego frontu przeciwko Rzeszy).




21 marca 1939 roku Joachim von Ribbentrop przedstawił ambasadorowi Lipskiemu swoje żądania w sposób niemal ultymatywny, jedynie po to, aby w pięć dni później usłyszeć kategoryczną odmowę. W Warszawie zdawano sobie sprawę, że Polska nie jest w stanie wygrać samodzielnie wojny z Niemcami (armia niemiecka w tamtym czasie była prawdziwą machiną do zabijania, a przytoczony wyżej Franz Halder  na owej odprawie z niemiecką generalicją chwalił się że armia niemiecka jest "najnowocześniejszą armią naszych czasów" i niestety miał dużo racji. Oczywiście w wielu kwestiach przesadzał, w wielu się mylił, a w niektórych wręcz fantazjował, jednak plan wojny z Polską i porównanie potencjałów bojowych było w jego przekazie niestety - raz jeszcze to podkreślę - prawidłowe. Co prawda przesadzał że Wojsko Polskie jest wojskiem z wojny 1870-1871 mając na myśli głównie liczne brygady kawalerii które wchodziły w skład Wojska Polskiego. Do pewnego stopnia popadał wręcz w megalomanię, mówiąc iż żołnierz polski jest najgłupszym żołnierzem w Europie - poza rumuńskim - i chociaż początkowo można by uznać te słowa za buńczuczne bajdurzenie nacjonalistycznego oficerka, to po głębszym namyśle można dojść do przekonania, że on miał tutaj co innego na myśli, a mianowicie to, że sposób decyzyjny w Wojsku Polskim był wciąż anachroniczny (zresztą tak, jak w całej ówczesnej Europie), natomiast Wehrmacht był już armią zupełnie inną, całkowicie nowoczesną nawet na polu podejmowania decyzji, gdzie podoficerowie, a nawet żołnierze na szczeblu pułków czy kompanii byli w stanie podjąć decyzję co czynić dalej w wypadku utraty dowództwa; w większości armii natomiast dowództwo było całkowicie hierarchiczne, a najgorzej było w Armii Rumuńskiej - dlatego Halder stwierdził że Rumuni są najgłupsi w Europie - gdyż tam panowały wręcz feudalne stosunki w wojsku, a zwykli żołnierze byli traktowani jak parobki przez oficerów. Poza tym Halder twierdził że Polska jest w stanie wystawić nawet 70 Dywizji i że jest to naród niezwykle bitny i odważny, ale dodawał od razu, że nie sądzi, abyśmy byli w stanie realnie wystawić i wyposażyć taką liczbę wojska {we wrześniu 1939 r. wystawiliśmy 40 dywizji}. Oczywiście mieliśmy przeszkolonych ludzi, mieliśmy rezerwistów i rzeczywiście byliśmy w stanie teoretycznie wystawić do 70 dywizji, problem tylko polegał na tym, że nie było jak tych dywizji uzupełnić kadrą oficerską jak również wyposażyć w sprzęt bojowy. I skurczybyk Halder o tym wiedział i tutaj też się nie mylił. Pomylił się co prawda w jakości naszych samolotów bombowych, ale to tylko dlatego że nie uwzględniał "Łosi" (PZL.37 Łoś) które realnie weszły do służby już w roku 1939, natomiast on opisywał sytuację do roku 1938 i twierdził że polskie samoloty mają zbyt mały udźwig bomb, aby mogły realnie zagrażać niemieckim miastom. Natomiast ataki na niemieckie miasta, takie jak Wrocław, Szczecin czy nawet Berlin, były możliwe do przeprowadzenia przez nasze lotnictwo, a nie zostało to wykonane we wrześniu 1939 r. tylko dlatego, że marszałek Edward Rydz-Śmigły zabronił takich akcji. Halder też twierdził że należy jak najszybciej rozbić Polskę. Rozbić, to znaczy nie pozwolić Polakom na wycofanie się w jakiekolwiek bezpieczne miejsce, aby zebrali siły i umocnili się. Mówił również że nie wchodzi w grę także samo pokonanie Wojska Polskiego, gdyż mogłoby ono wciąż stanowić realne niebezpieczeństwo dla Niemiec, dlatego konieczne jest wyłącznie rozbicie Polski i jej Armii - totalne, w jak najkrótszym czasie, tak, aby państwa zachodnie nie były w stanie interweniować w naszej obronie - przewidywał że wojna potrwa do trzech tygodni, ale twierdził że możliwe jest zniszczenie Polski w 14 dni. Co ciekawe Halder twierdził również otwarcie - w nieco fantazyjny w tym momencie już sposób - że nawet jeżeli Francja i Wielka Brytania ruszą w obronie Polski, to i tak nic się nie stanie, ponieważ Wehrmacht jest tak potężny, że nie ma siły, aby ktokolwiek mógł go pokonać i nawet gdyby po stronie Wojska Polskiego wystąpiła Armia Czerwona niewiele to zmieni i mówił do generałów "Panowie, niczym się nie przejmujcie, naszym zadaniem jest całkowite zniszczenie Polski bez względu na wojnę na Zachodzie. To jest nasze priorytetowe zadanie i cel główny, jaki postawił przed nami fuhrer". Oczywiście nie było to do końca prawdą. Gdyby bowiem Francuzi i Brytyjczycy ruszyli pełną siłą na Zachodzie, Niemcy musieliby ulec i choć Halder buńczucznie twierdził, że nie wycofa z frontu wschodniego nawet jednej dywizji, co najwyżej lotnictwo aby totalnie zniszczyć Paryż i Londyn, to jednak były to w tym momencie już zwykłe przechwałki. Bez kozery jednak dodam że świadomość wielkiej wojny powietrznej i zniszczenia Londynu w 1939 czy w 1940 r naprawdę paraliżowała Winstona Churchilla, a w roku 1939 zarówno lotnictwo brytyjskie jak i francuskie znacznie ustępowało niemieckiemu)

