Łączna liczba wyświetleń

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPOWIADANIE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OPOWIADANIE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 czerwca 2025

MORITURI TE SALUTANT - Cz. VIII

CZYLI DZIEJE IMPERIUM 
WSCHODU I ZACHODU





MIASTO RZYM 
W CZASACH OKTAWIANA AUGUSTA 
(4 r. p.n.e.)






 Nasz spacer po Imperium Rzymskim począwszy od rządów Oktawiana Cezara a skończywszy na inwazji plemienia Longobardów na Italię w roku 568, rozpoczniemy od ówczesnego centrum świata, czyli miasta Romulusa, wzniesionego na siedmiu nadtybrzańskich wzgórzach, które to miasto od czasów Cesarstwa poświęcone było bogini Romie i Augustowi. Prześledźmy dokładnie jak wyglądało to miasto w 23 lata po tym, jak Oktawian Cezar zrzekł się władzy imperatorskiej i konsularnej przed Senatem, a Senat "wyprosił" na nim pozostanie u władzy, dając mu najpierw imperium na kolejne 10 lat, a potem znów je przedłużając. Uznałem że rok 4 p.n.e. będzie najlepszy do rozpoczęcia tej podróży, jako że od trzech lat miasto Rzym było podzielone na 14 nowych dzielnic (tribus). August w 7 r. p.n.e. dokonał reformy administracji miasta, dzieląc dotychczasowe 4 dzielnice na mniejsze ośrodki, którymi zarządzali prefekci dzielnicowi. Oczywiście Rzym w tym czasie znacznie się poszerzył terytorialnie. Już zresztą za Cezara, Sulli czy nawet braci Grakchów w drugiej połowie II wieku p.n.e. miasto Rzym przekroczyło ciasny gorset murów serwiańskich i zaczęło rozbudowywać się poza obszarem pierwotnego urbs (miasta). Nowy podział pociągnął za sobą również reformę straży pożarnej, gdyż każda z dzielnic otrzymała swoją własną straż ogniową, aczkolwiek już rok później (w 6 r. p.n.e.) August uznał że to jest nieefektywne i powołał stałego urzędnika do spraw pożarnictwa (wywodzącego się zawsze ze stanu ekwitów), czyli prefekta vigilum, który miał pod sobą brygadę strażaków, liczącą już wówczas 3500 ludzi (podzielonych na 7 oddziałów - kohort). Wszyscy strażacy miejscy musieli być wyzwoleńcami (taki był wymóg), tak więc obywatel rzymski realnie nie mógł zajmować się gaszeniem pożarów. 

Miasto Rzym w roku 4 p.n.e. liczyło już prawie milion mieszkańców (można to wyliczyć z prostego faktu, w 5 r. p.n.e. August chwalił się że rozdał po 60 denarów każdemu z 320 000 obywateli pochodzących z plebsu. A ponieważ do tej listy nie zaliczano kobiet i dzieci, tylko samych mężczyzn i chłopców którzy ukończyli 11 rok życia, to można śmiało założyć że liczba wolnych obywateli (plebejuszy) mężczyzn, kobiet i dzieci wynosiła mniej więcej w tym czasie 675 000 mieszkańców. Do tej liczby należy dodać przedstawicieli stanu ekwitów, nobilitas, niewolników, ludzi przyjezdnych (których w Rzymie nigdy nie brakowało), 10 000 korpus pretoriański (który wówczas jeszcze nie był skoszarowany w jednym miejscu), oraz licząca tyle samo (mniej więcej - nie mam bowiem dokładnych statystyk odnoszących się do tej formacji w czasach Augusta) straż miejska (swoista policja rzymska). Z tej liczby 320 000 najbiedniejszych obywateli należy odjąć również 150 000 tych, których żyli w nędzy i których nie było stać nawet na jedzenie, a co za tym idzie byli uprawnieni do darmowych racji zboża (taka bowiem liczba najbiedniejszych obywateli rzymskich figuruje w spisach kontyngentów zboża przyznawanych w czasach Cezara i Augusta). Zabezpieczenie Rzymu w zboże (z Egiptu i z Afryki), a tym samym rozwiązanie problemu głodu w mieście, było obowiązkiem każdego rzymskiego władcy, również przed epoką Cesarstwa (w końcu czy to dyktatorzy, triumwirowie czy konsulowie, musieli oni potem tłumić rozruchy rozszalałego z głodu rzymskiego ludu), dlatego też wszelkie uzurpacje czy bunty, które wybuchały w prowincji Afryka czy w prowincji Egipt, mogły zaważyć na władzy tego, lub innego imperatora (zresztą tamte prowincje były na ogół bezpieczne i spokojne, szczególnie Afryka była niezwykle bogata i jakby żyjąca w innym świecie, biorąc pod uwagę że barbarzyńskie hordy z północy niszczyły prowincje naddunajskie i nadreńskie, wchodziły do Italii, Dalmacji a nawet do Grecji, południowa zaś w Hiszpania też była atakowana (od czasów Marka Aureliusza) przez berberyjskie hordy z północnej Afryki (jakaś analogia nam się tutaj nasuwa 🤔), natomiast prowincja Afryka, ze swą stolicą w Kartaginie (odbudowanej przez Cezara w roku 45 p.n.e. po stu latach od zniszczenia przez Publiusza Korneliusza Scypriona Afrykańskiego Młodszego) tylko się bogaciła, i liczyła sestercje.




Rok 4 p.n.e. wybrałem również jako początek naszej podróży po Imperium Rzymskim również dlatego, że tym roku w odległej od centrum ówczesnego świata miejscowości Betlejem narodził się Jezus zwany Chrystusem - Syn Człowieczy wysłany tutaj z bożą misją "naprawy świata". Tyle gwoli wstępu. Ponieważ jednak chciałbym aby ta nasza podróż przybrała nieco charakter swoistej opowieści, przeto tak właśnie zamierzam uczynić i podróż swoją po Rzymie rozpocznę powrotem do tego miasta (z dalekiej syryjskiej prowincji) pewnego rzymskiego nobila - Gajusza Sylwiusza Kastora (przydomek "kastor" uzyskał jeszcze jego dziadek Tytus Sylwiusz, który walczył w X Legionie Cezara w Galii, a zdobył go w bitwie z belgijskimi plemionami Nerwiów, Atrebatów i Wiromandów nad rzeką Sabis w roku 57 p.n.e., gdy Rzymianie budujący obóz zostali niespodziewanie zaatakowani. Tytus Sylwiusz zdążył zbudować jednak takie umocnienia, gdzie znaczna część wysuniętych posterunków budujących obóz, zdołała się schronić na bagnistym terenie rzeki Sabis, nim wreszcie nadeszła odsiecz Tytusa Labienusa. Po bitwie otrzymał więc przydomek "kastor" czyli bóbr). Tak więc jego wnuk, Gajusz Sylwiusz Kastor wraca z Antiochii przez port w Brundyzjum Via Appia i przejeżdża przez południowo-wschodnią bramę miejską, czyli Porta Capena (od razu pragnę oświadczyć, że opis którego tutaj dokonam, jest opisem Rzymu dokładnie z czasów Augusta, nie z okresu późniejszego czy wcześniejszego, natomiast w późniejszych wpisach będę jedynie dodawał opis powstawania nowych publicznych budynków, świątyń lub ewentualnie willi i domów czynszowych - jeżeli takowe powstały): 




Nim przekroczyłem bramę miejską w dzielnicy Porta Capena, nim wjechałem do miasta, noc jeszcze okrywała ziemię swoją poświatą, a blask słońca nie mógł się przez nią przebić. Nie było mnie w Rzymie cztery lata, w czasie których pełniłem urząd namiestnika prowincji syryjskiej, gdy zostałem tam wysłany po powrocie z kampanii nadreńskiej i po śmierci Klaudiusza Druzusa Germanika, młodszego syna Liwii Druzylii o której to  krążyły plotki, że to na jej polecenie życia pozbawił Druzusa wysłany przez nią lekarz (wrzesień 9 r. p.n.e.). Widziałem wówczas rozpacz dostojnej Antonii (córki Marka Antoniusza i Oktawii - siostry Augusta) i tak zachodzę w głowę, że doprawdy trudno mi znaleźć drugą taką rodzinę w Rzymie, która by się tak miłowała. Trójka dzieci zrodzonych z tego związku: Germanik, Liwilla i młody niepełnosprawny Klaudiusz, zostali sierotami. Druzus nie miał nawet 30 lat gdy tam, w nadreńskim obozie oddał swe ostatnie tchnienie, ja zaś mam lat 35, jestem więc w wieku Julii, jedynej córki Cezara Augusta. To bardzo sympatyczna i otwarta kobieta, chociaż mam wrażenie że nieco... za otwarta (😘). Gdy zbliżam się do Porta Capena - miejskiej bramy, prócz odgłosów  kopyt koni z mojego orszaku, nic więcej nie słychać, miasto zdaje się być pogrążone w zupełnej ciszy. Nim jednak przekroczyłem bramę miejską, po lewej stronie na Drodze Appijskiej którą jechałem, rozciągał się widok zalesionych ogrodów Asyniusza (200 lat później w tym miejscu powstaną termy Karakalli). Po prawej stronie drzew było znacznie mniej, jakieś drobne budynki - bardziej wiejskie niż miejskie i gdzieś tam w oddali migocząca (gasnącym blaskiem pochodni) na wzgórzu willa (Celimontana). Następnie po prawej stronie mijam Camenarum, czyli Fons Camenae (fontannę kamenaryjską). To źródło, leżące tuż przed wjazdem do miasta, w świętym gaju wodnych muz, zwane jest również fontanną Egerii, jako najważniejszej z bogiń słodkiej wody, boskich pomocnic Neptuna. Ów obszar świętego gaju jeszcze kilkanaście lat temu był bardziej zalesiony, jednak na polecenie Augusta sporą część drzew ścięto, teren nieco wyrównano, a te z drzew które pozostały, objęto ochroną (nie wolno ich ściąć pod groźbą kary śmierci). 




Na horyzoncie widać już połyskujące pierwsze promienie wschodzącego słońca, gdy dostrzegam dwie święte dziewice Westy, pochylone nad nimfeum boskiej sadzawki z doliny Egerii. To właśnie tylko z tego jednego źródła mogą zaopatrywać się w wodę westalki i czynią to tuż przed świtem, aby pozostałe siostry - jak wstaną z łoża - miały już wodę (do picia i do mycia). Pochylam głowę w ukłonie przed świętymi panienkami, boskimi dziewicami Westy i jadę dalej. Następnie moim oczom ukazuje się (wciąż patrząc w prawą stronę od drogi appijskiej, jadąc w stronę Cyrku Wielkiego) podwójna świątynia Honosa i Virtusa - dwóch bogów, którzy odpowiadają honorowi i męstwu. Do starej świątyni Honosa - zdobywca Syrakuz Marek Klaudiusz Marcellus (który w czasie niezwykle uciążliwego oblężenia tego greckiego miasta w latach 214-212 p.n.e. -należy bowiem pamiętać że Grekom swoimi wynalazkami pomagał wówczas Archimedes, a jednym z jego dzieł była wielka żelazna łapa, która miała chwytać rzymskie okręty i je miażdżyć) ślubował bogom po zwycięstwie odnowienie świątyni honoru i wzniesienie świątyni męstwa). Prace rozpoczęto (w roku 208 p.n.e.) ale kapłani nie zgodzili się na poświęcenie odrestaurowanej świątyni dwóm bogom jednocześnie - Honosowi i Virtusowi, gdyż gdyby w tym przybytku zdarzył się jakiś cud, nie wiedziano by któremu z bogów za to podziękować i któremu złożyć ofiary. Sprawę rozwiązano więc w prosty sposób, do odnowionej świątyni Honosa Marcellus dobudował drugą świątynię Virtusa, tak, że teraz jedna świątynia stoi obok drugiej - z tym że do świątyni Honosa można wejść tylko przez świątynię Virtusa (innymi słowy, żeby zdobyć honor, należy wcześniej wykazać się męstwem). Budowę owych świątyń zakończył jednak dopiero syn Marcellusa (konsekracja miała miejsce w 205 r. p.n.e.), gdyż temu wcześniej się zmarło (jeszcze w 208 r. p.n.e.). Z tego co opowiadał mi dziadek, to w czasach jego pradziada świątynia ta pełna była jeszcze łupów zdobytych przez Marcellusa w Syrakuzach, dziś zaś już praktycznie nic z tego nie pozostało. Przed wejściem do tej świątyni stoi niedawno wzniesiony (19 r. p.n.e.) ołtarz Fortuny Redux, który miał upamiętnić zwycięski powrót naszego Cezara Augusta ze Wschodu (gdy w roku 20 p.n.e. August porozumiał się z Partami i w pokojowy sposób odzyskał zarówno sztandary jak i żyjących jeszcze w partyjskiej niewoli ostatnich żołnierzy armii Marka Licyniusza Krassusa, który poniósł klęskę w bitwie pod Carrhae w 53 r. p.n.e. Było to wielkie zwycięstwo, choć odniesione drogą pokojową, dlatego też wzniesiono przy świątyni Honosa i Virtusa ołtarz bogini Fortuny). W świątyni Honosa i Virtusa znajdują się również grobowce Klaudiusza Marcellusa i jego syna.

