Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSY. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PSY. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 października 2023

TAJNE PRZEZ... SZALONE - Cz. II

CZYLI NAJDZIWNIEJSZE (I CZĘSTO PRZERAŻAJĄCE) POMYSŁY XX STULECIA





PSY STRAŻNICY OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH 





 Dziś dalsza część szalonych planów prowadzonych w państwach totalitarnych, w celu stworzenia jakichś hybryd, które mogłyby być wykorzystane do walki w wojnie o triumf określonej ideologii. Dziś zapraszam do nazistowskich Niemiec i do specjalnie stworzonej w tym celu szkoły dla psów, której jednym z zadań było... nauczenie ich ludzkiej mowy.


"SPÓJRZ BLONDI, TO WSZYSTKO KIEDYŚ BĘDZIE TWOJE" 😄



Adolf Hitler był wielkim miłośnikiem zwierząt... i dzieci. Zawsze powtarzał "Najbardziej lubię psy i dzieci", choć niektórzy potem wkładali mu w usta słowa że to "dlatego, iż łatwo ich wyszkolić". Nie wiadomo do końca czy te ostatnie słowa były rzeczywiście wypowiedziane przez Hitlera, wiadomo jednak że führer III Rzeszy rzeczywiście był zwolennikiem odpowiedniego wyszkolenia zwierząt, szczególnie zaś psów. Sam miał dwa wilczury - Blondi i Belli i spędzał z nimi czas gdy tylko mógł, szczególnie w swej górskiej rezydencji w Obersalzbergu. Na wielu  zdjęciach z czasów zarówno przedwojennych jak i wojennych, Hitler znajduje się w otoczeniu swoich psów (szczególnie Blondie), ale takie propagandowe zdjęcia czy filmy były konieczne, ponieważ budowały wizerunek wodza, jako zarówno opiekuna zwierząt, jak również ojca narodu czy protektora danych zawodów czy grup społecznych (w mojej kolekcji znajdują się zdjęcia Hitlera w otoczeniu robotników niemieckich, w otoczeniu niemieckich dziewcząt, chłopców z hitlerjugend i wielu podobnych. Jest też jeden jak przebywa w towarzystwie małej Helgi - córki Goebbelsa, a zdjęcie zatytułowane jest "Na molo z małą Helgą" - zdjęcie to znalazło się również w "Völkischer Beobachter").






Wielu dyktatorów robiło sobie zdjęcia z różnymi grupami społecznymi, z dziećmi czy też zwierzętami i do dzisiaj za mistrzów propagandy w tej kwestii uchodzą szczególnie Józef Stalin oraz Adolf Hitler, ale jest to błędne spostrzeżenie. Prawdziwym mistrzem propagandy swoich czasów, którego ci dwaj wyżej wymienieni nie byli jednak w stanie dogonić, był... Benito ("Finito" 😄) Mussolini. Ten robił sobie bardzo wiele zdjęć dla faszystowskiej propagandowej prasy, a ponieważ był też sportowcem i pracował wcześniej jako robotnik budowlany (a konkretnie murarz), to bardzo często również i w tych zawodach pojawiał się np. bez ubrania w samych tylko spodniach lub nawet w spodenkach (Hitler był mocno zdegustowany jak pewnego razu zobaczył zdjęcie duce bez koszuli, przemawiającego do Włochów po zakończeniu akcji żniwnej w 1925 r. Benito pracował tam rzeczywiście podczas zbierania zboża jak zwykły chłop, czym przyciągał do siebie społeczeństwo, które powszechnie już powtarzało słowa wypowiedziane przez włoskiego dziennikarza w 1925 r. "Mussolini ma zawsze rację!" - a należy pamiętać że jeszcze wówczas władza faszystów nie była w pełni domknięta). Zresztą zdjęcia Mussoliniego bez koszuli, czy nawet bez spodni (oczywiście nie był zupełnie na golasa, co też trzeba podkreślić), były we Włoszech popularne, i często duce pokazywał się albo przy pracy fizycznej (np. właśnie akcja żniwna, która miała - według propagandy - uniezależnić wówczas Włochy od dostaw zboża z zagranicy), albo podczas wykonywania różnych sportów (np. ,siłowych albo biegów długodystansowych, w których pomimo lekkiej nadwagi Benito uczestniczył). Natomiast Hitler czy Stalin nigdy nie zostali w taki właśnie sposób sportretowani w swojej propagandzie dla ludu (nic dziwnego że otaczał się prawdziwym tabunem kochanek, chodź w propagandzie uchodził za wiernego męża i dobrego ojca, a jego żona przyznała publicznie, że po raz pierwszy dowiedziała się o romansach męża dopiero w 1943 r.)




Wróćmy jednak do nazistowskich Niemiec i Adolfa Hitlera, który rzeczywiście wierzył że odpowiednim treningiem psy mogą uzyskać świadomość kilkuletniego dziecka i mogą nauczyć się prymitywnych ludzkich słów. Zafascynowany tym pomysłem był również szef Gestapo i SS - Heinrich Himmler (który bardzo lubił tego typu projekty). Nakazał on bowiem przejrzeć niemieckie archiwa i gdy okazało się, że niemieccy naukowcy sporo pisali o nadzwyczajnej inteligencji psów którą możnaby wykorzystać dla potrzeb ludzkości, postanowił wyznaczyć ich do roli strażników w obozach koncentracyjnych, odciążając tym samym oficerów SS. W 1935 r. Nieopodal Leutenburga (w pobliżu Hanoweru) z polecenia Himmlera i za zgodą Hitlera, otworzono specjalną szkołę dla psów, w której miano nauczyć ich podstawowych ludzkich wyrazów i wyszkolić do roli strażników w obozach koncentracyjnych (Himmler osobiście dostarczył do tej szkoły swojego własnego czworonoga). Ośrodek ten nosił nazwę Tier-Sprechschule ASRA ("Szkoła Mowy dla Zwierząt"). Kierowniczką tej szkoły została Margarete Schmidt, która otrzymała za zadanie "umocnić więź człowieka ze zwierzętami" (w tym przypadku z psami). Do szkoły tej ściągano z całych Niemiec najbardziej inteligentne czworonogi, gdzie uczono ich odpowiednich zachowań i komend. 




Miały na przykład wystukiwać określone sygnały łapą, szczekać gdy ujrzą coś niepokojącego, a także uczono ich tam podstawowych ludzkich słów (polegało to na tym że każda litera alfabetu,była przyporządkowana do liczby szczeknięć, chodź najbardziej inteligentne psy uczono takiej artykulacji szczeknięć, aby przypominały ludzkie słowo - ponoć niektóre psy potrafiły w ten sposób poprosić o jedzenie lub smakołyki). Często też organizowano wycieczki szkolne, czy też wycieczki młodzieży z hitlerjugend do tego ośrodka, i dzieciaki przygotowywały dla psów różne wiersze lub nawet poezje (podczas jednej z takich wycieczek, pies wabiący się Lumpi zaczął szczekać na chłopców z hitlerjugend, a jego trener stwierdził, że pies powiedział iż "ma dosyć na dziś poezji"). Gdy w listopadzie 1938 r. rozpoczęła się tzw Noc Kryształowa, wymierzona w niemieckich i polskich Żydów którzy znaleźli się w Niemczech (ok. 30 000 z nich osadzono w obozach koncentracyjnych, a jakieś 17 000 wypchnięto przez granicę do Polski), wówczas w niemieckich mediach pojawiły się głosy zatroskanych Niemców, którzy martwili się, co teraz stanie się z czworonogami pozostawionymi przez Żydów. Ostentacyjnie domagano się też od władz opieki nad tymi zwierzętami - część z nich trafiła właśnie do ośrodka prowadzonego przez Margarete Schmitd.




Wkrótce potem prasę obiegła wiadomość o wielkim zwycięstwie w rozwoju więzi człowieka z psem. O to bowiem pewna mieszkanka Berlina zapytała się swego psa, kim jest Adolf Hitler i uzyskała odpowiedź "Mein Führer". Prasa niemiecka z ekspiacją rozpisywała się nad tym niesamowitym wydarzeniem (😱😄), do którego jednak doszło poza szkołą nauki mowy dla psów. Po wybuchu II Wojny Światowej projekt rozwinięcia umiejętności ludzkiej mowy wśród psów był w dalszym ciągu kontynuowany, ale ze względu na coraz bardziej wymagające potrzeby wojenne, szkoła ta coraz częściej miała ograniczane środki finansowe, ale istniała aż do końca Trzeciej Rzeszy, czyli do maja 1945 r. Projekt ostatecznie zakończył się totalną klapą, chociaż niektóre przypadki owych psów były rzeczywiście niezwykłe.




W następnej części kolejny niesamowity projekt, tym razem opracowany przez brytyjskie tajne służby, a miał on na celu sfeminizowanie Adolfa Hitlera i... zamienienie go w kobietę 😭




A CO SIĘ TYCZY OSTATNICH WYBORÓW, TO POWIEM TYLKO TYLE - CHYBA NACZELNIK MUSI COŚ WIEDZIEĆ, SKORO STWIERDZIŁ ŻE CZEKA NAS CIEKAWY CZAS 👍



CDN.

poniedziałek, 26 września 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LXI

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 


 

III

ODWIEDZINY Z ZAŚWIATÓW

Cz. III

 
 
 
 
 
PANI W SELEDYNOWEJ SUKNI
 
 
 Niezwykłą przygodę z dziedziny okultyzmu przeżył znany angielski chirurg doktor Marsvield. Doktor siedział kiedyś w lokalu, w którym chętnie i często bywał. Było jeszcze dość wcześnie i restauracja była prawie pusta. Lekarza, jak zwykle, obsługiwał George, młody kelner pochodzący z wyspy Man. Lekarz ze zdziwieniem zauważył, że na powitanie George nie tylko jemu się ukłonił, lecz także pustemu krzesłu obok. Lekarz zdziwił się jeszcze bardziej, gdy kelner - odebrawszy zamówienie - spytał: 
 
- A dla pani?
 