Wiedziano jednak że do walki stanie też Francja. Dla Paryża - niezależnie od tego, kto w nim rządził i jakie miał sympatie - opuszczenie Rzeczypospolitej byłoby niezgodne z francuską racją stanu. Nie tylko doprowadziłoby do sytuacji bezpośredniego zagrożenia bezpieczeństwa Republiki, ale oznaczałoby degrengoladę polityczną, utratę statusu mocarstwa i izolację polityczną: skoro bowiem Francja nie pomaga Polsce - swojemu najbliższemu sojusznikowi, nie jest godnym zaufania partnerem. Wszyscy zatem alianci i sympatycy Paryża na Bałkanach i nad Bałtykiem zmieniliby swoje układy sojusznicze. Sojusz polsko-francuski został wzmocniony deklaracją premiera Wielkiej Brytanii z 31 marca 1939 roku. Nevil Chamberlain ogłosił, że rząd Jego Królewskiej Mości udzieli Polsce poparcia, jeśli jej niepodległości będzie zagrożona (wyjazd ministra spraw zagranicznych Rzeczpospolitej Józefa Becka 3 kwietnia w tej sprawie na rozmowy do Londynu spowodował, że Hitler jeszcze tego samego dnia podpisał "Fall Weiss" {"Biały Plan"} plan wojny z Polską. Oczywiście plan ten był dopracowywany do sierpnia 1939 r. choć jego najważniejsze zręby gotowe były już w lipcu). Wkrótce - 6 kwietnia - jednostronna deklaracja została przekształcona w obustronne zobowiązania (Halder twierdził jednak że nie ma szans aby Brytyjczycy mogli w jakikolwiek sposób przyjść Polsce z pomocą i mogą tylko patrzeć, jak Wehrmacht niszczy nasz kraj). Miało to wymiar nie tyle symboliczny - Polska przestawała być wasalem Wielkiej Brytanii, stając się jej partnerem - ale przede wszystkim wymiar praktyczny, bo oba państwa zaczął wiązać faktyczny sojusz. 13 kwietnia do porozumienia dołączyła także Francja. Niemcy uznali takie posunięcie za niezgodne z polsko-niemiecką deklaracją o niestosowaniu przemocy: 28 kwietnia Adolf Hitler ogłosił przed Reichstagiem, że podejmując takie decyzje, rząd Rzeczypospolitej własnoręcznie anulował układ z 1934 roku, więc także Niemcy nie będą go przestrzegać. Nakazał także Wehrmachtowi - jeszcze 3 kwietnia - przygotowania do agresji na Polskę.