Wreszcie mijam bramę kapeńską, której wrota notabene są ciągle wilgotne i mokre (brało się to stąd, że nad Porta Capena przechodził akwedukt Aqua Appia i woda stamtąd po prostu skapywała prosto na bramę). Jestem już w Urbs, bezpośrednio za murami serwiańskimi, choć ich stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Ale któż mógłby zagrozić miastu Romulusa? Ostatni raz stanęły tam oddziały Italików (Samnitów i Lukanów) jakieś 80 lat temu (w roku 82 p.n.e. pokonał ich wówczas w bitwie pod Bramą Kollińską przybyły ze swymi legionami z Grecji - Lucjusz Korneliusz Sulla. Miasto powoli budzi się do życia, choć niektórzy mówią że Rzym nigdy nie zasypia - ale ta cisza która wita mnie wjeżdżającego, może zaświadczyć że tak nie jest. Pod bramą kapeńską swoje "legowiska" mają żebracy. Jest też dużo cudzoziemców, tym Żydów. Potrafię ich odróżnić, w Syrii też ich było sporo. Obecnie stan bezpieczeństwa w mieście bardzo się poprawił, ale jakieś 20 kilka lat temu nie było tak wesoło. Bandy najróżniejszych rzezimieszków kontrolowały poszczególne ulice i regiony miasta, jak również hale targowe w Emporium i na Forum Boarium (Byczy Rynek). Jak wiadomo wojny domowe i wewnętrzna anarchia służą powstawaniu takich właśnie kreatur. Ale to już dawno się skończyło, pamiętam że byłem jeszcze chłopcem, gdy nasz Cezar August ukrócił ich bandycką samowolę. Dalej kieruję się prostą drogą ku północy (ta ulica o której wspomina nasz bohater, ma nieznaną nazwę starożytną. Wiadomo tylko że od lat 80-tych I wieku "prawdopodobnie" zwano ją ulicą przy Koloseum, bo tam właśnie znajdował się ów amfiteatr. W średniowieczu zaś otrzymała ona nazwę ulicy św Grzegorza). Dużo tu jest tawern (tabernae - czyli sklepy, gdzie można było coś zjeść i się napić). Mieszczą się one na parterach domów czynszowych (insulae). Teraz jednak, gdy już słońce zaczyna wschodzić, kupcy i sprzedawcy pojawiają się przed swoimi sklepami, wyjmują ciężkie drewniane płyty wpuszczone w podłogę i odbezpieczają rygle. Dzień się rozpoczyna, czekają na klientów których nigdy nie zabraknie (notabene któż wie że to właśnie Rzymianie wymyślili fast foody, czyli szybkie dania, które można było zjeść w trakcie spaceru. Oczywiście były to potrawy dosyć proste i tanie, przeznaczone bezpośrednio dla najuboższych. Myślę też, że gdybyśmy cofnęli się do tamtych czasów i zjedli takiego fast fooda, to moglibyśmy po nim dostać albo biegunki, albo wzięłoby nas na wymioty. Lepiej bowiem było udać się do nieco droższej karczmy, gdzie można było zjeść coś stałego - choć oczywiście tamte potrawy też były na gorąco).




Po prawej stronie mijamy piękną willę w starym stylu (z czasów republikańskich). Widać krzątających się po obejściu niewolników, którzy zawsze wstają pierwsi gdyż mają mnóstwo pracy. Ta willa (należąca do jakichś dostojnych nobili) nie jest jednak duża, choć nieco odizolowana od reszty zabudowań. Ściany przypominają raczej fortecę, okna są małe i umieszczone wysoko, dom (domus) pozbawiony jest też balkonów. Jest to jednak dosyć stary budynek, pamiętający zapewne czasy Scypionów (ta willa przetrwała bardzo długo i ostatecznie została zniszczona dopiero w roku 1939 gdy rozpoczęto budowę nowej linii metra w Rzymie). Drzwi owej willi są grube, drewniane, na których znajduje się metalowa kołatka w formie pierścienia, którą podtrzymuje wilcza głowa odlana z brązu. Mój dom znajduje się nieco dalej, na Kwirynale - dokąd też zmierzam, ale ta willa na wzgórzu Celius - pomimo tego że nie jest zbyt obszerna (w rzymskich warunkach ciasnych ulic i blisko stojących obok siebie budynków, większe wille były rzadkością), to jednak ma w sobie ukryte piękno. Ale nie ma co się zbyt długo nad tym zastanawiać, jedźmy dalej. Dosłownie po drugiej stronie ulicy którą podróżuję, tuż na wschodnich zboczach wzgórza palatyńskiego (ulica o której piszę, biegła pośrodku wzgórza Celius po stronie prawej - jeśli jedziemy {tak jak nasz bohater} ku północy - i wzgórza Palatyn po stronie lewej), znajduje się świątynia Fortuny Troskliwej (Fortuna Respiciens). Było to miejsce schronienia dla wszelkiego rodzaju żebraków i pozbawionych domu ubogich, choć przebywanie tam w ciągu dnia było surowo zabronione przez kapłanów, a jedynie nocą można było przycupnąć przy murze świątynnym i przespać się. Dalej dojeżdżając do skrzyżowania ulic, skręcam w lewo (jeśli spojrzymy na przytoczoną wyżej mapę Rzymu, jest to dokładnie miejsce u południowych stóp Koloseum, czyli Amfiteatru Flawiuszów, które w omawianym przeze mnie okresie jeszcze nie istniało). Jest to tak zwany obszar Capita Bubula, na której znajduje się po mojej lewej stronie (wciąż Palatyn mam po stronie lewej, natomiast po prawej znajduje się dzielnica zwana Świątynią Pokoju - Templum Pacis). Na Capita Bubula znajduje się budynek Starych Kurii (Curiae Veteres - czyli czterech tradycyjnych podziałów ludu rzymskiego, ustanowionych według legendy jeszcze przez Romulusa - pierwszego króla). Owe sanktuarium czterech kurii ma już dziś zastosowanie czysto historyczne, a nie praktyczne. Już świta, słońce wzeszło a noc ustąpiła. Nim dojadę na Kwirynał, przejadę jeszcze przez Forum Romanum (potem wrócimy jeszcze do poszczególnych dzielnic, omawiając dokładnie i skrupulatnie wszystkie ważne miejsca jakie znajdowały się wówczas w Rzymie w czasach Oktawiana Augusta).




CDN.
 

wtorek, 18 marca 2025

ROMANS ALEKSANDRA - Cz. I

PRAWDZIWE I ZMYŚLONE WYDARZENIA Z DZIEJÓW ALEKSANDRA WIELKIEGO





 Dzieło, które zamierzam tutaj zaprezentować, oczywiście nie jest mojego autorstwa (😮‍💨). "Romans Aleksandra" - bo tak się ono nazywało, powstało w III wieku naszej ery i za jego autora uważano niejakiego Kallistenesa - greckiego pisarza i poetę, ale współcześnie już się tak nie uważa, dlatego też jeśli podaje się autorstwo owego dzieła, to mówi się po prostu o Pseudo-Kallistenesie. Jest to bowiem dosyć zabawna opowieść, opisująca dzieje Aleksandra Wielkiego od jego narodzin (356 r. p.n.e.), aż do śmierci (323 r. p.n.e.) z tym że wydarzenia historyczne i autentyczne przeplatają się tutaj z wydarzeniami fikcyjnymi, zmyślonymi przez autora (lub autorów). Pierwotnie dzieło to powstało w greckiej wersji językowej, potem też pojawiła się wersja ormiańska (V wiek naszej ery) i syryjska (VII wiek naszej ery). Ja dysponuję jedynie wersją grecką i syryjską, ale ponieważ uważam że pierwowzór jest ważniejszy (tak jak koszula jest bliższa ciału) przeto postanowiłem w tej oto serii zaprezentować jedynie wersję grecką (mam nadzieję że nikt czytelników nie będzie tym zawiedziony 😉), gdyż po prostu nie chce mi się pisać dwóch wersji - jedna pod drugą (choć ewidentnie widać tam różnice nie tylko w doborze zdań, ale również w opisie rzeczywistości). W przypadku greckiej wersji, będę się opierał na angielskim tłumaczeniu owego dzieła z roku 1955. Wydaje mi się że "Romans Aleksandra" warty jest przytoczenia, chociażby ze względu na swą starożytną, długowieczną epopeję, (chociaż tak naprawdę stał się on popularny dopiero w średniowieczu i to nawet w jego końcowej fazie). 
Zatem zapraszam do lektury (🥱):






ROMANS ALEKSANDRA


I


 Najmądrzejsi Egipcjanie, potomkowie bogów, zmierzyli ziemię, uspokoili fale morza, wyznaczyli bieg rzeki Nil, ustalili miejsca konstelacji na niebie, a następnie przekazali zamieszkanej ziemi moc, potęgę rozumu, odkrycie sztuki magii. Mówią bowiem, że Naktanebo (faraon egipski Cheperkare Nechtnebef z XXX Dynastii z Sebennytos - zwany też po grecku Nactanebos I, a po łacinie Nactanebus I, panujący w latach 379-361 p.n.e.), ostatni król Egiptu (Naktanebo był założycielem XXX Dynastii - ostatniej rodzimej dynastii egipskiej, po nim panowali jeszcze jego syn i wnuk do 341 r. p.n.e. czyli drugiego podboju Egiptu przez Persów. Egipt ponownie utracił niepodległość zaledwie na dekadę, nim przybył tam Aleksander Macedoński jako wyzwoliciel w 332 r. p.n.e.), po którym Egipt stracił swoją wielką chwałę, przewyższył wszystkich ludzi w używaniu magii. Bo dzięki rozumowi podporządkował sobie wszystkie elementy kosmiczne. Jeśli nagle pojawiła się chmura wojny, nie przygotowywał wyprawy ani nie zbierał broni, (...) ani machin wojennych, ale szedł do pałacu, wybierał brązowy kocioł, napełniał go deszczówką, formował małe łódki z wosku i żeglarzy, wrzucał ich do kotła i śpiewał zaklęcie, trzymając hebanową laskę. Przywoływał Posłańców i Amona, boga Libii. Więc kiedy za pomocą takiej magii (...) nadszedł wróg, łodzie w kotle zginęły i zginął też nieprzyjaciel, a on panował niepodzielnie. I używał tej samej kontroli nad wrogami, którzy przybywali lądem. 




