Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLACY W MOSKWIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą POLACY W MOSKWIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 września 2023

JESTEM KRÓLEM WASZYM PRAWDZIWYM, A NIE MALOWANYM..." - Cz. XXV

CZYLI, JAK TO W POLSCE
NARÓD WYBIERAŁ SWOICH KRÓLÓW?





BATORY - KOSZMAR MOSKALA

Cz. XI







O ROSJI IWANA IV GROŹNEGO


 Nim przejdziemy do wojny, jaka wybuchła na wschodnich i północnych rubieżach Rzeczypospolitej w tym mniej więcej czasie, w którym Batory rozprawiał się ze zbuntowanym Gdańskiem - warto słów parę powiedzieć o ówczesnej Moskwie pod rządami cara Iwana IV Groźnego, gdyż w taki właśnie sposób można wyrobić sobie zdanie odnośnie dwóch walczących stron. Oczywiście najlepiej opisywać dany kraj, posługując się relacjami świadków żyjących w tamtej epoce, i ja też tak właśnie uczynię. Posłużę się w tym przypadku dziełem pt.: "Moscowia" - ojca Antonio Possevino, papieskiego dyplomaty, który od marca 1581 do września 1582 r. odbył dwukrotnie podróż do kraju Iwana IV Groźnego. W swej pracy posiłkował się on również wydanym w 1557 r. w Wiedniu dziełem Zygmunta Herbersteina pt.: "Rerum Moscoviticarum commentari" ("Wspomnienia o sprawach moskiewskich"), jak również opisem tego kraju pozostawionym przez Aleksandra Gwagnina (komendanta Witebska w latach 1569-1587). Pomimo tego że ojciec Possevino był Włochem oraz dyplomatą Stolicy Apostolskiej i doskonale znał wytyczne papieży: Leona X, Klemensa VII, Piusa V i Grzegorza XIII odnośnie nawiązania stosunków dyplomatycznych Rzymu z państwem moskiewskim, to mimo to jego praca jest dziełem obiektywnym. Co prawda język jest archaiczny, więc nie będę przytaczał całości tego dzieła, ale postaram się wybrać najbardziej wartościowe zeń fragmenty. Possewino jako kapłan głównie skupiał się na kwestiach religijnych, mimo to nieco miejsca pozostawił również opisowi geografii, historii, obyczajów, ceremoniału, genealogii Rurykowiczów oraz wojnie polsko-rosyjskiej o Inflanty, zakończonej zwycięstwem Rzeczpospolitej i pokojem zawartym w Jamie Zapolskim, do którego Possevino - jak sam twierdzi - również się przyczynił. Oczywiście niektóre opisy sobie daruję, jak choćby historię Moskwy, geografię tego kraju czy też genealogię dynastii Rurykowiczów, bo nie wydaje mi się to akurat w tym momencie szczególnie istotne. Skupimy się za to na innych informacjach i od nich też zacznijmy.

Possevino opisuje, że największymi miastami w kraju cara Iwana IV Groźnego są: Moskwa, Smoleńsk (miasto utracone przez Wielkie Księstwo Litewskie w 1514 r. a odzyskane przez Rzeczpospolitą w 1611), Nowogród Wielki, Psków, Twer, Wołogda i Astrachań. Papieski dyplomata odwiedził Moskwę w dziesięć lat po zniszczeniu większości miasta w czasie najazdu Tatarów Krymskich chana - Dewlet I Gireja (maj 1571 r.). W czasie pożaru który wówczas został rozpętany, spłonęła większość miasta, łącznie z najważniejszymi dzielnicami: Kitajgrodem i Kremlem. Co prawda wówczas Tatarom nie udało się wedrzeć do miasta, ale tylko dlatego, że uniemożliwiła im to prawdziwa ściana ognia (ci, którzy próbowali wejść w mury Moskwy w poszukiwaniu jasyru i łupów - już nie wracali). Było to jednak wielkie zwycięstwo chanatu krymskiego nad Moskwą od czasów chana Tochtamysza z 1382 r. i chana Edygeja z 1408 r. (w tym drugim przypadku zniszczono jedynie przedpola Moskwy). Iwan IV na wiadomość o zdobyciu Moskwy uciekł na północ do Jarosławia, pozostawiając swoich żołnierzy, opryczników i ludność na pastwę Tatarów (po tym zwycięstwie Dewlet Girej napisał upokarzający list do Iwana, w którym znalazły się takie słowa: "Poszedłem do ciebie, spaliłem twoje miasto Moskwę, chciałem twej korony i twej głowy, ale tyś się nie zjawił i nie przyjąłeś bitwy i jeszcze się carem mienisz? Jeśli masz najmniejsze poczucie wstydu, to przyjdź i stoczymy bój! Chcesz szczerej przyjaźni z nami, oddaj Kazań i Astrachań. A jeśli mi chcesz ofiarować pieniądze, to gdybyś miał wszystkie skarby świata - na próżno! To, czego ja chcę - to Kazań i Astrachań. A drogi twego panowania widziałem i znam". W czasie tego najazdu spłonęło lub zostało zabitych przez Tatarów kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Moskwy (z ok. 100 000 jakie miasto to liczyło przed w najazdem Dewlet Gireja). Straty były tak wielkie, że zmarłych grzebano jeszcze dwa miesiące potem (od razu też przypomniała mi się opowieść Polki, która wracała do Ojczyzny z Kazachstanu w ramach repatriacji po zakończeniu II Wojny Światowej. Jadąc pociągiem towarowym - przeznaczonym jednak do przewozu ludzi - zauważyła że jest tam ubikacja w pociągu, a ponieważ chciała z niej skorzystać, poprosiła ruskiego strażnika żeby dał jej klucz do ubikacji. Ten to uczynił, a gdy ona otworzyła drzwi ubikacji... zamarła. Tam bowiem było ściśniętych kilka martwych, skostniałych od zimna i stojących pionowo ciał z poprzedniego transportu - jeden przy drugim. Przerażona tym widokiem poszła do strażnika i powiedziała że tam w ubikacji "stoją trupy". On na to jej odpowiedział: "No i co, że stoją? wkrótce przyjdzie odwilż, to przestaną stać i może wtedy ktoś je pochowa. To jest Rosja" - dodał).

Possevino - będąc w Moskwie dziesięć lat po najeździe tatarskim - stwierdził, iż miasto liczy sobie 30 000 mieszkańców i pisał: "Domy zajmują wiele przestrzeni, także szerokie ulice i liczne place. Wiele jest też świątyń, ale wzniesione zostały raczej dla ozdoby miasta niż dla kultu religijnego, ponieważ prawie cały rok większość z nich jest zamknięta". Possewino dodał również, że moskiewski Kreml wzniesiony został przez włoskiego architekta - Pietro Antonio Solariego (zwanego w Rosji - Piotrem Friazinem), zaproszonego tam przez gosudara (tytuł cara obowiązywał w Rosji dopiero od 1547 r. a Rzeczpospolita uznała go dopiero w 1634 r.) Iwana III. Wzniósł on mury, baszty Kremla i Granitową Pałatę (oczywiście nie był to jedyny Włoch, który rozbudowywał Kreml, innymi byli: Arystoteles Fioravanti z Bolonii, Antonio i Marco Ruffo, Aloisio de Carcano oraz Gilardi). Miasta: Smoleńsk, Nowogród i Psków szacował papieski dyplomata na 20 000 mieszkańców. Twer na nieco mniej, ale jednocześnie pisał: "Z daleka robi wrażenie wielkiego i pięknego miasta, murów jednak nie ma, chociaż jest w nim spora liczba domów, dlatego że było prawie całkowicie wolne od zniszczeń wojennych i napadów nieprzyjaciół. Z tego powodu także Wołogda i Kazań oraz w ogóle tereny bardziej na północ są bardziej zaludnione". Niestety jednak najazdy tatarskie, epidemia dżumy (która przyszła wkrótce potem 1571-1572) oraz krwawa polityka cara Iwana IV, której celem było mordowanie wszelkiej możliwej opozycji wśród bojarstwa i kapłanów prawosławnych (owa niesławna Oprycznina z lat 1565-1572), spowodowała ogromne wyludnienie w kraju, szczególnie na prowincji: "Jest rzeczą pewną że nieraz można było przejść w jego państwie (Iwana IV Groźnego) trzysta tysięcy  kroków i nie spotkać ani jednego człowieka". Ogromne, negatywne wrażenie sprawiły na nim wsie-widma, czyli wsie zupełnie pozbawione ludzi, w których żyły dzikie zwierzęta. Pamiętajmy, że mówimy o latach 1581-1582, czyli okresie po zakończeniu tych największych najazdów tatarskich, oraz po zakończeniu wojny z Rzeczpospolitą, ale jeszcze przed Wielką Smutą z początku XVII wieku.


