Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BUŁGARIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą BUŁGARIA. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 maja 2025

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. XXI

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. XXI
(RETROSPEKCJA)




 Rok 863 to również czas drugiego buntu Karlomana - najstarszego syna Ludwika II "Niemca" - przeciwko swemu ojcu. Dążący do niepodzielnej władzy Karloman, chciał  pozbyć się ojca i nie tylko uniezależnić prowincję którą władał - czyli Karyntię (zwaną wówczas Karantanią), ale przede wszystkim zdobyć koronę Królestwa Franków Wschodnich. Ludwik II z ciężkim sercem ponownie musiał wyprawić się przeciwko swemu synowi. Karlomana zdradził i opuścił hrabia Gunakar, który otworzył jego ojcu drogę do Karyntii, poddając gród Schwarzafurt leżący przy przełęczy Semmering (uzyskał za to tytuł margrabiego), a to spowodowało że nieprzygotowany jeszcze do walki Karloman musiał ponownie przed ojcem kapitulować. Ponownie złożył więc przysięgę wierności, le cz tym razem ojciec był bardziej czujny i umieścił go w areszcie domowym w Ratyzbonie (skąd wkrótce potem ucieknie i... wznieci trzeci bunt 🤭). Drugi zaś syn Ludwika "Niemca" Ludwik III zwany "Młodszym", na razie też dotrzymał ojcu wierności (zbuntuje się dopiero w 866 r.). W drugim buncie Karlomana również poparł go władca Wielkich Moraw - Rościsław I co ponownie zagrażało wschodniofrankijej dominacji na Wschodzie, ale okazało się że Morawianie wcale nie są najgorszą zmorą, z jaką mogli spotkać Frankowie. Oto bowiem w roku 863 po raz pierwszy w historii na Królestwo Franków Wschodnich (czyli ziemie dzisiejszych Niemiec) swój najazd skierowali Madziarzy. Jest to pierwszy poświadczony historycznie najazd tego przybyłego z Azji plemienia, które realnie osiądzie w Europie (na nizinie węgierskiej) dopiero w roku 896 (w Monarchii Austro-Węgierskiej, a raczej w samym Królestwie Węgier w roku 1896 obchodzono 1000-lecie węgierskiej bytności w Europie). Madziarzy zachowywali się niczym Hunowie, Normanowie a nawet Saraceni, niszczyli na swej drodze wszystko, co napotkali. Był to jednak dopiero przedsmak tego, co czeka Europę w pierwszej połowie X wieku, gdy węgierskie zagony dotrą do Italii i Burgundii (a nawet do północnej Hiszpanii i dopiero klęska w bitwie nad rzeką Lech w Bawarii {notabene skąd się wzięła lechicka nazwa rzeki w tamtym "germańskim" kraju 🤔}, położyła kres węgierskim najazdom i pozwoliła ucywilizować to plemię, które jako pierwsze - przed nami - stało się królestwem, gdyż już w roku 1001 {ponoć Węgrzy mieli ukraść koronę, która pierwotnie była przeznaczona przez papieża Sylwestra II dla Bolesława Chrobrego).




Problemów nie brakowało również bratu Ludwika "Niemca" Karolowi II "Łysemu". Najbardziej palącym z nich, była obecnie kwestia Normanów, osiadłych na wyspie Oissel, na Sekwanie. Nijak nie można było się ich stamtąd pozbyć, tym bardziej że spodobała im się praktyka wymuszania okupu w zamian za spokój i ułudę bezpieczeństwa. Jedyne do czego doprowadził Karol, to zabezpieczenie tego terenu na tyle, aby ataki Wikingów nie były zbyt dokuczliwe i nie rozlewały się zbyt daleko poza Sekwanę, przeto na południe od tej rzeki obroną regionu dowodził Robert Mocny - późniejszy założyciel rodu Robertyngów, którzy na krótko przejmą królewską władzę we Francji; na północy zaś obroną dowodził Baldwin "Żelazne Ramię" z Flandrii (choć jego ród wywodził się pierwotnie ze środkowej Nadrenii i Alzacji. W Królestwie Lotaryngii zaś Lotar II cierpiał z powodu wymuszonego (przez papieża Mikołaja I i poniekąd również swych stryjów Ludwika "Niemca" i Karola "Łysego") rozstania ze swą ukochaną Waldradą i ponownego przyjęcia na dwór swej małżonki Teutbergi. Już wkrótce jego miłość do nałożnicy (która urodziła mu syna z którego on chciał uczynić swego następcę) stanie się silniejsza niż papieski zakaz i ponownie przywoła ją do siebie, a oddali  Teutbergę, czym ponownie rozpęta małżeński konflikt (865 r.). W Królestwie Italii cesarz Ludwik II (zwany pogardliwie przez Hinkmara - arcybiskupa Reims i sojusznika Karola Łysego - "cesarzem Italii") kontynuuje swoją pracę objeżdżania królestwa i osobistego rozwiązywania spraw ludu. Dodatkowo miał on problem ze swoimi możnowładcami, a szczególnie z dążącym ku suwerenności księciem Benewentu Radelchisem (który tytułował się księciem Longobardów i był nadzieją tych wszystkich, którzy widzieli odrodzenie Italii w wypędzeniu stamtąd Franków). Aby osłabić władzę Benewentu, dzięki osobistej interwencji Ludwika II Italskiego jeszcze w 844 r. powstało księstwo Salerno, które zarówno w walce z Radelchisem jak i Saracenami z Bari, Brindisi i Tarentu, a także muzułmańskimi korsarzami z Sycylii, musiało orientować się właśnie na pomoc Ludwika. Podobnie jak rządzący Kapuą (leżącą w księstwie Benewentu) Gastaldowie (notabene starożytna Kapua, miasto w którym w 73 r. p.n.e. swe sławne powstanie wzniecił Spartakus, zostało całkowicie zniszczone przez Saracenów w roku 841 i ród Gastaldów odbudował nową Kapuę nad Volturno). Najwięcej jednak problemów sprawiają Saraceni z Bari (miasto to opanowali w roku 841, zaś Brindisi i Tarent w 840). Ich ciągłe wypady powodują, że tamtejsze klasztory są nieustannie grabione, albo muszą się opłacać muzułmanom. Pierwsza kampania zorganizowana przez Ludwika II przeciwko Bari w latach 851-852 zakończyła się fiaskiem, do drugiej dojdzie w roku 866, w czasie której cesarz wezwie pod swe sztandary wszystkich wolnych i zdolnych do noszenia broni mężczyzn w Italii. Ta kampania też nie przyniesie sukcesu, ale nieustanne walki trwające przez kolejne pięć lat, w roku 871 zaowocują zdobyciem Bari przez italskich chrześcijan.




W styczniu roku 863 w Królestwie Burgundii umiera prawie 18-letni najmłodszy syn Lotara I - Karol Prowansalski. Ten młody chłopak (cierpiący na epilepsję) nie tylko nie zdążył spłodzić potomstwa, ale również realnie nigdy nie rządził swym królestwem.
Czynił to w jego imieniu hrabia Girard, który był prawdziwe władcą Burgundii. W roku 861 ów były hrabia Paryża, a obecnie hrabia Vienne, pan Avallonu, Vézelay i Pothiéres zwyciężył pod Camarque Wikingów, którzy dotarli aż do Arles. Ów potężny możnowładca (żonaty z Bertą - córką Hugona Trwożliwego z rodu Eutychonidów) i mający oparcie w Rzymie u samego papieża Mikołaja, dąży do zjednoczenia Burgundii z Lotaryngią, tak, aby ponownie (jak za czasów Lotara I) połączyć ze sobą dolinę Rodanu i dolinę Renu, umożliwiając tym samym odrodzenie handlu w tym regionie. Jednak jego plany podporządkowania Burgundii Lotarowi II, wywołują sprzeciw cesarza Ludwika II Italskiego (który dotąd pomagał bratu w kwestii jego rozwodu z Teutbergą, a nawet rozpoczął marsz na Rzym - o którym pisałem w poprzedniej części). Ludwik bowiem również pragnie dostać swoją "działkę" po najmłodszym z braci. Ale oto pojawia się kolejny trzeci, konkurent w postaci Karola Łysego, który najeżdża Burgundię (863 r.) pragnąc przyłączyć ją do Królestwa Franków Zachodnich. Jego interwencja jednak kończy się fiaskiem (dociera tylko do Mačon) i musi zawrócić niczego nie zyskawszy. Wiedząc jednak że Burgundia może być teraz przedmiotem kolejnych wojennych zabiegów braci i stryjów zmarłego króla Karola, Girard postanawia rozwiązać tę sprawę raz na zawsze (oczywiście również z korzyścią dla siebie) i zaprasza obu braci na wielki zjazd do swego pałacu Mantaille, nieopodal Vienne. W wyniku tego spotkania (863 r.) Burgundia zostaje podzielona na dwie części: część zachodnia (z Lyonem, Vienne i Grenoble) przypada w udziale Lotarowi II a rządzi nią dalej Girard; część wschodnia zaś (Arles, Aix, Embrun) zostaje przyłączona do Królestwa Italii Ludwika II (jednak cesarz, tak bardzo pochłonięty sprawami swego królestwa, nigdy nie odwiedzi tych ziem, w zasadzie cały okres po roku 863 spędzając na południu Italii, gdzie organizuje albo obronę, albo też ataki na Saracenów z Bari Tarentu czy Brindisi).

Nadchodzi rok 864 i od razu wybucha wielki skandal związany z usuniętymi biskupami Kolonii i Trewiru - Guntara i Teutgauda (o których pisałem w poprzedniej części). Oto bowiem oni (wraz z również wyrzuconym ze swego biskupstwa Hilduinem z Cambrai) nie zyskawszy nic na interwencji Ludwika II Italskiego w Rzymie, postanawiają sami wziąć sprawy w swoje ręce i przy akompaniamencie jawnych złorzeczeń na papieża Mikołaja I ("podstępny tyran") zebrawszy przy sobie grupę zbrojnych (a raczej wydaje się zwykłych rzeźmieszków) na grobie św. Piotra na Lateranie piszą ordynarny list do papieża, którego pierwsze słowa rozpoczynają od: "Słuchaj, panie papieżu, Mikołaju...!" Wywołują tym ogromny skandal, a ponieważ cały czas są w Rzymie, papież nakazuje ich aresztowanie. Oni jednak zabijają jednego ze strażników który przyszedł ich aresztować, a pozostałych zmuszają do złożenia broni, a następnie zasileni ich mieczami, uciekają z miasta. Od tej pory żyli jak wygnańcy i zbiedzy (choć oczywiście słali listy do królów - głównie Ludwika II Italskiego, w których prosili o wsparcie we własnej sprawie, lecz zawsze bezskutecznie) i zmarli też na wygnaniu w Italii (Teutgaud w 868 r. a Guntar w 871 r.). Na północy, w Bawarii zbiegły ze swego aresztu domowego w Ratyzbonie Karloman, ponownie wznieca trzeci już bunt przeciw swemu ojcu (861, 863, 864) -  Ludwikowi II "Niemcowi". Ponownie też kończy się on fiaskiem, ale po raz trzeci ojciec wybacza swemu wyrodnemu synowi. W tym samym czasie, w miejscowości Tulln nad Dunajem, dochodzi do spotkania Ludwika II "Niemca" z carem Bułgarów - Borysem I. Spotkanie to ma dwa cele. Pierwszym i najważniejszym jest zawiązanie sojuszu z Bułgarami w planowanej inwazji na państwo Wielkich Moraw Rościsława I; drugim celem zaś jest przygotowywana już przez duchowieństwo bawarskie misja chrystianizacji Bułgarii. Wielka ofensywa Ludwika II przeciwko Morawianom, rusza w sierpniu 864 r. właśnie z obozu pod miastem Tulln (jest to bowiem obszar na którym znajdują się  dawne rzymskie drogi, ułatwiające szybki przemarsz wojsk). Celem tej inwazji był podbój Wielkich Moraw i zamiana tego słowiańskiego kraju we frankijską marchię. Uderzenie następowało od południowego-wschodu, ale Rościsław nie zdecydował się na przyjęcie walnej bitwy i wycofał się do twierdzy Devin (koło Bratysławy), gdzie został oblężony i gdzie musiał przyjąć warunki Ludwika II. Wielkie Morawy ponownie więc stawały się wasalem Cesarstwa, a książę zobowiązywał się "wiernie dochować wierności królowi". Sukces Ludwika "Niemca" był jednak tak krótkotrwały, jak jego kampania. Po wycofaniu się wojsk frankijskich z Moraw, Rościsław ponownie zrzucił wszelką zależność od Franków. Dodatkowo w tym właśnie czasie na Morawy przybyło dwóch misjonarzy z Konstantynopola: Cyryl (Konstantyn) i Metody. A od tej właśnie chwili my również powracamy nad Bosfor.




