Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRESY WSCHODNIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KRESY WSCHODNIE. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 czerwca 2025

SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. V

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"




 Nim przejdziemy dalej, do kwestii rodzinnych, a nawet uczuciowych dawnych przedstawicieli naszej elity, musimy sobie na początku wyjaśnić jaki był krąg wyobrażeń narodowościowych i państwowych szkacheckiej braci, czyli czy uważali się za Koroniarzy, Litwinów a może Rzeczpospolitan czy za Polaków? Oczywiście odpowiedzieć na to pytanie jednym zdaniem byłoby bardzo trudno, jako że dzieje Rzeczypospolitej można podzielić na co najmniej trzy okresy. Po zawarciu pierwszej Unii Korony Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim w Krewie w roku 1395 i okres ten trwał do zawarcia Unii Lubelskiej w 1569 r. Drugi zaś okres to czasy od Unii Lubelskiej do roku 1648 i wybuchu powstania Chmielnickiego, a następnie wojen z Moskwą, Szwecją, Tatarami i  Siedmiogrodem. Trzeci zaś okres, to czas po zawarciu pokoju z Moskwą w roku 1667, który to trwał do końca istnienia tamtej Rzeczpospolitej, czyli do 1795.

Okres pierwszy był oczywiście czasem w którym zarówno Polacy z Królestwa, Litwini z Wielkiego Księstwa jak również Rusini z ziem zajętych przez wielkich kniaziów litewskich (ale pamiętający tradycję Księstwa Kijowskiego czy Halicko-Włodzimierskiego), żyli w dwóch państwach, które spajała jedynie osoba monarchy, lub też więzy dynastyczne (gdy np. w Koronie panował brat władcy, który rządził Litwą). Oczywiście już wówczas następowała powolna unifikacja elit, na zasadzie przyjęcia do grona szlachty polskiej bojarów litewsko-ruskich (zaczęło się to w Horodle w roku 1413). Było to tzw "podzielenie się wolnością", czyli tym co szlachta polska miała najcenniejszego i co zdołała sobie wywalczyć w dziesięcioletnich zmaganiach z monarchami. Ale realna różnica polityczna pomiędzy Koroną, a Wielkim Księstwem była oczywista i nie podlegająca dyskusji. Unia personalna nie powodowała również tego, że wojny toczone przez jedno państwo były automatycznie wojnami drugiego, tak nie było, choć mogło tak być (jak w przypadku Wielkiej Wojny z Zakonem Krzyżackim w latach 1409-1411). Przykładem niech będzie chociażby Wojna Trzynastoletnia z Zakonem Krzyżackim z lat 1454-1466 którą prowadziła tylko Korona Królestwa Polskiego, natomiast Litwa pozostała całkowicie neutralna. Podobnie było z wojnami toczonymi przez Wielkie Księstwo na Wschodzie, z Tatarami czy z Moskwą. Wojny te realnie nie dotyczyły Korony, działy się bowiem gdzieś daleko, daleko na Wschodzie i dopiero klęski Litwy w tych wojnach zmusiły króla Zygmunta I Jagiellończyka do większego zaangażowania w tę kwestię Koroniarzy (wojna z Moskwą w latach 1507-1508 była tak naprawdę pierwszą wojną toczoną przez Koronę i Litwę jednocześnie, chodź nie na takich samych zasadach). Te wojny mimo wszystko jednak polegały na tym, że Koroniarze (czyli Polacy) organizowali kontyngenty militarnego wsparcia dla Litwinów (czyli wysyłano wybrane wojska), ale Korona jako państwo realnie nie brała w nich udziału.



 
Unia Lubelska 1569 r. wiele w tym temacie zmieniła, bowiem włączenie do Korony ogromnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli Wołynia i Ukrainy) spowodowało, że Królestwo Polskie zyskało teraz wspólną granicę zarówno z Chanatem Krymskim jak i z Moskwą. Ale Litwini pozostali Litwinami a Koroniarze Koroniarzami. Jednak od tej daty już nie tylko osoba króla łączyła te dwa państwa, ale również wspólny Sejm, który wkrótce stanie się najważniejszym spoiwem łączącym Koronę i Wielkie Księstwo. Jednak różnice były oczywiste i trwałe, Litwini nie tylko nazywali się (w publicznych dokumentach lub zawieranych traktatach) Litwinami, ale mówili i pisali otwarcie o Wielkim Księstwie lub też o Rzeczpospolitej Litewskiej. W Koronie oczywiście tak samo nazywano kraj Królestwem Polskim, Koroną lub też Rzeczpospolitą Polską, a często po prostu Rzeczpospolitą i terminem tym obejmowano również Wielkie Księstwo (przy widocznej niechęci ze strony Litwinów). W ogóle był też w tym okresie silny patriotyzm lokalny, który dzielił lokalną szlachtę nie tylko pomiędzy Koroniarzy a Litwinów czy Rusinów, ale również pomiędzy Małopolan, Wielkopolan, Mazowszan, Prusaków z Pomorza, Rusinów z Rusi Czerwonej, Wołynia czy Ukrainy, a także pomiędzy Litwinów z Litwy właściwej, Żmudzi czy Polesia. Rzeczpospolita (czy to Korona czy też Litwa) była jakby nadbudową, natomiast przede wszystkim szlachta pozostawała wierna lokalnej ziemi, której to szlachecka społeczność na w sejmikach wybierała swych przedstawicieli na Sejm walny (i których mogła odwołać, jeśli nie reprezentowali oni interesów danej ziemi, województwa czy regionu). To wszystko skończyło się w okresie prawie dwudziestoletnich wojen i anarchii, jaka zapanowała w latach 1648-1667.




Rzeczpospolita, która wyszła z tej pożogi po roku 1660 i ostatecznie w 1667, była już zupełnie innym krajem niż wcześniej - całkowicie innym. Żeby to sobie uświadomić, należy najpierw wziąć pod uwagę fakt, że wojny toczone z Kozakami Chmielnickiego i Tatarami od 1648 r. a następnie wojny z Moskwą od 1654 r a potem ze Szwecją od 1655 r i Siedmiogrodem od 1657 r. były katastrofą dla państwa, które musiało toczyć wojny na wszystkich frontach jednocześnie. Oczywiście już wcześniej zdarzało się że Rzeczpospolita toczyła wojny na dwóch, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się tak, żeby agresor taki jak Moskwa, Szwecja, a także Kozacy, Siedmiogród również, o Tatarach nie wspominając (bo ci non stop atakowali) zajął praktycznie całe terytorium Rzeczpospolitej, a mimo to państwa te przegrały. To było niesamowite i to pokazywało czym była ówczesna Rzeczpospolita, jaką wówczas byliśmy potęgą. Bowiem kraj, którego szlachta bała się wystawić stałą armię (aby nie dać królom do ręki oręża, który mógłby zaprowadzić w państwie absolutyzm na wzór Europy Zachodniej) która w początkowym okresie Potopu przysięgała na wierność królowi szwedzkiemu, która została najechana przez potężne armie moskiewskie, szwedzkie (a na południowym-wschodzie grasowali Kozacy i Tatarzy) a mimo to kraj który został całkowicie podbity, zdołał wypędzić wszystkich agresorów ze swych ziem - wszystkich i przejść do ofensywy. Pokażcie mi drugi taki kraj w Europie, który zostałby zajęty przez kilka obcych państw, a mimo to przegoniłby ich i pokonał. To było niesamowite zwycięstwo, tym bardziej że kraj został całkowicie zniszczony i nie było możliwości zapłacić żołnierzom za ich poświęcenie. Rzeczpospolita wystawiła wtedy 70-tysięczną armię, która walczyła ZA DARMO z miłości do Ojczyzny. Nie było takiego przypadku ani wcześniej ani później na taką skalę w Rzeczpospolitej (choć zdarzały się przypadki że wojsko walczyło za darmo, uzyskując wcześniej obietnicę od hetmanów że pieniądze zostaną wypłacone po kampanii, a często hetmani zostawiali swoje majątki aby zapłacić żołnierzom żołd, bo szlachta oczywiście kręciła nosem dlaczego wojna tak długo trwa i po co nań wydawać tyle pieniędzy itd. itp.).

To czego szlachta - która zapomniała się w swym zaprzaństwie w roku 1655 - dokonała potem, zakrawa na niesamowite wręcz bohaterstwo niespotykane nigdzie indziej. W serialu "Czarne chmury" brandenburski poseł wypowiada takie właśnie słowa mówiąc o Rzeczpospolitej (która zdołała pokonać Szwecję, Moskwę, Tatarów i Kozaków, a także Węgrów z Siedmiogrodu choć kraj został całkowicie podbity, król musiał uciekać na Śląsk, a mimo to zwyciężyli) powiedział wówczas: "Rzeczpospolita nigdy nie zginie!". Wyrywano szwedom a potem moskalom w kolejnych bitwach ogromne tereny i parto na wschód, ale oczywiście wewnętrzne niepokoje również dały o sobie znać. Ostatecznie w roku 1667 zawarto rozejm z Moskwą, godząc się na oddanie Smoleńska, całej lewobrzeżnej Ukrainy i Kijowa (ale tylko na dwa lata, choć Moskwa już tego miasta nie oddała). Jednak ta te 20 lat wojen i anarchii całkowicie odmieniło mentalnie społeczeństwo Rzeczpospolitej. Szlachta poszczególnych ziem uświadomiła sobie teraz, że atak Tatarów na Podole czy Ruś Czerwoną ma takie samo znaczenie dla Litwy, jak dla Korony wojna z Moskwą na Wschodzie. Jeśli państwo - Rzeczpospolita - miało przetrwać, musiało stać się bardziej unitarne, bardziej zjednoczone, a co za tym idzie również bardziej... polskie. To właśnie po roku 1667 nastąpiła konsekwentna (choć podzielona na lata, a nawet dekady) polonizacja Litwy i Rusi. Szlachta litewska i ruska, która do tej pory uważała się za odrębną od szlachty polskiej i swą odrębnością się szczyciła, teraz otwarcie deklarowała swe przywiązanie do polskości. W roku 1696 na sejmie konwokacyjnym szlachta Wielkiego Księstwa stwierdziła oficjalnie co następuje: "Uważając żeśmy są połączeni świętym związkiem z Koroną Polską dekreta (...) po Polsku a nie po Rusku pisać (...) dekreta wszystkie Polskim językiem odtąd mają być wydawane". Deklarację tę potwierdził sejm w roku 1697 i od tego czasu wszystkie dekrety w Wielkim Księstwie Litewskim były pisane w języku polskim a nie ruskim (nie mylić z rosyjskim). Nastąpiła realna polonizacja Litwy, natomiast odrębność Wielkiego Księstwa od Korony całkowicie została zniesiona w Konstytucji 1791 r.




Oczywiście wiadomo że polonizacja Litwy była polonizacją elit, czyli szlachty (wcześniej tak dumnej ze swej litewskości i z tego, że pisała w języku innym niż polski, głównie ruskim). Dziś być może Litwini, Białorusini czy Ukraińcy mogą mieć do nas pretensje że zabraliśmy im elitę, ale czy to nasza wina że ich elity wolały się polonizować, niż pozostać w obrębie kultury litewsko-ruskiej? Zresztą ta polonizacja trwała już znacznie wcześniej, niż w drugiej połowie wieku XVII. Może o tym świadczyć chociażby relacja włoskiego podróżnika po Rzeczpospolitej - Claudio Rangoni który w swym dziele: "Relacja o Królestwie Polskim w 1604 roku" pisał tak: "Językiem litewskim mówią tylko wieśniacy i jest rzeczą osobliwą i jakoby śmieszną, aby go umiał szlachcic, jest to bowiem poniekąd język barbarzyński; między szlachtą zwykle nie używa się to mówienia innego języka niż polski". W tamtym czasie pisano jednak dokumenty jeszcze w języku ruskim w Wielkim Księstwie, aż do roku 1696, gdy nastąpiła całkowita polonizacja Wielkiego Księstwa w mowie i piśmie tamtejszej elity. Zaczęła się też zmieniać nazwa samego państwa i o ile jeszcze w 1710 r. pisano o Rzeczpospolitej Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, o tyle już potem pisano po prostu o Rzeczpospolitej Polskiej, jako o państwie unitarnym, obejmującym i Koronę i Wielkie Księstwo. Tak oto dokonała się polonizacja Litwy i Rusi, polonizacja całkowicie dobrowolna - co należy podkreślić - nie wymuszona. I ta świadomość polskości wśród Litwinów i Rusinów (oczywiście mówimy tylko o szlachcie co bardzo ważne) przetrwała nawet rozbiory i żyła dalej pod jarzmem carów (przecież Piłsudski był Litwinem, nie Polakiem. Zresztą On sam zawsze podkreślał że jest "starym Litwinem" - starym nie ze względu na wiek, a ze względu na mentalność, tym samym odróżniał się od nacjonalistów litewskich, rządzących po 1918 r. "Republiką kowieńską". Mimo to zawsze dodawał: "Ale przecież tylko Polsce służę". Adam Mickiewicz - jeden z naszych największych narodowych wieszczy, również był Litwinem, Tadeusz Kościuszko - bohater walk o niepodległość Polski i USA realnie był Białorusinem. To znaczy oni urodzili się na Litwie czy na białej Rusi, ale byli Polakami, tak jak dzisiaj Amerykanin urodzony np. w Nowym Meksyku także pozostaje Amerykaninem).