HETMAN ŻÓŁKIEWSKI i HUSARIA NA KREMLU



Possevino opisywał również charakter i ducha bojowego poddanych cara Iwana IV i często przeczył w tym wypadku relacjom polskim, które przypisywały Moskalom tchórzostwo oraz fanatyzm religijny (pisałem już kiedyś o tym jak w polskich relacjach z lat 1609-1612 i 1617-1618 opisywane były przykłady fanatycznego wręcz zawierzenia ludu moskiewskiego obrazom świętych, które traktowane były na zasadzie odrębnego bóstwa. Np. wysłany po prowiant rotmistrz chorągwi jazdy Kotowskiego - operującej w rejonie Moskwy, w której to na Kremlu stacjonował ze swą jazdą i piechotą Aleksander Gosiewski, w Kitajgrodzie - Zborowski, a w moskiewskim Białygrodzie - Borkowski, Wejher i Kazanowski - opisywał w swym pamiętniku, że spotkał w lesie ruskich chłopów, którzy niszczyli święte obrazy tylko dlatego, że coś im w życiu nie wyszło, a zawierzyli swoje życie bóstwu świętego obrazu i gdy tylko ono ich zawiodło, natychmiast się na nim mścili, rozbijając je. Gdy zaś wymodlili dla siebie jakieś profity, ozdabiali święte obrazy i palili tam świece oraz znosili wszelkiego typu dary). Possevino co prawda pisał o tym, że Polacy i Litwini w otwartym polu są niepokonani, ale za to Moskale częściej zdobywają twierdze i potrafią się w nich dobrze umacniać i okopywać. Twierdził też, pisząc o Moskowii, że: "Często nawet kobiety biorą na siebie obowiązek żołnierzy - gdy trzeba przynosić wodę do gaszenia ognia, lub gromadzić i zrzucać z wałów wielkie kamienie lub ciskać zaostrzone drągi (...) Jeśli ktoś z załogi padnie od ciosu nieprzyjaciół lub w wyniku eksplozji wyleci w powietrze, zaraz zajmuje jego miejsce inny (...) - jednym słowem nikt nie żałuje trudu ani życia. Zahartowani na zimno często przed nim oraz przed deszczem, śniegiem i wiatrem, kryją się tylko pod wiązką gałęzi lub płachtą rozpostartą na wbitych kijach (...). Także na głód są bardzo wytrzymali, zadowalają się wodą zmieszaną z mąką owsianą. Opowiedział mi król Polski (mowa o Stefanie Batorym), że w twierdzach inflanckich napotykano takich, którzy dość długo odżywiali się w ten sposób i że gdy już prawie wszyscy wyginęli, ci, którzy pozostali, ledwie żywi, wciąż jeszcze obawiali się, czy przez oddanie się w niewolę nie łamią przysięgi złożonej swemu księciu, że służyć mu będą aż do  śmierci. Na tym właśnie polega ich siła, dzięki której są zdolni do największego bohaterstwa". W tym miejscu wydaje się jednak - biorąc pod uwagę inne źródła z tamtej epoki - że informacje na temat bohaterstwa Moskali są mocno przesadzone.

Państwo moskiewskie w tamtym czasie pozbawione było dostępu do morza (mam tu oczywiście na myśli niezamarzające zimą morze, dzięki któremu można by było uruchomić handel z Europą, do czego Iwan IV dążył. Co prawda od 1555 r. istniała w Archangielsku angielska Kompania Moskiewska (notabene pismo powołujące do życia ową kompanię - założoną przez królową Marię I Tudor - i wysłaną ponownie szlakiem północnym przez Morze Białe do Moskwy, w celu akceptacji i złożenia podpisu przez cara Iwana IV, napisane zostało w trzech językach wówczas międzynarodowych na dużych obszarach Europy: po grecku, po włosku i po polsku. Trzeba pamiętać również i o tym, że gdy jeszcze pod koniec XVII wieku Moskale zawierali traktat handlowy z Chinami, spisywano go także w trzech językach, w języku mandaryńskim, w języku mandżurskim - którym posługiwała się dynastia Qing, oraz... w języku polskim, wówczas oficjalnym języku dworu moskiewskiego). Mimo zawarcia tego układu handlowego z Anglią, realnie państwo moskiewskie Iwana IV było pozbawione dostępu do ciepłego morza i realnie tym samym uniemożliwiony był handel z Europą zachodnią. Dlatego też Iwan rozpoczął wojnę o Inflanty, których zdobycie z takimi portami jak Narwa, Rewel, Dorpat czy Ryga umożliwiłoby mu podjęcie ekspansji handlowej i pozwoliło Rosji uzyskać morskie okno na Europę a tym samym na Świat.

Possevino również pisał, że poziom wykształcenia Moskali jest dramatycznie niski: "Nie ma tam też żadnych szkół średnich ani akademii, lecz tylko szkoły (mowa o  szkołach cerkiewno-diakowskich), w  których chłopcy uczą się czytania i pisania na Ewangeliach, Dziejach Apostolskich, kronice i  na jakichś homiliach, przede wszystkim Jana Chryzostoma". Stan wykształcenia duchowieństwa prawosławnego był według Possevina jeszcze gorszy gdyż: "Nie posiadają oni książek ani wykształcenia teologicznego". I rzeczywiście, pierwsze prawosławne książki w języku ruskim, zostały wydane w Krakowie na początku XVI wieku w tamtejszej drukarni Szwajpolta Fiola. Pierwsza drukarnia w Moskwie i w ogóle na ziemiach którymi władał Iwan IV, powstała dopiero w roku 1564, a założyli ją dwaj przyjaciele - Iwan Fiodorow i Piotr Mścisławiec. Wydali oni tylko jedną książkę "Apostoł - czyli dzieje apostolskie". Istnienie jednak drukarni zostało odebrane przez mieszkańców Moskwy jako obraza Boga i już na przełomie 1564 i 1565 r. dochodziło do ataków na nią (wybijania okien i prób podpalenia). Ostatecznie została ona zdemolowana i podpalona w styczniu lub lutym 1565 r. a jej właściciele - w obawie o własne życie - czym prędzej uciekli do Wilna. Tak więc na długie dekady zakończyła się próba założenia w Moskwie drukarni, która drukowałaby słowo pisane i tym samym rozpowszechniała wiedzę wśród kapłaństwa i bojarów (co ciekawe i to warto również powiedzieć - w takiej Rzeczpospolitej łacina była nie tylko językiem szlachty i duchowieństwa, lecz również językiem mieszczan a nawet chłopów, gdyż dzięki szkołom przykościelnym i przyklasztornym ludność uczyła się tego języka i był on realnie drugim językiem w Rzeczpospolitej, o czym przekonał się pewnego razu francuski podróżnik, gdy krakowski woźnica zwrócił się do niego w pięknej mowie Cycerona i Horacego).


CAR IWAN IV GROŹNY




 Ojciec Antonio Possevino przedstawił również w swej książce postać Iwana IV Groźnego którego spotkał na własne oczy. Oto jego opis: "Jego ubranie wyróżniało się spośród innych blaskiem i wspaniałością. W  złote szaty wszyte były drogie kamienie, z ramion zwisał płaszcz wykonany w taki sam sposób (...) W ręku trzymał srebrny posoch podobny do biskupiego pastorału, także wysadzany kosztownościami. Moskwicini nazywają go "possok" (...) Miał na sobie dwa łańcuchy złożone z przeplatających się kuleczek złotych i dużych drogocennych kamieni. Jeden z łańcuchów zwisał na piersi, na drugim zaś nieco krótszym wisiał złoty krzyż długości dłoni, szeroki na dwa palce". Dalej Possevino pisał, iż Iwan odznaczał się wyjątkową pychą i gdy tylko wspomniał o władcach chrześcijańskich z innych krajów, ten rzekł: "A jacyś to są władcy na świecie?" Dalej papieski wysłannik opisuje charakter narodowy Moskali i ich wręcz niewolnicze przywiązanie do władzy. Władzy, która odbiera im wolność i godność: "Wszyscy Moskwicini oddają władcy taką cześć, jakiej nie można sobie wyobrazić. Często dają głośny wyraz - nawet jeśli w to nie wierzą - temu, że od niego mają życie, zdrowie i wszystkie dobra doczesne, że wszystko zawdzięczają łasce Bożej i łaskawości wielkiego cara (...) Jeśli chodzi o tytuły królewskie, a nawet cesarskie, to książę nie stara się o nie gdzie indziej, ponieważ sam je sobie przywłaszczył". Jednocześnie Possevino pisze, że Iwan wymyślił sobie swoją własną genealogię w którą wierzy i która ponoć wywodzi się od niejakiego Prusa, syna cesarza Oktawiana Augusta, którego ten osadził nad Wisłą, a potomkiem Prusa był Ruryk - założyciel dynastii Rurykowiczów. Rosja też według Iwana miała należeć do najstarszych krajów świata i jak twierdził car: "Przeto w tym samym czasie, gdy wy w Italii, my w państwie moskiewskim przyjęliśmy wiarę chrześcijańską, którą zachowaliśmy nieskażoną".