Jak już wcześniej wspominałem w jednej z wcześniejszych części tej serii, Morawianie przyjęli chrzest od Franków Wschodnich w roku 831 (a konkretnie z Bawarii, ustanawiając jednocześnie podległość diecezjalną - a co za tym idzie również polityczną - arcybiskupstwu w Ratyzbonie), gdy biskup Reginhart miał ochrzcić "wszystkich Morawian". Przez lata jednak, w wyniku ciągłych niepokojów i jawnych wojen morawsko-frankońskich wzrastała wśród słowiańskiego ludu niechęć wobec duchowieństwa bawarskiego, które ostatecznie zostało usunięte z wielkich Moraw w latach 853-854. Do dziś jednak pokutuje przekonanie, że usunięcie kleru frankijskiego (głównie bawarskiego, ale silne są również wpływy Iro-Szkotów na chrystianizację Morawian,) i przyjęcie chrztu z Konstantynopola za przykładem ojców misjonarzy Cyryla i Metodego, związane było z niechęcią odprawiania przez duchownych frankijskich mszy świętej w języku starosłowiańskim. Nie jest to prawda i pisałem już o tym wcześniej, gdyż Frankowie w celu chrystianizacji Słowian (a głównie Morawian) założyli co najmniej trzy ośrodki misyjne w których uczono języka starosłowiańskiego i w tym właśnie języku odprawiano liturgię. Były to miejscowości: Tulln, Maria Saal i Mosaburg (w Tulln mieściła się również sławna biblioteka Madalwina, stanowiącą bazę wykładowczą dla działającej tam szkoły nauki języka starosłowiańskiego). Dlatego też twierdzenie że Morawianie nie mogli odprawiać mszy w swem własnym języku, tylko w języku staro-dolnoniemieckim, jest fałszywe. Dlatego też wypędzenie duchowieństwa frankijskiego z Wielkich Moraw i przyjęcie misjonarzy bizantyjskich, związane było przede wszystkim z polityką, czyli z niechęcią podporządkowania się zarówno arcybiskupstwu w Ratyzbonie jak i bezpośrednio królowi Ludwikowi II "Niemcowi". Zagrożenie ze strony Konstantynopola było niewielkie, dlatego też wybranie tamtej drogi misyjnej, chociaż Rościsław I szukał dróg porozumienia z Papiestwem już od roku 854/855, kiedy wysłano pierwsze morawskie poselstwo do Rzymu. Papież Mikołaj I jednak zwodził Morawian, niechcąc udzielić im jasnego wsparcia, lub też potępić za usunięcie frankijskiego kleru. Ostatnie poselstwo Rościsława przybyło do Rzymu w roku 861, potem stracono nadzieję na jakiekolwiek pozytywne rozwiązanie w tej kwestii.




W 863 r. na dwór cesarza Michała III w Konstantynopolu zjawiło się poselstwo Morawian, prosząc władcę Rzymian (mówiących po grecku 😉) o przysłanie im... i tutaj dokładnie nie wiadomo czy Rościsław prosił o przesłanie im "biskupa i nauczyciela", czy tylko z samego "nauczyciela" - gdyż opinie na ten temat są bardzo różne. Wydaje się jednak że to pierwsze, gdyż Rościsławowi bardziej zależało na przysłaniu osoby posiadającej wyższe święcenia duchowne, który byłby w stanie wyświęcić lokalnych kapłanów, którymi to możnaby było zastąpić duchownych z kraju Franków. Oczywiście warunkiem koniecznym była również znajomość języka słowiańskiego, aby mogli się swobodnie porozumiewać z wiernymi. Cesarz Michał jednak postanowił wysłać na Morawy nie biskupa, ale dwóch braci, którzy nie posiadali jeszcze święceń kapłańskich (Konstantyn był diakonem, a Metody mnichem). Pytanie dlaczego cesarz nie zdecydował się na wysłanie tam biskupa, wydaje się dosyć oczywiste - Morawy leżały daleko na północy, poza obrębem diecezjalnych wpływów Konstantynopola, natomiast bezpośrednio w sferze wpływów arcybiskupstwa bawarskiego, gdyby więc posłano tam biskupa, doszłoby do bezpośredniego zatargu nie tylko z duchowieństwem bawarskim, ale również z Rzymem. Natomiast wysłanie dwóch kleryków było najbardziej optymalną opcją, cesarz bowiem w każdej sytuacji umywał ręce, a jednocześnie zyskiwał na tym politycznie (Morawy wchodziły - choć nieoficjalnie a realnie - w obszar wpływów Konstantynopola). Ponieważ dodatkowo zarówno Konstantyn jak i Metody uzyskali poparcie papieża dla swej misji w kraju słowiańskim dzięki "odnalezieniu" na Chersonezie szczątków jednego z pierwszych papieży - św. Klemensa i wysłaniu ich do Rzymu, gdzie służyły za relikwie; przeto zgoda została udzielona i można było ruszać w daleką i niebezpieczną podróż. Obaj bracia misjonarze ruszyli w pierwszej połowie roku 864, a ich podróż trwała ok. 7 tygodni. Przebyli 1700 km na trasie Konstantynopol-Serdica-Nisz-Belgrad-Sirmium-Carnuntum. Tam też rozpoczęła się ich trzyletnia misja chrystianizacyjna, która przyniosła nadspodziewane efekty. Przez te trzy lata Konstantyn (zwany Cyrylem) i Metody wyświęcili więcej kapłanów spośród Słowian morawskich, niż duchowni bawarscy przez ponad 20 lat swej posługi kapłańskiej. Do tej sprawy jeszcze powrócimy, a tymczasem wróćmy do Konstantynopola.




O ile książę Rościsław Morawski wolał Bizantyjczyków od Franków, o tyle (panujący od 852 r.) car Bułgarów - Borys I wolał przyjąć chrześcijaństwo z Rzymu, a nie z Konstantynopola. Co prawda Borys jeszcze w 863 r wysłał poselstwo do Konstantynopola deklarując iż pragnie przyjąć stamtąd chrzest, pod warunkiem jednak, że zarówno patriarcha Focjusz jak i cesarz Michał zgodzą się na utworzenie niezależnej od Konstantynopola diecezji Kościoła bułgarskiego. Focjusz (który sprawował swój patriarchat od grudnia 858 r. wcześniej bowiem był człowiekiem świeckim, dlatego też na szybko, tuż przed Bożym Narodzeniem roku 858 musiał przyjąć wszystkie święcenia kapłańskie) co prawda wysłał do Pliski biskupa z misją nawracania Bułgarów na chrześcijaństwo, to jednak nie zgodził się na oddzielną metropolię diecezjalną. Car Borys podziękował więc mu za przybycie i nakazał wracać z powrotem, a sam wysłał poselstwo do Rzymu, do papieża Mikołaja, prosząc o przesyłanie misjonarzy, a jednocześnie o zgodę na autokefalię. Papież oczywiście zgodził się wysłać biskupów do Bułgarii, ale ze zgodą na utworzenie samodzielnej diecezji bułgarskiej wstrzymywał się. Trwało to kilka miesięcy i nadszedł rok 864, a do Bułgarii nie przybył jeszcze żaden biskup, ani mnich z Rzymu. Mimo to sam fakt zgody na wysłanie swego przedstawiciela przez papieża do Bułgarii, którą Konstantynopol bezpośrednio uważał za swoją strefę wpływów zarówno politycznych jak i misyjnych, wzbudził niezadowolenie w Konstantynopolu. Wspólnie cesarz i patriarcha postanowili więc przeprowadzić wielką demonstrację wojskową, która w przypadku niepowodzenia miała zakończyć się inwazją na Bułgarię, a ponieważ armia bizantyjska w tym właśnie okresie zaczęła ponownie przeżywać swoje odrodzenie, przeto nie były to jedynie czcze pogróżki. Dowodem tego była kampania roku 863, podczas której to emir Melitene - Omar (działając za zgodą i wiedzą kalifa al-Mustaina) przedsięwziął wielką inwazję na Anatolię. Pomocy udzieliły mu liczne formacje mnichów wojowników zwanych paulicjanami (o których już kiedyś pisałem w tym temacie) a którymi w tamtym czasie przewodził niejaki Karbeas. Był on niegdyś bizantyjskim oficerem, który jednak porzucił służbę w armii i zbiegł do Kalifatu po tym, jak na rozkaz cesarzowej Teodory (matki Michała III) rozpoczęto w roku 843 wielkie prześladowania heretyków (głównie paulicjan) zakończone wymordowaniem większości z nich (reszta uciekła na Wschód). Podczas tych rzezi zginął również ojciec Karbeasa, który był paulicjaninem. W Kalifacie (a raczej w emiracie Melitene) Karbeas napotkał dwa rozproszone siedliska paulicjan, złożone z mnichów wojowników - w Argaoun i Amarze. Szybko zdobył nad nimi kontrolę, a następnie wyprowadził ich w górę Eufratu, do miejscowości Tefrike - gdzie założono nową siedzibę Zakonu i wzniesiono potężną twierdzę. Emirowie Melitene pozwalali paulicjanom przebywać na swym terytorium, gdyż wykorzystywali ich podobnie jak mrówki mszyce, do ataków na Bizancjum. Karbeas miał też bardzo dobre stosunki z emiratem (mówiło się nawet, że potajemnie przeszedł na islam). W czasie inwazji na Anatolię z roku 863 paulicjanie byli jedną z kluczowych formacji armii emira Omara z Melitene.


