Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA - OPINIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLITYKA - OPINIE. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2025

WYGRAMY TO!

SKORO PO SWOJEJ STRONIE MAMY 

TAKICH BOHATERÓW 😉




 Obecna kampania prezydencka coraz bardziej przypomina tę z roku 2015, z tym że ta jest jakby bardziej memiczna i zabawna. Rafał Trzaskowski doprawdy nie ma łatwego spacerku, a przecież tak właśnie miało być. Wybory miały być tylko formalnością, gdyż Rafałek (podobnie jak w 2015 r. Bronisław "bul" Komorowski) miał w sondażach tak gigantyczne poparcie, że w zasadzie wybory były już niepotrzebne, no co najwyżej stały się formalnością, utwierdzającą lud w mądrości etapu elit. A tu się okazało że wajchę znowu ktoś przestawił, że Rafałkowi te wybory nie pójdą tak gładko, jak początkowo je sobie wyobrażał. Stąd pojawia się zdenerwowanie, które powoli, acz konsekwentnie zamienia się w przerażenie (a to właśnie widzimy na twarzy, w gestach i w ruchach pana Trzaskowskiego). Nie dziwmy się bowiem że tak jest. Te wybory to zarówno dla Nawrockiego jak i dla Trzaskowskiego są wybory ostatnie, nie będzie już drugiej szansy w przypadku klęski któregoś z nich. Szczególnie w przypadku Trzaskowskiego nie będzie trzeciego razu, gdyż po dwóch klęskach (pierwsze w wyborach prezydenckich 2020 r.) nikt nie zdecyduje się wystawić go ponownie. Dlatego pan Trzaskowski wygląda na człowieka totalnie wykończonego i to zarówno fizycznie, jak i psychicznie (sam fakt że nie może się obejść bez pomocy pani psycholog po debatach, pokazuje z jak "cienką fajką" mamy do czynienia. Wyobrażacie sobie Kochani, że po rozmowie np. z Donaldem Trumpem Trzaskowski nagle biegnie do pani psycholog z płaczem po radę i pomoc? 🤭 Przecież to jest żałosne). Zresztą przerażony jest nie tylko sam Trzaskowski, również jego mentor polityczny Donald Tusk, czego dał dowód w ostatnim wywiadzie w Polsat News u Bogdana Rymanowskiego. Oj, wewnętrzne sondaże muszą być bardzo, bardzo złe dla pana "bążura".

Ale podczas tych wyborów stało się jeszcze coś dziwnego, czego nie było nigdy wcześniej, a mianowicie ujawnili się dwaj bohaterowie, którzy jasno i otwarcie deklarują przekaz: "Byle nie Trzaskowski!" Jednym z nich jest znany nam wszystkim z młodości bohater... Zorro z Tarnowa:






Oczywiście policja reżimu Donalda Tuska natychmiast podjęła czynności, mające za zadanie zatrzymać owego Zorro i... rozpoczął się pościg. Policja w całym kraju ścigała jednego człowieka - mężczyznę w czarnym kapeluszu (a jak wiadomo z filmów Barei, czarny czy czerwony kapelusz jest znakiem rozpoznawczym i ktoś, kto go nosi zawsze jest podejrzany 🤭) na czarnym koniu... który im uciekł 😭😂. Przez jakiś czas trwał pościg (ponoć prowadził go sierżant Garcia), niestety zakończony porażką policji i Zorro znów triumfuje (jeżeli to nie jest memiczne, to już nie wiem co nim może być 🥳)




Teraz zaś objawił się nam kolejny bohater, a raczej superbohater. Spiderman z Gliwic! 🤭 I również z hasłem "Byle nie Trzaskowski!"




Tak więc kampania ta zamienia się w jeden wielki mem i to mem skierowany przeciwko zarówno Rafałowi Trzaskowskiemu, jak i całemu rządowi "koalicji 13 grudnia" Donalda Tuska. A ja tylko przypomnę że dla polityka nie ma nic gorszego niż śmieszność, możesz być sukinsynem, ale jeżeli staniesz się śmieszny, to jest twój polityczny koniec. Tak więc "koalicjo 13 grudnia" i premierze Donaldzie Tusk, do boju, gońcie Zorro, łapcie Spidermana, dalej, kto jak nie wy?! 🤭




SARMACKIE OPOWIEŚCI - Cz. III

CZYLI NASZA DAWNA "SZPLITA"





 "Szlachta jest wysoka i silna, z zadziwiającą zręcznością umie korzystać z szabli, zna na ogół nie tylko język ojczysty, jest hojna i mocno papieska. Kiedy jednak spojrzysz uważniej, okaże się, że jest zuchwała, dumna, nadęta, uparta i tak zazdrosna o swoją wolność, że często buntuje się przeciw królowi, choćby przy tym wszystko miało lec w gruzach. Do mnicha i klechy mają dużo zaufania. Polskich kupców jest mało, chłopi są mizerni i prawie niewolnicy" - oto opinia, jaką zapisał w połowie XVII wieku podróżujący wówczas po Rzeczpospolitej młody (zaledwie wówczas 14-letni) Georg Friedrich Freiherr zu Eulenburg. Też i inni zagraniczni podróżnicy mieli bardzo ciekawe opinie o polskiej szlachcie, które zamierzam tutaj również zaprezentować, jako swoistą ciekawostkę historyczno-obyczajową.




Polska szlachta - i powiedzmy to sobie otwarcie - była ewenementem całej Europie. Po pierwsze: szlachty w dawnym państwie polsko-litewskim (czyli Koronie Królestwa Polskiego i Wielkim Księstwie Litewskim) było bardzo dużo, więcej niż we Francji, Anglii i Hiszpanii razem wziętych (co zresztą w roku 1573 odnotował francuski poeta i pisarz Jean Monluc). W tamtym czasie szlachty w Rzeczpospolitej było aż 8% wszystkich mieszkańców kraju i choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się to liczba niewielka, to musimy sobie uświadomić że w tym samym czasie szlachta we Francji liczyła nie więcej niż 1%, w Hiszpanii 2%, a w Anglii... ponad pół procenta. Dla przybysza z Zachodu przyjazd do naszego kraju i ujrzenie tak wielkiej liczby nobilitowanych do szlachectwa, był iście zaskakujący. Tym bardziej że polska szlachta (w tamtym czasie - bo to jest akurat istotne) praktycznie nie używała żadnych tytułów. Zauważył to, podróżujący po naszym kraju w roku 1630 inny Francuz - Guillaume de Beauplan, pisząc, że nie ma tutaj ani książąt, ani hrabiów, ani markizów, ani baronów. Cała szlachta zaś zwraca się do siebie jak do braci (słowami: "brateńki", albo "panowie bracia"), a tytuły byłyby przeszkodą w tej równości wszystkich możnych i dobrze urodzonych. Rzeczywistość jednak nie była tak kolorowa, jak ją przedstawiał Beauplan. Owszem, unikano używania tytułów (a nawet sejmy zakazywały przyjmowania jakichkolwiek zagranicznych nobilitacji i tytułów) właśnie dlatego, aby nie tworzyć sztucznych podziałów wśród - teoretycznie równej sobie - braci szlacheckiej. Chodziło o przekaz, który jasno dawał do zrozumienia że każdy szlachcic, nawet najuboższy, może piastować najwyższe urzędy w kraju. W rzeczywistości zaś było tak, że najbiedniejsza szlachta (zarówno ta zagrodowa, jak i szlachta "gołota" - czyli pozbawiona majątków ziemskich, a niekiedy nawet tak uboga, że nie stać jej było na dobry ubiór czy... buty) aby nie umrzeć z głodu, zaciągała się na służbę do magnatów (na Zachodzie oczywiście też istniała dysproporcja w majętności szlachty, ale tam nawet najbiedniejszy szlachcic mógł wstąpić do armii i robić karierę wojskową, w Rzeczpospolitej zaś nie było takiej możliwości, jako że nie było stałej armii). Zaciągając się na służbę do magnata, taki szlachcic był związany zarówno przysięgą wierności, jak również obowiązkiem, a przede wszystkim był to jego pracodawca, który dawał mu chleb, w zamian zaś wymagał chociażby tego, aby taki pozbawiony majątku ubogi szlachcic na sejmach głosował tak, jak życzył sobie tego jego patron (to właśnie powodowało później plagę wszelkich wet niezbędnych dla zreformowania Ojczyzny ustaw, w tym choćby powołaniu stałej armii). 




Również zamiłowanie do cudzoziemskich tytułów często było silniejsze od solidarności szlacheckiej braci i wielu magnatów jak i zwykłych szlachciców takowe tytuły zaczęło przyjmować (Prusak Johann Joseph Kausch tak pisał o zamiłowaniu polskiej szlachty do tytułów w końcu XVIII wieku: "Każdy tytuł mający coś wspólnego z dworem, sądem, posiadaniem lub stopniem wojskowym, lub też odnoszący się do czegokolwiek innego, ma tu swoją wagę. Wszystkie tytuły można kupić, dlatego też zaczynają tracić coraz więcej na wartości"). Pierwotna forma demokracji szlacheckiej istniejąca w Rzeczpospolitej Obojga (Trojga) Narodów w XVI wieku, już w połowie wieku XVII (a prawdopodobnie wcześniej) zaczęła ewoluować ku oligarchii magnackiej. Pisał o tym pod koniec XVIII wieku jeszcze inny Francuz Jacques-Henri Bernardin de Saint Pierre: "Rząd polski skłania się ku arystokratyzmowi. Dwadzieścia rodzin, wśród których najważniejszymi są rody Lubomirskich, Jabłonowskich, Radziwiłłów, Ossolińskich oraz Czartoryskich, ubiega się o ster rządu. Sprzymierzają się z sobą, zagarniają władzę aż do chwili, gdy silniejsze stronnictwo nie odsunie ich od rządów. Wówczas wszystkie królewszczyzny, wszystkie godności przechodzą w inne ręce. Ten zamęt, to stałe zderzanie się różnych interesów rodzi prawdziwą anarchię. (...) magnaci (...) Dzielą między siebie stanowiska wojskowe, beneficja i najwyższe urzędy cywilne. Resztki zabierają ich słudzy, którzy rezerwują sobie podrzędniejsze stanowiska, miejsca w akademiach, wszystkie wreszcie owoce i zyski, jakie przynosi przemysł. Ci możni panowie ujarzmiają wolnego ducha narodu, zaszczepiając mu służalczość, bardziej godną pogardy aniżeli niewolnictwo". Także ustrój panujący w Rzeczpospolitej był dla wielu przybyszy z Zachodu ewenementem i swoistą ciekawostką. Po pierwsze dlatego że oficjalnie w Polsce panował król, a jednocześnie (choć istniała nazwa Korony Królestwa Polskiego), zastępczo nazywano kraj Rzeczpospolitą, czyli republiką. Gdzie tu sens, gdzie logika? Dla wielu podróżników z zagranicy było to całkowicie niezrozumiałe, dziwne i niepojęte, gdyż Nie potrafili oni sobie uświadomić faktu, że nazwa "Rzeczpospolita" odnosi się do panującej w kraju wolności szlacheckiej i demokratycznej (a potem oligarchicznej) formy rządów, zaś król pełni rolę swoistego "pierwszego senatora" - jakby powiedzieli o tym starożytni Rzymianie. "Król jest ojcem, a Rzeczpospolita matką" - jak mawiano w tym czasie.