Possevino (jak już wspomniałem wyżej) odbył dwie podróże do Moskwy. Pierwsza rozpoczęła się w marcu 1581 r. i trwała kilka miesięcy, drugą zaś rozpoczął w lutym 1582 r. Między tymi podróżami miała miejsce śmierć syna i następcy cara - Iwana Iwanowicza, którego ojciec osobiście zamordował, uderzając go posochem w głowę w Słobodzie Aleksandrowskiej  (listopad 1581 r.). Według według słów Possevina całe zdarzenie wyglądało następująco. Któregoś dnia car Iwan zastał swoją synową Helenę (wywodzącą się ze znanego rodu bojarskiego Szeremietiewów) odpoczywającą w pałacu na jednej z ław w samej tylko koszuli. Moskiewskim zwyczajem było wówczas, że kobiety szlachetnego rodu musiały wkładać na siebie co najmniej trzy koszule aby ukryć swe ciało i swą nagość, jednak Helena była wówczas w ciąży i zapewne było jej niewygodnie w tylu strojach. Widząc to Iwan (a będąc prywatnie religijnym fanatykiem - notabene potrafił mordować ludzi osobiście w najbardziej okrutny sposób, np. po ułożonych na ziemi jeden przy drugim i związanych więźniach, przejeżdżał końmi lub karocą tak długo, aż tryskały z nich wnętrzności. A jednocześnie potrafił się długo i niezwykle intensywnie modlić. Oczywiście nie mam tutaj nikomu za złe, że ktoś się modli, bowiem modlitwa realnie jest drogą do Boga. Problem tylko polega na tym, że ten człowiek modlił się w trakcie popełniania zbrodni - jak choćby podczas mordowania mieszkańców Nowogrodu Wielkiego - co dla mnie jest zupełnym kuriozum), Iwan okrutnie pobił swoją synową. Słysząc krzyki i płacz swej małżonki, przybiegł tam syn i następca cara - Iwan, który starał się zasłonić żonę swym ciałem przed ciosami ojca. Car jednak jak zwykle był w swym szaleńczym transie, w czasie którego nie myślał logicznie, tylko bił i mordował - i tak też stało się w tym przypadku. Czerwony ze złości władca - widząc że syn próbuje osłonić swą żonę przed jego ciosami - chwycił w ręce leżący nieopodal posoch i uderzył nim potomka w skroń. Gdy książę osunął się na ziemię, Iwanowi wróciła świadomość. Widząc co uczynił, starał się nie dopuścić do zgonu syna. Przeniesiono księcia do jego komnat i opatrzono mu głowę, jednak szybko pojawiła się wysoka gorączka i po pięciu dniach od owego zdarzenia, Iwan Iwanowicz zmarł w wieku zaledwie 27 lat.

Na tym należałoby zakończyć opis państwa moskiewskiego ręki Antonio Possevina - nuncjusza papieskiego wysłanego do Rzeczpospolitej, który miał również za zadanie przyjrzeć się państwu carów moskiewskich.




CDN.

poniedziałek, 18 maja 2020

GDY MOSKWA MÓWIŁA PO POLSKU - Cz. I

"EQUES POLONUS SUM OMNIBUS PAR"





 Już od pewnego czasu zastanawiałem się nad tematem, w którym mógłbym opisać i pokazać w jaki sposób Polska opanowała Rosję. Nie mam jednak na myśli działań militarnych (a przynajmniej nie tylko), a raczej ekspansję kulturową i językową, która w XVI a szczególnie XVII wieku całkowicie opanowała Moskwę (w rozumieniu politycznych i religijnych elit rosyjskich). Odkładałem jednak ten temat z różnych przyczyn na czas nieokreślony, ale ostatnio tak jakoś się złożyło, że "wpadłem" na kanał na YouTube, na którym ponownie "produkuje" się pan Aleksander Jabłonowski vel Wojciech Olszański (z jeszcze jakimś panem z Moskwy o nazwisku Poręba - chyba Polakiem - ale zapewne tylko z urodzenia - mniejsza z tym) i tak sobie pomyślałem że w dzisiejszym świecie, ze względu na codzienny natłok informacji, większość z nas całkowicie ulega pięknym manipulacjom, podanym nam w ładnym opakowaniu i nie wymagającym dalszej weryfikacji. Trudno się temu zresztą dziwić, gdyż nie każdy ma zarówno czas jak i ochotę, aby bawić się w weryfikację informacji które codziennie wtłacza się nam do głów. A niestety idą takie czasy, że rzetelna informacja będzie dobrem bardzo trudno dostępnym i wielce kosztownym. Kto będzie chciał poznać prawdę, będzie musiał sporo za to zapłacić (i to niestety nie zawsze pieniędzmi - dużo gorzej gdy płaci się własnymi przekonaniami lub życiem). Dlatego uważam że weryfikacja informacji jest niezwykle ważna, bo tylko poznawszy pełne spektrum motywów - jesteśmy w stanie wyrobić sobie własne zdanie na każdy istotny pogląd. Oczywiście nie jest to łatwe, gdyż, aby spróbować wyrobić sobie dany pogląd, należy mieć dostęp do kilku lub kilkunastu (często wzajemnie sprzecznych) źródeł i dopiero wówczas można (np. za pomocą dedukcji), podjąć się tego trudnego zadania posiadania nie tylko własnego poglądu na dany temat, ale przede wszystkim wiedzy - która jest niezbędna do dalszego intelektualnego rozwoju nas, jako ludzkości. 

I właśnie słuchając ostatnio wypowiedzi pana Jabłonowskiego vel. Olszańskiego i pana Poręby, miałem nieodparte wrażenie wciskania mi na siłę kitu, który co prawda podany został dość znośnie (na podstawie wydarzeń historycznych), tak, iż w zasadzie nie było się do czego doczepić na pierwszy rzut oka. Problem polega jednak na tym, że owi panowie nie mówią całej prawdy (mam tutaj na myśli ich film z rocznicy 9 maja - jako "dnia wyzwolenia", w którym choćby znalazło się stwierdzenie że polska flaga, jako jedyna prócz sowieckiej, powiewała nad gmachem zdobytego Reichstagu. To prawda, należy jednak pamiętać że biało-czerwony sztandar powiewał tam zaledwie przez chwilę, gdyż Sowieci nie zamierzali dzielić się zwycięstwem zdobycia Berlina i nakazali usunąć polską flagę. Polska flaga powiewała zaś na Kolumnie Zwycięstwa w parku Tiergarten) I takich przykładów jest całe mnóstwo w ich wypowiedziach. Ale mniejsza z tym, bowiem to nie pan Jabłonowski/Olszański ani też pan Poręba (też zapewne jakiś lepszy cwaniak), są bohaterami dzisiejszego tematu. Ci panowie (a raczej ich kliniczna rusofilia, którą należałoby raczej nazwać "moskofilią" - a która działa na mnie jak przysłowiowa płachta na byka, choć może to nieco przesadzone porównanie - i to nie dlatego że nie lubię Rosji czy Rosjan, wręcz przeciwnie. Rosjan uważam za wspaniałych ludzi - choć ciężko mi zrozumieć rosyjską naturę - którym jednak przyszło żyć w parszywym systemie, w parszywym kraju. Tak - parszywym kraju, ponieważ Rosja jest anomalią, która istnieje tylko po to, aby żerować na innych krajach i narodach, w tym także - a może nawet przede wszystkim - na zwykłych Rosjanach, na własnych obywatelach. Nie jestem antyrosyjski i nigdy takowym się nie stanę, jestem za to  zdecydowanie antymoskiewski - co oczywiście też nie tyczy się Moskwy jako miasta, a kultury politycznej i ideologii sprawowania władzy - i uważam że JEDYNYM antidotum na moskiewską anomalię jest... rozpad Rosji na jak najmniejsze ośrodki, całkowicie od siebie niezależne. Jak ogromną korzyść przyniosłoby to zwykłym Rosjanom - zapewne nie muszę dodawać, a cały świat nareszcie odetchnął by z ulgą), tak więc, ci panowie jedynie zainspirowali mnie do jego napisania.

A w temacie tym - jak wyżej - pragnę zaprezentować triumf kultury polskiej i polskiego języka, który aż do czasów cara Piotra I, panował w ówczesnej Rosji. Dziś bowiem o tej tradycji nie ma pojęcia nie tylko zwykły Rosjanin, Niemiec, Francuz, Włoch, Brytyjczyk czy Amerykanin, ale nawet zwykły Polak. Lata komuny i wtłaczania w mózgi naszych rodziców i dziadków jedynie słusznej idei Marksa i Lenina, podlanej skwaśniałym sosem topornej (choć powtarzanej do znudzenia, więc i z czasem skutecznej) ruskiej propagandy - zrobiły swoje. Znam osoby które po dziś dzień nie potrafią się wyzwolić ze strachu przed Rosją, tak jakby rzeczywiście było czego się bać. Dzisiejsza Rosja jest bankrutem, a będzie tam tylko gorzej. Ropa tanieje, aktywy spadają, a ujemny bilans w rosyjskim budżecie sięga już ponad 20 miliardów (a są to prognozy najbardziej optymistyczne dla Rosji), tak więc doprawdy nie ma się czym ekscytować czy obawiać. Rosja dziś, to państwo stojące nad przepaścią, pytanie tylko który z tamtejszych polityków ostatecznie wykona ten "wielki krok naprzód" i doprowadzi do likwidacji tej anomalii. Ale wróćmy do tematu. Początkowo nie miałem koncepcji jak to w sposób logiczny i uporządkowany pokazać, choć już pewne zarysy koncepcji układają się w mojej głowie, gdyż nie chciałbym się skupiać na działaniach militarnych, które raczej nie przyczyniają się do dominacji kulturowej państwa z którym toczy się wojnę - choć mogą stymulować pewne procesy na przyszłość (i tak właśnie było po interwencji Rzeczpospolitej w Moskwie w latach 1610-1612 i 1617-1618). Ale pewne procesy dominacji kulturowej (i językowej) ówczesnego państwa polsko-litewskiego w Rosji, zaczęły się znacznie wcześniej, bowiem już w XVI wieku (a częściowo nawet w XV). Zatem przejdźmy do tematu i spójrzmy w jaki sposób doszło do kulturowej dominacji Polski nad Rosją.         