W ten sposób, według swego doświadczenia, król pozostał na tronie (piękna bajka, a tak naprawdę Naktanebo utrzymał się na tronie - jednocześnie zachował niezależność Egiptu od Persji - głównie dzięki greckim najemnikom, których ściągał do Egiptu. Zaś greccy hoplici i grecka falanga była wówczas najdoskonalszą formacją zbrojną ówczesnego świata, do czasu, gdy nie pojawiła się formacja falangi macedońskiej, którą potem zastąpił rzymski legion), lecz po pewnym czasie spośród tak zwanych odkrywców wśród Rzymian (nie, Rzymian nie. Rzymianie w tym czasie bowiem byli jeszcze na etapie podbijania Italii i niewiele różnili się od literackiego Cincinata, a Rzym wciąż wówczas przypominał dużą wieś. Ponieważ jednak dzieło to powstało w III wieku naszej ery, przeto autor dodał tutaj również Rzymian - być może aby również ich zaciekawić swoją pracę, w końcu żył w Imperium Rzymskim, czyli na głównym obszarze znanego greckiego ojkumene {co prawda pozostałości greckich miast i państw istniały również na Wschodzie, ale kto by się wówczas udawał tak daleko na wschód, do tych wszystkich barbarzyńskich krajów 😉) i Greków zjawił się szpieg i przemówił do króla: "Najdostojniejszy Naktanebosie, odrzuć wiarę, że świat jest w pokoju, gdy wielka chmura tysięcy wrogów się wznosi. Są bowiem Scytowie, Arabowie, Oksydracesowie (plemię z Indii), Iberowie (ci z Kaukazu, nie ci z Hiszpanii), Seresowie (rzymska nazwa Chińczyków), Kaukonowie (?), Dapacesowie (?), Bosporianie, Agri Zalbi (?), Chaldeńczycy, Mezopotamczycy, Agriofagowie (?), Euonymici (?) - wszystkie wielkie narody Wschodu, niezliczona rzesza tysięcy, która spieszy się, by zdobyć twój Egipt".




Gdy informator złożył ten raport, Naktanebo uśmiechnął się i odpowiedział: "Wypełniasz starannie i dobrze powierzony ci obowiązek. Ale nie będę działał jak tchórz ani wojownik. Bo siła nie leży w liczbie, ale w rozsądku. Jeden umysł rozgromił wielu ludzi, przytłaczając tłumy prawą ręką(to prawda, chociażby przykład wynalazcy Archimedesa jest tutaj dosyć ciekawy, chociaż żył on 100 lat później. Ale jego wynalazki - jak choćby potężna łapa, przypominająca wielki dźwig, która łapała rzymskie okręty oblegające Syrakuzy i je miażdżyła - jest tego dowodem. Archimedes był tak zajęty wymyślaniem nowych wynalazków, że nie zauważył nawet że Rzymianie wdarli się do miasta, a nawet gdy rzymski żołnierz wszedł do jego komnaty, nie zareagował - zajęty swymi obliczeniami. Ostatecznie zginął tam z rozłupaną mieczem głową - 211 r. p.n.e.). Tymi słowami odprawił tego człowieka. On sam powrócił do pałacu i rozkazał wszystkim obecnym wyjść. Wtedy gdy był sam, wystawił kocioł i napełnił go wodą. A najpierw wrzuciwszy do niego małe woskowe łódeczki i biorąc laskę w rękę, wypowiedział potężne słowa. Wtedy, wpatrując się w kocioł, zobaczył, że bogowie Egipcjan sterują łodziami barbarzyńskich wrogów. Dlatego, zdając sobie sprawę, że król Egipcjan został zdradzony przez Błogosławionych, ogolił głowę i brodę, aby się przebrać, i włożywszy w swoją szatę tyle złota, ile mógł ukryć, uciekł z Egiptu przez Peluzjum (miasto i port na wschodnich rubieżach Egiptu, tuż przed wejściem na Synaj. Oczywiście opowieść o ucieczce Naktanebo jest fikcją, w rzeczywistości dożył on swych dni w spokoju i dopiero jego wnuk Naktanebo II {Senedżemibre Nachtnebef} dwadzieścia lat później utracił władzę i Egipt po inwazji Persów - 342/341 r. p.n.e.). A po podróży przez wiele narodów przybył do Pelli w Macedonii (bajka zaczyna się robić coraz ciekawsza, widać już że mamy do czynienia ze starożytnym stwierdzeniem: "Za górami za lasami..."). Tam odział się w lnianą szatę, jak egipski wróżbita i astrolog, i usiadł na placu publicznym, aby udzielać rad każdemu, kto się do niego zbliżył. Taka to była sytuacja. 

W Egipcie, gdy Naktanebo zniknął, Egipcjanie postanowili poradzić się przodka swoich bogów, Hefajstosa (greckiego boga kowali i rzemieślników), co stało się z królem Egiptu. Wysłał im wyrocznię, nakazując im stanąć wokół ukrytej części Synopejonu. Wówczas dał wyrocznię: "Król, który uciekł z Egiptu, potężny, silny, wiekowy władca, po pewnym czasie powróci na równinę Egiptu jako młody człowiek (alegoria Aleksandra), zrzuciwszy z siebie aspekt starości; i po przebyciu całego świata, da ci zwycięstwo nad twoimi wrogami". Kiedy ta wyrocznia została wypowiedziana, nie zrozumieli jej znaczenia, więc spisali na cokole posągu Naktanebosa wersety na pamiątkę, gdy kiedyś, gdzieś, wyrocznia się spełni. Teraz w Macedonii stało się jasne dla wszystkich, że Naktanebo był bardzo szanowany. Jego reputacja była rzeczywiście tak wielka, że Olimpias (matka Aleksandra) chciała go przesłuchać, i wezwała go, gdy Filip akurat był na wojnie. Kiedy poszedł do pałacu, zobaczył, że jej piękność była jaśniejsza niż księżyc. Był obojętny na kobiety, powstrzymując swój umysł od pożądania erotycznego. Teraz wyciągnął rękę i pozdrowił ją mówiąc: "Błogosławieństwo dla ciebie, królowo Macedończyków!" Nie uważał za stosowne zwracać się do niej "Pani", pamiętając, że i on kiedyś był królem. Olimpias odpowiedziała: "Błogosławieństwo dla ciebie, najszlachetniejszy uczony, podejdź i usiądź obok mnie". A gdy usiedli Olimpias rzekła: "Czy naprawdę jesteś Egipcjaninem?" Naktanebo odpowiedział: "Tak mówią ci, którzy mnie badali". Kontynuowała: "Jakiej formy sztuki używasz, aby dawać prawdziwe wyrocznie?" Odpowiedział: "Wydajesz się mądra, o królowo. Analiza sztuki jest złożona. Są bowiem tłumacze snów, tłumacze szyfrów, obserwatorzy ptaków, wróżbici różnych typów, studenci horoskopów, magowie, astrologowie. Teraz pilnie studiowałem wszystkie te sztuki, ponieważ jestem wybitnym egipskim prorokiem, a jestem też magiem i astrologiem".




Po tych słowach rzucił jej przenikliwe spojrzenie. A ona, wierząc w to spojrzenie jako omen, zapytała: "O czym myślisz, uczony proroku, gdy patrzysz na mnie tak poważnie?" Naktanebo odpowiedział: "Przywołuję wyrocznię, królowo. Po raz pierwszy usłyszałem od moich bogów: Musisz prorokować dla królowej, a słowa, które wypowiesz, okażą się prawdą". Po tych słowach wyjął tabliczkę, bardzo elegancką i królewską, której język nie jest w stanie opisać. Była zrobiona z kości słoniowej, hebanu, złota i srebra. Symbole na niej znajdowały się w trzech strefach: na pierwszym okręgu 36 dekanatów (36 małych konstelacji gwiazd, używanych w egipskiej astronomii), na drugim 12 znaków zodiaku, w centrum słońce i księżyc. Położył ją na stołku. Następnie ostrożnie otworzył małe etui z kości słoniowej i opróżnił siedem gwiazd i horoskop ośmiu różnych kamieni, odsłaniając wielkie niebo w małym okręgu. Słońce było z kryształu, księżyc z adamantu, Ares z krwistoczerwonego klejnotu, Hermes ze szmaragdu, Zeus z błękitnego kamienia, Afrodyta z szafiru, Kronos z wężowego, a horoskop z białego marmuru. Potem powiedział: "Powiedz mi, królowo, rok, miesiąc, dzień i godzinę twoich narodzin", a gdy mu powiedziała, Naktanebo porównał swój horoskop z jej, aby sprawdzić, czy gwiazdy się zgadzają. Wtedy, widząc, że jest harmonia, powiedział: "Czego chcesz usłyszeć, królowo?" Odpowiedziała: "Chcę poznać nowiny o Filipie. Bo plotka mówi, że po wojnie mnie opuści i poślubi inną". Naktanebo odpowiedział: "Plotka o natychmiastowym rozstaniu jest fałszywa, królowo. Po pewnym czasie to rzeczywiście nastąpi. Wtedy ja, jako egipski prorok i mag, mogę ci bardzo pomóc, gdy zajdzie potrzeba takiej pracy. Bo los postanowił, zgodnie z godziną twoich narodzin, którą mi dałaś, że spotkasz boga zrodzonego z ziemi, i zostaniesz przez niego objęta, i poczniesz syna, swoje własne dziecko, mściciela grzechów Filipa".

Powiedziała: "A kim jest ten bóg, z którym, jak mówisz, będę leżeć?" I rzekł: "Bóg Libii, rogaty, przynoszący bogactwo Amon". Zapytała: "Ile ma lat: czy jest młody, czy w średnim wieku? Jaka jest jego osobowość?" Odpowiedział: "Jest w średnim wieku. Jego włosy są siwe. Ma rogi baranie nad skroniami. Przygotuj się zatem jako kobieta i królowa na zaślubiny. Zobaczysz wizję i boga z tobą". (Niezłe... jaja 🤭). Olimpias powiedziała: "Kiedy?" Odpowiedział: "Po krótkim czasie, jutro. Dlatego namawiam cię, abyś była sobą, odrzucając swoją królewską rangę. Bo tej nocy we śnie zostaniesz objęta". Powiedziała: "Jeśli to zobaczę, będę cię czcić nie jako proroka czy maga, lecz jako boga". (Nie ma to jak porządnie wytarmosić i zapłodnić kobietę "boskim" nasieniem 🤭😉. W końcu ktoś taki jak Aleksander nie mógł się począć od kogoś tak szkaradnego jak Filip).





CDN.

niedziela, 9 lutego 2025

MEMORIAM - Cz. XXV

VERGINES VESTALES I TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 

Cz. X




PROKONSUL
PUBLIUSZ SERWILIUSZ VATIA




CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. V


 Piraci byli "od zawsze" prawdziwym utrapieniem wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Ich ataki były niczym średniowieczne ataki Wikingów (choć na nieco mniejszą skalę). Napadali wybrzeża, mniejsze miasta i wsie, plądrowali, mordowali i oczywiście porywali lokalną ludność, zamieniając ją w niewolników i sprzedając z zyskiem na rynkach niewolniczych Morza Egejskiego (głównie na Delos). Działalność piratów wzrastała w chwilach politycznych anarchii i wojen, natomiast malała, gdy musieli się oni mierzyć z potężnymi flotami lokalnych (czy to greckich czy anatolijskich) miast i państw. Głównym ośrodkiem w którym piraci znajdowali schronienie, a nawet tworzyli tam swoje własne mini państwa, była na wschodzie Morza Śródziemnego górzysta kraina zwana Cylicją - leżąca na południowych rubieżach Anatolii. Natomiast głównym ośrodkiem piratów na zachodzie, były wyspy Baleary. Istnienie takiego zjawiska jak piractwo, oczywiście do pewnego stopnia odpowiadało interesom Rzymian. Napędzali oni bowiem podaż na niewolniczą siłę roboczą, która wówczas coraz częściej nie nadążała już za popytem. Ale z drugiej strony ataki na miasta sprzymierzeńców Rzymu, a także porwania rzymskich obywateli powodowały, że jednak coś z tym problemem należało uczynić. Piractwo na Zachodzie było znacznie mniej rozprzestrzeniane, niż to na Wschodzie, gdyż punicka ludność Balearów była w ogromnej większości pokojowo nastawiona (składała się bowiem przeważnie z rolników i kupców którzy chcieli żyć w pokoju, ale nie dla wszystkich starczało tam ziemi i ci, którzy nie byli w stanie zająć się handlem ani też nie przejęli ziemi po swych rodzicach, podejmowali się rabunków jako piraci). Wyprawę wojenną przeciwko owym gimnesjanom (czyli nudystom jak zwali ich Grecy, jako że ludność Balearów ponoć lubiła chodzić bez odzienia. Zresztą sama nazwa wysp również ma greckie konotacje, odnosi się bowiem do Baleosa - przyjaciela Heraklesa, choć oczywiście punicka ludność zapewne zwała owe wyspy inaczej) przedsięwziął w roku 123 p.n.e. konsul Kwintus Cecyliusz Metellus (było to związane z chęcią przejęcia wysp i osadzenia tam rzymskich kolonistów i to ze względu na fakt, że Baleary cieszyły się niezwykle żyznymi terenami rolniczymi). 