Innym niezrozumiałym na Zachodzie aspektem polskiej szlachty, była jej... natura. Amerykański historyk egipskiego pochodzenia (koptyjskiego, czyli chrześcijanin) Raymond Ibrahim W swej książce: "Miecz i bułat. Czternaście wieków wojny pomiędzy islamem a zachodem", tak podsumował Polaków (głównie polską szlachtę) z czasów króla Jana III Sobieskiego i odsieczy wiedeńskiej z 1683 r.: "Od momentu utworzenia tej ostatniej Ligi Świętej przeciwko islamowi Polacy wydawali się dziką i nieprzewidywalną zbieraniną. W przeciwieństwie do Niemców - którzy pod względem etnicznym, językowym i kulturowym podobni byli do Austriaków - Polacy przypominali raczej Rusinów. Wydawali się pospolici i prymitywni, przynajmniej dla wyrafinowanego, noszącego pudrowane peruki wiedeńskiego dworu Leopolda. Byli jednak tęgimi wojownikami, a Rzeczpospolita Obojga Narodów należała wówczas do największych mocarstw Europy". Rzeczywiście, Polaków - w czasie tej bitwy pod Wiedniem - trudno było niekiedy odróżnić od Turków. To znaczy trudno by ich było odróżnić, gdyby jednak nie różnili się znacząco pewnymi istotnymi szczegółami, takimi jak choćby ubiór husarski i brak turbanów na głowach, oraz oczywiście bledszy niż turecki odcień skóry. Zarówno Austriacy jak i Niemcy, a także inni przedstawiciele narodów Europy Zachodniej (w tym Francuzi, Anglicy, Hiszpanie, Włosi) nie znali zupełnie ani polskiego ubioru wojskowego, ani polskich symboli, ani też polskiej taktyki wojskowej, co powodowało że często dochodziło do pomyłek w tej kwestii. Pięknie wyjaśnia to pan w filmiku poniżej, który jasno deklaruje iż po zwycięstwie pod Wiedniem Austriacy podejmowali Polaków na wielkiej uczcie w Wiedniu i "zwyczaj był taki że najpierw wchodzili husarze, potem wchodziło dowództwo. Husarze ubrani byli w skóry lampartów, stąd dworacy cesarscy wzięli ich za jakiś niesamowitych notabli i usadzili ich na miejscach hetmańskich (...) I w tym momencie weszli hetmani oraz Jan III Sobieski w takich burkach i dworzanie usadzili ich niżej. Nie znali się na polskim obyczaju wojskowym, nie wiedzieli że co prawda towarzystwo chodzi w skórach, ale to, co wzięli za koce czyli burki kuligowskie były jeszcze droższe (...) Na to natychmiast zareagował książę Lotaryński, który w uroczystych słowach przeprosił za zaistniałą sytuację i powiedział: "Panowie lampartowie - niżej, panowie kilimkowi - wyżej" ☺️)




Notabene formacje husarskie (które pierwotnie były pochodzenia węgierskiego, a prawdopodobnie również serbskiego), stały się ostatecznie symbolem tamtej Rzeczpospolitej. Husaria była bowiem nie do skopiowania, choć próbowali to zrobić zarówno Francuzi jak i Moskale (w obu przypadkach im nie wyszło, zaś krótkotrwała husarska formacja moskiewska była parodią tego, co realnie stanowili sobą ich polscy odpowiednicy). Tam gdzie pojawiała się husaria, tam wróg  przestawał nawet marzyć o zwycięstwie. W takich bitwach jak że Szwedami pod Kircholmem (1605 r.), z Moskalami i Szwedami pod Kłuszynem (1610 r.), czy pod Chocimiem (1621 r.), oddziały husarskie niszczyły znacznie liczniejsze od nich siły przeciwnika. Pod Chocimiem 7 września 1621 r. 600 husarzy natarło na 10 000 wojowników sułtana Osmana II (który osobiście obserwował bitwę). Szarża zakończyła się całkowitym zwycięstwem i zmuszeniem wroga do ucieczki. Widząc to sułtan Osman II rozpłakał się z żalu i bezsilności. Husaria to była elita elit staropolskiej wojskowości, a jej dewizą było hasło: "Miłość Ojczyzny najwyższym prawem". Nawet konie husarskie były specjalnie szkolone do walki i do tego stopnia, że również po śmierci husarza nadal atakowały szeregi wroga, kąsając i tratując boleśnie żołnierzy wrogich armii. Piszę to jako swoisty dodatek do tego tematu, jako że należy podkreślić iż na Zachodzie Ani też na Wschodzie niczego podobnego nie wymyślono, a husaria była niezwyciężoną formacją przez pierwsze 122 lata swego istnienia (od 1503 do 1625 roku).




Podróżników z Zachodu dziwiło w Rzeczpospolitej również wiele innych kwestii, jak choćby wyjątkowy ubiór polskiej szlachty (zbliżony do tureckiego), uczesanie (owe słynne "podgolone łby"), a także łatwość w przyswajaniu sobie i nauce języków obcych (łacinę znał w Rzeczpospolitej każdy szlachcic, spora część mieszczan i... wielu chłopów). O tym wszystkim (i wielu innych nieznanych ciekawostkach) jednak opowiem już w kolejnej części tej świeżutkiej serii.



PS: Temat ten postanowiłem połączyć z podobną serią, którą zacząłem kilka lat wcześniej, czyli właśnie:


Nie ma bowiem sensu aby dublować ten sam przekaz.


CDN.


PS2: ogromny szacunek z mojej strony dla pana Grzegorza Brauna za jego deklarację wsparcia w wyborach Karola Nawrockiego, jak również nieoficjalną - aczkolwiek wyrazistą - deklarację Sławomira Mentzena.






czwartek, 29 maja 2025

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VI

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





PROLOG
Cz. VI



OKTAWIAN CEZAR 



 Triumf jaki miał miejsce 13 sierpnia 29 r. p.n.e. był pierwszym z trzech, które odbywały się kolejno po sobie w ciągu następnych dni. Ten świętowano z okazji zwycięstw Oktawiana Cezara w walkach z Dalmatami w Ilirii (w latach 35-33 r. p.n.e.). Następnego dnia świętowano zwycięstwa w bitwach morskich pod Naulochus (36 r. p.n.e. w wyniku której zniszczono sycylijskie państewko Sekstusa Pompejusza - który sam siebie nazywał "Synem Neptuna") dopiero 15 sierpnia odbył się główny triumf nad Antoniuszem i Kleopatrą. W pochodzie tym zaprezentowano posąg Kleopatry leżącej na śmiertelnym łożu, za którym podążały jej dzieci (wzbudzały one litość wśród mieszkańców Rzymu, tym bardziej że płakały za matką). W trakcie tego triumfu zaprezentowano ogromne skarby zrabowane z Egiptu (pojawienie się takich kosztowności w Rzymie w tamtym czasie spowodowało znaczne obniżenie cen złota, chociaż nie trwało to długo gdyż rynek rzymski był bardzo chłonny i już w ciągu kilku kolejnych miesięcy wszystko wróciło do normy). Oktawian jechał na swym rydwanie zaprzężonym w cztery konie. Na jednym z nich po prawej stronie siedział jego 13-letni siostrzeniec Marek Klaudiusz Marcellus (którego Oktawian bardzo kochał i którego widział jako swego następcę, niestety chłopak zmarł w dziwnych okolicznościach w wieku lat 19. Prawdopodobnie - bo nie ma na to dowodów - stała za tym żona Oktawiana, Liwia Druzylla, która czyniła wszystko aby następcą jej męża został jej syn z pierwszego małżeństwa czyli...) na drugim zaś koniu po lewej stronie jechał Tyberiusz. Obaj chłopcy byli rówieśnikami i widziani byli jako potencjalni następcy Oktawiana Cezara (oczywiście nieoficjalnie, gdyż wciąż przecież istniała Republika i nie można było mówić o żadnych następcach, szczególnie że Oktawian wielokrotnie deklarował chęć przywrócenia Republiki i zrzeczenia się władzy, gdy tylko niebezpieczeństwo ze strony Kleopatry i Antoniusza zniknie). Jednak było wiele znaków które pokazywały że Cezar Oktawian nie jest zbyt skłonny do przywrócenia dawnej Republiki, jednym z nich był taki choćby drobiazg, iż w owym marszu triumfalnym senatorowie podążali za rydwanem zwycięskiego Oktawiana, a nie jak dotąd zwykło się to czynić - przed.




Rzym oczywiście w tych sierpniowych dniach przeżywał wybuch radości i nadziei na szczęśliwą przyszłość. Zorganizowano wspaniałe munera (walki gladiatorów), trwające kilkanaście dni, podczas których ekscytowano się nie tylko nowymi wojownikami na arenie (Swebami zza Renu i Dakami znad Dunaju), ale przede wszystkim pokazano nigdy wcześniej nie widziane w Rzymie dzikie zwierzęta (zabrane głównie z królewskiego ogrodu zoologicznego w Aleksandrii), nosorożca i hipopotama. Z okazji zwycięstwa żołnierze otrzymali po 1000 sestercji na głowę, mieszkańcy miasta zaś po 400 sestercji. Pomiędzy igrzyskami odbywały się również otwarcia nowych budynków, takich jak choćby Curia Julia - nowe miejsce posiedzeń Senatu (otwarcie nastąpiło 28 sierpnia), świątyni "Boskiego Cezara" (otwarcie 18 sierpnia) która stanęła dokładnie w tym samym miejscu, gdzie przed 15 laty spoczęło na marach ciało zamordowanego Gajusza Juliusza (co ciekawe w tamtym momencie nie było jeszcze pewne kogo poprze lud. Czy Brutusa i Kasjusza oraz innych morderców Cezara, czy też tych, którzy przerażeni starali się uciec z miasta z piętnem rodziny lub przyjaciół dyktatora. Wówczas to głos zabrał Marek Antoniusz który w płomiennej mowie zdołał przekonać lud rzymski do wystąpienia przeciwko mordercom, którzy w ciągu kilku kolejnych dni zaczęli opuszczać Rzym). Na Forum Romanum tuż przed budynkiem kurii Senatu stanął jeszcze posąg bogini Viktorii (bogini zwycięstwa), który stał się symbolem Rzymu przez kolejne 400 lat, gdy w roku 382 z polecenia cesarza Flawiusza Gracjana i przy ogromnej radości chrześcijańskiej już wówczas - w ogromnej większości - ludności Rzymu, usunięto ten pomnik. Protesty zaś pogańskich mieszkańców Rzymu - którzy odwoływali się nie tyle do religii, co do tradycji - zbyto milczeniem). Po zakończeniu tych wszystkich uroczystości Rzym, Italia i Imperium wkraczało teraz w nowy okres swych dziejów, których tak naprawdę jeszcze wówczas nie znano i nie wiedziano jaki przyjmie on kierunek. Wszyscy spoglądali na młodego Cezara (jakby nie patrzeć miał przecież wówczas dopiero 34 lata) w końcu obiecał on że przywróci starą Republikę, oczekiwano więc jego decyzji.


MAREK ANTONIUSZ PRZEMAWIA DO LUDU RZYMSKIEGO PRZY MARACH CEZARA




PLANY UCIECZKI CEZARIAN Z RZYMU ZOSTAŁY RÓWNIEŻ POKAZANE W SERIALU "ROME"



Ale Oktawian nie lubił pośpiechu, jego dewiza brzmiała zresztą "spiesz się powoli", zresztą nigdzie nie musiał gonić, nikt przecież na niego nie naciskał, a stan zawieszenia i niepewności nie był do końca dla wszystkich aż taki zły. Szczególnie żołnierze nie chcieli aby ich wódz ustępował. Po pierwsze dlatego, że dzięki niemu mieli ziemi w Italii którą im obiecał i wywiązał się z danego słowa, po drugie dostali pieniądze, po trzecie zaś liczyli na kolejne profity za jego rządów. Dlatego jego ustąpienie nie było im na rękę, a była to pokaźna siła, bo nawet po demobilizacji części wojsk, wciąż pod bronią było 28 legionów (stan ten utrzyma się przez dłuższy czas prawie bez zmian, np. za cesarza Hadriana w latach 117-138 liczba legionów wzrosła zaledwie do 30, czyli o 2. Notabene z z Hadrianem związana jest też pewna anegdota, a mianowicie pewien rzymski poeta w rozmowie z cesarzem nie poprawił władcy gdy ten mylnie przedstawił jakiś pogląd, na co potem inni jego towarzysze zwrócili mu uwagę, pytając: "Dlaczego  nie zaprzeczyłeś, gdy cezar się pomylił?", na co on odparł: "Nierozsądnie jest poprawiać kogoś, kto posiada 30 legionów 🤭). Oczywiście najbardziej skorzy do przywrócenie dawnej wolności (a co za tym idzie niestety również swawoli i często bezkarności) byli nobilitas - stan senatorski. Tym bardziej że formalnie prawny stosunek władzy Oktawiana wygasł. Co prawda nadal sprawował on imperium posiadając tytuł konsula (odnawiany co roku, ale jednocześnie dzielone zawsze z jeszcze jedną osobą i ściśle unormowany prawnie). Tytuł ten nie wystarczył do sprawowania pełni władzy. Nawet bowiem ogłoszenie się dyktatorem (choćby przy akceptacji Senatu) było nierealne, sprowadzało bowiem zbyt duże zagrożenie ewentualnym zamachem (a chętnych do takiego kroku wcale nie brakowało i to pomimo doświadczeń Cezara i jego morderców). Dyktatura więc też odpadała, co więc zostawało? Co należało uczynić aby pozostać u władzy? A może lepiej było dać sobie z tym wszystkim spokój i od tej pory żyć jak człowiek prywatny w  ciszy i spokoju?


