Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUDOBÓJSTWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LUDOBÓJSTWO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2024

KOCHAM CIĘ ŻYCIE... Cz. VI

CZYLI WSPOMNIENIA LUDZI Z OSTATNICH OŚMIU MIESIĘCY 1939 ROKU, TUŻ PRZED APOKALIPSĄ




 Wracam do tego tematu nie tylko ze względu na przypadającą dziś 85 rocznicę bandyckiego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę i tym samym rozpoczęcia II Wojny Światowej, ale również dla pewnej refleksji. Mianowicie (po raz któryś z rzędu) obejrzałem dziś niemiecki film "Upadek" z 2004 r. w reżyserii Hirschbiegela, opowiadający o ostatnich dniach spędzonych przez Hitlera i jego kamarylę w bunkrze kancelarii Rzeszy w Berlinie. Tak naprawdę zaciekawił mnie jednak tylko ten moment filmu, gdy Hitler wypowiada zdanie "nie chodziło tylko o Niemcy", a następnie temat ten nie jest dalej rozwijamy, tak jakby wrzutka która nic nie znaczy. Otóż wydaje mi się że w tych kilku słowach została właśnie przedstawiona cała idea nazizmu, - calutka. Powiem wprost, według mnie Hitler nigdy nie był żadnym niemieckim nacjonalistą, jest to twierdzenie bzdurne i opiera się jedynie na fakcie że naziści utożsamiali naród niemiecki, jako naród ubermensch'ów - nadludzi, którzy będą tworzyli "nowy wspaniały świat" przyszłości, ale (choć zdaję sobie sprawę że... powiem wprost - samemu nie chce mi się w to wierzyć, aczkolwiek nie mogę pozostać ślepy na fakty), Hitler wykorzystał Niemcy jako środek do celu, a tym celem nigdy nie było stworzenie narodowego państwa niemieckiego. Tak, według mnie Hitler nie był nigdy żadnym nacjonalistą, on wykorzystywał niemiecki nacjonalizm do swojego głównego celu jakim była "nowa Europa" przyszłości, Europa czysta rasowo, gdyż Hitler był przede wszystkim rasistą i ową Europę widział jako społeczeństwo pozbawione wszelkich rasowych wad, a za takie uważał przede wszystkim wszelkie niepożądane rasy. Celem było więc pozbycie się, czyli fizyczna eliminacja (czytaj eksterminacja) przede wszystkim dwóch głównych ras, które Hitler uznał za niepożądane w jego świecie przyszłość, czyli Żydów i Słowian. Dla nich nie było miejsca w "nowej niemieckiej Europie" i to właśnie było główną myślą i celem Hitlera, stworzenie czystej rasowo Europy, a następnie ekspansja tej "rasowej czystości" na inne kontynenty. Dlatego też Hitler przegrał już wygraną wojnę, gdyż gdyby miał choć trochę oleju w głowie, gdyby nie kierował się ideologią rasistowską i gdyby na pierwszym miejscu nie stawiał czystości rasowej, oraz swoich chorych enuncjacji, to wygrałby wojnę ze Związkiem Sowieckim i to w ciągu dwóch, trzech może góra czterech miesięcy (i to przy niewielkich stratach własnych samych Niemców). Przygotowując się bowiem do wojny ze Związkiem Sowieckim Hitler wypowiedział prorocze słowa, iż jest to spróchniała konstrukcja, którą wystarczy kopnąć i ona się sama rozpadnie. I tak by było, tak by było, gdyby nie polityka rasowa Hitlera - z której on nie chciał i nie potrafił zrezygnować.




Bolszewicy byli bowiem tak znienawidzeni przed narody tzw. Związku Sowieckiego, że wręcz zewsząd wypatrywały wybawienia, bez względu na to czy byli to Białorusini, Ukraińcy, Litwini, Łotysze, Estończycy czy sami Rosjanie (nie mówiąc już o narodach kaukaskich), oni sami (gdyby tylko dać im broń do ręki i ogłosić "świętą wojnę z bolszewizmem") w ciągu kilku miesięcy (a być może nawet kilku tygodni) pogonili by bolszewików, że cała ta konstrukcja po prostu rozpadłaby się w oczach. Niemcy niewiele by musieli robić, tak naprawdę pozwolić jedynie uciemiężonym narodom samemu rozprawić się z bolszewikami i wkrótce byliby w Moskwie. Ale taka sytuacja zmusiłaby Hitlera do zmiany jego planów, do stworzenia państwa rosyjskiego (a być może również i takich krajów jak Ukraina czy Białoruś), a tym samym do zaakceptowania Słowian jako partnerów niemczyzny, co dla niego było nie do zaakceptowania. Nie dając tym ludom broni do ręki i nie pozwalając im walczyć w "świętej wojnie" z bolszewizmem o nową "sprawiedliwą" Rosję, tak naprawdę Hitler przegrał tę wojnę już w lecie roku 1941, gdy jego wojska odnosiły niesamowite zwycięstwa na froncie, i to tak wielkie, jakich nie odniosło nigdy wcześniej żadne mocarstwo. W żaden inny sposób Hitler nie był w stanie wygrać wojny z bolszewikami, jak tylko za pomocą uciemiężonych narodów Związku Sowieckiego, gdyż bardzo szybko (choć sam Związek Sowiecki potwornie ucierpiał w pierwszych miesiącach wojny, to jednak) dzięki ogromnej pomocy państw zachodnich (w tym w 90% Stanów Zjednoczonych), bardzo szybko stanął na nogi i wówczas los Hitlera był przesądzony, gdyż nie był on w stanie walczyć jednocześnie z takimi potęgami jak sowiecka Rosja (wspierana przez Stany Zjednoczone) i kraj Wuja Sama, gdzie produkcja paliwa w jednym tylko miesiącu przewyższała to wszystko, co Niemcy byli w stanie wyprodukować i zdobyć w ciągu całego roku wojny. Po prostu kot nie będzie w stanie nigdy pokonać słonia, choćby nie wiem jak bardzo szczerzył zęby i pokazywał pazury. Ale Hitler nie myślał logicznie, gdyż miał w głowie tylko jedno: swoją kwestię rasową, swoją "nową Europę", jaka marzyła mu się po zwycięstwie i likwidacji niepożądanych ras: żydowskiej oraz słowiańskiej. To tyle słowem wstępu, chciałem jedynie wyjaśnić że choć dzisiaj Hitler utożsamiany jest nacjonalizmem, to on nigdy nie był żadnym nacjonalistą (nawet niemieckim 🧐), on wykorzystał niemiecki nacjonalizm do celu, jakim była czystość rasowa "nowego świata" i na tym polu poniósł całkowitą klęskę. Chodź słowa wypowiedziane przez Hitlera w filmie "Upadek" były tylko fragmentem tekstu, który tak naprawdę niewiele znaczył w kontekście tego filmu, w rzeczywistości przez ten moment oddały cały sens istoty nazizmu: "Nie chodziło tylko o Niemcy!". Co oczywiście nie oznacza że wielu Niemców nie zachłysnęło się "narodowym rasizmem" Hitlera i stało się zwykłymi wykonawcami morderczych rozkazów, mających położyć podwalinę pod "nowy wspaniały świat" czystego rasowo społeczeństwa europejskiego.






Była to choroba, którą nie należy łączyć ani z nacjonalizmem, ani też z odwróconym rasizmem, jaki ma miejsce obecnie, gdy Europa zalewana jest w niekontrolowany sposób przez muzułmańskie hordy "wojowników Allaha", którzy już wkrótce zaczną swoje krwawe łowy. Ale wróćmy do głównego tematu. Dziś chciałbym zaprezentować (wyjątkowo z okazji rocznicy wybuchu Wojny), więzienne zapiski Niemca, ostatniego gubernatora dystryktu Kraków -  Kurta von Burgsdorf, spisane już po zakończeniu wojny w polskim więzieniu (jest to rzeczywiście wyjątkowa sprawa jeśli chodzi o opinię Niemca, gdyż spisanych - pamiętnikarskich - opinii Polaków na temat wybuchu Wojny mam bardzo wiele, ale dziś postanowiłem dać się wypowiedzieć funkcjonariuszowi okupacyjnego aparatu niemieckiego zniewolenia). List (w którym Burgsdorf broni swojej osoby przed oskarżeniem o popełnienie zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości), jest dość długi, dlatego też nie zamierzam przedstawić go w całości, a jedynie w wybranych przeze mnie fragmentach (pragnę również oszczędzić czytelnikom tego bloga niektórych - wydaje mi się - nieciekawych i być może nużących fragmentów z tego listu). Na marginesie jeszcze dodam gdyż jakiś czas temu rozmawiałem (telefonicznie) z pewnym znajomym Niemcem, z którym czasem (choć bardzo rzadko) przechodzimy na tematy historyczne, właśnie on odpowiedział mi na argument, iż Polsce bezwzględnie należą się reparacje od Niemiec za zniszczenie całego kraju, wymordowanie prawie 10 milionów mieszkańców i cofnięcie nas w rozwoju co najmniej o kilka stuleci, twierdził że przecież w Niemczech takich miast jak Warszawa było znacznie więcej i to nie tylko Drezno zostało zniszczone, ale również Berlin. Przyznam się szczerze że gówno mnie obchodzi Drezno i Berlin (i tak też mu powiedziałem), gdyż gdyby nie wojna którą wywołał Hitler wraz ze Stalinem (przy biernej postawie Francuzów i Brytyjczyków), w wyniku którego zniszczono mój kraj, to Drezno i Berlin ocalałyby. Dodałem również że (tak jak mówił Churchill) Niemcy należy bombardować prewencyjnie co 50 lat, tak aby nauczyć ich rozumu i pozbawić pychy i naprawdę gówno mnie obchodzą niemieckie straty i zniszczenia, mają bowiem to, czego pragnęli. Mathilde Wolff-Mönckeberg, mieszkanka Hamburga napisała w swoim pamiętniku wkrótce po zakończeniu Wojny i podpisaniu kapitulacji przez Wehrmacht w maju 1945 r.: "Co dzień wytyka nam się (…) potworności, do których dochodziło w kacetach, i dobrze nam tak. Wszyscy musimy ponieść odpowiedzialność za te koszmarne zbrodnie i nikt nie może się od niej uchylać". Ale przejdźmy teraz do samego listu Kurta von Burgsdorf.






"OŚWIADCZENIE KURTA von BURGSDORF ODRZUCAJĄCE OSKARŻENIE SĄDU OKRĘGOWEGO W KRAKOWIE"


"Jako Gubernator Dystryktu Krakowskiego od listopada 1943 roku do stycznia 1945 roku na okupowanych obszarach Państwa Polskiego nie przyznaję się do popełnienia zbrodni przeciwko pokojowi, przeciwko ludzkości lub jakichkolwiek innych zbrodni wojennych z naruszeniem przepisów prawa międzynarodowego Konwencji Haskiej o międzynarodowej wojnie lądowej, ani do działania na szkodę Narodu Polskiego i Państwa Polskiego. Zdecydowanie zaprzeczam w szczególności: udziałowi w złym traktowaniu i umyślnego zabójstwa osób cywilnych i wojskowych oraz jeńców wojennych, a także w aresztowaniach ze szkodą dla osób prześladowanych z powodów politycznych, narodowych, religijnych lub rasowych. Z drugiej strony przyznaję, że od listopada 1943 r. do połowy stycznia 1945 r. pełniłem funkcję tymczasowego gubernatora dystryktu krakowskiego i dystryktowego przywódcy NSDAP w Krakowie. Wykonywałem te stanowiska zgodnie z moją wiedzą i wiarą w duchu porozumienia między tymi dwoma narodami, tak jak wykonywałem je już w zarządach i indywidualnie. W związku z tym też nie czuję się winny, a ocenę moich działań pozostawiam wysokiemu polskiemu sądowi. Mocno wierzę, że znajdę sprawiedliwych sędziów".


UZASADNIENIE

(...)

"Niełatwo jest zdawać relację z własnej działalności, ponieważ już z definicji istnieje duże ryzyko intencji ukazania swej działalności w pozytywnym świetle. Sprawia to, że zaniedbuje się potrzebę obiektywizmu, która powinna przyświecać każdemu – nawet najbardziej osobistemu sprawozdaniu. Ponadto sprawozdania te nie powinny być pismami w celu samoobrony, ale powinny jak najbardziej rzeczowo i obiektywnie ukazywać własne doświadczenia na urzędzie o tym, jak starałem się poznawać, badać i poprawiać warunki w moim dystrykcie. Ponadto zostaną tu objaśnione warunki, z jakimi zetknąłem się w 1944 r., jak również ich przyczyny – o ile są one dla mnie jasne. A równocześnie mogę, bezpośrednio referując, ujawnić tło mojej postawy, jak również jej motywy". 

