Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEPOWIEDNIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PRZEPOWIEDNIE. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2022

EGZYSTENCJALNE PITU PITU...

 CZYLI KRÓTKA "ROZKMINA" 

NA TEMAT WIECZNOŚCI

 

 
 Czytając przepowiednie bułgarskiej mistyczki Baby Wangi,natknąłem się na taką oto informację, że w roku 3871 pojawi się wśród ludzi prorok, który zacznie nauczać nowych praw, moralności i duchowości (stanie się to już jednak na innej planecie, gdyż życie na Ziemi dobiegnie kresu do roku 3797, choć planeta jako taka zapewne przetrwa, tylko ma być już niezdatna do życia). Ten nowy ruch odrodzonej duchowości będzie się bardzo szybko rozwijał i obejmował będzie kolejne ludzkie miasta i kolonie na nowej planecie, tak, iż do 3874 r. nowa wiara ma stać się globalną religią ludzkości. W pierwszej fazie rozwoju tej nowej wiary, skonfrontuje się ona z owym materialistycznym podejściem naukowców, którzy zapatrzeni w nieomylność nauki, będą próbowali powstrzymać nową wiarę (swoją drogą nic głupszego nie słyszałem jak określenie: "nieomylność nauki". Dlaczego? A dlatego, że nauka nigdy nie będzie nieomylna, gdyż jest ciągłym doświadczeniem, to, co było oczywiste dla naukowców w XVIII wieku, zostało obalone w wieku XIX, a to, co było oczywiste dla XIX-wiecznych uczonych, zostało podważone przez naukowców żyjących w wieku XX; dlatego też nauka nigdy nie będzie wiarą - to znaczy może stać się wiarą, ale to będzie jedynie kolejny rodzaj totalitarnej religijności - gdyż polega na nieustannym doświadczeniu, dlatego też według mnie wiara, duchowość i nawet religia nie stoi i nigdy nie stała w sprzeczności z nauką, jedynie bardzo ograniczone umysły nie są w stanie zaakceptować faktu, iż wiara jest jedynie odniesieniem do naszej "Pamięci Domu" lub "Pamięci Życia", a nauka to doświadczenie, które tę pamięć próbuje jakoś uporządkować w naszym materialnym świecie). Baba Wanga mówi jednak, że nauka w tym czasie będzie się odradzać po wcześniejszych katastrofach i wstrząsach politycznych (jak choćby po wielkiej wojnie o surowce z lat 3805-3815, w wyniku której zginie połowa ludzkiej populacji na "Nowej Ziemi"). Ludzkość ma bowiem znów cofnąć się w swym rozwoju (zarówno duchowym jak i technologicznym) i po wojnie o surowce wrócić do swoistego zamknięcia w swoich rodzinnych miastach-państwach, gdzie też nauka i technika dopiero będzie się powoli odradzać.
 
Nowa wiara stanie w sprzeczności odradzającej się ludzkiej nauki, jako odpowiedzialnej za katastrofę i śmierć milionów (lub miliardów - w zależności jak wielkie byłyby to populacje, a Baba Wanga tego nie wyjaśniła) ludzi. Zacznie się ponowny okres odrodzenia duchowego, który będzie trwał wiele pokoleń i przez ten czas badania naukowe nie będą kontynuowane (lub też będą podejmowane w tajemnicy). Dopiero po roku 4300 nowa wiara ma wspierać naukę i technologię, przez co znacznie rozwinie się medycyna (Baba Wanga mówi, że w roku 4304 zostaną wynalezione lekarstwa na każdą istniejącą chorobę, a cztery lata później ludzkość stanie na takim rozwoju duchowym, iż uczucie zła i nienawiści zostanie całkowicie wyparte. Dwieście lat później człowiek osiągnie już taki poziom, że będzie mógł bezpośrednio skontaktować się z czymś... co dziś nazywamy Bogiem, a ok. roku 4600 ludzkość stanie się realnie nieśmiertelna (oczywiście nie oznacza to że ludzie przestaną umierać, a to, że przestaną się starzeć i będą mogli żyć setki a nawet tysiące lat i umierać będą albo z powodu "znudzenia życiem", albo też w wyniku odniesionych poważnych ran - których nie da się w miarę szybko zaleczyć). W roku 4674 ludzka populacja (na wszystkich przez siebie skolonizowanych planetach) ma liczyć 340 miliardów, a ludzie mają łączyć i asymilować się z obcymi rasami. Natomiast w 5076 r. ma zostać odkryta granica Wszechświata, do której zostanie wysłana misja, aby sprawdzić co jest poza tą granicą. W roku 5079 Baba Wanga przewidziała koniec wszelkiego życia w (naszym) Wszechświecie (zapewne znaleziono tam coś, co zakończy życie naszego Uniwersum).
 
 

 
Opierając się na tej przepowiedni, chciałbym krótko pochylić się nad kwestią przemijania, powrotu i ogólnie rzecz biorąc - śmierci jako takiej. Wielokrotnie już na tym forum pisałem, że śmierć nie istnieje i że jest tylko formą przejściową, pomiędzy jednym stanem w którym jesteśmy (tu, w materialnym świecie), a drugim, gdzie powracamy po zakończeniu naszych "misji". Zastanawia mnie bowiem paradoks ateistów - czyli ludzi głoszących oficjalnie tezy niewiary w Boga (za to wiary w inne, zastępcze ersatze, jak choćby nauka, życie materialne jako jedynie istniejące i możliwe czy też jakieś inne zjawiska naturalne). Musiałbym być kompletnym idiotą, aby stwierdzić że Boga nie ma, podczas gdy wszystko (dosłownie WSZYSTKO) codziennie utwierdza mnie w przekonaniu o Jego obecności, bliskości i wsparciu. Cała natura jest tak genialnie pomyślana, że nie sposób byłoby, aby powstała ona z kompletnego chaosu i uformowała się w kształty, kolory oraz funkcje jakie pełni. Nie jest to możliwe (wystarczy zrobić mały eksperyment, np. rozłóżmy na podłodze jakieś kubki, talerze lub inne przedmioty w sposób nieregularny, a następnie - na zasadzie Wielkiego Wybuchu - ciskajmy w nie piłką tak długo, aby uformować z nich dobrze przystrojoną zastawę stołową i to bez dotyku rąk czy nóg, jedynie dzięki trajektorii rzucanej w ich kierunku piłki. Ciekawe co nam z tego wyjdzie, ale założę się że w ten sposób nie zastawimy stołu do obiadu czy kolacji). Wszystko jest tak doskonale pomyślane, tak przystosowane, że stwierdzenie iż wzięło się samo z siebie, jest co najmniej nielogiczne. Najbardziej zaś przekonują mnie do kwestii wiary w istnienie Boga sami naukowcy (oczywiście nie wszyscy, mam tu na mysli pewną bardzo elitarną grupę naukowców, którzy zajmują się zagadnieniami zupełnie nieznanymi i nie ujawnianymi opinii publicznej - jak choćby kontakty z obcymi cywilizacjami). Czytałem kiedyś artykuł, gdzie wypowiadał się człowiek, który pracował dla pewnej organizacji (nazwijmy ją "naukową") i on otwarcie przyznał: "Byłbym totalnym głupcem, gdybym nie wierzył w Boga, mając codziennie mnóstwo dowodów Jego istnienia". A mówił to człowiek, dla którego takie detale jak fizyka kwantowa czy badania molekularne nad rozszczepianiem ciał stałym (i nie tylko) oraz ich powrotnym łączeniem to było coś z czym stykał się na co dzień. I nagle okazuje się, że tacy ludzie wierzą w Boga? Jak to możliwe? Może tak, iż oni doskonale zdają sobie sprawę (lub domyślają się) że to, z czym mamy do czynienia tu, na Ziemi czy też w tym naszym Wszechświecie, to tylko pewna forma swoistej "zabawy", doskonalenia przez przez cierpienie, nauki przez doświadczenie i poznanie przez doznania.
 
Jednak to, co mnie interesuje, to fakt, iż po śmierci my w dalszym ciągu jesteśmy tacy sami, jak za życia. Mamy swoje namiętności, swoje potrzeby, swoje troski i swoje radości i dopóki nie uświadomimy sobie że nas już na tym świecie w materialnym ciele nie ma, że istniejemy w naszej duchowej postaci (choć dla nas samych jest to postać taka, jaką zapamiętaliśmy, czy jaką posiadaliśmy za życia), to te wszystkie namiętności wciąż przy nas pozostaną (oczywiście niemożność porozumienia się z członkami rodziny, kolegami z pracy i w ogóle ludźmi żyjącymi - może nas nieco irytować, a nawet gniewać, ale będzie tak tylko dopóty, dopóki nie uświadomimy sobie, że to już koniec naszej ziemskiej wędrówki i teraz czas na odpoczynek po trudach "nauki życia"). Dlatego też uważam, że ateiści, którzy świadomie odrzucają Boga, są niczym ślepcy, którzy stracili wzrok i za cholerę nie chcą go odzyskać, bo czują się w tym swoim ociemniałym świecie dość wygodnie. 
 
to tyle na dziś (zapowiadałem że będą to krótkie pitu-pitu 😉). Na zakończenie pragnę jeszcze, abyście posłuchali relacji Krzysztofa Jackowskiego, co do którego jako jasnowidza mam pewne wątpliwości, ale według mnie on zawsze bardzo trafnie opisywał nasze istnienie tutaj i to, że życie nie kończy się wraz z śmiercią fizycznego ciała, a jedynie następuje proces przemiany - przejścia z jednego stanu w drugi. I tak będzie dopóty, dopóki nie osiągniemy duchowej doskonałości pozwalającej nam ponownie zjednoczyć się z naszym Stwórcą.   
 
 
 
 

środa, 5 maja 2021

PRZYSZŁOŚĆ POLSKI I EUROPY WEDŁUG OBJAWIEŃ I PRZEPOWIEDNI - Cz. VII

"MIAŁEŚ CHAMIE ZŁOTY RÓG...!"






PRZEPOWIEDNIE WERNYHORY

(XVIII wiek)



Tak, przepowiednie, a nie przepowiednia, gdyż były dwa różniące się od siebie kopie spisanego tekstu ze słowami, które wypowiedzieć miał na łożu śmierci ów Wernyhora. Ale nim do nich przejdę, warto odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie był ów wieszczek o imieniu Wernyhora i dlaczego właśnie jego postać odcisnęła się tak mocno w polskiej kulturze? Otóż realnie rzecz biorąc, był on... nikim, zwykłym kozackim chłopem i nosił imię Moisiej (Mojżesz?) Wernyhora. Żył on sobie na Zaporożu w XVIII wieku (a ziemie te, były wówczas pod władaniem Moskwy). Wielkie poruszenie ogarnęło te ziemie, już w roku 1766, gdy moskiewscy wysłannicy carycy Katarzyny II, poczęli rozgłaszać wśród ludu ukraińskiego konieczność odzyskania dawnych kozackich swobód (ograniczanych skrupulatnie przez Rosję od 1686 r. i ostatecznie zniesionych  na Ukrainie Lewobrzeżnej w 1764 r.) poprzez ponowne (jak za Chmielnickiego) "rozprawienie się z Lachami". Ponieważ Patriarchat Kijowski był całkowicie podporządkowany Moskwie, zaś cerkwie ukraińskie zapełnione były popami, przysłanymi z głębi Rosji - przeto lud ukraiński był poddawany intensywnej presji (by rozpocząć ataki i mordy po polskiej stronie Dniepru, czyli na Ukrainie Prawobrzeżnej) i to zarówno przez agitatorów wysyłanych przez władze, jak i przez popów w cerkwiach. Moisiej Wernyhora widział co się dzieje, widział jak jego własny brat palił się do rabunków i mordów po polskiej stronie. Nie wiadomo dokładnie co spowodowało konflikt między braćmi (zapewne właśnie wizja owej Koliszczyzny), ale ostatecznie Moisiej zabił swego brata, a następnie przekroczywszy Dniepr, uciekł (porzucając żonę) na polską stronę i osiedlił się w starostwie korsuńskim, we wsi Makedon (1766 r.). 

Przestrzegał tamtejszą ludność przed wybuchem Koliszczyzny i atakami podpuszczonych przez Moskwę, ukraińskich kozaków z Lewobrzeżnej Ukrainy. A gdy w czerwcu 1768 r. rozpoczęły się rzezie ludności polskiej i żydowskiej na zachód od Dniepru (Koliszczyzna trwała co prawda zaledwie miesiąc, ale liczba dokonanych przez ten czas zbrodni i gwałtów jest wprost oszałamiająca i zapewne jeszcze kiedyś ten temat oddzielnie omówię), Moisiej Wernyhora uciekł przed siepaczami Maksyma Żeleźniaka i dotarł na wyspę, leżącą pośrodku rzeki Rosi, gdzie osiadł w opuszczonym domu. Żył tam przez kilkadziesiąt kolejnych lat, aż do swej śmierci (data jego śmierci nie jest znana, ale przypuszcza się, że musiała nastąpić około roku 1805). Na łożu śmierci (ponoć w wieku 90 lat) miał doznać objawienia bożego, w trakcie której ukazała mu się przyszłość Polski w kolejnych wiekach. Zawezwano więc do niego starostę korsuńskiego, niejakiego Suchodolskiego, który właśnie w owym 1805 r. miał spisać tekst przepowiedni umierającego starca. Gdy dotarł na wyspę na Rosi, ujrzał Wernyhorę leżącego w łożu i ledwie żywego, ale gdy wszedł tamten jakby ożył i podniósłszy się na łóżku, tak zaczął doń mówić:



I PRZEPOWIEDNIA WERNYHORY

(Spisana przez starostę Suchodolskiego w roku 1805, której tekst potem ukazał się w wydanym w Paryżu w 1841 r. przez Bibliotekę Polską dr. Adama Lewaka, liście niejakiego pana A.B. wysłanym do przyjaciela Mickiewicza - Izydora Sobańskiego. Oto tekst owej przepowiedni)



 "Jestem prosty Kozak, rodem z Makiedon, lecz i Kozak jest Polakiem i ja służyłem ojczyźnie, jak mogłem. Teraz już moja dłoń oręża nie podźwignie, ale żałość ma ostatnia za Polską i myśl ma ostatnia dla Polski. Pisz, Panie Starosto słowa moje, gdyż przeze mnie nie duch człowieka, ale duch Boży przemawia. Pochowacie ciało moje na wyspie Rosią oblanej, poniżej młynów korsuńskich, lecz i tam w spoczynku nie będę, bo po mojej śmierci zwłoki me po całym świecie się rozproszą".


