Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INKOWIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą INKOWIE. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 marca 2021

W KRÓLESTWIE KRYSZTAŁOWYCH ŁEZ - Cz. II

OPOWIEŚCI Z ZIEMI CZTERECH KWART

 
 

 
 
 Chłopiec biegł co tchu, nie zatrzymując się ani na chwilę, mimo ogromnego zmęczenia, jakie odczuwał. Mijani ludzie patrzyli się na niego jak na szaleńca, a on wciąż biegł przed siebie, starając się dotrzeć do domu, który stał na lekkim wzniesieniu. Wbiegł przez schody tam wiodące i szybkim krokiem wskoczył na szczeble ustawione na murze domostwa do którego zdążał. Wielce zdyszany, wpadł do głównej izby i krzyknął:

- Dziadku, dziadku, zabili ich, zabili ich wszystkich!

Starszy mężczyzna podniósł wzrok znad kamiennego instrumentu oplecionego rzemieniami, który dotąd trzymał w ustach, przygrywając sobie na nim.

- Urpi? Miałeś być teraz na targu w Cajamarca! Ty mały diable, ciebie jak po coś posłać, to normalnie jak po śmierć - rzekł starszy mężczyzna.

- Ale dziadku, ja... ja widziałem na własne oczy. Zamordowali ich, wszystkich! Widziałem to.

- Nie wiem czy chcę słyszeć kolejnych twych tłumaczeń, ale może zacznij od tego gdzie podziały się lamy, które z tobą wysłałem do Cajamarca? Uciekły ci, zostawiłeś je, a może zgubiłeś - starszy mężczyzna był widocznie poirytowany zachowaniem swojego wnuka.

- Ale dziadku, tam właśnie, tam w Cajamarca, ci nak'aq, ci zarzynacze zabili wszystkich, a ja to widziałem, na własne oczy. Niech mi Inti będzie świadkiem jeśli kłamię!

- Uspokój się i powiedz dokładnie co widziałeś, tylko nie zmyślaj ty mały zupanie.

- Brodacze! Przybysze, zabili wszystkich hisquiquiri z otoczenia żyjącego boga - Sapa Inki. Naszemu Panu o wielkim majestacie, dali najpierw swoje białe chusty, a gdy ten je odrzucił, zaczęli wszystkich mordować!

- Mówisz że jacyś brodaci przybysze zamordowali naszego Capaca? Czyś ty postradał rozum?

- Ale dziadku, ja to widziałem...

- Dosyć! Dość już mam twoich wygłupów. Kiedy ty wreszcie zmądrzejesz? Czy nie wiesz czym grozi powtarzanie takich plotek? Jak możesz być tak nieodpowiedzialny, chłopcze? Czy nie wiesz, że pełnię tutaj stanowisko naczelnika z polecenia wielkiego pana z Guzmango? Czy nie wiesz że odpowiadam przed nim za porządek w tej wiosce, i to odpowiadam głową... także i twoją! Jak możesz być tak nieodpowiedzialny i głupi, by choć sugerować śmierć naszego boskiego Capaca?

Urpi zamilkł i pochylił głowę, choć ewidentnie chciał rzec coś jeszcze.

- Powinienem ukarać cię i wysmagać tę oto bambusową trzcinką - wskazał palcem na leżącą w rogu izby, pałkę. - Zgubiłeś lamy, które powierzyłem twojej opiece, nie przywiozłeś owoców z qhatu w Cajamarca, a teraz twierdzisz, że jacyś brodaci przybysze zamordowali naszego Sapa Inkę? Bezwzględnie zasłużyłeś na solidne lanie... ale, mimi wszystko, nie ukarzę cię. Nie ma już we mnie tyle siły co dawniej, a poza tym chciałem ci wyjaśnić, że nasze ayllu nie zawsze było tak mizerne, jakim jest dzisiaj. Nie zawsze podlegaliśmy panu z Guzmango, nie zawsze musieliśmy się go obawiać i nie zawsze też zamieszkiwaliśmy w tej oto dolinie. Podejdź do mnie, a opowiem ci historię naszego rodu i dzieje stworzenia świata, które boska osoba Pana Naszego utrzymuje przy życiu.
 
Chłopiec zbliżył się do swojego dziadka, a ten, wskazując ręką na leżący na ziemi dywan, poprosił go by usiadł, sam również tak czyniąc. 
 
