Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O MNIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą O MNIE. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 kwietnia 2025

KAROL NAWROCKI - FORMAT PREZYDENCKI!

I GRZEGORZ BRAUN W OLEŚNICY





Dziś krótko, bo pragnę tylko napomknąć że po ostatnim wywiadzie dr. Karola Nawrockiego w Kanale Zero u Krzysztofa Stanowskiego, jestem już w stu procentach przekonany że wystawienie tego człowieka w wyborach prezydenckich było prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Zresztą ja sam uważałem że realnie Prawo i Sprawiedliwość nie ma większego wyboru. Owszem Przemysław Czarnek jest człowiekiem niezwykle elokwentnym i jak dla mnie to właśnie on powinien zostać nowym prezesem partii po Jarosławie Kaczyńskim, ale posiada on również ogromny elektorat negatywny, a to oznaczałoby że w drugiej turze wyborów... po prostu by przepadł. Nawrocki był dla mnie jedynym możliwym wyborem (choć oczywiście brałem pod uwagę jeszcze dwie inne), ale ten był bez wątpienia najlepszą opcją ze wszystkich możliwych. 

I rzeczywiście po niedawnym jego wywiadzie u Stanowskiego dochodzę do wniosku, że na 95% to jest przyszły prezydent Rzeczypospolitej Polski i oby jak najszybciej to się stało, bo czeka nas jeszcze doprowadzenie do upadku tego żałosnego rządu (mam nadzieję że do końca tego roku się to stanie, bo wierzcie mi albo nie, ale ja dopiero teraz realnie odczuwam czym jest życie w Generalnej Guberni. Dopiero teraz jestem w stanie uzmysłowić sobie jak żyli Polacy pod niemiecką okupacją... i niekoniecznie tą hitlerowską. Trzeba bowiem pamiętać że Generalną Gubernię utworzyli Niemcy już w 1915 r. w czasie I Wojny Światowej). Z jednej strony ów wywiad był dosyć komiczny, bo przecież Stanowski też jest oficjalnie kandydatem na prezydenta Polski. Tylko wiadomo że ta jego kandydatura jest tylko parodią, groteską wyborów, tym bardziej że on sam podkreśla aby głosować na każdego, byle nie na niego. 😂

Ja też muszę się przyznać, że podobnie jak Nawrocki jestem w dużej mierze indywidualistą - idę własną drogą, nie oglądając się zbytnio na tzw: autorytety, aczkolwiek są one dla mnie również w pewien sposób istotne, jako kierunkowskazy moich wyborów. Dlatego też podobało mi się bardzo to, jak Nawrocki wymieniał największych Polaków, gdyż ja uczyniłbym dokładnie tak samo. Za największego Polaka uznałbym oczywiście Marszałka Józefa Piłsudskiego, który przegrałby tę konfrontację tylko z papieżem Janem Pawłem II - ten bowiem był według mnie bezkonkurencyjny. Oczywiście sam wywiad w Kanale Zero trwał ponad 3 godziny i padło tam również wiele innych, ciekawych opinii pana Nawrockiego. Nie będę ich jednak wymieniał bo to nie ma najmniejszego sensu, można zobaczyć samemu, na własne oczy i wyrobić sobie zdanie o tym kandydacie. Dla mnie facet bije na łeb na szyję "bążura", "pogromcę rekinów", "ogóra", "pana Prince Polo", "Czajkowskiego" i wszystkie inne twarze tęczowego Rafała (krakowskie czy pokolenia" 🤭)

Nawrocki więc według mnie jest nie tyle wyborem mniejszego zła ale wyborem dobra które myślę wreszcie może się pojawić, bo co do Andrzeja Dudy to przyznać się muszę jestem rozczarowany tą prezydenturą i nie chciałbym aby to się ponownie powtórzyło. Widać jednak że Nawrocki to nie jest Duda, to jest człowiek z innej gliny, człowiek który musiał sam walczyć o wszystko, do czego doszedł (podobnie jak i ja - choć oczywiście wiele w życiu zyskałem niekoniecznie własną pracą 😉). Jednak w pierwszej turze tych wyborów zamierzam zagłosować na pana Marka Jakubiaka, a dopiero w drugiej  głos swój oddam na Nawrockiego.








I WYBRANE NAJLEPSZE WYPOWIEDZI




A TUTAJ PRZYKŁAD TOTALNEGO BRAKU JAKICHKOLWIEK POGLĄDÓW TĘCZOWEGO RAFAŁKA. 
NORMALNIE CZŁOWIEK-GUMA 🥴





Do ciekawego wydarzenia doszło też w Oleśnicy w tamtejszym szpitalu położniczym, gdy poseł do Parlamentu Europejskiego - Grzegorz Braun wraz z posłem na Sejm Rzeczpospolitej Romanem Fritzem i kilkoma innymi współpracownikami dokonali obywatelskiego zatrzymania lekarki (która tak naprawdę nigdy nie powinna pełnić tej funkcji) Gizeli Jagielskiego. Ta pani przeprowadziła aborcję na 9 miesięcznym dziecku (37 tydzień), szykując mu prosto w serce chlorek potasu. Ja osobiście nigdy nie nazwałbym się fanatykiem antyaborcyjne (bo uważam że takowi robią "kręcią robotę" opcji patriotycznej), zdaję też sobie sprawę że w pewnych okolicznościach aborcja jest konieczna, szczególnie gdy zagrożone jest życie matki - to tutaj nie ma dwóch zdań. Ale jeżeli mamy doczynienia z dzieckiem w dziewiątym miesiącu ciąży, dzieckiem które miało szansę przeżyć (zdaje się szpital w Łodzi oferował pełną opiekę zarówno nad dzieckiem jak i matką), to jednak stało się inaczej i pod wpływem działaczek proaborcyjnych matka owego dziecięcia postanowiła je po prostu zabić. Uczyniła to właśnie dr. Gizela Jagielska, która jawnie wspiera ruchy proaborcyjne (nawet na swoim służbowym ubraniu miała nazwę proaborcyjnej organizacji), a poza tym zarówno z tego co publikuje w necie, jak i z jej wypowiedzi, można wywnioskować że ta kobieta wyjątkowo "lubi" swoją pracę i sprawia jej to dziką przyjemność, tak, jakby traktowała każde kolejne zabite dziecko jak swoiste trofeum. Na to nie ma zgody, bo mój sprzeciw wobec fanatyków antyaborcyjnych nie oznacza przyzwolenia na działalność fanatyków aborcyjnych. Zawsze trzeba znaleźć równowagę i każda sprawa jest inna. Ja oczywiście rozumiem że ktoś może nie chcieć wychowywać chorego dziecka (mnie to w żaden sposób by nie przeszkadzało, ja z moją partnerką nie mamy dzieci i dla mnie każde dziecko narodzone - zdrowe czy chore - byłoby prawdziwym skarbem), ale jeśli naprawdę kobieta uzna że nie jest w stanie wychować tego dziecka, to przecież może go oddać do okna życia do sierocińca nawet, gdyż każda taka aborcja będzie bez wątpienia tkwić tej kobiecie aż do śmierci (wiem co mówię, moja mama (i tata) po narodzinach mnie i mojej siostry przeprowadziła co najmniej dwie aborcje, dwóch chłopców - mielibyśmy dwóch braci. Nigdy mi tego nie powiedziała, dopiero na krótko przed śmiercią powiedziała to siostrze, chociaż w pewien sposób chyba się tego domyślaliśmy. Ale to było bardzo bolesne doświadczenie i tkwiło to głęboko w zakamarkach matczynej duszy).

Inna sprawa związana z panią Gizelą Jagielską jest taka, że widać że babka jest kuta na cztery kopyta. Celowo wrzuciła do sieci informację że jest Żydówką, tak, jakby chciała (nie wiem) sprowokować jakieś antysemickie wpisy internautów? Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz w tym wszystkim, a mianowicie to, że ci ludzie jakoś dziwnym trafem definiują się przede wszystkim jako nie-Polacy, a dopiero w drugiej czy też dalszej fazie jako obywatele polscy. No cóż "pełniących obowiązki Polaków" przybywało u nas od połowy lat 40, a ostatnio profesor Andrzej Nowak zrobił badania, z których wyszło że realnie 14% naszego społeczeństwa..
 nienawidzi Polski. Nie to, że nie lubi, że coś im nie wyszło i mają jakieś negatywne odniesienia co do Polski na emigracji, nie! Po prostu to są ludzie, którzy realnie - czy to genetycznie czy też ideologicznie - nienawidzą naszego państwa i narodu. I tak sobie pomyślałem: przecież ja też mam niemieckie korzenie, a część mojej rodziny (choć w większości już nie utrzymujemy zbytnich kontaktów) mieszka w Niemczech i jest Niemcami, to jednak nigdy, nawet w najśmielszych snach nie przyszłoby mi do głowy uważać się za Polaka niemieckiego pochodzenia, albo Niemca z obywatelstwem polskim. Powiem wprost (choć może zabrzmi to patetycznie, ale ja tak czuję) uważam że urodziłem się Polakiem i jest to ogromne wyróżnienie na które muszę zasłużyć swoją pracą i działalnością dla Ojczyzny, umiłowanej mojej Polski - to tyle!



A TO FILMIK Z OBYWATELSKIEGO ZATRZYMANIA GIZELI JAGIELSKIEJ PRZEZ EUROPOSŁA GRZEGORZA BRAUNA 




Notabene Grzegorz Braun o nie jest moja bajka, nie zgadzam się z nim kilku ważnych dla mnie w punktach, ale szanuję go właśnie za konsekwencje w działaniu, za silny moralny kręgosłup i za to, że nie zmienia poglądów (jak choćby wtedy gdy zgasił gaśnicą świece hanukowe zapalone w polskim Sejmie), w przeciwieństwie do tęczowego Rafałka, który poglądy zmienia praktycznie co drugi dzień







NA ZAKOŃCZENIE ZAŚ, WSZYSTKIM TYM KTÓRZY POCZULI SIĘ ZNIESMACZENI MOIM WYZNANIEM, MÓWIĘ PO PROSTU 

PRZEBACZCIE!!! 🤭




niedziela, 23 lutego 2025

ZAPRZAŃSTWO JAKICH MAŁO! - Cz. XIX

CZYLI HISTORYCZNA REFLEKSJA JAKO 
MEMENTO DLA WSPÓŁCZESNOŚCI





POWSTANIE i WOJNA 
Cz. XIX


WJAZD ORSZAKU KRÓLOWEJ LUDWIKI MARII DO GDAŃSKA 
(1646)



 Zimową porą (w ostatnich miesiącach 1651 r.) król Jan II Kazimierz i królowa Ludwika Maria opuścili Warszawę i udali się na zimowy odpoczynek nad morze. Królowa była już w widocznej ciąży i podróż do Gdańska miała służyć przede wszystkim narodzinom zdrowego dziecka (najlepiej przyszłego następcy tronu, bo choć o wyborze króla decydowała szlachta, to jednak najczęściej wybierała ona spośród członków już panującego rodu - tak było w czasach Jagiellonów i tak też było w czasach Wazów, z której to dynastii wywodził się Jan Kazimierz, co oczywiście nie oznaczało, że innych kandydatów nie brano pod uwagę). Była to dosyć szczególna podróż, zważywszy że król wraz z dworem płynął barką w dół Wisły, natomiast królowa była niesiona w lektyce wzdłuż brzegu (sama wybrała taki właśnie sposób podróżowania, jako że obawiała się, iż na rzece może jej się zrobić niedobrze, albo w inny sposób może zagrozić nienarodzonemu dziecku, dlatego też wolała bezpiecznie siedzieć w lektyce, którą nieśli jej słudzy). Pierwszy dłuższy (czyli kilkudniowy) postój, miał miejsce dopiero w Malborku. W tym dawnym krzyżackim zamku (notabene największym średniowiecznym zamku w Europie) który teraz był siedzibą wojewody malborskiego, król i królowa przebywali w oddzielnych komnatach na Zamku Wysokim. Król bowiem niepokoił się o żonę i o dziecko, które nosiła w łonie i chciał mieć do niej blisko (na wypadek gdyby na przykład zaczął się poród, chociaż był to szósty, a może dopiero siódmy miesiąc). Miłe chwile spędzone nad Nogatem, zaburzyło jednak coś, czego Jan Kazimierz się nie spodziewał, a co szybko trafiło do uszu królowej. Mianowicie nie uszło uwadze ludzi z otoczenia królowej, że król łakomym okiem spogląda na pewną pannę, która była żoną jednego ze stronników królowej,  podkanclerzego Hieronima Radziejowskiego - Elżbiecie że Słuszków. Co prawda Jan Kazimierz dbał o zachowanie pozorów, ale nie uległo oczom stronników królowej jego nazbyt figlarne zachowanie w stosunku do Elżbiety. Jego uśmiechy i swoiste flirty.