DYKTATOR SULLA



Takie myśli z pewnością nawiedzały Oktawiana w tamtym czasie. Dokładnie 50 lat wcześniej w 79 r. p.n.e. dyktator Lucjusz Korneliusz Sulla zrzekł się władzy, którą zdobył mieczem w roku 82, rozpoczynając niezwykle krwawe proskrypcje swych politycznych wrogów. Ale teraz - po tym jak wprowadził ustrój oparty na wszech władzy Senatu (i stronnictwa optymatów - taka rzymska prawica, chociaż te współczesne określenia nie pasują do tamtych czasów) uznał, że dopiął swego i może teraz odpocząć. Wycofał się więc do swej willi, gdzie doglądał gospodarstwa, łowił ryby nad rzeką i baraszkował ze swą młodą żoną. Emeryt można by powiedzieć, nie musiał się już o nic martwić. No właśnie, kilka miesięcy po zrzeczeniu się władzy znaleziono go martwego, gdy w słomkowym kapeluszu łowił ryby. 30 lat później, stojąc nad brzegiem Rubikonu Gajusz Juliusz Cezar stwierdził oficjalnie że Sulla był głupcem skoro zrezygnował z władzy, ten bowiem nie zamierzał tego czynić. Pięć lat później leżał w kałuży krwi przy pomniku swego przyjaciela oraz konkurenta - Pompejusza Wielkiego w teatrze jego imienia (dokąd przeniesiono wówczas obrady Senatu, gdyż sala obrad Senatu była w tamtym czasie w remoncie). Tak więc Oktawian Cezar miał do wyboru dwie drogi polityczne. Żadne nie gwarantowały bezpieczeństwa, żadne też nie dawały podstaw pod rządy jednowładcze. Jaką więc drogę należało obrać, w którym kierunku podążać, aby nie skończyć tak jak Sulla i tak jak Cezar. Oktawian zdawał sobie jednak sprawę że całkowity powrót do Republiki wiąże się z nowymi wojnami domowymi, a co za tym idzie polityczną anarchią i cierpieniem obywateli. Oczywiście w Rzymie nie brakowało ambitnych polityków, którym taka opcja bardzo by odpowiadała, gdyż zdobycie intratnej prowincji - w której stacjonowało kilka legionów - dawało okazję do podjęcia walki o władzę nad całym Imperium. Ale znowu kurczowe trzymanie się władzy uruchomi te same siły, tylko w innych proporcjach, a mianowicie w postaci zamachowców, pragnących odzyskać wolność i "usunąć tyrana". Koronowanie się zaś na króla i wprowadzenie monarchii typu wschodniego też nie wchodziło w grę, gdyż Rzymianie nie znali tego typu ustroju, a słowo "rex" było im tak nienawistne, że nawet Cezar po swym zwycięstwie w wojnie domowej, czynił co mógł, aby tylko nie zostać posądzony o dążenie do władzy królewskiej. Oktawian miał wiele miesięcy do namysłu nad tym co uczynić, jaką drogą pójść, aby nie narazić się na gniew ludu, a co za tym idzie - na śmierć. I... wymyślił. 

Żeby można było wprowadzić nowy ustrój polityczny, przede wszystkim trzeba zapewnić sobie poparcie Senatu, a poparcie Senatu można zdobyć wprowadzając tam swoich zwolenników, lub też potwierdzając dotychczasowe przywileje już zasiadających tam osób. Problem polegał tylko na tym, że w czasach wojen domowych liczba senatorów gwałtownie wzrosła i to do tego stopnia, że liczyła wówczas prawie 1000 członków. Spora część z nich zdobyła swój tytuł bezprawnie, lub też w bardzo niejasnych okolicznościach. Jednak aby naprawić te błędy i pozbawić ich funkcji senatorów, należało sprawować cenzurę. A z tym był problem, gdyż cenzorów nie wybierano już od... 20 lat. Po raz pierwszy ten urząd (zajmujący się nie tylko staniem na straży moralności, a co za tym idzie cenzurą wszelkich przedstawień teatralnych, pism czy nawet piosenek, które uznano by chociażby za "deprawujące młodzież" ale również przeprowadzaniem spisu ludności, oraz liczby senatorów) został zlikwidowany przez Korneliusza Sullę w roku 81 p.n.e. Potem konsulat Gnejsza Pompejusza Wielkiego i Marka Licyniusza Krassusa przywrócił ten urząd (70 r. p.n.e.), ale wybuch wojny domowej Cezara z Pompejuszem i kolejne walki jakie miały miejsce po tym czasie spowodowały, że nikt nie miał ochoty do zajmowania się wyborem "strażników moralności". Tak właśnie było aż do roku 28 p.n.e. gdy w styczniu konsulat ponownie (po raz szósty) objął Cezar Oktawian, a jego kolegą na urzędzie został jego przyjaciel i wódz jego armii Marek Wipsaniusz Agryppa. Ponieważ sprawowali oni konsulat, nie mogli jednocześnie zostać cenzorami, ale wybrnięto z tego na inny sposób, a mianowicie... zostali konsulami o kompetencjach cenzorskich. Przeprowadzili oni dokładny spis członków Senatu i wyszło im, że jakieś 200 osób nabyło te prawa w  podejrzanych okolicznościach. Oktawian zwrócił się najpierw (nie używając nazwisk) do tych senatorów, aby dobrowolnie zrzekli się oni urzędu. Na ten apel odpowiedział jednak tylko 40 osób, więc pozostałe 160 skreślono oficjalnie z listy Senatu, który od tej pory liczył 800 osób. Oktawian i Agryppa przeprowadzili również (pierwszy od 42 lat) spis ludności Imperium. Tamten, z roku 70 p.n.e. wykazał liczbę 910 000 obywateli rzymskich (oczywiście liczono tylko samych dorosłych mężczyzn, bez dzieci, chłopców, kobiet, niewolników i mieszkańców prowincji którzy nie posiadali rzymskiego obywatelstwa). Teraz spis ludności wykazał 4 miliony 63 000 obywateli.


DWAJ PRZYJACIELE: 
OKTAWIAN i AGRYPPA



 Tak "odchudzony" Senat przyznał Oktawianowi tytuł "pierwszego senatora" ("princeps senatus") co było kolejnym krokiem ku jednowładzwu. Jednocześnie Cezar Oktawian zaliczył poczet patrycjatu wiele nowych rzymskich rodzin, zyskując w nich wsparcie. Teraz, po dokonaniu tych wszystkich zmian i przeprowadzeniu uroczystości religijnej zwanej "lustrum" (mającej na celu oczyszczenie Rzeczpospolitej) a polegającej na złożeniu ofiar bogu Marsowi na Polu Marsowym z trzech zwierząt: owcy, świni i byka; Cezar Oktawia mógł przejść do kolejnej fazy swego planu (jeżeli przyjmiemy że ten plan miał już w tym czasie ukształtowany). 9 października 28 r. p.n.e. na Palatynie stanęła przepiękna świątynia Apollona, do której to przeniesiono - spisane na nowo (w latach wojen domowych wiele z nich uległo zniszczeniu) księgi sybillińskie. Przy tej świątyni (o której więcej opowiem już wkrótce, gdy przyjdę do opisu Rzymu za czasów Oktawiana) powstała również biblioteka (pierwsza biblioteka publiczna w Rzymie). Świątynia ta powstała w całości za prywatne pieniądze Oktawiana, który W 36 r. p.n.e. wykupił na Palatynie kilka willi i domów zamożnych Rzymian (początkowo z myślą o budowie swojej własnej willi, gdyż jego skromny dom, znajdujący się przy Forum Romanum stał w miejscu dosyć hałaśliwym i ludnym. Jednak gdy pewnej nocy piorun uderzył w to właśnie miejsce, uznano że bogowie pragną wznieść tutaj świątynię i tak właśnie rozpoczęto budowę Świątyni Apolla. Co się zaś tyczy nowego mieszkania Oktawiana, to Senat - zaskoczony jego hojnością - jeszcze w tym samym 36 r. p.n.e. zakupił stojący na Palatynie dawny dom Hortensjusza, który po krótkim remoncie i zakupieniu sąsiedniego domu - należącego dawniej do Lucjusza Sergiusza Katyliny - stał się nową siedzibą Oktawiana, zwanym "Domus Augustus" - ale trudno byłoby go nazwać pałacem, gdyż Oktawian nie znosił przepychu i żył bardzo skromnie. O jego domu, pożarze który wybuchł tam w 3 roku naszej ery i nowej odbudowie - również wkrótce opowiem. Warto jeszcze dodać, że w tym samym 28 r. p.n.e. rozpoczęto na polu marsowym budowę okazałego mauzoleum rodziny juliuszów, zwanego następnie Mauzoleum Augusta). Te wszystkie nowe budynki i zmiany w składzie Senatu, nadal jednak nie odpowiadały na proste pytanie - co dalej z Republiką?





CDN.


PS: Kochani moi, nie chcę się powtarzać bo tego nie lubię, ale pamiętajcie że już za trzy dni wybory. Proszę was (jeśli mogę się o to zwrócić, gdyż nigdy tego nie robiłem, ale teraz jest wyjątkowa sytuacja) abyście oddali głos za Polską, za naszą przyszłością i przyszłością naszych dzieci, czyli za Karolem Nawrockim, a jeśli już nie za nim osobiście, bo przynajmniej przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu. To jest mój krótki apel i prośba do Was.




poniedziałek, 19 maja 2025

WYBORY - 2025 - Cz. I

PIERWSZA TURA 

NA PLUS!




 Pierwsza tura wyborów prezydenckich w Polsce zakończona sukcesem prawicy - i to jest fakt nie podlegający dyskusji, co osobiście mnie bardzo cieszy (chociaż jak już kiedyś wspomniałem bliżej mi do lewicy, ale nie tej tęczowej, neokomunistycznej, globalistycznej. Ja chciałbym lewicy bliskiej ludziom, ich codziennym problemom, lewicy która nie walczy z Kościołem {choć ja sam zbyt religijny nie jestem i już nie będę, z wiadomych przyczyn, które wielokrotnie wyjaśniałem na tym blogu}, lewicy która przede wszystkim myśli po polsku - co jest dla mnie szalenie ważne. Niestety nie ma czegoś takiego na lewicy, a i rzadko {lub prawie wcale, pomimo deklarowanych haseł które nie mają żadnego znaczenia bo zawsze liczą się tylko czyny, nie słowa!} można to spotkać na prawicy). 