- Otóż mój chłopcze, rodzina nasza przybyła z Ollantaytambo na te ziemie, gdy jeszcze byłem dzieckiem. Mój ojciec należał do szlachetnego ayllu z otoczenia boskiego Tupaca Yupanqui i jego równie boskiego syna - Huayna Capaca. Było to w czasach, do których nie sięga nawet moja pamięć, gdyż moja matka niosła mnie wówczas na rękach gdy przemierzaliśmy strome Andy, idąc w kierunku tej doliny. Wybuchł wówczas konflikt pomiędzy naszym ludem a Mochikami z Chan Chan. Boski nasz Inka, aby poszerzyć moc oddziaływania Słońca, nakazał wojnę, i ojciec mój wziął w niej udział, należąc do świętego zgromadzenia panaca. Opowiem ci, chłopcze, tak jak było - czyli jak opowiedział mi to mój ojciec. Szli przez nadbrzeżną pustynię Doliny Moche. Qhapaq Zapa z Chan Chan wyprowadził w pole swoich wojowników, którzy byli waleczni i bitni. Kiedy nasz Inka się o tym dowiedział, uradował się bardzo, że przyjdzie mu się zmierzyć z dzielnym ludem i władcą, o podobnych do niego zamiarach. Bitwa, która rozgorzała pod Manchan, była straszna. Boski Tupac Yupanqui wysłał przodem emisariuszy, którzy mieli przekonać Mochikan do poddania się, ale i oni wysłali swoich emisariuszy do Inki, i też grozili strasznymi konsekwencjami, jeśli lud nasz nie odstąpi. Wielki Capac nie przestraszył się jednak tych gróźb i wzniósłszy modły do Słońca, rozpoczął walkę. Padło wielu poległych i rannych, a Inka wyszedł z tego zwycięsko i zdobył wielu jeńców. Szli oni potem, płacząc i wyznając swe winy, że ośmielili się wystąpić przeciw Synowi Słońca. Niepomni swej klęski, Mochikanie próbowali się jeszcze bronić w swej stolicy - Chan Chan, jednak na próżno. Miasto - leżące nad Dolnym Morzem (Pacyfik), w którym znajdowało się aż dziesięć pałacowych mauzoleów otoczonych murami - zostało zdobyte, a lud z Chan Chan poszedł w niewolę. Słońce rozciągnęło wówczas swe panowanie na kolejne ziemie i mrok odszedł stamtąd po wsze czasy. Tak oto Dolina Moche, aż do Lambayeque na północy, znalazła się pod panowaniem Inki, a ojciec mój stał się pierwszym gubernatorem prowincji Chinchasuyu.
 
 

 
- A dlaczego ty, dziadku, nie pełnisz tej funkcji po swym ojcu? - zapytał Urpi.

- Tego nie mogę ci powiedzieć. Pamiętaj jednak że wyroki boskiego Inki są sprawiedliwe i mają błogosławieństwo zarówno Intiego, jak i Viracochy. Stało się, jak się stało, choć nie było w tym winy ani mojej, ani mego ayllu - po prostu, tak bywa czasem w życiu, że nie wszystko co otrzymujemy w darze musi nam się podobać i nie zawsze musimy rozpaczać, gdy to utracimy. 

- Miałeś mi jeszcze opowiedzieć o początkach świata! Opowiesz o nich dziadku?

- Widzę że nieco już zmieniłeś swój ton, chłopcze. Pamiętaj, wystrzegaj się plotek, a szczególnie takich, które mogą się stać niebezpieczne dla twojego ayllu. Oczywiście opowiem ci o początkach świata, lecz wiedz jedno, że centrum świata stanowi Miasto Pumy - Cuzco, siedziba naszego boskiego Sapa Inki. Nigdy tam nie byłeś, prawda?

Chłopiec pokiwał głową.