Szef Oberkommando der Wehrmacht Wilhelm Keitel wydał wówczas polecenie, zgodnie z którym przygotowania do operacji przeciwko Polsce należało prowadzić tak, aby mogła ona rozpocząć się "w każdej chwili, poczynając od 1 września". Nie oznaczało to bynajmniej wojny - przestrzegano, żeby w stosunkach z Polską unikać zatargów (Hitler w latach 1934-1938 wymuszał wręcz na Niemcach utrzymywanie dobrych stosunków z Polską. Było to do pewnego stopnia niekonsekwentne, a jednocześnie Hitler miał wiele takich dziwnych planów, które na poziomie taktycznym mówiły co innego i na poziomie strategicznym co innego. Na poziomie taktycznym sojusz z Polską dla Niemiec był możliwy do pewnego stopnia - tym stopniem był rodzaj podporządkowania Rzeczypospolitej polityce Berlina. Natomiast na poziomie strategicznym istnienie Polski było całkowicie nie do zaakceptowania dla Niemiec hitlerowskich. Swoją drogą zdarzały się też takie pomysły niemieckich generałów już po zakończeniu wojny w roku 1945, że Hitler popełnił błąd atakując Polskę. Twierdzili bowiem że powinien zostawić Polskę jako podporządkowany Berlinowi bufor, przed atakiem ze strony Związku Sowieckiego. Problem polegał tylko na tym, że Polska nie zamierzała stać się niemieckim wasalem, podobnie zresztą jak i sowieckim, czy choćby francuskim. Dlatego też Hitler zmienił swoje plany które początkowo skierowane były na Zachód. Ale jakikolwiek sojusz polsko-niemiecki w tamtym czasie wymierzone chociażby tylko w sam związek sowiecki był nie do pomyślenia, gdyż na dłuższą metę była to polityka dla nas zabójcza. I to zarówno w przypadku niemieckiego zwycięstwa nad Związkiem Sowieckim, jak i w przypadku niemieckiej klęski. W pierwszym wypadku istnieje Polski stałoby się niepotrzebne Berlinowi po zdobyciu Moskwy i dojściu do Uralu. W drugim przypadku zaś albo stalibyśmy się sowiecką republiką, albo też - nawet jeśli ów czarny scenariusz nie doszedłby do skutku, w co wątpię - to bylibyśmy dzisiaj księstwem warszawskim z granicami w zasadzie niewiele różniącymi się od tamtych). Jednocześnie wyznaczono termin 1 maja, do którego to dnia należało mu przedstawić "plany poszczególnych rodzajów sił zbrojnych i uwagi dotyczące tabeli czynności". Oznaczało to w praktyce, że w sprzyjających okolicznościach atak na Polskę możliwy był do przeprowadzenia już po 1 maja 1939 roku.

"Sprzyjające okoliczności" pojawiły się dopiero w sierpniu 1939, a atak wyznaczono na 26 tego miesiąca. Po czym odwołano go, gdy okoliczności stały się mniej sprzyjające (25 sierpnia podpisano w Londynie polsko-niemiecki traktat o wzajemnej pomocy). Czy możliwa była jeszcze wcześniejsza agresja Niemiec na Polskę?...




CDN.

poniedziałek, 9 grudnia 2024

FRANCUSKIM OKIEM - Cz. II

CZYLI PAMIĘTNIKI LEONA NOËLA 
O POLSCE 
lat 30-tych





Jak wyglądała przedwojenna Polska widziana okiem Francuzów? W zasadzie zaś jednego Francuza - ambasadora Republiki w Rzeczpospolitej (od maja 1935 do września 1939 r.) Leona Noëla. O tym opowiedzą jego "Pamiętniki" spisane w latach II wojny światowej, a po raz pierwszy wydane w Polsce w roku 1946. Jak więc wyglądała Polska Piłsudskiego oczami Francuza, jak widział on polską politykę (a należy nadmienić że nie przepadał on za ministrem spraw zagranicznych Rzeczpospolitej - Józefem Beckiem, a tamten również odwzajemniał to uczucie). Wreszcie jak wyglądała agresja niemiecka na Polskę widziana oczami ambasadora Francji? O tym wszystkim zamierzam opowiedzieć, cytując (w większych lub mniejszych fragmentach) pamiętniki Noëla z czasów pobytu w Polsce, zatytułowane: "L'agression Allemande contre la Pologne" ("Agresja niemiecka na Polskę").
Zapraszam.