-  Pani? Dla jakiej pani? - spytał doktor, rozglądając się dookoła. Nigdzie w pobliżu nie zobaczył żadnej kobiety. Czyżby kelner już o tak wczesnej porze był pijany? - Przepraszam - odrzekł doktor uprzejmie - lecz którą panią ma pan na myśli? 
 
Kelner zrobił strapioną minę.
 
- Mam na myśli pana towarzyszkę, panie doktorze - wyjąkał.
 
- Ależ ja nie jestem w towarzystwie żadnej pani - ostro zaprotestował lekarz. Nie podobało mu się, że kelner próbuje mu zrobić kawał.
 
- Ależ proszę pana - kelner był coraz bardziej zmieszany - pan doktor chyba żartuje. Widzę wyraźnie pana towarzyszkę, jak się uśmiecha z pana żartu.
 
- A więc widzi pan obok mnie przy stole jakąś panią. Może więc mi ją pan opisze.
 
- Oczywiście - zawołał skwapliwie George, wyraźnie zaskoczony takim obrotem sprawy. - Ta pani ma na sobie seledynową suknię, brązowe rękawiczki, brązowy kapelusz z rozciętym piórkiem, na szyi zaś mały, złoty łańcuszek, na którym wisi broszka przedstawiająca wieloramienne bóstwo indyjskie. Oko tego bóstwa zrobione jest z rubinu, który ma dziwny ogień.
 
- A ja panu oświadczam, że takiej pani przy moim stoliku nie ma, a nawet nie znam żadnej, dla której odpowiedni byłby ten opis.
 
- O ile się nie mylę, to ta pani jest Azjatką - mówił dalej kelner niewzruszonym tonem.
 
- Pan się myli - krzyknął doktor zirytowany i oburzony takim potraktowaniem jego osoby. - Proszę, niech pan przyniesie zamówione wino.
 
Słysząc podniesiony głos klienta, przy stoliku zjawił się pan Harting, właściciel lokalu, aby sprawdzić, co tak wzburzyło gościa.
 
- Czy widzi pan w moim towarzystwie Hinduskę lub jakąś inną panią w seledynowej sukni? Czy ma ona dziwną broszkę na szyi? - spytał doktor Marsvield gospodarza. 
 
- Bardzo mi przykro, lecz niestety nikogo nie widzą brzmiała odpowiedź.
 
- W porządku, lecz pana kelner twierdzi, że ją widzi. 
 
Oczywiście, biednemu kelnerowi jeszcze tego samego wieczora wypowiedziano pracę. Kiedy doktor Marsvield powrócił do domu, nie myślał już o incydencie w restauracji. Jego zdaniem kelner był pijany i w tym stanie po prostu zakpił sobie z poważnego gościa. 
 
Po kilku dniach doktor napisał list do starego przyjaciela Leslie Ovensa, poważnego pisarza, który wiele jeździł po świecie, a ostatnio osiedlił się w Irlandii. W liście dokładnie opisał zdarzenie z kelnerem, wyrażając przypuszczenie, że może materiał ten przyda się przyjacielowi przy pisaniu jakiejś powieści. Było mu bowiem wiadomo, że literaci zawsze polują na ciekawsze tematy, które można by później wykorzystać. Doktor Marsvield bezzwłocznie otrzymał od przyjaciela odpowiedź, która poruszyła go do głębi. Pan Ovens pisał bowiem, że właśnie tego samego dnia jego młoda żona uległa wypadkowi samochodowemu. Pani Ovens była, o czym doktor nie wiedział, Euroazjatką. Co najdziwniejsze, tego dnia, w którym doktor miał scysję z kelnerem, pani Ovens miała na sobie seledynową suknię, którą kelner rozpoznał na niewidzialnej pani. Miała również na złotym łańcuszku dziwną, egzotyczną broszkę z rubinem, dokładnie opisaną przez George'a. Pan Ovens pisał dalej przyjacielowi, że ostatnie słowa umierającej brzmiały: 
 
- Gdyby tu był twój przyjaciel, doktor Marsvield, może by mnie uratował. 
 
Chirurg długo zastanawiał się nad dziwnym zdarzeniem, dochodząc w końcu do wniosku, że kelner był po prostu jasnowidzem. Ta okoliczność pozwalała mu spostrzegać ciała astralne, niewidoczne dla oka przeciętnego człowieka, dostrzegającego tylko przedmioty materialne.
 
 
 
 
 
MEDIALNE MANIFESTACJE
 
 
 W Lipcach pod Charkowem występowały w latach 1853-1856. Od tego czasu na świecie zanotowano więcej podobnych wypadków, nawet w czasach nowszych i najnowszych. Lecz tu, tymi dziwnymi zdarzeniami zajął się sąd, prokurator, żandarmeria i wojsko. Tak więc materiał do tego artykułu wziąłem wprost z protokołów urzędowych. Nie jest więc ani zmyślony, ani fryzowany, jakby to chętnie potraktował ktoś o prymitywnych poglądach materialistycznych, chociaż dziś jako tako wykształcony człowiek wie, iż materia jako taka właściwe nie istnieje, a wszystko co nas otacza to różne postacie skupienia energii. Niniejszy tekst opracował sławny rosyjski parapsycholog A.M. Aksionow, żyjący w ubiegłym stuleciu. Jego prace z parapsychologii przetłumaczono na wiele języków.
 
Do sądu powiatowego w Charkowie wpłynęło latem 1853 roku pismo kapitana oddziału konnicy Siergieja Szendaczenko, powiadamiające sąd, że w jego domu dzieją się rzeczy niezgodne ze zdrowym rozumem i rozsądkiem. Ponieważ dla sądu pojęcie parapsychologia, zwana wtedy spirytyzmem, okultyzmem nie istniało, postanowiono do końca wyjaśnić wyczyny chuligańskie jakiegoś nieznanego łobuza. Sprawa była bowiem poważna; bardzo rozpowszechnione wówczas były sprawy o podpalenie, a w tym przypadku również spłonęło obejście... Na przykład w lipcu 1853 roku pożar strawił wiele gospodarstw, a sprawcy nie udało się w żaden sposób wykryć. Wysoki Sąd przypomniał sobie, że podobne wypadki były już kiedyś notowane w jednym z pobliskich powiatów, przy czym podobno słyszano przy tej okazji dziwne i niczym nie usprawiedliwione hałasy, stukania, uderzenia w ściany i drzwi. Było to w gospodarstwie wdowy Rozdiakonowej. Sąd nie ustalił wtedy nic. Dla pewności polecił jednak babę opiece boskiej i tam kazał kierować dalsze skargi. Wypadki w Lipcach nie różniły się zbytnio od tych, o których szeroko mówi się wśród ludu w całej Rosji. Różnica polegała jedynie na tym, że społeczeństwo ma więcej zaufania do zwykłego policjanta jako przedstawiciela władzy, niż uczonego, na którego urząd patrzy podejrzliwym okiem. Ale powróćmy do sprawy Lipiec. W protokole sądowym z dnia 23 sierpnia 1853 roku rejonowy komisarz policji zawiadamia sędziego powiatowego w Charkowie, że wczoraj zgłosił się kapitan Szendaczenko i oświadczył, iż w jego domu nadal występują niesamowite rzeczy. Złożył też zeznanie na piśmie następującej treści:
 
- Zwołałem komisję składającą się z przedstawiciela starostwa, sołtysa, miejscowego policjanta oraz z urzędnika akcyzy, aby poświadczyli, co się właściwie dzieje w moim mieszkaniu. Widocznie działały tu jakieś siły pozaziemskie, bo okna były powybijane, naczynia potłuczone, a ordynans pokaleczony nożem. "Coś" powyrzucało też żywność z beczek i skrzyń. Nad ranem około trzeciej - pisze kapitan Szendaczenko - w pokoju powstał niesamowity hałas. W powietrzu latały cegły. Dzieża z ciastem i walizka znalazły się nagle na środku izby. Latające przedmioty zmusiły obecnych do bezładnej ucieczki. Wtedy hałas trochę się zmniejszył, lecz cegły nadal latały w powietrzu. Po południu, około godziny drugiej, nagle zaczęło się palić łóżko. Na szczęście byłem wtedy wraz z żoną w pokoju, więc ugasiliśmy pożar. Po chwili łóżko znów zaczęło się palić i to równocześnie w trzech miejscach. Kiedyśmy ugasili i ten ogień "coś" zaczęło rzucać w okno cegłami i wybiło cztery szyby. Z uwagi na duże straty materialne postanowiłem przeprowadzić się do innego mieszkania. 
 
W opuszczonym budynku przez osiem dni był względny spokój. Wobec tego kapitan postanowił powrócić do dawnego mieszkania. Przez dwa dni była cisza, tylko w kuchni można było usłyszeć jękliwe westchnienia i żałosne odgłosy jakby maltretowanego człowieka. Po trzech dniach manifestacje rozpoczęły się od nowa. Ktoś niewidzialny znów zranił nożem ordynansa kapitana. Nazajutrz postanowiono więc wprowadzić wszelkie możliwe środki ostrożności.
 
- W kuchni - relacjonuje dalej kapitan - ulokowałem żołnierza i trzech chłopów. W pokoju jednego żołnierza. Mimo to ktoś ciągle rzucał we mnie kamieniami, a także w urzędnika starostwa i inne osoby. Nikomu z nas nie udało się wykryć sprawcy tych napaści. 
 