Zresztą polonizacja nie dotyczyła tylko Wielkiego Księstwa i Ukrainy, ona wyszła daleko poza granice Rzeczpospolitej (o czym kiedyś już wspominałem). W latach 70-tych i 80-tych XVII stulecia, język polski był oficjalnym językiem moskiewskiego dworu. Nie tylko wszystkie dokumenty polityczne i administracyjne spisywane były w Rosji w języku polskim, ale również na dworze nie mówiono w innym języku niż język polski, a kto takiego języka nie znał, był uważany za niegodny bycia carskim dworakiem). Umowy jakie Carstwo Rosyjskie zawierało na Dalekim Wschodzie z Chinami, pisano zarówno w języku mandaryńskim jak i polskim. Umowy jakie w XVI wieku Rosja zawierała np. z Królestwem Anglii pisano w językach: włoskim, greckim i polskim. Ale - co ciekawe - polskość nie zatarła się nawet na ziemiach, które w roku 1667 zostały oddane w traktacie andruszowskim Moskwie. Gdy w roku 1794 po bitwie pod Maciejowicami przez miasto Czernichów (które w 1667 znalazło się w granicach Moskwy) przejeżdżał polski jeniec i poeta Julian Ursyn Niemcewicz, tak zanotował on swe wrażenia: "We dwa dni potem przybyliśmy do Czernichowa, miasta i prowincji równie jak i Kijów należących przed stem jeszcze laty do Polski. (...) Mieszkańcy pamiętają jeszcze dawnej ojczyzny swojej, przywiązani są do Polski. Po obiedzie przyszło kilku oficerów (rosyjskich) z przodków Polaków, z potężną tacą najpiękniejszych jabłek. Gdy się stróże nasze uchylili na chwilę, mówili do nas po polsku, wyrażając najtkliwsze politowanie nad losem naszym" i dalej Niemcewicz dodawał: "Nie zapomnę nigdy siedemdziesięcioletniego starca w polskim ubiorze: długo on stał z daleka i patrząc na nas łzy rzewne wylewał". Warto tutaj podkreślić że Czernichów był w granicach Rzeczypospolitej zaledwie 50 lat, a mimo to tak bardzo nasiąkł polskością, że nawet ponad stuletnia moskiewska okupacja tego miasta nie zabiła w nim polskiego ducha.


TAM WSZĘDZIE BYŁA... POLSKA 



Jako ciekawostkę - już tak na marginesie -  dodam że w roku 1969 (30 lat po tragicznym Wrześniu) pewien polski dziennikarz podróżował przez tereny naszych dawnych Kresów Wschodnich (wówczas należących do Związku Sowieckiego, a raczej do Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej). Jechał na wozie zaprzężonym w konie który prowadził jeden z lokalnych chłopów, a ponieważ nudziło mu się w drodze, to wyjął harmonię i zaczął na niej wygrywać Mazurka Dąbrowskiego - czyli polski hymn narodowy. Nagle, ku jego zdziwieniu z okolicznych domostw zaczęli wychodzić ludzie i podchodzić do wozu którym jechał, zaskoczeni i zdziwieni graną przezeń melodią. Niektórzy płakali, a pewien mężczyzna na pytanie co go tak przywołało, odpowiedział: "Myślałem że nasza Polska znów wróciła".




CDN.

wtorek, 16 lipca 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XVII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XVII



 Wraz ze śmiercią Lenina (21 stycznia 1924 r.), i rozpoczęciem walki o władzę w Związku Sowieckim pomiędzy Lwem Trockim a Józefem Stalinem, niepokoje dały się zauważyć również w Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. W styczniu 1924 r zmiany zaszły również w Komunistycznej Partii Niemiec. Po niepowodzeniu "niemieckiego października" w Hamburgu i Saksonii, czyli powstania komunistycznego wspieranego przez Moskwę, dotychczasowe kierownictwo Heinricha Brandlera i Augusta Thaiheimera musiało ustąpić na rzecz lewicowej opozycji w niemieckiej partii komunistycznej, czyli Ruth Fischer i Ernsta Thälmanna. Fischer została przewodniczącą, Thälmann wice - czyli ostrze niemieckich komunistów jeszcze bardziej się zradykalizowało. W Berlinie znalazła się też grupa opozycjonistów z KPRP - Julian Leszczyński-Leński, Henryk Stein-Domski, Zofia Unszlicht "Osińska" i Leon Prentski "Damowski". W lutym 1924 r w niemieckiej prasie komunistycznej w Berlinie pojawił się artykuł (napisany zapewne przez Leńskiego), a zatytułowany: "O kryzysie w KPRP i najbliższych zadaniach partii", ostro atakujący dotychczasowe "prawicowe" kierownictwo partii - 3W (czyli Warski-Wera-Walecki). Była to więc rozgrzewka przed zbliżającym się w marcu plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Robotniczej Polski.

W powołanym 19 grudnia 1923 r. rządzie Władysława Grabskiego doszło również do pierwszych poważnych zgrzytów. Premier nie potrafił bowiem porozumieć się z ministrem spraw wojskowych Kazimierzem Sosnkowskim (który nieustannie domagał się przywrócenia Marszałka Piłsudskiego do najwyższych władz wojskowych) i 17 lutego 1924 r. musiał go zdymisjonować, a na jego miejsce powołał Władysława Sikorskiego.

W dniach 16-17 lutego w Warszawie odbyła się konferencja ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Estonii i Finlandii (czyli państw - oprócz Polski - należących do tzw. Związku Bałtyckiego). Na owej konferencji starano się wypracować wspólne stanowisko wobec kwestii rozbrojenia, omawianego wówczas na forum Ligii Narodów, ale nie przyjęto żadnych konkretnych ustaleń. Po tej konferencji nieco ochłodziły się stosunki Polski z owymi państwami, a Sztab Generalny Wojska Polskiego oficjalnie obwiniał Finlandię, Łotwę i Estonię o zamrożenie prac nad sojuszem z Polską.

Na przełomie stycznia i lutego we francuskim Chamonix po raz pierwszy rozegrane zostały zimowe Igrzyska Olimpijskie. Polska reprezentacja po raz pierwszy wzięła w nich udział, jednak nie zdobyła żadnych medali. Najwięcej medali zdobyła Norwegia, Finlandia i Austria, natomiast reprezentacja Niemiec nie została dopuszczona do udziału tej olimpiadzie (za karę za I Wojnę Światową).

Kraj który w tych igrzyskach zajął trzecie miejsce - czyli Austria - rządzona była wówczas przez Partię Chrześcijańsko-Społeczną na której czele stał kanclerz Austrii (od 31 maja 1922 r.) prałat profesor doktor Ignaz Seipel. Ten zwolennik wprowadzenia dla Żydów numerus clausus, z równym zaangażowaniem zwalczał zarówno austromarksizm jak i socjalizm. Dzięki kredytom międzynarodowym (z gwarancjami Ligii Narodów) udało mu się ustabilizować w kraju kryzys finansowy. 1 stycznia 1923 r. utworzono austriacki Bank Narodowy który w miejsce dawnych zdewaluowanych koron zaczął wydawać nowe szylingi. To znacznie poprawiło i ustabilizowało gospodarkę Austrii, chociaż bezrobocie wciąż było na wysokim poziomie. Za jego też rządów 4 października 1922 r. Austria podpisała w Genewie protokół, iż na 20 lat rezygnuje z przystąpienia do Rzeszy. Po wyborach z 1924 r. kierowana przez niego Partia Chrześcijańsko-Społeczna nie uzyskała wymaganej większości i musiała stworzyć rząd koalicyjny z Obozem Wszechniemieckim i Związkiem Chłopskim. Stworzyło to jeszcze bardziej prawicową koalicję niż była ona po roku 22, a jednocześnie na ulicach Wiednia i innych austriackich miast toczyła się utajona wojna domowa pomiędzy paramilitarnymi oddziałami socjalistów a takowymi oddziałami Schutzbundu czy związków kombatanckich, a także Heimwehry. Ale Wiedeń to była przecież stolica walca, tak więc 28 lutego 1924 r. odbyła się tam prapremiera "Hrabiny Maricy" Imrego Kálmána, która odniosła ogromny sukces.


IGNAZ SEIPEL



Kwestia wprowadzenia nowej waluty w Polsce i powołania Banku Polskiego, była co prawda najważniejszą sprawą dla rządu Władysława Grabskiego, ale nie jedyną istotną. Równie ważną było ustabilizowanie sytuacji na Wschodzie, gdzie najróżniejsze bandy przenikały przez granicę polsko-sowiecką i dokonywały tutaj różnych ataków, podpaleń i dywersji. Poza tym w Małopolsce Wschodniej Ukraińcy zajęli wobec państwa polskiego stanowisko nie tylko niechętne, ale wręcz otwarcie wrogie. Cztery główne ukraińskie stronnictwa polityczne utworzyły (po marcu 1923 r. i przeniesieniu powstałego 1 sierpnia 1920 r. rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej na emigracji, z Wiednia do Berlina) Radę Międzypartyjną, kierowaną w Galicji Wschodniej przez Cyryla Studinskiego. Głoszono hasła niepodległościowe, a przyszła z Zachodnioukraińska Republika Ludowa miała się składać z Galicji, Bukowiny i Rusi Przykarpackiej. Polskie rządy we Lwowie i Galicji Wschodniej nazywano "wrogą okupacją". Pomstowano na likwidację lokalnych odrębności, powstałych jeszcze w czasach Monarchii Austro-Węgier i na postępującą polonizację całego regionu. Sprzeciwiano się nazwie Galicja Wschodnia i podziale na województwa. Sprzeciwiano się też poborowi do Wojska Polskiego. Rząd Władysława Grabskiego postanowił w tym przypadku przykręcić śrubę Ukraińcom, jednocześnie zapominając też o przestrogach Piłsudskiego, który jeszcze w 1918 r. mówił że Ukraińcy w Galicji Wschodniej nie mogą mieć praw gorszych od tych, jakie posiadali w Monarchii Cesarsko-Królewskiej. Ale z drugiej też strony Ukraińcy mieli zapewnione zarówno w Galicji Wschodniej i jak i w całej Polsce takie same prawa polityczne jak cała reszta (w tym Polacy), ich prasa mogła się swobodnie ukazywać i podlegała konfiskacie tylko w przypadku nazbyt jaskrawych wystąpień przeciwko państwu polskiemu. Istniała sieć ukraińskich szkół, które (choć nieznacznie to jednak) wzrastały (1923 r. było ich 2470 o 50 więcej niż w 1912). Działały ukraińskie ogniska kulturalno-oświatowe, takie jak: "Ridna szkoła", "Uczytelska Hromada", czy Towarzystwo Naukowe im. Szewczenki i Mogiły. Istniało 81 filii czytelni "Proswita" (z 2 000 czytelni). Istniał spółdzielczy ukraiński związek mleczarski "Masłosojuz" (197 tys. członków). 

Jedynie ślimaczyło się powstanie we Lwowie Uniwersytetu ukraińskiego (miał powstać jeszcze w 1923, ale nie powstał, jako że od studentów tego uniwersytetu wymagano dwóch rzeczy, po pierwsze obywatelstwa polskiego, a po drugie odbycia służby w Wojsku Polskim. To spowodowało że w tymże 1923 Ukraińcy założyli tajny uniwersytet, z 65 katedrami. Rocznie kształciło się w nim ok. 1 500 studentów, którzy na studia uzupełniające wyjeżdżali za granicę (głównie do Czech i do Niemiec). A po powrocie do Polski (jako że w ogromnej większości nie mogli podjąć pracy w administracji) stawali się wylęgarnią ukraińskiego antypolonizmu. Najpierw z Wiednia a potem z Berlina nad Radą Międzypartyjną swoistą "opiekę" sprawowała centrala Jewhena Petruszewycza - ukraińskiego adwokata i byłego prezydenta Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej. Nawiązał on kontakty z Sowietami, którzy na mocy tej umowy mieli finansować rząd ZURL. Poza tym w 1921 r. powstała Ukraińska Organizacja Wojskowa kierowana przez przebywającego na emigracji pułkownika Strzelców Siczowych - Eugeniusza Konowalca, korzystająca ze wsparcia zarówno Czechów jak i Niemców. Pierwszą jej akcją była próba zamachu na Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego - 25 września 1921 r. czego efektem był postrzał w dłoń i ramiona towarzyszącego Naczelnikowi wojewody Grabowskiego (sprawcą tej próby zamachu był ukraiński bojowiec Teofil Olszański, który następnie zbiegł do Niemiec, gdzie w październiku 1924 r. uzyskał prawo azylu). W roku 1922 przypadku ataków i podpaleń na na dwory i zagrody chłopskie było znacznie więcej (według sprawozdania posła Federowicza z 26 września 1922 r. od początku tej akcji w ciągu siedmiu tygodni odnotowano 470 takich podpaleń). Niszczono nie tylko zagrody i dwory, ale również zboże na polach, a celem tego wszystkiego było zmuszenie Polaków do opuszczenia całej Galicji Wschodniej, lub przynajmniej uzyskania autonomii politycznej dla Ukraińców. 