Królowa bardzo się tym przejęła, ba, można nawet powiedzieć że się zdenerwowała (co zapewne będzie później miało jakiś wpływ na dziecko). Należy jednak powiedzieć że to właśnie ona wyswatała Radziejowskiego z Elżbietą ze Słuszków. Dziewczyna pochodziła z majętnej szlacheckiej rodziny, jej posag był dość duży, a przede wszystkim była bardzo ładna, dlatego też stała się swoistą nagrodą dla Radziejowskiego za wierność oddaną królowej na sejmach i w tzw. intrygach dworskich). Zresztą to również Ludwika Maria nadała (a raczej przekonała swego małżonka, aby ten nadał Radziejowskiemu funkcję podkanclerzego). Otoczeniu stronników królowej, Radziejowski szczególnie się wybijał, ale też szczególnie był nagradzany. Otrzymał w podarku także niezwykle dochodowe starostwo łomżyńskie. Radziejowski jednak był mężczyzną, który - mówiąc oględnie - nie należał do aniołków. Elżbieta już była jego trzecią żoną, wszystkie poprzednie zmarły nie bez jego winy. Oczywiście nie oznacza to że jest zamordował, albo otruł, raczej chodzi mi tutaj o jego charakter, a mianowicie potrafił doprowadzać te kobiety do psychicznego i fizycznego bólu. Szczególnie to drugie, gdyż miał ewidentnie ciężką rękę i wszystkie jego żony były przez niego bite. Urodził się Hieronim Radziejowski w roku 1612 w rodzinie wojewody łęczyckiego Stanisława Radziejowskiego i Katarzyny Sobieskiej (ciotki przyszłego króla Jana III Sobieskiego, który w 1683 r. ocalił Wiedeń i całe chrześcijaństwo od turecko-islamskiej niewoli). Jego ojciec (szanowany i zacny obywatel) wysłał syna na zagraniczne studia, ale już w 1629 r jako zaledwie 17-letni podrostek, Radziejowski służył u hetmana Stanisława Koniecpolskiego i wziął udział w bitwie pod Trzcianą ze szwedzkimi wojskami dowodzonymi osobiście przez króla Gustawa II Adolfa (który potem w wojnie trzydziestoletniej w Niemczech będzie siał przerażenie w wojskach Ligii Katolickiej, kierowanej przez austriackich Habsburgów). Pod Trzcianą, gdzie wojska polskie rozbiły Szwedów, Radziejowski zdobywał pierwsze wojenne szlify.




Ale nie trwało to długo, bo już po śmierci króla Zygmunta III Wazy i wyborze jego syna Władysława IV (listopad 1632 r.), znalazł się wśród królewskich dworaków, a od roku 1633 po raz pierwszy został wybrany posłem na Sejm. Miał poparcie i patronat króla Władysława i dzięki temu robił szybką karierę w polityce, a co za tym idzie zdobywał również liczne nadania ziemskie. W 1635 r. poślubił swoją pierwszą żonę - Katarzynę z rodu Ostrorogów, po swym pierwszym mężu noszącą nazwisko Woyna. Była ona dziedziczką ogromnego majątku - Kryłowa nad Bugiem, nad którym górował zamek, otoczony dwoma pierścieniami umocnień (pierwszy stanowiła woda i rozległe bagniste łąki, drugi zaś wały i przekop). Dzięki temu małżeństwu Hieronim Radziejowski stał się bardzo bogatym człowiekiem. Ale właśnie wówczas, podczas tego małżeństwa uwidocznił się jego okrutny charakter, a mianowicie bił swoją żonę tak, że ta często całymi dniami nie opuszczała swoich komnat, wstydząc się pokazać nawet służbie. Nie to jednak było najgorsze. Potrafił bowiem również doprowadzić swoją żonę do psychicznych tortur, przekonując ją że jest szpetna i że nie zasługuje na to, aby być jego żoną. Istnieje podejrzenie (bo oczywiście nie ma na to żadnych dowodów) że owa kobieta straciła przez to rozum i zmarła w roku 1640 r., zostawiwszy oczywiście mężowi ogromny majątek. 1642 r Radziejowski poślubił księżną Euforozynę Wiśniowiecką, czym skoligacił się z możnym książęcym rodem ruskim - Wiśniowieckich, którego jednym z przedstawicieli był kniaź Jarema (o którym pisałem w poprzednich częściach). Przeniósł się z Kryłowa do majątku żony (równie obszernego jak ten wcześniejszy) i oficjalnie wiedli oni sielankowe życie, często byli odwiedzani przez rodzinę księżnej Eufrozyny, a także przez samego króla Władysława IV i jego pierwszą małżonkę Cecylię Renatę (organizowano wówczas wspaniałe bale, a Hieronim i Eufrozyna pokazywali wszystkim jak bardzo się miłują i jak są zgodnym małżeństwem). Prawda jednak była okrutna. Eufrozyna (podobnie jak wcześniej Katarzyna) była regularnie bita przez męża. Praktycznie była ubezwłasnowolniona, nie wolno jej było niczego uczynić bez jego zgody, a jeśli coś mu się nie spodobało... 🤕 Eufrozyna Wiśniowiecka (po pierwszym mężu - Tarnowska) zmarła podczas porodu w grudniu 1645 r. w wieku zaledwie 41 lat, rodząc syna, który otrzymał imiona Michał Stefan Radziejowski (od 1687 r. prymas Polski).

Po śmierci królowej Cecylii Renaty w marcu 1644 r., a szczególnie po ślubie Władysława IV z Ludwiką Marią w marcu 1646 r. kariera Hieronima Radziejowskiego jeszcze przyśpieszyła. Stał się jednym z najbliższych stronników królowej (u Cecylii Renaty pełnił funkcję krajczego i z tą samą funkcją pozostał u Ludwiki Marii). Był marszałkiem sejmu roku 1645. Wtajemniczony w królewskie plany wojny z Turcją (Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim) udał się wiosną 1646 r. na Sicz, aby przekonać starszyznę kozacką do wojny i wybadać nastroje Kozaków. Z misji tej wywiązał się doskonale, król był z niego bardzo zadowolony (choć nie udało mu się przeforsować na sejmie swoich planów wobec silnego oporu szlachty). Dalej Radziejowski robił karierę, przemawiając na sejmach, spierając się tam z innowiercami, dbając o przywileje Kościoła (i o interesy królowej). Prywatnie zaś w roku 1647 wszedł w konflikt prawny z wojewodą krakowskim Stanisławem Lubomirskim i jego przyjaciółmi o solne zupy wielickie (a w tamtym czasie m.in. sól i zboże generowały ogromne dochody), których administratorem został za zgodą króla. Do poważnych rozruchów doszło w październiku i listopadzie 1647 r. gdy Lubomirski najechał Wieliczkę i groził otwarcie Radziejowskiemu, że "posieka go na kawałki" (dwa listy Lubomirskiego do podkanclerzego Leszczyńskiego) jeśli ten nie zrzeknie się administrowania żupami solnymi. Radziejowski się nie wystraszył, ale doszło do sprawy sądowej (nie znamy niestety jej w wyniku, tym bardziej że w ówczesnej Rzeczpospolitej sprawy sądowe pomiędzy magnatami - czy nawet szlachcicami - toczyły się długo, a gdy już zapadał wyrok, to często był on niewykonalny, gdyż magnaci dysponowali prywatnymi pocztami wojskowymi, a sędziowie nie, więc nie miał kto ich ukarać, czy wymusić wykonanie wyroku 🤭. Szczególnie na wschodzie Rzeczpospolitej była pod tym względem prawdziwa wolna amerykanka). Jednak wraz z nowymi nominacjami i dochodowymi nadaniami, malała popularność Radziejowskiego wśród szlachty. Gdy w grudniu 1647 r. król Władysław IV postanowił obdarzyć go również podskarbiostwem koronnym i starostwem samborskim, powstała taka wrzawa wśród szlachty, że ostatecznie Władysław wycofał się z tego pomysłu. Gdy wspaniała dekada dobiegła końca (bowiem lata 1638-1648 są w dziejach Rzeczypospolitej bodajże najwspanialszym okresem pod względem ekonomicznym i politycznym. Nie toczono wówczas żadnych wojen, a szlachta się totalnie rozleniwiła, siedząc na swych dochodowych majątkach i licząc kasę z wysyłanego na Zachód  Europy zboża, oraz z zasiedlania ogromnych terenów na Wschodzie. Właśnie bowiem w tym okresie polska kolonizacja na ukraińskich stepach przybrała największe rozmiary) powoli kończyła się również błyskotliwa kariera Hieronima Radziejowskiego.




Po śmierci Władysława IV i wyborze na króla jego brata Jana II Kazimierza, Radziejowski jeszcze utrzymał się na fali. W 1648 r. został wybrany jako jeden z 27 komisarzy na dowódcę armii koronnej, która doznała tak upokarzającej klęski w bitwie z Kozakami pod Piławcami (w zasadzie nie tyle to była klęska, oni po prostu uciekli, co pokazuje jak bardzo dekada luksusu i nic nierobienia dała się we znaki). Potem we Lwowie wraz z księciem Wiśniowieckim porzucił obronę miasta i wycofał się stamtąd (pisałem o tym we wcześniejszych częściach). Potem na Sejmie musiał Radziejowski zjeść dużo "kwaśnych jabłek" tłumacząc się (oczywiście nie tylko on, również i inni którzy stamtąd uciekli) z ucieczki spod Piławiec i z haniebnego porzucenia obrony Lwowa. Był jednym z tych, któremu nie podawano ręki na znak pogardy wobec ich postępowania. Gdy w 1649 r. bronił się Zbaraż, Radziejowski ruszył z armią koronną i w bitwie (a raczej w starciach) pod Zborowem, wykazał się odwagą i męstwem (pragnąc zmazać swoje wcześniejsze przewiny). Gdy w grudniu 1649 r. zmarł marszałek Kazanowski, pozostawiając swej żonie - Elżbiecie olbrzymi majątek, Hieronim postanowił uderzyć do niej w konkury. A ponieważ była ona jedną z dwórek królowej, uzyskał w tym poparcie samej Ludwiki Marii i w maju 1650 r. odbył się ich ślub. Dzięki temu mariażowi Radziejowski stał się współwłaścicielem 6 starostw (z których tylko jedno - bielskie dawało aż 80 000 zł rocznego dochodu, co było ogromną kwotą). W tym też czasie (w nieco spóźnionym prezencie ślubnym, bo nie nastąpiło to od razu po ożenku) otrzymał Radziejowski z woli królowej podkanclerzostwo. Z tego powodu w grudniu 1650 r. urządził w swych dobrach ogromny bankiet (a wśród listów gratulacyjnych był nawet i ten od papieża - Innocentego X). Ale wkrótce po zakończeniu tego bankietu (a szczególnie pod Sokalem i Beresteczkiem), należy odnotować powolny, acz konsekwentny upadek Hieronima Radziejowskiego.




Po ślubie z trzecią żoną oczywiście jego charakter nie zmienił się i był takim samym mężem dla Elżbiety, jak wcześniej dla Katarzyny i Eufrozyny. Problem tylko polegał na tym, że Elżbieta była nieco bardziej zadziorna, ale nie na tyle, aby zbytnią brawurą pokazywać podbite oczy. Będąc w otoczeniu królowej, przyciągnęła do siebie wzrok króla Jana Kazimierza. Ale nim na dobre Ludwika Maria dowiedziała się od tym flircie (bo chyba trudno to nazwać inaczej), Elżbieta że Słuszków starała się być dobrą, kochającą żoną. W czasie kampanii roku 1651 udała się wraz z mężem do obozu pod Sokalem, ale tam właśnie ich małżeństwo realnie się zakończyło. Radziejowski codziennie publicznie wszczynał kłótnie z żoną, czym przyciągał gapiów i wyrabiał o sobie negatywne opinie. Elżbieta wielokrotnie po takich kłótniach płakała, czym budziła litość. Pod Beresteczkiem Elżbieta (podobnie jak inne kobiety uczestniczące w tej bitwie, jak choćby markietanki - czyli prostytutki które zapewniały żołnierzom przyjemność) znajdowała się w taborach. Po zwycięstwie doszło jednak do gorszących scen, gdy Radziejowski publicznie uderzył swoją małżonkę w twarz ("w twarz" 😂), co nie było akceptowane (żonę można było bić u siebie w domu, prywatnie, tak aby nikt tego nie widział i nikt nie wynosił prywatnych spraw na zewnątrz). Elżbieta natychmiast się spakowała i opuściła obóz pod Beresteczkiem, wracając do Warszawy (przy wsparciu swego brata wniosła też w Warszawie sprawę rozwodową o unieważnienie małżeństwa, sprawa ta będzie się toczyła przez kilkanaście lat i ostatecznie zakończy się rozwodem). W każdym razie, gdy królewska para udawała się nad Bałtyk, Elżbieta (będąc nadal dwórką królowej Ludwiki Marii) oficjalnie była już w trakcie rozwodu ze swym mężem Hieronimem Radziejowskim (ten, za zgodę na unieważnienie małżeństwa żądał od niej jej pałacu, który odziedziczyła po swym pierwszym mężu - marszałku Adamie Kazanowskim) i być może dlatego tak skwapliwie przyjmowała komplementy króla.