Drugi raport do sądu powiatowego napisał sołtys. Zawiadamiał w nim, że "coś" rzucało kamieniami w mieszkaniu kapitana Szendaczenko, wybijając w sumie 16 małych szyb w oknach kuchni i pokojach mieszkalnych. Poza tym "coś" wylało w pokoju kilka wiader wody, których to wiader poprzednio tam nie było. Ze strychu spadały liczne kamienie i trafiały w ludzi. W pewnej chwili zapalił się słomiany dach stodoły, od czego spaliła się sąsiednia chata i to w biały dzień, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Służba ratownicza zapobiegła rozprzestrzenianiu się ognia. 
 
Kapitan Siergiej Szendaczenko osobiście wysłał też raport do sądu, w którym wspominał, iż jakieś nieznane mu siły wyprawiają dziwne harce, rzucają garnkami i przyborami kuchennymi o ścianę. Na pomoc wezwał też miejscowego popa, aby ten wyświęcił "przeklęte" miejsce, lecz i te zabiegi nie odniosły żadnego skutku. Mimo strachu, jaki nim owładnął, kapitan Szendaczenko postanowił pójść na przetrzymanie sił nieczystych. Tymczasem na strychu "coś" porozbijało wszystkie łamliwe przedmioty. Rozrzuciło i pomieszało na podłodze proso i mąkę. W piwnicy, gdzie były zimowe zapasy, powywracało beczki z ogórkami i kapustą. Po południu znów zaczął się palić dach, tym razem na mieszkaniu kapitana. Nie można było wejść na strych, bo "coś" rzucało ratownikom w twarz cegły i palące się głownie. W protokole szóstym, napisanym przez urzędnika akcyzy, oświadcza się, że sprowadzono popa, lecz kiedy zaczęto śpiewać nabożne pieśni, rzucało kamieniami i kawałkami cegieł do kropielnicy, a z duchówki pieca, poprzez zamknięte drzwiczki, wyleciał żelazny garnek z wodą, chociaż w kuchni nie było nikogo. 
 
Liczne inne sprawozdania i raporty skierowane do sądu nie wnoszą w zasadzie niczego nowego. Relacje powtarzają się: Przedmioty nadlatują znikąd. Są widoczne dopiero wtedy, kiedy "lecą". W każdym razie ogień wybuchał kilkakrotnie. Spaliła się stodoła i chałupa, a od nich zajęło się kilka dalszych chat. Gęsie pióra z worków znajdowano rozrzucone w różnych miejscach. Ważnym szczegółem jest tu fakt, iż spośród kilkunastu różnych raportów i sprawozdań skierowanych do władz, wszystkie w swej treści są zbieżne i nie przeczą sobie w żadnym szczególe. Wszystkie mówią dokładnie to samo.

Po ostatnim pożarze w dniu 25 października skończyła się udręka biednego oficera. Nagle wszystko ustało. Okoliczni chłopi wyrażali przypuszczenie, iż winę za to całe zamieszanie ponosi pewien włóczęga, pijak, którego kapitan kazał zamknąć kiedyś do aresztu za wyprawianie brewerii i awantur. Pijak ten odgrażał się podobno, że po śmierci zemści się na nim. Włóczęga ten krótko potem zmarł. Czy jego pogróżki można było brać poważnie? Gdyby wszystkie groźby sprawdzały się, to ludzkość dawno już przestałaby istnieć. Do wywołania zjawisk, które wyżej opisano, potrzebny jest przede wszystkim czynnik pobudzający, czyli ktoś, kto daje w tym kierunku impuls. Takich osobników jest wielu. Wszak człowiek, umierając, nie staje się na tamtym świecie od razu inny, lepszy. Jego ewolucja w kierunku doskonalenia się trwa długo. Tak twierdzą istoty z tamtego świata, przemawiające przez media w transie; ta ewolucja jest także zależna od poziomu intelektualnego, etycznego i od uświadomienia za życia. Ale to jeszcze i tak nie wszystko. Taka istota, pozbawiona ciała doczesnego, potrzebuje odpowiedniego ładunku energii, aby móc się nam, żywym, widocznie zamanifestować. I w tym tkwi najtrudniejszy do wytłumaczenia problem. Potrzebne tu jest medium - pośrednik - z którego istota, z naszego punktu widzenia niematerialna, może czerpać energię. W każdym razie nie podlega dyskusji, że kapitanowi Szendaczenko chciał ktoś zaszkodzić i znalazł w jego otoczeniu osobnika, nadającego się znakomicie do tego celu, kogoś, z którego można było łatwo czerpać energię. 
 
Dalszych dochodzeń w sprawie wydarzeń w miejscowości Lipce nie prowadzono. Ponieważ wydarzenia te były kiedyś bardzo głośne w całej carskiej Rosji, jest rzeczą pewną, iż można o nich przeczytać w gazetach z tamtych czasów, znajdujących się w bibliotekach, które uszły wojennym pożogom.
 
 
 
 
 
ZJAWY ZMARŁYCH ZWIERZĄT
 
 
 Prof. dr Emil Mattiesen, autor znanego 3-tomowego dzieła pt.: "Życie po śmierci" jest zdania, że zwierzęta o wyższym rozwoju psychicznym bezsprzecznie - tak jak człowiek - kontynuują swe życie po swej fizycznej śmierci. Problem ten, poruszany już kilkakrotnie przez parapsychologów, nie jest do końca wyjaśniony. Wiadomo, że zwierzęta domowe na przykład, przywiązane za życia do człowieka, ukazują mu się po śmierci. Zdjęcie takiej zjawy wykonano między innymi na jednym z seansów u pułkownika żandarmerii Norberta Okołowicza w Warszawie. Na przeszkodzie w zdobyciu bliższych wyjaśnień stoi brak możliwości porozumienia się ze zwierzęciem. Zwierzę nie potrafi mówić. My zaś, naszym tępym umysłem, nie potrafimy się wczuć w psychikę zwierząt. 
 
Znany szwajcarski parapsycholog, Georg Sulzer, opisuje w swych pracach liczne wypadki, kiedy zmarłe (celowo używam tego określenia) psy ukazywały się swym paniom lub gospodarzom. Osoby medialne - kontynuuje dalej prezes Sulzer - mają dar widywania nie tylko zmarłych ludzi, ale także i zjaw zwierząt. Różne zwierzęta są związane psychicznymi więzami sympatii z człowiekiem. Lecz bywa i na odwrót. Nieraz chłop na wsi zapłacze nad ulubionym koniem, który zdechł nagle wskutek wypadku przy pracy. Takie "więzy" obowiązują także i na tamtym świecie. Pewna jasnowidząca znajoma Sulzera opowiadała mu, że zjawa jej zmarłej psiny przez długie lata chodziła za nią, widoczna tylko dla swej pani. Ciała astralne zwierząt czerpią energię do zmaterializowania się nawet z osoby swej byłej pani. Jak to robią, tego nie wiemy... W jednej ze swych prac wspomina pan Sulzer o własnym kocie. Kot ten przebywał w rodzinie Sulzerów przez pełne dwanaście lat. Miał on zwyczaj punktualnie o godzinie dwunastej przychodzić do jadalni, gdzie był już przygotowany dla niego talerzyk z jedzeniem. Talerzyk stał zawsze w tym samym miejscu. Wchodząc do jadalni kot cicho miauczał, dając znać o swojej obecności. Kiedy zwierzę na stare lata zachorowało, leżało na dywaniku w pobliżu gorącego pieca i tam mu też noszono jedzenie. Kiedyś, podczas obiadu, usłyszano w kącie znane miauknięcie. Spojrzeliśmy w tym kierunku, lecz nie było tam nikogo. Tknięci przeczuciem przeszliśmy do drugiego pokoju, gdzie stał piec. Przy nim leżał kotek. Był martwy. 
 
Angielska gazeta "Morning Post" pisała o pewnej pani, która była bardzo zmartwiona zgonem ulubionego spaniela. Stale o nim myślała. Ta okoliczność pozwoliła pieskowi naładować się energią, czerpaną ze swej pani. Dało mu to także możność zmaterializowania się. Pies ukazał się kiedyś w towarzystwie małego pudelka. Kiedy zdarzenie to opowiedziała swym sąsiadom, ci od razu zrozumieli o kogo chodzi. Był to ich niedawno zmarły pies, o czym właścicielka spaniela już wiedzieć nie mogła. 
 
Francuski astronom i parapsycholog światowej sławy, Camil Flamarion opisuje w jednej ze swych książek następujący wypadek. Znajomy, młody człowiek miał inteligentnego, lecz bardzo agresywnego psa. Z powodu licznych skarg rodzice chłopca postanowili dać psa do uśpienia. Synowi nie wspomniano o tym ani słowem. Któregoś dnia chłopiec usłyszał, jak otwierają się drzwi wejściowe i zobaczył w nich swego psa, który wszedłszy do mieszkania położył się u nóg chłopca, kiedy jednak chciał psa pogłaskać, zwierzę znikło. Chłopiec przeczuwając najgorsze, pobiegł do telefonu i wykręcił numer instytutu weterynarii.
 
- Tak - odpowiedziano mu - niedawno była tu jakaś pani ubrana na czarno i oddała psa do uśpienia. Pies od kilku minut już nie żyje. 
 
Przed ogłoszeniem tej historii redakcje gazet dokładnie sprawdziły przebieg wydarzenia i relacje świadków. 
 