RZYM kontra BIZANCJUM






 Polacy i Rosjanie wywodzą się z tego samego, słowiańskiego korzenia genetycznego. Tak mówi oficjalna nauka i genetyka (choć według mnie nie jest to do końca prawda i bardzo łatwo jest odróżnić Polaka od Rosjanina, a taki Feliks Dzierżyński - twórca sowieckiej bezpieki - potrafił odróżnić te dwie nacje bez większego problemu i co ciekawe tych pierwszych puszczał z reguły wolno, a tych drugich... A dziś Rosjanie uważają go za jednego ze swoich bohaterów narodowych i to człowieka, który na pytanie: "Dlaczego w Rosji zabiliście tyle tysięcy ludzi", odparł: "Ja nie zabijam ludzi, ja zabijam Ruskich" - pisałem już o tym w temacie: "Wspaniałym kumplem był dla nas Felek..."). Ale jeśli chodzi o kulturę polityczną i tradycję historyczną, to przepaść pomiędzy narodem polskim a rosyjskim jest przeogromna. Wynika to z odmiennych dziejowych doświadczeń. Już rosyjski filozof i pisarz - Piotr Czaadajew stwierdził że Rosja jest: "krajem bez historii", o czym pisałem już w innym temacie: "Czaadajew przeanalizował historię Rosji w trzech wymiarach czasu: przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Wnioski do których doszedł, wprawiły autora w stan zupełnego pesymizmu, stwierdził wręcz że zupełnie niepotrzebne jest istnienie nie tylko państwa rosyjskiego, ale wręcz kwestionował jakąkolwiek wartość rosyjskiej cywilizacji. Rosję uważał za kraj opuszczony przez Opatrzność, kraj w którym zabrakło idei "obowiązku, sprawiedliwości i porządku. Pisał: "Rośniemy, ale nie dojrzewamy, idziemy naprzód, ale po linii krzywej, czyli takiej, która nie prowadzi do celu". Czaadajew, jako jeden z niewielu XIX-wiecznych pisarzy i myślicieli rosyjskich, krytykował rosyjską Cerkiew prawosławną, w niej to właśnie upatrując zacofania cywilizacyjnego i moralnego Rosjan. Kolejnym przykładem, który jest podbudową jego tezy o "Rosji, jako kraju bez historii", jest stwierdzenie że w Rosji nigdy nie było baroku, nigdy nie było epoki "odrodzenia", nigdy też nie pojawiła się epoka średniowiecza. Rosja "zatrzymała się" w czasach podboju mongolskiego i taki stan w niezmienionym kształcie przetrwał co najmniej do początków XVIII wieku, a i wówczas nastąpiła jedynie powolna i cząstkowa "europeizacja elit" - naród pozostał wciąż w "okresie wojen mongolskich z XII i XIII wieku". Czaadajew Pisał: "Gdy cały świat przebudowywał się od podstaw myśmy nie wznieśli nic nowego, po dawnemu siedzieliśmy skuleni w dawnych chałupach z bierwion i słomy. Jednym słowem losy ludzkości wykuwały się bez nas".

I oto właśnie chodzi, najazd mongolski nie tylko zatrzymał wschodniosłowiańskie plemiona ruskie na etapie kształtowania wspólnot państwowych, ale wręcz cofnął Rosję w rozwoju, i tam gdzie na Zachodzie ekscytowano się turniejami, rycerskością, galanterią wobec dam, subtelną grą miłosną, (utrwalaną choćby w takich dziełach jak: "Tristan i Izolda" czy "Powieść o Róży"), oraz całym dorobkiem antyku - w Rosji panowała ideologia "Trzeciego Rzymu" i swoistego "błogolepije" - czyli pokory wobec władzy i nieuzewnętrzniania własnych uczuć. Dlatego też porównanie tradycji kulturowej Polski (Litwy lub nawet Rusi) z tradycją Moskwy, aż nadto rzuca się w oczy i przypomina spotkanie dwóch zupełnie obcych sobie cywilizacji. Różnice były widoczne nie tylko w kulturze czy języku, ale i w tradycji politycznej. Rosja (Moskwa) uważała się za "Trzeci Rzym", ale w jego despotycznym, bizantyjskim wydaniu, podczas go Polska (Rzeczpospolita) miała się za następcę tradycji rzymskiej republiki z jej zgromadzeniami ludowymi - czyli sejmami i sejmikami - i wolnością ludu. Nie mogło być zatem zgody, póki jedna ze stron nie zostałaby zdominowana przez drugą stronę i póki nie przyjęłaby obcej sobie kultury, kształtując się przy tym od nowa. Taka dominacja kulturowa została w ciągu wieków przeprowadzona zarówno przez jedno jak i drugie państwo i w obu przypadkach poniosła ona klęskę. Należy bowiem pamiętać, że w czasach Rzeczpospolitej Obojga Narodów, Polska miała dość skuteczną służbę informacyjno-propagandową, która całkowicie zdominowała obraz Rosji na dworach Zachodniej Europy, przedstawiając ten kraj (może nie do końca, ale w dużej mierze prawdziwie), jako "Wschodnią Barbarię" - kraj dzikich ludzi. O skuteczności polskiej polityki informacyjnej świadczą chociażby noty, wysyłane na zachodnie dwory (i do Rzymu), prezentujące wojnę z Rosją (z lat 1579-1582) jako kampanię przeciwko barbarzyńcom, a ponieważ oręż polski wszędzie wówczas święcił triumfy, przeto cała Europa mówiła w tej sprawie głosem Polaków (podobnie było i w konfrontacji ze Szwecją, gdy po zwycięstwie pod Kircholmem z 1605 r. - choć zwycięstwo to rzeczywiście było ogromne, to jednak zostało dodatkowo "sprzedane" w Europie jako największa dziejowa wiktoria i to do tego stopnia, że listy gratulacyjne płynęły nie tylko od papieża, króla Francji, Anglii czy Hiszpanii, ale nawet od sułtana tureckiego i szacha perskiego - co świadczy dobitnie o skuteczności ówczesnej służby propagandowo-informacyjnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów).

Rosjan pokazywano w Europie jako barbarzyńców. W wydanym (w latach 1600-1602) w Augsburgu dziele Dominika Custosa, pt.: "Atrium heroicum ceasarum", Rosjanie są ukazani - obok Turków i Persów - jako barbarzyńcy i odszczepieńcy, przed którymi Europa powinna się bronić. Nie trzeba zapewne dodawać, że informacje czerpał Custos od Polaków (np. z kręgów zbliżonych do kanclerza Zamojskiego). Mimo to, Polacy byli otwarci i cierpliwi, oczekując pojednania z Moskalami. Polityka jedno, a wzajemne kontakty drugie i powoli, ale konsekwentnie coraz częściej do Rosji zaczęły przenikać prądy kultury europejskiej (czyli tradycji grecko-rzymskiego antyku), ale nie tylko. To właśnie w Polsce (w krakowskiej drukarni Sebalda Fioła) w 1491 r. wydrukowano pierwszą na świecie książkę pisaną cyrylicą. W 1586 r. w Wilnie wyszła drukiem pierwsza gramatyka cerkiewnosłowiańska (wznowione wydanie wyszło we Lwowie w 1591 r.), jak i wiele innych dzieł literatury i kultury bizantyjskiego Wschodu. W 1600 r. Polacy zaproponowali Rosjanom zawarcie wspólnej unii politycznej, na kształt Unii Lubelskiej z 1569 r., która tworzyła jeden kraj z dwóch państw i co najmniej trzech narodów (polskiego-litewskiego i ruskiego). Mało tego, chcieli się podzielić z moskiewską szlachtą (bojarami) swymi przywilejami i swą wolnością, aby tym samym umożliwić Rosjanom szybszą nie tylko europeizację, ale przede wszystkim polonizację (należy bowiem pamiętać, że wolność słowa, wyznania i poglądów, panująca w ówczesnej Rzeczpospolitej, była utożsamiana właśnie z polskością. I nie miało żadnego znaczenia czy był to polski czy litewski szlachcic, lub ruski czy moskiewski bojar - jeśli tylko przyjmowali kulturę polityczną Rzeczpospolitej i akceptowali swobodę wyznawania własnych poglądów - byle tylko nie obrażało to Boga i króla - to byli nazywani właśnie Polakami, a ich narodowość nie miała wówczas żadnego znaczenia. Polski szlachcic co prawda szanował swego króla - i prawo tworzone na sejmach - ale w żadnym razie nie uważał się za gorszego od niego. Król nie był wcale żadnym "bożym pomazańcem" jak to miało miejsce w monarchiach Europy, a jedynie swoistym: "Primus inter pares" - "Pierwszym wśród równych". Stąd też wzięła się owa słynna łacińska sentencja, określająca polskiego szlachcica - "Eques Polonus sum omnibus par" - czyli "Jestem szlachcicem polskim, równym wszystkim").