AGRESJA NIEMIECKA NA POLSKĘ 
(LEON NOËL)



POLSKA PIŁSUDSKIEGO 
Cz. II


LEON NOËL 



 Żaden ze współpracowników Piłsudskiego nie dorósł do objęcia po nim sukcesji, a w każdym razie żaden nie zdołał narzucić swojej woli innym. A ci spomiędzy nich, którzy objęli po nim kierownictwo polityki polskiej, usiłowali w imię przesadnej wierności jego pamięci postępować do końca zgodnie z tym, co uważali - słusznie lub nie - za myśl Marszałka. I tak Piłsudski przeżył samego siebie: jego wyznawcy rządzili w dalszym ciągu, powołując się na niego, lecz nie posiadając ani jego prestiżu, ani intuicji, ani zręczności, której tylokrotnie dowiódł w swych młodszych latach.

Prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, obrany po raz pierwszy w 1926 r. i powtórnie w 1933 r., pozostał na swym stanowisku po uchwaleniu konstytucji z dnia 23 kwietnia 1935 r. Konstytucja ta, nadając mu najbardziej rozległe uprawnienia, czyniąc go odpowiedzialnym wyłącznie "przed Bogiem i przed historią", uznając zasadę, że "jedyna i niepodzielna władza w państwie" koncentruje się w jego osobie, powierzyła mu rolę, do której nie był przygotowany i do której odegrania bynajmniej nie dążył.


PREZYDENT RZECZPOSPOLITEJ 
IGNACY MOŚCICKI 



Uczony chemik, skromnego pochodzenia, współczesny Marszałka i, jak on, dawny socjalista, zmuszony został przez władze carskie wraz z wielu innymi do opuszczenia kraju. Przebywał w Szwajcarii, długo wykładał na uniwersytecie we Fryburgu i otrzymał tam obywatelstwo szwajcarskie. Nie pozbawiony imponującej godności, majestatu, jak gdyby urodził się w pobliżu tronu, o obejściu ujmującym, uprzejmy i taktowny, posiadał zalety szefa państwa, którego rola, według dawnej konstytucji, ograniczała się przede wszystkim do funkcji reprezentacyjnych (Polska konstytucja marcowa z roku 1921 była wzorowana w dużej mierze na konstytucji francuskiej, a raczej na francuskich ustawach konstytucyjnych z roku 1875, znacznie ograniczających rolę głowy państwa czyli prezydenta. Było to związane z obawami zarówno w Polsce jak i we Francji przed zbyt wielką władzą, zgromadzoną w rękach wybitnych jednostek: Józefa Piłsudskiego czy marszałka Patryka de Mac Mahona. Natomiast polska konstytucja kwietniowa z roku 1935 została później skopiowana przez Francuzów po przejęciu władzy przez de Gaulle'a w roku 1958 i obowiązuje we Francji po dziś dzień). Za życia Piłsudskiego nadawał się najzupełniej do roli, która mu przypadła w udziale. Pozbawiony autorytetu Marszałka, nie mógł wypełnić pustego miejsca wytworzonego śmiercią Piłsudskiego. (...)

I tak w środowisku piłsudczyków osobistością najwybitniejszą, najbardziej wpływową, a jednocześnie wywołującą najsprzeczniejsze sądy, był przez następne cztery lata płk Beck, minister spraw zagranicznych od jesieni 1932 r. Wielka rola jaką płk Beck odegrał w ówczesnych wydarzeniach, oraz moje ustawiczne z nim stosunki skłaniają mnie do zatrzymania się nieco dłużej nad jego przeszłością, sylwetką, charakterem. Była to zresztą jedna z osobistości najciekawszych, najbardziej pod niektórymi względami niezrozumiałych, a zarazem najbardziej interesujących, z jakimi zdarzyło mi się obcować. Aczkolwiek polityka jego zmuszała mnie często do przeciwstawienia się jej i może więcej niż ktokolwiek ubolewałem nad jego metodami, a nieraz nawet ucierpiałem z ich powodu (Noël - jak każdy Francuz - chciał aby Warszawa była klientem, a nie partnerem Paryża, natomiast Beck dążył właśnie do relacji partnerskich w tym "związku"), To jednak sądzę, że potrafię zachować całkowity obiektywizm, jakiego wymaga charakter tej pracy oraz jaki narzuca niezaprzeczalny patriotyzm byłego ministra, nieszczęścia jego ojczyzny i jego własne, a nawet pewne cechy jego silnej indywidualności. Nie będzie to żadną specjalną wyrozumiałością z mej strony, gdyż chociaż nie zgadzaliśmy się często, nigdy osobiście uskarżać się na niego nie mogłem. W najcięższych okolicznościach okazywał mi nie tylko najbardziej wyszukaną uprzejmość, lecz - nie waham się powiedzieć tego - wszelkie względy należne przedstawicielowi Francji (mówiłem, typowy Francuz).