Do grona najbardziej znanych parapsychologów zajmujących się światem zwierzęcym należał angielski teolog Charles Tweedale. Przedstawił on w swych pracach kilka wręcz niewiarygodnych wydarzeń, których był osobiście świadkiem. I tak kiedyś na przykład ukazała się w jego domu zjawa zmarłej przyjaciółki jego ciotki w towarzystwie psa, który także już nie żył. Pies zdechł przed dwunastu laty. Natomiast ciotka zmarła sześć lat później. Nim cokolwiek się pokazało, obecni usłyszeli warczenie i słabe szczekanie. Początkowo nie wiedziano, co to ma znaczyć, sądzono, że może jakiś brzuchomówca pozwolił sobie na kawał. Dopiero po chwili ukazały się zjawy w całej okazałości. Powyższy wypadek, opisany tu w skrócie, w całości podaje pan Tweedale w swej książce: "Man's Survival after Death". 
 
Zdaniem europejskiego specjalisty z zakresu anatomii F.W. Pawłowskiego, zajmującego się także parapsychologią, najczęściej zjawiają się zmaterializowane wiewiórki, psy, koty i ptaki. Pułkownik Norbert Okołowicz wspomina o małpoludzie pojawiającym się na seansach z Frankiem Kluskim. Odbywały się one wprawdzie w półmroku, lecz obecni mogli dotknąć sierści zjawy o zapachu jakby mokrego psa. Znany w okresie międzywojennym dr med. Max Moecke, pisze w swych wspomnieniach, że kiedyś udało mu się narzucić obecnym wrażenie zmaterializowanego lwa. Uczestnicy seansu ze strachu powskakiwali na stoły. Afrykańscy magowie potrafią narzucić widzowi wizję jadowitego węża. Taki wypadek opisuje znany pisarz powieści kryminalnych, Edgar Wallace w swych pamiętnikach, kiedy to będąc jeszcze młodym człowiekiem, pracował jako sanitariusz w koloniach angielskich w Afryce. Fakty są bezsporne. Ciekawy jest jednak sposób, w jaki się to odbywało. Czy drogą sugestii? 
 
Czytając o problemach z dziedziny parapsychologii nadal błądzimy po omacku. Tworzymy teorie oparte na domysłach. Kto uważa się za wybitnie inteligentnego, ten się z takich wydarzeń śmieje. No cóż, w tej kwestii wszystko zależy od tego, kogo na co stać. Angielski marszałek polny, lord Wolseley, wspomina w swej biografii, że w jego obecności zmaterializowała się kiedyś foka oraz jakieś rzadkie zwierzę występujące w Indiach. W roku 1923 w Niemczech ukazała się książka generała Józefa Petera, w której przedstawił około 50 znanych i udokumentowanych wypadków materializacji zwierząt. 
 
Znaną osobistością w sferach parapsychologów jest Anglik Frederic Scultorp. Ma on rzadko spotykany dar bilokacji, czyli wysyłania swego ciała astralnego w dowolnym czasie i na duże odległości (Scultorp opisał swe przeżycia w książce: "Moje przeżycia w świecie duchów"). Frederic Scultorp zajmuje się bilokacją od kilkudziesięciu lat. W rozdziale swej książki o zwierzętach pisze m.in., że zwierzęta przechodzą na tamten świat łatwo i bez trudności. Jeżeli chodzi o zwierzęta drapieżne, zatracają one z czasem zamiłowanie do polowań. Wszak jedzenie jest im już niepotrzebne. Zresztą siła fizyczna, tak ważna w naszym życiu "tutejszym", tam nie znaczy nic. 
 
Ciekawe zdolności miał pies pewnej mieszkanki Weimaru, pani Freytag-Loringhoven. Potrafił on rozwiązywać trudne zadania matematyczne. Zwierzę wyszczekiwało swe wypowiedzi według wcześniej uzgodnionego kodu. Jego błyskawiczne i bezbłędne odpowiedzi wzbudzały zdumienie, a jego pani była z psa niesłychanie dumna. Była przekonana, że pies swą inteligencję zawdzięcza jej pedagogicznym uzdolnieniom. Było obojętne, z kim pies miał do czynienia; doświadczenia zawsze się udawały. Niektóre osoby przypuszczały, że pies, jak i sławne w historii konie elberfeldzkie, miał zdolności telepatyczne... Zdaniem doświadczonych parapsychologów problem jednak był znacznie prostszy. Tak pies, jak i wspomniane konie miały kwalifikacje medialne. Możliwe także, że ktoś z obecnych podświadomie im pomagał - pośredniczył. Takie wypadki zdarzają się często u ludzi. Wszak spotyka się media o intelektualnym poziomie analfabetów, które w transie rozmawiają licznymi, nieraz nawet martwymi językami. Na tej zasadzie działają też tzw. wirujące stoliki, które "pośredniczą" i pomagają się wypowiadać istotom z innego świata.
 
 
 
PS: W następnej części nowy podtytuł:  
"Moje kontakty z tamtym światem".
 
 
CDN. 
 

wtorek, 30 sierpnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LIX

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 


 

III

ODWIEDZINY Z ZAŚWIATÓW

Cz. I

 
 
 

 
 
OSTATNI Z LEGENDARNEGO SZCZEPU AGHERTI
 
 
 Do najciekawszych wypadków ostatnich czasów w dziedzinie kontaktów z tamtym światem należy zaliczyć przygodę angielskiego kapitana, Brightona. A oto jego sprawozdanie:
 
Jesienią 1945 roku znajdowałem się wraz z kompanią Highlanderów w pobliżu Leh w Himalajach, w Indiach. Któregoś wieczoru, kiedy siedziałem w namiocie pisząc listy, które nazajutrz miały odejść pocztą do Anglii, wszedł do namiotu jeden z moich młodych żołnierzy. Człowiek ten jednak nie miał na sobie munduru, lecz szpitalną piżamę. Także na głowie nie miał czapki, a wchodząc nie zasalutował. Zwyczajnie zwrócił się do mnie: 
 
- Proszę, niech kapitan prześle mój zaległy żołd mojej matce w Manchesterze. Niech pan będzie uprzejmy i zanotuje jej adres. 
 
Mechanicznie zapisałem, co mi żołnierz podyktował i powiedziałem:
 
- W porządku, będzie załatwione. 
 
Żołnierz opuścił mój namiot milcząc i bez salutowania, tak jak wszedł. Będąc znów sam w namiocie uprzytomniłem sobie, że wystąpienie żołnierza było co najmniej dziwne. Jak on w ogóle śmiał wejść do namiotu dowódcy w piżamie i bez salutowania wypowiedzieć swoją prośbę? To mnie zirytowało. Kazałem więc wezwać sierżanta, aby z nim pogadać.
 
- Sierżancie - zawołałem - dlaczego pozwoliliście szeregowcowi Youngowi wejść w piżamie do mojego namiotu? Rozkazuję, aby szeregowiec Young natychmiast stawił się umundurowany.
 
- Panie kapitanie - odparł sierżant - czy pan zapomniał, że szeregowiec Young zmarł wczoraj w szpitalu w Svingar? Meldunek o tym położyłem panu dziś rano na stole. 
 
- Meldunku jeszcze nie czytałem. Dziwne mi się jednak wydaje, że Young był u mnie i prosił, aby jego zaległy żołd wysłać matce. Podał nawet jej adres.
 
- Rzeczywiście dziwne - zauważył sierżant - a ja Jego rzeczy sprzedałem wśród kolegów w drodze licytacji i byłem w kłopocie co zrobić z pieniędzmi, bo w jego papierach nie ma żadnego adresu. 
 
To zdarzenie zastanowiło kapitana Brightona. Mieszkał on w Indiach dość długo, wiedział więc, że na świecie zdarzają się rzeczy niezrozumiałe dla trzeźwych materialistów. Kapitan Brighton polecił więc wpierw sprawdzić, czy adres matki Younga jest właściwy. Okazało się, że tak. 
 
Sprawa ta jednak nadal chodziła mi po głowie - opowiadał kapitan Brighton. - Zastanawiałem się, jak to się stało, że szeregowiec Young mi się pokazał. Kiedyś usłyszałem, że w pobliżu mego posterunku mieszka młody Hindus, Swany Asmari Gopal, który od kilku lat wiódł tu życie pustelnicze. Hen, wysoko na szczytach "Dachu Świata", gdzie daje się odczuć wpływ ciał astralnych Adeptów, młody Hindus zagłębiał się w tajnikach prastarej wiedzy swego narodu. Zdobył on na tej drodze nie tylko wiedzę magiczną i okultystyczną, lecz miał ją opanowaną w niebywały wręcz sposób. Przebywał wśród tych zagadnień od dziecka. Tak więc Hindus, człowiek myślący nowocześnie, o wykształceniu uniwersyteckim, był także wybitnym medium (pośrednikiem) między naszym i tamtym światem. 
 
Któregoś dnia - ciągnie swą opowieść kapitan Brighton - wybrałem się do Hindusa i opowiedziałem o zdarzeniu z szeregowcem Youngiem. Swany Asmari Gopal wytłumaczył mi na wstępie, że było to ciało astralne zmarłego, który w trosce o swą matkę powrócił na nasz świat, aby podać mi jej adres, czego zapomniał załatwić za życia. Ponieważ bardzo zainteresowałem się życiem pośmiertnym, wdałem się w rozmowę na ten temat. W toku dyskusji wyraziłem zdanie, że co prawda wierzę w życie pozagrobowe, lecz nie mogę sobie wyobrazić, jak to życie tam wygląda. Natomiast gorąco pragnąłbym dowiedzieć się o tym czegoś bliższego. Hindus uśmiechnął się tajemniczo i powiedział: 
 
- Widzi pan, jestem jednym z ostatnich członków legendarnego niegdyś szczepu Agherti, który ma dar kontaktowania się z duchami zmarłych. Chętnie ułatwię panu możliwość rzucenia okien w zaświaty, lecz może to być dla pana niebezpieczne. Mogłoby się zdarzyć, że zechciałby pan opuścić teraz ten świat na zawsze. Kto jednak przyłoży rękę do opuszczenia swego fizycznego bytu przed czasem, jaki jest dla niego przewidziany, ten musi brakujący mu okres do zakończenia życia doczesnego spędzić w warunkach bardzo nieprzyjemnych, poniekąd w zawieszeniu, będąc już nie tu, a jeszcze nie tam. Ten świat bowiem opuścił, a do tamtego nie może być jeszcze przyjęty. 
 