O pozycji polskiego szlachcica względem króla, niech świadczą słowa hetmana wielkiego koronnego - Jana Zamojskiego, wypowiedziane na sejmie (styczeń-marzec 1605 r.): "Na imię Boga, zaklinamy cię więc królu! Nie zapominaj, że Szwecyja cię zrodziła, Polska przyjęła i karmi; Polska twoją matką i blaskiem twoim; kochaj ją, kochaj twoich poddanych, jeżeli chcesz zestarzeć się pomiędzy nami", a gdy wzburzony król poderwał się z tronu i chwycił za rękojeść szabli, Zamojski wówczas rzekł: "Królu! Nie rwij się do oręża aby potomność ciebie Cezarem, nas nie nazwała Brutusami. Jesteśmy wyborcami królów, a pognębicielami tyranów; króluj nam, nie panuj!". Nie muszę chyba pisać czym dla moskiewskiego cara był rosyjski bojar, bo to zapewne jest jasne. Dodam jedynie że traktowany był niczym niewolnik będący na służbie u swego pana, który do woli mógł w każdej chwili uczynić z nim co tylko chciał - zabić, zgwałcić mu żonę i córki, czy wtrącić do lochu bez wyroku sądowego do końca jego życia. Nie jest też zapewne wielce niezrozumiałym stwierdzenie, że wolność, jaka panowała w Rzeczpospolitej, musiała nęcąco oddziaływać na wielu rosyjskich wielmożów - niestety, car (zapewne w obawie o swoją pozycję) nie zgodził się wówczas na unię i nie doszło do stworzenia wspólnego państwa, które bez wątpienia byłoby wówczas największe na świecie. Oczywiście potem, gdy Rzeczpospolita znacznie osłabła - owa wolność została ukazana jako anarchia i warcholstwo polityczne, co jednak - do czasów rozplenienia się liberum veto - nie było prawdą. Ustrój polityczny Rzeczpospolitej Obojga Narodów opierał się na konsensusie i "ucieraniu" i nie przypominał anarchii, gdyż posłowie tak długo radzili, póki wszyscy nie przyjęli wspólnego stanowiska. Ustawy bowiem przechodziły jednomyślnie a nie większością głosów, stąd też tak wielkie spustoszenie wyrządzali w drugiej połowie XVII i w XVIII wieku swym wetem, opłacani przez obce dwory - warchołowie. Swoją drogą sam fakt, że w Rzeczpospolitej, w której żyło kilka nacji i dwa główne narody polityczne - przez kilka wieków skutecznie udawało się "ucierać panów braci" w taki sposób, że ostatecznie zawsze dochodziło do wspólnej zgody. To był ogromny wkład naszych przodków (ja także pozwalam sobie tak mówić, choć moja rodzina od strony ojca w tym czasie żyła gdzieś w północno-zachodnich Niemczech, a może nawet we Flandrii? Ale ratuje mnie jeszcze rodzina od strony mamy 😉) w kształtowanie się europejskiej kultury politycznej. 

W latach 1604-1609 polscy magnaci i szlachta, zaangażowali się we wprowadzenie na rosyjski tron, dwóch samozwańców (I i II Dymitra), celem podporządkowania Rosji Polsce na drodze politycznej. Ostatecznie plany te zakończyły się porażką, ale jednocześnie spowodowały wybuch wojny polsko-rosyjskiej, prowadzonej w latach 1609-1618. Po zwycięstwie nad połączonymi siłami moskiewsko-szwedzkimi w bitwie pod Kłuszynem - 4 lipca 1610 r. (przy czym siły rosyjsko-szwedzkie miały ponad pięciokrotną przewagę liczebną), Polacy zajęli Moskwę i obsadzili Kreml (gdzie stał ze swoimi chorągwiami hetman Żółkiewski i Gosiewski - który pełnił funkcję gubernatora Moskwy, Zborowski stał w Kitajgrodzie - kontrolując wszystkie baszty i bramy Moskwy, zaś chorągwie Kazanowskiego i Wejhera zajęły Białogród. Prócz tego Chluski, Oszański, Kotowski i Hreczynin stali ze swymi chorągwiami pod Moskwą w klasztorze Nowodziewiczym). Do polskiej niewoli dostał się rosyjski car - Wasyl IV Szujski. Poza tym w 1610 r. poddały się Polakom takie miasta jak: Włodzimierz, Rżew, Wiaźma, Zubcow i Możajsk, Wielkie Łuki, Toropiec, Czaranda, Perejesław Riazański, Jarosław, Niżny Nowogród, Wołogda, Kołomna, Tuła i jeszcze kilka innych. W czerwcu 1611 r. zdobyto Smoleńsk (utracony przez Litwę w 1514 r.), a w październiku 1611 r. car Wasyl IV, jego żona i bracia, zostali przewiezieni do Warszawy, gdzie na sejmie złożyli hołd królowi Rzeczpospolitej - Zygmuntowi III. Ów hołd ruski, był cierniem w oku Moskali, którzy starali się zatrzeć wszelkie jego ślady, tak aby pamięć o tym fakcie nie przetrwała (wczasach zaborów czy komuny, nie wolno było o tym nawet wspominać, bowiem świadczyło to o upadku Rosji i złożeniu przez nią hołdu lennego Polsce). Ostatecznie prawosławny patriarcha Moskwy i Rusi (przebywający w polskiej niewoli) - Hermogenes zaczął nawoływać do zbrojnego oporu przeciwko "litewskim ludziom" (co ciekawe - nie mówiono wówczas o wojskach polsko-litewskich, a właśnie o "litewskich", co było niewątpliwie pozostałością po czasach walk Moskwy z Wielkim Księstwem Litewskim w XV i XVI wieku) i w styczniu 1611 r. wybuchł bunt w Riazaniu tamtejszego wojewody - Prokopa Lapunowa (do którego potem przyłączyli się: książę Wasyl Masalski z Włodzimierza, Iwan Zarucki z Kaługi, Jurij Prosowiecki z Suzdala, Iwan Wołyński z Jarosławla, Fedor Wołkoński z Kostromy, a także Dymitr Trubecki i Fedor Kozłowski. Dowództwo zaś nad nimi objął ostatecznie książę Dymitr Pożarski, wsparty przez kupca - Kuźmę Minina - ci dwaj ostatni stali się właśnie symbolami walki Moskali z "polską inwazją", a ich pomnik stoi dziś na Placu Czerwonym w Moskwie, zaś od 2005 r. dzień "wypędzenia polskich okupantów z Moskwy" - jest największym świętem państwowym Federacji Rosyjskiej, które zastąpiło święto Rewolucji Październikowej). W marcu 1611 r. w Moskwie wybuchło powstanie, które co prawda zostało stłumione, ale okrucieństwo, jakim wykazali się wówczas Polacy i Litwini, doprowadziło do odpadnięcia ostatnich rosyjskich zwolenników panowania 16-letniego królewicza Władysława (syna króla Zygmunta III) jako kolejnego rosyjskiego cara.




Gdy Moskale pod Pożarskim i Mininem podeszli pod Moskwę, wojska polsko-rosyjskie spaliły dużą część miasta, dzięki czemu uniemożliwiono Rosjanom zablokowanie Moskwy i wyparto ich siły za Skorodom (na dalekie przedpola). Polacy utrzymali się na Kremlu, w Kitajgrodzie i Białygrodzie. W czerwcu 1611 r. pod Moskwę podeszły chorągwie starosty uświckiego - Jana Piotra Sapiehy, rozkładając się obozem w pobliżu traktu twerskiego i próbując przedrzeć się z prowiantem dla oblężonych, ale aż do sierpnia mu się to nie udało. Ostatecznie w sierpniu Sapieha i Gosiewski, przeprowadzili połączony atak na siły rosyjskie blokujące Moskwę i udało im się wyprzeć Moskali z kilku wcześniej zajętych terenów, oraz wprowadzić posiłki i prowiant do Moskwy. Jesienią 1611 r. Moskale wyraźnie osłabli i zaczęło im brakować sił do dalszej walki, ale wówczas zdarzyło się coś, co zupełnie odwróciło sytuację pod Moskwą. W październiku w Moskwie zmarł Sapieha, a jego żołnierze postanowili w takiej sytuacji powrócić do Rzeczpospolitej. Potem jeszcze do Moskwy przebijał się hetman wielki litewski - Jan Karol Chodkiewicz, Franciszek Nikodem Kossakowski i Samuel Korecki, ale sytuacja oblężonych pogarszała się w zatrważającym tempie (dochodziło nawet do przypadków kanibalizmu). Po długich walkach (oraz ponownym gromadzeniu żywności dla oblężonych przez hetmana Chodkiewicza w Homlu) i po zjedzeniu wszystkich "koni, psów, kotów, szczurów i rzemieni" obrońcy Moskwy musieli skapitulować - 6 listopada 1612 r., po dwóch latach i trzech miesiącach polskiego panowania na Kremlu. W 1613 r. rosyjski Sobór Ziemski wybrał nowego cara, którym został syn uwięzionego przez Polaków, nowego patriarchy Moskwy Filareta - Michał Romanow, założyciel dynastii Romanowów. W 1617 r. doszło do kolejnej polskiej wyprawy na Moskwę, tym razem pod osobistym dowództwem królewicza Władysława (choć prawdziwym wodzem był hetman Jan Karol Chodkiewicz - którego jako znanego choleryka - często prowokował młody Władysław, co znów powodowało że tamten się oburzał, a nawet chwytał za szablę - tak, jak to było wówczas, gdy rozpędzony Władysław, jadąc galopem, klepnął hetmana w plecy i ruszył dalej, a wielce oburzony Chodkiewicz,, rzucił się za nim w pogoń z szablą w dłoni 😄. Swoją drogą to też pokazuje stosunek jaki panował w Rzeczpospolitej wobec rodziny królewskiej, której członkowie - jeśli nie sprawowali oficjalnych stanowisk - jak król i królowa, byli traktowani na równi z innymi magnatami i szlachtą jako osoby prywatne i tak właśnie postrzegano synów króla - czyli książąt i ewentualnych - choć wcale nie oczywistych - następców tronu. Władysław po śmierci ojca jednak wstąpił na tron w 1632 r. jako Władysław IV - o nim to właśnie pisałem w serii: "Władysław IV i plany wielkiej wojny z Imperium Osmańskim" ). 