Po raz pierwszy bowiem w ustawie o wykonaniu reformy rolnej z 15 lipca 1920 r. wprowadzono możliwość nabycia przez weteranów (po zwycięskiej Wojnie z bolszewikami), ziem na Wschodzie po niższych cenach i z prawem pierwszeństwa. Był to bowiem okres gdy Armia Czerwona stała pod Warszawą i również takimi sposobami starano się zmobilizować Polaków do wstępowania w szeregi Wojska Polskiego (potem zostało to potwierdzone w odezwie premiera Witosa z 6 sierpnia 1920 r.). Jednak dopiero po szczęśliwym zakończeniu Wojny ruszyły prace nad kolonizacją wyrwanych bolszewizmowi dawnych ziem Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy w swym rozkazie z 18 października 1920 r. Naczelnik Państwa Józef Piłsudski zapisał: "Zaproponowałem już rządowi, by część zdobytej ziemi została własnością tych, co ją polską zrobili, uznoiwszy ją polską krwią i trudem niezmiernym. Ziemia ta, strudzona siewem krwawym wojny, czeka na siew pokoju, czeka na tych, co miecz na lemiesz zamienią, a chciałbym, byście w tej pracy przyszłej tyleż zwycięstw pokojowych odnieśli, ileście jej mieli w pracy bojowej". Podstawą prawną dla tej kolonizacji, były dwie ustawy przyjęte 17 grudnia 1920 r. Pierwsza o przejęciu na własność przez państwo polskie byłych carsko-rosyjskich ziem wraz z budynkami i infrastrukturą, a druga o nadaniu części tych ziem weteranom, inwalidom wojennym i ochotnikom. W ramach wsparcia weterani mieli otrzymywać konie i tabor z demobilu, 80 m.³ materiału budowlanego na gospodarstwo i 2 miliardy marek polskich w postaci kredytów na całe osadnictwo. Powołano też do życia Sekcję Osad Żołnierskich która miała typować żołnierzy wytyczonych na przyszłych osadników. Pierwsi weterani wojskowi przybyli na Kresy (w tym na Wołyń) w kwietniu 1921 r. a byli to w większości młodzi ludzie (w wieku 20-25 lat), żołnierze Wojny z bolszewikami. Według statystyk 43% z nich było odznaczonych Krzyżem Walecznych lub Virtuti Militari. Ich przekrój wojskowy był jednak bardzo różny, byli to zarówno Legioniści Piłsudskiego, jak i żołnierze 1 Korpusu Polskiego, członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej, ochotnicy, Powstańcy Śląscy i Wielkopolscy. Oczywiście musieli zaczynać od zera, czyli najpierw pobudować sobie jakieś prowizoryczne ziemianki aby tam zamieszkać przez jakiś czas. Do września 1921 r. otrzymywali żołd, czyli mieli z czego żyć, ale musieli też szybko podjąć jakąś pracę, problem był jednak taki że w większości były to tereny albo wiejskie, albo odległe od miast. Jedynym więc wyjściem było podjęcie prac żniwnych na polu i sprzedaż plonów. Oczywiście pojawienie się tam weteranów spotkało się z niechęcią lokalnej ludności (i to zarówno polskiej, jak i ukraińskiej czy ruskiej). Szczególnie protestowali ziemianie. Jeszcze w lutym 1921 r. prezes Związku Ziemian Wołynia -  Karol Waligórski wystosował ostry sprzeciw wobec osadnictwa wojskowego na tym terenie. Twierdził bowiem że żołnierze zdołali się już skompromitować i to zarówno pod względem politycznym jak i gospodarczym, i że lepiej by było gdyby osadnictwo tworzyli nie żołnierze weterani, a polscy koloniści-włościanie (ach ten nasism, ten stary podział na "panów i chłopów" - żałosne.  Więcej bowiem zaufania miałbym do żołnierza-weterana który wywalczył ziemię własną odwagą i ofiarnością i "polską ją uczynił", niż do zasiedziałego włościanina, który miał wszystko gdzieś czy będzie żył w Polsce, czy w Rosji czy... może gdzieś indziej).






Otwarcie wrogi stosunek wobec weteranów-kolonistów okazywali Ukraińcy, którzy sądzili że byłe ziemie rosyjskie w ramach reformy rolnej przypadną im (oczywiście przy rozdziale ziemi zdarzały się też niestety nadużycia, a przydział w niektórych regionach był robiony w sposób wręcz chaotyczny, zdarzały się też przypadki samowolnego zajmowania ziem przez żołnierzy-osadników i wypędzania stamtąd ludności folwarcznej - głównie ukraińskiej). Przez pierwszy rok osadnicy gospodarowali wspólnie, dopiero potem nastąpił podział na działki (chodź opóźnienia były również spowodowane długim oczekiwaniem na urzędnika, który miał odmierzyć podział gruntu). Najgorzej mieli ci z osadników, którzy przybyli na te ziemie po okresie żniwnym, czyli po wrześniu 1921 r. bo ci naprawdę byli skazani na głodowanie w zimie (chyba że otrzymali jakąś pomoc od wspólnoty osadniczej, lub ewentualnie z administracji, ale na to drugie raczej były marne szanse, a na to pierwsze też znikome). Stałe przydziały drewna dla osadników zaczęto organizować dopiero wiosną 1922 r. iod tego roku położenie osadników znacznie się poprawiło. Zaczęto organizować dla osadników kursy dokształcające (szczególnie z zakresu rolnictwa i gospodarstwa domowego), zaczęto zakładać spółdzielnie osadnicze (pod koniec 1922 r. na Wołyniu było już 13 spółdzielni osadniczych z 3052 członkami). Zaczęto organizować samopomoc osadniczą, sąsiedzi (byli weterani wojenni) zaczęli wzajemnie sobie pomagać, wspierać się i organizować również milicję osadniczą na wypadek ataków band sowieckich czy ukraińskich. W marcu 1922 r. w Warszawie zorganizowano pierwszy zjazd osadników wojskowych, na którym powołano Centralny Związek Osadników Wojskowych (potem przekształcony na Związek Osadników). W marcu 1923 r. dalsza akcja osadnicza na Kresach Wschodnich została wstrzymana, a ostatecznie zlikwidowana po przyjęciu reformy rolnej 28 grudnia 1925 r. (oczywiście nie oznaczało to że dotychczasowi osadnicy przestawali być osadnikami, oni nadal tworzyli własne działki i własne wsie osadnicze, z tym tylko że już więcej weteranów-osadników nie powoływano i nie przyznawano im ziemi).

Terror Ukraińskiej Organizacji Wojskowej dotykał nie tylko siedzib polskich kolonistów i weteranów wojskowych, ale również lojalnych wobec Rzeczpospolitej Ukraińców, takich jak Sydor Twerdochlib - kandydat do Sejmu. Został on zamordowany w Kamionce Strumiłowej. Policja szybko wpadła na trop owej organizacji i UOW z końcem roku 1922 został realnie unieszkodliwiony (aczkolwiek już w roku następnym odrodził się na nowo i chociaż jego akcje były podejmowane na niewielką skalę i nie przynosiły zbyt wielkich strat, to jednak były niezwykle uciążliwe, tak jak uciążliwy potrafi być latający komar lub mucha). Proces polonizacji Kresów też był dosyć powolny. szczególnie dobitnie widać to było na Wołyniu, gdzie ok. 1930 r. Polacy zwarte skupienia tworzyli tylko w sześciu (i to oddalonych od siebie), punktach, a cała reszta rozsypana była po całym Wołyniu, tonąc w ukraińskim morzu nawet nie wysepkami polskości, a pojedynczymi rodzinami. Gorzej też że niewielu było chętnych do przenoszenia się na stałe na Wołyń, gdyż nie widzieli oni swej przyszłości w miastach pozbawionych całkowicie przemysłu, z handlem praktycznie w 100% będącym w rękach Żydów, w zniszczonym przez wojnę regionie. Jak już wspomniałem wyżej koloniści przez pierwszy rok (a być może nawet dłużej) mieszkali w prowizorycznych ziemiankach i aż do otrzymania pomocy materiałowej od państwa, nie byli w stanie zmienić tego położenia. Mimo to miasta na Wołyniu (ok. roku 1930) zaczęły przybierać prawie w 100% charakter polski. Powstawały polskie biblioteki, kina, szkoły, teatry, opery, kluby i restauracje, słuchano lokalnych rozgłośni Polskiego Radia, grano polską muzykę i przeboje, słuchano polskich artystów (potem co prawda we Lwowie, ale jednak popularni byli na Kresach, a nawet w całej Polsce) powstała "Wesoła Lwowska Fala" z Szczepciem i Tońciem jako głównymi jej bohaterami.




Największe pola do niezadowolenia lokalnej ludności ruskiej to były (oprócz akcji kolonizacyjnej): polityka oświatowa i ponowna rewindykacja cerkwi, które kiedyś były kościołami katolickimi przejętymi przez rosyjskiego zaborcę i zamienionymi na cerkwie. Co się tyczy szkolnictwa to biorąc pod uwagę chociażby przykład z powiatu lubomelskiego (charakterystyczny również nie tylko dla Wołynia ale i innych częściach polskich Kresów) było tam 17 polskich szkół 19 mieszanych polsko-ukraińskich i 16 polsko-rosyjskich, jednak według spisu ludności na 59 000 mieszkańców powiatu, było tylko... 37 Rosjan. Tak samo w całym województwie wołyńskim większość szkół wyższych była polska i tylko dwa gimnazja ukraińskie (na 2 miliony ukraińskiej ludności Wołynia) i 10 gimnazjów rosyjskich (chociaż na Wołyniu żyło tylko 15 000 Rosjan). To były takie niewielkie drobiazgi, ale niezwykle uporczywe, które powodowały niechęć lokalnej ludności (głównie ukraińskiej) do odrodzonej Polski. Co się zaś tyczy rewindykacji cerkwi, to w wielu przypadkach ludzie się już do tych miejsc przyzwyczaili, i ponowna zmiana ich na kościoły katolickie była bardzo źle odbierana przez ludność zarówno ukraińską jak i rosyjską. Trzy pierwsze lata bytności polskiej na Kresach nie były dobre. Nie służyły sprawie polskiej, a wręcz przeciwnie -  oddalały lokalną ludność od Polski. Ludność tęskniła do dawnych, rosyjskich rządów, co było bardzo niebezpieczne. Należało więc wiele poprawić, a przede wszystkim trzeba było przywiązać tych ludzi którzy tam przebywali (również jako przedstawiciele administracji) do tamtej ziemi, uczynić ich "apostołami polskości", ale nie na zasadzie tępe go wymuszania działań polonizacyjnych, a ukazywania możliwości jakie lokalnej ludności daje polonizacja. Jednak żeby tak się stało, trzeba było wyrobić w Polakach (którzy przybywali na Kresy) świadomość tego, że te ziemie są już polskie i polskie pozostaną, bowiem ogromna większość z nich przy pierwszej sposobności porzucała służbę państwową na Wschodzie i przenosiła się na Zachód (lub też wyjeżdżała na Pomorze, do budowanej właśnie Gdyni). Do 1924 r. na Wołyniu było aż 11 wojewodów - niesamowite. A im szczebel niżej tym sytuacja była jeszcze gorsza. Poza tym wojenne zniszczenia i powojenna bieda powodowały, że również nie można było budować przywiązania do polskości przez chociażby wygląd urzędów (które w większości były zwykłymi kanciapami pozbawionymi telefonów - czyli odciętymi od świata, z niekompetentnymi urzędnikami i policjantami). Co prawda minęły dopiero cztery lata od kiedy Polska na trwale objąć miała te ziemie w posiadanie, ale jednak to były aż cztery lata, podczas których stosunek do Polski lokalnej ludności zaczął być gorszy, niż przed rokiem 1920, i coś należało z tym fantem zrobić.


CDN.

poniedziałek, 30 stycznia 2023

KRESY - POLSKO-RUSKIE DZIEDZICTWO WSCHODU - Cz. II

ZAPOMNIANY ŚWIAT DAWNY I WSPÓŁCZESNY





 Dziś kolejna część nowej serii o dawnych polskich Kresach wschodnich. Teraz przeniesiemy się na Wołyń w roku 1935 i przyjrzymy się działalności tamtejszych sekt religijnych, opisanych w czasopiśmie ABC Nowiny Codzienne, pt.:






CUDACZNE SEKTY NA WOŁYNIU
(10. 02. 1935)


"Kaleczą ciało, świącą soboty, kąpią się gromadnie i myjąc sobie nogi czekają na "dzień doskonały"

Łuck, 7 lutego


"Ostatnio zajmowały się sądy wołyńskie sprawą "proroka” z sekty sabatystów, Jana Muraszki. Prosty chłop, by nie powiedzieć analfabeta, z powiatu stolińskiego na Polesiu…


KRWAWY OBRZĄDEK MURASZKI 


Misja "proroka" Muraszki skończyła się po krótkiej wędrówce w pewnej wiosce w powiecie kostopolskim. Tutaj, wśród nielicznej grupki swych współwyznawców, dokonać się miała ofiara "okupienia grzesznego świata". Obrządku tego dokonał sam "arcykapłan" Muraszko, który wyciął brzytwą z żywego ciała swej kochanki kilka płatów skóry, a spływającą krew chwytano do naczyń i butelek jako talizman przeciwko wszystkiemu złemu… Po tym czynie skończył Muraszko misję swoją w więzieniu.




ADWENTYŚCI DNIA SIÓDMEGO


Muraszkę wraz z swymi współwyznawcami można uważać za pewnego rodzaju odszczepieńców sekty "Adwentyści dnia siódmego", którzy tworzą na Wołyniu jakby odrębną społeczność religijną. Wierzą w bliskość Sądu Ostatecznego i ponowne przyjście na świat Mesjasza, nie uznają natomiast dogmatów nieśmiertelności duszy. Nieśmiertelność posiada tylko "wierzący". Jako dzień świąteczny obchodzą sobotę i stąd ich nazwa "Sabatyści" czyli "Sobotnicy". Pierwszymi misjonarzami sekty tej na Wołyniu byli Niemcy.


BOHONIUK Z BOHOLUB


Liczebnie jedno z ostatnich miejsc zajmuje sekta "Stefanowców", ochrzczona tak imieniem założyciela i najwyższego kapłana sekty, Stefana Bohoniuka z Boholub w powiecie łuckim. Zajmując stanowisko negatywne wobec każdej religji a wrogie w stosunku do innych sekt, sekciarze szanują tylko ludzi o atrybutach proroczych, do których zalicza się również założyciel sekty Bohoniuk. Zbyteczne dodawać, że "prorok" ten, który do wyznawców swych przemawia tylko w chwilach "nadziemskiego objawienia", jest w prostem tego słowa znaczeniu szarlatanem, jak wszyscy inni jemu podobni "prorocy-karjerowicze". Interpretując wyznawcom swym proroctwa Starego Testamentu, zapowiada "prorok" Bohoniuk zapanowanie Królestwa Bożego na ziemi.


ZIELONOŚWIĄTKOWCY 


Ideologicznie najbliżej "Stefanowców" stoi sekta "Zielonoświątkowców", jedna spośród najliczniejszych na Wołyniu. Posiada swą centralę w Warszawie pod nazwą: "Związek Zborów Wiary Ewangelicznej". Wymieniona sekta stanowi jednak samodzielną i autonomiczną jednostkę i decyduje w zakresie własnych spraw. Sekta ta, podobnie jak wszystkie inne zjednoczone "Związku Zborów Ewangelicznych" sekty, nie uznaje duchowieństwa ani stałej hierarchji duchownej, gdyż przyznaje każdemu chrześcijaninowi prawo bezpośredniego obcowania z Bogiem i każdy wierzący jest zdolny do otrzymania "obietnicy Boga czyli chrztu Ducha Świętego". Objawem tej łaski jest zdolność mówienia kilku językami, podobnie jak u Apostołów w dzień Zesłania Ducha Świętego. Wedle wierzeń sekciarzy chrzest ten następuje w okresie Zielonych Świąt i dlatego w dzień ten, przybrani w białe koszule, zanurzają się w wodzie, przyjmując w ten sposób chrzest. Stąd pochodzi ich nazwa "Zielonoświątkowców". Religja "Zielonoświątkowców" opiera się na negacji, wynikającej z interpretacji przykazań. Uchylają się od służby wojsku, gdyż jedna była wola Boża: "Nie zabijaj!" Przed krzywoprzysięstwem np. chroni ich imperatyw "Nie przysięgaj!" Oczekując "Tysiąclecia Królestwa Bożego na Ziemi" łączą z nadejściem okresu tego częstokroć bardzo materjalistyczne marzenia.