Kronikarze tej wyprawy Orozjusz i Florus podkreślali niezwykłe barbarzyństwo mieszkańców wysp (mieli oni ponoć na łódkach podpływać do rzymskich okrętów i celować do nich z proc. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, a opis Orozjusza i Florusa przypomina zwykły propagandowy zabieg, pokazujący że ludność podbijanych wysp była po prostu barbarzyńska i należało ją czym prędzej ucywilizować. Przekaz ten przypomina mi od razu propagandowe enuncjacje Niemiec hitlerowskich o "18 dniowej kampanii" w Polsce w 1939 r. oraz o tym, że polscy ułani mieli z lancami i szablami nacierać na niemieckie czołgi. Te brednie powielali również Sowieci, a następnie uczono ich w komunistycznych szkołach w Polsce Ludowej. Jest to tak żałosne że trudno nawet się nad tym dłużej pochylić, ale warto tutaj tylko dodać że polska kawaleria miała swoją taktykę w walce z czołgami i nie była to wcale szarża z lancami na czołgi. Po prostu w takiej konfrontacji żołnierze schodzili z koni, zajmowali pozycje strzeleckie i z dział przeciwpancernych lub broni {np. z niezwykle skutecznych i śmiercionośnych dla niemieckich czołgów karabinów Ur, które przebijały pancerze każdego czołgu robiąc małą dziurkę z przodu i eksplodowały w środku zabijając załogę. Ponieważ jednak ta broń była tak śmiertelnie skuteczna, była jednocześnie tajna i to tak tajna, że tylko nieliczne jednostki miały ją na swoim wyposażeniu. Karabin przeciwpancerny Ur(ugwaj) był bez wątpienia najdoskonalszą tego typu bronią w ówczesnym świecie choć niewiele różnił się od zwykłego karabinu żołnierza piechoty, był lekki, poręczny i łatwy w obsłudze, różnica polegała głównie na amunicji i spuście} ostrzeliwali te maszyny, niszcząc dziesiątki z nich - jak choćby w bitwie pod Mokrą. Oczywiście w dzisiejszych czasach niemieckie kłamstwo związane właśnie z szarżą z lancami na czołgi już przestało działać - przynajmniej w Polsce, ale od czasu do czasu jeszcze pojawia się tego typu brednia. Mieszkańcy Balearów również zostali w ten sposób zniesławieni, a ponieważ przegrali, to kłamstwo nie zostało podważone). Punici z Balearów stosowali taktykę wojny podjazdowej - "uderz i uciekaj", ale na dłuższą metę nie byli w stanie powstrzymać Rzymian, którzy już w roku 122 p.n.e. zdobyli wszystkie trzy wyspy Balearów, a Metellus osadził tam 20 000 swoich weteranów (wcześniej odbierając ziemię jej prawowitym mieszkańcom) w dwóch założonych przez siebie miastach: Palmy i Pollentii. Tak oto Baleary stały się częścią rzymskiej prowincji Hispania Citerior (Hiszpania Bliższa) a prefekta tych wysp mianował rzymski namiestnik tejże prowincji. W roku 121 p.n.e. Kwintus Cecyliusz Metellus odbył wspaniały triumf w Rzymie z powodu zajęcia wysp i otrzymał wówczas przydomek "Baliaricus" ("Balearyjski").


PUNICCY MIESZKAŃCY BALEARÓW



Natomiast na Wschodzie sytuacja wyglądała nieco inaczej. Cylicyjskie wybrzeże i pobliskie góry (gdzie można było szybko schować się w przypadku jakiegokolwiek ataku, czy to z lądu czy z morza) powodowały, że walka z tamtejszymi grupami piratów była zawsze bardzo trudna. Stała się jeszcze trudniejsza, gdy w roku 143 p.n.e. lokalny watażka (były oficer w armii Seleucydów) Diodotos Tryfon założył tam nadmorskie miasto Koraksejon, które następnie zamienił w twierdzę. Stała się ona mekką piratów i wszelkich zbiegłych przestępców, niewolników którzy uciekli od swoich panów i wszystkich, którzy cierpieli z powodu wszelakich zniewag. Teraz jako morscy rabusie stali się "kimś", nie byli już pogardzanymi wyrzutkami i zniewolonymi sługami, teraz mogli sami decydować o życiu i śmierci innych. Tryfon w latach 142-139 p.n.e. podjął się kilkunastu wielkich i kilkudziesięciu mniejszych wypraw przeciwko miastom i wybrzeżom Hellady, Azji Mniejszej i Syrii (szczególnie wielkim echem w ówczesnym greckim świecie odbił się atak na miasto Berytos {dzisiejszy Bejrut} w 142 r. p.n.e. i uprowadzenie jego mieszkańców, których następnie sprzedano z zyskiem na Delos). Te ataki oraz bierność Seleucydów i Attalidów (co prawda Cylicja oficjalnie podlegała syryjskiemu władzwu Seleucydów, ale król Demetriusz II Nikator po niedawnym swym zwycięstwie w bitwie nad rzeką Oenoparos w 145 r. p.n.e. nad konkurentem do władzy Aleksandrem Balasem, nie był zainteresowany wplątaniem się w kolejny konflikt, tym bardziej że na wschodzie swego rozpadającego się Imperium, napierali na niego Partowie, odbierając mu ziemie i miasta. Natomiast władca Pergamonu -  Attalos II zajęty był konfliktami na północy swego anatolijskiego Królestwa, głównie z Bitynią) spowodowały, że greckie miasta Morza Egejskiego zwróciły się o pomoc i ochronę do Rzymu. Senat w roku 140 p.n.e. wysłał poselstwo pod przewodnictwem Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego Młodszego (zdobywcy Kartaginy z roku 146 p.n.e.), aby ten wybadał sytuację. Scypiona zrobił sobie tournee po Egipcie, Syrii, Rodos i Pergamonie, a następnie powrócił do Rzymu twierdząc że rzeczywiście problem piractwa na tych wodach występuje - i tyle (🧐). Rzymianie wówczas również nie podjęli żadnej zdecydowanej akcji przeciwko cylicyjskim piratom Diodotosa Tryfona.


NA DELOS
(Gdzie mieścił się największy w tym czasie rynek niewolniczy) 
ZAOPATRYWAŁO SIĘ WIELU ZAMOŻNYCH RZYMIAN Z KLASY NOBILITAS 
(Zatem likwidacja piractwa nie wszystkim była na rękę) 



Wreszcie w roku 138 p.n.e. następca Demetriusza Nikatora - Antioch VII Sidates wyprawił się do Cylicji i zdobył twierdzę Koraksejon (w jej obronie zapewne - bo co do tego nie ma pewności - zginął Diodotos Tryfon), jednak wcale nie poprawiło to położenia helleńskich polis na wybrzeżach Morza Egejskiego i Śródziemnego. Wręcz przeciwnie, wydawało się jakoby ataki piratów nawet się zwielokrotniły, gdyż teraz potworzyli oni szereg mini państewek, zarządzanych przez lokalnych watażków. Rzymianie zaś (po stłumieniu buntu Aristonika w Pergamonie w roku 130 p.n.e. który wybuchł, gdy ostatni król Pergamonu - Attalos III w roku 133 p.n.e. zapisał swój kraj w testamencie Ludowi Rzymskiemu, wówczas to Aristonik - który podawał się za jego syna - zorganizował powstanie i stworzył na terenie zachodniej Anatolii swoje państwo, w którym wyzwalani masowo niewolnicy stanowili istotną część jego żołnierzy i poddanych) tak naprawdę przestali interesować się wschodnimi rubieżami Morza Śródziemnego, czego dowodem był fakt, że kompletnie zaniedbali rozbudowę i modernizację okrętów. Można wręcz powiedzieć że przez długi czas po roku 130 p.n.e. Rzymianie uznali, że flota wojenna przestała im już być potrzebna, nie było bowiem wielkich potęg które mogłyby rzucić wezwanie Rzymowi na morzu, a piraci byli niczym komary, kąsali, ale nie wyrządzali wielkich szkód, a poza tym dostarczali stałą liczbę nowych niewolników - która zasilała latyfundia nobilitas w Italii. Dopiero w ostatniej dekadzie II wieku p.n.e zaczęto ponownie umacniać flotę, a było to właśnie związane z potrzebą zapewnienia bezpieczeństwa we wschodnich rubieżach Morza Śródziemnego. Gdy w 105 r. p.n.e. piraci zaatakowali miasteczko Figalię w południowej Joni, niszcząc nawet (co zdarzało im się dosyć często, jako że największe skarby chowano w świątyniach) tamtejszą świątynię Artemidy Munichii i uprowadzili że sobą zarówno ludzi wolnych jak i niewolników. Następnie ci sami piraci skierowali się przeciwko bogatemu miastu Efez, a wówczas z pomocą Efezejczykom przyszli mieszkańcy wyspy Astypalaia, którzy połączyli swoją flotę z flotą Efezu i rozbili piratów w bitwie morskiej. Schwytanych piratów uprowadzono na Astypalaję, gdzie okrutnie ich uśmiercano, natomiast ludność którą oni wcześniej wzięli w niewolę, uwolniono i opiekowano się nimi (jak Polacy Ukraińcami po roku 2022) przyjmując do swych domów i "zapewniając wszystko, co jest potrzebne do codziennego życia". W tym samym 105 r. p.n.e Astypalaya (malutka wysepka na Morzu Egejskim) zawarła sojusz obronny z Rzymem, co również spowodowało, że Rzymianie musieli wyłożyć pieniądze na odbudowę swej floty wojennej.




Na Wschodzie ataki piratów były tak częste, że w roku 103 p.n.e. rzymski namiestnik Macedonii - Gajusz Memmiusz zarządził specjalny podatek właśnie w celu ostatecznego rozprawienia się z piractwem. Ludzie chętnie się zrzucali i to nie tylko dlatego że był to obowiązkowy podatek, ale również dlatego, że cel był szczytny -  bezpieczeństwo na wodach i uwolnienie się od ciągłego strachu atakiem morskich rozbójników. Tyle że... szybko okazało się że owe pieniądze gdzieś przepadły. Nie był to pierwszy taki przypadek jeśli chodzi o rzymskich namiestników, którzy pod różnymi pozorami starali się zapełnić swoją prywatną kabzę. Również w roku 106 p.n.e. konsul Kwintus Serwiliusz Cepion zdobył skarby pokonanego celtyckiego plemienia Tektosagów, które jednak dziwnym trafem zaginęły podczas transportu drugą lądową do Massalii (Marsylii). Senat zajął się tą sprawą (jak również sprawą Memmiusza) dopiero w roku 103 p.n.e. (Memmiusz oskarżał o nieprawidłowości przede wszystkim swego sekretarza Aristoklesa z Mesenii, choć Senat do końca nie dał temu wiary i w roku 102 p.n.e. został on odwołany z funkcji namiestnika Galii Narbońskiej - czyli dzisiejszej Prowansji. Natomiast śledztwo w sprawie Cepiona nie jest do końca znane jeśli chodzi o werdykt, wiadomo tylko że żołnierze eskortujący złoto z Tolosy (Tuluzy) do Massalii zostali potajemnie zabici i wówczas Cepion miał przywłaszczyć sobie ten majątek - taki był akt oskarżenia). Tak więc wyprawa przeciwko piratom w roku 103 p.n.e. nie doszła do skutku. Część zrabowanych pieniędzy z podatku Memmiusza jednak odnaleziono i posłużyły one jako środki do sfinansowania kolejnej kampanii przeciwko piratom w roku 102 p.n.e. na której czele stanął Marek Antoniusz Retor (dziadek późniejszego triumwira). Ów propretor wylosował w zarząd prowincję Cylicję (a raczej tę jej część, która była wówczas pod zarządem Rzymu - Cylicję Pedias) i pośpieszył z Rzymu z nową flotą płynąc przez Grecję (Istm Koryncki). Nie śpieszyło mu się jednak zbytnio, gdyż w Atenach znalazł czas na dysputy filozoficzne z tamtejszymi wykładowcami Akademii i dopiero po ich zakończeniu ruszył dalej w drogę (Atenach stał bowiem wcześniej inny rzymski wódz - Hirrus z częścią floty, a Antoniusz Retor tam się z nim połączył). Jeszcze w Atenach przybyły posiłki z Rodos, a w Side (głównym porcie rzymskiej Cylicji) dotarły okręty z Byzantion. Następnie rozpoczęto rajd po wybrzeżach Cylicji i Pamfili niszcząc lokalne bazy piratów, doszło nawet do jakiejś bitwy morskiej zakończonej zwycięstwem Rzymian i wspierających ich Greków (Cyceron twierdził że w tej bitwie zginął brat jego babki, przyjaciel Antoniusza Retora - prefekt Marek Gratidius). Kampania ta zakończyła się sukcesem, pozbawiono piratów ich dotychczasowych siedzib i doprowadzono do chwilowego wytchnienia mieszkańców wysp i wybrzeży Anatolii, Hellady oraz Syrii. Problem tylko polegał na tym, że były to działania lokalne, które nie służyły systemowej likwidacji piractwa. Tak więc (co było naturalne) wkrótce po odpłynięciu Rzymian piractwo na tych wodach ponownie się odrodziło.