Wyprawa ta jednak, mimo zajęcia wielu nowych twierdz, ostatecznie zakończyła się podpisaniem rozejmu w miejscowości Dywilino pod Moskwą (grudzień 1618 r.), na mocy którego Rosjanie co prawda utrzymali Moskwę, ale musieli zrzec się Smoleńska i całej ziemi smoleńskiej (Smoleńsk, Biała, Dorohobuż), ziemi czernichowsko-siewierskiej (Sierpiejsk, Starodub, Czernihów, Nowogród Siewierski, Achtyrka, Trubeck), a także twierdz: Siebież i Newel. Car Michał I zrzekał się także praw do tych ziem na przyszłość, choć królewicz Władysław nie zrzekł się tytułu cara Rosji (jaki zdobył w 1610 r.). Poza tym, wszelkie łupy zdobyte w tej wojnie (w tym carską koronę z Kremla) nie zostały już zwrócone Rosji. W Warszawie zaś ustawiono kaplicę carów Szujskich (na pamiątkę hołdu ruskiego z października 1611 r.), na której znalazły się takie oto słowa (które potem Rosjanie starali się zatrzeć i wyplenić z ludzkiej pamięci): "Jezusowi Chrystusowi Synowi Bożemu, Królowi Królów, Bogu zastępów, Chwała. Zygmunt Trzeci Król Polski i Szwecji zwyciężywszy wojska moskiewskie pod Kłuszynem, przyjął kapitulację stołecznej Moskwy, przywracając Smoleńsk Rzeczypospolitej. Wasyl Szujski, Wielki Książę Moskiewski, i jego brat Dymitr, dowódca, ujęci prawem wojennym i przyjęci. Mieszkając pod strażą w Zamku Gostynińskim, tamże dokonali żywota, pomny na los ludzki, składa tu ich szczątki. I choć ci wrogowie bezprawnie władali i bezprawnie berła dzierżyli, nie zostali pozbawieni pogrzebu. Na tym wzniesionym pomniku dla powszechnej pamięci potomnych rozkazuje umieścić swoje imię". Podobna sentencja, znalazła się na Kolumnie Zygmunta III - wzniesionej przez jego syna Władysława IV w Warszawie w latach 1643-1644, a brzmiała ona: "Zygmunt III z mocy wolnej elekcji król Polski, z tytułu dziedziczenia, następstwa i prawa - król Szwecji, w umiłowaniu pokoju i w sławie pierwszy pomiędzy królami, w wojnie i zwycięstwach nie ustępujący nikomu, wziął do niewoli wodzów (moskiewskich), stolicę i ziemie moskiewskie zdobył, wojska rozgromił, odzyskał Smoleńsk, złamał pod Chocimiem potęgę Turcji, panował przez czterdzieści cztery lata, w szeregu czterdziesty czwarty król, dorównał w chwale wszystkim i przyjął ją całą".

Paradoksalnie jednak, dominacja kulturowa Polski w Rosji, rozpoczęła się dopiero po zakończeniu tych walk, o czym pisał chociażby rosyjski badacz Aleksander Lipatow: "Polskość przesiąknęła zarówno kulturę popularną, jak i wysoką państwa moskiewskiego", a "przeniknięcie pieśni polskich w codzienny byt Rosji, potwierdza dość pokaźna liczba zachowanych rękopisów". Język polski stał się oficjalnym językiem dworu rosyjskiego w drugiej połowie XVII wieku, a polonizowali się nawet przedstawiciele cerkwi prawosławnej, o bojarach nie wspominając. Język polski, polska moda i obyczaje - wdarły się nie tylko na rosyjskie dwory bojarskie, ale również do rosyjskich miast i wsi. Zaczęły powstawać pierwsze rosyjskie eposy rycerskie, wzorowane na polskich powieściach rycerskich (lecz pozbawione tego wszystkiego, co było naturalne dla przedstawicieli kultury europejskiej, a zupełnie niezrozumiałe i nieznane w Rosji, czyli dworskiej kurtuazji wobec dam oraz tradycji rycerskich turniejów i rycerskości jako takiej). Polski barok i związany z nim sarmatyzm, również bardzo silnie oddziaływał na kształtowanie się rosyjskiej kultury (w tym muzyki i architektury), to właśnie z Polski przyszły prądy, które pozwalały na przedstawianie portretów władców rosyjskich (wcześniej bowiem na ikonach można było umieszczać jedynie postaci Jezusa, Maryi i świętych), jak również bohaterów antyku: króla Persów - Dariusza III, Aleksandra Wielkiego czy Juliusza Cezara. Wielu rosyjskich bojarów budowało swoje "dacze" na polską modłę, a byli wśród nich: Sylwester Miedwiediew, Symeon Połocki, Wasilij Golicyn - ojciec i syn (o tym samym imieniu - ten pierwszy przebywał w Malborku, gdzie wręcz "zaraził się" polskością i stał się typem nowego Rosjanina - wykształconego i znającego języki). Car Aleksy I Romanow (syn i następca Michała I) i jego rodzina, wychowywani byli w duchu kultury polskiej, czego efektem był fakt, że za panowania jego syna - Fiodora III, dwór rosyjski miał wręcz obowiązek mówienia po polsku i po łacinie, a siostra Fiodora - Zofia, jako pierwsza kobieta w Rosji zerwała z dotychczasową moskiewską tradycją, zamykania kobiet w teremach (takich rosyjskich haremach) i objęła regencję po śmierci Fiodora w imieniu swych małoletnich braci - Iwana V i Piotra I (zwanego potem Wielkim). Ta zmiana była spowodowana właśnie odmiennym wychowaniem rodziny carskiej, która czerpała pełnymi garściami ze źródeł kultury polskiej, a szczególnie polskiej galanterii i kurtuazji wobec kobiet (w Polsce kobieta była bowiem równa mężczyźnie na każdym polu - choć oczywiście kobiety głosować nie mogły, ale było to akceptowane przez płeć piękną, uważającą że wojna i polityka to jest domena mężczyzn).




Pozycja żony i matki w polskiej rodzinie była przemożna. O żonie pisano: "mój drogi klejnot", "towarzysz miły", "najdroższy skarb", a często po prostu mawiano "Mój przyjaciel" (np. Franciszek Sapieha - koniuszy wielki litewski, w swym testamencie z 1683 r. pisał, że dziękuje Panu Bogu za to, że obdarzył go w życiu "najmilszym przyjacielem" - jakim była dla niego droga małżonka - Anna z Lubomirskich. Podobnie pisał Krzysztof Zawisza - wojewoda miński, dziękując Bogu że otrzymał przyjaciela w postaci swej żony - Teresy Tyszkiewiczówny). A pod nazwą "przyjaciel" krył się wyraz najpiękniejszej emancypacji kobiet w Rzeczpospolitej, bowiem widząc w żonie swego druha i przyjaciela - dawano jej tym samym pozycję równą mężowi. Zresztą od dobrej żony wymagano nie tylko urody, ale również "serca, rozumu i czynu" - czyli innymi słowy: wierności, mądrości i męstwa.

To tyle, jeśli idzie o konfrontację kultury republikańskiego "Rzymu" w uosobieniu Rzeczpospolitej Obojga Narodów, oraz despotyzmu "Bizancjum" w odniesieniu do Moskwy. W kolejnej części pokażę zaś, jak widziano Rosję w Rzeczpospolitej i Europie Zachodniej na początku XVII wieku, oraz jak w Moskwie odbierano docierające tam zachodnie wpływy dominującej kultury polskiej.                         





CDN. 
 

czwartek, 6 grudnia 2018

BLASKI I CIENIE RZECZYPOSPOLITEJ - Cz. I

CZYLI JAK ŻYŁO SIĘ W POLSCE 

(TEJ DAWNEJ, JAK I TEJ BLIŻSZEJ)

BOGATYM I BIEDNYM.

ELICIE I WŁOŚCIANOM?