CESARZOWA TEODORA



Inwazja ta rozpoczęła się nadzwyczaj dobrze dla muzułmanów. Spustoszyli oni tem Armeniakon - biorąc tam licznych jeńców, a następnie zdobyli potężną twierdzę, leżącą nad brzegami Morza Czarnego - Amisos. Następnie skierowali się dalej na zachód, ale na granicy temu Paflagonii, drogę zastąpiła im armia rzymska (bizantyjska) dowodzona przez Petronasa - stryja cesarza Michała III i młodszego brata realnie władającego wówczas Cesarstwem Bardasa. Tam właśnie, 3 września 863 r. w bitwie pod Lalakon w pobliżu Kastamonu, armia rzymska pokazała swoją odnowioną skuteczność bojową (po latach zastoju), zadając muzułmanom z emiratu Melitene i paulicjanom całkowitą klęskę. W bitwie polegli zarówno Karbeas jak i emir Omar, a Bizantyjczycy odzyskali wszystkie łupy i jeńców wcześniej pochwyconych (w tym oczywiście miasto Amisos). W bitwie tej poległo wielu mnichów wojowników paulicjan, a bitwa pod Lalakon jest punktem zwrotnym w dziejach Bizancjum, gdyż od tej chwili zaczyna się ich kontrofensywa we wszystkich kierunkach, zarówno przeciwko Kalifatowi, jak i Bułgarom, Słowianom czy Saracenom w Italii (swoją drogą jako ciekawostkę dodam, że gdy Bolesław I Chrobry zdobył Kijów w 1018 r. to wysłał list do cesarza bizantyjskiego Bazylego II Bułgarobójcy do Konstantynopola, w którym zapowiadał że jeśli cesarz nie złoży mu hołdu, to ruszy na Konstantynopol, zdobędzie miasto i sam koronuje się na cesarza). Bizantyjczycy przystąpili więc do ofensywy i wkroczyli na ziemie Kalifatu, gdzie w listopadzie tego samego 863 r. w bitwie pod Mayafaraqin rozbili armię muzułmańską dowodzoną przez Ali ibn-Jahię "Ormianina" (byłego chrześcijanina który przyjął islam) i Ostikana z Azerbejdżanu (a w zasadzie to z temu Armeniakon), którzy dostali się do niewoli, a następnie - wzorem dawnych rzymskich wodzów - szli w triumfalnym marszu Petronasa przez ulice Konstantynopola, a następnie z rozkazu cesarza Michała III zostali straceni.  Paulicjanie zaś wybrali sobie na nowego przywódcę Chryzocheirosa, który był równie zaprawionym w boju wojownikiem jak i wodzem. Po tej kampanii Kalifat został skutecznie spacyfikowany na przynajmniej kilka lat, dlatego też można było przeprowadzić demonstrację wojskową przeciwko Bułgarom na północy.




CDN.

sobota, 15 lutego 2025

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. XV

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI 
Cz. XV
(RETROSPEKCJA)





 W październiku 852 r. król Ludwik "Niemiecki" zwołał synod do Moguncji. Powodem jego zwołania była próba rozwiązania dwóch naglących spraw, które tak naprawdę sprowadzały się do jednego: ponownego podporządkowania wschodnim Frankom Moraw. Uznano bowiem że w tym kraju proces chrystianizacji przebiega bardzo opornie, powoli i że Morawianie (podobnie zresztą jak Czesi) nie chcą się podporządkować arcybiskupstwu w Ratyzbonie. Drugim powodem zwołania synodu, była ucieczka na Morawy pewnego możnego rycerza o imieniu Albgis, który zbiegł tam z żoną innego możnego rycerza - Patryka i uzyskał schronienie w państwie Rościsława. Było to jawne złamanie feudalnej zasady wierności księcia wasalnego wobec jego przełożonego i patrona (czyli króla lub cesarza), a za takiego bez wątpienia uważano Rościsława I, któremu Ludwik oddał władzę (po swej inwazji na Morawy w roku 846 i obaleniu księcia Mojmira). Zastanawiano się tam, czy postępek Rościsława nie ma związku z niedawną haniebną klęską rycerstwa wschodniofrankijskiego (uciekano bowiem stamtąd tak szybko, że nawet biografowie tej bitwy uznali to za haniebny czyn, niegodny rycerzy) w bitwie z Czechami (849 r.). Danie zaś schronienia z biegłemu Albgisowi, było policzkiem wymierzonym królowi Ludwikowi i całemu wschodniofrankijskiemu możnowładztwu oraz duchowieństwu. Uwiedzenie żony rycerza Patryka i późniejsza ucieczka Albgisa szybko stała się sprawą nie tylko polityczną, ale wręcz religijną, a to oznaczało bezpośrednie zaangażowanie kleru w tą sprawę. Synod prowadzony był przez arcybiskupa Moguncji Hrabana (zwanego Rabanem Maurem). Był to ten sam przedstawiciel Kościoła, o którym w annałach (Kronika Fuldajska) pisano, iż "jadał więcej niż 300 chłopów", mieszkał na zamku arcybiskupim i otaczał się luksusowymi dobrami. Dwa lata wcześniej (850 r.) a do jego pałacu przyszła (nie wiadomo dlaczego i jak została wpuszczona) wygłodzona matka z maleńkim dzieckiem przy piersi. W tym czasie arcybiskup Hraban akurat jadł posiłek w towarzystwie innych możnych. Ona poprosiła go o trochę strawy lub kawałek chleba do zjedzenia, gdyż tak była głodna, ale gdy tylko to powiedziała upadła bez siły na ziemię i straciła przytomność (lub zmarła - nie zostało to wyjaśnione). Natomiast maleńkie dziecko które miała przy sobie, zaczęło w tym momencie chłeptać mleko z jej piersi. Według Kroniki Fuldajskiej - wywołało to wśród biesiadników mnóstwo westchnień i płaczu (nie wiadomo jednak co stało się dalej z ową kobietą i jej dzieckiem).

Na synodzie mogunckim arcybiskup Hraban i inni duchowni uznali postępek Albgisa za grzech publiczny wymierzony przeciwko Kościołowi i obłożyli go anatemą, która zostałaby zdjęta z niego tylko wówczas, gdyby ów grzesznik powrócił do kraju, poddał się długoletniej pokucie, zgodziłby się na utratę pasa rycerskiego (czyli przestałby być rycerzem), oraz miałby pozostać w stanie bezżennym do końca życia (a w tamtych czasach oznaczało to, że nie mógł przedłużyć swojego rodu zgodnie z prawem). W dalszym tekście synodu jest również zaznaczone, że Albgis zbiegł do "najodleglejszych stron królestwa" - co oznacza że uznawano księstwo Wielkich Moraw za część wielkiego królestwa Franków, a co za tym idzie uniwersalną część składową Cesarstwa (taką Unię Europejską 😝), chociaż ewidentnie ziemie Mojmira i Rościsława były w ogromnej mierze niezależne. Dokładnie nie wiadomo jak ostatecznie zakończyła się historia Albgisa i jego damy, wiadomo tylko że kilka miesiące później został on uznany na stałe banitą. Ten przypadek jednak pokazywał, że Ludwik II nie miał realnej władzy na północ i wschód od ziem dzisiejszej Austrii i Bawarii (w "Annales Bertiniani" pod rokiem 855 zapisane jest: "Ludwik, król Germanów, cierpiał z powodu częstych odstępstw Słowian"). Ludwik bowiem miał w tym czasie pragnienie prowadzenia samodzielnej polityki, która nie będzie w żaden sposób powiązana z polityką jego braci. Dlatego też odmówił spotkania z braćmi (Lotarem i Karolem) zarówno w roku 852 jak i 853 (i 854 też), chociaż ci deklarowali, że powodem kolejnego zjazdu jest przede wszystkim wypracowanie wspólnej taktyki przeciwko Wikingom, którzy stali się utrapieniem mieszkańców królestw frankońskich (kronikarz Adrevald pisał: "Nie było zamku, miasta, wsi, które by nie padły pod śmiertelnym ciosem pogan. Świadczy o tym Poitiers, ongiś jedno z najbogatszych miast Akwitanii, oraz Saintes, Angouleme, Perigueux, Limoges, Clermont, Bourges. Wszystkie one głoszą, że zostały ciężko dotknięte przez wroga, jako że żadne wojsko nie zerwało się do obrony".




W roku 853 ten tragiczny los dotknął miasta Loary, szczególnie zaś Orlean, który został spalony przez rajd łodzi z czarnymi żaglami i wizerunkami smoków na dziobach. Normanowie pochwycili tam wielu jeńców (szczególnie kobiet i dzieci), ale równie wielu zabili. Lokalnemu biskupowi obcięto ręce i nogi i tak pozwolono mu się wykrwawić. Nie był to jednak jedyny problem Karola II "Łysego" gdyż w jego królestwie znów źle się działo. Pięć lat wcześniej koronował się on w Orleanie na króla Akwitanii przy poparciu możnych tej ziemi (którzy wówczas obalili Pepina II, a w roku 852 Pepin wpadł w ręce Karola i został zmuszony do przyjęcia ślubów zakonnych, oraz zamknięty w klasztorze św. Medarda). Teraz jednak wszystko się odwróciło, Karol nie okazał się władcą tak silnym, jak sądzono, nie był w stanie ochronić ludu Akwitanii przed Wikingami, a poza tym jego cechami charakteru były niechęć do bezpośredniej walki (co poczytywano za tchórzostwo) a także spore inklinacje do okrucieństwa. Właśnie w roku 853 kazał Karol ściąć hrabiego Gozberta z Maine, członka wpływowego akwitańskiego rodu. Gozbert był przez cały ten czas wiernym wasalem Karola, ale doszło między nimi do sporu ("Nic wielkiego, ale kazałem go poćwiartować" - jak mówił Brutus w "Asteriks na Olimpiadzie" 😂) który zakończył się tragicznie dla Gozberta. Wówczas członkowie jego rodu, jego krewniacy, udali się na dwór Ludwika "Niemca" do Frankfurtu, prosząc go, aby ten interweniował i usunął Karola z tronu Akwitanii. Prosili Ludwika aby wysłał im jako nowego króla swego syna Ludwika młodszego i jednocześnie twierdzili, że pragną służyć tylko prawowitym panom, ale jeśli zostaną zmuszeni, to zwrócą się nawet do obcych, nawet do wrogów wiary, aby wypędzili stąd Karola, gdyż okazał się tyranem niegodnym korony. Ludwik nie miał ochoty angażować się zbrojnie przeciwko bratu w odległej Akwitanii, tym bardziej że wówczas przygotowywał się do ponownej interwencji zbrojnej przeciwko Rościsławowi na Morawach i raczej nie "leżała mu" wyprawa jego syna na południowy-zachód, gdyż osłabiała jego własne siły. Ale argument Akwitańczyków o zwróceniu się do "wrogów wiary", oraz fakt, że papież Leon IV nie uznał synodu zwołanego przez Karola w Soissons (jako że tamten nie zapytał się papieża o pozwolenie) w 853 r., spowodował że zgodził się na tę interwencję. 

Tymczasem minęło Boże Narodzenie i zaczął się nowy 854 r. Lotar i Karol ponownie zawiadomili Ludwika, że spotkają się w lutym w Leodium (dziś Liegé w Belgii) i że jego także zapraszają na owe spotkanie. Pomysłodawcą tych zjazdów (szczególnie od roku 852, ale trzeba pamiętać że ostatni po czteroletniej przerwie zjazd trzech braci miał miejsce w Mersen w 851, a od tego czasu spotykali się już tylko Karol z Lotarem) był właśnie Lotar. Miał on już prawie 60 lat i czuł że powoli zbliża się koniec jego wędrówki po tym świecie. Jego ciało coraz bardziej odmawiało mu posłuszeństwa, bolały go nogi, miał też trudności z chodzeniem i inne dolegliwości. Dlatego też pragnął, aby kontakty z braćmi odbywały się przynajmniej raz do roku. Mało tego, ten człowiek który przez większość swego życia toczył walkę o prawo do tytułu cesarskiego ze swym ojcem Ludwikiem I Pobożnym, teraz jakby tracił zainteresowanie sprawami władzy, korony i majętności. Przeczuwając swój koniec, coraz częściej wyrzekał się przyjemności, jakie daje władza doczesna, natomiast skupiał się głównie na sprawach duchowych, modlitwie i kontemplacji. Karol II zaś, był dużo młodszy, miał bowiem 31 lat, był więc mężczyzną w sile wieku (chociaż wybitnie nieporadnym jeśli chodzi o władzę). Natomiast Ludwik "Niemiec" (prawie 50-letni) wiódł po części życie zakonnika i władcy (można go było np. spotkać podczas świąt, gdy szedł po ulicach Frankfurtu z wielkim krzyżem w rękach i boso. Jednocześnie jego głowę wciąż zaplątały myśli o podbojach na Wschodzie, które miały doprowadzić do chrystianizacji tamtych ludów. Ludwik jednak wolał aby owa chrystianizacja odbywała się drogą pokojową, niż za pomocą miecza, ale tego drugiego środka nie wykluczał, a nawet uważał za niezwykle istotny. Inna sprawa że jego poddani, możni wschodniofrankońscy nie chcieli chrystianizacji ludów słowiańskich, gdyż powodowało to koniec wypraw zbrojnych na Wschód - gdzie można było zdobyć łupy - oraz koniec intratnego handlu słowiańskimi niewolnikami). Poza tym Ludwik bardzo kochał swoją żonę Emmę z Altdorfu, ale ta miłość (w tym okresie) było już miłością czysto platoniczną (należy jednak dodać, co wydaje się ważne, że Ludwik - w przeciwieństwie do swych braci - nigdy nie zdradził swojej żony, pomimo obecności na jego dworze wielu pięknych kobiet). Ludwik jednak ponownie odmówił przybycia do Leodium (tym bardziej że już szykował wyprawę zbrojną przeciw Karolowi).