Marek Antoniusz Retor (który po powrocie do Rzymu w roku 101 p.n.e. odbył wspaniały triumf za zwycięstwo nad piratami), pełnił w Cylicji władzę propretorską (w niektórych źródłach można przeczytać prokonsularną, chociaż był pretorem w roku 103 p.n.e. a nie konsulem), choć kraina oficjalnie nie była rzymską prowincją (mam tutaj oczywiście na myśli wschodnią Cylicję). Jednak z powodu braku jakiegokolwiek sprzeciwu lokalnej ludności (a być może nawet za jej przyzwoleniem) automatycznie po tym roku stała się rzymską prowincją (chociaż oficjalny dokument w tej kwestii wydano dopiero za konsulatu gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e.). Za konsulatu Gajusza Mariusza i Lucjusza Waleriusza Flakusa Senat sporządził dokument "Lex de provinciis pretoriis" ("Prawo o prowincjach pretorskich") w którym jasno zadeklarowano że Cylicja jest prowincją pretorską, podległą rzymskiemu namiestnikowi Macedonii. W ustawie tej zadeklarowano również że konsulowie mają obowiązek wywierać presję na okolicznych władcach: "królu władającym wyspą Cypr, królu (...) Aleksandrii i Egipcie (...) panującego w Kyrene i do królów władających w Syrii (...) przyjaźń i przymierze (...), aby stwierdzić, że i oni powinni baczyć, by (...) pirat (...) ich królestwa (...) i że zadbają o to (...) że lud rzymski..." (większość tekstu mocno uszkodzona). Innymi słowy rzymscy konsulowie mieli mobilizować okolicznych królów do działań przeciwko piratom cylicyjskim i ochrony wybrzeży morskich wschodnich rubieży Morza Śródziemnego. Rzymianie jednak wkrótce potem zajęli się innymi sprawami, a okoliczni królowie dbali o bezpieczeństwo lokalnej ludności tylko wówczas, gdy było to zgodne z ich własnym interesem, tak więc piractwo na wodach cylicyjskich, na Morzu Egejskim i sporych obszarach Morza Śródziemnego szybko ponownie rozkwitło (tym bardziej że wkrótce potem sami Rzymianie zaczęli wspierać, a nawet dołączać do piratów, szczególnie gdy wybuchła wojna domowa i trwały walki pomiędzy optymatami i popularami, pokonana strona często musiała uciekać i również znajdowała schronienie w krainach rządzonych przez piratów). Co prawda Lucjusz Licyniusz Murena w roku 84 p.n.e. (pretor roku 88, wyznaczony rzymskim dowódcą w Azji właśnie w 84 r. p.n.e.) planował kolejną ekspedycję przeciwko piratom, złożoną z flot prowincjonalnych greckich miast Azji i wyznaczył nawet legata Aulusa Terencjusza Warrona na dowódcę tej eskadry, ale ostatecznie do jej utworzenia nie doszło (chociaż oczywiście pieniądze w podatkach na ten cel zostały przez Rzymian wymuszone, a co się potem z nimi stało? bogowie raczą wiedzieć 🥴).


ZANICETUS
("Zeus z Olimpu")



Wedle przekazu Plutarcha w tym czasie wodzowie piratów na swoich wyspach i zatokach (głównie w Cylicji) żyli niczym orientalni królowie. Ich skarbce były pełne złota i kosztowności, tworzyli swoje własne pirackie dwory, a także zakładali własne haremy z porwanych przez siebie kobiet. Jeśli uznamy że złoty wiek piractwa przypada na drugą połowę XVII i początek wieku XVIII, to jest to według mnie błąd, gdyż nie bierzemy pod uwagę właśnie tego okresu historii piratów - II i I wieku p.n.e. gdzie żyli oni niczym wschodni królowie. Doszło do tego że bezkarnie nałożyli oni kontrybucję na 400 helleńskich miast Anatolii, Hellady i Syrii, bezkarnie łupili oni świątynie (co było jawnym świętokradztwem), a także porywali rzymskich obywateli (pojmano nawet dla okupu dwóch pretorów z liktorami na morskich szlakach Italii na Morzu Tyrreńskim). Wydaje się że właśnie ten ostatni atak skłonił wreszcie Rzymian do ponownego działania w kwestii likwidacji piractwa. Porwanie dwóch pretorów było tym języczkiem u wagi, która przeciążyła szalę i w roku 78 p.n.e. prokonsul Publiusz Serwiliusz Vatia został wyznaczony przez Senat na dowódcę floty, która miała zakończyć wszechwładzę piratów we wschodnich obszarach Morza Śródziemnego. Na tę wyprawę przeznaczono ogromne środki, wystawiono nową flotę, gdyż porwanie pretorów było jawnym policzkiem wymierzonym Rzymskiej Republice. Rzym nie mógł tego zbagatelizować, gdyż straciłby poważanie, dlatego też podjęto owe działania. Najpotężniejszym piratem w owym czasie był niejaki Zanicetus, który posiadał własną górską twierdzę piracką w pobliżu pasma gór Taurus, skąd widać było ponoć całą Licję, Pamfilię i Pizydię. Urządził się tam jak król, otoczony złotem, kobietami i licznymi piratami, którzy w nim właśnie widzieli swego wodza i okazję do szybkiego wzbogacenia się. Twierdzę swą nazwał Olimp (jako że była wykuta w skale, wysoko w nadmorskich górach), a sam siebie nazywał Zeusem. To właśnie tam najpierw skierował się Serwiliusz Vatia (tym bardziej że to właśnie jego ludzie porwali owych pretorów). Doszło do bitwy morskiej, która zakończyła się zniszczeniem pirackiej floty, a następnie atakiem na twierdzę Olimp, która została zdobyta a Zanicetus spłonął wraz ze swymi ludźmi w zamkniętej komnacie (77 r. p.n.e.). Wojna z piratami jednak trwała dalej i tak w roku 76 p.n.e. Serwiliusz Vatia zdobył miasta Attalis i Korykos będące również siedzibami piractwa (nieopodal miasta Korykos leżącego na przylądku korykijskim w Cylicji Trachejskiej {zachodniej} znajduje się jaskinia w której ponoć rósł najlepszy krokus. Strabon pisał: "Jest to wielka okrągła jama, ze skalistym grzbietem położonym dookoła (...) Schodząc w dół, dociera się do podłogi, która jest nierówna i w większości skalista, ale pełna drzew krzewiastych, zarówno wiecznie zielonych, jak i tych, które są uprawiane. A wśród tych drzew rozsiane są również działki ziemi, które rodzą krokusy". W owej jaskini płynęła również rzeka o niezwykle czystej i jasnej toni, którą zwano Picrum Hydor {"Gorzka Woda"}. Nieopodal Korykos znajduje się wyspa Elaeussa, którą Rzymianie ofiarowali jednemu z wodzów Mitrydatesa VI Eupatora - Archelaosowi, który przeszedł na ich stronę po I wojnie z Pontem (89-85 p.n.e.). On również udzielił Serwiliuszowi Vatii wsparcia w walce z piratami z Korykos.




Cała Cylicja Trachea była naturalnie przystosowana do działalności pirackiej, a do ze względu na liczne zatoki (i tajne zakątki, gdzie można było się schować) oraz wysokie góry, za którymi swoje siedziby miały liczne plemiona posiadające spore pola uprawne. Były tam również liczne lasy, z których pochodziło drewno na budowę pirackich okrętów. Graniczną rzeką pomiędzy Cylicją Trachea a Cylicją Pedias była Larus. Głównym portem Cylicji Pedias (czyli tej oficjalnie rzymskiej, choć realnie Rzymianie przyjmą tą prowincję dopiero w roku 64 p.n.e. wcześniej polegając na lokalnych watażkach, mających swoje własne oddziały wojskowe, które mogły zapewnić bezpieczeństwo w regionie, natomiast rzymscy prokuratorzy często byli wysłani bez wystarczającej liczbę wojska, dlatego też utrzymanie tej prowincji we władzy lokalnych "książąt" było na rękę Rzymowi). Głównym portem tej krainy było miasto z Soli (które notabene było jednak słabo zaludnione). Na północny-wschód od Soli znajdowało się piękne miasteczko Achialos (Anchialé) gdzie ponoć znajdował się grób Sardanapala (jest to literacka, grecka nazwa asyryjskiego władcy Aszurbanipala, który ponoć miał spłonąć w swym pałacu w chwili zdobycia go przez Chaldeczyków i Medów. Przynajmniej tak to zostało przedstawione w literaturze i sztuce, ale tak naprawdę Aszurbanipal nie zginął w ten sposób, a dopiero jego następca Szin-szariszkun - ostatni władca Asyrii władający z Niniwy, który spłonął w swym pałacu wraz z dworem i haremem po zdobyciu miasta przed Chaldeńczyków pod wodzą księcia Nabuchodonozora - tartana armii babilońskiej i syna króla Nabopolasara w 612 r. p.n.e.). W owym miasteczku znajdować się miała również inskrypcja króla Sardanapala, która brzmiała: "Dobrze wiedząc, że jesteś z natury śmiertelny, wyolbrzymiaj pragnienia swego serca, rozkoszując się uciechami; nie ma dla ciebie żadnej przyjemności po śmierci. Bo ja również jestem prochem, chociaż panowałem nad wielkim Ninusem. Moje jest całe jedzenie, które zjadłem, i moje swobodne odpusty, i rozkosze miłości, którymi się cieszyłem; ale te liczne błogosławieństwa zostały w tyle. Dla śmiertelnych ludzi jest to mądra rada, jak żyć". Po rozprawieniu się z piratami miast Cylicji Trachea, w roku 75 p.n.e. Serwiliusz Vatia ruszył na wschód, przekroczył góry Taurus i rozpoczął kampanię przeciwko plemieniu Izaurów wpierającemu piratów, a po ich pokonaniu uznał kampanię za zakończoną i wrócił do Rzymu, gdzie jeszcze w tym samym roku odbył triumf. Nie był to jednak koniec piratów w tym regionie Morza Śródziemnego, a nawet doszło do tego, że na ich czele stanęła kobieta, córka byłego pirackiego wodza pokonanego przez Vatię, Ksenofanesa - Aba, która dodatkowo weszła do rodziny kapłanów Zeusa z olbii zwanych Teukrami (kapłaństwo to było dziedziczne i wywodziło się ponoć od Ajasa, syna Teukra który założył świątynię), dzięki temu zdobyła prawne zabezpieczenie swojej pozycji, a dzięki działalności pirackiej zyskała wielki majątek. Nieoficjalnie była królową mórz, oficjalnie małżonką kapłana z Olbii, a gdy w 43 r. p.n.e. Marek Antoniusz został jednym z triumwirów i otrzymał w zarząd wschodnie prowincje Imperium Rzymskiego, Aba podporządkowała się jemu i Kleopatrze egipskiej. 




Ponieważ jednak nie zaprzestała swego procederu, została usunięta (ok. 35 r. p.n.e.) ale władza nad Olbią i ziemiami które kontrolowała jako "królowa piratów" - pozostała w ręku jej potomków. Przejdźmy teraz jednak do działań kierowanych przeciwko piratom przez ojca owego triumwira Marka Antoniusza, Marka Antoniusza starszego (zwanego też potem "Kreteńskim").