W każdym razie z pierwszej tury wyborów prezydenckich jestem jak najbardziej zadowolony. Liczyłem co prawda na nieco wyższy wynik Marka Jakubiaka, na którego dziś głosowałem, ale to nie ma żadnego znaczenia. Ważne że 1 czerwca prezydentem Rzeczpospolitej, Najjaśniejszej Ojczyzny mojej zostanie Karol Nawrocki. Nie wierzę bowiem w to, że zwolennicy Sławomira Mentzena czy Grzegorza Brauna mogliby w takiej sytuacji (przed jaką stoi obecnie Polska) pozostać w domu i nie wziąć udział w drugiej turze tych wyborów. Gdyż, tak jak mówił Jakubiak - i ja się pod tymi słowami podpisuję - rzecz nie idzie o to, jaka będzie Polska, ani nawet czyja będzie Polska, rzecz idzie o to, czy w ogóle będzie Polska? Czy będziemy budować sojusz Międzymorza i Trójmorza, czy będziemy się dalej bogacić tak, aby nie tyle zostać mocarstwem lokalnym, ale regionalnym, a z czasem... światowym. Niemożliwe? "To nie po polsku" - parafrazując słowa cesarza Napoleona. Wszystko jest możliwe i ja sam się o tym wielokrotnie przekonałem w swoim życiu, tylko wszystko rozbija się o konsekwencje i determinacje. A ten rząd nie ma ani jednego, ani drugiego. Mało tego, ten rząd jawnie działa przeciwko żywotnym interesom Polaków i Polski, a to go już całkowicie dyskwalifikuje, bo tutaj nie chodzi o to, czy mi się podoba ta, czy inna partia, czy ten, czy inny kandydat na prezydenta (gdybym był szczery, to w ogóle rozwiązałbym wszystkie te partie, a w wyborach startowaliby po prostu zwykli ludzie z poparciem społecznym tych lub innych środowisk i tyle. Uważam też że należy przywrócić konstytucję z roku 1935, bo ona nadal prawnie obowiązuje, gdyż żaden dekret ani ustawa jej nie anulowała). Tu chodzi o to, czy dany kandydat, lub członkowie danej partii myślą, czują, a przede wszystkim działają po polsku. To jest dla mnie najistotniejsze i mówcie co chcecie, ale dla mnie to jest podstawa. 

No oczywiście druga sprawa liczy się również osobowość człowieka. I Karol Nawrocki bez wątpienia wydaje mi się zwykłym facetem takim jak większość z nas, gdyby było inaczej, gdybym nie wiedział że potrafi on być również sprawny retorycznie (chociaż stosuje taką praktykę Grzegorza Brauna, przeciągając zdań, co nieco wydaje się komiczne, aczkolwiek jest do zaakceptowania, gdyż zarówno Braun jak i Nawrocki taki po prostu jest i trudno żeby udawał kogoś innego) nigdy nie poparłbym go jako kandydata Prawa i Sprawiedliwości na urząd prezydenta Rzeczpospolitej Polski. Ale od początku mówiłem, że to będzie najlepszy kandydat ze wszystkich, których PiS miał do wyboru. I jestem przekonany że nie pomylę się w tej opinii.




Tak więc pierwsza tura zakończona sukcesem. Co prawda Trzaskowski wyszedł na prowadzenie, ale różnica jest mniejsza niż błąd statystyczny, więc jeśli tylko wyborcy Grzegorza Brauna i Sławomira Mentzena, a także (być może) Adriana Zandberga, czy Marka Jakubiaka (o tych akurat jestem spokojny), a także (🤭😉) KRZYSZTOFA STANOWSKIEGO - się zmobilizują (wystarczy w zasadzie poparcie wyborców tych dwóch pierwszych panów) to nie dopuścimy do tego, żeby Donald Tusk (bo tak naprawdę to on wygra te wybory) został zarówno prezydentem, premierem, prezesem Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego, a być może też Narodowego Banku Polskiego. Tak więc - jak oni to mówią - "wytrzaskajmy" Rafałowi Trzaskowskiemu myśli o prezydenturze, w drugiej turze. 👍




sobota, 19 kwietnia 2025

KAROL NAWROCKI - FORMAT PREZYDENCKI!

I GRZEGORZ BRAUN W OLEŚNICY





Dziś krótko, bo pragnę tylko napomknąć że po ostatnim wywiadzie dr. Karola Nawrockiego w Kanale Zero u Krzysztofa Stanowskiego, jestem już w stu procentach przekonany że wystawienie tego człowieka w wyborach prezydenckich było prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Zresztą ja sam uważałem że realnie Prawo i Sprawiedliwość nie ma większego wyboru. Owszem Przemysław Czarnek jest człowiekiem niezwykle elokwentnym i jak dla mnie to właśnie on powinien zostać nowym prezesem partii po Jarosławie Kaczyńskim, ale posiada on również ogromny elektorat negatywny, a to oznaczałoby że w drugiej turze wyborów... po prostu by przepadł. Nawrocki był dla mnie jedynym możliwym wyborem (choć oczywiście brałem pod uwagę jeszcze dwie inne), ale ten był bez wątpienia najlepszą opcją ze wszystkich możliwych. 

I rzeczywiście po niedawnym jego wywiadzie u Stanowskiego dochodzę do wniosku, że na 95% to jest przyszły prezydent Rzeczypospolitej Polski i oby jak najszybciej to się stało, bo czeka nas jeszcze doprowadzenie do upadku tego żałosnego rządu (mam nadzieję że do końca tego roku się to stanie, bo wierzcie mi albo nie, ale ja dopiero teraz realnie odczuwam czym jest życie w Generalnej Guberni. Dopiero teraz jestem w stanie uzmysłowić sobie jak żyli Polacy pod niemiecką okupacją... i niekoniecznie tą hitlerowską. Trzeba bowiem pamiętać że Generalną Gubernię utworzyli Niemcy już w 1915 r. w czasie I Wojny Światowej). Z jednej strony ów wywiad był dosyć komiczny, bo przecież Stanowski też jest oficjalnie kandydatem na prezydenta Polski. Tylko wiadomo że ta jego kandydatura jest tylko parodią, groteską wyborów, tym bardziej że on sam podkreśla aby głosować na każdego, byle nie na niego. 😂

Ja też muszę się przyznać, że podobnie jak Nawrocki jestem w dużej mierze indywidualistą - idę własną drogą, nie oglądając się zbytnio na tzw: autorytety, aczkolwiek są one dla mnie również w pewien sposób istotne, jako kierunkowskazy moich wyborów. Dlatego też podobało mi się bardzo to, jak Nawrocki wymieniał największych Polaków, gdyż ja uczyniłbym dokładnie tak samo. Za największego Polaka uznałbym oczywiście Marszałka Józefa Piłsudskiego, który przegrałby tę konfrontację tylko z papieżem Janem Pawłem II - ten bowiem był według mnie bezkonkurencyjny. Oczywiście sam wywiad w Kanale Zero trwał ponad 3 godziny i padło tam również wiele innych, ciekawych opinii pana Nawrockiego. Nie będę ich jednak wymieniał bo to nie ma najmniejszego sensu, można zobaczyć samemu, na własne oczy i wyrobić sobie zdanie o tym kandydacie. Dla mnie facet bije na łeb na szyję "bążura", "pogromcę rekinów", "ogóra", "pana Prince Polo", "Czajkowskiego" i wszystkie inne twarze tęczowego Rafała (krakowskie czy pokolenia" 🤭)

Nawrocki więc według mnie jest nie tyle wyborem mniejszego zła ale wyborem dobra które myślę wreszcie może się pojawić, bo co do Andrzeja Dudy to przyznać się muszę jestem rozczarowany tą prezydenturą i nie chciałbym aby to się ponownie powtórzyło. Widać jednak że Nawrocki to nie jest Duda, to jest człowiek z innej gliny, człowiek który musiał sam walczyć o wszystko, do czego doszedł (podobnie jak i ja - choć oczywiście wiele w życiu zyskałem niekoniecznie własną pracą 😉). Jednak w pierwszej turze tych wyborów zamierzam zagłosować na pana Marka Jakubiaka, a dopiero w drugiej  głos swój oddam na Nawrockiego.








I WYBRANE NAJLEPSZE WYPOWIEDZI




A TUTAJ PRZYKŁAD TOTALNEGO BRAKU JAKICHKOLWIEK POGLĄDÓW TĘCZOWEGO RAFAŁKA. 
NORMALNIE CZŁOWIEK-GUMA 🥴





Do ciekawego wydarzenia doszło też w Oleśnicy w tamtejszym szpitalu położniczym, gdy poseł do Parlamentu Europejskiego - Grzegorz Braun wraz z posłem na Sejm Rzeczpospolitej Romanem Fritzem i kilkoma innymi współpracownikami dokonali obywatelskiego zatrzymania lekarki (która tak naprawdę nigdy nie powinna pełnić tej funkcji) Gizeli Jagielskiego. Ta pani przeprowadziła aborcję na 9 miesięcznym dziecku (37 tydzień), szykując mu prosto w serce chlorek potasu. Ja osobiście nigdy nie nazwałbym się fanatykiem antyaborcyjne (bo uważam że takowi robią "kręcią robotę" opcji patriotycznej), zdaję też sobie sprawę że w pewnych okolicznościach aborcja jest konieczna, szczególnie gdy zagrożone jest życie matki - to tutaj nie ma dwóch zdań. Ale jeżeli mamy doczynienia z dzieckiem w dziewiątym miesiącu ciąży, dzieckiem które miało szansę przeżyć (zdaje się szpital w Łodzi oferował pełną opiekę zarówno nad dzieckiem jak i matką), to jednak stało się inaczej i pod wpływem działaczek proaborcyjnych matka owego dziecięcia postanowiła je po prostu zabić. Uczyniła to właśnie dr. Gizela Jagielska, która jawnie wspiera ruchy proaborcyjne (nawet na swoim służbowym ubraniu miała nazwę proaborcyjnej organizacji), a poza tym zarówno z tego co publikuje w necie, jak i z jej wypowiedzi, można wywnioskować że ta kobieta wyjątkowo "lubi" swoją pracę i sprawia jej to dziką przyjemność, tak, jakby traktowała każde kolejne zabite dziecko jak swoiste trofeum. Na to nie ma zgody, bo mój sprzeciw wobec fanatyków antyaborcyjnych nie oznacza przyzwolenia na działalność fanatyków aborcyjnych. Zawsze trzeba znaleźć równowagę i każda sprawa jest inna. Ja oczywiście rozumiem że ktoś może nie chcieć wychowywać chorego dziecka (mnie to w żaden sposób by nie przeszkadzało, ja z moją partnerką nie mamy dzieci i dla mnie każde dziecko narodzone - zdrowe czy chore - byłoby prawdziwym skarbem), ale jeśli naprawdę kobieta uzna że nie jest w stanie wychować tego dziecka, to przecież może go oddać do okna życia do sierocińca nawet, gdyż każda taka aborcja będzie bez wątpienia tkwić tej kobiecie aż do śmierci (wiem co mówię, moja mama (i tata) po narodzinach mnie i mojej siostry przeprowadziła co najmniej dwie aborcje, dwóch chłopców - mielibyśmy dwóch braci. Nigdy mi tego nie powiedziała, dopiero na krótko przed śmiercią powiedziała to siostrze, chociaż w pewien sposób chyba się tego domyślaliśmy. Ale to było bardzo bolesne doświadczenie i tkwiło to głęboko w zakamarkach matczynej duszy).

Inna sprawa związana z panią Gizelą Jagielską jest taka, że widać że babka jest kuta na cztery kopyta. Celowo wrzuciła do sieci informację że jest Żydówką, tak, jakby chciała (nie wiem) sprowokować jakieś antysemickie wpisy internautów? Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz w tym wszystkim, a mianowicie to, że ci ludzie jakoś dziwnym trafem definiują się przede wszystkim jako nie-Polacy, a dopiero w drugiej czy też dalszej fazie jako obywatele polscy. No cóż "pełniących obowiązki Polaków" przybywało u nas od połowy lat 40, a ostatnio profesor Andrzej Nowak zrobił badania, z których wyszło że realnie 14% naszego społeczeństwa..
 nienawidzi Polski. Nie to, że nie lubi, że coś im nie wyszło i mają jakieś negatywne odniesienia co do Polski na emigracji, nie! Po prostu to są ludzie, którzy realnie - czy to genetycznie czy też ideologicznie - nienawidzą naszego państwa i narodu. I tak sobie pomyślałem: przecież ja też mam niemieckie korzenie, a część mojej rodziny (choć w większości już nie utrzymujemy zbytnich kontaktów) mieszka w Niemczech i jest Niemcami, to jednak nigdy, nawet w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy uważać się za Polaka niemieckiego pochodzenia, albo Niemca z obywatelstwem polskim. Powiem wprost (choć może zabrzmi to patetycznie, ale ja tak czuję) uważam że urodziłem się Polakiem i jest to ogromne wyróżnienie na które muszę zasłużyć swoją pracą i działalnością dla Ojczyzny, umiłowanej mojej Polski - to tyle!