Ponoć to również okazało się prawdą, gdyż (jak odnotował w "Encyklopedii Powszechnej" Orgelbranda - Kazimierz Wójcicki) ok. 1825 r. (dwadzieścia lat po śmierci Wernyhory) rzeka Rosia mocno wezbrała i powódź doszczętnie zmiotła cmentarz, na którym był on pochowany. Wernyhora mówił dalej:


"Naród jeden daleki, zamordowawszy króla, powstanie tak, że wie­lu królom i książętom strasznym się stanie, zgnębi jedno królestwo, a na odebranym od niego kraju małym powstanie część Polaków i rząd nowy. W roku trzecim po powstaniu tych Polaków będzie w wielkiej części świata straszna wojna. Posunie się potem mocarz Zachodu i na czele narodów pójdzie na Wschód - i Smoleńsk zdobędzie i Kreml obali - ze szczytu wielkości strącony, wygnany zostanie na wyspę. Będą się zbierać monarchowie i radzić, a ostatni Zjazd będzie w Rusi Czerwonej, ale z układów monarchów nic do skutku nie przyj­dzie. Będą się kojarzyć związki, aby Polskę utworzyć, ale te zrazu skutku nie wezmą i nie udadzą się. Przyjdzie do wojny z Turkami, którzy pokonani zostaną i Rosja jak koń rozhukany pomknie się w głąb Turcji, lecz potem się Turcja pokrzepi. Polacy zaczną pow­stawać. Wojownik wielki z narodem bitnym zwycięży Rosjan i wtedy naród Polski mocniej powstawać zacznie: wpadnie potem na obóz moskiewski pod Konstantynopolem, w jarze Hańczarychą zwanym, Moskałów zbije i bić już będzie do mogił Perepiata i Perepiatychy, gdzie drugi obóz moskiewski stanie, wszędzie ścieląc trupami moskiewskimi. Przyłączy się do Polaków Turczyn i An­glik, pójdą przez Kijów, zawalając Dniepr trupami moskiewskimi, zajdą w daleki kraj moskiewski i w końcu powitają Moskale Pola­ków, jako braci: z nieprzyjaciół zrobią się przyjaciele. Polski kraj zostanie w dawnych granicach za pomocą Turków i Anglików. Mały i mało znany naród wystąpi i zjedna sobie znaczenie w Europie. I Małorosja szczęścia zażyje, lecz nie dojdzie dla niej czas, w któ­rym wielkie zajdą rzeczy. Mówiłbym o nich, ale się boję, aby Dniepr ze swoich nie wystąpił łożysk. W znacznej części świata odmieni się zewnętrzne nabożeństwo, nastaną nowe rządy, stare zmienią się albo upadną i szczęśliwość trwać będzie przez wiele lat".


Spisanej przez Suchodolskiego przepowiedni Wernyhory, zarzuca się bardzo wiele nieścisłości, a nawet jawnych przekłamań. Dlatego też pozwolę sobie nie skomentować tej przepowiedni i przejdę od razu do drugiej, która wydaje się bardziej bliska prawdy. Jej tekst został opublikowany w grudniu 1830 r. (tuż po wybuchu Powstania Listopadowego) przez Joachima Lelewela (została ona potem umieszczona w powieści Michała Czajkowskiego pt.: "Wernyhora", która ukazała się w Paryżu, w 1837 r.). Oto ona:




II PRZEPOWIEDNIA WERNYHORY



"Polsko, ojczyzno moja, biedna twoja dola na teraz. Hojnie się przeleje krew synów twoich, wysokie mogiły wzniosą się z ich kości. Spustoszenie, rozpacz i bujny smutek pociągną się po twej ziemi. Trzy postronne sępy trzy razy ciebie rozszarpią, i upadniesz. Na niczym spełzną usiłowania polskich synów, król twój dzisiejszy jak zaczął tak skończy, płaszcząc się na dworze moskiewskiej carycy. Ojczyzno, długo jeszcze będziesz pod jarzmem obcych, część twoich dzieci rozproszą na bezludne obszary w niewolę, druga pójdzie w dalekie kraje żebrać pomocy krwią, słowem dla nieszczęsnej matki. Po długich bólach zjawi się olbrzym z Zachodu i nadzieja zabłyśnie dla Polski. Polacy na polskiej ziemi walczyć będą ze swoimi wroga­mi, ale nadzieja ta zajaśnieje i zgaśnie jak spadająca gwiazda z nieba. Jednak ci co ją rozszarpali powiedzą: jest orzeł biały, jest królestwo polskie, a ludzie słabi tym łudzić się będą, a nawet błogosławić mor­derców ojczyzny, ale zły car, chciwy przelewu krwi swoich podda­nych zasiądzie na tronie Jagiellonów i pokaże, że blichtr nie jest prawdą". 






"Naród polski powstanie we wszystkich częściach polskiej ziemi, ale zabraknie mu na ładzie, zgodzie i człowieku, jak dawniej tak i tą razą upadnie. Polacy jedni, jak orły po spustoszeniu gniazda, polecą na wędrówkę daleką, drudzy na wygnaniach i w niewolach smutne dni liczyć będą. Polska nasiąkła krwią swoich dzieci, uży­źniona ich trupami długo znosić będzie ciężar ciemiężców, ale wreszcie nadejdzie czas, kiedy Anglik sypnie złotem, Francuz wes­prze, Muzułmanin konie napoi w Horyniu. Polacy liczni jak drzewa litewskich borów, jak ziarnka piasku brzegów Wisły, jak burzany stepu, powstaną i walczyć będą z wrogami. Pierwsze zwycięstwo odniosą w jarze Hańczarychy, drugie koło mogił Piata i Perepiatychy, trzecie przy siedmiu mogiłach, czwarte i ostatnie między Rzyszczowem a Jańczą. Dniepr całkiem krwią za­farbuje się, potaszczy o porohy roztrącając trupy wrogów, a od Czarnego Morza do Bałtyckiego od Karpatów po Niżowe Stepy nie będzie ani Niemca, ani Moskala na polskiej ziemi. I Polska będzie wielka, potężna po wiek wieków". 






Zapewne nie trzeba w tej przepowiedni wiele wyjaśniać, gdyż praktycznie wszystko jest jasne. "Trzy postronne sępy trzy razy ciebie rozszarpią i upadniesz" - to oczywiście symbole trzech zaborczych  mocarstw: Rosji, Prus i Austrii, które to w latach 1772, 1793 i 1795 dokonały rozbiorów dawnej Rzeczpospolitej. Zaś to zdanie: "Ojczyzno, długo jeszcze będziesz pod jarzmem obcych, część twoich dzieci rozproszą na bezludne obszary w niewolę, druga pójdzie w dalekie kraje żebrać pomocy krwią, słowem dla nieszczęsnej matki" - jest to alegoria Wielkiej Emigracji po-powstaniowej, której przedstawiciele głównie wyemigrowali do Francji i Szwajcarii (Paryż i Berno były głównymi siedzibami polskich organizacji niepodległościowych na uchodźstwie), ale także do Niemiec, Belgii, Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Inni zaś, zostali zesłani na katorgę, na syberyjskie pustkowia. 



ZABAWNE PRZEDSTAWIENIE DZIEWIĘTNASTOWIECZNEJ POLSKIEJ EMIGRACJI WE FRANCJI, NA PRZYKŁADZIE SKECZU "CHOPIN"





Następne zdanie brzmi: "Po długich bólach zjawi się olbrzym z Zachodu i nadzieja zabłyśnie dla Polski. Polacy na polskiej ziemi walczyć będą ze swoimi wroga­mi, ale nadzieja ta zajaśnieje i zgaśnie jak spadająca gwiazda z nieba" i oczywiście odnosi się do cesarza Napoleona Wielkiego, dzięki któremu ponownie powstała namiastka dawnej Rzeczpospolitej, w postaci Księstwa Warszawskiego, lecz po zwycięstwie nad Rosją w 1812 r. Polska miała się odrodzić w swych dawnych granicach. Niestety, błąd spowodowany marszem na Moskwę (miast na Kijów), doprowadził do klęski Cesarza i Jego upadku.






Po upadku powstań znów nadejdą czasy emigracji: "Polacy jedni, jak orły po spustoszeniu gniazda, polecą na wędrówkę daleką, drudzy na wygnaniach i w niewolach smutne dni liczyć będą. Polska nasiąkła krwią swoich dzieci, uży­źniona ich trupami długo znosić będzie ciężar ciemiężców". Będą też nieustannie zaciągać się w szeregi obcych armii, z nadzieją że konflikty interesów tych państw, pozwolą im powrócić do Ojczyzny i wyprzeć stąd Rosjan, Austriaków i Prusaków.



"Po klęsce, nie pierwszej, podnosząc przyłbicę - przechodzą jak we śnie ostatnie granice. Przez cło przemycają swój okrzyk bojowy i kulę ostatnią, co w ustach się schowa. Przy stołach współczucia nurzają się w winie, i obcym śpiewają o Tej, co nie zginie! Swą krew ocaloną, oddają za darmo, każdemu kto zechce połączyć ich z armią. Farbują mundury, wędrują przez kraje i czasem strzelają do siebie nawzajem. Pod każdym sztandarem, byle nie białym - szukają zwycięstwa rozbite oddziały!!!"




Ostatecznie wizja Wernyhory zapewne dotyczy wybuchu I Wojny Światowej i Wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920. Ta pierwsza przyniosła jednoczesną klęskę trzech mocarstw zaborczych - Niemiec, Rosji (wybuch rewolucji bolszewickiej) i Austrii (która rozpadła się na szereg mniejszych państw), zaś zwycięstwo w tej drugiej wojnie, pozwoliło na dwadzieścia lat ocalić niepodległość i wolność nie tylko Polski i innych krajów Międzymorza, ale całej Europy w ogóle.






Nikt jednak nie przewidział pojawienia się świra Hitlera (z jego bandą mózgojebów o bardzo "tęczowych" konotacjach) i bydlaka Stalina (z równie sporą gromadką dewiantów), którzy zamienili cały Kontynent po raz kolejny w prawdziwe piekło. Co się więc tyczy ostatnich słów przepowiedni Wernyhory: "od Czarnego Morza do Bałtyckiego od Karpatów po Niżowe Stepy nie będzie ani Niemca, ani Moskala na polskiej ziemi. I Polska będzie wielka, potężna po wieki wieków" to jest już melodia przyszłości, jednak podobnie jak Chrystus doświadczywszy potwornych mąk i śmierci na krzyżu, ostatecznie Zmartwychwstał i stał się silniejszy, tak też i Polska/Rzeczpospolita po dziesięcioleciach doznanych mąk, po rozbiorach i po zbrodniach niemieckiego, oraz sowieckiego okupanta, musi (wraz z innymi krajami Międzymorza) zająć teraz należne Jej od wieków miejsce w Europie i Świecie i stać się latarnią, która odnowi ten świat. 






niedziela, 27 grudnia 2020

ŚWIAT PRZYSZŁOŚCI

JAKI BĘDZIE ŚWIAT 

ZA PIĘĆDZIESIĄT LAT? 

CZYLI ROZWAŻANIA O PRZYSZŁOŚCI 

z roku 1932

 
 
 
 
 
 "PRZEDMIOTEM ROZMYŚLAŃ I OBAWĄ SERCA 
JEST MYŚL O TYM, CO ICH CZEKA"

(Syr. 40,2)
 
 
 Jak będzie wyglądał świat, za pięćdziesiąt lat? Któż to może odgadnąć, ale futurologia to bardzo ciekawa i interesująca dziedzina, która poprzez swoistą zabawę typu "zgaduj zgadula" rozwija również myślenie i analizowanie ewentualnych zagrożeń mogących objawić się w przyszłości, których to początki widać już dziś. Zresztą przepowiadanie przyszłości zawsze cieszyło się ogromnym powodzeniem bez względu na epokę ludzkich dziejów. W starożytności, aby poznać zamierzenia bogów co do losów jednostek, radzono się kapłanów lub wieszczek (np. słynną delficką pytię, oraz kapłanów Zeusa ze świątyni w Dodonie - którzy również słynęli z przepowiadania przyszłości). W średniowieczu zaś ogromną popularność zyskała astrologia i umiejętność "czytania z ruchu gwiazd". Przecież ci wszyscy średniowieczni i renesansowi astronomowie, jak np. Mikołaj Kopernik, Georg Pauerbach, Johannes Müller czy inni im podobni, z pewnością umarliby z głodu, gdyby poprzestali jedynie na obserwacji koniunkcji gwiazd i planet. Tak naprawdę przede wszystkim byli oni z zawodu astrologami (Kopernik był jeszcze lekarzem i ekonomistą), układającymi horoskopy tym, którzy prosili ich o odszyfrowanie swojej przyszłości (często płacąc za przepowiednie spore sumy). Astronomami zaś owi mędrcy stawali się dopiero "po godzinach pracy", gdy mieli już trochę wolnego czasu dla siebie. XIX wiek przyniósł zaś ogromną popularność seansów spirytystycznych i swoistych "zabaw z duchami". W każdej więc epoce ludzie pragnęli sięgnąć poza zasłonę czasu i odkryć jaka przyszłość czeka ich samych, ich rodziny lub cele i zamierzenia których zamierzali się podjąć. Dziś właśnie zaprezentuję jedną z takich ciekawostek zamieszczonych na łamach (niezwykle popularnego przedwojennego) czasopisma "Tęcza" ukazującego się w latach 1927-1939. Tam właśnie w listopadzie 1932 r. (ze względu na przypadającą wówczas 14 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości) ukazał się tekst Tadeusza Kraszewskiego pt.: "Od dziś za lat 50. Rok 1982".
 