płk. JÓZEF BECK 



Józef Beck miał zaledwie czterdzieści jeden lat, gdy przybyłem do Polski. Bardzo wysoki, szczupły, elegancki, nienagannie grzeczny, gdy chciał, potrafił być nawet miły i ujmujący. Rozmawiał chętnie i przystępnie, a po francusku wyrażał się poprawnie (przed wybuchem II Wojny Światowej językiem międzynarodowym - szczególnie w Europie - był właśnie francuski, a nie angielski). Był błyskotliwy, mógłby łatwo jednać sobie sympatie, gdyby uniknął wady będącej zwykle udziałem ludzi zbyt młodo dochodzących do zaszczytów, jak również gdyby pozostawiał innym dostrzeganie jego wartości i posiadał dar zdobywania opartego na zaufaniu, bezpośredniego kontaktu, który pozwalałby zapominać o cechach ujemnych, właściwych, w mniejszym lub większym stopniu, każdemu.

Pochodził z Galicji, z rodziny należącej do klasy średniej, a wywodzącej się, jak mówił, od korsarzy holenderskich, czym tłumaczył swe zamiłowania marynistyczne. Od najmłodszych lat doświadczał srogości rządów carskich. Ojciec jego, gorący patriota który z czasem został podsekretarzem stanu w gabinecie Paderewskiego (1919 r.), przeszedł przez więzienie w Cytadeli warszawskiej. Skazany następnie na wygnanie, osiadł przejściowo w Rydze, gdzie syn jego, Józef, zaczął chodzić do szkół, prowadzonych w języku niemieckim, zgodnie ze starym zwyczajem utrzymanym na Łotwie przez władze carskie. Dzięki temu przyszły minister spraw zagranicznych znakomicie władał tym językiem (to nieprawda! Józef Beck nauczył się niemieckiego w Galicji, gdzie w latach 90-tych XIX wieku wyemigrował jego ojciec wraz ze swoją drugą żoną, która będąc wyznania unickiego, musiała uciekać z ziem polskich będących pod rosyjskim zaborem, z obawy przed przymusowym przejściem na prawosławie)

Przed wojną 1914 r. Beck studiował w Wyższej Szkole Handlowej w Wiedniu, ale porzucił ją gdy tylko rozpoczęły się działania wojenne, aby wstąpić do legionów Piłsudskiego. Bieg wydarzeń nie dał mu możności dopełnienia jednostronnego, ściśle zawodowego wykształcenia, które pozostało już na zawsze niekompletne. Był na tyle inteligentny, że zdawał sobie z tego sprawę i nie dopuszczał, aby rozmówca, przewyższający go pod tym względem, sam to zauważył. Chętnie uprzedzał go i przyznawał - zresztą bez fałszywej skromności - braki swego ogólnokulturalnego wykształcenia. Mógł na to sobie tym bardziej pozwolić, że był bezsprzecznie obdarzony dużymi zdolnościami. Bardzo bystry, przyswajał sobie umiejętnie i niezwykle szybko pojęcia, z którymi się stykał. Posiadał znakomitą pamięć, nie potrzebował najmniejszej notatki, aby zapamiętać udzieloną mu informację lub przedstawiony tekst. Z łatwością władał piórem, mając nietrudny do odróżnienia styl. Znamienną jego cechą była niezwykła finezja wypływająca z świadomie pielęgnowanej tendencji do ukrywania myśli.