A TO FILMIK Z OBYWATELSKIEGO ZATRZYMANIA GIZELI JAGIELSKIEJ PRZEZ EUROPOSŁA GRZEGORZA BRAUNA 




Notabene Grzegorz Braun o nie jest moja bajka, nie zgadzam się z nim kilku ważnych dla mnie w punktach, ale szanuję go właśnie za konsekwencje w działaniu, za silny moralny kręgosłup i za to, że nie zmienia poglądów (jak choćby wtedy gdy zgasił gaśnicą świece hanukowe zapalone w polskim Sejmie), w przeciwieństwie do tęczowego Rafałka, który poglądy zmienia praktycznie co drugi dzień







NA ZAKOŃCZENIE ZAŚ, WSZYSTKIM TYM KTÓRZY POCZULI SIĘ ZNIESMACZENI MOIM WYZNANIEM, MÓWIĘ PO PROSTU 

PRZEBACZCIE!!! 🤭




środa, 6 listopada 2024

TRUMP - 2.0

MIAŻDŻĄCE ZWYCIĘSTWO!




 Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych ponownie wygrał Donald Trump, który tym samym został 47 prezydentem tego kraju. I w zasadzie nie ma czego więcej tu komentować, zwycięstwo jest miażdżące (Trump posiada już ponad 290 głosów elektorskich, a wciąż jeszcze trwa liczenie głosów oddanych w niektórych stanach i zapewne wynik ten przekroczy liczbę 300). 

Cóż, stało się jak się miało stać (ja osobiście uważam że Donald Trump jest dla Polski znacznie lepszym rozwiązaniem niż byłaby prezydentura Kamali Harris, czyli już czwarta administracja Baracka Obamy). Teraz czas na nas! Trzeba wybrać kandydata polskiego, patriotycznego, człowieka który w żaden sposób nie będzie związany z tą całą koalicją która obecnie rządzi (czy też zarządza) naszym krajem, bo w takiej sytuacji dalsze istnienie tego rządu i tej koalicji będzie już bezproduktywne i z pewnością po wyborach prezydenckich nastąpią parlamentarne. A tutaj wydaje mi się ważny jest czas, bo ci ludzie dążą do zniszczenia wszystkiego co związane jest z polskim rozwojem, polską dumą, historią oraz nadziejami na przyszłość. Wstawienie jawnego folksdojcza do Instytutu Pileckiego w moich oczach całkowicie przesądza sprawę (należy pamiętać że jest to gorsza sytuacja niż gdyby rzeczywiście wstawili tam rodowitego Niemca, gdyż folksdojcze, jako nuworysze, starają się wykazać iż są godni swojej niemieckości, a przez to będą zawsze "bardziej" niż tacy, którzy naprawdę urodzili się Niemcami). Ci ludzie są po prostu niebezpieczni i trzeba ich usunąć jak najszybciej się da (a niestety nie da się szybciej, niż po wyborach prezydenckich roku 2025), gdyż naprawdę nie chcę się obudzić w Generalnej Guberni.




W każdym razie dzisiaj zapraszam na kilka zabawnych memów podsumowujących zwycięstwo Donalda Trumpa w USA:




















SWOJĄ DROGĄ TO CIEKAWE ŻE TELEWIZJA REPUBLIKA BYŁA JEDYNĄ TELEWIZJĄ Z EUROPY JAKA ZOSTAŁA DOPUSZCZONA DO RELACJONOWANIA WYBORÓW BEZPOŚREDNIO ZE SZTABU DONALDA TRUMPA NA FLORYDZIE





NA KONIEC JESZCZE DOMINIK TARCZYŃSKI NA KANALE PBD





piątek, 4 października 2024

WIELKA SANACJA PAŃSTWA

KU ODRODZENIU RZECZPOSPOLITEJ




 Wczoraj, dnia 3 października w Niemczech obchodzono tzw. "Dzień Zjednoczenia", czyli dzień likwidacji Niemieckiej Republiki Demokratycznej i włączenia jej do Republiki Federalnej Niemiec w 1990 roku. Ponieważ ja jestem stałym gościem niemieckich forów społecznościowych i tematycznych (nie tylko X-a), zauważyłem tam w wielu miejscach przeplatające się takie oto stwierdzenia, że jest to niepełne zjednoczenie i że dzień ten należy nazwać dniem "częściowego zjednoczenia", ponieważ niemieckie ziemie wschodnie wciąż nie zostały odzyskane. A jakie to niemieckie ziemie wschodnie nie zostały odzyskane? przecież wschodni Niemcy (tzw. "Ossi") już dawno połączyły się z tymi zachodnimi (a tak naprawdę zostały przez nich po prostu wchłonięte). O czym wiem co oni mówią? Oczywiście każdy inteligentny człowiek zdaje sobie sprawę o czym jest mowa, po prostu znaczna część Niemców (oczywiście nie jest to większość, ale to jest dość pokaźna grupa) i to nie tylko tych, którzy głosują na AFD, wyraża żal za utratą i melancholijne pragnienie odzyskania w przyszłości ziem wschodnich, czyli naszych "Ziem Odzyskanych", naszych Kresów Zachodnich. I wydaje mi się że wcześniej czy później w jakiś tam sposób możemy mieć z tym problem, chociaż nie wydaje mi się aby te pragnienia w jakikolwiek sposób mogły zostać zrealizowane, to jednak próby takiego lub innego pozyskania owych ziem trwają już od jakiegoś czasu (co najmniej od roku 1990), różnymi metodami (głównie oczywiście finansowymi) poprzez wykupywanie tamtejszych polskich przedsiębiorstw, spółek etc. etc. i przyzwyczajenie mieszkańców, że "niemieckie znaczy lepsze".

Na Ukrainie wciąż trwa wojna, choć ta wojna realnie powoli dobiega końca, choć Ukraińcy tak naprawdę walczą z jedną ręką związaną za plecami, gdyż wszelki ofiarowany im sprzęt wojskowy nie może być użyty przez nich na terytorium Rosji, czyli tak naprawdę mogą się oni tylko bronić na własnej, zniszczonej ziemi. Przyjdzie więc taki moment, że Ukraina będzie zmuszona zgodzić się na przyjęcie warunków (prawdopodobnie rozejmu - co oznacza że konflikt ten zostanie jedynie zamrożony na kilka lat, być może na dekadę, co jest bardzo złe dla nas, państw bezpośrednio sąsiadujących z Ukrainą) na mocy których będzie musiała oddać Krym, Donbas, Zaporoże i kto wie co jeszcze. Pewnym ratunkiem dla Ukraińców przed taką wizją zakończenia tej wojny, był - podjęty 6 sierpnia 2024 r. - atak na obwód kurski i zajęcie znacznej jego części (co ciekawe Ukraińcy o owym ataku nie powiadomili Amerykanów, gdyby bowiem to zrobili, z pewnością nie dostaliby na to zgody, bo przecież to głównie Amerykanie - ale również i Francuzi i Niemcy, każą im walczyć z jedną ręką za plecami). Jest to pewien nabytek, który może stać się kartą przetargową w przyszłych rozmowach pokojowych (mam nadzieję) lub rozejmowych (oby nie), ale też nie wiadomo jak to się jeszcze rozwinie, gdyż Ukraina nie ma nie tylko sprzętu (obecnie dostawy sprzętu na Ukrainę są znacznie mniejsze niż były do tej pory), ale również ludzi, żeby utrzymać cały odcinek frontu z Rosją. A to może doprowadzić do sytuacji w której moskale po prostu odzyskają cały ten obwód (zresztą już teraz jest tam bardzo trudna sytuacja).

Na Bliskim Wschodzie Izrael właśnie uderzył na Liban. Ja oczywiście zdaję sobie sprawę że położenie państwa Izrael (które tak naprawdę jest wyspą leżącą na środku muzułmańskiego morza) jest niezwykle trudne, można wręcz powiedzieć beznadziejnie trudne, dlatego też celem polityki tego państwa jest maksymalna "likwidacja problemu muzułmańskiego" (jakkolwiek negatywnie to może zabrzmieć). W ogóle Izrael według mnie w pewien sposób przypomina chrześcijańskie państwa średniowieczne, które zostały założone na Bliskim Wschodzie po pierwszej krucjacie z lat 1096-1099. Te państwa również dysponowały przewagą technologiczną (w postaci zachodniego rycerstwa), tak jak dziś taką przewagą dysponuje Izrael w porównaniu z państwami arabskimi (a raczej muzułmańskimi) z którymi graniczy. Poza tym Izrael otrzymuje stałym wsparciem ze strony (głównie) USA, podobnie jak państwa krzyżowców (takim wsparciem dla nich były kolejne krucjaty). Państwa krzyżowców istniały na terenie Lewantu niecałe 200 lat (pierwsze państwa chrześcijańskie zaczęto tam zakładać w roku 1098, Jerozolima padła w roku 1099, w 1100 założono Królestwo Jerozolimskie, a ostatnia twierdza krzyżowców - Akka padła w roku 1291) to jest dosyć długi okres czasowy, ale powiedzmy sobie szczerze, realnie od początku skazane były one na upadek i choć ten upadek był znacznie odroczony w czasie, to jednak był nieunikniony. Według mnie również na Izraelu ciąży takie odium upadku i choć ono może być odroczone w czasie, to jednak jest nieuniknione (oczywiście ten fakt nie usprawiedliwia polityki Izraela która jest jawnie rasistowska, dążąca do fizycznej eliminacji Palestyńczyków ze Strefy Gazy, tam bowiem realnie trwają nie tylko czystki etniczne, ale wręcz prawdziwe ludobójstwo).

Unia Europejska wymyśla coraz więcej projektów, które mają na celu realnie likwidację zarówno państw narodowych, jak również (w dłuższej perspektywie, choć wydaje się że nie aż tak długiej) wymieszanie ras, poprzez sprowadzenie do Europy murzynów z Afryki, islamistów z Bliskiego Wschodu, a nawet Azjatów i zmieszanie ich z białą ludnością w państwach europejskich w taki sposób, aby powstał konglomerat bez żadnej przeszłości, bez żadnej pamięci o dokonaniach przodków, bez żadnego umiłowania ojczyzny (której już nie będzie) i oczywiście bez przyszłości. W ten sposób realizują nie tylko plan Richarda Coudenhove-Kalergi z 1922 r. (Gdzie postulował on że w przyszłości w Europie będzie tylko jedna rasa ludzi - mieszana - dzięki masowej migracji z Afryki i Azji - ludność podobna do starożytnych Egipcjan. Ma to doprowadzić oczywiście do likwidacji państw narodowych i ułatwienia elitom Europy zarządzanie tym ludzkim konglomeratem, który będzie znacznie łatwiej sterowalny). Już teraz widać że taki właśnie jest cel obecnych elit europejskich (widać to również w reklamach, gdzie czarnoskóry mężczyzna najczęściej występuje z białą kobietą, a biały mężczyzna jeśli w ogóle tam funkcjonuje, to tylko jako dodatek najczęściej podnóżek bo taka jest jego rola w przyszłej "zmieszanej" Europie. Zresztą nie tylko taki przekaz jest serwowany, również w bajkach coraz częściej pojawiają się osoby niebinarne, aby dzieciom już od maleńkości wkładać do głowy że to jest normalne że ktoś nie wie jaki jest płci. Czyli programowanie dzieci od maleńkości aby później można było nimi sterować w pożądanym przez elity kierunku i uczynić z nich - jak twierdził Kalergi - łatwo sterowalną masę). Innym patronem współczesnej Unii Europejskiej (którego imię nosi Parlament Europejski) jest przecież Altiero Spinelli, włoski marksista który w 1941 r. w więzieniu na wyspie Ventotene na rolce papieru toaletowego sporządził dziś obowiązującym manifest przyszłego państwa europejskiego (wystarczy chociażby zajrzeć do Białej Księgi Unii Europejskiej z 2017 r.), którego celem ma być całkowita likwidacja państw narodowych). Do tego dochodzą też unijne projekty tzw. zielonego wału ładu, które mają całkowicie zniszczyć europejskie rolnictwo i przemysł -  wyprowadzając je poza Europę i doprowadzając do skumulowania wielkiej własności ziemskiej w rękach niewielkiej grupy, wybranej (a raczej samo wybierającej się) elity europejskiej, która przypominać ma panów feudalnych ze średniowiecza.