Na zjeździe w Leodium obaj bracia (Lotar i Karol) zawiązują przymierze, które (nieoficjalnie) wymierzone jest przeciw Ludwikowi. A tymczasem wiosną 854 r. wojska wschodniofrankijskie dowodzone przez młodszego syna Ludwika II "Niemca" - Ludwika Młodszego, przekroczyły Loarę i weszły do Akwitanii. Tam Ludwik został powitany jako przyszły król Akwitańczyków, już widział się w koronie i na tronie, ale Karol (któremu władza na Południu ponownie wymykała się z rąk) rzucił teraz wszystko na jedną kartę i postanowił zrobić coś, czego nikt by się po nim nie spodziewał, a mianowicie polecił uwolnić z klasztoru św. Medarda Pepina II, który szybko przybył do Akwitanii i przez miejscową ludność został ponownie uznany królem. Na wiadomość o tym Ludwik Młodszy nie próbował podejmować walki (chociaż jego siły były liczniejsze niż zwolennicy Pepina) i natychmiast zawrócił. Karol więc wygrał, ale czy na pewno? W końcu ponownie jego wieloletni wróg (a jednocześnie bratanek) Pepin II znów został królem Akwitanii. Karol jednak uważał że uda mu się ponownie pochwycić Pepina i znów zamknąć go w klasztorze, natomiast starcie z Ludwikiem Niemcem i jego synem uważał za znacznie trudniejsze zadanie. Pepin co prawda odzyskał znaczne obszary Akwitanii, nie wszystkie jednak i to było nadzieją dla Karola, że nie cała ludność tego kraju opowiedziała się za jego bratankiem. Szykował się też do kolejnej zbrojnej inwazji na południe (wcześniej starał się przekonać bratanka by dobrowolnie wrócił do klasztoru, ale oczywiście było to czynione bardziej proforma, niż naprawdę). Jednak Ludwik Niemiec, pomny głosów Akwitańczyków (jako człowiek niezwykle pobożny, zapewne obawiał się tego, że mieszkańcy owej prowincji mogą zwrócić się o pomoc do Maurów z Hiszpanii, co byłoby katastrofą wizerunkową dla Cesarstwa i ogromnym ciosem dla Kościoła, a przede wszystkim - jak sądzono - dla zbawienia duszy mieszkańców Akwitanii), starał się wpłynąć jakoś na Karola aby ten nie odbierał władzy w Akwitanii Pepinowi i w tym celu (jeszcze w 854 r.) nawiązał kontakt z Lotarem. Ten (jak już wspomniałem) był coraz dalej od spraw przyziemnych. Nie imponowało mu już ani bogactwo, ani władza, ani tytuł cesarski o który walczył prawie całe swoje życie. Było jednak coś, z czego Lotar nie potrafił zrezygnować i nie umiał się odzwyczaić, tym czymś były... kobiety. Nie potrafił bowiem (choć jego ciało coraz rzadziej mu służyło) zrezygnować z miłości, a w roku 854 miał aktualnie dwie nałożnice (aby udowodnić poddanym swoją męskość i witalność, często sypiał z nimi w jednym łożu - z obiema). 


"JA MAM AKTUALNIE CZTERY NARZECZONE"

"CZTERY NARZECZONE, A JA KTÓRĄ JESTEM TRZECIĄ, CZWARTĄ?"

"TAMTE CZTERY NIC DLA MNIE NIE ZNACZĄ" 💘 😄



Ponieważ jednak Lotar wyznawał zasadę "memento mori" ("pamiętaj o śmierci" - która to zasada w średniowieczu była niezwykle popularna), to spowiadał się czym prędzej z owych grzechów, a jednocześnie argumenty Ludwika również do niego przemawiały. Dlatego też nakłonił Karola, aby ten nie interweniował zbrojnie przeciwko Pepinowi (udało mu się to w roku 854, rok później już mu się to nie uda, jako że nie będzie go już wśród śmiertelników na tym łez padole). Ludwik co prawda interweniował w kwestii Akwitanii, ale sam szykował się do ataku na księstwo Wielkich Moraw, chodź na razie jeszcze nie był na to gotowy. Przedsięwziął już jednak (w roku 854) pewne przygotowania do ataku, a mianowicie usunął ze stanowiska zarządzającego Marchią Wschodnią (czyli dzisiejszą Austrią) komesa Ratboda (który władał tam 20 lat). Nie wiadomo jakie były powody jego usunięcia, prawdopodobnie nieskuteczność w ujarzmieniu Morawian, ale powody mogły być również i inne. W dokumencie wystawionym w roku 859 z okazji nadania majętności klasztorowi św. Emmerama w Ratyzbonie, król Ludwik II pisze wprost, że komes Ratbot nie dochował mu wierności. Cóż znaczy to zdanie? Czyżby Ratbot sprzymierzył się z Morawianami przeciwko Ludwikowi? Nic więcej na ten temat nie wiadomo, poza owymi skrawkami informacji, które tak naprawdę powodują więcej pytań niż odpowiedzi. W każdym razie komes Ratbot został usunięty, a następnie Ludwik polecił hrabiemu Ernestowi (zarządzającemu marchią stworzoną z ziem czeskich, przyłączonych do królestwa wschodnich Franków) aby prewencyjnie najechał Czechów (po to, by ci następnie nie udzielili wsparcia i pomocy Morawianom). Co jednak było głównym powodem ataku Ludwika na księstwo Wielkich Moraw? Czy tylko udzielenie przez Rościsława azylu politycznego zbiegłemu tam Albgisowi? Wydaje się że nie. Bowiem z chwilą gdy Ludwik posłał swego syna do Akwitanii, jego brat Karol II nawiązał sojusz z Bułgarami i zaprosił ich do ataku na Królestwo Franków wschodnich, czyli dzielnicę swego starszego brata Ludwika. Bułgarzy rzeczywiście zaatakowali, spalili kilka wiosek i wrócili do siebie, ale ów atak byłby niemożliwy, gdyby nie zgoda Rościsława na przejście Bułgarów przez jego ziemie. Oczywiście nie ma żadnych dowodów aby władca Wielkich Moraw w jakiś sposób sprzymierzył się z Bułgarami, ale nie należy być naiwnym. Skoro zaatakowali oni Franków wschodnich i nie ma żadnych relacji walk Rościsława z Bułgarami, to znaczy że pozwolił im on przejść bezpiecznie przez własne ziemie, a to oznaczało jawne wypowiedzenie poddaństwa (tym bardziej że Rościsław zaczął nazywać się królem). Tego więc Ludwik nie mógł już darować. 




Minęła zima i nadeszła wiosna roku 855, a z nią przydarzyło się coś, co nie zapowiadało sukcesu Ludwika w zbliżającym się konflikcie. Mianowicie w okolicach Moguncji doszło do kilku silnych trzęsień ziemi, a także w samym mieście z tego powodu wybuchły pożary, które strawiły sporą część domostw. Do tego trafiony piorunem został kościół św. Kiliana i spłonął - co poczytywano jako zły znak. Ale Ludwik nie przejmował się tymi głosami i wiosną 855 r. wyruszył zbrojnie przeciwko Rościsławowi na Morawy. Kampania przybrała charakter wojny szarpanej, partyzanckiej, Morawianie bowiem atakowali znienacka, natomiast nie doszło do żadnej większej bitwy. Sam Rościsław schronił się w jednym ze swych grodów (o nieznanej nazwie, prawdopodobnie na południu kraju), lecz Ludwik zrezygnował z planów zdobycia owego grodu, gdyż był on zbyt silnie umocniony i należało się spodziewać dużych strat. Jedynym tak naprawdę efektem owej kampanii, było spalenie większości kraju przez Franków wschodnich, zniszczenie pól i sadów. Ale nie udało się nigdzie pokonać w bitwie Morawian, tym bardziej że prowadzili oni wojnę partyzancką. Ludwik liczył jeszcze na wsparcie Trpimira I - księcia Chorwacji (z którym zawarł sojusz), ale ten ograniczył się jedynie do ochrony wschodnich granic Cesarstwa przed najazdem Bułgarów, natomiast nie pomógł on w spacyfikowaniu Moraw. Efekt kampanii był więc wybitnie niesatysfakcjonujący, tym bardziej że na wycofujące się oddziały rycerstwa wschodnio-frankijskiego ruszyli Morawianie pod dowództwem swego księcia i jako odwet za zniszczenie ich kraju, spalili znaczne połacie wschodniej Bawarii. Ostatecznie nie udało się ponownie przywrócić do uległości Rościsława. Okazał się on zbyt silnym władcą, a wewnętrzna konsolidacja Wielkich Moraw pokazała, że nie jest to kraj, który łatwo będzie pokonać w czasie jednej kampanii. Najgorsze było jednak to, że po tej nieudanej wyprawie, przeciwko Frankom powstały teraz i inne słowiańskie plemiona, szczególnie te po wschodniej stronie Łaby.

Tymczasem stan zdrowia Lotara znacznie się pogorszył, a to spowodowało że zarówno Ludwik jak i Karol doszli do porozumienia, czekając teraz niczym sępy na śmierć swego najstarszego brata, po to, aby jego domenę podzielić między siebie. Nic teraz nie stało już na przeszkodzie wyprawie Karola do Akwitanii przeciw Pepinowi, ale jego uwagę zaprzątała jeszcze jedna sprawa, a mianowicie wydanie swojej córki Judyty za jednego z książąt królestw Brytanii (w ciągu pięciu lat Judyta będzie tam miała dwóch mężów, a ostatecznie ucieknie z tamtą z hrabią Flandrii - Baldwinem I, a ojciec będzie miał z nią sporo problemów, gdyż ta ucieczka doprowadzi do interwencji papieskiej... ale o tym opowiem w kolejnej części.




CDN.

niedziela, 6 października 2024

ZJEDNOCZENIE PRUS I INFLANT Z POLSKĄ - Cz. V

POCZĄWSZY OD PIERWSZEGO SPORU POLSKO-KRZYŻACKIEGO (1309-1310), AŻ PO WŁĄCZENIE INFLANT DO RZECZPOSPOLITEJ (1558-1561)





KONRAD I MAZOWIECKI
Cz. V





 Nim jeszcze Turcy Seldżuccy w bitwie pod Manzikertem w roku 1071 rozbili bizantyjską armię (w wyniku czego utracił władzę ówczesny cesarz Roman IV Diogenes i wkrótce potem zmarł), nic tak naprawdę nie zwiastowało takowej katastrofy i utraty przez Bizantyjczyków znacznej części środkowo-wschodniej Anatolii (której już nigdy potem nie odzyskali). Przed wstąpieniem na tron Romana i jego poprzednika - Konstantyna X z rodu Dukas, Imperium Wschodniorzymskim (zwanym już wówczas Bizantyjskim), władała dynastia macedońska, a był to czas bodajże największego rozkwitu państwa bizantyjskiego od czasów Justyniana Wielkiego (z VI wieku naszej ery) i to praktycznie pod każdym względem: kulturowym, ekonomicznym i militarnym. Władcy którzy wówczas rządzili Imperium, odznaczali się niespożytą energią, wielką inteligencją (często mądrością) i przebiegłością. Po dwóch stuleciach realnego upadku (gdy cesarstwo zaczęło się zwijać pod naporem wojowniczego islamu), wreszcie pojawiły się pierwsze zwiastuny odrodzenia i to do tego stopnia, że Rzymianie (bo tak również można ich nazywać, tym bardziej że za takowych się uważali) przeszli wręcz do ofensywy, odzyskując niektóre ziemie, wcześniej zajęte już przez Kalifat. Tak więc lata 867-1025 były czasem bizantyjskiego odrodzenia, czasem ponownej wielkości i pragnienia odrodzenia dawnego Cesarstwa. 