Lata 70-te 
"CZAR PRL-u"
(Choć nie było mnie jeszcze na świecie 🥴)

"To świnia jakaś zboczona, on od tyłu mnie podglądał!"

"W twarz!?"

"A w co?" 🤭



Królowa wpadła w rozpacz i w gniew, gdy dowiedziała się o flircie swego małżonka z Elżbietą. Podczas tej podróży Ludwika Maria starała się jednak zachować pozory i nie pokazywać swoich emocji (choć kazała nieustannie obserwować Elżbietę i gdy była ona w towarzystwie króla, miano o tym natychmiast donosić Ludwice Marii) to w czasie tej podróży nie dała jej do zrozumienia że jest z niej niezadowolona (stanie się to dopiero po powrocie do Warszawy). Wkrótce miała rodzić, zapewne więc nie chciała się denerwować, aby dziecko przyszło na świat zdrowe. Po opuszczeniu Malborka, para królewska kontynuowała podróż dalej do Gdańska (król płynął barką po Wiśle, królowa zaś podążała brzegiem niesiona w lektyce). Wjazd do tego portowego miasta był niezwykle uroczysty (choć nie aż tak bardzo, jak ten sprzed pięciu lat, podczas swej ostatniej wizyty w Gdańsku, orszak królowej Ludwiki Marii był tak liczny, że nawet to bogate miasto miało trudności z pomieszczeniem ich wszystkich. Istnieje też legenda, że właśnie podczas swej wizyty w Gdańsku w roku 1646 Ludwika Maria miała ofiarować jednemu z rajców miejskich swój pierścień, który następnie przechowywano w tej rodzinie przez kolejne stulecia. Ponoć 10 lutego 1920 r. gen. Józef Haller podczas uroczystości zaślubin Polski z morzem, miał wrzucić morską toń Bałtyku właśnie ten pierścień, który niegdyś ofiarowała Ludwika Maria jednemu z miejskich rajców. Oczywiście nie wiadomo na ile ta legenda jest prawdziwa, ale nawet jeżeli nie jest - to i tak jest piękna. Notabene niedawno obchodziliśmy 105 rocznicę powrotu Polski nad morze i odejmując nawet pięcioletnią niemiecką okupację, to i tak nasza obecność nad Bałtykiem ma już 100 lat i warto o tym pamiętać, bo jak uczyłem się chodząc do pierwszej klasy w Gdyni - a był to przełom roku 1988/89, uczono nas tam wówczas takiej oto pieśni: "Morze, nasze morze, będziem ciebie wiernie strzec. Mamy rozkaz cię utrzymać, albo na dnie, na dnie twoim lec". Notabene (jak wiedzą już czytelnicy tego bloga), mój pradziadek służył w Błękitnej Armii Hallera, ale nie mam pojęcia czy w lutym 1920 r. był na Pomorzu. Jedno jest tylko pewne, kiedyś w naszej rodzinie była taka czapka "hallerówka", jak byłem mały, to widziałem ją jeszcze u dziadka, a potem nie wiem już co się z nią stało, po śmierci dziadka w 1996 r. gdzieś zaginęła. W tamtym czasie jednak nie przywiązywałem do tego wielkiego znaczenia, tym bardziej że moja babcia była chora na raka, a ja, jako mały smarkacz przychodziłem do niej i spałem z nią w jednym łóżku. Nie wiem dlaczego wtedy tak robiłem, pamiętam tylko że jak pokazywała swoją pierś, to widok był okropny, wielka dziura zżarta przez raka - do dzisiaj to pamiętam). Zmarła w Sylwestra roku 1984, gdy miałem 3 lata 9 miesięcy.




Teraz mi się przypomniało (tak trochę wzięło mnie na wspominki), że moja kuzynka Anna (Ania) też się martwiła że ją kiedyś pewnie czeka to samo, jako że rak ponoć dziedziczony jest z babki na wnuczkę (nie wiem czy to prawda). Ale ona zmarła inaczej. Tak zmarła, jako młoda dziewczyna (20 lat), zmarła na chorobę, która wówczas stawała się coraz popularniejsza - oczywiście w tym negatywnym sensie (szczególnie wśród dziewczyn), a mianowicie na anoreksję. Przykro mówić o tym, przykro o tym pisać, ale dziewczyna sama się zagłodziła, bo uznała że jest za gruba (choć w ostatnim roku postępowania tej choroby wyglądała niestety bardzo źle). 3 lata się z tym zmagała i przegrała, choć jej rodzice zrobili wszystko, aby ją uratować (umieścili ją nawet w specjalnym szpitalu, w którym miano ją karmić, ale ona nawet tam potrafiła wszystkich oszukać. Dochodziło do tego, że zeskrobywała miast masło z chleba i rzucała te kulki z masła na podłogę - straszne jak o tym pomyślę). W ostatnich dniach swego życia, pragnęła tylko śmierci, mówiąc do rodziców "żeby to się już skończyło". Teraz jak sobie o tym pomyślę (choć może nie zabrzmi to zbyt dobrze), to jednak wydaje mi się, że tak właśnie miało być, że ona przyszła tutaj tylko na te parę lat życia i że była to niezwykle rozwinięta dusza. Gdy byliśmy dziećmi, mieszkaliśmy w jednym dużym domu podzielonym na dwie części. W jednym nasza rodzina (znaczy mojego taty) po drugiej stronie rodzina jego brata (czyli ojca Anny). Fajne to były czasy, beztroskie, dom był duży (mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, po środku był specjalnie dla nas przygotowany pokój zabaw, a na dole mieszkał dziadek z babcią, tuż obok garażu, dużego, przestronnego z dwoma kanałami. Pamiętam jak się tam też bawiłem. Zresztą w mojej rodzinie zawsze było umiłowanie do samochodów. Mój pradziadek - jak słyszałem - był kierowcą i woził gen. Hallera, a potem po roku 1920 założył firmę przewozową, choć początkowo była to firma dorożkowa). 

Ale wracając do przerwanego momentu o którym opowiadałem - tak właśnie uważam, że Anna przyszła na ten świat po pierwsze na krótko (może tyle właśnie potrzebowała) a może przyszła tutaj również nie tylko dla siebie, może też... dla mnie, jako że zawsze miałem jakiś taki dziwny charakter i jako dziecko byłem (m.in) zawistny. Pamiętam że wkurzało mnie, że moja siostra młodsza ode mnie o 3 lata Anna była młodsza o 2, zawsze jej ulegała, a moja siostra nie należy do osób które łatwo komukolwiek ulegają, po dziś dzień (jest niezwykle przedsiębiorczą, mądrą kobietą - wydaje się nawet że mądrzejszą ode mnie, chociaż nie chcę tego przyznawać przed samym sobą 😂). A jednak zawsze trzymała z Anią i mnie to trochę irytowało. Pamiętam też że konkurowałem z nią o względy naszego pozostałego rodzeństwa - choć dziś wydaje się to głupie. W każdym razie lubiłem mieć rację, lubiłem żeby moje było na wierzchu. Pamiętam kiedyś taką sytuację, jak się o coś założyliśmy i ja wygrałem, to chciałem wymusić na niej uległość, jako że tak się umówiliśmy i ona wtedy zadała mi pytanie: "Co byś jeszcze chciał, żebym była twoją niewolnicą", pamiętam że wtedy nic nie odpowiedziałem i zrobiło mi się głupio. Tak, ewidentnie musiała również przyjść na ten świat, żeby mnie trochę naprowadzić, żebym się nieco charakterologicznie zmienił. I to, śmierć taty i inne rzeczy których od tamtej pory doświadczyłem, w dużej mierze mnie całkowicie odmieniły. Niestety jednak nadal drzemie we mnie ten pokład umiłowania "ciemnej mocy" (że tak to nazwę), co niekiedy objawia się również na tym blogu. W każdym razie to tyle na dziś, w następnej części postaram się nie zbaczać z tematu i nie robić już prywatnych wycieczek.




CDN.

poniedziałek, 24 lipca 2023

OBIADEK...

 ...MISZCZA





 Dziś wakacyjnie i na luzie - a nawet dość prywatnie, gdyż chciałbym się pochwalić (tak, pochwalić, a co? 😎) obiadkiem, jaki dziś przygotowałem dla siebie i swojej Damy. Oczywiście temat ten jest dość niecodzienny (bo też i rzadko się chwalę 🥴), ponieważ nie często zajmuję się gotowaniem (a nawet można powiedzieć że jestem w kuchni gościem). Oczywiście lubię i umiem gotować, ale do tego muszę mieć po pierwsze nastrój, a po drugie musi to być jakaś wyjątkowa okazja, abym przejął obowiązki "kucharza domu". Dziś jednak postanowiłem wcielić się w tę rolę, ponieważ chciałem pokazać mojej Pani jak kiedyś mama przygotowywała takie klasyczne zwykłe danie obiadowe, jak kotlet schabowy, ziemniaczki (szczególnie młode) i oczywiście ogórek kiszony (ewentualnie sałatka lub surówka). Oczywiście nie mam tutaj zastrzeżeń do kuchni mojej Damy, ale natchnęła mnie wena i zapewne zrobiłbym coś bardziej ambitnego, ale ponieważ miałem ochotę właśnie na takie danie, to i na tym zakończyłem 😋. Oczywiście wyszło wyśmienicie i możecie mi wierzyć na słowo. A stół był zastawiony w taki oto sposób (z tym, że oczywiście zrobiłem obiadek tylko dla nas dwóch 😍), a i wszystkie składniki były prawie takie same (brakowało tylko wódki baczewskiego, więc musiałem użyć zamiennika 😂😜). Poza tym chciałem chyba sobie też udowodnić że nie wypadłem z kulinarnej wprawy - w końcu mężczyźni to najlepsi kucharze na świecie prawda?! 🤓




Oto moje dzieło (ponieważ nie publikuję zdjęć prywatnych w mediach społecznościowych ani na blogu, przeto posłużę się zamiennikami. Ale jak już wcześniej wspomniałem możecie mi wierzyć na słowo, że praca którą wykonałem jest dokładnie taka jak poniżej 🙄).






wtorek, 28 lutego 2023

PIĘKNOŚCI...

Z CZERWONYMI TYŁECZKAMI 




DZISIEJSZY TEMAT TYLKO DLA OSÓB POWYŻEJ 18 ROKU ŻYCIA!


Chyba idzie wiosna, bo znów nabrałem ochoty na tematy związane ze spankingiem. Moja Dama wie, że z nadejściem tej pory roku zawsze robiłem się trochę romantyczny (kwiaty, drobne upominki etc. etc.), co oczywiście nie zmienia również faktu, że właśnie z nastaniem tej pory roku nabieram szczególnej chęci ujrzenia sempiterny mojej Pani w pięknie zaróżowionych kolorach. Jak bowiem pisałem już kilkukrotnie wcześniej, uważam że spanking rozładowuje wiele napięć w związku (a nawet jeśli ich nie ma, to i tak jest fajną zabawą) i według mnie nie ma nic piękniejszego u kobiety niż widok jej czerwonego tyłka po zakończeniu takowej zabawy, dlatego też postanowiłem zaprezentować kilka poważnych zdjęć kobiet przed, w trakcie i po zakończeniu spankingu.


TYLKO DLA DOROSŁYCH!!!



W OCZEKIWANIU NA NIEUNIKNIONE 

 
 
ODPOCZYNEK 



 SPACER I PREZENTACJA


   
Uważam że klapsy są tym, czego pragnie każda kobieta nawet jeśli tego oficjalnie nie chce przyznać (lub boi się zaakceptować to przed samą sobą) i tak, uważam że każda kobieta jest w głębi duszy ulega i każda może zaakceptować fakt, iż ma w sobie bardzo silny gen uległości, tylko niektóre boją się jeszcze do tego przyznać. Są jednak i takie, które uparcie twierdzą że jest inaczej i na siłę próbują zawrócić rzekę kijem. 

Na jednym z anglojęzycznych forów wielotematycznych zapodałem temat spankingu i odezwała się wówczas pani która stwierdziła, cytuję: "Absolutnie tego nienawidzę, i nienawidzę też faktu, że wszyscy chłopcy sądzą, że wszystkie kobiety muszą być uległe. Nienawidzę klapsów, wyzwisk, mówienia co mam robić, duszenia, gryzienia itp. Z mężczyznami jest coraz gorzej, do tego stopnia, że wszyscy zachowują się w ten sposób na pewnym etapie, z tego powodu całkowicie już zrezygnowałam z internetowych randek. Jestem już zmęczona byciem poniżaną w łóżku jeśli ty tego nie lubisz to dlaczego ja miałabym to lubić?". 