ABA z OLBII
(Niekoronowana królowa piratów)



CDN.

niedziela, 19 stycznia 2025

MEMORIAM - Cz. XXIV

VERGINES VESTALES I TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 

Cz. IX







CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. IV



 Po uzyskaniu upragnionej prowincji Cylicji (upragnionej tylko i wyłącznie z powodu chęci objęcia dowództwa w wojnie z Pontem, nie zaś ze względu na bogactwa owej prowincji, której ona nie posiadała), Lucjusz Licyniusz Lukullus przystąpił czym prędzej do formowania legionu z którym wyruszy na Wschód, na wojnę z Mitrydatesem Eupatorem. A w tym czasie (symultanicznie) toczyły się inne wojny. O hiszpańskiej wojnie prowadzonej przez mariańczyka (który stał się prawdziwym acz samozwańczym "królem Hiszpanii") Kwintusa Sertoriusza z rzymskimi wodzami: Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem (przezwisko "Pobożny" uzyskał on nie ze względu na swoją gorliwość religijną, a z powodu miłości ojcowskiej i starań, jakie przedsięwziął w sprawie powrotu swego ojca z wygnania, na które ten został skazany decyzją Gajusza Mariusza w roku 100 p.n.e. Metellus przez dwa lata pisał petycje i błagał o pozwolenie na powrót swego ojca do Rzymu, co ostatecznie zakończyło się sukcesem w roku 98 p.n.e. a od tej chwili otrzymał on przydomek "Pobożny") i Gnejuszem Pompejuszem (obaj byli przeciwnikami Mariusza, obaj też walczyli w armii Korneliusza Sulli, nic więc dziwnego że pałali niechęcią do mariańczyka jakim był Sertoriusz). O walkach w Hiszpanii pisałem już w poprzednich częściach tej serii, warto jednak dodać jeszcze parę słów na temat samego Kwintusa Sertoriusza, a szczególnie powiedzieć coś na temat jego życia prywatnego i tego, jakim był człowiekiem.

Przede wszystkim należy stwierdzić, że z Sertoriusz był człowiekiem niezwykle pobożnym, lub też raczej zabobonnym. Będąc jednocześnie wykształconym i znając język grecki, znał również pisma Eratostenesa - greckiego geografa i matematyka, działającego głównie w Aleksandrii i żyjącego w III wieku p.n.e., który kierując się wyznaczoną przez siebie datą upadku Troi, którą obliczył (przykładając tutaj naszą rachubę czasu) na 1183 r. p.n.e., stwierdził że koniec świata nastąpi w 1000 lat po upadku Troi, czyli lekko licząc wypadałoby to rok 183 p.n.e. Owszem, wówczas doszło do śmierci dwóch wybitnych wodzów i polityków: Publiusza Korneliusza Scypiona Afrykańskiego -  pogromcy Hannibala spod Zamy, oraz właśnie samego Hannibala, ale poza tym nic więcej się nie wydarzyło, świat się nie skończył. W tym momencie wielu Rzymian (oczywiście tylko tych znających język grecki, bo cała pozostała masa rzymskich obywateli w ogóle się tym nie przejmowała, bo... o tym nawet nie wiedziała) zaczęło się zastanawiać czy to właśnie Eratostenes popełnił błąd w obliczeniach, czy też Sybilla (raczej jej księgi) która również wyznaczyła koniec świata na tenże rok, wprowadziła ich w błąd? Ani jedna, ani druga opcja nie mogła zostać przyjęta, gdyż rzymska rachuba liczenia lat "od założenia miasta" pochodziła właśnie z obliczeń Eratostenesa, tak więc jeśliby uznano że popełnił błąd, należało również odrzucić ową rachubę. Więc może to Sybilla? Ale nie, to też nie wchodziło w grę, ona przecież nigdy nie oszukała dumnych synów grodu wilczycy. Uznano więc, że źle zinterpretowano lata które wyznaczył Eratostenes i wiek eratostenesowych lat, to nie było 100 lat, a 110. Kierując się tą datą, uznano, że Rzym został założony w 440 lat od chwili rozpoczęcia wojny trojańskiej (1193-440=753), a to oznacza że koniec świata nastąpi nie w tysiąc, a w 1100 lat po upadku Troi. Rok ten zaś przypadał na 83 r. p.n.e. i wówczas to właśnie (opierając się tą rachubą czasu) i przewidując upadek znanego świata (rzymskiego świata) Kwintus Sertoriusz (wraz z kilkunastoma towarzyszami) wypłynął daleko na morze, aż za "Słupy Herkulesa" (czyli Cieśninę Gibraltarską) kierując się ku "Wyspom Szczęśliwym", które według przepowiedni obiecać miał Jowisz wybrańcom wieku żelaza. Sertoriusz dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za owe "Wyspy Szczęśliwe", jako że klimat tam był ciepły, roślinność bujna (niczym w raju) a poza tym udało mu się pochwycić białą łanię lernejską - symbol bogini Diany (greckiej Artemidy). Do podróży owej dojść musiało właśnie w roku 83 p.n.e. ale ponieważ była to podróż odkrywcza, a podróżnicy nie byli przygotowani na to, żeby od razu osiąść na owych wyspach. Postanowiono powrócić tam wraz z zapasami, ekwipunkiem i resztą tych, którzy chcieli ocaleć z pogromu końca świata.




Tylko że do powrotu już nigdy nie doszło, jako że minął rok 83 p.n.e. a zapowiadany przez Eratostenesa i Sybillę koniec świata ponownie nie nastąpił. Zresztą Sertoriusz z początkiem 82 r. p.n.e. otrzymał namiestnictwo Hiszpanii (nastąpiło to jeszcze przed usunięciem reżimu popularów przez przybywającego ze Wschodu Korneliusza Sullę po zakończeniu I wojny z Mitrydatesem Eupatorem, który zdobył Rzym i krwawo rozprawił się ze swoimi przeciwnikami politycznymi, wprowadzając optymatyczny {a dziś byśmy nazwali go raczej prawicowym} reżim), potem zajęty był Sertoriusz walkami w północno-zachodniej Afryce (dzisiejsze Maroko), a ostatecznie (od roku 80 p.n.e.) rzucił wyzwanie reżimowi Sulli i wypowiedział posłuszeństwo Rzymowi. Warto oczywiście od razu zaznaczyć (gwoli uporządkowania wiedzy), iż wydarzenia roku 83 p.n.e. związane właśnie z przepowiednią końca świata (oraz późniejszego zdobycia Rzymu przez Sullę w 82 r. p.n.e.) są traktowane jako pierwszy - wymieniony w tytule - cios, zadany rzymskiej Republice. Drugi cios miał miejsce w roku 73 p.n.e., a związany był z wybuchem powstania Spartakusa, co było efektem uniewinnienia westalek (o czym już wcześniej wspominałem, ale pozwolę sobie jeszcze dokładniej to streścić), podejrzanych o złamanie ślubów czystości złożonych bogini Weście. Trzeci zaś w roku 63 p.n.e. gdy doszło do zamachu stanu Lucjusza Sergiusza Katyliny, stłumionego następnie przez Cycerona (notabene niektórzy historycy uważają, że niechęć - a nawet nienawiść - Marka Antoniusza do Marka Tullisza Cycerona wzięła się stąd, że jego wuj - Gajusz Antoniusz Hybryda {konsul roku 63 p.n.e.} który pomógł Cyceronowi w stłumieniu spisku Katyliny i z tego powodu otrzymał przy jego poparciu zarząd nad prowincją Macedonią, został z niej usunięty na wniosek Cycerona już w roku 60 p.n.e. Antoniusz uważał bowiem że Cyceron okazał się oszustem i że celowo pozbawił namiestnictwa jego wuja. W rzeczywistości jednak wydaje się bardziej prawdopodobne, że Antoniusz Hybryda został po prostu usunięty stamtąd ze względu na swoje zdzierstwa i bezwzględne łupienie podatkami mieszkańców owej prowincji). Tak oto nawiedziły Rzym owe trzy ciosy, które umieściłem w podtytule owej serii.

Wracając zaś do Sertoriusza, należy od razu dodać, że prywatnie był to prawdziwy... maminsynek. Jego miłość do matki była tak wielka, że gdy dostał wiadomość o jej śmierci będąc już w Hiszpanii (a było to zapewne jakiś czas po 82 r. p.n.e.) to przez tydzień nie wychodził ze swego namiotu, cały czas ją opłakując. Pozostał by tam dłużej, ale jego właśni żołnierze zmusili go do działań i zakończenia stanu wewnętrznej i zewnętrznej apatii. Po utracie matki przerzucił się na wiarę w opatrzność bogini Diany, której symbolem stała się biała łania lernejska, sprowadzona z "Wysp Szczęśliwych" i ona dodawała mu nie tylko otuchy, ale przede wszystkim ogromnej wiary w zwycięstwo. I rzeczywiście, kierując się tą wiarą (i zamykając się na długie godziny w jednym pokoju ze swą łanią, długo z nią rozmawiając oraz nasłuchując, co bogini przez owe zwierze ma mu do przekazania) Sertoriusz był nie do pokonania przez prawie 8 lat zmagań wojennych. Bowiem zapał i ogromna wiara w opatrzność bogini, udzielała się też jego hiszpańsko-rzymskiemu wojsku, a niestety walka z fanatykami często jest bardzo trudna, a wręcz niemożliwa do wygrania, jeśli druga strona również nie będzie fanatycznie przekonana o swoich celach i ostatecznym zwycięstwie (przykładem niech będą niesamowite wręcz zwycięstwa Arabów, prowadzonych przez Mahometa i jego następców w walkach z Rzymiano-Bizantyjczykami i Persami, czyli armiami które miały wielowiekowe tradycje, a były znoszone z pola niczym zboże latem. Armie koczowników rozbijały tamte wojska, kierując się właśnie niespożytą wiarą w życie pozagrobowe w raju, u boku Allaha). I rzeczywiście, Sertoriusz pozostał niepokonany aż do swej śmierci. A zginął w wyniku zdrady, podstępnie zamordowany przez człowieka, który chciał zająć jego miejsce, a który nie miał ani jego charyzmy, ani jego wiary, ani jego autorytetu. Gdy więc tylko objął dowództwo nad pozostałościami armii Sertoriusza, Pompejusz nie miał już większych problemów z zakończeniem tego buntu (72 r. p.n.e.).




Tak więc według Plutarcha (bo tylko on podaje imię matki Sertoriusza), miała ona zwać się Rhea (Reja), i pochodziła z zamożnej rodziny rzymskiej, zapewne (choć nie ma tutaj żadnej pewności) o korzeniach etruskich (jej imię zostało bowiem podane w różnych formach np. Rhaia lub Rahia). Sertoriusz w młodym wieku stracił ojca i tak naprawdę nigdy go nie znał, całe życie zaś wychowywała go matka (Plutarch przedstawia ją jako nową Kornelię, matkę braci Grakchów, która poświęciła swoje życie aby wychować synów na dobrych Rzymian, poświęcając przy tym swoje szczęście osobiste). Oczywiście nie ma żadnej informacji na temat tego, czy Reja ponownie wyszła za mąż, ale sugestia Plutarcha o tym, że poświęciła się wychowaniu syna, świadczy że prawdopodobnie nie. Plutarch pisze też że Sertoriusz po powrocie z "Wysp Szczęśliwych" (i potem, gdy był już w Hiszpanii) zawsze pragną wrócić do Rzymu, a jego jedynym motorem powrotu była właśnie miłość do matki (rola matek od czasów Koriolana, poprzez właśnie braci Grakchów, po Sertoriusza, Nerona i Aleksandra Sewera, była niezwykle istotna w dziejach Rzymu). Niemiecki historyk -  Theodor Mommsen (jeden z najsłynniejszych dziejopisów historii starożytnego Rzymu) tak oto pisał o Sertoriuszu: "Ten wspaniały człowiek, (...) miał naturę łagodną, a nawet czułą, czego dowodem jest jego niemal marzycielska miłość do matki Rei". Matka jednak nie była jedyną kobietą w życiu Sergiusza, drugą była jego hiszpańska żona (informacje o niej - choć bez imienia, a także o zrodzonym z niej synu, poda jedynie Waleriusz Maximus). Jeśli istniała (a wydaje się, że nie należy w to wątpić), to była możną kobietą z jednego z kluczowych hiszpańskich plemion (w przeciwnym razie Sertoriusz nie miałby powodu aby się z nią żenić). Jeżeli bowiem uznamy że dla Hiszpanów Sertoriusz był strategiem-autokratą - a takim samym tytułem określani byli dawni kartagińscy wodzowie sprawujący kontrolę nad Hiszpanią, min.: Hazdrubal, Hamilkar Barkas, czy Hannibal Barkas, to od razu trzeba sobie uświadomić że oni wszyscy również poślubili dobrze urodzone kobiety, wywodzące się z różnych plemion iberyjskich. Wydaje się więc że poślubiając Hiszpankę, Sertoriusz szedł w ślady kartagińskich wodzów, tym samym wtapiając się w lokalne środowisko i stając się jego częścią. 