Kiedy oświadczyłem Hindusowi, że uważam siebie za osobowość silną, pełną energii i przywiązania do tego świata, Swan Asmari Gopal odparł: 
 
- Niech więc pan zwróci baczną uwagę na to, co teraz nastąpi. Na jedno muszę jeszcze panu zwrócić uwagę, iż cokolwiek się stanie, niech się pan w to nie wtrąca, niech pan mnie nie dotyka i pozostawi mnie swemu losowi bez obawy o moją osobę.
 
Następnie Hindus ukrył twarz w dłoniach, a po chwili konwulsyjne drgawki zaczęły wstrząsać jego ciałem. Chciałem skoczyć mu na pomoc, lecz w ostatniej chwili przypomniało mi się jego ostrzeżenie. Nagle zaczęło mnie ogarniać dziwne uczucie duszności. Już zacząłem żałować mego pochopnego postanowienia. Chciałem powiedzieć Hindusowi, aby dał spokój i przerwał doświadczenie, bo czuję się niedobrze, lecz już nie mogłem wypowiedzieć ani słowa, chociaż usilnie się starałem. Tylko w myślach wołałem: "przerwać, przerwać". Dookoła mnie wszystko zaczęło falować, jakby ogarnął mnie wiatr. Wydawało mi się, że zbliżają się do mnie olbrzymie, mgliste meduzy. Nagle przestrzeń się rozjaśniła, błyszcząc promiennym światłem, jakiego nie widuje się nigdy na Ziemi i w życiu fizycznym. Mgliste meduzy zaczęły się powoli skupiać i nabierać ludzkich kształtów. Wreszcie jakaś ludzka postać usiadła obok Hindusa... i wówczas rozpoznałem to dziwne zjawisko. To była moja siostra Marianna, która zmarła przed czterema laty. Chciałem coś powiedzieć, zawołać ją, podać jej rękę, lecz byłem jak porażony. Nawet nie mogłem jej powitać szeptem. Milcząc, zjawa spoglądała na mnie poważnym wzrokiem. "Ja chyba oszaleję" - myślał mój mózg, jeżeli zjawa się nie odezwie.
 
- Przyszłam - oznajmiła wreszcie siostra - bo Swany Asmari Gopal mnie wezwał, abym tobie, braciszku, przyniosła wiadomości z tamtego świata. A więc wiedz, że przebywam w krainie, gdzie żyją ci, którzy zmarli na twoim świecie. Wszystkie dusze naszych tak zwanych zmarłych mają postacie podobne do ziemskich. Każdego, kto opuszcza swe ciało fizyczne, aby przyjść do nas, przyjmuje kilku z nas, którzy byli mu bliscy. Lecz taki nowy przybysz nie od razu dostaje się do najwyższej sfery nowego świata. Musi on przeżyć okres wyczekiwania i oczyszczenia. W tym czasie może on co prawda świadomie przebywać tu, lecz nie może jeszcze brać udziału w naszym tutejszym życiu. Nasz świat nie jest jakąś pustą przestrzenią. Także i tu istnieje materia, którą jednak możemy przenikać, tak samo, jak to możemy czynić, gdy chodzi o wasze materialne budowle oraz wszystko, co jest utworzone z materii fizycznej. Można powiedzieć, że dla nas nie ma przeszkód. Najgłębsze podziemia i najgrubsze ściany betonowe przenikamy z łatwością. Wszędzie możemy sięgnąć i dotrzeć lub przejść przez wszystkie przedmioty. Możemy posługiwać się energią, o której istnieniu ludzka myśl nie ma wyobrażenia. Nim ciebie teraz opuszczę, chciałabym ci coś powiedzieć. Tobie, który na Ziemi byłeś moim bratem. W Londynie przygotowuje się dusza pewnej starej kobiety do pożegnania się z waszym światem. Pójdę teraz do niej, aby być przy niej. Ta kobieta jest twoją matką.
 
- Nie - chciałem krzyknąć - nie, to nieprawda. Powiedz, że to nieprawda.
 
Lecz ja wiedziałem, że to prawda, choć w ostatnim liście matka pisała mi, że jest zdrowa. W tym momencie żałowałem, że Hindus Swany Asmari Gopal pozwolił mi uchylić zasłony i spojrzeć na tamten świat. Ogarnęła mnie żałość i ból. Siostra moja zdawała się rozumieć mój stan psychiczny, bo dodała: 
 
- Nie martw się o tych, którzy muszą was opuścić, przechodzą oni do cudownego świata. 
 
Po chwili moja siostra zaczęła znikać i niebawem jej nie było. Siedziałem bez ruchu, kiedy Swany Asmari Gopal podszedł do mnie i położył mi rękę na czole. Ogarnęło mnie uczucie spokoju, myśli moje stały się swobodniejsze, a uczucia bardziej opanowane.
 
- Bądź silny, będziesz potrzebował dużo energii - powiedział Hindus, mówiąc mi ty, co w zwykłych okolicznościach byłoby niedopuszczalne. - Wiem, że w tej godzinie twoja matka żegna się z tym światem, lecz pomyśl, ona umiera, żeby dalej żyć. Pomyśl, że jej śmierć fizyczna daje życie jej duszy. Są to urodziny jej właściwego, nieśmiertelnego Ja, jako że prawdziwa śmierć w ogóle nie istnieje. 
 
Kapitan Brighton powrócił do swej kompanii przygnębiony. Z niepokojem oczekiwał wiadomości o śmierci matki. Nazajutrz otrzymał od ojca telegram, że matka zmarła. Zdarzyło się to dokładnie w tym czasie, kiedy za pośrednictwem Hindusa siostra powiedziała mu o bliskiej śmierci matki.
 
 
 
 
 

DUCH AUGUSTA MOCNEGO - KRÓLA POLSKI
 
 
 
 
"CAŁE MOJE ŻYCIE BYŁO JEDNYM NIEPRZERWANYM GRZECHEM, 
BOŻE ZLITUJ SIĘ NADE MNĄ"
 
Ostatnie słowa, jakie tuż przed swą śmiercią (1 lutego 1733 r.) wypowiedzieć miał 
król Polski i książę Saksonii - (Fryderyk) August II Mocny
 
 
 Relację tę zaczerpnąłem z pamiętnika Wilhelminy, siostry Fryderyka II, króla pruskiego (1709-1758). Ojciec Wilhelminy, król pruski Fryderyk Wilhelm I był w owym czasie bardzo poruszony zgonem króla polskiego Augusta Mocnego, znanego nam bliżej z książki Józefa Ignacego Kraszewskiego: "Hrabina Cosel". August II Mocny zmarł w Warszawie dnia 1 lutego 1733 roku, bezpośrednio po przybyciu do stolicy Polski (przyjechał z Drezna do Warszawy 16 stycznia). Grumbkow, pierwszy minister króla pruskiego, widział się z Augustem Mocnym jeszcze na kilka dni przed jego śmiercią (spotkali się w Krośnie w dniach 10-11 stycznia). Król lubił Grumbkowa, nawet w pewnym sensie się z nim przyjaźnił. Kiedy więc serdecznie się żegnali, król miał jakoby powiedzieć:
 
- Już pana nigdy nie zobaczę, mój drogi... 
 
W dniu pierwszego lutego Grumbkow powiedział do Wilhelminy:
 
- W nocy zmarł nasz król. Widziałem go. Był u mnie nad ranem. Stanął nad moim łóżkiem i wpatrywał się we mnie długo. 
 
I rzeczywiście, o tej porze - jak się później okazało - gdy Grumbkow ujrzał Augusta II Mocnego w swoim pokoju, ten w Warszawie zmarł. Bardziej szczegółowo opisuje to zdarzenie znany niemiecki pisarz Jung Stilling. Według niego Grumbkow urządził przyjęcie dla Augusta Mocnego. Przy tej okazji zdrowo sobie popili (August Mocny lubił imprezy zakrapiane mnóstwem alkoholu i nawet organizował zawody kto więcej wypije. Tak było chociażby podczas spotkania z carem Rosji - Piotrem I w Rawie Ruskiej w dniach 20-23 sierpnia 1698 r. Obaj szli równo, pijąc na zmianę wino i wódkę szklankami, ostatecznie jednak - dosłownie o włos, tę niezwykłą konkurencję zwyciężył car, ale stracił przytomność wkrótce po tym, jak i Augustowi "urwał się film"). Grumbkow wracając w ciemnościach nocnych do siebie przez podwórze nadział się na dyszel od wozu i złamał sobie dwa żebra. Nazajutrz chcąc koniecznie pożegnać się z królem, kazał zanieść się w lektyce na dziedziniec. Król był już na nogach. W rozchełstanej koszuli i krótkiej polskiej baraniej kurtce pożegnał się z ministrem. 
 
Pierwszego lutego około godziny trzeciej nad ranem Grumbkow zobaczył króla stojącego nad jego łóżkiem. August II Mocny pochylił się do niego i powiedział: 
 
- Mon cher Grumbkow, je viens de mourir ce moment a Varsovie ("Mój Drogi Grumbkow, w tej chwili zmarłem w Warszawie"). 
 