Rok 1932 był to rok szczególny. Już wówczas dawało się wyczuć duży niepokój o przyszłość tego, w jakim kierunku potoczą się losy świata i co czeka ludzkość w nadchodzących latach. W Niemczech coraz głośniejsze stawały się parady paramilitarnych oddziałów SA i SS. Owi "dziarscy chłopcy od Hitlera" zapatrzeni w swego wodza niczym w bożka, gotowi byli na bardzo wiele - łącznie z daniną krwi i własnego życia - aby tylko zrealizować wizję narodu panów dominującego w Europie i Świecie. Ci właśnie chłopcy w kilka lat później podpalą cały Kontynent, przynosząc ludzkości niewyobrażalne cierpienia, przemoc, pogardę i śmierć (jak pisał Ksawery Pruszyński ze swej podróży po Gdańsku w 1932 r.: "Widać ich najwięcej po godzinie szóstej: jedni wracają z pracy, drudzy z plaży. W koszulach z brązowej khaki, ciemniejszych bryczesach, sznurowanych butach lub owijakach (...). Armia "Trzeciego Reichu", walczące naraz ze wszystkiemi wrogami niemczyzny, z marksizmem, żydostwem, słowiaństwem, łaciństwem, "dyktatem" wersalskim. Walka o Niemcy z Alzacją i Lotaryngią, ziemiami flamanckiemi Belgii - może Holandią? Austrią i południowym Tyrolem włoskim, z Pomorzem, Poznańskiem, Śląskiem, całą byłą Kongresówką, której ludność (po cóż germanizować?) przesiedli się wagonami gdzieś na południe Syberii. Przyłączenie Niemców sudeckich z Czech, Litwa, Łotwa, Węgry, Białoruś, Ukraina (...) wasalaty. (...) Wytępienie komunizmu i socjalizmu, ale upaństwowienie banków, ale kontrola robotniczego państwa nad produkcją. Oczyszczenie rasy. Więc wygnanie żydów (...) odejście od chrystianizmu (...). Wskrzeszenie dawnej Germanii, Germanii i Tacyta i Nibelungów choćby z religią Wotana. (...) Siedzą tu w paru kwaterach, od dwóch lat. Dość późno: Hitleryzm w Niemczech ma 10 lat rozwoju za sobą". Należy pamiętać, że Gdańsk od stycznia 1920 r. był oddzielony od Niemiec, zaś w listopadzie powstało tzw.: Wolne Miasto Gdańsk, czyli zasiedlony w większości przez Niemców, quasi niezależny twór, który w kontaktach międzynarodowych był reprezentowany przez Polskę i włączony został do polskiego obszaru celnego. Oprócz parlamentu Gdańska - Volkstagu - i Senatu - pełniącego funkcję władzy wykonawczej - mieli tam również swe siedziby Wysoki Komisarz Ligii Narodów, oraz Komisarz Generalny Rzeczypospolitej Polskiej. W 1932 r. doszło do poważnego konfliktu polsko-niemiecko-gdańskiego, którego podstawą był spór o stacjonowanie polskich okrętów wojennych w porcie gdańskim, oraz... oraz o istnienie portu w Gdyni, która od czasu swego powstania w 1923 r. - w 1926 uzyskała zaś prawa miejskie - stała się poważnym konkurentem dla Gdańska i której szybkie "zburzenie" postulowali gdańscy Niemcy. Gdy więc Senat Gdańska wypowiedział w marcu 1931 r. umowę o korzystaniu z gdańskiego portu przez polskie okręty, sprawa stała się poważna, tym bardziej że do Gdańska miała zawitać brytyjska eskadra Royal Navy. Józef Piłsudski postawił wówczas sprawę jasno - prawa Polski do Gdańska są i pozostają bezdyskusyjne i aby to zamanifestować, dowództwo Marynarki Wojennej skierowało do Gdańska niszczyciel ORP Wicher, który miał powitać brytyjskie okręty w gdańskim porcie, zgodnie z układem oddającym Polsce prawo do reprezentowania interesów Wolnego Miasta Gdańska na arenie międzynarodowej. Tak też się stało, a dodatkowo dowódca okrętu otrzymał rozkaz otwarcia ognia w kierunku najbliższego urzędu gdańskiego, jeśliby doszło do próby zbezczeszczenia polskiej bandery przez miejscowe władze lub niemieckie organizacje. Tak się jednak nie stało, gdyż niemieckie władze Gdańska przestraszyły się ewentualnych konsekwencji, zaś "Wicher" powitał w gdańskim porcie brytyjską eskadrę okrętów: "Westminster", Campbell", "Walpole" i "Vidette". W tym czasie Piłsudski już szykował się do ostatecznej rozprawy z Hitlerem i nazistami w Niemczech, czego kulminacją stał się projekt wojny prewencyjnej z 1933 r. Marszałek powtarzał że "cała ta hołota od Hitlera z pewnością da nam pretekst do wojny, bo nigdy nie mieli z tym problemów". Francja jednak odmówiła wspólnego ataku na Niemcy, a atak tylko ze strony polskiej byłyby jawną agresją w świetle prawa międzynarodowego, stąd cały plan ocalenia Europy i Świata przed nazizmem nie doszedł do skutku. Gdańsk następnie został przyłączony do Rzeszy po ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę 1 września 1939 r. i ostatecznie powrócił do Polski w kwietniu 1945 r.).
 
 


Na Wschodzie zaś Stalin robił dobrą minę, puszczając oko do Zachodu i kokietując go przyjaznymi zapewnieniami, jednocześnie dokonując ludobójstwa na skalę porównywalną jedynie z II Wojną Światową. Na Ukrainie w czasie tzw.: "Wielkiego Głodu" lub też "Wielkiego Pomoru" zagłodzono prawie... 7 milionów ludzi. Konsul Generalny Rzeczpospolitej Polski w Charkowie - Jan Karszo-Siedlewski, tak pisał w swym raporcie do MSZ-u: "Rezultatem tej gospodarki rabunkowej był wielki głód na wiosnę 1932 r., który po krótkiej przerwie w jesieni zeszłego roku ponowił się w ostatniej zimie i trwa do chwili obecnej. Ruina i nędza wsi ukraińskiej nie dadzą się wprost opisać, przy czym jest rzeczą charakterystyczną, że stan ten nie odnosi się do południa Rosji jako takiego, ale właśnie do Ukrainy, gdyż przejechawszy północną granicę Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej, obraz zmienia się już radykalnie. W Centralnej Czernoziemnej Prowincji, która pod względem klimatycznym i gospodarczym mało czym różni się od Ukrainy, stan włościaństwa jest bez porównania lepszy". Ukraina była zawsze jednym z największych producentów zboża w Europie, jednak polityka komunistów spowodowała pojawienie się tam straszliwego głodu, o jakim ludzkość zapewne nie słyszała w epoce nowożytnej. Głód zaczął się po oficjalnym ogłoszeniu zakończenia procesu kolektywizacji wsi sowieckiej (ogłoszono go 2 sierpnia 1931 r.). Powodem kolektywizacji i klęski głodu, były zawyżone i nierealne cele, stawiane pierwszej sowieckiej pięciolatce (1928-1932). Wykonanie założonych planów, wymagało przede wszystkim ogromnych nakładów finansowych a tego akurat sowiecka Rosja nie posiadała. Miała jedynie miliony ludzi - zmienionych teraz w niewolników jednej ideologii - których masowo wykorzystywała do budowy potężnych kompleksów przemysłowych (Stalin chciał jak najszybciej dogonić Zachód pod względem przemysłowym, również po to, aby swą armię zaopatrzyć w czołgi i samoloty gotowe na podbój Europy i Świata). Wykorzystywani w nieludzkich warunkach robotnicy, chłopi i więźniowie polityczni co prawda zbudowali owe potężne kompleksy przemysłowe, ale nadal nie było jak je wyposażyć w nowoczesny, niezbędny sprzęt .Można go było kupić jedynie na Zachodzie, a ponieważ jedyną walutą, jaką chciano handlować z ZSRS był ziarno i to ziarno głównie z Ukrainy, odpowiedź wydaje się oczywista. Zboże szło na Zachód, Zachód płacił Sowietom pieniędzmi, za które ci kupowali niezbędny im sprzęt techniczny. Pozostawał tylko jeden "drobny" defekt tej polityki - miliony zagłodzonych ludzi - którzy nie mając innego wyjścia - jedli trawę, korę drzew a nawet dopuszczano się kanibalizmu. Mimo to w oficjalnej propagandzie sowieckiej podkreślano jak kolektywizacja uchroniła od śmierci głodowej miliony mas chłopskich i jak zreformowała rolnictwo. W prasie i filmie pokazywano uśmiechniętych chłopów, szczęśliwych ze swego życia pod sowiecką władzą.
 
 

 
Natomiast wszelkie raporty o potęgującej się klęsce głodu, zbywano kpinami lub jawnymi groźbami, gdyż w państwie robotników i chłopów nie mógł przecież pojawić się masowy głód. Gdy więc sekretarz obwodowego komitetu partii bolszewickiej w Charkowie - Roman Terechow wysłał list do Stalina informujący, że w wielu wsiach jego obwodu chłopi głodują, ten mu odpisał: "Mówiono nam, towarzyszu Terechow, że jesteście dobrym mówcą, okazuje się że jesteście przede wszystkim świetnym opowiadaczem bajek. Wymyśliliście bajkę o głodzie i myślicie, że nas przestraszycie - nie uda się. Czy nie byłoby lepiej zrezygnować ze stanowiska sekretarza komitetu obwodowego i Komitetu Centralnego KP(b)U (Komunistyczna Partia bolszewików Ukrainy) i wstąpić do Związku Pisarzy, będziecie bajki pisać, a durnie będą je czytać". Gdy w marcu 1933 r. ostatecznie podjęto decyzję o zaprowadzeniu specjalnych środków wobec "siejących panikę", informacje z terenu od obwodowych sekretarzy partyjnych oraz przedstawicieli milicji i GPU - które dotąd przedstawiały prawdziwy obraz katastrofy humanitarnej - wywołanej celowo przez komunistów na Ukrainie - zaczęły się zmieniać i brzmiały podobnie, jak list Stanisława Kosiora - pierwszego sekretarza Komitetu Centralnego KP(b)U - wysłany do Stalina jeszcze w kwietniu 1932 r.: "Są pewne trudności żywnościowe, w niektórych wsiach zarejestrowano nawet przypadki głodu, ale jest to tylko i wyłącznie rezultatem miejscowych przegięć i złego stosunku do kołchozów. Wszelkie pogłoski o "głodzie" (celowo wzięty w cudzysłów) na Ukrainie należy kategorycznie odrzucić". Twierdzono wprost że brak zboża jest wynikiem lenistwa, nieuczciwej pracy i działań sabotażowych, a nie świadomej polityki sowieckiej, mającej na celu zamorzenie głodem mieszkańców Ukrainy, tylko po to, aby zboże stamtąd móc sprzedać za granicą (szef Centralnego Komitetu Wykonawczego ZSRS Michaił Kalinin nazwał nawet umierających z głodu ludzi "masą kołchozową" - ot całe bolszewickie podejście do człowieka). A tymczasem listy z sowieckiej Ukrainy czasem docierały na Zachód, w tym głównie do Polski (wydaje się że cenzura sowiecka celowo przepuszczała takie listy - w których ludzie pisali o swym tragicznym położeniu - aby zmobilizować zagranicę do wpłacania pieniędzy na pomoc dla głodujących Ukraińców, a w rzeczywistości środki te szły na potrzeby sowieckiego państwa i aparatu represji), w jednym z takich listów, opublikowanym w październiku 1933 r. we Lwowie, można było przeczytać: "Przysyłacie nam 10 dolarów i śmierć odchodzi od nas i tak w nieskończoność oddala się nasze cierpienie, nasza niczym niezasłużona męka i kara". Jednocześnie sowieckie władze utrudniały wysyłanie paczek z pomocą humanitarną, jakie płynęły wówczas z Kresów Wschodnich Rzeczypospolitej (najczęściej z Wołynia i Podola) i często paczki te wracały do adresatów, co miało dowodzić iż na Ukrainie nie ma żadnego głodu. Aby więc mieć pewność że pomoc dojdzie do potrzebujących, można było wysłać ją za pośrednictwem sowieckiego przedstawicielstwa handlowego w Warszawie (i należącej do nich firmy "Torgsin"), który w zamian za wpłacane środki finansowe, zobowiązywał się do zakupu potrzebnych towarów w sklepach na terenie ZSRS. Była to w zasadzie jedyna pewna możliwość udzielenia pomocy tym ludziom, jednak - jak w przypadku bolszewików w ogóle - pewności żadnej do końca nigdy mieć nie można było, a Związek Sowiecki był jednym wielkim więzieniem ludów.
 