(Większość z tego co on tutaj pisze pominę, wydaje mi się to bowiem nieciekawe, takie urzędnicze bla bla bla)


ŻYCIORYS

"Nazywam się Curt Ludwik Ehrenreich von Burgdorff, urodzony 16.12. 1886 w Chemnitz (Saksonia), religii ewangelicko-luterańskiej, Niemiec z Rzeszy, urzędnik państwowy, ostatnio w randze podsekretarza stanu, podpułkownik rezerwy, posiadający odznaczenia i ordery wojenne, (…). Żadnego majątku nie posiadam, jestem żonaty z Herthą Marią von Erdmannsdorff, posiadam dwoje dzieci w wieku 33 [ur.1915] i 30 lat [ur.1918], nie karany, ukończyłem gimnazjum humanistyczne i Wydział Prawny Uniwersytetu z tytułem doktora praw. (…)"

"Jestem wyższym urzędnikiem administracyjnym od 1 kwietnia 1916 r. (…) Pracowałem na różnych stanowiskach w administracji wewnętrznej, między innymi od roku 1928 do marca 1933 roku jako Amtshauptmann w Loebau w Saksonii. W marcu 1933 roku przeniesiony zostałem na stanowisko Kreishauptmanna w Lipsku, które zajmowałem do lipca 1933 roku. W miesiącu tym przeniesiony zostałem jako dyrektor ministerialny do Saskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie w tym charakterze pracowałem do roku 1937, kiedy to przeniesiony zostałem ponownie do Lipska na stanowisko Kreishauptmanna. Na tym ostatnim stanowisku pozostawałem do dnia 18 kwietnia 1938 roku."

"Do Partii wstąpiłem 1 maja 1933 r., mimo poważnych obaw dotyczących zasad i spraw religijnych, najpierw dlatego, że imponował mi program społeczny NSDAP, ale głównie dlatego, że nie chciałem stracić swojego stanowiska starosty za namową Dönicke – mego przewodniczącego okręgu w Lipsku. (…) Ze stanowiskiem tym byłem uczuciowo związany, ponieważ piastowali je również mój ojciec i mój dziadek, a jego matka była rodem z Lipska. Zresztą w tym czasie zrobili to wszyscy urzędnicy, gdyż nie należących do Partii usuwano z urzędów i prześladowano. Żona moja była przewodniczącą Krajowego Chrześcijańskiego Związku Kobiet w Saksonii, ja sam jestem wierzącym i praktykującym ewangelikiem. Uważałem za słuszne, nawet za cenę wpisania się do Partii pozostać na stanowisku, by w okresie przewrotu narodowosocjalistycznego móc być pomocny bliźnim, którzy w okresie tym byli ze względów politycznych, rasowych i religijnych prześladowani. (…) Ponieważ jako przedstawiciel państwa w Rzeszy Hitlera absolutnie potrzebowałem munduru na tym reprezentacyjnym stanowisku, wstąpiłem do SA. Wstąpienie do SS nie wchodziło w rachubę, ponieważ byłem mu przeciwny, a nie chciałem również wykluczać się z korpusu przywódców Partii, zwłaszcza że musiałem również pracować dla tej Partii, (czego nie pragnąłem w ogóle, z uwagi na moje liczne wobec niej zastrzeżenia). Ponadto premier Saksonii baron Manfred von Killinger i dobry przyjaciel przywódca sportowców Rzeszy Hans von Tschammer und Osten, obaj dowódcy SA, doradzali SA tylko dlatego, że tam byłbym dowódcą rezerwy (z.V. – do dyspozycji, a więc nieaktywnym) i byłbym wykorzystywany tylko przy specjalnych okazjach. Okazało się to prawdą, ponieważ nigdy nie wykonywałem regularnej służby w SA"

(...) "... odkomenderowany zostałem jako delegat Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy do Seys-Inquarta w Wiedniu, przy czym powierzono mi zadania zrównania administracji austriackiej z administracją Rzeszy. W marcu 1939 roku przydzielony zostałem do Protektoratu Czech i Moraw, gdzie pracowałem do 15 marca 1942 roku to znaczy do czasu odejścia Neuratha i objęcia władzy przez Heydricha. (…)"

"Kiedy Heydrich objął swe nowe stanowisko, natychmiast podszedłem do niego w tych sprawach i wyjaśniłem mu, że jestem gorącym chrześcijaninem – ewangelikiem. Heydrich wyjaśnił, że stare problemy w dużej mierze zostały już rozwiązane, a także, że byłem mu znany z raportów SD o mnie, które zawierają coś więcej niż moje kościelne zaangażowanie. Chciał on jednak, żebym na razie został, ponieważ sekretarz stanu nie był administratorem, ale ja byłem jedynym ekspertem administracyjnym na stanowisku kierowniczym, niemniej jednak nie mogłem pogodzić się z otoczeniem Heidricha, a więc, jako nowo wyszkolony oficer rezerwy wojsk pancernych, próbowałem wydostać się stamtąd z pomocą Wehrmachtu. Spowodowało to ogromne trudności, w końcu Heydrich zgodził się po tygodniach nalegania, i pozwolił mi odejść pod warunkiem, że pójdę do służby frontowej. To znowu spowodowało trudności ze strony Wehrmachtu, ponieważ byłem za stary – 55 lat. Jednak z pomocą mojego dobrego znajomego, generała Olbrichta, którego rozstrzelono w trakcie zamachu na Hitlera z wyroku sądu doraźnego, przeforsowałem moje umieszczenie na froncie. 1 kwietnia 1942 roku, na wiele tygodni przed śmiercią Heydricha, wstąpiłem do 3 Oddziału Zapasowego Niszczycieli Czołgów w Poczdamie. Na początku czerwca 1942 r. wstąpiłem do 16 Dywizji Pancernej w Rosji, gdzie na początku sierpnia 1942 r. zostałem dowódcą 16 Oddziału Niszczycieli Czołgów. Byłem majorem rezerwy. Następnie przez kilka tygodni dowodziłem 664 Pułkiem Pancernym 16 Dywizji Pancernej, a następnie do końca lutego 1943 roku dowodziłem 580 Pułkiem Grenadierów 306 Dywizji Piechoty. Na początku marca wróciłem do domu na prośbę ministerstwa spraw wewnętrznych Rzeszy. Ale pomimo wysiłków tego ministerstwa nie znaleziono dla mnie żadnego stanowiska. W Pradze esesmański rząd Karla Hermanna Franka dokonał zmiany organizacyjnej, która "rzekomo" uczyniła mnie zbytecznym. To była nieprawda – nie chciano tam prawomyślnego urzędnika administracyjnego. Również Goebbels odrzucił moją kandydaturę do Berlina, gdzie miałem być burmistrzem, podobnie uczynił również Mutschmann – Reichsstaatsführer i Gauleiter mojego rodzinnego regionu Saksonii. Po miesiącach oczekiwania i starań w najwyższym Dowództwie Armii, wróciłem na front do Włoch jako podpułkownik i oficer sztabowy do obrony przeciwczołgowej w Oberkommando der 10. Arme. Stamtąd zostałem przewieziony – bez mojej zgody – do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy w Berlinie, gdzie sekretarz stanu dr Stuckart poinformował mnie, że mam jechać do Krakowa. Odmówiłem i dlatego musiałem udać się na polecenie Himmlera do jego kwatery polowej w Prusach Wschodnich.

"W międzyczasie Himmler jako minister spraw wewnętrznych Rzeszy został moim najwyższym przełożonym. W ponad godzinnej rozmowie ponownie odmówiłem i wyraźnie stwierdziłem, że: 1) jestem przeciwnikiem żydowskiej polityki Hitlera, 2) że będę musiał sprzeciwić się każdemu reżimowi policyjnemu – Krüger, 3) że jestem chrześcijaninem – protestantem. Himmler odpowiedział, że on również miał moje poglądy w sprawie Żydów, ale został przekonany przez Hitlera. Co więcej, nie będę miał z tym nic wspólnego. Co więcej, jadę do Krakowa prowadzić życzliwą politykę (zupełnie błędny kierunek!) i w końcu religijna postawa takiego starszego pana jak ja jest mu zupełnie obojętna. Himmler zażądał zaakceptował odkomenderowanie do Krakowa i nazwał je "cywilną misją wojenną". Zrobił to, aby mnie zmusić, ponieważ odkomenderowanie – bo właśnie o to tu chodzi – było poniżej mojej rangi służbowej i poprzedniego stanowiska. Do Krakowa zostałem skierowany pod koniec listopada 1943 roku jako szef dystryktu (gubernator) i zaraz po moim przedstawieniu Frankowi podkreśliłem, że jestem najzacieklejszym przeciwnikiem reżimu SS i policji. Dał mi on pocieszające wyjaśnienia. Około 1 grudnia 1943 roku zająłem swoje stanowisko. Nie znałem ani narodu, ani kraju, ani moich współpracowników. W moim urzędzie nie znałem nikogo, a w rządzie tylko Franka, którego widziałem wcześniej tylko 2-3 razy na spotkaniach prawników. (...)"

"Powołanie mnie na stanowisko gubernatora dystryktu Krakowskiego odbyło się jednocześnie z wprowadzeniem Craushaara na urząd kierownika wydziału głównego Spraw Wewnętrznych w rządzie oraz powołaniem Koppe na miejsce Krügera na stanowisko wyższego dowódcy SS i Policji w Generalnym Gubernatorstwie. Aktowi temu nadano charakter uroczysty, brali w nim udział zarówno Frank, jak i Himmler, który przy tej okazji wygłosił długą mowę. W mowie tej w przeciwieństwie do Craushaara, nazywał mnie on stale panem i ani razu nie nazwał mnie towarzyszem partyjnym. Cała mowa Himmlera i zawarte w niej wypowiedzi przeciwko narodowi polskiemu nie interesowały mnie, nie przywiązywałem do nich wagi, ponieważ w kwaterze polowej Hitlera uzyskałem od niego wyraźne zapewnienie, że w Krakowie, jako dawnym okręgu austriackim, będę mógł rządzić inaczej i prowadzić łagodną politykę, w stosunku do ludności tym dystrykcie. Następnego dnia po południu wprowadzony zostałem przez Franka do Pałacu Potockich na urząd gubernatora dystryktu krakowskiego. Obejmując stanowisko gubernatora nie wiedziałem, że administracja państwowa połączona jest w Generalnym Gubernatorstwie w formie unii personalnej z administracją partyjną. Zaraz w pierwszych dniach Frank zaproponował mi, bym objął stanowisko szefa okręgu partyjnego. Na propozycje te nie zgodziłem się, ponieważ dotąd w Partii, ani w żadnej innej organizacji aktywnie nie pracowałem, przy czym argumentowałem także i wobec Franka, że jestem wierzącym i praktykującym chrześcijaninem i robota partyjna dlatego mi nie odpowiada. Sprawa ta przeciągała się i w międzyczasie, zarówno Bühler jak i podlegli mi starostowie, których odwiedzałem i wizytowałem, zdołali mnie przekonać, że powinienem objąć także i stanowisko szefa partii w dystrykcie, gdyż zapobiegnę przez to nasłaniu jakiegoś drugiego Tisslera dystryktowego, który wzmocni pozycję Partii i Bormanna z uszczerbkiem dla autorytetu władzy państwowej. Na skutek tych perswazji objąłem stanowisko przywódcy Partii dystryktu krakowskiego (…) Na urząd ten wprowadził mnie Frank 14 stycznia 1944 roku, wygłaszając przy tym jak zwykle długą, pełną frazesów, i nieodpowiedzialnych zwrotów mowę. Na mowę te odpowiedziałem krótko i wyraźnie podkreśliłem, że w pracy swojej będę się kierował odwagą cywilną i zasadą słuszności. Jak każda mowa na zebraniach partyjnych, tak i moja zawierać musiała pewne zwroty o Hitlerze i jego misji. (…) Podkreślam z naciskiem że objęcie stanowiska partyjnego przeze mnie było opozycją przeciwko polakożerczemu kursowi, dyktowanemu przez Partię z Bormannem na czele (...)".