"MYŚMY MIELI SIŁĘ WIĘCEJ NIŻ STWORZYĆ WŁASNE (...) PRZECIWNE PIERWIASTKI I W SOBIE JE ŁĄCZYĆ, A DO RÓWNOWAGI DOPROWADZAĆ (...) BRALIŚMY ZEWSZĄD, CZĘSTOKROĆ BEZ WYBORU, NAMIĘTNIE, POSŁUSZNI NATURZE NASZEJ, PILIŚMY JAKO GĄBKA Z JEDNEJ STRONY NEKTARY WSCHODU, Z DRUGIEJ ELIKSIRY ZACHODNIE, ALE W NAS TO OBOJE ŁĄCZYŁO SIĘ W CHEMICZNY TWÓR NOWY, KTÓRY TYLKO NASZ ORGANIZM MÓGŁ WYROBIĆ. CAŁE DZIEJE POLSKI SĄ TĄ WALKĄ, TYM PROCESEM JEDNANIA DWÓCH PRZECIWNYCH PIERWIASTKÓW"

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI





"Byliśmy kotłem, w którym gotowały się trucizny i lekarstwa" - jak to pięknie spuentował niegdyś Kraszewski, pisząc o tej dawnej Rzeczypospolitej, o tym świecie, który za jego już życia powoli zamierał jako twór polityczny, choć ostał się jeszcze w sferze kultury, tradycji i obyczajów. Dawna, szlachecka Rzeczpospolita doprawdy była kotłem, w którym gotowały się absolutyzm wschodu z dążeniem do republikanizmu i ograniczania władzy królewskich kultury zachodu. Bez wątpienia najszczęśliwszym okresem naszych dziejów, jest otwarcie się Polski o religii rzymskokatolickiej i kręgu kultury zachodniej, na cywilizację wschodu z jego bizantyjsko otokom religijną w formie prawosławia. Otwarcie się zachodniej Polski na wschodnią Litwę i Ruś, było wstępem ku wielkości, jaka w owym czasie nie śniła się w żadnym z krajów Europy Zachodniej - i od tego właśnie czasu powinniśmy rozpoczynać naszą opowieść. Gdyby bowiem Polska pozostała jedynie taką, jaka istniała jeszcze w początkach wieku XIV, czyli małą, etnograficzną i często targaną wewnętrznymi buntami Polskę, nie przetrwalibyśmy w starciu z rodzącą się potęgą żywiołów niemieckiego i moskiewskiego. Polska sprzed XIV wieku (pomimo wielokrotnych wzlotów i upadków), nie była państwem, które mogłoby cywilizacyjnie zaistnieć w historii Europy, nie przetrwałaby próby czasów i zniknęła w mrokach dziejów jak nikły inne, średniowieczne potęgi (choćby Serbia, Albania, Czechy, Węgry czy Burgundia). Otwarcie się na wschód było zbawiennym lekiem dla naszej przyszłości, stworzyło bowiem coś, co nigdzie indziej (mimo wielokrotnych prób) nie udało się nie tylko w Europie, ale i w innych zakątkach naszego globu. 

Czerpaliśmy pełnymi garściami z cywilizacji Wschodu, ale jednocześnie my sami zaprowadzaliśmy na Wschodzie porządek zachodni. Nie było wówczas na tych ogromnych połaciach Europy Środkowo-Wschodniej, silniejszego żywiołu, niż właśnie żywioł polski - NIE BYŁO!. Ani bowiem kultura niemiecka (napływowa ludność niemiecka silna była w miastach północno-zachodnich Królestwa Polskiego) nie stanowiła dla polskości żadnej konkurencji (można wręcz powiedzieć że kultura niemiecka ani w średniowieczu, ani w wiekach XV - XVIII jeszcze w ogóle nie zaistniała, czego dowodem jest fakt, iż wszyscy wielcy osiemnastowieczni władcy niemieckich państw i państewek, z Fryderykiem II Wielkim, królem Prus na czele - mówili i pisali... po francusku). Nie mówiąc już o żywiole ruskim, który nawet równać się nie mógł żywiołowi polskiemu na Wschodzie. Żywioł niemiecki w polskich miastach na zachodzie kraju, tak silny jeszcze w XIII i XIV wieku, w kolejnych dziesięcioleciach zaczął słabnąć. Jak to pięknie pisał poeta: "Krakowskiemu mieszczaństwu imiona pozostały niemieckie, a serca porosły polskie". Niemcy masowo wręcz się polonizowali i to do tego stopnia, że w kolejnych pokoleniach jedyne co pozostało z ich niemieckiej przeszłości to nazwisko i często wiara protestancka. A na Wschodzie? Tam polski pan czasem przyśpiewywał sobie dawną, ruską piosnkę, a ruski chłop uczył się polskiego - następowała prawdziwa synergia językowa pod dominacją kulturową polszczyzny. Elity tak Wschodu jak i Zachodu polonizowały się w bardzo szybkim tempie i jedynie lud prosty lub częściowo mieszczanie pozostawali wierni dawnej swojej mowie ruskiej lub niemieckiej. Co prawda na zachodzie kraju czasem śmiano się z niemczyzny, z ich "szwargotu", "harcapa" i "fraczka", to jednak Niemcy sami w sobie, nie stanowili dla Polaków żadnej konkurencji. Bać się ich nie bano, a i nienawidzić nie miano zbytnio za co (nie było jeszcze ani Fryderyka Wielkiego, ani Bismarcka ani też Hitlera). 

Rusini również (a nawet bardziej) się polonizowali. Elity ruskie bowiem widziały w kulturze i żywiole polskim znacznie mocniejszą opokę, dzięki której nie tylko utrzymają swoją pozycję, ale i ją znacznie rozszerzą. Moskwa wówczas bowiem była małym, drewnianym księstewkiem zależnym od Złotej Ordy mongolskiej i często targanym wewnętrznymi konfliktami. Litwa zaś, choć terytorialnie rozległa, nie była w stanie utrzymać na dłuższą metę integralności swego państwa, sama zresztą będąc poddana intensywnej rusyfikacji swoich elit. Dopiero związek z Polską i polskim żywiołem nie tylko zahamował ten proces, ale wręcz go wzmocnił. Dzięki wielkości ówczesnej Litwy, kultura polska dotarła aż do granic Krymu, do Moskwy i nad Dunaj. Warto tutaj jeszcze powiedzieć o pewnym zjawisku, jakie również było obecne w samej tylko Polsce, która pod tym względem znacznie różniła się od innych krajów Europy. Mianowicie o stosunku do... Żydów. Zewsząd  wyganiani i pogardzani, znaleźli w Polsce prawdziwą ostoję i bezpieczeństwo. W tym "kraju bez stosów" wrośli w tkankę społeczną tak bardzo, iż stali się nieodłączną jego częścią. Oczywiście miewali wiele wad, wśród których była częste dążenie do lichwy (zakazanej przez w Chrześcijaństwie przez Jezusa Chrystusa - który notabene był tym, co rozdzielił dawnego, brutalnego, a wręcz krwiożerczego boga Jahwe - prawdopodobnie jakiegoś dawnego demona - lub nieziemskiej istoty, co za Boga się podawała - a której Żydzi służyli i którą wielbili, uważając go za boga, od Boga Stwórcy, który miał być bogiem Izraela. To właśnie w osobie Chrystusa powstała nowa jakość wiary, która przyniosła nadzieję całemu rodzajowi ludzkiemu), ale nie potrafiono ich naprawić. Zżyli się więc ze społeczeństwem dawnej Polski tak bardzo iż nie sposób dziś również i o tym nie wspomnieć. 




Mordy na Żydów w Polsce rozpoczęły się wraz z nastaniem niemieckiej okupacji podczas II Wojny Światowej. No cóż, jak powszechnie wiadomo Niemcy są ponoć cywilizowanym narodem... a może się mylę?



A społeczeństwo to dzieliło się (podobnie jak i w innych krajach) na stany. Byli więc szlachcice, byli mieszczanie i byli wreszcie włościanie, czyli chłopi (Żydzi stanowili odrębną kategorię, dominując raczej w handlu pieniężnym). Zacznijmy może pokrótce (szerzej będę to opisywał w kolejnych pod-tematach), od stanu szlacheckiego, ale nie tego najbogatszego, a raczej tego, który się w szlachtę z rycerzy przerobił. Można by wręcz powiedzieć że Rzeczpospolita stała taką właśnie szlachtą - ze starą, głową rozmarzoną, sercem gorejącym zarówno dla sprawy kraju jak i dla własnej godności i bezpieczeństwa. Jeśli miłowali, to na na zabój, jeśli wpadali w gniew to również i zabić potrafili. Szlachta ta, miała swoje małe folwarki, swoje domostwa, których strzegła z zaciętością godną najprzedniejszych szermierzy (przecież przeniesiona na ekrany "chłopska zawziętość", która swojego broni i nie pozwoli nawet o milimetr na naruszenie swojej własności - jak choćby w komedii: "Sami swoi", gdy orząc pole, krowa Kargulów naruszyła teren Pawlaków o trzy palce, za co Kargul został potraktowany kosą a młody Pawlak musiał uciekać do Ameryki), była odpowiednikiem tego dawnego, pańskiego uporu. Panowie posiadali też w swych majątkach po kilku a niekiedy nawet kilkuset czy kilka tysięcy chłopów. Chłopi byli dla szlachty niczym mszyce dla mrówek (mrówki bronią mszyc przed biedronkami, a same korzystają z ich pracy), ale nie dochodziło do żadnego znęcania się, wbrew temu co potem głosiła komunistyczna propaganda. 

W porównaniu z tym, jak swoich chłopów traktowali możnowładcy w Europie Zachodniej, o czym choćby pisał w 1744 r.  Anglik Thomas Salomon, porównując chłopów polskich i tych z Anglii: "Panowie pozostawiają wystarczająco środków do utrzymania siebie i swoich rodzin i (...) rzadko są doprowadzeni do takiej nędzy, do jakiej często doprowadzani są nasi pożałowania godni farmerzy i wieśniacy, a francuski prawnik Pierre Corneille, tak opisywał chłopów we Francji czasów "Króla Słońce" - Ludwika XIV: "Widuje się swego rodzaju dzikie zwierzęta, samców i samice pleniące się na wsi, sczerniałe, wynędzniałe, spalone od słońca, przywarte do ziemi, w której grzebią zajadle. Noc zapędza je do lepianek, gdzie żywią się czarnym chlebem, wodą i korzonkami. W porównaniu z tym polscy chłopi mieli doprawdy dobre życie, w porównaniu z ich odpowiednikami na Zachodzie, o czym chociażby wspominał Irlandczyk Bernard O'Connor: "Pośród ludzi ich pokroju właśnie oni mają najbardziej sprzyjające warunki (...) przynajmniej ze stanu swego odnoszą korzyść, iż przez całe życie mają zapewnione utrzymanie". I rzeczywiście na polskiej wsi dochodziło do prawdziwych kuriozów, gdy chłopi trzymali do chrztu szlacheckie dzieci, a gromady chłopskie wchodziły do szlacheckich dworów aby się ogrzać lub chociażby pobyć z panami (nazywano to "kumaniem się" szlachty z włościaństwem). Kultura polska rozprzestrzeniała się na wschodnich rubieżach, podchodząc pod Moskwę, której elita także się spolonizowała i aż do czasów Piotra Wielkiego na Kremlu język polski był oficjalnym językiem dworu (nawet umowy międzypaństwowe pomiędzy Carstwem Rosyjskim a Chinami sporządzano w... języku polskim).