 

 
Jeszcze z takich ciekawostek końca 1931 i początku 1932 r., można wymienić refleksje Zygmunta Nowakowskiego na temat cudzoziemców. Otóż pisał on w styczniu 1932 r.: "Niesłychana jest czasem ignorancja cudzoziemców. Np. niedawno, przed kilkoma tygodniami, bawiła w Polsce pewna młoda Francuzeczka, zaproszona przez przyjaciół Polaków do Krakowa i Zakopanego. Wyobrażała obie, że z Pragi dojedzie do Zakopanego... sankami. Była bardzo zmartwiona, kiedy jej powiedziano, że to niemożliwe. (...) Sankami z Pragi do Zakopanego! Nauczycielka liceum w Paryżu!" oraz "Przed kilku laty gościem wojewodziny krakowskiej była żona wysokiego dyplomaty francuskiego. Zwiedziła również i teatr. Okropnie podobała się jej "Turandot". W kilka dni później zaproszono mnie na obiad do wojewody. Pani domu powiada, że Francuzka ma do mnie jakiś ważny interes. Słucham: otóż w kącie salonu owa Paryżanka klaruje mi, że chce zrobić wielką niespodziankę i na balu kostiumowym w ambasadzie niemieckiej pojawić się w ludowym stroju krakowskim. Muszę jej pomóc w tym kierunku jako dyrektor teatru. W ręce będzie miała wachlarz ze stylizowanych chryzantem i takież trzy chryzantemy we włosach. I kostium ma być tylko w kolorze czarnym i białym, względnie srebrnym. Ponieważ jestem w żałobie (jak dodała). Spojrzałem na moją interlokutorkę i stropiłem się nie na żarty: bardzo wysoka, chuda, z włosami koloru beige, a wiek... To trudno określić. Zazwyczaj mówię o takich osobach, że są w sztucznym kwiecie wieku. Wymalowana sposobem metakosmetycznym. Pierwsza żona Tutenchamona. No, i chce być za "krakowiankę". Nie ma gadania, będzie na tym balu rzetelna niespodzianka. Nie, wolę do tego nie przykładać ręki! Rozpocząłem więc kroki dyplomatyczne od wyjaśnienia, że kostium krakowski, to same kolory. Im więcej barw, tym lepiej. Cała paleta. Stroju krakowskiego w kolorze czarnym i białym w ogóle nie ma. (...) Tu dama zakontrowała mi stanowczo, mówiąc, że nie tylko są takie właśnie kostiumy krakowskie, ale nawet widziała je nie dalej, jak wczoraj. Gdzie?! - w teatrze. Na scenie. Turandot miała taki strój w trzecim akcie. (...) Kostium chiński wzięła za krakowski! (...) Co zaś najzabawniejsze, nie pozwoliła sobie wybić z głowy tego projektu, lecz kazała zrobić dokładną kopię chińskiego modelu. I na balu ambasady niemieckiej była za krakowiankę po chińsku. Może nawet dostała jakąś nagrodę? Daj jej Boże!
 
I teraz, po tym przydługim wstępie, przejdźmy już do wizji przyszłości, zamieszczonej na łamach czasopisma "Tęcza" z listopada 1932 r., i sprawdźmy czy wizje te rzeczywiście się spełniły:
 
 
 
 
 
 
 "OD DZIŚ ZA LAT 50. ROK 1982"
 
 
 "Jak będzie wyglądał świat za lat pięćdziesiąt? Podobne pytanie zadawali sobie ludzie przed pięćdziesięciu laty, podobnie pytali na pewno sto lat temu i tak dalej wstecz, aż do chwili, kiedy człowiek po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że jego umysł ulepsza, poprawia i ułatwia życie. W ostatnim pięćdziesięcioleciu, szczególnie od początku XX wieku, technika zrobiła kilka kolosalnych kroków naprzód. Wynalazki, które były w powijakach, zostały po stokrotnie ulepszone i poprawione. Trudno byłoby wyliczyć bodaj najważniejsze: telefon, samochód, kino dźwiękowe, samolot, maszyny elektryczne, no i radio, radio, które poprzez oceany połączyło wszystkie lądy świata. 
 
Może być, że większość tych wynalazków przewidzieli genialni ludzie przed kilkudziesięciu laty. Może być, że i dziś możemy w ogólnych zarysach nakreślić rozwój ich za lat pięćdziesiąt. Ale trudniej jest przewidzieć, jak wpłyną te wynalazki na życie, jak się ono pod wpływem ich zastosowania ukształtuje. Bo na przykład: możemy sobie wyimaginować, że - jeśli dzisiaj skonstruowano maszynę, wykonywującą pewne czynności człowieka, tzw. robota, to za lat kilkadziesiąt produkcja ludzi-maszyn udoskonali się i rozwinie. Fabryki na żądanie będą wyrabiały maszynki kształtami przypominające zupełnie człowieka i wypełniające szereg czynności ludzkich. Zamiast więc na przykład wynajmować służącą w biurze pośrednictwa pracy, będziemy sobie po prostu kupowali w fabryce robota-kucharkę, czy robota-lokaja, czy po prostu robota-"dziewczynę do wszystkiego". W miarę środków. Ale trudniej jest wykombinować, jak taki wynalazek wpłynie na życie. Jaka będzie rola człowieka, kiedy robot będzie pracował w polu, pilnował maszyn w fabryce trykotaży, strzygł i golił w balwierni, reparował buty i szył ubrania. Czy wtedy ludziom pozostanie jedynie możliwość nicnierobienia i zbierania plonów pracy robotów? Przecież do reprodukowania nowych robotów wystarczy pewna ograniczona ilość ludzi. Jeszcze trochę będzie potrzebne do kontrolowania ich pracy, a co będzie robiła reszta? Czy ci, którym roboty odbiorą pracę, utworzą armię głodujących bezrobotnych, czy też będą opływali w rozkoszach lenistwa i używania? Czy może, kiedy cały trud i wysiłek pracy fizycznej zostanie dla ludzi skreślony, każdy człowiek będzie mógł według uznania obrać sobie jakąś pracę umysłową, kulturalną i poświęcić jej się całkowicie? Może rozkwitnie wtedy wspaniale kultura, nauka i sztuka, a może przeciwnie - ludzie powiedzą "stop !" mamy dosyć i pogrążą się w lenistwie. A jak wtedy będzie wyglądać problem podziału dóbr ziemskich, podział zysków z pracy robotów-maszyn? Słowem po wykreśleniu drogi dla rozwoju wynalazków pozostaje jeszcze dużo znaków zapytania, co do układu życia w przyszłości.
 
Trzy dziedziny rokują najwięcej nadziei rozwoju na przyszłość, otwierają nowe drogi wynalazczości ludzkiej: radio, elektryczność i lotnictwo. Już dotąd wywarły one wielki wpływ na życie, a należy się spodziewać, że w przyszłości wpłyną jeszcze znacznie na jego kształtowanie. Spróbujmy snuć przypuszczenia. Za lat pięćdziesiąt radio zastąpi telefony, telegraf, pocztę. W każdym domu niezbędnym przyborem będzie aparat radiowy. Może będą różne rodzaje aparatów, a może będzie jeden uniwersalny telefoniczno-telewizyjno-radiowy. Jeśli człowiek z roku 1982 ma jakąś sprawę do swego przyjaciela - nie pisze do niego listu, jak to było przyjęte w roku 1902, ani nie wysyła depeszy, jak w r. 1922, ani nie telefonuje, jak w r. 1932, ani wreszcie nie rozmawia przez radio, jak w roku 1962. Załatwia to sposobem uproszczonym i doskonalszym. Podchodzi do aparatu w kształcie niewielkiego pudełka, ozdobionego wielu kolorowemi guzikami i zaopatrzonego w niewielki ekranik. Przekręca, czy przyciska kilka guzików. W tej samej chwili na podobnym ekraniku, o kilka tysięcy kilometrów oddalonym od pierwszego, błyska jaskrawe światło. Przyjaciel widząc sygnał podchodzi do aparatu. Przyciska również guzik i oto każdy z panów widzi na swoim ekranie niby odbicie w lustrze swego przyjaciela.

- Hallo! przyjacielu, czy ci nie przeszkadzam? - rozlega się z aparatu głos.

- Ale cóż znowu. Mam dziesięć minut czasu. Potem będę słuchał koncertu z Metropolitan House.

- Świetnie się składa, bo ja mam za dziesięć minut posiedzenie komisji naukowej w Tokio, na którym muszę wygłosić przemówienie. 

Oczywiście przemówienie to wygłaszać będzie nasz przyjaciel, siedząc przy swoim biurku. Ludzie przestaną uczęszczać na przedstawienia, koncerty, odczyty, zebrania. Znikną też prawdopodobnie wielkie sale teatralne i koncertowe, znikną sale kinematograficzne. Wszystko to zastąpi aparat radiowy. Niepotrzebne będą drukowane gazety i książki, bo spaeker radiowy będzie podawać ilustrowane ostatnie wiadomości oraz czytać ostatnie utwory literackie. Przez radio można będzie oglądać najnowszą wystawę plastyki, popis taneczny i międzynarodowy turniej szachowy. Słowem radio ułatwi i uprzystępni konsumentowi spożywanie wszelkich darów kultury. 

Uniwersalnym środkiem lokomocji stanie się oczywiście lotnictwo. Pociągi i auta pozostaną może, jako przeżytki. Używać ich będą tylko ludzie niezamożni, których nie stać będzie na szybszą powietrzną komunikację, a może wprost przeciwnie zostaną one, jako środki lokomocji bogaczów, którzy będą mieli dużo czasu i kaprysy jeżdżenia po ziemi. Oczywiście auta i pociągi pożerać będą przestrzeń z dużo większą, niż dziś szybkością, a stosownie do tego zmieni się ich wygląd zewnętrzny. Będą podobne do zdobywających dzisiaj rekordy aut-rakiet. Siłą pędną będzie z pewnością elektryczność. O ile ruch aut i kolei może się zmniejszyć, to w powietrzu będzie na pewno dużo gęściej, niż obecnie. Potrzebne okażą się przepisy ruchu powietrznego i policjanci, kierujący tym ruchem. Najważniejszym problemem do rozwiązania w lotnictwie jest nie szybkość przelotów, lecz możliwość zatrzymywania statków w powietrzu. Problem ten zostanie zapewne do tego czasu rozwiązany. W roku 1982 będziemy mieli z pewnością powietrzne stacje taksówek, dworce autobusów powietrznych i dworce sterowców w powietrzu. Pasażer, wyruszający np. z Warszawy do Nowego Jorku, musi odbyć najpierw drogę na dach swego domu. Oczywiście windą. Skinie na przejeżdżającą wolniutko aero-dorożkę i ta opadnie prostopadle do jego stóp.

- Dworzec sterowców dalekobieżnych - powie pasażer, rozsiadając się wygodnie.  

Warknęło górne śmigło i taksówka wzbiła się w górę, biorąc przepisową wysokość. Dopiero po osiągnięciu odpowiedniego poziomu pilot puszcza w ruch śmigło przednie i rusza w stronę stacji. Wielki sterowiec nieruchomo wiszący w powietrzu mieści kasę biletową i poczekalnie. Zatrzymujące się przed nim sterowce-pociągi łączy się z dworcem zwodzonemi kładkami, po których przechodzą pasażerowie. Źle będzie się tu czuł człowiek cierpiący na agorafobię.
 

A ile niespodzianek przyniesie nam wynalazczość w dziedzinie elektryczności? Już dzisiaj zelektryfikowanie urządzeń domowych zamienia zwyczajne mieszkanie w krainę bajki: stoliczki-nakryj-się, miotły samosprzątajki, drzwi, co się same otwierały, wszystko to staje do rozporządzenia przeciętnego i nawet średnio-zamożnego człowieka. Jeśli dodamy do tego elektrycznego robota, to służba domowa niepotrzebna będzie ani w skromnym kawalerskim pokoju, ani w stupokojowym pałacu. O ile radio umili nam życie, lotnictwo przyśpieszy jego tempo, to elektryczność bardzo je uwygodni.

Może tak będzie za pięćdziesiąt lat, a może i nie! W każdym bądź razie, gdyby tak ktoś zapadł obecnie w sen latargiczny, jak bohater filmu "Świat przyszłości" i obudził się dopiero za lat 50, na pewno czekałoby go dużo niespodzianek. Może taką niespodzianką będzie stała komunikacja rakietowa z Marsem, może zmiana kierunku Golfstromu i ogrzanie nim bieguna północnego. Skutkiem tego na biegunie powstaną plantacje kawy i pomarańcz, a biedne foki i białe niedźwiedzie, które nie znoszą nagłych zmian temperatury przeniosą się chyba na wyspy Fidżi, gdzie klimat jest podobno najrównomierniejszy. Wszystkiego nie można przewidzieć, choćbyśmy bardzo dokładnie obliczali i nieobliczalnie fantazjowali. Tak samo, jak 50 lat temu ludzie dużo przepowiedzieli, a nikt nie potrafił przewidzieć radia, ani następstw wojny europejskiej.
 
Bo cóż nam z tego, że obliczymy na przykład dokładnie postępy chemii stosowanej i przepowiemy ekstraktowanie środków spożywczych w pigułkach i olejkach? Bardzo możliwe, że w r. 1982 obiad dla sześciu osób złożony z zupy rakowej, karpia na szaro, kuropatwy z rożna, kremu ananasowego i kawy z likierami można będzie razem z opakowaniem wsunąć do kieszeni w kamizelce. Ale możliwe też że właśnie rozwinie się produkcja rolnicza. Hodowla bażantów, truskawek w zimie i łososiów w Wiśle będzie tańsza od produkcji chemicznej. Cóż nam z tego, że z całą dokładnością potrafimy wyobrazić sobie miasto przyszłości z ulicami kilkupiętrowemi, może osłonionemi szklanym dachem, może ruchomemi, z drapaczami chmur, z lotniskami na dachach, z ogrodami na wysokości 26 piętra. Cóż nam z tego, że wyimaginujemy sobie nawet, jaki ustrój społeczny panować będzie wtedy? Może wszystkie kraje połączą się w wielkie Stany Zjednoczone Ziemi zaprzyjaźnione z sąsiedniemi planetami. Może na całym świecie będzie jedna wielka republika z wolnymi i równymi obywatelami. Albo może żółta rasa będzie w niej rasą uprzywilejowaną. Może zniknie z powierzchni ziemi pieniądz, powrócą czasy wymiany produktów pracy na produkty potrzeby życiowej, a może cały świat będzie we władzy tyranów-monarchów, czy należeć będzie do jednego wielkiego kapitalisty. Może za lat pięćdziesiąt rządzić będzie sprawiedliwość, a ludzie wyzbędą się wszelkiej nieprawości, a może to będzie okres panowania mocy złych i ciemnych. Może kobiety staną się silniejszą połową rodzaju ludzkiego i one - bezpośrednio już - rządzić będą światem, a mężczyźni przejmą dawne kobiece funkcje. Może tak, a może nie!
 