OPINIA O GENERALNYM GUBERNATORSTWIE W RZESZY

"Wojna z Polską była niepopularna w Niemczech. Kwestia korytarza nie podniecała Niemców. Z tego powodu prasa niemiecka wciąż donosiła w olbrzymim natężeniu o "morderstwach w Bydgoszczy" i "incydentach granicznych", a opisy "polskich okrucieństw" w rejonach przygranicznych pojawiały się wielokrotnie w najjaskrawszych barwach. Raporty prasowe służyły wyjaśnieniu i udowodnieniu niemieckiemu narodowi niższości moralnej Polaków. Do tego dochodziły sukcesy tzw. "Blitzkriegu", który służył zademonstrowaniu niemieckiemu narodowi wyższości we wszystkich dziedzinach, nie tylko wojskowych. W ten sposób wyhodowano bardzo szczególnego ducha! Tylko na tym tle nawet w narodowosocjalistycznych Niemczech można sobie było wyobrazić w ogóle taki twór państwowo-prawny jak Generalne Gubernatorstwo. Jeśli w kraju (w okręgach Gdańsk-Prusy zachodnie, Poznań, Górny Śląsk) około 30 milionów ludzi zostało pozbawionych praw obywatelskich jednym pociągnięciem pióra. Stali się ni mniej ni więcej tylko zerem w świetle prawa państwowego, przedmiotami, którymi zwycięzcy mogli swobodnie dysponować według własnego uznania. 30 milionów ludzi zostało zaanektowanych, w Europie i przez Europejczyków – unikalny proces i wielkie nieszczęście dla Niemiec. Jestem bowiem pewien, że mimo godnego ubolewania – wielkiego nieszczęścia wojny, wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby zwycięskie narodowosocjalistyczne Niemcy postępowały z mądrością i humanitaryzmem w stosunku do pokonanych Polaków. Niesprawiedliwością było utworzenie jednostronnie przez Niemców takiego tworu władzy państwowej, jakim było Generalne Gubernatorstwo, oraz podejmowanie takich działań, jakie ten twór musiał pociągnąć za sobą, częściowo dla realizacji jego celów i zadań, częściowo dla istnienia jego samego. Zasady Generalnego Gubernatorstwa były kamieniem węgielnym w wychowaniu niemieckiego człowieka na nadczłowieka, gdyż nie może być przecież większych różnic między ludźmi jak w zasadzie między Niemcami a Polakami, którzy z powodu losu zmuszeni są żyć na tej samej przestrzeni"

"Generalne Gubernatorstwo miało wśród nas – zawodowych urzędników administracyjnych w Rzeszy naprawdę kiepską reputację. Kiedyś wyrażono to w szyderczej nazwie "gangsterska gubernia" nadanej z powodu przypadku korupcji gubernatora Lasch'a z Radomia, tym bardziej, że był specjalnym protegowanym dr Franka w związku z ich bliską, wieloletnią współpracą w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa. Ponadto w najostrzejszych słowach potępiano samowolę policji SS-Obergruppenführera Krüger'a, a administracja i urzędnicy administracyjni Generalnego Gubernatorstwa byli źle oceniani na podstawie pewnych rzeczowych faktów. Staliśmy na stanowisku, prawdopodobnie bez zbytniej przesady, że członkostwo w Narodowosocjalistycznym Związku Obrońców Prawa (z którego dr Frank przyjął większość swojego personelu) lub wczesne członkostwo w NSDAP nie daje jeszcze niezbędnych kwalifikacji do pracy jako urzędnik administracyjny, zwłaszcza w obcym kraju, gdzie stawia się szczególnie wysokie wymagania dla urzędnika pod względem umiejętności fachowych i możliwości psychologicznych. Administracja Generalnego Gubernatorstwa jawiła się – słusznie lub niesłusznie – jako niegospodarność spowodowana dyletanctwem i niekompetencją. Chciałbym powiedzieć, że brak jasności sytuacji był jedną z najistotniejszych cech Generalnego Gubernatorstwa. Miałem wrażenie, jakby obawiano się uchylać przepisy, które od dawna były nieaktualne z powodu zaistniałych okoliczności. Wyglądało to tak, jakby chciano, aby każde możliwe wyjście stało wciąż otworem. Utrzymywano przepisy tak, aby można było interweniować w każdej chwili, ale jednocześnie tolerowano odmienną praktykę. Przyczyną takiego prowadzenia spraw rządowych była prawdopodobnie niepewność w stosunku do rzeczywiście rządzących osób: Himmlera i Bormanna. Pokój zawarty z Himmlerem w 1943 r. był właściwie pokojem pozornym, gdyż władza wykonawcza w Generalnym Gubernatorstwie wciąż mocno i wyłącznie spoczywała w rękach Himmlera oraz jego SS i policji wszystkich stopni. Został on zawarty, ponieważ już zaczynała się wyłaniać rywalizacja z Bormannem o Generalne Gubernatorstwo, a sam był prawdopodobnie postrzegany jako wspólny przeciwnik Himmlera i Franka. Obawiałem się więc, że dla Polaków mogą powstać straszne skutki z powodu tego stanu niejasności w sprawach zrzeszania się, jeśli Himmler lub Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy nagle wydadzą ostrzejsze polecenia, jak to miało miejsce w przypadku warszawskich uchodźców, lub jeśli w SS i policji nastąpi zmiana dowódcy, albo jakiś niewielki incydent podczas jakiegoś meczu piłkarskiego. (...)"


POLITYKA WOBEC POLAKÓW


"Ale jaka była więc ta polityka Hitlera wobec Polaków? Nie było to dla mnie łatwe do ustalenia, ponieważ według mojej wiedzy nie było autentycznej, jednoznacznej deklaracji rządu Rzeszy. To był przygnębiający fakt dla mnie i ludzi wyznających moje poglądy, że Hitler nigdy nie ustanowił konstruktywnych planów i propozycji dotyczących prawa konstytucyjnego, nie stworzył żadnych stałych warunków do kontrolowania arbitralności pojedynczej osoby, ale że wszystko i wszędzie było otwarte tzn. trzymane na bagnetach, nie tylko we Francji, Belgii, Norwegii, ale także w krajach o nowych formach państwowych, takich jak Protektorat Czech i Moraw oraz Generalne Gubernatorstwo. Żaden w miarę poważny polityk, nie uwierzył przecież, że ci politycy z "Generalnego Gubernatorstwa" mogą być rozwiązaniem na stałe. (...)"

"Wydaje się tylko, że najpoważniejszym błędem niemieckiej polityki wobec Polaków było to, że poniżała ona Polaków. Te poniżenia wynikały z niemieckich przepisów legislacyjnych, ale to jeszcze nie w pełni je wyczerpywało. O wiele bardziej wynikały one z postaw wobec Polaków, którą rząd hitlerowski narzucił Niemcom. Mówię "narzucił", bo podczas mojej batalii przeciw tej złej polityce spotkałem wielu Niemców, którzy uważali, że nakazana im postawa jest dla nich ciężarem. Nie muszę nic więcej mówić o tej narzuconej Niemcom przez Hitlera, SS i Partię ściśle kontrolowanej postawie, chyba tylko to jedno, że objawiające się wszędzie i we wszystkich dziedzinach życia lekceważenie i znieważanie, było najgłębszą przyczyną niemieckiej porażki również w tym kraju. Dlatego wszędzie krytykowałem i walczyłem z tą postawą, a ze swojej strony starałem się wszędzie pokazać, jak należy się zachowywać jak człowiek wśród innych ludzi bez przymusu i bez ciągłego znieważania (...)".




SYTUACJA POLAKÓW W DYSTRYKCIE

"Kiedy w jeden z pierwszych tutaj dni przechadzałem się po mieście, dokonałem dwóch drobnych obserwacji, które bezpośrednio ukazały mi główny problem, a mianowicie polityczne i humanitarne położenie Polaków w Generalnym Gubernatorstwie. Widziałem zmienione dawne nazwy ulic oraz zauważyłem zróżnicowanie przedziałów w tramwajach na takie dla Niemców i dla Polaków. Żadne nowe zasady konstytucyjne, żadna reorganizacja Generalnego Gubernatorstwa, żaden tak uciążliwy dla narodu polskiego przepis jak np. zamknięcie uniwersytetów i szkół średnich w Wielkiej Galicji, nie ukazało w moich oczami tak nagle – w sposób oczywisty i intensywny – faktu pozbawienia praw obywatelskich i ciągłej obrazy narodu polskiego, jak to uczyniły te dwa śmiesznie małe fakty. Ale przemówiły one nie tylko do mojego umysłu, ale także do moich uczuć, które teraz stały się czynnikiem decydującym o moim stosunku do narodu polskiego. W żadnym razie nie wynikło to z mojej postawy jako niemieckiego urzędnika państwowego, ale z mojego przekonania, że tylko atmosfera sprawiedliwości i pokoju może być odpowiednia do tego, aby umożliwić Polakom i Niemcom wspólne życie. Teraz uzyskało ono cieplejszy, osobisty ton".

"Śledziłem przyczyny pozbawienia polskiego narodu praw obywatelskich. Informowałem się gdziekolwiek mogłem. Bywałem u Generalnego Gubernatora, ale zaprzestałem tych wizyt, bo były one bezowocne z tego powodu, że Generalny Gubernator, moim zdaniem, był w pełni świadom błędów w polityce wobec Polaków w ostatnich latach, ale nie chciał otwarcie się do nich przyznać i dlatego unikał prawdziwej debaty. Ponadto, ze względu na swoją pozycję na zewnątrz starał się ukryć swoją zależność od Berlina w kwestiach politycznych za pomocą przyjaznych i pocieszających słów w stosunku do nowicjusza szukającego rady i pomocy. Rozmawiałem tylko z sekretarzami stanu i prezydentem rządu. Zwracali uwagę na ogólnie dobrą pracę administracji i sukcesy w dziedzinach specjalistycznych, ale w podstawach polityki wskazywali na Berlin i realizowaną przez SS i policję linie polityczną wobec Polaków. Rozmawiałem z moimi urzędnikami urzędu dystryktu i moimi starostami i spotkałem się tu z dużym zrozumieniem i dobrą wolą. Dzięki moim podróżom inspekcyjnym po kraju zrobiłem pocieszającą obserwację, że tam w terenie, w codziennej pracy i w swoim małym obszarze ci fachowi urzędnicy administracji (starosta, agronom powiatowy, lekarz powiatowy) próbowali postępować poprawnie, co w większości psuli teoretycy – politycy i megalomańscy głupcy".


  
Wyrok w sprawie Kurta von Burgsdorfa zapadł przed sądem okręgowym w Krakowie dnia 6 grudnia 1948 r. i był wyjątkowo łagodny. Sąd stwierdził że rzeczywiście "był życzliwy Polakom" został skazany tylko na 3 lata pozbawienia wolności (przy czym zaliczono mu areszt trwający od 30 maja 1946 r. do 6 grudnia 1948 r.), utratę praw publicznych, obywatelskich i honorowych na 2 lata, oraz konfiskatę całego majątku. Prokuratura zaś stwierdziła: 

"Nie ulega wątpliwości, że wśród urzędników niemieckich Burgsdorff wyróżniał się jako człowiek uczciwy, urzędnik starej daty, ożywiony naprawdę chęcią humanitarnego postępowania z ludnością Polską. Dał temu wyraz niejednokrotnie interweniując na rzecz skazanych Polaków, wydając im ułaskawienie. Zwalczał bezwzględną politykę reprezentowaną przez Franka. Jak wykazało dochodzenie na czynności urzędowe Gestapo i policji wpływu nie wywierał. (...) Wina Burgdorffa jednak polega na tym, że piastował stanowisko w administracji Generalnego Gubernatorstwa, która została uznana przez nasze orzecznictwo za organizację przestępczą"


CDN.

piątek, 12 lipca 2024

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. I

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI



 Patrząc i analizując na to co obecnie dzieje się w naszym kraju (choć z pozoru wydaje się, jakby nie działo się nic i o to chyba właśnie chodzi), pojawiła się u mnie pewna analogia współczesności, do czasów historycznych, do czasów naszego państwa kiedy było ono realnie ubezwłasnowolnione wewnętrzną niemocą i którego wizerunek w tamtym czasie sięgnął dna, a w kraju wszystkim wydawało się że jest dobrze, że żyjemy w najcudowniejszym państwie, najwspanialszym z krajów świata i w ogóle jest super hiper fajnie. Nim wyjaśnię który dokładnie okres mam na myśli (a chciałem go maksymalnie skrócić, tak aby nie pokazywać ogólności, natomiast skupić się na szczegółach które są bardzo podobne do tego co się obecnie dzieje), chciałbym zastanowić się przez moment nad jednym ciekawym aspektem naszej historii, który dla mnie jest trochę niezrozumiały, a mam tutaj na myśli początkowy okres szwedzkiego Potopu i to, co się w Rzeczypospolitej wówczas działo, jaka totalna niemoc, niechęć i (trudno to nawet nazwać) szaleństwo ogarnęło Rzeczpospolitan (Polaków i Litwinów) którzy wręcz masowo oddawali się pod opiekę i przysięgali wierność Karolowi Gustawowi - królowi Szwecji. Aby nie tracić czasu przejdźmy zatem do owych rozważań.