Inna zaś pani, która początkowo również była bardzo sceptyczna wobec tego typu zabaw, ostatecznie uznała że jest to niezwykle emocjonujące i pobudzające związek doświadczenie i zaczęła tłumaczyć tej pierwszej dlaczego mężczyźni lubią spanking. Otóż stwierdziła: "Będę mówić szczerze o klapsach. Klapsy są niesamowicie erotyczne i seksowne. Jeśli dwie osoby mają do siebie głębokie zaufanie i dobrowolnie przynoszą się na ten poziom, takim że jestem ja albo ty żeby ich osądzać. Większość facetów uwielbia poczucie kontroli i przewagi w sypialni. Mężczyźni lubią wcielać się w rolę "tatusia" i okazywać swą dominację. Szczerze mówiąc, to jest część ich DNA. Patrzenie na nagi tyłek lub tyłek w seksownych majtkach sprawia, że mężczyźni stają się "pobudzeni". Pieszczoty i zabawa pysznym tyłeczkiem, doprowadzają ich do naturalnego, zwierzęcego instynktu klapsów. Chęć posmakowania, dotknięcia i pogłaskania "kotka" jest bardzo silna. Myśl, która opanowuje wówczas umysły mężczyzn, brzmi: ten gorący i seksowny tyłek jest mój, cały mój. Słuchanie jak ich kobieta jęczy, skomle i wije się próbując uwolnić z więzów, doprowadza ich do pasji. Oni to kochają! Potajemnie większość kobiet to uwielbia! Jestem jedną z tych kobiet, schowałam tą stronę w sobie i długo wypierałam się swych prawdziwych uczuć. W rzeczywistości polecam to! Będę tu bardzo szczera, jestem otwartą dziewczyną, niezależną i pewną swej zmysłowości i seksualności. Ale gdy mój partner chce mnie przełożyć przez kolano i dać mi klapsa, jeśli chce ściągnąć mi majtki lub je zedrzeć ze mnie, jeśli chce dać mi nauczkę i uczynić swą suką - nie mam nic przeciwko temu (oczywiście za obopólną zgodą). Oczywiście nie oznacza to że jestem słabą kobietą, ale kobietą, która chce zadowolić swego mężczyznę przy okazji dobrze się bawiąc. Ponadto, jeśli on łagodzi mój piekący od klapsów tyłek swymi ciepłymi, męskimi dłońmi i mówi, że jestem grzeczną dziewczynką i że mnie kocha, a potem zaczyna skubać i delikatnie całować moje pośladki, sprawia to, że przy jego boku dosłownie rozpływam się ze szczęścia"






















wtorek, 30 sierpnia 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LIX

ŻYCIE PO ŚMIERCI -

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 


 

III

ODWIEDZINY Z ZAŚWIATÓW

Cz. I

 
 
 

 
 
OSTATNI Z LEGENDARNEGO SZCZEPU AGHERTI
 
 
 Do najciekawszych wypadków ostatnich czasów w dziedzinie kontaktów z tamtym światem należy zaliczyć przygodę angielskiego kapitana, Brightona. A oto jego sprawozdanie:
 
Jesienią 1945 roku znajdowałem się wraz z kompanią Highlanderów w pobliżu Leh w Himalajach, w Indiach. Któregoś wieczoru, kiedy siedziałem w namiocie pisząc listy, które nazajutrz miały odejść pocztą do Anglii, wszedł do namiotu jeden z moich młodych żołnierzy. Człowiek ten jednak nie miał na sobie munduru, lecz szpitalną piżamę. Także na głowie nie miał czapki, a wchodząc nie zasalutował. Zwyczajnie zwrócił się do mnie: 
 
- Proszę, niech kapitan prześle mój zaległy żołd mojej matce w Manchesterze. Niech pan będzie uprzejmy i zanotuje jej adres. 
 
Mechanicznie zapisałem, co mi żołnierz podyktował i powiedziałem:
 
- W porządku, będzie załatwione. 
 
Żołnierz opuścił mój namiot milcząc i bez salutowania, tak jak wszedł. Będąc znów sam w namiocie uprzytomniłem sobie, że wystąpienie żołnierza było co najmniej dziwne. Jak on w ogóle śmiał wejść do namiotu dowódcy w piżamie i bez salutowania wypowiedzieć swoją prośbę? To mnie zirytowało. Kazałem więc wezwać sierżanta, aby z nim pogadać.
 
- Sierżancie - zawołałem - dlaczego pozwoliliście szeregowcowi Youngowi wejść w piżamie do mojego namiotu? Rozkazuję, aby szeregowiec Young natychmiast stawił się umundurowany.
 
- Panie kapitanie - odparł sierżant - czy pan zapomniał, że szeregowiec Young zmarł wczoraj w szpitalu w Svingar? Meldunek o tym położyłem panu dziś rano na stole. 
 
- Meldunku jeszcze nie czytałem. Dziwne mi się jednak wydaje, że Young był u mnie i prosił, aby jego zaległy żołd wysłać matce. Podał nawet jej adres.
 
- Rzeczywiście dziwne - zauważył sierżant - a ja Jego rzeczy sprzedałem wśród kolegów w drodze licytacji i byłem w kłopocie co zrobić z pieniędzmi, bo w jego papierach nie ma żadnego adresu. 
 
To zdarzenie zastanowiło kapitana Brightona. Mieszkał on w Indiach dość długo, wiedział więc, że na świecie zdarzają się rzeczy niezrozumiałe dla trzeźwych materialistów. Kapitan Brighton polecił więc wpierw sprawdzić, czy adres matki Younga jest właściwy. Okazało się, że tak. 
 
Sprawa ta jednak nadal chodziła mi po głowie - opowiadał kapitan Brighton. - Zastanawiałem się, jak to się stało, że szeregowiec Young mi się pokazał. Kiedyś usłyszałem, że w pobliżu mego posterunku mieszka młody Hindus, Swany Asmari Gopal, który od kilku lat wiódł tu życie pustelnicze. Hen, wysoko na szczytach "Dachu Świata", gdzie daje się odczuć wpływ ciał astralnych Adeptów, młody Hindus zagłębiał się w tajnikach prastarej wiedzy swego narodu. Zdobył on na tej drodze nie tylko wiedzę magiczną i okultystyczną, lecz miał ją opanowaną w niebywały wręcz sposób. Przebywał wśród tych zagadnień od dziecka. Tak więc Hindus, człowiek myślący nowocześnie, o wykształceniu uniwersyteckim, był także wybitnym medium (pośrednikiem) między naszym i tamtym światem. 
 
Któregoś dnia - ciągnie swą opowieść kapitan Brighton - wybrałem się do Hindusa i opowiedziałem o zdarzeniu z szeregowcem Youngiem. Swany Asmari Gopal wytłumaczył mi na wstępie, że było to ciało astralne zmarłego, który w trosce o swą matkę powrócił na nasz świat, aby podać mi jej adres, czego zapomniał załatwić za życia. Ponieważ bardzo zainteresowałem się życiem pośmiertnym, wdałem się w rozmowę na ten temat. W toku dyskusji wyraziłem zdanie, że co prawda wierzę w życie pozagrobowe, lecz nie mogę sobie wyobrazić, jak to życie tam wygląda. Natomiast gorąco pragnąłbym dowiedzieć się o tym czegoś bliższego. Hindus uśmiechnął się tajemniczo i powiedział: 
 
- Widzi pan, jestem jednym z ostatnich członków legendarnego niegdyś szczepu Agherti, który ma dar kontaktowania się z duchami zmarłych. Chętnie ułatwię panu możliwość rzucenia okien w zaświaty, lecz może to być dla pana niebezpieczne. Mogłoby się zdarzyć, że zechciałby pan opuścić teraz ten świat na zawsze. Kto jednak przyłoży rękę do opuszczenia swego fizycznego bytu przed czasem, jaki jest dla niego przewidziany, ten musi brakujący mu okres do zakończenia życia doczesnego spędzić w warunkach bardzo nieprzyjemnych, poniekąd w zawieszeniu, będąc już nie tu, a jeszcze nie tam. Ten świat bowiem opuścił, a do tamtego nie może być jeszcze przyjęty. 
 
Kiedy oświadczyłem Hindusowi, że uważam siebie za osobowość silną, pełną energii i przywiązania do tego świata, Swan Asmari Gopal odparł: 
 
- Niech więc pan zwróci baczną uwagę na to, co teraz nastąpi. Na jedno muszę jeszcze panu zwrócić uwagę, iż cokolwiek się stanie, niech się pan w to nie wtrąca, niech pan mnie nie dotyka i pozostawi mnie swemu losowi bez obawy o moją osobę.
 
Następnie Hindus ukrył twarz w dłoniach, a po chwili konwulsyjne drgawki zaczęły wstrząsać jego ciałem. Chciałem skoczyć mu na pomoc, lecz w ostatniej chwili przypomniało mi się jego ostrzeżenie. Nagle zaczęło mnie ogarniać dziwne uczucie duszności. Już zacząłem żałować mego pochopnego postanowienia. Chciałem powiedzieć Hindusowi, aby dał spokój i przerwał doświadczenie, bo czuję się niedobrze, lecz już nie mogłem wypowiedzieć ani słowa, chociaż usilnie się starałem. Tylko w myślach wołałem: "przerwać, przerwać". Dookoła mnie wszystko zaczęło falować, jakby ogarnął mnie wiatr. Wydawało mi się, że zbliżają się do mnie olbrzymie, mgliste meduzy. Nagle przestrzeń się rozjaśniła, błyszcząc promiennym światłem, jakiego nie widuje się nigdy na Ziemi i w życiu fizycznym. Mgliste meduzy zaczęły się powoli skupiać i nabierać ludzkich kształtów. Wreszcie jakaś ludzka postać usiadła obok Hindusa... i wówczas rozpoznałem to dziwne zjawisko. To była moja siostra Marianna, która zmarła przed czterema laty. Chciałem coś powiedzieć, zawołać ją, podać jej rękę, lecz byłem jak porażony. Nawet nie mogłem jej powitać szeptem. Milcząc, zjawa spoglądała na mnie poważnym wzrokiem. "Ja chyba oszaleję" - myślał mój mózg, jeżeli zjawa się nie odezwie.
 
- Przyszłam - oznajmiła wreszcie siostra - bo Swany Asmari Gopal mnie wezwał, abym tobie, braciszku, przyniosła wiadomości z tamtego świata. A więc wiedz, że przebywam w krainie, gdzie żyją ci, którzy zmarli na twoim świecie. Wszystkie dusze naszych tak zwanych zmarłych mają postacie podobne do ziemskich. Każdego, kto opuszcza swe ciało fizyczne, aby przyjść do nas, przyjmuje kilku z nas, którzy byli mu bliscy. Lecz taki nowy przybysz nie od razu dostaje się do najwyższej sfery nowego świata. Musi on przeżyć okres wyczekiwania i oczyszczenia. W tym czasie może on co prawda świadomie przebywać tu, lecz nie może jeszcze brać udziału w naszym tutejszym życiu. Nasz świat nie jest jakąś pustą przestrzenią. Także i tu istnieje materia, którą jednak możemy przenikać, tak samo, jak to możemy czynić, gdy chodzi o wasze materialne budowle oraz wszystko, co jest utworzone z materii fizycznej. Można powiedzieć, że dla nas nie ma przeszkód. Najgłębsze podziemia i najgrubsze ściany betonowe przenikamy z łatwością. Wszędzie możemy sięgnąć i dotrzeć lub przejść przez wszystkie przedmioty. Możemy posługiwać się energią, o której istnieniu ludzka myśl nie ma wyobrażenia. Nim ciebie teraz opuszczę, chciałabym ci coś powiedzieć. Tobie, który na Ziemi byłeś moim bratem. W Londynie przygotowuje się dusza pewnej starej kobiety do pożegnania się z waszym światem. Pójdę teraz do niej, aby być przy niej. Ta kobieta jest twoją matką.
 
- Nie - chciałem krzyknąć - nie, to nieprawda. Powiedz, że to nieprawda.
 
Lecz ja wiedziałem, że to prawda, choć w ostatnim liście matka pisała mi, że jest zdrowa. W tym momencie żałowałem, że Hindus Swany Asmari Gopal pozwolił mi uchylić zasłony i spojrzeć na tamten świat. Ogarnęła mnie żałość i ból. Siostra moja zdawała się rozumieć mój stan psychiczny, bo dodała: 
 
- Nie martw się o tych, którzy muszą was opuścić, przechodzą oni do cudownego świata. 
 