Założycielem dynastii macedońskiej był niejaki Bazyli, choć jego pochodzenie niknie w mrokach dziejów. Urodził się w temie Macedonia (który w tamtym czasie nie pokrywał się dokładnie z krainą o tejże nazwie) w bardzo ubogiej rodzinie. Jego przodkowie mieli ponoć pochodzić właśnie z Macedonii, ale nie ma co do tego żadnej pewności i może to być prawda, a może to być propagandowa wstawka, która później miała uwznioślić jego pochodzenie (jako że nawiązywano w ten sposób do wielkich Macedończyków starożytności: Flipa II i jego syna Aleksandra Wielkiego). Być może w żyłach Bazylego płynęła również krew ormiańska. W każdym razie rodzina jego była tak biedna, że musiał on szukać szczęścia w stolicy, inaczej zapewne umarłby z głodu (opowieść o tym, jak szedł do Konstantynopola na pieszo jest dosyć ciekawa i barwna, ale nie będę jej tutaj przytaczał, gdyż z całą pewnością stanowi literacką fikcję późniejszych dziejopisów, mających uwznoślić protoplastę dynastii macedońskiej). Bazylii był przystojnym mężczyzną (choć już nie młodym, bowiem w chwili gdy wyruszył w podróż do Konstantynopola, na początku lat 50-tych IX wieku, miał już ok. 40 lat) odznaczającym się dużą siłą fizyczną, dlatego też był pewien że znajdzie zatrudnienie w wojsku (które to stanowiło najłatwiejszą i najszybszą drogę awansu dla ludzi z nizin, aż po sam szczyt). Pierwszej nocy spędzonej w stolicy znalazł przytułek w kościele pod wezwaniem św. Diomedesa, gdzie też spał w tamtejszym portyku (do którego wpuścił go nadzorca kościoła, niejaki Mikołaj). Sypiał tam też przez kolejne dni, (zarabiając na chleb pracą przy obejściu kościoła) i marzył o wstąpieniu w szeregi armii, ale los miał dla niego inne plany. 




Otóż pewnego razu na ulicy ujrzała go (a ponoć wyróżniał się tłumu swoją pokaźną budową ciała) pewna bogata dama rodem z Peloponezu imieniem Danelis, która niedawno straciła męża, a majątek małżonka plus majątek jej samej i jej rodziny był tak pokaźny, że stała się jedną z najbogatszych mieszkańców Imperium (jej majątek niewiele ustępował majątkowi samego cesarza). Ujrzała go, gdy przymierzała ulice niesiona przez swych służących w lektyce, niczym dawna rzymska matrona. Szybko więc znalazł nowy dach nad głową w jej pałacu. Nie wiadomo czy Bazyli (przybywając już do Konstantynopola) umiał się podpisać i czy w ogóle umiał pisać (a przecież cesarze analfabeci nie byli wcale rzadkością - choć oczywiście też nie stanowili większości w dziejach Bizancjum. Można wymienić co najmniej dwa takie przypadki: stryj Justyniana Wielkiego - Justyn I, panujący w latach 518-527 {dla którego sporządzono specjalną drewnianą tabliczkę z wyrytymi literami jego imienia, aby mógł piórem pociągać wzdłuż owych liter, podpisując ważne dokumenty}, drugim analfabetą na tronie Imperium był założyciel dynastii która władała państwem w czasie, gdy do Konstantynopola przybył Bazyli - Michał II Amoryjczyk {z Amorion}, który podobnie jak Justyn był zwykłym żołdakiem, nieokrzesanym i brutalnym {panował w latach 820-829}. Co ciekawe, jego syn i następca - Teofil I {829-842} był człowiekiem gruntownie wykształconym i rozmiłowanym w literaturze i nauce, ale to wcale nie dziwota w dziejach Imperium Bizantyjskiego. Wielokrotnie tak się bowiem zdarzało, że po rządach ludzi słabo wykształconych, następowały rządy wielkich kodyfikatorów prawa {jak Justynian Wielki}, czy władców rozmiłowanych w literaturze). Tak więc należy przypuszczać że Bazyli przynajmniej potrafił się podpisać, aczkolwiek gruntowniejszą naukę zapewne przeszedł pod okiem szefa cesarski administracji - Teofilitzesa (a stało się to z pewnością za pieniądze Danelis). Wkrótce też rozpoczął pracę w cesarskiej administracji.

W tym czasie Imperium władał cesarz Michał III (który wstąpił na tron po śmierci swego ojca Teofila - który zmarł w młodym wieku lat zaledwie 30 w roku 842, mając... 2-latka). Był to młody, nastoletni chłopak, za którego realnie rządziła matka - Teodora i siostra - Tekla, sprawując wspólnie regencję. Swoją drogą to właśnie te dwie kobiety (a szczególnie Teodora) zakończyły ponowny okres ikonoklazmu. Ten bowiem czas w dziejach Bizancjum, rozpoczęty w roku 726 przez wywodzącego się z Izaurii - na wschodzie Imperium - Leona III (który wówczas właśnie nakazał usunąć wizerunek Chrystusa z bramy wjazdowej do Pałacu Cesarskiego w Konstantynopolu, uważając że kult wizerunku Chrystusa, Marii - Matki Bożej i Świętych jest bałwochwalstwem. Leon pochodził bowiem ze wschodnich obszarów państwa, gdzie bardzo silne były wpływy muzułmańskie, zabraniające jakichkolwiek wizerunków nie tylko Mahometa, ale również Aniołów i Świętych i wychowany w tym właśnie duchu Leon uznał że modlenie się do obrazów jest szaleństwem, a przede wszystkim jest bluźnierstwem wobec samego Chrystusa. Wówczas, w roku 726 robotnicy którzy mieli usunąć wizerunek Chrystusa z bramy wjazdowej Pałacu Cesarskiego, zostali zaatakowani przez mieszkańców Konstantynopola i... zlinczowani. Jednak cztery lata później, w roku 730 Leon III wprowadził pierwsze dekrety zakazujące kultu ikon i każące usunąć wszelkie obrazy i wizerunki świętych z kościołów, pozostawiając w nich jedynie prosty krzyż -  czyli dwa złączone ze sobą linie. Tak oto rozpoczęła się polityka prześladowania zwolenników kultu ikon, która trwała aż do roku 787 i zwołanego przez cesarzową Irenę soboru nicejskiego, który ponownie uznał możliwość modlenia się do obrazów i ogłosił amnestię dla wszystkich tych, którzy do tej pory temu się sprzeciwiali i prześladowali przez to wiernych wyznawców Chrystusa - pisałem o tym już w innym temacie. Jednak po kilkunastu latach, a szczególnie po wielkich klęskach jakie doznało Bizancjum z rąk Bułgarów w drugiej dekadzie IX wieku {szczególnie w latach 811 i 813}, uznano, że władcy modlący się do obrazów to bałwochwalcy, bowiem Bóg ukarał ich właśnie za ich postępki i sprowadził klęskę na nich i całe państwo. Tak więc w czasie silnego zamętu politycznego, w roku 815 za panowania Leona V Ormianina, zwołano sobór do kościoła Hagia Sophia w Konstantynopolu, który potwierdził wszystkie założenia soboru w Hieri z 754 r. który otwarcie potępił kult ikon, a potępiono sobór nicejski z 787 r). Gdy więc tylko umarł Teofil (wielki przeciwnik kultu ikon, podobnie jak małżonek Ireny - Leon IV, który gdy pewnego razu znalazł dwie ikony pod jej poduszką, zapowiedział że za karę przestanie odwiedzać ją w alkowie), Teodora natychmiast doprowadziła do zwołania nowego soboru. Wcześniej jednak zadbała o usunięcie z funkcji patriarchy Konstantynopola Jana Grammatikosa - nauczyciela i wychowawcy jej męża, nieprzejednanego wroga kultu ikon i zastąpienia go zwolennikiem ikon -  Metodym, a zwołany wkrótce potem sobór konstantynopolitański (marzec 843 r.) definitywnie i ostatecznie przywrócił kult ikon.


IKONOKLAZM - NISZCZENIE IKON 



Cesarze ikonoklaści bowiem często prawie całkowicie skupiali się na wschodniej granicy Imperium, walcząc i wielokrotnie pokonując siły Kalifatu, ale jednocześnie zaniedbując Zachód i bizantyjskie posiadłości w Italii, które w dużej części się usamodzielniły, lub też wpadły pod dominację Longobardów, a potem Franków. Nowy reżim zainstalowany przez cesarzową matkę - Teodorę, składał się oczywiście z samego cesarza Michała III (który jako dziecko był całkowicie ubezwłasnowolniony), Teodory jako regentki, jej córki - Tekli także w roli regentki, jak również braci cesarzowej: Bardasa i Petronasa, jej stryja Sergiosa Nicetiatesa, oraz jej faworyta (a prawdopodobnie również kochanka) logotetę - Teoktistosa. Z tych ludzi teraz składał się nowy rząd Imperium Bizantyjskiego, szczególnie zaś Teodora ufała Teoktistosowi, który był człowiekiem wielkiej kultury. Powierzyła mu funkcję logotety - czyli ministra finansów i jednocześnie dała zarząd nad oświatą, a ze wszystkich tych obowiązków Teoktistos spisał się wyśmienicie (poprzez swoją oszczędną i racjonalną politykę finansową zapełnił skarb państwa złotem, jednocześnie zakładał w całym Imperium nowe szkoły dla ludu, wychodząc z założenia że nawet biedacy powinni przynajmniej umieć się podpisać). Nowe władze rozpoczęły panowanie dosyć pomyślnie, udało się bowiem ostatecznie znieść zakaz kultu ikon (co dla Teodory było priorytetem - swoją drogą to ciekawe, bo cała jej rodzina pochodziła ze wschodu, a ona była tak zagorzałą zwolenniczką kultu ikon?), mądra polityka fiskalna Teoktistosa doprowadziła do zapełnienia skarbu, dzięki czemu jeszcze w tym samym 843 r. nowy rząd postanowił... odzyskać Kretę (utraconą w latach 827-828, a właściwie w 827 r. bowiem w rok później Arabowie pokonali po prostu bizantyjską odsiecz która miała odzyskać wyspę). Tak więc piętnaście lat po tamtej nieudanej próbie, flota którą osobiście dowodził Teoktistos teraz... wyzwoliła Kretę. Wydawało się teraz że Opatrzność szczególnie wspiera nowy reżim, ale wszystko co dobre szybko się kończy. Już w roku 844 Arabowie ponownie odbili Kretę, a jakby tego było mało, to w tym samym czasie armia Kalifatu kalifa al-Mutasima) wdarła się głęboko do Anatolii i w bitwie nad rzeką Mauropotamos (dosłownie rzut kamieniem przez Bosfor do Konstantynopola), rozbiła armię bizantyjską (jednak po splądrowaniu regionu i wzięciu łupów oraz niewolników, wrócili do siebie). Tak więc raz na wozie, raz pod wozem, jednak na szczęście dla Bizantyjczyków (a raczej dla Teodory), wewnętrzne problemy Kalifatu jakie wówczas już się ujawniły, zmusiły Arabów do negocjacji pokojowych i wymiany jeńców, do jakiej doszło nad rzeką Lamos (na pograniczu bizantyjsko-arabskim) na przełomie 845 i 846 r.