RZECZPOSPOLITA 




 W roku 1618 Rzeczpospolita liczyła ok. 11 milionów mieszkańców (5 milionów Polaków, 750 tysięcy Litwinów i ok. 5 200 milionów Rusinów), a pod względem obszaru 990 000 km² (po ok. 495 000 km² na Koronę i Litwę), i to bez księstw lennych: Prus Książęcych oraz Kurlandii. Tak więc pod względem obszaru była drugim po Moskwie państwem w Europie (a tak naprawdę pierwszym, gdyż Moskwa wówczas nie była uważana za państwo europejskie lecz azjatyckie, a poza tym nie brano pod uwagę Imperium Osmańskiego które było państwem muzułmańskim, liczyły się bowiem tylko państwa chrześcijańskie), natomiast pod względem ludności była trzecim państwem w Europie (wraz z Moskwą), a przed Francją (16 milionów mieszkańców) i krajami niemieckimi (14 milionów mieszkańców). Spośród tych 11 milionów mieszkańców, milion stanowiła szlachta - czyli obywatele. Żaden inny kraj w Europie czy na świecie, nie mógł się pochwalić tak dużą liczbą możnych, a zjazdy sejmowe na których uczestniczyli posłowie obcych państw, wprawiały ich w zdumienie liczbą przybyłych na obrady obywateli. Szlachta miała poczucie swojej wyjątkowości nie tylko w stosunku do pozostałych grup stanowych w kraju, ale również poza jego granicami. Powielano idę sarmatyzmu (o której już kiedyś pisałem), czyli wyjątkowego plemienia Sarmatów, które miało w starożytności zająć ziemie pomiędzy Odrą a Bugiem (a potem Wilią i Dnieprem) podbić lokalne plemiona i uczynić z nich poddanych (czyli chłopów). Było to częściowe nawiązanie do pozycji spartiatów w starożytnym Lacedemonie, którzy również zniewolili lokalnych Achajów i uczynili z nich niewolników państwowych zwanych helotami. Oczywiście "sarmaci" (czyli polska szlachta) uważali się za wyjątkowych (było w tym więc nieco szowinizmu) i najlepszych spośród zarówno żyjących w kraju mieszczan czy chłopów, ale również spośród przedstawicieli innych państw (oczywiście był to wymysł, ale uczyniono z tego idę polityczno-narodową i mnóstwo szlachty w to uwierzyło). Uważali że żyją w najlepszym i najwspanialszym państwie na świecie, i że podstawą ustroju politycznego tego państwa (zwanego Rzeczpospolitą) jest przede wszystkim wolność. Wolność była najważniejsza, ważniejsza niż wszystko inne. 


0:50 - BATORY MNIEMAŁ ŻE SZLACHTA BĘDZIE MU TO MIAŁA ZA ZŁE. ZAPOMNIELI DAWNO, WYBACZYLI. TO JEST RZECZPOSPOLITA - NIE PRAWA WAŻNE, A WOLNOŚĆ, SWOBODA




MIAŁEM SZCZĘŚCIE URODZIĆ SIĘ SZLACHCICEM W POLSCE, NAJPOTĘŻNIEJSZYM PAŃSTWIE NA ŚWIECIE. (...) MY SARMACI JESTEŚMY NARODEM WYBRANYM. Z WYRAŹNEJ WOLI STWÓRCY POSIADAMY NAJWIĘKSZE SERCA, UMYSŁY I FALLUSY 😉🥴



Oczywiście nie trzeba było być majętnym aby decydować o losach państwa, ale trzeba było być szlachcicem. Zdarzało się więc tak, że wielu obywateli przybywało na zjazdy sejmowe bez butów, bo nie stać ich było na obuwie, ale posiadali pierścień rodowy i mieli prawo głosować (nie były to liczne przypadki, ale się zdarzały). Szlachectwo oczywiście się dziedziczyło, a pierwotnie nadawał je król za zasługi (pasowanie na rycerzy i te sprawy z czasów średniowiecza), lecz od 1601 r. to już tylko Sejm przyznawał szlachectwo (król co prawda również mógł nobilitować poddanego, jeśli przyjął go do swego herbu). Zdarzały się jednak przypadki, że to sami magnaci lub szlachta próbowali nobilitować innych, ale decyzją Sejmu z roku 1633 takie praktyki zostały zakazane (co oczywiście nie znaczy że ukrócone, bo co jakiś czas pojawiały się nowe przypadki dopuszczenia do stanu szlacheckiego osób, którym później udowadniano niewłaściwą nobilitację). Panował też zakaz przyjmowania obcych tytułów (ale magnateria - szczególnie w drugiej połowie XVII czy w XVIII wieku niewiele sobie z tego robiła). Szlachta była zwolniona z podatków (z wyjątkiem dwóch groszy z łanu), zwolniona z obowiązku naprawy zamków i twierdz (z wyjątkiem tych przygranicznych, ale to i tak tylko na okres wojny). Musiała co prawda na wezwanie króla stawiać się w czasie wojny lub kampanii na pospolite ruszenie (czym nieustannie się chwalono: "Gardła nasze za Ojczyznę nadstawiamy"), ale w sytuacji gdy król chciał wyprowadzić szlachtę poza granicę Rzeczypospolitej, to musiał jej zapłacić za każdy dzień 5 grzywien od kopii, A poza tym dobrze urodzeni mieli prawo do wykupu z niewoli (król musiał ich wykupić w przypadku gdyby wpadli w ręce Tatarów, Turków, lub Moskali - oczywiście tylko pod warunkiem jeśli brali udział w walkach w ramach pospolitego ruszenia, a nie w sytuacji gdy Tatarzy najechali dany dworek i go złupili, a mieszkańców uprowadzili). Od 1430 r. (chociaż prawo to wprowadzone zostało 5 lat wcześniej, a po raz pierwszy użyte w 1427 r. ale oficjalnie obowiązywało dopiero 1430) nie wolno było szlachcica uwięzić bez wyroku sądowego i po uprzednim "pokonaniu go prawem" - czyli udowodnieniu winy. Nie wolno też było królowi nakładać ceł na towary produkowane w dobrach szlacheckich. Oczywiście szlachcic miał prawo wybierać nie tylko króla, ale również kształtować prawo na sejmach i obsadzać sądy (czyli decydował o wszelkich władzach w Rzeczpospolitej).

20-letni okres przed szwedzkim Potopem, to był bodajże najpomyślniejszy czas w historii Rzeczpospolitej, ale jednocześnie najbardziej zabójczy dla ducha bojowego Rzeczpospolitan. Po zwycięskiej wojnie z Moskwą (1632-1634) gdzie król Władysław IV zmusił do kapitulacji pod Smoleńskiem  całą armię Michaiła Szejna; po zmuszeniu Szwedów (w traktacie w Sztumskiej Wsi -  1635) do oddania okupowanych przez nich portów nadbałtyckich i po stłumieniu powstań kozackich (powstanie Żmajły - 1625, powstanie Fedorowicza - 1630, powstanie Sulimy - 1635, powstanie Pawluka i Skidana - 1637 i powstanie Ostranicy - 1638) ostatecznie zakończyło etap buntów kozackich na Ukrainie i Zaporożu. Rejestr kozacki ustalono na 6 000 głów, a zgodnie z memoriałem hetmana wielkiego koronnego Stanisława Koniecpolskiego, w końcu kwietnia 1638 r. Sejm uchwalił konstytucję dla Ukrainy, w której nakazywał aby cała starszyzna kozacka składała się ze szlachty, a a jej czele miał stać komisarz królewski, podlegający bezpośrednio hetmanowi wielkiemu. Jedynie setnicy i atamani mogli być powoływani spośród Kozaków, ale: "dobrze nam i Rzeczpospolitej zasłużonych i ludzi rycerskich". Ci zaś spośród kozaków, którzy nie zostali wpisani do rejestru, mieli zostać obróceni w chłopów. Poza tym zabroniono kozakom mieszkać w miastach i kontaktować się z mieszczanami (warunki kozackiej kapitulacji z grudnia 1637 r. brzmiały następująco: "Poddajemy się pod miłosierdzie i wolę Jego Królewskiej Mości i wszystkiej Rzeczypospolitej, tudzież Jaśnie Wielmożnych Ich Mościów Panów hetmanów koronnych (...) w zupełnej wierze, cnocie i poddaństwie Rzeczypospolitej trwać na potomne czasy będziemy"). Od tego czasu zaczął się 10-letni pokój na Ukrainie, który zaowocował wzmożoną kolonizacją tej ziemi (a raczej jej polonizacją, bowiem nie tylko Polacy tam przybywali, również Litwini, ale przede wszystkim Rusini, którzy się całkowicie spolonizowali). Panował pokój i niesamowity dobrobyt (chociaż już wówczas pojawiły się pierwsze problemy w kwestii handlu zbożem, gdyż polskie zboże nie było już tak popularne w Europie jak w wieku XVI czy na początku XVII, ale wciąż  sprzedawano je z zyskiem). Poszczególne ziemie rozwijały się i bogaciły, król planował stworzenie floty bałtyckiej, oraz wielką wyprawę przeciwko Turkom (o czym pisałem w serii: "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim"), na co oczywiście za nic nie chciała zgodzić się szlachta, której było dobrze w trakcie pokoju i nie chciała tego stanu zmieniać, a zresztą w tej wojnie upatrywała planów wzmocnienia władzy królewskiej. 

Ostatecznie do tej wojny nie doszło, ale król (poprzez swych przedstawicieli i posłańców) mamił do tej wojny Kozaczyznę, która była gotowa iść na bisurmanów przede wszystkim po to, aby zdobyć łupy i wywalczyć sobie rejestr, oraz nowe prawa. Śmierć Władysława IV (20 maja 1648 r.) definitywnie pokrzyżowała te plany. Poza tym na Ukrainie objawił się dotychczasowy pisarz wojska zaporoskiego - Bohdan Jeremi Chmielnicki. Wiosną 1647 r. doznał on krzywdy z rąk Daniela Czaplińskiego - chorążego księcia Aleksandra Koniecpolskiego (syna hetmana wielkiego -  Stanisława Koniecpolskiego), który najechał i spalił mu chutor Subotów, oraz porwał jego żonę. Chmielnicki początkowo szukał sprawiedliwości u króla Władysława, ale od niego uzyskał szablę i radę: "Jesteś żołnierzem, broń się!". W grudniu 1647 r. Chmielnicki uciekł na Sicz Zaporoską, gdzie podżegał do kolejnego buntu przeciwko Polakom ("królewientom"), a następnie wyjechał na Krym, aby uzyskać wsparcie Tatarów. Co prawda w styczniu 1648 r. bunt na Siczy nieco poplątał mu szyki, ale szybko przywrócił porządek, a w marcu chan - Islam Girej wysłał na Zaporoże Tuhaj-Beja i sojusz kozacko-tatarski doszedł do skutku.


- WSZYSTKO DLATEGO ŻE CZAPLIŃSKI CHUTOR CI ZABRAŁ, ŻE CI ŻONĘ UWIÓDŁ (...)
SPÓJRZ CO SIĘ DZIEJE NA UKRAINIE, KTO TUTAJ SZCZĘŚLIWY - KRÓLEWIĘTA I GARSTKA SZLACHTY. DLA NICH ZIEMIA, DLA NICH ZŁOTA WOLNOŚĆ, A RESZTA? BYDŁO! JAKIEJ WDZIĘCZNOŚCI DOZNAŁO WOJSKO ZAPOROSKIE ZA KREW W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ PRZELANĄ, GDZIE PRZYWILEJE KOZACKIE. WOLNYCH KOZAKÓW W CHŁOPÓW CHCĄ ZMIENIĆ. CHCĘ WOJNY Z NIMI, NIE Z KRÓLEM, KRÓL TO JEST OJCIEC, A RZECZPOSPOLITA MATKA 
- I DLATEGO NA MATKĘ TATARÓW ŚCIĄGASZ? 
- MAMY IŚĆ NA PEWNĄ ŚMIERĆ, MA NAS CZEKAĆ LOS POPRZEDNICH POWSTAŃ? (...) Z RZECZPOSPOLITĄ WOJNY NIE CHCĘ, NIECH NAM PRAWA PRZYWRÓCĄ -  TATARÓW ODPRAWIĘ.