Król był ubrany tak samo jak wówczas, kiedy się żegnali. Ponieważ minister wyraźnie widział króla wchodzącego do pokoju, zadzwonił na lokaja, śpiącego w przedpokoju.
 
- Czy widziałeś może tego, który przed chwilą wszedł do mojej sypialni? - spytał. 
 
Lecz lokaj nie widział nikogo. Grumbkow natychmiast napisał dokładny raport o całym zajściu do swego przyjaciela, feldmarszałka hrabiego Sachendorfa, który z kolei opis tego widzenia przesłał królowi pruskiemu.
 
- Chyba staremu Grumbkowowi od tych połamanych żeber całkiem pomieszało się w głowie - mruknął Fryderyk Wilhelm. 
 
Lecz mniej więcej po czterdziestu godzinach nadjechała konna sztafeta, która na granicy zluzowała sztafetę polskich ułanów i przywiozła wiadomość o śmierci Augusta II Mocnego.
 
Tego rodzaju wypadki nie należą do rzadkości. Na tamtym świecie nie istnieją ani przestrzeń, ani czas. Umierający król miał w sobie jeszcze w rezerwie tyle energii życiowej, że wystarczyła mu ona do wysłania swego ciała astralnego do przyjaciela. Na taki jednorazowy występ Grumbkow nie musiał mieć właściwości medialnych, które by mu pozwalały odstępować komuś energię witalną. Czasami konającemu lub właśnie zmarłemu starczy sił tylko na ciśnięcie dzwonka u drzwi wejściowych. Wtedy zdarza się, że ktoś z rodziny otwiera drzwi i... za nimi nie ma nikogo. Zdarzenia takie wielokrotnie notowano podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Takie "pożegnalne" wizyty czyjegoś ciała astralnego mogą się objawiać różnie. Na przykład: obraz spada ze ściany, bez powodu pęka szklanka stojąca na oknie albo też coś uderzy w szafę czy stół. Na zmaterializowane zamanifestowanie się zmarłemu zazwyczaj brak już sił, gdyż jego życiowy akumulator - mówiąc obrazowo jest już wyczerpany.
 
 

 
 
PS: Powracając jeszcze na moment do poprzedniego tematu tej serii, chciałbym wcisnąć krótką prywatę, a mianowicie dziś właśnie (kilka godzin temu) otrzymałem wiadomość od siostry że właśnie zdycha pies (a raczej suka) która była u nas (a raczej u siostry) od piętnastu lat. Przykra wiadomość, bo tego psiaka wychowała ono od szczeniaka (pamiętam, jak razem spały sobie w jednym łóżku, przykryte tak, że im tylko główki było widać 😇). Piszę o tym tylko dlatego, aby raz jeszcze przekonać siebie samego, jak kruche jest to nasze istnienie na tym świecie, i choć wiemy że śmierć nie istnieje, to jednak pewien rodzaj smutku w sercu pozostaje że danej osoby (czy zwierzęcia) już fizycznie przy nas nie będzie. W każdy razie dostałem takową wiadomość: "Wiesz, Pusia zdycha" co oznacza że jeszcze się męczy (a ponoć boli ją i nie może już ustać na nogach), siostra (magister farmacji) chciała nawet zawieść ją do znajomego weterynarza, ale było już za późno i nie chciała przeszkadzać mu o tej porze. Cóż, suka pewnie będzie zdychała całą noc, aż do rana, póki nie dostanie zastrzyku i nie zakończy się jej ziemska droga na tym Łez Padole. 😞  
 
 
 CDN.
 

środa, 10 sierpnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LVIII

ŻYCIE PO ŚMIERCI - 

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 
 
 
 

II

ŻYCIE PO ŚMIERCI

MITY I RZECZYWISTOŚĆ

Cz. III

 
 
 

 
 
CO CZUJĄ LUB WIDZĄ ZWIERZĘTA
 
 
 Znany niemiecki parapsycholog W.O. Roesermuller wspomina, że kiedyś jego rodzice wynajęli na letnisko stary budynek poklasztorny. Rodzina miała starego i czujnego psa, przejawiającego szczególne zdolności do pilnowania dzieci. Dla pewności jednak nałożono mu kaganiec, aby przypadkowo nie pogryzł obcych. W nocy pies spał na słomiance w korytarzu. Mimo bojowego i wręcz agresywnego nastawienia do obcych, pies miewał dziwne napady strachu. Starał się wówczas wtargnąć do naszej sypialni, gdzie trzęsąc się ze strachu wchodził pod łóżko. Matka nasza miała pewne kwalifikacje medialne i słyszała nieraz stłumione szlochy i jęki. W żaden sposób jednak nie udało się ustalić źródła tych tajemniczych odgłosów. Ojciec był architektem, zabrał się więc fachowo do rozwikłania zagadki. Okazało się, że pod naszym pokojem znajdowały się piwnice, a po usunięciu płyt kamiennych z podłogi odkryliśmy groby zmarłych zakonnic. 
 
Przypominam sobie także i inne wypadki - wspomina dalej W.O. Roesermuller. W pobliżu naszego domku mieszkał dyrektor wielkiego przedsiębiorstwa. Pewnej nocy jakiś obcy pies zaczął przed domem owego dyrektora rozpaczliwie wyć. Skowyt ten pobudził sąsiadów, którzy wybiegli przed swe obejścia. Jak się okazało, dyrektor z nieznanych nam przyczyn, w tym właśnie momencie popełnił samobójstwo - zastrzelił się. Którejś z następnych nocy wilk naszych znajomych zaczął się zachowywać bardzo dziwnie. Skomląc i merdając ogonem krążył dookoła czegoś niewidzialnego, jakby się z kimś zamierzał przywitać. Po kilku dniach otrzymaliśmy telegram - był to drugi rok wojny światowej - iż mąż naszej znajomej w tym samym czasie zginął na froncie wschodnim. 
 
Nasz dziadek mieszkał na wsi. Często zdarzało się, że wracał koniem w nocy do domu. W pewnym miejscu drogi konie trzeba było brać za uzdy i przeprowadzać. Udawało się to z trudem. Same nie przeszłyby za nic w świecie. Otóż w tamtym punkcie wiejskiej drogi zamordowano przed kilku laty nieznanego wędrowca. Czy i skąd konie mogły o tym wiedzieć? Co spowodowało, iż ogarniał je strach w pobliżu miejsca morderstwa. 
 
Znajoma pana Roesermullera, pani G.M. Hofer, opublikowała przed trzydziestu laty książkę pod tytułem: "Prawdziwe i autentyczne wydarzenia ze zwierzętami". Wspomina w niej o przygodzie swego kuzyna podczas I wojny światowej.
 
- Znajdowałem się wraz z moją baterią w zniszczonej wiosce rosyjskiej, czekając na dalsze rozkazy. Kiedy ruszyłem konno naprzód, mój wierzchowiec po kilkuset metrach stanął i nie chciał ruszyć z miejsca. Musiałem to miejsce objechać daleko bokiem. Nazajutrz poszedłem tam pieszo, aby rozglądnąć się za czymś, co mogło konia wystraszyć. W krzakach nie opodal, zarośnięta mchem i zielskiem, znajdowała się zapadnięta mogiła. Napis na deszczułce był już nieczytelny. Co koń tam zobaczył?
 
 

 
Wypadki z końmi, które obawiały się pewnych miejsc nie są odosobnione. Co się w takich wypadkach dzieje? Przecież jest rzeczą niemożliwą, aby koń obawiał się jakiegoś pochowanego lub czasem nawet usuniętego już stamtąd trupa nieboszczyka... Należy więc przyjąć, iż zmarły z jakiegoś powodu, możliwe także, że w wyniku własnej głupoty, którą zachował mimo swej śmierci fizycznej, przebywał w miejscu swego zgonu, może nawet nie zdając sobie sprawy z faktu, iż już nie żyje. Zwierzęta, a szczególnie psy, są niesłychanie uczulone na zjawy bywające na seansach, nawet kiedy nie są jeszcze zmaterializowane. Jest to zagadnienie ogólnie znane parapsychologom. Jeżeli więc się zdarzy, że pies przebywający w pokoju nagle zaczyna się zachowywać dziwnie, można być pewnym, iż ktoś obcy przybył właśnie do pomieszczenia. Ktoś z obecnych może być na przykład medialny, co ułatwia istotom z innego świata kontakt z żyjącymi. Pies taką obecność wyczuje znacznie wcześniej, niż "cywilizowany" człowiek. Ludzka receptywność bowiem jest ściśle związana z jego podświadomością. 
 
Dr med. Maria Thilo pisze w jednej ze swych książek z dziedziny parapsychologii, iż któregoś dnia rano usłyszała stukanie do drzwi wejściowych. Sądziła, że to mleczarka. Lecz uwagę jej zwróciła kotka, śpiąca w nogach jej łóżka. Zwierzę stało najeżone i trzęsło się ze strachu. Tymczasem do pokoju weszła jakaś mglista postać. Zbliżyła się do mnie, wiało od niej lodowatym chłodem (jest to notabene charakterystyczne dla samorzutnych zjaw). Po kilku minutach otworzyłam oczy. Zjawa zniknęła, a kotka nadal dygotała na kołdrze z przerażenia. Wspominając o przerażeniu zwierząt, czujących w pobliżu jakąś osobowość z innego świata należy podkreślić, że dotyczy to tylko osób obcych. Jeżeli taka, nawet niewidoczna zjawa, była psu za swego życia znajoma lub tylko należała "do rodziny", na co psy są niesłychanie uczulone, wówczas zwierzę okazuje radosne podniecenie, co objawia się wesołym szczekaniem, skomleniem i merdaniem ogonem.
 