- Ja też dawno tam nie byłem. A miasto jest ogromne i przypomina skradającą się do ataku pumę. Góruje nad nim od północy potężna skalista twierdza - Sacsahuaman, która przypomina głowę pumy. Nie sposób jej zdobyć, gdyż południowy stok tej twierdzy, to lita skała, reszta miasta zaś otoczona jest gigantycznymi murami. W Sacsahuaman znajduje się też potężny plac defiladowy, arsenał, świątynia Słońca i tron Sapa Inki. Na południu zaś, w "ogonie pumy" mieści się ogród publiczny. Jest bardzo ładny, boski Inka dba o to, by stał się prawdziwą wizytówką miasta. Główny plac miejski znajduje się w centralnej dzielnicy, zwanej Hanan i zwie się Huacapata (Święty Plac), gdzie znajduje się największa Coricancha (Świątynia Słońca). Ściany tej świątyni na zewnątrz i wewnątrz są wyłożone złotem. Znajduje się tam sześć kaplic, poświęconych Słońcu, Księżycowi, Plejadom, Gromowi, Błyskawicy i Tęczy. Bóg Słońca - Inti ma swój ołtarz po przeciwnej stronie od wejścia do Świątyni. Pod nim, na złotych tronach, ubrane w królewskie szaty, siedzą zabalsamowane ciała poprzednich wielkich Sapa Inków. W korytarzach (przedzielonych po środku ścianą) urządzane są przez kapłanów procesje ku czci Słońca. Na zewnątrz świątynnego dziedzińca, nieopodal domów kapłanów, znajduje się Ogród Złotej Kukurydzy i Lam. Cały okręg świątynny otoczony jest wysokim murem. Pamiętam, że jak byłem w Cuzco, akurat zdarzyła się susza i należało czym prędzej przebłagać Słońce, by ponownie pozwoliło skropić tę ziemię deszczem. Wybrano wówczas na ofiarę dla boga, młodą kapłankę z Domu dla Kobiet Wybranych, znajdującym się na Jeziorze Jaguara (Jezioro Titicaca), na Wyspie Księżyca. Została wybrana na chwałę Boga i cieszyła się z tego, ale... gdy kapłani mieli ją już zrzucić w przepaść, zaczęła głośno krzyczeć i się wyrywać, aż sam najwyższy kapłan musiał uderzyć ją w twarz by zamilkła. Wtedy wrzucono ją do dołu. 
 
- Czy ta ofiara wystarczyła, dziadku?
 
- Nie wiem dokładnie, nie byłem długo w Cuzco, ale zapewne Inti wystarczyło życie tej dziewczyny, gdyż - jak wiesz - nie wymaga on od nas z reguły takich poświęceń. Wystarczą mu ofiary z sukna, miniaturowych figurek czy czasem zwierząt, ale gdy daje on nam do zrozumienia - poprzez suszę, powódź lub trzęsienie ziemi - że nie jest zadowolony z naszych występków, wówczas te ofiary nie wystarczą i trzeba poświęcić człowieka. Z reguły jako ofiary składane są małe dzieci, lub właśnie kapłanki z Domu Kobiet Wybranych z Wyspy Księżyca, lub też Służebnice Słońca z Wyspy Słońca na Jeziorze Jaguara. Tak już się przyjęło, mój chłopcze.
 
 


- Jak jeszcze wygląda Cuzco?

- W samym Cuzco, w obu głównych dzielnicach - Hanan i Hurin - mogą mieszkać jedynie członkowie najbliższej rodziny Inki i inni ze szlachetnego panaca, do którego zresztą niegdyś należało i nasze ayllu. Zwykli ludzie żyją na przedmieściach, na zewnątrz "ciała pumy". Są tam też dwa wielkie (wschodnie i zachodnie) obserwatoria astronomiczne. Nigdy czegoś takiego nie widziałeś i przyznam się szczerze, że ja również nie widziałem niczego równie wspaniałego, wyłączając jedynie ceremonie ku czci Sapa Inki. Sam Syn Słońca pokazuje się ludowi tylko podczas oficjalnych uroczystości ku czci Inti lub Viracochy. Nosi tylko najdelikatniejsze tkaniny, a zmienia je trzy razy dziennie, po czym nigdy już powtórnie ich nie wkłada. Wszystko co po sobie pozostawi - ubrania, niedojedzone posiłki, a nawet kał, jest skrupulatnie zbierane przez kobiety z najbliższego otoczenia władcy - będące pod osobistą kontrolą jego najważniejszej małżonki Quyi - i odkładane do wieczornego, uroczystego spalenia. Mama Quya czyli Córka Księżyca i Jedyna Królowa Miłująca Ubogich, winna pochodzić z tego samego ayllu, z którego wywodzi się boski Inka. To ona dba, by posiłki władcy był podane mu we właściwym czasie i na złotych półmiskach. Mama Quya osobiście podaje strawę Synowi Słońca i póki on nie skończy, ani ona, ani nikt inny nie może dotknąć ustami przygotowanych potraw. Służy ona jedynie swemu Ince, a poza tym sama jest otoczona jako "Gwiazda" (Quya) nieopisanym przepychem, a jej jedynym obowiązkiem, jest urodzić władcy syna.
 