POWSTANIE i WOJNA


 4 maja 1648 r. czerń kozacka wymordowała swoją starszyznę (z poduszczenia Chmielnickiego). Mamiony zapewnieniami chana o pokoju z Rzeczpospolitą i listami od Chmielnickiego (w którym ten jedynie domagał się sprawiedliwości w swojej sprawie) hetman wielki koronny (od 1646 r. po śmierci Koniecpolskiego) Mikołaj Potocki ruszył prawym brzegiem Dniepru na Zaporoże z armią liczącą 6000 żołnierzy (głównie jazdy), w awangardzie wysyłając swego syna Stefana. Ten wpadł w pułapkę Kozaków i Tatarów nad Żółtymi Wodami i poniósł całkowitą klęskę (11-16 maja), wzięty do niewoli i odniósłszy śmiertelną ranę, wkrótce potem zmarł. Teraz pod Korsuniem Chmielnicki i Tuhaj-Bej dopadli jego ojca -  hetmana Potockiego i zadali mu jeszcze większą klęskę (26 maja). Zginęło 500 polskich żołnierzy, a wielu dostało się do niewoli - w tym również obaj hetmani wielki i polny. Błędem hetmana Potockiego było przyjęcie bitwy natychmiast tak jak radził hetman polny Marcin Kalinowski, a poza tym niechęć do połączenia swych sił z kniaziem Jeremi Wiśniowieckim - którego nie lubił. Ten sam hetman Potocki który dziesięć lat wcześniej (w grudniu 1637 r.) pod Kumejkami rozbił Kozaków Pawluka i Skidana - wykazując się przy tym znaczną wiedzą wojskową, tym razem totalnie się zhańbił. Sądził bowiem że łatwo da sobie radę z Kozakami traktując ich jako zwykłą czerń którą można przepędzić. To go zgubiło (poza tym jak twierdzą niektóre źródła w czasie bitwy "rozchorował się" (to taki eufemizm, tak naprawdę schlał się w sztok i był praktycznie nieprzytomny). Po bitwie przyszła też wieść o śmierci króla Władysława IV (20 maja 1648 r.) szykowała się więc nowa elekcja. A tymczasem po zwycięstwie Chmielnickiego pod Korsuniem chłopstwo ukraińskie chwyciło za broń, rabując dwory i mordując szlachtę. Wielkie powstanie wybuchło na całej Ukrainie, dochodząc swym zasięgiem aż do Prypeci.


"TUHAJ-BEJ ROZSIERDZIŁ SIĘ"



Po śmierci monarchy ustawały wszystkie urzędy, państwo praktycznie przestawało funkcjonować (jako interreks władzę w tym momencie obejmował prymas i można było pewne instytucje uruchomić na zasadach wyjątkowych poruczeń), dlatego też należało czym prędzej wybrać nowego króla, a nie było to łatwe w sytuacji szalejącego buntu ukraińskiego chłopstwa i jawnego już powstania Kozaczyzny wspieranej przez Tatarów. Do tego przecież mogła się włączyć Moskwa, a i Szwecja, a i sułtan i Bóg wie kto jeszcze. Rzeczpospolita stanęła na krawędzi upadku. Stronnictwo ugodowe wobec Kozaków reprezentował kanclerz wielki koronny - Jerzy Ossoliński, który wraz z wojewodą kijowskim Adamem Kisielem opracował program zakończenia powstania na zasadzie spełnienia żądań Chmielnickiego (domagał się on podniesienia rejestru do 12 000, wydzielenia autonomicznego państwa kozackiego z części województwa kijowskiego, aż do Białej Cerkwi, zapewnienia wpływów kleru prawosławnego na Litwie i Rusi, oraz zwrotu kilku cerkwi w niektórych miastach - w tym w Lublinie). Przeciwnikami pojednania byli książę Jeremi Wiśniowiecki (olbrzymi magnat kresowy, Rusin z pochodzenia z serca Polak), oraz Aleksander Koniecpolski. W czerwcu i lipcu 1648 r. Wiśniowiecki (wraz ze swymi własnymi pocztami zbrojnymi) rozpoczął kampanię przeciwko "hultajstwu" broniąc siedzib szlacheckich i okrutnie każąc wszelkie wybryki chłopstwa (chłopi byli wieszani lub też nabijani na pal). W tym czasie - 1 czerwca - chan Islam Girey był już pod Białą Cerkwią (na czele kilkudziesięciu tysięcy ordyńców), gdzie połączył się z Chmielnickim i Tuhaj-Bejem. Orda rozlała się po Wołyniu, Podolu i południowej Litwie, biorąc w jasyr, grabiąc i mordując. Przykłady okrucieństw popełnianych na szlachcie, księżach i Żydach przez Kozaków i Tatarów są niezwykle dojmujące i niewiele różnią się od tych, do których doszło w czasie rzezi Wołyńskiej w latach 1943-1944. Darujmy więc sobie przykłady tych okrucieństw (przy czym te okrucieństwa głównie dotyczyły Kozaków, Tatarzy bowiem co najwyżej gwałcili i brali w jasyr, nie dopuszczali się zaś aż takiego zbydlęcenia jak na przykład gotowanie noworodków na rożnie i zmuszanie matek do zjadania ich ciał, albo wieszanie noworodków na piersiach matek).






PS: Ponieważ temat ten jest nieco obszerniejszy niż zakładałem i aby dojść do puenty o której pisałem na początku, będę zmuszony niestety podzielić ten temat na co najmniej dwie, a być może nawet na trzy części. Nie chcę bowiem aby umknęły pewne ważne kwestie które wydają się nieistotne, ale tylko wówczas kiedy się na nie patrzy indywidualnie. Ja staram się na rzeczy takie patrzeć całościowo i jeżeli chcę porównać obecną sytuację do czasów XVIII-wiecznych (bo o to właśnie chodzi, choć oczywiście doprecyzuję który okres mam tutaj na myśli) to najpierw chciałbym wyjaśnić fenomen zaprzaństwa z czasów Potopu.


CDN.

piątek, 5 lipca 2024

ZEMSTA! - Cz. I

CZYLI O TYM, JAK TO ROSJANIE, CZESI, ŻYDZI I POLACY MŚCILI SIĘ PO WOJNIE NA NIEMCACH




"Wojna kończyła się strasznie. 12 stycznia 1945 roku Sowieci rozpoczęli ofensywę. (…) Ja sam jako ostatni opuściłem Zamek w Krakowie z moimi ludźmi w momencie, gdy Rosjanie prawie otoczyli miasto i już zaczęli wkraczać na przedmieścia na północ od Wisły. Była druga po południu w środę 17 stycznia 1945 r. Za mną pozostał tylko słaby oddział Wehrmachtu i policji, który odszedł w kilka godzin później. We wtorek, 16 stycznia 1945 roku, dzień wcześniej, po raz kolejny przeszedłem przez sale tego Zamku, które starannie chroniłem i remontowałem. Stałem sam w wielkiej komnacie przeznaczonej dla koronacji i posiedzeń rady, z jej wspaniałym widokiem na cudowne stare miasto, i zastanawiałem się nad drogą, która nas tu zaprowadziła. Kto to nie panował w tym Zamku od tysiąca lat! Kto też nie napadał wciąż na ten Zamek! Mongołowie, Tatarzy, Litwini, Rosjanie, Polacy, Austriacy, potem znowu Polacy, potem Niemcy, a teraz znowu Rosjanie. Węgrzy, Francuzi, Szwedzi wprowadzali się i wyprowadzili, Karol XII i August Mocny oraz… oraz… oraz… Mimo to, Zamek górował nad wiecznie młodą Wisłą beznamiętnie, z dumą i uporem.

Poszedłem jeszcze samotnie do Katedry Zamkowej tego świętego miejsca dla Polski. Tam przez wieki koronowano królów polskich, a ich groby stały w długich rzędach w szerokich kryptach tej katedry. Ze względu na niebezpieczeństwo nalotów nakazałem je starannie umocnić, a następnie stanąłem przed ołtarzem z czarnym welonem, który Polacy powiesili tam, gdy stracili wolność, prawie sto pięćdziesiąt lat wcześniej. Ten welon też mnie teraz oskarżał. Ostatni raz stanąłem przed zamkniętym marmurowym grobowcem ostatniego Jagiellona autorstwa Wita Stwosza w pierwszej bocznej niszy obok głównego portalu i przypomniałem sobie, że kiedy 7 listopada 1939 roku zająłem Zamek na oficjalną rezydencję, przez długi czas byłem szczególnie poruszony mistrzowsko wykutymi rysami starego polskiego króla na tym sarkofagu. Oprowadzający mnie wówczas Polak, profesor Cybichowski długo milczał przy mnie, patrząc na tę marmurową twarz. Król spał. Jego twarz wyrażała straszne męki jego życia, a jednocześnie spokój ostatecznego uwolnienia się od istnienia. W tym czasie ten Polak powiedział do mnie w sposób dystyngowany i cichy: "Tak umierali w cierpieniu nasi królowie, zdecydowana większość z nich. Ciężko jest być królem w Polsce." A kiedy znów stanąłem pod podwyższeniem sarkofagu, by się pożegnać, pomyślałem, że to naprawdę był ciężki urząd, podczas gdy rezydowałem na Zamku".


 Oto fragment z pamiętników Hansa Franka (od października 1939 do stycznia 1945 r. pełniącego funkcję "Generalnego Gubernatora Okupowanych Ziem Polskich", czyli po prostu niemieckiego naczelnika z ramienia Hitlera) spisanych w więzieniu w Norymberdze i opublikowanych w 1955 r. Frank uciekł z Krakowa (z Wawelskiego Zamku) 17 stycznia 194 5 r. o godz. 13:25 przy pięknej zimowej pogodzie i jasno świecącym słońcu. Uciekł stąd, by już nigdy tutaj nie powrócić, tak jak tysiące Niemców który zostali sprowadzeni na ziemie polskie w czasie II Wojny Światowej. Wszyscy teraz uciekali niczym szczury z tonącego krętu, w obawie przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Wszyscy oni wiedzieli że wpadnięcie w ręce Sowietów, czy choćby nawet Polaków, oznaczało niechybną karę śmierci, dlatego też ratując się woleli poddać się Amerykanom lub nawet Brytyjczykom, co mogłoby im zgwarantować ocalenie życia. Ale nie wszyscy Niemcy uciekali, bardzo wielu z nich (szczególnie na przedwojennych ziemiach niemieckich na Górnym i Dolnym Śląsku czy na Pomorzu) pozostawało w swych domach, starając się przeczekać ten okres okupacji (jak oni to nazywali). Byli to najczęściej zwykli rolnicy, lub mieszkańcy miast, którzy nie byli zaangażowani w zbrodnie narodowego socjalizmu (wiadomo bowiem że zbrodniarze uciekali pierwsi, gdyż wiedzieli co ich spotka jeśli szybko nie uciekną. Potem albo ukrywali się pod zmienionym nazwiskiem, albo wracali do swoich środowisk, albo też uciekali za granicę - szczególnie do Ameryki Południowej - dlatego tak trudno było potem dopaść ich aby wymierzyć sprawiedliwość). Ci ludzie oczywiście również zdawali sobie sprawę że nadejście sowietów będzie równoznaczny z wywróceniem ich dotychczasowego życia do góry nogami, ale nawet jeśli niemiecka propaganda ostrzegała ich przed falą zbrodni i gwałtów jakie popełniali Sowieci chociażby w Prusach Wschodnich, o tyle ucieczka i pozostawienie własnego dobytku (po to tylko żeby błąkać się po drogach bez jedzenia i kąta do spania, często z małymi dziećmi) była odpychająca dla wielu z nich. Pocieszali się też myślą że nie będzie tak źle, że wcześniej czy później Sowieci i Polacy stąd odejdą i znów wrócą niemieckie rządy. Trzeba tylko przeczekać ten jak dla nich "ciężki czas".