To co powyżej przedstawiłem, to jest jedynie nakreślenie głównych problemów przed którymi stoi Polska i Europa (a także poniekąd większa część naszego globu), a przecież u nas obecnie sytuacja wewnętrzna również zmierza w złym kierunku. 15 października 2023 r. część społeczeństwa znudzona już w dużej mierze sobie-państwem PiS-u (ja uważam że taka nauczka jaką wówczas PiS dostał, była mu potrzebna, gdyż po trzeciej kadencji PiS zamieniłby się już całkowicie w partię wyleniałych tłustych kotów, którym po prostu się należy za sam fakt że są. Zresztą ja do dzisiaj nie widzę żadnej refleksji w tej partii, która by podjęła jakąś kompleksową debatę na temat realnej klęski wyborczej - bo co z tego że PiS wygrał te wybory, skoro nie rządzi. Jak widzę takie twarze jak Morawiecki, jak Błaszczak, jak Sasin, o Kurskim nawet nie wspominając - to zbiera mi się na wymioty. Ciekaw jestem kogo ta partia wybierze jako swojego kandydata na prezydenta w przyszłorocznych wyborach - które są szalenie ważne, wydaje mi się że są najważniejszymi wyborami od 1989 r. Prezes - który według mnie już dawno powinien odejść, ale jego odejście doprowadzi jednocześnie do bardzo poważnych ruchów odśrodkowych, realnie likwidujących tę partię, niestety więc musi trwać dalej - zapewne w żartach mówi coś o Błaszczaku, jako kandydacie na prezydenta. Ha ha, ja też lubię się pośmiać, ale tutaj nie ma się z czego śmiać, tu niestety trzeba płakać nad tą partią. Mam też nadzieję że mimo wszystko ktoś rozsądny pójdzie po rozum do głowy i kandydatem będzie osoba, która realnie może pokonać "siły destrukcji" które obecnie rządzą. Ja sam mam swoje typy, chodź część z nich jest niestety niewybieralna w drugiej turze, a takowymi są: Dominik Tarczyński -  chciałbym takiego prezydenta, ale nie ma on szans w drugiej turze, Marek Jakubiak - nie należy do PiS-u więc kandydatem tej partii nie będzie, choć może kandydować z poparciem innych komitetów, i Karol Nawrocki - były prezes Instytutu Pamięci Narodowej dyrektor Muzeum II Wojny Światowej. To są trzej główni kandydaci, których ja bym widział w roli przyszłego prezydenta Rzeczypospolitej i mam nadzieję że któryś z nich nim zostanie, bo inaczej, jak wejdzie tam "Czaskoski", "pan z Chobielina" czy posłaniec von der Leyen {pamiętamy przecież to: "Donaldzie, za rok widzimy ciebie w roli premiera Polski"}, to po prostu zostaje już tylko kiła mogiła i można gasić światło i zwijać dywanik).








Tak więc kara jako spotkała PiS w ostatnich wyborach, bez wątpienia należała się tej partii, ale już wystarczy! Na tym bowiem cierpi nie tyle PiS (który dla mnie jest tylko środkiem, a nie celem samym w sobie - jak dla wielu fanatyków ze strony tzw "prawych", a środki się zmienia, gdy przestają być użyteczne) ale cierpi moja Ojczyzna, mój dom - Polska. Ta władza, która rządzi (a raczej zarządza) od 13 grudnia 2023 r. jest kompletnie wyprana z jakichkolwiek pro-rozwojowych idei, tam nie ma żadnych pomysłów, żadnych planów rozwoju naszego kraju - zero, nul. Ostatnio na swoim kanale Rafał Ziemkiewicz (który jak już kiedyś mówiłem ma - czasem jeszcze - prawdziwego "zajoba" anty-sanacyjnego i anty-piłsudczykowskiego, co powoduje że nie chce mi się go słuchać, ale w zasadzie to jest jedyna negatywna kwestia którą mogę skierować w jego stronę), stwierdził ostatnio że taki mendy jak Donald Tusk nie było w polskich dziejach od czasów generała Zajączka (napoleońskiego oficera, który po roku 1815 przeszedł na służbę cara Aleksandra i sprawował funkcję carskiego namiestnika Królestwa Polskiego do swej śmierci w 1826 r.). Ciekawie to uzasadniał i przyznam się szczerze zgadzam się z nim gdy mówił, że przecież co prawda był taki Bierut, był Gomułka, niektórzy widzieliby W tym gronie nawet Gierka, na pewno Jaruzelski, dlaczego więc od generała Zajączka? Otóż każdy z wyżej wymienionych miał jakąś wizję Polski, jakąkolwiek. Była to oczywiście wizja Polski komunistycznej, zniewolonej, wizja podległości Moskwie, ale była, BYŁA! Donald Tusk natomiast nie ma żadnej wizji rozwoju kraju, totalnie żadnej, Donald Tusk interesuje się tylko i wyłącznie Donaldem Tuskiem (widać to było zresztą jeszcze w 2014 r. kiedy w lutym mówił że on się do żadnej Brukseli nie wybiera, że dla niego bycie polskim premierem to jest honor i obowiązek, a już w maju powiedział że jest spakowany i wyjeżdża 😂. Poświęcił wtedy partię, swoich wyborców - bo było wiadome że po jego odjeździe Platforma Obywatelska dostanie łupnia na całego, a on miał to wszystko głęboko w...). I tak jest teraz. Tusk nie chciał tu przyjeżdżać, nie chciał ponownie siedzieć w Sejmie, nie chciał być premierem, a został do tego zmuszony bo oczywiście zna swoje miejsce w szeregu i wie komu co jest winien, kto go wspierał, kto dawał pieniążki (jeszcze w latach 90-tych na Kongres Liberalno-Demokratyczny gdzie pieniądze z Niemiec przychodziły w reklamówkach) niestety długi trzeba oddawać. Poza tym Tusk chce ponownie wrócić do Brukseli, więc robi wszystko żeby przypodobać się jaśnie państwu, elicie europejskiej i pokazać im że jest dobrym i pokornym pieskiem i będzie spełniał ich polecenia, tylko żeby potem przygarnęli go ponownie do swojego grona. On może znowu zostać szatniarzem Europy (tak jak poprzednio, gdzie zawieszał marynarkę pijanemu Junckerowi, dla niego to nie ma znaczenia, on się tam dobrze czuje), a poza tym oczywiście kasa kasa kasa kasa...

Tak więc wszystkie pro-rozwojowe inwestycje dla Polski zostały wstrzymane, CPK zaorane )przewodniczącym budowy tego lotniska został Maciej Lasek, człowiek który od początku krytykował powstanie CPK), budowa komputera kwantowego przez Uniwersytet Poznański przeszła do historii poprzez wstrzymanie dofinansowania dla tego projektu właśnie przez Tuska, dziś czytam że Niemcy robią (a w zasadzie już zrobili taki komputer). Pogłębianie Odry przeszło do historii, wiadomo - ministra Zielińska (czyli w Odrze jest za mało wody, ryby się duszą - trzeba dolać 😭). Budowa Portu Kontenerowego w Świnoujściu - nawet nie ma sensu o tym wspominać. Co więc mamy po tych 10 miesiącach rządów żałosnej (a w zasadzie nie żałosnej, ale anty-rozwojowej i antypolskiej) koalicji 13 grudnia? Mamy kompletny rozkład kraju w zasadzie na poziomie cząstek elementarnych. Powoli, systematycznie niszczy się wszystko co było budowane nie tylko od czasów Prawa i Sprawiedliwości, ale w ogóle wszystko co może przynieść Polsce jakąkolwiek korzyść. Kompletna wręcz nieporadność rządu w czasie powodzi (czego przykładem są chociażby tanio oprocentowane kredyty, proponowane przez ministrę Henning-Kloskę, bo jak przecież stwierdziła Róża Thun und Hohenstein: "nisko oprocentowany kredyt jest najlepszą rzeczą na świecie" 🤭), pokazuje doskonale że Tusk ma gdzieś rządzenie krajem i wraca ponownie do wypróbowanych za "pierwszego Tuska" (w latach 2007-2015) sposobów odwracania kota ogonem, czyli szukania tematów zastępczych. Przyznam się szczerze że Tusk jest mistrzem w tej kwestii i gdy tylko ludzie zaczęli mówić o indolencji rządu w trakcie powodzi, wyszła kwestia wiz, którymi niby Prawo i Sprawiedliwość miało obdarowywać przybyszów z Bliskiego Wschodu i to w setkach tysięcy takich pozwoleń (w rzeczywistości realnych wiz wydano od 200 do 500 i nie były to wizy dawane ludzi w celu ściągnięcia ich do Europy, tylko wizy wydawane tym, którzy mieli je dostać, a łapówki dawali za przyspieszenie tego procesu). Teraz wyszła sprawa alko-tubek, czyli kolejny temat zastępczy, który będzie żył może z dwa tygodnie i zdechnie szybko, podobnie jak poprzednie (jak chemiczna kastracja pedofili z czasów pierwszego Tuska, czy walka z dopalaczami).

Ten rząd nie ma żadnego planu rozwoju Polski. To oczywiście est banał, ale to jest banał którego duża część naszego społeczeństwa nie rozumie, nie widzi, albo nie chce widzieć. Wszystko co do tej pory przez te 10 miesięcy zrobił Donald Tusk służyło przede wszystkim Niemcom i Brukseli, nic zaś nie dotyczyło planów rozwoju Polski - NIC! I nie będzie dotyczyło, gdyż w oczach nie tylko Niemców, ale również Francuzów, Brytyjczyków i w ogóle tych państw na Zachodzie Europy, których politycy a po części również społeczeństwa do dzisiaj czują się nad-ludźmi, nasz rejon Europy Środkowo-Wschodniej jest regionem "pomiędzy", pomiędzy Zachodem a Rosją (Rosji jako jedynego państwa słowiańskiego ci na Zachodzie się boją i dlatego też Rosję szanują, nas nie szanują, bo nie czują żadnej ku temu presji, nie czują żadnej konieczności aby nas szanowali). Polski się nie szanuje, bo Polska zawsze była naiwniakiem Europy, my zawsze wierzyliśmy w te wszystkie piękne hasełka, w braterstwo ludów, w "Wolność Naszą i Waszą" (które to hasła wypisywano na sztandarach jeszcze w czasie Powstania Styczniowego) itd. itp. Polska walczyła, żeby w Europie był spokój i bezpieczeństwo (odparcie inwazji Turków na Wiedeń w 1683 r. który miał być tylko pierwszym etapem podboju Europy przez Imperium Osmańskie, rozbicie bolszewickich armii idących na Niemcy i Europę w 1920 r. a wcześniej walka za obce mocarstwa, jak choćby za Francję na Haiti w 1802 r.). To wszystko nie ma najmniejszego znaczenia, nie ma też żadnego znaczenia to, że przez 30 lat po tzw. "upadku komuny" Polska rozwijała się najlepiej w Europie, że suchą nogą przeszliśmy przez okres pandemii, będąc wzorem dla reszty Kontynentu jak należy dbać o własną gospodarkę i jak ją rozwijać. Staliśmy się 20-tą największą gospodarką świata i to wszystko w ciągu zaledwie 30 lat (a startowaliśmy przecież z poziomu państwa bankruta, jakim realnie była Polska w roku 1990). Ale tam na Zachodzie oni doskonale wiedzą (i wiedzieli to już na początku lat 90-tych, co zostało wypowiedziane ustami Jeffrey'a Sachsa, który powiedział że po tej tak zwanej transformacji ustrojowej należy Polskę otoczyć specjalną "opieką", bo jeżeli pozwolimy Polakom normalnie się rozwijać, to wkrótce potem staną się oni drugą Japonią, dokonując inwazji ekonomicznej na nasze rynki i całkowicie je zdominują. On to powiedział na przełomie lat 80-90 gdy Polska realnie była bankrutem i nie mogła w żaden sposób równać się z potęgami ekonomicznymi świata zachodu) że Polacy są niezwykle przedsiębiorczym i mądrym narodem i jeżeli tylko mają ku temu możliwości, to natychmiast z nich skorzystają, budując swoją ekonomiczną stabilizację. 