NOGOMOJCY


Poza zborami Baptystów najstarszą sektą na Wołyniu jest "Kościół Boży". Cechą charakterystyczną tej sekty jest obrządek wzajemnego mycia nóg i stąd pochodzi druga nazwa sekty "Nogomojcy". Centrala sekty znajduje sie w Ameryce, zaś koordynantą działalności zborów lokalnych jest zbór „"Nogomojców" w Amelinie, pow. Równe.


BADACZE PISMA ŚW.


Pod względem intelektualnym wyróżniają się t.zw. "Russelici", czyli "Badacze Pisma Świętego". Nie uznają również i oni żadnej hierarchji duchownej ani obrządków religijnych. Doskonałość duchową, w ich wierzeniu, osiągnąć można jedynie przez zrozumienie Pisma Świętego i przez stałe badanie i wczytywanie się w nie. Szczyt zrozumienia ma być osiągnięty dopiero w "Dniu Doskonałym", który zapoczątkuje jednocześnie "Królestwo Boże na Ziemi". W śmierć, jako koniec życia fizycznego, nie wierzą. Śmierć interpretują jako sen, który trwać będzie do "Dnia doskonałego", który przyniesie grzesznikom śmierć wiekuistą a godnym ofiary Chrystusa wieczne życie.




PODŁOŻE SEKCIARSTWA


Przyczyną tak licznego rozwoju sekt, których, wedle niestwierdzonych danych znajduje się na Wołyniu około 20, należy szukać w teokratyzmie państwa carskiego. Gnębienie i prześladowanie innych wyznań, narzucanie prawosławia jako formy państwowej i duchowego absolutyzmu, wyrobiło w tutejszej ludności skłonność do egzaltacji i mistycyzmu, podczas gdy kler prawosławny w głoszonem dziele "odrodzenia religijnego" odegrał rolę bardzo nikłą, nie dorastając tak pod względem moralnym jak intektualnym powierzonemu mu zadaniu.

Przejście od starej carskiej teokracji do nowej bolszewickiej satanokracji dokonało się za gwałtownie i nie mogło pominąć Wołynia, wystawionego długi czas na wpływy bolszewickie. W tym stanie rzeczy należy szukać rozrostu różnych sekt i ponurego mistycyzmu, jaki w niektórych osiedlach wołyńskich się zakorzenił.


W SERIALU "KARIERA NIKODEMA DYZMY" TEŻ JEST POKAZANE ZAMIŁOWANIE ELIT II RZECZPOSPOLITEJ DO "NIESTANDARDOWYCH" SEKT RELIGIJNYCH 

Od 16:45 - "Czy Pan jest zwolennikiem obrządku zachodniego? (...) Nie wiemy do jakiego kościoła Pan należy, do kościoła białego czy czarnego?"

17:13 - " Ja jestem katolik" 😂

"Panie prezesie, Pan jest niezrównany (...) Czy każdy silny człowiek musi uważać kobiety za zbyt niepoważne do prowadzenia rozmów o rzeczach natury wyższej?"

17:30 - " Tylko nie wiem o co Paniom się rozchodzi?" 😄




CDN.

niedziela, 22 stycznia 2023

KRESY - POLSKO-RUSKIE DZIEDZICTWO WSCHODU - Cz. I

ZAPOMNIANY ŚWIAT DAWNY I WSPÓŁCZESNY





Dziś chciałbym podjąć się tematu dawnych polskich Kresów Wschodnich i wspólnego na nich, polsko-ruskiego dziedzictwa kulturowego. Ponieważ jednak najlepszym sposobem opowiadania o tych ziemiach i mentalności żyjących tam ludzi, będzie odwołanie się do dzieł z epoki, w której te dawne ziemie ruskie jeszcze oddychały polskim powietrzem, dlatego też posiłkować się będę artykułami prasowymi sprzed kilkudziesięciu a niekiedy nawet kilkuset lat. Powinno to bowiem ułatwić nam współczesnym, zrozumienie czym były wschodnie Kresy Rzeczypospolitej dla ludzi takich jak choćby Józef Piłsudski czy Adam Mickiewicz. Powinno to też uzmysłowić nam dlaczego ci ludzie, choć mówili po polsku i byli gorącymi polskimi patriotami, to jednak za Polaków się nie uważali (Piłsudski na przykład mówił o sobie że jest "starym Litwinem", zaś gdy był niezadowolony z jakichś oficerów, to zaczynał do nich mówić słowami: "Wy, Panowie Polacy..."; a Mickiewicz napisał polską epopeję narodowa, w której znalazły się słowa inwokacji: "Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie. Ile Cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto Cię stracił. Dziś piękność Twą w całej ozdobie widzę i opisuję, bo tęsknię po Tobie...". W kolejnych częściach tej serii, zamieszczał będę nowy artykuł na temat Kresów, a zacznę od roku 1925 i artykułu zamieszczonego w Tygodniku Ilustrowanym, pt.:



KRESY, A MOCARSTWOWE STANOWISKO POLSKI
(11.04.1925)




 "Ziemie wschodnie Rzeczypospolitej stanowią połać wewnętrzną, zachodnią, rozległego obszaru, odgraniczonego od wschodu Dźwiną i Dnieprem, od zachodu - Niemnem, Bugiem i Złotą Lipą, opartego na południe o jary Dniestru. Jest to obszar, na którym w ciągu wieków rozgrywała się walka o potęgę naszej Rzeczypospolitej, jej całość i jej istnienie.

Odwieczne szlaki wojny, zdeptane po setki razy przez ciągnące armje, wykreśliły na mapie tych ziem tory, któremi szły wojska najezdnicze i któremi nasi hetmani prowadzili obrońców.

Chowański, Szeremetjew, Dołgoruki, Kreczetnikow, Repnin, Kutuzow i Dybicz - wytyczyli linje operacyjne na obszarze dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego Kamieniewowi, Rosenfeldowi i Tuchaczewskiemu. Młody nasz żołnierz w r. 1919 i 1920 szedł na przeciwnika po śladach wojsk Batorego, Czarnieckiego, Napoleona.

Na południu od bagien Prypeci niema piędzi ziemi, niestłoczonej kopytami końskiemi czambułów tatarskich, nie zdeptanej przez wojska kozackie, moskiewskie, tureckie i znowu moskiewskie. Tutaj rozstrzygały się losy najazdów, wychodzących z nad morza Czarnego i Zadnieprza; setki kilometrów przestrzeni ogromnych tego obszaru dzielą od siebie Korsuń i Beresteczko, Cudnów i Konotop, Podhajce, Chocim i Bracław.

Szlak Kachowskiego w r. 1792 nie był innym jak linja operacyjna Budiennego w r. 1920. Jak masy kozacko-tatarskie Chmielnickiego w r. 1648, usiłując wedrzeć się od południa w obszar rdzenny Rzeczpospolitej, odbiły się o Lwów, zatrzymały pod Zamościem… tak w r. 1920 kozacko-tatarsko-moskiewska Armja Konna odbiła się o Lwów, klęski doznała pod Zamościem, a między Bugiem i Styrem znalazła Beresteczko.

To zestawienie faktów i miejsc ma swoją wymowę. Dzieje wypisały krwawo na tych przestrzeniach naukę: czem są dla obrony Rzeczpospolitej jej ziemie wschodnie.

Jest to obszar obronny, na którym rozgrywała się od wieków obrona państwa przed zalewem, idącym od wschodu, obszar, którego przestrzeń sama osłaniała rdzeń Rzeczpospolitej, pozwalając na skupienie sił niezbędnych do rozprawy z najazdem. Rozdzielony szeroką błotną pustynią nadprypecką, obszar ten, a z nim wszystkie szlaki wschodniego najazdu, rozpada się na dwa główne teatry wojenne: północny i południowy. Pozwala to słabszemu szukać rozstrzygnięcia na jednym z nich, zdobywając za cenę utraconej przestrzeni czas niezbędny na drugim. Jeżeli bowiem fale najazdu przeleją się przez granicę wewnętrzną tego obszaru - połączą się pod Brześciem - strategiczną stolicą Rzeczpospolitej, jak nazywa go Mierosławski - wówczas bitwa walna nad Wisłą odpowiedź dać musi na pytanie - być, albo nie być. Tak było w r. 1794 i odpowiedź padła pod Maciejowicami. Tak było w r. 1920; odpowiedź dała operacja warszawska.

Część wymienionego obszaru obronnego na wschodzie, którą dziś mamy w naszych rękach, pozwala nam wyzyskać właściwości geograficzne zachodnich połaci dawnego Wielkiego Księstwa, Wołynia i Podola, dla obrony elastycznej i manewrowej i szukać rozstrzygnięcia, zanim serce Polski zostanie zagrożone.

Wojna nowoczesna jest z reguły wojną na wyczerpanie. Wymaga ona olbrzymich środków materjalnych - oraz pełnego napięcia wszystkich sił gospodarczych kraju. Pamiętać musimy o tem nieustannie - jakkolwiek w naszych specjalnych warunkach - uwzględniając właściwości sąsiadów, dążyć powinniśmy w razie potrzeby za wszelką cenę do szybkiego zwycięstwa i uwzględniać to dążenie w swych przygotowaniach obecnych, podejmowanych w czasie pokoju.

Licząc się zaś z długotrwałością zmagań wojennych, obowiązani jesteśmy przygotować również obronę nietylko w armji frontowej, lecz myśleć o ciężkiej walce, która się rozegra przy wszystkich ważniejszych warsztatach pracy.

Każdy naród - państwo posiada źródła siły - których rozwój i utrzymanie w chwili wojny zadecyduje o jego zwycięstwie, lub przegranej. Polska zaś obecna w tem szczególnem znajduje się położeniu - że, narażana na chwilowe przecięcie się komunikacji ze światem zewnętrznym, obronę swoją oprzeć musi o względną chociażby samowystarczalność.

Rola przemysłu wojennego przeto w Polsce - rola ważnych ośrodków tego przemysłu - jest na wypadek wojny decydującą.

Nie mając naturalnych granic obrony - których wartość stała się zresztą na skutek ostatnich doświadczeń w wielu wypadkach problematyczną - oprzeć musimy i dzisiaj skuteczną ochronę tych pierwszorzędnych ośrodków życiowych państwa - na naszem przedmurzu wschodniem. Obszar kraju, obejmujący województwa wschodnie, stanowi również i dzisiaj przedni teatr wojenny Rzeczypospolitej, na którym rozegrać się winny losy przyszłej wojny na wschodzie - bez dopuszczania jej do centrum państwa. Tam między Dźwiną i Dniestrem, w najdalszem oparciu się na zachód o linję Bugu, szukać należy zwycięstwa. Stąd waga tych ziem - dla przyszłości Rzeczypospolitej i obecnie jest rozstrzygająca.

By jednak te ziemie spełniły swą rolę historyczną, musimy je jaknajsilniej i jaknajistotniej scalić z Macierzą, asymilując je w ogólnopaństwowem i nowoczesnem, a nie mechanicznem słowa tego znaczeniu. Ostać się bowiem i zwyciężyć w nowoczesnej wojnie może naród - państwo tylko wówczas, gdy stanowi granitowy blok, wytrzymujący ciężkie i długotrwałe uderzenia wojenne.

Geograficzne zatem granice państwa należy dzisiaj wypełnić żywą treścią - należy w nie zamknąć nowożytny, a oparty na zdrowej tradycji ideał Rzeczypospolitej, której wielkość i honor każdy obywatel państwa pielęgnowałby troskliwie w sercu, a za której potęgę i całość każdy żołnierz byłby gotów położyć świadomie życie.

Nasze dzisiejsze pogotowie obronne opiera się na państwowym stanie posiadania, zakreślonym granicami, uzyskanemi ostatecznie w marcu 1923 roku.

Każda więc rezygnacja i niepowodzenie polskiej racji stanu w obrębie tych granic pomniejsza naszą siłę obronną, kurczy potencjonalne siły Rzeczypospolitej. Nie dysponując zaś w szczególności na wypadek wojny w dostatecznym stopniu obszarami litewskim, białoruskim, poleskim i małopolskim - stajemy odrazu na ostatniej linji obronnej, t. j. linji Niemna i Bugu - poza którą pozostaje nam już tylko "środkowy teatr wojny polskiej", tak nieszczęśliwą obarczony w dziejach naszych tradycją.

Usiłowała bowiem ongiś Polska zabezpieczyć trwale swój byt przez posuwanie się na wschód, przez powiększanie swych kresowych obszarów osłonnych. Ta właśnie idea zaprowadziła ją aż poza linję Dźwiny i Dniepru - po Wielkie Łuki, Wiazmę, Brańsk, Połtawę, bo aż do granicy obowiązującej Rosję przed rozejmem andruszowskim - zrodziła plany XVIII w., sięgające po Moskwę.

Że jednak Rzeczpospolita nie wypełniła ówczesnych swych zadań historycznych, że nie rzuciła pod nie zdrowych i należycie skonsolidowanych fundamentów, więc też przegrała - na jej zaś gruzach rozpostarła się zwycięsko carska Rosja.

Upadek Rzeczypospolitej - rozwijający się katastroficznie w ciągu XVII, XVIII i XIX wieku i wtrącający nas w hańbiące jarzmo niewoli - powinien przypomnieć nam i w tej dziedzinie niewzruszone prawdy historyczne, wynikające z dziejów Polski i narzucić zmianę dotychczasowego stanu rzeczy na terenie województw wschodnich.