Po chwili moja siostra zaczęła znikać i niebawem jej nie było. Siedziałem bez ruchu, kiedy Swany Asmari Gopal podszedł do mnie i położył mi rękę na czole. Ogarnęło mnie uczucie spokoju, myśli moje stały się swobodniejsze, a uczucia bardziej opanowane.
 
- Bądź silny, będziesz potrzebował dużo energii - powiedział Hindus, mówiąc mi ty, co w zwykłych okolicznościach byłoby niedopuszczalne. - Wiem, że w tej godzinie twoja matka żegna się z tym światem, lecz pomyśl, ona umiera, żeby dalej żyć. Pomyśl, że jej śmierć fizyczna daje życie jej duszy. Są to urodziny jej właściwego, nieśmiertelnego Ja, jako że prawdziwa śmierć w ogóle nie istnieje. 
 
Kapitan Brighton powrócił do swej kompanii przygnębiony. Z niepokojem oczekiwał wiadomości o śmierci matki. Nazajutrz otrzymał od ojca telegram, że matka zmarła. Zdarzyło się to dokładnie w tym czasie, kiedy za pośrednictwem Hindusa siostra powiedziała mu o bliskiej śmierci matki.
 
 
 
 
 

DUCH AUGUSTA MOCNEGO - KRÓLA POLSKI
 
 
 
 
"CAŁE MOJE ŻYCIE BYŁO JEDNYM NIEPRZERWANYM GRZECHEM, 
BOŻE ZLITUJ SIĘ NADE MNĄ"
 
Ostatnie słowa, jakie tuż przed swą śmiercią (1 lutego 1733 r.) wypowiedzieć miał 
król Polski i książę Saksonii - (Fryderyk) August II Mocny
 
 
 Relację tę zaczerpnąłem z pamiętnika Wilhelminy, siostry Fryderyka II, króla pruskiego (1709-1758). Ojciec Wilhelminy, król pruski Fryderyk Wilhelm I był w owym czasie bardzo poruszony zgonem króla polskiego Augusta Mocnego, znanego nam bliżej z książki Józefa Ignacego Kraszewskiego: "Hrabina Cosel". August II Mocny zmarł w Warszawie dnia 1 lutego 1733 roku, bezpośrednio po przybyciu do stolicy Polski (przyjechał z Drezna do Warszawy 16 stycznia). Grumbkow, pierwszy minister króla pruskiego, widział się z Augustem Mocnym jeszcze na kilka dni przed jego śmiercią (spotkali się w Krośnie w dniach 10-11 stycznia). Król lubił Grumbkowa, nawet w pewnym sensie się z nim przyjaźnił. Kiedy więc serdecznie się żegnali, król miał jakoby powiedzieć:
 
- Już pana nigdy nie zobaczę, mój drogi... 
 
W dniu pierwszego lutego Grumbkow powiedział do Wilhelminy:
 
- W nocy zmarł nasz król. Widziałem go. Był u mnie nad ranem. Stanął nad moim łóżkiem i wpatrywał się we mnie długo. 
 
I rzeczywiście, o tej porze - jak się później okazało - gdy Grumbkow ujrzał Augusta II Mocnego w swoim pokoju, ten w Warszawie zmarł. Bardziej szczegółowo opisuje to zdarzenie znany niemiecki pisarz Jung Stilling. Według niego Grumbkow urządził przyjęcie dla Augusta Mocnego. Przy tej okazji zdrowo sobie popili (August Mocny lubił imprezy zakrapiane mnóstwem alkoholu i nawet organizował zawody kto więcej wypije. Tak było chociażby podczas spotkania z carem Rosji - Piotrem I w Rawie Ruskiej w dniach 20-23 sierpnia 1698 r. Obaj szli równo, pijąc na zmianę wino i wódkę szklankami, ostatecznie jednak - dosłownie o włos, tę niezwykłą konkurencję zwyciężył car, ale stracił przytomność wkrótce po tym, jak i Augustowi "urwał się film"). Grumbkow wracając w ciemnościach nocnych do siebie przez podwórze nadział się na dyszel od wozu i złamał sobie dwa żebra. Nazajutrz chcąc koniecznie pożegnać się z królem, kazał zanieść się w lektyce na dziedziniec. Król był już na nogach. W rozchełstanej koszuli i krótkiej polskiej baraniej kurtce pożegnał się z ministrem. 
 
Pierwszego lutego około godziny trzeciej nad ranem Grumbkow zobaczył króla stojącego nad jego łóżkiem. August II Mocny pochylił się do niego i powiedział: 
 
- Mon cher Grumbkow, je viens de mourir ce moment a Varsovie ("Mój Drogi Grumbkow, w tej chwili zmarłem w Warszawie"). 
 
Król był ubrany tak samo jak wówczas, kiedy się żegnali. Ponieważ minister wyraźnie widział króla wchodzącego do pokoju, zadzwonił na lokaja, śpiącego w przedpokoju.
 
- Czy widziałeś może tego, który przed chwilą wszedł do mojej sypialni? - spytał. 
 
Lecz lokaj nie widział nikogo. Grumbkow natychmiast napisał dokładny raport o całym zajściu do swego przyjaciela, feldmarszałka hrabiego Sachendorfa, który z kolei opis tego widzenia przesłał królowi pruskiemu.
 
- Chyba staremu Grumbkowowi od tych połamanych żeber całkiem pomieszało się w głowie - mruknął Fryderyk Wilhelm. 
 
Lecz mniej więcej po czterdziestu godzinach nadjechała konna sztafeta, która na granicy zluzowała sztafetę polskich ułanów i przywiozła wiadomość o śmierci Augusta II Mocnego.
 
Tego rodzaju wypadki nie należą do rzadkości. Na tamtym świecie nie istnieją ani przestrzeń, ani czas. Umierający król miał w sobie jeszcze w rezerwie tyle energii życiowej, że wystarczyła mu ona do wysłania swego ciała astralnego do przyjaciela. Na taki jednorazowy występ Grumbkow nie musiał mieć właściwości medialnych, które by mu pozwalały odstępować komuś energię witalną. Czasami konającemu lub właśnie zmarłemu starczy sił tylko na ciśnięcie dzwonka u drzwi wejściowych. Wtedy zdarza się, że ktoś z rodziny otwiera drzwi i... za nimi nie ma nikogo. Zdarzenia takie wielokrotnie notowano podczas pierwszej i drugiej wojny światowej. Takie "pożegnalne" wizyty czyjegoś ciała astralnego mogą się objawiać różnie. Na przykład: obraz spada ze ściany, bez powodu pęka szklanka stojąca na oknie albo też coś uderzy w szafę czy stół. Na zmaterializowane zamanifestowanie się zmarłemu zazwyczaj brak już sił, gdyż jego życiowy akumulator - mówiąc obrazowo jest już wyczerpany.
 
 

 
 
PS: Powracając jeszcze na moment do poprzedniego tematu tej serii, chciałbym wcisnąć krótką prywatę, a mianowicie dziś właśnie (kilka godzin temu) otrzymałem wiadomość od siostry że właśnie zdycha pies (a raczej suka) która była u nas (a raczej u siostry) od piętnastu lat. Przykra wiadomość, bo tego psiaka wychowała ono od szczeniaka (pamiętam, jak razem spały sobie w jednym łóżku, przykryte tak, że im tylko główki było widać 😇). Piszę o tym tylko dlatego, aby raz jeszcze przekonać siebie samego, jak kruche jest to nasze istnienie na tym świecie, i choć wiemy że śmierć nie istnieje, to jednak pewien rodzaj smutku w sercu pozostaje że danej osoby (czy zwierzęcia) już fizycznie przy nas nie będzie. W każdy razie dostałem takową wiadomość: "Wiesz, Pusia zdycha" co oznacza że jeszcze się męczy (a ponoć boli ją i nie może już ustać na nogach), siostra (magister farmacji) chciała nawet zawieść ją do znajomego weterynarza, ale było już za późno i nie chciała przeszkadzać mu o tej porze. Cóż, suka pewnie będzie zdychała całą noc, aż do rana, póki nie dostanie zastrzyku i nie zakończy się jej ziemska droga na tym Łez Padole. 😞  
 
 
 CDN.
 

wtorek, 26 lipca 2022

UMIERAMY I CO DALEJ? - czyli co się z nami dzieje po śmierci? - Cz. LVII

ŻYCIE PO ŚMIERCI - 

CZYLI RELACJE OSÓB,

KTÓRE PRZEŻYŁY WŁASNĄ ŚMIERĆ

 



II

ŻYCIE PO ŚMIERCI

MITY I RZECZYWISTOŚĆ

Cz. II

 
 
 

 
 
CO WIEMY I W CO WIERZYMY
 
 
 Dwaj lekarze: doktor Karlis Osis i doktor Erlendur Haraldsson postanowili rozpracować od strony naukowej problem najważniejszego i najbardziej tajemniczego oraz nieznanego wydarzenia w ludzkim życiu. Jest nim problem śmierci.
 
 
ŚMIERĆ I CO DALEJ?
 
 
 Nauka twierdzi, iż w około kilkanaście minut od chwili, kiedy serce przestaje bić i ustaje obieg krwi, mózg ludzki zaczyna ulegać rozkładowi wskutek braku tlenu. W tym momencie - tak nas uczą - istota ludzka już nie istnieje. Od setek lat akademie medyczne uczyły tej prawdy tych ludzi, którzy mają nam pomagać, gdy umieramy. Lecz czy teoria, o której była mowa na wstępie nie jest czasem mylna? Ciekawe, że relacje wielu umierających nie zgadzają się z ogólnie przyjętymi poglądami. Nie wszyscy umierają w stanie utraty przytomności. Wielu zachowuje bystrość umysłu aż do ostatnich chwil życia. Jak wiadomo z tysięcy wypadków obserwowanych na całym świecie przez lekarzy, a szczególnie przez pielęgniarki, osoby konające miewają różne wizje. Przed oczami ich duszy ukazują się piękne krajobrazy, nieraz ustaje gnębiący ich ból, na twarzach ukazuje się błogi spokój, zadowolenie, a często i radość, chociaż według kanonów naszej wiedzy oficjalnej każdy powinien umierać w cierpieniach i w ponurym nastroju. Opisane poniżej wyniki badań w liczbie kilku tysięcy, przeprowadzone zostały w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej i w Indiach. Każdy, kto jest zainteresowany życiem pozagrobowym, powinien podane tu uwagi przeczytać i to bez względu na swe pochodzenie, rasę lub wyznanie. Takie jest zdanie pani dr med. Elisabeth Kubler-Ross, autorki znanej książki pt.: "Wywiady z konającymi". Autorem, który jako pierwszy zainteresował się problemem życia po śmierci był Raymond Moody, lekarz psychiatra na Uniwersytecie Wirginia (USA). Niestety, jego praca obejmuje tylko około pięćdziesięciu wypadków. Książka ta jest znana w Polsce pod tytułem: "Życie po życiu". Drugą z kolei osobą, interesującą się tym problemem, była pani Elisabeth Kubler-Ross, lekarka. Dr. dr. Karlis Osis i Erlendur Haraldsson do sprawy życia po śmierci podeszli zarówno subiektywnie, jak i obiektywnie.
 
- To, co wykrywaliśmy w bezpośrednich relacjach - stwierdzają - jest zarówno zaskakujące, jak i wzbudzające nadzieję. 
 
Zdobyli też nowe materiały dowodowe na istnienie życia po naszej doczesnej śmierci. Uprzednio rozpisali obszerne ankiety wśród lekarzy i pielęgniarek w USA i w Indiach. Otrzymane tą drogą wyniki nie różnią się wiele od siebie, mimo olbrzymiej różnicy w kulturze i w wierzeniach mieszkańców Ameryki i Indii. I tak pewna 70-letnia kobieta widywała już kilkakrotnie swego zmarłego męża. Aż któregoś dnia ogłosiła datę swej własnej śmierci. Oświadczyła spokojnie, iż mąż pokazuje się jej w oknie. Ostatnio polecił jej wyjść z domu. Dał jej w myślach do zrozumienia, że pragnie się z nią połączyć. Właśnie tego dnia odwiedziła ją w szpitalu córka wraz z innymi członkami najbliższej rodziny. Ona zaś wstała, wyjęła z szafy swój pogrzebowy ubiór i położyła go na krześle.
 
- A teraz zdrzemnę się na chwilę - powiedziała do obecnych na sali. 
 
Położyła się do łóżka, zasnęła i po dwóch godzinach cicho zgasła. Lekarz był kompletnie zaskoczony tym wypadkiem, jako że stan zdrowia kobiety ulegał systematycznej poprawie. Zastanawiał się nawet, czy jej czasami nie otruto. Typowe jest także następujące wydarzenie dotyczące innej, 60-letniej kobiety, chorej na raka jelit. Oto sprawozdanie lekarza obecnego przy jej śmierci: 
 
- Pacjentka nagle otworzyła oczy. Powiedziała do męża (notabene zmarłego przed kilku laty), że już do niego idzie. W tym momencie twarz jej wypiękniała. Pogodny uśmiech i wyraz tęsknoty na twarzy sprawiły wrażenie, jakby chciała się komuś rzucić na szyję. Zawołała: Guy... już idę... W tej samej chwili skonała. Nawet nie zauważyła, że ja, lekarz, stałem przez cały czas przy niej. Miało się wrażenie, że kobieta znajduje się na innym świecie, jakby przeżywała coś wspaniałego i wzruszającego". 
 