Polski się nie szanuje, bo oni (ci na Wschodzie, jak i na Zachodzie) nie czują presji, dlatego uważam że bezwzględnie należy nie tylko doprowadzić do gruntownej sanacji państwa (ale to gruntownej do fundamentów), zreformować całkowicie ustrój, który tworzony był dla państwa słabego, dla państwa małego, dla państwa bez ambicji. My nie tylko mamy ambicje, ale nasze ambicje wydają się być większe niż tylko ekspansja gospodarcza. Dlatego też uważam że Polska musi mieć swoją broń atomową i to bezwzględnie! Mamy ku temu ludzi (naukowców), mamy możliwości aby taką broń zbudować samemu, brakuje tylko jednej rzeczy - woli politycznej i jedności narodowej. Oczywiście banałem byłoby również powiedzenie, że musimy mieć armię co najmniej 300 000 a tak naprawdę 500-tysięczną. Że musimy stać się tu, na ziemiach na których Polska od wieków istnieje swoistym "Izraelem Europy" - uzbrojonym po zęby i gotowym do oddania jakiegokolwiek ciosu tak, aby jeśli chociażby w Niemczech pojawił się pomysł "zjednoczenia ziem wschodnich"  wyprowadzić w ich stronę taką fangę, żeby już nigdy myśl podobna nie przyszła im do głowy (a tą fangą byłby w najlepszym przypadku całkowity rozpad Niemiec i to nie tylko doprowadzenie do sytuacji sprzed 1870 r. ale przede wszystkim sprzed 1834 czyli przed powstaniem Niemieckiego Związku Celnego, a także wspieranie wewnętrznych separatyzmów i patriotyzmów, typu bawarskiego, saskiego wirtemberskiego etc. z zakazem jednoczenia Niemiec na poziomie choćby kultury, jako że to państwo tak naprawdę jest przekleństwem Europy, zjednoczone Niemcy są przekleństwem Europy, podobnie jak zjednoczona, silna Rosja). Oczywiście początkowo byłby na pewno duży problem chociażby nawet z budową broni atomowej w naszym kraju, ponieważ - powiedzmy sobie szczerze - w naszym społeczeństwie żyje jakaś taka narośl (tak narośl), która realnie nie uważa się za Polaków chociaż mówi po polsku, urodziła się Polakami, ma korzenie polskie, ale nie czuje się Polakami. Tacy ludzie z całą pewnością ustawialiby się w kolejce, czy do Brukseli czy do Waszyngtonu, aby po prostu perfidnie kapować na Polskę, właśnie dlatego że coś im się nie podoba: że rozwój im się nie podoba, że CPK im się nie podoba, że atom im się nie podoba, nic im się nie podoba, poza Tuskiem i jego folksdojczerją. Myślę jednak że i z tym można by było sobie poradzić, bowiem z jednej tylko rzeczy zrezygnować nie można: z dalszego rozwoju i umocarstwienia naszego państwa, a co za tym idzie naszego regionu.




sobota, 21 września 2024

KATASTROFA!

III RZECZPOSPOLITA - PAŃSTWO Z DYKTY I PAŹDZIERZA




 Dziś zamierzałem napisać o czymś innym (zresztą planuję dzisiaj jeszcze jeden temat), ale musiałem zamieścić ten komentarz, bo przyznam się szczerze szlag mnie już trafia jak na to wszystko patrzę. Odnoszę się zaś do katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, szczególnie zaś Kotlinę Kłodzką w postaci powodzi, która doprowadziła do ogromnych zniszczeń i kilku? (nie wiadomo dokładnie ile bo te dane jeszcze nie są znane albo są ukrywane) ofiar śmiertelnych (nie mówiąc już oczywiście o ludziach którzy odnieśli przy tym rany). Jak tak na to wszystko patrzę, to myślę że żyję w jakimś matriksie, w kraju nierzeczywistym, w którym liczy się tylko PR i i całkowity serwilizm wobec podmiotów zewnętrznych (ale o tym później).












Nie rozumiem też jeszcze jednej rzeczy, a mianowicie jak to jest że takie osoby jak pani Urszula Zielińska czy pani Paulina Henning-Kloska - odpowiadające za Ministerstwo Klimatu i Środowiska - nadal jeszcze pełnią swoje funkcje i nie mają postawione zarzuty karne. Zresztą trudno się temu dziwić, gdy okaże się że facet który miał wprowadzić Donalda Tuska "w błąd" (jakiś ponoć jego doradca), i podsunąć mu do podpisania dokument w którym zgadza się powołać do zgromadzenia sędziów cywilnych Sądu Najwyższego tzw: neosędziego (oczywiście posługuję się tutaj terminologią "sinych razem", czegoś takiego bowiem realnie nie ma i w przyrodzie nie istnieje, a na pewno w polskim prawodawstwie), taki ktoś nadal pozostaje na swoim stanowisku i oficjalnie nic się nie stało poza tym że Donald Tusk wycofał kontrasygnatę pod podpisem prezydenta Andrzeja Dudy (😂), czyli totalny kabaret (jak to śpiewał Walduś Kiepski: "Raz pod wozem raz na wozie tak się żyje w banderozie, którą czasem w telewizji Polską zwą..."). Natomiast już gość, który podczas głosowania w sprawie aborcji (notabene przegranej przez całą tą żałosną koalicję 13 grudnia), który w czasie głosowania przebywał w USA negocjując dla Polski ważne kontrakty, po powrocie stracił stanowisko, ponieważ Tusk musiał kogoś "odpalić", aby dać pożywkę swoim hunwejbinom. W tym zaś przypadku, w kwestii katastrofy jaka spotkała południowo-zachodnią Polskę, zarówno pani Zielińska jak i Henning-Kloska też nie poczuwają się do odpowiedzialności, a Tusk nie wyciąga wobec nich konsekwencji. Czyli co? jedziemy dalej na tym skrzypiącym coraz bardziej wozie.




10 września były już pierwsze alarmujące komunikaty na temat możliwości wystąpienia katastrofy powodziowej w rejonie południowo-zachodnim - całkowicie zbagatelizowane (żeby nie powiedzieć olane) przez rząd i Donalda Tuska osobiście. 13 września Donald Tusk zbłaźnił się totalnie, twierdząc że informacje na temat powodzi nie są aż tak alarmujące i wszystko będzie "git", a on zamierzam (oczywiście tego nie powiedział ale wiadomo przecież co robi) wkrótce wyfrunąć sobie helikopterkiem do Sopotu (czy do Gdańska) żeby spędzić weekend "haratając w gałę", bo wiadomo że Donald Tusk weekend rozpoczyna w czwartek po południu, a do pracy (bardzo niechętnie) przystępuje we wtorek też tak około godziny 12:00. W poniedziałek bowiem wraca z Wybrzeża, więc jest zmęczony żeby pracować- 🤭). 14 września doszło do katastrofy która całkowicie obnażyła indolencję i głupotę tego rządu. Zaczęto więc przede wszystkim od pr-owych konferencji powodziowych Tuska, a usłużne media pokazały jak biedny Donald ratuje pieska, (oczywiście nie z wody, tylko przenosi go z jednej strony ulicy na drugą - a widać po mordce tego psiaka, że sam jest zdezorientowany tym, co się tutaj właśnie odwala (😭), i że ma zabłocone buciki (te zabłocone buciki mają być dowodem na to, że Tusk czuwa 🤔). 16 września nie było już rady (kolejny weekendzik i kolejne haratanie w gałę poszło się - że tak powiem - gonić) i trzeba było ogłosić stan klęski żywiołowej.

Wylana woda doprowadziła do ogromnych zniszczeń (no to będę wydaje się że to nie była Odra, a raczej jej mniejsze dopływy - przynajmniej ja to tak widzę, być może się mylę), wiele domów zostało wprost porwanych przez wodę. Nieznana jest też dokładna liczba (oficjalne komunikaty według mnie są zaniżane) osób, którzy ponieśli śmierć czasie tej powodzi, nie mówiąc już o tym, że nie wiemy zupełnie nic o tych, którzy odnieśli rany. Tak działa bowiem państwo zwane III Rzeczpospolita (szczególnie pod rządami koalicji 13 grudnia) od PR-u do PR-u, od weekendu do weekendu i... jakoś to będzie. Przyznam się szczerze że nie chce mi się nawet tego komentować, bo nie chcę się denerwować, a musiałbym naprawdę użyć tutaj kilku soczystych zwrotów które byłyby jednak adekwatne do tego co obecnie się dzieje pod rządami tej oto żałosnej koalicji (notabene też nie chcę być tutaj krytykiem tylko jednej opcji, powiedzmy sobie bowiem szczerze, że PiS też miał na sumieniu wiele złego i mówię to całkowicie otwarcie jako wyborca tej partii). 

Inna sprawa, to oświadczenie jakie złożył na antenie Polsatu dr. Grzegorz Chocian, ekolog, prezes zarządu "Ekotron", który stwierdził że niemiecki wywiad zwracał się do niego z propozycją współpracy, aby protestował przeciwko kluczowym dla rozwoju Polski inwestycjom. I mnie przyznam się szczerze przeraża fakt, że od roku 1990 minęło praktycznie 35 lat, a my nadal nie mamy pojęcia, jak bardzo III RP została zinfiltrowana przez niemiecki wywiad BND (który odziedziczył przecież kontakty wschodnio-niemieckiej Stasi, a ta również czerpała swoich informatorów i współpracowników w Polsce, a raczej w PRL-u, i to często było za zgodą i wiedzą komunistycznego wywiadu polskiego). Jeden z niemieckich profesorów kilka lat temu stwierdził wprost, że po roku 1990 Niemcy zbudowały sobie Polskę jako kraj taniej siły roboczej. Notabene pamiętajmy że to są te same Niemcy, które realnie nadal nie są państwem suwerennym (jak odwiedzam bowiem niemieckie fora dyskusyjne i społecznościowe, to widzę to utyskiwanie Niemców na fakt, iż ich państwo nie jest w pełni suwerenne, że jest całkowicie zależne od wpływów zewnętrznych a głównie od USA). Co prawda w latach 90-tych ów amerykański gorset kontroli nad Niemcami został znacznie poluzowany (natomiast lata rządów Baracka Obamy i obecnie tego staruszka, który śpi 17 godzin na dobę, jeszcze bardziej zmniejszyło amerykańskie zaangażowanie w Niemczech) i to dało Niemcom możliwość próby ponownego odrodzenia projektowanej (tak naprawdę od I Wojny Światowej) koncepcji mitteleuropy, czyli obszaru państwa Europy Środkowo-Wschodniej, będących tak naprawdę państwami-klientami wielkiej Rzeszy (jakkolwiek by się ona obecnie nie nazywała, cel pozostaje nadal aktualny).