Wielu z nich jednak albo nie zdawało sobie sprawy z ogromu niemieckich zbrodni popełnionych w Polsce, Rosji, na Ukrainie, Białorusia, na Litwie i w wielu innych okupowanego przez nich Wschodu (chociaż listy niemieckich żołnierzy pisane z Frontu Wschodniego temu przeczą, bowiem propaganda niemiecka nie była w stanie wyłapać wszystkich tych listów które szły z frontu do Rzeszy, a dziennie szło tamtędy jakieś 20 do 25 milionów listów. To była nieprawdopodobna liczba i nie starczało nawet cenzorów żeby to przejrzeć, gdyż ludzie do tego zaangażowani potrzebni byli albo na froncie, albo w fabrykach zbrojeniowych, albo jeszcze gdzie indziej. A w owych listach niemieccy żołnierze otwarcie pisali o zbrodniach, jakie widzieli albo na własne oczy, albo które sami popełniali, często przy tym śmieszkując że "oczyszczają teren". Potem jednak - po roku 1943 - gdy przyszły wielkie klęski, ton listów się zmieniał. Dominowało przerażenie wojną i ogromna chęć porzucenia walki i powrotu do domu nawet na piechotę. Gdy jeden z żołnierzy dostał list od swojej dziewczyny, która prosiła go aby przywiózł jej pończochy ze zdobytej Moskwy, ten jej odpisał: "Przyszliśmy tu na rozkaz, walczymy tu na rozkaz i zdechniemy tu na rozkaz (...) jest tak potwornie zimno, że boimy się nawet otworzyć oczu, żeby nie zamarzły nam gałki oczne. (...) Ja tu zdycham, powoli zdycham, a ty piszesz o pończochach". Inny żołnierz Wehrmachtu pisał, że ci, którzy twierdzą że wojna potrwa do lata 1943 r. i Związek Sowiecki zostanie rzucony na kolana, powinni natychmiast udać się do psychiatry, a najlepiej zamknąć się w szpitalu bez klamek, ponieważ nie mają w ogóle pojęcia co się tutaj dzieje. "Nieustannie się cofamy. Ciągle przechodzą nowe rozkazy aby się cofnąć", twierdził dalej że ziemie te zdobyte zostały ogromną daniną niemieckiej krwi, a teraz oddawane są od tak po prostu. Wielu jednak pisało (i taki jest dominujący przekaz w listach płynących ze Wschodu po roku 1943), że nie chcą już więcej walczyć, że pragną porzucić broń i wrócić do kraju, a ci którzy zostali poważnie ranni (na przykład w obie nogi i te nogi będą im amputowane), są niesamowitymi szczęściarzami, ponieważ "zostaną wywiezieni z tego piekła, a my tu zostaniemy i tutaj zdechniemy!"

Wielu też Niemców na obszarach etnicznie mieszanych (takich jak choćby Górny Śląsk), wraz ze zbliżaniem się Frontu Wschodniego do granic Rzeszy, zmieniało swój stosunek do ludności polskiej. W raporcie Sekcji Zachodniej Delegatury Rządu na Kraj (w okresie od marca do czerwca 1944 r.) można przeczytać: "Generalnie stosunek do Polaków cechuje nienawiść. Jest to dość zrozumiałe. Narodowy socjalizm jest ruchem mas, wyniesionych z powojennej nędzy. Dał im pracę, płacę, opiekę społeczną, wyższość nad feudalnymi tradycjami. Przez udział w partii, mają udział i decyzję w państwie, przez mit rasy - wyższość nad ludami świata, przed zawojowanie Europy i barbarię - udział i pełne wyżycie się najprostszych instynktów. Te masy prostych Niemców (...) rzemieślnik czy zdeklasowany wojną światową półinteligent (...). W klęsce widzi powrót na ławkę parkową i tego się boi, bo system zabił w nim inicjatywę własną i czuje, że w rumowisku walącej się Rzeszy zginie. Jest to element, który pójdzie na hasła rzucone już dziś przez propagandę niemiecką (...) "Jeżeli zginiemy, to z nami wszyscy". (...) Hasła totalnego wyniszczenia Polaków głosi się zwłaszcza w Wielkopolsce i na Pomorzu, stąd każdy raport przynosi nowe szczegóły tej wojny nerwów. (...) Na Pomorzu np przez jakiś czas głoszono, że do wiosny nikt z Polaków opornych nie pozostanie przy życiu. (...) W kołach inteligenckich choć w stosunku do zagadnień polskich zawsze myślących po niemiecku - nurtują głębokie obawy i lęk przed katastrofą Rzeszy i lęk przed Rosją. Mając do wyboru okupacją rosyjską czy anglosaską, koła te wolałoby wybrać tę drugą. Wobec Polaków próbują zrzucać odpowiedzialność za gwałty i zbrodnie zwalając winę na reżim, głównie na Himmlera i Gestapo, które zdaniem ich jest równie bezwzględne wobec wszystkich. Führera osłaniają".


RUINY WARSZAWY 
(1945)



Stopień zbydlęcenia niemieckiej okupacji w Polsce był tak ogromny i tak bandycki, że poziom wyrosłej z niej potrzeby (czy też żądzy) sprawiedliwości zamienił się w żądzę odwetu i to odwetu bez względu na wszystko. Na jednej ze ścian na stacji kolejowej w okupowanej Bydgoszczy pojawił się wiosną roku 1944 taki napis: "Pakujcie walizki, wasz koniec już bliski!". Komendant stacji kazał napis zamalować i nie zgłaszać sprawę na Gestapo, co było nie do pomyślenia jeszcze do niedawna. Wkrótce potem pojawił się drugi napis: "Złodzieje i mordercy - nie uciekniecie nam!" Zbliżanie się frontu i świadomość niechybnej klęski zmieniała również postawę wielu partyjnych aparatczyków NSDAP. Taki przykład - w pociągu na jednej ze stacji kolejowej, do przedziału w którym siedział jakiś urzędnik partyjny, wszedł żołnierz wraz ze swoją dziewczyną. Para ta zaczęła rozmawiać ze sobą po polsku (zapewne żołnierz był Polakiem wcielonym przymusowo do Wehrmachtu), a rzecz miała się na ziemiach polskich, oficjalnie przyłączonych do Rzeszy. Tam rozmawianie w języku polskim, a już w ogóle żołnierza Wehrmachtu było nie do pomyślenia i było natychmiast karane. Ten urzędnik też zwrócił im uwagę, że para nie powinna ze sobą rozmawiać po polsku (notabene "zwrócił im uwagę", natomiast w innej sytuacji pewnie kazałby aresztować tego żołnierza i powiadomił jego przełożonego), na co tamten odpowiedział mu w dość opryskliwy i nieprzyjemny sposób. Partyjniak zamknął się i już do końca podróży nie powiedziała ani słowa. Inny przykład: w pewnej wiosce na Górnym Śląsku niemiecki rolnik przywiózł furmanką tonę węgla na zimę Polakowi. Tamten był bardzo zdziwiony ponieważ nigdy wcześniej nic takiego się nie działo, a wyjaśniło się gdy Niemiec odjeżdżał, gdyż rzekł  mu wówczas na pożegnanie: "Tylko jakby co, to pamiętaj że ja ci pomogłem". Była zima 1944 na 1945.

Gdy wojna dobiegła kresu gdy Niemcy zostały zmiażdżone, a Hitler (prawdopodobnie) strzelił sobie w łeb, po tym morzu krwi, cierpień, łez i zniewag jakich podczas tej wojny doświadczyli Polacy, Żydzi i Rosjanie, skumulowałaś się w wielu ludziach podskórna wręcz ale kipiąca żądza zemsty. Gdy w lipcu 1945 r. na odzyskane Ziemie Zachodnie (czyli byłe niemieckie ziemie wschodnie) przybywać zaczęli pierwsi Polacy, był wśród nich pewien Warszawiak, który w Powstaniu stracił swoje dzieci. To znaczy Niemiec kazał mu wybierać które jego dziecko przeżyje, resztę zamierzał zabić. Ten mężczyzna upadł mu do stóp i błagał aby oszczędził jego dzieci ale nic nie pomogło, tamten odbezpieczył broń i zabił wszystkie jego dzieci, pozostawiając jedynie ojca żywego. Ten myślał że oszaleje, nie był w stanie żyć w gruzach zniszczonej Warszawy i zdecydował się zacząć jakoś nowe życie na Ziemiach Odzyskanych. Przybył do jakiegoś niemieckiego miasteczka które teraz należało już do Polski i tam pragnął odnaleźć spokój. Tak się jednak zdarzyło że do tego miasteczka powrócił niemiecki sołtys. Próbował uciec na Zachód ale mu się nie udało i ostatecznie został zawrócony. Był to jednak dobry i porządny człowiek, tylko że jego błędem było iż przybył w nieodpowiednim czasie. W czasie zemsty, kiedy ta zemsta w ludziach - którzy przybyli na Ziemie Odzyskane i którzy przeżyli traumę okupacji, widzieli niemieckie bestialstwo i codzienną niepewność jutra, zemsta w nich wręcz kipiała. Ten sołtys został ukamienowany na śmierć, nikt bowiem nie patrzył na to czy on był członkiem NSDAP czy nie, czy był dobrym czy złym człowiekiem, to nie miało żadnego znaczenia, był po prostu Niemcem i to wystarczyło. W jakiś czas potem do tego samego miasteczka przybył inny Niemiec wraz z dwoma swymi synami. Ten był szowinistą i nie cierpiał Polaków, ale nie miał gdzie się podziać, więc wrócił do miejsca skąd wcześniej uciekł. I jemu nie spadł już włos z głowy, po prostu potrzeba zemsty już się w ludziach wypaliła, i tak to właśnie działało. Błędem niemieckiego sołtysa była więc nieumiejętność doboru czasu i nieświadomość panującej wśród Polaków żądzy pomszczenia wyrządzonych im wcześniej zniewag.




W czasie wojny, aby uzupełnić ubytek rąk do pracy (potrzebnych na froncie), wprowadzono na ziemiach polskich (a raczej w Generalnej Guberni jak Niemcy zwali ten twór) konieczność pracy dla Polaków w Niemczech. Oczywiście ta "konieczność" bardzo szybko przerodziła się w obowiązek, ponieważ Polacy nie chcieli tam jeździć, więc trzeba ich było do tego przymusić na różne możliwe sposoby, a jeśli to nie działało to po prostu urządzało się łapanki. Polegało to na tym, że Niemcy odcinali jakiś odcinek ulicy - po obu jej krańcach - i wszystkich którzy byli na tej ulicy pakowali do wojskowych ciężarówek a potem przewozili do więzień gdzie też dokonywano selekcji. Część trafiała jako przymusowi niewolnicy do pracy w Rzeszy, a jakaś część trafiała na Szucha (gdzie mieściło się w więzienie śledcze i katownia) lub do innych więzień na terenie okupowanej Polski, a następnie do obozów koncentracyjnych. Do jednego z takich gospodarstw w Rzeszy trafiła pewna młoda Polka, która szybko stała się zabawką dla niemieckiego gospodarza i jego trzech synów. Wszyscy zbiorowo gwałcili ją przez co najmniej trzy lata. Żona owego Niemca wiedziała doskonale co się dzieje, ale nie reagowała, a wręcz przeciwnie, im bardziej oni poniżali ową dziewczynę, tym ona była dla niej okrutniejsza, ograniczała jej na przykład porcje żywnościowe. Gdy wojna zbliżała się do końca i wioskę tę zajęli Sowieci, owa dziewczyna poszła do sowieckiego komendanta i poprosiła go aby związał tych mężczyzn (co też zostało uczynione) i aby ich zastrzelił (opowiedziała mu również co z nią robili i jak bestialsko ją traktowali). Ten stwierdził że wehrmachtowca albo esesmana może zabić, ale nie jest w stanie zabić cywila (wśród Sowietów też zdarzały się takie przypadki). Natomiast ci mężczyźni nie służyli w wojsku z powodów zdrowotnych (jeden był ranny, inni też byli w jakiś tam sposób zwolnieni z wojska). Komandir dodał jednak że dziewczyna może sama ich zabić. Dał jej swoją broń, pokazał jak się odbezpiecza i gdy przystawiła pistolet ojcu rodziny pod serce, jego żona upadła przed nią na kolana i zaczęła ją prosić aby nie zabijała jej męża. Pociągnęła za spust i tamten padł martwy, następnie przystawiła pistolet pod serce jednego z synów - matka w tym momencie straciła przytomność. Wystrzeliła. Drugiego syna zabiła w ten sam sposób, a trzeciemu (który najbardziej się nad nią znęcał i był najokrutniejszy), kazała otworzyć usta i włożyła mu lufę do buzi. Trochę trzęsła jej się ręka, więc ta lufa nieco się ruszała w jego ustach. Ostatecznie pociągnęła za spust i jego głowa się rozpadła. W tym momencie rzuciła pistolet w stronę matki która leżała na ziemi ze słowami: "A ty sobie żyj, więcej już nie będę zabijać".