Oczywiście, opisy takich wypadków same przez się nie dają nam nic. Wszak halucynacje można wytłumaczyć w różnoraki sposób. Jeżeli jednak nakarmimy komputer kilkoma tysiącami opisów, wychodzi na to, że nie da się pominąć milczeniem problemu jakiegoś pośmiertnego istnienia. Najbardziej rzucający się w oczy jest chyba promienny wyraz twarzy i pogoda ducha. W każdym razie, anatomicznie nie dadzą się takie objawy w żaden sposób wytłumaczyć. Wręcz szokujący jest opis kolejnego wypadku. Zdarzyło się to w Bostonie. Pewnego lekarza wezwano do chorego, którego serce przestało bić. Z dużym trudem i przy zastosowaniu nowoczesnych metod i urządzeń reanimacyjnych, udało się zmarłego - bo tak go należy określić - przywrócić z powrotem do życia. Lekarz oczekiwał od pacjenta jeśli nie wybuchu radości, to przynajmniej kilku słów podziękowania. Spotkał go jednak zawód. Pacjent, otworzywszy oczy, miał do lekarza poważne pretensje.
 
- Dlaczego mnie pan przywrócił do życia? Dlaczego pan mnie odratował?... Po co?... 
 
Po czym westchnął i stwierdził:
 
- Jak tam było pięknie... 
 
Przeżycie było dla chorego tak silne, iż przezwyciężył drzemiący w każdej żywej istocie instynkt samozachowawczy i po kilku godzinach zmarł. Ale czy tego rodzaju dowody istnienia życia po śmierci możemy traktować poważnie? Nie. Byłoby to naiwne i zbyt uproszczone podejście do problemu. Przecież zazwyczaj o życiu wewnętrznym chorego nie wiemy nic. Nie znamy też przyczyn psychicznych, internistycznych i kulturowych, które mogą być podłożem jego przeżyć. Często konającemu podaje się różne narkotyki w celu uśmierzenia bólu. Wówczas już zupełnie nie wiemy, jaki melanż psychicznych wrażeń rządzi podświadomością chorego. Problem ten nie daje się zbyć kilkoma zdaniami. Wymaga wnikliwych badań. Wszak wypowiedzi lekarzy i duchowieństwa w wielu przypadkach są ze sobą sprzeczne. W każdym razie wszystkie kultury i religie świata starożytnego dawały wiarę w istnienie życia pozagrobowego. Wskazują na to liczne obrzędy, jakie zachowały się w religiach nowoczesnych po dziś dzień. Na przykład, bicie w dzwony podczas pogrzebu, miało na celu odstraszenie złych duchów. Jest to znany sposób stosowany w magii. Palące się świece i palenie kadzidła mają do dziś na celu ułatwienie materializacji duchów dobrych. Podobnych czynności magicznych, których właściwy cel został zapomniany i pozostał jako bezmyślny, mamy wiele także u narodów zwanych przez nas "dzikimi", które to miano bardzo często byłoby bardziej odpowiednie dla nas, ludzi "cywilizowanych". Tymczasem, obiektywnie rzecz traktując, owa "cywilizacja", z której jesteśmy tacy dumni, jest niczym więcej niż sztucznym dążeniem do zwiększenia zapotrzebowań, co wspaniale potrafi budzić reklama. Nasi przodkowie z neandertalu, żyjący na Ziemi przed kilkuset tysiącami lat, nacierali swych umarłych czerwoną farbą. Można przypuszczać, że było to związane z jakimś wierzeniem w istnienie późniejszego życia, do którego uroczyście zmarłego dekorowano. Takie i podobne zwyczaje wskazywałyby na to, iż nasi przodkowie nie byli bardzo materialistycznie nastawieni, jakby to można było przypuszczać, wnioskując z ich niskiej "cywilizacji". Ciekawe są pod tym względem statystyki nowoczesne. Według danych zebranych przez Instytut Gallupa za rok 1975 aż 69 % Amerykanów jest przekonanych o istnieniu dalszego życia po naszej ziemskiej śmierci. A co na to nasza oficjalna nauka? Znany tanatolog, pani dr med. Elisabeth Kubler-Ross jest zdania, że przypuszczenia o całkowitym zniszczeniu istoty ludzkiej z chwilą jej śmierci, nie da się utrzymać. Czy można w tym kierunku przeprowadzić badania według tak zwanych metod naukowych? To zależy przede wszystkim od stosowanych metod. Omówimy je dalej.




CZY MOŻNA SPRAWDZIĆ ISTNIENIE ŻYCIA PO ŚMIERCI?
 
 
 Pewne medium, oprowadzane przez lekarzy po nowoczesnym laboratorium parapsychologicznym, spytało:
 
- Panie doktorze... Czy potrafiłby pan schwytać motyla w pułapkę na niedźwiedzia? 
 
I rzeczywiście. Badania w dziedzinie parapsychologii nie mogą się opierać na zasadach nawet najbardziej nowoczesnej fizyki. Energie, jakie wchodzą tu w rachubę, są dla naszych nowoczesnych urządzeń nierejestrowalne. Radziecki fizyk Naurnow udowodnił fakt, znany parapsychologom od dawna, iż energie psychiczne nie mieszczą się w naszym spektrum elektromagnetycznym, czym naraził się na duże nieprzyjemności, jako że zdaniem niektórych autorytetów, zjawiska nie mieszczące się w granicach naszej dzisiejszej wiedzy po prostu nie istnieją. Na przekór temu radzieckiemu profesorowi wspaniale udawały się doświadczenia z dziedziny telepatii, chociaż tak nadawca, jak i odbiorca znajdowali się w klatce Faradaya, która absolutnie izoluje przepływ prądów elektromagnetycznych. Znane są także następujące doświadczenia. W stu procentach udane były kontakty telepatyczne między nadawcami na Ziemi a odbiorcami, amerykańskimi kosmonautami, na Księżycu. O tym jednak oficjalna nauka skwapliwie milczy, bo "normalny" nadajnik zbudowany przez naszych fizyków względnie elektroników musiałby na pokonanie trasy: Ziemia - Księżyc mieć gigantyczne rozmiary, tak samo jak i odbiornik, i nie mieściłby się w maleńkiej kapsułce, jaką jest ludzki mózg. Nadal przemilcza się także znany eksperyment z okresu międzywojennego, kiedy to na skutek potężnych i długotrwałych burz elektromagnetycznych urwał się wszelki kontakt radiowy ze sławnym podróżnikiem Byrdem, badaczem strefy arktycznej. Telepatyczny kontakt nawiązał z nim sławny amerykański parapsycholog i autor kilku książek z tej dziedziny Sherman, nadając mu, w ustalonych przed rozpoczęciem podróży godzinach, różne ważne komunikaty. Problemy, którymi zajmuje się parapsychologia, podlegają po prostu innym prawom fizycznym, nam jeszcze nie znanym. Nie znaczy to jednak, że one nie istnieją i że nie mają prawa być. Przyrodniczy pogląd na świat dopuszcza istnienie tylko materialnych składników naszego bytu. Nauka nasza bowiem wychodzi z założenia, że spośród kilku możliwych interpretacji należy wybrać najprostszą. Ma się rozumieć, że w takich warunkach istnienie jakiegoś "życia po życiu" trudno uzasadnić. Niestety, aby zrozumieć problemy parapsychologii trzeba zmienić poglądy na bardzo wiele zagadnień, które to poglądy wpajano nam przez długie lata jako kanony wiedzy i nowoczesnego postępu. Lecz parapsychologia to nie chemia, gdzie doświadczenia pewnego rodzaju można powtarzać tysiące razy, otrzymując stale takie same wyniki.
 
W chwili obecnej jest na świecie wielu uczonych, między innymi Stevenson, Rhine, Hart, Gardner, Murphy, którzy są zdania, iż istnienie jakiegoś życia po naszej śmierci nie ulega wątpliwości. Prace tych uczonych są niestety rozproszone po różnych czasopismach naukowych i nie docierają do wiadomości szerszego ogółu, choć rysunki i rzeźby prehistoryczne w jaskiniach, wykonywane przed piętnastoma tysiącami lat, demonstrują nam dokładnie, jak dusza ludzka opuszcza ciało zmarłego człowieka. Niezależnie od poglądów, jakie obowiązują naszą dzisiejszą oficjalną naukę, spontanicznie występujące kontakty ludzi żywych za zmarłymi są wśród "zwykłych" ludzi szeroko rozpowszechnione. Mam tu na myśli nie tylko chętnie ośmieszanych mieszkańców zapadłych polskich wiosek (z czym miałem przez długie lata styczność). W roku 1973 Andrew Greeley, profesor uniwersytetu w Chicago, przeprowadził ogólnokrajową ankietę. Wybrał na chybił trafił 1467 odpowiedzi nadesłanych przez rodowitych Amerykanów wywodzących się z różnych sfer socjalnych. Pytanie brzmiało: "Czy pan (pani) miał(a) kiedyś wrażenie lub odczucie kontaktu z osobą zmarłą?" Aż 27% uczestników odpowiedziało: "tak". Profesor Greeley stwierdził dalej, że 50% osób miało konkretny kontakt, a 6% odpowiedzi brzmiało, że adresat pytania takie kontakty miewa często.
 
Taka sama ankieta przeprowadzona w Islandii, dała wyniki podobne: 31% osób stwierdziło, iż miewają kontakty ze zmarłymi. Pisał o tym parapsycholog Haraldsson. Natomiast wdowy aż w 51%. (moja mama również stwierdziła, będąc sama w domu, że widziała mego zmarłego tatę, gdy ten przeszedł korytarzem do kuchni i było to dla niej zupełnie normalne i naturalne, a mówiła to z całkowitą pewnością w głosie. Widziała go takim, jak lubił chodzić po domu za życia, czyli w samych slipach 😉 Natomiast moja mama nigdy nie była osobą zbytnio bojaźliwą czy wierzącą w duchy) Podobne ankiety, przeprowadzone w Anglii przez pana W.D. Reesa dały wyniki wręcz zaskakujące. Aż 81% wdów i wdowców oświadczyło, iż miewają kontakty ze swymi ukochanymi zmarłymi. Czyżby wszyscy zapytywani, jak jeden mąż, dawali tak konkretne i jednoznaczne odpowiedzi? Oczywiście, że nie. W większości przypadków ludzie o takich sprawach intymnych nie rozmawiają. Zazwyczaj obawiają się ośmieszenia przez "uświadomione" pospólstwo intelektualne. Mówią o tym tylko swym najbliższym, do których mają zaufanie i o których wiedzą, że znajdują u nich zrozumienie. Tak więc zebranie takich statystyk nastręcza pewne trudności. Jest to także jedna z przyczyn, dla których takie informacje nie docierają do wiadomości lekarzy, którzy w olbrzymiej większości przypadków są raczej skłonni do wykpienia zwierzającego się pacjenta lub zapisania mu relanium na uspokojenie nerwów, traktując go w duszy jako osobę niespełna rozumu. Nieporozumienie polega na tym, iż z taką osobą "nawiedzaną" powinien rozmawiać fachowiec, czyli parapsycholog.
 
 

 
WIZJE UMIERAJĄCYCH
 
 
 O różnych wizjach na łożu śmierci wiadomo od dawna. Wspomina o tym nawet literatura przedmiotu sprzed setek lat. W obecnym stuleciu dużo na ten temat pisał amerykański filozof i parapsycholog Hyslop oraz angielski humanista Myers, członek brytyjskiego Stowarzyszenia Parapsychologicznego. Obaj autorzy napisali wiele książek. Są oni znani z sumienności i precyzji w opracowywaniu tematu i do dziś w wielu sprawach uchodzą za autorytety. Chociaż obaj mieli liczne okazje ku temu, aby być obecnymi przy zgonie przyjaciół, mających wizje w chwili zgonu, nie wyciągali z tego żadnych wniosków teoretycznych. Przypuszczali, że były to zjawiska całkiem naturalne, iż zmarli, będący już na tamtym świecie, przychodzili po swego bliskiego członka rodziny lub po przyjaciela. Uwagę sfer naukowych na niezwykłe zachowanie się konających zwrócił wypadek, jaki wydarzył się z żoną profesora fizyki Williama Barreta w Dublinie. Pani ta była położną i lekarką. Kiedyś była obecna przy zgonie jednej ze swych pacjentek. Chora konała. Nagle uniosła głowę i spojrzała w kąt pokoju. Promienny uśmiech pojawił się na twarzy umierającej kobiety.
 