O swobodach wolnościowych i tolerancji religijnej, objętych w ramy prawne też już kilkakrotnie pisałem więc nie ma potrzeby ich raz jeszcze opisywać. Wystarczy przypomnieć chociażby Jerzego Surdykowskiego: "Szlachecka Rzeczpospolita polsko-litewska miała już swoje pakty praw człowieka w drugiej połowie XV wieku, ukształtowany system parlamentarny i trójpodział władz na początku XVII wieku - dwa i pół stulecia przed Monteskiuszem (...) polska myśl demokratyczna - przez dwa stulecia udany i skuteczny - eksperyment szlacheckiej demokracji oddziałały na zachodnioeuropejską myśl polityczną (...). Frycz Modrzewski miał na pewno upływ na Hugo Grotiusa i tak dalej, i tak dalej, aż do wielkich postaci francuskiego Oświecenia. Przecież Artykuły Henrykowskie z 1573 roku, opisujące całokształt ustroju politycznego państwa, są w praktyce pierwszą polską konstytucją, o wiele wcześniejszą od amerykańskiej", lub Wieńczysława J. Wagnera: "Uważam, że żaden naród w Europie nie zapewnił sobie uznania godności człowieka i ukrócenia samowoli władcy, tak wcześnie, jak Polacy (...) Królewska obietnica z roku 1432 ("neminem captivabimus nisi jure victum" -  "nikogo nie aresztujemy bez nakazu sądowego") jest obecnie uważana za elementarną w krajach praktykujących demokrację we właściwym zrozumieniu tego słowa. Identyczne prawo jak nasze polskie ("Habeas Corpus Act") zostało uprowadzone w Anglii dopiero dwa i pół wieku później (...) Z innych przykładów można by jeszcze wspomnieć, że "przywilej" czerwiński z r. 1422 gwarantował, że król nie będzie konfiskował prywatnego mienia bez zgody sądu. Podobny przepis znalazł się w poprawkach do Konstytucji Stanów Zjednoczonych z r. 1791, czyli trzy i pół wieku po przyjęciu tej zasady przez Polskę. Był potraktowany wówczas w USA jako wielka zdobycz demokratyczna (...) Polska była chlubnym przykładem dużej wolności. Można było wyrażać swoje poglądy, wyznawać różne religie, uczestniczyć w podejmowaniu szeregu decyzji dotyczących życia państwowego i jeżeli nie łamało się prawa nie było powodu bać się króla czy innych władz. Tymczasem w znacznej większości krajów ich mieszkańcy, niezależnie od klasy społecznej, do której należeli, byli w większym lub mniejszym stopniu niewolnikami w rękach władzy państwowej".




Nie mówiąc już o pozycji i roli, jaką odgrywały w Polsce kobiety. Niedawno obchodziliśmy stulecie nadania praw obywatelskich Polkom, które zaraz po odzyskaniu Niepodległości otrzymały je,w sposób całkowicie naturalny. W Polsce bowiem nigdy nie było żadnych poważnych ruchów sufrażystek, żadnych organizacji walczących o prawa kobiet, które tworzyły się począwszy od drugiej połowy XIX wieku w Europie Zachodniej. Owszem, były jakieś tam marginalne stowarzyszenia, ale powiedzmy sobie uczciwie - w Polsce, czy raczej w Rzeczpospolitej, kobieta w zasadzie (prócz prawa do głosowania) była prawnie równa mężczyźnie praktycznie na każdym polu. Znane są przecież owe sławne "Kresowe Wilczyce", które u boku swych mężów wojowały z Tatarami i Turkami czy Moskalami. Ten temat będzie szczególnie wyodrębniony, jako że pozycja kobiety polskiej w rodzinie, jako żony i matki była wręcz dominująca, a rodzina była najwyższą instancją opinii w społeczeństwie. Żony zaś są przedstawiane w listach i utworach poetyckich, jako "przyjaciele", "najdroższe skarby" czy "największe po łasce Boga błogosławieństwa". A gwałty były karane niezwykle mocno, poprzez wtrącenie do lochu, okrycie się hańbą, zapłatę grzywny (wysokość jej była uzależniona od pozycji kobiety, im wyższa tym większa grzywna), które niekiedy prowadziły do zadłużania się, gdyż potrafiły być wysokie. Czasami (choć rzadko) gwałciciela skazywano na karę śmierci (głównie przepis ten dotyczył mieszczan rzadziej chłopów).


 

Co się zaś tyczy tolerancji religijnej, to można rzec że w Polsce dzieci... nabywały ją z mlekiem matki. Nie było u nas wielkich dewocji religijnych, znanych chociażby z Zachodniej Europy, nie było nakazu krzewienia Wiary Chrystusowej siłą swego miecza (co praktykowali chociażby Krzyżacy). Wiara Chrystusowa, pojęta, przyswajana, ukochana, rozumiana była sercem od kolebki aż do grobu i świeciła gwiazdą przewodnią zrastając zarówno rzymskokatolicki stan kapłański, jak i wszelkie inne wiary ze szlachtą. W Polsce nie było nigdy nastrojów rewolucyjnych, nigdy nie było potrzeby uciekania się do krwawych rozpraw wewnętrznych, tak częstych zarówno na Wschodzie jak i na Zachodzie. Polacy wręcz można by rzec to tacy tolkienowscy hobbici, rozkochani we własnym Shire, którzy jednak potrafili zamienić się w rycerzy w sytuacji zagrożenia własnej niepodległości i wolności i wielokrotnie nieśli pomoc zagrożonemu inwazją Zachodowi, o czym pisali chociażby Luis Michelet: "Polska umiejscowiła się na przyczółku Europy, uratowała ludzkość. Podczas gdy próżniacza Europa gadała (…) ci bohaterscy strażnicy chronili ją swymi lancami. Aby kobiety Francji i Niemiec mogły spokojnie prząść swe fatałaszki (…) trzeba było, by Polak, całe życie na posterunku, dwa kroki od barbarzyństwa, czuwał z szablą w dłoni", czy Wiktor Hugo: "Dwa narody spośród wszystkich od czterech wieków odgrywały bezinteresowną rolę w kulturze europejskiej - te narody to Francja i Polska (...) Francja rozpraszała ciemności, a Polska odpierała barbarzyńców. Francja rozpowszechniała idee, a Polska stała na straży obrony granic. Naród francuski był misjonarzem kultury w Europie, a naród polski był jej rycerzem". 




Na zakończenie jeszcze opinie naocznych świadków na temat naszej tolerancji religijnej - ambasadora Elżbiety I - lorda Burghleya z 1597 r.: "Jak spokojne jest królestwo Polski, gdzie nie gwałci się niczyjego sumienia", Katarzyny Willoughby (czwartej żony przyjaciela i druha króla Henryka VIII - Karola Brandona, która po śmierci Henryka opuściła Anglię i wyjechała do Polski): "Tutaj się mówi że pewni Niemcy mają zalecać nam konfesję augsburską, podobnie jak to czynili w Polsce, gdzie jednak usłyszeli, że ani Augsburg, ani Rzym nie są drogowskazem dla Polaków, lecz Chrystus, który pozostawił po sobie Ewangelię", oraz innego jeszcze Anglika z XVI wieku, Frynesa Morysona: "Żaden kraj na świecie nie jest do tego stopnia dotknięty różnorodnością poglądów religijnych (...) jak właśnie ma to miejsce w królestwie Polski (...) powstało powiedzenie, że jeśli ktoś stracił swoją wiarę, to powinien ją znaleźć w Polsce".




Przejdźmy więc do tematu by ukazać wszystkie blaski i cienie Rzeczpospolitej (zarówno tej dawnej, szlacheckiej Obojga (Trojga) Narodów, jak i tej odrodzonej w 1918 r. II Rzeczpospolitej, a także tej narzuconej nam przez "sowieckich wyzwolicieli" w 1944 r. hybrydy polskiej państwowości tzw.: "Polski Ludowej", której wiele elementów odziedziczyła dzisiejsza tzw.: "III Rzeczpospolita"), w tym również życie i stosunki magnaterii, szlachty, mieszczaństwa oraz włościan.


PS: Pamiętajmy że kierunek mocarstwowości z czasów wielkości Rzeczpospolitej szlacheckiej i otwarcia się Polski na Wschód, jako pierwszy na poważnie i na stałe rozpoczął król Kazimierz III Wielki, zawierając w 1343 r. pokój z Krzyżakami, i umożliwiając tym samym trwałą ekspansję zarówno polityczną jak i głównie kulturową - na wschodzie).  




 

ACT 447 IS NOT APPLICABLE AND NEVER

WILL APPLY TO POLAND



 CDN.