Szczególnie wielka była żądza zemsty wśród Rosjan, którzy również doznali niesamowitych cierpień w czasie wojny z rąk Niemców. Łącznie zginęło 26 milionów Rosjan (żołnierzy i cywilów), Niemcy zniszczyli 1700 miast w Związku Sowieckim, 40 parę tysięcy wsi. Nic dziwnego że nie tylko propaganda sowiecka, ale sami Rosjanie żyli rządzą zemsty. W prasie, radiu, nawet na pisanych na murach ogłoszeniach powtarzało się jedno hasło: "Czy zabiłeś już dziś jakiegoś Niemca? Jeśli nie, to straciłeś dzień i natychmiast to napraw". Nic dziwnego więc że ludzie którzy doświadczyli śmierci swoich bliskich, nie mieli w sobie krzty litości wobec "niemieckich morderców". Są przypadki że Sowieci czołgami wjeżdżali w kolumnę cywilnych Niemców, tratując ludzi lub spychając ich w przepaść. Jeden z takich czołgistów gdy wjechał w wóz ciągnięty przez konia, miażdżąc go i spychając ku przepaści, stwierdził potem że zupełnie nie interesowało go czy jadący na tym wozie Niemcy (głównie kobiety i dzieci) żyją czy nie, dla niego liczyła się bowiem tylko sama zemsta. W czasie wojny zaś zginęło co najmniej 8, a prawdopodobnie około 10 milionów Polaków (twierdzenie że było to 6 milionów jest błędne i znacznie zaniżone, oczywiście wliczyć w to należy jakieś 3 miliony Żydów), w ogromnej większości (w ponad 90%) była to ludność cywilna. Zniszczenia miast i wsi są równie wielkie (choć nieco mniejsze niż w Związku Sowieckim, biorąc pod uwagę jego obszar). Polska była więc najbardziej zniszczonym krajem świata w czasie II Wojny Światowej (biorąc pod uwagę przedwojenną liczbą ludności - 35 milionów). Zniszczenia zaś kraju były potworne, Warszawa zamieniona w jedno wielkie gruzowisko, rozkradzione dzieła sztuki. Niemcy polowali nawet na polskie dzieci które odbierano rodzicom i przewożono do Niemiec w celu ich germanizacji (po wojnie do swych rodzin wróciło tylko kilka procent wywiezionych w ten sposób polskich dzieci). Niemcy realnie cofnęli nas o co najmniej jedno stulecie jeśli nie więcej. Więc dziwnego że nienawiść do okupantów była tak wielka.




W pewnej miejscowości na Śląsku grupa polskich żołnierzy napotkała niemieckich cywilów zdążającą na zachód. Czterech z tych żołnierzy starało się odebrać rodzicom ich małą córkę, ci jednak przylgnęli do dziecka tak bardzo, że nie można było ich od niej odciągnąć. Zaczęli więc bić kolbami ojca po karku i głowie, aż ten upadł na ziemię, a następnie został zastrzelony. Matka i córka zaczęły płakać i wówczas dano im już spokój. W byłym niemieckim obozie w Łambinowicach na Śląsku, urządzono zaraz po wojnie obóz wysiedleńczy dla okolicznej ludności niemieckiej. Co się tam wyprawiało pisałem już jakiś czas temu, teraz jedynie przypomnę: ludzie których tam umieszczano (bez znaczenia czy to byli Niemcy czy Polacy, bo nikt tego nie sprawdzał, wystarczało że byli tutejsi) zmuszano do potwornych rzeczy. Kazano im np wchodzić na drzewa po czym strzelano do nich jak do małp, zaprzągano ich dowozów niczym konie i kazano ciągnąć po drodze maltretując a nawet zabijając część z nich. Za najmniejsze przewinienie groziła kara śmierci i bez względu na to czy żyłeś, czy nie wrzucenie do dołu i zakopanie. Było to oczywiście zwykłe zbydlęcenie, należy jednak pamiętać że ludzie którzy to uczynili (a to byli z reguły młodzi mężczyźni, większość z nich nie miała nawet 20 lat), którzy przeszli potworną traumę wojenną widzieli śmierć swoich najbliższych, byli w obozach koncentracyjnych widzieli niemieckie bestialstwo i teraz, gdy dano im możliwość kierowania takim obozem, te wszystkie traumy dały o sobie znać i zemsta stała się naturalną potrzebą, a wręcz koniecznością. Mimo to należy pamiętać że zemsta jaką na Niemcach dokonywali Polacy, była niczym w porównaniu z tym, co Niemcom (głównie sudeckim) zgotowali Czesi. My mieliśmy prawie 6 lat potwornej okupacji niemieckiej, a mimo wszystko nie było takiego zbydlęcenia jakie dokonało się w Czechach, gdzie była zupełnie inna okupacja, o zupełnie innym natężeniu terroru. A tam Niemców wręcz palono żywcem, i to nie od razu, a powoli, systematycznie...


BERLIN 
(1945)



CDN.

wtorek, 13 lutego 2024

MÓJ OJCIEC "KRÓL POLSKI" - Cz. III

CZYLI HISTORIA NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA, OPOWIEDZIANA PRZEZ JEGO SYNA





TYSIĄC LAT WINY
HANS FRANK - GENERALNY GUBERNATOR POLSKI, I JEGO SYNOWIE NIKLAS I NORMAN






DALSZA CZĘŚĆ HISTORII NAZISTOWSKIEGO ZBRODNIARZA HANSA FRANKA - GENERALNEGO GUBERNATORA ZIEM POLSKICH, OPOWIEDZIANA USTAMI JEGO SYNÓW - NIKLASA I NORMANA, Z KSIĄŻKI GERALDA POSNERA "DZIECI HITLERA. JAK ŻYĆ Z PIĘTNEM OJCA NAZISTY". (KOLOREM NIEBIESKIM ZAMIESZCZAM WŁASNE UWAGI).



Frank żywił głęboką niechęć do SS, bo nie akceptował rozwiązań siłowych. W czerwcu i lipcu 1942 roku wygłosił w Niemczech zaskakujące przemowy, w których nawoływał do powrotu do rządów konstytucyjnych, niezależnego systemu sądownictwa i zaprzestania nieuzasadnionych aresztowań i zatrzymań przez SS. Norman słuchał jednego z tych uniwersyteckich wystąpień. Przemówienia zostały wprawdzie przyjęte entuzjastycznie przez niemieckich studentów, lecz nazistowscy przywódcy byli wściekli. Hitler odebrał Frankowi partyjne stanowiska i od tej pory mógł się wypowiadać wyłącznie na terytorium Polski. Próba osłabienia pozycji popularnego w partii i darzonego poparciem Himmlera przyniosła odwrotny skutek. Frank od razu zaproponował, że zrezygnuje ze stanowiska generalnego gubernatora, jeżeli Hitler stracił do niego zaufanie, ale Führer pozwolił mu zostać. "To bardzo uszczęśliwiło ojca" - mówił Niklas. "Tak powiedział matce". Norman wierzył, że ojciec wygłaszał "odważne" perory, ponieważ "był przeciwny terrorowi SS, a jako prawnik wiedział, że państwo nie może istnieć bez prawa". Nie postrzegał tych przemówień jako kulminacyjnego punktu rywalizacji z Himmlerem o władzę. Nawet Niklas przyznał, że były wyjątkowo mocne, ale potępiał ojca za to, że miał "czelność opuścić zgwałcony kraj, mówić o sprawiedliwości w Niemczech, a następnie wrócić do Polski i znów uruchomić morderczą machinę. Powinien był po prostu zrezygnować, a nie zostawać, jak chciał Hitler". Niklas twierdził, że te cztery wystąpienia ojca dotyczące sprawiedliwości były niczym w porównaniu z jednym, które wygłosił kilka dni później, 1 sierpnia 1942 roku, w Polsce. Przemawiał wtedy do żołnierzy oraz delegacji ukraińskiej oraz polskiej. Podziękował Hitlerowi za powierzenie mu kontroli nad "tym dawnym gniazdem Żydów", dzięki czemu, uzbrojony w łopatę i proszek na robactwo, umożliwił "Niemcom komfortowe życie". "Żydzi, tak, wciąż paru ich tu jeszcze mamy, ale zajmiemy się tym" - mówił. Żartował, jak to miasto, w którym się znalazł, dawało niegdyś schronienie tysiącom "niewiarygodnie obrzydliwych (...) i obmierzłych Żydów", a teraz nie może żadnego znaleźć. "Tylko nie mówcie, że źle ich traktowaliście!" - dodał. Notatki stenograficzne z tego spotkania wskazują, że publiczność zareagowała "ogromnym rozbawieniem". Niklasowi nie mieści się w głowie, że ojciec mógł to wtedy powiedzieć, zaledwie kilka dni po swoich niemieckich apelach o powrót do praworządności i porządku.

Sierpniowe przemówienie nie było jednak niczym szczególnym. Frank w dalszym ciągu rozpędzał morderczą machinę. Pod koniec 1942 roku powiedział policji: "Za kilka lat Polacy przestaną istnieć". Następnej wiosny wciąż nazywał Żydów "największym zagrożeniem", jednocześnie stanowczo twierdząc, że za każdego zabitego Niemca on pozbawi życia setkę Polaków. Narzekał przy tym, że ma za mało ludzi, by dokonać eksterminacji: "Gdy bolszewicy planują ludobójstwo, wysyłają przynajmniej dwa tysiące oddziałów Armii Czerwonej do każdej wioski, w której należy przeprowadzić taką akcję. A tu przysyła się zaledwie dziesięć tysięcy oddziałów policji na całą Polskę i oczekuje, że pozbędziemy się piętnastu milionów ludzi (...), tego się po prostu nie da zrobić". W pałacu Belwederskim w Warszawie Frank powiedział nazistowskim oficjelom: "Nie ma powodu, by mdleć, kiedy słyszymy o rozstrzelaniu siedemnastu tysięcy ludzi. Pozwólcie, że przypomnę wszystkim tu zgromadzonym, że każdy z nas zdobył już sobie miejsce na liście zbrodniarzy wojennych Roosevelta. Ja mam zaszczyt być numerem pierwszym. Wszyscy jesteśmy, bądź co bądź, wspólnikami w tej zbrodni, jeśli spojrzeć z perspektywy historii światowej". "To tego rodzaju wypowiedzi sprowadziły na niego śmierć" - mówił Niklas. "A ja muszę wciąż z nimi żyć". W czasie gdy Hans Frank zachęcał nazistów do popełniania zbrodni w Polsce, Norman nie zdawał sobie sprawy z istnienia mrocznej strony osobowości ojca. "Wiedziałem jedynie, że zajmował ważne wojskowe
stanowisko, pracował przez większość dnia i zawsze miał mnóstwo służbowych obowiązków. Wciąż był dla mnie ojcem, jakiego znałem, nadal dobrze mnie traktował. Poza tym że zamknął się w sobie, nie dostrzegałem niczego niezwykłego w jego zachowaniu". Zdaniem Niklasa istniał powód, dla którego ojciec się zmienił. "Wszystko wskazywało na to, że ta wojna będzie przegrana" - mówił. "Wielu nazistów, którzy tak chętnie maszerowali przez Europę, teraz, kiedy sytuacja zmieniała się na ich niekorzyść, było przerażonych".


NIEMIECKA KRONIKA FILMOWA W OKUPOWANEJ POLSCE
(Wiosna 1941)



6 czerwca 1944 roku alianci wylądowali w Normandii. Rosjanie przesuwali się na zachód coraz szybciej. Norman przebywał
w Krzeszowicach, drugim zamku Franka, kiedy alianci zaatakowali francuskie wybrzeże. Sam Hans Frank był wtedy w Krakowie. "Wszyscy tak naprawdę się tego spodziewaliśmy. Wiedzieliśmy, że w pewnym momencie się pojawią, nie byliśmy tylko pewni kiedy i gdzie". Na jesieni 1944 roku Normana wysłano do niemieckiej szkoły w Czechosłowacji, dalej od postępującego frontu. "Ale ojciec kazał mi przyjechać z powrotem do
Krakowa na Boże Narodzenie tamtego roku. Wtedy był już pogodzony z porażką. Jeśli ktoś kilka miesięcy po wylądowaniu aliantów nie rozumiał, że to koniec, był idiotą. Dla mojego ojca wojna została przegrana kilka lat wcześniej. Tamte wydarzenia tylko potwierdzały porażkę".
Być może Frank podzielił się swoim defetyzmem z Normanem, ale
publicznie emanował pewnością siebie i zaciekłością. Gdy w sierpniu upadły
Włochy, powiedział: "Wreszcie realia tej batalii zostały wyraźnie nakreślone: po jednej stronie swastyka, po drugiej Żydzi". W ostatnich miesiącach 1944
roku wypowiedział kilka wyjątkowo zjadliwych zdań. Przyrzekł, że partia
nazistowska przetrwa dłużej niż Żydzi. "Kiedy tu zaczynaliśmy, było ich trzy
i pół miliona, teraz pozostało jedynie kilka grup żydowskich robotników. Wszyscy pozostali, jak by to ująć, wyemigrowali". W innym przemówieniu stwierdził: "będę mógł triumfalnie oznajmić, że zabiłem dwa miliony Polaków", i w razie militarnej porażki ten fakt miał być dla niego pociechą. Przez część swojego ostatniego roku w roli generalnego gubernatora
bezskutecznie próbował zorganizować w Krakowie antyżydowski kongres pod nazwą Antisemitropolis.