W każdej dziedzinie przewidywać możemy taki lub inny kierunek rozwoju, w każdej dziedzinie możemy przewidzieć dobrze, albo popełnić omyłkę. Bo na ogólną drogę życia składają się liczne ścieżki różnych jego dziedzin. To tak, jak przy matematycznych obliczeniach - podnoszenie do potęgi. Jeden drobny błąd wyrasta w ogromne różnice. A zresztą... jeden drobny kataklizm zniweczyć może wszystkie obliczenia. I znów musielibyśmy zacząć od początku". 

 

To tyle! Na ile owa przepowiednia się spełniła? Wydaje mi się że z tu prognozowanych technologicznych nowinek dziś jesteśmy w posiadaniu sporej cześci z nich, jak choćby "aparatu w kształcie niewielkiego pudełka" czyli laptopa, tableta, telefonu umożliwiającego komunikację nie tylko głosową, ale i wizualną. Jednak autor owych przepowiedni pomylił się, sądząc że stanie się to już w roku 1982. Owszem, spora cześć pracy zapewne została wykonana w latach 70-tych i 80-tych jednak prawdziwy rozwój technologiczny rozpoczął się dopiero z początkiem XXI wieku, a szczególnie w ostatniej dekadzie. Dlatego jeśli nawet owe przepowiadane wówczas, techniczne osiągnięcia już się dokonały, to jednak nie nastapiło to do roku 1982. Ale z drugiej strony są tacy co twierdzą że czas to pojęcie względne, więc chyba udało się autorowi artykułu z 1932 r. dość dokładnie przepowiedzieć przyszłość?!   


środa, 16 września 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XIV

NIM JESZCZE

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA






I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA" 

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XIII






"NIEZMIENNE TRWAJĄ LOSY TWEGO LUDU"



 Septymiusz Sewer zorganizował Ludi Saeculares (Igrzyska Wieku) w roku 204, czyli dokładnie w 220 lat po pierwszych i najsławniejszych tego typu igrzyskach, które uroczyście inaugurował cesarz Oktawian August w 17 r. p.n.e. (o tym, dlaczego Rzymianie liczyli jeden wiek nie jako 100 kolejno mijających po sobie lat, a jako 110-letnie okresy czasu - wyjaśniłem już w poprzedniej części, teraz wspomnę jedynie, że było to związane z przyjętymi i zaakceptowanymi obliczeniami Eratostenesa dotyczącymi upadku Troi, które to wydarzenie zostało przez niego zdefiniowane na 1183 r. p.n.e. i od tej daty pierwotnie liczono tysiąclecie upadku Rzymu - czyli dziesięć wieków przepowiedziane przez wieszczkę Sybillę - na 183 r. p.n.e. Gdy ta data okazała się nieprawdziwa i nie doszło wówczas do upadku Rzymu, przyjęto - częściowo z Etrurii a częściowo z Egiptu - zasadę 110-letnich "wieków naturalnych" i od nich to właśnie zaczęto teraz obliczać owe dziesięć wieków istnienia Imperium Rzymskiego). Rok upadku Troi wyznaczony przez Eratostenesa, przez długi czas był jedynym wyznacznikiem z którego można było czerpać chronologie pod przyszłe wydarzenia, jako że data założenia Rzymu - 753 r. p.n.e. - została skorygowana dopiero przez Marka Terencjusza Warrona (żył w latach 116 - 27 p.n.e.), a wcześniej była płynna. Jednak licząc dziesięć wieków po 110 lat od upadku Troi, wychodzi nam rok 83 p.n.e. który to miał być ostatnim w dziejach Rzymu. Co prawda doszło wówczas do wznowienia wojny domowej między stronnictwami optymatów i popularów, zakończonej zwycięstwem tych pierwszych i dyktaturą Lucjusza Korneliusza Sulli - to jednak upadek państwa rzymskiego wówczas nie nastąpił. I znów pojawiły się problemy z chronologią, więc zaczęto to sobie tłumaczyć cudem, którego sprawcą był ów Sulla Felix (Sulla Szczęśliwy - wybraniec bogów) jako duchowy mąż Sybilli. To on doprowadził do odroczenia o dziesięć lat zapowiadanej przez wieszczkę zagłady. Gdy jednak w roku 73 p.n.e. (w którym to wybuchło Powstanie Spartakusa) Rzym również nie upadł, datę przesunięto o kolejne dziesięć lat, biorąc teraz za wyjaśnienie przypowieść o "trzech ciosach", poprzedzanych dziesięcioletnimi przerwami. Jednak w roku 63 p.n.e. (zawiązany został wówczas spisek Lucjusza Sergiusza Katyliny, który ponoć zagrażał Republice - a przynajmniej Cyceron tak właśnie to prezentował), Rzym także nie został zniszczony i nie nastąpił zapowiadany koniec świata (choć należy przyznać że w wymienionych latach działy się rzeczy niezwykle istotne dla Imperium, a nawet takie, które zdecydowanie zagrażały jego stabilizacji, choć z pewnością nie mogły doprowadzić do jego upadku).

Co więc czynić, gdy przepowiednie Sybilli - narodowej wieszczki Rzymu, która przecież nie mogła się mylić - nie sprawdzały się. Wówczas to Publiusz Wergiliusz wystąpił z nową datą, określaną na 39 r. p.n.e. a wybrał ją, kierując się poprzednimi Igrzyskami Wiekowymi, urządzonymi w 149 r. p.n.e. i licząc 110-letni wiek, wyszło mu że koniec zapowiadanych przez Sybillę dziesięciu wiekach Rzymu, nastąpi w owym 39 p.n.e., który to rok będzie jednocześnie rokiem odrodzenia i wejścia w nowy, złoty wiek ludzkości (przypowieść o czterech wiekach - od najświetniejszego wieku ludzkości do najbardziej haniebnego - reset - i wszystko od początku), który nastanie po okrutnym "wieku żelaza". W tym jednak okresie również nie doszło do żadnej rewolucyjnej zmiany, jednak zarówno Wergiliusz, jak i inni mistyczni poeci rzymskich dziejów, doczekali czasów rządów Oktawiana Augusta i nastania epoki pokoju - która to potem będzie uznawana właśnie za odrodzenie owego złotego wieku ludzkości. Dlatego też można było założyć że choć chronologia kompletnie nie trzymała się kupy, to jednak co do zasady przepowiednie Sybilli okazały się trafne. Ale dlaczego August ogłosił swoje Igrzyska Wieku na rok 17 p.n.e.? Data ta przecież nie trzyma się już żadnej chronologii, a to właśnie na niej wzorował się Septymiusz Sewer. I żeby znów odpowiedzieć na to pytanie, trzeba cofnąć się do samych początków Ludi Saeculares i spróbować (w jak najprzystępniejszy sposób) wyjaśnić to zagadnienie.  Pierwszą datą, kiedy odprawiono Igrzyska Wieku, jest rok 449 p.n.e.. czyli pierwsze dekady istnienia Republiki - czas życia owego sławnego Cyncynata i rok pierwszych spisanych praw w rzymskich dziejach (Prawo Dwunastu Tablic). Ponoć pierwsze tego typu igrzyska były wzorowane na doświadczeniach etruskich (etruska legenda o "wypełnieniu się czasu", zwana również "Legendą Wieków"). Tam również istniała wieszczka o imieniu Wegona, która przybyła do Italii z Lidii w Azji Mniejszej (zapewne z Troady), tuż w ślad za Tagesem (dziecięciem siwowłosym - będącym symbolem upadku ludzkości wieku żelaza i jednocześnie zwiastunem odrodzenia nowego wieku złotego). Przepowiadała ona trwanie "ośmiu pokoleń" (osiem wieków naturalnych  - liczonych w najdłuższych granicach ludzkiego żywota, obliczanych na sto lat) po których nastąpi "koniec imienia etruskiego". Przepowiednie Wegony miał spisać niejaki Arruns Weltumnus (z którego potem ponoć czerpał Warron), a według nich, najwyższy bóg burz i piorunów - Tinja (rzymski Jowisz), wybrał sobie ziemię etruską jako swoją własność i wyznaczył do zarządzania tą ziemią "osiem pokoleń". Wiek ósmy, będzie wiekiem chciwości, gwałtu oraz zbrodni i będzie "prawie ostatnim" (prawdopodobnie to ostatnie zdanie powstało już w czasach rzymskich, jako że przecież zgodnie z przepowiednią Sybilli wszystkich wieków od upadku Troi po kres istnienia Rzymu, miało być dziesięć). Miejscem kultu Wegony było etruskie miasto Voltumna w południowej Etrurii (skąd zapewne jej kult przybył do Rzymu) i dlatego zwana była przez Rzymian: "Sybillą etruską".




Tak więc (jeśli w ogóle do nich doszło) pierwsze rzymskie Igrzyska Wieku, zostały zorganizowane w 449 r. p.n.e. Kolejne miały miejsce w sto lat później, ale też nie ma żadnej pewności że rzeczywiście do nich doszło. Pierwsze źródłowo poświadczone Ludi Saeculares, odbyły się dopiero w 249 r. p.n.e. za konsulatu Publiusza Klaudiusza Pulchra i Lucjusza Juniusza Pulla, zostały zorganizowane i przewidziane na 500 rocznicę założenia Rzymu (data założenia miasta wówczas jeszcze była datą płynną). Iż były to pierwsze tego typu igrzyska w Rzymie, świadczy fakt, że dla ich organizacji specjalnie zaproszono z Tarentu wykształconego Greka, który pokazałby Rzymianom jak odprawiać te igrzyska na wzór igrzysk urządzanych w Tarencie i który "modliłby się do bogów według obrzędu cudzoziemskiego, lecz z duszą obywatelską". Tym zaproszonym wówczas do Rzymu Tarentyjczykiem był niejaki Andronikos (który potem otrzymał obywatelstwo, przyjął nowe imię: Marek Liwiusz Andronikus i stał się prekursorem rzymskiej poezji). To właśnie Andronikus miał wyrobić wśród Rzymian przekonanie, że Ludi Saeculares są kontynuacją starorzymskiego obrzędu inauguracji nowego wieku, a nie wprowadzeniem nieznanej wcześniej formy owych uroczystości. Mając już jednak tę tradycję, w sto lat później zorganizowali Rzymianie kolejne (oficjalnie już drugie) Igrzyska Wieku, a miało to miejsce w roku wybuchu trzeciej i ostatniej Wojny Punickiej z Kartaginą, będącej ostatecznym przypieczętowaniem losu tej krainy i zamieszkującej ją ludności. Następne igrzyska przypadały już zgodnie (z przyjętą w latach 80-tych I wieku p.n.e.) zasadą 110-letnich wieków, czyli termin kolejnych uroczystości wiekowych wypadał na 39 r. p.n.e. (ten właśnie rok uznał Wergiliusz za datę graniczną pomiędzy mijającymi dziesięcioma wiekami "żelaza" i zaczynającą się epoką odrodzenia ludzkości złotego wieku). W tym jednak czasie do żadnych igrzysk nie doszło, a było to oczywiście spowodowane wciąż nie rozstrzygniętą sytuacją polityczną (Imperium było wówczas mocno rozbite na poszczególne dzielnice i tak: Gajusz Cezar Oktawian był na Zachodzie, Marek Antoniusz na Wschodzie, Marek Emiliusz Lepidus w Afryce i Sekstus Pompejusz na Sycylii), do tego trwały zamieszki w Rzymie (odcięcie Italii od dostaw zboża z Egiptu i Afryki przez piracką flotę Pompejusza) i wiele innych niedogodności, związanych z wciąż trwającą wojną domową. Dopiero po zwycięstwie nad Antoniuszem i Kleopatrą, zakończeniu stanu wojny (11 stycznia 29 r. p.n.e. z polecenia Oktawiana zamknięto bramy świątyni boga Janusa, będące symbolem nastania czasów pokoju) i przyznaniu przez senat (na wniosek Munacjusza Plankusa) 16 stycznia 27 r. p.n.e. zwycięskiemu Oktawianowi tytułu Augusta i władzy imperialnej na lat dziesięć (w 23 r. p.n.e. August otrzymał dożywotnią władzę trybuna ludowego - stając się reprezentantem ludu rzymskiego - innymi słowy stawał się nietykalnym dożywotnim władcą z wszystkimi prerogatywami monarchy, jedynie bez monarchistycznych oznak i tytułów. Ale to przecież nie był problem, tym bardziej że trybunem ludowym August - jako patrycjusz - też być nie mógł, awładzę trybuńską posiadał), zaś rok ten uznawany jest powszechnie za koniec Republiki i początek Cesarstwa (choć sam Oktawian chwalił się że tego właśnie roku zdołał przywrócić dawny ustrój Republiki, co oczywiście było jedynie propagandową formą wytłumaczenia powstania nowego ustroju, który w oczach Rzymian miał być po prostu kontynuacją "ustroju przodków").