Jest bowiem rzeczą oczywistą, że pogrążeni w osłabiających autorytet państwa walkach partyjnych, nie możemy dotychczas zdobyć się na jednolity program państwowy na kresach i jego konsekwentną realizację, sąsiadując z Rosją sowiecką, która przez swą zbyt często nieszczerą, ale bardzo zręczną politykę narodowościową dostarcza Kominternowi pierwszorzędnych przeciwko nam środków propagandystycznych - sami nie umiemy sharmonizować rozlicznych tendencyj, nurtujących społeczeństwo i stworzyć jednolity plan działania, bez którego niema trwałości i ciągłości jakiejkolwiek pracy.

Stan ten wymaga szybkiej a gruntownej rewizji, śmiałej decyzji oraz ścisłego tejże wykonania. W przeciwnym razie ziemie wschodnie Rzeczypospolitej, zamiast ją osłaniać czasu pokoju i wojny i być czynnikiem jej mocarstwowej potęgi, stworzyć mogą dogodną dla wrogów podstawę dla knowań, skierowanych przeciwko państwu i jego całości".

Władysław Sikorski, gen. dyw.






I rzeczywiście, jest w tym wiele prawdy. Ziemie wschodnie Rzeczypospolitej były nie tylko bastionem, chroniącym terytoria stricte polskie (Ziemie Koronne) przed najazdami wrogich armii (tatarskiej, tureckiej, moskiewskiej czy kozackiej), ale również były przeszkodą, chroniącą Europę Zachodnią przed zalewem turecko-tatarsko-moskiewskich hord. I dziś taka rolę pełni walcząca z moskiewską tyranią Ukraina, dlatego zwycięstwo Ukrainy jest tak ważne nie tylko dla Polski i innych państw Europy Środkowej, ale również dla całego Kontynentu, a także dla Stanów Zjednoczonych (choć z nieco innych powodów niż dla nas). 

A jednak, prawdę mówiąc wcale się nie dziwię, dlaczego Niemcy tak opornie bronią się przed wyrażeniem zgody na wysłanie przez Polskę i inne kraje czołgów Leopard. Dzieje się tak (m.in.) dlatego, że z punktu widzenia Berlina ta wojna dla Niemiec jest katastrofą. Niemcy nie mają żadnego interesu w jej przedłużaniu - ŻADNEGO! Ta wojna bowiem nie tylko bardzo osłabia Rosję, ale także osłabia ona Niemcy, czyli dwa kraje, które przed 24 lutego 2022 r. planowały wspólnie władać całą Europą, zjednoczoną w ramach nowej, IV Rzeszy Europejskiej (czyli tego, w co miała się zamienić Unia Europejska). Sojusz niemiecko-rosyjski był jak najbardziej naturalny, gdyż państwa te realnie nie mogą zawalczyć o dominację (czy też hegemonię) bez wzajemnego wsparcia.I tak było od wieków. Niemcy uważali wojnę z Rosją w 1914 r. za co najmniej nieporozumienie, jeśli nie za błąd (pytano nawet w Reichstagu: "Czego możemy żądać od Rosji po zwycięstwie? Polaków? Mamy z nimi wystarczająco dużo problemów w naszym kraju i nie potrzebujemy tych rosyjskich"). 




Gdyby zaś nie wsparcie Stalina, Hitler nigdy nie odważyłby się uderzyć na Polskę w 1939 r. (notabene nasi zachodni sojusznicy poświecili nas w 1939, mając nadzieję że uda im się dozbroić własne armie, nim Hitler będzie gotów uderzyć na Zachodzie. Niestety, dozbrojenie nic nie dało, zaś likwidacja Wojska Polskiego - jako siły odciążającej Wehrmacht na Wschodzie, stała się dla Francji i Wielkiej Brytanii zabójcza. Tak samo dziś Armia Ukraińska jest siłą, zdolną odeprzeć zagrożenie stojące przed Europą, zagrożenie powrotu "ruskiego Miru"). Gdyby Stalin nie wspierał Hitlera dostawami ropy i innych surowców, ten nie miałby jak zaatakować Francji w 1940 czy Jugosławii i Grecji w 1941 r. Jeden krwawy dyktator był potrzebny drugiemu do rozpętania wojny i dokonania podbojów. Również Hitler był potrzebny Stalinowi, umożliwił bowiem Armii Czerwonej zajęcie połowy Europy i próbę zajęcia całej w latach 1980-1981 do czego szykował się marszałek Kulikow. I znów, jak w 1920 r. pojawiła się ta "przeklęta zawalidroga" jak Rosjanie określają Polskę, która pokrzyżowała sowieckie plany wybuchu III wojny światowej (w sierpniu 1980 r. wybuchła rewolucja Solidarności, zaś płk. Ryszard Kukliński przekazał Amerykanom dokładne plany sowieckich uderzeń oraz schronów atomowych sowieckiego dowództwa, co oznaczało, że III wojna światowa trwałaby od chwili jej rozpoczęcia zaledwie kilkanaście minut, po czym sowieckie dowództwo i władze tego kraju zostałyby zlikwidowane. Kukliński zapłacił za ocalenie Polski i Europy przed atomową zagląda ogromną cenę - sowieccy agenci zamordowali mu w USA obu synów).




Podobnie jak wtedy, tak i dziś współpraca niemiecko-rosyjska byłaby korzystna dla obu stron, gdyż stworzyłaby swoistą hegemonię moskiewsko-germańską od Władywostoku aż po Brest i Lizbonę. Dlatego też w interesie Niemiec było szybkie pokonanie Ukrainy przez Rosję i powrót do normalnych stosunków. Przedłużająca się wojna i klęski Rosji na Ukrainie nie służą niemieckim interesom, gdyż bardzo osłabiają ten kraj zarówno politycznie, gospodarczo, militarnie jak i wizerunkowo (tutaj Niemcy osłabiają się sami, ale nie mają wyjścia, muszą udawać że popierają Ukrainę i kluczyć żeby całkowicie nie stracić reputacji). Natomiast, ta wojna bardzo wzmacnia kraje Europy Środkowo-wschodniej (Kraje Międzymorza), a już szczególnie Polskę, która wyrasta na militarne mocarstwo europejskie, na co Niemcy nie chcą i nie mogą pozwolić. Warto o tym pamiętać, bowiem niedawno pewien niemiecki profesor o nazwisku Asch otwarcie stwierdził: "Polska jest naszym wrogiem, dlatego też powinniśmy dążyć do odbudowania relacji z Rosją". Nie martwi owego profesora, ,że Rosja to kraj złodziei i bandytów porywających dzieci i mordujących w nieludzki sposób mężczyzn, kobiety i dzieci. Ich interesy są dla nich najważniejsze, dlatego też żadne Leopardy za zgodą Berlina na Ukrainę nie trafia, a na jesieni będą wybory w Polsce i z punktu widzenia Berlina, trzeba będzie zrobić wszystko, by zaprowadzić nad Wisłą deutsche Ordnung.




CDN.

piątek, 28 sierpnia 2020

PRZYJACIELE I WROGOWIE 1920 - Cz. I

PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ 

POZNAJE SIĘ W BIEDZIE


 


 Dokładnie sto lat temu miały miejsce niezwykle istotne wydarzenia nie tylko w skali kontynentu europejskiego, ale całego ziemskiego globu. Oto bowiem zwrotnice dziejów przesunęły się znów z niezwykłym impetem i doprowadzić mogły do całkowitej zmiany naszych dziejów i do totalnego przeorania Kontynentu wszerz i wzdłuż. Otóż w carskiej Rosji roku 1917, wybuchła rewolucja, która wspierana przez marksistowskie partie Zachodu i finansowana przez nowojorskie Wall Street i londyńskie City nabrała takiego impetu, że nie tylko poradziła sobie w walce z lokalną kontrrewolucją, ale była wręcz w stanie importować tę rewolucję daleko poza granice Rosji, znacznie dalej niż to się komukolwiek wydawało. Rewolucjoniści bolszewiccy bez wątpienia stanowili siłę "postępową" ówczesnego świata i jako tacy mogli liczyć na pomoc oraz wsparcie zrewoltowanych i niechętnych dalszemu prowadzeniu Wojny Światowej - środowisk dążących do zmiany (często po prostu jakiejkolwiek zmiany). Rewolucja marksistowska była wówczas zarzewiem ogromnego i niewygasłego buntu środowisk robotniczych (ale już nie chłopskich - co też jest bardzo istotne), czyli tak zwanego miejskiego prekariatu, ludzi najuboższych i żyjących często w większej lub mniejszej biedzie. Operując hasłami "sprawiedliwości społecznej" (czyli wymordowania arystokracji i elity Starego Świata, by na jego gruzach stworzyć Nowy Świat) natrafiała na podatny grunt wśród ludzi, dla których takie pojęcia jak "Wolność" czy "Demokracja" były jedynie pięknie brzmiącym frazesem bez żadnego realnego przełożenia na życie mas najbardziej upośledzonych, dla których liczyło się tylko to, jakie realne korzyści wyniosą z rewolucji i czy ich życie tym samym zmieni się na lepsze. Niestety, rewolucje nie służą temu, aby zmieniać świat na lepsze i zawsze powodują powstanie znacznie większego zniewolenia i większej biedy, niż to było wcześniej, problem polega jedynie na tym, że wielu ludzi nie jest w stanie sobie tego uświadomić i naiwnie wierzy że po wymordowaniu starej elity, nagle ich położenie ulegnie zasadniczej zmianie a cały kraj stanie się ziemią mlekiem i miodem płynącą.

W latach 1917-1919 bardzo wiele osób i środowisk na kontynencie europejskim, skutecznie zostało opętanych taką wizją, która stojąc w niezgodzie z dotychczasowym systemem kapitalistycznym, wpychała ich jednocześnie w otchłań morderstw, gwałtów, rabunków i ciągłej, beznadziejnej walki o realizację utopijnych ideałów rewolucji marksistowskiej, która jednak wciąż domagała się kolejnych ofiar - a te zaś tłumaczone były przez wielu jako nieodzowne koszty każdej rewolucji (jeszcze tylko ci i tamci muszą zginąć i wtedy już z pewnością powstanie wymarzony "Raj na Ziemi"). Mijały jednak miesiące, potem lata, ofiar wciąż przybywało a zapowiadany dobrobyt nie powstawał, pojawiała się za to nowa, jeszcze bardziej totalna i antyludzka dyktatura, która całe te zrewoltowane masy zamierzała podporządkować sobie za pomocą wszechobecnego terroru. Zapowiadany "Raj na Ziemi" polegał jedynie na tym, że dotychczasową elitę - zastępowali nuworysze żądni wszelkiej władzy i jedynie w ich przypadku rzeczywiście dokonywała się pewna zmiana na lepsze, natomiast masy, które wyniosły tę niewielką grupkę do władzy, od początku do końca pełniły jedynie rolę kozła ofiarnego lub też mięsa armatniego, wystawionego na ataki i nie otrzymującego nic w zamian. Nic, poza pusto-brzmiącymi sloganami, wartymi tylko tyle, ile papier na którym zostały wydrukowane. W nagrodę za swoje zasługi w obalaniu "Starego Porządku" otrzymywali terror nowej władzy i jeszcze większą niewolę osobistą (denuncjacje, szukanie "wrogów ludu", cenzurowanie własnych słów a nawet... myśli). I tak właśnie wyglądała owa rewolucja bolszewicka, zwana też powszechnie Rewolucją Październikową. Wyniosła ona do władzy partyjną grupkę marksistów, którzy następnie zgotowali rosyjskiemu narodowi prawdziwą katorgę, taką, jakiej nie zaznał moskiewski lud w najcięższych czasach caratu. Oczywiście rewolucja nie mogła wybuchnąć i powstać tylko w jednym kraju, gdyż gdyby do tego doszło, to było pewne że bolszewicki kolos, otoczony zewsząd wrogimi mu krajami kapitalistycznymi, musi - wcześniej czy później (a raczej wcześniej) - po prostu uschnąć, jak roślina pozbawiona wody i słońca. Dlatego też tak istotne było eksportowanie rewolucji dalej do Europy Zachodniej, USA, Ameryki Południowej, Azji, Afryki - na cały ziemski glob. Dopiero wówczas, gdy wszędzie już byłoby tak samo, ustrój komunistyczny mógłby przetrwać (generując przy tym nieprawdopodobną wręcz masę mordów i rabunku) pod nową, marksistowską władzą.




Wiele środowisk w Europie dało się opętać wizją rewolucji dążącej do "sprawiedliwości społecznej" i z niecierpliwością wyczekiwało tam pojawienia się "czerwonych armii proletariatu", które miały zburzyć Stare i stworzyć prawdziwy "Raj na Ziemi". Jak już wspomniałem fundament rewolucji mieli stanowić robotnicy i miejska biedota, która zrewoltowana i odpowiednio stymulowana, miała doprowadzić do zamieszek, anarchii i mordów, które otworzyłyby bolszewikom drogę do władzy w wielu krajach Europy (lecz Marks nigdy nie zamierzał rozpoczynać rewolucji w Rosji, jako kraju zacofanym cywilizacyjnie, a upatrywał jej wybuch w najbardziej uprzemysłowionych ośrodkach Anglii, Francji czy Niemiec. Lenin zaś sądził że rewolucja powinna wybuchnąć w... Szwajcarii, jako centrum europejskiego kapitału - banki szwajcarskie należały wówczas do najlepszych na całym Świecie). Rosja była jedynie wypadkiem przy pracy, miejscem na którym rewolucja - jeśli nawet miałaby wybuchnąć - to jedynie po to, aby ów "płomień terroru" zanieść z powrotem na Zachód. W żadnym razie nie chodziło o to by budować komunizm w Rosji, lecz by eksportować bolszewizm do Niemiec, Francji, Włoch, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii czy USA. I tutaj właśnie pojawił się mały problem, jako że od 11 listopada 1918 r. (czyli podpisania kapitulacji przez II Rzeszę Niemiecką i tym samym zakończenia I Wojny Światowej), zaczęło się odbudowywać państwo polskie, którego lud (w tym oczywiście robotnicy) nawet jeśli wyznawał ideały socjalistyczne, to zdecydowanie odrzucał hasła "dyktatury proletariatu" i internacjonalistycznego ruchu robotniczego, który to właśnie miał dokonać krwawej rewolucji. Naród polski był nastawiony patriotycznie i niepodległościowo, o czym przekonali się polscy komuniści, pragnąc zdominować tworzone od 5 listopada 1918 r. na terenie byłej Kongresówki - Rady Delegatów Robotniczych. Napotkali tam wówczas bardzo silny opór PPS-u (Polskiej Partii Socjalistycznej), której program wówczas opierał się co prawda na budowie socjalizmu, ale w oderwaniu od rewolucji bolszewickiej i po odrodzeniu niepodległego Państwa Polskiego (socjaliści i ludowcy byli zawsze największymi wrogami komunistów - których ci nazywali socjal-faszystami lub ludo-faszystami, a na pochodach 1-majowych dochodziło do walk pomiędzy oddziałami milicji partyjnej PPS, a bojówkami komunistów, gdzie często bywało po kilkanaście osób rannych, a nawet po kilkoro zabitych). Polska rodziła się zatem w listopadzie 1918 r. w prawdziwych "bólach porodowych". Kraj był totalnie zniszczony prowadzonymi działaniami wojennymi i przetaczaniem się frontów I Wojny Światowej. Całkiem rozgrabiona Kongresówka i Galicja (nieco lepiej sytuacja wyglądała w Wielkopolsce i na Pomorzu, ale ziemie te jeszcze oficjalnie nie zostały przyłączone do odradzającej się Polski). 