- Och, jakie to piękne - zawołała.
 
- Co jest piękne? - spytała lekarka.
 
- Widzę w kącie pokoju jasność... co za wspaniałe postacie... a tam stoi mój ojciec i uśmiecha się do mnie... Cieszy się, że przychodzę do niego... 
 
W tym momencie do pokoju wszedł mąż umierającej kobiety.
 
- Pamiętaj o dziecku - szepnęła - żeby mu nie robiono krzywdy... O, nawet Vida jest przy ojcu... (Była to kuzynka chorej. Zmarła poprzedniego dnia, o czym konająca nie mogła już wiedzieć). - Ojcze... już idę do ciebie - szepnęła umierając. 
 
Profesor William Barret opisał cały wypadek obszerniej w broszurze pt.: "Death Bed Visions", wydanej w roku 1926. Była to pierwsza dokładna i naukowo opisana relacja z przebiegu czyjejś przedśmiertnej wizji. Miał on później liczne okazje zanotowania podobnych wydarzeń, z których skwapliwie korzystał. Umierające dzieci, na przykład, widywały świetliste postacie. Mówiły o nich "anioły". Lecz anioły te nie miały skrzydeł, jak je uczono na lekcjach religii. Trzydzieści lat później, kiedy medycynie były już znane sposoby reanimacji osób, poniekąd już nieżyjących, doktor Osis zajął się systematycznymi obserwacjami zachowania się osób przywróconych do życia. Stwierdził on, iż notatki pielęgniarek i lekarzy były bardziej systematyczne i dokładne, niż informacje otrzymywane prywatnie od osób uczuciowo zaangażowanych. Postanowił więc przeprowadzić obserwacje na większą skalę. Prace w tym kierunku finansowała Fundacja Badań Parapsychologicznych w Nowym Jorku. Stroną organizacyjną zajęła się pani Eileen Barret, jedno z najbardziej zdolnych mediów naszych czasów. Była prezydentem wymienionego Stowarzyszenia i autorką kilku książek z dziedziny parapsychologii. Poniekąd żyła ona równocześnie w dwóch światach. Przebywając wśród żyjących, widywała równocześnie dookoła siebie postacie osób zmarłych, nawet takich, których zgon nastąpił na krótko przed wizją i o czym pani Barret nie mogła w żaden sposób się dowiedzieć.
 
Podobne zdolności miała w naszym stuleciu pewna zakonnica, z domu bodajże księżna Wied. W niemieckiej literaturze wymienia się jej nazwisko dość często. Widywała ona osoby zmarłe, jak przenikały przez zamknięte drzwi. Najciekawszy w historii parapsychologii jest wypadek, kiedy wspomniana zakonnica zobaczyła, jak przez postać klęczącego na środku kościoła kościelnego, przeszła zjawa zmarłego niedawno proboszcza parafii. Wypadek ten rzucił istotne światło na składniki materii, z której składają się istoty z naszego i z tamtego świata. Nie wszystkie wizje umierających lub reanimowanych są rzeczywiste i prawdziwe. Niektóre odpowiadają temu, co Niemcy nazywają trafnie "wunschtraume", czyli sny na życzenie, wynikające często z niezaspokojonych pragnień. Pewna starsza kobieta na przykład opowiadała, że wieczorem odwiedza ją pewien rabin, co, jak wykazały dochodzenia, mijało się z prawdą. Jeżeli, przykładowo, halucynacje przedśmiertne były identyczne z tym, co pacjent opowiadał po dokonaniu jego reanimacji, można było wnioskować, iż u chorego nastąpiło uszkodzenie mózgu, lecz były i inne wypadki. Na przykład, pewna młoda dziewczyna w wieku szesnastu lat, na chwilę przed śmiercią otworzyła oczy. Była zupełnie przytomna.
 
- Nie mogę wstać - powiedziała do lekarza. 
 
Kiedy jej pomógł nieco się unieść, dodała: 
 
- Widzę go... widzę go... po czym z promiennym uśmiechem na twarzy skonała. 
 
Stan radości i zachwytu na twarzy dziewczyny wręcz rzucał się w oczy. Cóż to takiego mogło wprawić dziewczynę w zachwyt? Była bardzo młoda i właściwie nie zaznała jeszcze smaku życia. Z czego, z jakiego spotkania się tak cieszyła? Ani od niej, ani od jej rodziny nie dowiedziano się niczego. W niektórych wypadkach lekarzowi udaje się dojść do sedna problemu. Wypadek taki dotyczył Hindusa, ciężko chorego na raka żołądka. Był zupełnie przytomny. Myślał szybko i precyzyjnie. To, co widział, było dla niego całkiem realne. Uporczywie patrzył w ścianę, po czym wyraz twarzy nagle mu się rozjaśnił. Widocznie widział osoby, które dla niego istniały.
 
- Hallo... oto moja matka - zawołał w pewnej chwili. 
 
Po kilku minutach zamknął oczy i popadł w stan odrętwienia, chociaż jeszcze przed chwilą biła od niego wręcz radość istnienia... Spotyka się jednak i takie halucynacje, kiedy półprzytomny chory bierze odwiedzających go gości za istoty i zjawy z tamtego świata. Bywa też i odwrotnie. Jeden z pacjentów, chory na serce, w pewnej chwili otworzył oczy, a ujrzawszy przed sobą dawno zmarłego przyjaciela, nazwał go po nazwisku i zawołał: 
 
- Co ty tu robisz? 
 
Zmarł w chwilę potem, nie czekając na odpowiedz. Widocznie widział jednak coś, czego nie spodziewał się zobaczyć. Jak już wspomniano uprzednio, wielu chorych przeczuwa swą śmierć, mimo braku uzasadnienia dla takich prognoz i optymizmu lekarzy. Do kliniki urologicznej w Szczecinie przywieziono dyrektora Wyższej Szkoły Rolniczej. Nie była to dolegliwość, na którą się często umiera. Wręcz przeciwnie. Nikt więc szczególnie się nie przejmował zapewnieniami profesora,że go stąd, jak się wyraził, "wyniosą nogami do przodu". Oczywiście, jak można było przewidzieć, operacja udała się. Nie minęły jednak trzy dni, a chory na skutek urwania się skrzepu, dostał zawału płuc. Zgon nastąpił w ciągu 2-3 minut.
 
- Raz na dziesięć tysięcy operacji zdarza się taki wypadek - zapewnił mnie dyżurny lekarz. 
 
A oto inny przypadek tego rodzaju: Do szpitala miejskiego w Delhi (Indie) przywieziono małą dziewczynkę. Mimo braku zagrożenia, dziecko zapewniało rodziców, że jakiś Bóg wzywa je do siebie. Mała była bardzo przestraszona. Lekarze zbadali dziecko bardzo dokładnie i sumiennie. Nie znaleźli nic.
 
- Dziecko jest zdrowe, jak rzadko które - zapewniał rodziców ordynator oddziału dziecięcego. 
 
Dziecko nadal jednak uporczywie twierdziło, że Bóg je wzywa i dlatego wkrótce musi umrzeć. Nazajutrz dziewczynka nagle dostała zapaści i skonała w ciągu kilkunastu minut, mimo natychmiastowej fachowej pomocy i opieki lekarzy reanimatorów. W tym miejscu warto byłoby poruszyć zagadnienie sugestii i jej znaczenia w procesie leczenia. Wyrazem tym szermuje się często i bardzo chętnie, bez poczucia odrobiny odpowiedzialności. Pojęciem tym posługują się nie tylko lekarze. Także przeciwnicy astrologii, traktowanej poważnie przez fachowców, przypisują autosugestii różne przejawy życia. Jeżeliby owa sugestia była aż tak silna i niezawodna, powinna by - logicznie rozumując - działać także w kierunku przeciwnym, a więc uzdrawiającym. Szpitale stałyby się wtedy w licznych wypadkach niepotrzebne, lekarze zaś tłumaczyliby dobrotliwym tonem chorym, że wmawiają sobie dolegliwości, wobec czego niech się lepiej wynoszą do domu. Niestety, medycynie nie udaje się wmówić choremu zdrowia, nawet sugestie przy pomocy pseudo-leków zwanych "placebo" działają bardzo krótko. Organizmu po prostu oszukać się nie da. Świetliste zjawy, jakie konający widują przed śmiercią, to chyba właściwe określenie wprowadzone przez Raymonda Moody'ego ("Życie po życiu"), chociaż umierający mówią często o bóstwach w ludzkiej postaci. Nie zawsze jednak spotyka się u konających objawy radości lub zachwytu. Pewna 19-letnia dziewczyna była wręcz przerażona, kiedy zobaczyła zjawę swego zmarłego ojca, w otoczeniu innych, podobnych postaci.
 
- Erno, trzymaj mnie!... - zawołała przerażona do pielęgniarki i w chwilę później skonała w ramionach siostry. 
 
Takie i tym podobne wydarzenia robią silne wrażenie na obserwatorach.
 
- Kiedyś - opowiadała jedna ze znajomych pielęgniarek - byłam obecna przy śmierci 70-letniej kobiety, umierającej na raka. Kobieta ta do ostatniej chwili rozmawiała spokojnym, łagodnym głosem z kimś dla mnie niewidzialnym. Z przemiłym uśmiechem na twarzy zapewniała swego dawno zmarłego męża, jak bardzo jej było go brak. Nie mogła doczekać się chwili, kiedy znów będą mogli połączyć się ze sobą. 
 
- Już niedługo będę przy tobie - zapewniała go, wyciągając ręce do kogoś, kogo nie było w sali szpitalnej. - Wyglądasz zdrowo i dobrze - wyszeptała. 
 
Pielęgniarka starała się wyjaśnić mi uczucia, jakie nią w owej chwili miotały.
 
- Było to coś strasznego... Coś, z czym nigdy się nie zetknęłam. Nie jestem szczególnie religijna, lecz kiedy widzę kogoś o kim wiem, że na pewno nie jest pod działaniem narkotyków... No cóż... Musi jednak w tym coś być... Żałowałam, że nie miałam pod ręką aparatu fotograficznego. Z twarzy umierającej kobiety znikły zmarszczki, uśmiechała się pogodnie, jakby nie miała żadnych dolegliwości. 
 
Inna pielęgniarka oświadczyła: 
 
- Są to - proszę pana - wrażenia wręcz niesamowite. Przy takich zjawiskach powinni jednak być parapsychologowie, którzy potrafiliby nam to wszystko wyjaśnić na miejscu. 
 
Umierający mieszkańcy Indii widują raczej personifikacje różnych bóstw. Tak na przykład Yama jest bogiem śmierci, a Yamdutowie to zwiastuni końca życia. Pewną indyjską 60-letnią kobietę oddano do szpitala na przebadanie. Lekarz domowy bowiem, poza lekko podwyższoną temperaturą, nic nie stwierdził. Również i w szpitalu niczego podejrzanego nie zauważono. Lecz starsza pani oświadczyła rodzinie, że niebawem umrze i dała w związku ze swym przeświadczeniem odpowiednie dyspozycje. Na pytanie, skąd jest taka pewna swej śmierci, powiedziała: 
 
- Szepnął mi to do ucha Zwiastun Śmierci. Stwierdził, że na mnie już czas. 
 
Położywszy się na łóżku, kobieta zamknęła oczy, westchnęła i skonała. Po prostu zgasła cicho i niepostrzeżenie. Kiedyś - było to także w Indiach - w szpitalu leżał umierający policjant. Pokój, w którym go umieszczono, był na parterze budynku. Za oknem stało drzewo, które obsiadło stado wron. Chory był w końcowym stadium gruźlicy. W pewnej chwili zawołał:
 
- Siostro... Zwiastun Śmierci przyszedł po mnie... 
 
W tej samej chwili wrony na drzewie pod oknem zerwały się z wrzaskiem i odleciały, a pacjent równocześnie wyzionął ducha. Następny wypadek także wydarzył się w Indiach i pochodzi z tamtejszych archiwów. W jednej z sal szpitala w Bombaju leżał mężczyzna lat około czterdziestu, chory na gruźlicę. Był w stanie agonalnym. Pielęgniarka znała pacjenta od wielu lat, ponieważ przyjaźniła się z jego rodziną. Chory nie był pod działaniem leków. Miał pełną świadomość, lekki stan podgorączkowy nie miał istotnego wpływu na procesy kojarzenia. Pacjent był przekonany o istnieniu życia pozagrobowego. W każdej chwili spodziewano się jego zgonu. Był chrześcijaninem. W pewnej chwili zawołał: 
 
- O..., aniołowie zstępują ze schodów. 
 