 
 

 
Starszy mężczyzna przerwał opowieść, gdy zorientował się, że jego podekscytowany do niedawna wnuk, który z taką presją wpadł do izby i nie dał sobie wytłumaczyć, że to co widział, było tylko wytworem jego bujnej, chłopięcej fantazji - teraz zasnął. Tak znużyła go opowieść dziadka, czy może przebyta droga wymęczyła chłopaka ponad siły? "Nieważne" - pomyślał stary mężczyzna, "jutro dokończymy".  
 
 
 

 
 
 
"WIELU Z TYCH, CO JĄ ZWIEDZILI, A KTÓRZY BYWALI W LOMBARDII I INNYCH OBCYCH KRAJACH MÓWIĄ, ŻE NIGDY NIE WIDZIELI PODOBNEJ BUDOWLI. ŻADNE RZYMSKIE FORTECE NIE ROBIĄ TAKIEGO WRAŻENIA"
 
HISZPAŃSKI KRONIKARZ WYPRAWY PIZARRA - SANCHO,
O INKASKIEJ TWIERDZY SACSAHUAMAN W CUZCO
 
 
 
 
 
 
 CDN.
  

czwartek, 29 sierpnia 2019

W KRÓLESTWIE KRYSZTAŁOWYCH ŁEZ - Cz. I

OPOWIEŚCI Z ZIEMI CZTERECH KWART





"TYCH LUDZI NIE SPOSÓB ZROZUMIEĆ"





 
Świtało już, gdy na rozległy plac wkroczyło kilkuset mężczyzn, którzy zaczęli oczyszczać drogę z kamieni i słomy. Drogą tą miał wkrótce kroczyć ich wódz, więc mężczyźni ci uwijali się szybko i sprawnie, zbierając kamyki i znosząc je w jedno miejsce, oraz czyszcząc plac z wszelkich innych pozostałości i osadów. My siedzieliśmy ukryci w jednym z domostw, obserwując sytuację i mocno trzymając w dłoniach arkebuzy i szpady u boku.

- Nigdy nie wiadomo czego możemy się spodziewać od tych czcicieli demonów - przerwał ciszę głos jednego z nas, Pedra Quesady, który nasypawszy prochu, wymierzył arkebuzem w jednego z obecnych na placu mężczyzn. 

- Słyszałeś rozkaz, mamy czekać na sygnał. Odłóż to bo nas zdradzisz! - rzekł doń niejaki Eduardo Ortiz, chwytając ręką o arkebuz Quesady.

- Myślisz że jestem głupi? Dworuję sobie tylko. Ale ty pewnie tego nie rozumiesz, jak każdy kataloński wieśniak - odparł z widocznym sarkazmem Pedro.

- Ty andaluzyjski ćwoku, myślisz że możesz mnie tak bezkarnie znieważać? - Eduardo cały aż poczerwieniał ze złości.

- Uspokójcie się na litość boską, bo nas wszystkich wydacie. Jak nie potraficie trzymać języka za zębami, to możecie go szybko stracić. Te dzikusy gotowi są każdego z nas zjeść żywcem, słyszałem że jedzą ludzkie mięso i wykonują przy tym demoniczne tańce - nasz dowódca, Hernando de Soto, szybko uspokoił sytuację i przywrócił posłuch - Cisza teraz, coś się dzieje!

Rzeczywiście na plac w otoczeniu sporej świty przebranej w jednobarwne błękitne stroje, wniesiona została lektyka, na której siedział wódz tej zgrai pogańskich barbarzyńców. W pewnym momencie uczynił on znak ręką, po którym niosący go słudzy postawili lektykę na ziemi. Niespiesznie podniósł się ze swojego wygodnego miejsca, zrobił kilka niepewnych kroków - stanął. Znów ruszył kilka kroków i znów stanął.

- O co chodzi? - Pedro jak zwykle najmniej cierpliwy z nas wszystkich, musiał się wtrącić.