Rzeczpospolita Polska, która w 1920 r. miała powstrzymać potęgę Armii Czerwonej (wspartą zaciągami oddziałów carskich), w 1918 r. przypominała jedną wielką układankę puzzli. Było kilkadziesiąt partii politycznych, a większość z nich tworzyła własne milicje i oddziały partyjne. Nie było wojska (jedynie nieliczne oddziały legionowe lub korpusy "Puławian", w większości jednak przebywające z dala od rodzącego się kraju). Znana była niechęć socjalistów z endekami (Narodową Demokracją), chadeków z ludowcami, codziennie na ulicach Warszawy (i kilku innych miast) toczyły się regularne walki pomiędzy partyjnymi bojówkami, które rozumowały jedynie w kategoriach bieżących, nie zdając sobie większej sprawy z ogromnego zagrożenia, jakie już wówczas zawisło nad tym, co jeszcze nawet nie było Polską. Powstawały też samodzielne twory polityczne, jak choćby Republika Tarnobrzeska, na której czele stał komunista Tomasz Dąbal i (pełniący obowiązki księdza) Eugeniusz Okoń. Na Kielecczyźnie i w Zagłębiu Dąbrowskim również wrzało. Bezrobocie było przeogromne, ludzie głodowali, cały przemysł został rozgrabiony podczas wojny i odradzający się kraj bardziej przypominał Afganistan niż jakiekolwiek cywilizowane europejskie państwo. Na Podolu powstała też Galicyjska Socjalistyczna Republika Sowiecka ze stolicą w Tarnopolu (kto dziś o tym w ogóle pamięta?), która miała stać się "furtką" otwierającą bolszewikom drogę na Zachód. Na czele tego "podolskiego nowotworu" (jak wyraził się o nim osiadły w Kanadzie dziennikarz - Benedykt Haydenkorna), stali skomunizowani austriaccy i ukraińscy oficerowie (których potem Stalin kazał rozstrzelać za nieudolność). Powstała rusofilska Republika Łemkowska w Gładyszewie, która co prawda nie powielała (tak jak ci z Podola) "nieśmiertelnej myśli Marksa i Lenina", ale przez swoje rusofilstwo, stanowiła niebezpieczne podglebie dla nadciągającego ze Wschodu wroga. Podobnie było we wsi Florynka (między Krynicą a Gorlicami) gdzie powstała Ruska Republika Ludowa. Poza tym już na samym początku swych narodzin musiała się Polska zmierzyć z niechęcią (lub wręcz nienawiścią) największych państw sąsiednich - czyli Rosji (i to zarówno tej czerwonej jak i białej), Ukrainy, Litwy, Czechosłowacji i Niemiec. Zresztą lista państw nam niechętnych, była znacznie dłuższa, lecz te cztery właśnie były żywotnie zainteresowane w upadku młodej i jeszcze niestabilnej polskiej państwowości (co się tyczy Rosji i Niemiec to sprawa nie podlega dyskusji, chodziło o utrzymanie co najmniej granicy z 1914 r., która dla Niemców była niezwykle istotna a rodząca się Polska po prostu w tym przeszkadzała, zaś dla bolszewików Polska jako kraj niepodległy, stanowiła realną zaporę przed importem rewolucji na Zachód i dlatego nie miała prawa przetrwać. Ukraińcy również chcieli zawładnąć tzw.: "Galicją Wschodnią", której główne miasta - w tym Lwów, Tarnopol, Stanisławów - były skarbnicami polskości i polskiej kultury. Natomiast nie pojmuję polityki rządów: litewskiego i czeskiego. Dla mnie osobiście ci pierwsi to byli kompletni kretyni, którzy sprzymierzyli się z Sowietami bo chcieli jedynie odzyskać Wilno - naprawdę myśleli że Sowieci oddadzą im Wilno za darmo? Jeśli tak, to gratuluję rozsądku. Ci drudzy zaś, to dupodajki, cieszący się z każdego sowieckiego sukcesu, byle tylko na szkodę Polski. Cóż, "czechoza" to jak widać nie tylko stan umysłu, ale również sposób na życie, jak nie jednemu, to drugiemu (Niemcom) podstawi się tyłek i będzie się zgodnie maszerowało w rytm melodii: czy to "Wyklęty powstań ludu ziemi...", czy też "Deutschland, Deutschland über alles...").




W takich warunkach wszechobecnej niestabilności politycznej, administracyjnego rozbicia, groźby komunistycznego zamachu, niemieckiego ataku i wrogości wielu innych państw Europy - rodząca się do niepodległego bytu Polska po prostu nie miała prawa przetrwać. Mogła co najwyżej dryfować przez kilkanaście miesięcy (jak inne tego typu twory państwowe w Europie Wschodniej czy na Kaukazie), ale nie miała szans na trwałe zaistnienie na mapie Świata. Żaden szanujący się hazardzista nigdy nie postawiłby za przetrwaniem Polski swoich pieniędzy, gdyż jej upadek był tak prawdopodobny, jak to że po nocy przychodzi dzień. Niemcy zresztą od początku nazywali nasz kraj "państwem sezonowym" ("saisonstaat") i niestety mieliby rację, gdyż rzeczywiście przy tak niesprzyjających warunkach geopolitycznej konfrontacji przetrwanie państwa, próbującego "wyskrobać" sobie miejsce pomiędzy dwoma kolosami - Rosją i Niemcami - było NIEMOŻLIWE!... A jednak się udało! I to udało się jak cholera jak mawiał klasyk. Nie tylko zjednoczyliśmy się terytorialnie, odtworzyliśmy wojsko - które potem zlikwidowało wszelkie te "marksistowskie nowotwory", ocaliło Lwów i doszło do Zbrusza, likwidując Zachodnio-ukraińską Republikę Ludową, wyzwalając Wilno z rak bolszewików (słynne są słowa, wypowiedziane do żołnierzy 31 grudnia 1918 r. na Placu Łukiskim w Wilnie, przed atakiem bolszewików na miasto, przez rotmistrza Jerzego Dąbrowskiego ps. "Łupaszko": "Chłopcy - Ojczyzna - bolszewicy - kurwa ich mać!" Te krótkie, lakoniczne słowa, spowodowały liczne omdlenia zebranych na placu pań i uśmiech na twarzach żołnierzy), następnie przywracając do Macierzy Wielkopolskę i Pomorze i wspomagając walki na Śląsku. I wreszcie rozbijając w dwóch bitwach siły ośmiu sowieckich armii, które już widziały się zwycięzcami, idąc za rozkazem Lenina na podbój Europy. Nic wiec dziwnego że państwo i jego elity, które dokonało takiego czynu, miało potem pełne prawo uważać się za jedno z największych europejskich mocarstw (idea mocarstwowa była bardzo silna w II Rzeczpospolitej - o czym zresztą już kilkukrotnie pisałem - uosabiała się chociażby w planach zdobycia zamorskich kolonii), ze stabilną gospodarką, rozbudowującą się flotą, czwartą pod względem wielkości armią lądową Europy, a nawet... planami podboju przestrzeni powietrznej. 

Prócz licznych wrogów, jakich nie brakowało odradzającej się Rzeczpospolitej w 1920 r. (w czasie inwazji sowieckiej), byli jednak również i nieliczni sojusznicy a nawet prawdziwi przyjaciele, dzięki którym pomocy udało się tę wojnę zakończyć zwycięstwem i właśnie od nich zamierzam zacząć tę nową serię, poświęconą realnym i ukrytym wrogom, oraz prawdziwym i "przyszywanym" sojusznikom, których działania wpływały negatywnie lub pozytywnie (dla nas) na przebieg wydarzeń na froncie. Zacznijmy może zatem od przyjaciół i sojuszników, gdyż ich wielu nie było w czasie owych przełomowych walk roku 1920 r. 



PS: Należy też pamiętać, że ogromną rolę w zwycięstwie odegrał również i nasz wywiad. 
Poniżej ciekawy spektakl Teatru Telewizji pt.: "Człowiek, który zatrzymał Rosję", opowiadający o podpułkowniku Janie Kowalewskim - naczelniku Wydziału II Biura Szyfrów Sztabu Generalnego Naczelnego Dowództwa, który (m.in.) wsławił się dekryptażem wielu sowieckich szyfrogramów podczas wojny z Sowietami z lat 1919-1920

 



 

CDN.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

TAK, BYLIŚMY IMPERIUM!

KU PAMIĘCI  I DUMIE Z

RZECZPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW






W jednym ze skeczy Kabaretu Neo-Nówka jest takie stwierdzenie tłumaczące amerykańskiemu prezydentowi - Barackowi Obamie - gdzie leży Polska, otóż: "Jak tu jest Rosja, to jakby jej nie było, to Polska graniczyłaby z Afganistanem". Oczywiście jest to żart, ale dobitnie pokazuje on, że tradycja, pamięć, język a nawet moda dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów wcale nie zniknęła i że przetrwała w podświadomości oraz kodzie genetycznym wielu narodów, żyjących dziś nawet w takich krajach jak Mołdowa czy Gruzja. Jest to tradycja genetycznej więzi i pamięci Rzeczpospolitan - niesamowitego społeczno-kulturowego tworu, powstałego pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Morzem Czarnym. Niestety, lata zaborów, a szczególnie komunistycznego zniewolenia zrobiły swoje i dziś tamta pamięć strasznie się zamazała, poblakła i poczerniała. Dotyczy to również mentalności Polaków jak również (a może przede wszystkim) naszych elit - które w dużej mierze utraciły zdolność myślenia i analizowania polityki oraz geopolityki w taki sposób, który przede wszystkim służyłby Rzeczpospolitej. Orientacje, które istnieją w polskiej polityce, to efekt zarówno długiego okresu zaborów, jak i komunizmu - gdzie orientowano się na "Wschód" czy (rzadziej) na "Zachód" (jak na przykład czynili niektórzy politycy w II Rzeczpospolitej). Oczywiście rozumiem że w obecnej sytuacji geopolitycznej orientowanie się na sojusz z jakimś mocarstwem jest konieczne - gdyż sami jeszcze nie jesteśmy w stanie wybić się na pełną suwerenność - ale powinny, a wręcz muszą być jasno zdefiniowane pewne pryncypia, które ustalałby by relacje i jasno pokazywały kierunki naszych zainteresowań. Takie na przykład, jak choćby stwierdzenia: "Wschód jest nasz!". A to oznacza, że stosunki z Kijowem, Mińskiem, Wilnem, Rygą, Tallinem, Tbilisi czy Kiszyniowem nie mogą w żadnym razie toczyć się bez zgody i akceptacji Warszawy. To może dla niektórych brzmi nieco "dziwnie", ale tak właśnie postępować należy, gdyż jedynie Polska (ze wszystkich krajów regionu) w Europie Środkowo-Wschodniej, ma realną możliwość odrodzenia dawnej wspólnoty Środkowoeuropejskiej, zwanej Rzeczpospolitą Obojga (Trojga) Narodów.

Tak, bowiem dawna Rzeczpospolita była imperium (choć niektórzy twierdzą inaczej), była mocarstwem nie tylko militarnym, politycznym i gospodarczym, ale także społecznym, obyczajowym i... lingwistycznym, zaś obszar wpływów tamtej Polski sięgał daleko poza jej nieprzepastne granice, a pamięć o tamtym państwie przetrwała wśród elit II Rzeczpospolitej - wśród których panowała właśnie imperialna duma (te wszystkie zamorskie projekty kolonialne, te plany wojny ofensywnej przeciwko Związkowi Sowieckiemu, te deklaracje iż nie potrzebujemy ani Anglików ani Francuzów aby spuścić łomot Niemcom etc. etc.). Czym były hasła o mocarstwowości, jeśli nie pamięcią genetyczną elit II Rzeczpospolitej o dawnym imperium? To wszystko musimy na powrót odrodzić, powoli acz konsekwentnie (należy bowiem pamiętać o tym że nie wszystko to, co my uważamy za słuszne i oczywiste, jest takowym w oczach naszych sojuszników) odrodzić dawną pamięć o Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów, pamięć o narodzie wolnych od wszelkiej tyranii obywateli - Rzeczpospolitan, o dawnej tradycji, którą wielu chciało wyplenić, a która i tak pomimo prześladowań, mordów i przesiedleń - przetrwała i choć jest ona nieco przyblakła - to jednak jest i to stanowi już ogromny kapitał na przyszłość. Dlatego też, mając na uwadze tamtą pamięć, chciałbym zaprezentować wywiad, jakiego (jeszcze w 2012 r.) udzielił dla tygodnika "Uważam Rze Historia" - prof. Andrzej Nowak (który kilka miesięcy temu, wydał IV tom "Dziejów Polski"). Przejdźmy zatem do owego wywiadu i jak mówi klasyk: "Bach, babkę w piach, a teściową w klatkę piersiową". Rozmowę z profesorem Nowakiem przeprowadził redaktor Maciej Rosalak, zaś tekst nosi tytuł:       

 

400 LAT ODDECHU






Maciej Rosalak: Rozszerzanie się Polski na wschód było elementem "Drang nach Osten" - szerszego zjawiska w średniowiecznej Europie, obejmującego poza nami i Niemcami również Francję. Mówi się, że obecność Polaków na Rusi Czerwonej, a później na Wołyniu, Ukrainie, Rusi Białej i Czarnej oraz na Litwie nie wynikała jednak z podboju. Czy więc była w pełni prawomocna?