 
 
PS: Ostatnio rozmawiałem z pewnym moim znajomym, który jest zdeklarowanym ateistą, choć przez lata nabył cechę udawania iż interesują go pewne "niematerialne" lub "duchowe" kwestie. Ostatnio stwierdził: "Prędzej uwierzę w to, że życie na Ziemi zapoczątkowali jacyś kosmici, niż w to że była to robota Boga, albo w to, że dziewica urodziła syna", komentując zaś niedawny wypadek polskich pielgrzymów w Chorwacji, stwierdził: "Matka Boska zabiła dwanaście osób". Wydaje mi się, że ów mój znajomy niewiele rozumie i nawet nie pragnie niczego się dowiedzieć poza to, w co wierzy - a nauczony został niechęci do kanonów religijnych, w które mocno wierzy i wydaje się być w tej swojej wierze dość szczęśliwy. Na moje stwierdzenia by nie wszystko brał do siebie tak, jak to wygląda z zastanowił się nad głębią danego procesu, np. nad tym że... istnieje tylko Życie, nieustanne i wszechobecne, natomiast śmierć jest tylko naszym wymysłem, gdyż jako ludzie musimy jakoś nazwać fakt, iż jednego dnia funkcjonujemy na tym świecie, a drugiego już nas nie ma wśród tzw.: "żywych". Dodałem też, że Biblia była wielokrotnie tłumaczona na inne języki i pierwotny sens słów czy całych zdań uległ zmianie, czego chociażby przykładem jest słowo: "Dziewica Maryja". Któż ma bowiem korygować raz utrwalone przekazy? Księża, którzy sami też rzadko czytają Biblię i jedynie powtarzają to, co już wcześniej ktoś inny błędnie określił. A błąd jest ewidentny, gdyż rzecz nie tyczy się "dziewicy" a "panny", chociaż słowa te w języku greckim (hebrajskim zresztą też) brzmią identycznie, gdyż język był wyrazem kultury, a w czasach, w których spisywano Pismo każda panna była z natury rzeczy dziewicą i było to tak naturalne, jak powietrze którym oddychamy. Ale trzymając się sztywno pewnych dogmatów i słów, które w naszych czasach znaczą już coś innego, popadamy w niezrozumienie a to wiedzie nas na intelektualne i duchowe manowce (tym bardziej jeśli nie znamy oryginalnego tekstu). 
 
Oczywiście osoba Jezusa Chrystusa nie do końca jest tą, w którą wierzą chrześcijanie, ale i tak ich wiara jest zgodna z pewnym trybem znaczenia "aż do ponownego przyjścia Jezusa w chwale" - co może oznaczać uświadomienie sobie prawdziwego sensu Jego nauk (uświadomienie jednak nie oznacza zrozumienia). Śmiem bowiem twierdzić, że nawet najpotężniejsze istoty w naszym Wszechświecie nie znają sensu życia, ani nie potrafią odpowiedzieć na pytanie "po co mu tu właściwie żyjemy?" To znaczy odpowiedź jest dość prosta: "Żyjemy aby doświadczać i poznawać" czyli rozwój poprzez doświadczenie, ale pytanie w jakim celu Bóg pragnie wciąż poznawać pozostaje bez odpowiedzi. A może jest tak, jak już kiedyś pisałem, czyli to nie Bóg kieruje naszym losem a... my sami, nasze duchowe "Ja", które wysyła swoje poszczególne jestestwa, aby doświadczyły a tym samym zdobywa "kolejne stopnie rozwoju". Może być też jeszcze inaczej, to znaczy że my wszyscy żyjący (ludzie, zwierzęta, rośliny i wszystkie inne rzeczy widzialne i niewidzialne) jesteśmy... jedną istotą, która jest jednocześnie miliardami różnych wcieleń i jeśli krzywdzimy jakąś istotę - tak naprawdę krzywdzimy siebie samego, dlatego też potem ta karma do nas wraca. Ciekawe, prawda? Ale aby móc to w jakiś sposób spróbować "ogarnąć", należy oczyścić umysł z wytartych kanonów religijnych i ateistycznych, gdyż one stanowią blokady poznania. Nie znamy prawdy i zapewne jej nie poznamy dość długo, ale jedyne co należy sobie uświadomić, to fakt bezsporny i niepodważalny: Istnieje Życie i Życie jest wszechobecne.
 
 

 
Na zakończenie warto jeszcze przytoczyć słowa Leszka Szumana, który jasno definiuje naszą naturę po "śmierci":
 
"Kiedy twoje serce przestanie bić, nie wyobrażaj sobie, że twoja istota rozpadnie się niczym bryła lodu, która upadła na kamienie górskiego potoku. W rzeczywistości odniesiesz wrażenie jakbyś się zamienił lub przeszedł w inną, obcą tobie postać. W jakiś dziwny i niewytłumaczalny sposób będziesz szczęśliwy i zadowolony. Ogarnie cię zrównoważenie i spokój, leżący daleko poza naszymi codziennymi śmiesznostkami, które nazywamy dziś kłopotami. Kłopoty te, łzy i cierpienia pozostaną na twym łożu śmierci jak kilka niepotrzebnych, nieważnych łachmanów. Zaczniesz jakby wydzielać z siebie jasną, radosną światłość. I wówczas na twojej drodze stanie ktoś, kto ,będzie tam oczekiwał na twe przybycie i kto zajmie się twoją osobą z całym oddaniem i sercem. Jeżeli za życia miałeś rodzeństwo lub rodzinę, która odnosiła się do ciebie w sposób życzliwy i z miłością, i jeżeli to uczucie między wami polegało na wzajemności, stanie owa istota, o której wspomniałem, jak żywa (oczywiście, jeżeli już nie żyje w ziemskim znaczeniu tego słowa) przed tobą. Istota ta będzie promieniowała szczególnym, osobliwym, nieziemskim blaskiem, nieznanym ci dotychczas. Jeżeli sytuacja będzie wymagała fachowych umiejętności, zobaczysz kogoś, kogo sobie wyobrażałeś w twych uczuciach religijnych. Kimkolwiek byłby ów osobnik, nieznany ci, zmieni on twoją osobowość. Będzie emanował i wydzielał z siebie jakąś nieznaną ci energię, która tobą zawładnie. Spotkanie to będzie najwspanialszą chwilą twego życia... Będziesz miał wrażenie, jakbyś dokonał czegoś wspaniałego, niespotykanego. Ogarnie cię uroczysty nastrój, jak podczas patriotycznej manifestacji... To, czego doświadczysz, będzie tak wzniosłe i wielkie, iż niczym staną się twe dotychczasowe wzruszenia. 
 
Wszystko to zresztą nie sposób opisać słowami, w które nasze języki są tak ubogo wyposażone. Może słowa: "wielkość", "światłość, "świętość, "miłość" coś ci powiedzą o tym, co na ciebie czeka po tamtej stronie życia. Gdziekolwiek rzucisz okiem, tam wszystko będziesz oglądał w innych barwach, a twój stosunek do wszelkich ziemskich przedmiotów stanie się zupełnie inny. Obojętnym okiem będziesz spoglądał na gorączkowe wysiłki lekarzy i pielęgniarek, zabiegających o przywrócenie cię do życia, do ich świata . Będziesz wiedział, że jest to bezcelowe, że to nic nie da. Odniesiesz tak charakterystyczne w takich wypadkach wrażenie, że wszyscy są zajęci ratowaniem ciała, które ciebie już właściwie nic nie obchodzi i jest ci całkiem obce. Jęki, szlochy i rozdzierające serce lamenty rodziny, nawet tej najbliższej, będziesz uważał za śmieszne, dziecinne i naiwne. Wszystkie twoje doczesne ambicje, pragnienia i dążenia, obowiązki wobec innych, twój ulubiony zawód, twoja kariera, na której ci tak zależało i do zrobienia której dążyłeś tak konsekwentnie, staną się dla ciebie nagle nieważne i nieistotne, jak wiązka zeszłorocznych, zwiędłych kwiatów. Ogarnie cię fala przyjemnego i pogodnego nastroju. Poczujesz się gotowy do dalszej drogi. Jeżeli jesteś Hindusem, to przypuszczalnie powita cię na tamtym świecie Yamdut - Zwiastun Śmierci. Lecz nie przejmuj się niczym. Yamdut doprowadzi cię do istoty w białych szatach, a będzie to dobrotliwy władca, otoczony blaskiem i aureolą świętości. Możliwe, że przypomną ci się podróże, które odbywałeś na Ziemi. Nieraz ludziom wydaje się, że muszą poddawać się rewizji celnej w olbrzymich halach lotnisk. Ale taka hala to wspaniały ogród, a drzwi, to wspaniałe pałacowe wrota z bajki. Nie przejmuj się niczym. Wszelkie wrażenia są jak zwiędłe liście z dawnych lat.
 
Niebawem widok ten stanie się bardziej jasny, przejrzysty i wyraźny. Konkretny i precyzyjny. Oczy otworzą ci się na niejedno zagadnienie, które za życia ziemskiego było niejasne i zajmowało ci wiele czasu. Niebawem nauczysz się rozumieć więcej, niż to się zdarzyło przez całe twoje życie. Z przyjemnością będziesz wchłaniał w siebie nową, nieznaną wiedzę... aż do następnego... Niektórzy czytelnicy spytają: A jak wyglądają następne, pierwsze stopnie tego nowego, tajemniczego życia po naszej doczesnej śmierci? Nowoczesny Łazarz wzruszy na to ramionami i zwróci się do swego audytorium: Tego nie wolno dziś jeszcze nikomu powiedzieć. Każdy z was, drodzy słuchacze i widzowie, ma swój osobisty, własny paszport, o szczególnych uprawnieniach i dający każdemu różnorakie możliwości. Ale wiedza ta, w obecnym stadium naszego życia, jest dla naszej świadomości na razie zamknięta. Myślę więc, że postąpicie rozsądnie, słuchając także z uwagą słów, które wam szepnie do ucha ktoś w chwili waszej śmierci..."  
 