Płk Beck posiadał niewątpliwie duże uzdolnienia do dyplomacji: myśl zawsze czujną i żywą, pomysłowość, zaradność, wielkie opanowanie, głęboko wpojoną dyskrecję, zamiłowanie do niej; "nerw państwowy", jak to nazwał Richelieu, no i konsekwencję w działaniu. Znając go można zrozumieć - z całym uznaniem - że Piłsudski tego właśnie młodego oficera skierował ku sprawom zagranicznym. Był to groźny partner. Dyskusja z nim była trudna, przypominała starcie na florety z mistrzem fechtunku. Posiadał rozwinięty w najwyższym stopniu dar "prześlizgiwania się", według wyrażenia jednego z moich cudzoziemskich kolegów, co w jego zrozumieniu oznaczało "wymykanie się". Umiał uczynić swą myśl nieuchwytną, a rozmówca jego daremnie starał się ją sprecyzować: wymykała mu się, jak węgorz wyślizguje się z ręki.

Piłsudski zwrócił bardzo wcześnie uwagę na młodziutkiego legionistę. Wziął go do swego sztabu, powierzał mu funkcje w II Oddziale, a w 1922 r. mianował attaché wojskowym w Paryżu. (..) Ta pierwsza część kariery Józefa Becka pozostawiła w nim głęboki ślad. Zachował tendencję do przenoszenia w dziedzinę dyplomacji metod postępowania stosowanych w II Oddziałach i wywiadach wojskowych. Jego działalność późniejsza bardzo na tym ucierpiała. Po przewrocie majowym płk Beck został szefem gabinetu Piłsudskiego w Ministerstwie Spraw Wojskowych. W 1930 r. rozpoczyna się jego kariera dyplomatyczna i zostaje podsekretarzem stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, przy ministrze Auguście Zaleskim. W jesieni 1932 r. ten ostatni musiał mu ustąpić miejsca, które Beck zachował aż do klęski Polski w ponurych dniach wrześniowych 1939 r. 





PS: Należy pamiętać że z chwilą przybycia do Polski nowego ambasadora Francji - Leona Noëla, stosunki pomiędzy Warszawą a Paryżem były dosyć chłodne. Składało się na to wiele czynników: wypędzenie polskich górników i pracowników rolnych z Francji w 1934 r. (Wraz z kryzysem zapoczątkowanym w październiku 1929 r. krachem na Wall Street, Francja zaczęła coraz bardziej dbać o rodzimych pracowników, a problemy z cudzoziemcami zaczęły się już w sierpniu roku 1932 r. W roku 1934 podczas sesji Parlamentu premier Francji - Pierre Flandin stwierdził: "Jest rzeczą zupełnie normalną poproszenie cudzoziemskich robotników, aby powrócili do swoich krajów, skoro górnik francuski jest bezrobotny", a gdzieś od maja 1934 r. minister spraw wewnętrznych Albert Sarraut rozpoczął akcję "wypędzania z kraju elementów niepożądanych", dotyczyło to w ogromnej części polskich górników i robotników najemnych. Notabene niemiecka prasa wykorzystała ten polsko-francuski konflikt, aby jeszcze bardziej wbić klin w relacje Warszawy i Paryża). 

Wcześniej jeszcze, w roku 1931 ze względu na Wystawę Światową organizowaną w Paryżu, Francuzi wykorzystali ten pretekst aby przynieść polską ambasadę w inne, mniej eksponowane miejsce, co było w zasadzie początkiem owego konfliktu. Do tego w latach 1932-1934 doszła tzw. "afera żyrardowska" i "afera elektrowni warszawskiej" - będącej w rękach kapitału francuskiego. Szczególnie zaś podpisanie polsko-niemieckiej deklaracji o niestosowaniu przemocy ze stycznia 1934 r. wprawiło Francuzów w prawdziwą furię. Co prawda nie zamierzali się oni godzić ani na wojnę prewencyjną z Niemcami (jaką proponował im Marszałek Piłsudski), a realnie od początku lat trzydziestych dążyli do znacznego osłabienia polsko-francuskiego układu o wzajemnej pomocy z 1921 r. Natomiast Warszawę, Pragę, Bukareszt i Belgrad widzieli Francuzi w swojej strefie wpływów i podpisanie polsko-niemieckiego układu było wyłomem w tym systemie, co bardzo im się nie spodobało. Uznali bowiem że głównym winowajcą tego jest właśnie pułkownik Józef Beck i celem działalności Leona Noëla w Polsce po 1935 r. (który tak pięknie chwali Becka w swych pamiętnikach), było doprowadzenie właśnie do jego usunięcia z urzędu. Starał się to uczynić na różne sposoby, do czego jeszcze powrócę w kolejnych częściach.


CDN.