Wódz dzikusów wciąż poruszał się w dziwny sposób, robił kilka kroków do przodu, stawał, cofał się, znów robił kilka kroków do przodu i znów stawał. Przyglądał się.

- Chyba coś podejrzewa - komentarze Pedra stawały się doprawdy irytujące.

- Nie, jest na to za głupi. Słyszałem że te dzikusy są ludźmi tylko z wyglądu, a tak naprawdę przypominają małpy. Nie znają nawet ognia - stwierdził Hernando de Soto.

Na placu pojawił się nasz kapłan - ojciec Valderve, niosąc w lewej dłoni duży krucyfiks, w prawej zaś Pismo Święte. Szedł w towarzystwie jednego z nawróconych dzikusów, który miał zapewne być jego tłumaczem. Kapłan podszedł do zdumionego wodza barbarzyńców i ukazał mu Krzyż Święty. Wódz był zdumiony, było to widać wyraźnie, pytanie tylko czy samym widokiem krzyża, czy też obecnością ojca Valderve. Ten zaś wskazując na Pismo Święte, oddał je do rąk zdziwionego wodza. Ten wziąwszy podarek, przez krótką chwilę zaczął go oglądać a nawet wąchać.

- Mówiłem że to zwierzęta - dodał do Soto - Co on robi?

Wódz otworzył księgę i ponownie zbliżył ją do ust a następnie do ucha. Nasłuchiwał przez dłuższą chwilę, po czym wyraźnie zdegustowany... po prostu wyrzucił Pismo Święte na ziemię. W tym momencie dał się słyszeć dźwięk trąby - nasz umówiony sygnał. W ciągu kilku chwil z okolicznych chat wypadły grupki żołnierzy, którzy po oddaniu pierwszych strzałów w stronę otoczenia pogańskiego kacyka, resztę roznieśli szpadami, gdyż tamci, choć znacznie liczniejsi - nie mieli przy sobie broni. Zaczęła się krwawa zapłata za tak haniebne potraktowanie Księgi naszego Pana, Jezusa Chrystusa.




 Wydarzenia, które umieściłem w tym krótkim wstępie, miały miejsce dokładnie 16 listopada 1532 r. w andyjskiej mieścinie o nazwie Cajamarca. Rzeź na placu w Cajamarca, była spowodowana nie tylko niezrozumieniem dwóch obcych sobie kultur, ale również ambicjami wodzów - zarówno dowodzącego wyprawą Hiszpanów - Francisca Pizarra, jak i samego Atahualpy, władcy potężnego południowoamerykańskiego imperium Inków. Bardzo ciekawa jest kwestia związana z wyrzuceniem Biblii na ziemię przez inkaskiego władcę, gdyż (według mnie) nie było to spowodowane emocją samego króla, który oczekiwał spotkania z Pizarrem, a wyszedł doń jedynie kapłan w towarzystwie jakiegoś lokalnego "lengua" (tak Hiszpanie nazywali indiańskich tłumaczy), który też z całą pewnością nie wywodził się z elity ludu Keczua (czyli innymi słowy z ludu Inków), i zapewne nie znał też dworskiego języka jakim posługiwał się Sapa Inka oraz jego otoczenie. Tłumaczenie było więc dosyć ubogie i zapewne nie potrafił on przetłumaczyć na język keczua wszystkich zwrotów, takich jak choćby "Pismo Święte" czy "Chrześcijanin". Zupełnie inną kwestią jest sam fakt, iż nawet jeśli (jak sądzę) odrzucenie Biblii nie było podyktowane emocjami, to jednak miało wyraźny aspekt symboliczno-religijny, czytelny dla obu kultur: hiszpańskich Chrześcijan i Indian Keczua. Dla Hiszpanów był to akt znieważenia ich wiary, odrzucenia Chrystusa w imię "demonicznych bożków". A jak ten symboliczny gest został odebrany przez Inków? Żeby odpowiedzieć sobie na to pytanie, należy zrozumieć jedną rzecz, a mianowicie taką że Indianie Keczua naprawdę myśleli że Biblia... mówi ludzkim głosem, stąd te wszystkie przykładania księgi do uszu, które były niezrozumiałe dla Hiszpanów, lecz już dla Inków stanowiły sprawdzian "boskości" przybyszy i siły wsparcia stojącego za nimi ze strony istot nadprzyrodzonych. 