Problemy polityczne to jedno, ale uwidoczniły się również kolejne problemy religijne, choć po zniesieniu zakazu kultu ikon wydawało się że przynajmniej w tej kwestii będzie wreszcie spokój. Co prawda przeciwnicy ikon praktycznie już nie istnieli (jakieś niewielkie grupki bez znaczenia), ale były inne problemy. Jednym z nich byli tzw. zeloci - czyli radykalna sekta zwolenników kultu ikon, która zaczęła teraz bardzo ostro atakować patriarchię Metodego (najbardziej zaangażowani w to byli mnisi z klasztoru w Studios, zwani studytami). Nie podobało im się to, że cesarzowa matka nie mści się okrutnie na przeciwnikach kultu ikon, że nie każe ich, że nie upokarza, a przede wszystkim że niezwykle powściągliwie podchodzi do tych, którzy ostatecznie zwyciężyli, czyli do zwolenników ikon i nie obdarza ich nowymi przywilejami oraz kościelnymi funkcjami. Natomiast patriarcha Metody (jako prawa ręka cesarzowej w kwestiach religijnych) stał się dla nich jawnym wrogiem. Studyci bardzo przypominają mi "silnych razem", bowiem w czasach prześladowań pisali donosy na swych władców do Rzymu, do papieża, a w okresach kiedy przewodzili, pragnęli krwawej i niezwykle okrutnej zemsty na tych, których uznali za wrogów. Chociaż Metody tak naprawdę był po ich stronie (czyżby symetrysta 🤭) wypowiedzieli mu ostrą i bezpardonową wojnę, która zakończyła się obłożeniem ich klątwą przez patriarchę Konstantynopola. Ale ten sukces okazał się krótkotrwały, jako że 14 czerwca 847 r. patriarcha Metody zmarł nagle (prawdopodobnie atak serca), co zostało uznane za karę Boską wobec jego bluźnierczych aktów. Teraz zeloci (studyci) wymusili na cesarzowej matce mianowanie na tę funkcję ich człowieka, którym okazał się Ignacy - syn cesarza Michała I Rangabeusza (panującego w latach 811-813), który po ciężkiej klęsce zadanej przez Bułgarów pod Versiniką, zrezygnował z władzy i przywdział mnisi habit (zmarł w 844 r.). Jego synowie zaś - w tym Ignacy -  zostali wykastrowani przez nowego cesarza Leona V Ormianina i również zmuszeni do przyjęcia święceń kapłańskich. Ignacy był uważany za człowieka zelotów (chociaż osobiście nie należał do tej sekty, choć bez wątpienia ją wspierał), dlatego też z ich poparciem został nowym patriarchą Konstantynopola, ale zawiódł pokładane w nim nadzieje, wkrótce potem atakując Focjusza - jednego z najbardziej radykalnych mnichów-studytów.


TEOFIL i TEODORA 



Problemy z zelotami nie były jedynymi, przed jakimi stanęła teraz Teodora (oraz jej wspólnicy w zarządzie państwem). Równie poważnym problemem była (istniejąca głównie we wschodnich prowincjach Imperium) sekta paulicjan. Byli oni naturalnymi sojusznikami ikonoklastów, wspierał ich też mocno cesarz Nicefor I (który panował w latach 802-811, a został władcą po obaleniu i zamordowaniu cesarzowej Ireny. On również był przeciwnikiem kultu ikon - szczególnie dlatego że chciał się w ten sposób odróżnić od Ireny, która była zwolenniczką ikon - ale w czasie swoich rządów nie zakazywał ich kultu, skupiając się głównie na gospodarce i finansach. Poniósł ciężką klęskę i zginął w bitwie z Bułgarami na przełęczy górskiej Warbiszki, wcześniejszym zdobyciu i spaleniu bułgarskiej stolicy Pliski {chan Krum - który musiał się stamtąd wycofać i przenieść w górskie regiony, wysłał do niego wiadomość o treści: "Zwyciężyłeś! zabierz co chcesz i odejdź z naszej ziemi", ale Nicefor uznał, że oto nadarza się okazja całkowitego zniszczenia państwa bułgarskiego, które od 681 r. stanowiło ciągłe zagrożenie od północy dla bizantyjskich posiadłości i dla samego Konstantynopola. Próbując wydostać się z Bułgarii - a w centrum tego kraju znajdują się góry, dzielące Bułgarię nad dwie części, chociaż w średniowieczu to była jedna część - wpadł w zastawioną przez Kruma pułapkę i zginął, a jego wojsko praktycznie zostało wybite do nogi. Potem krążyły legendy że Krum kazał odciąć głowę Nicefora, a z jego czaszki uczynił kielich z którego pił wino). W każdym razie doktryna paulicjańska opierała się na skrajnym ikonoklaźmie, odrzuceniu wszelkich wizerunków Chrystusa i Świętych, a także znaku krzyża. Twierdzili że są prawdziwymi chrześcijanami, całą resztę nazywając po prostu ortodoksami, lub "Rzymianami". Twierdzili że na świecie jest dwóch bogów. Jeden mieszkający w niebiosach Bóg prawdziwy i drugi Demiurg - twórca naszego świata, który oni postrzegali za świat quasi-diabelski. Twierdzili też że Jezus Chrystus nie posiadał fizycznego ciała, a jedynie ciało eteryczne, duchowe i że cała Jego męka i śmierć na krzyżu była pozorna. Odrzucali sakrament chrztu i małżeństwo. Odrzucali kult Maryi Dziewicy i sam krzyż, a także cały Stary Testament przecinek i sporą część Nowego, przez co byli uważani za "szatańskie pomioty" przez ortodoksyjnych chrześcijan nicejskiego rytu, którzy oskarżali ich o wszelkie niegodziwości, jak choćby robienie chleba z krwi i ciała noworodków. W różnych też okresach paulicjanie byli mocno zwalczani i prześladowani.

Nie wiadomo dokładnie kiedy po raz pierwszy pojawiła się ta sekta. Wspomina o nich podczas soboru w Dvinie katolikos  Armenii - Nerses II w roku 555, jako o mieszkańcach pogranicza bizantyjsko-perskiego. Byli oni zapewne podzieleni na mniejsze grupki często od siebie niezależne, a być może nawet o sobie nie wiedzące. Pierwszym przywódcą paulicjan który zorganizował ich w jakąś jedną grupę wyznawców w Kibbosie, był niejaki Konstantyn, który objął przywództwo w roku 658 (wcześniej nosił imię Sylwan, dlatego też potem znany był jako Konstantyn-Sylwan). Jeszcze wcześniej, bo w roku 645 sobór w Dvinie zakazał w Armenii (zapewne właśnie pod wpływem paulicjan), traktowania klasztorów jako hoteli dla arystokratów, którym należało zapewnić wszelkie wygody (w tym sprowadzić im tancerki i śpiewaków dla rozrywki). W roku 650 Armenia znalazła się pod panowaniem Arabów, więc paulicjanie przenieśli się na bizantyjską stronę, choć oczywiście nie wszyscy. Część paulicjan została w Armenii, a na ich czele ok. 660 r. stanęła niejaka Anania, która pozostawiła po sobie listy, w których skarży się, iż uczniowie są krnąbrni, uważają się za lepszych od nauczycieli i w ogóle nie słuchają tego, co się do nich mówi). Społeczność paulicjańska najbujniej rozwijała się właśnie w Kibbosie pod przewodem Konstantyna-Sylwana, który kierował sektą przez 27 lat, aż do roku 685, gdy został on ukamienowany na polecenie cesarza Konstantyna IV (który wkrótce potem zmarł). Wykonujący ten rozkaz cesarski urzędnik o imieniu Symeon, pod wpływem kaźni Sylwana i wiadomości o szybkiej śmierci cesarza Konstantyna IV porzucił ortodoksję i przyłączył się do paulicjan, przyjmując jednocześnie imię Tytus, a wkrótce potem stał się ich nowym przywódcą. Zaś następca Konstantyna IV -  Justynian II był jeszcze większym wrogiem paulicjan i urządzał na nich prawdziwe polowania. W wyniku tych akcji w roku 690 Tytus-Symeon dostał się w ręce biskupa Kolonii (miasta we wschodniej Anatolii, a nie nad Renem), który kazał go spalić żywcem. Rozbita społeczność paulicjańska z Kibossy, przeniosła się teraz - pod przewodnictwem nowego przywódcy o imieniu Paweł - do Eupatorii (691 r.). Paweł jest też pierwszym przywódcą paulicjan, który wprowadzi dziedziczność tej funkcji. Prawie 25-letnie rządy Pawła nad społecznością paulicjan w Eupatorii przebiegają spokojnie. Po jego śmierci w roku 715 przywództwo obejmuje jego starszy syn - Gegnezjusz, ale jego młodszy brat - Teodor nie może się z tym pogodzić i doprowadza do aresztowania brata przez Bizantyjczyków. Gegnezjusz zostaje przewieziony do Konstantynopola i staje przed obliczem cesarza Teodozjusza III, ale ten nie znajduje w nim winy i zostaje uwolniony. Po jego powrocie do wspólnoty opuszczają oni Eupatorię i przenoszą się do Mananali, a w roku 717 do władzy w Konstantynopolu dochodzi Leon III Izauryjczyk, co prowadzi do znacznie lepszych czasów dla paulicjan niż mieli kiedykolwiek dotąd.



Od wprowadzenia ikonoklazmu w roku 730, realnie paulicjanie stają się sojusznikami bizantyjskiego reżimu. Gagnezjusz umiera w roku 745, a pretendentami do przewodzenia sektą są jego dwaj synowie: Zachariasz i Józef. Postanawiają oni podzielić wspólnotę na pół, przy czym wkrótce okazuje się że większa część współwyznawców chce przyłączyć się do Józefa, a przez to tworzy on największą grupę i przybiera imię Epafrodyt. Jedną z grup (Zachariasza) cesarz Konstantyn V przesiedla do Tracji (756 r.) a dokładnie do Filippolis, aby stanowili tam przeciwwagę dla zwolenników kultu ikon. Tymczasem wcześniej, bo jeszcze w 747 r. Niejaki Grzegorz z Mamikonu buntuje się przeciw Arabom pragnąc wyzwolić od nich Armenię (Al-Arminiya), uzyskując wsparcie od paulicjan, ale powstanie to zostaje krwawo stłumione. Natomiast w 750 r.  w Samosacie tamtejszy emir skazuje na śmierć paulicjan za próbę ucieczki z miasta i powrotu na stronę rzymską ("męczennicy z Samosaty"). Natomiast w roku 751 cesarz Konstantyn V zdobywa miasto-twierdzę Meletia w Armenii, umożliwiając wydostanie się stamtąd lokalnych paulicjan (których następnie przesiedla do Tracji). W roku 768 ormiański Kościół na soborze w Dvinie, zakazuje małżeństw pomiędzy chrześcijanami a muzułmanami. Po 30 latach przewodnictwa nad swoim zgromadzeniem w Mananali, umiera Józef-Epafrodyt (775 r ), a przewodnictwo po nim przyjmuje niejaki Baanies, które przyjmuje imię Zachariasz. Szybko jednak w tej grupie dochodzi do ponownego konfliktu i podziału, gdy część paulicjan na swego przywódcę wybiera Sergiusza. Przez kolejne 25 lat utrzymuje się stan zimnej (a czasem i gorącej) wojny pomiędzy tymi grupami. Ostatecznie w roku 801 i śmierci Banniesa-Zachariasza, jego grupa jest już prawie całkowicie zniszczona, a Sergiusz obejmuje władzę nad całością i przyjmuje imię - Tychikus. To właśnie za jego czasów nastąpił największy rozwój tej sekty. Pozyskał wielu nowych wyznawców, chełpił się, iż wysłał swych uczniów "Na północ i południe, na wschód i zachód". Lata konfliktu pomiędzy dwoma grupami jednej sekty, stworzyły tam również grupę wojowników gotowych do walki, a oddziały paulicjan wzięły udział w roku 802 w obaleniu cesarzowej Ireny i wprowadzeniu na tron Nicefora I. Ten jednak nie odczuwa zbytniej wdzięczności i dobre czasy dla paulicjan znów się kończą. W roku 805 Sergiusz-Tychikus zawiera układ z emirem miasta Melitene i ten ofiarowuje mu dwie wioski (które następnie zostaną zamienione w twierdze): Arguvan i Amara, a następnie Sergiusz z 5 000 swoich współwyznawców się tam przeniósł.