 RZECZYWIŚCIE OKTAWIAN JAKO PRZYBRANY SYN CEZARA, UZNAŁ BRUTUSA I KASJUSZA ZA WROGÓW LUDU I ZDRAJCÓW Z KTÓRYMI NALEŻAŁO WALCZYĆ (W LATACH 44-31 p.n.e. ZGINĘLI WSZYSCY MORDERCY JULIUSZA CEZARA). JEDNAK GDY JUŻ UTWIERDZIŁ SWĄ WŁADZĘ, NIE TYLKO PRZEBACZAŁ POZOSTAŁYM JESZCZE PRZY ŻYCIU ZWOLENNIKOM BRUTUSA I KASJUSZA, ALE NAWET WYZNACZYŁ LUCJUSZA SESTIUSZA KWIRYNA (SERDECZNEGO PRZYJACIELA BRUTUSA) KONSULEM ROKU 23 p.n.e. DAJĄC TYM SAMYM DOWÓD ŻE NIE ZAMIERZA SIĘ MŚCIĆ ZA PRZESZŁOŚĆ, A CHCE WRAZ Z INNYMI POLITYKAMI BUDOWAĆ NOWĄ PRZYSZŁOŚĆ RZYMU



Od tej chwili zaczął August rozmyślać nad zorganizowaniem i dokończeniem Igrzysk Wiekowych, które ze względów wojennych nie doszły do skutku w wyznaczonym czasie. Nie było to jednak możliwe od razu, ze względu na obowiązki ciążące nad nowym "Imperatorem" (August jeszcze w owym 27 r. p.n.e. wyjechał do Hiszpanii na wojnę z plemionami pirenejskich górali - Asturów i Kantabrów, z którymi toczył walki przez dwa kolejne lata, a potem w Alpach Zachodnich - 25 r. p.n.e. - gdzie zmagał się z ludem celtyckich Salasów i powrócił do Rzymu dopiero w 24 r. p.n.e.) Dlatego też August wyznaczył nową datę odrodzenia Rzymu, czyli igrzyska Ludi Saeculares na rok 23 p.n.e. A miał ku temu powód podwójny. Po pierwsze w tymże roku otrzymał dożywotnią władzę trybuna ludowego i zagwarantowaną oficjalnie nietykalność osobistą. A po drugie, tego właśnie roku swój pierwszy urząd publiczny - edylat (edylowie zajmowali się pilnowaniem porządku w mieście, zarządzali pracami budowlanymi i sprawowali nadzór nad organizacją igrzysk) pełnił siostrzeniec Augusta - Marek Klaudiusz Marcellus. Ten młodzieniec był uznawany przez Oktawiana za jego następcę i aby tę myśl urzeczywistnić Imperator gotów był uczynić bardzo wiele (poróżniony z Marcellusem, Marek Agryppa - choć należał do najpotężniejszych ludzi tamtego czasu i był przyjacielem Oktawiana z lat młodzieńczych - musiał udać się na luksusowe i krótkie, lecz przymusowe, wygnanie na Lesbos). Marcellus w 25 r. p.n.e. (zaraz po powrocie z Hiszpanii, gdzie towarzyszył wujowi w dowodzeniu walką z Kantabrami, tak jak prawie trzydzieści lat wcześniej młody Oktawian przebywał w obozie swego wuja - Juliusza Cezara, gdy ten toczył walki w Galii) poślubił córkę Augusta - Julię, co właśnie miało być dowodem jego wyniesienia. Oktawian nie był obecny na ślubie (wówczas leczył się z nabytej w Hiszpanii choroby, zażywając kąpieli w gorących źródłach u stóp Pirenejów). Jednak po jego powrocie do Rzymu los również nie sprzyjał organizacji Igrzysk Wiekowych w wybranym wcześniej terminie, gdyż z początkiem 23 r. p.n.e. August ponownie zachorował i to tak poważnie, że wszyscy sądzili że to są już jego ostatnie dni życia. Nie miał jeszcze 40 lat, a już marniał w oczach z każdym dniem i żegnał się z rodziną oraz przyjaciółmi, powierzając co niektórym swoje godności. Najbardziej jednak niezadowolony z tego stanu rzeczy był właśnie Marcellus, który wówczas niczego nie dostał. August od dawna szykował go na swojego następcę, ale w tym okresie był on jeszcze zbyt młody, aby sprawować władzę nad krajem i stąd zapewne nie został przez wuja niczym obdarowany.

A tymczasem, gdy stan zdrowia Oktawiana drastycznie się pogorszył, sprowadzono doń nowego lekarza o imieniu - Antoniusz Muza. On zaproponował zupełnie odmienne od dotychczasowego i dość radykalne leczenie, a mianowicie hydroterapię. August został zanurzony w zimnej wodzie, a spowodowany tym wstrząs termiczny okazał się zbawienny i Imperator szybko wrócił do zdrowia, odzyskując siły (żył jeszcze prawie drugie tyle - czyli 36 kolejnych lat). Zaś Antoniusz Muza stał się bardzo bogatym człowiekiem, uważanym za najlepszego lekarza w całym Imperium. Gdy więc niebezpieczeństwo minęło, rozpoczęto zakrojone na ogromną skalę przygotowania do Igrzysk Wiekowych, które miał (jako edyl) organizować i nadzorować właśnie Marcellus. Dysponując pokaźnym budżetem przeznaczonym na tego typu atrakcje (Rzymianie przede wszystkim żądali od władzy "Chleba i Igrzysk", czyli darmowego przydziału zboża, oraz co jakiś czas urządzanych atrakcji cyrkowych, polegających na walkach gladiatorów, wyścigach rydwanów lub walkach z dzikimi zwierzętami), jako pierwszy w historii, nakazał też rozwiesić wielkie płótna w Cyrku Wielkim dla osłony widzów przed prażącym słońcem w upalne dni, jak również kazał zainstalować podobną wielką płachtę na Forum Romanum. Ale to było wszystko czego zdołał dokonać, gdyż wkrótce potem sam się poważnie rozchorował i w kilka dni potem zmarł w wieku zaledwie 19 lat (Antoniusz Muza, który również leczył Marcellusa hydroterapią, niewiele tu zdziałał, a być może nawet pogorszył stan zdrowia młodzieńca). W rodzinie cesarskiej zapanowała żałoba, choć najbardziej oczywiście rozpaczała matka zmarłego i siostra Augusta - Oktawia, która do końca życia nie mogła już wyjść z traumy po stracie syna i podejrzewała o jego otrucie Liwię - żonę Augusta, która była zazdrosna o faworyzowanie Marcellusa kosztem jej synów z pierwszego małżeństwa (nie ma jednak żadnych dowodów na to, że to właśnie Liwia otruła owego "pięknego, zdolnego i skromnego" młodzieńca, aczkolwiek też nie można tego do końca wykluczyć). Od tej chwili Oktawia stała się najgorszym wrogiem Liwii, którą częstokroć podczas publicznych przyjęć obrażała i wyśmiewała się z jej synów (zresztą Oktawia przez ostatnie jedenaście lat swego życia obrażała wszystkie matki, których synowie żyli).




August też bardzo mocno przeżył śmierć siostrzeńca, a jego ciało rozkazał złożyć w niedawno ukończonym (28 r. p.n.e.) Mauzoleum Juliuszów na Polu Marsowym (Marcellus był pierwszym przedstawicielem tej dynastii który tam spoczął). Horacy, który właśnie w owym 23 r. p.n.e. zakończył pisać swoją "Eneidę", zawarł w niej wiele odniesień do żałoby panującej wówczas w rodzinie cesarskiej i osobistej rozpaczy Oktawii i Augusta (np. taką: "Synu, nie pytaj o straszną potomków twoich żałobę! Losy go tylko pokażą narodom ziemi i dłużej żyć nie pozwolą (...) Obyś, chłopcze nieszczęsny, mógł losy okrutne przełamać! Ty bowiem będziesz Marcellem!" Ze względu na żałobę, odroczono Ludi Saeculares na bliżej nieokreśloną przyszłość. Jednak w 20 r. p.n.e. August odniósł ogromny sukces polityczny, odzyskując w wyniku porozumienia zawartego z władcą Partów - Fraatesem IV, zarówno znaki legionowe, utracone przez Marka Krassusa w bitwie pod Carrhae (53 r. p.n.e.), i zwolnienie wziętych do niewoli żołnierzy rzymskich z wyprawy Marka Antoniusza z 36 r. p.n.e. Był to ogromny sukces, gdyż August zdobył to wszystko nie wyciągając nawet miecza (Senat nakazał uczcić to wydarzenie łukiem triumfalnym wzniesionym na Forum Romanum), dlatego też coraz częściej zaczął rozmyślać nad wznowieniem Igrzysk Wiekowych. W tym celu polecił kapłanom kolegium Pontyfików dokonanie ponownych obliczeń i wyznaczenie nowej, dokładnej daty dla organizacji takich igrzysk. Po skrupulatnym zbadaniu pism etruskich, Pontyfikowie doszli do wniosku, że wyznaczona wcześniej data igrzysk na 23 r. p.n.e. była błędna i po wniesieniu poprawek, wyznaczyli rok 17 p.n.e (nie mam pojęcia w jaki sposób to liczyli). Przystąpiono więc do organizacji wspaniałych uroczystości, jakich "nikt jeszcze nie widział i nigdy nie zobaczy". Z całej Italii, a nawet prowincji ściągały do Rzymu tłumy ciekawskich aby ujrzeć, jakimi to atrakcjami zamierzano się pochwalić. Pierwsze ceremonie otwarcia zaczęły się już 29 maja (Ludi Saeculares  miało trwać dokładnie trzy dni i trzy noce) lecz właściwe uroczystości zaczęły się dopiero w nocy z 31 maja na 1 czerwca, tuż przy ołtarzu bóstw podziemnych Plutona i Prozerpiny. W świetle rozpalonych tysięcy pochodni, złożono wówczas ofiary boginiom losu (Mojrom) i odprawiono odpowiednią modlitwę (której tekst zachował się do naszych czasów). A brzmiała ona tak: "Boginie Przeznaczenia! (...) aby lepiej się wiodło Kwirytom (ludowi rzymskiemu), niech stanie się wam ofiara z dziewięciu owiec i dziewięciu kóz. Proszę Was i błagam, abyście: powiększały państwo i potęgę Kwirytów, w wojnie i w pokoju; miały zawsze w swej pieczy imię latyńskie; dały wieczną całość, zwycięstwo i zdrowie Kwirytom; sprzyjały Kwirytom (...) i zachowały w powodzeniu Republikę Kwirytów".

1 czerwca August i Marek Agryppa złożyli każdy po jednym białym byku na ołtarzu Jowisza Największego Najlepszego na Kapitolu. Tego również dnia specjalni urzędnicy (kwindecymwirowie), nakazali wdowom, by te "jeśli zdarzy się słuszny powód do radości powszechnej", przerwały swą żałobę i cieszyły się z igrzysk wraz z całym rzymskim ludem. W nocy z 1 na 2 czerwca cesarz złożył bezkrwawą ofiarę i modlił się do bogiń porodu - Ilityj. Rano zaś Agryppa złożył ofiarę z białej krowy bogini Junonie na Kapitolu, wokół którego klęczały rzymskie matrony. W nocy z 2 na 3 czerwca, Imperator złożył na polu nad Tybrem ofiarę ze świni bogini Gai. Zaś 3 czerwca przed świątynią Apollina na Palatynie, cesarz złożył bezkrwawą ofiarę temu bogu i jego siostrze - Dianie. Następnie 27 chłopców i 27 dziewczynek w białych szatach (oznaczających ich niewinność), których oboje rodzice żyli - odśpiewali specjalnie skomponowaną na tę okazję pieśń. Tak oto zakończyła się oficjalna - ta religijna - część igrzysk, po czym następowała jednodniowa przerwa i zaczynały się - trwające siedem dni - igrzyska cyrkowe (biegi wokół Tybru, walki dzikich zwierząt, przedstawienia teatralne i to zarówno po łacinie jak i po grecku oraz wyścigi rydwanów w Cyrku Wielkim. Ostatnią uroczystością był pochód błaznów, noszących popiersia bogów i sławnych mężów stanu. Tak kończyła się odrodzona uroczystość Igrzysk Wiekowych, które to w następnych dekadach będą również świętowane dowolnie. Kolejne Ludi Saeculares zorganizował cesarz Klaudiusz w 47 r. naszej ery, aby uczcić 800 rocznicę założenia Rzymu. Następne igrzyska tego typu przeprowadził w 88 r. (o 6 lat za wcześnie, idąc chronologią wyznaczoną przez Augusta) cesarz Domicjan. 900 zaś rocznicę założenia Rzymu, świętowano w 147 r. uroczystościami zorganizowanymi przez Antoninusa Piusa, zaś po raz ostatni w rzymskich dziejach, Igrzyska Wiekowe odbyły się w tysiąclecie założenia miasta w 248 r., a organizował je cesarz Marek Filip Arab. Potem zaś, wraz z postępami chrześcijaństwa, tego typu "wiekowe zabawy" zostały zapomniane. Nas jednak obecnie interesują igrzyska, zorganizowane w 204 r. przez Septymiusza Sewera i na nich to (i dalszych losach tego władcy) teraz się skupimy. 