Skąd jednak pomysł że "brodacze" (jak Hiszpanów z kolei nazywali Indianie) rozmawiają ze swymi "mówiącymi chustami" (czyli z księgami Pisma Świętego). Otóż przekonanie to wzięło się z faktu obserwowania przybyszy, którzy często modląc się (nawet będąc samemu) czytali Biblię na głos, gdyż tak właśnie czytano Ją zarówno w średniowieczu jak i w okresie Renesansu. Skoro Hiszpanie modlili się na głos, czytając Księgę, Inkowie myśleli że... rozmawiają oni z bogami, z siłami nadprzyrodzonymi, którzy mogą im zesłać wsparcie wyrosłe na "pełni mocy" (dla Inków "pełnia mocy" była dostępna tylko dla samego władcy, który jako jedyny miał możliwość rozmawiania z bogami czy duchami przodków). Hiszpanie zaś (oczywiście głównie ci którzy umieli czytać) modlili się przy otwartej Biblii, czytając ją na głos, co sprawiało wrażenie iż rozmawiają z duchami lub potężnymi bogami których siły i możliwości Inkowie się obawiali. Inkowie nie bali się ani koni (których notabene też nie znali), ani broni palnej, którą Hiszpanie dysonowali w dość niewielkich ilościach. Tak naprawdę przerażała ich właśnie umiejętność jaką posiadali przybysze, umiejętność komunikowania się "z bogami". Atahualpa, któremu ojciec Valderve ofiarował Biblię, uważał że owa "mówiąca chusta" przemówi również do niego, dając jednocześnie potwierdzenie boskości owych przybyszy. Ponieważ jednak nie przemówiła, władca z niesmakiem wyrzucił ją na ziemię, dając tym samym czytelny znak swoim ludziom - patrzcie, przybysze są tylko ludźmi, a ich bogowie są fałszywymi bogami, którzy nie potrafią mówić. Nim jednak ów przekaz dotarł do zgromadzonych Inków, Pizarro dał sygnał do ataku w czasie którego wyrżnięto całą ochronę Atahualpy (która nie posiadała przy sobie broni) a samego Sapa Inkę uprowadzono w niewolę (inną kwestią jest fakt że Pizarro po prostu ubiegł Atahualpę, który już będąc w niewoli przyznał się że sam planował uprowadzenie Hiszpana).




Obaj wodzowie dzień wcześniej (15 listopada 1532 r.) spotkali się w pobliżu wód termalnych pod Cajamarcą, podczas uroczystości rytualnego wypicia chichy, czyli kukurydzianego piwa - będącego symbolem zrównania tego, komu władca ów przywilej proponował z samym Sapa Inką. Hiszpanie mieli się przy tym zachować podobnie, jak ostatnio zachowała się podczas powitania na Ukrainie żona premiera Izraela - Benjamina Netenjahu, wyrzucając na ziemię oferowany jej chleb powitalny. Pizarro postąpił dokładnie tak samo, a przynajmniej tak to opisał w swym (spisanym po hiszpańsku) dzienniku Titu Cusi - bratanek Atahualpy. Otóż, jak twierdził: "Yunkowie przyprowadzili dwóch (drugim oprócz Pizarra był Hernando de Soto) spośród tychże wirakoczów przed mego stryja, Atahualpę, który był w tym czasie w Cajamarce i powitał ich bardzo dwornie, podając jednemu w złotym kielichu napój, jaki my zawsze pijamy. Hiszpan zaś, biorąc od niego kielich, wylał napój, co bardzo rozgniewało mego stryja". Stało się tak w wyniku czy to niezrozumienia, czy też niechęci wyrosłej z upokorzenia, jakiego doznał wcześniej ze strony Inków posłaniec Pizarra, któremu inkascy strażnicy nie pozwolili zbliżyć się do "miasta białych namiotów" (rozbitych w dolinie pod Cajamarcą według opisu Diega Truillo). Wróciwszy do obozu Pizarra, ów posłaniec miał radzić Hiszpanom aby nie spożywali nadesłanego przez Atahualpę prowiantu ani też nic z nim nie pili. Gdy Pizarro i de Soto przybyli do obozu Sapa Inki, ujrzeli jak ok. 500 Inków otacza namioty kobiet Mamacona, które sporządzały właśnie ów napój chichy (to też bardzo ciekawa funkcja zarezerwowana tylko dla kobiet w społeczeństwie inkaskim. Były to swoiste zakony religijne, w którym kapłanki Słońca i kapłanki Księżyca sprawowały swe funkcje religijne. W całym kraju było w czasach Atahualpy i jego ojca - Huayny Capaca - aż 15 000 kobiet zgromadzenia Mamacona, z czego największe, liczące 1 500 niewiast, znajdowało się w stolicy - w Cuzco i nosiło nazwę Coricancha. Poza tym równie duże zgromadzenie "Kobiet Wybranych" Mamacona znajdowało się na Wyspie Słońca, leżącej na Jeziorze Jaguara (było to Jezioro Titicaca), które graniczyło z Wyspą Księżyca i istniejącą tam Świątynią Księżyca. Część kobiet ze zgromadzeń Mamacona przeznaczano również na ofiary dla bogów, były to tzw.: "Kobiety Wybrane" - Acclacuna a złożenie w ofierze miało być dla nich najwyższym zaszczytem. Zdarzało się jednak że nim kapłan zatopił sztylet w "kobiecie wybranej", trzeba było ją mocno trzymać za ręce i nogi aby się nie wyrwała. Jednak Inkowie składali ofiary z ludzi sporadycznie, najczęściej podczas trzęsień ziemi bądź innych katastrof naturalnych i nie mordowali ludzi hurtowo, jak czynili to Aztekowie czy choćby Majowie).