Należy bowiem dodać, że to co uczynił w Hiszpanii Sertoriusz, było przełomowym aktem w kwestii romanizacji Hiszpanii i tworzenia jednego społeczeństwa spośród ludów zamieszkujących ówczesne Imperium. Szczególnie na polu edukacji poczynił on niesamowity postęp, który długo jeszcze nie został powtórzony. W każdym razie celem Sertoriusza było stworzenie wspólnego rzymsko-hiszpańskiego państwa, w którym nie będzie lepszych i gorszych (oczywiście mam tutaj na myśli narodowości, natomiast różnice majątkowe i stanowe oczywiście nadal istniały, byli też niewolnicy. Pod tym względem nic nie uległo zmianie, a jedynie przestano uznawać Hiszpanów za ludność podległą). Żeby to sobie uświadomić, warto wyjaśnić jak działał rzymski system sprawowania władzy w prowincjach. Otóż na czele prowincji stał prokonsul lub propretor, który wylosował, lub też uzyskał (przykład Lukullusa o którym pisałem w poprzedniej części) daną prowincję. Taki namiestnik był na prowincji "panem i Bogiem" życia i mienia mieszkańców tamtych ziem. Od niego zależał pobór podatków, on wyznaczał ich skalę i liczbę (często bywało tak, że w ciągu roku pobierano podatki kilka, a nawet kilkanaście razy, gdyż pierwsze podatki musiały zasilić kabzę namiestnika i jego otoczenia, a dopiero następne szły do Rzymu. Oczywiście kto nie mógł zapłacić podatków był brutalnie prześladowany, więziony, a nawet uśmiercany). Dlatego bogate prowincje były szczególnie łakomym kąskiem dla kończących urząd polityków rzymskich, którzy w czasie wyborów często się zadłużali, a zdobycie intratnej prowincji, to było jak skok do basenu pełnego krystalicznie czystej wody na środku pustyni. Innymi słowy ci, którzy w Rzymie utracili rodowe majątki, lub też zadłużyli się po uszy, uzyskawszy taką prowincję wracali ponownie jako bogacze (nie wszystkim to się podobało. Ostro zwalczał tego typu praktyki Cyceron-  co pokazałem chociażby na przykładzie Antoniusza Hybrydy - wuja Marka Antoniusza. Natomiast z chwilą ugruntowania się pryncypatu i przejęcia władzy przez Oktawiana Augusta oraz jego następców, stopień łupienia prowincji przez namiestników uległ znacznemu zahamowaniu. Przykład cesarza Tyberiusza jest tutaj dosyć wymowny, bo istnieje taka anegdota, która mówi że jeden z namiestników prowincji wysłał pewnego razu do Rzymu znaczne kwoty, sądząc że tym samym uzyska cesarską akceptację ze względu na swoje dokonania. Cesarz jednak zdjął go ze stanowiska, mówiąc przy tym: "Owce należy strzyc, a nie obdzierać ze skóry").




Namiestnik do pomocy w zbieraniu podatków i przeprowadzaniu audytów miał przy sobie kwestora (który również był zastępcą namiestnika na prowincji). Poza tym jego "dwór" składał się również z trybunów wojskowych, legatów, specjalistów cywilnych, oraz służby - która była niezbędna, aby umilić życie przedstawicielowi grupy społecznej nierobów nobilitas (potem również ekwitów, czyli rzymskiej klasy średniej). Rolę sądu najwyższego na prowincji pełniła rada sędziów wybierana spośród ludzi mianowanych na to stanowisko przez namiestnika, a składających się z kwestora, legatów, trybunów wojskowych i kohorty "przyjaciół" ("amicorum"). Oczywiście rzymskie władze centralne (które rezydowały w największym, lub najważniejszym mieście danej prowincji), nie mogły się zajmować wszystkim (zresztą było to niemożliwe), dlatego też większość spraw scedowano na samorządy, złożone albo z przedstawicieli lokalnych miast, albo lokalnych plemion. Sertoriusz umocnił władzę lokalnych plemion, wprowadzając ich przedstawicieli do stworzonego przez siebie Senatu, złożonego zarówno z Rzymian jak i Hiszpanów (co było wówczas nieakceptowalne społecznie, trzeba bowiem podkreślić jak wielkie oburzenie wywołało w Rzymie wprowadzenie do Senatu przedstawicieli galijskiego plemienia Eduów przez Gajusza Juliusza Cezara w 45 r. p.n.e.). Poza tym otworzył on szkoły dla dzieci z rodzin hiszpańskich (oczywiście były to rodziny możne, bo tylko takie wówczas się liczyły, ale jednak) umożliwiając im darmową naukę łaciny i greki i tym samym starając się skonsolidować swoje "hiszpańskie królestwo". Innymi innowacjami wprowadzonymi przez Sertoriusza było mianowanie dwóch kwestorów w miejsce jednego, dodanie stanowiska pretora sprawującego pieczę nad sądami, stworzenie nowej administracji hiszpańskiej w sytuacji ciągle trwającej wojny oraz ustanowienie nowego Senatu (w miejsce tego "legalnego", istniejącego w Rzymie).




Tak wyglądały sprawy hiszpańskie. Ale nim Lucjusz Lukullus zebrał legion (na czele którego pomaszerował na Wschód, przeciw Mitrydatesowi), warto też zobaczyć jakie postępy w walkach z piratami poczynił ojciec późniejszego triumwira Marka Antoniusza, noszący to samo imię. 




CDN.
 

niedziela, 29 grudnia 2024

MEMORIAM - Cz. XXIII

 VERGINES VESTALES I TRZY CIOSY





UMIŁOWANY POKÓJ
I ZŁUDNE NADZIEJE
SIEDEMDZIESIĄTYCH LAT 

Cz. VIII







CO Z TYM WSCHODEM? 
Cz. III


 Na wiosnę 74 r. p.n.e król Pontu Mitrydates VI Eupator był już gotów do wojny o dominację w Azji Mniejszej. Zebrał ponad 150 000 armię, ściągnął licznych sojuszników, a przede wszystkim zawarł układ z samozwańczym "królem Hiszpanii" - Kwintusem Sertoriuszem, dokąd też w 76 r. p.n.e. wysłani zostali przedstawiciele Sertoriusza: Lucjusz Magius i Lucjusz Fanniusz (Diodor twierdzi, że do takiego sojuszu doszło już w roku 79 p.n.e., ale nie jest to możliwe głównie ze względu na fakt, iż w tym czasie Mitrydates starał się jeszcze o dobre stosunki z Rzymem, dlatego też nie podjąłby się sojuszu z wyklętym przez sullańskie władze byłym mariańczykiem, który dopiero co rozpoczynał swój hiszpański epizod wojenny). Ponoć mieli oni zachęcać władcę Pontu do inwazji na Italię (tak ponownie twierdzi Diodor i trudno stwierdzić czy taka propozycja rzeczywiście padła, czy też nie, a jeśli tak, to była ona całkowicie oderwana od rzeczywistości, gdyż Mitrydates miał mnóstwo wrogów w samej Anatolii, a poza tym nawet jeśli pokonałby władców tej krainy i podporządkował sobie ich ziemie, to jak miałaby wyglądać inwazja na Italię? Musiałby przecież przejść przez rzymską Grecję, gdzie zapewne zostałby zatrzymany, ale jeśli nawet nie, to w Italii nie mógł liczyć na żadne wsparcie {być może kilka greckich miast na południu by go poparło, ale to miałoby to większego znaczenia po trudach wojennych, przez jakie przeszedłby w Azji Mniejszej i Grecji, a i poparcie Greków jest bardzo mało prawdopodobne}). Mitrydates stwierdzić miał już nie planuje inwazji na Italię, ale sojusz z poszukiwaczem "wysp szczęśliwych" (w ich poszukiwaniach wyprawił się aż za Słupy Herkulesa i dotarł do Wysp Kanaryjskich, które uznał właśnie za ową mityczną krainę szczęśliwości. Sprowadził stamtąd także białą łanię cerynejską, którą utożsamiał z boginią Dianą {grecką Artemidą} i pozwalał jej chodzić gdziekolwiek chciała wokół swego pałacu w Dianii, a gdy do niego wracała, cieszył się jak dziecko że bogowie ponownie mu sprzyjają) bardzo mu odpowiadał, dlatego też wysłał do Hiszpanii swoich przedstawicieli w roku 75 p.n.e. w celu ostatecznego dogadania wzajemnych stref wpływów i zawiązania sojuszu (ponoć Mitrydates domagał się Bitynii, Kapadocji i rzymskiej prowincji Azji, ale Sertoriusz nie chciał się zgodzić na oddanie Azji). Ostatecznie sojusz został podpisany, a Sertoriusz zgadzał się na oddanie Mitrydatesowi Bitynii, Kapadocji, Paflagonii, Galicji oraz... rzymskiej Azji (swoją drogą nie wiadomo dlaczego się na to zgodził, po pierwsze odnosił sukcesy w walkach z Gnejuszem Pompejuszem i Kwintusem Cecyliuszem Metellusem Piusem w Hiszpanii, a po drugie przecież wciąż czuł się Rzymianinem, był wiernym żołnierzem Gajusza Mariusza, nie uważał się też za zdrajcę), w zamian Mitrydates miał wysłać Sertoriuszowi 3000 talentów i 40 okrętów, a Sertoriusz swoich doradców wojskowych, którzy mieli szkolić armię pontyjską.

Są jednak historycy, którzy twierdzą że Sertoriusz odmówił Mitrydatesowi zgody na przejęcie Azji (ponoć miał w owym dokumencie zastrzec, że on będzie namiestnikiem Azji pod ewentualną okupacją Mitrydatesa, który realnie nie będzie posiadał żadnych praw do tej prowincji). Ma to sens, jeśli weźmiemy pod uwagę że zapewne zostałoby to propagandowo wykorzystane przeciwko Sertoriuszowi przez sullańczyków (notabene w Rzymie w tamtym czasie,  zaledwie cztery lata po śmierci Korneliusza Sulli, nadal obowiązywał zakaz publicznego pokazywania wizerunków Gajusza Mariusza i jego zwolenników. Złamie go dopiero Cezar na pogrzebie swojej ciotki, wśród oklasków tłumu, to będzie oznaczało stopniowe odejście od surowych norm ustrojowych Sulli). Istnieje też przekaz Diodora, w którym ten pisze że Mitrydates miał się skarżyć swoim doradcom, że Sertoriusz - walczący z dwoma rzymskimi armiami w Hiszpanii - grozi mu wojną, jeśli ten zajmie prowincję Azję i pyta się, że skoro dzieje się to w sytuacji gdy Sertoriusz jest przyparty do muru, to co będzie, gdy zwycięski zasiądzie na Palatynie. Tak naprawdę jednak Sertoriuszowi na gwałt potrzeba było pieniędzy i choć wiemy że już w 75 r. p.n.e w jego wojsku doszło do pewnych zaburzeń, to jednak żołnierze go nie zostawili, nie odeszli. A tak zapewne by było, gdyby im od dłuższego czasu nie płacił żołdu. Zatem pieniądze od Mitrydatesa z pewnością mu się przydały (o walkach toczonych w Hiszpanii przez Sertoriusza z Pompejuszem i jego poprzednikami pisałem już w XVII części tej serii). Tak więc wiosną 74 r. p.n.e. gotów do wojny Mitrydates w Synopie doglądał swej imponującej floty wojennej. Wcześniej złożył krwawą ofiarę na ołtarzu Zeusa Stratiusa (opiekuna żeglarzy), oraz Posejdona - wprowadzając w fale morskie zaprzężony białymi końmi rydwan. Mitrydates czuł się niczym półbóg, obserwując ze swego królewskiego namiotu całe to przedstawienie. Na koniec założył swój królewski hełm, przywidział miecz i wsiadł na konia, dając znak swym dwóm generałom: Taksilesowi i Hermokratesowi, że oto z pomocą bogów najwyższych wojna się rozpoczyna. Z potężną swą armią ruszył na południe do Paflagonii (kraina ta została zajęta przez Mitrydatesa jeszcze w 89 r. p.n.e.), a gdy tam dotarł, urządził przemowę do żołnierzy, w której to podkreślał wielkość swej armii, która "nigdy nie została pobita przez Rzymian" (co jest oczywiście nieprawdą, gdyż Sulla w czasie I wojny bijał jego wojska w Grecji). Mówił też o wielkości swego rodu i swych przodków, ale przede wszystkim chwalił samego siebie za to, że Pont za jego rządów urósł do potęgi zdolnej rzucić wyzwanie największej ówczesnej superpotędze - Rzymskiej Republice. Twierdził też że Rzymianie są opętani chciwością i rządzą władzy, że "zniewolili Italię i sam Rzym", że złamali zawarty w Dardanos pokój (85 r p.n.e.). Ostatecznie oskarżył Rzymian o plagę piractwa "nieszczęścia naszych czasów" (notabene piraci byli sojusznikami Mitrydatesa w tej wojnie - taki szczegół pokazujący dwulicowość wszelkich władców i polityków), a także o to, że charakter Rzymian jest tak podły, że gotowi są walczyć nawet sami ze sobą, byle tylko zdobyć władzę (tutaj posłużył się przykładem Sertoriusza).