Andrzej Nowak: Najbardziej błyskotliwe poszerzenie obszaru wspólnoty politycznej, która połączyła Polaków z mieszkańcami ziem litewsko-ruskich, nastąpiło w wyniku unii, a nie podboju. Kwestia Rusi Czerwonej jest już bardziej złożona. W trójkącie geopolitycznym, który stanowiły już podczas rozbicia dzielnicowego księstwa polskie , zachodnie księstwa ruskie i królestwo węgierskie, toczyły się jednak walki zbrojne. W XIV wieku do zmagań o Wołyń włączyła się jeszcze Litwa. Ważniejsze od militarnych aspektów wydaje się jednak pewnego rodzaju starcie cywilizacyjne. Mamy ślady jego świadomości już w roku 1147. W tym czasie rozpatrywano w Europie konieczność kolejnej wyprawy krzyżowej i wzmocnienia przyczółków chrześcijańskich uzyskanych wcześniej w Ziemi Świętej. Inicjator wyprawy Bernard z Clairvaux stał się wtedy adresatem listu biskupa krakowskiego Mateusza (jest on pierwszym Polakiem, którego tekst literacki dotrwał do naszych czasów). Tłumaczy on sytuację polskich książąt, którzy nie pójdą na wyprawę do Palestyny, ponieważ tuż za wschodnią granicą mają podobną misję do spełnienia. "Ruthenia est quasi alter orbis" - pisał Mateusz. Ruś jest jakby innym światem, z inną religią, i tam musimy dokonać podboju duchowego, aby otworzyć ów świat na wpływy łacińskie. Już wtedy - mimo licznych mariaży Piastów i Piastówien z Rurykowiczami i Rórykowiczównami - zaznaczyła się różnica cywilizacyjna związana z różnym wyborem źródeł chrześcijaństwa - na Rusi było to Bizancjum, w Polsce - Rzym.

Maciej Rosalak: Wszelako ponad 400 lat później mamy konfederację warszawską (1573 r.), która - w przeciwieństwie do pogrążonej w wojnach wyznaniowych Europy - wprowadza u nas tolerancję religijną.

Andrzej Nowak: Tak, oczywiście. Skoro przechodzimy do czasów jagiellońskich, spójrzmy na Litwę, z którą zawarliśmy układ w Krewie (1385 r.). Stworzyła ona rozległe państwo nie tyle dzięki podbojowi, ile dzięki chętnemu poddaniu się księstw dawnej Rusi Kijowskiej słabej władzy litewskiej na miejsce srogiego panowania Mongołów. Litwinów było dziesięć razy mniej w tym państwie niż ludności prawosławno-ruskiej. Byli też dużo słabsi kulturowo. Wnieśli jednak dużą energię i zdolności organizacyjne, ale w krótkiej perspektywie czasu byli skazani na przekształcenie litewskiego imperium w państwo w sensie kulturowym, językowym i religijnym rusko-prawosławne. Przez krakowski chrzest Jagiełły i jego drużyny w obrządku łacińskim Litwa ocaliła swoją odrębną od ruskiej tożsamość. Pogańską pozostać nie mogła, a przyjmując ostatecznie prawosławie, przypieczętowałaby swoją asymilację z kulturą ruską. Unia została potwierdzona w Horodle (1413 r.) pięknym aktem "miłości braterskiej", bez którego - jak napisano w jej wstępie - nie ma żadnego trwałego związku. Kilkadziesiąt rodów litewskich zostało przyjętych do rodów polskich. Przywileje szlachty miały obejmować z początku tylko katolików litewskich, ale już w 1432 r. Jagiełło rozszerzył je na prawosławnych. Tak więc okres dający większe prawa katolikom trwał bardzo krótko, po czym nastąpiło pełne równouprawnienie wyznań. I to jest rzeczywiście wyjątkowe w skali europejskiej. Nigdzie indziej przez następne wieki nie istniało takie państwo jak polsko-litewskie. Na przestrzeni niemal miliona kilometrów kwadratowych koegzystowały za Jagiellonów, a później w Rzeczpospolitej, tak różne wyznania: katolickie, prawosławne, od XVI wieku także protestanckie. Fakt, że nie doszło tu do żadnej wojny religijnej, jest fenomenem. Konflikty rozwiązywano pokojowo, za pomocą aktów prawnych, jak uczyniła to wspomniana przez pana konfederacja warszawska.

 



Maciej Rosalak: Od niemal tysiąca lat mówi się o Polsce jako przedmurzu chrześcijaństwa, broniącym Europy przed Tatarami, Turkami oraz tyranią moskiewską, zwłaszcza - w XX wieku - bolszewicką. Bardziej jednak zwraca się uwagę na aspekt militarny niż cywilizacyjny. Co Polska przyniosła Kresom w dziedzinie kultury i prawa?

Andrzej Nowak: W istocie od czasów Batorego Polska nie może się wykazać jakąś szczególnie błyskotliwą historią militarną. Mamy wprawdzie zwycięstwo nad Krzyżakami pod Grunwaldem (z walnym udziałem Litwinów i Rusinów) czy nad Moskwą  pod Orszą (1514 r.), ale częściej przegrywaliśmy z nacierającą od końca XV wieku Moskwą, która chciała zagarnąć wszystkie ziemie dawnej Rusi. Aż do wojen kozackich, moskiewskich i szwedzkich połowy XVII wieku ponad dwa stulecia od zawarcia unii z Litwą wypełniają nie wojny, lecz właśnie praca cywilizacyjna. Jej symbolem jest Uniwersytet Krakowski, który po to został odnowiony przez Jagiełłę i Jadwigę, żeby służyć związkowi z Litwą, żeby kształcić kadry zdolne ten związek polityczny spajać pracą administracyjną i kulturową. Już drugim rektorem odnowionego uniwersytetu został Litwin - książę drohiczyński Jan, krewniak Jagiełły. Praca cywilizacyjna dała efekty dostrzegalne gołym okiem i widoczne do dziś: kopuły cerkwi stykają się z wieżami gotyckich i barokowych kościołów na Ukrainie, Białorusi i Litwie. Sama architektura maluje więc na tych obszarach fascynujący obraz dyfuzji kulturowej wschodu i zachodu Europy. Symbolem mniej widocznym jest pomnik prawa magdeburskiego, na którym lokowano miasta. Niech pan zgadnie, gdzie stoi taki pomnik?

Maciej Rosalak: We Lwowie?

Andrzej Nowak: W Kijowie. Dowodzi on, że Polska stała się rodzajem pasa transmisyjnego dla kultury prawnej przecież nie własnej, nie w Polsce wymyślonej, ale zachodnioeuropejskiej. Polska przenosi ją na obszary wschodnie, które stopniowo wchodzą w jej granice od końca XIV wieku. Stopniowo wnosi jednak również własną specyfikę ustrojową - kulturę wolności republikańskiej, która kształtuje się we wspólnym państwie polsko-litewskim dzięki "oswajaniu" dynastii jagiellońskiej przez szlachtę. Owym wolnościowym ustrojem niejako "zaraża" całą społeczność rozległego kraju. To, że dziś istnieją odrębne państwa Ukrainy, Białorusi, Litwy, wynika z faktu, że kiedyś Wielkie Księstwo Litewskie otarło się o Koronę. Litwa, powtarzam, rozpuściłaby się w tyglu prawosławnym, a wspólnoty Ukrainy i Białorusi nie znalazłyby wystarczająco silnego impulsu, aby wyodrębnić się z ogarniającej je szerszej wspólnoty wschodniosłowiańskiej, gdyby nie wpływ zachodniej cywilizacji idącej z Krakowa, Poznania, Sandomierza - do Wilna, Grodna, Lwowa i Kijowa. Niektórzy historycy, zwłaszcza ci z tak zwanej szkoły krakowskiej, wielce ubolewali jednak nad unią z Litwą, twierdząc, że dużo straciliśmy, idąc na wschód. Że trzeba było wszystkie siły poświęcić dla tej mniejszej ojczyzny piastowskiej, a nie rozrzedzać ich na wschodzie. 

Maciej Rosalak: Tę opinię utrwalił w świadomości naszego społeczeństwa, poza propagandą komunistyczną, głównie Paweł Jasienica . Wielu Polaków szczerze upatruje w zwrocie na wschód przyczyny trwałej utraty przez nas na 600 lat Śląska i Pomorza, a także rozluźnienia związków z cywilizacją łacińską. Czy więc Polska zyskała, czy straciła na Kresach?

Andrzej Nowak: Przytoczę tu cytat z Józefa Szujskiego, mistrza szkoły krakowskiej i mistrza Jasienicy o Polsce: "Im więcej w imię wolności zagarnęła surowych żywiołów, tym bardziej rozrzedzać się musiała ta siła rdzenna, zwyciężać indywidualność, wracać bezradność, nieorganiczność pierwotnej kupy słowiańskiej". Przez unię, przez otwarcie na wschód - twierdzą pogrobowcy stańczyków - wróciliśmy do "pierwotnej kupy słowiańskiej", zamiast identyfikować nasz rozwój tak, jak zaczął to skutecznie robić ostatni silny Piast Kazimierz Wielki.Tego rodzaju ostry osąd nie bierze jednak po uwagę jednego czynnika: geopolitycznego. Historia to nie szachy, w których sąsiedzi czekają na nasz ruch. Nie, zanim zrobimy ten ruch, oni mogą zrobić 20. Gdybyśmy nie weszli na obszary wschodnie, one nie pozostałyby bezpańskie, ale nieuchronnie stałyby się częścią wielkiej potęgi wschodniosłowiańskiej. Moskwa miała program, wolę i siły, aby zjednoczyć ziemie dawnej Rusi i to czyniła. 

Maciej Rosalak: Unia polsko-litewska opóźniła ten proces?

Andrzej Nowak: O cztery wieki. I dziś jej konsekwencje cywilizacyjne stoją temu procesowi nadal na przeszkodzie. Teraz wyobraźmy sobie, że już w XV wieku za naszą wschodnią granicą na Bugu stoi potężne państwo wschodniosłowiańskie. Czy pomaga nam to odzyskać Śląsk? Przecież Luksemburgowie, a potem Habsburgowie nie patrzyliby z założonymi rękami, jak odbieramy im najbogatszy kraj korony czeskiej, tylko w każdej chwili mogliby zawrzeć sojusz przeciw Krakowowi z imperium wschodnioeuropejskim. I to imperium mogłoby uderzyć już w XV wieku znad Bugu, a nie znad górnej Wołgi.




Maciej Rosalak: Brzmi znajomo.

Andrzej Nowak: Polska leży między dwiema największymi, starszymi od niej i bez porównania potężniejszymi od niej - od samego początku naszych dziejów - wspólnotami etniczno-historycznymi w Europie: wschodniosłowiańską i germańską. Czy mała Polska wciśnięta między dwie potęgi - na wschodzie i na zachodzie - obroniłaby swoje miejsce na mapie, swoją odrębną ścieżkę w historii i kulturze europejskiej? Myślę, że dzięki unii z Litwą, dzięki wysiłkowi, jaki został włożony w próbę sprostania temu cywilizacyjnemu wyzwaniu, zyskaliśmy olbrzymią przestrzeń nie tylko politycznego, ale także kulturalnego oddechu. Kiedy kultura polska wydaje swoje najwspanialsze owoce? W czasach unii lubelskiej, w czasach Kochanowskiego, Reja, Sępa-Szarzyńskiego, Skargi, w potem w XIX wieku, w czasach Słowackiego, Mickiewicza, Moniuszki. Czy wydałaby je, gdyby już w XV wieku pogodziła się z miejscem ograniczonym do malutkiego aneksu zachodnich potęg Europy? Ten oddech pomógł Polsce przetrwać w najgorszym położeniu geopolitycznym na świecie. I nie tylko przetrwać. To, że między Rosją i Niemcami pojawiły się jeszcze Litwa, Białoruś i Ukraina, zawdzięczamy właśnie podjęciu owej próby dziejowej - unii z Litwą. Próba powiodła się w tym przynajmniej sensie, że przyniosła trwałe rezultaty cywilizacyjne, stworzony został odrębny wariant kultury europejskiej. W ciągu kilkuset lat od XIV do XVIII wieku rozwijał się ustrój specyficznej kultury politycznej, wspólnoty republikańskiej, wspólnoty wielu narodów. Pojawiło się coś odrębnego, coś, co daje nam autonomiczny charakter, co powoduje, że Polska nie jest małym krajem o małej historii i małej kulturze.

Maciej Rosalak: Wspominał pan profesor wcześniej o "oswajaniu Jagiellonów przez szlachtę". Wszelako to oswajanie polegało na zapewnianiu jagiellońskiej ciągłości dynastycznej kosztem osłabiania władzy centralnej i prowadziło do anarchii ustrojowej. Czy wiec unia z Litwą nie okazała się zabójcza dla Rzeczpospolitej?