Sergiusz-Tychikus zmarł w roku 835, po 34 latach przewodzenia wspólnocie paulicjan, a tak naprawdę po prawie 60 latach od czasu gdy został po raz pierwszy wybrany razem z Zachariaszem. Przez ten czas w pozyskanych od muzułmanów twierdzach tworzy on prawdziwych wojowników na wzór późniejszej sekty asasynów )jedyna różnica była taka, że wojownicy paulicjan nie byli mordercami, a szkolili się do walki o przetrwanie własnej wspólnoty). Po śmierci Sergiusza nie wybrano kolejnego jednego przywódcy, a poprzestano na kilku (a być może nawet kilkunastu) lokalnych wodzach. Dokonywali oni teraz łupieżczych napadów na tereny bizantyjskie, co spowodowało że w roku 842 cesarz Teofil rozpętał prześladowania paulicjan którzy pozostali w Imperium. Po jego śmierci przejęła i kontynuowała je następnie jego małżonka Teodora...


CDN.

niedziela, 2 czerwca 2024

WALKA Z KOMUNISTAMI W PRZEDWOJENNEJ POLSCE - Cz. XIII

CZYLI GDZIE CHOWAŁY SIĘ "SZCZURY"





KOMUNISTYCZNA PARTIA POLSKI
(CZYLI DZIAŁALNOŚĆ SOWIECKIEJ EKSPOZYTURY W POLSCE)
Cz. XIII





 Ostatnio przypomniałem sobie wszystkie te okoliczności, które doprowadziły do wybuchu I Wojny Światowej i tak się zastanowiłem nad samym tym procesem. Jak pewne zjawiska raz wprawione w ruch, nie mogą być zatrzymane nawet przez ludzi dobrej woli. Przecież w tamtym czasie tyle było związków wzajemnych w Europie, tyle zależności i to nie tylko pomiędzy monarchami, ale również pomiędzy politykami czy nawet zwykłymi ludźmi. Ot taki przypadek, gdy z końcem czerwca 1914 r. odbyły się w Kilonii coroczne regaty na Łabie, w których uczestniczył sam cesarz Wilhelm II na swym wyścigowym jachcie Meteor V, nikt jeszcze nie myślał o wojnie. Do Kilonii przypłynęła wówczas angielska eskadra czterech okrętów wojennych, które cumowały obok okrętów floty niemieckiej, a oficerowie i marynarze wzajemnie się odwiedzali i komplementowali. Gdy 28 czerwca odbyły się wyścigi jachtów i gdy Meteor V przepływał przez Zatokę Kilońską, na pokład rzucono wówczas w papierośnicy pewną depeszę. Było w niej zapisane iż arcyksiążę Franciszek Ferdynand (z którym cesarz Wilhelm spotkał się kilka dni wcześniej w Konopišté został zamordowany wraz z żoną w Sarajewie. Regaty odwołano, a dowódca brytyjskiej eskadry na pożegnanie sygnalizował niemieckiej flocie: "Przyjaciele w przeszłości i na zawsze". Wówczas też jeszcze niewielu zdawało sobie sprawę, że oto zostały otwarte wrota, przez które nie będzie już powrotu do starego świata, a ludzie wciąż zdawali się wierzyć że wszystko będzie dobrze. Wszystko jednak zmierzało ku katastrofie i 16 lipca w Londynie polityk socjalistyczny Norman Angel stwierdził: "Młode pokolenie coraz bardziej zdecydowanie nie chce stać się ofiarą tego bezgranicznego nonsensu". Jednak "stare pokolenie" już wydało wyrok, i tak 17 lipca zastępca szefa Sztabu Generalnego Armii Niemieckiej gen. Waldersee pisał z Berlina do sekretarza spraw zagranicznych von Jagowa: "Jestem gotów do skoku: tu, w Sztabie Generalnym jesteśmy całkowicie przygotowani". Winston Churchill zaś zaznaczył w liście do żony: "Zastanawiałem się, dlaczego ci wszyscy głupi królowie i cesarzowie nie spotkają się razem i, przywracając powagę majestatu królewskiego, nie uchronią narodów od piekła. Wszyscy jednak poruszamy się w jakimś tępym kataleptycznym transie. Tak jakbyśmy chodzili poruszani niewidocznymi sznurkami". 

29 lipca do Wilhelma II telegrafował car Mikołaj II pisząc po angielsku: "Aby uniknąć tragedii, jaką byłaby wojna europejska, proszę Cię w imię naszej starej przyjaźni, byś powstrzymał swych sojuszników przed zbyt daleko idącymi krokami". Kajzer odpisał: "Robię wszystko, co mogę, by skłonić Austriaków do rozważnych działań i do osiągnięcia z Tobą zadowalającego porozumienia". W rzeczywistości zaraz po zamachu w Sarajewie, Wilhelm II był zwolennikiem szybkiego ataku austriackiego na Serbię - nawet bez wypowiedzenia wojny i bez ogłoszenia mobilizacji, tak aby zyskać na czasie i zneutralizować ewentualną rosyjską odpowiedź (Serbia była bowiem - jako kraj słowiański - chroniona przez Rosję). Potem jednak nieco zmienił zdanie i uznał że zgoda Serbów na austriackie ultimatum (z pewnymi oczywiście zastrzeżeniami, które można by było rozwiązać na drodze koncyliacyjnej) stanowi wielkie moralne zwycięstwo Wiednia i w zasadzie wojna jest już niepotrzebna. Ale wszystko toczyło się w taki sposób, że ta wojna stawała się wręcz oczywistością. Sprawę zachowania pokoju w Europie zaangażował się też ambasador amerykański w Berlinie James W. Gerard, pisząc do kanclerza Bethmanna-Hollwega: "Ekscelencjo, czy rzeczywiście mój kraj nie może niczego zrobić, by powstrzymać tę straszliwą wojnę? Jestem pewien, że Prezydent poprze każde moje działanie na rzecz pokoju", odpowiedzi nie uzyskał. 1 sierpnia 1914 r. Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji, a na Place de la Concorde wśród okrzyków: "Á Berlin" maszerowały półki kawalerii francuskiej (oficerowie szli w białych rękawiczkach które wkrótce potem utoną we krwi, podobnie jak granatowe mundury francuskiej piechoty - która stanowiła wprost wyśmienity cel dla niemieckich strzelców). Tego samego 1 sierpnia jedna z londyńskich gazet pisała: "300 milionów ludzi zasypia dziś w oparach strachu i bezradności. Czy nie ma nikogo, kto rozwiałby te opary, żadnego światełka nadziei na tej upiornej scenie?" Nie było, narody pragnęły wojny niczym w amoku garnęli się do "krótkiej, zwycięskiej wojenki", która miała być odpowiednikiem męskiej przygody, hartem ducha i wytrwałości. Ponad milion ofiar poniesionych przez samą Francję wśród żołnierzy (nie licząc oczywiście tych, którzy pozostali kalekami i którzy do końca życia nie byli w stanie normalnie funkcjonować, gdyż traumy wojenne wyrobiły w nich psychiczne opory. Widziałem na jednym z filmów wykonanych po wojnie, jak poruszali się ludzie poddani stresowi wojennemu, okropność, nie wspominając oczywiście o odrażających ranach i deformacjach ciała).




Ale ta wojna nie dla wszystkich była przekleństwem. Dla nas, Polaków była błogosławieństwem Bożym. Nie było bowiem innej możliwości odzyskania niepodległości, jak wzajemne wyniszczenie zaborczych mocarstw w wielkiej wojnie. Dlatego też tak wielu z taką nadzieją wyczekiwało tej europejskiej katastrofy, z której narodzić miała się wolna, niepodległa i odrodzona Rzeczpospolita. Z końcem lipca 1914 r. Józef Piłsudski zwrócił się do Ferdynanda Goetela, zaniepokojonego faktem że rosyjska mobilizacja może nie doprowadzić do wojny z Austro-Węgrami, rzekł: "Nie obawiajcie się, wojna będzie!". A 6 sierpnia 1914 r. z Krakowa wyruszyła Pierwsza Kompania Kadrowa, jakkolwiek by na to nie patrzeć to jednak był to zalążek przyszłej Armii Polskiej. Dziewięć lat później, w sierpniu 1923 r. Marszałek Józef Piłsudski wziął udział w II Zjeździe Związku Legionistów w Krakowie. Miesiąc później udzielił Marszałek wywiadu dziennikarzowi Władysławowi Baranowskiemu, w którym to żalił się iż w odrodzonym państwie ogromne pole do popisu ma nie tylko obca agentura, ale również rodzimi inwigilatorzy (żalił się bowiem na podsłuchy telefoniczne i na ciągłą obserwację Jego osoby), mówił: "Widzę tu, pętające się dookoła mego domu rozmaite indywidua i coraz to nowe twarze. (...) Znam się na tym. Robią to przy tym tak niezgrabnie, nowicjusze. Inwigilują Naczelnego Wodza. (...) Mam w tym względzie swój pogląd i na wszystko jestem przygotowany" a po cichu dodał: "Mordercy".

W dniach 19 września - 2 października 1923 r. w miejscowości Bolszewo pod Moskwą odbył się II Zjazd Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Był to jednocześnie ostatni zjazd, na którym delegaci zostali wybrani w miarę demokratycznie, każdy następny skład partii był już z góry narzucany przez Moskwę. Ostatecznie wybrano 49 delegatów, a atmosfera zjazdu upływała pod znakiem bliskiego wybuchu rewolucji komunistycznej w Niemczech. W obradach uczestniczył również przewodniczący Komitetu Wykonawczego Kominternum Grigorij Zinowiew, który zapowiadał: "Rewolucja niemiecka jest nieunikniona i w najkrótszym zapewne czasie rozegrają się tam wypadki rozstrzygające. Stanie się to za parę miesięcy, być może wcześniej, raczej wcześniej niż później". Zinowiew z takim przekonaniem głosił rozpoczęcie rewolucji niemieckiej, gdyż wiedział już doskonale że na Kremlu zapadła decyzja o wsparciu sotni (zenturien) Brandlera - przywódcy niemieckich komunistów - który miał rozpocząć rewolucję najpierw w Dreźnie i w Saksonii, następnie w Hamburgu, potem w Berlinie i ostatecznie w całych Niemczech. Zinowiew podczas swej przemowy wielokrotnie podkreślał konieczność takiej rewolucji, a jednocześnie stwierdzał że: "Rosyjska partia komunistyczna, nasza Republika sowiecka, nawet gdyby tego chciała, nie mogłaby, nie potrafiłaby oddzielić swych losów od losów rewolucji niemieckiej". Oczywiście na końcu deklamował że: "my jesteśmy za pokojem", czyli stara śpiewka komunistów nawołujących do rewolucji wszędzie gdzie tylko można, a jednocześnie podkreślających że oni to są gołąbkami pokoju (swoją drogą nie pamiętam już czy pisałem na temat gołębi, dlaczego to stały się symbolami pokoju. Gołębie bowiem są bardzo agresywnymi zwierzętami i raczej nie powinny być uważane za symbol pokoju). Komunistyczna Partia Robotnicza Polski jednocześnie na tym zjeździe deklarowała powrót do "haseł patriotycznych". Oczywiście uznawano polską niepodległość, ale deklarowano jednocześnie, że prawdziwa niepodległość będzie wtedy, gdy Polska opsze swą koncepcję na bratnim sojuszu z rewolucją niemiecką i rosyjską, na utworzeniu "Federacji Wolnych Republik Robotniczo-Chłopskich Europy" (czyli to co mamy dziś, tylko w wydaniu Unii Europejskiej). Oczywiście uznawano że wschodnia granica Rzeczpospolitej musi zostać zmieniona, gdyż Ukraińcy, Białorusini i Litwini pragną "połączenia z ich braćmi po drugiej stronie słupów granicznych". Natomiast wyciszono negację zachodniej granicy Polski. Do 16-osobowego składu Komitetu Centralnego wybrano: Adolfa Warszawskiego-Warskiego, Marię Koszucką, Maksymiliana Horowitz-Waleckiego, Saula Amsterdama-Henrykowskiego, Henryka Bitner-Bicza, Juliana Bruna, Aleksandra Danieluk-Stefańskiego, Franciszka Fiedlera, Franciszka Grzelszczaka, Romana Jabłonowskiego, Władysława Stein-Krajewskiego, Osipa Kriłyk-Wasilkiw, Stanisława Mertens-Skulskiego, Ludwika Szabatowskiego, Jerzego Sochacki-Czeszejko i Wacława Wróblewskiego. 