Następnie z Paflagonii skierował się do Bitynii, gdzie już urządzał się (po śmierci króla Nikomedesa IV, który w swym testamencie zapisał Bitynię Republice) konsul - Marek Aureliusz Kotta. Rzymskie siły zajmujące Bitynię były nieliczne (w prowincji Azji stacjonowały dwa legiony, często złożone jeszcze z weteranów armii Gajusza Flawiusza Fimbrii Młodszego - mariańczyka, wysłanego w 86 r. p.n.e. na Wschód aby walczył zarówno z Mitrydatesem jak i odebrał dowództwo i uwięził Lucjusza Korneliusza Sullę, zabitego w 85 r. p.n.e.), składały się głównie z wojsk floty, oraz nielicznych oddziałów wysłanych dla zabezpieczenia miast (szczególnie Nikomedii). Poza tym Kotta nie miał doświadczenia wojskowego, i gdy tylko gruchnęła wiadomość o zbliżaniu się potężnej armii Mitrydatesa, wpadł w panikę i uciekł z Nikomedii do Chalcedonu nad Propantydą (gdzie stała rzymska flota) naprzeciwko greckiego miasta Byzantion. Mitridates dowiedziawszy się że Rzymian nie ma już w Nikomedii, ruszył za nimi w pościg do Chalcedonu, a gdy dotarł pod mury miasta, wyszedł mu naprzeciw z żołnierzami floty jej dowódca - Lucjusz Nudus, ale po pierwszym ataku sił Mitrydatesa rzymscy żołnierze musieli chronić się z za murami Chalcedonu, gdyż przewaga wroga była przygniatająca, a oni nie mieli doświadczenia w walkach na lądzie. Jednak podczas wycofywania się, ruszyli za nimi w pogoń żołnierze pontyjscy i doszło do szczególnie krwawej bitwy pod bramą, którą Rzymianie przegrywali, otoczeni zewsząd, przez przeważające siły wroga. Widząc co się dzieje, żołnierze którzy byli już wewnątrz zaczęli zamykać bramy i ryglować je tak, aby nikt już się tutaj nie wydarł. Problem polegał tylko na tym, że za bramą nadal walczyli rzymscy żołnierze, mało tego został tam sam dowódca floty Lucjusz Nudus. Postanowiono więc spuścić im liny z murów miasta, aby się chwycili i tym samym mieli zostać wciągnięci do środka. Tak też się stało (np. tak do Chelcedonu powrócił Nudus), ale nie wszyscy mieli taką możliwość. Ci, którzy nie złapali lin zginęli pod bramami (Appian pisze, że prosili najpierw swoich aby też ich wciągnęli, a następnie odrzucili broń i na kolanach błagali wrogów aby ich nie zabijali, nadaremno).




Mitridates zapowiedział, że Rzymianie mają się poddać, jeśli zaś tego nie zrobią wszyscy zginą. Nie rzucał słów na wiatr, już bowiem jego flota przepłynęła Bosfor (Bosphorus), zerwała żelazny łańcuch, uniemożliwiający wpłynięcie do portu w Chalcedonie, a następnie spaliła cztery rzymskie okręty oraz przejęła i odholowała pozostałe 60. Sytuacja Rzymian zamkniętych w Chalcedonie niczym w puszce, była więc katastrofalna. W czasie walki stracili 3 000 żołnierzy (poległ też senator Lucjusz Manliusz), podczas gdy straty Mitrydatesa wyniosły zaledwie 20 wojowników z plemienia Bastarnów. Jednak informacja o uwięzionych bardzo szybko dotarła do Italii i w Rzymie przygotowywano już armię, która miała (wraz z legionami z prowincji Azji) uwolnić Chalcedon, a o dowództwo w tej wojnie starał się intensywnie Lucjusz Licyniusz Lukullus, były oficer armii Sulli z czasów I wojny z Mitrydatesem. Aby objąć upragnione dowództwo, starał się o namiestnictwo prowincji Cylicji (tylko część tej krainy należała do Rzymu, część zaś była we władaniu piratów, którzy tworzyli tam swoje własne niezależne państewka), szczególnie że na początku 74 r. p.n.e. zmarł Lucjusz Oktawiusz, który wylosował właśnie tę prowincję i miał objąć nad nią namiestnictwo, ale mu się po prostu zmarło. Aby uzyskać namiestnictwo, a przede wszystkim aby objąć dowództwo w tej wojnie nie wystarczyły pieniądze (których Lukullus akurat miał pod dostatkiem), ale przede wszystkim trzeba było mieć znajomości, odpowiednie poparcie które gwarantowałoby objęcie nawet nie tyle intratnej prowincji ( a Cylicja do takiej nie należała), ale przede wszystkim sławy i łupów, jakie można było zdobyć po zwycięskiej wojnie na Wschodzie. Jednak z tym poparciem i tymi znajomościami u Lukullusa było słabo. Jako wierny oficer Sulli, dał się poznać w charakterze obrońcy stworzonego przez niego ustroju (znacznie ograniczającego pozycję trybuna ludowego - wręcz można powiedzieć że rola trybuna była w tym systemie praktycznie całkowicie pozbawiona wszelkiego politycznego znaczenia - na korzyść Senatu i warstw najbardziej uprzywilejowanych). Lukullus wdał się pewien konflikt z dwoma politykami (demagogami), którzy pragnęli osiągnąć polityczne korzyści, nawołując lud do zmiany zaistniałego po 82 r. p.n.e. systemu politycznego. Pierwszym z nich był Lucjusz Kwinkcjusz, którego Lukullus publicznie napominał, aby nie czynił czegoś, czego potem będzie żałował i mocno się z nim ścierał - głównie pod publiczkę (prywatnie jednak znali się bardzo dobrze, a Kwinkcjusz był częstym bywalcem urządzanych w domu Lukullusa przyjęć, również tych z udziałem nagich niewolnic i specjalnie sprowadzanych z Grecji heter. Dziś w dobie internetu i mediów społecznościowych taka znajomość bardzo szybko wyszłaby na jaw). Drugim zaś był Publiusz Korneliusz Cetegus i nad nim warto na moment dłużej się zatrzymać.

Cetegus (po wejściu Sulli do Rzymu w 82 r. p.n.e. i rozpisaniu list proskrypcyjnych, jego nazwisko znalazło się na liście przeznaczonych do natychmiastowego "usunięcia". Uniknął tego losu, chowając się w różnych dziwnych miejscach - między innymi w publicznym wychodku 😙, a potem dzięki pomocy przyjaciół opuścił Rzym. Ci właśnie ludzie przekonali Korneliusza Sullę aby usunął nazwisko Cetegusa z list proskrypcyjnych i pozwolił mu wrócić do Rzymu, a gdy tak się stało, Cetegus pojednał się z Sullą) był bardzo popularny w Rzymie lat 70-tych I wieku p.n.e. Uważano go za wybrańca bogów, jednego z tych, którym udało się uniknąć tragicznego losu w czasach proskrypcyjnych mordów (a nie było to wcale proste - czasem bywało i tak, że ludzie dopiero co wyczytali swoje nazwisko na liście umieszczonej na Forum Romanum i nie zdążyli nawet dojść do domu, gdy po drodze ktoś ich "zaciukał" w ciemnej uliczce - a jednym z takich, któremu również to się udało był Gajusz Juliusz Cezar). Cetegus pełnił funkcję menniczego, ale jego opinia była powszechnie szanowana, dlatego też politycy starali się o jego poparcie przed wyborami. I właśnie ów Cetegus mocno krytykował Lukullusa za jego rozwiązły tryb życia, wydawanie pieniędzy na hetery i jedzenie, oraz deprawację młodzieży. Ale, jak to się mówi wreszcie przyszła "kryska na matyska" i samego Cetegusa dopadła również strzała Amora. Mniej więcej w omawianym przeze mnie okresie, zadużył on się w pewnej pięknej Rzymiance o imieniu Precja, która nie mogła narzekać na brak adoratorów, aczkolwiek ze względu na swoją urodę i seksapil jaki roztaczała, to ona wybierała sobie mężczyzn, a nie mężczyźni ją. Była ponoć bardzo piękna, miała również powabne kształty, które przyciągały do niej wielu wpływowych polityków, jednym z nich był właśnie Publiusz Korneliusz Cetegus. Ponieważ cieszył się on znaczną popularnością wśród ludu i możnych, okazał się wystarczająco dobrą partią dla Precji. Zabrał ją do siebie do domu, obsypywał podarkami, sukniami i innymi kosztownościami, a jednocześnie dawał sobą sterować jak małe dziecko. Cokolwiek powiedziała Precja, natychmiast wykonywał, stając się całkowicie od niej uzależniony. Wreszcie cały Rzym mówił o tym związku i stał się on bardzo popularny. Oczywiście wiedział o nim również i Lukullus, dlatego też postanowił przekłuć tę wiedzę w polityczne złoto. Udał się więc pewnego razu z kosztownymi darami dla Precji, chwaląc jej urodę, mądrość i rozwagę, co bardzo jej się spodobało (mile łechtają nas wszelkiego typu komplementy, ostatnio opowiadała mi moja znajoma, która zajmuje się fitnessem i w ogóle zdrowym odżywianiem, że jak tylko pochwali pewnego klienta że dobrze wykonuje dane ćwiczenia - nie wiem jak one wyglądają przyznam się szczerze, bo nigdy jeszcze nie korzystałem, wolę basen i siłownię 😚 - to ten czuje się tak mocno podbudowany, że zostawia u nich znacznie więcej pieniędzy niż normalnie, a do tego zapisuje się na dodatkowe ćwiczenia, tym bardziej że znajoma jest, mówiąc po prostu... urodziwa - tak to już człowiek jest zbudowany 🥴).




Od tej chwili Lukullus zyskał ogromne wsparcie w Cetegusie, dzięki któremu uzyskał namiestnictwo Cylicji. Zresztą Lukullus był poza podejrzeniem. Nie ciążyła nad nim żadna skaza z czasów sullańskich proskrypcji, nie brał udziału w żadnych mordach, ani w żadnych ekscesach z tamtych dni. Dlatego jego kandydatura wydała się (również dzięki poparciu Cetegusa) jak najbardziej naturalna do tego typu zadania. Szybko więc przystąpił do formowania legionu (jeszcze będąc w Italii), a następnie wyruszył do Azji, na wojnę w Mitrydatesem.




CDN.