Andrzej Nowak: Zdaniem Szujskiego i wszystkich jego następców znaczące powiększenie państwa musiało prowadzić do jego wewnętrznego osłabienia. Najbardziej przedsiębiorcze elementy, zamiast umacniać Polskę "właściwą", uciekały na wschód, robiąc tam łatwe, wielkie kariery. Jak pisał, nastąpiło dla Polski fatalne "rozwolnienie w przestrzeniach". Szujski zwrócił też uwagę, że impet szlacheckiego ruchu egzekucyjnego czasów ostatnich Jagiellonów zanika, kiedy w wyniku unii lubelskiej (1569 r.) szlachta polska zyskała szansę zagospodarowania ogromnych terenów na Ukrainie, włączonych wówczas decyzją Zygmunta Augusta do Korony. Z pewnością unia lubelska otwierała przed naszą szlachtą spore możliwości ekonomiczne. Ogromne fortuny, które wtedy powstawały, dały też niewątpliwie przewagę czynnikowi możnowładczemu. W czasach Władysława IV Wiśniowieccy byli na ziemiach ukrainnych właścicielami 200 tys. dusz (2 procent ludności całego państwa), Koniecpolscy blisko 150 tys. Rola wolnego głosu obywatela malała, bo stawał się on coraz bardziej klientem magnata. To prawda. Ale co było alternatywą dla objęcia tego obszaru? Zostawić go? Rządzić nim żelazną ręką z silnego centrum w Warszawie czy w Krakowie i w ten sposób bronić oraz zagospodarowywać Dzikie Pola? To byłby sposób jak na XVI-XVII wiek nowoczesny, ale wymagający zupełnie innego państwa niż Rzeczpospolita. To musiałoby być imperium. Polska mogła wygrać z Rosją, ale pod warunkiem, że stałaby się drugą Rosją, a może drugą Francją - w każdym razie scentralizowanym imperium, zdolnym do podboju sąsiadów i na to nastawionym. Ale obywatele nie chcieli imperium. Albo obrona obywatelskiej wolności, albo wzmacnianie państwa, konieczne do stawienia czoła sąsiednim, agresywnym imperiom (Moskwie, Turcji, Szwecji, Habsburgom) - ten dylemat stale towarzyszył Rzeczypospolitej. Nie była ona, jak Anglia, oddzielona bezpiecznym kanałem od potencjalnych wrogów, by móc bezpiecznie dochodzić przez wieki do "rządnej wolności". Doszła w rewolucji 3 maja, ale sąsiedzkie imperia były czujne i ten piękny eksperyment zdławiły natychmiast.

Maciej Rosalak: Czy powodem upadku Rzeczypospolitej nie był również fakt,że była państwem tylko Dwojga, nie zaś Trojga Narodów? Znamienne, że Polacy zmienili punkt widzenia po upadku swego państwa. Na sztandarach powstańców styczniowych przedstawiano zwykle - obok Orła Białego i Pogoni - również Archanioła Michała, symbol Rusi.

Andrzej Nowak: Z jakże różnych punktów widzenia patrzono na te symbole... Litwinom unia kojarzy się z aktem lubelskim z 1569 r., który odebrał im ogromne obszary na południe od Prypeci (przypomnijmy: to sam ich władca je odebrał). Ale to, co dla Litwinów było złe, z punktu widzenia ziem ruskich stanowić mogło dobro: przywrócono im jedność, której nie miały od XIV wieku, czyli od czasu zajęcia Rusi Czerwonej przez Kazimierza Wielkiego i Jadwigę. Ukraina, można powiedzieć, zyskała swój przyszły kształt terytorialny. Białoruś z kolei kształtowała się w ramach Wielkiego Księstwa. Różne nacje różnie dziś patrzą na unię i jej symbole. To, co je łączyło, to poczucie zniszczenia wszystkiego, co było dobre w naszym związku, przez ekspansję rosyjską. Zlikwidowane decyzją carską Zaporoże mogło zadawać sobie pytanie: a może z Rzecząpospolitą było nam lepiej? Na fali tych sentymentów odżyją w XIX wieku, już podczas walki "o wolność waszą i naszą", te nadzieje i koncepcje wspólnej walki: równych z równymi, wolnych z wolnymi, czyli właśnie Litwinów i Ukraińców razem z Polakami, współbraci w jednej Rzeczpospolitej, na przekór rozwijającym się równolegle z wielką siłą nacjonalizmom.

Maciej Rosalak: Czy stąd wywodzą się idee federacyjne Józefa Piłsudskiego, urodzonego trzy lata po upadku powstania styczniowego? Plan budowy związku równoprawnych państw, stanowiących od Bałtyku po Morze Czarne zaporę przed bolszewicką Rosją, został zaprzepaszczony w traktacie ryskim, mimo wygranej w 1920 r. wojny.

Andrzej Nowak: Piłsudski nie był federacjonistą, tylko realistą. Często - może za często - cytuje się jego list do Wasilewskiego, w którym pisał, że formułki federacyjne są aktualnie modne na Zachodzie, więc do nich nawiązuje, ale lubi rozmawiać o rzeczywistości z rewolwerem w kieszeni... Na pewno chciał postawić tamę imperializmowi rosyjskiemu i wiedział, że sama etniczna Polska tego nie dokona. Rozumiał konieczność współdziałania z państwami tworzącymi się na naszych dawnych rubieżach wschodnich. Jego wizję celnie określił litewski współpracownik (do 1919 r.) Piłsudskiego - Michał Romer. Określił on ideał polityczny Marszałka jako wschodnioeuropejskie Imperium Dominiów (Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy). Miały je tworzyć cztery narody, ale kluczowe było słowo "imperium": musiała w nim istnieć silna, jasno określona władza państwowa . Zdolna przeciwstawić się i wewnętrznym nacjonalizmom, i sąsiednim imperiom. Piłsudski chciał odnowić jagiellońską potęgę, ale nie w republikańskiej, tylko w imperialnej formie.

Maciej Rosalak: Niestety nie udało się.

Andrzej Nowak: Wbrew rozpowszechnionym przez piłsudczyków mitom endecja wcale nie zepsuła w Rydze idei federacyjnej. Nie było tak, że bolszewicy dawali nam Mińsk, a my go nie chcieliśmy... Idea Piłsudskiego przegrała nie w Rydze, ale w Kijowie w maju-czerwcu 1920 r. Właśnie opublikowana została fundamentalna praca Jerzego Borzęckiego, historyka kanadyjskiego, który jako pierwszy odtworzył dzień po dniu przebieg rokowań ryskich w oparciu o archiwa sowieckie. Nie było żadnego momentu, kiedy Sowieci godziliby się na oddanie Mińska. Ani przez sekundę nie chcieli oddać Białorusi. Ani Grabski ochoczo nie godził się na odstąpienie Mińska, ani Piłsudski na jego wzięcie wcale nie nalegał. W tym momencie pragnął ratować tyle, ile udało mu się "ugrać" w 1920 r.: bezpieczeństwo Polski. Koniecznie chciał oddzielić Rosję bolszewicką od Litwy, którą nie bez przyczyny musiał traktować jako wrogi korytarz mogący połączyć Sowiety z Niemcami. I to zostało wynegocjowane: granica Polski sięgnęła Łotwy i oddzieliła państwo sowieckie od Litwy (a przez nią i od Niemiec). Na tyle było stać Polskę w 1920 r. Niestety, tylko na tyle. 

Maciej Rosalak: Czy dziś coś zostało z Kresów?

Andrzej Nowak: Wielowiekowe przygody Rzeczypospolitej, państwa tylu nacji, kultur i wyznań, powstałego w wyniku unii zawartych w Krewie, Horodle i Lublinie, z pewnością mogą wiele wnieść do tej unii, w której jesteśmy obecnie. Ile jedności, ile różnorodności (także religijnej, cywilizacyjnej)? Ile wolności, ile potrzebnej centralizacji wysiłków? - to są zagadnienia współczesne, które doświadczenia państwa polsko-litewskiego oświetlają w pouczający sposób. Uderza jednak także oczywista różnica: unia polsko-litewska tworzyła się w samorządach, sejmikach, we wspaniałej kulturze obywatelskiej wolności; Unię Europejską tworzy natomiast przede wszystkim gigantyczna biurokracja, obywająca się coraz widoczniej bez obywateli. Unia polsko-litewska przetrwała 400 lat. Zastanawiam się: jak trwałe będzie dzieło biurokracji? 




       




           
To tyle. Chciałbym tylko dodać że co się tyczy meritum to oczywiście w ogromnej większości zgadzam się z panem profesorem Nowakiem, ale mam kilka istotnych zastrzeżeń co do pewnych fragmentów jego wypowiedzi - pozwolę sobie jednak już ich w tym temacie nie rozwijać. Na zakończenie chciałbym jeszcze zaprezentować fragment tekstu, jaki ukazał się na portalu "Racjonalista.pl", a który dotyczy kwestii przeze mnie już kilkukrotnie poruszanej. A mianowicie o kulturowej, a szczególnie językowej dominacji języka polskiego na obszarze pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem a Uralem. Oto wybrane fragmenty owego artykułu pt: "W XVII wieku język polski był językiem międzynarodowym", którego całość znajduje się tutaj:



"Wiele się mówi o sukcesach militarnych dawnej Rzeczypospolitej, niewiele natomiast o sukcesach kulturowych, zwłaszcza o sukcesach polszczyzny, która w XVII w. była językiem międzynarodowym z prawdziwego zdarzenia. 

Język polski był bardzo popularny do XVII wieku w środkowo-wschodniej Europie ze względu na szerokie kontakty handlowe z państwami ościennymi i panującą wolność wyznaniową i światopoglądową dla cudzoziemców. Przy pomocy "sarmackiej mowy" każdy kupiec może przebyć bez tłumacza "ogromne przestrzenie między Adriatykiem a Morzem Kaspijskim", obejmujące wiele narodów i królestw [Krzyżanowski 1980, 242-243]. 

W czasach nowożytnych Rzeczpospolita tworzyła duży i znaczący w Europie organizm państwowy, leżący na ważnych szlakach handlowych i pośredniczący w kontaktach zachodu ze wschodem. Do ery wojen XVII w. była też krajem bogatym, o stosunkowo wysokiej stopie życia, ze względu na panującą w niej wolność wyznaniową, etniczną i światopoglądową, chętnie zamieszkiwanym przez cudzoziemców.

W 1642 roku gdański drukarz, księgarz i wydawca, Andrzej Hünefeld, w przedmowie do słownika łacińsko-polsko-niemieckiego podkreślał, iż są to języki konieczne dla rozwoju stosunków międzynarodowych i prowadzenia handlu [Klemensiewicz 1974, 280]. 

Gdański profesor, Jan Schultz-Szulecki, pisał w 1694 r., iż język słowiański miał tu od czasów najdawniejszych aż po dnie dzisiejsze "wagę i znaczenie języka państwowego" (publica fuit autoritas). Przez słowiański ten nobilitowany "Prusak" rozumiał przede wszystkim polszczyznę.

Szlachta szczyciła się swym męstwem i wolnościami, wielkością terytorialną państwa i jego bogactwem, natomiast wzmianki na temat triumfów polszczyzny są stosunkowo nieliczne. Nadrzędny charakter polszczyzny uchodził w oczach przedstawicieli innych nacji, zamieszkujących ówczesną Rzeczpospolitą, za coś oczywistego. Przekonaniu temu dawali wyraz zwłaszcza mieszkańcy Prus Królewskich, przeciwstawiający ją niemczyźnie, w której widziano język regionalny, czy też "krajowy". W 1668 r. Zygmunt Kontzewitz Kotzer pisał, że język polski stanowi: "eine von den vornemsten und Hauptsprachen" ("jeden z najważniejszych i głównych języków").

Znaczenie handlowe i polityczne sprawiło że język polski stał się międzynarodową mową we wschodniej części kontynentu. Posługiwało się nim wiele narodów zamieszkujących tereny Rzeczypospolitej, oraz był popularny w krajach ościennych. Języka polskiego często używali kupcy niemieccy i czescy. Od połowy XVI wieku do początku wieku XVIII polszczyzna była językiem dworskim w Rosji, i tą drogą przeniknął do języka rosyjskiego szereg wyrazów pochodzenia zachodnioeuropejskiego, przyswojonych wcześniej przez język polski, oraz wyrazów rdzennie polskich. Pod koniec XVII w. język polski był popularny i modny także wśród wyższych warstw Moskwy, a jego znajomość była miernikiem wykształcenia i kultury. Posługiwała się nim również kancelaria Chanatu Krymskiego w celu sporządzania dokumentów.

Język polski wywarł znaczny wpływ na takie języki jak: ukraiński, białoruski, litewski, rosyjski, jidysz, hebrajski, czeski, rumuński, węgierski. Wpływ Polski na inne kraje europejskie nie sięgał jedynie języka. Polska wywierała znaczny wpływ tak na modę jak i na sztukę wojenną. Wielką popularnością cieszyły się także traktaty polityczne i teologiczne polskich autorów. Chwalono także polski ustrój demokratyczny, choć zmiany w systemach politycznych państw europejskich, oparte się na ideach Machiavellego, zdążały w przeciwnym kierunku. 

U schyłku Rzeczypospolitej śląski poeta, Chrystian Rohrman, tak pisał o sile kultury polskiej: "A choćby wolność polska zaginęła Sława języka jej będzie słynęła". 

Na okres rozbiorów przypada druga szczytowa fala ekspansji polskiej kultury. Jej najgorliwszych propagatorów spotykamy właśnie wśród potomków obcych imigrantów, dzieci austriackich urzędników czy oficerów nie wyłączając. "Pochodniami polskości" stają się twórcy patriotycznego malarstwa: Michał Elwiro Andriolli, Artur Grottger i Jan Matejko, literatury: Władysław Ludwik Anczyc (von Anschűtz), Adam Asnyk (Aasnick) i Wincenty Pol (Pohl, Pol von Pollenburg). W nauce zabłyśli ludzie, którzy bądź to spolonizowali częściowo swe nazwiska, jak Estreicherowie (Ősterreicher) i Joachim Lelewel (Loelheffel), bądź też pozostali przy ich dawnym brzmieniu (J.W. i S. J. Bandtkie, B.S. Linde, L. Finkel, O. Balzer). Przywódcami ruchów niepodległościowych byli ludzie wywodzący się z rodzin niemieckich, a do tego często i gęsto i protestanckich (E. Jurgens, K. Ruprecht, B. Szwarc). W ten sposób spłacali niejako dług wdzięczności za schronienie udzielone ich dziadom i pradziadom na gościnnej ziemi polskiej".    






 
 
DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