Od roku 1990 niemiecki wywiad (oczywiście pomijając również nadal istniejący wywiad upadłego państwa sowieckiego, później rosyjskiego, czy też inne wywiady: jak wywiad amerykański, izraelski, francuski - pisałem na ten temat pracę licencjacką - jeszcze przed magisterką) miał tutaj prawdziwe eldorado, werbując wielu przekonanych (albo też zwiedzionych) wizją nieskończonej "miłości polsko-niemieckiej" i o wspólnym domu nazywanym Europa. Oczywiście wszystko to było podparte suto przyznawanymi stypendiami, nagrodami, czy też bezpośrednio wypłacanymi wynagrodzeniami za "dobrą służbę" dla Niemiec wspólnej przeszłości polsko-niemieckiej w zjednoczonej Europie. Bo przecież Niemcy to Europa - prawda? Zresztą oni już inaczej siebie nie postrzegają jak w kontekście europejskim i to rzeczywiście ma swoje plusy, gdyż realizacja niemieckich interesów bezpośrednio napotykałaby wiele przeszkód, ale jeżeli włożymy to w piękne opakowanie europejskie i powiemy że w interesie Europy jest "to i to" (co oczywiście jest całkowicie zgodne z interesem niemieckim - a takich przykładów jest mnóstwo) to wtedy brzmi to zupełnie inaczej. I Polacy (którzy decyzją powiedzmy sobie otwarcie zdradzieckich państw zachodnich, takich jak Francja czy Wielka Brytania, a potem również USA -  zostały wtrącone po roku 1945 {pomimo przelanej krwi w czasie II Wojny Światowej, pomimo ogromnego wkładu jakie wniosło Wojsko Polskie, polski wywiad do zwycięstwa nad III Rzeszą}, zostaliśmy oddani na łaskę i nie łaskę Sowietów) wychodząc z tego komunistycznego gówna po 45 latach realnej niewoli, zostali olśnieni wizją jedności europejskiej (pod niemieckim przewodem), wiodącą kontynent a również i świat do "końca historii" 🧐. I jurgielników znalazło się wielu. 

Pamiętam ładnych kilkanaście lat temu zdaje się że na łamach "Polityki" znalazłem taki oto tekst (niestety nie pamiętam już autora, a nie chce mi się tego szukać) "Mijają wieki, mijają lata, a Polak ma za miedzą brata" - oczywiście chodziło o "brata" zza Odry (brata ze wschodu zastąpił brat z zachodu). I jakże to było piękne, takie europejskie, że aż moja "niemiecka natura" (oczywiście w cudzysłowie 🤭) była tym wręcz zafascynowana. A mówiąc całkowicie poważnie zobaczcie jaki kraj nam zbudowano po roku 89, jak bardzo przypomina to ściernisko z mchu i paproci, podlane paździerzowym sosem. Oczywiście od tego czasu wiele się zmieniło, przede wszystkim w sporej części (choć też nie takiej, jakiej bym pragnął) zmieniła się mentalność Polaków, którzy jeżdżąc po Europie przekonywali się na własne oczy że tak naprawdę w niczym nie jesteśmy gorsi od tych z Zachodu, a już na pewno w niczym nie jesteśmy gorsi od Niemców. Dziś Niemcy technologicznie to jest skansen, to jest kraj który od nas powinien się uczyć jak wdrażać wszelkie technologiczne nowinki. Tam bowiem nie ma czegoś takiego jak blik, tam zapłacić kartą w sklepie to jest osiągnięcie tam przede wszystkim wciąż króluje faks. Silni są jeszcze (jeszcze!) w przemyśle samochodowym i chemicznym, ale bez wsparcia tanich rosyjskich surowców - ich gospodarka pada. 

A przecież powiedzmy sobie szczerze -  Niemcy wciąż nie rozliczyli się ze swoich zbrodni z czasów II Wojny Światowej i to wciąż nad nimi tkwi niczym miecz Damoklesa. Ja oczywiście wiem jak silna jest w Niemczech niechęć do kwestii reparacji dla Polski (i również Grecji), widać to chociażby w komentarzach na forach dyskusyjnych, gdzie podnosi się kwestie naszych ziem zachodnich. Swoją drogą to też jest ciekawe, bo jak im się mówi że Polska utraciła cały wschód, nasze Kresy Wschodnie, gdzie to nie było tak (jak widzieli to nie tylko w Berlinie, ale również w Londynie, a nawet w Waszyngtonie i po części także w Paryżu - chociaż ci się akurat się nie odzywali bo było im to na rękę) że myśmy je zrabowali ukradli Rosji, Ukrainie czy nawet Litwie. Nie, były nasze ziemie, gdzie kulturę wykuwaliśmy ciężką pracą, a nie mieczem jak "teutońska misja cywilizacyjna na wschodzie", gdzie miasta (a również i mniejsze miasteczka) były polskie - owszem otoczone morzem Ukraińców i Białorusinów, ale jednak polskie. Dopuszczaliśmy do naszej społeczności wszystkich którzy tego pragnęli, nie czyniąc dla nikogo przeszkody pod względem rasy, wyznawanej religii czy krwi - polskość bowiem to była jedność cywilizacyjna, a nie rasowa (wielokrotnie w tej kwestii powoływałem się również na własne doświadczenia rodzinne, więc już tego nie będę robił). I pod tym właśnie względem te ziemie były polskie. Chociaż - i to też musimy podkreślić niezwykle mocno - to co dzisiaj nazywamy Kresami Wschodnimi czyli utracone miasta takie jak Lwów, Grodno, Wilno, Baranowicze - to nie były realnie żadne Kresy, to było centrum państwa. My o tym dzisiaj zapominamy, ale kresami Rzeczypospolitej były: Smoleńsk, Mścisław, Czernichów, Połtawa, ale już nawet nie Witebsk, nie Mińsk i nie Kijów.

Polacy kiedyś zostali określeni jako tzw. "Hobbici Europy", którzy przede wszystkim od walki i wszelkich niebezpieczeństw wolą spokojne życie i ciepło domowego ogniska. To prawda, ale jeśli ja miałbym nas przyporządkować do jakiejś grupy ludów Śródziemia, to raczej do Roharimów z Rohanu. Zawsze walczyliśmy za innych, pomagając im i niosąc wolność, natomiast często spotykaliśmy się potem ze wzgardą, zdradą i poniżeniem. 




ODSIECZ WIEDNIA 1683 r.



SZARŻA W WĄWOZIE SAMOSIERRA (KTÓRY DLA FRANCUZÓW MIAŁ BYĆ NIE DO ZDOBYCIA) TRWAŁA 8 MINUT - 1808 r.



SZARŻA POD ROKITNĄ 1915 r.



Gdy w lipcu 2018 r. w środkowej Szwecji wybuchła fala pożarów, Polska natychmiast wysłała tam 140 strażaków wraz ze sprzętem, którzy wybitnie przysłużyli się do ugaszenia tamtejszych pożarów. Gdy w lipcu 2021 r. w Nadrenii Północnej-Westfalii doszło do powodzi, Polska wysłała 70 wozów strażackich na ratunek Niemcom. Kiedy nas spotkała taka tragedia, jakoś nikt się nie pali do tego żeby nam pomagać. O przepraszam, Tusk ponoć ma ściągnąć Bundeswehrę (😆🤭) i potem przyznam się szczerze nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Mamy prawie 300 000 strażaków ochotników, którzy posiadają ponad 12 tysięcy wozów do gaszenia pożarów (przy czym należy podkreślić że nasz sprzęt jest najlepszy w całym naszym regionie łącznie z Niemcami, gdy bowiem nasi strażacy pojechali do Szwecji, to tamci łapali się za głowy widząc nasze auta gaśnicze), poza tym są Wojska Obrony Terytorialnej czy w ogóle Wojsko Polskie, a Tusk ściąga tutaj Bundeswehrę, po co? Na miejscu, na zalanych terenach Polski pracuje jedynie 700 strażaków - 700, a cała reszta ma ponoć zakaz aby tutaj przybywać, bo władze nie chcą żeby pokazali się oni na "pisowskim sprzęcie" (to znaczy na autach zakupionych w czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości), bo to by źle wyglądało pijarowo dla koalicji 13 grudnia. Jeżeli to jest prawda (w co trudno nie uwierzyć, bo oni przyzwyczaili nas do jeszcze większych debilizmów), to według mnie to jest jawna zdrada i tutaj już nie ma zmiłuj się. Jeżeli premier naszego kraju ściąga do nas obce boisko bez zgody parlamentu, to jak to nazwać. Mają nam pomagać, bundeswehra czym i po co, skoro mamy ku temu własne siły i środki? Ja nie mówię tutaj o tym żeby Niemcy nie przysłali do nas swoich straży pożarnych, czy Szwedzi, czy też inni nasi sąsiedzi, ale po co ściągać Bundeswehrę - żeby nas przyzwyczajać? A jeśli tak, to do czego?

I tutaj znów wracamy do kwestii niemieckich wpływów w Polsce. To, że na zalanych terenach nie powstały zbiorniki retencyjne w odpowiedniej ilości, to jest właśnie robota ekologów, którzy w ogromnej większości (oczywiście nie mam ku temu szczegółowej wiedzy, więc też nie będę się wymądrzał), zapewne idą na sznurku prowadzonym przez BND. Pani Zielińska była dumne, że spotykały się ze swoją odpowiedniczką z Niemiec, a panią Zielińską znamy doskonale z jej różnych bardzo mądrych wypowiedzi:


CO SIĘ ZROBIŁO W GŁOWIE TEJ KOBIETY? MIRAŻ Z MCHU I PAPROCI!? NAJTAŃSZY TRANSPORT JAKI MOŻNA SOBIE W OGÓLE WYMYŚLIĆ - CZYLI TRANSPORT WODNY ONA UWAŻA ZA NIEOPŁACALNY (😂). PYTANIE BRZMI CZY ONA TAK SAMA Z SIEBIE CZY TEŻ POD "INSPIRACJĄ"



POSŁANKI KOALICJI 13 GRUDNIA UCZĄ SIĘ O OCHRONIE ŚRODOWISKA Z GRY DLA DZIECI (PANI ZIELIŃSKA PIERWSZA Z LEWEJ, W ŻÓŁTEJ SUKIENCE PANI JACHIRA)



Podsumowując, najważniejszą kwestią jest teraz (już po pokonaniu owej powodzi, podliczeniu ofiar i strat, uporządkowaniu tamtych miejsc oraz przyznaniu poszkodowanym pomocy finansowej - bo to jest podstawa w tych warunkach, a przede wszystkim zapewnienia nowych mieszkań i to o lepszym standardzie niż mieli do tej pory. Natomiast posłanki koalicji 13 grudnia szczególnie pani Henning-Kloska twierdzi że najlepszy jest niskoprocentowany kredycik w wysokości 2,5%, niech więc powodzianie biorą kredyty, bowiem za "naszych" rządów - liberałów z Wybrzeża, nigdy niczego nie było, nie było "pinindzy", nie było inwestycji a przede wszystkim nie było rozwoju Polski) powołanie i wyjaśnienie komisji do spraw zbadania wpływów niemieckich w Polsce od roku 1990 i ukrócenia tego procederu raz na zawsze, bez względu na to jak bardzo bolesny dla niektórych będzie. Ja mam bowiem już serdecznie dosyć życia w takim popapranym kraju, w którym jurgielnicy mówią nam jak mamy żyć, jak ku...a nie miłość do Moskwy, to teraz do Berlina i Brukseli, ale jakoś nie widać w nich miłości do własnej Ojczyzny. Może więc już czas na zmiany i to zmiany gruntowne, a widzę ku temu potencjał wśród zwolenników budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, który jest tak naprawdę wspierany przez zwolenników różnych partii i na tym właśnie na tym należy budować nasze polskie deep state - deep state rozwoju i potęgi Polski. Trzeba bowiem odtworzyć dawną Rzeczpospolitą, jeśli nawet nie tę Pierwszą, to przynajmniej tę Drugą.