 

CDN.

piątek, 14 sierpnia 2020

WINO, KOBIETY I... TRON WE KRWI - CZYLI PONURY CIEŃ BIZANCJUM - Cz. XIII

NIM JESZCZE 

NAD KONSTANTYNOPOLEM

ZAŁOPOTAŁ ZIELONY

SZTANDAR MAHOMETA




 

I

JAK AZJATKA Z AFRYKANEREM

(CZYLI PIERWSZA "BIZANTYJKA"

NA RZYMSKIM PALATYNIE)

Cz. XII



 


 
GDY WYPEŁNIŁ SIĘ CZAS

 
 Kiedy właściwie upadła Troja? Dokładnie nie wiadomo, bowiem część archeologów datuje jej kres na XIII wiek p.n.e. (np. Carl Belgen z Uniwersytetu w Cincinnati, który twierdzi że Troja uległa zniszczeniu ok. 1250 r. p.n.e.), większa zaś część badaczy przyjmuje jednak za najbardziej realne pierwsze dekady XII wieku p.n.e. (prace wykopaliskowe Penelope Mountjoy pozwoliły jej przyjąć okres lat ok. 1190-1180 p.n.e. za najbardziej zbliżony do ostatecznego upadku tego miasta). Oczywiście nawet jeśli przyjmiemy tę drugą możliwość, to jednak musimy pamiętać że Troja tak naprawdę upadała co najmniej trzy - jeśli nie więcej - razy. Naukowcy uważają bowiem że ok. 1300 r. p.n.e. miasto to zostało zniszczone w wyniku trzęsienia ziemi, po czym na powrót odbudowane i po raz drugi upadło zapewne właśnie ok. 1250 r. p.n.e. już w wyniku jakiegoś zbrojnego ataku (na ulicach odkopanej Troi VII A z tego okresu, znaleziono bowiem ludzkie szczątki, oraz tkwiące w ścianach domostw groty strzał). Po raz ostatni zaś Troja miała zostać zdobyta właśnie ok. 1180 r. p.n.e. Dlaczego o tym piszę i jakie to ma właściwie znaczenie w omawianym temacie? Otóż niezwykle istotne, jako że Septymiusz Sewer właśnie w roku 204 naszej ery (był to wówczas 957 rok ery rzymskiej, liczonej od założenia Rzymu) zorganizował wielkie igrzyska, zwane Ludi Saeculares - czyli po prostu "Igrzyska Wieku". Dlaczego właśnie odbyły się one w 204 r., przecież (licząc od założenia miasta, czyli od 753 r. p.n.e.) nie przypadał wówczas ani pełny wiek tysięczny, ani nawet żadna okrągła data, mogąca świadczyć o doniosłości tego wydarzenia. Przypadał wówczas zaledwie 957 rok rzymskiej ery, dlaczego więc Sewer właśnie wówczas zorganizował Igrzyska Wieku, będące właśnie upamiętnieniem założenia Wiecznego Miasta? Otóż cesarz wzorował się na pierwszych na taką skalę przeprowadzonych igrzyskach, zorganizowanych w czasach Oktawiana Augusta, a dokładnie w roku 17 p.n.e. Idąc tym tropem i kierując się zasadą 110-letniego wieku, właśnie w roku 204 wypadała 220 rocznica rozpoczęcia tamtych igrzysk. Tylko pytanie brzmi, dlaczego Oktawian August zorganizował je w 17 r. p.n.e. i czemu właściwie Rzymianie liczyli wiek nie jako pełne sto lat, ale właśnie w jako 110-letnie okresy dziejów? Skąd to się wzięło? Odpowiedź ta jest dość prosta, lecz aby ją poznać, musimy niestety ponownie cofnąć się do czasów mitycznej Troi.

Rzymianie uważali się za potomków Trojan, a miasto to za swą pramatkę. W czasach Republiki każdy rzymski wódz, polityk lub dyplomata który podążał na Wschód, musiał obowiązkowo po przekroczeniu Chersonezu złożyć ofiarę i oddać cześć "cieniom wielkiego Priama". W taki to sposób Rzymianie uważali się za kontynuatorów dzieła mitycznej Troi, a po zajęciu Grecji w latach 147-146 p.n.e. uznali iż w pełni dopełniła się zemsta na potomkach Agamemnona, Menelaosa i Achillesa za spalenie "świętego miasta" i rzeź oraz niewolę jego mieszkańców. Warto tutaj też podkreślić, że Grecy w swych mitach uwzględnili nie tylko tę ostatnią zagładę Troi, ale również... wcześniejszą. Opowiadali oni bowiem o królu Laomedoncie (ojcu Priama), twórcy murów Troi (co też jest symptomatyczne i może odnosić się do kwestii ponownej odbudowy tego miasta po wielkim trzęsieniu ziemi), który zawarł układ z bogami: Posejdonem i Apollem, że za udzieloną pomoc przy wznoszeniu murów, obdarzy ich wspaniałą nagrodą. Niestety, Laomedont szybko zapomniał o swym przyrzeczeniu, co spowodowało iż wzburzony Posejdon zesłał na miasto przerażającego potwora morskiego, który pustoszył całą okolicę, żywiąc się mieszkańcami miasta. Kapłani orzekli wówczas, że jedyną szansą na pozbycie się owego monstrum będzie wyrównanie bogom poniesionych strat i odpokutowanie swego krzywoprzysięstwa, w postaci złożenia w ofierze potworowi córki króla - pięknej Hezjone. Zrozpaczony Laomedont musiał przystać na tę propozycję, gdyż jedynie w taki sposób można było ocalić miasto, ale traf chciał że wówczas do Troady przybył Herakles, który uratował dziewczynę i zabił potwora, uwalniając mieszkańców od tego niebezpieczeństwa. Laomedont obiecał Heraklesowi czwórkę swoich pięknych, białych rumaków, ale gdy niebezpieczeństwo już minęło, ponownie zapomniał o swej obietnicy. Wówczas to Herakles zebrał grono wojowników, napadł na miasto i podbił Troję (czyżby było to odniesienie do prawdziwego upadku miasta z ok. 1250 r. p.n.e.?). Oczywiście dla zwykłych ludzi - czy to Greków czy Rzymian - problem daty upadku Troi miał takie samo znaczenie, jak wspomnienie topniejącego śniegu sprzed dziesięciu lat, jednak było to ważne dla ujednolicenia chronologii dziejów, dlatego też, tej trudnej misji podjął się niebagatelny umysł epoki hellenistycznej - Eratostenes (ten sam, który zmierzył i to w sposób niezwykle dokładny - choć nie posiadał żadnych nowoczesnych przyrządów - powierzchnię Ziemi). To on właśnie podjął się trudnej sztuki obliczenia daty upadku Troi.




W swym (niezachowanym do naszych czasów) dziele: "Chronographiai" ustalił ten rok na 1183 p.n.e. (oczywiście licząc współczesną rachubą lat) i uznał go punktem wyjścia dla całej chronologii. Eratostenes, żyjąc sobie wygodnie w Egipcie greckich Ptolemeuszy, nie przejmował się ani faktem, iż podana przez niego data wkrótce obejmie tysiąclecie dziejów, ani też przepowiedniami mówiącymi wówczas o końcu świata (zmarł w 194 r. p.n.e.). W monarchii Seleucydów czy w Grecji właściwej, również niezbyt przejmowano się zbliżającą okrągłą rocznicą tysiąclecia zburzenia Troi. Inaczej jednak było w niezwykle wrażliwym na punkcie przepowiedni Rzymie. Tym bardziej że znano przepowiednię Sybilli kumańskiej (najważniejszej wieszczki Rzymu), która: "Sybilla o ustach natchnionych, mówiąca bez ozdób, bez wonności, sięga swym głosem tysiąca lat dzięki swemu bogu" - jak pisał Heraklit. To ona była autorką sławnej przepowiedni, która w samym Rzymie budziła prawdziwą trwogę, a mianowicie podzieliła ona czas na dziesięć wieków, (licząc od zniszczenia Troi) po których miał nadejść "koniec świata" i upadek Rzymu. Gdy więc Eratostenes wyznaczył zniszczenie Troi na 1183 r. p.n.e., nic dziwnego że kolejne lata zbliżającego się tysiąclecia musiały budzić przerażenie. Tysiąclecie bowiem było wymowną datą i to zarówno dla Greków jak i dla Rzymian. To przecież (według mitów) przez tysiąc lat mieli wysyłać Lokryjczycy swe dziewice do Troi, na służbę u boskiej Ateny Pallady. To przez tysiąc lat mieli ateńscy efebowie nosić żałobę po heroldzie Kopreuszu, zabitym przez ich króla - Demofona, to wreszcie tysiąc lat trwał okres pokuty za grzechy duszy w Tartarze, nim ponownie trafiłaby ona na Łąki Asfodeli. Dlatego też obawy przed końcem świata były w tamtym czasie w Rzymie znacznie większe, niż owa panika, jaka rozpętała się na Świecie (głównie w Europie i USA - pamiętam że jacyś cwaniacy sprzedawali wówczas schrony w Afryce czy Azji, bo osobiście znalazłem w internecie takie ogłoszenie) przed rokiem 2012 i końcem kalendarza Majów. Po krótkim (ok. dziesięcioletnim) okresie wytchnienia, związanego z powstrzymaniem kartagińskiego niebezpieczeństwa, ponownie odżyła  trwoga i rozpacz z czasów wojny z Hannibalem. Wciąż bowiem pamiętano doznane klęski, zadane Rzymowi nad Ticinusem i Trebią w 218 r. p.n.e., nad Jeziorem Trazymeńskim w 217 r. p.n.e. czy pod Kannami w 216 r. p.n.e. Pamiętano też, że po tych bitwach Rzym realnie stał się miastem kobiet, a raczej miastem płaczących wdów. Teraz zaś dzieci i wnuki poległych wówczas mężów, sami również mieli doświadczyć zagłady.

Zaś wydarzenia ostatnich lat przed zbliżającą się rocznicą tysiąclecia upadku Troi, wcale nie napawały optymizmem. Co prawda w 188 r. p.n.e. udało się (po czteroletniej wojnie) zawrzeć wreszcie pokój z pokonanym helleńskim królem Syrii z dynastii Seleucydów - Antiochem III Wielkim i doprowadzić do rozpadu jego imperium (szczególnie zaś w Anatolii), to jednak kolejne lata zapowiadały już zbliżającą się katastrofę. Oto bowiem w 186 r. p.n.e. wykryty został w Rzymie tzw.: "spisek bachanaliów", który był swoistą próbą przejęcia lub też narzucenia Rzymowi pewnej niewybieralnej władzy, złożonej z tajnego zakonu pitagorejczyków (o których pisałem już w innej serii), który to częściowo przypominał tajne zakony lóż masońskich, powstających w Europie od końca XVII wieku. Pitagorejczycy, będący wyznawcami orfizmu i wtajemniczeni w misteria orfickie, uważali że ludzi powinno się dzielić  na wtajemniczonych i niewtajemniczonych. Tym pierwszym przyświecał bóg Dionizos - uosabiający prawdę ezoteryczną dostępną jedynie dla wybranych, zaś tym drugim bóg Apollo - jako gwarant stabilizacji życia społecznego. Apollon był uosobieniem wieszczbiarstwa i przepowiedni dostępnych dla ludu, jednak obaj bogowie byli jednym i tym samym bóstwem, podzielnym jedynie dlatego, aby odróżnić tych mądrzejszych, bardziej podatnych na "ewolucję ducha" i przez to uprzywilejowanych do pełnienia władzy, oraz resztę, która jeszcze tkwiła na poziomie "ewolucji ciała" i przez to przeznaczona była do roli tych, nad którymi się panowało. Pitagorejczycy wyznawali również wiarę w nieustanną powtarzalność wszechrzeczy (czyli innymi słowy: "rozpad - odrodzenie - rozwój - dekadencja - rozpad" itd., co też jest niezwykle trafnym spostrzeżeniem i można by powiedzieć: "Wszystko zmierza ku śmierci", gdyby jednak słowa te nie były tak obłudne, gdyż śmierć naprawdę nie istnieje, więc właściwe słowa powinny brzmieć: "Wszystko zmierza ku Życiu", które to przechodzi przez różne etapy duchowego i materialnego rozwoju). Rzymianie jednak niewiele wówczas z tego mogli zrozumieć, a gdy na kilka lat przed spodziewanym "końcem świata" odkryto tajne zgromadzenie, które miało nieco arystokratyczny charakter i które uznano za niebezpieczne dla republikańskiego ustroju Rzymu - wówczas zaczęły się prawdziwe represje.




Szkoła pitagorejska została założona przez Pitagorasa z Samos w italskim Krotonie w 529 r. p.n.e. Po buncie mieszkańców - wymierzonym w rosnący w siłę ruch pitagorejski i spaleniu Świątyni Muz (wraz z kilkudziesięcioma pitagorejczykami) ok. 500 r. p.n.e. uczniowie Pitagorasa przenieśli się do doryckiego Tarentu, gdzie powstała kolejna orficko-pitagorejska "loża". Po zdobyciu Tarentu przez Rzym w 272 r. p.n.e. (początkiem tego konfliktu była owa "gówniana afera" z 282 r. p.n.e., gdy przedstawiciele senatu zostali upokorzeni przez mieszkańców Tarentu, a jeden z nich publicznie oddał kał i podtarł się fałdą togi Rzymianina, który miał wówczas rzec: "Zmyjesz to własną krwią". Wojna z miastem - które wsparł król Epiru Pyrrus - trwała dziesięć lat i zakończyła się zniszczeniem tego greckiego grodu oraz wzięciem w niewolę jego mieszkańców), tak oto wielu pitagorejczyków znalazło się nad Tybrem, gdzie wkrótce założyli dość prężnie działającą szkołę (lożę). Pierwotnie, gdy na czele tego zgromadzenia stał wróżbita z Etrurii, ruch pitagorejski nie budził większego zakłopotania, gdyż uważano go za kolejny przejaw "orientalnych kultów", do których zdążono już się już w Rzymie nieco przyzwyczaić (szczególnie gdy w roku 213 p.n.e. tłumy kobiet, które utraciły mężów i synów na wojnie z Hannibalem, opanowały Kapitol i składały tam ofiary i odprawiały modły na wzór grecki - hellenistyczny - co wówczas jeszcze budziło niesmak wśród Rzymian, a Liwiusz pisał: "Taka religijna trwoga przeważnie obcokrajowego pochodzenia opanowała Rzym, że mogło się zdawać, iż albo ludzie, albo bogowie nagle stali się innymi. Już nie tylko po kryjomu i między ścianami domostw usuwano obrzędy rzymskie, nie, nawet publicznie, na forum, na Kapitolu zjawiały się rzesze kobiet, składających ofiary i wznoszących modły nie według ojczystych obyczajów"). Poza tym modły były odprawiane jawnie, w biały dzień, więc nie budziło to żadnego podejrzenia. Problemy zaczęły się z chwilą śmierci owego "ofiarnika i wróżbity" ("sacrificulus et vates"), i gdy jego miejsce zajęła teraz kapłanka, czyli kobieta - zaś Rzym nie był wówczas na to przygotowany (oczywiście kapłanki w Rzymie wówczas były - jak choćby westalki - a religijność kobiet miała swoją bogatą obrzędowość i rytuały - jak choćby wrześniowe procesje dziewic w czasie święta ku czci Junony Królowej, czy czerwcowe Westalia w czasie których kobiety urządzały procesje do świątyni Westy - jednak nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby dużym zgromadzeniem religijnym kierowała w Rzymie kobieta). Samo to budziło już spore podejrzenia, a przecież na tym wcale się nie skończyło.