Hans Frank nigdy nie pokazał się Normanowi z tej strony. Ze swoim
najstarszym synem czuł się najswobodniej i zbliżył się do niego, gdy jego rząd się sypał. "Wyjechałem z Krakowa 6 stycznia" - wspominał Norman. "Mój ojciec opuścił miasto jedenaście dni później, kiedy przeszło w ręce Rosjan". 17 stycznia 1945 roku, po kilku tygodniach niszczenia dokumentów, Hans Frank wyruszył do Schliersee. Jego prywatny samochód podczepiono do pociągu, który wiózł także dzieła sztuki skradzione z polskich muzeów narodowych oraz siedzib arystokratycznych rodów. Wśród tych skarbów znalazły się: Dama z łasiczką, obraz olejny Leonarda da Vinci, Portret młodzieńca, olej na drewnie, autoportret włoskiego mistrza Rafaela, a także mroczny Krajobraz z miłosiernym Samarytaninem Rembrandta. Niklas
zapamiętał, że da Vinci wisiał w gabinecie ojca na zamku. "Uważałem, że obraz jest brzydki" - wspominał. "Myślałem, że ona trzyma szczura. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to da Vinci". Frank powiedział później przesłuchującym go Amerykanom, że zabrał obrazy, aby nikt ich nie zrabował, kiedy jego nie będzie. Armia Stanów Zjednoczonych odzyskała
dzieła da Vinci i Rembrandta i zwróciła je Polsce. Obrazu Rafaela, który stał się najcenniejszym zaginionym dziełem sztuki zagrabionym w czasie wojny,
nigdy nie odnaleziono. "Prawdopodobnie wisi w domu jakiegoś rolnika w Bawarii" - stwierdził Niklas sarkastycznie. "Może moja matka wymieniła go po wojnie na trochę masła i kilka jajek. Znała się na sztuce tak, jak mój ojciec znał się na prawdzie". Podczas ucieczki na zachód Frank wydał wystawne, trzydniowe przyjęcie w śląskim zamku, co rozwścieczyło nazistowskich hierarchów w Berlinie. Takie zachowanie nie podnosiło morale głodnych żołnierzy, którym w dodatku brakowało amunicji. Norman zobaczył ojca 25 stycznia w rodzinnym domu w Schliersee. "Dla mnie był taki sam jak zawsze" - opowiadał. "Matka po prostu czekała na
Amerykanów. Była przekonana, że nastanie pokój, a oni przecież nie zrobili
nic złego. Naprawdę spodziewała się, że wkrótce znów będą wieść normalne życie".




Według Normana jego ojciec wracał na noc do domu, ale miał tymczasową kwaterę główną w dawnej kawiarni w sąsiednim Neuhaus. Niklas zapamiętał wyraźnie tylko jedną sytuację z okresu przed aresztowaniem Franka. Cała rodzina, łącznie z ojcem, stała przed domem i patrzyła na setki alianckich samolotów lecących bombardować pobliskie Monachium. "W milczeniu patrzyliśmy na niebo pełne srebrnych maszyn. Zdawało się, że to nie będzie mieć końca". Norman, wówczas siedemnastoletni, wspominał dzień aresztowania ojca. "Widywałem się z ojcem co noc. 4 maja odwiedziłem go razem z siostrą zaledwie godzinę przed aresztowaniem. Pojechaliśmy do niego na rowerach i wypiliśmy z nim kawę. Amerykanie byli już wtedy bardzo blisko, ale on pozostawał spokojny. Zostało z nim trzech jego współpracowników. Ojciec
miał przy sobie swoje dzienniki i był przekonany, że dowiodą one jego
niewinności. Kiedy piliśmy kawę, powiedział: "Myślę, że jestem już
jedynym ministrem, który wciąż pozostaje na wolności i może siedzieć
i popijać kawę". "Wiedział, że wkrótce go aresztują" - mówił Niklas. "Wcześniej tego
dnia dał matce gruby zwitek pieniędzy (pięćdziesiąt tysięcy reichsmarek). Nie było żadnego pocałunku, żadnego okazywania uczuć. Wyglądało to jak
płacenie dziwce". Godzinę po wizycie Normana zjawił się Amerykanin, pułkownik Stein, i aresztował generalnego gubernatora. Norman wcale się nie zdziwił. "Nie zaskoczyło mnie to. Zatrzymano całe mnóstwo Niemców, a mój ojciec zajmował wysokie stanowisko, więc się tego spodziewałem. Nie
wiedzieliśmy, gdzie przebywa, aż do września, przez prawie pięć miesięcy.
To wtedy przenieśli go do Norymbergi, a my usłyszeliśmy w radiu, że będzie
proces". 


NIEMIECKA KRONIKA FILMOWA W OKUPOWANEJ POLSCE
(Marzec 1944)



Kiedy Franka aresztowano, dobrowolnie oddał wszystkie czterdzieści dwa tomy dzienników, które prowadził jako generalny gubernator. Zawierały one transkrypcje wszystkich jego przemów, informacje o wyjazdach, przyjęciach, spotkaniach rządu i konferencjach. Nieświadomie dostarczył norymberskim oskarżycielom całą masę dowodów przeciwko sobie. Naiwnie sądził, że księgi pokażą, że sprzeciwiał się Himmlerowi, i w ten sposób pomogą mu się oczyścić z zarzutów. Nawet on był zaskoczony, kiedy podczas procesu usłyszał wiele ze swoich
najwstrętniejszych wypowiedzi, przytoczonych w charakterze dowodów.
"Niektóre z nich są okropne" - mówił do Trybunału. "Muszę przyznać, że sam jestem zszokowany wieloma słowami, których użyłem. To był dziki i burzliwy okres, pełen złych emocji, a kiedy cały kraj płonie i trwa walka na śmierć i życie, łatwo o takie sformułowania". Niklas powiedział, że jest "dozgonnie wdzięczny", że ojciec oddał dzienniki. "Przywracają mi pamięć za każdym razem, kiedy gniew zaczyna słabnąć. Jedyne, co muszę wtedy zrobić, to przez chwilę je kartkować". Po aresztowaniu Frank został zabrany do więzienia w Miesbach. Amerykańscy żołnierze właśnie zobaczyli zdjęcia z obozów koncentracyjnych i pragnęli zemsty. Mogli jej dokonać symbolicznie na
Franku, to między innymi przez niego musieli oglądać w kronikach filmowych owe powykręcane szkielety. Uformowali dwa szeregi, długie na niemal dwadzieścia dwa metry, i bili go, gdy wchodził do więzienia. Tej nocy próbował popełnić samobójstwo, podcinając sobie gardło ostrym narzędziem pozostawionym w jego celi. Gdy kilka dni później przeniesiono
go do Berchtesgaden, wyglądał, zdaniem świadków, jak "krwawa miazga". Kolejny raz próbował się zabić, otwierając sobie żyły w lewym ramieniu. 

Do tego czasu rodzina Franków również zdążyła zobaczyć w gazetach fotografie obozów koncentracyjnych. "Wszystko się wtedy zmieniło" - twierdził Norman. "W tym momencie uznaliśmy, że przegraliśmy wojnę, że nasz ojciec był przegranym człowiekiem. Wcześniej nikt z nas nie myślał, że zrobiliśmy coś złego. Wiedziałem, że zdjęcia w gazetach są prawdziwe. Nigdy nie sądziłem, że to rosyjska propaganda, jak wielu innych. Taka była prawda i ja zdawałem sobie z tego sprawę. Po tym, jak nasz dom splądrowali jacyś wysiedleńcy, pilnowali go amerykańscy żołnierze. Po zobaczeniu zdjęć z Auschwitz uznałem, że ten czyn był usprawiedliwiony. To nie była wojna.
To było coś gorszego. Te zbrodnie wszystko zmieniły". Na Niklasie fotografie stosów ciał także odcisnęły olbrzymie piętno. "Jedno z moich najwyraźniejszych odczuć i wspomnień ma związek z pierwszymi gazetowymi zdjęciami, na których ujrzałem tysiące nagich ciał
w obozie koncentracyjnym. Nie miałem wtedy nawet siedmiu lat, ale to
zostało ze mną na całe życie. Te zdjęcia pokazujące śmierć i niezliczone ciała, małych chłopców i małych dziewczynek, zupełnie nagich. Wiedziałem, że ojciec był w Polsce bardzo ważny i że te obozy leżały na Wschodzie. Od początku zakładałem, że miał z tym coś wspólnego. Nie upłynęło dużo czasu i poznałem określenie "rzeźnik Polski". Wkrótce po obejrzeniu obozowych fotografii Norman dowiedział się o pierwszej próbie samobójczej ojca. "Jakieś trzy dni później mówili o tym w wiadomościach. Ktoś przybiegł i powiedział: "Twój ojciec nie żyje!" Wtedy usłyszałem o tym po raz pierwszy. Nic nie poczułem. Zginęły
miliony. Ojciec rozmawiał ze mną o tym, co zamierza zrobić. Niemal się tego
spodziewałem. Później dowiedziałem się, że jednak żyje i że próbował jeszcze raz. Umiałem sobie wyobrazić, jak bardzo chciał umrzeć".

19 października 1945 roku alianci przedstawili w Norymberdze akt
oskarżenia o zbrodnie wojenne. Frank, któremu postawiono wszystkie cztery
zarzuty, wybuchnął płaczem. Jego rodzina usłyszała o tym w radiu. Kiedy 20
listopada proces się rozpoczął, krewni zebrali się, by słuchać doniesień w wiadomościach. "Wiedziałem, że to bardzo poważna sprawa, bo wszyscy dorośli wokół mnie byli smutni i często płakali" - wspominał Niklas.
"Pamiętam, że słuchaliśmy niemal wszystkich radiowych transmisji
z procesu. Panowała wtedy bardzo smutna atmosfera. Matka gromadziła nas wówczas wszystkich wokół radia, nie mogliśmy się spóźnić na transmisję.
Ojca sądzili dopiero na wiosnę 1946 roku, ale matka i tak była zainteresowana procesem, ponieważ znała wielu oskarżonych". Frank bronił się zaciekle, obwiniając o wszystko Himmlera i SS
i umniejszając zakres swojej władzy. Jednocześnie próbował przypodobać się
Trybunałowi, krytykując narodowy socjalizm i Hitlera. Twierdził, że
zeznawanie w procesie "nim wstrząsnęło", i ponownie ochrzcił się
w obrządku katolickim. To właśnie z powodu religijnej żarliwości wziął na
siebie "potworną odpowiedzialność" za obozy zagłady, mimo że "nigdy żadnego nie założył". Powiedział sędziom, że Hitler "reprezentował szatana na Ziemi", zaś Trybunał pochwalił jako "wypełniający wolę Boga światowy sąd, którego przeznaczeniem jest zbadać okropną erę cierpienia pod rządami Adolfa Hitlera i położyć jej kres". W ostentacyjnym zakończeniu przemowy skierowanej do Trybunału Frank oświadczył: "Minie tysiąc lat, a ta wina Niemiec nie zostanie wymazana". Francis Biddle, prokurator generalny Stanów Zjednoczonych i główny amerykański sędzia w Norymberdze,
nazwał to wystąpienie "tanią, udramatyzowaną spowiedzią". Pozostali
sędziowie przytaknęli mu i jednomyślnie skazali Franka, uznając go winnym
dwóch z czterech zarzutów z aktu oskarżenia.


PROCES ZAŁOGI OBOZU KONCENTRACYJNEGO W STUTTHOFIE
(1946)



CDN.


PS: OCZYWIŚCIE CAŁYM SERCEM POPIERAM OBECNE DZIAŁANIA ROLNIKÓW W POLSCE I W WIELU KRAJACH EUROPY. DOSYĆ JUŻ TEGO UNIJNEGO SZALEŃSTWA (KTÓRE OCZYWIŚCIE SAMO W SOBIE SZALEŃSTWEM NIE JEST, TYLKO ŚCIŚLE OPRACOWANYM PLANEM STWORZENIA KASTY "BOGÓW" - BO TAK TO WŁAŚNIE TRZEBA NAZWAĆ KTÓRZY BĘDĄ DECYDOWAĆ O WSZYSTKIM CO DZIEJE SIĘ W EUROPIE I BĘDĄ ZUPEŁNIE NIEZALEŻNI OD OBYWATELI PAŃSTW TEGO KONTYNENTU). OCZYWIŚCIE NALEŻAŁOBY NA TEN TEMAT NAPISAĆ NIECO WIĘCEJ, ALE OBECNIE TAK BARDZO BRAKUJE MI CZASU, ŻE NIE MAM KIEDY TEGO ZROBIĆ. 

W KAŻDYM RAZIE ZAPRASZAM NA KOMENTARZ "DZIKIEGO TRENERA".