Pierwsze spotkanie Pizarra i Atahualpy nie było więc pozytywne, Hiszpan zapewne obawiał się otrucia, a Sapa Inka poczuł się obrażony, lecz nie mając jeszcze wiedzy o sile wsparcia jakiego przybyszom udzieliły siły nadprzyrodzone, nie uczynił nic by ich za tę zniewagę ukarać. Gdy Pizarro i de Soto opuszczali "miasto białych obozów" Atahualpa miał rzec: "Tych ludzi nie sposób zrozumieć". Na drugi dzień w Cajamarce inkaski władca został pojmany przez Pizarra i stał się jego jeńcem, a całe potężne inkaskie państwo (zbudowane notabene, co bardzo ciekawe - bez pomocy koni, bez pomocy kół, gdyż Inkowie nie znali koła, a konie na kontynencie amerykańskim wyginęły, jeszcze nim zaczęły kształtować się tam pierwsze ludzkie cywilizacje. Jak również bez pomocy pisma, gdyż do zapisywania informacji o towarach i liczbie ludności - posługiwali się oni jedynie zwojami posupłanych sznurków - zwanych quipu. Mimo to stworzyli niesamowitą cywilizację i kulturę, obejmującą zarówno prawo, religię, astronomię (ze sławnym obserwatorium astronomicznym w Cuzco, któremu nie mogli się nadziwić sami Hiszpanie) i potężnymi fortyfikacjami (łącznie z twierdzą Saksahuaman w Cuzco, o której hiszpański kronikarz Sancho pisał: "Wielu z tych, co ją zwiedzili, a którzy bywali w Lombardii i innych obcych krajach mówią, że nigdy nie widzieli podobnej budowli. Żadne rzymskie fortece nie robią takiego wrażenia"), zaczęło się chylić ku rozpadowi. Jednak kultura i społeczeństwo ludu Keczua stworzyło wiele i wartych przedstawienia ciekawych osiągnięć, dlatego też już od jakiegoś czasu przymierzałem się by rozpocząć ten temat. Będzie to już drugi mój temat z cyklu "opowieści indiańskich" po serii (jeśli można ją tak nazwać): "Pierzasty wąż nadciąga ze Wschodu", opowiadającej o dziejach Azteków (ludu Nahuatl). Pragnę jeszcze poświęcić serię odnoszącą się do kultury Majów, a także plemion Indian Północnoamerykańskich. Ale to ewentualna przyszłość, na razie w kolejnej części tego wątku przejdę już bezpośrednio do kultury, religii i mentalności ludu Keczua, aby pokazać jak bardzo różniła się ona od świadomości Hiszpanów, czy w ogóle ludzi wyrosłych w kulturze europejskiej, zbudowanej na tradycji Grecji, Rzymu i Chrześcijaństwa. To tyle na dziś. 






CDN.