Obecni na sali chorzy spojrzeli w górę. Nagle szklanka stojąca na filarze podestu pierwszego piętra pękła z hukiem i rozleciała się na drobne kawałeczki, jakby pod wpływem wybuchu. Aniołów co prawda nikt z chorych nie zauważył, lecz pacjent w tej samej chwili skonał z promiennym uśmiechem na twarzy. Tego rodzaju wypadki nie są odosobnione. Wspomina o tym kilkakrotnie światowej sławy parapsycholog, Amerykanin Rhine. Zjawiska telekinetyczne, jak rozbicie szklanki w sali szpitalnej, zdarzają się nieraz nawet i na dużą odległość. Kiedy w 1931 roku zmarł Edison, w mieszkaniach jego współpracowników równocześnie stanęły wszystkie zegary, a zegar w mieszkaniu dziadka sławnego wynalazcy zatrzymał się bez żadnej przyczyny kilka minut później (gdy mój ojciec został zgnieciony przez dwa autobusy i wkrótce potem cały we krwi skonał w moich ramionach [jak sobie przypomnę, straszna śmierć, a widziałem to dokładnie na własne oczy] - mama i siostra opowiadały, że w pewnej chwili zegar który wisiał w pokoju, w którym tata sypiał, stanął, spadł na podłogę i rozbił się na drobne kawałki). Często zdarza się, iż tajemnicze zjawy działają niezgodnie z życzeniami umierającego. A oto kilka takich wypadków. Pewna starsza kobieta, wyznania rzymskokatolickiego, chorowała na raka i była już w końcowym stadium choroby. Któregoś dnia miała rzekomo widzenie. Objawił się jej Bóg oraz jej matka. Oświadczyli chorej, że umrze w pierwszy piątek następnego miesiąca. Lecz pacjentka pomyliła się i zamówiła sobie księdza na następny dzień rano, myśląc, że to piątek. Tymczasem zmarła tydzień później rankiem, zgodnie z zapowiedzią widziadeł. Następny wypadek również miał miejsce w Indiach. Dwudziestoletni student geografii zachorował na świnkę. Ponieważ po kilkunastu dniach szpitalnej kuracji był już zupełnie zdrowy, miano go nazajutrz wypisać. O godzinie piątej rano następnego dnia nagle usiadł na łóżku i krzyknął: 
 
- Tu ktoś stoi... Ktoś ubrany na biało... Nie... nie pójdę z tobą - po czym opadł martwy na poduszkę. 
 
Świnka nie jest znowu aż tak ciężką chorobą, tak więc zarówno pacjent, jak i lekarze byli pewni, że kryzys minął. Pewna młoda Hinduska uległa ciężkiemu poparzeniu. Leżała na łóżku szpitalnym półprzytomna. Nagle otwarła szeroko oczy i zawołała:
 
- Siostro... proszę mnie ratować... O... cztery na biało ubrane postacie przyszły, aby mnie stąd zabrać... 
 
Kobietę ogarnął wręcz paniczny strach. Po chwili jednak się uspokoiła i zmarła po kilku minutach. W większości przypadków, gdzie umierający widzieli różne postacie, z reguły niewidoczne dla innych osób, zawsze chodziło o osoby zmarłe. Natomiast przy halucynacjach wszelkiego rodzaju rzecz ma się z reguły odwrotnie. Warto zastanowić się również nad tym, jaki dystans czasowy dzieli wizyty członków najbliższej rodziny lub przyjaciół chorego z tamtego świata od jego zgonu. Na podstawie wielu statystyk można stwierdzić, iż osoby umierające widują otaczające ich nieziemskie istoty dość krótko: od kilku do kilkunastu minut przed agonią. Do rzadkości należą wypadki, aby chory umierał nazajutrz po "widzeniu'" ze zjawami lub po kilku dniach od tego zdarzenia. A oto dość charakterystyczny przypadek tego rodzaju. 11-letnia dziewczynka, która urodziła się już z wrodzoną wadą serca znalazła się w szpitalu w związku z pogorszeniem stanu zdrowia. Trzeciego dnia pobytu w klinice nagle oświadczyła siostrze obecnej na oddziale, że jej mamusia przyszła do niej i przyniosła jej śliczną, białą sukienkę. Uradowana poprosiła pielęgniarkę, aby pomogła jej się unieść z poduszki, bo mamusia zamierza ją zabrać ze sobą. Ta czarodziejska wizja trwała aż pół godziny, po czym dziecko straciło przytomność. Z uśmiechem i wyrazem szczęścia na twarzy mała pacjentka zmarła po czterech godzinach. Charakterystyczny dla tego wydarzenia jest fakt, że matka dziewczynki zmarła przy jej urodzeniu, a dziecko nie znało jej nawet z fotografii. Mimo wszystko wyraz "mamusia" widocznie istniał dla niej w jakiś sposób. Stosunkowo niewiele wizji miewają chorzy na serce. Jest to poniekąd zrozumiałe, jeżeli się weźmie pod uwagę, że przykładowo na zawał serca umiera się przeważnie nagle i szybko traci się przytomność. Umieranie na raka trwa znacznie dłużej i upływa z reguły dużo czasu, nim pacjent zostanie ostatecznie zgnębiony i unicestwiony przez chorobę. Jedna z pielęgniarek amerykańskich spotkała się z następującym wypadkiem. 76-letnia, inteligentna i wykształcona kobieta nagle dostała ataku serca i pogotowie przywiozło ją do kliniki. Była przytomna. Nie odczuwała żadnego bólu, nie dano jej też niczego na ,"uspokojenie". Tylko lekarze wiedzieli, że jest z nią źle. Ona sama twierdziła, że czuje się dobrze. Była przekonana o tym, że najdalej za kilka dni wypiszą ją do domu i powróci do swej córki, której była niezbędna. Nagle zawołała:
 
- Siostro... czy siostra widzi tam w kącie sali mego męża?... (Zmarł on, jak się później dowiedziano, przed kilku laty). Rozłożył ramiona, jakby chciał mnie objąć... Jak tu wszędzie pięknie... kwiaty... muzyka... Czy siostry tego nie widzą i nie słyszą?... Spójrzcie ... tam stoi mój Charlie...
 
Kobieta mówiła tak sugestywnie, że miało się rzeczywiście wrażenie, jakby widziała kogoś stojącego w kącie sali szpitalnej. Chora nie wykazywała najmniejszych objawów zaburzeń psychicznych. Żadnego niepokoju i zdenerwowania. Szczegółowe analizy opisywanych wypadków jak stwierdziliśmy, nie dadzą się wytłumaczyć na drodze psychofizycznej. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że u pacjentów umierających "normalnie", tzn. bez odurzenia narkotycznego, nie mających uszkodzonego mózgu lub zatrutego organizmu, znacznie częściej i w sposób bardziej zdecydowany występowały przed, lub pośmiertne wizje, niż u osób z jakimiś zaburzeniami. Lecz panowie psychologowie pytają: "Czy pacjenci przeżywający okresy euforii, pogody ducha lub zadowolenia ze swego stanu, nie czynią tego z powodu pogodzenia się z losem?" Pewien 89-letni Żyd, dyrektor potężnego koncernu przemysłowego, człowiek spokojny, zrównoważony, od wielu lat nie interesował się swym przyswojonym w młodości wyznaniem. Kiedy w klinice odwiedziła go kiedyś córka, powiedział spokojnie:
 
- Tam w rogu pokoju stoi anioł. 
 
W tym momencie córka spostrzegła, że wyraz twarzy starego człowieka zmienił się. Zapatrzony w nieokreślony punkt przestrzeni starzec utracił na jakiś czas kontakt z otoczeniem, a później skonał. Po wizjach na łożu śmierci, jak to stwierdził doktor Raymond Moody, reanimowani chorzy zmieniali swój stosunek do różnych problemów życiowych. Na przykład pewien pacjent, przywrócony do życia, stwierdził: 
 
- Muszę się jeszcze znacznie zmienić, nim odejdę na zawsze z tego świata. 
 
Niektóre osoby przywrócone do życia mówiły to samo. Były zdania, iż śmierć i późniejszy ich powrót do życia, był dla nich samych największym i najważniejszym przeżyciem, jakiego kiedykolwiek doznały. Twierdziły stanowczo i zdecydowanie, że wszystko, co słyszały o śmierci za życia nie zgadzało się z tym, czego doznały i czego osobiście doświadczyły po śmierci klinicznej. Pociechy religijne teologów cechuje niestety absolutny bruk zrozumienia rzeczy. Ogranicza się je do bezmyślnych, wyuczonych rytuałów nie dających umierającemu nic. Jedynie rodzinie wydaje się, że konający został należycie przygotowany do opuszczenia tego świata. Na zakończenie tego podrozdziału warto byłoby może przytoczyć autentyczną anegdotę z życia ministra Talleyranda, biskupa, który za czasów dyrektoriatu i panowania Napoleona był ministrem spraw zagranicznych Francji. Oczywiście, Talleyrand był wyłącznie biskupem tytularnym i z religią miał niewiele wspólnego. Za to znany był z cynizmu, przekupstwa i nieuczciwości. Gdy leżał na łożu śmierci zabronił wpuszczania do siebie księży. Wiedział, że Kościołowi zależało na tym, aby dla celów propagandowych wykazać, iż minister przed śmiercią jednak się nawrócił. W pewnym momencie, zmyliwszy czujność lokaja, do komnaty wślizgnął się jakiś ksiądz, czatujący na schodach na okazję dostania się do konającego biskupa.
 
- Czy wyrzekasz się szatana? - wrzasnął potężnym basem. 
 
Talleyrand uśmiechnął się.
 
- Nie chciałbym się w ostatniej chwili nikomu narażać - szepnął i skonał. 
 
 
 
 
DEKALOG ŚMIERCI
 
 
 Znana amerykańska lekarka tanatalog, zajmująca się problemem śmierci, którą cytowaliśmy już wielokrotnie, dr med. Elisabeth Kubler-Ross, streszcza swe poglądy na zagadnienie, któremu poświęciła wiele lat życia, w następujących dziesięciu punktach: 
 
1) Każdy człowiek zna czas swej śmierci.
  
2) Jeżeli ktoś związany z nami uczuciowo oświadczy nam, że niebawem umrze, a my zlekceważymy sobie jego słowa, utracimy z tym człowiekiem nieodwołalnie wszelki kontakt duchowy.
 
3) Większość zmarłych, którzy nas już opuścili, nie pragnie powrotu na nasz świat. 
 
4) Jeżeli ktoś już raz zmarł i później został przywrócony do życia poprzez zabiegi reanimacyjne, w przyszłości nie obawia się już śmierci. 
 
5) Każdego, kto umrze, wita po tamtej stronie jakaś istota związana z umierającym uczuciowo; mogą to być członkowie rodziny, przyjaciele lub inne życzliwe zmarłemu osoby.
 
6) Okres umierania nie jest wydarzeniem obchodzącym wyłącznie tylko umierającego. Inne osoby bliskie jego sercu powinny być w to wydarzenie uczuciowo zaangażowane.
 
7) Na podstawie wielotysięcznych obserwacji doszłam do wniosku, iż śmierć jest wydarzeniem kulminacyjnym, a zarazem najcudowniejszym przeżyciem w naszym ziemskim istnieniu.
 
8) Możemy być pewni i spokojni. Nikt z nas nie będzie umierał samotnie. Niewidzialne ręce życzliwych nam istot we właściwym momencie podadzą nam pomocne dłonie.
 
9) W świecie, do którego się przeniesiemy, pojęcie czasu, w naszym rozumieniu problemu, nie istnieje. 
 
10) W świecie, do którego się przeniesiemy nie istnieją sądy, sędziowie ani żadne tego typu instytucje dochodzeniowe, jak chcą nam to wmówić wszelkie religie. Każdy będzie musiał za swe czyny odpowiadać przed samym sobą i wobec własnego sumienia.
 
 
 
PS: Czasem tak się zastanawiam, czy fakt iż byłem obecny przy śmierci obojga moich rodziców (śmierci mamy bezpośrednio nie widziałem, ale przybyłem parę godzin po jej zgonie, jako pierwsza osoba, która mogła stwierdzić zgon), oraz mojej babci, nie ma jakiegoś związku z tym, o czym już kiedyś opowiadałem, a mianowicie ze śmiercią mojej osoby w poprzednim życiu. Wiem bowiem z całą pewnością, że wówczas zginąłem ja sam, ale nie wiem czy zginęli też moi (ówcześni) rodzice, których twarze przetrwały w mym umyśle w formie pożegnania, nim ruszyłem w kierunku owego ciemnego lasu - o którym opowiadałem. Nie wiem czy oni wówczas zginęli (był jakiś atak na wioskę, w której żyłem, a żołnierze na koniach palili okoliczne chaty). W każdym razie to dość dziwne, że to akurat ja byłem tym, który jako pierwszy musiał pożegnać swych rodziców. 

PS2: W Kolejnej części przejdziemy już do tematu, co czują i widzą zwierzęta w chwili swej śmierci.
 
 
CDN.