 
CDN.
 

czwartek, 19 maja 2016

JAK WYGLĄDA BÓG?

RELACJA KATOLICKIEGO KSIĘDZA,

KTÓRY PRZEZ 48 GODZIN BYŁ W STANIE

ŚMIERCI KLINICZNEJ





Jak wygląda Bóg? Na to pytanie starałem się odpowiedzieć, w serii: "Umieramy i co dalej?", a szczególnie w takich tematach jak: "A kiedy wreszcie ujrzę Boga?" , "Muzyka (i inne przyjemności) jako kwintesencja Naszego jestestwa" oraz "Czy Bóg ma płeć i dlaczego zawsze jest mężczyzną?" . Jednak w tych tematach, nie dane mi było konkretnie i dobitnie odpowiedzieć na wyżej postawione pytanie - jak wygląda Bóg? Było to oczywiście związane brakiem takich informacji w channelingach, którymi dysponuję, jednak ja sam uważam że Bóg jest nie tylko Twórczą Energią Miłości, lecz również (a może przede wszystkim), Muzyką, którego fale utrzymują cały materialny Wszechświat, zarówno ten nasz, jak i całą gamę (setki milionów, a być może miliardów) innych Wszechświatów, alternatywnych do naszego, oraz takich ... które już nie istnieją, jak również tych, które nastąpią po "wygaszeniu" naszego Wszechświata. Muzyka jest niesamowitą siłą, chociaż my ludzie, niestety nie jesteśmy w stanie (z różnych względów, których teraz nie będę wymieniał), usłyszeć i poczuć prawdziwej muzyki za życia. Muzyka jest też jednym z elementów naszego zjednoczenia w różnorodności (mam tutaj na myśli Nas, jako istoty oddzielone od Źródła i zamieszkujące wciąż nowe ciała fizyczne). 

Zauważcie jak reagują niemowlęta na czystą, relaksacyjną muzykę, albo jak reagują na nią zwierzęta, w tym nasi najbliżsi krewniacy (pod względem genotypu jaki posiadamy), czyli delfiny - niezwykle inteligentne zwierzęta, którym według mnie należałoby przyznać prawa takie, jakie posiadają ludzie, gdyż ich inteligencja praktycznie nie różnie się od naszej. Poza tym dochodzą jeszcze inne zwierzęta, które nasz gatunek niekiedy potrafi doprowadzić do stanu skrajnego wyczerpania, tak fizycznego jak i psychicznego. 



PSIAK ZMALTRETOWANY FIZYCZNIE I PSYCHICZNIE 
PRZEZ SWEGO WŁAŚCICIELA




A TUTAJ SĄSIAD (PRZY POMOCY ROBOTNIKÓW) ZAMUROWAŁ DRUGIEMU SĄSIADOWI 
CIĘŻARNĄ SUKĘ PRZED WEJŚCIEM DO BLOKU



Zresztą nie tylko muzyka, również pewna gra barw i kolorów, potrafi uzdrawiać i koić rany ludzkiej duszy, która jest tylko kropelką, odłączoną od Oceanu, w którym powstała i do którego ponownie dąży. W tej kropli kumuluje się wszystko to, co stanowi charakter Źródła/Oceanu, a chęć powrotu jest w każdym z Nas bardzo silna (choć często nie uświadamiamy sobie tego, lub nawet nie próbujemy o tym myśleć. Ale prawdziwość tych słów jest w każdym człowieku, w głębi jego jestestwa, która dąży do Radości, Piękna, Dobra i Miłości. Nawet ludzie, którzy latami nie zastanawiają się nad tymi pojęciami, lub zupełnie je oddalają ze swej głowy, dostrzegają piękno otaczającego świata, jeśli tylko mają ku temu sposobność. Tyczy się to nie tylko Piękna, ale również Radości i prawa do Szczęścia, której pragnie każdy z nas (nie tylko ludzie, również zwierzęta), oraz Akceptacji i Miłości. No chyba nie ma na świecie człowieka, który nie marzyłby o tych niedoścignionych (i często za życia niespełnionych) cnotach.

Ale wracając do tematu, oto przedstawiam relację z "Życia po Życiu", katolickiego księdza, 71-letniego (w 2015 r.), Johna Michaela O'Neala. W dniu 29 stycznia 2015 r. wielebny John O'Neal ze stanu Massachusetts, doznał poważnego ataku serca. Natychmiast został przewieziony do szpitala, jednak gdy tylko tam dotarł, lekarze uznali księdza O'Neal za klinicznie zmarłego. Jednak postanowiono powalczyć o jego życie, za pomocą zaawansowanej technologicznie maszyny o nazwie LUCAS 2, która podtrzymuje przepływ krwi do mózgu. Po prawie 48 godzinach, jakie ksiądz O'Neal spędził w stanie śmierci klinicznej, udało się lekarzom przywrócić pracę jego serca do normalnego rytmu. Początkowo uważano, że mogło dojść do uszkodzenia mózgu, ale gdy tylko kapłan się wybudził, ich wątpliwości rozwiały się, ponieważ doskonale dochodził do zdrowia. 

Ów ksiądz opowiadał potem, że gdy był w stanie śmierci klinicznej, dostąpił niesamowitego doświadczenia wyjścia ze swego ciała, dzięki czemu dokładnie obserwował kłębiących się nad nim lekarzy. Następnie stwierdził że nagle odczuł intensywną, bezwarunkową i wszechogarniającą miłość i akceptację, oraz otoczyło go niesamowicie jasne światło (które jednak go nie oślepiało, a wręcz koiło i przyciągało). Następnie usłyszał głos, miękki, kojący i spokojny kobiecy głos, potem ukazała mu się kobieca postać, przypominająca matkę (nie jego matkę, ale taki matczyny symbol - przynajmniej tak to odczuł). Potem owa kobieta poleciła księdzu wracać z powrotem do swego ciała, stwierdzając że jest jeszcze za wcześnie. Kapłan O'Neal uznał, że miał oto doświadczenie widzenia Boga, którego opisał jako kobietę/matkę. 

Swoją drogą, ja osobiście nie jestem przekonany, czy rzeczywiście ksiądz O'Neal miał doświadczenie ujrzenia Boga (czy raczej Bogini). Dlaczego tak uważam? Z prostej przyczyny, w sesjach hipnoterapeutycznych, które przedstawiłem wyżej, osoby zmarłe (które potem w kolejnym wcieleniu, poddane hipnozie), twierdziły że jeszcze niedane im było ujrzeć Boga, że jeszcze nie są do tego gotowi. Dlatego też z pewnością owa kobieca, matczyna postać, która objawiła się księdzu O'Nealowi, to była ... jego Przewodniczka Duchowa, czyli taki osobisty Anioł Struż. Prywatnie dodam, że ja także najprawdopodobniej mam osobistego Anioła Stróża, który z "wyglądu" jest kobietą. Czyli najprawdopodobniej mam Przewodniczkę a nie Przewodnika. Skąd to wiem? 

Nie wiem tego, tak czuję, tym bardziej że już kiedyś pisałem, że miałem takie wyobrażenie (wizję?), jak obaj (to znaczy ja i Ona), stoimy wokół czegoś (nie wiem czego dokładnie). Prawdopodobnie było to na chwilę przed moimi obecnymi narodzinami (tak to odczułem). Drugim powodem, dla którego uważam że moim opiekunem duchowym, jest Przewodniczka, to sen, jaki miałem w wieku ok. 5 lat, gdy kobieta ubrana w niezwykle białą suknię, zakomunikowała mi, że gdy tylko skończę 25 rok życia, zginie mój ojciec. Oczywiście nie muszę już ponownie pisać, że w sześć dni po moich 25 urodzinach, mój ojciec zginął na moich oczach, straszną śmiercią, zgnieciony przez dwa autobusy.

Dlatego też uważam że doświadczenie, jakie przeżył ksiądz O'Neal było spotkaniem z jego Przewodniczką, a nie Bogiem czy Boginią. Zresztą podobną opowieść słyszałem kilka lat temu, gdy Polka miała wypadek (zdaje się to było w Austrii lub w Bawarii), jadąc do ojca, który leżał w szpitalu. W wyniku wypadku, miała podobne uczucie wyjścia z ciała, co ksiądz O'Neal, i co ciekawe zdawała sobie sprawę z faktu że "nie żyje". Była katoliczką, dlatego też spodziewała się spotkać po śmierci Jezusa Chrystusa, który miał odprowadzić ją do Raju (tym bardziej że weszła w to samo kojące i łagodne lecz jednocześnie intensywne światło, o którym mówił ów kapłan, myślała więc że trafiła do Raju). Jakież było jej zdziwienie, gdy nagle ujrzała idącą w jej kierunku męską postać, która przypominała bardzo dobrze zbudowanego (umięśnionego), młodego mężczyznę, który zakomunikował jej że musi jeszcze wrócić. Tak właśnie to zapamiętała i opisała, choć gdy spytała się go: "Czy ty jesteś Jezusem?", odparł: "Jestem Tobą", po czym nakazał jej powrót. 


No cóż, istoty Boga zapewne nigdy nie poznamy tu na Ziemi, jako istoty materialne. Dopiero bowiem dzięki kolejnym etapom doświadczania i zdobywania wiedzy, będziemy mogli na powrót zjednoczyć się ze Stwórcą, czyli owym Oceanem Nieskończonej Energii Miłości,z którego płynie Dźwięk Wszystko Utrzymujący.