Owa kapłanka zakonu pitagorejczyków (pochodząca z Kampanii - czyli z pewnością Greczynka) zmieniła teraz zasady odprawiania kultu z pory dziennej na nocną. To zaś zaczęło rodzić plotki, które potęgowały jedynie grozę ostatnich lat przed spodziewanym "końcem świata", a ludzie opowiadali sobie niestworzone historie, jakie ponoć odbywały się w świątyni pitagorejskiej. Mówiono o "szkaradnej rozpuście" (ponoć miano tam siłą deflorować dziewice, a sama kapłanka na ołtarzu Dionizosa oddawała się... kilkudziesięciu mężczyznom w ciągu jednej nocy, zaś posąg fallusa w stanie wzwodu miał być obecny podczas każdych odprawianych tam misteriów), mówiono również że fałszuje się tam dokumenty, oraz że składa krwawe ofiary z młodych kobiet (dziewic) i dzieci. Nic więc dziwnego, że taka opinia musiała budzić uzasadnione obawy i świadczyć dobitnie o upadku ludzkości oczekującej swego nieuchronnego kresu. Konsul (roku 186 p.n.e.) Spuriusz Postumiusz w swej mowie przed senatem, mówił więc o: "wzrastającym i rozszerzającym się złu", które: "zagraża istnieniu Republiki". Obawy budził również fakt, że misteryjny kult orficko-pitagorejski przyciągał do siebie szczególnie rzymską młodzież, która - jak uważano - idzie tam aby móc swobodnie uprawiać rozpustę (takie antyczne "dzieci-kwiaty" 😉). Być może jednak powodzenie ruchu brało się z zupełnie innej przyczyny, a mianowicie z potrzeby uznania i akceptacji (pitagorejczycy co prawda dzielili ludzkość na dwie kategorie - rządzących i przeznaczonych do wykonywania poleceń - ale jednocześnie głosili iż przez poznanie samego siebie można poznać "Wszechświat i Bogów" i że prawem życia jest nieustanna ewolucja. Poza tym w ruchu pitagorejskim nie było podziału na mężczyzn i kobiety, gdyż uważano - idąc za nauką Pitagorasa - że obie płcie są tak samo zdolne do rozwoju jak i do zastoju i obie podążają zarówno duchową drogą Dionizosa jak i cielesną ścieżką Apolla). Dlatego też Postumiusz twierdził że owi wyznawcy greckiego kultu: "umysłami ludzi (...) zawładnąwszy, do wszelakich popychają je nieprawości i występków". Postumiusz uzyskał więc zgodę senatu na podjęcie zdecydowanych kroków przeciwko nowemu zakonowi i rozpoczęły się okrutne prześladowania, jakich nigdy wcześniej Rzym jeszcze nie widział i jakich w przyszłości miał nie ujrzeć przez kolejne 250 lat, aż do czasu pierwszych prześladowań chrześcijan za rządów cesarza Nerona, z roku 64.




Dochodziło do dantejskich scen, gdy ludzi wywlekano na ulicę, okrutnie bito a nawet zabijano na miejscu. Rozbijano też figurki Dionizosa i Apolla, uważając je za świętokradcze oraz występujące przeciwko rzymskim obrzędom i obyczajom przodków (szczególnie aktywny był w tej kwestii Marek Porcjusz Katon). W samym Rzymie w wyniku paru tygodni prześladowań zginęło aż 3000 osób, zaś w całej Italii ta liczba była co najmniej dwa razy większa. Można sobie zatem wyobrazić skalę represji przedstawicieli jednego tylko kultu religijnego. Po zakończeniu owych prześladowań, ruch pitagorejski został całkowicie wytępiony i nie pojawił się już w takiej skali nigdy więcej ani w samym Rzymie ani też w Italii (choć w I wieku p.n.e. były próby jego reaktywacji). Nie był to jednak koniec wydarzeń które zajmowały Rzymian w ostatnich latach przed spodziewanym "końcem świata" i już wkrótce potem dały o sobie znać kolejne niepokoje, znamionujące okres nieuchronnego upadku - jak sądzili Rzymianie - całego państwa. W 185 r. p.n.e. w Apulii wybuchło powstanie niewolników (szybko jednak zostało stłumione), ale za to w Rzymie pojawiła się kolejna odsłona niedawnych prześladowań. Oto bowiem w posiadłości pewnego rzymskiego nobila, odnaleziono dwie trumny. Jedna, w której miały znajdować się szczątki zmarłego przed pięciuset lat rzymskiego króla - Numy Pompiliusza - była całkiem pusta. Druga zaś trumna zawierała pisma tego króla (jednak pergamin, na którym je spisano pojawił się długo po śmierci tego władcy, a poza tym pisma były w nienaruszonym stanie, co mogło dziwić nawet ówczesnych potomków Romulusa, jak to bowiem możliwe aby przez 500 lat papier nie uległ rozkładowi, zaś ciało - w tym kości - króla zmienić miały się w proch?). Zwojów łącznie było czternaście - 7 spisanych po łacinie i dotyczących prawa pontyfikalnego, 7 kolejnych zaś po grecku, mówiących o filozofii Pitagorasa. Sugerowało tym samym że król Numa Pompiliusz był... uczniem Pitagorasa na ponad sto lat przed narodzinami owego filozofa (dla Rzymian nie było to jednak wielkim problemem, liczyła się bowiem mitologiczna opowieść, a nie chronologiczna dokładność dat i postaci), zatem religia rzymska miała opierać się już u swych początków na pitagoreizmie.

Oczywiście nie można było obalić tego przekonania, bez wcześniejszego dokładnego zbadania autentyczności owych zwojów, które ponoć miały wyjść spod ręki samego króla Numy. Powołano więc kwestora Kwintusa Petyliusza, który miał orzec czy pisma są autentyczne czy nie i co należy z nimi dalej uczynić. Petyliusz oczywiście od razu stwierdził że to falsyfikaty i wszystkie je kazał publicznie spalić na Zgromadzeniu Ludowym, co też ostatecznie ucięło wszelkie plotki na ten temat. Ostatnim przejawem zbliżającego się "końca świata", było zaś objęcie w 184 r. p.n.e. stanowisk cenzorskich przez Lucjusza Waleriusza Flakkusa i oczywiście znanego piewcy starorzymskiej religii i moralności, wielkiego wroga hellenizacji Rzymu - Marka Porcjusza Katona. Zaczęła się polityka "walki ze zbytkiem", a w celu odrodzenia starorzymskiej moralności, czyli cnoty (virtus) i chwały (gloria), Katon nakazywał nawet niszczyć rury, doprowadzające wodę (w tym również ciepłą, jako że była podgrzewana) do willi majętnych nobilów i kazał im - zgodnie z obyczajem przodków - kąpać się w zimnej wodzie, jak na mężczyzn przystało (Rzymianie twierdzili bowiem że gorące kąpiele dobre są jedynie dla kobiet, zaś mężczyźni powinni zażywać jedynie kąpieli zimnych). Poza tym urządzono prawdziwą "rzeź" w senacie, skreślając ze składu senatorów wszystkich tych, którzy byli zwolennikami zarówno greckiej kultury jak i obyczajów. Katon też wielokrotnie przed senatem pomstował na szerzący się zbytek i zniewieściałość Rzymian, na ich umiłowanie pięknych strojów i grzmiał ostro, iż w taki oto sposób: "Widać chylenie się Rzeczpospolitej ku upadkowi po tym, że za pięknych chłopców płaci się więcej niż za pole, a za puszkę marynaty rybnej więcej niż za pachołka do wołów na roli". W tych warunkach wszyscy (głównie ludzie wykształceni i ewentualnie politycy, gdyż większość rzymskiego ludu i tak zajęta była swymi codziennymi sprawami) oczekiwali nadejścia zapowiadanego przez swą narodową wieszczkę - Sybillę - końca świata, który jednak jak na złość wcale nie chciał nadejść. 

Gdy więc przyszedł ów 183 r. p.n.e. okazało się że... nic się nie stało, słońce wstawało każdego dnia, by potem nocą pogrążyć świat w ciemnościach do kolejnego świtu, Tybr płynął niezmącony, nic szczególnego więc się nie wydarzyło tego roku. O przepraszam - miały miejsce wówczas trzy sławne zgony - jeden Hannibala (ścigany w Bitynii przez Rzymian, popełnił samobójstwo), drugi zaś jego zwycięzcy spod Zamy (202 r. p.n.e.) Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego (który zmarł spokojnie, we własnej willi), trzeci zaś Filopomena - sławnego wodza Achajczyków (nazywanego "następcą Aleksandra").  Był to wówczas jedyny widomy znak - oto odeszło z tego świata dwóch wielkich wodzów, którzy kształtowali rzeczywistość przez kolejne dekady i byli wzorem dla potomnych. W każdym razie w owym roku nie nastąpiła zagłada państwa i nie było też końca świata. Cóż się zatem stało i czy Sybilla mogła się pomylić? Ale jak to, to przecież ona nakazała Rzymianom sprowadzenie kultu Matki Idajskiej do Rzymu (205/204 r. p.n.e.) co miało dopomóc w zwyciężeniu Hannibala (wielu wierzyło iż sukces Scypiona był spowodowany działaniem Wielkiej Macierzy, czyli bogini Kybele, czyli właśnie Matki Idajskiej - jak nazywali ją Rzymianie. Podobnie dziś wielu powtarza bzdury o "cudzie nad Wisłą" z 1920 r. przypisując boską interwencję w powstrzymaniu sowieckiej inwazji na Europę i tym samym odbierając odwagę i bitność żołnierzowi polskiemu oraz strategiczny geniusz dowództwa, które ten sukces opracowało wręcz genialnie, co oznaczało iż tej bitwy po prostu przegrać nie mogliśmy w żadnym razie, a Sowieci byli wyśmienicie rozegrani, szczególnie na polu wywiadowczym, gdy ich tajne meldunki były czytane przez deszyfrantów niczym poranna gazeta. Stąd też doskonale wiedziano o uzbrojeniu, morale oraz stanie liczebnym przeciwnika. Wiedziano również o stanie liczebnym Grupy Mozyrskiej - która była najsłabszym ogniwem sowieckiego natarcia - tylko uważano że w tym przypadku dane są niespójne i obawiano się sowieckiej zasadzki. Nie było zasadzki, było zaś wielkie zwycięstwo, które ocaliło ówczesną Europę przed bolszewizmem).




Teraz zatem wieszczka miałaby się pomylić? Ta sama Sybilla, której przepowiednie były nazywane "sumieniem losów ludu rzymskiego"? To niemożliwe! Ktoś inny musiał popełnić błąd, ale nie ona. Mówiła co prawda o dziesięciu wiekach, dzielących upadek Troi od upadku Rzymu, ale przecież nie wyznaczyła ich długości (sto lat w odniesieniu do wieków przyjęli za cezurę sami Rzymianie, wychodząc z prostego założenia że jest to maksymalna granica ludzkiego życia). Zaczęto więc szukać odpowiedzi i w taki sposób odkurzono stare, etruskie teorie "wieków naturalnych", mówiących że życie ludzkie nie musi ograniczać się jedynie do stu lat, za to jego zakończenie poprzedzane jest przez cudowne zjawiska. To jednak nie wyjaśniało zagadki pomyłki wieszczki Sybilli, więc szukano dalej. Te poszukiwania zaprowadziły rzymskich dziejopisów ponownie do Egiptu, gdzie dowiedziano się ie wiek tak naprawdę liczy nie 100 a 110 lat. Nie wiadomo w jaki sposób natrafiono na tę teorię i jak przedostała się ona na rzymski grunt, wiadomo jednak że przyjęto ją i zaakceptowano natychmiast w całej pełni. Oznaczało to więc dużą zmianę w obliczeniach, a prawdziwą datą końca świata nie był już 183 r. p.n.e. tylko... 83 r. p.n.e. (licząc od wyznaczonej przez Eratostenesa daty zdobycia Troi w 1183 r. p.n.e.). W tej zmienionej sytuacji wiek sybillański liczył nie 100, a 110 lat więc dziesięć wieków wyznaczało właśnie datę roku 83 p.n.e. Tylko że nadal nie daje to nam odpowiedzi, dlaczego Oktawian August wyznaczył właśnie rok 17 p.n.e. jako jubileusz "Igrzysk Wieku". Ale na to pytanie odpowiem już w kolejnej części, gdy się też okaże, że kolejne daty wyznaczane w obrębie 110-letniego wieku, również nie przynosiły końca świata (choć było wówczas mnóstwo wydarzeń politycznych, w czasie których z pewnością dla wielu kończył się ich świat - jak choćby dla tych, którzy wpisani zostali na listy proskrypcyjne dyktatora Sulli po roku 83 p.n.e. i dla zysku byli perfidnie mordowani przez żądny łatwego zarobku motłoch).       


 



CDN.