Sowieckie Politbiuro wyznaczyło datę wybuchu rewolucji w Niemczech na 9 listopada 1923 r. W tym celu do Niemiec przerzucono najróżniejszych agentów i współpracowników Razwiedupra (wywiadu wojskowego), INO (oddziału zagranicznego), GPU i Kominternu. Zakładano tam tajne bazy z bronią, formowano i szkolono oddziały bojowe Komunistycznej Partii Niemiec, a przede wszystkim przeznaczono na ten cel kwotę 300 milionów rubli w złocie, która była bez wątpienia astronomiczna, a jednocześnie pokazywała jak bardzo Sowietom zależało na wybuchu rewolucji w Niemczech i (po zwycięstwie) na połączeniu dwóch komunistycznych państw w celu dalszej ekspansji na Europę.

22 września w Bułgarii tamtejsi komuniści podjęli nieudaną próbę wszczęcia rewolucji komunistycznej. Bułgaria należała do państw, które znalazły się w obozie przegranych I Wojny Światowej. Przystąpiła do wojny 6 października 1915 r. po stronie Niemiec i Austro-Węgier (notabene wejście do wojny Bułgarii doprowadziło do załamania się obrony Serbów i zajęcia kraju przez wojska austro-węgierskie i bułgarskie). Gdy jednak wojna na Zachodzie dobiegała zwycięskiego dla aliantów końca, 29 września 1918 r. w Salonikach Bułgaria podpisała zawieszenie broni i wycofała się z wojny, 3 października abdykował dotychczasowy car Ferdynand I a jego miejsce zajął 24-letni syn Borys III. Kraj następnie został zajęty przez wojska francuskie, brytyjskie i włoskie, wprowadzono też stan wyjątkowy w całym kraju. Do tego dochodziły powojenne trudności gospodarcze, ogromna drożyzna i braki podstawowych towarów żywnościowych a także opałowych. Wszystko to stwarzało doskonałe podglebie dla wybuchu rewolucji komunistycznej. 27 lipca 1919 r. Bułgaria podpisała w Neuilly pod Paryżem układ pokojowy, na mocy którego traciła znaczne tereny na korzyść Królestwa Serbów Chorwatów i Słoweńców (czyli późniejszej Jugosławii), Rumunii i Grecji. W kraju nazwano to "Drugą katastrofą narodową" (pierwszą była klęska w wojnie z koalicją bałkańską i Turcją w roku 1913). W kolejnych latach trwała gospodarcza penetracja Bułgarii przez wielki międzynarodowy kapitał, to zaś doprowadziło iż już w 1921 r. wszystkie banki, cukrownie i prawie wszystkie kopalnie węgla oraz rud były w obcych rękach. W 1921 r. przyszło jeszcze załamanie gospodarcze, w wyniku którego wiele osób straciło pracę. Kryzys potęgował się i był to wymarzony czas dla Moskwy. Rządząca w kraju socjal-ludowa partia zemedelców Aleksandra Stambolijskiego wybitnie sobie nie radziła z tymi problemami. W kraju panowała też obawa przewrotu (czy to prawicowego czy lewicowego), tym bardziej że stacjonowały tu oddziały rosyjskiej, białogardyńskiej Armii gen. Wrangla, które przybyły tutaj na początku 1920 r. z Krymu. Ostatecznie rząd Stambolijskiego zmusił ich do złożenia broni i rozwiązania się, mimo to w kraju panowała atmosfera wrzenia. Domagano się aresztowania i surowego osądzenia sprawców klęsk z 1913 i 1918 roku (sprawcy wciągnięcia Bułgarii w wojnę w 1915 już wówczas zostali osądzeni i trafili do więzień), wręcz domagamy się krwi za narodowe krzywdy. W nocy z 8 na 9 czerwca 1923 r. z poparciem cara Borysa przeprowadzony został wojskowy zamach stanu przeciwko rządom zemedelców. Wojsko (i junkrowie Szkoły Wojskowej w Sofii) aresztowali wielu przedstawicieli tego stronnictwa, sam premier Stambolijski przybywał wówczas w swej rodzinnej wsi Sławowica, gdzie zorganizował opór chłopów, który załamał się już 11 czerwca. Aresztowany, został przewieziony do swej willi w Sławowicy, gdzie rozpoczęły się wielogodzinne tortury. Ostatecznie został tam też zamordowany. Nowym premierem 9 czerwca został Aleksander Cankow, organizator "Narodowego Porozumienia" (złożonego z partii demokratycznej, ludowej i radykalnej). By poprawić sytuację ekonomiczną kraju, nowy rząd zamierzał przede wszystkim zwiększyć liczbę godzin pracy, jednocześnie obniżając pensję robotnikom. 12 września aresztowano 2000 komunistów bułgarskich, gdyż spodziewano się przewrotu komunistycznego. Rzeczywiście doszło do niego w nocy z 22 na 23 września 1923 r. głównie w północno-zachodniej Bułgarii. Ostatecznie do 29 września (po krwawych walkach o kilka tamtejszych miast) rewolucja komunistyczna zakończyła się klęską, a sami rewolucjoniści z Georgij Dymitrowem na czele uciekli do Jugosławii.




10 października w Moskwie na Międzynarodowym Kongresie Chłopskim utworzono Międzynarodówkę Chłopską (Kriestintern) której to zastępcą sekretarza generalnego w latach 1923-1928 był działacz KPRP Tomasz Dąbal.

13 października 1923 r. miał miejsce bodajże największy zamach terrorystyczny w międzywojennej Polsce - eksplozja składu amunicji w warszawskiej Cytadeli. Początkowo nic nie zapowiadało tej katastrofy. Rankiem sześciu wchodzących do Cytadeli pracowników prochowni zostało tradycyjnie poddanych rutynowej kontroli (bardzo dokładnej, łącznie z kontrolą bielizny osobistej) w celu znalezienia jakichkolwiek niedopałków lub czegokolwiek, co mogłoby zaprószyć ogień w składach amunicji i prochu. Niczego nie znaleziono, jednak ok. godziny 9 rano szef kompanii piechurów 21 Pułku Piechoty porucznik Bakierski zauważył dym unoszący się nad obwałowaniem prochowni. Natychmiast krzyknął do żołnierzy: "Za szwalnię!", a chwilę potem zaś rozległ się potworny rozrywający huk. Był on tak wielki, że żołnierze piechoty ćwiczący wówczas nad Wisłą, widząc co się dzieje i sądząc że jest to atak gazowy, a nie mając przy sobie masek gazowy, ruszyli ku Wiśle żeby się ukryć w wodzie i tym samym uniknąć śmiertelnych oparów. O skali eksplozji niech świadczy fakt, że w jej wyniku zawaliły się dachy domów oficerskich na Żoliborzu, a na starym mieście wyleciały szyby z okien, huk zaś było słychać w Otwocku i Mińsku Mazowieckim. W wyniku eksplozji zniszczony został budynek X Pawilonu Cytadeli, a także stajnia, kuchnia, szwalnia i magazyn z mundurami i tylko dzięki temu, że prochownia była częściowo wkopana w ziemię i otaczał ją ziemny wał zawdzięczać należy że siła wybuchu nie była większa i że nie ucierpiał pobliski fort amunicyjny, załadowany pociskami artyleryjskimi. Na miejscu wybuchu zginęło jednak aż 28 osób (w tym wiele kobiet i dzieci, gdyż w forcie mieszkały przecież całe rodziny oficerskie) a 90 kolejnych odniosło poważne rany. O przeprowadzenie tej akcji zostali oskarżeni dwaj oficerowie Wojska Polskiego (których wymieniłem w poprzedniej części) Walery Bagiński i Antoni Wieczorkiewicz, którzy już od sierpnia 1923 r. przybywali w więzieniu więc nie mogli bezpośrednio podłożyć ładunków wybuchowych (jednak Wieczorkiewicz wcześniej przechwalał się że jest gotów wysadzić cytadelę w każdym momencie, a po wybuchu śpiewał wraz z Bagińskim pieśń rewolucyjną "Czerwony Sztandar"). Należeli oni jednak do kręgu Władimira Milutina - wysokiego przedstawiciela Kominternu, stojącego od 1923 r. na czele poselstwa sowieckiego w Warszawie. To on zarządzał nasileniem akcji terrorystycznych, akcji strajkowych i wszelkich demonstracji oraz zamieszek ulicznych, to właśnie z ambasady sowieckiej wyszły ładunki wybuchowe, która zostały podłożone w warszawskiej Cytadeli. W każdym 10 grudnia Bagiński i Wieczorkiewicz skazani zostali na karę śmierci, zamienioną następnie na długoletnie więzienie (ostatecznie mieli być wymienieni na Polaków uwięzionych na Łubiance, ale do tego nie doszło, gdyż 29 marca 1925 r. zastrzeleni zostali przez eskortującego ich przodownika policji Wincentego Muraszkę). Zamach w warszawskiej Cytadeli mocno przeraził opinią publiczną i wyrwał z przekonania o trwałym bezpieczeństwie. 






Natomiast Milutin nie próżnował. To z jego inicjatywy powstało Zakordonnyj Otdieł który koordynował zamachy przeprowadzane na wschodnich terenach Rzeczpospolitej. To za jego zgodą dokonywano zabójstw funkcjonariuszy policji i Wojska Polskiego, urzędników oraz kolonistów wojskowych na wschodnich rubieżach Polski. To on przekazywał środki i dyspozycje dla bojówek i oddziałów dywersyjnych, które miały wspomagać bunty Białorusinów i Ukraińców, oraz podważać zaufanie do władz Rzeczpospolitej na Wschodzie. W tamtym czasie - jeszcze przed utworzeniem Korpusu Ochrony Pogranicza - był to bardzo poważny problem dla młodej polskiej państwowości.

Również w październiku 1923 r. w Wilnie utworzono Komunistyczną Partię Zachodniej Białorusi, jako autonomiczną strukturę wchodzącą w skład Komunistycznej Partii Robotniczej Polski. Pomimo jednak tego wszystkiego odrodzony kraj z trudem bo z trudem, ale nieustannie rósł w siłę.


CDN.